- Opowiadanie: Wiktor Orłowski - #prayfornorton

#prayfornorton

ACH­TUNG! Opo­wia­da­nie jest in­te­rak­tyw­ne – czę­ści kli­kal­ne są kli­kal­ne i można w nie kli­kać! Sta­no­wią część opo­wia­da­nia (acz­kol­wiek ich lek­tu­ra nie jest nie­zbęd­na). Wasza Be­ryl­skość: ca­łość za­wie­ra się w do­pusz­czal­nym li­mi­cie zna­ków (łącz­nie wy­szło ok. 42k).

 

Ser­decz­nie dzię­ku­ję Eki­pie Be­ta-Ude­rze­nio­wej w skła­dzie: Ba­ilo­ut, wi­sie­lec, sy, Faj­rom, Co­unt­Pri­ma­gen, Black­tom. Za­le­ję Was mo­rzem dzięk­czyn­ne­go piwa. 

 

Logo De­par­ta­men­tu wy­ko­na­ła Do­mi­ni­ka Mirko (raz jesz­cze dzię­ku­ję!).

 

W opo­wia­da­niu znaj­du­ją się cy­ta­ty z po­wie­ści “Za­tra­ce­nie” Osamu Dazai w prze­kła­dzie Hen­ry­ka Lip­szy­ca (Wy­daw­nic­two Czy­tel­nik 2015). 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

#prayfornorton

 

Ko­mu­ni­kat ofi­cjal­ny dla ob­sza­ru De–S/02 ©De­par­ta­ment Zdro­wia Pu­blicz­ne­go

 

OPINIA nr 189-67/04/06

w spra­wie prze­ciw­ko Vil­le­mo­wi Nor­to­no­wi, nr ewid. społ. De–S/02/10458–194–265 po­dej­rza­ne­mu o usi­ło­wa­nie po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa z art. 247 k.p.e.

 

 

Część 1. Sy­nap­sa

 

kwie­cień 2044

 

– Co to jest? – spy­tał Nor­ton, nie­pew­nie zer­ka­jąc na pod­su­nię­tą tubkę.

– Roz­pusz­czal­nik do kleju tak­tycz­ne­go – od­parł in­spek­tor Aiden Reese. Swo­bod­nie roz­par­ty na me­ta­lo­wym krze­seł­ku do­ja­dał jabł­ko, przy­glą­da­jąc się Vil­le­mo­wi spod przy­mru­żo­nych po­wiek. – Czę­stuj się.

Nor­to­no­wi nie po­do­ba­ły się jego oczy – ja­sno­brą­zo­we, pod świa­tło wpa­da­ją­ce w nie­ty­po­wy od­cień żółci – ma­to­we i nie­ru­cho­me jak u gada. Od­wró­cił wzrok.

Psy­cho­pa­ta, po­my­ślał z dresz­czem nie­po­ko­ju. I to wy­so­ko na skali.

– Trzy­dzie­ści sześć punk­tów w PCL-R – po­wie­dział Reese, traf­nie od­czy­tu­jąc jego myśli. – Le­piej nie pró­buj ni­cze­go dziw­ne­go, je­stem nie­bez­piecz­ny. Roz­klej się i pod­pisz to – dodał, pod­su­wa­jąc Nor­to­no­wi ar­kusz e–pa­pie­ru.

Vil­lem wy­ci­snął na złą­czo­ne nad­garst­ki ob­fi­tą stru­gę żelu. Roz­pusz­czal­nik na­tych­miast się spie­nił, roz­kła­da­jąc klej – Nor­ton po­czuł wpierw falę go­rą­ca, a potem nie­zrów­na­nej ulgi, kiedy zro­zu­miał, że ma już wolne ręce.

Bio­che­micz­ne kaj­dan­ki to klasa sama w sobie.

Chwa­ła Bio­En­gin So­ur­ces, kurwa ich mać.

Od­ru­cho­wo po­tarł lewy nad­gar­stek; brak ter­mi­na­la spra­wiał, że czuł się nie­swo­jo. Drżą­cy­mi dłoń­mi roz­ło­żył ar­kusz i ak­ty­wo­wał go stuk­nię­ciem w prawy dolny róg. E-pa­pier roz­ja­rzył się i wy­pluł treść kilku do­ku­men­tów. Vil­lem szyb­ko prze­biegł po nich wzro­kiem. Była tam no­tat­ka z jego za­trzy­ma­nia, ra­port Reese, akt oskar­że­nia i opi­nia. Przy­go­to­wa­li nawet stresz­cze­nia jego udo­stęp­nio­nych ese­jów.

– Dwa-czte­ry-sie­dem? – wy­mam­ro­tał. – Kon­te­sta­cja? – Szyb­kim puk­nię­ciem roz­wi­nął okno po­moc­ni­cze z ko­dek­sem.

„Kto wy­stą­pie­niem pu­blicz­nym, utwo­rem ar­ty­stycz­nym bądź innym prze­ka­zem pro­pa­gu­je ideę na­ru­sza­ją­cą ład spo­łecz­ny, pod­le­ga karze grzyw­ny, ogra­ni­cze­nia trans­mi­sji da­nych lub wy­klu­cze­nia”.

– Ja nawet nie opu­bli­ko­wa­łem tej za­sra­nej książ­ki!

Ni­ko­mu dotąd nie po­ka­zy­wał Raju; to była jego ta­jem­ni­ca, ma­ni­fest, który za­mie­rzał cicho wy­krzy­czeć w pust­kę dark­ne­tu, tam, gdzie wciąż mogli być lu­dzie, któ­rzy po­tra­fi­li my­śleć i słu­chać.

Skąd wie­dzie­li?!

– Była przy­go­to­wa­na do skła­du – od­parł in­spek­tor Reese obo­jęt­nie. – Pod­pa­da pod usi­ło­wa­nie.

– Mam prawo do wol­no­ści słowa!

– Za­mknąć pysk w porę to też wol­ność słowa.

Nor­ton mil­czał. Fale nud­no­ści za­le­wa­ły mu gar­dło; z tru­dem prze­łknął gęstą ślinę o po­sma­ku zgni­łych ja­błek. Ko­szu­lę na ple­cach miał mokrą od potu, obrzy­dli­wie przy­lgnę­ła do wil­got­nej skóry.

Pierw­szy raz w życiu na­praw­dę się bał.

Nor­mal­ny tryb pro­ce­su prze­wi­dy­wał opu­bli­ko­wa­nie do­wo­dów w ofi­cjal­nym ko­mu­ni­ka­cie De­par­ta­men­tu Zdro­wia Pu­blicz­ne­go. Trzy­dnio­we net­fe­ren­dum po­win­no usta­lić jego wyrok. Ważny głos miał każdy miesz­ka­niec Zjed­no­czo­nej Eu­ro­py, któ­re­go saldo Punk­ta­cji Oby­wa­tel­skiej mie­ści­ło się w za­kre­sie do­pusz­czal­ne­go de­fi­cy­tu.

Vox po­pu­li, vox Dei.

Tyle że oni tego nie zro­bią. Mu­sie­li­by wtedy po­ka­zać książ­kę Nor­to­na, a wów­czas lu­dzie otwo­rzy­li­by oczy, zro­zu­mie­li­by, że…

– Za­bi­je­cie mnie, praw­da? – za­py­tał bar­dzo cicho, za­ci­ska­jąc pię­ści.

In­spek­tor Reese z po­li­to­wa­niem uniósł brwi.

– Zwa­rio­wa­łeś? To by­ło­by nie­etycz­ne. Do­sta­niesz uczci­wy pro­ces, Nor­ton. Pój­dziesz zaraz do domu, tylko mi to pod­pisz.

Vil­lem w osłu­pie­niu ujął rysik i zło­żył za­ma­szy­sty ba­zgroł w pra­wym dol­nym rogu elek­tro­nicz­ne­go ar­ku­sza.

– Co bę­dzie z moją książ­ką?

– Jutro prze­czy­ta ją pół Eu­ro­py – mruk­nął śled­czy. Wi­do­wi­sko­wym ru­chem wrzu­cił ogry­zek do kosza. – Cho­ciaż na twoim miej­scu wo­lał­bym tego unik­nąć.

Nor­ton za­drżał.

– Dla­cze­go?

Złote oczy Aide­na Reese za­lśni­ły po­nu­rym roz­ba­wie­niem.

– Wiesz, czym jest po­ca­łu­nek śmier­ci?

 

***

 

Nikt nie po­wstrzy­mał go, kiedy ode­brał z de­po­zy­tu kurt­kę i ter­mi­nal. Za­piął go na nad­garst­ku, mi­mo­wol­nym uśmie­chem kwi­tu­jąc lek­kie, ko­ją­ce wi­bra­cje su­ną­ce wzdłuż przed­ra­mie­nia. Urzą­dze­nie czułą piesz­czo­tą in­for­mo­wa­ło o no­wych laj­kach.

Nor­ton wziął głę­bo­ki od­dech i opu­ścił gmach De­par­ta­men­tu, z miej­sca wta­pia­jąc się w ulicz­ny chaos ru­chów Brow­na. Po­zwo­lił, by gwar śród­mie­ścia wcią­gnął go i po­chło­nął. W nie­zwy­kły spo­sób czuł się za­ra­zem czę­ścią tłumu i jego od­pry­skiem, nie­pa­su­ją­cym ele­men­tem w pudle jed­na­ko­wych kloc­ków. Inny. Za­wcza­su od­sta­wio­ny od pier­si Matki Bo­skiej Jed­na­ko­wej.

Minął stad­ko dzie­ci prze­bie­ga­ją­cych przez jezd­nię w po­go­ni za klu­czem ho­lo­gra­ficz­nych re­klam. Po­waż­ni męż­czyź­ni szli szyb­ko, oczy za­snu­te mieli mlecz­nym biel­mem en­do­ekra­nów. Ich gar­ni­tu­ry z tech­no­je­dwa­biu wy­świe­tla­ły naj­mod­niej­sze w tym se­zo­nie tek­stu­ry.

Star­sza pani o fry­zu­rze ka­la­fio­ra uśmiech­nę­ła się do niego. Szła ostroż­nie, jej nad­mier­nie sztyw­na syl­wet­ka zdra­dza­ła fi­zjo­te­ra­peu­tycz­ny eg­zosz­kie­let skry­ty pod war­stwą ubrań.

Po­wiódł wzro­kiem za pięk­ną dziew­czy­ną w sari ze wzo­rem wi­ru­ją­cej An­dro­me­dy. Od­wró­ci­ła głowę i przy­spie­szy­ła, wy­so­kie szpil­ki za­stu­ka­ły na bruku jak nad­gor­li­wy dzię­cioł. Na jej nad­garst­ku po­ły­ski­wał iden­ty­fi­ka­tor imi­gra­cyj­ny o kształ­cie bran­so­le­ty z bia­łe­go złota.

Było sło­necz­ne kwiet­nio­we po­po­łu­dnie. Vil­lem Nor­ton do domu wró­cił pie­szo, roz­ko­szu­jąc się słoń­cem i czy­stym po­wie­trzem o lek­kiej woni pa­lo­ne­go cukru.

Jego świat skoń­czył się czter­na­ście go­dzin póź­niej.

 

***

 

(…)Przede wszyst­kim zaś sądzę, że wy­da­rze­nia z sierp­nia 2023 sta­no­wi­ły przy­kład pierw­sze­go w epoce post–in­du­strial­nej praw­nie usank­cjo­no­wa­ne­go i ak­cep­to­wa­ne­go lu­do­bój­stwa. Jak ina­czej bo­wiem na­le­ży ro­zu­mieć rzą­do­wą de­cy­zję o dra­stycz­nym ogra­ni­cze­niu świad­czeń so­cjal­nych? De­cy­zja stron­nic­twa Men­do­zy ze­pchnę­ła na skraj ubó­stwa prze­szło czter­dzie­ści mi­lio­nów ludzi, sta­wia­jąc ich tym samym w sta­nie za­gro­że­nia życia. Ow­szem, Zjed­no­czo­na Eu­ro­pa od­no­to­wa­ła od tej pory zdu­mie­wa­ją­cy wzrost go­spo­dar­czy, ale jakim od­by­ło się to kosz­tem?

„Ro­dzi­na jest pod­sta­wo­wą ko­mór­ką spo­łe­czeń­stwa” – dok­try­na cel­lu­la­ry­stycz­na wy­kpi­ła tę mak­sy­mę, otwie­ra­jąc no­wo­cze­snej Eu­ro­pie drzwi do kra­iny ter­ro­ru obo­jęt­no­ści i wszech­obec­nej eu­ta­na­zji.

Na­le­ży uświa­do­mić sobie, że wszy­scy po­no­si­my winę za ten uwła­cza­ją­cy upa­dek oby­czaj­no­ści i ducha. Na­szym mo­ral­nym obo­wiąz­kiem jest wspie­rać słab­szych, dla­te­go wspar­cie fi­nan­so­we dla naj­bar­dziej ob­cią­żo­nych grup – bez­ro­bot­nych, sa­mot­nych matek i osób nie­po­sia­da­ją­cych wy­kształ­ce­nia, które umoż­li­wia­ło­by im pod­ję­cie pracy – po­win­no zo­stać na­tych­miast przy­wró­co­ne po­przez sto­sow­ne ob­cią­że­nie za­trud­nio­nych.

 

Vil­lem Nor­ton, Raj ulep­szo­ny

 

 

@Lucy Lo­ewen­haus: XDDD

@Jose Gu­tier­rez: no chyba nie!

@Jo­hann Messe: Na­stęp­ny na­wie­dzo­ny. :D

@Ivo Plut­sh­nick: …

@Tha­daus Kret­sch­mer: juz kurwa pedze robic na pa­so­zy­ta 

@Mary Ann Rim­baud: 2k44, ktoś dalej pisze takie bzdu­ry… >.< w na­stro­ju: #wku­rzo­na

@Alex Ber­ger: #nor­ton­go­ho­me

 

Ze snu wy­rwał go spazm bólu. Nor­ton jęk­nął i prze­wró­cił się na bok, chwy­ta­jąc za lewe przed­ra­mię. Zęby za­ci­skał tak mocno, że lada chwi­la spo­dzie­wał się trza­sku pę­ka­ją­ce­go szkli­wa.

Lewa ręka pło­nę­ła ogniem.

– Vil­lem? – Usły­szał nad sobą cichy szept. Ktoś drżą­cą ręką od­gar­niał mu z czoła spo­co­ne włosy. Mama. – Vil­lie, wstań, pro­szę.

Dioda ter­mi­na­la świe­ci­ła jak ma­leń­kie ko­bal­to­we słoń­ce. Ge­stem od­blo­ko­wał in­ter­fejs. Ko­mu­ni­ka­tor na­pęcz­niał od nie­ode­bra­nych wia­do­mo­ści, ko­mu­ni­ka­ty di­slaj­ków ra­zi­ły ostrą, or­dy­nar­ną czer­wie­nią. Każdy ko­lej­ny wzbu­dzał gwał­tow­ny im­puls.

Nor­ton w osłu­pie­niu spoj­rzał na swoje ręce – wło­ski na lewym przed­ra­mie­niu sta­nę­ły dęba, jakiś mały mię­sień drgał pa­nicz­nie jak spło­szo­ny koń. Apli­ka­cja drMal­thaus na­tych­miast ożyła, wy­sy­ła­jąc pełne za­nie­po­ko­je­nia ko­mu­ni­ka­ty o pod­wyż­szo­nym po­zio­mie stre­su.

Stro­nę do­mo­wą Nor­to­na za­le­wa­ła fala hejtu.

– Och, Vil­lem – jęk­nę­ła matka, za­ła­mu­jąc ręce. – Coś ty naj­lep­sze­go zro­bił?

 

***

 

– Czego? – rzu­cił in­spek­tor do ter­mi­na­la, wy­sia­da­jąc z sa­mo­cho­du. Chłop­cy z Wy­dzia­łu Hi­gie­ny koń­czy­li już ro­bo­tę, wy­no­sząc kilka ciał zgrab­nie za­pa­ko­wa­nych w czar­ne worki. Aiden po­zdro­wił ich ge­stem.

Ho­lo­gram Phi­lip­pe Che­va­re­za z Biura Ana­liz Cha­se­bo­oka ob­ru­szył się.

– Plot­ki o two­jej kur­tu­azji na­praw­dę nie są prze­sa­dzo­ne – burk­nął.

– Do rze­czy, Che­va­rez.

– Mam wstęp­ny ra­port w spra­wie Nor­to­na. – Ho­lo­gram wy­mow­nie wy­wró­cił ocza­mi. – Skala za­gro­żeń bu­rzo­wych: eks­kre­men­tor­na­do. Dawno nie wi­dzia­łem ta­kie­go hejtu. Punk­ta­cja Oby­wa­tel­ska leci mu na łeb.

– Jak ty­pu­jesz?

In­spek­tor wy­mi­nął dwóch funk­cjo­na­riu­szy dźwi­ga­ją­cych nosze i, wyj­mu­jąc z ka­bu­ry broń, wśli­zgnął się do bu­dyn­ku. Po­czuł wil­goć i spe­cy­ficz­ny za­pach ple­śni ro­sną­cej w cie­niu dawno nie­ogrze­wa­ne­go be­to­nu. Blo­ko­wi­sko, nie­for­mal­nie od dawna prze­zna­czo­ne do roz­biór­ki, było sie­dli­skiem lo­kal­nych apop­tów. Ofi­cjal­nie wciąż stało tylko i wy­łącz­nie z winy opie­sza­łe­go in­we­sto­ra.

Nie­ofi­cjal­nie Aiden wie­dział, że więk­szość du­żych ośrod­ków Eu­ro­py ma w swo­ich gra­ni­cach po­dob­ne pu­sto­sta­ny.

Usły­szał chrup­nię­cie. Phi­lip­pe na linii naj­wi­docz­niej jadł coś twar­de­go.

– Prze­kro­czy de­fi­cyt za czte­ry, może pięć dni. Stra­ci wtedy konto.

Ho­lo­gram Che­va­re­za mi­mo­wol­nie skrzy­wił się z lę­kiem. Dla kogoś, kto czuł się czę­ścią spo­łe­czeń­stwa, utra­ta pro­fi­lu rów­na­ła się śmier­ci.

Naj­czę­ściej do­słow­nie.

Aiden kop­nia­kiem wy­wa­żył zde­ze­lo­wa­ne drzwi.

W ko­ry­ta­rzu było ciem­no i cicho. Szedł wolno, uważ­nie sta­wia­jąc stopy na po­pę­ka­nych płyt­kach. Drzwi naj­bliż­sze­go miesz­ka­nia były uchy­lo­ne, Aiden pchnął je łok­ciem i bez­sze­lest­nie wśli­zgnął się do środ­ka. W noz­drza ude­rzył go mdlą­cy, słod­ka­wy odór brudu i gni­ją­ce­go mięsa.

Cel leżał pod ścia­ną. Był nie­ogo­lo­ny i bar­dzo otyły, za­ku­ta­ny w nie­świe­że ubra­nia przy­po­mi­nał ster­tę po­rzu­co­nych szmat. Reese po­czuł kop­nię­cie ad­re­na­li­ny. Usta wy­peł­nił mu me­ta­licz­ny po­smak, wzrok wy­ostrzył się rap­tow­nie. Bły­ska­wicz­nie od­bez­pie­czył pi­sto­let.

Do­pie­ro teraz za­uwa­żył, dla­cze­go męż­czy­zna nie uciekł, sły­sząc nalot De­par­ta­men­tu.

– Stopa cu­krzy­co­wa – mruk­nął, opusz­cza­jąc broń.

Góra sztyw­nych od brudu ubrań po­ru­szy­ła się. Apopt drgnął i otwo­rzył oczy. Spoj­rze­nie miał mętne, ale przy­tom­ne, ner­wo­wo roz­cie­rał dło­nie, ze­zu­jąc na lufę służ­bo­wej broni.

– Przy­sze­dłeś mnie zabić? – wark­nął.

– Tak.

Apopt za­śmiał się gar­dło­wo, szcze­rząc po­żół­kłe, de­spe­rac­ko po­trze­bu­ją­ce sto­ma­to­lo­ga zęby.

– To strze­laj, smar­ka­czu – wark­nął. – Po­win­ni­ście byli za­tłuc mnie wcze­śniej. Po­win­ni­ście byli…

Reese strze­lił bez ostrze­że­nia. Głowa Wy­klu­czo­ne­go od­sko­czy­ła jak kop­nię­ta piłka, roz­chla­pu­jąc na nagim tynku papkę z krwi i mózgu. Twarz, przy­po­mi­na­ją­ca teraz zrzu­co­ne­go ze scho­dów ar­bu­za, nie nada­wa­ła się do iden­ty­fi­ka­cji, ale Aiden był pe­wien, że się nie po­my­lił.

To był Ri­chard Wo­od­kind, lat czter­dzie­ści sześć, kie­dyś wcale nie­zły ar­chi­tekt opro­gra­mo­wa­nia. Żona zo­sta­wi­ła go rok wcze­śniej, bo o sie­bie nie dbał. Roz­wód i cu­krzy­ca po­chło­nę­ły wszyst­kie jego oszczęd­no­ści. Wy­klu­czo­no go po serii ob­raź­li­wych po­stów pod ad­re­sem De­par­ta­men­tu, gdy al­go­rytm me­dycz­ny pod­su­mo­wał jego tryb życia i od­mó­wił mu prawa do bez­płat­ne­go le­cze­nia.

In­spek­tor scho­wał pi­sto­let do ka­bu­ry, od­ru­cho­wo wy­wo­łu­jąc panel sta­ty­styk zdro­wot­nych.

Ci­śnie­nie: 113/80, tętno: 62.

Nie­źle.

– Im­po­nu­ją­ce. Co czu­jesz w ta­kich mo­men­tach? – Padło od stro­ny drzwi. Aiden od­wró­cił się bez po­śpie­chu, sły­sząc zna­jo­my głos. Dok­tor Lavin stał w progu, z za­in­te­re­so­wa­niem mru­żąc ja­sno­sza­re oczy.

– Kiedy za­bi­jam ludzi? – Reese wzru­szył ra­mio­na­mi. – Prze­waż­nie za­pach pro­chu.

 

***

 

– Vil­lem? Gdzie je­steś? Vill, wróć do domu, pro­szę, po­roz­ma­wia… – Ho­lo­gram matki umilkł w pół słowa, uci­szo­ny ge­stem. Ko­lej­ne mach­nię­cie od­pę­dzi­ło go jak na­tręt­ną muchę.

Nor­ton nie miał ocho­ty roz­ma­wiać. Wbiegł po scho­dach ka­te­dry, z ulgą nur­ku­jąc w jej gład­kiej ciszy. Świą­ty­nia tchnę­ła spo­ko­jem – był wszech­obec­ny, za­ko­do­wa­ny w każ­dej go­tyc­kiej cegle, w każ­dym wy­głu­sza­czu na­rzu­ca­ją­cym że­la­zne em­bar­go stre­fy of­fli­ne. Ter­mi­nal na nad­garst­ku umilkł. Vil­lem ode­tchnął z ulgą i ru­szył ku drew­nia­nym ławom, mi­ja­jąc skry­te w bocz­nych na­wach ka­pli­ce dawno za­po­mnia­nych świę­tych.

Choć nigdy nie był re­li­gij­ny, sia­da­jąc prze­że­gnał się.

– Wy­bacz mi, Ojcze, bo zgrze­szy­łem – wy­szep­tał i za­chi­cho­tał hi­ste­rycz­nie. – Myślą, mową, uczyn­kiem i za­nie­dba­niem. Ale naj­bar­dziej to myślą.

Od­po­wie­dzia­ła mu cisza.

Oni mnie nie­na­wi­dzą. Net­fe­ren­dum trwa­ło od nie­ca­łych trzech go­dzin. Nor­ton przed wej­ściem do ka­te­dry spraw­dził ak­tu­al­ny licz­nik – jak na razie dwa­dzie­ścia sie­dem ty­się­cy osób za­gło­so­wa­ło „winny”. Setki in­ter­nau­tów wła­śnie teraz roz­bie­ra­ły jego książ­kę na czyn­ni­ki pierw­sze, wy­le­wa­jąc hek­to­li­try jadu. Vil­lem bez­wied­nie po­tarł nad­gar­stek; miał wra­że­nie, że di­slaj­ki parzą jego skórę nawet tutaj.

Dwa­dzie­ścia sie­dem ty­się­cy osób. Nawet ich nie znam.

Ale chcia­łeś ich na­wra­cać – syk­nę­ło coś ja­do­wi­cie z tyłu jego głowy. Ręce drża­ły mu, jakby w pół dnia na­ba­wił się za­awan­so­wa­ne­go ze­spo­łu Par­kin­so­na. Od rana nic nie jadł. Pró­bo­wał, ale ści­śnię­ty ze stre­su żo­łą­dek wy­wra­cał się na drugą stro­nę.

– Oni nawet nie chcą mnie wy­słu­chać – szep­nął. Nagle po­czuł przy­pływ pa­lą­cej nie­na­wi­ści do wszyst­kie­go, co w tym mie­ście żyło i in­te­li­gen­cją prze­ra­sta­ło prze­cięt­ne­go psa. Znał to uczu­cie.

Po­gar­da.

A ty wy­słu­cha­łeś ich, Me­sja­szu?

– Za­mknij się! – syk­nął, po­cie­ra­jąc skórę na lewym przed­ra­mie­niu. Miał wra­że­nie, że drę­twie­ją mu palce.

Cie­ka­we, ile Moj­żesz ze­brał­by di­slaj­ków, gdyby wrzu­cił De­ka­log na swoją ta­bli­cę?

Nor­ton osu­nął się na opar­cie drew­nia­nej ławy, utkwiw­szy spoj­rze­nie w oł­ta­rzu. Matka Boska Pro­apop­to­tycz­na chy­li­ła głowę w wy­ra­zie ci­chej bo­le­ści. Twarz miała słod­ką i smut­ną, ale miał wra­że­nie, że w jej kom­po­zy­to­wych oczach widzi na­ga­nę. Ota­cza­ją­ce ją anio­ły wy­glą­da­ły na wście­kłe.

Wiesz, co teraz bę­dzie?

Miał wra­że­nie, że roz­po­zna­je ten głos.

Stra­cisz Punk­ty, a razem z nimi do­stęp do Cha­se­bo­oka. Twój ter­mi­nal wy­łą­czy się, nie za­lo­gu­jesz się do banku, z nikim nie po­roz­ma­wiasz, nie bę­dziesz mógł za­re­je­stro­wać się w szpi­ta­lu. Do­czoł­gasz się do spo­łecz­ne­go mar­gi­ne­su i tam zdech­niesz.

– Nie można prze­cież umrzeć z braku konta na Cha­se­bo­oku – wy­szep­tał Nor­ton bez prze­ko­na­nia.

Do­praw­dy?

Za­ci­snął pię­ści tak mocno, że po­czuł, jak sta­ran­nie przy­pi­ło­wa­ne pa­znok­cie wbi­ja­ją mu się w dło­nie.

Udo­wod­nij to. Zdej­mij swój ter­mi­nal, teraz. I tak jest bez­u­ży­tecz­ny.

Vil­lem się­gnął do srebr­nej bran­so­le­ty, ale za­marł z pal­ca­mi przy za­trza­sku. Wy­da­ła mu się nagle dziw­nie cie­pła, jak żywa isto­ta, od­ręb­ny twór w ta­jem­ni­czy spo­sób po­wią­za­ny z nim samym.

Dalej, Nor­ton.

Za­dy­go­tał, z gar­dła wy­rwał mu się suchy szloch. Wolno opu­ścił ręce. Nie po­tra­fił – tam były kon­tak­ty do ro­dzi­ny i przy­ja­ciół, nawet jeśli oni nie chcie­li mieć już z nim nic wię­cej wspól­ne­go. Tam były wszyst­kie jego pasje. Hi­sto­ria cho­ro­bo­wa. Droga życia. W ter­mi­na­lu było wszyst­ko, czego po­trze­bo­wał, by po­ru­szać się po świe­cie – tak go wy­cho­wa­no, tak za­wsze go uczo­no. Nie po­tra­fił od­rzu­cić tego lekką ręką, nie mógł tak po pro­stu…

Wiesz, co cię po­wstrzy­mu­je? – za­drwił w gło­wie szept in­spek­to­ra Reese. Po­trze­ba ak­cep­ta­cji.

Sie­dział w ka­te­drze tak długo, aż chłód ka­mien­nych ścian wy­mro­ził wszyst­kie jego myśli. Nad pre­zbi­te­rium mi­gnął dys­kret­ny ko­mu­ni­kat o zbli­ża­ją­cej się go­dzi­nie za­mknię­cia świą­ty­ni. Nie­licz­ni wier­ni pod­nie­śli się z klę­czek i w mil­cze­niu opu­ści­li gmach; co bar­dziej opie­sza­łym wy­emi­to­wa­no su­ge­styw­ny ho­lo­gram sta­ro­świec­kie­go ze­ga­ra.

Nor­ton wy­szedł jako ostat­ni. Stre­fa on­li­ne po­wi­ta­ła go bólem i czer­wo­ny­mi wy­kwi­ta­mi no­wych di­slaj­ków. Ręce drża­ły mu, gdy usi­ło­wał na­wią­zać po­łą­cze­nie z Sarą.

Ode­bra­ła po trzech sy­gna­łach. Aż za­par­ło mu dech.

– Vil­lem – po­wie­dzia­ła z re­zer­wą. Uśmiech, który przy­kle­ił się do jej warg, był uro­czy i nie­na­gan­ny, ale rów­nie szcze­ry co po­ke­ro­wy szu­ler. – Dzwo­ni­łam na twój ter­mi­nal do­mo­wy. Ode­bra­ła twoja matka, mó­wi­ła, że wy­sze­dłeś.

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać. Oba­wiam się, że pod­słu­chu­ją moje po­łą­cze­nia. Mo­gli­by­śmy się spo­tkać? Je­stem teraz…

– Czy to praw­da? – prze­rwa­ła mu spo­koj­nie.

Żach­nął się lekko.

– Te es­ty­ma­cje? Oczy­wi­ście, że nie. To czy­sta pro­pa­gan­da. De­par­ta­ment nie ma żad­nej moż­li­wo­ści, by udo­wod­nić, że wdra­ża­nie moich roz­wią­zań mia­ło­by takie skut­ki. Tak na­praw­dę je­stem pe­wien, że…

– Czy to ty na­pi­sa­łeś Raj ulep­szo­ny? – za­py­ta­ła, a Nor­ton z na­głym skur­czem żo­łąd­ka po­czuł, że prze­nig­dy nie po­wi­nien od­po­wia­dać twier­dzą­co.

Ale po­wie­dział praw­dę.

– Tak.

Ho­lo­gram Sary wy­krzy­wił w gry­ma­sie pięk­ne, pełne usta.

– Wszyst­ko, co opu­bli­ko­wa­li, to twoje słowa? Bła­gam, Vil­lem, po­wiedz, że to po­mył­ka. Ktoś cię wra­bia, praw­da? Ty wcale tak nie my­ślisz. Nie mo­żesz tak my­śleć.

Nor­ton przy­sta­nął. W zdu­mie­niu wpa­trzył się w chod­nik – gład­kie gra­ni­to­we płyty były tak sta­bil­ne, choć prze­cież pod jego no­ga­mi wła­śnie coś pękło i ze­pchnę­ło go w prze­paść.

Nie pa­mię­tał już, kto roz­łą­czył się pierw­szy. Wie­dział tylko, że nim roz­mo­wa urwa­ła się, ho­lo­gram Sary przy­blakł, jakby wy­świe­tlo­no go na gru­bej tafli mlecz­ne­go szkła. Dziew­czy­na, którą od tak dawna ko­chał, za­blo­ko­wa­ła go.

Wtedy pierw­szy raz uwie­rzył, że na­praw­dę mógł­by umrzeć.

 

***

 

Ko­mu­ni­kat ofi­cjal­ny dla ob­sza­ru De–S/02 ©De­par­ta­ment Zdro­wia Pu­blicz­ne­go

Net­fe­ren­dum w spra­wie @Vil­lem Nor­ton trwa jesz­cze przez: 58h 14 min 38 s

 

Jakie są TWOJE od­czu­cia wobec oskar­żo­ne­go?

 

WINNY (prze­suń w lewo) | NIE­WIN­NY (prze­suń w prawo)

 

 

W pół­mro­ku wła­snej sy­pial­ni panna Bri­git­te De­la­cro­ix w sku­pie­niu do­czy­ta­ła ma­te­ria­ły pro­ce­so­we, po czym za­mknę­ła do­dat­ko­we okno. Długo le­ża­ła bez ruchu, wpa­tru­jąc się w szczu­płą, wraż­li­wą twarz mło­de­go męż­czy­zny. Jak na­le­ża­ło się spo­dzie­wać, na su­ro­wym zdję­ciu sy­gna­li­tycz­nym wy­szedł okrop­nie.

Panna Bri­git­te De­la­cro­ix kil­ku­krot­nie ob­ró­ci­ła trój­wy­mia­ro­wy ho­lo­gram, na­da­jąc mu pozór życia. Nagle wsta­ła, po­pra­wi­ła po­dom­kę i boso po­czła­pa­ła do kuch­ni, by napić się mleka. Jej ser­del­ko­wa­te palce o ko­ra­lo­wych, owal­nych pa­znok­ciach zmiaż­dży­ły pusty kar­ton.

A potem wzię­ła głę­bo­ki od­dech i prze­su­nę­ła ho­lo­gram w lewo.

 

***

 

Jeff biegł. Pot za­le­wał mu oczy i sło­ny­mi struż­ka­mi spły­wał na plecy, pod spor­to­wą ko­szul­kę z in­te­li­gent­nej włók­ni­ny. Biegł już go­dzi­nę, utrzy­mu­jąc tempo na po­zio­mie trzech czwar­tych wy­dol­no­ści, do­kład­nie tak, jak za­le­cał drMal­thaus.

– Ci­śnie­nie 150/110 – po­in­for­mo­wa­ła tka­ni­na mięk­ko. – Kor­ty­zol w nor­mie. Dbaj o wła­ści­we na­wod­nie­nie.

Po­cią­gnął z po­daj­ni­ka so­lid­ny łyk, ani na chwi­lę nie zmie­nia­jąc rytmu biegu. Ol­brzy­mie lu­stra sali tre­nin­go­wej wy­świe­tla­ły przed nim wdzięcz­ne holo ścież­ki prze­ci­na­ją­cej so­sno­wy las. Czuł jego świe­ży, choć nie­zbyt in­ten­syw­ny aro­mat; za­no­to­wał w my­ślach, by wy­mie­nić wresz­cie wkład­ki ol­fak­to­rycz­ne.

Okno ko­mu­ni­ka­tu roz­bły­sło nagle, za­sła­nia­jąc mu widok na dróż­kę. Jeff ge­stem roz­wi­nął opi­nię i za­czął czy­tać.

W po­ło­wie lek­tu­ry po­czuł złość.

– Skur­wy­syn! – wark­nął i przy­spie­szył.

– Ci­śnie­nie 186/130. Wy­kry­to pod­wyż­szo­ny po­ziom kor­ty­zo­lu – od­par­ła ko­szul­ka lekko zdez­o­rien­to­wa­nym tonem. – Dbaj o wła­ści­we na­wod­nie­nie.

Dłoń Jeffa wy­strze­li­ła bły­ska­wicz­nie. Od­gar­nął ho­lo­gram na lewo, ani na se­kun­dę nie prze­ry­wa­jąc tre­nin­gu.

 

***

 

(…)Na­le­ży uzmy­sło­wić sobie, że uświa­da­mia­nie spo­łe­czeń­stwa o moż­li­wych dłu­go­fa­lo­wych kon­se­kwen­cjach de­cy­zji jed­no­stek wobec zbio­ro­wo­ści jest ni­czym innym jak wir­tu­ozer­skim pra­niem mózgu od lat naj­młod­szych. Współ­cze­sne dziec­ko nie sko­rzy­sta już swo­bod­nie z to­a­le­ty, jeśli nie spraw­dzi w apli­ka­cji drMal­thaus, jak jego jed­no­ra­zo­wa de­fe­ka­cja wpły­nie na stan wód grun­to­wych w od­le­głym dys­tryk­cie. Cel­lu­la­ryzm jako do­sko­na­ły reżim to­ta­li­tar­ny wpro­wa­dza zu­peł­nie nową formę kon­tro­li spo­łecz­nej – Saldo Punk­ta­cji Oby­wa­tel­skiej. Ro­dzin­ny do­stęp do wol­nych me­diów, opie­ki me­dycz­nej i przy­wi­le­jów uza­leż­nio­ny zo­stał od uzna­nia i sym­pa­tii. Do­pro­wa­dza to do za­bu­rze­nia nie tylko re­la­cji ro­dzin­nych, ale i hie­rar­chii po­trzeb, na pie­de­stał wy­no­sząc pra­gnie­nie ak­cep­ta­cji.

 

Vil­lem Nor­ton, Raj ulep­szo­ny

 

 

Winny: 162149

Nie­win­ny: 13286

Nor­ton leżał w ciem­no­ści, głowę cia­sno za­kryw­szy koł­drą z syn­te­tycz­nym pie­rzem. Przez chwi­lę znów miał pięć lat, a żo­łą­dek ści­skał mu pa­nicz­ny lęk przed wy­ima­gi­no­wa­ną be­stią kry­ją­cą się w ła­zien­ce. W gar­dle wez­brał mu suchy, pi­skli­wy chi­chot.

Nor­ton już od dawna nie miał pię­ciu lat. Po­two­ry wy­pro­wa­dzi­ły się z ła­zien­ki, wy­nio­sły na ulice, ob­ję­ły po­sa­dy w biu­rach, wie­czo­ra­mi w mod­nych pu­bach zli­zy­wa­ły pianę z kufli rze­mieśl­ni­cze­go piwa. Vil­lem z ję­kiem zwi­nął się w kłę­bek, mocno ści­ska­jąc obo­la­łą rękę. Ostre zęby di­slaj­ków ha­ra­ta­ły mu skórę.

Był sam. Zdą­żył stra­cić już dziew­czy­nę i pracę, a osiem go­dzin temu matka zło­ży­ła wnio­sek o wy­klu­cze­nie go z ro­dzi­ny. To był je­dy­ny spo­sób, by mogli za­cho­wać nie­na­gan­ną re­pu­ta­cję i czy­ste konto – Nor­ton wie­dział to, a wie­dza ta roz­szar­pa­ła mu serce.

Akla­ma­cją mil­cze­nia stwier­dzo­no roz­pad życia za po­ro­zu­mie­niem stron.

Winny. Winny. Nie­win­ny. Winny.

Po­two­ry śmia­ły się dźwięcz­nie. Pi­ja­ny Neron o set­kach ty­się­cy głów swój wyrok ob­wiesz­czał pra­daw­nym ge­stem. Kciuk do góry.

Kciuk w dół.

Wiesz, czym jest po­ca­łu­nek śmier­ci?

Od­li­cza­nie do­bie­gło końca. Fala kłu­ją­cych wstrzą­sów w lewym przed­ra­mie­niu umil­kła; ter­mi­nal za­krztu­sił się ko­mu­ni­ka­ta­mi i umilkł. Nor­ton drżą­cy­mi pal­ca­mi od­piął klam­rę i zsu­nął nie­ak­tyw­ną bran­so­le­tę z nad­garst­ka. Nie mu­siał spraw­dzać, wie­dział, że jego pro­fil jest mar­twy.

Stra­cił prawo do na­zy­wa­nia się czło­wie­kiem. De­fi­ni­tyw­nie prze­stał nim być.

Vox po­pu­li. Vox Dei.

Kciuk w górę. Kciuk w dół.

 

Część 2. Casp–9

 

Li­piec 2044

 

Tryb życia czło­wie­ka, który nie żyje, jest za­chwy­ca­ją­co re­gu­lar­ny.

Na­le­ży wstać rano. Zanim jed­nak się to uczy­ni, trze­ba do­głęb­nie i z po­ko­rą zre­wi­do­wać po­ję­cie po­ran­ka. Utkwiw­szy za­łza­wio­ne oczy w ró­żo­wej łunie świtu, na klęcz­kach przy­jąć nowe ramy cza­so­we świa­ta.

A potem po­spie­szyć się z kur­sem po oko­licz­nych śmiet­ni­kach, nim służ­by po­rząd­ko­we przy­ja­dą, by zgar­nąć reszt­ki. Je­dze­nia jest nad po­dziw dużo, szcze­gól­nie w oko­li­cach śród­miej­skich par­ków i budek sprze­da­ją­cych orien­tal­ne, mocno przy­pra­wio­ne po­tra­wy. Naj­le­piej można było się ob­ło­wić na ty­łach re­stau­ra­cji, ale Nor­ton nie miał śmia­ło­ści, by się tam za­pusz­czać. To były nie­do­stęp­ne re­jo­ny, re­wi­ry w nie­po­dziel­nym wła­da­niu we­te­ra­nów nie­ży­cia.

Zanim ock­nę­ła się miej­ska ko­mu­ni­ka­cja, Vil­lem prze­szpe­rał już więk­szość swo­ich koszy. Łup był ob­fi­ty: ogry­zek jabł­ka z wciąż przy­le­pio­ny­mi doń so­czy­sty­mi cząst­ka­mi lekko zbrą­zo­wia­łe­go miąż­szu, garść su­szo­nych owo­ców na dnie to­reb­ki i praw­dzi­wy ra­ry­tas – na pół zje­dzo­ny we­gań­ski bur­ger. Nor­ton po­chło­nął go od razu, nie ba­cząc na to, że gęsty sos bru­dzi mu palce.

Hi­gie­na dawno już ustą­pi­ła pierw­szeń­stwa po­trze­bom bar­dziej pa­lą­cym.

Skoń­czyw­szy po­si­łek, Nor­ton wy­tarł ręce w spodnie i ru­szył na co­dzien­ny ob­chód po parku. Naj­bar­dziej lubił go w porze świtu, kiedy pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca iskrzy­ły w krysz­ta­ło­wych ko­na­rach sztucz­nych drzew.

Rześ­kie po­wie­trze prze­sy­ca­ła woń doj­rza­łej fre­zji. Wą­skie alej­ki prze­ci­na­ły się pod ką­ta­mi wy­ty­czo­ny­mi w do­sko­na­łej har­mo­nii. U ich zbie­gu, w cie­niu gę­stej, sta­ran­nie kul­ty­wo­wa­nej zie­le­ni, rosły drze­wa z syn­te­tycz­ne­go krysz­ta­łu. Każde z nich za­miast ko­rze­ni miało szczel­nie za­mknię­ty moduł ho­dow­la­ny. Osa­dzo­ne na scaf­fol­dach, zmo­dy­fi­ko­wa­ne bak­te­rie syn­te­zo­wa­ły stale roz­ra­sta­ją­ce się krysz­ta­ły o głę­bo­kich od­cie­niach fio­le­tu, pur­pu­ry i kró­lew­skie­go złota.

Nor­ton za­to­czył dwa kółka i, zmę­czyw­szy się, przy­siadł na ławce. Do­tknął pal­ca­mi nad­garst­ka, wy­czu­wa­jąc płyt­ko pod skórą trze­pot ner­wo­we­go, przy­spie­szo­ne­go tętna. Ostat­nio czuł się źle.

Bar­dzo źle, jak na kogoś, kto od kilku mie­się­cy nie żył.

Od­po­czy­wał, spod pół­przy­mknię­tych po­wiek lu­stru­jąc oto­cze­nie. Jego mózg dawno już do­stro­ił się do wy­łu­ski­wa­nia z tła syl­we­tek odzia­nych w zbyt wiele czer­ni, po­ru­sza­ją­cych się kro­kiem zbyt sprę­ży­stym, roz­glą­da­ją­cych się wokół z nad­mier­nym sku­pie­niem. Jako wy­klu­czo­ny spo­łecz­nie stra­cił sta­tus oby­wa­te­la Zjed­no­czo­nej Eu­ro­py, Eu­ro­pa zaś nie ho­łu­bi­ła na swym łonie nie­le­gal­nych imi­gran­tów w nie­świe­żych spodniach. Swoją dez­apro­ba­tę wy­ra­ża­ła nader do­sad­nie, z re­gu­ły mo­dy­fi­ko­wa­nym col­tem czter­dziest­ką piąt­ką dzier­żo­nym przez pewną rękę mun­du­ro­we­go.

– Ty je­steś Vil­lem Nor­ton? – usły­szał nagle i po­de­rwał głowę tak gwał­tow­nie, że coś strze­li­ło mu w karku.

Tuż przed nim stała dziew­czyn­ka. Mogła mieć osiem, może dzie­więć lat, i naj­wi­docz­niej cie­kaw­ską matkę, po któ­rej odzie­dzi­czy­ła nie­spe­szo­ne, wręcz wy­zy­wa­ją­ce spoj­rze­nie. Szu­ra­ła w bia­łym żwi­rze czub­kiem bu­ci­ka za­pi­na­ne­go na ma­gne­tycz­ny za­trzask.

Nor­ton po­czuł, że robi mu się zimno.

Jak długo tu stała?

Dziew­czyn­ka nie spusz­cza­ła go z oka. Vil­lem od­ru­cho­wo ro­zej­rzał się, szu­ka­jąc jej ro­dzi­ców, ale w alej­ce nie było ni­ko­go.

Za­sną­łeś, Nor­ton. Wiesz, co to ozna­cza?

– To ty je­steś Vil­lem Nor­ton? – po­wtó­rzy­ła.

Jak długo tu spa­łeś? Nawet nie wiesz. W każ­dej chwi­li jakiś de­par­ta­men­to­wiec mógł cię zwi­nąć w ustron­ne miej­sce i za­ła­twić. Czło­wie­ku, od dwóch dni pęka ci głowa. Koń­czysz się, wiesz?

– Gdzie są twoi ro­dzi­ce? – wy­chry­piał w od­po­wie­dzi.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Gdzieś tam.

– Czego ode mnie chcesz?

– Wi­dzia­łam cię w holo. I w ogło­sze­niach De­pan­tar… De­par­men… No, w tych waż­nych ogło­sze­niach. Mama mi cię po­ka­za­ła i po­wie­dzia­ła, żebym była grzecz­na i nie czy­ta­ła ta­kich bzdur, bo robią wię­cej szko­dy niż po­żyt­ku. Czemu na­pi­sa­łeś bzdu­ry? – Prze­krzy­wi­ła głowę py­ta­ją­co.

– Ja… – Nor­ton po­czuł, że za­sy­cha mu w ustach. W gło­wie szu­mia­ło mu, jakby miał tam do­brze pro­spe­ru­ją­cy młyn wodny. – Nie wiem. Sam już nie wiem.

– Aha. No to nie­do­brze – od­par­ła i raz jesz­cze grzeb­nę­ła butem w mięk­kim żwi­rze, któ­rym wy­sy­pa­ne były par­ko­we alej­ki. – Mama mó­wi­ła, że po­wi­nie­neś umrzeć. Tak by­ło­by le­piej, bo tacy jak ty chcą, żeby roz­da­wać nie­ro­bom pie­nią­dze, i żeby na uczci­wych lu­dziach pa­se­ży… pa­so­że­ty… no, żeby le­ni­wych kar­mić. Umrzesz, Nor­ton?

Otwo­rzył usta, żeby od­po­wie­dzieć, ale nagła fala mdło­ści wy­bi­ła mu ten po­mysł z głowy. Opu­ścił wzrok na swoje ręce; drża­ły lekko, za pa­znok­cia­mi miał głę­bo­ko wżar­te pół­księ­ży­ce brudu. Do­pie­ro teraz do­strzegł, jak bar­dzo schu­dły.

Ode­tchnął cięż­ko. Gra­ni­ce pola wi­dze­nia nagle wy­krzy­wi­ły się dziw­nie, jak gdyby za­miast ludz­kich oczu miał rybie śle­pia. Kro­pla gę­stej czer­wie­ni na tle bia­łe­go żwiru na­bra­ła zdu­mie­wa­ją­cej in­ten­syw­no­ści.

A potem druga.

Trze­cia.

– Nor­ton? Bę­dziesz umie­rał?

– Chyba…chyba tak – od­parł nie­wy­raź­nie. Przy­tknię­ty do twa­rzy brud­ny rękaw pach­niał słod­ko i me­ta­licz­nie jak krew.

Jego krew.

Cie­kła mu z nosa.

 

***

 

Łomot do drzwi. Umysł za­to­pio­ny w nie­ży­ciu nie sły­szał go, po­zwa­lał, by mętne wody cho­ro­by koiły go ko­ły­sa­niem drga­wek. Było cicho i bar­dzo czer­wo­no. Opił­ki bólu wgry­za­ły się w mózg jak kolce je­żow­ca.

Nor­ton pa­mię­tał je­żow­ce; wi­dział je kie­dyś na wa­ka­cjach w dys­tryk­cie Sp–04. Wtedy jesz­cze żył.

Hałas na­ra­stał.

– Młody! – rzu­cił ktoś zdu­szo­nym szep­tem. Skrzyp­nę­ły otwie­ra­ne drzwi. Nor­ton z ła­god­ną ła­ska­wo­ścią przy­stał na ten prze­jaw braku ma­nier. W zruj­no­wa­nym pu­sto­sta­nie po­ję­cie pry­wat­no­ści jest czy­sto ilu­zo­rycz­ne.

Vil­lem nie­chęt­nie roz­kle­ił po­wie­ki. Za­ma­za­ny kształt po­chy­lił się nad nim; zmru­żył oczy, by syl­wet­ka na­bra­ła ostro­ści. Wy­klu­czo­ny szar­pał go za ramię.

– Wsta­waj, młody. Spier­da­la­my.

– Co jest?

– Ob­ła­wa!

Szarp­nię­cie. Po­ziom stał się pio­nem, Nor­ton po­czuł, jak coś twar­de­go i chro­pa­we­go do­sko­na­le ukła­da się w jego ręce. W osłu­pie­niu spoj­rzał w dół.

– Skąd macie broń? – wy­chry­piał.

– To tylko pa­ra­li­za­tor. Po­spiesz się!

Po co? I tak już od dawna po­win­ni­śmy gryźć zie­mię.

A potem był krzyk i bieg przez plą­ta­ni­nę nie­zli­czo­nych ko­ry­ta­rzy. Kilka razy zmy­lił krok; ktoś chwy­cił go pod ramię i bru­tal­nie po­cią­gnął za sobą. Huk wy­strza­łów obi­jał się echem od cien­kich ścian. Vil­lem sły­szał w nim nie­zwy­kłą har­mo­nię i pra­wi­dło­wość. Coś nagle przy­szło mu do głowy; otwo­rzył usta, ale myśl ule­cia­ła, zanim zdo­łał ją wy­po­wie­dzieć na głos.

Ktoś przy jego boku wrza­snął. Uścisk ze­lżał i znik­nął.

Nor­ton biegł, po­ty­ka­jąc się na wy­szczer­bio­nym bruku. Ostre świa­tło dnia ra­zi­ło go bo­le­śnie. Od­ru­cho­wo skrył się w cie­niu ka­mien­nych murów, ase­ku­ra­cyj­nie wy­sta­wio­ne ręce na­tra­fi­ły na lo­do­wa­tą, mo­sięż­ną klam­kę. Na­ci­snął i pchnął z całej siły.

We wnę­trzu ko­ścio­ła pa­no­wał błogi spo­kój. Nor­ton za­chwiał się i upadł na ko­la­na, rzę­żąc jak mu­ze­al­ny die­sel. Od po­sadz­ki bił chłód; przy­tknął do niej czoło, jak gdyby pró­bo­wał się mo­dlić. Za­pach ste­ary­ny mie­szał się z wonią środ­ka do de­zyn­fek­cji. Matka Boska Pro­apop­to­tycz­na chy­li­ła głowę. Jej la­mi­na­to­we oczy były pełne dez­apro­ba­ty.

Nagle przy­po­mniał sobie, co chciał po­wie­dzieć.

– Dla­cze­go po pro­stu nie wy­bu­rzy­cie tych blo­ków? – wy­rzu­cił na wy­de­chu, kiedy drzwi za­skrzy­pia­ły, wpusz­cza­jąc funk­cjo­na­riu­szy do środ­ka.

Ktoś ro­ze­śmiał się cicho. Nor­ton znał ten śmiech.

– Ła­twiej was li­kwi­do­wać, kiedy wia­do­mo, gdzie bę­dzie­cie.

– Więc dla­cze­go nas od razu nie za­bi­je­cie?

– Prze­cież ci mó­wi­łem, że to by­ło­by nie­etycz­ne. – In­spek­tor Aiden Reese uśmiech­nął się i strze­lił.

 

***

 

Ko­ściół był bar­dzo stary – pa­mię­tał jesz­cze czasy, kiedy te­ry­to­rium dys­tryk­tu za­rzą­dzał Że­la­zny Kanc­lerz, a ob­szar De–S/02 for­mal­nie na­zy­wa­no Dre­znem. Pod ho­lo­gra­ficz­ną fa­sa­dą wciąż krył ory­gi­nal­ne mury i więk­szość ba­ro­ko­wych zdo­bień, ale jego za­kry­stia była czy­sta jak ga­bi­net za­bie­go­wy i w przy­gnę­bia­ją­cy spo­sób prak­tycz­na. Więk­szość mebli ze­pchnię­to pod ścia­ny, po­zo­sta­wia­jąc na środ­ku je­dy­nie biur­ko. Po­ło­żo­no na nim Nor­to­na, uprzed­nio roz­ście­liw­szy li­tur­gicz­ną komżę.

Vil­lem nie pro­te­sto­wał. Leżał nie­ru­cho­mo, pod­czas gdy męż­czy­zna w trud­nym do spre­cy­zo­wa­nia wieku bez cie­nia obrzy­dze­nia pod­wi­nął no­gaw­kę jego sztyw­nych od brudu spodni. Uśmie­chał się miło.

– Nie wy­glą­da to źle – po­wie­dział, zer­ka­jąc na wy­świe­tlacz pod­ręcz­ne­go drona me­dycz­ne­go. – Kula omi­nę­ła waż­niej­sze na­czy­nia i kość. Na szczę­ście pan Reese do­brze strze­la.

– Za­uwa­ży­łem – mruk­nął Nor­ton. Kątem oka wi­dział, jak męż­czy­zna ska­nu­je swój ter­mi­nal i od­blo­ko­wu­je za­awan­so­wa­ne opcje te­ra­peu­tycz­ne do­stęp­ne tylko dla po­sia­da­czy li­cen­cji le­kar­skiej. Z listy pro­gra­mów wy­brał moduł ran po­strza­ło­wych, a w nim opcję znie­czu­le­nia miej­sco­we­go, czysz­cze­nia i szy­cia.

– To po­trwa pół go­dzi­ny – po­wie­dział, przy­su­wa­jąc sobie krze­sło. – W tym cza­sie po­roz­ma­wia­my. Na­zy­wam się Jean Lavin.

Vil­lem za­gryzł zęby tak mocno, że aż po­czuł, jak żwacz wy­py­cha mu skórę na po­licz­kach. Dok­tor Jean Lavin. Neu­ro­tech­nik De­par­ta­men­tu Zdro­wia Pu­blicz­ne­go. Jeden z tych, o któ­rych ma­wia­no, że po­tra­fią czy­tać w my­ślach. Czło­wiek, który go pro­fi­lo­wał. Czło­wiek, który go zabił.

– My­śla­łem, że bę­dzie pan star­szy.

Lavin uśmiech­nął się sze­rzej. Miał szczu­płą, asce­tycz­ną twarz o sztucz­nie uzu­peł­nia­nych zmarszcz­kach, przez co mógł rów­nie do­brze ledwo skoń­czyć dwa­dzie­ścia lat, co do­bi­jać czter­dziest­ki. Był szczu­pły, nie­wy­so­ki i nie wy­glą­dał na uzbro­jo­ne­go, ale coś w jego ja­sno­sza­rych oczach na­ka­zy­wa­ło za­nie­chać wszel­kich prób uży­cia prze­mo­cy.

– Umie­rasz, Nor­ton – po­wie­dział cicho. – Wiesz, dla­cze­go?

Vil­lem z wa­ha­niem, wolno ski­nął głową. Do­my­ślał się.

– Śmierć so­cjo­gen­na. Syn­drom vo­odoo.

Neu­ro­tech­nik przy­tak­nął.

– Do­kład­nie. Ile masz lat, Nor­ton? – To było py­ta­nie kur­tu­azyj­ne; znał Vil­le­ma le­piej niż jego wła­sna matka.

– Dwa­dzie­ścia czte­ry.

– W chwi­li zmian ustro­jo­wych mia­łeś trzy lata. Całe twoje świa­do­me życie i wy­cho­wa­nie opar­to na prze­ko­na­niu, że nie mo­żesz funk­cjo­no­wać bez apro­ba­ty i do­stę­pu do sieci. Wiesz o tym, ale nie­ła­two jest po­zbyć się tych myśli. Mie­wasz bóle głowy?

Nor­ton mil­czał.

– Bez­sen­ność? Nud­no­ści? Osła­bie­nie kon­cen­tra­cji? – Jean Lavin uśmiech­nął się. – Je­steś młody, ale sil­nie re­agu­jesz na stres. Zo­sta­ło ci kilka mie­się­cy, naj­wy­żej pół roku. Sa­mot­ność to ponoć taka strasz­na trwo­ga. Znasz to?

Nie znał.

– Nie dla wszyst­kich – za­pro­te­sto­wał Vil­lem, od­ru­cho­wo zer­ka­jąc na swoją prze­strze­lo­ną nogę. Gięt­kie ra­mio­na ro­bo­ta z wir­tu­oze­rią ope­ro­wa­ły igłą i splo­tem chi­rur­gicz­nych nici. Rana za­skle­pia­ła się w mgnie­niu oka. To było dziw­ne uczu­cie, jakby oglą­dać krwa­wy hor­ror me­dycz­ny pusz­czo­ny na wspak. – Nie­któ­rzy sobie… radzą.

Neu­ro­tech­nik ele­ganc­kim ge­stem zdjął ni­try­lo­we rę­ka­wicz­ki. W do­sko­na­le skro­jo­nym gar­ni­tu­rze był tutaj dziw­nie nie na miej­scu, jak kosz­tow­ny bi­be­lot skra­dzio­ny z pa­ła­co­we­go ko­min­ka i wci­śnię­ty w kąt ru­pie­ciar­ni.

– Nie­któ­rzy. Wiesz, dla­cze­go in­spek­tor Reese cię po­strze­lił?

– Żebym nie ucie­kał?

– To też – zgo­dził się neu­ro­tech­nik, od­gar­nia­jąc z po­licz­ka pasmo dłu­gich, pla­ty­no­wych wło­sów. Ja­sno­sza­re oczy roz­bły­sły. – Ale przede wszyst­kim dla­te­go, że chciał i mógł to zro­bić.

– On jest… nie­do­sto­so­wa­ny – wy­krztu­sił Vil­lem.

Tak jak ja, chciał dodać, ale prze­gryzł tę myśl i po­łknął, choć była gorz­ka i tru­ją­ca jak na­sio­na cisu.

– Aiden Reese zro­bił dobry uży­tek z wła­snej nie­przy­dat­no­ści. Ty także mógł­byś, Nor­ton.

– Ja? – par­sk­nął gorz­ko. – Ja umie­ram. Sam pan po­wie­dział, że…

– Po­mów­my o apop­to­zie.

 

***

 

Nowe miesz­ka­nie było ciem­ne, ciche i za­ska­ku­ją­co puste.

– Czeka na cie­bie sto pięć­dzie­siąt sześć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń, w tym uprzy­wi­le­jo­wa­ne od kon­tak­tów: Sara, Mama, Ju­liet­te. Czy chcesz od­słu­chać je teraz? – za­py­tał asy­stent SI z me­ta­licz­ną uprzej­mo­ścią i przy­wo­łał swój ho­lo­gram o kształ­cie pu­szy­ste­go persa. Nor­ton wi­dział przez niego swój nowy salon – za­miast ścian miał wiel­kie akwa­ria, w któ­rych sen­nie dry­fo­wa­ły mo­dy­fi­ko­wa­ne, bio­lu­mi­ne­scen­cyj­ne rybki.

Kla­snął dwa razy. Sys­tem za­rzą­dza­ją­cy domem wy­ła­pał eto­gram i prze­ło­żył go na po­le­ce­nie. Ryby, na­szpry­co­wa­ne z na­no­po­daj­ni­ków ka­te­cho­la­mi­na­mi, kilka se­kund póź­niej pod­ję­ły ner­wo­wy ta­niec. Salon roz­ja­rzył się ich sto­no­wa­nym, roz­pro­szo­nym bla­skiem.

Wie­dział, że jesz­cze kilka mie­się­cy temu obu­rzył­by się na taki spo­sób wy­ko­rzy­sty­wa­nia zwie­rząt. Ale to było kie­dyś.

– Nie. Usuń je – od­parł. Bran­so­le­ta no­we­go ter­mi­na­la wy­da­wa­ła się zimna i za­ska­ku­ją­co cięż­ka.

– Wszyst­kie? – upew­nił się asy­stent.

– Tak.

– Czy ży­czysz sobie przy­go­to­wać ką­piel?

– Tak.

– Czy ży­czysz sobie zło­żyć dys­po­zy­cje za­ku­pów żyw­no­ścio­wych we­dług ak­tu­al­nych wska­zań zdro­wot­nych apli­ka­cji drMal­thaus dla ka­te­go­rii płci, wieku i ro­dza­ju ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej?

– Tak – od­po­wie­dział Vil­lem, boso kie­ru­jąc się w stro­nę ga­bi­ne­tu.

– Za­mó­wie­nie zre­ali­zo­wa­no. Twoja do­sta­wa przy­bę­dzie za czter­dzie­ści sie­dem minut – po­in­for­mo­wa­ło miesz­ka­nie. – Witaj w domu, Vil­lem.

Witaj w domu, Vil­lem.

Witaj w domu.

 

***

 

Dni skła­da­ły się z kla­wia­tu­ry, pa­pie­ro­sów i okien za­mglo­nych ho­lo­gra­mem desz­czo­we­go lasu. Nor­ton wy­rzu­cił swój nowy ter­mi­nal – bran­so­let­ka nie była mu już do ni­cze­go po­trzeb­na. Sto czter­na­ście razy od­rzu­cił po­łą­cze­nia od matki. Nawet nie chcia­ło mu się spraw­dzać, czy Sara chcia­ła z nim po­roz­ma­wiać.

Pisał.

Wsta­wał w po­łu­dnie i pisał, do­pó­ki star­cza­ło mu sił, a potem leżał w ciem­no­ści, wsłu­cha­ny w e-szept cy­fro­wej dżun­gli.

De­par­ta­ment oddał mu wiele, tak na­praw­dę nie od­da­jąc mu nic. Zwró­co­no mu sta­tus oby­wa­tel­ski, któ­rym się brzy­dził, do­stęp do Netu, któ­re­go nie chciał, i ro­dzi­nę, którą wy­pchnął za drzwi no­we­go domu. Nie oddał mu tylko imie­nia – Vil­lem mu­siał wy­rwać je świa­tu z gar­dła sam.

Pisał. Las sen­nym szep­tem re­cy­to­wał dia­log, który wyrył się Nor­to­no­wi we wnę­trzu hi­po­kam­pa.

– Na­praw­dę je­stem tak zły?

– Pro­mu­jesz złe rze­czy. Nie­bez­piecz­ne.

– Tro­ska o po­trze­bu­ją­cych jest nie­bez­piecz­na?

– Tak, je­że­li za­gra­ża tobie. Pierw­sza za­sa­da ka­ta­stro­fy lot­ni­czej: naj­pierw załóż wła­sną maskę tle­no­wą.

– Co to ma do rze…

– Po­stu­lu­jesz bez­myśl­ne roz­daw­nic­two pie­nię­dzy, które dwa­dzie­ścia lat temu gro­zi­ło za­ła­ma­niem sys­te­mu. Nie ma nic za darmo, Nor­ton. Pa­so­żyt zdech­nie, gdy już wy­koń­czy wszyst­kich go­spo­da­rzy.

– Ale…

– Nie, Nor­ton. Dasz eme­ry­tom, to dla­cze­go miał­byś nie dać też ka­le­kom? Dasz ka­le­kom, to zaraz mu­sisz dać na chore dzie­ci. Dasz na chore dzie­ci, to bę­dziesz dawał na zdro­we, żeby nie było nie­spra­wie­dli­wie. Dasz sa­mot­nym mat­kom, to zaraz bę­dziesz dawał każ­de­mu. To od­bie­ra lu­dziom po­czu­cie od­po­wie­dzial­no­ści za wła­sne życie. Nawet jeśli sto­czą się do dna, nie umrą, bo rząd we­pchnie im cudzy chleb do gar­dła. Nie­przy­sto­so­wa­ni są mar­twi dla świa­ta; sztucz­ne pod­trzy­my­wa­nie ich we­ge­ta­cji tylko szko­dzi żywym. Rodzi fru­stra­cję. Wi­dzia­łeś kie­dyś fru­stra­cję, Nor­ton? Pra­wie sto lat temu udo­wod­nio­no, że czuje ją nawet ka­pu­cyn­ka czu­ba­ta. Fru­stra­cja skła­nia ku agre­sji, czyni czło­wie­ka nie­obli­czal­nym. Ro­zu­miesz, do czego zmie­rzam?

– Tak… chyba tak.

– Lu­dzie nie wściek­ną się, jeśli dasz mi­lion komuś, kto na niego nie za­ro­bił. Wpad­ną w szał, jeśli dasz centa komuś, kto nie zro­bił nic, żeby go do­stać.

Nor­ton pisał. Dni skła­da­ły się z ruchu pal­ców, pa­pie­ro­so­we­go dymu i cho­ro­by. Czuł ją głę­bo­ko pod ję­zy­kiem, czuł cierp­ki odór pal­ców, któ­ry­mi mu­ska­ła błony jego żo­łąd­ka i skórę. Cza­sa­mi wciąż krwa­wił z nosa. By­wa­ły dni, które skła­da­ły się tylko z mi­gre­ny, szumu wid­mo­we­go lasu i upo­rczy­wych bie­gu­nek.

Stra­cił ra­chu­bę czasu; je­dy­nie z maili wie­dział, że był już paź­dzier­nik, kiedy wy­sy­łał do wy­daw­nic­twa ukoń­czo­ną książ­kę. Obo­jęt­nie prze­rzu­cił się gar­ścią ko­re­spon­den­cji z przy­dzie­lo­nym mu re­dak­to­rem. Nie pa­mię­tał wa­run­ków umowy, którą pod­pi­sał, pa­mię­tał jed­nak ele­ganc­ki list, który zo­sta­wił mu w skrzyn­ce Jean Lavin.

Tam­ten dzień skła­dał się z braku kawy, wolno do­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa i trzy­na­stu splo­tów sta­ran­nie wy­ko­na­nej pętli.

A potem już na szczę­ście z ni­cze­go.

 

 

Część 3. Apop­to­som

 

Paź­dzier­nik 2045

 

– Ob­cho­dzi­my dziś pierw­szą rocz­ni­cę śmier­ci Vil­le­ma Nor­to­na, au­to­ra be­st­sel­le­ru „Oca­lo­ny”, który w ciągu tylko pierw­sze­go ty­go­dnia sprze­dał się w re­kor­do­wym na­kła­dzie ponad mi­lio­na eg­zem­pla­rzy. – Ho­lo­wi­zyj­ny pre­zen­ter bły­snął w uśmie­chu gar­ni­tu­rem zębów. – Jak przy­po­mi­na­my, autor, w prze­szło­ści Wy­klu­czo­ny kry­mi­na­li­sta, po wielu mie­sią­cach walki z cięż­ką cho­ro­bą au­to­im­mu­no­lo­gicz­ną, w dniu pre­mie­ry po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Tina, co mo­żesz po­wie­dzieć na­szym wi­dzom na temat „Oca­lo­ne­go”?

– Nor­ton w swo­jej bły­sko­tli­wej au­to­bio­gra­fii od­kry­wa przed nami po­ru­sza­ją­cą per­spek­ty­wę co­dzien­no­ści Wy­klu­czo­ne­go i wy­ja­wia, jak wiel­ką rolę w jego du­cho­wej re­ha­bi­li­ta­cji ode­grał funk­cjo­na­riusz De­par­ta­men­tu. Na­szym re­por­te­rom nie udało się uzy­skać ofi­cjal­nych oświad­czeń, ale po­dej­rze­wa­my, że cho­dzić może o in­spek­to­ra Aide­na Reese…

– Warto pod­kre­ślić, jak wiel­ki wpływ „Oca­lo­ny” wy­warł na spo­łe­czeń­stwo – w ciągu ostat­nie­go roku od­no­to­wa­no spa­dek licz­by za­re­je­stro­wa­nych prze­stępstw ide­olo­gicz­nych o ponad trzy­dzie­ści pro­cent! Zysk ze sprze­da­ży książ­ki prze­zna­czo­no na rzecz Fun­da­cji Nor­to­na, która ak­tyw­nie wspie­ra kształ­to­wa­nie wła­ści­wych po­staw. Za­chę­ca­my wi­dzów do oka­za­nia wspar­cia ro­dzi­nie pana Nor­to­na po­przez do­bro­wol­ne datki oraz udo­stęp­nia­nie ak­tyw­ne­go hasz­ta­gu #pray­for­nor­ton…

W pół­mro­ku wła­snej sy­pial­ni panna Bri­git­te De­la­cro­ix w sku­pie­niu obej­rza­ła au­dy­cję, po czym otwo­rzy­ła do­dat­ko­we okno z ra­chun­kiem oso­bi­stym i uiści­ła po­kaź­ną sumę na konto Fun­da­cji.

Jeff, nie prze­ry­wa­jąc ani na mo­ment wie­czor­ne­go jog­gin­gu, prze­słał hasz­tag przez swoją ta­bli­cę. In­te­li­gent­na ko­szul­ka za­re­je­stro­wa­ła jego dobry na­strój; był dumny i szczę­śli­wy, choć za­ra­zem czuł ukłu­cie wsty­du, że rok wcze­śniej na­zwał obie­cu­ją­ce­go pi­sa­rza skur­wy­sy­nem.

Dzie­wię­cio-, może je­de­na­sto­let­nia dziew­czyn­ka z uwagą obej­rza­ła wia­do­mo­ści. Nie mogła pa­mię­tać krwa­wią­ce­go z nosa męż­czy­zny, któ­re­go spo­tka­ła kie­dyś w parku, ale za zgodą matki po­da­ro­wa­ła Fun­da­cji całe swoje kie­szon­ko­we.

 

***

 

1749 użyt­kow­ni­ków sko­men­to­wa­ło plik: BESTSELLER_Ocalony

 

@Lucy Lo­ewen­haus: #pray­for­nor­ton

@Jose Gu­tier­rez: Czy­ta­łem. Je­stem w szoku. #pray­for­nor­ton

@Jo­hann Messe: OMG ko­niecz­nie kupie dzie­ciom

@Ivo Plut­sh­nick: Książ­ka sztos! #pray

@Tha­daus Kret­sch­mer: mocne #pray­for­nor­ton

@Mary Ann Rim­baud: #pray­for­nor­ton [*]

@Alex Ber­ger: #pray­for­nor­ton

 

***

 

Z lo­ka­lu na­le­żą­ce­go do De­par­ta­men­tu dawno uprząt­nię­to już ślady obec­no­ści Nor­to­na. Nie­licz­ne rze­czy oso­bi­ste za­pa­ko­wa­no i wy­sła­no jego ro­dzi­nie. Lśnią­ce ryby w wię­zie­niu przej­rzy­ste­go akwa­rium snuły się sen­nie, zdez­o­rien­to­wa­ne nagłą pust­ką i bra­kiem bodź­ców. W miesz­ka­niu po­zo­sta­wio­no tylko jeden przed­miot – duże czar­no-bia­łe zdję­cie w skrom­nej ramce z PCV.

Dok­tor Lavin i in­spek­tor Reese ob­ser­wo­wa­li je bez słowa. Aiden palił pa­pie­ro­sa, w pu­stym po­miesz­cze­niu roz­sie­wa­jąc gęsty, drzew­ny aro­mat ty­to­niu.

– Ty mu je dałeś, praw­da? – za­py­tał wresz­cie, wska­zu­jąc zdję­cie. – W ra­mach in­dok­try­na­cji?

Jean był oso­bi­ście za­an­ga­żo­wa­ny w spra­wę Nor­to­na. To on wy­ko­nał pro­fil Vil­le­ma i usta­lił, że ano­ni­mo­wym in­for­ma­to­rem była jego wła­sna matka. On też ko­or­dy­no­wał prze­bieg śledz­twa i za­le­cił pu­bli­ka­cję Raju w ra­mach akcji pro­wo­ka­cyj­nej z uży­ciem bie­głych hej­te­rów.

– Ra­czej edu­ka­cji – od­parł, uśmie­cha­jąc się lekko. – Mu­sia­łem wy­tłu­ma­czyć Nor­to­no­wi, co to zna­czy, że je­ste­śmy ni­czym wię­cej, jak tylko…

– …wy­pad­ko­wą de­cy­zji ko­mó­rek, które nas bu­du­ją. Czy­ta­łem Men­do­zę. Nie od­po­wie­dzia­łeś na moje py­ta­nie – po­wie­dział in­spek­tor, strze­pu­jąc po­piół na pod­ło­gę.

– Mo­żesz to uznać za in­dok­try­na­cję, albo nawet pra­nie mózgu, jeśli tak ci wy­god­niej – od­parł nie­zra­żo­ny neu­ro­tech­nik, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Nie my pierw­si roz­pa­tru­je­my spo­łe­czeń­stwo jako spój­ny or­ga­nizm. Nam tylko nie umyka sprzed oczu idea no­wo­two­ru.

Mil­cze­li przez chwi­lę, za­to­pie­ni w my­ślach. Reese do­pa­lił pa­pie­ro­sa, po czym ci­snął peta na czy­sty par­kiet i przy­dep­tał butem.

– Pa­mię­tasz, co ci po­wie­dzia­łem, kiedy przyj­mo­wa­łeś się do służ­by? – rzu­cił pro­fi­ler, schy­la­jąc się, by pod­nieść nie­do­pa­łek i za­wi­nąć w chu­s­tecz­kę.

– Że jeśli wszy­scy je­ste­śmy ko­mór­ka­mi, to ja na­le­żę do szcze­gól­ne­go ro­dza­ju. I jesz­cze, że… – Aiden za­wa­hał się – kolor liści opa­da­ją­cych je­sie­nią z drzew jest bar­dzo pięk­ny.

– Ro­zu­miesz, co mia­łem na myśli?

In­spek­tor Reese, nim wy­szedł, bez słowa wska­zał fo­to­gra­fię. Dok­tor Jean Levin jesz­cze długo ob­ser­wo­wał je w sa­mot­no­ści, w zwod­ni­czo mi­go­czą­cym świe­tle akwa­rio­wych ryb.

Na zdję­ciu lim­fo­cyt Tc, na wieki za­mro­żo­ny w ka­drze, po­ca­łun­kiem che­mii ży­czył po­two­ro­wi do­brej śmier­ci.

Pro pu­bli­co bono, jak ze­schłe li­ście opa­dłe na je­sień.

Koniec

Komentarze

Z betowanymi opowiadaniami w konkursie zawsze mam problem. I tylko dlatego nie dam klika na bibliotekę i o piórko dla Ciebie nie poproszę. Bo to trochę jak genderowy start facetów udających kobiety w dyscyplinach sportowych dla kobiet. I straszno, i śmieszno, i w ramach feminizmu – odbierające kobietom prawa do sukcesu (no i stąd ta moja kwestia zasad, podpadam chyba pod apoptozę;). Bo opko jest świetne. Mał powiedziane – jest rewelacyjne. Ale znów – na ile to wynik zbiorowego wysiłku – nie wiem. Gdyby betowania było w nim mniej niż 10-15 procent – należałoby mu się podium. Jeśli więcej – niestety, nie. Przeczytałem jednym tchem, doskonałe rozwinięcie idei beela JerzegoK – na zdecydowanie wyższym poziomie literackim. Takie punkty przydatności społecznej to ja rozumiem!;). Ale znów– ile z tego jest betowaniem, tylko Ty wiesz. I na koniec też będę przewrotny: Właściwie nie napisałaś powieści fantastycznej, a czysto profetyczną i religijną: "I nikt nie kupi i nie sprzeda, jeśli znaku Bestii mieć na sobie mie będzie" Księga Apokalipsy.Zawsze przypuszczałem, że LeBon miał rację ;).I że ta Bestia to cała ludzkość, której dano szansę… P.s. Jeszcze raz Twoje rewelacyjne opko udowadnia, że we WSZYSTKICH konkursach na portalu albo powinna być odrębna kategoria dla opowiadań betowanych, albo nie powinny startować w konkursach. Albo powinna być jakaś punktacja, która to uwzględnia. Także z powodu zasad. W końcu, nie obraź się, ale betowanie w konkursie lierackim to DOKŁADNIE to samo, co doping w sporcie.…

Mał powiedziane – jest rewelacyjne. Ale znów – na ile to wynik zbiorowego wysiłku – nie wiem.

rybaku, wystarczy zapytać którąś z bet, na pewno rozwiejemy twoje wątpliwości :). Ja cię mogę zapewnić, że oprócz drobnej łapanki i paru małych uwag, jest to samodzielna praca Wiktora i to co piszesz jest trochę krzywdzące :). Nawet najwięksi pisarze nie oddają swoich prac wydawnictwu przed betą. Betą są przyjaciele, żona, mąż, dzieci, przyjaciele. Czym to się różni od betowania na portalu?

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Ilością poprawek/sugestii/komentarzy PRZED upublicznieniem pracy? Pracą zespołową nad opkiem PRZED jego upublicznieniem? Zresztą, spoko, żeby nie było wątpliwości o czystość moich intencji: ja swoją pracę na ten konkurs wycofałem:). Przykro mi, że trafiło na Wiktorię, ale sama przeczytaj własne zdanie ("wystarczyłoby zapytać kogoś z betujących"). Czyli … pracujących nad tekstem ZESPOŁOWO! A zresztą, co ja się czepiam, przecież doping też tylko minimalnie poprawia wyniki świetnych poza wszystkim – sportowców.

No właśnie… te konkursy tutaj. łączące pracę zespołową z indywidualną: sport to jeszcze, czy już TYLKO zawodowstwo? ;) Bo jeśli to drugie, to rzeczywiście pora umierać…

Ilością poprawek/sugestii/komentarzyPRZED upublicznieniem pracy

Zapewniam cię więc po raz drugi, że to opowiadanie Wiktora, a nie nasze. Strasznie ją krzywdzisz stwierdzeniem, że napisaliśmy je za nią. I nie odniosłeś się do mojego pytania.

 

to rzeczywiście pora umierać…

przez uprzejmość nie zaprzeczę :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

To nie chodzi o Wiktorię. Jest świetną Autorką. I bardzo mi przykro, że na Nią trafiło, bo tu nie chodzi o Nią, tylko o zasadę. A co do krzywdzenia – sam się ukrzywdzam w imię tych zasad najbardziej – bo i ja wiem, i Ty wiesz, że moje opowiadanie miało szanse na sukces w tym konkursie, ale zabierając głos w tej sprawie właśnie dla czystości zasad je wycofałem.

Bo tu wyłącznie chodzi o zasady! A one powinny być dla zachowania pełnej transparentności dziecinnie proste – betujesz – nie startujesz. Albo: betujesz – masz odrębną kategorię. Albo – betujesz – umieszczasz opowiadanie w konkursie w ciągu np siedmiu pierwszych jego dni. Choćby dlatego, by liczba korekt opowiadań niebetowanych mogła dorównać liczbie uwag wobec opowiadań betowanych. No kurczę, NAPRAWDĘ nie widzisz różnicy???

sy, spoko, ;). Ale w związku z tym “Ja se ne boim… “:D

Czy ja się doczekam odpowiedzi na pytanie czym się różni betowanie na portalu od opracowania opowiadania w gronie przyjaciół/rodziny?

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Tym samym, czym różni się zawodowy doping od wypicia kawy ;). Pierwsze robią sportowcom “zawodowcy”, drugie – kompletni amatorzy. Z adekwatnym skutkiem dla zachowania czystości zasad. Zadowolona?

:D

Rybaku – w trakcie konkursów autorzy, którzy otrzymują komentarze do prac już upublicznionych (np. legendarną łapankę Reg) szybciutko poprawiają wskazane usterki. Jest to zasadniczo beta na widoku publicznym, a czynią to z tego samego powodu, dla którego ja sięgam po pomocną dłoń – z pragnienia Sukcesu, które zarzuciłeś na shoutboksie.

W sprawie zarzutu współtwórczości #prayfornorton odpowiem w stylu pasującym do autora tego tekstu:

współtwórczość nie zachodzi, gdy współpraca nie ma charakteru twórczego, lecz jedynie pomocniczy, choćby umiejętność wykonywania czynności pomocniczych wymagała wysokiego stopnia wiedzy fachowej, zręczności i inicjatywy osobistej. 

(wyrok SN z 19 lipca 1972 r., sygn. akt II CR 575/71)

Wyrokiem SN uwzględniono korektę jako współtwórstwo jedynie w przypadku prac akademickich.

 

Myślę też, że w tej sytuacji, która jest dla mnie z rana dość nieprzyjemna i, jak zaznaczyła sy, przykra, nie ugnę się i nie wycofam tego tekstu ani z konkursu, ani z portalu. Z uwagi na uczucia osób, które w niego uwierzyły, i moje własne. Nie zapłaciłam za korektę tego tekstu profesjonalnemu edytorowi, a nawet gdybym to zrobiła, nie widzę w tym zdrożności. 

Jak zaznaczyłeś, cechuje mnie usilne pożądanie Sukcesu. Tyle że za Sukces poczytuję sobie uznanie czytelników, zaufanie do moich tekstów, pozytywne reakcje, refleksje, jakie uda mi się wywołać u kogoś, kto natknie się na moje opowiadanie. Strzał dopaminowy w momentach, kiedy widzę, że moja praca została doceniona, jest nie do zastąpienia i będę do niego dążyć. Za Sukces poczytuję sobie także przedstawienie tak dobrego opowiadania, jakie tylko byłam w stanie napisać. Za każdym razem klepnięcie “wyślij” zajmuje mi zadziwiająco dużo czasu i wymaga pewności, że zrobiłam wszystko, co mogłam. Na fantach materialnych mi nie zależy – jeśli beryl postanowi uhonorować mnie książką, z przyjemnością Ci ją oddam.

W pisanie i research wkładam sporo wysiłku, więc sugestie, że ktoś to zrobił za mnie, są zwyczajnie niemiłe.

Niemniej – odnosząc się do Twojego pierwszego komentarza – jestem zaszczycona, że opowiadanie do Ciebie trafiło i spodobało na tyle, że widziałbyś je na podium, z biblioteką i piórkiem. Pudła, biblioteki i piórka to skodyfikowane formy wyrazy uznania dla autora, więc otrzymawszy je w formie werbalnej, nie potrzebuję niczego więcej. Z wyjątkiem może odrobiny wiary, że nie nie napisano tego za mnie.

 

 

 

 

 

Niezadowolona. Sugerujesz, że na portalu działają sami profesjonaliści i że wśród betujących znajomych nie może być zawodowy pisarz. Nonsens. Co jak ci zdradzę sekret, że ja się czuję totalną amatorką, moja beta polega tylko na przedstawieniu autorowi tylko i wyłącznie moich pierwszych wrażeń po przeczytaniu lektury? I że wśród znajomych mam samych poczytnych pisarzy i to oni sprawdzają moje opowiadania? :D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Wiktorio – naprawdę nie rozumiesz, że tu nie chodzi o Twoje opowiadanie, ale o ewentualną modyfikację zasad konkursowych na przyszłość i o transparentność procesu? Bo Ty akurat świetnie piszesz, i doskonale wiesz, że darzę Twój talent należytą atencją, ale i Ty i ja doskonale wiemy, że zdarzają się i takie opowiadania, które w zasadzie po zamkniętym procesie betowania są zupełnie nowymi dziełami. I na tym zakończę.

 

sy, byłaś kiedyś na siłce? Tam TEŻ niektórzy suplementują się kompletnie amatorsko :D

I na tym kończę.

Aha, czyli beta amatorów na portalu jest be, a beta profesjonalistów w zaciszu domu już cacy? Good for you!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Moi superprofesjonaliści w zaciszu domu stanowczo odmawiają zainteresowania się moją tfu.. twórczością ;D. Znasz takich superprofesjonalistów w zaciszu domowym? Namiary proszę :D

Dajesz TAKI argument w TAKIEJ dyskusji BEZ potwierdzenia w faktach???!

 

pozdr. and Good for You too!

Serio chcesz namiary na moich znajomych? Może ci przedstawię od razu całą ich kartotekę?

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Znaczy, argument z małego paluszka. OK.

;)

Sam jestem antybeciarzem, natomiast, jak ktoś poprosi, czasem betuję. Rozumiem argumenty Wiktorii i rozumiem argumenty Rybaka. Jedne i drugie mają sens, a życie to sztuka wyborów ;). Co nie jest zabronione, jest dozwolone. Poza tym oddzielne kategorie dla betowanych i niebetowanych tekstów raczej nie do zrealizowania, bo jak to kontrolować i sprawdzić, czy ktoś po cichu nie przybetował opowiadania? Tyle ode mnie.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

CO TU SIĘ WYDARZYŁO?! XD

Miałem tu wstawioną jakąś rozbudowaną, patetyczną wypowiedź, ale nie chce mi się wchodzić z nikim w polemikę.

 

Dajesz, Wiktor! :D Tekst jest świetny i jest TWÓJ. NIgdyo nie miałem tak mało uwag do tak obszernego opowiadania XD Fajnie, że miałem okazję się z nim zapoznać ^^

 

(nadal się nie zgadzam z przedstawionymi w nim poglądami ;) )

"When I became a man I put away childish things, including the fear of childishness and the desire to be very grown up." C.S.Lewis

Fajromie, dzięki za pomoc i wsparcie! Ja również jestem bardzo wdzięczna, że miałeś ochotę na niego zerknąć, a o postulowanych tu tezach z chęcią porozmawiam może kiedyś przy piwie, które Ci wiszę! ;)

 

A co tu się wydarzyło – jeśli się tak głębiej zastanowić, Rybak w ramach wyjątkowej kampanii promocyjnej ilustruje, cóż, motyw przewodni tego opowiadania. Już padła hipoteza, że Rybak jest Nortonem… :D 

 

Incepcja! 

Gdzie padła?;) Na betaliście? ;P

Przeczytałem.

Miał Rybak rację, że opowiadanie jest świetne. 

Cieszę się też, że ostatecznie zrezygnowałem z bety, bo teraz mogę obiektywnie je ocenić i… ale to tym później.

 

Na początek marudzenie.

Bardzo agresywnie napisany początek. Nie chodzi mi tu o agresję bohaterów, a styl. 

E-papier rozjarzył się i wypluł treść kilku dokumentów

obrzydliwie przylgnęła do wilgotnej skóry

złożył zamaszysty bazgroł

szpilki zastukały na bruku jak nadgorliwy dzięcioł

To takich kilka przykładów z prologu.

Tego typu agresywny styl nie jest moim ulubionym i nieco mnie zbijał z tropu. Z drugiej strony, wydaje mi się, że jest w nim coś z Twojej osobowości. Wiktor “cięta riposta” trochę taki jest, więc naturalnie takie są jego teksty :) Zapewne znajdą się tacy, którzy ten styl lubią.

I żeby było jasne, nie przedstawiam tego jako wadę tekstu, a jako moje subiektywne odczucie.

Z czasem ta “agresja” zanikła, a drugi oraz trzeci rozdział czytało mi się już bardzo płynnie i przyjemnie.

Zastanawiam się, czy czasem po prostu nie chciałaś tego prologu zrobić zbyt efektownie.

 

Pochwały?

Nie będzie żadnych. 

No dobra, będą. I to całkiem dużo.

Świetnie oddany futurystyczny świat. Świetna fabuła. Rewelacyjnie przestawione współczesne i przyszłe problemy społeczne. Wszystko wiarygodne i w odniesieniu o obecnej sytuacji.

Najbardziej ujęłaś mnie tym, że spośród przedstawionych obu opcji “socjalizm” vs “anty-socjalizm” trudno mi było wywnioskować, ku której z opcji się skłaniasz.

Niby Norton jest tym dobrym “wrażliwym socjalistą”, a totalitarny reżim jest be. Ale gdy już dochodzi do głosu argumentacja hejtującego “spełeczeństwa” oraz cycaty z “Ocalonego”, to są one bardzo przekonujące.

I to według mnie jest najmocniejsza część tego tekstu.

 

Podsumowując, tekst jest rewelacyjny.

Dostaniesz za niego pióro i to takie mocne… że może nawet Cieniu będzie na TAK ;)

 

Ode mnie dostajesz: 5.5/6, klika do biblioteki i nominację.

Toż przecież mówiłem, że świetne i rewelacyjne. I mówiłem, że tylko dlatego, że nie wiem, czy zmiany były poniżej 15 proc. to nie zawnioskuję o piórko i bibliotekę i w ogóle… A wy od razu…..

I dlatego właśnie betalisty opowiadań konkursowych MUSZĄ być ujawniane. żebym mógł z czystym sumieniem wnioskować za! :)

że nie wiem, czy zmiany były poniżej 15 proc. to nie zawnioskuję o piórko i bibliotekę i w ogóle

przecież ci tłumaczę, że były.

 

I dlatego właśnie betalisty opowiadań konkursowych MUSZĄ być ujawniane.

nad tytułem masz napisane, czy była beta czy nie. To nie jest tajne.

 

Wiktorze, moje odczucia już znasz. Jestem zachwycona światem, który wykreowałaś, jest to niepokojąca i zarazem ciekawa wizja przyszłości, gdzie głos ogółu liczy się jeszcze bardziej, a stworzenie superpaństwa urzeczywistnia się. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, ale tego, że ten świat ma ręce, nogi i klimat nikt ci nie odbierze.

Fabuła jest świetna – poszczególne scenki z głosowania i odwiedzin Nortona w kościele podobały mi się najbardziej.

Ja tu nic więcej dodać nie potrafię. No jestem ogromną fanką, wiesz przecież :D. Idę nominować.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Rybaku – a możesz jakoś umotywować te wartości liczbowe? Bo jak byłoby 15,5%, to już be? A 15% uzbierane z poprawiania literówek równa się jednej potężnej piętnastoprocentowej zmianie w światotwórstwie albo fabule? Coś ten algorytm dziurawy jak polskie drogi. :D

 

Sy – raz jeszcze Ci dziękuję za wszystko. :)

I dlatego właśnie betalisty opowiadań konkursowych MUSZĄ być ujawniane.

nad tytułem masz napisane, czy była beta czy nie. To nie jest tajne.

Sy, Rybakowi chodzi o to, by przy konkursowych opowiadaniach wszyscy użytkownicy widzieli komentarze beta-czytaczy.

Ty, będąc betującą, je widzisz, on nie.

 

Dyskusja jest jednak czysto akademicka, bo z tego, co wiem, nie ma możliwości technicznej takiego rozwiązania przy obecnej wersji portalu.

Sy, Rybakowi chodzi o to, by przy konkursowych opowiadaniach wszyscy użytkownicy widzieli komentarze beta-czytaczy.

to co to by była za beta wtedy? Bezsens.

 

Wiktorze, nie ma za co, kochana ❤.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

@Chroscisko, 

 

dziękuję Ci za wizytę i wyrazy uznania. Na “agresję słowną” początku chyba nie mam dobrego usprawiedliwienia – tak się po prostu napisało. Ale zwróć uwagę na to, że jest to scena rozmowy z aresztantem, więc może być zasadny koloryt dający wrażenie “presji”. Możesz mieć też rację, że to przebicia mojej osobowości – pyskaty Orłowski jest pyskaty. :D 

Bardzo się cieszę, że zdołałam wywołać u Ciebie efekt dysonansu poznawczego i niemożności jednoznacznego opowiedzenia się po jednej stronie konfliktu: świat vs. Norton. Dokładnie o to mi chodziło. Chciałam, aby przy głębszym wczytaniu się w postulaty obu stron okazało się, że wykreowany świat nie jest prostą dystopią.

A może…? Nie, sam na to wpadnij.

Miodzio. Niezwykle mnie Twój komentarz cieszy. Dziękuję za kliki i nominację!

 

to co to by była za beta wtedy? Bezsens.

No niekoniecznie bezsens. Ukazanie jak wyglądała praca nad tekstem, zanim autor uznał go za ukończony i gotowy.

Biorąc pod uwagę zarzuty o stopień ingerencji osób trzecich, byłoby to jakieś rozwiązanie.

I tak nic nie zrobisz – #brajtoza.

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

przecież sama nazwa Beta mówi, że te komentarze nie powinny być dla wszystkich widoczne. Żeby nie robić offtopu tutaj, to jest wątek w Hyde, kochani.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Żeby nie było, że to przeciw Tobie, Wiktorio. Mam nadzieję, że teraz dotarło.

Klik

Mam nadzieję, Rybaku, że nie jest to klik pocieszenia. Biblioteka jest miejscem na teksty udane, więc tylko takie powinno być kryterium kierowania do niej opowiadań.

I takie jest.

Ile razy mam mówić, że to nie chodzi o Ciebie????? Myślałem, że to było dla Ciebie jasne już w momencie, w którym usunąłem swoje opko z konkursu!

Ale ja to rozumiem. Po prostu nie zgadzam się z Twoimi postulatami i ubolewam nad Twoją decyzją o wycofaniu.

Znaczy co, przywrócić???? 8/

Twoja wola, Rybaku, to Twój tekst i do Ciebie należy dysponowanie nim. Ja jedynie chętnie stanę z Tobą w szranki w tym samym konkursie.

Znaczy – jednak przywrócić…. Pomyślę. Gdyby to kto inny napisał, to bym olał, ale Ty jedna miałaś do tego sprawcze prawo ;)

O rany. Tyle słów i ani jednego odniesienia do moich uwag…

Znaczy – jednak przywrócić…

A może zamiast zmieniać front co pięć minut wziąłbyś oddech i przemyślał sobie całą tę awanturę na spokojnie, rybaku? Zapoznał się z argumentami opozycji i zastanowił, dlaczego tyle osób ma inne poglądy niż ty? Opowiadanie to naprawdę sprawa drugorzędna przy całej tej awanturze :)

Blacktomie, uwagi, z którymi się zgodziłam, zostały uwzględnione w poprawkach i bardzo ślicznie Ci za nie dziękuję! :)

Opowiadanie to naprawdę sprawa drugorzędna

No dzięki. :< :DDDD

No dzięki. :< :DDDD

Miałam raczej na myśli byt albo niebyt opowiadania rybakowego. Tu trzeba najpierw uspokoić awanturę, może się ciut poprzepraszać czy przemyśleć sobie pewne sprawy, i dopiero potem wrócić do zabawy w konkursie, inaczej kwas będzie się ciągnął na długo.

Wiktorio, dzięki za jasność w temacie. Kam, niepotrzebne pouczenia;)

Teraz poczułem że miszyn jest komplit :)

Mocne i w pewien sposób straszne. 

Nie przepadam za tekstami bazującymi na realnych problemach politycznych (bardziej pod tym kątem na to patrzę, niż pod kątem społecznym). Wolę wszelkie -topie bardziej odrealnione, odleglejsze, albo może raczej mocniej obudowane fantastyką (czuję, że się zaplątałam – nie wiem, czy jasno się wyrażam). A jednak jest tu coś, co nie pozwoliło mi się od tekstu oderwać. 

Za niepodważalny atut uznaję to, że nie stoisz jednoznacznie na żadnym stanowisku, nie próbujesz zasugerować czytelnikowi, czyje zdanie i czyje przekonania są tymi właściwymi. Pokazujesz je tylko. To oczywiście moje subiektywne odczucie – ja tak to widzę. 

Nie powiem, że przyjemna lektura, bo była niepokojąca, ale z pewnością zapadająca w pamięć.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A mnie nie zachwyciło.

 

Po pierwsze, nie podoba mi się ani przedstawione przez Ciebie superpaństwo, ani poglądy Nortona, stąd nie mogłem się utożsamić z żadną ze stron. Być może taki był Twój zamysł, ale jednak czyni to lekturę nieco cięższą.

Poza tym cała historia jest dosyć prosta i gdyby odrzeć ją z odniesień do współczesności, wyjdzie po prostu Orwellowski “Rok 1984”, tylko krótszy i przez to bardziej ubogi. Mamy te same elementy: wyższa klasa i prole (wykluczeni), antysystemowiec i pisany przez niego niepokorny tekst, który zostaje odkryty, na koniec spełnienie najgorszego koszmaru i “pokochanie Wielkiego Brata” (w przypadku Nortona przynajmniej werbalne).

Norton różni się od Winstona Smitha jak sądzę tym, że nie sprzeciwia się po prostu systemowi, ale próbuje też budować zaczątki własnej ideologii. Ale, doprawdy, ideolog z niego godny pożałowania. Ledwie przychodzą pierwsze prześladowania, a on, zamiast się zradykalizować, łamie się po zaledwie paru miesiącach.

Reasumując więc, skrajnie nie podobał mi się główny bohater, a i fabuła mogłaby wejść na trochę wyższy stopień komplikacji (może nieco bardziej rozbudowany konflikt ideologiczny, a nie tylko: pomagać biednym, czy nie pomagać?). Sądzę jednak, że wszystko to może wynikać z tego, że Twój plan na to opowiadanie po prostu rozminął się z moimi oczekiwaniami, bo, jak widać, powyższe uwagi są bardzo subiektywne.

 

Nie oznacza to jednak, że opowiadanie całkiem mi się nie podobało. Co to, to nie ;)

Oczywiście świetny język i warsztat, ale tego chyba nie trzeba Ci pisać. Poza tym bardzo mi przypadł do gustu pomysł z interaktywnym tekstem, choć obawiam się, że mogło by to być trudne do wydrukowania :D

Na plus też przewrotne wykorzystanie motywu odzyskiwania twarzy. Norton wprawdzie odzyskuje ją w oczach społeczeństwa, ale w swoich chyba ją traci.

 

Tak więc nie mogę stwierdzić, by przeczytanie “#prayfornorton” nie było przyjemnym spędzeniem czasu, ale jednak poczułem na końcu spory niedosyt ;)

Dobrze piszesz, tekst czyta się gładko i człowiek nie ma chęci odrywać się od niego.

 

Wizja niesamowita i przerażająca. Szczerze mówiąc bardziej przerażająca niż ta orwellowska, bo w “Roku 1984” był dużo bardziej widoczny system i choć ludzie się na niego zgadzali, to robili to bardziej ze strachu, niż z przekonania. W twojej opowieści system jest dobrze ukryty, nieoczywisty, a krzywdę robimy sobie sami. Z czymś takim o wiele trudniej walczyć i w ogóle zauważyć, że coś jest nie tak.

 

Problem osób wykluczonych widzę jako osobny wątek. Pokazujesz do czego może doprowadzić wirtualna “demokracja”, ci ludzie praktycznie nie istnieją, więc nikt się nimi nie przejmuje. Duży plus za to, że nie opowiadziałaś się po żadnej ze stron. Gdybyś to zrobiła, wyszłaby pewnie propaganda. A tak twój tekst zmusza do zastanowienia się także nad własnymi przekonaniami. Któż z nas nie myśli czasami jak @Thadaus Kretschmer.

 

Reasumując, bardzo mi się podobało, świetny tekst.

@Śniąca, witam na pokładzie! 

Masz rację, że tekst jest dość “aktualny” jeżeli chodzi o pewien aspekt polityki tak polskiej, jak i europejskiej. Ostatnio nawet na tej aktualności zyskał (a opowiadanie pisałam od dość dawna, więc chyba silne poparcie z góry :D). Cieszę się, że uznałaś opowiadanie za zapadające w pamięć. Przepraszam, nie chciałam Cię straszyć!

No, może troszeczkę.

 

@ Światowiderze, 

alleluja, już zaczynałam się obawiać! :D Jak coś jest dobre do wszystkiego, to tak naprawdę jest do niczego.

Nie zgodzę się jednak z Twoim twierdzeniem, że tekst jest prostym odarciem Orwella ze współczesnych ozdobników. Nie chcę jednak nasuwać Ci Jedynej Słusznej Interpretacji, dlatego nie powiem, dlaczego tak sądzę. W tekście znajduje się kilka wskazówek, które po zebraniu do kupy mogą rzucić trochę światła na to, co określiłeś Wielkim Bratem. ;)

Druku tutaj nie przewiduję, ale miło mi, że moja innowacja w domu i zagrodzie przypadła Ci do gustu! :) 

 

@Irko, bardzo dziękuję Ci za wizytę i bardzo cieszę się, że poczułaś się zmuszona do zrewidowania poglądów. Widzę, że nie jesteś pierwszą osobą, która przywołuje tu Orwella – choć ja bardziej widziałabym na miejscu punktu odniesienia Huxleya, z pewnego drobnego powodu. :) 

Cieszę się, że tekst Ci się spodobał i zapraszam zerknięcia na kolejne moje opowiadania. :)

A ja wpadam tylko na moment, by pochwalić Wiktorię za sumienność i świetną robotę, którą wykonała przy tym tekście. Samodzielnie.

Gdy przyjdzie odpowiedni moment, wydam również hrabiowską opinię.

 

Ach… No i jako beta od linka pragnę raz jeszcze potwierdzić – TAK, LINK DZIAŁA. NIE MA ŻADNYCH ŚMIECI! XD

Narobiłem się przy klikaniu w tę “opinię”, ale to dobrze, jeśli dzięki temu uczyniłem tekst lepszym. Zasługiwał na to :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

@Ależ Hrabio, 

nie bądź taki skromny w swoich zasługach – oprócz sprawdzenia linków (co uczyniłeś nonszalancko i z wielkim wdziękiem) wskazałeś mi szesnaście uwag co do pisowni (w tym: ze cztery powtórzenia, dwie nieodmienione końcówki, kilka niegramotnych sformułowań, jedna literówka), z czego trzy pozwoliłam sobie zignorować (no przepraszam :<). Za wszystkie Ci z osobna dziękuję! 

Pierdoły, które i tak nie podbiły immersji tak bardzo, jak ten jeden dokument ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bardzo ciekawie napisane, ładnie wykorzystujesz te różne komunikatory czy inne sieciowe gadżety. Wciąga całkiem całkiem, choć na dobrą sprawę jest to po prostu wariant antyutopii z dość szablonową fabułą dla tego gatunku, jeśli ją odrzeć z ozdobników czy konkretnych realiów. Ale narracja, styl i właśnie szczegóły robią ten tekst.

Aha i nie bardzo rozumiem, dlaczego Wiktoria nie miałaby być zdolna do wymyślenia czy też napisania tego świata. Po shitstormie, jaki się wokół tego opowiadania rozpętał, spodziewałam się tematyki kompletnie odległej od potencjalnych doświadczeń/kompetencji Autorki – co zresztą też nie uzasadniałoby zarzutów, bo dobry risercz czyni cuda.

 

(…)Przede wszystkim zaś sądzę,

Tu i dalej spacja po nawiasie, bo to nie zwykły wielokropek.

 

codzienny obchód po parku

A nie po prostu parku?

 

Chyba…chyba tak

Spacja po trzykropku (tylko na początku urwanego zdania bez spacji, tu należy on do tego pierwszego członu)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Rewelacja :)!

Ech, żeby tak w “NF” takie teksty… Bo to polityka (prawie współczesna), ale bez topornego wskazywania palcem, jak wiadomo gdzie. Pięknie pokazałaś plusy i minusy obu podejść – “rozdawniczosocjalnego” i “brutalnosamodzielnego” (zwanych kiedyś komunizmem i kapitalizmem). Choć niektóre porównania może przeszarżowane, łykam :).

Każdy niech zdecyduje, która wizja jest mu bliższa.

O technice i warsztacie nie ma co pisać – klasa! Piórko przyznać proszę, niech _mc_ przeczyta, jakie teksty powinien puszczać :).

Dobra, dość tej cysterny miodu, jeszcze kropeleczka dziegciu, czyli marudzenie dziadygi:

– “Wbiegł po schodach katedry, z ulgą nurkując w jej gładkiej ciszy” – wolałbym – “w jej gładką ciszę”;

– “coltem czterdziestką piątką dzierżonym przez pewną rękę mundurowego” – a nie “w pewnej ręce”?;

– “Norton z łagodną łaskawością” – zdążę przed Tarniną ;) – to “ła – ła” trochę skrzypi;

– “Miał szczupłą, ascetyczną twarz (…). Był szczupły” – nie za dużo tej szczupłości? może “pociągłą twarz”?;

– “horror medyczny puszczony na wspak” – tu chyba “na” jest niepotrzebne – “puszczony wspak”;

– “błysnął w uśmiechu garniturem zębów” – a tu zdaje mi się, że w tym kontekście “garnitur” powinien być dookreślony, np. “śnieżnobiałym garniturem”.

 

W każdym razie – wspaniałe opowiadanie! Życzę sobie takich więcej :)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Bardzo udane opko w szczególności jeżeli chodzi o zamysł świata i jego odniesienie do współczesności. Nie brakuje tutaj też teorii społecznych w kontekście państwa. Konstrukcja również bardzo dobra i o niebo lepsza od pierwotnej – dalej pamiętam te sformułowania w narracji, podpatrzone u narratora z dokumentu przyrodniczego ;)

Aczkolwiek jedna drobnostka dalej mnie nie przekonuje, a mianowicie dramat głównego bohatera. Jego nie do końca zagospodarowana warstwa emocjonalna… To kwestia wrażliwości i moich osobistych preferencji, więc nie ma się co czepiać :)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

Mój komentarz może być trochę… specyficzny.

Przyjmij go więc z lekkim przymrużeniem oka.

Opowiadanie czytało mi się… dziwnie. Dziwnie dlatego, bo też wybrałaś temat, który wybitnie mi nie leży. Taka wizja świata, im bardziej realna i prawdopodobna, tym mocniej dla mnie odpychająca. Nie jest to żaden zarzut. Raczej podkreślenie, że piszesz o sprawach, od których staram się zwykle trzymać z daleka… a i tak mnie “wciągnęłaś”.

I nie wiem, dlaczego. :)

Mimo wspomnianej awersji do tematyki tekstu, każde kolejne zdanie tego opowiadania utwierdzało mnie w przekonaniu, że absolutnie trzeba je przeczytać. “Trzeba” nie oznacza w tym przypadku żadnej formy przymusu.

Raczej ciekawość wbrew woli. :)

Dobra. Do rzeczy.

Napisałaś bardzo fajne opowiadanie. O wykonaniu było już dużo w poprzednich komentarzach. Nic nowego tu nie napiszę. Zwrócę za to uwagę na pewne szczegóły. Te drobiazgi, jak klikalne odnośniki czy nawet te krótkie komentarze użytkowników uważam za sporą wartość dodaną. Można je nazwać mało istotnymi szczegółami. Ale spróbuj je tylko wyrzucić, a wraz z nimi zniknie część klimatu (chociaż może to tylko moje odczucie).

Obraz świata w Twoim opowiadaniu można przyjąć, polemizować z poszczególnymi elementami, albo całkowicie zakwestionować. Ale każdy z tych wariantów jest dobry. Dlaczego? Bo tekst zmusił czytelnika do refleksji.

Słowem, bardzo dobre opowiadanie.

Ale tematyka dalej mnie odpycha. :)

 

“raport Reese” – Reese’a

 

„…z miejsca wtapiając się w uliczny chaos ruchów Browna.” – Coś tu jest nie tak. Ruchy Browna nie mają ulicznego chaosu. Ale w ulicznych ruchach Browna może panować chaos.

 

„Hologram Philippe Chevareza z Biura Analiz Chasebooka obruszył się.” – Philippe’a

 

„…bezszelestnie wślizgnął się do środka…” – dopiero co się wślizgiwał do budynku, powtórzenie

 

„Dwadzieścia siedem tysięcy osób. Nawet ich nie znam.

Ale chciałeś ich nawracać – syknęło coś jadowicie z tyłu jego głowy. Ręce drżały mu, jakby w pół dnia nabawił się zaawansowanego zespołu Parkinsona. Od rana nic nie jadł. Próbował, ale ściśnięty ze stresu żołądek wywracał się na drugą stronę.

– Oni nawet nie chcą mnie wysłuchać – szepnął.”

 

„Tam były wszystkie jego pasje. Historia chorobowa. Droga życia. W terminalu było wszystko, czego potrzebował, by poruszać się po świecie…”

 

„W głowie szumiało mu, jakby miał tam dobrze prosperujący młyn wodny. – Nie wiem. Sam już nie wiem.

– Aha. No to niedobrze – odparła…”

 

„Opuścił wzrok na swoje ręce; drżały lekko, za paznokciami miał głęboko wżarte półksiężyce brudu. Dopiero teraz dostrzegł, jak bardzo schudły.” – Czepialstwo, ale: brzmi to trochę tak, jakby to paznokcie schudły, albo ewentualnie półksiężyce, dopiero trzecim typem są ręce.

 

„Odetchnął ciężko. Granice [+jego] pola widzenia nagle wykrzywiły się dziwnie, jak gdyby zamiast ludzkich oczu miał rybie ślepia.”

 

„– Chyba…chyba tak” – brak spacji po wielokropku

 

„Zamazany kształt pochylił się nad nim; zmrużył oczy, by sylwetka nabrała ostrości.” – To brzmi tak, jakby to kształt zmrużył oczy, a nie bohater.

 

„– Przecież ci mówiłem, że to byłoby nieetyczne. – Inspektor Aiden Reese uśmiechnął się i strzelił.”

Przyznam, że umyka mi tutaj coś. Pod jakim pretekstem/zarzutem policja robi obławy i wybija ludzi, którzy nic nie robią, tylko kryją się w blokach? Gdyby odławiali ich np. za kradzieże czy zakłócanie spokoju i porządku publicznego, cokolwiek, ale tak, w blokach? Za co?

 

„…uprzednio rozścieliwszy liturgiczną komżę.” – A czy są nieliturgiczne komże?

 

„chodzić może o inspektora Aidena Reese…” – Reese’a

 

„Możesz to uznać za indoktrynację[-,] albo nawet pranie mózgu…”

 

„I jeszcze, że… – Aiden zawahał się – kolor liści opadających jesienią z drzew jest bardzo piękny.” – W takiej sytuacji albo wielokropek z obu stron wtrącenia opisowego, albo z żadnej.

 

„Inspektor Reese, nim wyszedł, bez słowa wskazał fotografię. Doktor Jean Levin jeszcze długo obserwował je w samotności…” – Skoro fotografię, to ją obserwował, a nie je.

 

 

Mam lekki problem z tym tekstem. Od początku czytałam z wielkim zainteresowaniem (lubię takie socjo rozważania), jednak pogubiłam się trochę pod koniec. Chyba wiem, o co chodzi, co chciałaś pokazać, ale do końca nie jestem pewna. Rozwiązanie mimo wszystko wydaje mi się trochę za proste, zbyt linearne, w stosunku do tego, co miałam nadzieję dostać, czytając. Niemniej wszystko jest opakowane w miodną, płynną narrację, a o bohaterze – choć nie wzbudza sympatii – i tak w jakiś sposób przyjemnie, z ciekawością się czyta. Fajnie, niejednoznacznie, niepokojąco jest skonstruowany Reese. Oczywiście sam świat, społeczeństwo są oddane troszkę schematycznie, ale w sposób zupełnie wystarczający do tego, by sobie to wszystko wyobrazić. I się nieco przestraszyć. Niby nie ma tu nic nowego, a jednak pozwala na nowo zadumać się nad pewnymi zjawiskami. No, podsumowując, podobało mi się ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No, Rybak Ci taką reklamę zrobił, że strasznie podbił oczekiwania.

Tekst nie dorasta do tego wczorajszego gówienkowego tornada, ale i tak jest dobry.

Fajne zagranie z aktywnymi linkami.

Interesujący świat. Tym ciekawszy, że jakoś dziwnie podobny do naszego internetowego. Lajki i dyslajki… Ile osób wzięło udział w dyskusji, nie przeczytawszy w ogóle opowiadania?

Sama dystopia nie wyróżnia się może niczym szczególnym, ale spodobało mi się wykorzystanie efektu voodoo.

W ogóle ładnie wplatasz różne motywy – tu voodoo, tam apoptoza i porównanie do komórek. Bogaty świat, widać, że jest przemyślany.

Nawet świątynia już nie jest azylem jak kiedyś. Symptomatyczne, jak sądzę.

Ciekawe, kiedy demokracja przestanie się sprawdzać.

Babska logika rządzi!

Dobrze mi się czytało :)

Znam tylko pięć liter ;)

@Drakaino, witam na pokładzie! 

Cieszę się, że poczułaś się wciągnięta. ;) Aczkolwiek ośmielę się nie zgodzić się z założeniem, że jest to “dobrą sprawę jest to po prostu wariant antyutopii z dość szablonową fabułą dla tego gatunku”. Opowiadanie zawiera dwie równoważne, choć skrajnie przeciwne ścieżki interpretacji i na dobrą sprawę jego zaklasyfikowanie do wspomnianego gatunku jest dyskusyjne. Uwagi i reakcje komentujących pokazują, że moja intencja została właściwie odebrana, więc pozwolę sobie stwierdzić, że aż tak szablonowo jednak nie było. ;)

Dziękuję za poprawki, uwzględnię je po zakończeniu konkursu, żeby było sprawiedliwie. A przede wszystkim dziękuję za wyrazy wiary w moje autorstwo tekstu! <3

 

@ Panie Starszy, 

Bardzo Ci dziękuję za wizytę, niesamowicie schlebiłeś mi stwierdzeniem, że opowiadanie miałoby potencjał, by znaleźć się w druku. :) Cieszę się, że moja idea do Ciebie dotarła. Chętnie przytulę marudzenie dziadygi – uwzględnię je w należnym czasie (borze szumiący, dlaczego ja tych baboli sama nie widzę? :C)

“W każdym razie – wspaniałe opowiadanie! Życzę sobie takich więcej :)!” – Zobaczymy, co da się zrobić!

PS. Dzięki za nominację do pióra. ;)

 

@Blacktomie – raz jeszcze bardzo dziękuję Ci za pomoc i cieszę się, że wizja wykreowanego świata do Ciebie przemówiła. Masz rację, ze ładunek emocjonalny Nortona mógł być lepiej wyeksploatowany, ale chyba nie mam na to dobrego usprawiedliwienia – tak się napisało i już. Postaram się następnym razem o lepszą realizację. :D

 

@CM, cześć!

Bardzo dziękuję Ci za wizytę. Twój komentarz bardzo mnie uszczęśliwił, właśnie z uwagi na stwierdzenie, że nie jest to Twoja ulubiona tematyka. Entuzjastyczne podejście i zaufanie do świata wykreowanego w lubianej konwencji nie jest niczym dziwnym – natomiast jeżeli udało mi się Cię “zmusić” do przeczytania czegoś, czego normalnie nie tykasz, to czuję się dumna. Twoje odczucia są doskonale zbieżne z tym, co chciałam wywołać, więc mission completed. :D

Fajnie, że spodobały Ci się moje ozdobniki (i że do nich zajrzałeś!) i całokształt zmusił Cię do refleksji. ;)

 

@Joseheim!

Dzięki za łapankę (boziu, czy ja jestem ślepa? :<), uwzględnię ją po zakończeniu konkursu. Cieszę się, że tekst Cię zainteresował i że nie jesteś pewna jego ostatecznej interpretacji, ponieważ może być co najmniej dwojaka. ;) Na tle poruszanych w tekście motywów – głównie tych “komórkowych” – zakończenie nie mogło być inne. Cieszy mnie, że Twoją uwagę przykuł Reese, bo mimo drugoplanowości był tu dla mnie bardzo ważny.

Dziękuję Ci za pozytywny komentarz i nominację. :)

 

@Finklo!

Przyznam, że to ekskrementornado było mi potrzebne jak łysemu fryzjer i obawiałam się, czy właśnie nie narzuci tutaj przeświadczenia, że oto prezentuję czarnego konia do nagrody Hugo, bo to wymagania chyba trochę na wyrost. Ale cieszę się, że opowiadanie Ci się podobało i doceniłaś budowę świata oraz zawartą w nim dystopię, mimo że pozwolę sobie nie zgodzić się z jedną z Twoich refleksji. ;) No ale niech hasztag broni się sam!

Bardzo dziękuję Ci za nominację. :)

 

@Anet

Cała przyjemność po mojej stronie!

Z którą, z którą? ;-)

Babska logika rządzi!

Psssst, nie mogę powiedzieć, bo mi fejsbuka za próby indoktrynacji zabiorą! ;)

Wiktorze, wyobraźnia podpowiedziała Ci okropną wizję. A może tylko pokazałaś rzeczywistość odbitą w szczególnym zwierciadle… Jak by na to nie patrzeć, opowiadanie jest wyjątkowo zacne, porusza problemy ważne współcześnie ale też, jak się okazuje, szczególnie istotne w opisanym świecie przyszłości. Z przyjemnością dołączam do grona czytelników, szalenie usatysfakcjonowanych lekturą Twojego dzieła.

 

pod­su­wa­jąc Nor­to­no­wi ar­kusz e–pa­pie­ru. –> …pod­su­wa­jąc Nor­to­no­wi ar­kusz e-pa­pie­ru.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Star­sza pani o fry­zu­rze ka­la­fio­ra uśmiech­nę­ła się… –> A jaką fryzurę ma kalafior?

 

fi­zjo­te­ra­peu­tycz­ny eg­zosz­kie­let skry­ty pod war­stwą ubrań. –> …fi­zjo­te­ra­peu­tycz­ny eg­zosz­kie­let skry­ty pod war­stwą ubrania.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie, to ubranie.

 

pierw­sze­go w epoce post–in­du­strial­nej… –> …pierw­sze­go w epoce postin­du­strial­nej

 

Pot za­le­wał mu oczy i sło­ny­mi struż­ka­mi spły­wał na plecy… –> W jaki sposób pot, zalawszy oczy, mógł jeszcze spływać na plecy?

 

Rześ­kie po­wie­trze prze­sy­ca­ła woń doj­rza­łej fre­zji. –> Czy tu aby nie miało być: Rześ­kie po­wie­trze prze­sy­ca­ła woń rozkwitłych fre­zji.

 

na wa­ka­cjach w dys­tryk­cie Sp–04. –> …na wa­ka­cjach w dys­tryk­cie Sp-04.

 

ob­szar De–S/02 for­mal­nie na­zy­wa­no Dre­znem. –> …ob­szar De-S/02 for­mal­nie na­zy­wa­no Dre­znem.

 

Nawet nie chciało mu się sprawdzać, czy Sara chciała z nim porozmawiać. –> Powtórzenie.

 

bransoletka nie była mu już do niczego potrzebna. Sto czternaście razy odrzucił połączenia od matki. Nawet nie chciało mu się sprawdzać, czy Sara chciała z nim porozmawiać.

Pisał.

Wstawał w południe i pisał, dopóki starczało mu sił, a potem leżał w ciemności, wsłuchany w e-szept cyfrowej dżungli.

Departament oddał mu wiele, tak naprawdę nie oddając mu nic. Zwrócono mu status obywatelski, którym się brzydził, dostęp do Netu, którego nie chciał, i rodzinę, którą wypchnął za drzwi nowego domu. Nie oddał mu tylko imienia… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Nie od­po­wie­dzia­łeś na moje py­ta­nie – po­wie­dział in­spek­tor… –> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przybywam trochę wcześniej, niż zamierzałem, ale tylko dlatego, że palec mi się omsknął i zamiast dodać do kolejki, oznaczyłem jako przeczytane. XD

Opowiadanie pamiętam z jakiejś wcześniejszej wersji i przyznam, że odwaliłaś kawał dobrej roboty. Poza właściwie szkieletem wydarzeń zabrałaś się za historię na nowo i bardzo dobrze jej to zrobiło. Jeśli dobrze pamiętam, tekst jest też chyba krótszy – w tym przypadku uważam to za plus.

I cóż mogę rzec? Socjo SF w całkiem upiornym wydaniu. Ktoś w komentarzach porównał opowiadanie do “1984” i nie sposób nie przyznać tutaj racji. Dzieło Orwella wypada może lepiej pod kątem prezentowania zgubnych idei, ale umówmy się, że nie sposób konkurować z objętością powieści. Udało Ci się jednak, mimo skromnego w porównaniu metrażu, zarysować kapitalizm i socjalizm w taki sposób, że refleksja na temat zgubności skrajnych postaw nasuwa się naturalnie. Co mi się tu jednak najbardziej podobało, to doskonałe wykorzystanie potęgi współczesnych social mediów i całej tej otoczki, która z roku na rok narasta i kto wie, do czego może doprowadzić niebawem. Snujesz swoją wizję w bardzo przekonujący sposób – mnie to w każdym razie kupiło. Pokusiłbym się tu nawet o stwierdzenie, że wychodzi Ci to lepiej niż Orwellowi – jego dzieło powstało już jednak lata temu i pewnych rozwiązań technologicznych nie mógł przewidzieć (choć podobno plany stworzenia Internetu i odciągnięcia ludzkości od siania nienawiści zrodziły się wkrótce po 2WŚ).

I niby na przestrzeni znaków niewiele się dzieje, a jednak nie idzie się od czytania oderwać. Mnie o to przede wszystkim w czytaniu chodzi – o dobrą zabawę, o miłe spędzenie czasu. Jeśli nawet są tu jakieś wady, które ktoś znający się na rzeczy potrafiłby wytknąć, to nie czuję potrzeby ich poznawania, bo IMO zostały zamarkowane bardzo dobrze.

No i nie wiedziałem, że można wstawiać do tekstu linki! Super sprawa, świetnie wzbogaciły całość. Szczerze mówiąc, sam zastanawiałem się kiedyś nad takim rozwiązaniem, ale wypadło mi z głowy, żeby sprawdzić. Dobrze wiedzieć!

@Reg!

Bardzo się cieszę, że moja wizja, w której dostrzegłaś poniekąd odbicie świata nam znanego, zdobyła Twoje uznanie. :) Usterki poprawę, gdy beryl pozwoli, żeby było sprawiedliwie. Cholera, znowu to “ubranie”, ja to się nigdy nie nauczę…

 

@Jasnostronny,

Życzę Ci w takim razie permanentnego delirium tremens z silnymi objawami drgawkowymi, coby te palce zawsze tak się ześlizgiwały… Nie, tak naprawdę to nie, nikomu nie wolno życzyć delirium (to w końcu potworne skutki odstawienia alkoholu, co implikuje jasny wniosek, że alkoholu odstawiać nie należy).

Cieszę się, że opowiadanie Ci się podobało (masz rację, nowa iteracja wyszła chudsza nawet z tymi ozdobnikami, co też uważam za plus. ;)). Ostatecznie położyłam też nacisk na uwypuklenie trochę innych elementów, które, co mnie zresztą bardzo satysfakcjonuje, zauważyłeś. Samym sformułowaniem “lepiej niż Orwellowi” załatwiłeś mi już migotanie przedsionków na ten wieczór.

A z linkami – widzisz, też nie wiedziałam! Niewiele brakowało, żeby szatański plan runął, ale na szczęście z pomocą przybył mi bohaterski Arnubis (bohaterski Beryl wykazywał w tym czasie gotowość operacyjną). Fajnie, że Ci się podobały! I absolutnie nienachalnie zwrócę Twoją uwagę na logo – prawda, że ładne? Ładne? Ładne??! 

Dzięki raz jeszcze. <3

Cholera, znowu to “ubranie”, ja to się nigdy nie nauczę…

Może daj sobie spokój z ubraniami… Zostaw tylko tę czerwoną sukienkę. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Okrutnicy, buty byście chociaż zostawili… :D Autora tu w kapciach puszczą.

Ładne! Czyżby autorskie dzieło? ;)

Istotnie, puszczą w kapciach nie uchodzi, to już miej te buty. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A gdzie tam, ja prostej kreski nie postawię w sposób estetyczny. Jak zaznaczyłam w przedmowie, logo wykonała (cierpliwie znosząc moje marudzenia, stękania i “– Daj te skrzydła na dół, będzie wyglądało jak młot!”) panna Dominika Mirko. Podlinkowałabym portfolio, ale skromna bestia na razie się w internetach nie chwali.

Wiktorio, szczerze gratuluję napisania tak bardzo dopracowanego opowiadania, zdecydowanie doceniam autorów, którzy szanują swoich czytelników. Nie wydaje mi się, żeby tekst był szczególnie innowacyjny pod względem fabuły i świata przedstawionego, co nie zmienia faktu, że nie uznaję podobieństw do innych pełnokrwistych science fiction za istotną wadę.

 

Decyzja stronnictwa Mendozy zepchnęła na skraj ubóstwa przeszło czterdzieści milionów ludzi, stawiając ich tym samym w stanie zagrożenia życia.

Ale za to jak wspaniale musieli zmniejszyć inflację ;)

 

Nie podoba mi się za to sposób w jaki przedstawiłaś zwolenników teorii cellularystycznej. Główny bohater zostaje uznany za winnego min. przez przygrubą Brigitte Delacroix (typowy obraz nikczemnego, brzuchatego kapitalisty) oraz Jeffa, bezdusznego sportsmena (czyt. przedstawiciela klasy wyzyskującej w XXI wieku). Na deser pozostaje nam Lavin oraz Reese, czyli duet psychopaty z sadystą. Jak dla mnie ta sytuacja została przedstawiona w trochę za bardzo jednowymiarowej formie, a przecież zło rzadko bywa tak oczywiste.

 

WINNY (przesuń w lewo) | NIEWINNY (przesuń w prawo)

 

Pewnie kojarzysz posty z facebook-a z obrazkami pudełek, podpisane “kliknij, żeby zobaczyć co jest w środku”? No cóż, nie powiem ile razy sprawdzałem, czy ta część opowiadania również nie jest interaktywna ;)

Bardzo dobry tekst socjo SF. Z właściwie uwypuklonymi elementami, przed którymi ostrzegasz. “Rok 1984” sam się nasuwa, zwłaszcza porównując końcówkę losów Winstona z Nortonem ;) Odrzucenie, “resocjalizacja”, potem powrót już jako “pachołek” rządu.

Sama treść jest więc dobrze przemyślana i zapodana, ale forma wzbudza mój największy zachwyt. Dobry pomysł z motywami interaktywnymi. Jeszcze lepsze prezentowanie fragmentów dzieł Nortona oraz komentarzy pod tekstem. To daje zawsze poczucie, że świat żyje i reaguje na działania postaci.

Tak więc i forma, i treść bardzo dobrze tutaj współgrają, tworząc silnie emocjonalny tekst. Parę niedociągnięć też się znajdzie – wrogowie Nortona reprezentujący system są przedstawieni w mocnych kolorach czerni, niczym O’Brien. Wiadomo – nie mają wzbudzać sympatii. Jednak mniej sadystyczni strażnicy systemu mogliby podbić jego powszechność. Obrońcami nie byliby wytypowani psychopaci, ale ludzie z sąsiedztwa. Małe to jednak niedociągnięcie, graniczące raczej z upodobaniem niż faktyczną wadą.

Podsumowując: w treści nienowy, ale zaserwowany naprawdę pomysłowo koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zaznaczam z góry, że to będzie mój jedyny post tutaj.

 OPINIA nr 189-67/04/05

Wiktorio – niską podatność na stres? Czy jednak odporność? Pójdę dalej i zobaczę.

podsuniętą tubkę

Chyba lepiej by było: podsuniętą mu tubkę.

 wycisnął na złączone nadgarstki obfitą strugę żelu

Hmm, "obfita struga" jakoś dziwnie brzmi, zwłaszcza w połączeniu z żelem. Ale możesz uznać, że się czepiam.

 wypluł treść kilku dokumentów

W przypadku drukarki byłoby to obrazowe, ale na wyświetlaczu?

 Zamknąć pysk w porę to też

Zamknąć pysk w porę, to też.

 powinno ustalić jego wyrok

Nie wiem, jakoś mi to nie brzmi.

 Widowiskowym ruchem

Czyli?

 Nikt nie powstrzymał go, kiedy odebrał

Dałabym raczej: odbierał – bo tak wygląda, jakby najpierw odebrał, a potem miał być powstrzymywany.

 uliczny chaos ruchów Browna

Wiem, o co chodzi, ale troszkę mętne.

 o fryzurze kalafiora

Od kiedy kalafiory mają włosy? :)

 nadmiernie sztywna sylwetka

Hmm.

ze wzorem wirującej Andromedy.

Hmm.

jak nadgorliwy dzięcioł

Jeszcze mają dzięcioły? (Przepraszam, nie bardzo dzisiaj lubię ludzkość.)

jakim odbyło się to kosztem

To odnotowanie, jak rozumiem?

 upadek obyczajności

Zwykle mówi się: upadek obyczajów.

 raziły ostrą, ordynarną czerwienią

Może dobrze by było to skondensować.

 Hologram Philippe Chevareza z Biura Analiz Chasebooka obruszył się.

Autonomicznie?

 wymownie wywrócił

Aliteracja.

 nieformalnie od dawna przeznaczone do rozbiórki

Nieformalnie?

 zdezelowane drzwi

W jaki sposób zdezelowane?

 żelazne embargo strefy offline

Potknęłam się, a szkoda, bo bardzo sensowne po bliższym przyjrzeniu.

najbardziej to myślą

Najbardziej, to myślą.

 ściśnięty ze stresu

Troszkę nie brzmi.

 A ty wysłuchałeś ich, Mesjaszu?

 przypiłowane paznokcie

Opiłowane.

 nie chcieli mieć już z nim nic więcej wspólnego

Naturalniej: nie chcieli już z nim mieć nic wspólnego.

 Historia chorobowa

Zwykle mówi się "historia chorób".

 równie szczery co pokerowy szuler

Napisałabym raczej: równie szczery, jak pokerowy szuler.

 wrażliwą twarz

Twarz mogła najwyżej zdradzać wrażliwość.

 ciasno zakrywszy

Hmm.

 kołdrą z syntetycznym pierzem

A nie "z pierza"?

wiedział to

Wiedział o tym.

 Aklamacją milczenia

Zdajesz sobie sprawę, że to oksymoron?

 Jedzenia jest nad podziw dużo, szczególnie w okolicach śródmiejskich parków i budek

Mimo ekologiczności i regulacji? Punkt dla Ciebie (serio, dobrze to rozegrałaś).

 miejska komunikacja,

Idiom: komunikacja miejska.

 obchód po parku

Obchód parku.

 odzianych w zbyt wiele czerni

Hmm.

 No to niedobrze

No, to niedobrze.

 grzebnęła

Hmm.

 łagodną łaskawością przystał na ten przejaw

Aliteracja.

 wyrzucił na wydechu

Jak wyżej.

dostępne tylko dla posiadaczy

Dostępne tylko posiadaczom.

 sztucznie uzupełnianych zmarszczkach

To brzmi trochę tak, jakby zmarszczki były dodawane – chyba nie to miałaś na myśli.

 W chwili zmian ustrojowych

Raczej: w czasie. Albo: kiedy wprowadzono nowy ustrój.

 jak nasiona cisu.

Znowu przyrodnicza metafora – normalnie bym się nie czepiała, ale przy tych kryształowych drzewach wydaje mi się to niespójne.

 Ty także mógłbyś, Norton.

Ech, coś tak czułam…

 naszprycowane z nanopodajników katecholaminami

Przeorganizowałabym: naszprycowane katecholaminami z nanopodajników.

 Czy życzysz sobie przygotować kąpiel?

Czyli: Czy przygotujesz kąpiel? Chyba nie w to celowałaś.

 czy Sara chciała

Chce – c.t.

 hipokampa

Hipokampu, jeśli się nie mylę.

 Pierwsza zasada katastrofy lotniczej: najpierw załóż własną maskę tlenową.

Tak, żeby nie dokładać ratownikom zbędnej pracy. Ale to jest spójne z Twoją antyutopią, więc gra idealnie.

 Czasami wciąż krwawił z nosa.

Wycięłabym "wciąż".

 wiedział, że był już październik

Jest – c.t.

 przerzucił się garścią korespondencji

Hmm.

 uiściła pokaźną sumę na konto Fundacji.

Raczej przelała – uiszcza się opłatę za coś.

czuł ukłucie wstydu, że rok wcześniej nazwał obiecującego pisarza skurwysynem.

Tu mnie zaskoczyłaś.

 wykonał profil

Dałabym raczej "przygotował", albo "opracował", ale to drobiazg.

 Nie my pierwsi rozpatrujemy społeczeństwo jako spójny organizm.

Ano, nie.

 przyjmowałeś się do służby

Nikt nie przyjmuje się sam – kiedy przyjmowano cię do służby, albo kiedy się zaciągałeś.

 zeschłe liście opadłe na jesień.

I kolejna przyrodnicza metafora, która pasuje, kurczę – tylko nie do świata przedstawionego, a do treści.

Wiktorio, brak mi słów. Po prostu.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Mimo że nie jestem fanem SF, a socjo SF tym bardziej, Twoje opowiadanie podobało mi się i uważam, że jest bardzo dobre.

W zasadzie nie mam się czego doczepić (nawet obawa przed zbyt wielką ilością informacji do przyswojenia, jaka zaczęła kiełkować w mojej głowie po kilku pierwszych linijkach lektury, okazała się bezpodstawną).

Jak już wspominano w komentarzach, bardzo dobrze skonstruowałaś świat wraz mechanizmami nim rządzącymi.

Podobało mi się obiektywne przedstawienie poglądów tak głównego bohatera, jak i tych “jedynie słusznych”. W żaden sposób nie czułem się popchnięty w stronę jednych czy drugich. Wydaje mi się, że takie czysto obiektywne podejście jest rzadko spotykane w dziełach fabularnych (jakiegokolwiek typu).

Nie zrozumiałem jednego – dlaczego Norton się zabił, skoro otrzymał możliwość powrotu na łono społeczeństwa? Czy coś mi umknęło?

 

Ciekawą kwestią jest bohater. Na pierwszy rzut oka zdawał się być stereotypowym wręcz, odważnym nonkonformistą walczącym z nieludzkim, brutalnym systemem. Im bardziej jednak wgłębiałem się w opowieść, im bardziej zapoznawałem z konfliktowymi światopoglądami, tym mniej oczywistą stawała się dla mnie ta postać. Kiedy wypchnięty poza margines społeczeństwa bohater gorliwie przyjął wyciągniętą dłoń systemu (ależ to pretensjonalnie zabrzmiało ;)), jego przemiana, ”odzyskanie twarzy”, wydała mi się w pierwszym momencie zbyt szybka i łatwa, nie pasująca do tej postaci i nierealistyczna. Potem zdałem sobie jednak sprawę, że taka przemiana nie pasowała tylko do mojego wyobrażenia takiej postaci, wyobrażenia opartego na stereotypie bojownika o wyższe cele. Natomiast przedstawiona w opowiadaniu reakcja bohatera jak najbardziej mogła mieć miejsce, ba, wydaje się nawet być tą najbardziej realistyczną opcją, a przynajmniej tą najbardziej “ludzką”…

IMO wszystko powyższe, jak również osobiste ustosunkowanie się czytelnika do poglądów Nortona sprawia, że bohater może wzbudzać bardzo zróżnicowane uczucia. No, zdecydowanie nie jest to postać prosta czy jednowymiarowa. :)

Takie mnie jakieś dzikie przemyślenia naszły, mam nadzieję, że nie namieszałem. ;)

 

Ciekawe, ile Mojżesz zebrałby dislajków, gdyby wrzucił Dekalog na swoją tablicę?

Ciekawe. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

@Krikosie, cześć i dziękuję za wizytę!

Szczerze dziękuję za uznanie dla pracy, która została włożona w napisanie tego tekstu (ewoluował od lipca, więc jest to definitywnie rzecz, w której dłubałam najdłużej). Ha, zaiste, inflacja musiała solidnie spaść, co poniekąd sugeruje także pewną innowacyjność koncepcji świata i przedstawionej tu fabuły (na tle powszechnie tworzonych dystopii).

Przyznam szczerze, że nie rozpatrywałam drugoplanowych bohaterów “tłumu” (Brigitte, Jeff, dziewczynka) w taki sposób, jak to ich opisujesz. Kolejny przykład na to, że interpretacje mogą niejednokrotnie zadziwić autora. :D Nie twierdzę też, że nie są słuszne; być może możecie widzieć tu więcej, niż ja sama widziałam.

“Duet psychopaty z sadystą” – czy te pejoratywne określenia naprawdę są pejoratywne? Obserwując zjawisko psychopatii, można dojść do ciekawych wniosków, że osoby o tym typie osobowości są stałym elementem populacji i mogą być potrzebni dla zbiorowości. Jeśli zrobią użytek z własnej nieprzydatności.

Wybacz za clickbait! :D

 

@NWM, witam!

Tak coś przeczuwałam, że forma przypadnie Ci do gustu, po przeczytaniu Twojego opowiadania plebiscytowego (gwoli ścisłości zaznaczę, że “Hasztag” dawno już kisił się na becie w aktualnej koncepcji, nim zagoniono mnie do czytania nominowanych tekstów). Lubię pewną dozę zabawy konwencją, zwłaszcza gdy doprowadza do złamania muru pomiędzy autorem a współczesnym mu czytelnikiem. Utwory klasyczne są fascynujące, ale ich forma podania nie przystaje do sposobu, w jaki aktualnie się komunikujemy, a ten tekst, co już zauważono, mimo osadzenia fabuły w przyszłości jest całkiem aktualny. Partia rządząca w ostatnich miesiącach postarała się nawet, żeby był bardziej. ;)

Nie zgodzę się jednak, że “obrońcy systemu” są tu jednowymiarowo czarni. Ja tam Reese’a widzę bardzo kolorowo. Właściwie to ja go tu najbardziej lubię. ;D

Dziękuję!

 

@Tarnino, 

 

@El Lobo de Sombrero Chica Chorizo Tequila Antonio Banderas El Muymalo, 

Bardzo Ci dziękuję za przeczytanie i komentarz. ;) Jeśli chodzi o przyczynę samobójstwa Nortona, jej wytłumaczenie jest ukryte pod wieloma biologicznymi smaczkami naprowadzającymi na trop fascynującego zjawiska, które warunkuje spójność naszego organizmu. Pozwolę więc sobie go nie wyjaśniać łopatologicznie i pozostawić do swobodnego przemyślenia. ;)

Cieszę się, że niejednoznaczność Nortona do Ciebie trafiła i nie została odebrana jako niedopracowanie postaci. Spodziewałam się tu swego rodzaju dyskusji światopoglądowej i zależałoby na tym, by czytelnik mógł opowiedzieć się za poglądami jednej ze stron. Jeszcze bardziej zaś zależało mi na tym, by tak naprawdę nie był w stanie jasno opowiedzieć się za żadną. Widzę, że misję wykonano. :D Bardzo Ci dziękuję, dzikie przemyślenia to dokładnie to, czego sobie tutaj życzyłam!

@Krikosie, cześć i dziękuję za wizytę!

Szczerze dziękuję za uznanie dla pracy, która została włożona w napisanie tego tekstu (ewoluował od lipca, więc jest to definitywnie rzecz, w której dłubałam najdłużej). Ha, zaiste, inflacja musiała solidnie spaść, co poniekąd sugeruje także pewną innowacyjność koncepcji świata i przedstawionej tu fabuły (na tle powszechnie tworzonych dystopii).

Przyznam szczerze, że nie rozpatrywałam drugoplanowych bohaterów “tłumu” (Brigitte, Jeff, dziewczynka) w taki sposób, jak to ich opisujesz. Kolejny przykład na to, że interpretacje mogą niejednokrotnie zadziwić autora. :D Nie twierdzę też, że nie są słuszne; być może możecie widzieć tu więcej, niż ja sama widziałam.

“Duet psychopaty z sadystą” – czy te pejoratywne określenia naprawdę są pejoratywne? Obserwując zjawisko psychopatii, można dojść do ciekawych wniosków, że osoby o tym typie osobowości są stałym elementem populacji i mogą być potrzebni dla zbiorowości. Jeśli zrobią użytek z własnej nieprzydatności.

Wybacz za clickbait! :D

 

@NWM, witam!

Tak coś przeczuwałam, że forma przypadnie Ci do gustu, po przeczytaniu Twojego opowiadania plebiscytowego (gwoli ścisłości zaznaczę, że “Hasztag” dawno już kisił się na becie w aktualnej koncepcji, nim zagoniono mnie do czytania nominowanych tekstów). Lubię pewną dozę zabawy konwencją, zwłaszcza gdy doprowadza do złamania muru pomiędzy autorem a współczesnym mu czytelnikiem. Utwory klasyczne są fascynujące, ale ich forma podania nie przystaje do sposobu, w jaki aktualnie się komunikujemy, a ten tekst, co już zauważono, mimo osadzenia fabuły w przyszłości jest całkiem aktualny. Partia rządząca w ostatnich miesiącach postarała się nawet, żeby był bardziej. ;)

Nie zgodzę się jednak, że “obrońcy systemu” są tu jednowymiarowo czarni. Ja tam Reese’a widzę bardzo kolorowo. Właściwie to ja go tu najbardziej lubię. ;D

Dziękuję!

 

@Tarnino, 

 

@El Lobo de Sombrero Chica Chorizo Tequila Antonio Banderas El Muymalo, 

Bardzo Ci dziękuję za przeczytanie i komentarz. ;) Jeśli chodzi o przyczynę samobójstwa Nortona, jej wytłumaczenie jest ukryte pod wieloma biologicznymi smaczkami naprowadzającymi na trop fascynującego zjawiska, które warunkuje spójność naszego organizmu. Pozwolę więc sobie go nie wyjaśniać łopatologicznie i pozostawić do swobodnego przemyślenia. ;)

Cieszę się, że niejednoznaczność Nortona do Ciebie trafiła i nie została odebrana jako niedopracowanie postaci. Spodziewałam się tu swego rodzaju dyskusji światopoglądowej i zależałoby na tym, by czytelnik mógł opowiedzieć się za poglądami jednej ze stron. Jeszcze bardziej zaś zależało mi na tym, by tak naprawdę nie był w stanie jasno opowiedzieć się za żadną. Widzę, że misję wykonano. :D Bardzo Ci dziękuję, dzikie przemyślenia to dokładnie to, czego sobie tutaj życzyłam!

Bardzo Ci dziękuję, dzikie przemyślenia to dokładnie to, czego sobie tutaj życzyłam!

A więc jednak. Zatem kłaniam się. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Dzień dobry, pani Wiktor, całuję rączki i powracam z solidnym komentarzem.

Zakończyłam lekturę #prayfornorton bardzo usatysfakcjonowana. Świat został wykreowany skrupulatnie i dokładnie, w bardzo przemyślany sposób, bez zwracających na siebie uwagę potknięć. Sama historia powiela schematy antyutopijnych opowiastek z przestrogą (których od czasu Orwella mieliśmy nieskończoną ilość), natomiast udaje ci się unikać klisz, choć niejednokrotnie balansowałaś na granicy – widać tu twoje niezłe wyczucie tekstu.

Natomiast najbardziej urzekła mnie forma tekstu i jego styl. Opisy są miękkie i zgrabne, przez opowieść idzie się jak nożem przez masło, a kolorowe ozdobniki, graficzne zabawy i pomysłowy sposób podania sprawiają, że tekst wybija się z antyutopijnego, szarego tłumu podobnych sobie opowiadań.

Doskonała robota, Wiktorze.

Po takiej reklamie w Hyde Parku nie sposób nie zajrzeć do opowiadania. :)

Ogólnie więcej będzie pochwał, niż negatywów, bo to bardzo dobre opowiadanie. Jednocześnie dobrze wpisujące się w forumowy trend “medium” SF. ;) Oczywiście, to nie jest żaden zarzut, nic z rzeczy typu "napisałaś pod publiczkę", tylko moje prywatne spostrzeżenie po przeczytaniu kilkuset opowiadań na portalu.

Plusy to zdecydowanie konsekwentnie wykreowany świat, który dobrze przemyślałaś i nie ma praktycznie słabych punktów. Ciekawe są odnośniki do "prawdziwych" dokumentów. To coś nowego i przyznam bardzo fajnego. Świetne słownictwo, dobrze wymyślone i wiarygodnie brzmiące gadżety. Można powiedzieć, doskonały świat. Oprócz tego, że jest czarno-biały. To znaczy o hoolywodzkim charakterze, jeśli mogę się podeprzeć porównaniem filmowym. Czyli świat ogólnie ma klapki na oczach, jest zimny, wyrachowany i takie tam, a w nim pojawia się prawy i niewinny człowiek, który próbuje ten świat zmienić. To w skrócie scenariusz pewnie kilkudziesięciu (dobrych) filmów, które widziałem.

I to mój, chyba jedyny, zarzut. Opowiadanie bowiem jest tak dobre, że aż prosi się o nadanie mu drugiego dna, esencjonalnego. Bo doktor manipulant zupełnie za takie robić tu nie może. Skupiasz się mocno na złym świecie i choć podajesz samą informację, że naszego bohatera popiera ponad trzynaście tysięcy osób, to są one "tylko" cyfrą wśród realnych, złych bohaterów, których tworzysz, nawet w epizodycznych rolach, których dopracowujesz, porzucając zupełnie drugą stronę. A szkoda, wielka szkoda. Brakuje mi właśnie odrobiny tej drugiej strony, która zmusiłaby mnie do refleksji, wyciągnięcia jakiś głębszych wniosków oprócz dobrej zabawy z lektury.

Mógłbym się przyczepić do przemiany bohatera, której de facto nie ma. ;) W końcu popełnia on samobójstwo, do końca wierny swoim ideałom. Przynajmniej ja tak to odbieram.

 

To wszystko nie zmienia jednak faktu, że to kawał dobrej literatury, i od strony warsztatowej i fabularnej. Mam tylko nadzieję, ze względu na powyższe uwagi, że piórko nie będzie w stosunku 9:0 i głosy na NIE zmobilizują Cię do jeszcze lepszych tekstów.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

@Kam_mod – cała przyjemność po mojej stronie! W kwestii utopijności tworu i poruszonych tutaj motywów pisałam więcej w odpowiedzi na komentarze poprzedników, więc nie będę się już powielać (jeśli jesteś zainteresowana, po prostu odwołam Cię do zerknięcia w górę) i stwierdzę jedynie, że bardzo dziękuję Ci za komentarz i słowa uznania.

 

@Darconie, 

Przyznam szczerze, że wciąż uważam się za nowego użytkownika i nie jestem na bieżąco z lokalnymi trendami, więc trudno mi nawet podejmować próby utrafienia “w klucz”. ;) Cieszę się jednak, że podobała Ci się konwencja i forma podania. Obawiałam się, że dodatkowe ozdobniki będą wywoływały reakcje typu “Meh, trzeba klikać”, “Po co to, to nic nie wnosi”, “O, karta z opowiadaniem mi uciekła”, “Gdzie ja skończyłem/am…”, ale widzę, że odbiór tego zabiegu jest zdecydowanie pozytywny. 

W kwestii poszukiwanego przez Ciebie drugiego dna – otóż… ono tam jest. Jak widzę po komentarzach wielu poprzedników, da się nawet do niego dokopać. ;) Myślę, że udało mi się napisać opowiadanie na tyle złożone, że jeśli tylko uważnie wczytać się i połapać drobne, z pozoru losowe elementy, możemy uzyskać diametralnie inną jego wymowę. 

Bardzo Ci dziękuję za komentarz i wiarę w moje opierzenie. ;) Pożyjemy, zobaczymy.

Bardzo mi się podobało i piszę to z pozycji osoby, która chce rozrywki, ciekawej lektury, która szybko nie wywietrzeje z pamięci i da poczucie dobrze spędzonego czasu. Twój tekst z pewnością do takich mogę zaliczyć, zwłaszcza, że zmusza do refleksji i zadania sobie pytania czy nasz świat wkroczył już na tę linię rzeczywistości i jak szybko fikcja stanie się codziennym życiem i czy aby przypadkiem, w swój zawoalowany sposób już nie jest. Świetne, dobrze napisane, chociaż przyznaję, że jestem wielkim fanem tego typu wizji i ciężko, aby mi się nie podobało. 

Jest jednak jedna rzecz, na którą ze swojej strony chciałbym zwrócić uwagę, która została już nieco szturchnięta w powyższych komentarzach. Chodzi o głównego bohatera – Willema. Pomimo tego, że tekst krótki i z takim właśnie zamiarem, jak zakładam, został napisany, bohater dał się polubić w mojej opinii, jednak mam wrażenie, że nie poznałem go tak dobrze, jakbym chciał. Dlatego też nie do końca dla mnie jego zachowania i motywacje są dla mnie jasne, zwłaszcza pod koniec historii. Z jednej strony ledwo w jakiś sposób gardzi otaczającym go światem czego rezultatem jest Raj ulepszony, później niespodziewanie dla siebie samego zostaje wykluczony ze społeczeństwa, żyje jakiś czas poza systemem, by później do niego powrócić tylko po to, aby napisać stek kłamstw i zwieńczyć to ostatnią kropką odbierając sobie życie. Dlaczego zgodził się na powrót? Wywnioskowałem, że zawiódł się na wszystkich i tak naprawdę nie miał do czego wracać – zakładając nowy terminal nakazał skasować wszelkie wiadomości, odcinając się tym samym od starego życia. Jeśli nie chciał mieć z nim nic wspólnego po co wrócił? Taki sam efekt, jeśli nie lepszy, osiągnąłby umierając jako wykluczony, jednak nie porzucając swoich idei i poglądów. To jedyna do której się czepiam. Nie, nie czepiam, bardziej zastanawiam :P

 

Podsumowując – w mojej opinii świetne, jakbym przeczytał to w papierowej wersji w wydaniu NF to bym się raczej nie zgorszył, wręcz przeciwnie :) Tymczasem lecę czytać dalej, a biorąc pod uwagę Twoją aktywność (to już prawie spam! :P) pewnie szybko znowu na Ciebie trafię. 

 

Komentarz będzie dłuuugi, ponieważ chcę objaśnić swoją opinię.

Jak do jeża podchodziłam do Twojego opowiadania, ponieważ oznaczyłaś je jako socjofantastykę, a wobec niej jestem szczególnie wymagająca – lubię ją. Jednak kobyłka ciągle stała u płota, gdyż napisałam, że przeczytam opowiadania nagrodzone w konkursie „Odzyskać twarz”, a obietnica to ważna rzecz. Pozwolę sobie na ostrzejszy komentarz, ponieważ dobrze i sprawnie piszesz.

Końcowa ocena – nie podoba się, wymagałoby dopracowania i przemyślenia, chociaż momenty były:) Dlaczego? W telegraficznym skrócie:

 

Plusy:

1/ Akcja i jasne prowadzenie głównego wątku: prześladowany Norton-zły świat-przegrana, lecz nie wiemy, jak starcie się zakończy, bo choć tropy zostawiasz wyraźne, więc w zasadzie wiadomo, jednak zawsze pozostaje nadzieja i to na plus.

2/ Efekty specjalne – klikalność zapewniająca dostęp do dodatkowych materiałów i odwołanie się do hashtagu (bardzo na czasie). Doceniam. Fajne kolory znaku Eskulapa i odwrócenie skrzydeł.

3/ Postać Nortona nadająca impet opowieści. Pięknie oddany i czujący. Autentycznie, bo scena z matką, samotnością, małą dziewczynką, leitmotivem panicznego lęku przed utratą opaski, Sarą (przy Sarze zawiesiłam logikę, bo czy mogła nie znać jego esejów, poglądów?)

4/ Kilka planów, w odróżnieniu od poprzednich przeczytanych przeze mnie opowiadań "Elektrycznego runa”, które bardzo mi się podobało (niestety nie wstawiłam komentarza, poprawię się, bo w pewnym sensie uważam je za najlepsze), opowiadania z konkursu Snów i opowiadania o teściowej. Rozwijasz się i to jest super!

5/ Wszystkie medyczno-biologiczne: apoptoza, Casp-3 (pytanie – dlaczego nie zewnętrzna apoptoza lecz wewnętrzna? i dlaczego po angielsku, a nie Kasp-3), doktryna cellularystyczna, scaffoldy (rusztowanie komórkowe – dobre lecz dla tkanek nie kryształów – dlaczego kryształy wprowadziłaś,  zamiast bazować na tkance?),

 

Minusy:

1/ Brakuje spójnej koncepcji na ten świat (co byś nie mówiła/pisała o odniesieniach do Huxleya): jak jest urządzony, brakuje motywacji ludzi, którzy zdecydowali się zachowywać według zasad systemu, walczyć o jego zachowanie i niestety – dla mnie – też głównego bohatera. Mógłby być i Syzyfem, lecz nie wiem, o co walczy? Jest skupiony na sobie, jak i inni w tym świecie, co mogłoby to być kolejna cegiełką do świata tej opowieści, lecz nie jest.

Przepadam za fabułą jeden kontra świat, lecz niemożność zrozumienia, o co toczy się gra, już wspaniałe nie jest. U Szyszkowego były robaki i im podporządkował świat. U tych największych: Orwell jest koherentny do bólu, mistrzyni budowania nowych, socjologicznie światów – Le Guin trzyma zachowania i reakcje na wodzy, waży każde słowo w odniesieniu do wykreowanego świata; Ayn Rand – irytuje poglądami, lecz nie mogę odmówić jej konsekwentnie prowadzonej myśli, innych już nie będę wymieniać. Ty płyniesz i nie zawsze kupy się to trzyma – przepraszam, ale tak myślę. Suniesz słowem, a mnie to stopuje, macham ręką na jedno, potem drugie, przy trzecim myślę sobie – przecież to nie tak, to nielogiczne.

Pomysł (dla mnie wiodący) doktryna cellularystyczna i odrzucane rakowiejące komórki – bardzo dobry. Stąd nawiązania do przyrody były w punkt, ale niestety było ich tyle, co kot napłakał i wrzuciłaś te kryształowe drzewa. Postaci drugoplanowe przerysowane, nie wierzą w ideę ani trochę.

 

Przebłyski możliwych powiązań są, lecz giną pośród innych, słowem chaos lub brak decyzji – nie wiem. Skłaniałabym się ku drugiemu. Mamy: organizm odrzucający rakowiejące komórki-jednostki; religię z Matką Boską Apoptyczną; rodziny jako więzi – albo organizm, albo podstawowe komórki; przypadek Pawlika Morozowa (tylko odwrócony); komunizm/socjalizm kontra kapitalizm  (nie widzę tego, opierasz na egoizmie, trzeba byłoby pójść o krok dalej, bo on nie spaja i w tym przypadku stawiasz na strach), wykluczonych, bo się stoczyli i wykluczanych, bo pomaganie im zagraża nam, naszym zyskom, dobrobytowi(?); ekologię (błądzi po tekście słabo, a szkoda, bo mogłaby mocniej), potrzeba akceptacji i lajki (też nośne), lecz zestawiasz to z systemem „Dostęp do opieki zdrowotnej” i rodzajem SESAME project (za co dostawali punkty?, zostawiasz w domyśle, a na tym opiera się ten świat?)

Otrzymałam koszyk z jajkami i mam wybierać z niego te, które najbardziej mi się podobają. Bot mógłby zestawić tę opowieść składając ją z preferencji czytelników i opublikowanych treści. Zapytałabym  – opowiedz, po prostu, co się w tym świecie dzieje?

 

2/ Z metaforami – uważaj, nie każda jest dobra. Mi zgrzytały, nie niosąc znaczenia. Stawały się przeszkodami. Kilka przykładów poniżej:

* oczy gada” – nie są matowe; rozumiem, że „lecisz” po awersji do gadów, lecz nie, przyszpilanie wzrokiem jest tym, co nas przeraża, lecz bezruch i szybkość, nagły atak. W kwestii wzroku –  źrenica jest pionową kreską zwracającą uwagę, a nie żółć – kolor. Jeśli coś może dodatkowo przerażać, to ich osadzenie i wyłupiastość, leniwość, przez powieki, no nie wiem do jakiego gada porównujesz.?Pogryzający spokojnie jabłko Reese wprawił mnie w dysonans, bo rozluźnienie, a nie sprężenie.

* z lekka dla mnie nieadekwatna – ruchy Browna (fajne, lecz czy to chaos przy zderzeniach, pójdź dalej – o co się obijają? w przenośni.

*”woń palonego cukru” i czyste powietrze?

*„kątami wytyczonymi w doskonałej harmonii”, syntetyczny kryształ – niefortunny

*”fizjoterapeutyczny egzoszkielet” – zatrzymało, więc polemiczne, lecz i uśmiechnęło, można przymknąć oko, lecz kalafiorowa fryzura to już niepotrzebne przegięcie.

 

3/ Zatrzymania: 

 jeśli ręce/nadgarstki są sklejone to tubki wziąć nie można i odkleić ich sobie.

spotkanie z dziewczynką – fajne lecz w sytuacji, gdy uważnie lustrował otoczenie, jak mógł jej nie zauważyć?, nawet jeśli potem piszesz, że zasnął, przecież był zagonionym zwierzęciem. Natomiast sama scena z dziewczynką bardzo dobra!

darknet – już istnieje? Chyba nazwij inaczej.

…Trzydniowe netferendum powinno ustalić jego wyrok. Ważny głos miał każdy mieszkaniec Zjednoczonej Europy, którego saldo Punktacji Obywatelskiej mieściło się w zakresie dopuszczalnego deficytu…” – niemożliwe, jeśli rządziła klika. Wyobraź sobie świat, w którym decydowałyby głosy użytkowników – to bardzo interesujące, jak mógłby funkcjonować? 

 Cellularyzm – ok i co dalej, daj chociaż zarys mechanizmów, plącze się społeczeństwo i rodzina (ta Matka Boska). Społeczeństwo nie jest tak proste, w gruncie rzeczy, jak organizm. Wyjaśnij połączenia, inaczej tylko odczucia. 

Matki Boskiej Jednakowej – dysonans przez użycie: Matka Boska i odwołanie się do jednakowości  (aczkolwiek sformułowanie – super!). Dobry obywatel w Twoim świecie – kim jest, to ważne pytanie. Religia – w co wierzą? Scena w katedrze? – dlaczego miejsce jest offline?

Dokumenty, w które klikamy są niezrozumiałym bełkotem, niestety:(.  Przyjęłam, że nawet może tak być, mało to dokumentów takich jest, ale tu są koncepty wyjaśniające świat, mogą być sałatka słowną lecz coś musi dominować. Zbitki słów mają to do siebie, że mogą być same w sobie – cudne, lecz musi za nimi stać odpowiedniość. Tu jej nie ma. Mogłabym się przyczepiać do każdego słowa w pierwszym dokumencie w sekcji „Wnioski”. Już nawet machnęłabym ręką na odniesienia do diagnoz psychologicznych, lecz ostatnie zdanie jest bardzo trudne do przyjęcia/zrozumienia: „doktryny cellularystycznej i nie potrafi odrzucić archaicznej koncepcji miłosierdzia”. Razi „miłosierdzie”, no chyba żebyś w tekście dała mi dobry powód przeciwstawienia: dobro ogółu – miłosierdzie. 

 

Przy czym, na zakończenie tego długiego postu, napiszę – jestem (chyba?) cholernie nietypowym czytelnikiem i nie przejmuj się moim zdaniem, a broń Panie Boże kieruj. 

A tego świata nie porzucaj ponieważ jest Twój, wyklaruj koncepty i pójdź za nimi.

pzd srd, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Sorki, że zapewne będę powtarzał to, co inni już pisali, ale nie zapoznałem się z komentarzami. Odbiłem się od dyskusji probecikowców z antybecikowcami. 

Zatem: Tekst jest z pewnością bardzo dobry. Napisany solidnym, świetnie pasującym do treści stylem – konkretnie, dynamicznie, obrazowo, bez rozjeżdżania się w poetyckość, z precyzyjnie rozmieszczonymi tu i ówdzie znakomitymi zdaniami czy konstrukcjami. Styl jest inny, niż w tym tekście o pandach, co znaczy że masz doskonałą świadomość pióra, nie jedziesz wszystkiego od sztancy "własnego stylu", ale potrafisz dostosować sposób pisania do treści i pomysłu, by wzmocnić wymowę opowiadania. 

Świat jest spójny i przejrzysty. Co prawda nie bawisz się w Magellana, pływasz po mocno uczęszczanych szlakach handlowych. Pomysł na "syndrom voodoo" jest znakomity i nie pamiętam, bym kiedyś się z podobnym spotkał, ale cała reszta to raczej typowa antyutopia bliskiego zasięgu. Fakt, pewien rys charakterystyczny nadaje temu wszystkiemu to, że nie starasz się przedstawić systemu jednostronnie źle (jest opresyjny, ale ma trochę sensu). Nie jest to jednak zarzut poważny (o ile zarzut w ogóle) bo nie wymagam wcale od każdego tekstu żeglowania po nieznanych wodach, sprawne manewrowanie między wielgachnymi supertankowcami też jest cenną umiejętnością. 

Tak trochę na marginesie (bo odnosi się do wielu podobnych tekstów, nie tylko do Twojego): w całej tej wizji wszechobecnego systemu społeczeństwo jest wyjątkowo monolityczne. Brak podziałów choćby etnicznych czy religijnych, jakby Europa w niedalekiej przyszłości pozbyła się wszystkich problemów z rożnorakością grup społecznych. Można być tylko totalnie w systemie, albo totalnie poza nim. System, który nie musi sobie radzić z ogarnięciem bazyliona grup i warstw (ha, dość archaiczne określenie) społecznych może być dużo prostszy i przedstawiać pozory skuteczności, tym samym znacznie ułatwiając pracę autorowi antyutopii :-) 

Teraz pozostaje jeszcze kwestia piórkowego głosowania. Czy porządna, solidna, bardzo dobrze napisana, bazująca na ogranych motywach i nadziana tu i ówdzie wisienkami oryginalnych pomysłów fantastyka zasługuje na piórko? Jeszcze nie wiem, gdybym widział w tekście coś pozwalającego, jakąś supernową geniuszu, to bym się nie zastanawiał. Z drugiej strony tekst jest pod wieloma względami podobny (choć oczywiście o czymś innym i inaczej napisany) od opowiadania Chrościska o Homo Platfusofilus – głównie w tym, że obydwa należą do tej nielicznej grupy, którą czytając nie przewijałem co jakiś czas do komentarzy ;-) – a co do tamtego to jestem w zasadzie przekonany… Zobaczymy. Czas jeszcze jest. 

Aha i jeszcze jedno na koniec. Nie znam Twoich publikacji w innych miejscach, ale tu, na portalu NF masz przegadany i poniekąd rozmemłany debiut, niezły, ale baśniowo-poetycko przegięty i niespecjalnie zrozumiały tekst soworonkowy, taki sobie króciak o potworach pod łóżkiem i ten na UFO, którego bardzo słusznie nie puściłaś. A potem nagle Pandawagonowie i to tutaj. To nie ewolucja, nie rozwój, to eksplozja. Jakby ktoś nagle dołożył Ci moduł pisarstwa, jakbyś podpisała jakimś czerwonym płynem dokument o odpowiedniej treści, zapisany na pergaminie o podejrzanej fakturze… 

Sorki, to tylko takie luźno rzucone wrażenie… ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

@Wilku z Betonu, witam na pokładzie!

Bardzo cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu i skłoniło do sięgnięcia po inne moje publikacje. Jeżeli chodzi o postać Villema – a raczej dwóch kluczowych tutaj bohaterów: jego i inspektora Reese – są oni poniekąd symboliczni i myślę, że całość nabiera więcej sensu, jeśli będą rozpatrywani razem. A już zwłaszcza wówczas, gdy zderzyć ich z procesem, który stał się motywem przewodnim tego opowiadania, a który odpowiada na Twoje pytania: dlaczego Norton wrócił do społeczeństwa i dlaczego zabił się, działając przedtem według reguł, które wcześniej zakwestionował?

A przede wszystkim – dlaczego uważasz, że napisał stek kłamstw? ;)

 

@Asylum – z częścią Twoich zarzutów nie zgadzam się w całej rozciągłości, jednak nie wyjaśnię krok po kroku, dlaczego moje zdanie jest właśnie takie. Zabiłoby to wszelki sens pisania tego rodzaju opowiadań i odwoływania się do metaforyki.

Niemniej jakąś tam jednak polemikę podejmę. ;)

Po pierwsze: Czy Sara mogła nie znać jego poglądów i twórczości? Myślę, że tak – skoro dziewczyna rzuciła go bez słowa, kiedy tylko jego opinia została publicznie nadszarpnięta, można wywnioskować, że ta relacja w gruncie rzeczy była płytka i niepoparta dialogiem.

Po drugie: Immunologia i biologia molekularna bazuje praktycznie wyłącznie na nazewnictwie angielskim, wolałam przytoczyć po prostu oryginalny skrót. A wyboru szlaku wewnątrzpochodnego pozwolę sobie nie tłumaczyć, bo jest ściśle związany z interpretacją tekstu. ;)

Po trzecie: Nie zgodzę się z zarzutem niespójnej koncepcji i niejasności motywacji Nortona, którego postulaty zostały całkiem jasno wyłożone. Słusznie zauważyłaś, że ostatecznie skupiał się i tak na sobie – nie jest to przypadkowy artefakt wynikający z nieprzemyślanego poprowadzenia postaci, podobnie jak fakt, że “żaden z bohaterów drugoplanowych za grosz nie wierzy w ideologię” – a dlaczegóż by miał? Elementy systemu mają działać, a nie deliberować o systemie. Ten zaś system jest tak szczelny właśnie dlatego, że jednostka go realizuje, zamiast kwestionować swoje miejsce.

Po czwarte: Nigdzie nie zasugerowałam, że rządziła klika. 

Po piąte: “Społeczeństwo nie jest tak proste, w gruncie rzeczy, jak organizm” – Nie zgodzę się, a ta niezgoda jest motywem przewodnim całego opowiadania. “Dobry obywatel w Twoim świecie – kim jest, to ważne pytanie” – bardzo ważne. ;) 

Po szóste: Nie zgodzę się, że dokumenty są bełkotliwe i niezrozumiałe – fakt faktem, język stylizowany na prawniczy momentami przeraża (chyba taki właśnie miał być? :D), ale po odbiorze czytelników widzę, że ich odcyfrowanie nie nastręcza trudności.

 

Summa summarum myślę, że mamy tutaj chyba sytuację podobną jak z Fajromem – nie zgadzamy się co do elementarnych motywów, na których został oparty tekst, jego filozofia i logika. Niemniej cieszę się, że miałaś ochotę tutaj zerknąć i wytrwałaś do końca! :D

 

 

 

 

 

 

 

– Dantalionie, pisz – rzuciła, odkręcając buteleczkę krwistoczerwonego lakieru do paznokci. – Drogi Thargone, dziękuję ci za wizytę i…

Zgięty w półukłonie, kuriozalnie szpetny demon zaklął i otworzył laptopa.

 

Drogi Thargone! 

Dziękuję ci za wizytę i witam na pokładzie ORP Becikowe!

Bardzo cieszę się, że wykonanie przypadło Ci do gustu i uważasz, że posiadam wyczucie pióra (Oś chorągiewka stosina – normalna rodzina!) – przyznaję, że za każdym razem staram się opowiedzieć historię słowami, które będą do niej pasowały. Jeżeli chodzi o Magellana i nieuczęszczane szlaki handlowe, z przykrością muszę stwierdzić, że racji masz tu mniej więcej tyle samo co włosów i…

 

– Dantalionie! – warknęła ostro, unosząc wzrok znad rozczapierzonej dłoni. Dwa paznokcie czekały jeszcze na swoją porcję lakieru; gęsta kropla o barwie byczej krwi skapnęła na pergamin zasnuty pajęczym pismem.

Demon złożył kozi pysk w ciup i teatralnie zamrugał.

– Tak, ma’am?

– Nie możemy tak się zwracać do ludzi.

– Ależ, ma’am…

– Po prostu nie możemy. Skreśl to.

 

Jeżeli chodzi o Magellana i nieuczęszczane szlaki handlowe, pozwolę sobie do nich wrócić później. Syndrom voodoo, czyli śmierć socjogenna, jest faktycznym zjawiskiem i doskonale pasowała mi tutaj do zilustrowania motywu przewodniego tego opowiadania – a motyw ten twardo uzasadnia, dlaczego przedstawione tu społeczeństwo jednolite jest, będzie i być musi. Wydaje mi się, że rozumiem, co masz tu na myśli – tego rodzaju rozwiązania są często spotykane w antyutopiach, choć zdają się być mało prawdopodobne – tutaj jednak nie wynikają z mojego niedbalstwa lub nieprzemyślenia sprawy. 

 

– Lepiej, ma’am?

– Lepiej.

– Mogę mu już napisać Sama Wiesz Co?

– Nie piszemy Sam Wiesz Czego ludziom, którzy nas czytają, Dantalionie. Po co mieliby nas czytać, skoro już im wszystko z góry opowiemy?

 

Wracając zaś do Twojego pytania: “Czy porządna, solidna, bardzo dobrze napisana, bazująca na ogranych motywach i nadziana tu i ówdzie wisienkami oryginalnych pomysłów fantastyka zasługuje na piórko?” odpowiedzieć muszę: panie, nie mnie pytaj! Natomiast zdradzę, że spośród wszystkich moich dotychczasowych publikacji ta jest absolutnie najlepiej odpicowana, jeżeli chodzi o warstwę ideologiczną i konstrukcję uniwersum. W założeniu chciałam napisać opowiadanie, które posiada co najmniej dwie równorzędne, sprzeczne ze sobą interpretacje – a odbiór czytelników powyżej i kilka naprawdę entuzjastycznych podziękowań drogą prywatną pokazały mi, że misję udało się zrealizować. ;) Dlatego też jeżeli chodzi o piórko, bardziej niż na Twoim sakramentalnym “TAK” zależy mi na skłonieniu Cię, byś o moim hasztagu kiedyś jeszcze pomyślał. 

I spróbował zastanowić się, czy “cała reszta to raczej typowa antyutopia bliskiego zasięgu”, bo ja uważam, że niekoniecznie.

Chociażby dlatego, że antyutopią w ogóle może nie być. ;)

 

– Na tym kończymy, ma’am? – spytał demon, z gracją pianisty wystukując na klawiaturze ostatnie zdania. Zamaszystym gestem wbił symbol nawiasu i wyprostował się, zwijając język w trąbkę. 

Dziewczyna podmuchała na paznokcie.

– Kończymy. Pozdrów i zaproś go do śledzenia dalszych publikacji.

– A co z…sekundkę, ma’am… o, mam: “To nie ewolucja, nie rozwój, to eksplozja. Jakby ktoś nagle dołożył Ci moduł pisarstwa, jakbyś podpisała jakimś czerwonym płynem dokument o odpowiedniej treści, zapisany na perga…”

– Głupoty, Dantalionie. Kliknij “Gotowe” i zajmij się kolejnym tekstem. 

Przeczytałam, dobrze napisane, fajny zabieg z tymi zewnętrznymi “dokumentami”, ładne wplecenie biologii w mechanizmy społeczne (apoptoza, doktryna komórkowa). Niestety, bardzo mi zgrzytnął główny wątek – motyw (i sposób) postępowania Nortona. Poczynając od tego, że skoro od wieku lat 3 żył w społeczeństwie bez socjalu – to skąd nagle przyszło mu do głowy, że socjal powinien być? (To coś, jakby murzyni zaczęli krzyczeć, że powinno się przywrócić niewolnictwo, bo plantacje bawełny upadają ;)). Po drugie – przy wszechobecnym “życiu w sieci” nie wierzę, że nikt nie znał poglądów Nortona przed ujawnieniem książki. A tu nawet najbliższe osoby – matka i dziewczyna były zdumione. Do tego, ta wyjątkowa naiwność, że dokona “przewrotu”, bo wszyscy uznają jego racje (mimo iż z nikim na ten temat nigdy nie rozmawiał(!)) – czytając opowiadanie nie widziałam tej jego “racji” ani przez chwilę i w zasadzie, to nie rozumiem, czemu Aiden i spółka wynajęli hejterów – imo, nie musieli, z czystego tekstu wychodzi “oszołom” (zwłaszcza, w realiach opowiadania). Podsumowując – opowiadanie byłoby świetne, gdybyś dała jakiś bardziej realistyczny (w świecie opowiadania) problem. A tak, mam uczucia mieszane.

Black Mirror, Modyfikowany Węgiel, Dystrykt-9 i 1984-ty wchodzą razem do baru…

 

…a za barem, w zaułku, Norton buszuje właśnie po śmietnikach?

 

Odrobinę przewidywalne, ale nadrabiasz tym smacznym teatralnym stylem, który bardzo lubię (u Ciebie, wisielca, Słowika, stna, wybrańczyni i funa), także czytałam zadowolona. Jako że fabuła to tak trochę zlepek innych fabuł, miło było ujrzeć rzeczy absolutnie Twoje – np. dokumencik z pieczątką (rzeczy clickable są cacy) albo ten charakterystyczny wiktorzycowy trupizm. Nortona jako postaci nie lubię – jak to symbol, jest hologramem reprezentującym ideę, którą popiera się lub nie; więc modlić się za niego nie będę :) Swoją drogą, modlitwy nie mają chyba większego znaczenia – zaraz mi je ktoś wykorzysta do napędzenia jakiejś nienawistnej maszyny.

 

Ciężko odejść od wizerunku-fundamentu dystopijnego społeczeństwa, każdy próbuje odbić się od niego we własnym kierunku, co nie jest wcale proste – a jednak coś Twojego jednak tutaj jest, może nie mega dużo (a szkoda), ale tak czy siak, gatunek lubię, filozofowanie lubię, więc bawiłam się dobrze podczas lektury. Może tylko coś bardziej “łubudu”-tnego następnym razem? ;)

Pogrywasz znanymi motywami i elementami (manipulacje władzy, ogłupione społeczeństwo, obozy "wyautowanych z systemu" itd.). Słyszę tutaj dalekie echa klasycznych książkowych antyutopii Huxleya, Orwella, Zamiatina; oraz filmowych "Surogatów", "Minority Raport", czy nawet "Equilibrium”.

Jest trochę racji w tym, co napisała Bellatrix. Czy Twój bohater mógł mieć aż taki wpływ na świat, czy to naiwne założenie? Trudno jednak uznać to za grzech Autora. Wszak cała kultura pełna jest takich postaci, które służą głównie przedstawieniu zawartej w tekście idei. Postaci, które znajdują się w pewnych okolicznościach i wykonują jakieś działania, które odkrywają większe od nich procesy, tajemnice i poruszają fundamenty świata przedstawionego. Wyolbrzymiony wpływ tych postaci na owe światy wpisany jest w taki schemat, ten typ fabuły i narracji.

Zatem zawieszam niewiarę i ufam Autorowi, że jego bohater napisał książkę, która w innych okolicznościach i w mniej odmóżdżonym systemowo społeczeństwie mogła być zarzewiem jakieś rewolucji. Mogła demaskować i obnażać prawdziwe oblicze świata i władzy. I ta władza pograła owym bohaterem po swojemu ku własnych korzyści.

Przyznam szczerze, że mnie bardziej podpadło samobójstwo głównego bohatera. Takie nijakie to rozwiązanie. No i stworzyłaś dosyć sztampowe postaci antagonistów.

Ale ogólnie jestem na tak ;). Brakuje chyba takiej fantastyki pełną gębą z socjologicznym zacięciem. Dystopii bliskiego zasięgu, kreującej rzeczywistość możliwą i znajdującą się niemal na wyciągnięcie ręki. Rozwijasz po swojemu pewne trendy czy zjawiska, jakie dziś dostrzegamy wokół siebie. I chociaż zdają się absurdalne, to przecież historia uczy, że nic nie jest wystarczająco absurdalne, by się nie ziścić, a ludzkość w swej masie jest nieprzewidywalna. "Ekstrapolujesz" te fenomeny społeczne w kierunkach, które nam wszystkim świtają na horyzoncie wśród najgorszych z możliwych opcji.

Od strony warsztatowej i technicznej tekst jest napisany bardzo sprawnie i czysto. Kilka razy pokiwałem głową z uznaniem dla jakiegoś pomysłu, gadżetu, chwytu literackiego, sformułowania czy porównania.

Udane opowiadanie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

@Bellatrix! Cześć, dzięki Ci, że wpadłaś i zostawiłaś po sobie ślad. ;) 

Cieszę się, ze spodobała Ci się zastosowana forma i “komórkowe” odniesienia, które stanowią pewną kreatywną interpretację twierdzenia mojej profesor genetyki (choć pani Basia pewnie nie spodziewałaby się akurat takiego jego rozwinięcia…). Względem Twoich wątpliwości co do postępowania i postawy Nortona, myślę, że dają się one uzasadnić. Po pierwsze, przy dostępie do źródeł historycznych odkurzanie dawnych (choć w tym opowiadaniu – nie aż tak dawnych, wszak minęło ledwie dwadzieścia lat z okładem) idei nie jest niczym dziwnym. Ich przenikanie do środowisk, które z pozoru nie powinny być na nie w żaden sposób chłonne, także. Przykład? Istniejący nawet w tej chwili polscy neonaziści. Fakt, nie jest ich wielu, aleich część nie skończyła trzydziestki, nie ma w rodzinie żadnego Niemca i wykazuje chore fascynacje faszyzmem. Zdziwiłabyś się, ile potrafią zapłacić za nazistowski mundur oficerski uszyty z oryginalnego materiału. Skąd się w nich to bierze? Nie wiem. Może z przemożnego pragnienia, by robić obojętnie co, byle tylko inaczej niż pokolenie rodzicielskie?

Dlaczego nikt nie znał poglądów Nortona? Myślę, że nie jest to tak bezsensowne, jak się wydaje. Internet czyni nas lepiej skomunikowanymi, ale niekoniecznie bardziej otwartymi. Znam ludzi, którzy z niektórymi poglądami kryją się, także (a raczej: przede wszystkim) przed najbliższymi. Żeby daleko nie szukać, jestem taką osobą.

 

@Żongler, 

A wygrzebał coś z tych śmieci ciekawego?

Wiktorzycowy trupizm zrobił mi dzień, proszę Żonglera. Cieszę się, że znajduję tu jego entuzjastów! Myślę też, że zdziwiłabyś się, jak wiele “mnie” i “mojego” w tym tekście jest. Właściwie to sądzę, że jest to mój najbardziej “spersonalizowany” tekst, jaki do tej pory gdziekolwiek opublikowałam (może z wyjątkiem jednego, który cierpliwie oczekuje na ujrzenie światła dziennego). Właściwie to główną formą “Hasztagu” było wyeksponowanie właśnie tej kwestii, co, jak widzę, zostało przez niektórych wyłowione. Na dobre albo na złe.

Cieszę się, że aranżacja Ci się podobała, i będę zaszczycona, jeśli zerkniesz tu jeszcze kiedyś, żeby dogrzebać się do kolejnych porcji “mnie”. Tylko mam nadzieję, że wciąż będziesz po tym rozlewać ze mną piwo!

 

@Panie Marasie, 

Sądzę, że zastosowane tu ograne chwyty nie są aż tak ograne. ;) Lektura powyższych komentarzy pokazała mi, że interpretacja tego tekstu jest niejednoznaczna i nie trzyma się jednej płaszczyzny – tak miało być. Uważam, że to najciekawsze opowiadanie, jakie do tej pory napisałam – i nie ze względu na oś fabularną, wykreowany świat albo dialogi. Ciekawi mnie sposób, w jaki jego interpretacja – i komentarze czytelników – eksponują poglądy odbiorców.

Miał być kij w mrowisko – całkiem wyszło, a jeśli doliczyć jeszcze tamtą gównoburzę… ;) No. 

Samobójstwo bohatera nie jest tu przypadkowym chwytem, wynikiem nieumiejętności zamknięcia fabuły lub inną akcją po linii najmniejszego oporu. Całe opowiadanie oparte zostało na zjawisku, które ekstrapoluję na ogół społeczeństwa. W jego świetle zakończenie jest jedynym akceptowalnym dla mnie rozwojem wypadków.

Gdyby skończyło się inaczej, całość – włącznie z motywem przewodnim i sposobem podziału opowiadania – nie miałaby żadnego sensu.

Cieszę się, że tekst zdobył Twoje uznanie (i kiwanie głową – świeć, Panie, nad kręgami szyjnymi Marasa)! Mam nadzieję, że po przeczytaniu monitor jednak nie uległ spaleniu. ;)

Elegancki socjologiczny cyberpunk. O pozycjonowaniu w społeczeństwie za pomocą systemów punktowych opartych o lojalność wobec państwa czytałem dotychczas tylko w felietonach poświęconych chińskim pomysłom, połączenie tego ze zdegenerowaną pop-e-demokracją wydaje mi się pomysłem świeżym, choć przyznaję, że za mało jestem oczytany we współczesnej SF, żeby o tym wyrokować. Tak czy owak, jesteś pierwszą autorką, u której o tym czytałem i tak już zostanie ;)

Odrobina przyprawy pod postacią elementów religijnych zawsze robi na mnie wrażenie. Przy okazji – gdzieś tam po drodze oczy Matki Boskiej zmieniły Ci się z “kompozytowych” na “laminatowe”.

Można tekst rozbierać od strony logiczno-psychologicznej, wskazując na małą wiarygodność bohatera, tak naiwnego w swoich nadziejach co do możliwości zmiany społeczeństwa. Z drugiej strony takimi bohaterami literatura stoi.

Myląca jest dla mnie scena, w której Norton wprowadza się do nowego mieszkania (tego z akwariami) – wydaje się, że w tym momencie jest kupiony przez system. W kolejnym epizodzie nie ma już bransolety i niezdrowo się prowadzi – ten przeskok jest dla mnie zbyt gwałtowny, zwłaszcza w połączeniu z twistem z jeszcze wcześniejszej sceny.

Uważaj z oryginalnymi porównaniami – te jeżowce uratowałaś kolejnym akapitem o wakacjach, ale ziarenko cisu jest już zupełnie od czapy – kto i po co smakowałby ziarna cisu (no dobra, znam taki jeden przypadek z toksykologii)? Porównania powinny zawierać się w sferze równo dostępnej autorowi, bohaterowi i czytelnikowi.

Wracam z okazji głosowania oraz w nieco lepszych warunkach do lektury niż kiedy czytałam to po raz pierwszy. Tym razem podobało mi się bardziej ;) Po namyśle główny problem mam, podobnie jak Bellatrix, z kreacją głównego bohatera i jego prawdopodobieństwem, choć po trochu mógł tu zawinić limit. Końcówka wyszła nieco infodumpowa, ale nie bardzo wiem, jak inaczej przekazać zawarte tam informacje. Ogólnie jednakowoż druga lektura wypadła znacznie lepiej niż pierwsza, może nie powinnam była brać się wtedy za czytanie.

 

A dodatkowo jedna rzecz mnie zastanawia, na którą wcześniej uwagi nie zwróciłam, ale to może być zboczenie zawodowe…

 

Wybrałaś na miejsce akcji Drezno – przywołałaś Bismarcka i stary kościół, a przecież akurat Drezno jest w ogromnej mierze odbudowane po bombardowaniach… Celowo? Bo drugie skojarzenie, jakie mi się w związku z tym nasuwa, to “Rzeźnia nr 5” – jest coś na rzeczy? Czy też sobie nadinterpretuję?

 

To natomiast mnie zastanowiło inaczej:

“Villem zagryzł zęby tak mocno, że aż poczuł, jak żwacz wypycha mu skórę na policzkach.”

On jest lekarzem, że używa tak technicznego określenia? Skoro narracja jest z jego punktu widzenia, to wszystko, co w niej jest, powinno być w jego zasięgu myślowym.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wracam z komentarzem piórkowym.

Właściwie mogę napisać to samo, co poprzednio. Świetny pomysł, przemyślane wykonanie i jasna treść, przesycona do tego emocjami. Tu i ówdzie jakaś gruda się trafi – przedstawienie dwóch głównych antagonistów pierwsze mi się pojawia na myśli – ale nie jest to ani przeszkadzające w odbiorze, ani jakieś decydujące dla finalnego odczucia po tekście. To wyśmienity koncert fajerwerków. Stąd z czystym sumieniem stawiam TAKa :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jak to dziwnie w życiu bywa – z nominowanych w marcu opowiadań to właśnie czytałem jako pierwsze, a skomentuję je jako ostatnie XD

No ale co się odwlecze, to nie uciecze!

 

Dobra historia. Podobała mi się właściwie od pierwszego czytania – szczególnie dojrzałością narracyjną, sprawnym tempem, upojnym worldbuidingiem i wartkim tempem, dzięki któremu czytałem z zainteresowaniem do samego końca.

Element interaktywny sprawił, że immersja podskoczyła na niesłychany poziom. Przejrzałem to wszystko raz jeszcze po publikacji i widzę, że odwaliłaś kawał świetnej roboty. To tylko opowiadanie, a jednak znalazłaś w niej miejsce tak na mikro– (wątek osobisty Nortona), jak i makrokosmos (jego książka, wątek społeczny). I wszystko ładnie się zazębia, po czym satysfakcjonująco kończyć. Brawo, Wiktorio!

Minusy? No, ten nijaki Norton. Nie zmienię zdania co do chłopa ;p

Ale tak poza tym, to spisałaś się.

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zastanawiałem się, czy ma sens zaczynać niniejszy komentarz tak, żeby nie było od razu, że opowiadanie mi się nie – albo raczej: tak, ALE… – by czasem znów nie wleźć pod miecz tutejszego Świętego Inkwizytora i, co ważniejsze, aby przypadkiem nie ukrzywdzić Szanownej Autorki, ale no… Nie wyszło, prawda?

 

Literacko – pomijając może, moim zdaniem nieudany eksperyment z interaktywnością, do którego zresztą wrócę za akapit, najdalej dwa – jest fajnie, ale wciąż jednak bardziej (bardziej, czyli nie całkowicie) na zasadzie poczucia solidności niż zachwytu formą. Czy to jednak zarzut? Nie, niekoniecznie. Dla mnie szczególną wartość ma literatura, w której można się “rozsmakować” (czyli, że nie odmówię sobie truizmu: od dobrej historii wolę dobrze opowiedzianą historię), ale każdy rodzaj twórczości ma swoje walory i może na swój sposób służyć opowieści. I tutaj naprawdę fajnie się to zgrało, bo jest na tyle ładnie i z iskierką, że na poziomie stricte literackim czerpałem z lektury swoistą przyjemność, a jednocześnie wciąż na tyle “rzeczowo”, bym zdołał się “zaczepić” w tym Twoim dystopijnym świecie. W niniejszej historii taki rodzaj narracji sprawdza się, śmiem twierdzić, o wiele lepiej niż malowanie słowem, bo tu ważny jest przede wszystkim przekaz. No i mamy tu do czynienia ze światem zero-jedynkowym, którego pokazanie, o ile ma być sugestywne, również wymaga nieco zero-jedynkowego podejścia, jeśli wiesz, co mam na myśli.

Zanim jednak przejdę do tego świata, obiecanych o interakcji słów kilka. Otóż pomysł, póki nie przekonałem się, jak wygląda w praktyce, wydał mi się tyleż intrygujący, co i obiecujący, a fajny przy tem. W rezultacie okazało się jednak, że sprowadza się on zasadniczo do marnowania mojego czasu na skakanie po nowych kartach w przeglądarce, bo do tekstu – poza tym, że wygląda sympatycznie – nie wnosi nic. Bo co, tak naprawdę, zmieniłoby się w opowiadaniu, gdyby załączniki były nierozerwalną jego częścią? Odpowiedź, przynajmniej dla mnie, jest klarowna. Tak więc mamy interesujący, ale w gruncie rzeczy trochę jednak pusty motyw. Inna rzecz, że gdybym poświęcił chwilę na zastanowienie się, czego właściwie spodziewam się po tej interakcji, pewnie nie znalazłbym odpowiedzi. To trochę (albo i więcej niż trochę) jak z ludźmi, których niby się zna, ale nigdy się ich nie widziało oczyma prywatnymi: lektorów, aktorów dubbingowych, ludzi na portalu, et cetera. Kiedy w końcu głos zgra się z twarzą, często człowiek przeżywa jakiś tam szok poznawczy, bo “nie tego się spodziewałem” czy też „nie tak sobie ciebie wyobrażałem”, choć, tak naprawdę, to jednak nigdy nie miało się żadnego konkretnego wyobrażenia na czyjś temat. Miewam tak ja i wiem, że miewają inni. Fascynujące zjawisko.

No, ale wracając do owej interaktywności, mam tu jeszcze jedną uwagę, która chyba nieźle sprawdzi się jako wstępniak do kolejnej części komentarza, czyli marudzenia na fabułę. Otóż udostępnione fragmenty twórczości imć Nortona są, wybacz dosadność, rażące. Osobliwie “Ocalony”, bo o ile “Raj”, który ma formę nudnego, a przy tym zawiłego i raczej mało odkrywczego eseju, broni się jako chałupniczy elektorat młodego buntownika, chcącego po prostu zmienić świat, to jednak “Ocalony” jest już po prostu odstraszającym, ociekającym propagandą kiczem, który – i to jest chyba najgorsze, bo pewnie zamierzone – w zestawieniu ze słowem “bestseller” i pokazanym przez Ciebie szumem medialnym oraz efektami, jakie owo dzieło wywołało, daje efekt koszmarnej groteskowości. Inaczej rzecz ujmując, jeśli chciałaś za sprawą tego fragmentu pokazać, jak głupie, naiwne i warte co najwyżej społecznego wykluczenia będą nasze (choć, dejcież Bóg, nie moje), dzieci, to wyszło Ci to wzorowo. Nawet zbyt dobrze, powiedziałbym. Tak czy inaczej ze wszystkich strasznych i smutnych – choć moim zdaniem zupełnie nierealnych, na czym najbardziej tekst się wykłada, tak swoją drogą – motywów w Twojej wizji “jutra”, ten jest zdecydowanie najsmutniejszy. I najstraszniejszy, bo jednak bardzo prawdzie podobny. A nawet zatwierdzony; jestem pewien, że ewolucja socjal-ekonomiczna i cywilizacyjna pójdzie w innym niż opisany kierunku, ale dezintegracja gatunku homo jako sapiens, zresztą zamierzona, jest już faktem.

Niemniej… W sumie, to może bym się i zgodził, albo chociaż przełknął taką wizję przyszłości, ale tylko wtedy, gdybyś przesunęła czas akcji do jedynki, może nawet dwójki w drugiej kolumnie datownika. I nie chodzi tu o rozwój technologii, którą pokazujesz. Wszak podobne do opisanch zabawki mamy już dzisiaj. A te, których nie mamy, będziemy mieli jutro. Niestety.

Problemem jest totalnie nierealne dla mnie zestawienie dzisiejszego obrazu społeczeństwa z tym Twoim z 2023 roku, o ile mnie pamięć nie myli. Nie ma, ale to kurde nie ma, możliwości, by ludzkość za cztery lata zgodziła się na opisany przez Ciebie model gospodarczy. Generalnie jestem zdania, że przekonanie kilkuset milionów (a może trzeba by tu już mówić o miliardach?) ludzi, żeby nie wiem jak sfrustrowanych i przerażonych, że coś jest albo czarne, albo białe, to bajka, nie socjo-sci-fi, więc tak naprawdę tutaj i kalendarzem byś się nie wybroniła. Chyba, że pokazałabyś społeczeństwo prawie wymarłe; takie, które Thanos mógłby wskazać palcem i powiedzieć: „A nie mówiłem?” Ale że osadziłaś akcję w takim a nie innym czasie i takich a nie innych realiach, to pozwolę sobie polemizować z tym, co mam, pomijając to, co być by mogło.

Przede wszystkim dam sobie obciąć wszystkie paznokcie, że w ciągu kilku najbliższych lat (a pewnie i dłużej; o wiele dłużej), osób korzystających ze socjalu będzie w Europie – i na świecie w ogóle – przybywać. I nie mówię tu tylko o ludności napływowej. Mamy starzejące się społeczeństwa, mamy coraz więcej chorób cywilizacyjnych, mamy coraz więcej pomysłów na nowe choroby cywilizacyjne… już teraz mamy miliony ludzi, którzy wręcz żyją i utrzymują się dzięki pomocy tego czy innego państwa, mamy też organizacje typu Kościół, Avaaz, Amnesty International, mamy w społeczeństwie ludzi o lewicowych poglądach, mamy ludzi po prostu dobrych, którzy odnajdują siebie i jakąś namiastkę sensu istnienia w pomaganiu innym. No i w końcu mamy też rzesze tych zwyczajnych, ale z dobrze dostrojonym kompasem moralno-etycznym, którzy w żaden sposób nie zgodziliby się na zaprezentowane przez Ciebie rozwiązania. A ja mam pytanie: co z nimi? Jakim cudem te miliony na socjalu, lewicowcy, obrońcy praw człowieka i każdy zdrowo myślący człowiek nagle stracili prawo głosu albo zmienili zapatrywania? Jak komuś udało się w ogóle przekonać całą zbudowaną na pewnej, w sumie nie najgorszej zresztą etyce cywilizację, że socjal jest czarno-czarnie zły i że trzeba wypalić go do gołej ziemi? Moim zdaniem na coś podobnego nie ma najmniejszych szans w ogóle, przynajmniej póki ludzie mają organiczne mózgi i serca, a osobliwie nie ma na to szans w ciągu tych kilku najbliższych lat. Tendencja – patrz: #500+ – jest raczej odwrotna. I chociaż widać już jak na dłoni, że socjal unicestwi naszą kulturę, zarówno wyniszczając “cywilizowanego Europejczyka” (A na co mi dziecko? Szkoda czasu i pieniędzy, w końcu na starość będę miał emeryturę, a im więcej teraz przepracuję, tym będzie ona wyższa) jak i otwierając bramy do “naszego świata” ludności napływowej, która ma zupełnie inną mentalność i pomysły na życie, to jednak nie wierzę w radykalizm. Nie na taką skalę i nie z pominięciem wszystkich tych, którzy obecny stan rzeczy uważają za jedynie słuszny (nawet jeśli jest to słuszność wybiórcza, indywidualna).

Do tego matka sprzedająca i skazująca na śmierć własne dziecko (a potem próbująca je pocieszyć, złapać z nim kontakt, by później oficjalnie się odżegnać… eee…). Rozumiem chęć pokazania, jak bardzo zesrało się społeczeństwo, ale no kurcze, bez przesady. 

Generalnie rzecz ujmując, tło opowiadania zupełnie mnie nie przekonuje.

Inną rzeczą, którą muszę uznać za spory minus, jest funkcjonowanie systemu w świecie przedstawionym. Vox populi… to jedno – osobiście uważam demokrację za straszliwe zło, zwłaszcza wśród nacji, które nie potrafią z niej korzystać (jak nasza), i którym nie jest ona do niczego potrzebna, więc pomysł, by oddawać pełną władzę w ręce ludzi, szczególnie takich jak opisałaś matołków, co to nie potrafią rozpoznać propagandy nawet, gdy pluje im w twarze, budzi mój wewnętrzny, czysto subiektywny sprzeciw. Już dzisiaj opinię wyrabia się na podstawie tego, co chcą, żebyśmy myśleli – nawet nie rozwijam tematu – więc jaką tragikomedią musiałoby być społeczeństwo, które decyduje o czyimś życiu i śmierci na podstawach tak nędznych jak zmanipulowane przez rząd (bo przecież wciąż istnieje jakaś grupa realnie trzymająca władzę – co, de facto, czyni Twój system marionetkowym, a chyba też nie o to chodziło?) informacje, których nie da się rzetelnie zweryfikować? Groza. Z punktu widzenia Wielkiego Brata, który już teraz rządzi nami przez manipulację, na pewno byłoby to wygodne i słuszne (poruszenie i piętnowanie tego typu motywów to multum plusików u mnie – to tak, jakbyś się zastanawiała), ale czy na taką skalę możliwe? Chyba nie. Żaden system nie jest i raczej nie może być aż tak idiotoodporny.

Ale mniejsza, bo w sumie, to chciałem o czymś innym. Otóż niemal rozbawiła mnie naiwność prawa i jego egzekwowanie. Osobliwie argument o tym, że nie likwiduje się wykluczonych od razu, bo to nieetyczne. Wykluczeni to ludzie realnie skazani na śmierć, a nie na banicję, więc ni cholery nie łapię, czemu się ich nie sprząta po prostu. W końcu dlaczego zastrzelenie kogoś w pustostanie, na ulicy czy w świątyni, w której są jacyś wierni, miałoby być bardziej etyczne niż humanitarne uśpienie delikwenta w zaciszu jego własnego domu albo, niechby, w jakimś więzieniu? I co jest etycznego w skazywaniu ludzi na głód, bezdomność, choroby, żebractwo, złodziejstwo, upokorzenia? W imię czego to wszystko? Wychodzi mi, że w imię dobrej zabawy polismajstrów, którzy lubią sobie od czasu do czasu do kogoś postrzelać, a nie za bardzo mają ku temu okazje.

No i czy przywrócenie takiego typa do łask, i to w celach wyraźnie propagandowych, jest legalne, a przy tym nie nazbyt grubymi nićmi szyte (nikogo nie zastanowiło, że facio najpierw odzyskał życie, potem dopiero na nie “zapracował?)? Dla mnie – jak najbardziej.

Do tego dochodzą jakieś takie drobiazgi, jak ta aplikacja, bez której dzieci nie potrafią się uczciwie wykiprować (motyw zapewne przerysowany, ale jednak obrazowy), kontra papierosy (papierosy, serio? Jakim cudem to legalne i niepiętnowane w takim świecie?) i, generalnie, mamy obraz świata ciekawego, z potencjałem, ale mocno nieprzemyślanego i nielogicznego.

Z założeniami konkursu – to już tak na marginesie – też, moim zdaniem, nie poradziłaś sobie w sposób satysfakcjonujący. Jest motyw odzyskiwania twarzy, ale tak naprawdę bohater nie miał z tym odzyskiwaniem nic wspólnego. Od początku był marionetką; zabawką w rękach Władzy (choć dziwne, że tak niskiego szczebla); kukiełką, która nie zrobiła zupełnie nic, by się zrehabilitować w oczach społeczeństwa, i która w żaden sposób na tą swoją “odzyskaną twarz” nie zasłużyła.

Każdy tekst fantastyczny, a sci-fi wybiegające nieco w przyszłość chyba szczególnie, powinien być jak najmocniej osadzone w realiach, żeby dało się go „kupić” (teksów niefantastycznych też się to zresztą tyczy). Twoje opowiadanie, niestety, nie spełnia tego warunku, więc – mimo że sama historia (nie licząc pewnych zgrzytów), była nawet ciekawa, a całość zaprezentowana w satysfakcjonującej oprawie – nie mogę powiedzieć, że jestem lekturą usatysfakcjonowany.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka