- Opowiadanie: Wiktor Orłowski - #prayfornorton

#prayfornorton

ACHTUNG! Opowiadanie jest interaktywne – części klikalne są klikalne i można w nie klikać! Stanowią część opowiadania (aczkolwiek ich lektura nie jest niezbędna). Wasza Berylskość: całość zawiera się w dopuszczalnym limicie znaków (łącznie wyszło ok. 42k).

 

Serdecznie dziękuję Ekipie Beta-Uderzeniowej w składzie: Bailout, wisielec, sy, Fajrom, CountPrimagen, Blacktom. Zaleję Was morzem dziękczynnego piwa. 

 

Logo Departamentu wykonała Dominika Mirko (raz jeszcze dziękuję!).

 

W opowiadaniu znajdują się cytaty z powieści “Zatracenie” Osamu Dazai w przekładzie Henryka Lipszyca (Wydawnictwo Czytelnik 2015). 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

#prayfornorton

 

Komunikat oficjalny dla obszaru De–S/02 ©Departament Zdrowia Publicznego

 

OPINIA nr 189-67/04/05 

w sprawie przeciwko Villemowi Nortonowi, nr ewid. społ. De–S/02/10458–194–265 podejrzanemu o usiłowanie popełnienia przestępstwa z art. 247 k.p.e.

 

 

Część 1. Synapsa

 

kwiecień 2044

 

– Co to jest? – spytał Norton, niepewnie zerkając na podsuniętą tubkę.

– Rozpuszczalnik do kleju taktycznego – odparł inspektor Aiden Reese. Swobodnie rozparty na metalowym krzesełku dojadał jabłko, przyglądając się Villemowi spod przymrużonych powiek. – Częstuj się.

Nortonowi nie podobały się jego oczy – jasnobrązowe, pod światło wpadające w nietypowy odcień żółci – matowe i nieruchome jak u gada. Odwrócił wzrok.

Psychopata, pomyślał z dreszczem niepokoju. I to wysoko na skali.

– Trzydzieści sześć punktów w PCL-R – powiedział Reese, trafnie odczytując jego myśli. – Lepiej nie próbuj niczego dziwnego, jestem niebezpieczny. Rozklej się i podpisz to – dodał, podsuwając Nortonowi arkusz e–papieru.

Villem wycisnął na złączone nadgarstki obfitą strugę żelu. Rozpuszczalnik natychmiast się spienił, rozkładając klej – Norton poczuł wpierw falę gorąca, a potem niezrównanej ulgi, kiedy zrozumiał, że ma już wolne ręce.

Biochemiczne kajdanki to klasa sama w sobie.

Chwała BioEngin Sources, kurwa ich mać.

Odruchowo potarł lewy nadgarstek; brak terminala sprawiał, że czuł się nieswojo. Drżącymi dłońmi rozłożył arkusz i aktywował go stuknięciem w prawy dolny róg. E-papier rozjarzył się i wypluł treść kilku dokumentów. Villem szybko przebiegł po nich wzrokiem. Była tam notatka z jego zatrzymania, raport Reese, akt oskarżenia i opinia. Przygotowali nawet streszczenia jego udostępnionych esejów.

– Dwa-cztery-siedem? – wymamrotał. – Kontestacja? – Szybkim puknięciem rozwinął okno pomocnicze z kodeksem.

„Kto wystąpieniem publicznym, utworem artystycznym bądź innym przekazem propaguje ideę naruszającą ład społeczny, podlega karze grzywny, ograniczenia transmisji danych lub wykluczenia”.

– Ja nawet nie opublikowałem tej zasranej książki!

Nikomu dotąd nie pokazywał Raju; to była jego tajemnica, manifest, który zamierzał cicho wykrzyczeć w pustkę darknetu, tam, gdzie wciąż mogli być ludzie, którzy potrafili myśleć i słuchać.

Skąd wiedzieli?!

– Była przygotowana do składu – odparł inspektor Reese obojętnie. – Podpada pod usiłowanie.

– Mam prawo do wolności słowa!

– Zamknąć pysk w porę to też wolność słowa.

Norton milczał. Fale nudności zalewały mu gardło; z trudem przełknął gęstą ślinę o posmaku zgniłych jabłek. Koszulę na plecach miał mokrą od potu, obrzydliwie przylgnęła do wilgotnej skóry.

Pierwszy raz w życiu naprawdę się bał.

Normalny tryb procesu przewidywał opublikowanie dowodów w oficjalnym komunikacie Departamentu Zdrowia Publicznego. Trzydniowe netferendum powinno ustalić jego wyrok. Ważny głos miał każdy mieszkaniec Zjednoczonej Europy, którego saldo Punktacji Obywatelskiej mieściło się w zakresie dopuszczalnego deficytu.

Vox populi, vox Dei.

Tyle że oni tego nie zrobią. Musieliby wtedy pokazać książkę Nortona, a wówczas ludzie otworzyliby oczy, zrozumieliby, że…

– Zabijecie mnie, prawda? – zapytał bardzo cicho, zaciskając pięści.

Inspektor Reese z politowaniem uniósł brwi.

– Zwariowałeś? To byłoby nieetyczne. Dostaniesz uczciwy proces, Norton. Pójdziesz zaraz do domu, tylko mi to podpisz.

Villem w osłupieniu ujął rysik i złożył zamaszysty bazgroł w prawym dolnym rogu elektronicznego arkusza.

– Co będzie z moją książką?

– Jutro przeczyta ją pół Europy – mruknął śledczy. Widowiskowym ruchem wrzucił ogryzek do kosza. – Chociaż na twoim miejscu wolałbym tego uniknąć.

Norton zadrżał.

– Dlaczego?

Złote oczy Aidena Reese zalśniły ponurym rozbawieniem.

– Wiesz, czym jest pocałunek śmierci?

 

***

 

Nikt nie powstrzymał go, kiedy odebrał z depozytu kurtkę i terminal. Zapiął go na nadgarstku, mimowolnym uśmiechem kwitując lekkie, kojące wibracje sunące wzdłuż przedramienia. Urządzenie czułą pieszczotą informowało o nowych lajkach.

Norton wziął głęboki oddech i opuścił gmach Departamentu, z miejsca wtapiając się w uliczny chaos ruchów Browna. Pozwolił, by gwar śródmieścia wciągnął go i pochłonął. W niezwykły sposób czuł się zarazem częścią tłumu i jego odpryskiem, niepasującym elementem w pudle jednakowych klocków. Inny. Zawczasu odstawiony od piersi Matki Boskiej Jednakowej.

Minął stadko dzieci przebiegających przez jezdnię w pogoni za kluczem holograficznych reklam. Poważni mężczyźni szli szybko, oczy zasnute mieli mlecznym bielmem endoekranów. Ich garnitury z technojedwabiu wyświetlały najmodniejsze w tym sezonie tekstury.

Starsza pani o fryzurze kalafiora uśmiechnęła się do niego. Szła ostrożnie, jej nadmiernie sztywna sylwetka zdradzała fizjoterapeutyczny egzoszkielet skryty pod warstwą ubrań.

Powiódł wzrokiem za piękną dziewczyną w sari ze wzorem wirującej Andromedy. Odwróciła głowę i przyspieszyła, wysokie szpilki zastukały na bruku jak nadgorliwy dzięcioł. Na jej nadgarstku połyskiwał identyfikator imigracyjny o kształcie bransolety z białego złota.

Było słoneczne kwietniowe popołudnie. Villem Norton do domu wrócił pieszo, rozkoszując się słońcem i czystym powietrzem o lekkiej woni palonego cukru.

Jego świat skończył się czternaście godzin później.

 

***

 

(…)Przede wszystkim zaś sądzę, że wydarzenia z sierpnia 2023 stanowiły przykład pierwszego w epoce post–industrialnej prawnie usankcjonowanego i akceptowanego ludobójstwa. Jak inaczej bowiem należy rozumieć rządową decyzję o drastycznym ograniczeniu świadczeń socjalnych? Decyzja stronnictwa Mendozy zepchnęła na skraj ubóstwa przeszło czterdzieści milionów ludzi, stawiając ich tym samym w stanie zagrożenia życia. Owszem, Zjednoczona Europa odnotowała od tej pory zdumiewający wzrost gospodarczy, ale jakim odbyło się to kosztem?

„Rodzina jest podstawową komórką społeczeństwa” – doktryna cellularystyczna wykpiła tę maksymę, otwierając nowoczesnej Europie drzwi do krainy terroru obojętności i wszechobecnej eutanazji.

Należy uświadomić sobie, że wszyscy ponosimy winę za ten uwłaczający upadek obyczajności i ducha. Naszym moralnym obowiązkiem jest wspierać słabszych, dlatego wsparcie finansowe dla najbardziej obciążonych grup – bezrobotnych, samotnych matek i osób nieposiadających wykształcenia, które umożliwiałoby im podjęcie pracy – powinno zostać natychmiast przywrócone poprzez stosowne obciążenie zatrudnionych.

 

Villem Norton, Raj ulepszony

 

 

@Lucy Loewenhaus: XDDD

@Jose Gutierrez: no chyba nie!

@Johann Messe: Następny nawiedzony. :D

@Ivo Plutshnick: …

@Thadaus Kretschmer: juz kurwa pedze robic na pasozyta 

@Mary Ann Rimbaud: 2k44, ktoś dalej pisze takie bzdury… >.< w nastroju: #wkurzona

@Alex Berger: #nortongohome

 

Ze snu wyrwał go spazm bólu. Norton jęknął i przewrócił się na bok, chwytając za lewe przedramię. Zęby zaciskał tak mocno, że lada chwila spodziewał się trzasku pękającego szkliwa.

Lewa ręka płonęła ogniem.

– Villem? – Usłyszał nad sobą cichy szept. Ktoś drżącą ręką odgarniał mu z czoła spocone włosy. Mama. – Villie, wstań, proszę.

Dioda terminala świeciła jak maleńkie kobaltowe słońce. Gestem odblokował interfejs. Komunikator napęczniał od nieodebranych wiadomości, komunikaty dislajków raziły ostrą, ordynarną czerwienią. Każdy kolejny wzbudzał gwałtowny impuls.

Norton w osłupieniu spojrzał na swoje ręce – włoski na lewym przedramieniu stanęły dęba, jakiś mały mięsień drgał panicznie jak spłoszony koń. Aplikacja drMalthaus natychmiast ożyła, wysyłając pełne zaniepokojenia komunikaty o podwyższonym poziomie stresu.

Stronę domową Nortona zalewała fala hejtu.

– Och, Villem – jęknęła matka, załamując ręce. – Coś ty najlepszego zrobił?

 

***

 

– Czego? – rzucił inspektor do terminala, wysiadając z samochodu. Chłopcy z Wydziału Higieny kończyli już robotę, wynosząc kilka ciał zgrabnie zapakowanych w czarne worki. Aiden pozdrowił ich gestem.

Hologram Philippe Chevareza z Biura Analiz Chasebooka obruszył się.

– Plotki o twojej kurtuazji naprawdę nie są przesadzone – burknął.

– Do rzeczy, Chevarez.

– Mam wstępny raport w sprawie Nortona. – Hologram wymownie wywrócił oczami. – Skala zagrożeń burzowych: ekskrementornado. Dawno nie widziałem takiego hejtu. Punktacja Obywatelska leci mu na łeb.

– Jak typujesz?

Inspektor wyminął dwóch funkcjonariuszy dźwigających nosze i, wyjmując z kabury broń, wślizgnął się do budynku. Poczuł wilgoć i specyficzny zapach pleśni rosnącej w cieniu dawno nieogrzewanego betonu. Blokowisko, nieformalnie od dawna przeznaczone do rozbiórki, było siedliskiem lokalnych apoptów. Oficjalnie wciąż stało tylko i wyłącznie z winy opieszałego inwestora.

Nieoficjalnie Aiden wiedział, że większość dużych ośrodków Europy ma w swoich granicach podobne pustostany.

Usłyszał chrupnięcie. Philippe na linii najwidoczniej jadł coś twardego.

– Przekroczy deficyt za cztery, może pięć dni. Straci wtedy konto.

Hologram Chevareza mimowolnie skrzywił się z lękiem. Dla kogoś, kto czuł się częścią społeczeństwa, utrata profilu równała się śmierci.

Najczęściej dosłownie.

Aiden kopniakiem wyważył zdezelowane drzwi.

W korytarzu było ciemno i cicho. Szedł wolno, uważnie stawiając stopy na popękanych płytkach. Drzwi najbliższego mieszkania były uchylone, Aiden pchnął je łokciem i bezszelestnie wślizgnął się do środka. W nozdrza uderzył go mdlący, słodkawy odór brudu i gnijącego mięsa.

Cel leżał pod ścianą. Był nieogolony i bardzo otyły, zakutany w nieświeże ubrania przypominał stertę porzuconych szmat. Reese poczuł kopnięcie adrenaliny. Usta wypełnił mu metaliczny posmak, wzrok wyostrzył się raptownie. Błyskawicznie odbezpieczył pistolet.

Dopiero teraz zauważył, dlaczego mężczyzna nie uciekł, słysząc nalot Departamentu.

– Stopa cukrzycowa – mruknął, opuszczając broń.

Góra sztywnych od brudu ubrań poruszyła się. Apopt drgnął i otworzył oczy. Spojrzenie miał mętne, ale przytomne, nerwowo rozcierał dłonie, zezując na lufę służbowej broni.

– Przyszedłeś mnie zabić? – warknął.

– Tak.

Apopt zaśmiał się gardłowo, szczerząc pożółkłe, desperacko potrzebujące stomatologa zęby.

– To strzelaj, smarkaczu – warknął. – Powinniście byli zatłuc mnie wcześniej. Powinniście byli…

Reese strzelił bez ostrzeżenia. Głowa Wykluczonego odskoczyła jak kopnięta piłka, rozchlapując na nagim tynku papkę z krwi i mózgu. Twarz, przypominająca teraz zrzuconego ze schodów arbuza, nie nadawała się do identyfikacji, ale Aiden był pewien, że się nie pomylił.

To był Richard Woodkind, lat czterdzieści sześć, kiedyś wcale niezły architekt oprogramowania. Żona zostawiła go rok wcześniej, bo o siebie nie dbał. Rozwód i cukrzyca pochłonęły wszystkie jego oszczędności. Wykluczono go po serii obraźliwych postów pod adresem Departamentu, gdy algorytm medyczny podsumował jego tryb życia i odmówił mu prawa do bezpłatnego leczenia.

Inspektor schował pistolet do kabury, odruchowo wywołując panel statystyk zdrowotnych.

Ciśnienie: 113/80, tętno: 62.

Nieźle.

– Imponujące. Co czujesz w takich momentach? – Padło od strony drzwi. Aiden odwrócił się bez pośpiechu, słysząc znajomy głos. Doktor Lavin stał w progu, z zainteresowaniem mrużąc jasnoszare oczy.

– Kiedy zabijam ludzi? – Reese wzruszył ramionami. – Przeważnie zapach prochu.

 

***

 

– Villem? Gdzie jesteś? Vill, wróć do domu, proszę, porozmawia… – Hologram matki umilkł w pół słowa, uciszony gestem. Kolejne machnięcie odpędziło go jak natrętną muchę.

Norton nie miał ochoty rozmawiać. Wbiegł po schodach katedry, z ulgą nurkując w jej gładkiej ciszy. Świątynia tchnęła spokojem – był wszechobecny, zakodowany w każdej gotyckiej cegle, w każdym wygłuszaczu narzucającym żelazne embargo strefy offline. Terminal na nadgarstku umilkł. Villem odetchnął z ulgą i ruszył ku drewnianym ławom, mijając skryte w bocznych nawach kaplice dawno zapomnianych świętych.

Choć nigdy nie był religijny, siadając przeżegnał się.

– Wybacz mi, Ojcze, bo zgrzeszyłem – wyszeptał i zachichotał histerycznie. – Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Ale najbardziej to myślą.

Odpowiedziała mu cisza.

Oni mnie nienawidzą. Netferendum trwało od niecałych trzech godzin. Norton przed wejściem do katedry sprawdził aktualny licznik – jak na razie dwadzieścia siedem tysięcy osób zagłosowało „winny”. Setki internautów właśnie teraz rozbierały jego książkę na czynniki pierwsze, wylewając hektolitry jadu. Villem bezwiednie potarł nadgarstek; miał wrażenie, że dislajki parzą jego skórę nawet tutaj.

Dwadzieścia siedem tysięcy osób. Nawet ich nie znam.

Ale chciałeś ich nawracać – syknęło coś jadowicie z tyłu jego głowy. Ręce drżały mu, jakby w pół dnia nabawił się zaawansowanego zespołu Parkinsona. Od rana nic nie jadł. Próbował, ale ściśnięty ze stresu żołądek wywracał się na drugą stronę.

– Oni nawet nie chcą mnie wysłuchać – szepnął. Nagle poczuł przypływ palącej nienawiści do wszystkiego, co w tym mieście żyło i inteligencją przerastało przeciętnego psa. Znał to uczucie.

Pogarda.

A ty wysłuchałeś ich, Mesjaszu?

– Zamknij się! – syknął, pocierając skórę na lewym przedramieniu. Miał wrażenie, że drętwieją mu palce.

Ciekawe, ile Mojżesz zebrałby dislajków, gdyby wrzucił Dekalog na swoją tablicę?

Norton osunął się na oparcie drewnianej ławy, utkwiwszy spojrzenie w ołtarzu. Matka Boska Proapoptotyczna chyliła głowę w wyrazie cichej boleści. Twarz miała słodką i smutną, ale miał wrażenie, że w jej kompozytowych oczach widzi naganę. Otaczające ją anioły wyglądały na wściekłe.

Wiesz, co teraz będzie?

Miał wrażenie, że rozpoznaje ten głos.

Stracisz Punkty, a razem z nimi dostęp do Chasebooka. Twój terminal wyłączy się, nie zalogujesz się do banku, z nikim nie porozmawiasz, nie będziesz mógł zarejestrować się w szpitalu. Doczołgasz się do społecznego marginesu i tam zdechniesz.

– Nie można przecież umrzeć z braku konta na Chasebooku – wyszeptał Norton bez przekonania.

Doprawdy?

Zacisnął pięści tak mocno, że poczuł, jak starannie przypiłowane paznokcie wbijają mu się w dłonie.

Udowodnij to. Zdejmij swój terminal, teraz. I tak jest bezużyteczny.

Villem sięgnął do srebrnej bransolety, ale zamarł z palcami przy zatrzasku. Wydała mu się nagle dziwnie ciepła, jak żywa istota, odrębny twór w tajemniczy sposób powiązany z nim samym.

Dalej, Norton.

Zadygotał, z gardła wyrwał mu się suchy szloch. Wolno opuścił ręce. Nie potrafił – tam były kontakty do rodziny i przyjaciół, nawet jeśli oni nie chcieli mieć już z nim nic więcej wspólnego. Tam były wszystkie jego pasje. Historia chorobowa. Droga życia. W terminalu było wszystko, czego potrzebował, by poruszać się po świecie – tak go wychowano, tak zawsze go uczono. Nie potrafił odrzucić tego lekką ręką, nie mógł tak po prostu…

Wiesz, co cię powstrzymuje? – zadrwił w głowie szept inspektora Reese. Potrzeba akceptacji.

Siedział w katedrze tak długo, aż chłód kamiennych ścian wymroził wszystkie jego myśli. Nad prezbiterium mignął dyskretny komunikat o zbliżającej się godzinie zamknięcia świątyni. Nieliczni wierni podnieśli się z klęczek i w milczeniu opuścili gmach; co bardziej opieszałym wyemitowano sugestywny hologram staroświeckiego zegara.

Norton wyszedł jako ostatni. Strefa online powitała go bólem i czerwonymi wykwitami nowych dislajków. Ręce drżały mu, gdy usiłował nawiązać połączenie z Sarą.

Odebrała po trzech sygnałach. Aż zaparło mu dech.

– Villem – powiedziała z rezerwą. Uśmiech, który przykleił się do jej warg, był uroczy i nienaganny, ale równie szczery co pokerowy szuler. – Dzwoniłam na twój terminal domowy. Odebrała twoja matka, mówiła, że wyszedłeś.

– Musimy porozmawiać. Obawiam się, że podsłuchują moje połączenia. Moglibyśmy się spotkać? Jestem teraz…

– Czy to prawda? – przerwała mu spokojnie.

Żachnął się lekko.

– Te estymacje? Oczywiście, że nie. To czysta propaganda. Departament nie ma żadnej możliwości, by udowodnić, że wdrażanie moich rozwiązań miałoby takie skutki. Tak naprawdę jestem pewien, że…

– Czy to ty napisałeś Raj ulepszony? – zapytała, a Norton z nagłym skurczem żołądka poczuł, że przenigdy nie powinien odpowiadać twierdząco.

Ale powiedział prawdę.

– Tak.

Hologram Sary wykrzywił w grymasie piękne, pełne usta.

– Wszystko, co opublikowali, to twoje słowa? Błagam, Villem, powiedz, że to pomyłka. Ktoś cię wrabia, prawda? Ty wcale tak nie myślisz. Nie możesz tak myśleć.

Norton przystanął. W zdumieniu wpatrzył się w chodnik – gładkie granitowe płyty były tak stabilne, choć przecież pod jego nogami właśnie coś pękło i zepchnęło go w przepaść.

Nie pamiętał już, kto rozłączył się pierwszy. Wiedział tylko, że nim rozmowa urwała się, hologram Sary przyblakł, jakby wyświetlono go na grubej tafli mlecznego szkła. Dziewczyna, którą od tak dawna kochał, zablokowała go.

Wtedy pierwszy raz uwierzył, że naprawdę mógłby umrzeć.

 

***

 

Komunikat oficjalny dla obszaru De–S/02 ©Departament Zdrowia Publicznego

Netferendum w sprawie @Villem Norton trwa jeszcze przez: 58h 14 min 38 s

 

Jakie są TWOJE odczucia wobec oskarżonego?

 

WINNY (przesuń w lewo) | NIEWINNY (przesuń w prawo)

 

 

W półmroku własnej sypialni panna Brigitte Delacroix w skupieniu doczytała materiały procesowe, po czym zamknęła dodatkowe okno. Długo leżała bez ruchu, wpatrując się w szczupłą, wrażliwą twarz młodego mężczyzny. Jak należało się spodziewać, na surowym zdjęciu sygnalitycznym wyszedł okropnie.

Panna Brigitte Delacroix kilkukrotnie obróciła trójwymiarowy hologram, nadając mu pozór życia. Nagle wstała, poprawiła podomkę i boso poczłapała do kuchni, by napić się mleka. Jej serdelkowate palce o koralowych, owalnych paznokciach zmiażdżyły pusty karton.

A potem wzięła głęboki oddech i przesunęła hologram w lewo.

 

***

 

Jeff biegł. Pot zalewał mu oczy i słonymi strużkami spływał na plecy, pod sportową koszulkę z inteligentnej włókniny. Biegł już godzinę, utrzymując tempo na poziomie trzech czwartych wydolności, dokładnie tak, jak zalecał drMalthaus.

– Ciśnienie 150/110 – poinformowała tkanina miękko. – Kortyzol w normie. Dbaj o właściwe nawodnienie.

Pociągnął z podajnika solidny łyk, ani na chwilę nie zmieniając rytmu biegu. Olbrzymie lustra sali treningowej wyświetlały przed nim wdzięczne holo ścieżki przecinającej sosnowy las. Czuł jego świeży, choć niezbyt intensywny aromat; zanotował w myślach, by wymienić wreszcie wkładki olfaktoryczne.

Okno komunikatu rozbłysło nagle, zasłaniając mu widok na dróżkę. Jeff gestem rozwinął opinię i zaczął czytać.

W połowie lektury poczuł złość.

– Skurwysyn! – warknął i przyspieszył.

– Ciśnienie 186/130. Wykryto podwyższony poziom kortyzolu – odparła koszulka lekko zdezorientowanym tonem. – Dbaj o właściwe nawodnienie.

Dłoń Jeffa wystrzeliła błyskawicznie. Odgarnął hologram na lewo, ani na sekundę nie przerywając treningu.

 

***

 

(…)Należy uzmysłowić sobie, że uświadamianie społeczeństwa o możliwych długofalowych konsekwencjach decyzji jednostek wobec zbiorowości jest niczym innym jak wirtuozerskim praniem mózgu od lat najmłodszych. Współczesne dziecko nie skorzysta już swobodnie z toalety, jeśli nie sprawdzi w aplikacji drMalthaus, jak jego jednorazowa defekacja wpłynie na stan wód gruntowych w odległym dystrykcie. Cellularyzm jako doskonały reżim totalitarny wprowadza zupełnie nową formę kontroli społecznej – Saldo Punktacji Obywatelskiej. Rodzinny dostęp do wolnych mediów, opieki medycznej i przywilejów uzależniony został od uznania i sympatii. Doprowadza to do zaburzenia nie tylko relacji rodzinnych, ale i hierarchii potrzeb, na piedestał wynosząc pragnienie akceptacji.

 

Villem Norton, Raj ulepszony

 

 

Winny: 162149

Niewinny: 13286

Norton leżał w ciemności, głowę ciasno zakrywszy kołdrą z syntetycznym pierzem. Przez chwilę znów miał pięć lat, a żołądek ściskał mu paniczny lęk przed wyimaginowaną bestią kryjącą się w łazience. W gardle wezbrał mu suchy, piskliwy chichot.

Norton już od dawna nie miał pięciu lat. Potwory wyprowadziły się z łazienki, wyniosły na ulice, objęły posady w biurach, wieczorami w modnych pubach zlizywały pianę z kufli rzemieślniczego piwa. Villem z jękiem zwinął się w kłębek, mocno ściskając obolałą rękę. Ostre zęby dislajków haratały mu skórę.

Był sam. Zdążył stracić już dziewczynę i pracę, a osiem godzin temu matka złożyła wniosek o wykluczenie go z rodziny. To był jedyny sposób, by mogli zachować nienaganną reputację i czyste konto – Norton wiedział to, a wiedza ta rozszarpała mu serce.

Aklamacją milczenia stwierdzono rozpad życia za porozumieniem stron.

Winny. Winny. Niewinny. Winny.

Potwory śmiały się dźwięcznie. Pijany Neron o setkach tysięcy głów swój wyrok obwieszczał pradawnym gestem. Kciuk do góry.

Kciuk w dół.

Wiesz, czym jest pocałunek śmierci?

Odliczanie dobiegło końca. Fala kłujących wstrząsów w lewym przedramieniu umilkła; terminal zakrztusił się komunikatami i umilkł. Norton drżącymi palcami odpiął klamrę i zsunął nieaktywną bransoletę z nadgarstka. Nie musiał sprawdzać, wiedział, że jego profil jest martwy.

Stracił prawo do nazywania się człowiekiem. Definitywnie przestał nim być.

Vox populi. Vox Dei.

Kciuk w górę. Kciuk w dół.

 

Część 2. Casp–9

 

Lipiec 2044

 

Tryb życia człowieka, który nie żyje, jest zachwycająco regularny.

Należy wstać rano. Zanim jednak się to uczyni, trzeba dogłębnie i z pokorą zrewidować pojęcie poranka. Utkwiwszy załzawione oczy w różowej łunie świtu, na klęczkach przyjąć nowe ramy czasowe świata.

A potem pospieszyć się z kursem po okolicznych śmietnikach, nim służby porządkowe przyjadą, by zgarnąć resztki. Jedzenia jest nad podziw dużo, szczególnie w okolicach śródmiejskich parków i budek sprzedających orientalne, mocno przyprawione potrawy. Najlepiej można było się obłowić na tyłach restauracji, ale Norton nie miał śmiałości, by się tam zapuszczać. To były niedostępne rejony, rewiry w niepodzielnym władaniu weteranów nieżycia.

Zanim ocknęła się miejska komunikacja, Villem przeszperał już większość swoich koszy. Łup był obfity: ogryzek jabłka z wciąż przylepionymi doń soczystymi cząstkami lekko zbrązowiałego miąższu, garść suszonych owoców na dnie torebki i prawdziwy rarytas – na pół zjedzony wegański burger. Norton pochłonął go od razu, nie bacząc na to, że gęsty sos brudzi mu palce.

Higiena dawno już ustąpiła pierwszeństwa potrzebom bardziej palącym.

Skończywszy posiłek, Norton wytarł ręce w spodnie i ruszył na codzienny obchód po parku. Najbardziej lubił go w porze świtu, kiedy pierwsze promienie słońca iskrzyły w kryształowych konarach sztucznych drzew.

Rześkie powietrze przesycała woń dojrzałej frezji. Wąskie alejki przecinały się pod kątami wytyczonymi w doskonałej harmonii. U ich zbiegu, w cieniu gęstej, starannie kultywowanej zieleni, rosły drzewa z syntetycznego kryształu. Każde z nich zamiast korzeni miało szczelnie zamknięty moduł hodowlany. Osadzone na scaffoldach, zmodyfikowane bakterie syntezowały stale rozrastające się kryształy o głębokich odcieniach fioletu, purpury i królewskiego złota.

Norton zatoczył dwa kółka i, zmęczywszy się, przysiadł na ławce. Dotknął palcami nadgarstka, wyczuwając płytko pod skórą trzepot nerwowego, przyspieszonego tętna. Ostatnio czuł się źle.

Bardzo źle, jak na kogoś, kto od kilku miesięcy nie żył.

Odpoczywał, spod półprzymkniętych powiek lustrując otoczenie. Jego mózg dawno już dostroił się do wyłuskiwania z tła sylwetek odzianych w zbyt wiele czerni, poruszających się krokiem zbyt sprężystym, rozglądających się wokół z nadmiernym skupieniem. Jako wykluczony społecznie stracił status obywatela Zjednoczonej Europy, Europa zaś nie hołubiła na swym łonie nielegalnych imigrantów w nieświeżych spodniach. Swoją dezaprobatę wyrażała nader dosadnie, z reguły modyfikowanym coltem czterdziestką piątką dzierżonym przez pewną rękę mundurowego.

– Ty jesteś Villem Norton? – usłyszał nagle i poderwał głowę tak gwałtownie, że coś strzeliło mu w karku.

Tuż przed nim stała dziewczynka. Mogła mieć osiem, może dziewięć lat, i najwidoczniej ciekawską matkę, po której odziedziczyła niespeszone, wręcz wyzywające spojrzenie. Szurała w białym żwirze czubkiem bucika zapinanego na magnetyczny zatrzask.

Norton poczuł, że robi mu się zimno.

Jak długo tu stała?

Dziewczynka nie spuszczała go z oka. Villem odruchowo rozejrzał się, szukając jej rodziców, ale w alejce nie było nikogo.

Zasnąłeś, Norton. Wiesz, co to oznacza?

– To ty jesteś Villem Norton? – powtórzyła.

Jak długo tu spałeś? Nawet nie wiesz. W każdej chwili jakiś departamentowiec mógł cię zwinąć w ustronne miejsce i załatwić. Człowieku, od dwóch dni pęka ci głowa. Kończysz się, wiesz?

– Gdzie są twoi rodzice? – wychrypiał w odpowiedzi.

Wzruszyła ramionami.

– Gdzieś tam.

– Czego ode mnie chcesz?

– Widziałam cię w holo. I w ogłoszeniach Depantar… Deparmen… No, w tych ważnych ogłoszeniach. Mama mi cię pokazała i powiedziała, żebym była grzeczna i nie czytała takich bzdur, bo robią więcej szkody niż pożytku. Czemu napisałeś bzdury? – Przekrzywiła głowę pytająco.

– Ja… – Norton poczuł, że zasycha mu w ustach. W głowie szumiało mu, jakby miał tam dobrze prosperujący młyn wodny. – Nie wiem. Sam już nie wiem.

– Aha. No to niedobrze – odparła i raz jeszcze grzebnęła butem w miękkim żwirze, którym wysypane były parkowe alejki. – Mama mówiła, że powinieneś umrzeć. Tak byłoby lepiej, bo tacy jak ty chcą, żeby rozdawać nierobom pieniądze, i żeby na uczciwych ludziach paseży… pasożety… no, żeby leniwych karmić. Umrzesz, Norton?

Otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale nagła fala mdłości wybiła mu ten pomysł z głowy. Opuścił wzrok na swoje ręce; drżały lekko, za paznokciami miał głęboko wżarte półksiężyce brudu. Dopiero teraz dostrzegł, jak bardzo schudły.

Odetchnął ciężko. Granice pola widzenia nagle wykrzywiły się dziwnie, jak gdyby zamiast ludzkich oczu miał rybie ślepia. Kropla gęstej czerwieni na tle białego żwiru nabrała zdumiewającej intensywności.

A potem druga.

Trzecia.

– Norton? Będziesz umierał?

– Chyba…chyba tak – odparł niewyraźnie. Przytknięty do twarzy brudny rękaw pachniał słodko i metalicznie jak krew.

Jego krew.

Ciekła mu z nosa.

 

***

 

Łomot do drzwi. Umysł zatopiony w nieżyciu nie słyszał go, pozwalał, by mętne wody choroby koiły go kołysaniem drgawek. Było cicho i bardzo czerwono. Opiłki bólu wgryzały się w mózg jak kolce jeżowca.

Norton pamiętał jeżowce; widział je kiedyś na wakacjach w dystrykcie Sp–04. Wtedy jeszcze żył.

Hałas narastał.

– Młody! – rzucił ktoś zduszonym szeptem. Skrzypnęły otwierane drzwi. Norton z łagodną łaskawością przystał na ten przejaw braku manier. W zrujnowanym pustostanie pojęcie prywatności jest czysto iluzoryczne.

Villem niechętnie rozkleił powieki. Zamazany kształt pochylił się nad nim; zmrużył oczy, by sylwetka nabrała ostrości. Wykluczony szarpał go za ramię.

– Wstawaj, młody. Spierdalamy.

– Co jest?

– Obława!

Szarpnięcie. Poziom stał się pionem, Norton poczuł, jak coś twardego i chropawego doskonale układa się w jego ręce. W osłupieniu spojrzał w dół.

– Skąd macie broń? – wychrypiał.

– To tylko paralizator. Pospiesz się!

Po co? I tak już od dawna powinniśmy gryźć ziemię.

A potem był krzyk i bieg przez plątaninę niezliczonych korytarzy. Kilka razy zmylił krok; ktoś chwycił go pod ramię i brutalnie pociągnął za sobą. Huk wystrzałów obijał się echem od cienkich ścian. Villem słyszał w nim niezwykłą harmonię i prawidłowość. Coś nagle przyszło mu do głowy; otworzył usta, ale myśl uleciała, zanim zdołał ją wypowiedzieć na głos.

Ktoś przy jego boku wrzasnął. Uścisk zelżał i zniknął.

Norton biegł, potykając się na wyszczerbionym bruku. Ostre światło dnia raziło go boleśnie. Odruchowo skrył się w cieniu kamiennych murów, asekuracyjnie wystawione ręce natrafiły na lodowatą, mosiężną klamkę. Nacisnął i pchnął z całej siły.

We wnętrzu kościoła panował błogi spokój. Norton zachwiał się i upadł na kolana, rzężąc jak muzealny diesel. Od posadzki bił chłód; przytknął do niej czoło, jak gdyby próbował się modlić. Zapach stearyny mieszał się z wonią środka do dezynfekcji. Matka Boska Proapoptotyczna chyliła głowę. Jej laminatowe oczy były pełne dezaprobaty.

Nagle przypomniał sobie, co chciał powiedzieć.

– Dlaczego po prostu nie wyburzycie tych bloków? – wyrzucił na wydechu, kiedy drzwi zaskrzypiały, wpuszczając funkcjonariuszy do środka.

Ktoś roześmiał się cicho. Norton znał ten śmiech.

– Łatwiej was likwidować, kiedy wiadomo, gdzie będziecie.

– Więc dlaczego nas od razu nie zabijecie?

– Przecież ci mówiłem, że to byłoby nieetyczne. – Inspektor Aiden Reese uśmiechnął się i strzelił.

 

***

 

Kościół był bardzo stary – pamiętał jeszcze czasy, kiedy terytorium dystryktu zarządzał Żelazny Kanclerz, a obszar De–S/02 formalnie nazywano Dreznem. Pod holograficzną fasadą wciąż krył oryginalne mury i większość barokowych zdobień, ale jego zakrystia była czysta jak gabinet zabiegowy i w przygnębiający sposób praktyczna. Większość mebli zepchnięto pod ściany, pozostawiając na środku jedynie biurko. Położono na nim Nortona, uprzednio rozścieliwszy liturgiczną komżę.

Villem nie protestował. Leżał nieruchomo, podczas gdy mężczyzna w trudnym do sprecyzowania wieku bez cienia obrzydzenia podwinął nogawkę jego sztywnych od brudu spodni. Uśmiechał się miło.

– Nie wygląda to źle – powiedział, zerkając na wyświetlacz podręcznego drona medycznego. – Kula ominęła ważniejsze naczynia i kość. Na szczęście pan Reese dobrze strzela.

– Zauważyłem – mruknął Norton. Kątem oka widział, jak mężczyzna skanuje swój terminal i odblokowuje zaawansowane opcje terapeutyczne dostępne tylko dla posiadaczy licencji lekarskiej. Z listy programów wybrał moduł ran postrzałowych, a w nim opcję znieczulenia miejscowego, czyszczenia i szycia.

– To potrwa pół godziny – powiedział, przysuwając sobie krzesło. – W tym czasie porozmawiamy. Nazywam się Jean Lavin.

Villem zagryzł zęby tak mocno, że aż poczuł, jak żwacz wypycha mu skórę na policzkach. Doktor Jean Lavin. Neurotechnik Departamentu Zdrowia Publicznego. Jeden z tych, o których mawiano, że potrafią czytać w myślach. Człowiek, który go profilował. Człowiek, który go zabił.

– Myślałem, że będzie pan starszy.

Lavin uśmiechnął się szerzej. Miał szczupłą, ascetyczną twarz o sztucznie uzupełnianych zmarszczkach, przez co mógł równie dobrze ledwo skończyć dwadzieścia lat, co dobijać czterdziestki. Był szczupły, niewysoki i nie wyglądał na uzbrojonego, ale coś w jego jasnoszarych oczach nakazywało zaniechać wszelkich prób użycia przemocy.

– Umierasz, Norton – powiedział cicho. – Wiesz, dlaczego?

Villem z wahaniem, wolno skinął głową. Domyślał się.

– Śmierć socjogenna. Syndrom voodoo.

Neurotechnik przytaknął.

– Dokładnie. Ile masz lat, Norton? – To było pytanie kurtuazyjne; znał Villema lepiej niż jego własna matka.

– Dwadzieścia cztery.

– W chwili zmian ustrojowych miałeś trzy lata. Całe twoje świadome życie i wychowanie oparto na przekonaniu, że nie możesz funkcjonować bez aprobaty i dostępu do sieci. Wiesz o tym, ale niełatwo jest pozbyć się tych myśli. Miewasz bóle głowy?

Norton milczał.

– Bezsenność? Nudności? Osłabienie koncentracji? – Jean Lavin uśmiechnął się. – Jesteś młody, ale silnie reagujesz na stres. Zostało ci kilka miesięcy, najwyżej pół roku. Samotność to ponoć taka straszna trwoga. Znasz to?

Nie znał.

– Nie dla wszystkich – zaprotestował Villem, odruchowo zerkając na swoją przestrzeloną nogę. Giętkie ramiona robota z wirtuozerią operowały igłą i splotem chirurgicznych nici. Rana zasklepiała się w mgnieniu oka. To było dziwne uczucie, jakby oglądać krwawy horror medyczny puszczony na wspak. – Niektórzy sobie… radzą.

Neurotechnik eleganckim gestem zdjął nitrylowe rękawiczki. W doskonale skrojonym garniturze był tutaj dziwnie nie na miejscu, jak kosztowny bibelot skradziony z pałacowego kominka i wciśnięty w kąt rupieciarni.

– Niektórzy. Wiesz, dlaczego inspektor Reese cię postrzelił?

– Żebym nie uciekał?

– To też – zgodził się neurotechnik, odgarniając z policzka pasmo długich, platynowych włosów. Jasnoszare oczy rozbłysły. – Ale przede wszystkim dlatego, że chciał i mógł to zrobić.

– On jest… niedostosowany – wykrztusił Villem.

Tak jak ja, chciał dodać, ale przegryzł tę myśl i połknął, choć była gorzka i trująca jak nasiona cisu.

– Aiden Reese zrobił dobry użytek z własnej nieprzydatności. Ty także mógłbyś, Norton.

– Ja? – parsknął gorzko. – Ja umieram. Sam pan powiedział, że…

– Pomówmy o apoptozie.

 

***

 

Nowe mieszkanie było ciemne, ciche i zaskakująco puste.

– Czeka na ciebie sto pięćdziesiąt sześć nieodebranych połączeń, w tym uprzywilejowane od kontaktów: Sara, Mama, Juliette. Czy chcesz odsłuchać je teraz? – zapytał asystent SI z metaliczną uprzejmością i przywołał swój hologram o kształcie puszystego persa. Norton widział przez niego swój nowy salon – zamiast ścian miał wielkie akwaria, w których sennie dryfowały modyfikowane, bioluminescencyjne rybki.

Klasnął dwa razy. System zarządzający domem wyłapał etogram i przełożył go na polecenie. Ryby, naszprycowane z nanopodajników katecholaminami, kilka sekund później podjęły nerwowy taniec. Salon rozjarzył się ich stonowanym, rozproszonym blaskiem.

Wiedział, że jeszcze kilka miesięcy temu oburzyłby się na taki sposób wykorzystywania zwierząt. Ale to było kiedyś.

– Nie. Usuń je – odparł. Bransoleta nowego terminala wydawała się zimna i zaskakująco ciężka.

– Wszystkie? – upewnił się asystent.

– Tak.

– Czy życzysz sobie przygotować kąpiel?

– Tak.

– Czy życzysz sobie złożyć dyspozycje zakupów żywnościowych według aktualnych wskazań zdrowotnych aplikacji drMalthaus dla kategorii płci, wieku i rodzaju aktywności fizycznej?

– Tak – odpowiedział Villem, boso kierując się w stronę gabinetu.

– Zamówienie zrealizowano. Twoja dostawa przybędzie za czterdzieści siedem minut – poinformowało mieszkanie. – Witaj w domu, Villem.

Witaj w domu, Villem.

Witaj w domu.

 

***

 

Dni składały się z klawiatury, papierosów i okien zamglonych hologramem deszczowego lasu. Norton wyrzucił swój nowy terminal – bransoletka nie była mu już do niczego potrzebna. Sto czternaście razy odrzucił połączenia od matki. Nawet nie chciało mu się sprawdzać, czy Sara chciała z nim porozmawiać.

Pisał.

Wstawał w południe i pisał, dopóki starczało mu sił, a potem leżał w ciemności, wsłuchany w e-szept cyfrowej dżungli.

Departament oddał mu wiele, tak naprawdę nie oddając mu nic. Zwrócono mu status obywatelski, którym się brzydził, dostęp do Netu, którego nie chciał, i rodzinę, którą wypchnął za drzwi nowego domu. Nie oddał mu tylko imienia – Villem musiał wyrwać je światu z gardła sam.

Pisał. Las sennym szeptem recytował dialog, który wyrył się Nortonowi we wnętrzu hipokampa.

– Naprawdę jestem tak zły?

– Promujesz złe rzeczy. Niebezpieczne.

– Troska o potrzebujących jest niebezpieczna?

– Tak, jeżeli zagraża tobie. Pierwsza zasada katastrofy lotniczej: najpierw załóż własną maskę tlenową.

– Co to ma do rze…

– Postulujesz bezmyślne rozdawnictwo pieniędzy, które dwadzieścia lat temu groziło załamaniem systemu. Nie ma nic za darmo, Norton. Pasożyt zdechnie, gdy już wykończy wszystkich gospodarzy.

– Ale…

– Nie, Norton. Dasz emerytom, to dlaczego miałbyś nie dać też kalekom? Dasz kalekom, to zaraz musisz dać na chore dzieci. Dasz na chore dzieci, to będziesz dawał na zdrowe, żeby nie było niesprawiedliwie. Dasz samotnym matkom, to zaraz będziesz dawał każdemu. To odbiera ludziom poczucie odpowiedzialności za własne życie. Nawet jeśli stoczą się do dna, nie umrą, bo rząd wepchnie im cudzy chleb do gardła. Nieprzystosowani są martwi dla świata; sztuczne podtrzymywanie ich wegetacji tylko szkodzi żywym. Rodzi frustrację. Widziałeś kiedyś frustrację, Norton? Prawie sto lat temu udowodniono, że czuje ją nawet kapucynka czubata. Frustracja skłania ku agresji, czyni człowieka nieobliczalnym. Rozumiesz, do czego zmierzam?

– Tak… chyba tak.

– Ludzie nie wściekną się, jeśli dasz milion komuś, kto na niego nie zarobił. Wpadną w szał, jeśli dasz centa komuś, kto nie zrobił nic, żeby go dostać.

Norton pisał. Dni składały się z ruchu palców, papierosowego dymu i choroby. Czuł ją głęboko pod językiem, czuł cierpki odór palców, którymi muskała błony jego żołądka i skórę. Czasami wciąż krwawił z nosa. Bywały dni, które składały się tylko z migreny, szumu widmowego lasu i uporczywych biegunek.

Stracił rachubę czasu; jedynie z maili wiedział, że był już październik, kiedy wysyłał do wydawnictwa ukończoną książkę. Obojętnie przerzucił się garścią korespondencji z przydzielonym mu redaktorem. Nie pamiętał warunków umowy, którą podpisał, pamiętał jednak elegancki list, który zostawił mu w skrzynce Jean Lavin.

Tamten dzień składał się z braku kawy, wolno dopalonego papierosa i trzynastu splotów starannie wykonanej pętli.

A potem już na szczęście z niczego.

 

 

Część 3. Apoptosom

 

Październik 2045

 

– Obchodzimy dziś pierwszą rocznicę śmierci Villema Nortona, autora bestselleru „Ocalony”, który w ciągu tylko pierwszego tygodnia sprzedał się w rekordowym nakładzie ponad miliona egzemplarzy. – Holowizyjny prezenter błysnął w uśmiechu garniturem zębów. – Jak przypominamy, autor, w przeszłości Wykluczony kryminalista, po wielu miesiącach walki z ciężką chorobą autoimmunologiczną, w dniu premiery popełnił samobójstwo. Tina, co możesz powiedzieć naszym widzom na temat „Ocalonego”?

– Norton w swojej błyskotliwej autobiografii odkrywa przed nami poruszającą perspektywę codzienności Wykluczonego i wyjawia, jak wielką rolę w jego duchowej rehabilitacji odegrał funkcjonariusz Departamentu. Naszym reporterom nie udało się uzyskać oficjalnych oświadczeń, ale podejrzewamy, że chodzić może o inspektora Aidena Reese…

– Warto podkreślić, jak wielki wpływ „Ocalony” wywarł na społeczeństwo – w ciągu ostatniego roku odnotowano spadek liczby zarejestrowanych przestępstw ideologicznych o ponad trzydzieści procent! Zysk ze sprzedaży książki przeznaczono na rzecz Fundacji Nortona, która aktywnie wspiera kształtowanie właściwych postaw. Zachęcamy widzów do okazania wsparcia rodzinie pana Nortona poprzez dobrowolne datki oraz udostępnianie aktywnego hasztagu #prayfornorton…

W półmroku własnej sypialni panna Brigitte Delacroix w skupieniu obejrzała audycję, po czym otworzyła dodatkowe okno z rachunkiem osobistym i uiściła pokaźną sumę na konto Fundacji.

Jeff, nie przerywając ani na moment wieczornego joggingu, przesłał hasztag przez swoją tablicę. Inteligentna koszulka zarejestrowała jego dobry nastrój; był dumny i szczęśliwy, choć zarazem czuł ukłucie wstydu, że rok wcześniej nazwał obiecującego pisarza skurwysynem.

Dziewięcio-, może jedenastoletnia dziewczynka z uwagą obejrzała wiadomości. Nie mogła pamiętać krwawiącego z nosa mężczyzny, którego spotkała kiedyś w parku, ale za zgodą matki podarowała Fundacji całe swoje kieszonkowe.

 

***

 

1749 użytkowników skomentowało plik: BESTSELLER_Ocalony 

 

@Lucy Loewenhaus: #prayfornorton

@Jose Gutierrez: Czytałem. Jestem w szoku. #prayfornorton

@Johann Messe: OMG koniecznie kupie dzieciom

@Ivo Plutshnick: Książka sztos! #pray

@Thadaus Kretschmer: mocne #prayfornorton

@Mary Ann Rimbaud: #prayfornorton [*]

@Alex Berger: #prayfornorton

 

***

 

Z lokalu należącego do Departamentu dawno uprzątnięto już ślady obecności Nortona. Nieliczne rzeczy osobiste zapakowano i wysłano jego rodzinie. Lśniące ryby w więzieniu przejrzystego akwarium snuły się sennie, zdezorientowane nagłą pustką i brakiem bodźców. W mieszkaniu pozostawiono tylko jeden przedmiot – duże czarno-białe zdjęcie w skromnej ramce z PCV.

Doktor Lavin i inspektor Reese obserwowali je bez słowa. Aiden palił papierosa, w pustym pomieszczeniu rozsiewając gęsty, drzewny aromat tytoniu.

– Ty mu je dałeś, prawda? – zapytał wreszcie, wskazując zdjęcie. – W ramach indoktrynacji?

Jean był osobiście zaangażowany w sprawę Nortona. To on wykonał profil Villema i ustalił, że anonimowym informatorem była jego własna matka. On też koordynował przebieg śledztwa i zalecił publikację Raju w ramach akcji prowokacyjnej z użyciem biegłych hejterów.

– Raczej edukacji – odparł, uśmiechając się lekko. – Musiałem wytłumaczyć Nortonowi, co to znaczy, że jesteśmy niczym więcej, jak tylko…

– …wypadkową decyzji komórek, które nas budują. Czytałem Mendozę. Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – powiedział inspektor, strzepując popiół na podłogę.

– Możesz to uznać za indoktrynację, albo nawet pranie mózgu, jeśli tak ci wygodniej – odparł niezrażony neurotechnik, wzruszając ramionami. – Nie my pierwsi rozpatrujemy społeczeństwo jako spójny organizm. Nam tylko nie umyka sprzed oczu idea nowotworu.

Milczeli przez chwilę, zatopieni w myślach. Reese dopalił papierosa, po czym cisnął peta na czysty parkiet i przydeptał butem.

– Pamiętasz, co ci powiedziałem, kiedy przyjmowałeś się do służby? – rzucił profiler, schylając się, by podnieść niedopałek i zawinąć w chusteczkę.

– Że jeśli wszyscy jesteśmy komórkami, to ja należę do szczególnego rodzaju. I jeszcze, że… – Aiden zawahał się – kolor liści opadających jesienią z drzew jest bardzo piękny.

– Rozumiesz, co miałem na myśli?

Inspektor Reese, nim wyszedł, bez słowa wskazał fotografię. Doktor Jean Levin jeszcze długo obserwował je w samotności, w zwodniczo migoczącym świetle akwariowych ryb.

Na zdjęciu limfocyt Tc, na wieki zamrożony w kadrze, pocałunkiem chemii życzył potworowi dobrej śmierci.

Pro publico bono, jak zeschłe liście opadłe na jesień.

Koniec

Komentarze

Z betowanymi opowiadaniami w konkursie zawsze mam problem. I tylko dlatego nie dam klika na bibliotekę i o piórko dla Ciebie nie poproszę. Bo to trochę jak genderowy start facetów udających kobiety w dyscyplinach sportowych dla kobiet. I straszno, i śmieszno, i w ramach feminizmu – odbierające kobietom prawa do sukcesu (no i stąd ta moja kwestia zasad, podpadam chyba pod apoptozę;). Bo opko jest świetne. Mał powiedziane – jest rewelacyjne. Ale znów – na ile to wynik zbiorowego wysiłku – nie wiem. Gdyby betowania było w nim mniej niż 10-15 procent – należałoby mu się podium. Jeśli więcej – niestety, nie. Przeczytałem jednym tchem, doskonałe rozwinięcie idei beela JerzegoK – na zdecydowanie wyższym poziomie literackim. Takie punkty przydatności społecznej to ja rozumiem!;). Ale znów– ile z tego jest betowaniem, tylko Ty wiesz. I na koniec też będę przewrotny: Właściwie nie napisałaś powieści fantastycznej, a czysto profetyczną i religijną: "I nikt nie kupi i nie sprzeda, jeśli znaku Bestii mieć na sobie mie będzie" Księga Apokalipsy.Zawsze przypuszczałem, że LeBon miał rację ;).I że ta Bestia to cała ludzkość, której dano szansę… P.s. Jeszcze raz Twoje rewelacyjne opko udowadnia, że we WSZYSTKICH konkursach na portalu albo powinna być odrębna kategoria dla opowiadań betowanych, albo nie powinny startować w konkursach. Albo powinna być jakaś punktacja, która to uwzględnia. Także z powodu zasad. W końcu, nie obraź się, ale betowanie w konkursie lierackim to DOKŁADNIE to samo, co doping w sporcie.…

Mał powiedziane – jest rewelacyjne. Ale znów – na ile to wynik zbiorowego wysiłku – nie wiem.

rybaku, wystarczy zapytać którąś z bet, na pewno rozwiejemy twoje wątpliwości :). Ja cię mogę zapewnić, że oprócz drobnej łapanki i paru małych uwag, jest to samodzielna praca Wiktora i to co piszesz jest trochę krzywdzące :). Nawet najwięksi pisarze nie oddają swoich prac wydawnictwu przed betą. Betą są przyjaciele, żona, mąż, dzieci, przyjaciele. Czym to się różni od betowania na portalu?

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Ilością poprawek/sugestii/komentarzy PRZED upublicznieniem pracy? Pracą zespołową nad opkiem PRZED jego upublicznieniem? Zresztą, spoko, żeby nie było wątpliwości o czystość moich intencji: ja swoją pracę na ten konkurs wycofałem:). Przykro mi, że trafiło na Wiktorię, ale sama przeczytaj własne zdanie ("wystarczyłoby zapytać kogoś z betujących"). Czyli … pracujących nad tekstem ZESPOŁOWO! A zresztą, co ja się czepiam, przecież doping też tylko minimalnie poprawia wyniki świetnych poza wszystkim – sportowców.

No właśnie… te konkursy tutaj. łączące pracę zespołową z indywidualną: sport to jeszcze, czy już TYLKO zawodowstwo? ;) Bo jeśli to drugie, to rzeczywiście pora umierać…

Ilością poprawek/sugestii/komentarzyPRZED upublicznieniem pracy

Zapewniam cię więc po raz drugi, że to opowiadanie Wiktora, a nie nasze. Strasznie ją krzywdzisz stwierdzeniem, że napisaliśmy je za nią. I nie odniosłeś się do mojego pytania.

 

to rzeczywiście pora umierać…

przez uprzejmość nie zaprzeczę :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

To nie chodzi o Wiktorię. Jest świetną Autorką. I bardzo mi przykro, że na Nią trafiło, bo tu nie chodzi o Nią, tylko o zasadę. A co do krzywdzenia – sam się ukrzywdzam w imię tych zasad najbardziej – bo i ja wiem, i Ty wiesz, że moje opowiadanie miało szanse na sukces w tym konkursie, ale zabierając głos w tej sprawie właśnie dla czystości zasad je wycofałem.

Bo tu wyłącznie chodzi o zasady! A one powinny być dla zachowania pełnej transparentności dziecinnie proste – betujesz – nie startujesz. Albo: betujesz – masz odrębną kategorię. Albo – betujesz – umieszczasz opowiadanie w konkursie w ciągu np siedmiu pierwszych jego dni. Choćby dlatego, by liczba korekt opowiadań niebetowanych mogła dorównać liczbie uwag wobec opowiadań betowanych. No kurczę, NAPRAWDĘ nie widzisz różnicy???

sy, spoko, ;). Ale w związku z tym “Ja se ne boim… “:D

Czy ja się doczekam odpowiedzi na pytanie czym się różni betowanie na portalu od opracowania opowiadania w gronie przyjaciół/rodziny?

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Tym samym, czym różni się zawodowy doping od wypicia kawy ;). Pierwsze robią sportowcom “zawodowcy”, drugie – kompletni amatorzy. Z adekwatnym skutkiem dla zachowania czystości zasad. Zadowolona?

:D

Rybaku – w trakcie konkursów autorzy, którzy otrzymują komentarze do prac już upublicznionych (np. legendarną łapankę Reg) szybciutko poprawiają wskazane usterki. Jest to zasadniczo beta na widoku publicznym, a czynią to z tego samego powodu, dla którego ja sięgam po pomocną dłoń – z pragnienia Sukcesu, które zarzuciłeś na shoutboksie.

W sprawie zarzutu współtwórczości #prayfornorton odpowiem w stylu pasującym do autora tego tekstu:

współtwórczość nie zachodzi, gdy współpraca nie ma charakteru twórczego, lecz jedynie pomocniczy, choćby umiejętność wykonywania czynności pomocniczych wymagała wysokiego stopnia wiedzy fachowej, zręczności i inicjatywy osobistej. 

(wyrok SN z 19 lipca 1972 r., sygn. akt II CR 575/71)

Wyrokiem SN uwzględniono korektę jako współtwórstwo jedynie w przypadku prac akademickich.

 

Myślę też, że w tej sytuacji, która jest dla mnie z rana dość nieprzyjemna i, jak zaznaczyła sy, przykra, nie ugnę się i nie wycofam tego tekstu ani z konkursu, ani z portalu. Z uwagi na uczucia osób, które w niego uwierzyły, i moje własne. Nie zapłaciłam za korektę tego tekstu profesjonalnemu edytorowi, a nawet gdybym to zrobiła, nie widzę w tym zdrożności. 

Jak zaznaczyłeś, cechuje mnie usilne pożądanie Sukcesu. Tyle że za Sukces poczytuję sobie uznanie czytelników, zaufanie do moich tekstów, pozytywne reakcje, refleksje, jakie uda mi się wywołać u kogoś, kto natknie się na moje opowiadanie. Strzał dopaminowy w momentach, kiedy widzę, że moja praca została doceniona, jest nie do zastąpienia i będę do niego dążyć. Za Sukces poczytuję sobie także przedstawienie tak dobrego opowiadania, jakie tylko byłam w stanie napisać. Za każdym razem klepnięcie “wyślij” zajmuje mi zadziwiająco dużo czasu i wymaga pewności, że zrobiłam wszystko, co mogłam. Na fantach materialnych mi nie zależy – jeśli beryl postanowi uhonorować mnie książką, z przyjemnością Ci ją oddam.

W pisanie i research wkładam sporo wysiłku, więc sugestie, że ktoś to zrobił za mnie, są zwyczajnie niemiłe.

Niemniej – odnosząc się do Twojego pierwszego komentarza – jestem zaszczycona, że opowiadanie do Ciebie trafiło i spodobało na tyle, że widziałbyś je na podium, z biblioteką i piórkiem. Pudła, biblioteki i piórka to skodyfikowane formy wyrazy uznania dla autora, więc otrzymawszy je w formie werbalnej, nie potrzebuję niczego więcej. Z wyjątkiem może odrobiny wiary, że nie nie napisano tego za mnie.

 

 

 

 

 

Niezadowolona. Sugerujesz, że na portalu działają sami profesjonaliści i że wśród betujących znajomych nie może być zawodowy pisarz. Nonsens. Co jak ci zdradzę sekret, że ja się czuję totalną amatorką, moja beta polega tylko na przedstawieniu autorowi tylko i wyłącznie moich pierwszych wrażeń po przeczytaniu lektury? I że wśród znajomych mam samych poczytnych pisarzy i to oni sprawdzają moje opowiadania? :D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Wiktorio – naprawdę nie rozumiesz, że tu nie chodzi o Twoje opowiadanie, ale o ewentualną modyfikację zasad konkursowych na przyszłość i o transparentność procesu? Bo Ty akurat świetnie piszesz, i doskonale wiesz, że darzę Twój talent należytą atencją, ale i Ty i ja doskonale wiemy, że zdarzają się i takie opowiadania, które w zasadzie po zamkniętym procesie betowania są zupełnie nowymi dziełami. I na tym zakończę.

 

sy, byłaś kiedyś na siłce? Tam TEŻ niektórzy suplementują się kompletnie amatorsko :D

I na tym kończę.

Aha, czyli beta amatorów na portalu jest be, a beta profesjonalistów w zaciszu domu już cacy? Good for you!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Moi superprofesjonaliści w zaciszu domu stanowczo odmawiają zainteresowania się moją tfu.. twórczością ;D. Znasz takich superprofesjonalistów w zaciszu domowym? Namiary proszę :D

Dajesz TAKI argument w TAKIEJ dyskusji BEZ potwierdzenia w faktach???!

 

pozdr. and Good for You too!

Serio chcesz namiary na moich znajomych? Może ci przedstawię od razu całą ich kartotekę?

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Znaczy, argument z małego paluszka. OK.

;)

Sam jestem antybeciarzem, natomiast, jak ktoś poprosi, czasem betuję. Rozumiem argumenty Wiktorii i rozumiem argumenty Rybaka. Jedne i drugie mają sens, a życie to sztuka wyborów ;). Co nie jest zabronione, jest dozwolone. Poza tym oddzielne kategorie dla betowanych i niebetowanych tekstów raczej nie do zrealizowania, bo jak to kontrolować i sprawdzić, czy ktoś po cichu nie przybetował opowiadania? Tyle ode mnie.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

CO TU SIĘ WYDARZYŁO?! XD

Miałem tu wstawioną jakąś rozbudowaną, patetyczną wypowiedź, ale nie chce mi się wchodzić z nikim w polemikę.

 

Dajesz, Wiktor! :D Tekst jest świetny i jest TWÓJ. NIgdyo nie miałem tak mało uwag do tak obszernego opowiadania XD Fajnie, że miałem okazję się z nim zapoznać ^^

 

(nadal się nie zgadzam z przedstawionymi w nim poglądami ;) )

Fajromie, dzięki za pomoc i wsparcie! Ja również jestem bardzo wdzięczna, że miałeś ochotę na niego zerknąć, a o postulowanych tu tezach z chęcią porozmawiam może kiedyś przy piwie, które Ci wiszę! ;)

 

A co tu się wydarzyło – jeśli się tak głębiej zastanowić, Rybak w ramach wyjątkowej kampanii promocyjnej ilustruje, cóż, motyw przewodni tego opowiadania. Już padła hipoteza, że Rybak jest Nortonem… :D 

 

Incepcja! 

Gdzie padła?;) Na betaliście? ;P

Przeczytałem.

Miał Rybak rację, że opowiadanie jest świetne. 

Cieszę się też, że ostatecznie zrezygnowałem z bety, bo teraz mogę obiektywnie je ocenić i… ale to tym później.

 

Na początek marudzenie.

Bardzo agresywnie napisany początek. Nie chodzi mi tu o agresję bohaterów, a styl. 

E-papier rozjarzył się i wypluł treść kilku dokumentów

obrzydliwie przylgnęła do wilgotnej skóry

złożył zamaszysty bazgroł

szpilki zastukały na bruku jak nadgorliwy dzięcioł

To takich kilka przykładów z prologu.

Tego typu agresywny styl nie jest moim ulubionym i nieco mnie zbijał z tropu. Z drugiej strony, wydaje mi się, że jest w nim coś z Twojej osobowości. Wiktor “cięta riposta” trochę taki jest, więc naturalnie takie są jego teksty :) Zapewne znajdą się tacy, którzy ten styl lubią.

I żeby było jasne, nie przedstawiam tego jako wadę tekstu, a jako moje subiektywne odczucie.

Z czasem ta “agresja” zanikła, a drugi oraz trzeci rozdział czytało mi się już bardzo płynnie i przyjemnie.

Zastanawiam się, czy czasem po prostu nie chciałaś tego prologu zrobić zbyt efektownie.

 

Pochwały?

Nie będzie żadnych. 

No dobra, będą. I to całkiem dużo.

Świetnie oddany futurystyczny świat. Świetna fabuła. Rewelacyjnie przestawione współczesne i przyszłe problemy społeczne. Wszystko wiarygodne i w odniesieniu o obecnej sytuacji.

Najbardziej ujęłaś mnie tym, że spośród przedstawionych obu opcji “socjalizm” vs “anty-socjalizm” trudno mi było wywnioskować, ku której z opcji się skłaniasz.

Niby Norton jest tym dobrym “wrażliwym socjalistą”, a totalitarny reżim jest be. Ale gdy już dochodzi do głosu argumentacja hejtującego “spełeczeństwa” oraz cycaty z “Ocalonego”, to są one bardzo przekonujące.

I to według mnie jest najmocniejsza część tego tekstu.

 

Podsumowując, tekst jest rewelacyjny.

Dostaniesz za niego pióro i to takie mocne… że może nawet Cieniu będzie na TAK ;)

 

Ode mnie dostajesz: 5.5/6, klika do biblioteki i nominację.

Toż przecież mówiłem, że świetne i rewelacyjne. I mówiłem, że tylko dlatego, że nie wiem, czy zmiany były poniżej 15 proc. to nie zawnioskuję o piórko i bibliotekę i w ogóle… A wy od razu…..

I dlatego właśnie betalisty opowiadań konkursowych MUSZĄ być ujawniane. żebym mógł z czystym sumieniem wnioskować za! :)

że nie wiem, czy zmiany były poniżej 15 proc. to nie zawnioskuję o piórko i bibliotekę i w ogóle

przecież ci tłumaczę, że były.

 

I dlatego właśnie betalisty opowiadań konkursowych MUSZĄ być ujawniane.

nad tytułem masz napisane, czy była beta czy nie. To nie jest tajne.

 

Wiktorze, moje odczucia już znasz. Jestem zachwycona światem, który wykreowałaś, jest to niepokojąca i zarazem ciekawa wizja przyszłości, gdzie głos ogółu liczy się jeszcze bardziej, a stworzenie superpaństwa urzeczywistnia się. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, ale tego, że ten świat ma ręce, nogi i klimat nikt ci nie odbierze.

Fabuła jest świetna – poszczególne scenki z głosowania i odwiedzin Nortona w kościele podobały mi się najbardziej.

Ja tu nic więcej dodać nie potrafię. No jestem ogromną fanką, wiesz przecież :D. Idę nominować.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Rybaku – a możesz jakoś umotywować te wartości liczbowe? Bo jak byłoby 15,5%, to już be? A 15% uzbierane z poprawiania literówek równa się jednej potężnej piętnastoprocentowej zmianie w światotwórstwie albo fabule? Coś ten algorytm dziurawy jak polskie drogi. :D

 

Sy – raz jeszcze Ci dziękuję za wszystko. :)

I dlatego właśnie betalisty opowiadań konkursowych MUSZĄ być ujawniane.

nad tytułem masz napisane, czy była beta czy nie. To nie jest tajne.

Sy, Rybakowi chodzi o to, by przy konkursowych opowiadaniach wszyscy użytkownicy widzieli komentarze beta-czytaczy.

Ty, będąc betującą, je widzisz, on nie.

 

Dyskusja jest jednak czysto akademicka, bo z tego, co wiem, nie ma możliwości technicznej takiego rozwiązania przy obecnej wersji portalu.

Sy, Rybakowi chodzi o to, by przy konkursowych opowiadaniach wszyscy użytkownicy widzieli komentarze beta-czytaczy.

to co to by była za beta wtedy? Bezsens.

 

Wiktorze, nie ma za co, kochana ❤.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

@Chroscisko, 

 

dziękuję Ci za wizytę i wyrazy uznania. Na “agresję słowną” początku chyba nie mam dobrego usprawiedliwienia – tak się po prostu napisało. Ale zwróć uwagę na to, że jest to scena rozmowy z aresztantem, więc może być zasadny koloryt dający wrażenie “presji”. Możesz mieć też rację, że to przebicia mojej osobowości – pyskaty Orłowski jest pyskaty. :D 

Bardzo się cieszę, że zdołałam wywołać u Ciebie efekt dysonansu poznawczego i niemożności jednoznacznego opowiedzenia się po jednej stronie konfliktu: świat vs. Norton. Dokładnie o to mi chodziło. Chciałam, aby przy głębszym wczytaniu się w postulaty obu stron okazało się, że wykreowany świat nie jest prostą dystopią.

A może…? Nie, sam na to wpadnij.

Miodzio. Niezwykle mnie Twój komentarz cieszy. Dziękuję za kliki i nominację!

 

to co to by była za beta wtedy? Bezsens.

No niekoniecznie bezsens. Ukazanie jak wyglądała praca nad tekstem, zanim autor uznał go za ukończony i gotowy.

Biorąc pod uwagę zarzuty o stopień ingerencji osób trzecich, byłoby to jakieś rozwiązanie.

I tak nic nie zrobisz – #brajtoza.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

przecież sama nazwa Beta mówi, że te komentarze nie powinny być dla wszystkich widoczne. Żeby nie robić offtopu tutaj, to jest wątek w Hyde, kochani.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Żeby nie było, że to przeciw Tobie, Wiktorio. Mam nadzieję, że teraz dotarło.

Klik

Mam nadzieję, Rybaku, że nie jest to klik pocieszenia. Biblioteka jest miejscem na teksty udane, więc tylko takie powinno być kryterium kierowania do niej opowiadań.

I takie jest.

Ile razy mam mówić, że to nie chodzi o Ciebie????? Myślałem, że to było dla Ciebie jasne już w momencie, w którym usunąłem swoje opko z konkursu!

Ale ja to rozumiem. Po prostu nie zgadzam się z Twoimi postulatami i ubolewam nad Twoją decyzją o wycofaniu.

Znaczy co, przywrócić???? 8/

Twoja wola, Rybaku, to Twój tekst i do Ciebie należy dysponowanie nim. Ja jedynie chętnie stanę z Tobą w szranki w tym samym konkursie.

Znaczy – jednak przywrócić…. Pomyślę. Gdyby to kto inny napisał, to bym olał, ale Ty jedna miałaś do tego sprawcze prawo ;)

O rany. Tyle słów i ani jednego odniesienia do moich uwag…

Znaczy – jednak przywrócić…

A może zamiast zmieniać front co pięć minut wziąłbyś oddech i przemyślał sobie całą tę awanturę na spokojnie, rybaku? Zapoznał się z argumentami opozycji i zastanowił, dlaczego tyle osób ma inne poglądy niż ty? Opowiadanie to naprawdę sprawa drugorzędna przy całej tej awanturze :)

Blacktomie, uwagi, z którymi się zgodziłam, zostały uwzględnione w poprawkach i bardzo ślicznie Ci za nie dziękuję! :)

Opowiadanie to naprawdę sprawa drugorzędna

No dzięki. :< :DDDD

No dzięki. :< :DDDD

Miałam raczej na myśli byt albo niebyt opowiadania rybakowego. Tu trzeba najpierw uspokoić awanturę, może się ciut poprzepraszać czy przemyśleć sobie pewne sprawy, i dopiero potem wrócić do zabawy w konkursie, inaczej kwas będzie się ciągnął na długo.

Wiktorio, dzięki za jasność w temacie. Kam, niepotrzebne pouczenia;)

Teraz poczułem że miszyn jest komplit :)

Mocne i w pewien sposób straszne. 

Nie przepadam za tekstami bazującymi na realnych problemach politycznych (bardziej pod tym kątem na to patrzę, niż pod kątem społecznym). Wolę wszelkie -topie bardziej odrealnione, odleglejsze, albo może raczej mocniej obudowane fantastyką (czuję, że się zaplątałam – nie wiem, czy jasno się wyrażam). A jednak jest tu coś, co nie pozwoliło mi się od tekstu oderwać. 

Za niepodważalny atut uznaję to, że nie stoisz jednoznacznie na żadnym stanowisku, nie próbujesz zasugerować czytelnikowi, czyje zdanie i czyje przekonania są tymi właściwymi. Pokazujesz je tylko. To oczywiście moje subiektywne odczucie – ja tak to widzę. 

Nie powiem, że przyjemna lektura, bo była niepokojąca, ale z pewnością zapadająca w pamięć.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A mnie nie zachwyciło.

 

Po pierwsze, nie podoba mi się ani przedstawione przez Ciebie superpaństwo, ani poglądy Nortona, stąd nie mogłem się utożsamić z żadną ze stron. Być może taki był Twój zamysł, ale jednak czyni to lekturę nieco cięższą.

Poza tym cała historia jest dosyć prosta i gdyby odrzeć ją z odniesień do współczesności, wyjdzie po prostu Orwellowski “Rok 1984”, tylko krótszy i przez to bardziej ubogi. Mamy te same elementy: wyższa klasa i prole (wykluczeni), antysystemowiec i pisany przez niego niepokorny tekst, który zostaje odkryty, na koniec spełnienie najgorszego koszmaru i “pokochanie Wielkiego Brata” (w przypadku Nortona przynajmniej werbalne).

Norton różni się od Winstona Smitha jak sądzę tym, że nie sprzeciwia się po prostu systemowi, ale próbuje też budować zaczątki własnej ideologii. Ale, doprawdy, ideolog z niego godny pożałowania. Ledwie przychodzą pierwsze prześladowania, a on, zamiast się zradykalizować, łamie się po zaledwie paru miesiącach.

Reasumując więc, skrajnie nie podobał mi się główny bohater, a i fabuła mogłaby wejść na trochę wyższy stopień komplikacji (może nieco bardziej rozbudowany konflikt ideologiczny, a nie tylko: pomagać biednym, czy nie pomagać?). Sądzę jednak, że wszystko to może wynikać z tego, że Twój plan na to opowiadanie po prostu rozminął się z moimi oczekiwaniami, bo, jak widać, powyższe uwagi są bardzo subiektywne.

 

Nie oznacza to jednak, że opowiadanie całkiem mi się nie podobało. Co to, to nie ;)

Oczywiście świetny język i warsztat, ale tego chyba nie trzeba Ci pisać. Poza tym bardzo mi przypadł do gustu pomysł z interaktywnym tekstem, choć obawiam się, że mogło by to być trudne do wydrukowania :D

Na plus też przewrotne wykorzystanie motywu odzyskiwania twarzy. Norton wprawdzie odzyskuje ją w oczach społeczeństwa, ale w swoich chyba ją traci.

 

Tak więc nie mogę stwierdzić, by przeczytanie “#prayfornorton” nie było przyjemnym spędzeniem czasu, ale jednak poczułem na końcu spory niedosyt ;)

Dobrze piszesz, tekst czyta się gładko i człowiek nie ma chęci odrywać się od niego.

 

Wizja niesamowita i przerażająca. Szczerze mówiąc bardziej przerażająca niż ta orwellowska, bo w “Roku 1984” był dużo bardziej widoczny system i choć ludzie się na niego zgadzali, to robili to bardziej ze strachu, niż z przekonania. W twojej opowieści system jest dobrze ukryty, nieoczywisty, a krzywdę robimy sobie sami. Z czymś takim o wiele trudniej walczyć i w ogóle zauważyć, że coś jest nie tak.

 

Problem osób wykluczonych widzę jako osobny wątek. Pokazujesz do czego może doprowadzić wirtualna “demokracja”, ci ludzie praktycznie nie istnieją, więc nikt się nimi nie przejmuje. Duży plus za to, że nie opowiadziałaś się po żadnej ze stron. Gdybyś to zrobiła, wyszłaby pewnie propaganda. A tak twój tekst zmusza do zastanowienia się także nad własnymi przekonaniami. Któż z nas nie myśli czasami jak @Thadaus Kretschmer.

 

Reasumując, bardzo mi się podobało, świetny tekst.

@Śniąca, witam na pokładzie! 

Masz rację, że tekst jest dość “aktualny” jeżeli chodzi o pewien aspekt polityki tak polskiej, jak i europejskiej. Ostatnio nawet na tej aktualności zyskał (a opowiadanie pisałam od dość dawna, więc chyba silne poparcie z góry :D). Cieszę się, że uznałaś opowiadanie za zapadające w pamięć. Przepraszam, nie chciałam Cię straszyć!

No, może troszeczkę.

 

@ Światowiderze, 

alleluja, już zaczynałam się obawiać! :D Jak coś jest dobre do wszystkiego, to tak naprawdę jest do niczego.

Nie zgodzę się jednak z Twoim twierdzeniem, że tekst jest prostym odarciem Orwella ze współczesnych ozdobników. Nie chcę jednak nasuwać Ci Jedynej Słusznej Interpretacji, dlatego nie powiem, dlaczego tak sądzę. W tekście znajduje się kilka wskazówek, które po zebraniu do kupy mogą rzucić trochę światła na to, co określiłeś Wielkim Bratem. ;)

Druku tutaj nie przewiduję, ale miło mi, że moja innowacja w domu i zagrodzie przypadła Ci do gustu! :) 

 

@Irko, bardzo dziękuję Ci za wizytę i bardzo cieszę się, że poczułaś się zmuszona do zrewidowania poglądów. Widzę, że nie jesteś pierwszą osobą, która przywołuje tu Orwella – choć ja bardziej widziałabym na miejscu punktu odniesienia Huxleya, z pewnego drobnego powodu. :) 

Cieszę się, że tekst Ci się spodobał i zapraszam zerknięcia na kolejne moje opowiadania. :)

A ja wpadam tylko na moment, by pochwalić Wiktorię za sumienność i świetną robotę, którą wykonała przy tym tekście. Samodzielnie.

Gdy przyjdzie odpowiedni moment, wydam również hrabiowską opinię.

 

Ach… No i jako beta od linka pragnę raz jeszcze potwierdzić – TAK, LINK DZIAŁA. NIE MA ŻADNYCH ŚMIECI! XD

Narobiłem się przy klikaniu w tę “opinię”, ale to dobrze, jeśli dzięki temu uczyniłem tekst lepszym. Zasługiwał na to :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

@Ależ Hrabio, 

nie bądź taki skromny w swoich zasługach – oprócz sprawdzenia linków (co uczyniłeś nonszalancko i z wielkim wdziękiem) wskazałeś mi szesnaście uwag co do pisowni (w tym: ze cztery powtórzenia, dwie nieodmienione końcówki, kilka niegramotnych sformułowań, jedna literówka), z czego trzy pozwoliłam sobie zignorować (no przepraszam :<). Za wszystkie Ci z osobna dziękuję! 

Pierdoły, które i tak nie podbiły immersji tak bardzo, jak ten jeden dokument ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bardzo ciekawie napisane, ładnie wykorzystujesz te różne komunikatory czy inne sieciowe gadżety. Wciąga całkiem całkiem, choć na dobrą sprawę jest to po prostu wariant antyutopii z dość szablonową fabułą dla tego gatunku, jeśli ją odrzeć z ozdobników czy konkretnych realiów. Ale narracja, styl i właśnie szczegóły robią ten tekst.

Aha i nie bardzo rozumiem, dlaczego Wiktoria nie miałaby być zdolna do wymyślenia czy też napisania tego świata. Po shitstormie, jaki się wokół tego opowiadania rozpętał, spodziewałam się tematyki kompletnie odległej od potencjalnych doświadczeń/kompetencji Autorki – co zresztą też nie uzasadniałoby zarzutów, bo dobry risercz czyni cuda.

 

(…)Przede wszystkim zaś sądzę,

Tu i dalej spacja po nawiasie, bo to nie zwykły wielokropek.

 

codzienny obchód po parku

A nie po prostu parku?

 

Chyba…chyba tak

Spacja po trzykropku (tylko na początku urwanego zdania bez spacji, tu należy on do tego pierwszego członu)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Rewelacja :)!

Ech, żeby tak w “NF” takie teksty… Bo to polityka (prawie współczesna), ale bez topornego wskazywania palcem, jak wiadomo gdzie. Pięknie pokazałaś plusy i minusy obu podejść – “rozdawniczosocjalnego” i “brutalnosamodzielnego” (zwanych kiedyś komunizmem i kapitalizmem). Choć niektóre porównania może przeszarżowane, łykam :).

Każdy niech zdecyduje, która wizja jest mu bliższa.

O technice i warsztacie nie ma co pisać – klasa! Piórko przyznać proszę, niech _mc_ przeczyta, jakie teksty powinien puszczać :).

Dobra, dość tej cysterny miodu, jeszcze kropeleczka dziegciu, czyli marudzenie dziadygi:

– “Wbiegł po schodach katedry, z ulgą nurkując w jej gładkiej ciszy” – wolałbym – “w jej gładką ciszę”;

– “coltem czterdziestką piątką dzierżonym przez pewną rękę mundurowego” – a nie “w pewnej ręce”?;

– “Norton z łagodną łaskawością” – zdążę przed Tarniną ;) – to “ła – ła” trochę skrzypi;

– “Miał szczupłą, ascetyczną twarz (…). Był szczupły” – nie za dużo tej szczupłości? może “pociągłą twarz”?;

– “horror medyczny puszczony na wspak” – tu chyba “na” jest niepotrzebne – “puszczony wspak”;

– “błysnął w uśmiechu garniturem zębów” – a tu zdaje mi się, że w tym kontekście “garnitur” powinien być dookreślony, np. “śnieżnobiałym garniturem”.

 

W każdym razie – wspaniałe opowiadanie! Życzę sobie takich więcej :)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Bardzo udane opko w szczególności jeżeli chodzi o zamysł świata i jego odniesienie do współczesności. Nie brakuje tutaj też teorii społecznych w kontekście państwa. Konstrukcja również bardzo dobra i o niebo lepsza od pierwotnej – dalej pamiętam te sformułowania w narracji, podpatrzone u narratora z dokumentu przyrodniczego ;)

Aczkolwiek jedna drobnostka dalej mnie nie przekonuje, a mianowicie dramat głównego bohatera. Jego nie do końca zagospodarowana warstwa emocjonalna… To kwestia wrażliwości i moich osobistych preferencji, więc nie ma się co czepiać :)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

Mój komentarz może być trochę… specyficzny.

Przyjmij go więc z lekkim przymrużeniem oka.

Opowiadanie czytało mi się… dziwnie. Dziwnie dlatego, bo też wybrałaś temat, który wybitnie mi nie leży. Taka wizja świata, im bardziej realna i prawdopodobna, tym mocniej dla mnie odpychająca. Nie jest to żaden zarzut. Raczej podkreślenie, że piszesz o sprawach, od których staram się zwykle trzymać z daleka… a i tak mnie “wciągnęłaś”.

I nie wiem, dlaczego. :)

Mimo wspomnianej awersji do tematyki tekstu, każde kolejne zdanie tego opowiadania utwierdzało mnie w przekonaniu, że absolutnie trzeba je przeczytać. “Trzeba” nie oznacza w tym przypadku żadnej formy przymusu.

Raczej ciekawość wbrew woli. :)

Dobra. Do rzeczy.

Napisałaś bardzo fajne opowiadanie. O wykonaniu było już dużo w poprzednich komentarzach. Nic nowego tu nie napiszę. Zwrócę za to uwagę na pewne szczegóły. Te drobiazgi, jak klikalne odnośniki czy nawet te krótkie komentarze użytkowników uważam za sporą wartość dodaną. Można je nazwać mało istotnymi szczegółami. Ale spróbuj je tylko wyrzucić, a wraz z nimi zniknie część klimatu (chociaż może to tylko moje odczucie).

Obraz świata w Twoim opowiadaniu można przyjąć, polemizować z poszczególnymi elementami, albo całkowicie zakwestionować. Ale każdy z tych wariantów jest dobry. Dlaczego? Bo tekst zmusił czytelnika do refleksji.

Słowem, bardzo dobre opowiadanie.

Ale tematyka dalej mnie odpycha. :)

 

“raport Reese” – Reese’a

 

„…z miejsca wtapiając się w uliczny chaos ruchów Browna.” – Coś tu jest nie tak. Ruchy Browna nie mają ulicznego chaosu. Ale w ulicznych ruchach Browna może panować chaos.

 

„Hologram Philippe Chevareza z Biura Analiz Chasebooka obruszył się.” – Philippe’a

 

„…bezszelestnie wślizgnął się do środka…” – dopiero co się wślizgiwał do budynku, powtórzenie

 

„Dwadzieścia siedem tysięcy osób. Nawet ich nie znam.

Ale chciałeś ich nawracać – syknęło coś jadowicie z tyłu jego głowy. Ręce drżały mu, jakby w pół dnia nabawił się zaawansowanego zespołu Parkinsona. Od rana nic nie jadł. Próbował, ale ściśnięty ze stresu żołądek wywracał się na drugą stronę.

– Oni nawet nie chcą mnie wysłuchać – szepnął.”

 

„Tam były wszystkie jego pasje. Historia chorobowa. Droga życia. W terminalu było wszystko, czego potrzebował, by poruszać się po świecie…”

 

„W głowie szumiało mu, jakby miał tam dobrze prosperujący młyn wodny. – Nie wiem. Sam już nie wiem.

– Aha. No to niedobrze – odparła…”

 

„Opuścił wzrok na swoje ręce; drżały lekko, za paznokciami miał głęboko wżarte półksiężyce brudu. Dopiero teraz dostrzegł, jak bardzo schudły.” – Czepialstwo, ale: brzmi to trochę tak, jakby to paznokcie schudły, albo ewentualnie półksiężyce, dopiero trzecim typem są ręce.

 

„Odetchnął ciężko. Granice [+jego] pola widzenia nagle wykrzywiły się dziwnie, jak gdyby zamiast ludzkich oczu miał rybie ślepia.”

 

„– Chyba…chyba tak” – brak spacji po wielokropku

 

„Zamazany kształt pochylił się nad nim; zmrużył oczy, by sylwetka nabrała ostrości.” – To brzmi tak, jakby to kształt zmrużył oczy, a nie bohater.

 

„– Przecież ci mówiłem, że to byłoby nieetyczne. – Inspektor Aiden Reese uśmiechnął się i strzelił.”

Przyznam, że umyka mi tutaj coś. Pod jakim pretekstem/zarzutem policja robi obławy i wybija ludzi, którzy nic nie robią, tylko kryją się w blokach? Gdyby odławiali ich np. za kradzieże czy zakłócanie spokoju i porządku publicznego, cokolwiek, ale tak, w blokach? Za co?

 

„…uprzednio rozścieliwszy liturgiczną komżę.” – A czy są nieliturgiczne komże?

 

„chodzić może o inspektora Aidena Reese…” – Reese’a

 

„Możesz to uznać za indoktrynację[-,] albo nawet pranie mózgu…”

 

„I jeszcze, że… – Aiden zawahał się – kolor liści opadających jesienią z drzew jest bardzo piękny.” – W takiej sytuacji albo wielokropek z obu stron wtrącenia opisowego, albo z żadnej.

 

„Inspektor Reese, nim wyszedł, bez słowa wskazał fotografię. Doktor Jean Levin jeszcze długo obserwował je w samotności…” – Skoro fotografię, to ją obserwował, a nie je.

 

 

Mam lekki problem z tym tekstem. Od początku czytałam z wielkim zainteresowaniem (lubię takie socjo rozważania), jednak pogubiłam się trochę pod koniec. Chyba wiem, o co chodzi, co chciałaś pokazać, ale do końca nie jestem pewna. Rozwiązanie mimo wszystko wydaje mi się trochę za proste, zbyt linearne, w stosunku do tego, co miałam nadzieję dostać, czytając. Niemniej wszystko jest opakowane w miodną, płynną narrację, a o bohaterze – choć nie wzbudza sympatii – i tak w jakiś sposób przyjemnie, z ciekawością się czyta. Fajnie, niejednoznacznie, niepokojąco jest skonstruowany Reese. Oczywiście sam świat, społeczeństwo są oddane troszkę schematycznie, ale w sposób zupełnie wystarczający do tego, by sobie to wszystko wyobrazić. I się nieco przestraszyć. Niby nie ma tu nic nowego, a jednak pozwala na nowo zadumać się nad pewnymi zjawiskami. No, podsumowując, podobało mi się ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No, Rybak Ci taką reklamę zrobił, że strasznie podbił oczekiwania.

Tekst nie dorasta do tego wczorajszego gówienkowego tornada, ale i tak jest dobry.

Fajne zagranie z aktywnymi linkami.

Interesujący świat. Tym ciekawszy, że jakoś dziwnie podobny do naszego internetowego. Lajki i dyslajki… Ile osób wzięło udział w dyskusji, nie przeczytawszy w ogóle opowiadania?

Sama dystopia nie wyróżnia się może niczym szczególnym, ale spodobało mi się wykorzystanie efektu voodoo.

W ogóle ładnie wplatasz różne motywy – tu voodoo, tam apoptoza i porównanie do komórek. Bogaty świat, widać, że jest przemyślany.

Nawet świątynia już nie jest azylem jak kiedyś. Symptomatyczne, jak sądzę.

Ciekawe, kiedy demokracja przestanie się sprawdzać.

Babska logika rządzi!

Dobrze mi się czytało :)

@Drakaino, witam na pokładzie! 

Cieszę się, że poczułaś się wciągnięta. ;) Aczkolwiek ośmielę się nie zgodzić się z założeniem, że jest to “dobrą sprawę jest to po prostu wariant antyutopii z dość szablonową fabułą dla tego gatunku”. Opowiadanie zawiera dwie równoważne, choć skrajnie przeciwne ścieżki interpretacji i na dobrą sprawę jego zaklasyfikowanie do wspomnianego gatunku jest dyskusyjne. Uwagi i reakcje komentujących pokazują, że moja intencja została właściwie odebrana, więc pozwolę sobie stwierdzić, że aż tak szablonowo jednak nie było. ;)

Dziękuję za poprawki, uwzględnię je po zakończeniu konkursu, żeby było sprawiedliwie. A przede wszystkim dziękuję za wyrazy wiary w moje autorstwo tekstu! <3

 

@ Panie Starszy, 

Bardzo Ci dziękuję za wizytę, niesamowicie schlebiłeś mi stwierdzeniem, że opowiadanie miałoby potencjał, by znaleźć się w druku. :) Cieszę się, że moja idea do Ciebie dotarła. Chętnie przytulę marudzenie dziadygi – uwzględnię je w należnym czasie (borze szumiący, dlaczego ja tych baboli sama nie widzę? :C)

“W każdym razie – wspaniałe opowiadanie! Życzę sobie takich więcej :)!” – Zobaczymy, co da się zrobić!

PS. Dzięki za nominację do pióra. ;)

 

@Blacktomie – raz jeszcze bardzo dziękuję Ci za pomoc i cieszę się, że wizja wykreowanego świata do Ciebie przemówiła. Masz rację, ze ładunek emocjonalny Nortona mógł być lepiej wyeksploatowany, ale chyba nie mam na to dobrego usprawiedliwienia – tak się napisało i już. Postaram się następnym razem o lepszą realizację. :D

 

@CM, cześć!

Bardzo dziękuję Ci za wizytę. Twój komentarz bardzo mnie uszczęśliwił, właśnie z uwagi na stwierdzenie, że nie jest to Twoja ulubiona tematyka. Entuzjastyczne podejście i zaufanie do świata wykreowanego w lubianej konwencji nie jest niczym dziwnym – natomiast jeżeli udało mi się Cię “zmusić” do przeczytania czegoś, czego normalnie nie tykasz, to czuję się dumna. Twoje odczucia są doskonale zbieżne z tym, co chciałam wywołać, więc mission completed. :D

Fajnie, że spodobały Ci się moje ozdobniki (i że do nich zajrzałeś!) i całokształt zmusił Cię do refleksji. ;)

 

@Joseheim!

Dzięki za łapankę (boziu, czy ja jestem ślepa? :<), uwzględnię ją po zakończeniu konkursu. Cieszę się, że tekst Cię zainteresował i że nie jesteś pewna jego ostatecznej interpretacji, ponieważ może być co najmniej dwojaka. ;) Na tle poruszanych w tekście motywów – głównie tych “komórkowych” – zakończenie nie mogło być inne. Cieszy mnie, że Twoją uwagę przykuł Reese, bo mimo drugoplanowości był tu dla mnie bardzo ważny.

Dziękuję Ci za pozytywny komentarz i nominację. :)

 

@Finklo!

Przyznam, że to ekskrementornado było mi potrzebne jak łysemu fryzjer i obawiałam się, czy właśnie nie narzuci tutaj przeświadczenia, że oto prezentuję czarnego konia do nagrody Hugo, bo to wymagania chyba trochę na wyrost. Ale cieszę się, że opowiadanie Ci się podobało i doceniłaś budowę świata oraz zawartą w nim dystopię, mimo że pozwolę sobie nie zgodzić się z jedną z Twoich refleksji. ;) No ale niech hasztag broni się sam!

Bardzo dziękuję Ci za nominację. :)

 

@Anet

Cała przyjemność po mojej stronie!

Z którą, z którą? ;-)

Babska logika rządzi!

Psssst, nie mogę powiedzieć, bo mi fejsbuka za próby indoktrynacji zabiorą! ;)

Wiktorze, wyobraźnia podpowiedziała Ci okropną wizję. A może tylko pokazałaś rzeczywistość odbitą w szczególnym zwierciadle… Jak by na to nie patrzeć, opowiadanie jest wyjątkowo zacne, porusza problemy ważne współcześnie ale też, jak się okazuje, szczególnie istotne w opisanym świecie przyszłości. Z przyjemnością dołączam do grona czytelników, szalenie usatysfakcjonowanych lekturą Twojego dzieła.

 

pod­su­wa­jąc Nor­to­no­wi ar­kusz e–pa­pie­ru. –> …pod­su­wa­jąc Nor­to­no­wi ar­kusz e-pa­pie­ru.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Star­sza pani o fry­zu­rze ka­la­fio­ra uśmiech­nę­ła się… –> A jaką fryzurę ma kalafior?

 

fi­zjo­te­ra­peu­tycz­ny eg­zosz­kie­let skry­ty pod war­stwą ubrań. –> …fi­zjo­te­ra­peu­tycz­ny eg­zosz­kie­let skry­ty pod war­stwą ubrania.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie, to ubranie.

 

pierw­sze­go w epoce post–in­du­strial­nej… –> …pierw­sze­go w epoce postin­du­strial­nej

 

Pot za­le­wał mu oczy i sło­ny­mi struż­ka­mi spły­wał na plecy… –> W jaki sposób pot, zalawszy oczy, mógł jeszcze spływać na plecy?

 

Rześ­kie po­wie­trze prze­sy­ca­ła woń doj­rza­łej fre­zji. –> Czy tu aby nie miało być: Rześ­kie po­wie­trze prze­sy­ca­ła woń rozkwitłych fre­zji.

 

na wa­ka­cjach w dys­tryk­cie Sp–04. –> …na wa­ka­cjach w dys­tryk­cie Sp-04.

 

ob­szar De–S/02 for­mal­nie na­zy­wa­no Dre­znem. –> …ob­szar De-S/02 for­mal­nie na­zy­wa­no Dre­znem.

 

Nawet nie chciało mu się sprawdzać, czy Sara chciała z nim porozmawiać. –> Powtórzenie.

 

bransoletka nie była mu już do niczego potrzebna. Sto czternaście razy odrzucił połączenia od matki. Nawet nie chciało mu się sprawdzać, czy Sara chciała z nim porozmawiać.

Pisał.

Wstawał w południe i pisał, dopóki starczało mu sił, a potem leżał w ciemności, wsłuchany w e-szept cyfrowej dżungli.

Departament oddał mu wiele, tak naprawdę nie oddając mu nic. Zwrócono mu status obywatelski, którym się brzydził, dostęp do Netu, którego nie chciał, i rodzinę, którą wypchnął za drzwi nowego domu. Nie oddał mu tylko imienia… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Nie od­po­wie­dzia­łeś na moje py­ta­nie – po­wie­dział in­spek­tor… –> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przybywam trochę wcześniej, niż zamierzałem, ale tylko dlatego, że palec mi się omsknął i zamiast dodać do kolejki, oznaczyłem jako przeczytane. XD

Opowiadanie pamiętam z jakiejś wcześniejszej wersji i przyznam, że odwaliłaś kawał dobrej roboty. Poza właściwie szkieletem wydarzeń zabrałaś się za historię na nowo i bardzo dobrze jej to zrobiło. Jeśli dobrze pamiętam, tekst jest też chyba krótszy – w tym przypadku uważam to za plus.

I cóż mogę rzec? Socjo SF w całkiem upiornym wydaniu. Ktoś w komentarzach porównał opowiadanie do “1984” i nie sposób nie przyznać tutaj racji. Dzieło Orwella wypada może lepiej pod kątem prezentowania zgubnych idei, ale umówmy się, że nie sposób konkurować z objętością powieści. Udało Ci się jednak, mimo skromnego w porównaniu metrażu, zarysować kapitalizm i socjalizm w taki sposób, że refleksja na temat zgubności skrajnych postaw nasuwa się naturalnie. Co mi się tu jednak najbardziej podobało, to doskonałe wykorzystanie potęgi współczesnych social mediów i całej tej otoczki, która z roku na rok narasta i kto wie, do czego może doprowadzić niebawem. Snujesz swoją wizję w bardzo przekonujący sposób – mnie to w każdym razie kupiło. Pokusiłbym się tu nawet o stwierdzenie, że wychodzi Ci to lepiej niż Orwellowi – jego dzieło powstało już jednak lata temu i pewnych rozwiązań technologicznych nie mógł przewidzieć (choć podobno plany stworzenia Internetu i odciągnięcia ludzkości od siania nienawiści zrodziły się wkrótce po 2WŚ).

I niby na przestrzeni znaków niewiele się dzieje, a jednak nie idzie się od czytania oderwać. Mnie o to przede wszystkim w czytaniu chodzi – o dobrą zabawę, o miłe spędzenie czasu. Jeśli nawet są tu jakieś wady, które ktoś znający się na rzeczy potrafiłby wytknąć, to nie czuję potrzeby ich poznawania, bo IMO zostały zamarkowane bardzo dobrze.

No i nie wiedziałem, że można wstawiać do tekstu linki! Super sprawa, świetnie wzbogaciły całość. Szczerze mówiąc, sam zastanawiałem się kiedyś nad takim rozwiązaniem, ale wypadło mi z głowy, żeby sprawdzić. Dobrze wiedzieć!

@Reg!

Bardzo się cieszę, że moja wizja, w której dostrzegłaś poniekąd odbicie świata nam znanego, zdobyła Twoje uznanie. :) Usterki poprawę, gdy beryl pozwoli, żeby było sprawiedliwie. Cholera, znowu to “ubranie”, ja to się nigdy nie nauczę…

 

@Jasnostronny,

Życzę Ci w takim razie permanentnego delirium tremens z silnymi objawami drgawkowymi, coby te palce zawsze tak się ześlizgiwały… Nie, tak naprawdę to nie, nikomu nie wolno życzyć delirium (to w końcu potworne skutki odstawienia alkoholu, co implikuje jasny wniosek, że alkoholu odstawiać nie należy).

Cieszę się, że opowiadanie Ci się podobało (masz rację, nowa iteracja wyszła chudsza nawet z tymi ozdobnikami, co też uważam za plus. ;)). Ostatecznie położyłam też nacisk na uwypuklenie trochę innych elementów, które, co mnie zresztą bardzo satysfakcjonuje, zauważyłeś. Samym sformułowaniem “lepiej niż Orwellowi” załatwiłeś mi już migotanie przedsionków na ten wieczór.

A z linkami – widzisz, też nie wiedziałam! Niewiele brakowało, żeby szatański plan runął, ale na szczęście z pomocą przybył mi bohaterski Arnubis (bohaterski Beryl wykazywał w tym czasie gotowość operacyjną). Fajnie, że Ci się podobały! I absolutnie nienachalnie zwrócę Twoją uwagę na logo – prawda, że ładne? Ładne? Ładne??! 

Dzięki raz jeszcze. <3

Cholera, znowu to “ubranie”, ja to się nigdy nie nauczę…

Może daj sobie spokój z ubraniami… Zostaw tylko tę czerwoną sukienkę. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Okrutnicy, buty byście chociaż zostawili… :D Autora tu w kapciach puszczą.

Ładne! Czyżby autorskie dzieło? ;)

Istotnie, puszczą w kapciach nie uchodzi, to już miej te buty. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A gdzie tam, ja prostej kreski nie postawię w sposób estetyczny. Jak zaznaczyłam w przedmowie, logo wykonała (cierpliwie znosząc moje marudzenia, stękania i “– Daj te skrzydła na dół, będzie wyglądało jak młot!”) panna Dominika Mirko. Podlinkowałabym portfolio, ale skromna bestia na razie się w internetach nie chwali.

Wiktorio, szczerze gratuluję napisania tak bardzo dopracowanego opowiadania, zdecydowanie doceniam autorów, którzy szanują swoich czytelników. Nie wydaje mi się, żeby tekst był szczególnie innowacyjny pod względem fabuły i świata przedstawionego, co nie zmienia faktu, że nie uznaję podobieństw do innych pełnokrwistych science fiction za istotną wadę.

 

Decyzja stronnictwa Mendozy zepchnęła na skraj ubóstwa przeszło czterdzieści milionów ludzi, stawiając ich tym samym w stanie zagrożenia życia.

Ale za to jak wspaniale musieli zmniejszyć inflację ;)

 

Nie podoba mi się za to sposób w jaki przedstawiłaś zwolenników teorii cellularystycznej. Główny bohater zostaje uznany za winnego min. przez przygrubą Brigitte Delacroix (typowy obraz nikczemnego, brzuchatego kapitalisty) oraz Jeffa, bezdusznego sportsmena (czyt. przedstawiciela klasy wyzyskującej w XXI wieku). Na deser pozostaje nam Lavin oraz Reese, czyli duet psychopaty z sadystą. Jak dla mnie ta sytuacja została przedstawiona w trochę za bardzo jednowymiarowej formie, a przecież zło rzadko bywa tak oczywiste.

 

WINNY (przesuń w lewo) | NIEWINNY (przesuń w prawo)

 

Pewnie kojarzysz posty z facebook-a z obrazkami pudełek, podpisane “kliknij, żeby zobaczyć co jest w środku”? No cóż, nie powiem ile razy sprawdzałem, czy ta część opowiadania również nie jest interaktywna ;)

Bardzo dobry tekst socjo SF. Z właściwie uwypuklonymi elementami, przed którymi ostrzegasz. “Rok 1984” sam się nasuwa, zwłaszcza porównując końcówkę losów Winstona z Nortonem ;) Odrzucenie, “resocjalizacja”, potem powrót już jako “pachołek” rządu.

Sama treść jest więc dobrze przemyślana i zapodana, ale forma wzbudza mój największy zachwyt. Dobry pomysł z motywami interaktywnymi. Jeszcze lepsze prezentowanie fragmentów dzieł Nortona oraz komentarzy pod tekstem. To daje zawsze poczucie, że świat żyje i reaguje na działania postaci.

Tak więc i forma, i treść bardzo dobrze tutaj współgrają, tworząc silnie emocjonalny tekst. Parę niedociągnięć też się znajdzie – wrogowie Nortona reprezentujący system są przedstawieni w mocnych kolorach czerni, niczym O’Brien. Wiadomo – nie mają wzbudzać sympatii. Jednak mniej sadystyczni strażnicy systemu mogliby podbić jego powszechność. Obrońcami nie byliby wytypowani psychopaci, ale ludzie z sąsiedztwa. Małe to jednak niedociągnięcie, graniczące raczej z upodobaniem niż faktyczną wadą.

Podsumowując: w treści nienowy, ale zaserwowany naprawdę pomysłowo koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zaznaczam z góry, że to będzie mój jedyny post tutaj.

 OPINIA nr 189-67/04/05

Wiktorio – niską podatność na stres? Czy jednak odporność? Pójdę dalej i zobaczę.

podsuniętą tubkę

Chyba lepiej by było: podsuniętą mu tubkę.

 wycisnął na złączone nadgarstki obfitą strugę żelu

Hmm, "obfita struga" jakoś dziwnie brzmi, zwłaszcza w połączeniu z żelem. Ale możesz uznać, że się czepiam.

 wypluł treść kilku dokumentów

W przypadku drukarki byłoby to obrazowe, ale na wyświetlaczu?

 Zamknąć pysk w porę to też

Zamknąć pysk w porę, to też.

 powinno ustalić jego wyrok

Nie wiem, jakoś mi to nie brzmi.

 Widowiskowym ruchem

Czyli?

 Nikt nie powstrzymał go, kiedy odebrał

Dałabym raczej: odbierał – bo tak wygląda, jakby najpierw odebrał, a potem miał być powstrzymywany.

 uliczny chaos ruchów Browna

Wiem, o co chodzi, ale troszkę mętne.

 o fryzurze kalafiora

Od kiedy kalafiory mają włosy? :)

 nadmiernie sztywna sylwetka

Hmm.

ze wzorem wirującej Andromedy.

Hmm.

jak nadgorliwy dzięcioł

Jeszcze mają dzięcioły? (Przepraszam, nie bardzo dzisiaj lubię ludzkość.)

jakim odbyło się to kosztem

To odnotowanie, jak rozumiem?

 upadek obyczajności

Zwykle mówi się: upadek obyczajów.

 raziły ostrą, ordynarną czerwienią

Może dobrze by było to skondensować.

 Hologram Philippe Chevareza z Biura Analiz Chasebooka obruszył się.

Autonomicznie?

 wymownie wywrócił

Aliteracja.

 nieformalnie od dawna przeznaczone do rozbiórki

Nieformalnie?

 zdezelowane drzwi

W jaki sposób zdezelowane?

 żelazne embargo strefy offline

Potknęłam się, a szkoda, bo bardzo sensowne po bliższym przyjrzeniu.

najbardziej to myślą

Najbardziej, to myślą.

 ściśnięty ze stresu

Troszkę nie brzmi.

 A ty wysłuchałeś ich, Mesjaszu?

 przypiłowane paznokcie

Opiłowane.

 nie chcieli mieć już z nim nic więcej wspólnego

Naturalniej: nie chcieli już z nim mieć nic wspólnego.

 Historia chorobowa

Zwykle mówi się "historia chorób".

 równie szczery co pokerowy szuler

Napisałabym raczej: równie szczery, jak pokerowy szuler.

 wrażliwą twarz

Twarz mogła najwyżej zdradzać wrażliwość.

 ciasno zakrywszy

Hmm.

 kołdrą z syntetycznym pierzem

A nie "z pierza"?

wiedział to

Wiedział o tym.

 Aklamacją milczenia

Zdajesz sobie sprawę, że to oksymoron?

 Jedzenia jest nad podziw dużo, szczególnie w okolicach śródmiejskich parków i budek

Mimo ekologiczności i regulacji? Punkt dla Ciebie (serio, dobrze to rozegrałaś).

 miejska komunikacja,

Idiom: komunikacja miejska.

 obchód po parku

Obchód parku.

 odzianych w zbyt wiele czerni

Hmm.

 No to niedobrze

No, to niedobrze.

 grzebnęła

Hmm.

 łagodną łaskawością przystał na ten przejaw

Aliteracja.

 wyrzucił na wydechu

Jak wyżej.

dostępne tylko dla posiadaczy

Dostępne tylko posiadaczom.

 sztucznie uzupełnianych zmarszczkach

To brzmi trochę tak, jakby zmarszczki były dodawane – chyba nie to miałaś na myśli.

 W chwili zmian ustrojowych

Raczej: w czasie. Albo: kiedy wprowadzono nowy ustrój.

 jak nasiona cisu.

Znowu przyrodnicza metafora – normalnie bym się nie czepiała, ale przy tych kryształowych drzewach wydaje mi się to niespójne.

 Ty także mógłbyś, Norton.

Ech, coś tak czułam…

 naszprycowane z nanopodajników katecholaminami

Przeorganizowałabym: naszprycowane katecholaminami z nanopodajników.

 Czy życzysz sobie przygotować kąpiel?

Czyli: Czy przygotujesz kąpiel? Chyba nie w to celowałaś.

 czy Sara chciała

Chce – c.t.

 hipokampa

Hipokampu, jeśli się nie mylę.

 Pierwsza zasada katastrofy lotniczej: najpierw załóż własną maskę tlenową.

Tak, żeby nie dokładać ratownikom zbędnej pracy. Ale to jest spójne z Twoją antyutopią, więc gra idealnie.

 Czasami wciąż krwawił z nosa.

Wycięłabym "wciąż".

 wiedział, że był już październik

Jest – c.t.

 przerzucił się garścią korespondencji

Hmm.

 uiściła pokaźną sumę na konto Fundacji.

Raczej przelała – uiszcza się opłatę za coś.

czuł ukłucie wstydu, że rok wcześniej nazwał obiecującego pisarza skurwysynem.

Tu mnie zaskoczyłaś.

 wykonał profil

Dałabym raczej "przygotował", albo "opracował", ale to drobiazg.

 Nie my pierwsi rozpatrujemy społeczeństwo jako spójny organizm.

Ano, nie.

 przyjmowałeś się do służby

Nikt nie przyjmuje się sam – kiedy przyjmowano cię do służby, albo kiedy się zaciągałeś.

 zeschłe liście opadłe na jesień.

I kolejna przyrodnicza metafora, która pasuje, kurczę – tylko nie do świata przedstawionego, a do treści.

Wiktorio, brak mi słów. Po prostu.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Mimo że nie jestem fanem SF, a socjo SF tym bardziej, Twoje opowiadanie podobało mi się i uważam, że jest bardzo dobre.

W zasadzie nie mam się czego doczepić (nawet obawa przed zbyt wielką ilością informacji do przyswojenia, jaka zaczęła kiełkować w mojej głowie po kilku pierwszych linijkach lektury, okazała się bezpodstawną).

Jak już wspominano w komentarzach, bardzo dobrze skonstruowałaś świat wraz mechanizmami nim rządzącymi.

Podobało mi się obiektywne przedstawienie poglądów tak głównego bohatera, jak i tych “jedynie słusznych”. W żaden sposób nie czułem się popchnięty w stronę jednych czy drugich. Wydaje mi się, że takie czysto obiektywne podejście jest rzadko spotykane w dziełach fabularnych (jakiegokolwiek typu).

Nie zrozumiałem jednego – dlaczego Norton się zabił, skoro otrzymał możliwość powrotu na łono społeczeństwa? Czy coś mi umknęło?

 

Ciekawą kwestią jest bohater. Na pierwszy rzut oka zdawał się być stereotypowym wręcz, odważnym nonkonformistą walczącym z nieludzkim, brutalnym systemem. Im bardziej jednak wgłębiałem się w opowieść, im bardziej zapoznawałem z konfliktowymi światopoglądami, tym mniej oczywistą stawała się dla mnie ta postać. Kiedy wypchnięty poza margines społeczeństwa bohater gorliwie przyjął wyciągniętą dłoń systemu (ależ to pretensjonalnie zabrzmiało ;)), jego przemiana, ”odzyskanie twarzy”, wydała mi się w pierwszym momencie zbyt szybka i łatwa, nie pasująca do tej postaci i nierealistyczna. Potem zdałem sobie jednak sprawę, że taka przemiana nie pasowała tylko do mojego wyobrażenia takiej postaci, wyobrażenia opartego na stereotypie bojownika o wyższe cele. Natomiast przedstawiona w opowiadaniu reakcja bohatera jak najbardziej mogła mieć miejsce, ba, wydaje się nawet być tą najbardziej realistyczną opcją, a przynajmniej tą najbardziej “ludzką”…

IMO wszystko powyższe, jak również osobiste ustosunkowanie się czytelnika do poglądów Nortona sprawia, że bohater może wzbudzać bardzo zróżnicowane uczucia. No, zdecydowanie nie jest to postać prosta czy jednowymiarowa. :)

Takie mnie jakieś dzikie przemyślenia naszły, mam nadzieję, że nie namieszałem. ;)

 

Ciekawe, ile Mojżesz zebrałby dislajków, gdyby wrzucił Dekalog na swoją tablicę?

Ciekawe. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

@Krikosie, cześć i dziękuję za wizytę!

Szczerze dziękuję za uznanie dla pracy, która została włożona w napisanie tego tekstu (ewoluował od lipca, więc jest to definitywnie rzecz, w której dłubałam najdłużej). Ha, zaiste, inflacja musiała solidnie spaść, co poniekąd sugeruje także pewną innowacyjność koncepcji świata i przedstawionej tu fabuły (na tle powszechnie tworzonych dystopii).

Przyznam szczerze, że nie rozpatrywałam drugoplanowych bohaterów “tłumu” (Brigitte, Jeff, dziewczynka) w taki sposób, jak to ich opisujesz. Kolejny przykład na to, że interpretacje mogą niejednokrotnie zadziwić autora. :D Nie twierdzę też, że nie są słuszne; być może możecie widzieć tu więcej, niż ja sama widziałam.

“Duet psychopaty z sadystą” – czy te pejoratywne określenia naprawdę są pejoratywne? Obserwując zjawisko psychopatii, można dojść do ciekawych wniosków, że osoby o tym typie osobowości są stałym elementem populacji i mogą być potrzebni dla zbiorowości. Jeśli zrobią użytek z własnej nieprzydatności.

Wybacz za clickbait! :D

 

@NWM, witam!

Tak coś przeczuwałam, że forma przypadnie Ci do gustu, po przeczytaniu Twojego opowiadania plebiscytowego (gwoli ścisłości zaznaczę, że “Hasztag” dawno już kisił się na becie w aktualnej koncepcji, nim zagoniono mnie do czytania nominowanych tekstów). Lubię pewną dozę zabawy konwencją, zwłaszcza gdy doprowadza do złamania muru pomiędzy autorem a współczesnym mu czytelnikiem. Utwory klasyczne są fascynujące, ale ich forma podania nie przystaje do sposobu, w jaki aktualnie się komunikujemy, a ten tekst, co już zauważono, mimo osadzenia fabuły w przyszłości jest całkiem aktualny. Partia rządząca w ostatnich miesiącach postarała się nawet, żeby był bardziej. ;)

Nie zgodzę się jednak, że “obrońcy systemu” są tu jednowymiarowo czarni. Ja tam Reese’a widzę bardzo kolorowo. Właściwie to ja go tu najbardziej lubię. ;D

Dziękuję!

 

@Tarnino, 

 

@El Lobo de Sombrero Chica Chorizo Tequila Antonio Banderas El Muymalo, 

Bardzo Ci dziękuję za przeczytanie i komentarz. ;) Jeśli chodzi o przyczynę samobójstwa Nortona, jej wytłumaczenie jest ukryte pod wieloma biologicznymi smaczkami naprowadzającymi na trop fascynującego zjawiska, które warunkuje spójność naszego organizmu. Pozwolę więc sobie go nie wyjaśniać łopatologicznie i pozostawić do swobodnego przemyślenia. ;)

Cieszę się, że niejednoznaczność Nortona do Ciebie trafiła i nie została odebrana jako niedopracowanie postaci. Spodziewałam się tu swego rodzaju dyskusji światopoglądowej i zależałoby na tym, by czytelnik mógł opowiedzieć się za poglądami jednej ze stron. Jeszcze bardziej zaś zależało mi na tym, by tak naprawdę nie był w stanie jasno opowiedzieć się za żadną. Widzę, że misję wykonano. :D Bardzo Ci dziękuję, dzikie przemyślenia to dokładnie to, czego sobie tutaj życzyłam!

@Krikosie, cześć i dziękuję za wizytę!

Szczerze dziękuję za uznanie dla pracy, która została włożona w napisanie tego tekstu (ewoluował od lipca, więc jest to definitywnie rzecz, w której dłubałam najdłużej). Ha, zaiste, inflacja musiała solidnie spaść, co poniekąd sugeruje także pewną innowacyjność koncepcji świata i przedstawionej tu fabuły (na tle powszechnie tworzonych dystopii).

Przyznam szczerze, że nie rozpatrywałam drugoplanowych bohaterów “tłumu” (Brigitte, Jeff, dziewczynka) w taki sposób, jak to ich opisujesz. Kolejny przykład na to, że interpretacje mogą niejednokrotnie zadziwić autora. :D Nie twierdzę też, że nie są słuszne; być może możecie widzieć tu więcej, niż ja sama widziałam.

“Duet psychopaty z sadystą” – czy te pejoratywne określenia naprawdę są pejoratywne? Obserwując zjawisko psychopatii, można dojść do ciekawych wniosków, że osoby o tym typie osobowości są stałym elementem populacji i mogą być potrzebni dla zbiorowości. Jeśli zrobią użytek z własnej nieprzydatności.

Wybacz za clickbait! :D

 

@NWM, witam!

Tak coś przeczuwałam, że forma przypadnie Ci do gustu, po przeczytaniu Twojego opowiadania plebiscytowego (gwoli ścisłości zaznaczę, że “Hasztag” dawno już kisił się na becie w aktualnej koncepcji, nim zagoniono mnie do czytania nominowanych tekstów). Lubię pewną dozę zabawy konwencją, zwłaszcza gdy doprowadza do złamania muru pomiędzy autorem a współczesnym mu czytelnikiem. Utwory klasyczne są fascynujące, ale ich forma podania nie przystaje do sposobu, w jaki aktualnie się komunikujemy, a ten tekst, co już zauważono, mimo osadzenia fabuły w przyszłości jest całkiem aktualny. Partia rządząca w ostatnich miesiącach postarała się nawet, żeby był bardziej. ;)

Nie zgodzę się jednak, że “obrońcy systemu” są tu jednowymiarowo czarni. Ja tam Reese’a widzę bardzo kolorowo. Właściwie to ja go tu najbardziej lubię. ;D

Dziękuję!

 

@Tarnino, 

 

@El Lobo de Sombrero Chica Chorizo Tequila Antonio Banderas El Muymalo, 

Bardzo Ci dziękuję za przeczytanie i komentarz. ;) Jeśli chodzi o przyczynę samobójstwa Nortona, jej wytłumaczenie jest ukryte pod wieloma biologicznymi smaczkami naprowadzającymi na trop fascynującego zjawiska, które warunkuje spójność naszego organizmu. Pozwolę więc sobie go nie wyjaśniać łopatologicznie i pozostawić do swobodnego przemyślenia. ;)

Cieszę się, że niejednoznaczność Nortona do Ciebie trafiła i nie została odebrana jako niedopracowanie postaci. Spodziewałam się tu swego rodzaju dyskusji światopoglądowej i zależałoby na tym, by czytelnik mógł opowiedzieć się za poglądami jednej ze stron. Jeszcze bardziej zaś zależało mi na tym, by tak naprawdę nie był w stanie jasno opowiedzieć się za żadną. Widzę, że misję wykonano. :D Bardzo Ci dziękuję, dzikie przemyślenia to dokładnie to, czego sobie tutaj życzyłam!

Bardzo Ci dziękuję, dzikie przemyślenia to dokładnie to, czego sobie tutaj życzyłam!

A więc jednak. Zatem kłaniam się. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Nowa Fantastyka