- Opowiadanie: hircus - Diabelskie Skrzypce

Diabelskie Skrzypce

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Diabelskie Skrzypce

– Mara! Mam coś, co cię zainteresuje. – kusił mój przyjaciel, właściciel antykwariatu.– Był dziś u mnie pewien facet. Zostawił pewną książkę i kilka rękopisów. Znalazłem w nich pewną legendę, o ruinach w zachodniej Polsce.

– Nie kończ! I przestań ciągle powtarzać pewien! Będę u Ciebie za godzinę. – rozłączyłam się. Zerknęłam na niedokończony kod programu, machnęłam ręką. Praca może poczekać i tak mam długie terminy.

Od drzwi powitał mnie dźwięk dzwoneczka oraz stęchły zapach staroci, kurzu i papieru. Wciągnęłam powietrze uśmiechając się z rozmarzeniem. Antykwariat od zawsze kojarzył mi się ze spokojem i zgłębianiem tajemnic porzuconych w pozornie bezwartościowych starociach.

– Adaś! Pokazuj, co masz! – rozkazałam, gdy tylko wyjrzał zza regałów. Zaprosił mnie do stolika na zapleczu i podał zabezpieczony folią kawałek pergaminu. Płynnie rozszyfrowałam odręcznie wykaligrafowany tekst.

– Mogę pożyczyć?

– Nie mów, że znów zamierzasz gonić za bajkami.

– Marudzisz. Po co dzwoniłeś, skoro w to nie wierzysz?

– Bo nic innego nie jest wstanie oderwać cię od komputera! Dobra, jesteś najlepszym informatykiem w mieście i śpisz na forsie, ale za chwilę zmienisz się w cybernetycznego zombie. Jesz śniadanie, siadasz do klawiatury i wstajesz dopiero, gdy wybija północ. Tak nie można żyć!

–  Dlatego mam ciebie! – wyszczerzyłam zęby w uśmiechu. – Poza tym, jakie bajki? Widziałeś to zdjęcie, które zrobiłam w zamku w Ogrodzieńcu. Wyraźnie widać na nim wielkiego czarnego psa.

– Ja zobaczyłem tylko rozmazane cienie.

– Brak ci wyobraźni i tyle. – zrobiłam nadąsaną minę.

– Wciąż nie mogę zrozumieć, jak twoja wyobraźnia godzi się z analitycznym umysłem matematyka. – zrezygnowany pokręcił głową.

– To się nazywa talent! – porzuciłam fałszywą skromność. Choć powinien się przyzwyczaić, że fascynacja zjawiskami paranormalnymi to połowa mojego życia, z której nie zrezygnuję nawet w grobie.

– Nie bez powodu dorobiłaś się przezwiska Mara.

– Nie przezwiska, tylko pseudonimu artystycznego. To jak będzie? Mogę pożyczyć?

– Możesz, ale musisz pokwitować, bo inaczej szef mnie zabije.

– Przecież ty sam siebie jesteś sobie szefem!

– No właśnie, przez ciebie mam burdel w papierach.

– Pedant! – Przewróciłam oczami. – dawaj ten druczek. – wygrzebałam z torebki pióro. Złożyłam szybki podpis “Dagmara Rachtan” i skradłam delikatny dokument.

– Kiedy chcesz jechać? – zapytał, gdy stałam w drzwiach.

– Mam lukę w terminarzu, więc pewnie jutro rano.

– Uważaj na siebie, dobrze?

– Drogi przyjacielu, czyżbyś uwierzył w bajki? – roześmiałam się.

 

~*~

 

Czartoryce to jedna z wielu wiosek rzuconych na równiny zachodniej Polski. Urokliwe i spokojne miejsce. Jednak mam wrażenie, że to tylko urzekająca iluzja, kurtyna skrywająca jakąś mroczną tajemnicę.

Z lotu ptaka można dostrzec, że budynki są wyjątkowo równomiernie rozłożone, tworzą niemal idealny okrąg. Jedynie polna droga wymyka się z kręgu i wiedzie do Czarnego Lasu wgryzając się w jego olbrzymie cielsko tuż obok ruin starego dworu.

Jeśli nie liczyć tajemniczej legendy, nie sposób znaleźć o nim wzmianki w źródłach historycznych. Pytałam mieszkańców o losy starej posiadłości. Niczego się nie dowiedziałam, zmieszani odwracali wzrok, udzielając niejasnych odpowiedzi. Jedynie starszy pan, który podobno w tym roku obchodził setne urodziny, powiedział: “Dziecko, posłuchaj mądrości starca. Czasem lepiej nie wiedzieć i nie mieszać się w nieludzkie sprawy. Jednak widzę, że i tak cię nie przekonam. Niech bogowie mają cię w swej pieczy”.

 

~*~

 

Podobno pan Leśnego Dworu ponad wszelką miarę pragnął odzyskać młodość, pragnął zatrzymać dla siebie czas i oszukać Czarną Panią. Oszukać Śmierć. Zawezwał do swego pięknego dworu wszystkie diabły, by zaprzedać swą duszę temu, który byłby władny zaspokoić jego głód. Jednak wszyscy diabli rozkładali ręce, mówiąc, że nie im mierzyć się z wolą Czarnej Pani. Jedynie Wielki Manteufel podjął wyzwanie, żądając w zamian nie tylko duszy, ale i skrzypiec, które byłyby godne samego diabła.

Posłał więc szlachcic swego najwierniejszego sługę objuczonego ciężkimi sakwami pełnym kosztowności do Włoch, na poszukiwania samego mistrza Stradivariego. Sługa ów powrócił po stu dniach podróży, przywożąc swemu Panu najwybitniejsze dzieło mistrza Antonia.

Wezwał więc dziedzic Manteufela. Ten obaczył instrument i z cichym pomrukiem aprobaty ujął skrzypce, z gracją muskając struny doskonale wyważonym smyczkiem. Melodia, która wówczas zabrzmiała, podobno swym pięknem po tysiąckroć przewyższała śpiew samych chórów anielskich. Diabeł z błogą miną wsłuchiwał się w cichnące dźwięki. „Oto skrzypce godne mistrza! Popisz pakt, a wieczność będzie twoja. Zapamiętaj jeno tę przestrogę. Jeśli kiedykolwiek gra tych skrzypiec cię dosięgnie, płomień strawi to, co czas oszczędził.” Wykrzyknął diabeł i wyrzucił w powietrze gruby pergamin zapisany równymi rzędami pisma. Nim ten opadł na podłogę Manteufel zniknął wraz z instrumentem. Dziedzic własną krwią przypieczętował pakt, upuszczając nań kilka kropel szkarłatnego płynu.

Choć diabeł zagrał tylko kilka nut, muzyka dotarła do mieszkańców wioski, którzy porażeni jej doskonałością postradali zmysły. Czar opuścił ich dopiero po siedmiu dniach. Każdego dnia jeden z mieszkańców w szale odbierał sobie życie, na coraz to wymyślniejsze i okrutniejsze sposoby. Ósmego dnia, znaleziono zmasakrowane ciała. Pochowano je w głębi lasu. Ponoć sam diabeł zrzucił na mogiłę olbrzymi głaz i wgniótł go w ziemię. Od tamtej pory las zdziczał. Roślinność opanowała trakty, pnie drzew zczerniały, a listowie nabrało niezdrowego, zgniłozielonego kolorytu. Zwierzyna rosła jako nigdy przedtem, wyzbyła się strachu przed człowiekiem. Przeto nikt już nie zapuszczał się w las, który odtąd zwykł być nazywanym Czarnym Lasem.

Pan dworu z dnia na dzień odzyskiwał młodzieńczy wygląd. Jednak czarcia przestroga zasiała ziarno zwątpienia w jego umyśle. Przestał bywać na koncertach, zakazał wjazdu do wioski muzykantom oraz własnoręcznie zniszczył wszystkie skrzypce, jakie tylko znalazł w okolicy. Na wszelakie sposoby wystrzegał się zdradzieckich dźwięków. Miast cieszyć się bezmiarem czasu, wciąż analizował słowa diabła. Siadywał przed ogniskiem i pustym wzrokiem obserwował języki ognia tańczące w rytm niesłyszalnej melodii. Coraz bardziej zatracając się w swych pragnieniach, w lęku przed ich utratą, w końcu popadł w obłęd. Szaleństwo malujące się w błękitnym spojrzeniu zupełnie odarło go z resztek człowieczeństwa, zmieniając w bestię podobną mieszkańcom Czarnego Lasu.

Manteufel powróciwszy z dalekiej wyprawy na południowym wschodzie, gdzie w Siedmiogrodzie (zwanym także Transylwanią) spotkał się ze swym przyjacielem. Pojawił się w Leśnym Dworze, od progu witając gospodarza przejmującą muzyką diabelskich skrzypiec. I tak oto panicz skonał w aureoli błękitnych płomieni. Ludzie powiadali, że objawiła mu się Czarna Pani we własnej osobie, a diabeł zanosząc się serdecznym śmiechem rzekł “Przeto taka ludzka natura. Wyczekuje końca, miast życiem się radować!”.

O dziwo posiadłość nie tylko ocalała z płomieni, ale i przetrwała do dziś w całkiem dobrym stanie. Ponoć czasem słychać stamtąd roztaczającą się na cała okolicę muzykę diabelskich skrzypiec, a olbrzymi głaz po dziś dzień leży w Czarnym Lesie, a w nim są odciśnięte diable kopyta.

 

~*~

 

– Podobno w każdej legendzie jest ziarnko prawdy. Obym nie musiała przekopywać pustyni. – mruknęłam, starając się ostudzić entuzjazm. Zważyłam w dłoni ciężar lustrzanki i zrobiłam kilka zdjęć.

Szara bryła dwukondygnacyjnego budynku wyraźnie odcinała się na tle ciemnej ściany lasu. Ślepia okien, wpatrywały się we mnie beznamiętnie. Fasady budynku zwieńczonej małymi wieżyczkami strzegły kamienne gargulce. Częściowo zwalony dach, z wystającymi nagimi żerdziami przypominał rozpruty brzuch monstrualnej bestii z wywleczonymi flakami resztek poszycia.

Wszystko wokół wydawało się być martwe. Wrażenie to potęgowała przejmująca cisza i całkowity bezruch. Jedynie zasuszony dywan traw falował bezszelestnie, kołysany niewyczuwalnymi podmuchami wiatru.

Solidnie wyglądające odrzwia były uchylone, zupełnie jakby ktoś przed chwilą przez nie przechodził. Jednak gruba warstwa kurzu była nienaruszona. Wślizgnęłam się do środka wzbijając w powietrze chmurę duszącego pyłu.

Ściany zdobiły kwieciste plamy wilgoci i srebrzystej pleśni. Po przegniłej podłodze walały się resztki mebli i sprzętów. Z obrzydzeniem odrzuciłam stertę szmat, spod których coś błyszczało. Złoty medalion na łańcuszku.

– Widać legenda odpędziła nawet złodziejaszków. – mruknęłam odkładając ozdobę na miejsce. Na parterze były w sumie cztery obszerne izby, wszystkie podobne do pozostałych. Znalazłam schody, a raczej to, co z nich zostało. Kilka stopni rozpadło się, jednak niektóre wyglądały całkiem solidnie. Ocalała także rzeźbiona poręcz. Wspięłam się na górę, badając ostrożnie stabilność spróchniałych stopni.

Drugie piętro było znacznie suchsze. W jednej z sypialni ocalał szkielet olbrzymiego łoża oraz metalowy świecznik. W bibliotece podłoga była usłana rozsypującym się pergaminem, ale kilka ksiąg wykaligrafowanych misterną łaciną przetrwało. Uklękłam by przyjrzeć się dokładniej.

 Drgnęłam usłyszawszy żałosne krakanie. Na kamiennym parapecie przysiadł kruk. Patrzył na mnie paciorkowatymi oczami, w których kryło się coś pierwotnego. Co chwila kłapał lśniącym, ostrym dziobem nie przestając krakać. Wydawało mi się, że wcale go nie słyszę, ale znajduje jego krakanie w umyśle bez udziału zmysłów. W roztargnieniu potrząsnęłam głową, dziwne wrażenie ustało.

Kruk rozłożył skrzydła i poleciał w głąb budynku. Ruszyłam za nim i natrafiłam na kolejne schody. Ostrożnie zbadałam drewnianą konstrukcję prowadząca na poddasze. Gdy postawiłam stopę na pierwszym stopniu usłyszałam dobiegając z góry muzykę. Przepiękną melodię skrzypiec. Wydawała się równie delikatna, co świergot skowronka, choć momentami przebrzmiewała w niej siła burzowego grzmotu. Nagle rzeczywistość zszarzała, będą jedynie nijakim tłem dla doskonałości dźwięków. Oczarowana wstąpiłam na całkowicie przegniły stopień, który rozpadł się pod moim ciężarem. Poleciałam do przodu, wspierając się na wyższych stopniach i wdrapałam się po nich na górę. Świeże powietrze nieco mnie otrzeźwiło i rozjaśniło umysł oszołomiony muzycznym czarem.

Na jednej z belek siedziała dostojna postać. Mężczyzna miał gładko zaczesane do tył czarne włosy sięgające ramion. W bladej twarzy dominował garbaty nos oraz mroczne oczy lśniące niebieskawą poświatą. Ubrany był w czarny kontusz przepasany żółto-czarnym pasem. Właśnie odrywał smyczek od drżących strun skrzypiec. Ze smutkiem pokiwał głową.

– Mają coraz słabszą moc. Jeszcze nie tak dawno uśmiercały. – jego oczy zapłonęły, gdy z czcią pogładził lśniące drewno.

– Dzięki temu żyję. – opanowałam drżenie głosu.

– Nim upłynie kolejna dekada, magia zupełnie je opuści. Ja zginę wraz z nią. Przestaliście we mnie wierzyć. – podniósł na mnie zmartwione spojrzenie, jakim rodzic obdarza rozkapryszone dziecko. – Pomyśleć, że mój los zależy od was. Chociaż to wasze naiwne wyobrażenia mnie ukształtowały.

– Nie wydajesz się wcieleniem zła. – diabeł roześmiał się serdecznie.

– Nie ma czegoś takiego jak dobro i zło. Jest tylko moc i wasze decyzje, które osądzacie wedle własnych praw. Ja tylko wyświadczam przysługi. Spełniam wasze pragnienia.

– Jesteś bardziej ludzki niż Ci się wydaje. – również się roześmiałam. – Czyż ludzka niemoc nie sprawia Ci radości.

– Być może. – przytaknął z rozwagą. Zeskoczył z gracją. – Szkoda, że przestaliście wierzyć. – powtórzył, po czym odwrócił się i odszedł zapadając się we własny cień. Nim zniknął całkowicie zdążyłam zrobić zdjęcie.

O tak ludzka wiara ma olbrzymią moc, pomyślałam. Dlatego tak bardzo musimy uważać na pragnienia.

Nigdy nie wiadomo, czy się nie spełnią…

 

~*~

 

Siedziałam przed ekranem z zamyśleniem wpatrując się w ekran.

Wszystkie zdjęcia zrobione w Czartorycach wyszły całkiem przyzwoicie. Wszystkie z wyjątkiem tego zrobionego na poddaszu ruin. Fotografia przedstawiała szarą mozaikę plam i cieni. Jedynie w jej środkowej części majaczył zarys postaci otoczonej błękitną poświatą.

Z dziwnym uczuciem nostalgii dołączyłam ją do katalogu „BRAK NAZWY”.

Koniec

Komentarze

W pierwszym fragmencie masz jeszcze jedno “Ciebie” z dużej litery:

– No właśnie, przez Ciebie mam burdel w papierach.

Przecinków na razie nie poprawiam.

Pierwsza scena średnio przekonuje, chociaż jest lepiej. Nadal do końca nie mam pewności, dlaczego bohaterka wybrała się w podróż. Przydałoby się jakieś zdanie mówiące wprost, że ona np. nie przepuści żadnej takiej zagadki i wcześniej już tropiła takie rzeczy.

Ja bym dopisała jakąś akcję po skończeniu legendy, a przed spotkaniem z diabłem. Na razie ciągle mało się dzieje. Większość tego fragmentu to opis budynku, a później diabła. Brakuje czegoś, co zaintryguje czytelnika i sprawi niespodziankę, np. ratowanie kogoś, niebezpieczeństwo, spotkanie z nieznajomym, który okazuje się diabłem, a może pokutującym duchem panicza itp.

 

Może gdybym miała jakieś dziesięć czy dwanaście lat i usłyszała tę opowieść wieczorem, przy ognisku, może wywarłaby na mnie pożądane wrażenie, ale jako lektura, niestety, niczym nie poruszyła, niczym nie zainteresowała.

Zastanawiam się, jakie treści zawierał rękopis, że skłonił bohaterkę do udania się do Czartoryc.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

– Mara! Mam coś, co cię za­in­te­re­su­je. – kusił mój przy­ja­ciel, wła­ści­ciel an­ty­kwa­ria­tu.– Był dziś u mnie pe­wien facet. Zo­sta­wił pewną książ­kę i kilka rę­ko­pi­sów. Zna­la­złem w nich pewną le­gen­dę, o ru­inach w za­chod­niej Pol­sce. –> Zbędna kropka po pierwszej wypowiedzi. Brak spacji przed trzecią półpauzą. Źle zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

Powtórzenia.

 

Będę u Cie­bie za go­dzi­nę. –> Będę u cie­bie za go­dzi­nę.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

– Bo nic in­ne­go nie jest wsta­nie ode­rwać cię od kom­pu­te­ra! –> – Bo nic in­ne­go nie jest w sta­nie ode­rwać cię od kom­pu­te­ra!

 

przy­wo­żąc swemu Panu naj­wy­bit­niej­sze… –> …przy­wo­żąc swemu panu naj­wy­bit­niej­sze

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

pło­mień stra­wi to, co czas oszczę­dził.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

po sied­miu dniach. Każ­de­go dnia jeden z miesz­kań­ców… –> Powtórzenie.

 

pnie drzew zczer­nia­ły… –> …pnie drzew sczer­nia­ły

 

li­sto­wie na­bra­ło nie­zdro­we­go, zgni­ło­zie­lo­ne­go ko­lo­ry­tu. –> …li­sto­wie na­bra­ło nie­zdro­we­go, zgni­ło­zie­lo­ne­go ko­lo­ru.

Kolorytkolor nie są synonimami.

 

Ścia­ny zdo­bi­ły kwie­ci­ste plamy wil­go­ci i sre­brzy­stej ple­śni. –> Na czym polegała kwiecistość plam wilgoci i pleśni?

 

Po prze­gni­łej pod­ło­dze wa­la­ły się reszt­ki mebli i sprzę­tów. –> Na prze­gni­łej pod­ło­dze wa­la­ły się reszt­ki mebli i sprzę­tów.

 

W bi­blio­te­ce pod­ło­ga była usła­na roz­sy­pu­ją­cym się per­ga­mi­nem… –> Podłoga była usłana jednym pergaminem?

 

usły­sza­łam do­bie­ga­jąc z góry mu­zy­kę. –> Literówka.

 

Nagle rze­czy­wi­stość zsza­rza­ła, będą je­dy­nie… –> Literówka.

 

Męż­czy­zna miał gład­ko za­cze­sa­ne do tył czar­ne włosy… –> Literówka.

 

– Je­steś bar­dziej ludz­ki niż Ci się wy­da­je. – rów­nież się ro­ze­śmia­łam. – Czyż ludz­ka nie­moc nie spra­wia Ci ra­do­ści. –> – Je­steś bar­dziej ludz­ki niż ci się wy­da­je. – Rów­nież się ro­ze­śmia­łam. – Czyż ludz­ka nie­moc nie spra­wia ci ra­do­ści?

 

Sie­dzia­łam przed ekra­nem z za­my­śle­niem wpa­tru­jąc się w ekran. –> Brzmi to fatalnie.

 

Wszyst­kie zdję­cia zro­bio­ne w Czar­to­ry­cach wy­szły cał­kiem przy­zwo­icie. Wszyst­kie z wy­jąt­kiem tego zro­bio­ne­go na pod­da­szu ruin. –> Powtórzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie rzuciło na kolana.

Mam wrażenie, że struktura opowiadania jest zachwiana – trzeba długo czekać, zanim dowiadujemy się, o co chodzi. IMO, wstęp z antykwariuszem można spokojnie wywalić, bo nic nie wnosi do opowieści. Czy gdyby bohaterka nie była informatyczką, coś by się zmieniło?

I jakieś takie spokojne. Była chwila niepewności, kiedy odezwała się muzyka, ale szybko minęła.

Zapis dialogów do remontu.

Będę u Ciebie za godzinę.

Ty, twój, pan itp. w dialogach małą literą. W listach dużą.

 

Edytka: W sumie, to zdjęcie z linku nieźle by się nadawało na ilustrację tekstu.

Babska logika rządzi!

Nie porwało mnie :(

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka