- Opowiadanie: Marlow - A morze wcale nie wzbiera

A morze wcale nie wzbiera

Przyjemnej lektury.

“Wszystkie rzeki płyną do morza, a morze wcale nie wzbiera”.

Księga Eklezjastesa

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

thargone, NoWhereMan

Oceny

A morze wcale nie wzbiera

Taki rękopis odnalazłem w bibliotece Babel. Przetłumaczyłem go, za radą Mistrzów, pozostawiając niejasności nietkniętymi:

***

Miał może cztery łokcie wzrostu, a może brakowało mu kilku palców do czterech łokci, ale wśród krępych dzikusów wyglądał na olbrzyma. Posłano go do obskurnego obozu, a miał w zwyczaju wykonywać polecenia przełożonych. Ktoś inny, mniej uduchowiony, w milczeniu przyjąłby taką degradację – bo była to degradacja – chowając urażoną dumę pod czarną obszerną szatą. Pasza Jan nosił stalową zbroję, prostą i czystą jak miecz.

I powiedzieli mu urzędnicy, których twarze zasłonięte były księżycowymi maskami nieśmiertelnych:

– Weźmiesz ten sznur jedwabny w kolorze Proroka i przekażesz go człowiekowi z dobrego domu. Tak oczyścisz się przed nami.

I pasza Jan ukorzył się przed Dywanem.

***

Surowo wyglądał pośród brudnych, na poły dzikich barbarzyńców, przypominając przypadkiem rozkwitły kwiat na gnijącym kompoście. Nietrafione to jednak porównanie, bo on sam siebie nie uważał za jakkolwiek związanego z tłumem gotujących się do bitwy troglodytów, czczących bogów zbyt konkretnych i zbyt ludzkich, by mogli budzić w nim coś więcej niż podziw, jakim od czasu do czasu można obdarzyć zwierzęta przypominające ludzi.

Gdyby ktoś przyglądał się jego przybyciu do obozu, mógłby sądzić, że nie zauważono tego przybycia, bez przerwy kontynuując pospieszną krzątaninę, zupełnie jakby widok członka wysokiej porty przekraczał możliwości bujnej wyobraźni. Potem jednak dostrzegłby usłużnego szamana, kapłana lub kogoś podobnego, kto próbuje mówić do owego boga, który nie mógłby być jego bogiem z powodu tak prozaicznego jak brak użyteczności. Dzicy nie nosili stalowych pancerzy, nie znali ksiąg ani reform, dyplomacja była im obca a wszystko, czego chcieli, to pozwolenie na polowanie wśród lasów imperialnych. W zamian zaoferowali to, co mieli – błyskotki, kobiety, młodych mężczyzn. To wszystko jednak nie interesowało wysokiego urzędnika.

Nie chciał on także ich nawrócić ani cywilizować, ale tylko wykorzystać dzikie plemię, tak jak janczar wykorzystywał gończego psa, by wytropić nielegalne ciało. W kieszeni płaszcza miał jedwabny sznur w zielonym kolorze Proroka przeznaczony dla śmiałego młodzieńca, który obwiniony został o zbrodnie popełnione przez innych ludzi.

Wprowadzono go do wysokiego pomieszczenia, jasno oświetlonego. Kobiety, młodych mężczyzn i ludzi trzymających kufry z podarkami odprawił. Spojrzał na bogów siedzących pod ścianą, którzy skłonili się głęboko na widok wysokiego urzędnika i zaoferowali mu swoje usługi. Nie zaszczycił ich odpowiedzią, ale zwrócił się bezpośrednio do jedynego człowieka w pomieszczeniu.

Szaman lub kapłan, bo kto wie jakim tytułem darzą go niewierni, wypowiedział długie formuły powitania, używając każdego znanego sobie słowa w języku powszechnym, mówił wylewnie i z radością a pasza Jan przyjął to wszystko w milczeniu i ze spokojem.

– Nasi bogowie, nie równi wszak Allahowi,  pragną korzystając z okazji, złożyć swoje hołdy i zapłacić podatki, korzystając z okazji, wizyty tak wysokiego urzędnika – powiedział zgięty w pół kapłan.

Ale pasza Jan nie pozwolił składać hołdów ani płacić podatków. Usiadł pod ścianą, na tym miejscu, który nie było dla niego przygotowane, na skromnym krześle. Kapłan zaczął prosić, przedstawiać petycję, opowiadać ile znaczy dla ludzi i bogów możliwość polowania.

– Milcz. Był tu człowiek, syn z dobrego domu, którego pragnę odnaleźć.

– Tak, tak. Jest tak, jak wasza dostojność mówi. Zawsze.

Być może ktoś inny, mniej uduchowiony, byłby się niecierpliwił i dopomógł kapłanowi odpowiedzieć poprawnie, by jak najszybciej dowiedzieć się, czy człowiek z dobrego domu tu był, co robił, dokąd się udał i jak go znaleźć.

– Wspaniały to musiał być dom, naprawdę – mówił kapłan zachęcony milczeniem paszy Jana. – I ten człowiek, który z niego pochodził, był wspaniały. Od wielu wieków nikt nie słyszał o takiej odwadze i takim człowieku.

Kapłan opowiadał dalej:

– Przybył do nas, ni stąd ni zowąd, we krwi jeszcze bitewnej. Pomogliśmy mu. Opatrzyliśmy jego rany i nakarmiliśmy go. Powiedział nam tyle tylko, że walczył, a później dowiedzieliśmy się, że zabił wielu i zdobył chorągiew, narażając własne życie i to może sprawiło, że zbiegł i przyłączył się do Wandalów na wschodzie.

– Złamał prawo proroka.

Kapłan przestąpił z nogi na nogę.

– Ale nic nie wiedzieliśmy, nic nie wiedzieliśmy o tym!

Bogowie siedzący pod przeciwległą do miejsca paszy ścianą podnieśli wrzask na znak potępienia.

– Znajdźcie go dla mnie.

Kapłan zawstydził się i raz jeszcze złożył głęboki pokłon w stronę wysokiego urzędnika.

– Nie będzie to trudne wasza najwyższa dostojność. Wcale nie będzie trudne. Jutro będzie na polu bitwy. Jeśli najłaskawszy nasz pan raczy się z nami udać, zobaczy go najłaskawszy pan.

Pasza pokiwał głową.

***

Zaproszono go na ucztę, na modły przed bitwą, na tradycyjny pojedynek między nowymi rekrutami, dla których jutrzejsza bitwa miała być pierwszą. Może ktoś mniej uduchowiony, byłby się zdumiał lub zaciekawił, ale pasza Jan obserwował wszystkie te rytuały, tak jak stary astronom z przyzwyczajenia śledzi niezmienne obroty niebios stworzonych przez Allaha.

Podczas trzeciego pojedynku jakiś przypadkowy widz, zauroczony dostojnym urzędnikiem, zauważyłby może na jego twarzy ukrytej pod księżycową maską ślad grymasu, dawnego, zapomnianego nawyku, który dzień za dniem istniał coraz bliżej nicości.

Pojedynki wchodziły w skład rytuału. Pierwsza część ceremonii odbywała się w środku pomieszczenia: kapłan okryty złotym płaszczem szeptał swoje modlitwy przez długi czas, zwrócony twarzą do promieniejącego boga szczęścia rodzinnego albo wspólnoty, kiedy drugi bóg, przypominający rewers pierwszego, ciemny i mroczny przygotowywał się do odebrania ofiar jemu należnych. Kiedy tylko kapłan skończył, półnadzy młodzieńcy unieśli tron drugiego boga i wynieśli go na plac przed budynkiem, gdzie płonął już ogień w świetle którego wykrzywiona twarz bóstwa wyglądała na jeszcze bardziej udręczoną i zniekształconą niż w jasnym świetle.

Kobiety zbite w ciasną grupkę, trzymając niemowlęta i mniejsze dzieci stały odwrócone plecami do osobliwego boga niewiernych; mężczyźni ustawieni w szpaler spoglądali prosto w oczy dzikiego bóstwa a pomiędzy dwoma grupami młodzieńcy mieli się bić.

– To starożytna tradycja – wyjaśnił pokornie kapłan. – Nie umywa się ona do mądrości najmędrszego Allaha i jego sług, ale nam maluczkim służy dobrze i uczy nas, że w walce każda ze stron musi coś utracić, żeby coś zyskać.

Pasza milczał, obserwując błyszczące od oliwy ciała młodzieńców, podekscytowane twarze kobiet i bełkoczącego przeciągłe i niezrozumiałe sylaby boga.

– Największym poświęceniem jest umrzeć walcząc za ojczyznę, a najmniejszym jest walczyć przeciwko niej. – Kapłan pokazał paszy swoją dłoń pozbawioną małego palca. – Ktokolwiek wygra zobowiązany jest odciąć sobie część ciała, na znak szacunku dla wroga, dzięki któremu może istnieć dzielny wojownik.

Dwa pierwsze pojedynki przebiegły bez zakłóceń. Pierwszy zwycięzca odciął sobie ucho, drugi palec. Trzeci pojedynek odbyć się miał pomiędzy synem kapłana a młodzieńcem, który był do niego bardzo podobny. Obaj byli piękni i można byłoby przypuszczać, że są braćmi bliźniakami. Któż może jednak wiedzieć, czy niewierni nie są podobni tylko dla wiernego oka? Kiedy stali naprzeciw siebie, czekając na znak rozpoczęcia pojedynku, dzikie bóstwo wyło wściekle.

Pasza przypatrzył się młodzieńcom. Obaj mieli brązowe oczy a na ich twarzach nie było strachu ale determinacja, z napiętymi mięśniami czekali na okazję do wypróbowania sił i okazywali więcej zniecierpliwienia niż ich poprzednicy.

W końcu ktoś zadął w róg i pośród wrzasków tłumu padły pierwsze ciosy. Młodzieńcy używali mieczy. Syn kapłana walczył bardziej zaciekle i nieustannie wystawiał się na ataki przeciwnika, jednak przeciwnik jakby bał się wykorzystać nadarzające się okazje i w ostatecznej chwili zamiast zadać cios, wycofywał się. Proste miecze pobrzękiwały, mieszając się z zawodzeniem bóstwa i krzykami pojedynczych głosów.

– Na pohybel!

Poruszony wrzaskiem młodzieniec wypuścił z rąk miecz i schwycił ramię kapłańskiego syna. Drugi uczynił to samo. Zwarli się w bezpośredniej walce. Bóstwo zasłoniło ślepia kościstymi dłońmi. Tłum ucichł.

To właśnie w tym momencie owy nieobecny tam przecież widz mógłby zauważyć ślad grymasu na ukrytej twarzy paszy Jana.

Młodzieńcy zwarli się w śmiertelnym uścisku, teraz już zupełnie podobni i nie do odróżnienia. Żaden nie mógł zdobyć przewagi i żaden nie kwapił się do tego. Trwali w walce, jak gdyby to właśnie o walkę chodziło. Jednak nieznane siły domagały się dopełnienia ceremonii. Ręce kapłana wrzuciły niewielki kamień na prowizoryczną arenę, właśnie wtedy, kiedy jeden z walczących leżał brzuchem na ziemi, a drugi skręcał mu ramiona na muskularnych plecach. Właśnie wtedy któryś z nich schwycił kamień i rozbił czaszkę drugiego. I nikt nie wiedział kto wygrał, a kto przegrał i komu należy się szacunek przysługujący wrogom a komu okaleczenie przeznaczone zwycięzcom.

Bóstwo ucichło, kryjąc przerażającą twarz w dłoniach, kiedy z głębi budynku dobiegł głos promienistego boga.

Pasza Jan odszedł i dopiero później, kiedy tłum się rozpierzchł, powrócił na plac. Zbliżył się do okien budynku, w którym odbyła się pierwsza część ceremonii i przypatrywał się jak jaśniejący bóg szczęścia rodzinnego albo wspólnoty spożywa ciało zabitego, a ciemny i okropny bóg rozpacza.

***

Pomyliłby się ten, kto oskarżyłby paszę o nostalgię czy współczucie, kto myślałby, że doznawał on jakiejś nieuchwytnej przyjemność obserwując szranki barbarzyńców. Wszystko to było mu obojętne, jak każdemu wysokiemu urzędnikowi porty.

Następnego dnia widział płaczącego kapłana, ale go nie pocieszył i słowem nie wspomniał o jego synu, choć domyślił się, że to on poległ.

– Z nicości w nicość – powiedział tylko.

Na pole bitwy nieśli swego boga, który starł ze swej twarzy spazmy i rozpacz, czyniąc z niej poważną maskę.

Kapłan nieustannie zapewniał, że są już niedaleko i pasza lada chwila zobaczy człowieka z dobrego domu.

– Najdostojniejszy za krótką chwilę go zobaczy. Człowiek dostojny spotka dostojnego człowieka. – Kapłan wciąż pocierał zaczerwienione oczy. Połowę twarzy wysmarował czarną gliną a drugą połowę białą i na zmianę to przeklinał, to modlił się do ciemnego boga.

Pasza upewnił się, że w kieszeni płaszcza wciąż ma zieloną szarfę.

– Powinieneś przeklinać tego boga, którego pozostawiłeś w swoim domu.

– Najdostojniejszy ma zupełną rację. Zawsze ma rację.

Pasza wymierzył kapłanowi policzek i zakazał mu odzywać się.

Wkrótce dotarli na pole bitwy. Żołnierze wrzeszczeli, dodając sobie animuszu. Wymachiwali mieczami, wyzywali swoich wrogów najgorszymi znanymi sobie słowami i modlili się do ciemnego boga. Po przeciwnej stronie ich przeciwnicy robili to samo.

Pasza od razu dostrzegł człowieka, którego szukał. Wyróżniał się, bo tak jak i on był o dwie głowy wyższy od dzikusów.

Wymacał sznur w kieszeni.

***

Człowiek z dobrego domu miał imię, ale pasza Jan go nie znał, był o coś oskarżony, ale wysoki urzędnik zgodnie z prawem, które przywykł wypełniać, nie miał ochoty zastanawiać się nad tym. Ruszył przez pole przyszłej bitwy prosto w kierunku człowieka z dobrego domu.

Obóz dzikusów, którzy mieli walczyć z innymi dzikusami był równie brudny i obskurny, jak poprzedni. Tu również modlono się do podobnego ciemnego boga, tu również półnadzy młodzieńcy próbowali wyrugować z siebie strach a może współczucie dla podobnych do nich młodzieńców, których mieli zabijać i tu również przybycie paszy nie wywołało żadnej reakcji z wyjątkiem reakcji usłużnego kapłana.

Człowiek z dobrego domu wpatrywał się w ślepia ciemnego boga. Zamienił strój i zapuścił brodę, twarz wymazał barwnikami i zapewne wyobrażał sobie, że stał się częścią barbarzyńskiego plemienia.

Gdyby jakiś widzi, którego tam nie było, spojrzał na paszę Jana i człowieka z dobrego domu, stojących u stóp bóstwa, mógłby pomyśleć, że są braćmi. Mógłby zobaczyć człowieka z dobrego domu, który swoją księżycową maskę ofiarował ciemnemu bogu, mógłby zobaczyć jak bóstwo pożera ją, tak jak płomienie pożerają drwa. Ale podobieństwo istnieje w oku patrzącego, a tam patrzącego nie było.

Pasza wyciągnął sznur z kieszeni i tym razem wcisnął go w brudną dłoń człowieka, którego szukał.

– To jest twój wyrok. Nie powinieneś się opierać.

– Niech mnie Allah sądzi.

I ciemny bóg wyciągnął sękatą dłoń po zielony sznur.

Zagrzmiał róg. Po chwili odpowiedział mu podobny odgłos z wrogiego obozu. Pasza spojrzał na pole bitwy. Żałosne zastępy dzikusów zmierzały ku sobie. Chciał powiedzieć coś do tego człowieka, którego szukał, ale zanim zdążył to zrobić, ten biegł już za swoimi współplemieńcami.

Pasza spojrzał na walczących i na świat w zielonym kolorze Proroka, i spojrzał w swoje serce.

A ciemny bóg wyciągnął dłoń i kościstym palcem wskazał na księżycową maskę paszy Jana.

***

 Być może ktoś inny, jakiś niewierny, nie wiedziałby, że musi znaleźć zbiega, któremu pozwolił uciec, by odzyskać twarz przed surowymi urzędnikami Wysokiej Porty, ale nie pasza Jan. Bo pasza Jan zawstydził się bardzo, iż pozwolił uciec grzesznikowi bez właściwej pokuty. Ale tylko Allah wie, czy zawstydził się przed swoją duszą, czy tylko z powodu podobnych sobie, którzy nie zważali na czystość księgi, ale na przewrotny głos bliźnich poukrywanych za księżycowymi maskami.

Po bitwie pozbierano ciała, a człowiek z dobrego domu podszedł do paszy Jana.

– Zaniosą je dobremu bogu, bo zły bóg wcale nie chce ich jeść.

Z pewnością sam Najwyższy widział, że oczy tych dwojga się spotkały i choć ich twarze przywykłe do masek były blade i martwe, jakiś nieobecny tam przecież widz, mógłby powiedzieć, że były podobne. Twarz bowiem, powiadają mułłowie, jest jak dusza i nie można jej utracić, ale tylko sprowadzić na nią wieczne potępienie.

Mówili więc o dzikich bogach, bo ludzka mowa nie przystoi prawdzie.

– Czyż nie tak jest na świecie, że dobry bóg, dlatego że tak go nazwali fałszywi mędrcy, żywi się resztkami ze stołu złego boga, którym gardzi?

– Tylko Allah wie, że dobry i zły bóg, to ten sam karin.

Później pasza Jan wymazał swoją twarz barwnikami i zapewne wyobrażał sobie, że stał się częścią barbarzyńskiego plemienia.

I gdyby przyglądał się temu mędrzec, który nie jest fałszywy, być może zauważyłby, że żaden człowiek od stworzenia świata  nie miał twarzy, ale każdy próbuje ją odzyskać, to rzucając ochłapy ze stołu dobrego boga złemu, to karmiąc złego resztkami ofiar przygotowanych dla dobrego.

I może zauważyłby mędrzec, że zagubiona twarz podobna jest do zagubionego osła mułły Nasrudina, który na wieść o tym, powiedział: „Dzięki bogu, że na nim nie siedziałem, bo również byłbym zgubiony”.

Ale żadnego mędrca tam nie było.

Koniec

Komentarze

Przykro mi, ale do mnie to opowiadanie nie dotarło, a wręcz mnie zmęczyło. W sumie, to nie bardzo wiem, o czym czytałam. Za dużo tu jak dla mnie filozofowania. Do tego z pewnością udział w tym miały usterki – literówki, pisanie pasza raz wielką raz małą literą i przede wszystkim, gdy mowa o dwóch mężczyznach lub chłopcach, to piszemy obaj nie oboje. Na telefonie pisze mi się kiepsko, więc nie będę rozwijać komentarza.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

W pewnym stopniu zgadzam się ze śniącą – przeczytałem, ale nie potrafię do końca zrozumieć. Nie wiem, czy to kwestia mojej nieuważnej lektury, czy sporadycznych literówek i błędów interpunkcyjnych, czy jeszcze czegoś innego. W każdym razie, nie dotarło do mnie do końca.

Ale bardzo podoba mi się kilka rzeczy. Przede wszystkim nieoczywiste nazywanie postaci człowiekiem z dobrego domu. Super zabieg, bardzo klimatyczny. Pod koniec doceniłem też ten tryb przypuszczający, co ktoś by mógł zobaczyć, gdyby tam był. Początkowo trochę mnie to męczyło i wybijało z rytmu, ale im dalej w las, tym bardziej się oswajałem, a ostatnie zdanie bardzo ładnie mi to wynagrodziło. ;)

 

Dziękuję za Wasz czas. 

Tak pomyślałem ten tekst, że będzie w nim za dużo alegorii i “filozofii”. Bałem się, że próbuję być zbyt “mądry” i nie wyjdzie mi to na zdrowie – miałem rację ; )

Przejrzę jeszcze raz w sprawie błędów i literówek. 

Cieszę się barniuszu. 

 

P S

Tylko raz był “pasza” z dużej – ale na początku, więc wtopa.

“Oboje” poprawione – nawet nie wiedziałem, że jest taka różnica. Piszą w SJP, że “oboje” odnosi się do osób różnej płci i do dzieci, więc od biedy…

 

Dzięki jeszcze raz.

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

No, do mnie też nie trafiło. Chyba pogubiłam się w alegoriach.

Zbulwersował mnie zwyczaj pojedynków w przeddzień walki – wydaje mi się idiotyczny. Tak bez sensu pozbywać się połowy świeżych rekrutów… A drugą połowę lekko okaleczać. Cóż, ludzie nieraz w imię religii robili coś głupiego.

Coś tu nie widzę odzyskania twarzy, tylko filozoficzne wywody na ten temat. Ale niech się tym Beryl martwi.

Trochę mi swojski Jan nie pasował do arabskiej otoczki, ale to nie jest jakiś duży problem.

Jak na taki krótki tekst, to masz sporo literówek.

Babska logika rządzi!

Piszą w SJP, że “oboje” odnosi się do osób różnej płci 

No właśnie – do różnej płci, czyli jeśli mamy parkę – ona i on. Jak jest dwóch onych to jest obaj, jak dwie one to obie. Taka drobna różnica.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki za przeczytanie, Finklu. O idiotyczność tam chodzi ; )

 

śniąca, nauczyłaś mnie czegoś nowego ; D

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Cóż, do mnie też nie bardzo dotarło. Ale najpierw plusy:

Podoba mi się pewien przytłaczający, nieco brudny klimat, połączony z brakiem dynamiki (w dobrym znaczeniu) Długie, skomplikowane zdania, delikatna egzaltacja i zauważalna monotonia narracji (biją się, czy filozofują – tempo i nastrój taki sam) nadają tekstowi specyficzny rytm, trochę przypowieści, trochę mrocznej baśni, trochę allegorycznej historii. Wisi nad tym jakiś ciężar i poczucie beznadzieji, co przywodzi na myśl ostatni tekst Lk. 

Rzecz w tym, że o ile w przypadku "Doświadczenia umarłego miasta" kompletnie nie przeszkadzał fakt niezrozumiałości fabuły, tutaj to, że nie bardzo wiem co chciałeś powiedzieć, mocno uwiera. Być może to przez to, iż kiepski ze mnie filozof, a jeszcze gorszy teolog, może zaważył mój brak wiedzy na temat islamu (do tego stopnia posunięty, że nie byłem nawet w stanie stwierdzić czy tekst jest naprawdę mocno osadzony w religijno-kulturowych realiach, czy to tylko mało znaczący sztafaż) 

Styl i forma były jednak na tyle satysfakcjonujące, a przede wszystkim celowo, świadomie i konsekwentnie stworzone i poprowadzone, że wydaje mi się, iż biblioteka się należy. To, że ja nie czaję, nie oznacza, iż inni będą tak samo mało czajliwi. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jest coś w tym tekście. Z jednej strony ciekawa to baśń/przypowieść, dziejąca się w naszym-nienaszym świecie. Jest jednostajny rytm, brak pośpiechu nawet w scenach trochę o to proszących ma swój urok.

Z drugiej znaczenia są ukryte pod mocnym płaszczem obrazów i symboliki wywodzącej się z mniej znanych motywów. Zapewne o taką mnogość interpretacji Ci chodzi. Ma to zalety – mnie się podoba to podejście – ma też wady, bo nie każdy lubi teksty ciągle latające w chmurach.

Tak więc tekst o ciekawym znaczeniu i idącą z nim w parze formie, jednak definitywnie nie dla każdego. Ode mnie klik, bo mi się spodobała ta kompozycja.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Czytałam, nie bardzo wiedząc, co miałeś nadzieję opowiedzieć, Marlowie, skutkiem czego powiększam grono tych, do których opowiadanie nie dotarło.

Wykonanie, a zwłaszcza interpunkcja, pozostawia sporo do życzenia.

 

Usiadł pod ścia­ną, na tym miej­scu, który nie było dla niego przy­go­to­wa­ne… –> Literówka.

 

raz jesz­cze zło­żył głę­bo­ki po­kłon w stro­nę wy­so­kie­go urzęd­ni­ka. –> Pokłon składa się komuś/ przed kimś, ale nie w czyjąś stronę.

 

mło­dzień­cy unie­śli tron dru­gie­go boga i wy­nie­śli go… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

świe­tle któ­re­go wy­krzy­wio­na twarz bó­stwa wy­glą­da­ła na jesz­cze bar­dziej udrę­czo­ną i znie­kształ­co­ną niż w ja­snym świe­tle. –> Powtórzenie.

 

pod­eks­cy­to­wa­ne twa­rze ko­biet… –> Raczej: …twarze pod­eks­cy­to­wa­nych ko­biet

 

Pro­ste mie­cze po­brzę­ki­wa­ły, mie­sza­jąc się z za­wo­dze­niem bó­stwa i krzy­ka­mi po­je­dyn­czych gło­sów. –> Czy dobrze rozumiem, że miecze walczących mieszały się z zawodzeniem i krzykami?

 

w tym mo­men­cie owy nie­obec­ny… –> …w tym mo­men­cie, ów nie­obec­ny

 

Pasza upew­nił się, że w kie­sze­ni płasz­cza wciąż ma zie­lo­ną szar­fę. –> Zdaje mi się, że wcześniej miał zielony sznur. Szarfasznur to dwie różne rzeczy.

 

żad­nej re­ak­cji z wy­jąt­kiem re­ak­cji usłuż­ne­go ka­pła­na. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Za­mie­nił strój i za­pu­ścił brodę… –> Literówka.

 

Gdyby jakiś widzi, któ­re­go tam nie było… –> Literówka.

 

wi­dział, że oczy tych dwoj­ga się spo­tka­ły… –> Piszesz o bogach-mężczyznach, więc: …wi­dział, że oczy tych dwóch się spo­tka­ły

Gdyby był bóg i bogini, to wtedy można mówić o oczach dwojga.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za Wasz czas.

thargorn, cieszę się, że w ogóle były jakieś plusy. “Mroczna baśń” – o to chodziło.

NWM, to jest tekst “latający w chmurach”, i chciałem zabrać czytelnika na takie latanie – więc najbardziej jestem zadowolony, że zauważyłeś.

regulatorzy, zawsze na posterunku. Dzięki za łapankę, do wszystkiego się zastosuję.

Grona rosną, będzie wino ; D miałem nadzieję opowiedzieć, to co opowiedziałem, oczywiście. A czy za każdym razem wszystko musi być logiczne i jasne, to ja nie wiem.

 

I ogólnie rzecz biorąc, to się zgadzam z Wami wszystkimi, że za dużo nadziwaczyłem w tym tekście, a to prosta historyjka: gość ściga gościa, żeby go zabić, ale kiedy go znajduje, to go nie zabija, tylko się do niego upodabnia.

Pozdrawiam,

Marlow

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Przetłumaczyłem go, za radą Mistrzów, pozostawiając niejasności nietkniętymi:

Ja bym dała na końcu kropkę.

Gdyby ktoś przyglądał się jego przybyciu do obozu, mógłby sądzić, że nie zauważono tego przybycia, bez przerwy kontynuując pospieszną krzątaninę, zupełnie jakby widok członka wysokiej porty przekraczał możliwości bujnej wyobraźni.

– Nasi bogowie, nie równi wszak Allahowi,  pragną korzystając z okazji, złożyć swoje hołdy i zapłacić podatki, korzystając z okazji, wizyty tak wysokiego urzędnika – powiedział zgięty w pół kapłan.

Tu jest coś nie tak z przecinkami.

I chyba dałabym wpół.

Usiadł pod ścianą, na tym miejscu, który nie było dla niego przygotowane, na skromnym krześle. Kapłan zaczął prosić, przedstawiać petycję, opowiadać[+,] ile znaczy dla ludzi i bogów możliwość polowania.

– Nie będzie to trudne[+,] wasza najwyższa dostojność.

Pierwsza część ceremonii odbywała się w środku pomieszczenia: kapłan okryty złotym płaszczem szeptał swoje modlitwy przez długi czas, zwrócony twarzą do promieniejącego boga szczęścia rodzinnego albo wspólnoty, kiedy drugi bóg, przypominający rewers pierwszego, ciemny i mroczny[+,] przygotowywał się do odebrania ofiar jemu należnych. Kiedy tylko kapłan skończył, półnadzy młodzieńcy unieśli tron drugiego boga i wynieśli go na plac przed budynkiem, gdzie płonął już ogień[+,] w świetle którego wykrzywiona twarz bóstwa wyglądała na jeszcze bardziej udręczoną i zniekształconą niż w jasnym świetle.

Kobiety zbite w ciasną grupkę, trzymając niemowlęta i mniejsze dzieci stały odwrócone plecami do osobliwego boga niewiernych; mężczyźni ustawieni w szpaler spoglądali prosto w oczy dzikiego bóstwa[+,] a pomiędzy dwoma grupami młodzieńcy mieli się bić.

Zwróć uwagę na powtórzenia i przecinki.

To chyba taka stylizacja, ale mnie zatrzymuje.

Gdyby jakiś widzi, którego tam nie było, spojrzał na paszę Jana i człowieka z dobrego domu, stojących u stóp bóstwa, mógłby pomyśleć, że są braćmi.

Chyba nie zrozumiałam :(

 

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki Anet, cieszę się, że chciało Ci się czytać. Za cenne uwagi i łapankę również.

Pozdro,

M

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Nowa Fantastyka