- Opowiadanie: PiotrSkowronek - Anuncjata, nicość, seks

Anuncjata, nicość, seks

Tekst powraca na portal.

Dzieło jest obecnie nie tylko opowiadaniem, lecz i fragmentem nabierającej rumieńców powieści.

Czy też wydaje się Wam, że główna bohaterka mogłaby być narratorką Pieśni Beliara?

 

Cytat “w życiu piękne są tylko chwile” to oczywiście tytuł i fragment refrenu piosenki Dżemu.

Ilustracja bez tytułu albo o tym samym tytule, co opowiadanie/podrozdział.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

wybranietz

Oceny

Anuncjata, nicość, seks

 

 

 

 

– Bóg jest albo nie, ale i tak religia jest potrzebna – Anuncjata odziana w błękitną sukienkę wygłasza tautologię tylko dla mego lewego ucha.

Dostrzegam kątem oka, że kobieta poprawia burzę falowanych, karminowych włosów sięgających do ramion.

Ksiądz wyciąga szponiastą dłoń, na czole synka wykonuje znak krzyża i miękkim głosem szepcze magiczne zaklęcia.

Chrzest wody, chrzest ognia – myślę.

Poza tymi kilkoma szczegółami pamiętam rytuał bardzo mgliście, a to dlatego, że lubię alkohol. Sądziłem, że taka rzecz nie przytrafia się człowiekowi ze średnim wykształceniem, człowiekowi z dobrego domu, a w dodatku mężczyźnie. Chłopaki przecie nie płaczą.

Gdy ksiądz wyciągnął szponiastą, a w zasadzie chudą i żylastą dłoń, poczułem, że nie chcę mieć syna. No cóż, wpadłem. Zacząłem więc nadużywać kropelek mocy jeszcze bardziej, kiedy tylko nadeszła okazja. A i bez okazji również.

 

***

 

Stal pohukuje złowróżbnie na horyzoncie.

Anuncjata wygląda teraz przez okno i usiłuje sfilmować nocną burzę, żeby zamieścić filmik na “Instagramie”. Podchodzi i pokazuje ekran komórki: faktycznie, na zapętlonym urywku widać kilka trzaśnięć błyskawicy wydobywającej z czerni błękit ponad katowickimi blokowiskami. A więc wiem już, że „w życiu piękne są tylko chwile”, a wszystko, co idylliczne, musi trwać krótko niczym rozbłysk nocnego pioruna.

Anuncjata wyłącza w salonie elektryczne oświetlenie i zapala białe smukłe świeczki: zapałką dotyka jeden za drugim, pięć knotów, aż pozłacany kandelabr wykonany z poroża zaczyna rzucać kompletną pajęczynę rozedrganego światłocienia. Teraz tkwimy w półmroku.

– Masz piękne dłonie – mówię.

– I anachroniczne życie. – Wzdycha kobieta i mam ochotę powiedzieć, że romantyczne albo objąć delikatne ciało, lecz Maciek znowu zapłakał. Podchodzę do łóżeczka stojącego w pokoju obok i ściskam pampersa: jest twardy czyli zasikany. Nadszedł czas przewijania, a przez głowę niczym błyskawica przebiega mroczna myśl: widziałem ostatnio film o seryjnym mordercy z Ukrainy, który wybijał całe rodziny, niemowlaki po prostu dusił. Synek waży już sześć kilo: w trzy miesiące zyskał sto procent masy ciała więcej, a gdybym był normalny, czułbym radość.

– Czuję tylko pustkę – mówię, a synek posyła mi uśmiech, patrząc prosto w oczy.

Przewijam chłopca i nadchodzi czas na karmienie: Anuncjata odbiera dziecko, bo boi się zadławienia. Nie pozwala mi jeszcze karmić. Tutaj płonie kolejna świeca  – błękitna, pojedyncza – wydobywająca z mroku w sposób nienachalny kształty łóżka, dębowej szafy i komody, łóżeczka, storczyków i oczywiście karmiącej Anuncjaty. Twarz kobiety stanowi obraz jednocześnie mroczny i piękny.

Narzeczona, matka dziecka, zmarła podczas porodu: pękł tętniak aorty, blisko serca, a Anuncjata, jej siostra, mówi, że mnie pragnie.

Gdy żyła, narzeczona nienawidziła starszej siostry i uważała za czarownicę z powodu niezbyt dobrych wspomnień z dzieciństwa, kiedy pokłócone o ojca alkoholika, podjudzone przez matkę, ciągle robiły sobie na złość. Narzeczona chciała trzymać dziecko z dala od Anuncjaty, uzasadniając, że rzuci zły czar na Maćka. Jak widać ludzie z wyższym wykształceniem nie zawsze posiadają światłe poglądy. Osobiście nie wierzę w czarownice.

– Wyszła wioska z człowieka – skomentowała kiedyś Anuncjata. Kontempluję widok: kobieta delikatnie odgarnia pukiel włosów i podaje dziecku butelkę ze sztucznym mlekiem.

– Wypił sto dwadzieścia mililitrów – mówi potem i kładzie Maćka na ramieniu, żeby odbeknął. Przez chwilę mam wrażenie, że z ust kobiety delikatnie wygląda rozdwojony język jak u węża. Anuncjata podnosi wzrok i spotykam czarne spojrzenie.

– Nalać ci wina? – pytam.

– Przecież wiesz, że nie piję.

– Ale dziś zrobisz wyjątek, prawda?

– Pół lampki – oznajmia.

Maciek głośno beka sygnalizując gotowość do leżenia – nie zwróci już mleka. Idę do salonu i siadam na kanapie-narożniku. Nalewam czerwonego wina domowej roboty do dwóch lampek zapełniając jedną trzecią wysokości, jak przystało na konesera i intelektualistę i ciągnę potężny łyk, po czym dolewam sobie jeszcze raz. Na tacy spoczywają resztki pieczonego królika, a w zasadzie dosyć potwornie wyglądająca głowa z mlecznobiałymi oczkami i wielkimi siekaczami. Posyłam demonicznemu królikowi lekki uśmiech.

Gdy Anuncjata wkracza do pokoju, kobieta starsza ode mnie dziesięć lat, czuję błogość i roję, iż jestem Salvadorem Dali spoglądającym oto na muzę, Galę. Co alkohol robi z człowiekiem!

Wzrokiem niczym językiem węża macam powłóczystą, cynobrową suknię podkreślającą szerokie biodra i wąską talię. Kobieta z wdziękiem siada obok. Zatrzymuję spojrzenie pośrodku trójkątnego dekoltu, pomiędzy piersiami, na połyskującym mętnie agacie we wszystkich odcieniach niebieskiego z białym słojem pośrodku.

Odwracam głowę, by spojrzeć raz jeszcze na reprodukcję ulubionego obrazu mistrza z Katalonii znanego potocznie pod nazwą „miękkie zegary”. Nabijam na wykałaczkę kawałek sera pleśniowego, przeżuwam, piję łyk wina i patrzę w bok: po wznoszącej spirali ku zgubie zmierza ćma, wyrzutek oceanu niepogody przy wyspie śmierci. Nim jednak ćma zdoła spłonąć, następuje coś nietypowego… Ba! Wręcz bardzo dziwnego! Długi, wężowy język uderza przez przestrzeń niczym bicz i zabiera ćmę! Opuszczam wzrok, a kobieta szczerzy zęby w uśmiechu niczym surrealistyczny koń! Czekam aż zarży, co jednak nie następuje, a w zamian zachodzi coś innego: zauważam ruch i spoglądam na stół, marszcząc brwi. Ćma pląsa wewnątrz pustego kieliszka Anuncjaty. Skrzydełka owada oblepione resztką wina straciły sprawność! Kobieta, niczym w zwolnionym tempie, chwyta butelkę i wlewa resztkę trunku do kieliszka. Podnosi naczynie do ust i wypija duszkiem zawartość włącznie z pijanym motylem nocnym.

– Zalałaś robaka – mówię i parskam śmiechem, a kobieta oblizuje usta rozdwojonym językiem i rozchyla delikatnie dekolt z lewej strony, ukazując pierś niczym w intymizmie. W delikatnym erotyzmie nie byłoby nic dziwnego czy surrealistycznego (sic!), gdyby nie fakt, że zamiast brodawki dostrzegam łuski w zielonym kolorze. Połykam ślinę, jakbym połykał wielki kawał jabłka – głośno – i martwieję z ręką wysuniętą w kierunku piersi. Mrugam. Łuska, łuska.

Anuncjata zaczyna pożerać głowę królika: otwiera usta tak bardzo, że w zasadzie odgryza od razu pół czerepu, po czym głośno beka. Stwierdzam, że nie ma już wina i wstaję, lecz kobieta mówi: „siedź” i mocnym ruchem sadza mnie z powrotem na kanapie. Pokazuje drugą pierś, również z łuską.

– Potrzebuję prawdziwego pocałunku miłości, żeby zniknął czar – wyznaje i reszta króliczej głowy znika w jamie ustnej. Głośne beknięcie oznacza chyba, że żmija czuje sytość.

– Anuncjata… – mówię. – Nicość… seks…

– To wszystko, co masz do powiedzenia? Opiekuję się TWOIM dzieckiem, pomagam, a ty nie potrafisz mnie pocałować? Zresztą… bez miłości… i tak nic by to nie dało.

– TO… nie dzieje się naprawdę, TY… nie istniejesz!

– Lubisz seks? Dam ci więc, co lubisz – mówi i przez głowę zdejmuje sukienkę. Idealnie gadzie nogi i stopy uzbrojone w pazury oznaczają, że czarownice istnieją naprawdę. Jak mogłem tego nie zauważyć? A może przemiana następuje powoli?

– Nie… to znaczy tak… chcę… ale nie mogę… kocham wciąż narzeczoną…

– Dorota nie żyje, durniu – mówi i wyciąga szponiastą rękę, aby mnie dotknąć. Całe ciało kobiety zaczyna pokrywać zielona łuska, aż wreszcie Anuncjata przybiera postać zielonego, wielkiego węża.

– Ujeżdżaj węża! – wołam i łapię nóż kuchenny, lecz nim daję radę wykonać jakikolwiek ruch, gad uderza prosto w moją twarz: ostre jak igła ząbki chwytają policzek i wyrywają kawał mięsa. Upuszczam “oręż” i odskakuję z krzykiem, przewracając stół. Biegnę do pokoju Maćka i wskakuję na łóżko.

– Cholera, powinienem zamknąć drzwi.

Skaczę gotowy przekręcić klucz, lecz gadzina już tu jest. Łeb, a potem cała reszta wpełza do pomieszczenia i zmierza w kierunku łóżeczka. Stoję niczym zamurowany, trzymając klamkę: chyba zbyt długo patrzyłem w wężowe oczy!

Pyton albo anakonda, w każdym razie wielki gad, spokojnie wciska łeb pomiędzy szczebelki i wpełza do łóżeczka metr za metrem, aż ze splotów kolosalnego ciała tworzy dookoła dziecka coś w rodzaju kokonu, unosi łeb, otwiera paszczę i niespiesznie acz konsekwentnie połyka śpiącego chłopca.

Nie mija więcej niż kilka minut, gdy zwierzę zaczyna drgać i trzaskać ogonem. Zmienia kształt: zyskuje na grubości, a traci długość. Niedługo już zielona łuska przybiera formę delikatnej, jasnej skóry kobiety. Patrzę na wszystko w biernym przerażeniu, niczym słup soli.

Wewnątrz łóżeczka śpi spokojnie demoniczna kobieta z nogami podciągniętymi pod wielki, ciążowy brzuch. Wtedy tracę przytomność.

 

***

 

Otwieram oczy: siedzę na podłodze salonu oparty o narożnik, a obok leży przewrócona ława. Prawą dłoń pokrywa zaschnięta krew. Policzek a raczej strzępy skóry z prawej strony twarzy pieką. Po podłodze walają się resztki kolacji – SYF. Czuję migrenę potęgowaną mocnym światłem dnia. Silny ból zaczyna wypełniać resztę ciała i w przeciągu kilku tyknięć wskazówki sekundowej wszystkie członki mego jestestwa autentycznie cierpią. Zimny dreszcz biegnie od czaszki aż do stóp i mam ochotę wyskoczyć przez okno.

Spoglądam na zegar: mrówki sekund postanowiły odpełznąć. Marszczę brwi, lecz czas pozostaje płynny. Utknąłem więc na wyspie bezczasowości. Próbuję wstać, naprawdę. Teraz pełznę, niczym wąż, niczym pożałowania godna istota, którą w zasadzie jestem, w kierunku pokoju synka.

– Gdzie jest Anuncjata? – mówię cicho, a w zasadzie bełkoczę. – Obiecała pomóc.

Salon robi wrażenie przestronnego, wręcz gargantuicznie wielkiego i zanim docieram do pokoju Maćka mija chyba kwadrans, może dwa – albo prawie wieczność. Mam wrażenie, że jestem nie większy od żmii. Popycham drzwi i wpełzam do pokoju synka. Wreszcie. Na podłodze leży wyrwana tralka. Podpełzam do łóżeczka i zaglądam do środka: w zawiniątku coś tkwi, lecz z pewnością nie mój syn, nie CZŁOWIEK. Chwytam krawędź łóżeczka i wstaję. Rozwijam pieluszki i włosy stają dęba na głowie: wielkie, czerwone jajo tkwi pośrodku materaca.

Wybiegam z pokoju, chcę uciec jak najdalej.

– Kurwa – jęczę mknąc w dół schodów. Stopa łapie poślizg i lecę w dół, rąbiąc głową o podłogę. Nastaje ciemność.

 

***

 

Anuncjata, odziana w różową sukienkę, pomaga mi stanąć na nogi. Tkwimy teraz u podstawy schodów, na dole klatki schodowej. Za oknami pociemniało, upał już tak nie doskwiera. Deszczyk wpuścił delikatne, chłodne przeciągi.

– Zemdlałeś – mówi kobieta i podaje butelkę czerwonego wina. – Dobrze ci zrobi.

Oblizuje pełne, różane usta wężowym językiem: nawet gdyby nie język jak u jaszczurki, twarz ma diabolicznej urody, w stylu Emmanuelle Seigner.

Łapię butelkę i zaczynam pić duszkiem. Piję szybko, a część kropelek mocy cieknie po rozdartym policzku i czuję szczypanie. Ocieram usta i odrzucam pustą butelkę. Szkło idzie w drobny mak.

– Lepiej?

– Chodźmy na górę, do syna – mówię.

– Do syna? Nie znamy jeszcze płci, ale czarna magia podpowiada mi, że faktycznie, znowu zostaniesz ojcem chłopca.

– Jestem najszczęśliwszym człowiekiem świata – mówię, obejmuję ukochaną i ruszamy schodami ku górze, na spotkanie świetlanej przyszłości.

Gdy nachylam głowę nad łóżeczkiem spostrzegam, że jajo zaczyna drgać, a potem pęka, ze szczelin buchają kłęby pary. Kilka mocnych uderzeń i „dziecko” jest na zewnątrz.

– To waran – mówi uśmiechnięta od ucha do ucha Anuncjata.

– Jest doskonały – kwituję, odwracam kobietę ku sobie i mocno całuję: czuję rozdwojony język pełznący w dół gardła.

– A więc czar znikł – oznajmiam, gdy dłuuugi i namiętny pocałunek dobiega końca.

Ciało kobiety zaczynają pokrywać łuski, a następnie przychodzi zmiana kształtu: tak oto w pokoju wyrasta trzymetrowy waran z Komodo w zasadzie wypełniając pomieszczenie. Mocne szczęki łapią moją rękę. Próbuję uciec, lecz na darmo. Miłość trwa faktycznie po deskę grobową, dziwna miłość dwóch gatunków. Jaszczur pożera moje ramię. Padam na kolana. Razem z krwią życie opuszcza ciało.

– Kocham cię – szepczę i nastaje nicość.

 

***

 

– Delirium tremens. – Słyszę męski głos. – Dokonał pan wielu samookaleczeń i posiedzi tu jeszcze jakiś czas.

– Jesteś bogiem? Tak… na pewno… bo skoro istnieją demony, musi istnieć bóg – mówię zdyszany, jak ogar po polowaniu. – Gdzie jest mój syn?

Wciąż nie mogę otworzyć oczu.

– Syn? Podobno jest pan kawalerem. Postanowił pan odstawić alkohol. Bardzo zły pomysł. Tego nie można zrobić gwałtownie. Anuncjata powiedziała, że nie chciał pan umierać w samotności… rozumiem to.

– Jesteś bogiem?

– Jestem tylko lekarzem. Ma pan gościa.

Słyszę kroki i skrzypnięcie drzwi. Z trudem, z wielkim mozołem, usiłuję podnieść półtonowe powieki. Najpierw przez milimetrową szparę dostrzegam oślepiającą światłość, potem wzrok przywyka. Mogę wreszcie zobaczyć wysokie i podłużne pomieszczenie z kratami w oknie. Zajmuję jedno z sześciu łóżek, pozostałe są puste. Napisy i zdjęcia pokrywają duży fragment jednej z białych ścian.

Z korytarza dobiegają odgłosy rozmowy lekarza i Anuncjaty.

Naścienny, okrągły zegar tyka: minęło południe.

Na krawędzi łóżka siada kobieta ubrana na czarno i poprawia karminową czuprynę.

– Spokojnie, wszystko będzie dobrze – mówi i oblizuje pełne usta rozdwojonym językiem. – To był mój pierwszy raz, kiedy coś poczułam, bo wiesz, węże nie mają osobowości. Zapłodniłeś mnie. Kocham cię, odkąd zacząłeś spotykać moją siostrę.

Nastaje chwila pełna napięcia w zasadzie mogąca być nieskończonością.

– Pan psychiatra mówi, że półroczne wczasy od życia dobrze ci zrobią. Będę cię odwiedzać.

– Zabiłaś. Mojego. Syna. – cedzę słowa i łapię oddech. – Zabiłaś syna, swoją siostrę a moją narzeczoną, najpewniej otrułaś, wykorzystałaś moją spermę, a więc i mnie, a teraz już mnie nie potrzebujesz, więc zamykasz mnie w szpitalu! Jesteś EGOISTKĄ i diablicą!

Anuncjata zapala papierosa, mocno się zaciąga, co uwydatnia i tak już spore piersi i intonuje:

– Potrzebujesz leczenia.

Kobieta wydycha sporych rozmiarów szarą chmurę.

– Pomyśl o czymś innym, o czymś radosnym.

Spoglądam na zegar. Znowu. Wskazówki i cyfry zniknęły. Teraz po białej tarczy biegają czarne mrówki zanosząc sekundy do spiżarni nieskończoności. Chyba umieram.

– A może będę z tobą szczera?

Znów wciąga dym.

– Jesteś kłamliwą suką.

– Jestech Lilith, pani czerwonych ogrodów rozkoszy i nic mnie nie obchodzą bolączki takiego mizernego kutasa, jakim jesteś! Mann ohne Eigenschaften. Ja, jesteś człowiekiem bez właściwości.

Anuncjata ciska peta na podłogę, wychodzi i znowu słyszę rozmowę na korytarzu, ale nie rozumiem słów. Czuję napływającą do wszystkich komórek ciała wściekłość. Zamykam załzawione oczy.

– Nigdy już nie będę szczęśliwy – konstatuję.

Chcę podrapać policzek, ale prawą rękę mam zabandażowaną, a lewą przywiązaną do poręczy łóżka. Widać próbowałem zrywać bandaże albo “samookaleczać się”. Albo bóg i diabeł istnieją naprawdę. Czym w takim razie jest szaleństwo?

Słyszę przekręcany w zamku klucz. Za oknem wzmaga się wicher i wraz ze świstem niesie szept:

– Witaj w piekle.

Salvador Dali powiedział kiedyś, że jedyna rzecz, jaka odróżnia go od szaleńca, to fakt, że nie jest szalony.

– Gdyby tylko był tu Salvador Dali – wzdycham.

– Doprawdy? – burczy mężczyzna odziany w czarnobiały garnitur, siedzący na łóżku po drugiej stronie pokoju. Uderza laską w podłogę, rusza wąsikiem i wstaje. Dostojnym krokiem idzie ku mnie. Zaczyna rozplątywać pętający mnie kaftan bezpieczeństwa.

– Jak się wydostanę? Zamknęli drzwi na klucz!

– MOJA METODA PARANOICZNO-KRYTYCZNA POMOŻE!

Mistrz z Katalonii podchodzi do okna i dotyka laską krat: metalowe pręty miękną i obwisają. Moja prawa ręka odzyskała sprawność i zdejmuję bandaże! To cud!

Bez trudu otwieram okno i po rynnie zaczynam schodzić w dół, na ulicę.

 

***

 

Do pomieszczenia wchodzi mężczyzna w białym kitlu.

Gdy zagląda do łóżka należącego wcześniej do mnie, zaczyna wrzeszczeć: na prześcieradle, zwinięty, spoczywa wielki wąż, dusiciel. Pionowa źrenica otoczona płomieniem tęczówki łypie badawczo na doktora.

Słyszę krzyk aż na drugim końcu ulicy.

Idę prosto przed siebie w nieznaną przyszłość. Mijam szarych ludzi. Postanawiam rozpocząć nowe życie, bez starych nałogów, narowów i przyzwyczajeń. Wszyscy, którzy mieli dla mnie znaczenie, umarli.

Niebo w szarości payne’a pohukuje złowróżbnie.

Koniec

Komentarze

Piotrze, w lipcu 2017 roku przeczytałam Twoje opowiadanie pod identycznym tytułem. Czym Anuncjata, nicość, seks, różni się od wcześniejszego tekstu?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – nie, tekst nie różni się od wcześniejszej wersji.

Pamiętam, Piotrze, że tamta lektura nie należała do łatwych, więc, skoro to jest to samo opowiadanie, raczej nie obiecuję, że przeczytam je ponownie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, że napisałaś o swoich wrażeniach z pierwszego czytania :)

Prawdę napisawszy, zrobiłaś mi i mojemu tekstowi niezły komplement – przeczytałaś TO ponad rok temu i nie dość, że pamiętasz ten fakt, to jeszcze zapamiętałaś lekturę jako niełatwą w odbiorze!

Albo masz doskonałą pamięć albo tekst wywołał u Ciebie określone emocje ułatwiające zapamiętanie, co samo w sobie, stanowi niezły feedback.

I gratyfikację!

Owszem, Piotrze, pamięć mam jak słoń, choć nie ukrywam, że już nie taką, jak w latach młodości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Co za skromność! 

Postaram się nie męczyć już Twej pamięci tekstami z archiwum gdyż te kilka, które darzyłem sentymentem, już tu trafiły, są i inne i albo mocno je przemagluję albo wcale nie włączę do profilu.

Teraz opowiadanie na Retrowizje stygnie, a raczej właśnie moja pamięć o nim albo może – emocje.

Przeczytam je na zimno i wrzucę pewnie w przyszłym miechu.

I jeśli uda mi się wydać tę książkę przed końcem świata, pewnie się o tym dowiecie, tu, na portalu, jako pierwsi.

Dzięki Tobie poczułem się, jak gwiazda, bo ktoś, kto pisze tak ochoczo pod moim tekstem jednak robi na mnie wrażenie Fanki Numer Jeden.

Z racji tego, że nie mam niczego innego pod ręką, takie małe, czerwone coś. Proszę – heart

Dziękuję, Piotrze, jestem wzruszona. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie ma za co :)

Los bywa przewrotny – sam znalazłem kilka błędów w pierwszym fragmencie tekstu i poprawiłem. Zadziwiające, że tak długo ich nie widziałem!

Także chyba czytałem ten tekst, więc moje zdanie znasz ;) Raczej pewnie się więc nie zmieniło. Tekst mocno abstrakcyjny, pisany obrazami, ale nie są one łatwe do przyswojenia i do odcyfrowania. Ma to swój urok, ale niestety to nie moja działka.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Aha, czyli nie od Ciebie przyszła wtedy ta biblioteka! :)

Dziękuję!

Ja kojarzę tytuł, więc pewnie i resztę czytałam. Mam rację?

Babska logika rządzi!

Masz rację.

 

A gdybym był zwariowanym geniuszem szaleństwa i kreatywności mógłbym nawet napisać:

 

“Ja! Nein! Rammstein!”

Teraz po białej tarczy biegają czarne mrówki zanosząc sekundy do spiżarni nieskończoności. Chyba umieram.

Cudne ;D

 

Takie stężenie absurdu zdecydowanie lepiej wchodzi w mniejszych dawkach, choć muszę przyznać, że czytałam z zaciekawieniem, co będzie dalej ;)

 

Stopa łapie poślizg i lecę w dół, rąbiąc głową o podłogę.

Czy stopa może łapać poślizg?

I would prefer not to.

Tak, stopa może łapać poślizg.

 

heart

Już czytałam to opowiadanie, bardzo abstrakcyjne ;)

I obrazek mi się podoba :)

Fajnie :)

Nowa Fantastyka