- Opowiadanie: Draconis - Niech przeszłość wybrzmi raz jeszcze

Niech przeszłość wybrzmi raz jeszcze

 Opowiadanie przeszło kilkanaście operacji plastycznych, zanim mogło ostatecznie trafić tu, na portal. Czy wyszły?

Okaże się. ^^

Dziękuję wspaniałym betującym; Iluzji, Nevazowi, Countowi oraz Jose.

Miłej lektury.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

CountPrimagen

Oceny

Niech przeszłość wybrzmi raz jeszcze

 Ucięta ręka, przywiązana do słupa, wskazywała północ.

 Varii Ventus wystarczyło jedno spojrzenie na poharataną kończynę, aby móc powiedzieć, kto puścił osadę z dymem; nie miała jednak pojęcia, ile osób zginęło – a musiała wiedzieć, bo gdyby zostawiła jakąś duszę na tym padole łez, mogłaby ona stanowić zagrożenie dla żywych.

 Mówczyni upaprała palce popiołem i wyszeptała krótką inkantację. Szare drobiny wzbiły się z jej rąk w powietrze i pomknęły między ruiny; przywoływały widma przeszłości, stawiając jednocześnie ze zgliszczy zabudowania osady. Noc, rozświetlona punktami ognisk, zastąpiła dzień.

– No, zobaczmy – mruknęła Varia, wpadając w trans. – Ile trupów tym razem, najdroższe forhennice?

 

*

 

 Brązowowłosa spojrzała w granatowe niebo.

 Palce wygrywały spokojną melodię na gitarze, kwiaty, zdobiące skronie, otumaniały słodkim zapachem, smak wina pozostawał w ustach. Ludzie tańczyli na głównym placu, barwni jak motyle, ale ich śmiech docierał do dziewczyny jakby zza zasłony.

 Odstawiła instrument, pogładziła go z czułością po gryfie i odetchnęła.

 Zamknęła oczy.

 Wrócę tu, siostrzyczko, nie dam się zabić na tej wojnie.

 Po niej nie będziesz już taki sam, braciszku. Skrzywdzą cię.

 Przeciągnęła się, opierając głowę o drewnianą ścianę.

 Ale cóż znaczy ,,taki sam”? Nikt nigdy nie stoi w miejscu, siostro. Gdyby życzenia ludzi, abyśmy się nigdy nie zmieniali, spełniły się, wówczas rozwój szlag by trafił.

 A przeszłość? Przecież będziesz pamiętał trupy swoich przyjaciół.

Owszem, będę pamiętał, choć nie zmienia to faktu, że przeszłość, nieważne jak tragiczna, w końcu wybrzmi.

 Jakiś dzieciak przemknął obok niej, machając rękoma jak opętany. Najpierw niewiele rozumiała z jego słów; gwar rozmów, śpiew i dźwięki gitar skutecznie zniekształcały przekaz, ale powoli, jakby wynurzając się spod powierzchni wody, przeciekał do umysłu.

 – Uciekaaajcie! – darł się na całe gardło. – Jeeeeźdźcyyy!

 Rwetes na końcu uliczki. Konne. Żbicze oczy, okolone turkusowymi tatuażami. Krzyk, jęk, chrupot.

 Pierwsza krew.

 Dziewczyna szybko schowała się za węgłem domu. Adrenalina huczała jej w skroniach, serce biło jak oszalałe, każdy oddech wydawał się ostatnim. Przymknęła oczy, próbując oczyścić myśli. Musiała uciekać.

 Poczuła zapach dymu.

 Barwny dom, stojący na głównym placu, ogarniały płomienie, a w jego okna biły ręce zamkniętych w środku osób. Noc była wietrzna i dawno nie padało; ogień momentalnie przeniósł się na kolejne drewniane konstrukcje. W każdej znajdowali się ludzie.

 Brązowowłosa zobaczyła starca, który potykał się o ciepłe trupy, gnając w stronę jednej z morderczyń. W ręce trzymał kuszę, ale nie zdążył wystrzelić; zauważyła go inna wojowniczka – w pełnym cwale pomknęła ku niemu i cięła w szyję. Nie zwalniając, zawróciła ku uciekającym dzieciom. Śmiała się.

 Nagle dziewczyna dostrzegła swą siostrę w jednym z okien.

 Bez zastanowienia pobiegła między ścianami, szepczącymi płomieniami, nie zważając na gryzący oczy dym i iskry, buchające w niebo. Uniknęła wymierzonego z góry cięcia, wygięła się w bok, ratując rękę i umknęła przed szarżującą na nią wojowniczką. Dopadła broni.

 I wtedy ktoś chwycił ją za ramiona, unieruchomił i wytrącił kuszę z ręki. Rzucił na ziemię jak szmacianą lalkę, a następnie przygniótł ciężarem własnego ciała. Biała suknia dziewczyny była uwalona błotem oraz krwią. Forhennica wyszczerzyła kły, oblizała się.

 Brązowowłosa spojrzała w czerwone niebo.

 

*

 

 Mówczyni machnęła ręką. Wizja rozwiała się jak dym, a żar ognia, który czuła na twarzy, zmył chłodny wiatr. Powrócił przykry zapach rozkładu.

 Varia wykonała szybki gest. Wokół niej zawirowały cieniste wstęgi – na rozkaz pomknęły one po pogorzelisku. Wnikały w ludzkie szczątki i wyciągały z nich pulsujące światłem kule. Zanosiły je przed mówczynię. Tam przeobrażały się w starców, kobiety i dzieci. Blade widma.

 Kobieta nakłuła palec sztyletem, znacząc ziemię krwią.

 Z krwi wyrosła szkarłatna róża, która rozkrzewiła się następnie na boki i w górę, tworząc wielką ramę, jak dla lustra. Pusta przestrzeń wypełniła się diamentową taflą, na której Ventus namalowała zranionym placem skomplikowaną, ośmioramienną gwiazdę; klucz do otworzenia Wyrwy.

 Powierzchnia zalśniła, odbicia zmieszały się i ukazały przejście do wymiaru Aerenes. Varia ponownie ujrzała barwne domy, rozproszone po całym wzgórzu oraz alabastrową biel górującego nad nimi zamku. Odwróciła się szybko od tego widoku.

– Spalam wasze sprawy – przemówiła. – Jak również wasz gniew, żądzę zemsty i nienawiść. Spalam również waszą chęć powrotu do tego świata oraz żal. Odejdźcie do Aerenes, do Jej wymiaru!

 

 *

 

 Ventus westchnęła i zakryła czoło dłonią, gdy po raz kolejny usłyszała pisk dziewki; dziewczyna przeszła obok stolika, zajętego przez starych alkoholików, kurwiarzy, dyplomatów i, jak się właśnie okazywało, znawców historii współczesnej.

– Gdyby ten wasz parszywy król Leiqar ruszył swoje wojska wcześniej, to może nikt nie zostałby ranny, a i zło zostałoby, ten tego, w zarodku rozjebane!

– Stul pysk! Gdyby choć raz wasz parszywy król Trevedor pomyślał o czymś innym niż chędożenie i ruszył dupę ze swoimi oddziałami specjalnymi, to wtedy by na pewno forhennice rozjebano wcześniej!

– Zamknąć mordy! – rozległ się trzeci głos. – Przynajmniej Leven Fraedevan cokolwiek zrobiła! O to się kłócić nie lza!

 Varia przestała kreślić mapę.

– Ona – przemówił pierwszy krasnolud z emfazą – jest niewątpliwie dziwną a bitną królową. Zarówno w sprawach wojskowych, jako i tych, he, he, łóżkowych…

– Kurwa, Borys, mniejsza o to – odezwał się milczący do tej pory blondyn. – Ale moi drodzy, sprawa ma się tak, że to fakt, że gdyby nie jej interwencyja, to po naszych osadach nie zostałby ni wiór, ni baba, bo te Forhena wychowanki im robiły to, co mąż żonie w niedzielę.

– Tego Forhena też pies chędożył. Pono został jako pierwszy przez nie zabity, gildmeister jak malowanie, o! Wszystko pod kontrolo!

– Gorzej, że te upiorzyska się wówczas rozeźliły – mruknął krasnolud od spraw wojskowych. – Baba moja wciąż boi się wychodzić teraz po zmroku, a mówcy ledwie uporali się ze skutkami tej przeklętej Rzezi, to teraz ich gdzieś ciągają.

 Varia przypomniała sobie babranie się ze wszelkiej maści potworami, które pozostały po działalności forhennic. Drgnęła na wspomnienie żywego stosu ciał o tysiącu twarzach, otwierających krwawe usta i czarne oczy w niemym wyrzucie.

 ,,Dlatego muszę tam dotrzeć” – pomyślała, zerkając na wytyczony szlak. ,,Bór coraz szerzej słynie z tajemniczych zaginięć. Bardzo możliwe, że tam też znajduje się jakiś twór przeszłości. Hmm, wypadałoby pojechać po lunara do Falkona. Usprawni to robotę”.

 – Myślisz, że już naprawdę uporali się z tym ogromem śmierci? Naprawdę? Ile to lat ta Rzeź trwała? Trzy albo cztery lata. To długo, ale gdyby ten idiota…

 

 *

 

 Droga prowadziła przez mo­kra­dła, przy­kry­te gęstą mgłą.

 Mów­czy­ni pa­trzy­ła na gwiaz­dę Dar, wska­zu­ją­cą wschód mi­go­czą­cym, życz­li­wym okiem. Skoń­czyw­szy czer­pać z lu­do­wej mądrości, za­klę­ła plu­ga­wie po sa­leń­sku i wy­cią­gnę­ła mapę. Koń za­wtó­ro­wał rże­niem.

 Naraz coś gwał­tow­nie wzbu­rzy­ło wodę. Varia usły­sza­ła wrzask, a potem prze­ra­ża­ją­cy, histeryczny śmiech. Zsia­dła z ru­ma­ka, we­pchnę­ła mapę do juków i ruszyła śladem dźwięku plusków i chi­chów. Przez mo­ment lu­stro­wa­ła teren. Mimo że hałas wska­zy­wał na jedną osobę, wy­czu­wa­ła ich co naj­mniej czte­ry.

 Przy­cup­nę­ła w ta­ta­ra­ku. Ktoś rzucił się gwałtownie do przodu. Ventus zdą­ży­ła dostrzec czar­ne włosy oraz podarty płaszcz istoty, zanim zniknęła pod ciemną, mulistą powierzchnią wody. Męż­czy­zna – jak za­wy­ro­ko­wa­ła mów­czy­ni – wynurzył się, odgarnął kwiaty czermie­ni błot­ne­j.

 Nieznajomy podpłynął do brzegu, szcze­rząc zęby i wy­ba­łu­sza­jąc oczy.

– Kto by to wi­dział, by się o ta­kiej porze kąpać? – krzyknęła Varia – I to w ta­kiej wo­dzie?

– He­he­he­he! – In­da­go­wa­ny skrzy­wił się nagle. – A co pa­nien­ka chce? Co pa­nien­ka od nas chce? Hę?

– Nic, z cie­ka­wo­ści pytam. – Zmru­ży­ła oczy. – A z kim roz­ma­wiam?

– Z Issarem! – Uśmiech­nął się głu­pio czar­no­wło­sy. Wtem za­gda­kał i dodał: – A nie, bo z Rych­ty­kiem! Ho­oola­aa! – roz­darł się gwał­tow­nie. – Z Vu­la­rem! Z Vu­la­rem pa­nien­ka gada!

 Mów­czy­ni zdzi­wi­ła się – prze­waż­nie mno­gie oso­bo­wo­ści nie po­ja­wia­ły się ot tak, bez od­po­wied­nich dla nich okoliczności. Pa­trzy­ła długo na mło­dzi­ka, wy­glą­dał na mniej niż dwa­dzie­ścia lat. Za nim, we mgle, zamigotał zarys jakiejś postaci. Do Varii zaczęło docierać, co mogło się stać chłopakowi.

– Gdzie miesz­kasz? – za­py­ta­ła.

– Tam, gdzie serce moje! – krzyknął, przy­ci­ska­jąc pięść do pier­si. – Moje, kurwa, a nie kogoś in­ne­go!

– Gdzie miesz­kasz? – po­wtó­rzy­ła ostrzej­szym tonem.

– Zz… zaa… za grro…blą… – Zęby męż­czy­zny roz­dzwo­ni­ły się jak dzwo­ny. – Nie… nie bij… Rych­ty­ka…

– Mo­żesz mi po­ka­zać swój dom?

 Dzi­wak za­ry­czał trzy­krot­nie w pa­ro­dii niedź­wie­dzie­go ryku, potem za­mu­czał, a na ko­niec za­gwiz­dał prze­cią­gle. Gdy skoń­czył, obok mów­czy­ni sie­dzia­ła sówka. Na­stro­szy­ła swe piór­ka, wbiła żółte śle­pia w kon­ku­ren­ta i za­gwiz­da­ła jesz­cze do­no­śniej od niego. Odleciała, gdy en­tu­zja­sta nocnych kąpieli wy­szedł na brzeg.

 Minę miał skru­szo­ną, wlókł się noga za nogą, a każde prze­cią­głe mla­śnię­cie błota ak­cen­to­wa­ło chlu­po­ta­nie wody w bu­tach nie­zna­jo­me­go. Ko­bie­ta wzię­ła klacz za trę­zlę i po­pro­wa­dzi­ła w ślad za obłą­ka­nym.

 Wkrót­ce z mgły wy­ło­ni­ła się chat­ka, ob­ro­śnię­ta mchem i blusz­czem. Przez okna sączyło się delikatne światło. Mówczyni przywiązała rumaka do płotu i weszła na ganek, skąd usłyszała trza­ski ogni­ska i chro­bo­ta­nie łyżki o dno jakiegoś na­czy­nia.

 Zanim Ventus za­re­ago­wa­ła, Rych­tyk ude­rzył dwu­krot­nie głową o drzwi. Do trze­cie­go razu nie do­szło; gdy brał roz­mach, stanęła w nich starsza ko­bie­ci­na o su­ro­wym spoj­rze­niu. Cof­nę­ła się na­tych­miast, a męż­czy­zna wle­ciał z hu­kiem do środ­ka.

 – Dzię­ku­ję za od­pro­wa­dze­nie tego głąba – mruk­nę­ła sta­rusz­ka, otu­la­jąc się szczel­niej kocem. – A teraz pro­szę odejść. Nie lubi ob­cych, po­trze­bu­je spo­ko­ju. Ja zresz­tą rów­nież.

 – Chwi­lecz­kę. – Mów­czy­ni wci­snę­ła but mię­dzy za­my­ka­ją­ce się drzwi a próg. – Mogę pomóc.

 – Niby jak?

– Je­stem mów­czy­nią – od­po­wie­dzia­ła. – Po­tra­fię ule­czyć ta­kich jak on. Muszę tylko po­znać przy­czy­ny.

 Skłamała, powodowana ciekawością. Babuleńka nie po­zna­ła się jednak na ble­fie; wpu­ści­ła czar­no­wło­są, wska­za­ła jej zydel i ob­ró­ci­ła się ku ron­del­ko­wi. Słodki zapach, jaki się z niego wy­do­by­wał, przy­po­mi­nał Varii dzie­ciń­stwo.

 Chory obserwował kobiety z kąta izby, kiwając się w przód i tył. Mów­czy­ni usia­dła.

– Nie za­wsze taki był, praw­da?

– Ech, praw­da, praw­da – wes­tchnę­ła starowina i zer­k­nę­ła na cho­re­go. – Evan nie za­wsze był wa­ria­tem, nie za­wsze mówił o sobie jak o ko­bie­cie i nie za­wsze wla­ty­wał do wody no­ca­mi. No, je­dy­nie po pi­ja­ku z przy­ja­ciół­mi. A teraz przy­ja­ciół nie ma, tylko cienie. I mgłę, która coraz czę­ściej tę zie­mię za­kry­wa.

– Od kiedy taki jest?

 – Od dwóch ty­go­dni.

– Co się stało?

 Twarz staruszki pociemniała.

– Jak ma pa­nien­ka sto­li­cę, to na zachód od niej zaczyna się ogrom­ny bór. W pew­nym jego odcinku jest skrót, pro­wa­dzą­cy bez­po­śred­nio do głów­ne­go trak­tu. Podróżnicy często słyszeli śpiew, gdy go pokonywali. Traf chciał, że kompania wnuka również go usłyszała. Wychowana na baśniach o bohaterach, zbo­czy­ła ze ścież­ki. Myśleli, że znajdą przygodę. Znaleźli śmierć.

 – Było tak – podjęła po chwili – że wnu­czek nie chciał iść, lecz po go­dzin­ce lub koło tego po­szedł. Nie do­tarł do źró­dła głosu, może i do­brze, ale zo­ba­czył po­kie­re­szo­wa­ne zwłoki ukochanej. I po­mie­sza­nia zmy­słów do­stał, bo stanął oko w oko, jak wrzesz­czy w snach, z Bla­do­li­cą.

– Aż tyle był w sta­nie opo­wie­dzieć?

– Nie, nie mnie. Jesz­cze reszt­ka­mi ro­zu­mu opo­wie­dział wszyst­ko po­dróż­ne­mu, a po­dróż­ny o zło­tym sercu do­wiózł go tutaj. Ale pa­mięć miał, za prze­pro­sze­niem, dupną, tak że i ja wiem tylko tyle. Ot, i cała hi­sto­ria. Teraz jesteś w sta­nie uzdro­wić Evana?

 Varia kiw­nę­ła głową i wsta­ła.

 Męż­czy­zna za­re­je­stro­wał dwie rze­czy, zanim wszyst­ko przy­sło­nił czer­wo­ny ból, a słu­chu nie przy­tę­pi­ło bzy­cze­nie wście­kłe­go roju psz­czół.

 Cie­nie wy­dłu­ży­ły się nie­na­tu­ral­nie, za­wi­ro­wa­ły i wpra­wi­ły go tym samym w hi­ste­rię. W oczach Ventus coś się kryło, tylko Evan za cho­le­rę nie wie­dział co.

 Kobieta zmusiła go, aby w nie spojrzał. Wniknęła do jego umy­słu. Ujrzała czarne przestrzenie między wspomnieniami. Usta zadrżały jej, pięści zacisnęły. Poczuła ukłucie żalu.

Chory krzy­czał długo. Pod ko­niec krzyk prze­szedł w nie­ludz­ki sko­wyt, taki, przy któ­rym włosy sta­ją dęba, a krew w ży­łach za­ma­rza. Ptaki na mo­kra­dłach ze­rwa­ły się do lotu, wzbu­rza­jąc mlecz­no­bia­łe morze.

 

*

 

 Pasma bla­do­ró­żo­wych chmur okry­wały ho­ry­zont, na który po­wo­li wstę­po­wa­ło słoń­ce. Mówczyni słyszała śpiew po­krze­wek, ak­cen­to­wa­ny przez plu­ski ryb w fosie oraz niewyraźny gwar rozmów i tur­kot kół wozów, dochodzący zza muru. I muzykę, zawsze wypełniającą Fa­de­vię.

 Spoj­rza­ła na mar­mu­ro­we po­są­gi, sto­ją­ce na zło­tych co­ko­łach przed Bramą Raves. Zbli­ży­ła się do nich na usta­wo­wą od­le­głość i pokornie schyliła głowę, do­ty­ka­jąc prawą ręką le­we­go ra­mie­nia, drugą zaś pro­stu­jąc wzdłuż ciała.

 Mo­nu­men­tal­na kobra o pie­rza­stych skrzy­dłach i ostrzu za­tknię­tym na końcu ogona po­ru­szy­ła się, strze­pu­jąc z sie­bie kurz, zwi­nę­ła jak do skoku i z bli­ska, bar­dzo bli­ska po­wą­cha­ła mów­czy­nię. Za­sy­cza­ła, otwie­ra­jąc sze­rzej śle­pia. Wąż za­pre­zen­to­wał kły. Varia ani drgnę­ła i nie zmie­ni­ła po­zy­cji. Koń, przy­zwy­cza­jo­ny, za­rżał tylko wred­nie.

 Do kobry do­łą­czy­ła niż­sza od niej po­stać o roz­wi­nię­tych pą­kach róż za­miast oczu. Kwia­ty bzów spa­da­ły jej na ra­mio­na. Suk­nia mieniła się tysiącami barw. Posąg Fa­de­vii uśmiech­nął się do mów­czy­ni.

– Fe, brzyd­ka kobra – prze­mó­wił jak zwy­kle pięk­nym, peł­nym sło­dy­czy gło­sem. – Nie po­zna­jesz ko­cha­nej Varii? Sta­rze­jesz się. A ty, moja droga, skończ z ce­re­mo­nia­łem. Już nikt tak nie robi. Poza tym, południami by­ły­by pro­ble­my z kon­tro­lą. A czasy wciąż mamy pa­skud­ne. Właź na konia, bo za chwilę pewnie pojawią się kolejni podróżni.

– Mam sza­cu­nek do tego, czego do­ko­na­łaś, Fa­de­vio. Poza tym, przyzwyczaiłam się do tego ceremoniału.

– Nie tylko ty. Choć jakkolwiek to miłe, bywa to bardzo problematyczne. Kobra jest już stara, lekko się kruszy, traci cierpliwość i widzisz, miewa starcze humorki. Ach, zobacz, już ciągną tutaj jacyś wędrowcy. Słu­chaj więc, Vario, zga­du­ję, że szukasz Fal­ko­na. Znaj­dziesz go w por­cie.

 Varia potaknęła i minęła posągi.

 Fa­de­via poczuła drgnienie jednego z dwunastu fragmentów swej duszy. Kobra zasyczała potężnie, a strażniczka zlustrowała otoczenie, ale nikogo, prócz nowoprzybyłych, nie zauważyła, choć przysięgłaby, że ktoś szedł w ślad za mówczynią.

 Nad wy­bru­ko­wa­ną ulicą uno­si­ły się białe kule świa­tła. Śmi­ga­ły one nad głową, uno­sząc za wstąż­ki listy lub drob­ne przed­mio­ty, bi­żu­te­rię czy też prze­ką­ski. La­ta­jąc tak, chi­cho­ta­ły nie wie­dzieć z czego. Raz jeden z lu­na­rów, który aku­rat nic nie niósł, za­pi­ko­wał na ru­mia­ne dziec­ko i ze śmie­chem wplątał się w jego włosy. Dzie­ciak za­pisz­czał i za­czął biec, aż wpadł na do­nicz­kę i prze­wró­cił się wraz z nią, a kula – za­do­wo­lo­na – po­le­cia­ła dalej.

 Mów­czy­ni uśmiech­nę­ła się i po­na­gli­ła konia.

 Mi­ja­ła bu­dyn­ki o nie­bie­skich li­stwach i na­ścien­nych rzeź­bach, naj­czę­ściej przed­sta­wia­ją­cych roz­kwi­ta­ją­ce róże i szma­rag­do­we kobry. Mi­ja­ła stra­ga­ny, które wy­sta­wia­ły na sprze­daż fio­le­to­we śli­ma­ki przy­cze­pio­ne do drew­na, ga­da­ją­ce stor­czy­ki czy też la­ta­ją­ce gacie – sło­wem: pra­wie wszyst­ko można tu było zna­leźć. Mi­nę­ła wiel­ki targ, wy­bu­cha­ją­cy fe­erią barw i wy­peł­nia­ją­cy po­wie­trze róż­ny­mi wo­nia­mi – od przy­jem­nych przez obo­jęt­ne do wy­pa­la­ją­cych nos.

 W por­cie cu­mo­wa­ło wiele stat­ków. Po ram­pie na po­kład jed­ne­go z nich prze­no­szo­no skrzy­nie. Ma­ry­na­rze klęli, ka­pi­tan gó­ro­wał nad nimi i przy­glą­dał się. Mewy skrze­cza­ły, bijąc skrzy­dła­mi niebo i lądując na rejach masz­tów.

 Mgieł­ka roz­pły­wa­ła się, słoń­ce wze­szło już, wy­raź­nie ry­su­jąc linię ho­ry­zon­tu.

Bli­sko la­tar­ni stała niska, pu­cha­ta po­stać. Nie po­ru­szy­ła się, gdy koń dmuch­nął jej pro­sto w kark i za­rżał gło­śno. Od­wró­ci­ła się do­pie­ro, gdy ostat­nia skrzy­nia z sym­bo­lem hia­cyn­tu tra­fi­ła na sta­tek. Wów­czas ob­da­rzy­ła Varię spoj­rze­niem żół­tych, ko­cich oczu. Napuszyła lekko brązowo-złote futro.

– Fal­kon, kopę lat! – ode­zwa­ła się mów­czy­ni.

– I wia­dro wódy – od­po­wie­dział z po­wa­gą, zdej­mu­jąc ka­pe­lusz o sze­ro­kim ron­dzie. – Po­win­ni­śmy stąd iść, je­że­li chcesz dłu­żej po­roz­ma­wiać. I zejdź, pro­szę cie­bie, z tego cham­skie­go konia.

– Wytknął ci znowu srebrny włos, nieprawdaż?

– Szko­da gadać! – Mach­nął ręką. – Nic zwierzaka nie po­tra­fisz wy­cho­wać i tyle na ten temat. Dobra, już? To ru­sza­my.

 

*

 

 Varia odstawiła karafkę wina, rozsiadając się wygodnie w fotelu.

– Niby się nikogo ani niczego tutaj nie boisz, ale podczas naszego spaceru rozglądałeś się na boki i węszyłeś. Poza tym, Falkon, te runy ochronne i zaklęcia, wzmocnione klątwami, też są dosyć wymowne. Coś konkretnego się stało?

– Coś mi nie pasuje z królewską karawaną. Znaczy, widzisz, sprawa ma się tak, że ponoć eskortowana królewska mość wymyśliła kochać się z Rouvellem na kobiercu z mchów… No co? Nie, nie robiłem takich rzeczy z Gertrudą, daj mi spokój, babo… Wracając, królowa chciała przebyć bór powoli. Twój braciszek najpierw ochoczo podszedł do tematu…

– Weź mi polej – mruknęła Ventus. – Jakie są stawki za lekarzy od standardowej przypadłości mojego braciszka? Obniżyli je,  wiesz coś może? 

– Zostawmy to. – Usłużył jej. – Najpierw, jak mówiłem, mówca podszedł entuzjastycznie do tematu, ale gdy zapadła noc, wyczuł coś na tyle groźnego, że ochota w mig mu przeszła i nie żałował koni, byleby jak najszybciej wrócić do stolicy. Hmm, Vario, słyszałaś plotki o istocie, które zamieszkuje bór, prawda?

– Ano. – Potarła czoło. – Owszem. W związku z tym, Falkon, nie przyszłam tu do ciebie jedynie po to, aby pootwierać gębę i wspominać stare dobre czasy albo przepowiadać los Rouvella, ale po pomoc.

– Zainteresował cię ten przypadek, Słowiku?

– Tak. Widzisz, natknęłam się na osobę, która przeżyła spotkanie z tym stworem.

 – Po twojej minie nie widzę większego wzruszenia w stosunku do tego, co spotkało tę personę; znaczy, nic szczególnego. Hmm… Czyli nie rzygała krwią i metalem? Nie mówiła głosami wodzów? Nie prorokowała latających talerzy? Nie lewitowała blisko cztery łokcie nad ziemią i nie samogwałciła? Echh, słabe te bestyje ostatnimi czasy!

 Opowiedziała mu krótko cały przebieg wizyty w domku na moczarach.

– Mam podejrzenie, że część wspomnień zabrał mu potwór – skończyła. – Luki w jego pamięci były dosyć szerokie, tak, jakby ktoś mu ją wyrwał…

 Jej oczy zamgliły się, wzrok przez moment stał się nieobecny.

– To może być potwór – głos Falkona sprowadził ją z powrotem na ziemię – powstały w związku z działalnością forhennic? Cholera, jak w ogóle z nimi było, śpiewaczko? Wiesz, że siedziałem wtedy w laboratorium, jak księżniczka w wieży, jestem więc zielony jako ogóreczek.

 – Forhennice były kobietami przeklętymi, o niecodziennej sile i wyostrzonych zmysłach. Wydawały się prymitywne, ale dzięki kierowaniu się uczuciami, potrafiły wyczuć słabość swego przeciwnika. I obserwowały, dużo obserwowały, a Forhen, wysyłając je na misje i udostępniając pokój tortur, dawał im broń do ręki.

– Czyli tam nauczyły się tak paskudnie mordować… No co? Trupy akurat widziałem, bo mi z prosektorium dali.

– Możliwe – odpowiedziała po chwili. – W każdym razie, dzięki nim mówcy mieli co robić. Dołożyły swoją cegiełkę do powstawania klątw. No i żeby było weselej, rozpropagowały duszenie kochanka podczas współżycia.

– Toż nawet ja z Gertrudą takich rzeczy nie robiłem! – Salen odnotował w pamięci informację Ventus.

– Wiesz, jaki był powód? Ponoć chciały kochać się z samą Śmiercią.

– A to nie – mruknął salen, a wiadomość uleciała z jego umysłu. – A jakie potwory najczęściej powstawały?

– Daehrdyny, hydaxy, caerny, berhylie… I czasem relikty.

– Oho, domyślałem się, że podejrzewasz to ostatnie. Inaczej słynna Ventus nie pofatygowała się po pomoc jakiegoś salena.

 – Gdyby to był relikt – wypiła znowu – to potrzebowałabym pomocy innych mówców. Podczas walki z jednym z nich powstała kiedyś Wyrwa, tylko że nie z róż, a płomieni i lodu. Wyglądało to ładnie, owszem, ale to, co z tego przejścia wychodziło, już za piękne nie było. Widzisz, nie chce mi się też szwendać po borze. Jest za duży, a w międzyczasie znowu ktoś może zginąć.

– Aaa, to do tego pijesz! – Falkon wychylił zawartość swego kieliszka. – Chodzi ci o zmodyfikowanego lunara, żeby cię doprowadził?

– Owszem.

– Masz szczęście, Vario, akurat mam jednego na składzie. Pamiętasz jego działanie? Ni w ząb? Dobra, uważaj. Po pierw­sze, gdy znaj­dzie się on w po­bli­żu źró­dła wy­bry­ku na­tu­ry, wów­czas zmie­nia zabarwie­nie na czer­wo­ny. Po dru­gie, w za­leż­no­ści od ro­dza­ju za­gro­że­nia, miga ko­lo­ro­wo. Gra­na­to­wy ozna­cza nie­bez­pie­czeń­stwo ma­gicz­ne, czyli klą­twy. Szkar­łat po­two­ra. Czerń to klą­twa i po­twór. Złoto to re­likt.

– Umie już wykrywać relikty? Od kiedy?

– Sięgasz pamięcią do tego, jak kie­dyś na­pa­to­czy­li­śmy się w moim pań­stew­ku na tre­vnę? Bydle niesamo­wi­te, do dziś śnią mi się jego puste oczo­do­ły, białe czasz­ki na­bi­te na macki i to upstrzone cierniami ciel­sko. Brr! Nie­mniej jed­nak, po, tak to na­zwij­my, zabawie, gdy nie pa­trzy­łaś, po­zwo­li­łem sobie wówczas na wypuszczenie pro­to­ty­pu lu­na­ra i na to, by ze­ska­no­wał roz­pa­da­ją­ce się w proch ciel­sko. Le­d­wie zdą­żył, bie­dak, ale się udało.

– I co? Wykrył re­likt?

– Raz – przy­znał Fal­kon. – Lunary nie mają problemu, aby wykryć potwory o niezbyt wysokiej mocy, tylko wła­śnie z reliktami bywa różnie.

– Re­lik­ty są cwań­sze. I bar­dziej przy­wią­za­ne do życia niż upiory. Poza tym, nie są głu­pie, wiedzą, że nie są w stanie do końca zamaskować swej aury, dlatego zapadają w głę­bo­kie gę­stwi­ny, wody oce­anu czy też w góry, byle z dala od sie­dlisk ży­wych.

– Cóż, wra­ca­jąc, mógł­bym wy­słać parę ta­kich zmo­dy­fi­ko­wa­nych lu­na­rów w miej­sca, w któ­rych ponoć znik­nię­cia są naj­więk­sze. Za­ję­ło­by to parę dni, bo ka­wa­łek do boru od sto­li­cy jed­nak jest.

– Wo­la­ła­bym od razu wy­ru­szyć.

– Wo­lisz się wlec za lu­na­rem?

– Matka ofiary mówiła, że chłopak napatoczył się na potwora na skrócie, który bezpośrednio prowadzi do głównego traktu. Wprowadź lunarowi po prostu to miejsce i doprecyzuj, że to tam jest najwięcej anomalii i zniknięć.

– Dobrze, zaprogramuję go tak. Niemniej, Vario… – Falkon przyjrzał się przyjaciółce. – Co cię gryzie? Oprócz tego. Nie krzyw się, przecież widzę, znam cię.

– Rocznica śmierci się zbliża – mruknęła niewyraźnie. – Wiesz co? Czuję w pewnym sensie zazdrość o tego człowieka z mokradeł, choć wiem, że potwór, zabierając jego wspomnienia, odebrał mu kawałek jego osobowości i przy okazji zrujnował psychikę. Ale, Falkonie, co gdyby odebrano mi wspomnienia, które prześladują mnie na rozkaz Aerenes w snach? Czy bez nich odzyskałabym spokój? Zobacz, odebrałabym pierdolonej bogince broń. Już nie mogłaby się mścić za Prawdziwego, a ja przestałabym się wstydzić i czuć obrzydzenie do siebie.

– Cholera, Słowiku, ale czego ty się wstydzisz?

– Że byłam słaba – odpowiedziała natychmiast. – Że nie potrafiłam ich uratować. Że nie potrafiłam zapanować nad sobą i działać rozważnie. Że potem… potem byłam tchórzem, Falkonie, paskudnym tchórzem! Przecież…

 Westchnęła i spuściła wzrok na trzymany kieliszek.

– Vario, twoja przeszłość, owszem, nie jest kolorowa, ale za to bogata w naukę, która w twoim przypadku nie poszła w las. No, powiedzmy. Poza tym, zauważ, że gdyby nie to wszystko, kto wie, czy spotkałabyś Prawdziwego… Oho, rumieniec? No tak, akurat jego nigdy przecież nie żałowałaś, nawet kiedy Aerenes posyłała cię do najpaskudniejszych wymiarów.

 Salen dolał wódki do kieliszków. Powtórzył procedurę parę razy, aż do momentu, gdy zaczęli śmiać się ze wszystkiego i wszystkich. Mówczyni zaśpiewała nawet dwuznaczną piosenkę, którą raczyła ją niegdyś Leven. Na jej wspomnienie kobieta jednak spoważniała i zaczęła odpływać myślami w dal.

– Dobra – chrząknęła – gdzie masz ten cudowny eliksir… ,,Wytrzeźwiacz”, tak?

– Nieee, to by nie było po­etyc­kie! Teraz elik­si­ry mają mieć ładne nazwy, takie, które każą ci sie­dzieć i my­śleć, czy ,,Wę­żo­wa Noc” cię spa­ra­li­żu­je, za­bi­je czy po­mo­że. A ten na­zy­wa się, uwaga, ,,Beate vi­ve­re”.

– Uuuch, jakbyś stworzył płynną wersję kaca… To nad tym pracowałeś w labie?

– Gdyby tylko nad tym, kochana mówczyni. – Uśmiechnął się, a zamglonymi oczami patrzył gdzieś w odmęty swej przeszłości. – Gdyby tylko nad tym…

 

*

 

 Lunar ze­psuł się już w borze.

 Za­mi­go­tał wście­kle na czer­wo­no i kon­wul­syj­nie na szkar­łat, gra­nat oraz czerń. Varia kop­nę­ła ustroj­stwo. Sama do­sko­na­le wy­czu­ła klą­twę wcze­śniej niż urzą­dze­nie. Po­de­szła do niego i wyłączyła. Coś syk­nę­ło. Włączyła.

 Duma sa­le­nów unio­sła się w po­wie­trzu. Śmi­gnę­ła od razu w gę­stwi­nę.

 Ventus po­krę­ci­ła głową, scho­dząc z lekko za­ro­śnię­tej dróż­ki. Ruszyła w głąb lasu. Ob­sta­wia­ła, że wła­śnie tędy więk­szość wę­drow­ców prze­ci­na­ła sobie drogę, by­le­by szyb­ciej dojść do osad, osła­nia­ją­cych pierw­sze za­bu­do­wa­nia sto­li­cy.

 Urządzenie la­wi­ro­wało mię­dzy drze­wa­mi. W pewnym momencie po­szy­cie lasu prze­cho­dzi­ło gład­ko w sza­ro­ści i czer­nie. Ptaki zamilkły, wpatrując się w mówczynię. Gdy minęła je, wzbiły się z wrzaskiem w powietrze.

 I zaczęły spadać.

 Jeden za drugim, czarna chmara, kilkadziesiąt ptaków o zniszczonych, obdrapanych dziobach, nieco poszarzałych na końcu. Ich czerwone, nieruchome oczy patrzyły w korony drzew z wyrzutem. Ventus wyłapała zapach metalicznej juchy i siarki. Lunar zamigotał na czarno.

 Nagle coś odebrało jej oddech. Zatoczyła się i oparła o dąb.

 Pomóż mi, usłyszała jeszcze, zanim wszystko przesłoniły cudze wspomnienia.

 

*

 

 Brązowowłosa spojrzała w czerwone niebo.

 Niewiele pamiętała ze swojej ucieczki; był smród ropy i zapach śmierci, unoszący się w domku, w którym forhennice zamknęły ją wraz z innymi brankami, było otwarte okno i ani śladu straży, była noc. Nikt jej nie widział.

 Dziewczyna poruszyła się gwałtownie, wychwytując jakiś dźwięk.

 ,,Nie, to tylko szelest liści w górze, spokojnie”– pomyślała. Skuliła się ponownie wśród paproci, oparła podbródek o podciągnięte kolana, przymknęła oczy. Głód coraz bardziej jej dokuczał, a choć znajdowała się w mateczniku, nie mogła niczego upolować; miała powykręcane palce, a uda wciąż eksplodowały bólem przy każdym kroku.

 Spróbowała uciec w sen, ale nie przychodził.

 Woń mięsa. Pieczyste?

 Uciekinierka wstała z trudem i zaczęła kuleć w stronę zapachu. Po jakimś czasie dotarła na polankę, w której centrum znajdowało się ognisko, a nad nim rożen z nabitym kawałem mięsa. Brązowowłosa wyjrzała jeszcze raz zza ukrywającego ją drzewa. Wydawało jej się to podejrzane.

 Wtedy w zasięgu wzroku pojawiła się kobieta, która odkładała na bok polana. Wyglądała na miłą. Głód wygrał z rozsądkiem, dziewczyna wyszła z ukrycia. Nieznajoma spojrzała na nią, westchnęła cicho, ale nie uciekła – zamiast tego dała jej chleb i trochę pieczystego, i przyniosła dla niej koc oraz maści na poparzenia. Nie pytała, skąd się wzięły.

 Rankiem okazało się, że po prostu znała forhennice, że fascynowało ją, ile człowiek jest w stanie wytrzymać, że uwielbiała patrzeć w oczy, w których niknęła nadzieja oraz słuchać głosu złamanej osoby, błagającej o miłosierdzie.

 

 *

 

 Lunar poprowadził mówczynię do miejsca, w którym rozpoczynał się brzeg mlecznobiałego morza; dalej nie chciał frunąć, dosyć wymownie migocząc na czarno. Varia weszła więc we mgłę, a biel otoczyła ją, rozbrzmiewając zewsząd szep­ta­mi ko­biet, dzie­ci, star­ców, męż­czyzn. Po­wo­li przy­bie­ra­ły one na sile.

– Pomóż mi!

– Pani! Mamo?! Co się dziee­jeee?!

– Kurwa mać, na chuj to było!

– Pa­ni! Niech pa­ni po­mo­żee! Dziec­ko! Moje dziec­ko nie ży­je­ee!

– Je… je­że­li mi nie… nie po­mo­żesz… umrę… Umar­łem? Nie, nie, nie! Nie­eee!

– Ucie­ka stąd! – Krzyk roz­legł się tuż obok ucha mów­czy­ni. – Ucie­ka, nie wraca!

 Mlecznobiałe morze roz­rze­dzi­ło się, od­sła­nia­jąc mały domek z drew­na, ob­ro­śnię­ty mchem, blusz­czem i ko­kor­na­kiem. Parę desek wy­sta­wa­ło niczym połamane kości. Nie­któ­re z nich spróch­nia­ły i ob­ro­sły grzy­bem.

 Drzwi urwały się i grzmotnęły o deski.

 Wnętrze domku spowijała ciemność. Mówczyni szybkim gestem wezwała do siebie cienie i rozesłała je po pomieszczeniu. Jeden z nich trafił na poplamiony woskiem lichtarz, w którym tkwiły świecie i podniósł go; nagle knoty zapaliły się, ukazując brązowowłosą dziewczynę, skuloną w kącie.

 ,,Kolejne wspomnienie” – pomyślała Varia.

 Dziewuszką targnął paroksyzm bólu. Przed nią leżał trup kobiety o rudych, posklejanych krwią włosach. Nie miał ani oczu, ani nosa, ale za to szramy – szerokie jak od cięć – znaczyły całą twarz. Niżej biła nadpsuta czerwień otwartego gardła, zaś w rozprutym brzuchu bzyczały muchy i rządził się wyliniały szczur.

 Forhennica zbliżyła się bezszelestnie do swej ofiary. Uśmiechnęła się, odsłaniając ostro zakończone zęby. Wpiła ręce we włosy młodej i szarpnęła, podrywając ją niemalże na równe nogi. Pociągnęła ją, drącą się i szarpiącą, w stronę jednego z pokojów. Tam rzuciła nią w ścianę; dziewczyna straciła dech w piersi. Gdy oprawczyni zbliżyła się do niej, zasłoniła się ręką.

 Drugiej nie miała.

 Nagle poczuła dotyk na policzku. Przeniósł się na jej oko. Brązowowłosa załkała, roniąc łzy i drżąc na całym ciele. Nie miała sił, aby się bronić, a nawet gdyby miała – jaki byłby tego sens? Zapłonęła w niej bezsilna nienawiść do forhennic.

 Dziewczyna miotała się, wiła, wrzeszczała, ale zemdleć nie mogła, choć bardzo, bardzo chciała.

 Nagle po­sta­cie roz­pły­nę­ły się jakby w po­wie­trzu, zo­sta­wia­jąc mów­czy­nię wpa­tru­ją­cą się w zbu­twia­łe deski podłogi. ,,To berhylia” – pomyślała. –,,Zjawa, która żyje przeszłością i mści się na wszystkich, bo już nie potrafi odróżnić oprawców od zwykłych istot”.

 Varia wy­szła w końcu na ganek. We mgle stała wysoka, biała jak mleko kobieta w zakrwawionej, podartej sukni. Nie sposób powiedzieć, co wyrażała twarz zjawy – miała zniekształcone usta, urwany nos i szkarłatne plamy zamiast oczu.

 Pomóż mi.

– Zdradź mi swoje imię. Twoja więź z tym świa­tem jest zbyt silna, muszę je po­znać.

 Nie. Nie, nie, nie! Jesteś z nimi w komitywie, jak tamta kobieta z polany! Chcesz patrzeć na cierpienie, chcesz poczuć krew, chcesz zobaczyć granice ludzkiej wytrzymałości!

 Ber­hy­lia za­wy­ła.

 Mów­czy­ni w porę wznio­sła cie­ni­stą ba­rie­rę. Szpo­ny ude­rza­ły w nią szybko z różnych stron. Parę z nich zła­ma­ło się, a czar­na krew zro­si­ła szarą trawę. Zjawa ryk­nę­ła z wście­kło­ścią. Varia wtar­gnę­ła w jej myśli.

 Z mi­ga­wek wspo­mnień, które doj­rza­ła, potwierdziło się, iż ber­hy­lia po pew­nym cza­sie za­czę­ła za­bi­jać każdego, kto wszedł na jej teren, gdyż w każdym widziała forhennicę. Nagle kobietą coś rzuciło, boleśnie uderzyła o ziemię. Krew pociekła jej z nosa. Bladolica zniknęła.

 Rozległ się piękny i tęskny śpiew. Varia spojrzała we mgłę. Wydawało jej się, że dostrzegła w niej niebieskie, ukochane oczy, a potem nienawistne zielone. ,,Mgła się ze mną bawi” – pomyślała, wstając. Skierowała się w stronę głosu. Im bli­żej podchodziła, tym chra­pliw­szy i mniej me­lo­dyj­ny się sta­wał.

 Mlecz­no­bia­łe morze roz­stą­pi­ło się i od­sło­ni­ło zakrwawione wzniesienie z nagą, brą­zo­wo­wło­są dziew­czy­ną, spo­czy­wa­ją­cą na sza­rym, gład­kim ka­mie­niu.

 Nad ofia­rą stała ta sama forhennica, co w po­przed­nim wspo­mnie­niu. Trzy­ma­ła nóż o nie­re­gu­lar­nych, haczykowatych ząb­kach. Przy­ło­ży­ła czu­bek ostrza do piersi dziew­czy­ny; zwią­za­na nie mogła nic zro­bić. Wrzask wzniósł się ponad ko­ro­nę drzew, ptaki ze­rwa­ły się z krzy­kiem do lotu.

 Oprawczyni zatopiła zęby w sercu.

 Wspo­mnie­nie roz­wia­ło się. Za­miast dziew­czy­ny po­ja­wi­ła się berhylia; podniosła się z ołtarza i ruszyła w stronę mówczyni schodami, okrytymi zaschniętą krwią.

 Mów­czy­ni…Bła­gam cię…

Ventus zawahała się.

A zjawa, zdradziecko jak żmija, wtargnęła w jej wspomnienia.

 Ząb za ząb, usłyszała.

 Mówczyni widziała ponownie płomienie tamtej nocy i Rouvella o twarzy wykrzywionej przez trwogę. I siebie, jakby z boku. Ponownie tańczyła z mieczem i unikała sztychów szermierzy, którzy podpalili kolejny dom, wpędziwszy do niego najsłabszych ludzi. Płomienie sięgały już dachu, a wołania o pomoc stawały się potępieńcze, nieludzkie. Po chwili dołączyły do nich piski dzieci, a potem coś jak trzask kości.

 Oto przyjechała chluba państwa, przedstawiciele Wysokiego Rodu.

 Varia wrzeszczała. Przeklinała despotycznych szlachciców, znudzonych balami i dziewkami, a spragnionych zabawy w Stwórcę.

 Raniła ich tak, aby zabić. Ale była sama, nikt jej nie pomógł. Wkrótce obalili ją. Pozbawiła życia paru, przeszedł szmer przez tłum. Będzie łamana kołem lub wsadzona do ognistej beczki.

 Trafiła do Cytadeli.

 Tam czekała na przyjaciół, którzy krzyczeli z tłumu swe obietnice o pomocy.

 Dzień przed egzekucją słyszała jeszcze buńczuczne: Przyjdziemy ci w sukurs! Choćbyśmy mieli przejść przez ogień, morze krwi i trupy!

 Dziewczyna uśmiechała się, dzwoniąc łańcuchami, przyczepionymi do kajdan. Czuła przyjemny, kojący chłód, nawet wtedy, gdy nad ranem przyszli z protokołem, odczytali jej zbrodnie. Potem próbowano ją podnieść, lecz nie mogła chodzić. Nie wiedzieć czemu, zgodzili się wezwać czarodzieja, aby, jak to określono, humanitarnie zajął się jej egzekucją.

 Mężczyzna miał niebieskie oczy i czarne włosy, bił od niego mróz.

 Pamiętała jego dotyk, po którym nie widziała nic, a potem narastającą jasność. Dopiero po chwili stwierdziła, iż stoi wśród mgły, nogami dotykając chropowatej powierzchni desek molo. Słyszała kwakanie kaczek, plusk wody, rechot żab. Czuła chłód, teraz dziwnie znajomy, przyjazny, dodający otuchy. ,,To wymiar Aerenes? ‘’– zastanawiała się. – ,,W legendzie był pałac. A tu? Nie, nie ma pałacu. Gdzie jestem?”

 Wtedy mleczne morze rozstąpiło się, ukazując tego, który w każdej religii świata pozostaje taki sam, jedyny Prawdziwy.

 Śmierć.

 Całe wspomnienie trwało krótko, nie dłużej niż dwa uderzenia serca. Varia wrzasnęła z wściekłości i wypchnęła zjawę ze swego umysłu. Wykorzystała jednak okazję; potwór odsłonił reminiscencję swej tożsamości.

 Berhylia stała w bezruchu, zlewając się z mgłą.

 Nagle podniosła dłoń i wykonała szybki gest, jakby chwytała za coś. Mówczyni zaparła się nogami o ziemię, inaczej poleciałaby do przodu. Fragmenty wspomnień wirowały jej przed oczami, te najgorsze, najpaskudniejsze, pochodzące z Cytadeli. Poczuła, jak gorycz, nienawiść, żal i wściekłość, które wówczas w sobie nosiła, zalewają ją i duszą.

 Ventus osunęła się na kolana, kaszlnęła krwią.

– Więc jednak karmisz się wspomnieniami innych – stwierdziła. – No proszę… Doprawdy, spotkałam wielu tobie podobnych, ale żaden tego nie potrafił.

 Zaatakowała ją cieniami, wbijając w ziemię. Elementy przeszłości uspokoiły się, wróciły na miejsce.

 Mówczyni zwinnie ob­ró­ci­ła się, uni­ka­jąc ataku. Gdy Bla­do­li­ca mi­ja­ła ją, ude­rzy­ła macką. Zjawa grzmotnęła o zimny kamień ołtarza, zaskowyczała. Znik­nę­ła jednak niemal natychmiast po to, by poja­wić się tuż za ple­ca­mi mów­czy­ni.

 Szpo­ny na­tra­fi­ły na ba­rie­rę, lecz mizerną – po jed­nym bły­ska­wicz­nym na­tar­ciu Bla­do­li­ca wy­ko­na­ła dru­gie, ka­le­cząc bok Ventus. Ko­bie­ta nie krzyk­nę­ła, zła­pa­ła rękę ber­hy­li, wy­krzy­wi­ła ją pod nie­na­tu­ral­nym kątem. Cienie wy­le­cia­ły zza jej ple­ców jak pio­ru­ny i oplo­tły ry­czą­cą zjawę.

Po­mknę­ły po ciele ber­hy­li niby iskry. Unie­ru­cho­mi­ły szyję i roz­po­star­ły rękę oraz nogi, zmuszając do spojrzenia w błysz­czą­ce oczy Varii.

Zjawa po­czu­ła chłod­ny dotyk na czole i za­pach mo­gi­ły.

Le­d­wie za­uwa­ży­ła blask, przy­bie­ra­ją­cy barwę szma­rag­du. Choć nie mogła tego uj­rzeć, jej nogi za­mie­nia­ły się w ciem­no­zie­lo­ny proch.

– Or­ke­no Da­vens – głos na gra­ni­cy sły­szal­no­ści – zdej­mu­ję z cie­bie ból. Zdej­mu­ję z cie­bie go­rycz twoich wspomnień i tych, które ukradłaś. Zostawiam ci jednak tę część, którą nosiłaś jako człowiek. Jednak, ze wzglę­du na prze­wi­ny, bę­dziesz są­dzo­na przez czci­god­ną Aere­nes, do któ­rej cię od­sy­łam. Odejdź.

Mgła zafalowała wokół niej i rozmyła się, odsłaniając kilkadziesiąt pobielałych szkieletów, w których oczodołach pojawiło się czerwone światło. Obok nich wstawały nadgryzione, poszarpane trupy, patrzące czarnymi oczyma na mówczynię.

 Czekały.

 Varia Ventus pochyliła głowę, złożyła ręce na piersi i wypowiedziała zaklęcie. Przyzwany wiatr uformował ze szczątków Bladolicej ośmioramienną gwiazdę. Mówczyni zanuciła kolejną inkantację.

 Prochy rozjarzyły się czerwonym blaskiem.

 Kobieta zacisnęła szczęki.

 Szepty były najpierw odległe, ciche, ale przybierające na sile, przywodzące na myśl rój wściekłych pszczół. Raptownie uderzyły w Varię ze wszystkich stron. Pod powiekami ujrzała cudze wspomnienia, te najbardziej dotkliwe, najstraszniejsze, najbardziej przykre, takie, które człowiek wypiera, zapomina o ich istnieniu, chowając je w nieznanych nawet mu zakamarkach umysłu.

 Ponownie widziała zdrady, gwałty, krew i łzy. Ponownie widziała walki, bezsensowne spory, nienawiść. Ponownie widziała rozstania, smutek i żal.

 ,,Postęp?” – pomyślała nagle, przegryzając wargi aż do krwi. – ,,Może i są nowe rekwizyty na scenie, może i się nieco nawet zmieniają, ale aktorzy? Aktorzy są wciąż ci sami. Nic nowego”.

 Jedno ze wspomnień emanowało obojętnością właściciela. Może przez to wydało się Ventus straszniejsze.

 Mężczyzna patrzył modrymi oczyma na dziewczynę, która zacisnęła drżące dłonie na jego barwnym kaftanie i pochyliła głowę. Mówiła coś, ale jej słowa były ciche, urywane, niepewne, a on nie zwracał na nie uwagi.

 Milczał. Długo.

 Jasnowłosa cofnęła się, badając nierozumiejącym wzrokiem ukochaną twarz.

 Mogła wyrecytować w ciemnościach każdy jej fragment, mogła wydeklamować sekrety jego dłoni, mogła opowiedzieć historie, jakie widziały jego oczy. Dlatego też zamarła, gdy nic z nich nie wyczytała. Gdy dostrzegła barierę, którą wzniósł. Gdy poczuła chłód, jaki od niego bił. Jej usta zadrżały, oczy zaszkliły się.

Padły trzy słowa.

 Varia upadła na kolano.

 Z ust i nosa płynęła krew, zalewając jej białą, jedwabną koszulę, padając na czarne buty i wgryzając się w ciemnozielony proch.

 Wieża o czarnych, zębatych flankach.

 Mówczyni zamknęła oczy. Nie było ucieczki przed tym wspomnieniem, posoka naruszyła już gwiazdę i stała się częścią zaklęcia.

Tnij w brzuch! Niech popamięta… Niech nosi piętno przeszłości, niech płaci za grzechy! Przez nią zginęli niewinni ludzie!

Rana na boku eksplodowała bólem.

Pierdolona! Broni się! Trzymaj ją! Nauczę cię bólu. Będziesz tę lekcję pamiętać do końca swoich dni. Nie wrzeszczysz? Dobra, to zrobimy z ciebie kalekę. Entliczek, pentliczek…

Varia poczuła krew, cieknącą po brzuchu.

…czerwony stoliczek. To co, może teraz nóżki? Milczysz. Straciłaś przytomność? Nie! No proszę. Szkoda, najmilsza Vario Ventus, że swymi uczynkami wyparłaś się swego rodowodu, doprawdy, byłabyś diamentem w naszym wywiadzie. Ale teraz jest to niemożliwe, szczególnie po tym, jak doprowadziłaś do podpalenia domów z zamkniętymi w nich ludźmi. Jak zatłukłaś wspaniałych młodzieńców Wysokiego Rodu, z którymi niegdyś tańczyłaś i piłaś wino.

Pamiętała ich twarze.

Rozumiesz już, Vario, co to oznacza? Że ten, kto ma władzę, zmienia historię według swojej woli.

Zapamiętaj tę lekcję.

Drżysz.

Spokojnie, za chwilę podpalimy beczkę.

 Czerwony ogień w oczach szkieletów przygasł. Czarne oczy żywych trupów przybierały dawną barwę, gdy odłamki ich przeszłości, choć najczęściej pełne bólu i okrucieństwa, wracały do nich. Ventus wstała, zataczając się lekko.

Podniosłaś rękę na osobę, którą powinnaś kochać najbardziej. Nie, dziewczyno. Nie zginiesz na własnych zasadach, na to miłosierdzie nie licz.

 Dokończyła wyraźnie ostatni fragment zaklęcia; z ośmioramiennej gwiazdy wyleciało ostatnie wspomnienie, które zabrała berhylia, i połączyło się ze swym właścicielem. Następnie Varia odesłała dusze do Aerenes.

 Przeszłość wybrzmiała.

Koniec

Komentarze

O, wow. Długo mnie tu nie było, wchodzę, a tu od razu taki dobry kawałek :) 

Błędów ortograficznych i stylistycznych na siłę nie szukam, jak coś znajdę to piszę, ale są tu lepsi niż ja w wyłapywaniu. Żeby jednak nie zignorować strony technicznej muszę przyznać, że jeszcze nie spotkałam się tu z opowiadaniem, które byłoby idealne jeśli chodzi o długość. Nie wyrzuciłabym ani nie dopisała żadnego słowa. Nie jest krótkie i nie dłuży się w nieskończoność. 

Co do samej treści i pomysłu – Bardzo mi się podobało. Zaczęłam zastanawiać się nad twoją inspiracją, bo nic nie przychodziło mi za bardzo do głowy poza ogólnymi legendami o cierpiących duszach, nawet wrzuciłam sobie Forchennice w wujka google ale nic nie znalazłam! Czyżby całość była twoim pomysłem? Jeśli tak, to głęboki ukłon w twoją stronę, bo pomysł nie lada, można byłoby się nim pobawić, a nawet stworzyć podwaliny do nowego świata. 

Ode mnie wysoka piątka! :)

Hmmm. A dla mnie tekst był zbyt chaotyczny. Masz fajne pomysły, ale nie pozwalasz im wybrzmieć, tylko błyskawicznie przeskakujesz do następnej scenki. Mam wrażenie, że w głowie masz o wiele więcej, niż przeniosłaś do tekstu. Na przykład z tym pływającym chłopakiem – co mu właściwie było? Dlaczego Venta wyczuwała czterech ludzi? W końcu ktoś mu ukradł część wspomnień czy podrzucił obce? Dlaczego dziewczyna skłamała, że potrafi go wyleczyć, co jej to dało?

Czy z wątkiem brata wyruszającego na wojnę coś się później dzieje?

Próbujesz przekazać jakieś wiadomości w dialogach, ale mało zgrabnie, IMO. Często wygląda na to, że postaci mówią sobie rzeczy, które obie strony wiedzą. Albo powinny wiedzieć. Czyli nie mówią do siebie, tylko do czytelnika.

Ale wykonanie na poziomie zdania całkiem przyzwoite.

 Kobieta unieruchomiła mu głowę i zmusiła, by na nią spojrzał.

Można to zinterpretować, że zmusiła faceta, żeby patrzył na własną głowę.

Nie lewitowała dwa metry

W Twoim świecie była rewolucja francuska, że istnieją metry?

 Z ust i nosa płynęła krew, zalewając jej białą, aksamitną koszulę,

Nie jestem pewna, czy aksamit nadaje się na koszule.

Babska logika rządzi!

Przepraszam, będzie na szybko; ogólnie pełniejsze odpowiedzi będę w stanie dawać w weekend. 

 

Firiel, dziękuję Ci za komentarz. (: 

Nie miałam inspiracji, po prostu siadłam i napisałam bez większego pomyślunku, które przyszło w trakcie poprawiania opka.

 

Finklo, dziękuję Ci za komentarz i cieszę się, że przynajmniej wykonanie na poziomie zdania całkiem przyzwoite. ^^ 

Odnośnie pytań: 

Chłopakowi wspomnienia wydarła berhylia. Ich ubytek zasygnalizowałam – a najwyraźniej próbowałam – tym zdaniem;

,,Ujrzała czarne przestrzenie między wspomnieniami."

Czyli brak łączności między nimi i później:

,,– Mam podejrzenie, że część wspomnień zabrał mu potwór – skończyła. – Luki w jego pamięci były dosyć szerokie, tak, jakby ktoś mu je wyrwał…”

,,(…)Muszę tylko poznać przyczyny.

Skłamała, powodowana ciekawością." – chodziło mi o to, że przyczyn akurat znać nie musiała, aby go uleczyć – bo umiała.

A dało jej to to, że dowiedziała się, w którym miejscu boru potwór występuje. Poza tym, dlaczego miałaby nie zapytać? Istniała szansa, że ofiara ataku zjawy opisała ją albo powiedziała coś więcej na jej temat jak nie babuleńce, to przynajmniej podróżnemu. Mówczyni przecież na wstępie nie wiedziała, iż dowie się tylko tyle.

Dlaczego wyczuwała czterech?

Ujrzenie zwłok ukochanej i spotkanie z Bladolicą było traumą dla tego człowieka, przez co powstały u niego odrębne osobowości, które wyczuwała Ventus.

Konkludując: chłopak był chory psychicznie, może nawet szalony po spotkaniu ze zjawą.

Czy z wątkiem brata coś się później dzieje? Nie, był wyjaśnieniem, dlaczego podczas napaści forhennic ludzie stawiali bardzo słaby opór, prawie żaden; młodzi w końcu walczyli na froncie, a w osadzie zostali starzy, kobiety i dzieci.

To, że w głowie mam więcej, niż przeniosłam do tekstu, udowodniłam w pierwotnej – tej bardzo pierwotnej – wersji opka, gdzie było o cztery/pięć wątków więcej (brzmi jak koszmar, nie? XD); czyli rozmach z pomysłami jest, ale muszę się nauczyć nie pakować wszystkiego, co tam sobie wymyślę, w jedno opowiadanie. (:

Hmm, inaczej pisząc, zawiodłam dialogami. Cóż…

Błędy popoprawiam w wolnej chwili. (; 

 

 

A widzisz, ja na przykład sądziłam, że kłamstwo dotyczyło umiejętności wyleczenia chłopaka… I pewnie jeszcze w wielu momentach się podobnie rozmijałyśmy.

Babska logika rządzi!

Ładnie to napisane. Porządnie, obrazowo, emocjonalnie, opisy takie, jakie lubię – budujące nastrój, działające na wyobraźnię. Bez stylistycznych wpadek, w każdym razie nie takich, które utrudniałyby czytanie. Zatrzymałem się tylko na moment przy opisie Lunarów, które nosiły różne rzeczy, przymocowane na wstążkach. Zajęło mi chwilkę, nim tobie sobie poukładłem :-) 

Z tekstu wysłania się obraz ciekawej bohaterki i ciekawego, bogatego świata, pięknego, ale i horrorowo mrocznego i paskudnego.

Tyle, że fabularnie jest jeszcze trochę do dopracowania. Mam podobnie jak Finkla – wydaje się, że masz w głowie całe mnóstwo pomysłów i skomplikowaną historię, wszystko to pcha się natychmiast na papier (ekran) i nie bardzo wiesz jak odfiltrować rzeczy naprawdę ważne. W efekcie do tekstu wkrada się… może nie chaos, ale z pewnością nadmiar. W połowie tekstu byłem bliski zrezygnowania, bo wydawało mi się, że poszczególne sceny do niczego nie prowadzą. Na szczęście wszystko zaczęło się ładnie łączyć, choć i tak opowiadanie można byłoby zdrowo pociąć. Ot na przykład scena w karczmie, zaraz na początku – nie bardzo wiadomo kto rozmawia (żadna z postaci, poza Varią, nie pojawia się później) o czym i po co. To znaczy wiadomo po co – żeby czytelnik dowiedział się paru szczegółów o świecie. Rzecz w tym, że po pierwsze postacie sprawiają wrażenie, jakby tłumaczyły sprawy sobie doskonale znane, a po drugie żadna z tych informacji nie jest czytelnikowi potrzebna, istotna dla fabuły, czy nawet interesująca. 

Albo scena, gdy Varia przyjeżdża do Fadevii – spotyka jakieś postaci (ożywione posągi, biginię i jej pupila?) – nie wiadomo kto to, kim dla bohaterki są i jaka jest ich rola w historii. 

Tekst obfituje w detale z przeszłości Varii, których jest na tyle dużo, że odwracają uwagę od głównego wątku i historii, ale jednocześnie są tak poszarpane i fragmentaryczne, że i tak niewiele się o niej dowiadujemy. Większość z tych informacji zupełnie nie jest potrzebna. Opowiadanie jest niezłym początkiem cyklu (który pewnie już sobie solidnie obmyśliłaś) ale w takim przypadku ważne jest, by zachować umiar. Najprostszy i zapewne najczęściej wałkowany przykład to pierwszy tekst o wiedźminie – informacji o świecie i bohaterze jest tam niewiele, w zasadzie tylko tyle, ile to niezbędne dla konkretnej fabuły, na której to właśnie skupia się uwaga czytelnika. Dzięki temu budzi się ciekawość i ochota na więcej – większość osób, które przeczytały pierwszy tekst siegnęła po dalsze. 

I to jest moja rada – skupiaj się na konkretnej historii, informacje o świecie i bohaterce dozuj oszczędnie i z umiarem, a ludzie będą chcieli czytać Twoje kolejne teksty. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

…(który pewnie już sobie solidnie obmyśliłaś)

 

Eeech. 

 

Nie, Thargone, wybacz mi, zawiodę Cię, ale nie, nie obmyśliłam.

Na czuja piszę, bez planu, a efekty tego są bardzo różne. Prawdopodobnie gdybym sobie już wszystko wykoncypowała i dopracowała, to tego nadmiaru byś nie uświadczył, bo bym dozowała informacje jak skąpiec. A że na żywioł… 

Cóż, wyciągnę z tego wszystkiego naukę i postaram się w przyszłych aktach wesołej ,,twórczości” własnej niwelować nadmiar wątków/infodupów/etc. 

W końcu zawsze można lepiej. ^^

Ogólnie, Thargone, dziękuję Ci za poświęcony czas, za miłe słowa oraz za radę, z której niewątpliwie skorzystam. 

Są tutaj naprawdę fajne pomysły. Językowo też czytało się przyzwoicie. Utwór poległ na kompozycji i na przekazaniu wiedzy o świecie widocznym. Długo się zastanawiałem, czy Varia i Ventus to ta sama osoba, czy nie. I do teraz tej pewności nie mam. Nie za bardzo zrozumiałem też, co było głównym zadaniem tejże Mówiącej, dokąd zmierzała itp.

Aż szkoda, bo tworzysz bardzo ciekawe postacie. Mężczyzna o wielu osobowościach, jego matka, Brązowowłosa – miałaś z nimi ciekawy pomysł, widać też, że nie są to proste postacie. Niestety pojawiły się tylko epizodycznie i ledwie się nimi zainteresowałem, te już znikały na zawsze.

Są też fragmenty, które zgrzytały mi, nie dlatego, że mogą być niepoprawne, ale skojarzenia popkulturowe z nimi są zbyt mocne. Pierwsze z brzegu – “rozjebany” w rozmowach karczemnych. Podobnie “gitara” – nawet jeśli instrument istniał w średniowieczu, niekoniecznie czytelnikom się z nim kojarzy (zwłaszcza nieobeznanym). To trochę jak z bitwami w kosmosie – Star Wars stworzyło pewien niesłuszny obraz i wielu autorów się z nim męczy, bo tego oczekują czytelnicy :) Warto być świadomym takich konotacji i używać (lub dekonstruować) je mądrze.

Tak więc jest tu potencjał, ale zbyt chaotyczny ten koncert fajerwerków. Masz jednak mą uwagę :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NWM

Długo się zastanawiałem, czy Varia i Ventus to ta sama osoba, czy nie. I do teraz tej pewności nie mam.

 

Varii Ventus wystarczyło jedno spojrzenie (…)

To jedna i ta sama osoba. W drugim akapicie specjalnie scaliłam jej imię i nazwisko, a potem pisałam je oddzielnie, aby zapobiec niepotrzebnym powtórzeniom. Później w końcówce znowu je połączyłam;

Szkoda, najmilsza Vario Ventus, że swymi uczynkami(…)

 

Mężczyzna o wielu osobowościach, jego matka, Brązowowłosa – miałaś z nimi ciekawy pomysł, widać też, że nie są to proste postacie. Niestety pojawiły się tylko epizodycznie i ledwie się nimi zainteresowałem, te już znikały na zawsze.

 

Mężczyzną o wielu osobowościach zasygnalizowałam, co berhylia jest w stanie zrobić z umysłami swych ofiar. Z kolei matka chorego psychicznie też nie miała pełnić większej roli, ot, po prostu przekazała informację Mówczyni, gdzie ten potwór jest i tyle. 

Natomiast brązowowłosa była od początku tekstu do końca, choć na finiszu z powodu klątwy już jako zjawa – ta sama, z którą zetknął się na swoje nieszczęście człowiek z mokradeł. (;

Dzięki za poświęcony czas i komentarz. ^^

 

Wiele już powiedziałem o tym opowiadaniu, ale teraz wypadałoby to jakoś podsumować ;)

 

Wyszło… nieźle. To dobry i ciekawy tekst, choć niepozbawiony wad.

Rzeczywiście, na pierwszy plan wychodzi ta wielowątkowość, która rozmywa ideę opowiadania. Rozwijając w końcówce postać Varii, jednocześnie gasisz znaczenie głównego “antagonisty” – Brązowowłosej. Brzmi to trochę, jakbyś chciała za jej pomocą ukazać przeszłość samej Mówczyni, tymczasem opowiadanie… kończy się.

A jednak mam świadomość, jak bardzo wycierpiałaś się przy tym tekście. Wiem, jak walczyłaś i że wycięłaś z milion dodatkowych wątków ;D Doceniam to.

Poza tym, opowiadanie to całkiem udana opowieść fantasy. Ma ciekawych bohaterów (Varia, Falkon), ma ładnie zarysowany świat przedstawiony (ćwierkający świr z bagien, ceremonialna żmija), ma wreszcie trochę magii i urozmaicającej ją technologii.

Tempo nie jest zbyt szybkie, ale opowiadanie nie nudzi – czyta się to sprawnie i z pewną satysfakcją. Nie jest też przesadnie przegadane, bo każdy fragment czemuś służy.

Rzeczywiście, można je odebrać jako zarys czegoś większego, ale z drugiej strony, bez tego tła, tekst byłby przedstawieniem kukiełek na czarnym tle. Bez worldbuildingu nie da się zbudować immersji!

I dlatego uważam, że na stempel jakości to opowiadanie jak najbardziej zasługuje.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Cóż, Draconis, przykro mi to mówić, ale opowiadanie nie przypadło moi do gustu. Zbyt wiele tu splątanych wątków i niejasnych sytuacji, trafiają się sceny, na opisaniu których ich żywot się kończy, a ja nie potrafię dostrzec ich związku z dalszym ciągiem opowieści. Całość przypomina mi obrazki oglądane w kalejdoskopie – jest ich mnóstwo, są ładne, wszystkie składają się z tych samych elementów, ale po pewnym czasie zaczynają nużyć.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia. :(

 

Żbi­cze oczy, oko­lo­ne wokół tur­ku­so­wy­mi ta­tu­aża­mi. –> Masło maślane. Czy co może być okolone, ale nie wokół?

 

Ad­re­na­li­na hu­cza­ła jej w skro­niach… –Skąd adrenalina w tym opowiadaniu?

 

serce biło w pier­si jak osza­la­łe… –> Zbędne dopowiedzenie. Czy serce miało możliwość bić w innym miejscu?

 

Unik­nę­ła le­cą­ce­go z góry cię­cia… –> Czy cięcia latają?

 

róża, która roz­krze­wi­ła się na­stęp­nie po bo­kach i w górę… –> …róża, która roz­krze­wi­ła się na­stęp­nie na boki i w górę

 

dziew­czy­na prze­szła obok sto­li­ka, za­ję­te­go przez sta­rych bim­brow­ni­ków… –> Kiedy dzieje się to opowiadanie? Czy bimbrownicy mają w nim rację bytu?

Jeśli rzecz dzieje się w karczmie, to nie było tam stolików, a raczej masywne stoły i takież ławy.

 

Ale moi mi­lu­siń­scy, spra­wa ma się tak… –> Milusińscy to termin określający małe dzieci.

 

upo­ra­li się ze skut­ka­mi tej prze­klę­tej Rzezi… –> Dlaczego wielka litera?

 

Varia przy­po­mnia­ła sobie ba­bra­nie się ze wszel­ką ma­ścią po­two­rów… –> …Varia przy­po­mnia­ła sobie ba­bra­nie się ze wszel­kiej ma­ści po­two­rami

 

–,,Bór coraz sze­rzej sły­nie z ta­jem­ni­czych za­gi­nięć. –> „Bór coraz sze­rzej sły­nie z ta­jem­ni­czych za­gi­nięć.

Tu dowiesz się, jak poprawnie zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Uspraw­ni to ro­bo­tę.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

od­gar­nął kwia­ty czermie­nia błot­ne­go. –> …od­gar­nął kwia­ty czermie­ni błotnej.

Czermień jest rodzaju żeńskiego.

 

– Zz…zaa… za grro…blą… –> Brak spacji po pierwszym i trzecim wielokropku.

 

Ko­bie­ta wzię­ła klacz za trę­zle… –> Czy klacz miała więcej niż jedną tręzlę?

 

Mów­czy­ni przy­wią­za­ła ru­ma­ka do płotu… –> Zakładam, że zdanie dotyczy wspomnianej wcześniej klaczy i zastanawiam się, czy o klaczy można mówić, że to rumak?

 

mruk­nę­ła sta­rusz­ka, otu­la­jąc się szczel­niej szla­fro­kiem. –> Szlafrok, w dodatku na wieśniaczce, zupełnie nie pasuje mi do tego opowiadania.

 

wska­za­ła jej drew­nia­ny zydel… –> Zbędne dookreślenie. Czy istniała możliwość, aby w chatce był inny zydel, nie drewniany?

 

– Nie, nie mi. –> – Nie, nie mnie.

 

Ale pa­mięć miał, za prze­pro­sze­niem, dupną, także i ja wiem tylko tyle. –> Ale pa­mięć miał, za prze­pro­sze­niem, dupną, tak że i ja wiem tylko tyle.

 

Poza tym, w go­dzi­nach szczy­tu by­ły­by pro­ble­my z kon­tro­lą. –> Godziny szczytu to termin dość współczesny i mający się raczej nijak do tego opowiadania.

 

Nic zwie­rza­ka nie po­tra­fisz wy­cho­wać i tyle w te­ma­cie. –> – Nie po­tra­fisz wy­cho­wać zwierzaka i tyle na ten temat.

Konstrukcja w temacie jest niepoprawna i, jak twierdzi profesor Mirosław Bańko, wręcz naganna.

 

Weź mi polej – mruk­nę­ła Ven­tus. –> To współczesne określenie kolokwialne, nie pasuje do opowiadania.

 

– Jakie są staw­ki za le­ka­rzy od cho­rób we­ne­rycz­nych? –> Choroby weneryczne nie są chyba dobrym określeniem rzeczonych chorób w tym opowiadaniu.

 

– Ano – po­tar­ła czoło – ow­szem. –> – Ano.Po­tar­ła czoło.Ow­szem.

 

– Luki w jego pa­mię­ci były dosyć sze­ro­kie, tak, jakby ktoś mu je wy­rwał… –> Ktoś wyrwał mu pamięć, nie luki, więc: – Luki w jego pa­mię­ci były dosyć sze­ro­kie, tak, jakby ktoś mu wy­rwał

 

Fal­kon wy­chy­nął za­war­tość swego kie­lisz­ka. –> W jaki sposób Falkon wychynął zawartość kieliszka???

Pewnie miało być: Fal­kon wy­chy­lił za­war­tość swego kie­lisz­ka.

Za SJP PWN: wychynąć «wysunąć się zza czegoś lub ukazać się na powierzchni czegoś»

 

ogni­sko, a nad nim rożen z na­bi­tym na nim ka­wa­łem mięsa… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

– Je…je­że­li mi nie… nie po­mo­żesz… umrę… –> Brak spacji po pierwszym wielokropku.

 

nie po­tra­fi od­róż­nić opraw­ców od zwy­kłych istot.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

ko­bie­ta za­krwa­wio­nej, po­dar­tej sukni. –> …ko­bie­ta w za­krwa­wio­nej, po­dar­tej sukni.

 

Nic no­we­go.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trochę bardzo z poślizgiem, bo kinetyka zżarła mi trochę czasu. 

 

Count, wycięcie wątków to było pół biedy, ale to wiesz. 

Cóż, dzięki jeszcze raz za swój czas; za możliwość nauki przy tym opku. Nie pójdzie w las. 

…ale widzisz, sporo się sprawdziło, z tego co przepowiadałam, nie? ^^

 

Reg, cóż, spodziewałam się, że się nie spodoba.

Wielowątkowość jest be, zapamiętałam to już i eliminuję; poza tym, dzięki betom nauczyłam się paru rzeczy; wykorzystam je w przyszłości, przez co może kiedyś lektura, droga Reg, mojej wesołej "twórczości" nie będzie przyprawiać o mdłości. ^^

Błędy postaram się poprawić jutro rano albo dziś wieczorem. 

Dzięki za poświęcony czas. 

 

Wielowątkowość sama w sobie nie jest be. To chaos psuje jej opinię. ;-)

Babska logika rządzi!

Ech, Finklo, biorę w takim razie poprawkę na chaos; mogę w takim razie jedynie obiecać, że postaram się napisać w przyszłości coś wielowątkowego, w co się to cholerstwo nie wpakuje. I może takie opko, które wyszłoby mi wówczas spod klawiatury, przyniosłoby ogólną satysfakcję z lektury. Może. ^^

No, ale dopóki takiego nie napiszę, nie ma co rozmyślać, tylko brać się do pracy i pisać dalej, pamiętając jednocześnie o swoich błędach. ^^

 

 

Nie porwało mnie :(

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka