- Opowiadanie: Mały Słowik - Szepty Nieboga

Szepty Nieboga

Opowiadanie powstało dawno temu (obecnie dalej niż wczoraj to już przeoczona informacja) przy okazji konkursu Jestem Legendą. Miałem z tekstem problem, który wsparty opiniami bet (dziękuję w tym miejscu Blacktomowi, NWMowi oraz Przezroczystej) schował go do szuflady.

Mając te opinie, w szczególności odnośnie fabuły, miałem nadzieję wykrzesać z tego coś więcej i coś lepiej, rzekomo wiedząc, w którym kierunku podążyć.  Z tym, że fabularne zmiany nie powodowały, że moje wewnętrzne ja powiedziało: “tak, pozbyłeś się robaka, to jabłuszko jest jadalne”, a jedynie rozpychały i tak już długi tekst.

Przy okazji przetrząsania szuflad w poszukiwaniu tekstu na Retrowizje (się okazało, że najlepiej napisać coś nowego. Nie narzekam, a nawet chętnie robię sobie wytchnienie od SF) wpadłem na Szepty i uznałem, że kurzenie się tekstu ma mały sens, kiedy zawsze znajduje się ochota do pracy nad innym, czasami nawet starszym. Bo coś kłuje, coś uwiera autora, jakby patrzył na niechciane dziecko. Nie wiem, czy to oznacza, że tekst jest beznadziejnie zły, bo ja jestem jednak dziwnym człowiekiem. Z pewnością jest specyficzny.

 

Więc, zamiast o nim zapomnieć (a może właśnie po to), wrzucam. Może się komuś spodoba. Ostrzegam, że tempo jest bardzo wolne. Nie ma wartkiej akcji pędzącej jak japońskie pociągi, a postacie budowane są dłużej niż kolejki do polskich lekarzy. Mogę zagwarantować kilka ładnych obrazków. Czy coś więcej, to już nie potrafię ocenić.

Miłej lektury tym, którzy się zdecydują. Szczęśliwie, jeśli nic nie pomyliłem, długość zwalnia dyżurnych z obowiązku. Jeśli nie zaskoczy, będzie kłuć i kąsać, proszę się nie męczyć z czytaniem, nie o to chodzi. Natomiast wszelkie opinie (w tym i te w guście: odpuściłem po dwóch pierwszych akapitach, bo) przyjmę z otwartymi skrzydełkami oraz uśmiechniętym dziobem.

 

Kuffa. Nawet w przedmowach się rozpisuję.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Szepty Nieboga

I. Dom niedopowiedziany

 

W Dolinie Białych Żagli przywitały go kamienie.

Nie tego się spodziewał, bo inaczej brzmiały opowieści ojca. Nie było w nich przecież nic o masywnych głazach, leżących na wzgórzu otaczającym równinę. Stał teraz obok jednego, sycąc palce szorstką, acz przyjemną fakturą. Zdziwiło go, że nie dostrzegał żadnej ścieżki, śladów po wozach, a miast odcisków kopyt, wgłębienia przypominały kształtem ludzkie stopy. Być może przeszłość zatarła się już z czasem, choć trawa niechętnie czyniła to ludzkim śladom.

Klacz, której wodze trzymał w dłoni, parsknęła radośnie, trącając łbem jego ramię. Też podobał mu się widok: to morze traw zdających się płynąć z każdym podmuchem wiatru, niewielka wioska w centrum kolistej doliny, kilka samotnych dworków na obrzeżach i kamieniołomy na południu.

Ale nie o ładne krajobrazy mu przecież chodziło. Ojciec kiedyś powiedział, że jeżeli przyjeżdżać w to miejsce, to wyłącznie dla statków. Dla podniebnych żaglowców, jak to ujął. Nic jednak nie płynęło między chmurami, nie przecinało ich prędkim lotem. Ojciec z pewnością nie kłamał, nie miał tego w oczach, kiedy mówił, a przecież były wtedy jedynym, z czego chłopiec potrafił czytać.

Miał tylko nadzieję, że nie wszystko z tych historii zdołało już wymrzeć. Wierzył, że prawdziwe cuda mniej są ulotne od tych zasłyszanych w świątyniach.

 

***

 

Pomiędzy pierwsze domy wjeżdżał przy akompaniamencie kopyt stukających o bruk. Nikt inny wierzchem nie jechał, nie było żadnych wozów, zwierząt nawet, a tych na wsiach zwykle nie brakowało. Ludzie dziwnie patrzyli, trochę niechętnie, trochę bojaźliwie. Ktoś splunął, ktoś kaszlnął, jakiś szmer się podniósł. Nikt się nie uśmiechał.

Nie miał kto, bo dzieci chyba w domach pozamykali. Tak się bać samotnego podróżnika mogą tylko ludzie, którzy nie widują ich zbyt często. A przecież postarał się, by wyglądać niegroźnie, może nawet głupkowato. Wizerunek czyniły pstrokate, bufiaste spodnie, prosto z salonów Nubion, koszula innego zupełnie koloru i kroju, z eleganckimi mankietami, karykaturalnie wielka torba wisząca na wątłym ramieniu, a wreszcie kapelusz, z ciągnącym się po plecach, pawim piórem.

Jedyną nieprzyjemną rzeczą, o jaką potrafiłby posądzić kogoś wystrojonego równie nieestetycznie, były kiepskie żarty.

Wtedy dostrzegł coś, co wyprało z niego wszelką radość. Wysokie drzewo kurczyło się w centrum miasta, jakby ściskane krawędziami otaczającego murku. Szare, miejscami prawie czarne, o powykręcanych gałęziach, sięgających ku niebu.

Jakby błagało, by ukrócić jego męki, pomyślał. Im dłużej na nie spoglądał, tym więcej myśli ohydnych przepływało mu przez głowę. Oczami wyobraźni dostrzegał pień toczony robactwem, korę odklejającą się przy trzasku gałęzi, niebezpiecznie bliskim ludzkiemu jękowi.

– Pan nietutejszy. Piękna klacz.

Obcy głos wyrwał go z nieprzyjemnego transu. Obok stał chłopak, młody, acz nie dawał się określić dzieckiem. Na północy braliby go już do wojska, zwłaszcza, że wyglądał na zwinnego i pełnego życia mimo wypłowiałej koszuli i przetartych trzewików. 

– Miejscowi nie dbają tak o konie – dodał, prawie natychmiast. Widać było, że nie znosi ciszy. – Mówią, że nie trzeba ładnie wyglądać, żeby wykonać swoją robotę. Myślę, że doskonale wpisuję się w podobną…

– Maksymę. Rozumiem. – Przerwał nagły potok słów.

– Cokolwiek pan powie. Przejazdem?

– Niekoniecznie – odpowiedział, odrywając wzrok od gnijącego drzewa. – Co sprawia, że potrzebowałbym wskazówki.

– I stajni, dobry panie! Tam o jest. – Wskazał palcem niewielką stodołę, z której rzeczywiście dochodziło parskanie koni. – Najlepsza w całej dolinie. Brzmiałoby dumnie, gdyby nie fakt, że jedyna.

Bez pytania podrzucił chłopakowi dwie monety, które ten wyłapał naprędce.

– Pierwsza jest za przypilnowanie konia. Druga za odpowiedź. Szukam miejscowego rządcy. Mam nadzieję, że wiesz, gdzie powinienem go znaleźć.

– Co by ze mnie za stajenny był, gdybym nie wiedział, jak moja wieś wygląda! Proszę sprawdzić w świątyni. To jest chyba ta pora, kiedy Senna się tam modli. Jej pan szuka.

Spojrzał we wskazanym kierunku. Skromny budynek, mimo że podobny reszcie belkowej zabudowy, wyróżniał się pojedynczą, strzelistą wieżą i wielkimi witrażami wstawionymi w miejsce okien. Znać, drugiego piętra nie było.

 

***

 

Powietrze wewnątrz świątyni było ciężkie i pachniało słodko ­– jabłkami. Barwiło je uderzające zza witraży światło. Błękit i zieleń, długie smugi rysujące rzeczywistość między dębowymi ławami. W pierwszej, najbliższej ołtarzowi, siedziała starsza kobieta.

Była niska, przygarbiona. Długie, posiwiałe włosy opadały swobodnie na ramiona. Nie obróciła się, chociaż wyraźnie zadbał o to, żeby stawiać głośne kroki. 

Zdjął kapelusz, poprawił wiszącą na ramieniu torbę. Była ciężka, bo nie wiedział, co może się przydać.

Usiadł dostatecznie daleko, by nie sprawiać wrażenia nachalności; dostatecznie blisko, by potwierdzić, że wcale nie przyszedł na modlitwę. Podążył wzrokiem za spojrzeniem kiedyś zapewne brązowych oczu, teraz tonących pod białą pajęczyną. Patrzyła w stronę rzeźby, zajmującej przednią ścianę świątyni. Przedstawiała człowieka, co samo w sobie było niespotykane, szczególnie pośród starych kultów, lubujących się w potędze natury i jej bezpośrednich wysłanników – zaklętych zwykle w zwierzęcych kształtach. Człowiek ten trzymał w dłoniach dziecię, stanowiące wyraźne centrum, a i jedyny motyw wzbudzający ciekawość.

Było zbyt duże, zbyt pokraczne. Miało nieproporcjonalnie długie, nierówne sobie członki, częściowo ukryte pod kocem. Dziwacznie wygięty kark. Tylko twarz zupełnie normalna, chłopięca. Dobre rzemiosło wsparte emocjami. Z duszą, jak to mówią na północy.

– Takie też kocha – powiedziała kobieta, głosem nieco opuchniętym, jak jej wargi. Kiedy ponownie obrócił się w jej stronę, już mu się przypatrywała. Wiedział, że wiele zza tej bieli nie dostrzega, a jednocześnie pierwszy raz w życiu czuł się równie bezbronny wobec czyjegoś spojrzenia.

– Kto taki? – wykrztusił, spuszczając przy tym wzrok. Spojrzenie choroby paliło zdecydowanie bardziej niż potrafiłyby zdrowe oczy.

– Człowiek z rzeźby, którą przed chwilą podziwiałeś.

– Do niego wznosicie modły?

– Nie, chłopcze, cóż to za pomysł? – zapytała takim tonem, jakby pobożność była ostatnią rzeczą, o którą można by ją posądzić. Uśmiechnęła się przy tym, choć opuchnięte wargi nie pozwoliły, by uśmiech ten był przyjemny.

– Czyli dziecko. Wasz bóg manifestuje się pod postacią dziecka?

Z torby wyciągnął pospiesznie notatnik i wieczne pióro, wynalazek wprost ze Złotej Wieży. Zaczął notować. Litery padały szybciej niż koń w pełnym galopie odbijał ślady kopyt. Wykładowcy potrafili skłonić do wypracowania odpowiednich zdolności.

– Nie ma bogów, chłopcze.

Pióro na chwilę przestało wykreślać kolejne szlaki. Podniósł wzrok raz jeszcze. Tak jak potrafił czytać w cudzych oczach, tak jej mgła przypominała teraz plamę atramentu, która skryła najważniejszy wyraz w całej opowieści.

– Jest tylko współczucie. Jest miłość. Jest troska. Z tych rodzą się dobre rady, a mam taką jedną dla ciebie, właśnie w tej chwili. – Pochyliła się delikatnie, chociaż znosiło ją przy tym w stronę rzeźb. – Bo wiem, że nie przychodzisz od tamtych, którzy nic więcej nie przynoszą, jak krzywdę. Nie jesteś z tych mądrych głów. Inne cię wychowały, inny dach chronił przed śniegiem, inne mleko karmiło. Unikaj jednak zbyt mądrych słów, manifestacyj i im podobnych, bo nie wszyscy zobaczą to, co widzę ja.

Nachyliła się jeszcze bardziej, a on mimowolnie uczynił rzecz podobną, jakby niczym więcej teraz nie będąc niż lustrem.

– A wiesz, chłopcze, cóż ja takiego widzę?

Zaprzeczył ruchem głowy. Nie odzywał się, bo lustra przecież nie mówią.

– Niesamowicie jesteś podobny do ojca. – Jeszcze jeden uśmiech, wyłącznie kącikiem ust nietkniętym deformacją. – Odpowiem na twoje pytania, ale przy innej okazji. Wyrwana z własnych myśli, nie potrafię sięgać w przeszłość. To już ten wiek. Zakładam, że nie jesteś tylko przejazdem?

Nagła zmiana tematu łatwo wytrąciła go z zaskoczenia wywołanego wzmianką o ojcu. Nie chciał o niego pytać. Chodziło przecież o opowieści, o Dolinę. Rzeczywisty obraz ojca nie był mu potrzebny, bo obecny bardzo sobie cenił.

Przez chwilę milczał w dziwnym rozkojarzeniu. Poczuł, jak zaschło mu w gardle.

– Nie. Chciałem… chciałem prosić o pozwolenie. Ja – ukłonił się taktownie, z wyrzuconą do tyłu dłonią, drugą przytrzymując torbę – Nesmo Averi de Nubion, pragnę opisać historię tego miejsca. Napisać pracę na jej temat, pokazać światu Dolinę Białych Żagli.

– Daj pokój, bo mi zaraz posadzkę czołem rozbijesz. – Odsunęła się, wracając spojrzeniem do rzeźb. Zauważył, że nie patrzyła na żadną z postaci, a na koc, delikatnymi fałdami opadający ku stopom człowieka. Być może mgła odbierała staruszce tylko świat bardziej odległy niż siedzący obok mężczyzna. – Wydaje mi się też, że inną historię masz na myśli, ale sam przecież wiesz najlepiej. W karczmie powinny być wolne miejsca, zawsze są. Powołaj się na Senną, to dostaniesz jakiś ładny pokój, po równie ładnym upuście.

– Z całym szacunkiem. – Wstał, ledwo powstrzymując się od kolejnego ukłonu. – Chciałbym jednak prosić o pozwolenie na spędzenie tego czasu w rodzinnym dworku.

– A widzisz, mówiłam – zaśmiała się. Cierpki był to dźwięk. – Mówiłam, że sam wiesz najlepiej. Zakładam, że zimno, spróchniałe ściany i dziurawy dach nie odwiodą cię od zamysłu.

– Nie odwiodą.

– Więc i ja nie będę próbowała. W całej dolinie to ty masz największe prawo do tego miejsca. Obawiam się przy tym, że będziesz musiał wyprosić obecnego lokatora, co poniekąd mnie cieszy.

Przestąpił z nogi na nogę. Słabo widziały mu się konflikty z miejscową społecznością, zwłaszcza nim zdąży poznać ludzi. Obcego znacznie trudniej wziąć na widły, kiedy pił już z sąsiadami.

– Myślę, że nie będzie potrzeby. Ojciec nie raz mi o tym miejscu opowiadał. Wiem, że starczy miejsca na dwa, nawet niechętne sobie charaktery.

– Oj, chłopcze. Nie wyobrażasz sobie nawet, jak wielkie przestrzenie potrafi zajmować ludzka buta. Wiesz, jak dotrzeć na miejsce?

– Wiem.

– Ależ ta wiara w opowieści ojca jest silna! Miejsce rzeczywiście jest dokładnie takie, jak opowiadał?

Już miał odpowiadać, już głowa zaczęła przytakiwać, kiedy myśli wróciły do obiecanych, białych żaglowców. Przemilczał więc pytanie.

– Tak myślałam. Mamy tutaj takiego stajennego, pewno u niego konia ostawiłeś. Energia nosi go jak południowe ogiery noszą jeźdźców, z chęcią pomoże.

Machnęła w jego stronę dłońmi, jakby odganiała natrętną muchę. Było w tym geście więcej elegancji niż niejeden szlachcic potrafił zawrzeć w całym swoim życiu.

– A teraz sio. Przerwałeś mi najważniejszą z możliwych rozmów. – Westchnęła tak, jak to tylko starzy ludzie potrafią westchnąć. – Rozmowę z samym sobą.

 

***

 

– Rozmawiał pan z Senną, prawda? – zapytał stajenny, kiedy już zgodził się służyć za przewodnika. Odwiązał przy tym konie, wskazując dłonią wyjście z zagrody.

– Aż tak widać?

– To da się poznać – odpowiedział, kiedy już wyszli na zewnątrz. Podał Nesmo wodze.

– Po twarzy – doprecyzował. – To widać po twarzy. Każdy wtedy wygląda, jakby odbył rozmowę z duchem. Po prawdzie, to ona już chyba jedną nogą w podobnym stanie.

– Trochę szacunku – skrzywił się. Dłonią przeczesał grzywę klaczy, palce sunęły jak po jedwabiu. Chłopak rzeczywiście uwinął się z robotą.

– Ależ skąd, dobry panie! Ja nic złego na myśli nie miałem, tylko czasem szybciej mówię niż powinienem. Czyli jedziemy do starego dworku Averich, zgadza się?

Gdzieś w połowie między zmianą tematu, a pytaniem, chłopak zdążył zamknąć drzwi do zagrody oraz dosiąść konia. Był szybki, był pewny siebie, a przede wszystkim – nie miał za złe nikomu, że można urodzić się w miejscu innym, niż ta dolina.

Nesmo również wskoczył na klacz, nie mniej zwinnie od młodzieńca. Człowiek lustro, nigdy o krok przed innymi. Dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że w lewej dłoni wciąż ściskał pióro i notatnik. Widocznie Senna rzeczywiście robiła wrażenie. Przede wszystkim znała jego ojca, co było najlepszą wiadomością, na jaką mógł tutaj liczyć.

– Nesmo Averi de Nubion – obrócił się w kulbace, wyciągając dłoń w geście przywitania. Tak, jak to powinno zostać zrobione od samego początku.

– To sporo wyjaśnia. – Uścisk miał twardy, chociaż czuć było, ile wysiłku go to kosztowało. – I całkiem ładnie brzmi. Moje wcale nie brzmi. Różan jestem, dobry panie.

– Różanie z Białych Żagli, w żadnym wypadku nie brzmisz źle.

Otworzył notatnik, zamyślił się. Zawsze najtrudniej jest postawić pierwszą kreskę – zwykle wychodzi koślawa, nieprzyjemna oku. Dlatego chyba wymyślono inicjały, żeby to nie litera była przeszkodą, a pierwszy zawijas do niej prowadzący. Każdą historię należy rozpoczynać, skupiając się na czymś innym.

Na przykład uśmiechu, który rozjaśnił teraz twarz stajennego.

 

***

 

Dworek, choć pokaźny, nie był pierwszą rzeczą, która przyciągała spojrzenie. Dworków można było przecież znaleźć wiele. Oczywiście, nie wszystkie dworki wyglądają jakby przeżyły kilka oblężeń. Dziury, przez które gwizdał wiatr, zdawały się liczniejsze od okien. Jedna przezierała strzelisty dach, jakby olbrzym przywalił pięścią, zniesmaczony smoliście czarną barwą dachówek. Kolejna – zaraz obok drzwi wejściowych. Można było w ten sposób wjechać do środka, nie schodząc przy tym z konia. Żaden fragment budynku nie oparł się śladom rozkładu: próchniejącemu drewnu i pojedynkom przegranym z pogodą.

I gdy tak wieczorny wiatr powoli wypełniał dolinę, dworek Averich rozpoczynał swoją pieśń. Do rodzonej w ruinie melodii dokładał się każdy świst, każda tknięta wiatrem deska i trzaskające ramy okien, każdy przeciąg i obluzowana dachówka. Choć najrozsądniej było spodziewać się w tym wypadku kakofonii, jakiś nieokreślony dźwięk dominował nad innymi. Przy akompaniamencie wznosił się wysoko, a opadał tylko, gdy cichło wszystko inne.

Drzewo stojące przy wschodniej ścianie dworku odbierało zmysłom wolę. Kradło słuch. Przede wszystkim – kradło wzrok. Było rozłożyste, z konarami wchodzącymi między deski, wypełniającymi dziury po wichurach i wybite okna. Zamiast liści – gęstwina maleńkich dzwoneczków, krwiście czerwonych wewnątrz, różowych na zewnątrz. Same odcienie również zmieniały się. Od strony wschodu i zachodu słońca, barwy były zdecydowanie intensywniejsze. Równe pasma, jak przy pociągnięciach pędzla.

I tylko ziemia wokół, po równym okręgu, straszyła barwą. Trawa poszarzała zupełnie, żaden krzew nie wyrósł, a obumarłe pnie innych drzew dogorywały toczone grzybem i robactwem.

– Drzewo Samotników, czy też prościej: Samotnik, dobry panie.

Głos Różana wyrwał Nesmo z osłupienia. Westchnął mimowolnie, kiedy powrócił tętent kopyt, skrzypienie ścian i widok czarnych dachówek.

– Mamy ich kilka w dolinie. W różnych miejscach stoją, bo chyba nie lubią swojego towarzystwa. Ale żadne nie jest podobne do drugiego. Taką mają właściwość, że kwitną, zmieniają formę i pięknieją, gdy nikt nie patrzy.

W jednej chwili Nesmo przypomniał sobie o drzewie z centrum wioski. Zabolało samo wspomnienie.

– Ale gdy patrzy zbyt wielu, zaczyna urodę tracić? – zapytał. Coraz bliżej dworku, niebo coraz niżej, a powietrze coraz chłodniejsze.

– Nie wyznaję się na tym, dobry panie. Powtarzam tylko słowa Sennej. Skąd mi wiedzieć, ile za nimi mądrości stoi. Tyle tylko wiem, że mądrzejsza jest ode mnie, więc żadnej tym sobie straty nie czynię.

– Rozumiem.

– Ze swoich słów to potrafię tyle powiedzieć, że mądre głowy wymyśliły inną nazwę. Drzewo Skucciego, chyba na cześć jednego ze swoich. Prawda, że zupełnie bez sensu to brzmi? Że nie oddaje… Nie oddaje natury rzeczy?

– Prawda – powiedział, chyba nigdy wcześniej nie popierając czyichś słów równie mocno. – Co to za mądre głowy, o których wspominasz? Nie pierwszy raz obiły mi się o uszy. Sam jestem wychowankiem Złotej Wieży, a o żadnym Skuccim nie słyszałem.

– Nie wiem, dobry panie. Nie wyznaję się na tym, co poza doliną. Bo i po co mnie to?

Otaczający dworek mur był w nie mniej opłakanym stanie niż wszystko inne. Kiedyś zapewne, ze względu na formę – bo ledwo sięgał dorosłemu do ramion, z cegłami wiązanymi po ostrym skosie, nadając tym samym wrażenie płynięcia – spełniał funkcję wyłącznie dekoracyjną. Teraz wykreślał tylko granicę, za którą czekała przeszłość.

– Ale wiem, kto może wiedzieć. Przecież tu jeden, chociaż niespecjalnie dobry pan, wciąż mieszka. Mądra głowa. A jak pan chce zobaczyć naprawdę pięknego Samotnika, powinien odwiedzić pustelnię Nieboga. Wiem, że ma tam jednego, ale nigdy nie widziałem. Boję się tam pójść.

– Nieboga? – Zainteresował się Nesmo.

– A to pan nie ze względu na niego przyjechał? To dopiero niezwykłe!

Stanęli przy samej bramie, jej pozostałościach w każdym razie – ceglanym łuku, w którym kiedyś zapewne zamocowane były całkiem spore wrota. Gdy odgłos uderzających o ziemię kopyt przyjął metaliczne brzmienie, wiedział już, gdzie takowe się podziały. Zatrzymali się.

– Niebóg. To imię też Senna dla niego wymyśliła. Ona w ogóle dużo rzeczy sama wymyśla. Niebóg, to od niebożęcia. To znaczy, godny współczucia, dobry panie.

– Zakładam, że samo niebożę brzmiało zbyt infantylnie. Ciekawa kobieta – mówił, schodząc przy tym z konia. Obadał ziemię podeszwą buta. Rzeczywiście, pod warstwą błota skrywała się żelazna brama.

– A mówiąc moimi słowami – kontynuował Różan – to pamiętam, że mądre głowy nazwały go identycznie. To ciekawa rzecz jest. Słyszałem kiedyś, jak to sobie tłumaczyli, że przy całej jego mocy, przy całej tej potędze, warto jest zaznaczyć, że żadnym bogiem nie jest.

Nesmo pamiętał opowieści ojca. Historie o roślinach, które nigdzie indziej się nie przyjmują, o zwierzętach, które tylko tutaj można spotkać. O ludziach tak niezwykłych, że legendy o nich niosły się poza granice królestwa. Ze wszystkich słów, jakie od niego usłyszał, w te najtrudniej było mu uwierzyć. Teraz cieszył się jak dziecko, że nie był synem ani kłamcy, ani bajarza.

– Ale na moje – dodał stajenny – to strasznie głupie jest. Bo przecież wiadomo, że bogów nie ma.

W odpowiedzi dostał uśmiech.

– Jest tylko współczucie. – Nesmo poklepał chłopaka po udzie i wsunął w jego dłoń kilka monet. ­– Dziękuję za pomoc, Różanie z Białych Żagli. Bezpiecznej drogi.

 

***

 

Przechodząc przez plac starał się nie spoglądać w stronę Samotnika. Zbyt był piękny, by się do niego przyzwyczajać. Zbyt piękny, by niszczyć go swoją uwagą.

Schody ganku zaskrzypiały. Raz, drugi, trzeci. Brakowało drzwi. Zamiast nich, kolejna dziura. Ułamana framuga, wyłom w podłodze. Kolejne kroki stawiał ostrożniej. Pomysł zamieszkania w tym miejscu był głupi, nierozważny, a przy tym tak niesamowicie pociągający. Drzewo śpiewało, uwodzicielski flet w rękach wiatru. Wypełniało głowę, odbierało zdrowy rozsądek.

Główny hol okazał się mniej ogromny niż wspominał o tym ojciec. Dach nie sięgał nieba, korytarze nie odchodziły we wszystkich kierunkach. Ledwo trzy piętra i coraz węższe schody prowadzące na górę. Jedna rzecz się zgadzała. Lustro zajmujące wejściową ścianę, tak wielkie, że połowa absolwentów Złotej Wieży mogłaby się w nim równocześnie przejrzeć.

Przy tym kurz pokrywał ramę o kwiecistych narożach, jeszcze szczelniej zaś samą taflę szkła. Przetarł jej fragment rękawem koszuli. Oczom ukazała się twarz o zmęczonym od ksiąg spojrzeniu, zaroście, który nie chciał rosnąć w estetycznych miejscach i małym, prawie dziewczęcym nosie.

Przetarł jeszcze więcej. Ślad pęknięcia. Czoło rozjeżdżało mu się na dwie, nierówne części. Zdarza się, nic niezwykłego. Tylko myśl, że lustra nie zawsze oddają rzeczywistość, lekko go przeraziła. Nie rozumiał, dlaczego.

– Witam w Płucach.

Nesmo podążył za dźwiękiem. Wsparty o ramę jednych z wielu drzwi stał łysy mężczyzna o wyjątkowo gładkim obliczu, którego twarz wydała mu się znajoma. Wiedział, że człowieka tego nigdy wcześniej nie spotkał, ale widział w swoim życiu tylu profesorów, że rozpoznawanie kolejnych stało się naturalnie wypracowaną zdolnością. Ten tutaj musiał mieć kilka tytułów mniej niż tego pragnął.

Mężczyzna ściskał w dłoniach kufel, z którego uciekało ciepło. Zagwizdał, naśladując szalejące przeciągi.

– Słyszysz, jak oddycha? Ja nawet słyszę, do jakich słów zbiera ten oddech. Dom chce wyraźnie zapytać: co ty tutaj, do cholery, robisz?

 

II. Wspomnienia, które nie wracają

 

Poranek zaskakiwał ciszą. Odzyskując kontrolę nad myślami, Nesmo zrozumiał, że nie pamięta poprzedniego wieczoru. Jakby ktoś wymazał słowa, które padły. Zostały tylko pojedyncze obrazy, szczątki wspomnień. Wyłącznie chwile pozbawione śpiewu Samotnika.

Nesmo nie był zaskoczony, że pierwszym, co zauważył, były setki dzwoneczków wlewających się do sypialni, ocierających o łóżko i komody. Były miękkie w dotyku, bardzo delikatne. Niechcący zgniótł kilka, w pierwszym, ekstatycznie przyjemnym dotyku. Odskoczył od drzewa, skierował myśli na pokój.

Łóżko okazało się nad wyraz wygodne, chociaż skrzypiało nie gorzej niż wszystko inne. Robactwa nie dostrzegł. Kurz nie męczył nadmiernie, nosa nie drażnił, tylko przylegał do ciała, jak pył w cegielni jakiejś. Dalej – drzwi, chyba jedne z niewielu ocalałych.

Wyszedł na główny hol. Pamiętał – Płuca. Tak nowy znajomy-nieznajomy nazywał to miejsce. Pamiętał też, zdaje się zupełnie nieświadomie, gdzie skierować kolejne kroki. Najpierw na dół, ostrożnie, bo dziura średnio co trzy stopnie. Następnie, stojąc twarzą do drzwi wejściowych, odbić w prawo. Nogi same niosły we właściwym kierunku. Kuchnia.

Chyba jedyne, naprawdę czyste miejsce we dworku. Co dziwne, Nesmo czuł, może nawet wiedział, że mężczyzna będzie siedział dokładnie tutaj, przy grubo ciosanym stole, wypatrując czegoś przez okno.

– Witam pana na włościach – odezwał się łysy.

– Ciągle ich tak wypatrujesz? – zapytał, a natychmiast po samym pytaniu przyszło zdziwienie. Nie rozumiał, co sam miał na myśli.

– Ależ masz teraz wyraz twarzy – roześmiał się. Kolejne skojarzenie: jak wykładowca, który właśnie opowiedział niezrozumiały żart. – Też tak kiedyś wyglądałem. Chyba każdy miał ten moment. Magiczna, pierwsza noc.

– To drzewo.

– Ano, Drzewo Skucciego. Dorwał się do niego, sukinsyn, jako pierwszy, to i kwestię nazwy sobie przywłaszczył. No i teraz brzmi to jak, nie przymierzywszy, kurwa w ustach damy. Ale spokojnie, więcej czasu ci ten krzaczek nie ukradnie. Człowiek zaskakująco szybko przyswaja piękno.

Zaniósł się kaszlem, osłonił jedną dłonią. Drugą wskazał krzesło naprzeciwko. W garnku nad paleniskiem coś zabulgotało. Nie pachniało wcale, więc Nesmo podejrzewał zwykłą wodę.

– Wracając do pytania. Tak, wciąż czekam. To już dwa miesiące są, dawno do stolicy dotarli. No siadaj, to wytłumaczę jeszcze raz, co się tutaj odprawia, kto ja jestem i dlaczego nie jest to najlepsze miejsce na pisanie pracy zaliczeniowej.

– Amada Gehennik, trzeci profesor kolektywu paroznawstwa z Porcelanowej Wieży. – Wstał, ukłonił się sztywno, ale z wdziękiem, po czym bezwiednie opadł na miejsce. Nie pierwszy raz się tak przedstawiał. – A to miejsce, którego historię pragniesz opisać, ma wartość znacznie większą niż jakieś bajki. Bo tak jak ty chcesz do sprawy podejść, to jest, powiadam ci, hańba dla naukowego światka. Takie podejście do rzeczywistości powinno zniknąć już dawno, razem z całą Złotą Wieżą, krowia jej mać.

Nesmo odchrząknął, celem sprowadzenia rozmówcy na właściwe tory. Że nie polubił Gehennika, to jeszcze pamiętał z poprzedniego wieczoru, ale dopiero teraz wspomnienie nabrało solidnych podstaw.

– Przepraszam, nic osobistego. To tylko mój wewnętrzny sukinsyn, co to lubi częste spacery. Więc tak, wiesz oczywiście, co czyni dolinę wyjątkową?

– Endemiczny charakter fauny i flory – odpowiedział bez zastanowienia. Poczuł, że ponownie zachowuje się jak lustro. Odbija, co rozmówca chce zobaczyć. W tym przypadku, usłyszeć.

– Zacząłeś gadać do rzeczy! – Przyklasnął radośnie. – Dotykałeś może trawy? Nie? Co z ciebie za naukowiec! Naukowiec ma wszystko wymacać, bardzo dokładnie. I nieważne czy obcy gatunek, stara księga, a może kochanka. Trzeba macać!

Wyciągnął pojedyncze źdźbło z sakwy wiszącej u pasa. Wcisnął je w dłonie szlachcica.

– Tutejsza trawa jest żylasta, ale zauważ, cholera jasna, że kurczy się pod dotykiem. Ma ostre reakcje na nagłe zmiany temperatury. Czy ty wyobrażasz sobie, ile to zmienia? Jakie daje możliwości?

Mówił coraz szybciej i z coraz większą werwą. Sam zdążył zauważyć, że znosi go w stronę bełkotu. Złapał oddech. Z kubkiem w dłoni podszedł do paleniska. Nabrał do środka trochę cieczy z garnka, po czym zatopił twarz w zielonkawych oparach. Zasmucił się.

– Nawet herbata na tutejszych ziołach ma ciekawe właściwości. Jeden jest tylko problem, że wszystko wyniesione z doliny obumiera. Powoli, choć nieubłaganie. Zwierzęta zapadają na dziwne choroby, rośliny więdną. Czasami zostaje tylko pył.

– Ale pieprzyć zwierzątka i roślinki! – krzyknął tak nagle, że Nesmo podskoczył. – Ludzi spotyka to samo. Te same zalety i wady toczą mieszkańców doliny, co trawę, którą depczą buciorami. Kojarzysz taką postać, jak Krzewicha Żelazny?

– Dowódca, ozłocony za służbę pod Borque. – Zaczął wymieniać z pamięci. Nieczęsto trafiała się okazja, by podzielić się podobną wiedzą. – Pierwszy święty wyniesiony w Kościele Dwóch Imion. Dość skandaliczne ze względu na fakt, że sam zainteresowany nigdy o takowym nie słyszał. Nie zdążył zaoponować, gdyż zmarło mu się w rok następny. Nikt dokładnie nie wie, na co.

– Coraz trudniej o cuda, kiedy technika idzie do przodu. Trzeba znać mechanizm jeszcze przed próbą oszustwa. Nie będziesz kłamać, że z robota cieknie krew, dopóki się nie dowiesz, jak mu działa hydraulika. Oczywiście Krzewicha żadnego mechanizmu nie znał, a i podobno bujdy mu niełatwo przez gardło przechodziły. Pierwszy raz stracił rękę właśnie pod Borque, bohater chromolony. Kogoś osłonił, ale tarcza pękła, bo i topór był całkiem pokaźny. Podobno więcej było widać kości niż mięsa. – Odchrząknął. Upił łyk z kufla. – I nic by w tym takiego dziwnego nie było, gdyby nie fakt bezsporny, że mu takowa odrosła. W tydzień, na bogów. W tydzień! Jak myślisz, skąd nasz Żelazny cudotwórca pochodził?

Chociaż Nesmo usłyszał pytanie bardzo wyraźnie, co innego zaprzątało mu teraz myśli. Przypomniał sobie opowieści ojca o matce. O tym, jak niedługo po jego narodzinach, zaczęła toczyć ją choroba. Nikt, od znachorów po wielkich uczonych nie potrafił jej pomóc, choć ojciec nie szczędził na ich usługi. Próbowali, oczywiście. Miodem i mlekiem. Ekstraktami z cuchnących preparatów. Cięciami na stole operacyjnym. Wreszcie modlitwą i dobrym słowem. I tylko ostatnie przyniosło jakiś efekt, bo nie umierała w smutku. Podobno tylko ojciec wtedy płakał. Nesmo nie ma pojęcia, jak wyglądają łzy ojca.

Wreszcie przytaknął, uznawszy odpowiedź za zbyt oczywistą.

– Pięcioro ich było, kiedyśmy tutaj przyjechali – kontynuował Gehennik, patrząc na dziedzica Averich jak na idiotę. – Pięć żywych cudów natury, idealnych kandydatów na świętych. Każdy czym innym się wyróżniał, ale zapewne słyszałeś opowieści. A nas przyjechało piętnastu, wyobraź sobie, najznamienitsze głowy z Porcelanowej Wieży.

– I pan, panie profesorze. – Nesmo uśmiechnął się delikatnie. Nie potrafił się powstrzymać. Miał zresztą wrażenie, że już kiedyś ten żart wystosował.

– Bardzo, kurwa, zabawne – obruszył się, chociaż bez nerwowych gestów. Wyglądał na przyzwyczajonego. – Nie wiem, kto jest twoim mentorem, ale módl się dzieciaczku, żebym człowieka nie znał. O czym to ja? A, no właśnie. Nas zakwaterowano tutaj, bośmy specjalnie dobrego wrażenia na miejscowych nie zrobili. Dworek stał od dawien dawna pusty, to i nikt nie oponował. Od tamtego czasu ostał się tylko Niebóg.

Wspomnienie tego imienia wybudziło go z chwilowego marazmu. Jakby ponownie słyszał Samotnika, ale ciszej, delikatniej, mniej uwodząco. To było już zupełnie inne uczucie. Bardziej jak tęsknota za pierwszym wrażeniem.

– Twardy zawodnik. Mieliśmy królewskie pieczęcie, rozumujesz? Nie ma ważniejszego dokumentu, choćby prawdziwe bogi ze swoich tronów zstąpiły i jakiś napisały. A on, mimo wszystko, milczał. Żeby go do współpracy przymusić też odważnych nie było. Może poza Jonahem, ale on nam już nie opowie, jak to jest dotknąć Nieboga.

– Nie żyje. – Nesmo bardziej stwierdził, niż zapytał.

– Ano, nie żyje – potwierdził Amada. – Po prawdzie, nie winiłbym tej głupiej góry mięśni, Nieboga znaczy się, o jakiś zły uczynek. Chciał tylko strzepnąć muchę z ramienia, a wyszło odrobinę niezręcznie. Lekko nami wtedy wstrząsnęło. Zrobiliśmy zebranie i omówiliśmy bieżące sprawy. Padło kilka decyzji. Część postanowiła zabrać do Wieży zgromadzoną wiedzę. Jakieś stosy bezwartościowych notatek, nic odkrywczego. Niektórzy pojechali jeszcze raz przedłożyć królowi sprawę, w nieco nowym świetle. Dwóch zrezygnowało całkiem, bo nie tak wyobrażali sobie pracę w terenie. Naukowcy psiej myśli nie warci. Tylko ja zostałem. I czekam. I pilnuję, żeby nikt nam cudu sprzed nosa nie sprzątnął.

– Mówiłeś, że było pięciu – wtrącił, znajdując przerwę w ciągu myśli, gdzieś pomiędzy jednym, a drugim łykiem herbaty.

– Ano, zgadza się.

Po raz pierwszy tego poranka, Gehennik uśmiechnął się, i było w tym coś strasznego. Dziwny cień spowił jego twarz i zupełnie inny człowiek stał naprzeciwko.

– Bo czego ci wczoraj nie powiedziałem, a mówię teraz: masz pan, szlachetny panie z rodu Averich, piwnicę pełną martwych cudów.

 

III. Utonąć w czerwieni

 

Droga do kamieniołomów wiła się, jakby stawiano ją po wieczerzy. Przeczące temu, równo ułożone kostki zwróciły uwagę Nesmo. Identyczna faktura, co kamienie otaczające dolinę. Tak samo szorstkie, a jednak nie drażniły skóry. Uczucie prawie przyjemne.

Zbocze wzgórza przypominało widziane z boku, pomięte kartki papieru. Na wpół otworzona księga. Drewniane konstrukcje sięgały wyższych warstw, kładąc podesty w miejscach, gdzie kamień zdawał się być bardziej oporny. Z pracujących maszyn buchała para. Stalowe windy jeździły to w górę, to w dół. Automatyczne młoty odłupywały co większe fragmenty skał. Prawdziwy pokaz fajerwerków spod znaku Porcelanowej Wieży. Zewnętrzny świat wpełzał do Doliny jednym z niewielu otworów.

Averi mijał wozy obładowane surowymi odłamkami, które zapewne miały trafić pod odpowiednie prasy, może pod jakieś dłuto. Zwierzęta parskały, pobudzone zapachem obcego konia. Chwilę po tym jak zaszczekał pierwszy pies, ujadały już wszystkie.

 

Żałował, że nie udało mu się przekonać Różana, żeby zaprowadził go do pustelni Nieboga. Stajenny miał solidny argument, by odpuścić podobną wyprawę. Prawie przekonał Nesmo, by również się w te rejony nie wybierał.

– Pamiętasz, dobry panie, jak powiedziałem, że boję się tam chodzić? – zapytał.

– Czyżby krzywdził przybyszów?

– Dobry pan myśli, że ja Nieboga mam na myśli. Nie, w żadnym wypadku. On by muchy nawet nie tknął. Boję się piękna, dobry panie. Piękna tak cudownego, że potrafi zranić. Boję się Samotnika.

To wystarczyło. Jedno słowo, za którym już teraz narastał strach i pożądanie. Tęsknota do wspomnień, które nie zdążyły zaistnieć. Podzielał strach Różana, wyprawa do Doliny nie byłaby jednak pełna bez najważniejszego szczegółu. Wznosił się przecież ponad inne, nadawał znaczenie i ludziom i wydarzeniom, które narastały wokół. Był jak tytuł opowieści.

Druga sprawa, że niczego więcej teraz nie pragnął, jak żeby znaleźć się możliwie daleko od dworku Averich i drzwi do jego piwnic. Od czekających za nimi kości.

 

W kamieniołomach wskazali mu drogę na północny wschód. Powiedzieli też, żeby patrzył pod nogi, bo sobie prędzej głupi ryj obije, niż drogę znajdzie. Później Nesmo zrozumiał, że nie była to zupełna drwina.

Głębokie na dwa palce wyżłobienia w ziemi przypominały odciski ludzkich stóp. Znalazł szlak.

 

***

 

Kiedy Averi dostrzegł, że trawa zmienia barwę, a krzewy gną się ku ziemi, wiedział, że jest blisko. Kolejne wzniesienie, tym razem bardzo strome, rzucało długi cień, tworząc przed sobą dywan czerni. Ślady olbrzyma prowadziły do jaskini.

Nie miał przy sobie ani pochodni, ani broni innej niż ostre pióro. Z ogromnych zbiorów zgromadzonych w bibliotekach Złotej Wieży, nie kojarzył ani jednej historii, w której bohater zadźgałby niedźwiedzia czymś podobnym. Coraz głupszy się sobie wydawał, bez zastanowienia podejmując decyzje, których nie rozumiał. Bardzo chciałby wyjaśnić swoje postępowanie ciekawością, jeszcze chętniej – odwagą. Co innego pchało go jednak do przodu. Czuł, może nawet wiedział, że wewnątrz nie znajdzie potworów gorszych niż te, które zamieszkały w jego rodzinnym domu.

Wejście wyglądało, jakby nie wyżłobiła go natura. Krawędzie były nazbyt poszarpane, potraktowane kilofem, i to takim o więcej niż jednym ostrzu. Natura nie lubi ostrych kątów.

Poprawił torbę na ramieniu i wszedł do środka, w ciemność.

Usłyszał szelest. Brzmiał jak liście jesienią, jak proporzec łopoczący na letnim wietrze. Usłyszał śpiew, a ten brzmiał jak ptaki na wiosnę, jak wichura zimą. Podążył za tym dźwiękiem, dłońmi trzymając się wilgotnej ściany. Im głośniejszy się stawał, tym więcej ciepła rozlewało się w ciele Nesmo. Uczucie to walczyło ze strachem, który narastał równie prędko.

Pierwsze smugi światła wywołały niemal bolesne pragnienie, by móc zatopić w nich skórę. Było czerwone, jak słońce sączone przez taflę rubinowego szkła. Agresywne, nieco brudne, a kiedy wreszcie spróbował dotknąć go dłonią – chłodne i lepiące się.

Z wypełnionego nim korytarza, Averi wyszedł na otwartą przestrzeń. Wszędzie czerwień, mieszająca się z czernią cieni rzucanych przez gęstwinę przypominających las stalagnatów.

Następnym co pamiętał, były długie chwile spędzone na patrzeniu przed siebie.

 

***

 

Z półsnu wybudził go chrobot. Kamień o kamień. Uciekły wszystkie marzenia, zniknęły ulotne myśli, twarz ojca, taka jaką była, twarz matki, taka jakiej znać nie mógł. Jeszcze przez chwilę, zanim otworzył oczy, po jego niebie płynęły galeony o wielkich, białych żaglach.

Które zastąpił strop jaskini. Mimowolnie sięgnął ku niemu dłonią, której cień rozlał się czarną smugą. Spojrzał w stronę, z której pochodziło światło. Ciepło wybuchło w nim nową falą.

Po jednym ze stalagnatów, prowadzącym tak wysoko, że wzrok gubił szczegóły, wspinały się liście. Każdy wielkości dłoni, każdy lśniący cieczą, błyszczącą od pulsującego wewnątrz światła. Płynny rubin ściekał od stropu, przeskakując z jednego liścia na drugi. Był lepki, przez co widok przypominał zamrożony w czasie wodospad. Setki kaskad płynących powoli, niechętnych grawitacji. Averi zauważył, jak łodygi kurczyły się i skręcały pod jego wzrokiem, jak cofały wystraszone, roniąc krople szkarłatnej cieczy.

Odwrócił wzrok, przestraszony, że niszczy coś równie pięknego. Wtedy spotkał go widok zupełnie odmienny.

Nie ma bogów, pomyślał. Jest tylko współczucie.

 

Chociaż olbrzym był wysoki na nie mniej niż osiem stóp, to jego twarz kradła wszelką uwagę. Spękana, pokryta wrzodami skóra opinała kości policzkowe jak zbyt krótkie płótno. Niesymetryczny rozstaw żuchwy potęgowały odklejające się od ust wargi. W jednym z oczodołów, nieproporcjonalnie większym względem drugiego, lśniło świńskie oczko. Wpatrywał się w głaz leżący przed nim.

Chrupnął kamień, jak glina ustępując pod naciskiem wielkich dłoni. Niebóg wytarł dłonie w koszulę, wyglądającą jak pozszywana z wielu innych fragmentów odzienia – od chust i szalików po spodnie i pościel.

Nesmo podszedł bliżej, wchodząc pod górę, na wzniesienie. Chrup chrup. Drobne odłamki kruszonego kamienia toczyły się ze zbocza.

– Przepraszam – wyszeptał Nesmo, jakby w obawie, że mógłby przekrzyczeć śpiew Samotnika. Z trudem powstrzymywał się przed spojrzeniem za siebie. Wiedział, że zobaczył tylko część drzewa, jedną z jego odnóg.

– Nesmo Averi de Nubion. – Przedstawił się, tym razem mówiąc głośniej. – Miałem nadzieję cie… szanownego pana tutaj spotkać.

Odpowiedziało mu milczenie, chociaż stanął już praktycznie przy samym Niebogu. Ironiczne, że jego brzydota zdała mu się teraz bliższą niż piękno lśniące za plecami.

– Oczywiście nie chcę przeszkadzać w pracy.

Chrup chrup. Z kamienia wyłoniła się geometria. Kule wypływające z kuli, fundament pod kolejne ugryzienia zręcznych palców. Nesmo przyjrzał im się dokładniej, powykrzywianym nienaturalnie dłoniom, kościstym naroślom w miejscu knykci, a wreszcie paznokciom boleśnie popękanym, chociaż odpornym na opór materii. Zdawało się niemożliwe, by kamień słuchał Nieboga tak posłusznie, nie pękając w miejscach innych niż tego pragnął.

– Mogę poczekać – rzekł wreszcie Averi, wyciągając z torby szkicownik i zestaw przewiązanych sznurkiem ołówków.

Pierwsze kreski pojawiły się tak szybko, jak tylko podniósł wzrok. Skąpany w czerwonym świetle olbrzym, w całej swej brzydocie, stelażu paskudnych deformacji i okaleczeń, był wyjątkowy. Sztuka kocha brzydotę.

Kiedy zaczął kreślić twarz, jego spojrzenie przykuły usta. Poruszały się w równym , niewymuszonym rytmie. Zupełnie jakby olbrzym szeptał coś nieustannie, tak cicho, że niedosłyszalnie. Averi śledził ten ruch, próbował odczytać słowa, podczas gdy dłonie pracowały, rysując kolejne kształty.

Nie liczył czasu, bo nie służyły mu w tym myśli. Nie mógł śledzić położenia słońca, bo istniało tylko czerwone sklepienie. Wstał zatem dopiero wtedy, kiedy szkic był gotowy, a głód zaczął doskwierać. W ten sposób mógł zabrać Nieboga ze sobą.

Drogę powrotną odnalazł bez trudu, prowadzony przez wspomnienia, których nie pamiętał.

 

IV. Czemu się boimy

 

Jadąc wierzchem przez miasto, jeszcze nigdy wcześniej nie odczuwał podobnego smutku. Mijani ludzie zdali mu się brzydkimi. Uśmiech karczmarza krzywy, zęby nierówne. Oczy kobiet wyblakłe, bez wyrazu. Toczeni wiekiem starcy krzywdzili estetykę każdym krokiem. Dzieci… dzieci przecież nie było.

Chciał zobaczyć się z Senną, ale powiedzieli mu, że zachorowała.  

 

– Był pan tam, prawda? – zapytał Różan, pomagając załadować jedzenie do tobołów. – Widział Nieboga?

– Widziałem.

– I jaki on jest?

– Cichy. Zupełnie… zupełnie jak nie ty.

Wyciągnął szkicownik. Pokazał stajennemu kartkę z rysunkiem. Wiedział, że nie jest to przyjemny widok. Na potwierdzenie, z ust chłopaka wydobyło się bolesny jęk.

– To dlatego. Babka opowiadała, ale nie słuchałem. No nie słuchałem, jak babkę kocham. Już rozumiem, czemu nikt z nim nie rozmawia, nawet kiedy nosi te kamienie na wzgórza. Ja nigdy nie widziałem, jak je niósł. Babka mówi, że to dlatego, że za długo śpię.

– Nosi na wzgórza. – Averi powtórzył, jakby do siebie.

 

Kiedy ruszał w kierunku domu, słońce już zachodziło.

 

***

 

Samotnik przy dworku Averich zdał się równie beznamiętnym kawałkiem rzeczywistości, co wszystko inne. Nawet teraz, gdy burza przetaczająca się przez dolinę zmusiła go do jeszcze intensywniejszego śpiewu. Wciąż chciał być najgłośniejszy, wciąż domagał się pełnej uwagi. Liście drżały pod uderzeniami ciężkich kropel wody.

Dworek też oddychał głośniej. Łapał raptownie powietrze, a przy każdym mocniejszym podmuchu, to przyciągał, to odpychał od siebie. Deski trzaskały, dachówki klekotały nieprzyjemnie i w całym domu tylko Gehennik milczał, wciąż wpatrując się w okno.

– Nie spodziewałbym się gości w taką noc. – Zauważył Nesmo. Dosiadł się do stołu, uprzednio wrzuciwszy do garnka trochę warzyw i królicze mięso. Powietrze zapachniało przyjemnie.

– Zapewniam, że jak już dostaną królewskie wsparcie, to nikt nie będzie patrzył, czy z nieba leci deszcz, czy kule ognia. Przybędą natychmiast.

Amada westchnął przeciągle. Odwrócił spojrzenie od okna, w którego szybkę zaczęła bić jedna z gałęzi Samotnika.

– Zresztą, co jest lepszego do roboty w tej cholernej dziurze?

– Jesteś naukowcem. Przy tym chorym i spaczonym skurwysynem, ale wciąż naukowcem. My się podobno nie nudzimy.

– Ano, widzisz. W tej dolinie nie liczy się już nic poza Niebogiem. Reszta to są obietnice bez pokrycia, martwa wiedza. Gdybyś go spotkał, zrozumiałbyś.

– Zapewne tak.

Przez jedną, bardzo krótką chwilę, wydawało mu się, że coś usłyszał. Nie było to nic więcej, jak kolejny oddech w Płucach, wiatr szalejący między korytarzami, składając skrzypiące usta w pojedyncze słowo: jadą.

 

***

 

Kolejne dni spędzał zawsze tak samo. Rano załatwiał sprawy w mieście. Rozmawiał z ludźmi, śmiał się w karczmie, dyskutował z Amadą o roli Wież w kreowaniu nowego świata. Uczył Różana pisać, chociaż więcej było przy tym nerwów niż rzeczywistego progresu.

Pośród tej właśnie codzienności, powoli pozbywał się strachu przed piwnicą, a świat wokół odzyskiwał barwy.

Następnie wyruszał do pustelni Nieboga. Siadał naprzeciwko niego i obserwował, jak nadaje głazowi nowe kształty. Pierwsza wyłaniała się twarz. Kobieca, dało się poznać dzięki długim rzęsom i powstającemu dopiero, równie smukłemu nosowi. Ta kontrola nad kamieniem coraz bardziej zadziwiała i tym większe robiła wrażenie, im dłużej wpatrywał się w dłonie olbrzyma.

W przeciągu kilku takich popołudni szkicownik powoli zapełniał się, aż pozostała ostatnia kartka. Kusiła, by poświęcić ją Samotnikowi, ale Averi nazbyt dobrze rozumiał już, dlaczego należy bać się piękna.

 

V. Odpowiedzi bez pytań

 

Piątego dnia wybrał się na wzgórza, do miejsca, gdzie po raz pierwszy spojrzał na dolinę. Głaz wciąż znajdował się na swoim miejscu. Idealnie okrągły, na tyle jednak ciężki, by osiąść głęboko w ziemi i nie stoczyć się ze wzgórza.

Ponownie, samymi opuszkami palców spróbował jego faktury. Szorstki, ale przyjemny w dotyku. Bez wątpienia pochodził z kamieniołomów.

Nesmo ruszył szczytem wzgórza, odnajdując kolejne kamienie, w mniej więcej równych od siebie odległościach. Witały go coraz to różniejszymi kształtami. Zupełnie jakby udał się w podróż szlakiem postępującej geometrii. Kąty stawały się coraz ostrzejsze, figury mniej koliste. Wreszcie, przy dwudziestym trzecim głazie, zaczęły przypominać coś więcej.

Pierwsze próby skupiały się na scenach przyrodniczych i wyglądały na nieudane. Odłamane fragmenty kończyn, bezkształtne masy zamiast futer i płaskie oczy. O tyle były ciekawe, że żadnego z przedstawianych zwierząt Averi nie kojarzył.

Następne próby, coraz bardziej chaotyczne, sprawiając wrażenie kalejdoskopu chwilowych miłostek, nagłych zachwytów. Raz drzewo, z liśćmi opadającymi wzdłuż skalnej ściany. Raz zdaje się, mapa gwiazd, bardzo zresztą dokładna. Panoramy lasów zaklęte w kilku warstwach płaskorzeźb.

I wtedy następuje przełamanie. Kształtuje się motyw przewodni. Z kamienia odchodzą pierwsze, ludzkie kształty. Na początek dłonie, jakby były najważniejsze. Daje to nieco straszny efekt, bo wprawy jeszcze brak, a i gęstwina palców sięgających ku obserwatorowi nie kojarzy się zbyt dobrze.

Kunszt twórcy rósł z każdym kolejnym kamieniem. Pojawiły się paznokcie, zagięcia skóry na knykciach i wybrzuszenia żył. Realizm porażał i przerażał, bo to wciąż były tylko dłonie, tak bardzo pragnące uciec z kamiennej formy.

Dopiero kiedy dany fragment był już możliwie bliski ideałowi, pojawiało się coś nowego. Z gęstwiny kończyn pozostają tylko dwie dłonie, z których najpierw odrastają ramiona, później tors i zgrabne piersi, gładki brzuch, z pępkiem dodanym wiele etapów dalej, jakby autor o nim zapomniał, następnie uda, kolana, wreszcie stopy.

Pod sam wieczór Averi stał przed ostatnim już głazem. Trzy kamienne ściany otaczały prawie ostateczną formę, tak że tylko zachodzące słońce nadawało jej życia, a cienie równie były piękne, co wyrzeźbione, kobiece ciało.

I tylko głowy brakowało do zwieńczenia dzieła.

 

***

 

Szóstego dnia Nesmo upewnił się, że dobrze zrozumiał dzień poprzedni. Ostatnia kartka szkicownika wypełniła się nie obliczem Nieboga, a tym rzeźbionym w kamieniu.

Twarz była smukła, pierwsze włosy spływały swobodnie, zatrzymane dopiero linią uszu. Nos, wciąż jeszcze niekształtny, już teraz ukazywał przedsmak ostatnich szlifów. Tylko oczy pozostawały puste i to nad nimi Niebóg najdłużej się zastanawiał, przy nich też jego dłonie zatrzymywały się najczęściej.

Chcąc poznać myśli olbrzyma, Averi jeszcze raz przyjrzał mu się, bardzo uważnie. Ponownie, to usta pociągały wzrok. Kazały się zastanowić, spróbować odczytać, co chciały powiedzieć. Zerknął do szkicownika. Nie był zaskoczony, że większość rysunków przedstawiała właśnie wargi, w różnych zupełnie pozycjach. Wiszące swobodnie mięso.

I kiedy tak porównywał kolejne chwile, ruch cykliczny tych ust powtarzających dzisiaj jedno i to samo, zdało mu się, że coś słyszy. W swojej głowie naśladował tą mowę pokraczną, aż nie pojawiły się dźwięki. Najpierw pojedyncze zgłoski. Następnie słowa, a wreszcie pełne zdanie.

Usłyszał: ostatni raz przypłyną statki.

 

***

 

– Czy to on? – zapytał Senną siódmego dnia, kiedy poczuła się lepiej. Wskazywał przy tym na zdeformowane dziecię, widniejące na świątynnej płaskorzeźbie.

– Pytasz o Nieboga?

Dostrzegł, jak drżała nieporadnie. Dłonie miała zaciśnięte na krawędziach ławy. Głowa uciekała jej w lewą stronę.

– Tak – potwierdził, przysiadając się.

– Rozumiem, skąd płynie ten wniosek, ale nasz kochany olbrzym nie jest aż taki stary. To co widzisz przed sobą to nic więcej niż akt współczucia, może nawet miłości. Czy istniał taki człowiek, jak go tutaj przedstawili? Komu to wiedzieć. Czy istniało takie dziecko? Gdzieś i kiedyś, zapewne tak. Pewna jest tylko sama emocja za nimi ukryta. Tylko ona powinna się liczyć.

Nachyliła się w jego stronę, tak jak już to kiedyś zrobiła. Poczuł woń kadzidła i ziół. Próbowali ją leczyć. Następne słowa tak go zaskoczyły, że zapomniał wyciągnąć notatnik.

– Kiedy pierwszy raz zobaczyłam twojego ojca, jak rozmawiał z jedną z naszych dziewczyn, od razu wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Esmera, twoja matka, czarowała zielonymi oczami, warkoczem po same kolana, uśmiechem, a nawet śpiewem. Chłopcze, jak ona potrafiła śpiewać! Tego mi chyba najbardziej brakuje. On z kolei, elegancki, z gestem i, co ważne, dobry człowiek. Miał jakieś firmy w odległej ziemi, o czym mi zresztą twoje miano przypomniało. Nubion, czyli tańce, śpiew i wino ujęte jednym słowem.

Rozkaszlała się. Podał jej chustę, naprędce wyciągniętą z torby. Przyjęła ją, muskając dłonią jego dłoń. Ukłucie zimna.

– Taki właśnie był jak ty. Tylko więcej mówił i uśmiechał się też jakoś częściej. Już wtedy wiedzieliśmy, czym się kończą wyjazdy poza dolinę i jemu oczywiście też rzecz przedstawiliśmy. Chociaż potrzebował być gdzie indziej, to postawił tutaj dworek, w którym teraz masz okazję gościć. Mieszkali tam przez jakiś czas, ale nie mogło trwać to wiecznie, bo musiał wracać, by dopilnować interesów. Dalej rzecz oczywista. Ona usycha z tęsknoty za każdym razem, gdy on musi wyjeżdżać, a pewnego razu, tak po prostu, wyjeżdża razem z nim. Urodziłeś się poza doliną, to wiem na pewno, bo już wtedy byłam tą, która przyjmowała porody. Przynosiłam szczęście, tak mówili.

– Nie wątpię, że dalej przynosisz.

Uśmiechnął się, jakby chcąc zadać kłam spostrzeżeniu, które oddaliło go od wizerunku ojca. Chciał być taki jak on, próbował naśladować. Każdy ruch, każdy gest, to jak patrzył na mapy i jak oddychał po biegu nad jezioro. Nie uchwycił widocznie najważniejszego, tego jak zawsze miał dla kogoś dobre słowo wsparte uśmiechem. Stał się w ten sposób zwykłym lustrem, a lustra przecież nie mówią.

– Oj, w Dolinie Białych Żagli nikomu już szczęścia nie przyniosę. My wymieramy, chłopcze.

– To znaczy? – zapytał, a zaraz potem ugryzł się w język. Nieobecność dzieci wyjaśniała wszystko. W całej dolinie najmłodszy był Różan, a przecież widywał młodszych od niego władców.

– Nie mamy przyszłości, tak jak nie mieliśmy przeszłości. Twoja praca nie będzie zbyt długa.

Spojrzał na płaskorzeźbę, na człowieka trzymającego dziecko. Na jego wyraz twarzy, który dużo bardziej przypominał mu teraz Amadę Gehennika niż oblicze miłosierdzia.

 

Wychodząc ze świątyni zauważył ludzi zapatrzonych w niebo. Podążył za ich wzrokiem. Chmury płynęły tak szybko, że wzrok nie potrafił uwierzyć. Po chwili zrozumiał. Białe płachty, wielkości co najmniej człowieka, to napinały się, to więdły w rytm przycichającego wiatru. Przypominały żagle frachtowców złapanych w gwałtowną burzę. Nie potrafił dostrzec nic więcej, bo zbyt wysoko leciały, jeden obok drugiego, jak flota wędrująca między portami.

Zachwycały kruchością i ulotnością swoich ruchów, jakby mocniejsze szarpniecie mogło ściągnąć je na ziemię. Wspaniałe były jednak tylko dlatego, że wyglądały dokładnie tak, jak opowiadał ojciec.

 

***

 

Przez następne dni zajmował się wyłącznie spisywaniem szeptów Nieboga, który rzeźbił bez ustanku, nigdy nie wymieniając z Averim spojrzeń. Każdy pojedynczy włos w kamieniu był ważniejszy niż człowiek siedzący naprzeciwko. Choć powstająca między dłońmi twarz niewiele miała wspólnego z pięknem, Niebóg wyglądał na zadowolonego.

Niektóre przepowiednie spełniały się natychmiast. Na ten przykład wichura zrywająca dach stajni, którą pomagał później odbudować. Albo kwiaty, które wyrosły spomiędzy brukowych kostek, sprawiając, że droga do wioski przypominała polną ścieżkę.

Na inne trzeba było czekać, nawet kilka dni. Jak chociażby śmierć Sennej. Powiedział jej o tym, zanim jeszcze nastąpiło. Nie baczył, jak bardzo było to szalone, bo tak jak przyszła burza, tak też przychodzi śmierć. Nie widział w tym żadnej różnicy, w dwóch siłach natury tak nagłych i niszczących.

Uśmiechnęła się tylko, kiedy mówił o szeptach Nieboga. Miała na to odpowiedź, tak jak na wszystko inne. Prostą i wymijającą. Powiedziała: jak ty mało wiesz o samym sobie.

Przytaknął tylko, nie wiedząc co odpowiedzieć. Lustra nie potrafią przecież podejmować decyzji ani za siebie, ani za innych. Dlatego też patrzył tylko, jak więdła z dnia na dzień, aż pewnego dnia zastał pustą ławę.

Nie zapisał tego wydarzenia w notatniku, bo wyryło stały ślad we wspomnieniach.

 

***

 

Trzydziestego dnia Niebóg zachowywał się odmiennie. Ruchy miał bardziej nerwowe, szept był chaotyczny. Mniej dotykał kamiennej twarzy, więcej się w nią wpatrywał. Znudzony bezczynnością Averi obszedł olbrzyma, by móc zaglądać mu spod ramienia.

Rzeźbie przedstawiającej pozbawioną ciała, kobiecą głowę, brakowało tylko jednego elementu – oczu. Zastępująca je w tej chwili płaska równina uwypuklała bijący od tworu niepokój. Dwubarwna mieszanka czerwonego światła i czarnych cieni dokładały swoje i nic nie było w stanie zmienić wywoływanych odczuć: ani kształtny, choć nieco szpiczasty nos, ani uciekające na bok włosy, które zdawały się płynąć, nawet usta, jakby stworzone do pocałunków.

Olśnienie było równie nagłe, co ruch rozedrganych dłoni. Niebóg samymi tylko paznokciami zaczął kreślić kolejne i kolejne linie, których Averi siłą rzeczy widzieć nie mógł. Trwało to dłuższą chwilę zanim jedno z oczu dorobiło się źrenicy oraz pierwszych śladów tęczówki i chociaż efekt był całkiem realistyczny, to wrażenie pozostało odpychające.

Na tle idealnych fragmentów ciała mieniło się jak defekt. Świńskie oczko, dokładnie takie, jakie wielokrotnie szkicował Nesmo. Zrozumiawszy, co się właśnie stało, poczuł okrutny smutek. Za smutkiem przyszła jeszcze jedna, straszna mu myśl. Cichy głos, który nie potrafił zachować tajemnicy dla siebie, powiedział: a co, jeśli Niebóg jest kobietą?

Nic, odpowiedział drugi, rozsądniejszy. Cierpienie nie posiada płci.

 

***

 

Nocny wiatr sprawił, że dworek Averich ponownie przemówił. Tym razem nie był to jednak szept, a wyraźne słowa, brzmiące prawie oskarżycielsko. Coraz głośniej i głośniej, tak że Nesmo spoglądał nieustannie na Gehennika, chociaż ten nie reagował. Zupełnie jakby trzask desek i szum przeciągów były tylko tym, na co wyglądały.

W sypialni nie było lepiej niż w kuchni, żaden pokój nie dawał wytchnienia i tylko gdzieś na krawędzi świadomości przebrzmiewała piwnica. Myśl tę zamykał w sobie, dławił, tłamsił i dusił, aż padała trupem pośród martwych cudów.

Już prawie krzyk, nie można zasnąć, nie można odpocząć: Jadą! – wołał dom. Jadą! – zawodził tak, że nawet Samotnik przycichł, pozwalając wybrzmieć nowemu głosowi. Już chciał Averi uciekać, już chciał pobiec najdalej jak się tylko da, choćby miał po drodze dech stracić i ziemię ucałować, kiedy ponad wołanie domu wzbiły się wyższe dźwięki. Kopyta uderzyły o żelazną bramę. Raz. Drugi. Trzeci.

Radosne okrzyki dobiegły z kuchni. Zaraz potem przywitania, uprzejmości, dobre słowo. Schodząc, Nesmo stawiał ostrożne kroki. Skupił się, wytężył jeszcze bardziej słuch, chociaż ból uginał mu kolana.

– Blisko pół setki zbrojnych, w tym dziesięć automatów – usłyszał, bo goście wcale nie starali się mówić cicho. – Tak, tych automatów. No tak, wierzchem, rzecz jasna, ale żelazo konia męczy. Może byś się napić najpierw dał, a potem zaczął pytać, łysku w mordę ciosany?

Na więcej nie czekał. Tak jak stał, wybiegł na podwórze i wskoczył na konia.

Kopyta zadzwoniły o bramę jeszcze jeden raz.

 

***

 

W jaskini nie było nikogo. Przynajmniej w tej części, po której nie bał się chodzić. Gdzieś tam, między stalagnatami czaił się Samotnik, a Nesmo nie miał teraz czasu przeżywać kolejnego szoku. Odnotował tylko, że razem z olbrzymem zniknął głaz. To wystarczyło za wskazówkę.

Zdawał sobie sprawę, że jadąc od groty do wzgórza, gdzie powinna stanąć ostatnia rzeźba, mógł nie zdążyć na czas. Popędzał konia. Zwierzę słuchało. Oddychało coraz ciężej. Jeszcze jedno uderzenie butami. Nie zdążył go osiodłać, więc i jemu galop sprawiał ból. Cierpieli razem.

Niebóg odznaczał się na horyzoncie jak wieża świątyni. Krok miał powolny, ale to było zrozumiałe, kiedy na ramieniu dźwigał głaz większy od dorosłego człowieka. Parł przed siebie, chociaż na horyzoncie pojawiły się już pierwsze pochodnie. Kilka cieni śledzących olbrzyma odbiło w ich stronę, jak ćmy podążające do światła.

– Uciekaj stąd! – krzyczał, zeskakując z konia. – Idę po ciebie, nie widzisz? Uciekaj, do ciężkiej cholery!

Żadnej reakcji. Nieustępliwy marsz. Równe kroki. Ciężkie ślady pozostawione w ziemi. Coraz więcej pochodni i coraz więcej cieni. Dolina płonęła cudzym ogniem.

– Ty myślisz, że im przywalisz i będzie po wszystkim? Tak jak było z Jonahem?

Olbrzym przystanął, obrócił się. Ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy. Averi zniósł ten wzrok, wytrzymał łzy Nieboga, który wolną dłonią sięgnął do ust. Zerwał wiszące skrawki skóry, które odeszły razem z wargami. Popłynęła krew, pękły wrzody.

Co innego było przerażające. Spod strzępów wyłoniły się sklejone usta. Nie były pozszywane, przypalone czy wmuszone w obecną formę. Wyglądały tak, jakby ich nigdy nie było.

Również podzielił się łzą, a wtedy Niebóg ruszył dalej.

 

Zatrzymali go u podnóża, tuż przed ostatnim wzgórzem. Averi patrzył spomiędzy wysokich traw, jak jeden człowiek wychodzi z równej linii ciężkozbrojnych. Herod o potężnym głosie.

– Z rozkazu jego królewskiej mości – grzmiał, nie wyciągając żadnego papieru – przybywamy czynić postęp dla dobra ludu naszego i umiłowania nauki, jako jednego z filarów ziemi, po której chodzimy, od szarych stepów Borque, po najodleglejsze, wschodnie miasta Rady Seweskiej.

Odchrząknął równie głośno jak mówił. Zakręcił się niespokojnie w kulbace widząc, że Niebóg nic sobie z tego nie czyni i dalej idzie przed siebie.

– Co w woli jego, to w rękach naszych, by was, Niebogu z Doliny Białych Żagli, odprowadzić ku badaniom potrzebnym i nieuniknionym, jeśli chcemy wierni samym sobie pozostać. Brak współpracy traktowany przeto będzie jako zdrada i pokarany śmiercią.

– Nie możecie! – Znajomy głos, niknący pod szmerem tłumu i parskaniem koni. Amada przeciskał się z trudem, choć pary miał więcej niż inni. – Nie zabijać, bo gówno wyciągniemy ze zwłok!

– A kto w obronie twojej stanie, takoż los twój podzieli – dokończył Herod, zamykając usta Gehennikowi.

 

Pięciu ich wystąpiło przed szereg. W blasku pochodni wyglądali jak ulepieni ze złota. Podjechawszy do Nieboga, zeskoczyli z koni, a chociaż słusznego wzrostu nikt im odmówić nie mógł, obok olbrzyma zdali się dziećmi.

I na nich nie zwrócił uwagi. Jeden miał tylko cel, jedno pragnienie. Nawet gdy chłodne szczęki rycerskich rękawic zacisnęły się na jego nadgarstku, nic sobie z tego nie zrobił. Zbrojny natomiast wyleciał kilka metrów do przodu, chociaż Niebóg nic więcej nie uczynił w swoich ruchach, niż to robił do tej pory. Reszta cofnęła się, sięgnęli ku wiszącym u pasa mieczom.

Jakieś rozkazy przetoczyły się między szeregami. Ktoś krzyknął, że nie będzie ryzykował ludzi, ktoś inny chciał go stratować końmi. Wreszcie, z kolumny wystąpiło dziesięciu ludzi, równo co szósty zbrojny. Na ramionach lśniły im automaty, sprzęt do niedawna laboratoryjny, trzymany w ścianach Porcelanowej Wieży. Podobno żelazo poruszone siłą pary bolało równie mocno, co miecz tnący mięśnie.

Gehennik patrzył przerażony i nie wierzył. Szansa, której poświęcił ostatnie miesiące znikała właśnie w imię niezrozumiałych decyzji. Nie potrafił posądzić obecnego króla o strach czy głupotę. Z pięściami ruszył w stronę towarzyszy naukowców, gotowy wyłożyć im sprawę dużo celniej niż sami zrobili to przed władcą.

– Celować w nogi! – Zabrzmiał rozkaz dowódcy.

Ustawili się w rzędzie, jakby dochodziło właśnie do publicznej egzekucji. Najpierw był świst, potem dym, a na końcu, wciąż idący przed siebie olbrzym. Krew ściekała mu strumieniami po łydkach, lepiła spodnie do skóry, wsiąkała w ziemię.

 Jedna z kul trafiła w łopatkę, rozrywając koszulę przy wylocie. Z drobnej, owłosionej piersi popłynęła biało-czerwona struga. Ludzie patrzyli z przerażeniem, cofali się. Zupełnie odwrotnie niż Niebóg.

Kiedy podciągnęli ludzi z pikami, Averi zapadł mocniej w trawę. Nie było żadnych odgłosów, bo przecież Niebóg nie potrafił ani krzyczeć, ani mówić, ani szeptać. Cuda umierają w ciszy.

 

VI. Opowiem ci przyszłość

 

Poranek rzucał na rzeźbę nowe światło. Muśnięta barwą inną niż czerwień i czerń, kamienna twarz zdawała się ożywać. Rozglądała się, skręcając smukłą szyję ku słońcu.

Siedzący przy głazie Averi odbywał najważniejszą z rozmów, kiedy świat szeptał mu przyszłość. Szelest trawy opowiedział, jak wróci tutaj za dokładnie dziesięć takich poranków, z grupą ludzi, którzy pomogą wnieść głaz na jego prawowite miejsce.

Popiskujące w trawie gryzonie mówiły o tym, jak wyglądać będzie jego praca o Dolinie Białych Żagli oraz ile drzwi w Złotej Wieży stanie przed nim otworem. Jak oprawiony w jelenią skórę szkicownik znajdzie kupca gotowego oddać fortunę, a który dowie się, że pieniądze nie zdobędą wszystkiego.

Wreszcie, śpiewający gdzieś daleko Samotnik, smutnym, ale jak zawsze pięknym głosem wyszepce o kontynuacjach prac ujawniających eksperyment, który miał miejsce w dolinie wiele, wiele lat temu, a którego biologiczny zegar właśnie przestał tykać.

Wyszepce też ludzi, którzy potrafią czytać między wierszami i ku dobru ogółu zaczną ścigać szlachcica z Nubion, który okazał się wyrocznią, ostatnim cudem z Doliny Białych Żagli. Człowiekiem, który słyszy przyszłość. Nie będą jednak rozumieli, że nie można przegonić odbicia w lustrze, bo lustro doskonale wie, gdzie poruszy się rzeczywistość, chociaż samo nigdy nie popełni pierwszego kroku.

W tej rozmowie Averi doskonale zdaje sobie sprawę, jak wiele zapomni. Tak właśnie trzeba, bo świata nie da się zwariować. Podobała mu się wyszeptana przyszłość, a przeszłości zmienić nie można. Podobał się sobie taki, jaki był dzięki matce.

A był jak tytuł opowieści.

Koniec

Komentarze

Szczęśliwie, jeśli nic nie pomyliłem, długość zwalnia dyżurnych z obowiązku.

Słowiku, nie martw się. Dyżurni na pewno przeczytają, bo dopiero 80000 znaków zwalnia ich z tego obowiązku. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj. W takim wypadku przepraszam dyżurnych. Najdłuższa wersja ma 67k, więc i tak nie pomoże przeskoczyć równie okrutnych wymagań! (a rozwodnienia znakami już tutaj wystarczy) :P

Jak na razie przeczytałem pierwszą część. Można powiedzieć, że mnie zaciekawiło, ale nie na tyle aby właśnie z tego powodu kontynuować. Nie wiem jeszcze kiedy, ale będę czytał dalej ze względu na klimat, który czuć bardzo wyraźnie. 

Opis jest rzeczywiście nużący, niektórych mniej potrzebnych informacji można by się pozbyć (np. bardzo szczegółowy opis ubrań bohatera) 

Momentami gubiłem się w dialogach, przez brak określenia osoby mówiącej nawet w dwóch wypowiedziach pod rząd. 

Drzewo śpiewało, uwodzicielski flet w rękach wiatru.

A tutaj chyba czegoś zabrakło. 

Gdyby akcja była nieco szybsza, prawdopodobnie opowiadanie mogłoby mnie pochłonąć :) 

 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Dzięki za wizytę :). Tak jak wspomniałem, raczej nie trafi do wielu odbiorców. Nie mam pojęcia jakim cudem zdołałem napisać coś w stylu Niemna (oczywiście kunsztem o wiele, wiele poziomów niższym, chodzi wyłącznie o rozwleczenie narracji), będąc takiemu prowadzeniu historii zdecydowanie przeciwnym.

W kolejnych fragmentach ani narracja ani historia czysto subiektywnie nie przyśpieszają, więc jeśli rzeczywiście zdecydujesz się wrócić do opowiadania, będzie potrzebny do tego kubek gorącej kawy i jesienny nastrój :P.

Tekst miał swoją specyfikę. To dobrze, że nie utknął na dobre w szufladzie :)

 

Mały Słowiku, czytałam może bez entuzjazmu, ale też nie mogę powiedzieć, że opowiadanie kłuło i kąsało, a lektura była męcząca. Przyznaję, że chyba nie wszystko zrozumiałam i pewnie za jakiś czas to i owo uleci mi z pamięci, ale na pewno zostaną Samotniki. ;)

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia – zwracaj większą uwagę na zapis dialogów i postaraj się, aby interpunkcja była lepsza.

 

Klacz, któ­rej lejce trzy­mał w dłoni, par­sk­nę­ła ra­do­śnie… –> Klacz, któ­rej wodze trzy­mał w dłoni, par­sk­nę­ła ra­do­śnie… –> Lejce służą do kierowania końmi w zaprzęgu, a podejrzewam, że narrator jechał wierzchem.

 

kilka sa­mot­nych dwor­ków na obrze­żach… –> Skoro dworków było kilka i wszystkie w zasięgu wzroku, to nie były samotne.

 

– Pan nie tu­tej­szy. Pięk­na klacz. –> – Pan nietu­tej­szy. Pięk­na klacz.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Na pół­no­cy bra­li­by go już do woj­ska, zwłasz­cza, że wy­glą­dał na zwin­ne­go i peł­ne­go życia, nawet spod wy­pło­wia­łej ko­szu­li i prze­tar­tych trze­wi­ków. –> Nie bardzo wiem, Słowiku, jak można wyglądać/ prezentować się spod koszuli i trzewików.

Może: …wy­glą­dał na zwin­ne­go i peł­ne­go życia, mimo wy­pło­wia­łej ko­szu­li i prze­tar­tych trze­wi­ków.

 

po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, gło­sem nieco opuch­nię­tym, jak jej wargi. –> Po czym się poznaje, że głos jest opuchnięty? Jak on brzmi?

 

– Roz­mo­wę z samym sobą. –> To mówi kobieta, więc: – Roz­mo­wę z samą sobą.

 

Podał Nesmo lejce. –> Podał Nesmo wodze.

 

Czyli je­dzie­my na stary dwo­rek Ave­rich… –> Czyli je­dzie­my do starego dworku Ave­rich

 

Za­wsze naj­cię­żej jest po­sta­wić pierw­szą kre­skę… –> Za­wsze najtrudniej jest po­sta­wić pierw­szą kre­skę

 

Dwo­rek, choć po­kaź­ny, nie był pierw­szą rze­czą, która przy­cią­ga­ła spoj­rze­nie. Dwor­ków można było prze­cież zna­leźć wiele. Oczy­wi­ście, nie wszyst­kie dwor­ki wy­glą­da­ją… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Na ten przy­kład uśmie­chu, który roz­ja­śnił teraz twarz sta­jen­ne­go. –> Na przy­kład uśmie­chu, który roz­ja­śnił teraz twarz sta­jen­ne­go.

 

Dziu­ry, przez które gwiz­dał wiatr, zda­wa­ły się licz­niej­sze od okien. Jedna wy­zie­ra­ła ze strze­li­ste­go dachu… –> Dziury nie wyzierają, to z dziury może coś wyzierać.

 

Drze­wo sto­ją­ce przy wschod­niej ścia­nie dwor­ka… –> Drze­wo sto­ją­ce przy wschod­niej ścia­nie dwor­ku

 

Ale żadne nie jest po­dob­ne do dru­gie­go. Po­dob­no taką mają… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Wspar­ty o ramę jed­ne­go z wielu drzwi stał łysy męż­czy­zna… –> Drzwi nie mają liczby pojedynczej, więc: Wspar­ty o ramę jed­nych z wielu drzwi, stał łysy męż­czy­zna

 

Łóżko oka­za­ło się nad wy­miar wy­god­ne… –> Pewnie miało być: Łóżko oka­za­ło się nad wyraz wy­god­ne

 

Wy­szedł na głów­ny hol. –> Wy­szedł do głów­nego holu.

 

przy gru­bo-cio­sa­nym stole… –> …przy gru­bo cio­sa­nym stole

 

I nie ważne czy obcy ga­tu­nek… –> I nieważne czy obcy ga­tu­nek

 

Coraz cię­żej o cuda, kiedy tech­ni­ka idzie do przo­du. –> Coraz trudniej o cuda, kiedy tech­ni­ka idzie do przo­du.

 

i po­dob­no bujdy mu cięż­ko przez gar­dło prze­cho­dzi­ły. –> …i po­dob­no bujdy z trudem przechodziły mu przez gar­dło.

 

choć oj­ciec nie szczę­dził na ich usłu­gach. –> …choć oj­ciec nie szczę­dził na ich usłu­gi.

 

Droga na ka­mie­nio­ło­my wiła się… –> Droga do ka­mie­nio­ło­mów wiła się

 

jego brzy­do­ta zdała mu się teraz bliż­szą niż pięk­no… –> …jego brzy­do­ta zdała mu się teraz bliż­sza niż pięk­no

 

Zda­wa­ło się nie­moż­li­wym, by ka­mień słu­chał Nie­bo­ga… –> Zda­wa­ło się nie­moż­li­we, by ka­mień słu­chał Nie­bo­ga

 

Pew­nym jest tylko sama emo­cja za nimi ukry­ta.  –> Pew­na jest tylko sama emo­cja za nimi ukry­ta.

 

że za­po­mniał wy­cią­gnąć no­tat­ni­ka. –> …że za­po­mniał wy­cią­gnąć no­tat­ni­k.

 

Na ten przy­kład burza zry­wa­ją­ca dach staj­ni… –> Na przy­kład burza, zry­wa­ją­ca dach staj­ni

Czy dach zrywa burza, czy raczej towarzysząca jej wichura?

 

Albo kwia­ty, które za­kwi­tły spo­mię­dzy bru­ko­wa­nych ko­stek, spra­wia­jąc… –> Albo kwia­ty, które wyrosły spo­mię­dzy bru­ko­wych ko­stek i zakwitły, spra­wia­jąc

Brukowana może droga, wyłożona kostką brukową.

 

Stąd też pa­trzył tylko… –> Dlatego też pa­trzył tylko

 

Myśl za­my­kał w sobie… –> Myśl za­my­kał w sobie

 

Pierw­szy raz spo­tka­li się w spoj­rze­niach. –> Czy tu aby nie miało być: Ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy.

 

Od­chrząk­nął rów­nie gło­śno, co mówił. –> Od­chrząk­nął rów­nie gło­śno jak mówił.

 

Zna­jo­my głos, ob­lę­żo­ny tłu­mem kon­nych. –> Czy głos można oblegać?

 

Ge­hen­nik pa­trzył w prze­ra­że­niu i nie wie­rzył. –> Ge­hen­nik pa­trzył przerażony i nie wie­rzył.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Samym sobą” zostało wytknięte na becie przez Blacktoma, zaraz mnie zje :P. Nie poprawiłem, bo wciąż wydaje mi się, że jeśli sprowadzić do ogółu społeczeństwa, nie do jednostki, to takiej właśnie odmiany bym użył. To już seksizm?

Opuchnięty głos zresztą też, ale tego nie będę bronił, bo to jest przymiotnik, który według mnie doskonale oddaje sposób mówienia niektórych osób. Można uznać za widzimisię autorskie, błędne że hej.

 

Te lejce, te nieszczęsne lejce. I reszta chochlików, które wyglądają jakbym się nie uczył na przeszłych błędach. Muszę znaleźć jakiś inny sposób, żeby czyścić teksty, w tym te odleżane, bo aktualny chyba zwyczajnie nie działa. Zwłaszcza, że chociażby “nietutejszy” był już poprawiany. Ki czort, za dużo wersji, sam sobie bałagan robię. Muszę przegrzebać historię zmian w osobnych wersjach, to pewnie znajdę ten punkt wewnętrznego zidiocenia i nakleję je tutaj.

Eh. Banan nie Słowik.

 

Jak zawsze też, dziękuję za łapankę i cieszę się, że lektura nie wydziobała oczu :).

Słowiku, proszę nie wymyślać sobie od bananów!

Cieszę się, że łapankę uważasz za przydatną. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Znalazłem rozstrzał – poprawki naniesione na drugą wersję, a trzecia kontynuowana na pierwszej. Banan w takim wypadku to mało. Wciąż, część poprawek się pokryła z Twoimi uwagami, równie duża część nie (lejców, lejców nie wychwyciłem po tylu czytaniach. No naprawdę, jak Boga kocham, przecież już w Ostatniej Bajce miałem to wypomniane) – więc baty się należą dwukrotnie. Z hakami.

Plus nauczka na przyszłość – albo Słowik lepiej panujesz nad wersjami, albo nie traktujesz z automatu tej o najświeższej dacie za właściwą ;).

 

Tak więc w tekście wylądowało trochę więcej drobnych poprawek. Na dialogi zerknę, bo pamiętam rzeczywiście, że mogłem mieć tutaj problem czy coś “z paszczy” czy nie “paszczy”.

Banan w takim wypadku to mało. Wciąż, część poprawek się pokryła z Twoimi uwagami, równie duża część nie (lejców, lejców nie wychwyciłem po tylu czytaniach. No naprawdę, jak Boga kocham, przecież już w Ostatniej Bajce miałem to wypomniane) – więc baty się należą dwukrotnie. Z hakami.

Bacikiem, Słowiku, jeśli lubisz, mogę Cię potraktować, choćby i dwukrotnie, ale banana to już sobie może daruj. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kiedy zabrałam się do czytania tego opowiadania, zepsuł się portal. Co to może znaczyć? Nie wiem, ale zrób z tą informacją co chcesz.

 

Byłoby niesłychanie barwnie i płynnie, gdyby nie mnóstwo dziwnych, nieudolnych zgrzytów, typu:

 

"trawa niechętnie czyniła"

 

"robaki toczące pień"

 

Podobnych cudów jest naprawdę sporo. Kontrastują z naprawdę dobrze zbudowaną narracją, więc opowiadaniu przydałaby się porządna korekta, żeby to wszystko wyszlifować i raz na zawsze zdmuchnąć pyłek.

 

"gałęzi, niebezpiecznie bliskim ludzkiemu jękowi." – Wychodzi, że to gałęzie są bliskie jękowi.

 

"Obok stał chłopak, młody, acz nie dawał się określić dzieckiem." – Nie dawał się, bo się przed tym bronił? Słownie czy pięściami? "Nie można było określić go dzieckiem" wystarczy.

 

"Druga, za odpowiedź." – bez przecinka

 

"Wykładowcy potrafili wymusić odpowiednie zdolności." – Czy da się wymusić zdolności? Może wypracować albo wykształcić?

 

"Zakładam, że nie jesteś tylko przejazdem? Zgrabna zmiana tematu (…)" – Nie wiem czy rozumiemy to samo pod pojęciem "zgrabna", bo to przejście z prorokowania do gawędzenia było dość nagłe.

 

"A teraz sio." – Trochę to kontrastuje z charakterem postaci i jej aurą, którą zarysowałeś wcześniej.

 

"olbrzym przywalił pięścią, zniesmaczony" – Po pierwsze zgrzyta "przywalenie", bo wcześniej poetycko opisywałeś miejsce; po drugie nie potrafię sobie wyobrazić zniesmaczonego przywalenia.

 

"Choć najrozsądniej było spodziewać się w tym wypadku kakofonii, wcale przyjemnej uchu" – Kakofonia przyjemna uchu? :o Kakofonia, «nieprzyjemnie brzmiąca mieszanina dźwięków»;

 

"Nie wyznaję się na tym" – Hę?

 

"Nesmo poklepał chłopaka po udzie" – Nie mógł go poklepać po ramieniu albo plecach? Może się czepiam, ale dla mnie to dziwne.

 

"Ten tutaj musiał mieć kilka tytułów mniej niż tego pragnął." – Jakim cudem Nesmo jest w stanie to stwierdzić, patrząc parę sekund na obcego gościa? To już chyba podpada pod warstwową interpretację wszystkowiedzącego narratora.

 

"Endemiczny charakter fauny i flory" – Chyba dałoby się oszczędzić sapkowskozy… Bo IMO działa tutaj tylko na niekorzyść. I po co tyle choler w wypowiedzi naukowca? Chcesz pokazać jego ludzką naturę, ale ten ton skrzywdzonej jednostki burzy napięcie. Wypowiedź informacyjna zbyt dumpowa.

 

"cień rozlał się czarną smugą. Spojrzał w stronę, z której pochodziło światło. Ciepło rozlało się" – O jedno rozlewanie za dużo.

 

"Chociaż nie było żadnego wiatru, te poruszały się, w równym rytmie" – Wargi poruszają się, kiedy jest wiatr?

 

"Schodząc Nesmo stawiał ostrożne kroki." – Tu brakuje przecinka.

 

"– A kto w obronie twojej stanie, takoż los twój podzieli. – dokończył Herod" – Kropa się wkradła.

 

To nie wszystko, ale raczej wystarczy, żeby pokazać Ci, że opowiadanie potrzebuje jeszcze pracy. Co do samej treści, jest intrygująca. Dziedzic powracający do domu, brnący przez nieznany świat równocześnie z ciekawości i obowiązku. Czytając, miałam skojarzenia z Ziemiomorzem, Wiedźminem (niestety) i jakąś starannie dopracowaną sesją RPG – początkowy topos przyjazdu na stare śmieci jest wyeksploatowany, i choć bronisz się niesamowitością Samotników, wciąż wypada to przeciągle i nieciekawie – wydaje mi się, że dialogi z Różanem i Senną da się wpleść do każdej innej sceny przyjazdu X do Y. Mimo tego, tekst jest mocno indywidualny, szczególnie motyw z człowiekiem-lustrem i tytułowymi szeptami Nieboga (zresztą sam Niebóg również).

Zdecydowanie najlepiej wyszła Ci atmosfera, ponura i dołująca, oddychający dworek i zjawiska przyrody idące w parze z fabułą. Im dalej w tekst, tym smutniej, podsumowujesz fragmenty dosadnie i emocjonalnie ("Cuda umierają w ciszy"), wgl momentami serwujesz mistrzowskie zdania – tym bardziej szkoda, że opowiadanie nie trzyma równego tempa. Koniec końców, to mocna, poetycka przygoda, która na pewno zasługuje na bibliotekę (i wyrwanie z korzeniami wszystkich wstrętnych chwastów). Szykuje się jakaś kontynuacja?

Hmmm. Jak dla mnie – zbyt niski współczynnik akcji do liczby znaków. Nie dzieje się wiele, ale opisy rozbudowane. I to poetyckie, od których odbija się moja przyziemna natura.

– Witam pana na włościach – odezwał się łysy.

– Ciągle ich tak wypatrujesz? – zapytał, a natychmiast po samym pytaniu przyszło zdziwienie. Nie rozumiał, co sam miał na myśli.

– Ależ masz teraz wyraz twarzy – roześmiał się.

Eeee, czy tu cały czas jeden podmiot, czy to jednak dialog?

Babska logika rządzi!

Przeczytałem już dawno temu, ale pewne rzeczy pamiętałem. Nadal bardzo ładny klimat, nieśpieszny, kojarzący mi się raczej z opowieścią dokumentalną niż pełnym akcji opowiadaniem. Ładnie kreujesz krajobrazy, tworzysz także wyraźnego, choć statycznego bohatera, który pokazuje nam cud tej doliny swymi oczami.

Podobają mi się pewne frazy podkreślające ten nieśpieszny klimat, jak ta ostatnia: “cuda umierają w ciszy”.

Jest to więc utwór specyficzny, o niskim współczynniku akcji, ale sporym światotwórstwie lokalnym. Mi się ten koncert fajerwerków podobał, stąd klik. Choć do wyższego poziomu trochę mu jeszcze brakuje.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Regulatorzy, o nie nie nie. Nie mogę powiedzieć, że lubię bacikiem, bo by jeszcze wyszło, że za błędy robię sobie drobne przyjemności zamiast się karać ;).

 

Żonglerko, właściwie to wyszło mi, że nie zgadzam się z mniejszą liczbą podpunktów, niż odniosłem wrażenie po pierwszym przeczytaniu Twojego komentarza. Czyli, z odpowiedziami na komentarze też warto poczekać :).

Natomiast bardziej niż pracy nad tym konkretnym tekstem potrzebuję nad samym sobą. Problem z wykryciem tych zdań, gdzie na łeb spada mi poziom jest obecny odkąd piszę, a dostałem od tamtej pory naprawdę pełno porad w tej materii (między innymi tutaj, na tym forum). W drugą stronę działa to identycznie, bo i tych zdań, które podobno są naprawdę ładne, niekoniecznie potrafię odseparować. Czyli moje tworzenie jest nie do końca świadome (świadomie panuję, czy też bardziej staram się panować, nad rytmem i brzmieniem, bo tutaj jestem jawnym fanatykiem), a to bardzo bardzo bardzo niedobrze.

Kiedyś Nevaz zwrócił mi uwagę na podobnież ładny fragment w Android Porn, a ja wciąż nie rozgryzłem dlaczego taki jest, bo na ucho wcale się nie wyróżnia. 

Za wizytę bardzo uprzejmie dziękuję, a że dało się przeczytać bez krwi zachodzącej na oczy, bardzo cieszę. Kontynuacja nie jest planowana, bo autor bardzo szczerze nie lubi niniejszego tekstu. W sensie, że tak bardziej niż pozostałych ;).

 

Finklo, ano ostrzegałem, że ten cały współczynnik jest tutaj wyjątkowo skrajny. Fragment dialogu faktycznie potrzebuje dopracowania, chociaż możliwe, że widzę tutaj inny problem niż chciałaś wskazać. Ta narracja przydialogowa jest beznadziejna D: . Dzięki za wizytę!

 

NWMie, fajnie, że wpadłeś ponownie. Aż mi cholera przykro (i głupio przede wszystkim), że po uwagach na becie nie dałem rady podciągnąć tekstu ten chociaż jeden poziom wyżej. Nowe wersje wychodziły zwyczajnie słabsze :(.

 

Może i ostrzegałeś w przedmowie, ale tl;dr. ;-)

Żartowałam, czytałam, ale tak marudzę, co mnie w tekście nie zachwyciło.

 

Babska logika rządzi!

Rany, jak ty mnie kupiłeś tymi Samotnikami. Drzewa, co kwitną pięknie jak się na nie nie patrzy i więdną pod spojrzeniem? Cudne, po prostu cudne.

Bardzo klimatyczne, mi tam nie przeszkadzał brak akcji, bo czytało się dobrze. Mógłbyś pewnie przemyśleć, czy to wszystko powinno trwać tyle czasu – masz trochę wzmianek, że przez parę dni nic specjalnego się nie działo – a wyrzucając to, skróciłbyś i przyśpieszył tekst raczej bez straty dla klimatu.

Brakowało mi zejścia do piwnicy, ale ja po prostu lubię horror, a tam czaiło się coś bardzo smutnego.

Sugestia, że Niebóg jest Niebogą też bardzo ładna – szkoda, że nie rozwinięta, choć podsumowanie, że cierpienie nie ma płci bardzo zgrabne.

Szepty też zgrabnie wprowadzone. I, ach, te Samotniki!

 

Co do języka, to nie trzymasz jednego poziomu – masz zdania perełki i zdania pokraki, często tuż obok siebie.

Litery padały szybciej niż koń w pełnym galopie odbijał ślady kopyt. Wykładowcy potrafili wymusić odpowiednie zdolności.

 

Było w tym geście więcej elegancji niż niejeden szlachcic potrafił zawrzeć w całym swoim życiu.

Wykładowcy – wymusić – co? i jakie konie?

Ale drugi za to bardzo zgrabne. Eleganckie ;)

 

Widocznie Senna rzeczywiście robiła wrażenie. Przede wszystkim mogła znać jego matkę, co było najlepszą wiadomością, na jaką mógł tutaj liczyć.

Tutaj z tą matką było coś nie tak – niezbyt zgrabne wprowadzenie wątku.

 

Zawsze najtrudniej jest postawić pierwszą kreskę – zwykle wychodzi koślawa, nieprzyjemna oku. Dlatego chyba wymyślono inicjały, żeby to nie litera była przeszkodą, a pierwszy zawijas do niej prowadzący. Każdą historię należy rozpoczynać, skupiając się na czymś innym.

Na przykład uśmiechu, który rozjaśnił teraz twarz stajennego.

A to z kolei jest przeurocze. Cały ten motyw – nie ma bogów, jest współczucie – bardzo ładny.

(a może po prostu bardzo różny od tego, co ja piszę?)

 

I tylko ziemia wokół, po równym okręgu, nie zachwycała.

 

Kiedyś zapewne, ze względu na formę – bo ledwo sięgał dorosłemu do ramion, z cegłami wiązanymi po ostrym skosie, nadając tym samym wrażenie płynięcia – spełniał funkcję wyłącznie dekoracyjną.

Co ta ziemia? Co te cegły wiązane?

Główny hol okazał się mniej ogromny niż wspominał o tym ojciec.

coś chyba nie…

Cięciami na stole. Wreszcie modlitwą i dobrym słowem. I tylko ostatnie przyniosło jakiś efekt, bo nie umierała w smutku.

Jakie cięcia na stole? 

Kiedy zaczął kreślić twarz, jego spojrzenie przykuły usta. Chociaż nie było żadnego wiatru, te poruszały się, w równym rytmie.

Usta nie poruszają się od wiatru, nawet, jeżeli są zdeformowane.

 

Przechodząc przez plac starał się nie spoglądać w stronę Samotnika. Zbyt był piękny, by się do niego przyzwyczajać. Zbyt piękny, by niszczyć go swoją uwagą.

 

<3 

I would prefer not to.

To jest COŚ, Słowiku, bo naprawdę nie potrafię napisać po lekturze tego utworu, mały.

Świetne opowiadanie, to jest literatura wysokich lotów, aż nie mogę się powstrzymać przed odrobiną prywaty w tym miejscu. Wiesz, z dużą trudnością przychodzi mi polemika pod własnymi tekstami. Z jednej strony chciałbym jej unikać, z drugiej, nie potrafię się powstrzymać, żeby nie starać się czegoś wytłumaczyć. Mam nadzieję, że od dziś nie będę miał już tego dylematu, bowiem czytając powyższe komentarze, zdałem sobie sprawę, jak rozmijam się z niektórymi osobami na forum co do gustów w literaturze fantastycznej, i nie tylko z lożownikami tutaj, i nie tylko w związku z tym opowiadaniem, ale w ogóle, z niektórymi osobami w całej społeczności forum. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że nie wszystko wszystkim podoba się tak samo, ale nie myślałem, że można się rozmijać wręcz kosmicznie, jeśli nie fantastycznie. ;) Dlatego też, choć zrobiłeś to nieświadomie, dziękuję Ci za to opowiadanie.

Najbardziej zazdroszczę Ci, tak, muszę się do tego przyznać. ;), umiejętności sterowania słowami. I choć zapewne dziwnie brzmi to określenie, jednak najbardziej mi pasuje. Jeśli zarzucasz haczyk, od razu się na niego łapię, jeśli, niby przypadkowo, wrzucasz opis, jest on piękny i dokładny, taki, że wszystko łatwo można sobie wyobrazić, jak dorzucasz dialog, brzmi naturalnie i budzi zaciekawienie, tak, że aż chce się podsłuchać co dalej. No i ten pomysł…

Przyznam Ci się, Mały Słowiku, że teraz sam czuję się mały z tym pomysłem na opko, o którym rozmawialiśmy sobie na PW, rozumiem teraz lepiej dobre rady i jednoczesne wzruszenie ramion.

No świetny ten pomysł, ta dolina, te Samotniki, ci ludzie i Niebóg. A wszystko to okraszasz panem Nesmo Averi de Nubion (kurka, już same imię i nazwisko brzmią świetnie!), egzotycznym, ale jednocześnie pasującym do tego miejsca i ludzi. Charaktery bohaterów, miodzio, niby oparte na znanych schematach, niby rozpoznawalne, niby wiem, co powiedzą i zrobią, a mimo to potrafisz zaskoczyć i słowem i reakcją, a wszystko tniesz ładnie i zaczynasz dokładnie tam, gdzie trzeba.

Zainspirowałeś mnie, bez dwóch zdań. I śmiało mogę nominować, bo chociaż nie nominuję betowanych tekstów, tak tutaj wiem, że to nie jest literatura pomysłów i realizacji tak NWMa jak i Blacktoma. Koledzy gustują w czymś innym.

A dla mnie, to jest literatura, jaką chciałbym widzieć na półkach w księgarniach, to jest drukowalne, pełną gębą.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Hm, panowie i panie, ja właściwie nie wiem co odpowiadać na pochwały podobnego typu, bo się takowych zdecydowanie nie spodziewałem. Nie pod tym tekstem, nie w tej rzeczywistości. Chyba jednak trzeba jakiś fragment reprezentacyjny ogarnąć, jakby jeszcze się jakiś wariat z tą biblioteką odnalazł. Nie pojmuję, jak śpiew kocham, nie pojmuję.

 

@Wybranietz

Potrzebowałbym doprecyzowania co nie tak z tymi cegłami? Że wiązane czy że uciekły z kontekstu?

 

Zejście do piwnicy przewinęło się również na becie, w formie sugestii rozwinięcia wątku, bo podobno to okrucieństwo w taki sposób potraktować czytelnika. Tak zarzucić wędkę i nie wyciągnąć ;).

Tyle że to co dopisywałem nie wklejało się w klimat, nie pasowało zupełnie do historii, jak z jakiejś innej gliny ulepione. Dodawało liter, jeszcze bardziej spowalniało tempo. Można powiedzieć, że z tą piwnicą sam nie potrafiłem sobie poradzić. 

Bo jeśli smutek miałby swoje odcienie, to w piwnicy czekała czerń. Nie taka jak nocą, przejrzysta, a zwykła, najzwyklejsza. I ta barwa, na tle właściwych odcieni opowiadania, zupełnie mi nie pasowała. Tadam. Właśnie wyspowiadałem się z indolencji twórczej względem tworzenia własnego opowiadania. Tak widać władam literkami, że jak na mnie głośniej krzykną, to mi pióro zmienia trajektorię.

 

Dziękuję oczywiście za wizytę, za uwagi i za potwierdzenie występowania u mnie językowej huśtawki.

 

@Darcon

A tyś to chłopie już kompletnie odleciał :P. Oddawaj te skrzydła, ale to już! Jakby się brać słowicza dowiedziała, że ludzie też mogą tak beztrosko, w chmurach sobie… oj, byłaby wojna.

Znaczy wiesz, ja nie narzekam. Każdy autor chciałby słyszeć podobne komplementy, tylko ja za kruczy dziób nie rozumiem ich pod tym opowiadaniem :P. Założę sobie, coby nie popadać w samozachwyt, że chwyciła Cię jakaś niesamowita koniunktura nastroju, pory dnia i przepowiedni z horoskopu, a w to wszystko wpasowały się Szepty. Przypadek jeden na milion. Bum. Wygrałem w literackiego totka.

 

I jeszcze mi z jakimś poczuciem małości będzie wyskakiwał. Zapamiętaj sobie – na tym forum tylko ja jestem Mały, kapiszi?

No, to teraz dziękuję i zaczynam sprzątać ;).

 

Edit: No i masz, nie zdążyłem wybrać fragmentu. No sami wariaci ;).

Teraz to już za późno na fragment reprezentatywny. To przed piątym klikiem trzeba załatwiać.

Babska logika rządzi!

Wiem Finklo, wiem. Ostatni szaleniec znalazł się jakieś dziesięć minut temu, dosłownie dwie minuty przed tym, jak wybrałem (tfu, wylosowałem) fragment ;). Sam sobie winnym.

Dobra, dobra, Słowiku, chociaż skromność się chwali. Masz świetne umiejętności, a to zaraz po wyobraźni najważniejsze rzecz, można wtedy pisać dużo i o wszystkim. ;)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

że wiązane – bo chyba nie sznurkiem?

 

A co do braku piwnicy to w zupełności rozumiem, że klimat zupełnie inny i nie pasowałoby do reszty. To nie był zarzut – tylko chciałam zaznaczyć, że jednak, mimo wszystko, szkoda, bo lubię taką czerną czerń ;)

Inna rzecz – czy to na pewno było potrzebne? Bo może wystarczyłoby samo znaczące milczenie, bez stawania na progu szczegółów, skoro i tak się w to nie zagłębiasz? Ot, luźna myśl.

I would prefer not to.

Noooo, ależ kawał tekstu! 

Rzeczywiście, wszystko dzieje sie wolno, nieśpiesznie, i współczynnik jest niski, jak to ładnie określił NWM ;-) I zupełnie mi to nie przeszkadzało. Ba, czytałem tekst w pracy, doskokowo, po kawałeczku, po kryjomu w zasadzie. Bo mimo całej swojej leniwości (no chyba nie lenistwa ;-)) opowiadanie chwyciło i nie chciało puścić. 

Mnóstwo tam świetnych pomysłów – Samotniki oczywiście, grający dwór, niebogowe rzeźby, opis charakteru bohatera za pomocą lustrzanych odniesień, poznawanie przyszłości za pomocą szeptów/odgłosów otoczenia – znakomite. Bardzo dobry klimat, podkreślony subtelnym, nieco poetyckim stylem. Historia raczej prosta, z wyraźnym duchem Frankensteina – nie tylko chodzi o samego potwora (owoc eksperymentu) ale raczej o ogólny motyw magii i niepoznanego, ustępującego nauce, oraz czystej nauki, ustępującej głupocie (a może też polityce i chciwości?) Niby nic nowego, ale przedstawiłeś to w sposób tak uroczy, z gracją i, było nie było, kunsztownie, że nie sposób oskarżać opowiadania o brak świeżości czy wtórność. A co do "kunsztownie"… 

Istotne wpadki, wskazane przez Reg, wyprostowałeś. Inni zwracali też uwagę na jakieś potknięcia, niezręczności, stylistyczne rozchybotania… Ja tam o nic się nie potknąłem. Faktycznie, tu i ówdzie zwróciła moją uwagę jakaś dziwna konstrukcja, nietypowa forma zdania, ale nigdy nie miałem wrażenia, że to błąd, a raczej efekt celowego działania. Cóż, mam ogromną tolerancję na poetyckość, co więcej uważam, ze jeśli w grę wchodzi odpowiedni nastrój, brzmienie, ładunek emocjonalny, czy po prostu piękno danego zdania lub sformułowania, to do czorta z gramatyką. Znacznie trudniej jest napisać pięknie ale niekoniecznie poprawnie, niż poprawnie i… No, poprawnie ;-) Wydajesz się świetnie operować słowem, a drobne niedoskonałości, zachybotania, tylko dodają tekstowi poetyckiego uroku. 

Oczywiście nie wszystkim będę się zachwycał, bo fabularnie dałoby się podciągnąć – co to są te latające okręty? Kim była kobieta – Niebóg i czy to w ogóle istotne? Kto przeprowadził eksperyment (ojciec)? Dlaczego motyw piwnicy nie został wykorzystany i czyje tam są kości? Ojca (a może ojcowych eksperymentów)?

Pytań trochę jest, choć muszę przyznać, że jakoś nie rzucają się do gardła z warczeniem. Napisałeś znakomity tekst, zapamiętywalny. Z wyważonym tempem, świetnie pasującym do treści i nastroju. Wszystko jest czytelne – nie dałeś się ponieść nibyfilozoficznemu, pseudopoetyckiemu bełkotowi. Nie wszystko da się z mniejsca zrozumieć, ale to nic. 

Nie jest to też tekst bardzo niekonwencjonalny, dziwny, pokręcony… I dobrze. 

Kurczę wygląda na to, że będę nominował. Nie widzę specjalnie przeszkód. 

Pozdrawiam! 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

@Wybranietz 

 

Wiązanie cegieł oznacza sposób ich nakładania w trakcie murowania.

Tutaj kilka wygooglanych przykładów wiązań:

Znalezione obrazy dla zapytania wiązania cegieł

 

Jeszcze się przyglądam, czy gdzieś nie walnąłem byka, bo “wiązać cegły” parę razy słyszałem, ale to pewnie potoczne jest. Natomiast “wiązanie” cegieł nie będące czasownikiem to, zdaje się, normalne hasło. 

 

Edit: Hmmm. Bo może powinienem był napisać w tekście nie “z cegłami wiązanymi po ostrym skosie,”, a “z cegłami o wiązaniu po ostrym skosie,”? Pomijając, że drugie nie brzmi na ucho w pełnym zdaniu i trzeba by pokombinować trochę bardziej.

Ej, macarena. Za mało mocy przerobowej w tym słowiczym rozumku. Pewnie o to Ci się rozchodziło. Jeszcze pomyślę i przepraszam za posądzenie o brak rozeznania w cegłach :P.

 

@Thargone

 

Ło matko, lożonominacja? Okej, czyli kompletnie nie potrafię oceniać własnych tekstów. W sumie, żadna niespodzianka.

A, już wiem o co się rozchodzi. Wy ewidentnie chcecie wkurzyć Cienia :P. Eh, a miało być do trzech razy sztuka. No nic. Do dwunastu razów sztuka? Niech cierpi. Podobno dusza wtedy rośnie.

 

Dzięki za gruby komentarz. Mam nadzieję, że Twoi przełożeni wybaczą spowodowanie spadku produktywności i skupienia pracownika ;).

Ech, ależ mam ambiwalentne odczucia. Są tu znakomite, piękne kawałki (większość wyliczyła Wybranietz, więc nie będę się powtarzać), ale całość mnie lekko znużyła, bo trochę za dużo tu, jak na tak długi tekst, niedopowiedzeń i niejasności. Bardzo sugestywnie tkasz tę dziwaczną rzeczywistość, niby dajesz sporo informacji, ale gdzieś tak między częścią IV i V doszłam do wniosku, że w zasadzie niewiele rozumiem z tego świata. Kto, co, po co, dlaczego?

I o ile w tekście o połowę krótszym nie miałabym z tym kłopotu, o tyle z czymś, co powoli zbliża się do mikropowieści, mam. Bo poza wszystkim świat, który kreujesz, jest interesujący i intrygujący. I to, że wszystko w sumie ginie w introwertycznej narracji i niedopowiedzeniach, zaczyna jednak irytować. A dodam, że ja akurat lubię introwertyczne narracje i niedopowiedzenia…

Część pytań sformułował w komentarzu wyżej Thargone, więc nie będę ich powtarzać, ale podpisuję się pod nimi.

Napisane jest to ogólnie ładnie, choć techniczno-stylistycznych baboli jednak sporo się znalazło, podobnie jak zgubionych lub niepotrzebnych przecinków. Czasem wpadasz w pułapkę efekciarstwa stylistycznego, co jak dla mnie nie robi dobrze tekstowi, zwłaszcza – znów! – tak długiemu.

W efekcie: początek dużo mi obiecywał, ale całość jednak trochę rozczarowała.

 

Ceglana edyta: można mówić o wątkach cegieł, to chyba bardziej neutralne. Masz wtedy wątek ukośny.

 

Nie ma łapanki z pierwszej części, bo czytałam ją na komórce.

Przechodząc przez plac[+,] starał się nie spoglądać w stronę Samotnika.

Główny hol okazał się mniej ogromny niż wspominał o tym ojciec.

Trochę niezgrabne zdanie w drugiej części. Może: niż we wspomnieniach/opowieściach ojca ?

 

zaroście, który nie chciał rosnąć w estetycznych miejscach i małym, prawie dziewczęcym nosie

??? zawiesiłam się

 

Czoło rozjeżdżało mu się na dwie[-,] nierówne części.

Wiedział, że człowieka tego nigdy wcześniej nie spotkał

Nie stylizujesz ogólnie, więc tu trochę zazgrzytał szyk. “Wiedział, że nigdy wcześniej nie spotkał tego człowieka” będzie zupełnie ok

 

Ten tutaj musiał mieć kilka tytułów mniej niż tego pragnął.

Po co zaimek (tego)?

 

Wyszedł na główny hol.

Do głównego holu

 

Chyba jedyne[-,] naprawdę czyste miejsce we dworku.

 

Dorwał się do niego, sukinsyn, jako pierwszy, to i kwestię nazwy sobie przywłaszczył.

Kwestię nazwy, a nie po prostu nazwę?

 

Zaniósł się kaszlem, osłonił jedną dłonią.

Co osłonił?

 

“– Wracając do pytania. Tak, wciąż czekam. To już dwa miesiące są, dawno do stolicy dotarli. No siadaj, to wytłumaczę jeszcze raz, co się tutaj odprawia, kto ja jestem i dlaczego nie jest to najlepsze miejsce na pisanie pracy zaliczeniowej.

– Amada Gehennik, trzeci profesor kolektywu paroznawstwa z Porcelanowej Wieży. – Wstał, ukłonił się sztywno, ale z wdziękiem, po czym bezwiednie opadł na miejsce.”

Brak podmiotów sprawia, że nie wiem, kto co mówi w tym kawałku dialogu.

 

– Nawet herbata na tutejszych ziołach

Od tego momentu mówi cały czas Gehennik? Bardzo mi się to źle przyswajało, bo przyzwyczajenie każe w kolejnych akapitach – inaczej niż po angielsku – widzieć zmianę wypowiadającego kwestię. Nie można tam było dodać jakichś przerywników, które pozwoliłyby wprowadzać kolejne kwestie jednej osoby w bardziej naturalny sposób?

 

O tym, jak niedługo po jego narodzinach[-,] zaczęła toczyć ją choroba.

Bardzo, kurwa, zabawne

No, tu mi zabiłeś cały nastrój. Masz ładny staroświecki świat, fantasy taka zawieszona w czasie, elegancki język i nagle walisz przekleństwem z drugiej połowy XX wieku? Paskudnie to wygląda.

Żeby go do współpracy przymusić[+] też odważnych nie było.

Żałował, że nie udało mu się przekonać Różana, żeby zaprowadził go do pustelni Nieboga.

Z ogromnych zbiorów zgromadzonych w bibliotekach Złotej Wieży[-,] nie kojarzył ani jednej historii

 

Pierwsze smugi światła wywołały niemal bolesne pragnienie, by móc zatopić w nich skórę.

Zgrzyta mi to zatopić skórę, choć domyślam się, o co zapewne chodzi.

 

Następnym[+] co pamiętał, były długie chwile spędzone na patrzeniu przed siebie.

Co zapamiętał?

 

Które zastąpił strop jaskini. Mimowolnie sięgnął ku niemu dłonią, której cień rozlał się czarną smugą. Spojrzał w stronę, z której pochodziło światło.

Bardzo to niefajne

 

Odwrócił wzrok, przestraszony, że niszczy coś równie pięknego.

Równie pięknego jak co? Raczej: tak pięknego

 

Poruszały się w równym ,

Niepotrzebna spacja przed przecinkiem

 

Nie liczył czasu, bo nie służyły mu w tym myśli.

Przeszkadzały mu w tym myśli?

 

Wstał zatem dopiero wtedy, kiedy szkic był gotowy, a głód zaczął doskwierać. W ten sposób mógł zabrać Nieboga ze sobą.

Jak dla mnie: non sequitur. Co ma zabranie Nieboga ze sobą do głodu? Gdyby “w ten sposób” zastąpić zwykłym “Teraz”, byłoby ok, bo to się odnosi do faktu skończenia szkicu.

 

Jadąc wierzchem przez miasto

A gdyby jechał powozem albo szedł, byłoby inaczej? Ta informacja wydaje się tu zbędna, a nawet myląca.

 

Pośród tej właśnie codzienności[-,] powoli pozbywał się strachu przed piwnicą

To[+,] co widzisz przed sobą[+,] to nic więcej niż akt współczucia

warkoczem po same kolana

raczej: do kolan

 

Miał jakieś firmy w odległej ziemi

To też zaburza immersję nowoczesnością. Interesy, przedsiębiorstwa – proszę bardzo

 

Na inne trzeba było czekać, nawet kilka dni. Jak chociażby śmierć Sennej. Powiedział jej o tym, zanim jeszcze nastąpiło.

Co nastąpiło? Ogólnie lubię taki lekko oniryczny, niedopowiadany styl, jakim operujesz, ale czasami przeginasz ;)

 

łysku w mordę ciosany

O, potrafisz wymyślić takie fajne przekleństwo – nawet jeśli nieprawdziwe, to brzmiące ładnie staroświecko, więc po co wcześniej ten skurwysyn?

 

Olbrzym przystanął, obrócił się. Ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy.

Tu się niestety plączą podmioty.

 

Spod strzępów wyłoniły się sklejone usta. Nie były pozszywane, przypalone czy wmuszone w obecną formę. Wyglądały tak, jakby ich nigdy nie było.

To były (wyłoniły się), czy ich nie było? Powtórzę, że lubię taki pokręcony styl, ale czasem jednak zbyt wydumane sformułowania nie pozwalają płynąć razem z nim.

 

Zatrzymali go u podnóża, tuż przed ostatnim wzgórzem.

Podnóża czego?

 

Herod o potężnym głosie.

?? A nie herold? Bo jakkolwiek masz Gehennika, który każe się zastanowić nad Herodem, to skąd znajomość imienia? Czegoś tu może nie rozumiem…

 

Niebóg nic więcej nie uczynił w swoich ruchach, niż to robił do tej pory

uczynił w swoich ruchach? niż to robił?

 

Gehennik patrzył przerażony i nie wierzył.

Skąd ten nagły przeskok do jego punktu widzenia? I tylko na ten jeden moment?

 

Kiedy podciągnęli ludzi z pikami, Averi zapadł mocniej w trawę.

??

 

Jak oprawiony w jelenią skórę szkicownik znajdzie kupca gotowego oddać fortunę, a który dowie się, że pieniądze nie zdobędą wszystkiego.

Raczej: który dowie się jednak

 

wyszepce o kontynuacjach prac ujawniających eksperyment, który miał miejsce w dolinie wiele, wiele lat temu, a którego biologiczny zegar właśnie przestał tykać.

Wyszepce też ludzi, którzy potrafią czytać między wierszami i ku dobru ogółu zaczną ścigać szlachcica z Nubion, który okazał się wyrocznią, ostatnim cudem z Doliny Białych Żagli. Człowiekiem, który słyszy przyszłość

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, ambiwalentne? Nosz… pozwolicie mi pozostać osobą najbardziej niechętną tekstowi? Naprawdę muszę czekać na Cienia? :P

Dobra, czas zmienić running joke, bo zaczynam się zapętlać.

 

Uwagi techniczne powolutku przetrawię (podobno te powinny wchodzić ekspresowo, ale nie w przypadku tego ptaszka. Nie, ten ptaszek jest oporny na wiedzę słowopoprawną. Szczęśliwie nie odporny). Jasne, niektóre “zagrania” były celowe (vide którowanie w ostatniej scenie), co wcale nie oznacza, że słusznie. Nad dialogiem z Gehennikiem pracuję w ramach ćwiczenia, bo zanim skończę, to pewnie będzie już dawno po wizycie ostatniego czytelnika ;). Retrowizje mają jednak pierwszeństwo, bo nie chcę powtórki z UFO, gdzie zabrakło, tak po ludzku, czasu.

 

Z uwagami nietechnicznymi jak najbardziej się zgadzam. Zakładam tylko, że nie wszystkie “niedopowiedzenia” rzeczywiście są niedopowiedzeniami, a po prostu trochę nazbyt subtelnie podanymi informacjami, do czego mam tendencję. Nie ujmuje to też wcale słuszności uwadze.

Natomiast (tak sobie bezczelnie zwrócę uwagę na to zdanie, żeby nie dało się przegapić :P) bardzo zastanowiła mnie ta introwertyczna narracja. Pierwszy raz spotykam się z terminem. Byłabyś w stanie rzucić jakieś odpowiednie źródło, bądź podać autora/utwór? Bo skoro już czymś takim operuję (nie do końca świadomie) to chętnie podpatrzyłbym, jak robią to lepsi, a google jest niespecjalnie pomocny w tym wypadku.

 

Dziękuję :).

Bardzo dobrze mi się czytało :)

Słowiku, moja przygoda z literaturoznawstwem od jego teoretycznej strony skończyła się dość dawno i niezbyt przyjemnie, więc niestety nie rzucę Ci listą lektur, ale znaczenie, w jakim używam tego określenia w stosunku do narracji pokrywa się do pewnego stopnia z drugą definicją z SJP PWN:

introspekcja

1. «obserwowanie i badanie własnych przeżyć psychicznych»

2. lit. «szczegółowy opis stanów wewnętrznych bohatera, dokonywany z jego perspektywy»

Tyle że – być może za jakąś świadomie już nie pamiętaną lekturą – widzę tu raczej pewien typ narracji, opowiadania, skupiony na tej perspektywie, odcinający wszystko, co poza nią, filtrujący przez nią świat i dlatego pozostawiający dużo niedopowiedzeń i subiektywizmów. A niekoniecznie skupienie się na samych przeżyciach i wielki rozkmin psychologicznych bebechów ;)

Jakbym koniecznie miała strzelać jakimiś nazwiskami, to pewnie szukałabym u Markiewicza, to klasyka, ale z dużą ilością bibliografii, no i zwłaszcza nowsze prace obejmują także dość późne spektrum teorii. Ewentualnie zajrzałabym do jakiegoś podręcznika poetyki.

Sorry, że więcej nie pomogę, bo używam takich terminów automatycznie…

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Rozwijasz się, Słowiku.

A to cieszy, bo pomysły masz warte spisania i zapamiętania. Zapewne również drukowania ;)

Notujesz wyraźny progress, jeśli chodzi o kwestie fabularne – wreszcie jest zrozumiale i satysfakcjonująco.

Uznanie budzi również kreacja doliny i worldbuiding. Na pierwszy plan wysuwają się naturalnie bardzo ciekawe samotniki, ale “ogród” skalny i postać Nieboga nie pozostają w tyle – dobra robota.

Początek dość klasyczny (trochę jak te szklane domy, co? ^^), ale nie poczytuję tego za wadę. Podobne temu, delikatne klisze pozwalają czytelnikowi lepiej zakotwiczyć w tekście, dzięki czemu jest… no, łatwiej.

Kreacja postaci wiarygodna, a niektóre zdania, jak zauważyli przedpiścy, bardzo ładne. Stanowią o sile tekstu.

Czy jest to jednak opowiadanie idealne?

Jak się zapewnie domyślasz, moim zdaniem odpowiedź brzmi: nie ;p

Przede wszystkim brakowało mi odniesienia do świata szerszego, problematyki tych eksperymentów, postaci pozostałych naukowców. W tekście na 60 tysi prawie w ogóle nie zarysowałeś makrokosmosu (sic!).

A w ten sposób dopełniłbyś ten tekst, nawet go nie wydłużając. Wystarczył usunąć trochę nieistotnych informacji, jak to, że barman ma krzywe zęby. W ogóle, trochę za dużo o ludziach w tym tekście. Lekcje pisania dla Różana też jakieś bez sensu. Nie pasowało mi to do charakteru bohatera, a co gorsza, raczysz kolejną nieistotną informacją. I można by tak długo.

Miałem również pewne zgrzyty narracyjne. Piszesz ewidentnie z perspektywy Averiego, który przybywa do obcego sobie miejsca i stopniowo je poznaje – aż się prosi o narrację pierwszoosobową! Szczególnie, że przy rozmowach z Gehennikiem miałeś czasem problem (czy raczej ja miałem XD) z tymi zaimkami (czy jak to-to się nazywa) w stylu “jego”, “jemu”. Chwilę musiałem się zastanowić, do którego z mężczyzn akurat się odnosisz.

Brak sceny w piwnicy to skandal, ale to już zarzut stricte subiektywny ;p

Pojawiały się też problemy z tempem – to wszystko jest bardzo jednostajne. Skłamałbym pisząc, że czytałem z wypiekami na twarzy. Napisałeś opowiadanie-teatr, a ja chciałbym trochę więcej filmu! Więcej ciągłości, a nie ciągle trzy gwiazdki i przeskoki ze sceny do sceny ^^

Warsztat raczej dobry, choć wciąż jest tu trochę grafomanii. Takiej prawdziwej, bo do konkursu grafomania ten tekst by się z pewnością nie nadawał ;)

Ale spójrz choćby tu:

Kąty stawały się coraz ostrzejsze, figury mniej koliste.

Oczywistość.

Następne próby, coraz bardziej chaotyczne, sprawiając wrażenie kalejdoskopu chwilowych miłostek, nagłych zachwytów.

A tu zapędzasz się w “fajności”. Korelacja z poprzednim zdaniem sugeruje, że powinny był “sprawiały”.

Zrozumiawszy, co się właśnie stało, poczuł okrutny smutek.

To jest nazbyt potoczne.

 

I było tego więcej. Masz olbrzymie możliwości i chyba nie do końca nad nimi panujesz. Naucz się dozować fajne zdania, wal nimi tylko czasami, ale za to z całej siły, między oczy. Wtedy na pewno kupisz czytelnika.

 

Słowem – trudne w ocenie opowiadanie. Moim zdaniem ma sporo wad, niemniej udało Ci się pokazać to, co najcenniejsze. Pomysł. Wizję. Kwintesencję.

Mimo że lektura była nużąca, warta poświęconego jej czasu.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zacznę może od tego, co mi się w opowiadaniu nie podobało, bo – podobno – zawsze lepiej iść w stronę światła.

Co mnie najbardziej drażniło, to Twoja zupełnie niezrozumiała dla mnie maniera niedopowiadania podmiotu, która raz, że wyraźniej umniejszała jakościowo tekst, dwa, że zwyczajnie utrudniała jego odbiór, bo często nawet w dialogach – których przecież w opowiadaniu ani razu chyba nie prowadziły naraz więcej niż dwie osoby (a nie, dobra; śmierć nieboga była dziełem zbiorowym) – czy wręcz opisach, które tyczyły wyłącznie jednej postaci i jej czynności, zwyczajnie rozjeżdżał mi się ten podmiot i choć niby bez problemu rejestrowałem, o kim i o czym akurat piszesz, to i tak odnajduję takie fragmenty jako swoiste literackie Stoperany. Przy czym – trochę się powtórzę, a trochę dopowiem – nie zastanawiałem się nad tym, o co Ci w danym fragmencie chodziło, tylko… no, po co? Dlaczego w ten sposób. Pisać przecież potrafisz, nie brak Ci umiejętności, by nie popadać w przeciwną skrajność i zamordować tekst nadmiernymi powtórzeniami imion, nazwisk czy innych określeń albo nie popaść w śmieszność, na siłę doszukując się jakichś oryginalnych.

Poza tym, jeśli chodzi o wykonanie ze stricte technicznego punktu widzenia, zastrzeżeń większych nie mam. Gdzieś tam mignęły jakieś literówki czy odklejony przecinek, ale to nic, co chciałoby się pamiętać.

Natomiast jeśli chodzi o samą fabułę, też będę głośniej narzekał niż chwalił.

Są dziury i niedopowiedzenia, które – osobliwie przy opowiadaniu o tak pokaźnych rozmiarach – mnie drażniły, ale zacznę od futorospekcji wieńczącej dzieło, bo to chyba właśnie ona gryzie mnie najbardziej. A gryzie mnie, ponieważ… No cóż, pewnie nie uda mi się dokładnie oddać tego, co czuję, bo chyba sam nie do końca potrafię dojść z tym do ładu, ale spróbować trzeba. Tak więc: chyba po prostu liczyłem na coś więcej; coś prawdziwszego, konkretniejszego i sensowniejszego. Na coś, czego mógłbym się uczepić, szukając odpowiedzi na pytanie: ale o co, właściwie, chodzi? Albo inaczej: zabrakło mi puenty, a zamiast niej dostałem tylko kilka, zupełnie dla mnie nieistotnych – bo w sporej mierze oderwanych od rzeczywistości, w której mnie osadziłeś – informacji, z którymi nie mam co zrobić. Z jednej strony potęgują one depresyjny nastrój całego dzieła, ale z drugiej też go zabijają, właśnie przez to, czym są, czym nie są, czym być powinny i czym się nie stały. Jeden konkretny przykład, żeby nie popadać w wydumany bełkot: Averi, jako ostatni z cudów doliny jest, moim zdaniem, zupełnie od czapy – jedyna przesłanka w tekście, dająca jakąś podwalinę pod takie rozwiązanie, to odczytywanie szeptów Nieboga. Tyle tylko, że ja odebrałem to raczej jako umiejętność czytania z ruchu warg, czy coś takiego, a samą moc/zdolność prorokowania przypisałem olbrzymowi. Tak więc przedstawienie Averego w takim świetle wybrzmiało mi jako akord tworzący pewien dysonans, a przy tym zupełnie niepotrzebnie melodramatyczny.

Niepodobały mi się również niektóre sceny, jak choćby drugie spotkanie Averego z Różanem, tedy, gdy chłop pana we dwory prowadził, bo wypadła strasznie sztucznie (zaczyna się od dociekania oczywistości – w końcu Różan sam wysłał gościa do Sennej, więc wydedukowanie po wyrazie twarzy Nesmo, że się spotkali było dla mnie takim trochę WTF?), czy scena walki żołdactwa z Niebogiem, choć tu głównym dla mnie problemem była jej – jakże odmienna od całej reszty tekstu i przy tym nienaturalna – dynamika, szczególnie fakt, że wojskowi znaleźli Nieboraka zupełnie bez szukania, z marszu, jakby do celu prowadził ich Krzysztof Hołowczyc. Miałem wrażenie jakiegoś takiego pośpiechu i niechlujności w tym wszystkim, jakbyś ścigał się z terminami i/lub limitem.

Do tego dochodzi cała sterta pytań bez odpowiedzi, jak na przykład o te białe żagle, o to, dlaczego matka bohatera, kiedy zaczęła chorować, po prostu nie wróciła do Doliny, co dokładnie stało się z pozostałymi cudami i kim/czym oni w ogóle byli; generalnie: dlaczego Dolina była taka wyjątkowa/magiczna do czego dążył (bądź dążyła) Niebóg i czemu miała posłużyć ta genderowska wstawka, skoro tylko zamieszała, nie dodała nic od siebie – poza ładnym, mądrym zdaniem – i nie wyjaśniając nic z tego, co wyjaśnienia domagało się już wczaśniej, o co chodziło z tymi zanikami pamięci, dlaczego nie było już dzieci, i tak (trochę) dalej. Nie są to co prawa kwestie, które p o w i n n y zostać wyjaśnione, a raczej takie, które osobiście chciałbym, żeby wyjaśnione – czy choćby lepiej nakreślone – zostały. Dolina Białych Żagli to miejsce dziwne od samego początku do – jak się okazuje – samego końca, i choć myślę, że potrafię uszanować ten Twój zamysł, by taką właśnie pozostawić ją już na zawsze, nie jestem Ci zań wdzięczny. Po prostu lubię wiedzieć, lubię rozumieć, lubię mieć jasność. Zagadki też lubię, ale dlatego, że mają jakieś swoje rozwiązania. Tutaj wiele z nich, łączących się w jedną większą, zresztą trudną do sprecyzowania zagadkę, tych rozwiązań nie ma albo są one zbyt enigmatyczne, czy wręcz połowiczne, bym poczuł się lekturą usatysfakcjonowany.

Co mi się natomiast podobało? No tu, tradycyjnie, będzie krócej, bo jak coś jest dobre, to po prostu jest dobre i nie ma za bardzo nad czym się rozwodzić.

Literacko, pomijając tą awersję do podmiotów, w porządku z odchyłami w stronę ładnie, bardzo ładnie i pięknie, dzięki czemu lektura, mimo że długa i niewiele bardziej dynamiczna niż rzeźby Nieboga, dała się przeczytać z zainteresowaniem i przyjemnością; osobliwie, kiedy trafiały się zdania-perełki. Samotniki też są świetnym, choć, moim zdaniem, niewykorzystanym pomysłem. Lepiej nadałby się na główną oś fabularną – nośnik całej opowieści – niż nieszczęsny olbrzym. Przede wszystkim jednak klimat – ładny, smutny, depresyjny, słodko-gorzki, ciężki i magiczny. Nie jestem pewien, czy faktycznie mi do końca siadł, tak prawdę mówiąc, ale – tak w miarę możliwości obiektywnie – jako twór swojego kreatora wypadł świetnie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

– Kojarzysz taką postać, jak Krzewicha Żelazny?

– Dowódca, ozłocony za służbę pod Borque. – Zaczął wymieniać z pamięci. Nieczęsto trafiała się okazja, by podzielić się podobną wiedzą. – Pierwszy święty wyniesiony w Kościele Dwóch Imion. Dość skandaliczne ze względu na fakt, że sam zainteresowany nigdy o takowym nie słyszał. Nie zdążył zaoponować, gdyż zmarło mu się w rok następny. Nikt dokładnie nie wie, na co.

– Kojarzysz takiego gościa Tomka Kowalskiego?

– Uczeń 1LO, 3 klasa, profil mat-fiz, ozłocony przez dyrektorkę, bo wygrał już trzy olimpiady. Dość skandalicznie, bo jego ojciec jest ministrem edukacji, choć obaj twierdzą, że nie utrzymują ze sobą kontaktów. Tomek nie zdążył się obronić przed zarzutami, bo zniknął ze szkoły. Nikt nie wie dlaczego, ale spekuluje się, że poszedł na studia.

 

Lol, Słowiku. Nikt tak nie rozmawia. XD

Ekspozycja ekspozycją, ale na litość, są granice. Wrzucenie w didaskaliach uwagi, że nieczęsto trafia się okazja by dzielić się podobną wiedzą, niczego nie rozwiązuje.

 

Pierwsze smugi światła wywołały niemal bolesne pragnienie, by móc zatopić w nich skórę. Było czerwone, jak słońce sączone przez taflę rubinowego szkła. Agresywne, nieco brudne, a kiedy wreszcie spróbował dotknąć go dłonią – chłodne i lepiące się.

Podmiotem w pierwszym zdaniu są smugi, które potem stają się podmiotem domyślnym, więc nie wiem czemu stosujesz rodzaj nijaki zamiast niemęskoosobowego.

 

 

Tak sobie przeczytałem otwierający fragment i zachwyciłem się na moment – wow, podniebne żaglowce, inne światy, przygoda, dużo światła i ciepła. A tu dostałem coś zupełnie innego. :<

Nastrój stworzyłeś intensywny i przytłaczający i to się zdecydowanie udało. Rzucasz mnóstwem rewelacyjnych pomysłów jak z rękawa – Samotniki, Niebóg, jego proces twórczy. Zdania-perełki dają na sobie zawiesić zazdrosne oko. ;)

Niestety warsztat wydaje mi się tutaj mocno nierówny, jakbyś owe perły rzucił między kamienie. Niektóre zdania to po parę razy musiałem czytać, by je w ogóle zrozumieć (przepraszam, że nie wypisałem, ale czytałem na telefonie). Całość jest do tego okrutnie przegadana, rozwleczona i nużąca. Przyznam, że nie potrafiłem łyknąć tego opowiadania na raz. Ani nawet na dwa razy. :p Sytuację ratują z pewnością ciekawe pomysły i suspensy końcem rozdziałów, na które się łapałem.

Całe to mozolne budowanie historii prowadzi w sumie do mało satysfakcjonującego zakończenia. Zabrakło mi jakiejś faktycznej kulminacji – tak wydarzeń, jak i emocji. Bo fakt, że do doliny ściągnęli żołnierze i zaatakowali Nieboga uważam raczej za pretekst to pokazania czegoś istotniejszego, co albo mi umknęło, albo czego tutaj, być może, w ogóle nie ma.

Wracam z komentarzem piórkowym.

Mam sentyment do takich fabuł. Do pokazania oczami bohatera jakiegoś fantastycznego miejsca. Zobaczyć kawałki jego historii, poskładać z nich większą całość. Do tego dodając zakończenie, mnie przypadające do gustu – ciche, bez większego wpływu na wszystko. Niebóg przeminął, życie trwa dalej. Jest w tym coś melancholijnego, jak neuroshimowa rdza :)

Nie znaczy to, ze utwór nie ma wad. Zostawiasz z elementów światotwórstwa sporo kawałkó do poskładania, ale czy te poskładają się w coś ciekawego, zależy od czytelnika. Bohater też jest tutaj raptem obserwatorem. Pasuje do tematyki tekstu, jednak czasem wręcz prosiło się o coś dynamicznego z jego strony.

Jednak utwór definitywnie nadrabia od strony literackiej. Zdania są ładne, całe akapity bywają wręcz poetyckie. Ja, prosty inżynier, wręcz zazdroszczę :)

Tak więc finalnie jestem na TAK. Niewiele ponad granicę, ale jednak :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Sorry, Winnetou, ale jestem na nie.

Przeczytałam drugi raz, żeby sprawdzić, czy nic nie przeoczyłam za pierwszym. I dalej tekst mi się wymyka. Chłopak i dziedzic przyjechał, żeby pisać jakąś pracę naukową. Albo podziwiać rzeczy znane z opowieści ojca. A potem głównie rysuje. A Niebóg rzeźbi, Senna umiera… Naukowcy wezwali żołnierzy, żeby zniszczyli to, co naukowcy zamierzali zbadać. Dziwni jacyś, czego się spodziewali, co chcieli żołnierzami osiągnąć?

Chyba mój problem polega na tym, że nie rozumiem zasad, na których opiera się Twój świat. Owszem – masz fajne pomysły, samotniki są genialne. Ale nie rozumiem, o co Twoim bohaterom chodzi.

W efekcie czuję się jak we śnie – pięknie i kolorowo, ale nic tu nie ma większego znaczenia. Możliwe, że to czyjaś podświadomość próbuje się ze mną dogadać, ale ja nie kumam przekazu. To tylko sen, który nie musi się kierować logiką, prawami fizyki i takimi tam…

Fabuła – trudno szukać. Prawda, coś tam się wydarza, ale zależności przyczynowo-skutkowe zawodzą.

Bohaterowie – są, nawet interesujący. Ale jaką rolę odgrywa każdy z nich? Czy bez Sennej opowieść dużo by straciła? W sumie stajenny przekazał mi więcej informacji.

Babska logika rządzi!

To prawda, że przyłożyłeś się do fabuły – pokazałeś bardzo klasyczną opowieść o młodym człowieku w inicjującej podróży, podążającym śladami ojca i dawnych tajemnic. Wszystko odświeżone, dzięki umieszczeniu w pięknej, oryginalnej i (tak jak lubię) niedopowiedzianej scenerii. Rozczarowało zakończenie – zamordowanie Nieboga przez tępych żołdaków tępego króla jest sztampowe, a przy tym przenosi ciężar opowieści z bildungsroman na historię o umierającym świecie. Ostatni epizod próbujący powiązać wątki i przywrócić podmiotowość Nesmo, w moim odbiorze nie dźwiga tych założeń.

Brakuje mi tej piwnicy. Pewnie, że tego może lepiej nie pokazywać, ale nie można tez chować głowy w piasek. Przypominają mi się “Metody badania abominacji” – tam tez Gravel nie pokazała, co się w piwnicy stało, ale trzymała to w rękawie i wykorzystała w finale.

Nie jestem zadowolony z motywu latających statków – wiele obiecuje, a pozostaje enigmą. I to taką, która rozczarowuje, a nie intryguje.

Zaapeluję o pilnowanie czytelności dialogów. W tym przykładowo:

– Zresztą, co jest lepszego do roboty w tej cholernej dziurze?

– Jesteś naukowcem. Przy tym chorym i spaczonym skurwysynem, ale wciąż naukowcem. My się podobno nie nudzimy.

– Ano, widzisz. W tej dolinie nie liczy się już nic poza Niebogiem. Reszta to są obietnice bez pokrycia, martwa wiedza. Gdybyś go spotkał, zrozumiałbyś.

– Zapewne tak.

nie mam ani razu pojęcia, kto wypowiada którą kwestię.

Na początku rzuciło mi się w oczy kilka dziwnych konstrukcji: “wizerunek czyniły”, “nie dawał się określić dzieckiem”, a w uszy “Jedyną nieprzyjemną rzeczą, o jaką potrafiłby posądzić kogoś wystrojonego równie nieestetycznie”. No i to wzgórze otaczające dolinę. Taki obwarzanek?

Fajnie, że znowu jesteś!

 

 

Wracam z komentarzem piórkowym, którego z przyczyn losowych nie dałam rady napisać wcześniej.

 

Ten tekst ma bardzo wiele dobrych stron. Jest ładnie i ciekawie napisany, z perspektywy robi się coraz bardziej intrygujący (świat) i niepokojący (fabuła). Niemniej czegoś tu brakło – może bardziej porywającego zakończenia, rozwiązania tej historii? Może więcej o świecie i tle opowieści? Jakiś czas po lekturze mam poczucie, że pomysł miał ogromny potencjał, ale zarazem wrażenie niedosytu i rozczarowania punktem dojścia jest zbyt duże, by głosować na piórko. Prawdę mówiąc, gdyby loża mogła dawać półTAKi, zapewne byś go dostał, ale że nie może, przeważyły argumenty na NIE. Ale niewiele brakło.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ojojoj. Znowu odleciałem na chwilę. Chaotyczne, ptasie życie.

 

@Anet

Fajno.

 

@Hrabio

Rozwijasz się, Słowiku.

Z autoperspektywy– nie bardzo. Jeden krok w przód, jeden do tyłu. Próbuję nowych rzeczy, ale to ma niewiele z rozwojem wspólnego. Czyli szukam, ale niekoniecznie we właściwym kierunku ;).

 

A to cieszy, bo pomysły masz warte spisania i zapamiętania.

Z tym jednym bardzo chciałbym się zgodzić. Mam w szufladzie 42 opowiadania (W większości skończone. 4 zdążyły odpaść ze względu na moje spotkanie z ich realizacją w słusznej, papierowej formie. To dobrze, że zostały przez kogoś należycie opowiedziane). Nie wiem nawet czy to dużo/mało – pewnie zależy (jak ktoś już trzyma poziom, to zapewne nie ma po co trzymać szuflady). Konserwuję je w idei, że są zawarte w nich pomysły są zdecydowanie zbyt dobre, żeby zostać wypuszczonymi w pełni wad swojego autora. Oczywiście może to być również mechanizm samoobrony przed rzeczywistością (moje opowiadania wcale nie są złe! Po prostu te dobre chowam przed ludzkim okiem! :P).

Kiedyś pewnie otworzę potwora, po wcześniejszym przepisaniu wszystkich jego zębów, i zaleję rynek. Chyba że żadne z opowiadań nie wyjdzie poza redaktorskie skrzynki :P Drugi scenariusz jest zdecydowanie bardziej prawdopodobny.

 

Dzięki za porządny komentarz. Nazbierało się ich dużo, więc nie będę potwierdzał/zaprzeczał/odnosił się szczegółowo (ha, jak zawsze, nigdzie nie ma takiej przekopy, jak przy piórkowym głosowaniu. Biedny, kto nigdy nie miał tych siniaków). Mogę tylko dać słowo, że trawię te uwagi i nie idą w pustkę, nawet jeśli po tekstach niekoniecznie to widać. Wiadomo, mam powolne, ptasie tempo przyswajania (w sensie, bardziej jak gołąb niż wróbel).

 

@Cieniu

Do dwunastu razy sztuka.

No i w pełni wypływa kwestia białych żagli. W mojej głowie były wyraźne. Dostateczne i wyjaśnione. I chyba tylko tam pozostały. Opowiadanie, w założeniu bardzo o Averim, ale nie wprost, co przy moim pisaniu oznacza przekaz wybiórczo-zrozumiały. Nawet sam Niebóg miał być bardziej o Nesmo właśnie niż o samym sobie (co jest ironiczne, bo został wycięty z innego, zaszufladowanego opowiadania, gdzie za dużo było już pomysłów/myśli, żeby wciskać kolejny).

Znaczy, koncept w głowie autora fajny, wykonanie beznadziejne ;).

 

Dzięki :).

 

@MrBrightside

Lol, Słowiku. Nikt tak nie rozmawia. XD

Jasne, że rozmawia. Tylko trochę trudno mi udowodnić, bo głosy w głowie nie chcą dać się nagrać.

Ciepłe i pozytywne opowiadanie? Nic nie poradzę. Częściej wyłazi ze mnie kruk niż ara.

 

Kłaniam się.

 

@Finkla

Przeczytałam drugi raz, żeby sprawdzić, czy nic nie przeoczyłam za pierwszym.

Jawny masochizm. Wybacz, postaram się nie wstawiać takich klocków.

Winnetou nie czuje się skrzywdzony, co by go przepraszać ;). Piórko nie zmienia nic. Głosowanie na piórko zmienia wszystko. Lożokomentarze to najlepsze, co się w tej całej idei opierzania zawarło.

 

Dzięki, zarówno za pierwsze jak i za drugie podejście. 

 

@Cobold

Ogarnąć się ze słabymi zakończeniami – odnotowane w kajeciku. W sensie – kolejny ptaszek dołożony do uwagi wyniesionej już z poprzednich opowiadań. Widocznie dostaję chrypy zanim skończę śpiewać. Trzeba potrenować z oddechem, zdaje się.

 

Fajnie, że znowu jesteś!

Fajnie jest znowu być.

 

Dzięki za wizytę :).

 

@Drakaina

Pierwszy komentarz był klasy jak najbardziej lożowo-piórkowej, chociaż rozumiem wymogi biurokracji. Osobiście wiem czego opowiadaniu zabrakło. Dobrego autora. Obecny jeszcze dojrzewa i trochę mu to zapewne zajmie ;).

 

Ponownie dziękuję.

Nowa Fantastyka