- Opowiadanie: utrillo - Zbieracz kuriozów

Zbieracz kuriozów

XVIII wiek. Rzeczpospolita

Zgodnie z sugestią Loży umieściłem tu całe opowiadanie.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla, drakaina

Oceny

Zbieracz kuriozów

Część pierwsza

 

– Co to ma być? – zapytałem.

– Robok – odpowiedział chłop.

W otwartej dłoni trzymał pospolitego żuka. Jedyną osobliwością żyjątka było to, że odnóża miało tylko po jednej stronie ciałka. Najwidoczniej ten głupi cham wyrwał owadowi połowę nóg. Zwykły oszust.

– To mnie nie interesuje.

Wieśniak coś tam bełkotał po nosem, zachwalał swoje rzekome znalezisko niczym przekupka na targu, ale sołtys kazał mu iść precz, kopnął poniżej pleców i wyzwał od najgorszych.

– Macie tu jeszcze coś dziwacznego, niezwykłego, jedynego w swoim rodzaju? – Tłumaczyłem jak najgłupszemu żakowi.

Podrapał się po łbie, wykrzywił gębę i oznajmił:

– Jest jeszcze spasiona baba, zupełnie jak trzyletnia świnia.

– Gdzie ona jest?

– Na pewno siedzi pod chałupą i grzeje się w słońcu. Zaprowadzę was, to niedaleko.

– Chodźmy. – Zdecydowałem.

Nie liczyłem, że tym razem zobaczę coś interesującego, ale skoro zmarnowałem pół dnia na oglądanie a to płaskiej żaby, którą ktoś ledwie dwie zdrowaśki temu rozdeptał, a to gniazda jaskółczego, co prawda wyjątkowo dużego, ale przecież nie takie te przemyślne ptaki potrafią budować, a to krowy, co nigdy nie chorowała, a to giczołów starca, które miały, według zapewnień całego stada miejscowych, być tak zrogowaciałe, że przypominały końskie kopyta, co okazała się, oczywiście, kompletną bzdurą, wyrostka, który jakoby od urodzenia nie miał ani jednego zęba, osobnika, który kręcił się w koło i utrzymywał, że nie może nawet na chwilę przestać, czy żuka bez połowy nóg, to mogłem poświęcić kwadrans na obejrzenie grubego babsztyla. I tak już buty miałem całe w błocie, koszula lepiła mi się do pleców, a komary zdążyły pokąsać chyba w stu miejscach.

– To ta baba. Tłusta jak świnia – powiedział sołtys, gdy znaleźliśmy się na miejscu.

Istotnie na ławie siedziała porządnie spasiona kobieta. Coś tam chrumkała pod nochalem, ale mój przewodnik kazał jej się zamknąć. Przyznaję, była gruba, ale nie tak bardzo, jak pani Potocka. Dlatego powiedziałam:

– Widziałem tęższe.

– Ale sami, panie, zobaczcie, wygląda jak maciora! – Chłop zdziwił się, że nie doceniłem tuszy babsztyla.

– Grubsze bywają. – Zapewniłem. – Macie tu jeszcze jakieś dziwadło?

– Tutaj to już chyba nie. – Zmartwił się, a wąsiska opadły mu jak u suma.

No tak, znalezienie eksponatów do gabinetu osobliwości pana Potockiego nie było łatwe, przynajmniej tu, na zasranym Polesiu. Ale nie miałem wyjścia, pan wojewoda polecił właśnie tu szukać kuriozów. Nie wiem, kto temu staremu durniowi nagadał głupot, że im bliżej bagien, tym łatwiej można znaleźć starożytne wazy, ludzi o dwóch głowach, szkielety wielorybów, starców pamiętających bunt Nalewajki czy ptaki o czterech skrzydłach. Naprawdę na tym zadupiu nie było nic ciekawego. Od rana mieszkańcy Wody znosili mi jakieś duperele, za przywiezienie których do Tulczyna, mój pryncypał pewnie nie tylko zwolniłby mnie ze służby, ale i nie zwrócił wydatków, które poniosłem na tę ekspedycję.

– Może chociaż kurczak o czterech nogach, cielak o dwóch łabach, albo jakiś bardzo stary przedmiot z ozdobami, jakimiś takimi tajemniczymi – podpowiadałem.

– Była taka kura, cztery nogi miała, ale zdechła w tamtym roku.

– Szkoda.

– Niewielka, jajek nie nosiła. Darmozjad taki.

Sołtys najwyraźniej mnie nie rozumiał. Ale machnąłem na to ręką.

– A w sąsiednich osadach? – zapytałem.

– To, już prędzej. – Ożywił się. – W Starych Błotach jest chłop, ma na imię Wasyl. Ma zęby jak u krowy.

– Słabe. Żre to samo, co bydło, to i zęby bydlęce mu się zrobiły. Co w tym dziwnego? – Wzruszyłem ramionami.

– Jest też taki, co nie widzi, a chodzi wszędzie bez kostura, jakby widział.

– Ślepych jest pełno.

– No, to jest taki mały ludek. – Przystawił dłoń gdzieś tak do pępka. – Iwanko na niego wołają, chociaż na chrzcie mu Jędrek dali. Zwinny jak pies.

Nie wiem, co w tym wypadku miało być, według mojego rozmówcy, niezwykłego, to, że inaczej się nazywa, a inaczej na niego mówią, czy to, że jest zwinny. Ale nie dociekałem.

– Pan Potocki ma trzech karłów na dworze, więcej mu nie potrzeba – oznajmiłem.

– No, to już nie wiem. – Sołtys zafrasował się. – To może tych dwóch, co siedzi na Uroczysku Wilka? Tacy w białych szatach, dziwnie mówią, ale da się zrozumieć. Mieszkają w chałupie na kołach, takim wozie – tłumaczył. – Nosimy im gorzałkę. Płacą byle czym.

– Mówisz o pustelnikach? – zapytałem.

– Gdzieżby! – Oburzył się. – Samotnicy u nas też są, mają brody do pasa i żyją zielskiem. Ale ci, to inni, dziwacy jacyś. Zaraz wam pokażę, co od nich dostałem za garniec siwuchy.

– Tylko, żeby mi to długo nie trwało – ostrzegłem.

Sołtys podreptał do swojej chałupy, a że jedną nogę miał krótszą, spodziewałem się, że prędko nie wróci. Trzeba było pomyśleć o kolacji, noclegu i jakimś miłym dziewczęciu, które za talara uprzyjemniłoby mi noc.

– I gówno znaleźliśmy – powiedziałem do pana Budzyńskiego, którego wynająłem wraz z pachołkami na czas mojej ekspedycji na Polesie. Miał zapewniać bezpieczeństwo i wszelką pomoc. Według zawartej umowy, należność miałem uiścić po tym, jak pan Potocki wypłaci mi pieniądze za służbę, zorganizowanie wyprawy i dostarczone znaleziska. Jednak o niezwykłości było trudno i mój zaciężny z coraz mniejszym entuzjazmem podchodził do służby. Nie była to dla mnie komfortowa sytuacja, cała brać szlachecka w województwie wiedziała, że dla tego rębajły ubić człowieka znaczyło tyle, co splunąć, dlatego też darzyłem go znaczną estymą.

– Panie Kajetanie, a czego się pan spodziewał? – Spojrzał na mnie lekceważąco. – Złotego cielca, siedmiu śpiących rycerzy, zaginionej roty Jaremy, buławy Chmiela?

– No nie, ale mógłby się przytrafić kurczak o czterech nogach – odparłem.

– Słyszał pan, zdechł w tamtym roku. Spóźnił się pan.

– To co robić? – Rozłożyłem bezradnie ręce.

– Proste, karmić i poić tę babę, aż będzie przypominała beczkę, a później uwędzić.

– Nawet jak będzie przypominała bekę, to i tak nie będzie wystarczająco gruba. Przecież wie pan, jak potrafią wyglądać żony karmazynów.

– Jak pan wróci z niczym, to tego pan Potocki nie pochwali. – Ostrzegł. – Dobrze radzę, utuczmy i uwędźmy tę babę.

– Zastanowię się nad tym – odparłem, ale oczywiście nie zamierzałem utuczyć i zatruć dymem kobieciny.

– Dobrze radzę, niech pan bierze cokolwiek i wracajmy. Pleśń nas pokryje w tej przeklętej wilgoci.

– Będę pamiętał o pana radach – zapewniłem.

– O, idzie sołtys. – Pan Budzyński wskazał kciukiem na chłopa. – Coś tam niesie.

Istotnie, w naszą stronę dreptał kuternoga. W ręku trzymał niewielki przedmiot. Obawiałem się, że spotka mnie kolejny zawód.

– Takie coś – wydyszał chłopina i podał mi niewielki zegarek! Przyznam, że byłem zaskoczony.

Przyjrzałem się czasomierzowi. Mój wzrok przykuła czerwona gwiazda i inskrypcja CCCP wypisana majuskułą. Na gwieździe znajdował się skrzyżowany sierp i młotek. Żaden ród szlachecki w Rzeczypospolitej nie nosił takiego herbu. U dołu cyferblatu wypatrzyłem jedynie maleńki litery Made in USSR i jeszcze jakieś słowo wykaligrafowane cyrylicą. Ale nie tylko to mnie zdziwiło. Zegarek nie miał zdobień, nie wypisano na nim ani słowa po łacinie, nie mówiąc już o starożytnej sentencji. Na pewno nie nosiłby takiego nawet najbiedniejszy szarak. Wyglądał, jakby jakiś mistrz wykonał go dla chamów. Cyrylica wskazywała, że miał coś wspólnego z państwem moskiewskim. Wskazówka nie poruszała się: albo był zepsuty, albo nowemu posiadaczowi nie przyszło do głowy, że zegarek należy nakręcać.

– Przypomnij, sołtysie, gdzie ci ludzie mieszkają – poleciłem.

– Na Uroczysku Wilka.

– Jutro nas tam zaprowadzisz.

 

 

Część druga

 

Wyruszyliśmy rano. Pan Budzyński sarkał pod nosem, że na bagnach łatwiej o pijawki niż o kurioza, ale skoro był na mojej służbie, nie wypadało mu odmówić swego towarzystwa i pomocy. Przyznaję, że chciałem mieć przewagę liczebną nad tymi tajemniczymi ludźmi posługującymi się herbem, na którym widniał sierp i młotek. Taki chłopski oręż, w łapskach krzepkich hultajów, mógł być groźny nawet dla mnie, uzbrojonego w szablę, pistolet, nadziak i kamę.

Sołtys powłóczył nogą i opóźniał marsz, ale wolałem mieć za przewodnika pewnego człowieka, niż osiłka zaproponowanego przez kulawca. Wyglądał mi na przygłupa, a po takim, Bóg jeden wie, czego można było się spodziewać. Może, po wyprowadzeniu nas gdzieś daleko w bagna, wziąłby nogi za pas? Byłaby to naprawdę niewesoła sytuacja. Pewnie albo utopilibyśmy się, albo pomarli z pragnienia i głodu.

Wieczorem byłem cholernie zmęczony. Ale całe zmęczenie przeszło w chwili, gdy zobaczyłem to, co było na niewielkiej polanie, otoczonej przez karłowate brzozy, na które to miejsce, nie wiedzieć czemu, mówili Uroczysko Wilka. Otóż stał tam pojazd koloru srebra! Miał cztery pary kół, nie miał siedziska dla stangreta ani dyszla. Za to wystawały z niego jakieś pręty, rury, szpikulce, niczym dzidy. Nigdy czegoś podobnego nie widziałem! Obok krzątały się dwie postacie, od stóp po szyję ubrane w białe, grube, szaty. To znaczy, kiedyś miały tę szlachetną barwę, teraz były niemiłosiernie umorusane. Na tychże uniformach zauważyłem napis CCCP i ten cudaczny herb z czerwoną gwiazdą, sierpem i młotkiem.

– To właśnie oni – oznajmił sołtys.

– Jest ich tylko dwóch? – zaniepokoiłem się.

– Ino dwóch.

– Jesteś pewien?

– Jak Boga kocham. – Uderzył się w pierś. – O, zobaczyli nas, machają! – Stary dureń ucieszył się. Szczerze powiedziawszy, wolałbym nieznajomych jakiś czas obserwować. Ale skoro nas wypatrzyli, to nie było sensu ukrywać się.

– Chodźmy do nich – powiedziałem. – Zobaczymy, co za jedni.

– To spokojni ludzie, mówię wam, panie.

Może i byli spokojni, ale na wszelki wypadek wymownie spojrzałem na pana Budzyńskiego. Jakby te dwa cudaki okazały się niespokojne, to, zanim zdążyłbym zmówić pół zdrowaśki,  wąsacz i jego ludzie roznieśliby ich na szablach.

– Towarzysze, macie wódkę? – Jeden z nieznajomych wyszczerzył zęby w szczerym, chłopskim uśmiechu.

Jak na powitanie, były to dość osobliwe słowa. Nie mówił po rusku, raczej po moskiewsku. Wysnułem dwa wnioski, nie byli chrześcijanami i nie byli biedni, skoro powóz, jeśli mnie wzrok nie mylił, w najgorszym razie, był posrebrzany, a w gębie jego właściciela błyszczało złoto. Co ciekawe, obaj mieli chamskie gęby, prymitywne, pyzate, z małymi nosami i świńskimi ślepiami.

– A jakże, przynieśliśmy mnóstwo gorzałki! – Sołtys wskazał na beczułkę dźwiganą przez pachołka pana Budzyńskiego.

Charaszo – ucieszył się. – Bo u nas sucho, jak na Saharze.

– A co was tak dużo dzisiaj? I w dodatku z mieczami. – Zaniepokoił się drugi, który dotąd dłubał paluszyskiem w nochalu. – My jesteśmy za pokojem na świecie.

– To wielcy panowie – odparł nasz przewodnik. – Chcieli was odwiedzić i kupić różne rzeczy, im dziwaczniejsze, tym lepiej.

– Potrzebujemy wódki. Niczego więcej. Konserw mamy na pół roku, ubrania mamy, jak zimno, to ognisko sobie rozpalimy. Chyba, że byście nam, towarzyszu, jakieś dupy dostarczyli.

– Przecież wiecie, że dziewczęta was się boją. – Kulas rozłożył ręce. – Nic nie poradzę. A rajfurem nie będę. Pozwólcie usiąść.

– A siadajcie. Konserwą nawet poczęstujemy.

Rozsieliśmy się wokół ogniska. Coś tam sołtys ględził z tymi dziwakami o meszkach, które gryzą w dzień i w nocy, o boloku na pięcie i rodzajach szczurów bagiennych. Z tego co zrozumiałem wynikało, że owe dzieliły się na jadalne i trujące.

Mój plan był prosty. Zamierzałem tych dwóch oswoić, wypytać skąd ich tu diabeł przywlókł i zdobyć kurioza. Najlepiej srebrzysty powóz. Zdziwiło mnie, że figlować chcieli, a nie wpadli na pomysł, żeby pofatygować się do wsi Wody, innej osady, albo i do najbliższego miasteczka, gdzie przecież, jeśli nie profesjonalistek, to półkurewek było jak nasrał. Wystarczyło do pierwszej z brzegu karczmy wejść.

– Jak macie ochotę na wdzięki kobiece, to trzeba się stąd ruszyć – doradziłem. – Dziewczęta same nie przyjdą.

– Ot, widzisz mądralę – burknął jeden z cudaków. W myślach nazwałem go większym. Siłą rzeczy drugiego, postanowiłem określać niechlubnym mianem mniejszego, choć tak naprawdę, obaj byli kurduplami.

– Łatwo powiedzieć. Mamy swoje rozkazy.

To było ciekawe. Postanowiłem drążyć temat.

– Nieludzkiego macie dowódcę, że zabrania na dziewki chodzić. A syfilisem się nie martwcie, tu w okolicy same zdrowe dziewuchy – dodałem.

– Nie wolno nam oddalać się od Łunochoda. Gdyby nie to, ech, to by się człowiek wyżył, jak pies na suce, he, he, he – zaśmiał się.

Mniejszy otworzył nożem metalowy słój i wręczył wszystkim po kawałku mięsa. Śmierdziało okropnie, ale skoro inni zabrali się do jedzenia, to i ja spróbowałem. Było ohydne. Ale czego człowiek nie zrobi, żeby pan Potocki, w swoim pałacu, miał zacniejszą kolekcję osobliwości niż pan Lubomirski, Branicki czy Ostrogski? Mrugnąłem na pana Budzyńskiego i ten kazał pachołkowi polać gorzałkę. Ci dwaj pili z metalowych kubków z uszkiem, ozdobionych czerwoną gwiazdą, reszta z czego popadło, z metalowych słojów, o nierównych i ostrych jak brzytwy krawędziach, miseczek, ja ze swojego pucharka podróżnego, z którym nigdy się nie rozstawałem, a najosobliwszy sposób spożywanie trunku miał sołtys. Tak ułożył dłonie, że utworzyły nieckę, pochylił łeb i chłeptał gorzałkę niczym pies.

– Dziewcząt w okolicy nie brakuje. Mogę wam dostarczyć ze trzy czy cztery. – Miałem nadzieję, że połkną przynętę. – Tylko nie wiem, jakie lubicie.

– Ja tęgie, z dużym dupskiem i cyckami! – ucieszył się wyższy.

– Ja też tęgie, z dużą dupą i cycami! – Mniejszy najwidoczniej miał takie same upodobania.

Jak widać, nie byli wybredni. Gdyby mnie ktoś zapytał, jakie lubię dziewki, to bym potrzebował sporo czasu, aby opisać ich wygląd, zachowanie, umiejętności. A ci tylko tyle, żeby były grube. Straszne prymitywy!

– No dobra, mogę sprowadzić takie przy kości. Tylko nie wiem, czy macie czym zapłacić za dziewczęta? – zapytałem.

Większy pobiegł do powozu i przyniósł stamtąd kilka monet. Były na nich, litery CCCP, cyfry oraz coś w rodzaju tarczy herbowej. A na niej znowu sierp i młotek. Pierwszy raz widziałem takie pieniądze.

– Co to jest?

– Nasze ruble – odparł.

– Mało tego. Zresztą, nie chodzi mi o talary czy denary, ale o jakieś ciekawe przedmioty, niezwykłe. Zbieram do gabinetu osobliwości. Takie coś, jak ten zegarek. – Pokazałem im czasomierz.

– O, moja Slawa! – ucieszył się mniejszy. – Przehandlowałem ją w tamtym miesiącu. Stoi. A mówiłem, że trzeba nakręcać.

– Potrzebuję podobnych rzeczy.

– Coś się znajdzie. Ale najpierw, polejcie gorzałki. Wy dajecie gorzałkę, my tuszonkę.

– Pomyśl, jak przyjemna byłaby wieczerza, gdyby były z nami dziewki. Grube, cycate, dupiaste. – Postanowiłem oddziałać na wyobraźnie tych dwóch.

– Hu, hu, hu. – Większy wydał z siebie iście zwierzęcy dźwięk i pobiegł do srebrnego powozu.

Nie minęła nawet zdrowaśka, a już oglądałem książkę. Ale był to jakiś tani druk, żadnych zdobień, miniatur, nawet nie była oprawiona w skórę czy drogi materiał. Na granatowej okładce były odciśnięte litery. Pewnie informowały jaki był tytuł wolumenu i kto był autorem. Cyrylica wskazywała, że tomik wydrukowano w drukarni cerkiewnej w Rzeczypospolitej, albo gdzieś w państwie moskiewskim. Na drugiej, czy trzeciej stronie znalazłem, zręcznie wykonaną, rycinę, przedstawiającą jakiegoś łysawego człowieka z brodą i wąsami. Było już ciemno i nie mogłem uważnie przyjrzeć się postaci.

– Kto to jest? Car? – zapytałem.

– U nas nie ma carów. To jest towarzysz Lenin. – Usłyszałem odpowiedź.

Pierwszy raz słyszałem o kimś takim.

– Co za jeden? Pisarz? – dociekałem.

– Przywódca światowego proletariatu – powiedział mniejszy z nieukrywana dumą.

Książka nie nadawała się do gabinetu osobliwości. Żeby to była księga czarodziejska, żeby były w niej ilustracje przedstawiające przekroje żab, jaszczurek, bydła, albo pochodziła z Persji, to co innego. A to, to było byle gówno.

– Niezłe, ale szukam czegoś lepszego.

Osobnik w białym uniformie, jakby tylko na to czekał. Wręczył mi cieniutki dysk, czarny i że się tak wyrażę, misternie żłobiony.

– A co to takiego? – zdziwiłem się.

– To płyta. Macie patefon?

– Patefon? Nie, a co to takiego? – zapytałem.

– Płytę kładzie się na patefon, włącza i gra muzyka. Tu akurat jest Międzynarodówka i pieśni radzieckie.

Chyba mu się od gorzałki we łbie pomieszało. Doprawdy, nie wiedziałem o czym mówił. A skoro poczułem, że muszę się rozprawić z potrzebami fizjologicznymi, odszedłem na stronę. Ale nie byle gdzie. Postawiłem odlać się na koło tego ich pojazdu, a przy okazji dokładnie przyjrzeć się temu dziwactwu. I byłem zawiedziony. Powóz istotnie był jedyny w swoim rodzaju, ale nie był ze srebra, jak początkowo sądziłem. Nie było na nim nawet śladu patyny. To była zwykła, ale mistrzowsko wypolerowana blacha. Ale i tak ten wehikuł był godny gabinetu osobliwości pana Potockiego.

– Nie, to się nie nadaje. Muszę mieć coś naprawdę dobrego, żeby sprowadzić dziewczęta. A grube na tych mokradłach, szczególne trudno będzie sprowadzić – powiedziałem, gdy wróciłem do ogniska. Przy okazji zorientowałem się, że trochę bełkocę. A do tego zdanie było pozbawione jakiegokolwiek polotu retorycznego. Za taką wypowiedź, zganiłby mnie najgłupszy preceptor z najgorszego kolegium jezuickiego. Gorzałka uderzyła mi najwyraźniej do głowy bardziej niż sądziłem. W dodatku, przez tę ich tuszonkę, zaczynałem czuć rebelię w żywocie.

– A tego powozu nie sprzedacie? – Wskazałem palcem na srebrzysty pojazd.

– Nie. Bez Łunochoda nie wrócimy do domu.

– Dam wam dwa dobre konie – przekonywałem.

– Nie zrozumiecie tego. – Większy pokręcił łbem. – Nauka radziecka nie jest na waszą feudalną głowę.

– Dam dwa dobre konie, wóz i ludzi, z którymi odbędziecie bezpieczną podróż do granicy. To uczciwa propozycja.

– Nie znacie odkryć radzieckiej nauki. Najbardziej przodującej nauki na całym świecie – chełpił się. – Ja jestem inżynierem. I Iwan też jest inżynierem. Zresztą, to tajemnica państwowa.

Coś tam jeszcze przynosili, zachwalali, ja coś mówiłem, ale nie mogłem się skupić. Nie wiem, co mi zaszkodziło, czy gorzałka czy te ochłapy, które oni wyciągali z pojemnika, na który mówili konserwa. Dość, że odszedłem na stronę, padłem na cztery łapy niczym krowa i zacząłem rzygać. A później osunąłem się na ziemię i zasnąłem.

Następnego dnia byłem chory, ciągle wymiotowałem, miałem dreszcze, kręciło mi się w głowie, byłem słaby jak niemowlę. Nie było mowy, abym w takim stanie mógł, o własnych siłach, wrócić do Wody. Pan Budzyński kazał więc zrobić z gałęzi odpowiednią konstrukcję, wymościć ją mchem, liśćmi i skórą wilka, którą diabli wiedzą skąd wziął. Ułożono mnie na tym ustrojstwie i niczym nieboszczyka, poczciwi chłopi, zanieśli do osady. Tam ległem w barłogu, który udostępnił dobroduszny sołtys. Nie przeszkadzało mi nawet to, że posłanie wyglądało gorzej, niż legowisko najmniej lubianego wyżła pana Potockiego.

Gdy tylko poczułem się lepiej, czyli pewnie po pięciu albo i sześciu dniach, wezwałem do siebie pana Budzyńskiego.

– Musimy tam wrócić – powiedziałem.

– Nic nie musimy, panie Kajetanie. – Wyszczerzył zęby.

– Trzeba coś od nich wydębić. Mieli mnóstwo dziwnych przedmiotów i jeszcze ten powóz!

– Mam powóz. Zaprzęgałem chłopów niczym woły i przywlokłem. Stoi przed chałupą

– Co?

– A tak, nie próżnowałem, gdy pan tu sobie zdychał. Tych dwóch też mam. Gdy pan leżał na tym zasranym Uroczysku Wilka, jak, nie przymierzając, pijany chłop w rowie, ja tych pajaców upiłem i ubiłem. Teraz się wędzą. Radzę prędko ruszać do Tulczyna, żeby nie zapleśnieli. Wilgoć tu straszna. Splunął na ziemię.

– Kto panu pozwolił? – wychrypiałem.

– Jak to kto? – Wzruszył ramionami. – Przecież pan porozumiewawczo mrugnął ślepiem.

– O kurwa. – Złapałem się za głowę.

 

 

 

Cześć trzecia.

 

 

Nie zamierzałem tych cudaków pozbawiać życia. Chciałem zdobyć kurioza i to wszystko. Ale pan Budzyński ich uwędził i tego nie dało się odwrócić. Gęby mieli tak okopcone, że wyglądali jak mieszkańcy Afryki, a te ich białe szatki, wcześniej co prawda niemiłosiernie brudne, teraz były czarne niczym smoła.

Pan Potocki był zachwycony pojazdem. Kazał go ustawić na samym środku gabinetu osobliwości i spędzał przy tej kupie srebrzystej blachy pół dnia, a zdarzało się też, jak mi powiedziano, że i całe noce. Doprawdy nie wiem, jak mu się nie znudziło ciągle dreptanie wokół mojej zdobyczy, włażenie do środka i wyłażenie. Wewnątrz nie było żadnych wygód, dwa krzesła, mnóstwo jakichś szkiełek, strzałek, zegarków wczepionych w ściany i zapas tej ohydnej tuszonki, na wspomnienie której, brało mnie na wymioty.

Tymi uwędzonymi nieszczęśnikami, interesował się znacznie mniej. Kazał ich upchnąć gdzieś w ciemnym kącie. A na resztę przedmiotów, płytę, zegarek, książkę, ledwie rzucił okiem. Obiecał mnie sowicie wynagrodzić, ale mijały dni i jakoś nie mogłem doczekać się, nie tylko nagrody, ale i zwrotu poniesionych kosztów. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ, mówi przyłowie. Widać jest w tym porzekadle sporo prawdy.

Moja sytuacja stawała się nieciekawa, bo pan Budzyński domagał się wypłacenia należności. Mogłem, co prawda, przekonywać go, że zgodnie z literą umowy, miałem wypłacić honorarium wynajętym przeze mnie ludziom dopiero wtedy, gdy otrzymam wynagrodzenie od pana Potockiego, ale nie sądziłem, aby ten zabijaka nabrał się na kruczki prawne. Obawiam się, że sięgnąłby po szablę, a to skończyłoby się dla mnie, w najlepszym przypadku, na poważnych ranach.

Ale, gdy już przypuszczałem, że pan Potocki mnie najzwyczajniej olał, do mojej kwatery przybył pan Anzelm Wojnarowski, zaufany wojewody i powiedział, że ten mnie oczekuje.

– Czego chce, nie wiesz? – zapytałem i zacząłem wdziewać najlepsze szaty, jakie miałem. W duchu miałem nadzieję, że pryncypał zamierza wręczyć mi sakiewkę wypchaną dukatami.

– W nagrodę, za tę blaszaną karetę bez dysza, chce ci oddać rękę panny Justyny – zażartował. Mówił o córce pana Potockiego, ślicznym dziewczęciu, choć jak na mój gust, troszeczkę zbyt pyskatym, które jednak, jak doskonale wiedziałem, wyjdzie za mąż za senatora i to nie drążkowego.

– No nie wiem, czy chciałbym taką teściową. Ale, jak powiadają, darowanej klaczce nie zagląda się w zęby.

– Tym bardziej, że ta klaczka, będzie miała posag godny księżniczki. Ale ona nie dla ciebie, he he he – zaśmiał się. – Czartoryski o naszą Justynę zabiega i Ostrogski i Lubomirski i kilku mniej znacznych.

– Ten stary dziad? – Zdziwiłem się, bo przecież ostatni z wymienionych karmazynów miał chyba z dziewięćdziesiąt lat. Przygładziłem wąsy, przytroczyłem szablę, włożyłem na głowę kołpak. Byłem gotów na spotkanie z pryncypałem.

– Ten sam, ale przecież nie dla siebie, tylko dla swojego wnuka. Piotruś mu na imię, zdaje się. Ma dopiero z pięć lat, ale… a mniejsza z tym. – Machnął ręką.

– Gdzie mnie przyjmie? – zapytałem.

– Ale pytanie! Wiadomo, w gabinecie osobliwości! Dostał kompletnego świra na punkcie twojego znaleziska.

– Zdobycie tego pudła na kołach, wiele mnie kosztowało – oznajmiłem i wcale nie miałem na myśli tego, że omal nie wyrzygałem żołądka.

Pan Potocki uściskał mnie na powitanie. Wolałbym, żeby tego nie robił, bo raz, że korzyść z tego żadna, a dwa, podejrzewałem, że miał syfilis i byłem zdania, że będzie znacznie lepiej, jeśli będzie nas dzielił dystans, co najmniej kilku cali.

– Panie Kajetanie, nie wiem jak panu dziękować? To najbardziej niezwykły eksponat w moim gabinecie. Jest arcyniezwykły! Panowie Branicki i Rzewuski pozielenieją z zazdrości, bo u jednego tylko jakieś stare kości, podobno słonia, a u drugiego, co najwyżej, kamień z odbitym kopytem diabła. Ale dam sobie głowę uciąć, że to nie szatan odbił tam nogę, ale ów ślad powstał w wyniku uderzenia pioruna.

– To możliwe – wtrąciłem.

– Dawno bym po pana posłał, panie Kajetanie, ale sto spraw mam na głowie. Córkę chcę wydać za mąż, ale jakoś nie mogę się zdecydować za kogo. Podagra mi dokucza. Jabłonowski wniósł do Trybunału sprawę o zwrot Złoczowa, a książę Radziwiłł grozi mi wojną. Wymyślił sobie, że królewszczyzny, które dzierżawię, jemu się należą. Słowem, same zgryzoty.

Pokiwałem głowa, niby to ze zrozumieniem. Magnaci mają swoje kłopoty, a szaraki swoje. Mój na przykład był taki, że miałem pusto w sakiewce, a pan Budzyński domagał się wynagrodzenia za służbę.

– Tak, rozumiem – zapewniłem obłudnie.

– A wie pan, że srebrzysty powóz każdego dnia mnie zaskakuje?

– Doprawdy? – Wyraziłem nieszczere zainteresowanie.

– Tak! – Oznajmił dobitnie. – Wewnątrz zaczęły świecić małe punkciki, jakby kamienie szlachetne.

– Hm. – Nie wiedziałem, co powiedzieć. Za to rozejrzałem się dyskretnie po gabinecie. I niestety, nie dostrzegłem żadnych sakiewek, stosu gotowizny, czy precjozów, które mogłyby stanowić zapłatę za zdobycie tej cholernej kupy lśniącej blachy.

– Jedne świecą na czerwoną, inne na zielono.

– Nie wiedziałem o tym – przyznałem.

– Żeby to zjawisko zobaczyć, trzeba wejść do karety i trochę pomanipulować pokrętłami, ponaduszać przyciski, poruszyć wajchy. I zaświecają się! – Uśmiechnął się szczerze, niczym biskup na widok testamentu dewotki – Tak się zastanawiam, gdzie pana wysłać po kolejne zdobycze. Tak sobie myślę, że do Prus, albo Kurlandii. Co pan na to?

Niech cię szlag trafi, stary durniu, pomyślałem. Miałem nadzieję na hojną nagrodę, zamierzałem wywczasować się, a ten baran chce, żebym jechał na drugi koniec Rzeczypospolitej i wyszukiwał nikomu niepotrzebne rupiecia.

– W Kurlandii ponoć żyją wilkołaki. – Mój pryncypał rozgadał się. – Gdyby mi pan takiego upolował, albo żywego w klatce przywiózł do Tulczyna, to byłoby coś! A na pruskich plażach można znaleźć różne osobliwości, a to gnaty stare, że pewnie pamiętają biblijny potop, bursztyny wielkie, jak głowa byka, a nawet, jak mi pisał w liście ksiądz Kuczyński, morze wyrzuca na brzeg całe koraby!

– To ciekawe – bąknąłem bez krzty entuzjazmu w głosie.

– Wiedziałem, że pana zafascynuje nowa przygoda. – Stary łajdak udawał, że nie dostrzegł mojego sarkazmu. – Oczywiście, jeśli zdobędzie pan coś niezwykłego, to czeka pana sowita gratyfikacja i to podwójna, za tę srebrną karetę i za nowe, mam nadzieję, że równie niezwykłe, nabytki.

To skurwiel! A więc zwrócenie poniesionych przeze mnie kosztów wyprawy w błota Polesia, pominę już wypłacenie nagrody, uzależniał od tego, co przywiozę z następnej ekspedycji, którą, nietrudno było się domyślić, miałem sfinansować z własnej kalety! To psi syn!

– Tak sobie myślę, że pojedzie pan najpierw do Kurlandii, po wilkołaka. Jak będzie pan wracał, to brzegiem morza, do Gdańska. Po drodze zbierze pan wszystkie kurioza, jakie znajdzie. A w Gdańsku, kupi mi pan zegar.

– Zegar?

– Dokładne instrukcje, jak ma wyglądać, wyda panu moja żona. To ma być prezent ode mnie dla mojej połowicy.

– Ciekawy podarek – skomentowałem. Gdybym miał powiedzieć, co naprawdę myślałem, to pewnie byłoby to coś w stylu: tej maciorze przydałby się talerz mieszczący całego woła i co najmniej dwa cielaki.

– No to jesteśmy umówieni – oznajmił, choć ja wcale tak nie uważałem. – Pokażę panu jeszcze te światełka.

Stary dureń podreptał do srebrzystego powozu, otworzył drzwi, wlazł do środka, ulokował cielsko na krześle obitym jakimś tanim materiałem i zaczął coś tam naciskać, przekręcać, majdrować. Nie interesowało mnie to. Miałem nadzieję, że jednak przypomni sobie o tym, że musi sięgnąć do szkatuły, aby sfinansować moją podróż, zakupy kuriozów i zegara.

– Dzisiaj nie chcą się świecić – powiedział po dłuższej chwili.

– Może wezwać astrologa? – Zakpiłem.

– Nie, astrolog tu na nic.

– Postawiłby horoskop i wiedziałby pan, kiedy zaświecają się, a kiedy nie. – Wzruszyłem ramionami.

– Nie, nie, nie trzeba.

– To może zaprosić kapelana?

– Ksiądz Żabczyński już dawno skropił wodą święconą wszystkie nowe znaleziska. Teraz w niczym nie pomoże. Jeszcze wczoraj cały środek wyglądał, jakby był wyłożony szmaragdami.

– No cóż, nie moje szczęście zobaczyć to zjawisko.

– Przekręciłem to. – Pokazał na coś tam paluchem. – I nagle zrobiło się zielono.

– Nie wątpię. – Szyderczo wykrzywiłem wargi i w myślach dodałem, żeby ci syfilis mordę wyżarł, pazerny łajdaku.

– Może tym ruszę? – Ledwie wypowiedział te słowa i nagle rozbłysło oślepiające światło, pojawiał się biały dym, tak gęsty, że nie widziałem mojego pryncypała mimo, że był o trzy kroki ode mnie, aż w końcu huknęło, jakby grom trafił w srebrzysty powóz. Padłem na posadzkę.

Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem nad sobą zafrasowane gęby chyba tuzina rękodajnych, dworzan i sług pana Potockiego.

– Otworzył ślepia – ktoś zauważył.

– Mruga – dodał inny.

– Chwałą Bogu, nie umarł. – Trzeci złożył ręce, jakby miał rozpocząć modlitwę.

– Panie Kajetanie. Gdzie jest pan wojewoda? – zapytał pan Wojnarowski – Słyszy mnie pan?

Usiadłem. Dotarło do mnie, że na jakiś czas straciłem przytomność. Kręciło mi się w głowie, przed oczami latały mroczki, a w uszach huczało.

– Panie Kajetanie, gdzie jest pan Potocki?

– Był w srebrzystym powozie – wybełkotałem.

– Nigdzie go nie ma! Przeszukaliśmy już cały pałac. Uderzył piorun i znikł.

– Co?

– Przecież mówię, nigdzie nie ma pana Potockiego. Znikł, jak kamień w wodę.

– Poważnie? – zapytałem.

– A czy ja wyglądam na kogoś, kto żartuje? – Oburzył się pan Anzelm.

No cóż, oni panikowali, rozpaczali, wyrywali sobie włosy z łbów, słyszałem nawet, dobiegający z sąsiedniej komnaty, rozdzierający szloch, utuczonej do monstrualnej wielkości, pani wojewodziny, ale ja byłem zadowolony. Dzięki temu, że pan na Tulczynie gdzieś przepadł, nie musiałem wykosztować się na podróż do Kurlandii, szukać czegoś, co przypominałoby wilkołaka, włóczyć się po plażach i kupować tego cholernego zegara. Zostawię sobie tylko szablę, wszystko inne sprzedam i można jakoś uda mi się spłacić pana Budzyńskiego. Trudno, straciłem na służbie u starego sknery, ale mogłem stracić jeszcze więcej. A gdzie się podział, to gówno mnie obchodziło.

 

 

Na razie koniec. Może kiedyś dopiszę następne części tego opowiadania, ale nie teraz.

 

Koniec

Komentarze

Powiem tak: opowiadaniu by się przydało trochę szlifu językowego i poprawek redakcyjnych (gdzieniegdzie szwankuje zapis dialogów itd.). Nie jest jakoś porywająco oryginalne i często w rozwiązaniach posiłkuje się stereotypami i kliszami (paskudnie wyglądający radzieccy kosmonauci i całokształt ich zachowań). To jest jednak wybaczalne, moim zdaniem, w tekście humorystycznym, a z takim mamy do czynienia. Poza tym ten tekst się, mówiąc kolokwialnie, trzyma kupy fabularnie – wątki podomykane, zawieszone wcześniej strzelby wypalają i generalnie jest całkiem udany, a na dodatek – dobrze, lekko mi się go czytało. W sumie nie wiem, czy nie byłoby lepiej połączyć go z częścią 1, bo – co nie jest takie częste w przypadku fragmentów na portalu – Twoje fragmenty tworzą spójną, zamkniętą całość. 

Cóż, dalszy ciąg lekko mnie rozczarował, zwłaszcza bardzo stereotypowa druga część, trzecia jest lepsza. Ogólnie jednak ocena jest pozytywna – za pomysł na vintage humoreskę.

Czy pojazd znikł razem z panem Potockim, tak nawiasem mówiąc? Usiłowałam się tego doczytać, ale nadal nie wiem.

Oraz nie rozumiem, dlaczego nie opublikowałeś tego w jednym kawałku. Mogłoby wtedy być rozważane do Biblioteki, weszłoby w grafik dyżurnych – w sumie byłoby bardziej czytane. Fragmenty nie cieszą się popularnością. Może wklej tu na górze pierwszy kawałek i zmień tag “fragment” na “opowiadanie”?

 

Realia szwankują tu nieco bardziej niż w części pierwszej, wykonanie też gorsze.

 

Konserw mamy na pół roku

Zegarek zegarkiem, ale konserwa to w XVIII w. autentyczne kuriozum

 

obaj byli kurduplami

Czy do radzieckiego programu kosmicznego wybierano niskich? Bo jeśli nie, to przeciętny człowiek z XX w. będzie dla ludzi XVIII w. co najmniej średniego wzrostu. Owszem, bywały wtedy i prawie dwumetrowe chłopy, ale mężczyzna przeciętnego wzrostu (dolny zasięg rekruta, jak zaczął się regularny pobór) zaczynał się ok. 165-168 cm w zależności od kraju i czasu.

 

A syfilisem się nie martwcie, tu w okolicy same zdrowe dziewuchy

W świetle osiemnastowiecznych pamiętników – mało prawdopodobne.

 

nie był ze srebra, jak początkowo sądziłem. Nie było na nim nawet śladu patyny. To była zwykła, ale mistrzowsko wypolerowana blacha.

Nie jestem chemikiem, ale nie trzyma mi się to kupy. Blacha też jest z jakiegoś metalu i np. miedziana będzie mieć patynę (a miedziana byłaby oczywistością w tym czasie, od miedzianej blachy na dachu wziął się np. Pałac pod Blachą). Może być też przecież blacha srebrna – “blacha” to nazwa wyrobu hutniczego, a nie metalu… Poza tym polerowane srebro też nie ma patyny…

 

Przecinków nie ruszałam, bo leżą i kwiczą, za dużo wypisywania.

 

przez tą ich suszonkę → tę

Nie wiem skądinąd, czy konserwę można nazwać suszonką, cały numer z konserwami polega na tym, że mięso w nich nie jest suszone…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A tych konserw to nie przywieźli ci radzieccy kosmonauci ze sobą? Bo takie miałam wrażenie :)

 

A co do blachy, też bym winiła narratora, który się kompletnie nie zna, bo i nie może – zakładam, że chodzi po prostu o błyszczącą zewnętrzną powłokę statku, powiedzmy, kosmicznego, której narrator nie umie opisać, bo nie zna takich materiałów/technik obróbki :) (ale ja humanistka jestem, więc mogę się mylić w tek kwestii).  

A tych konserw to nie przywieźli ci radzieccy kosmonauci ze sobą

Jasne, ale właśnie dlatego sama nazwa i wygląd puszki powinny bardziej zaciekawić bohatera, bo nie ma prawa tego znać :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sympatyczne, wesołe. Dobrze tak sknerowatemu magnatowi. Się zdziwi, jak go potomkowie powitają…

Masz trochę literówek, gdzieś tam dialog źle zapisany, ale nie jest źle.

Babska logika rządzi!

Pierwsza część sugerowała zacniejsze przygody pana Kajetana, a tymczasem jego kontakt z radzieckimi kosmonautami zawiódł, albowiem nie wykroczył poza stereotypy.

Część ostatnia okazała się zabawniejsza, ale nie powaliła.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Sołtys powłóczył nogą i opróżniał marsz… –> Domyślam się, że przed wyruszeniem marsz był napełniony po brzegi. ;)

Pewnie miało być: Sołtys powłóczył nogą i opóźniał marsz

 

Obok krzątały się dwie postacie, od stóp po szuję ubrane w białe, grube, szaty. –> O, to i szuja była z nimi! ;)

Fajna literówka.

 

To znaczy, kiedyś miały szlachetną barwę… –> To znaczy, kiedyś miały szlachetną barwę

 

Sołtys wskazał na beczułkę dźwiganą przez pachołka pana Budzyńskiego.. –> Jedna kropka na końcu zdania wystarczy.

 

ale skoro inni zabrali się za jedzenie… –> …ale skoro inni zabrali się do jedzenia

 

że tomik wydrukowano w drukarni cerkiewnej… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Gorzałka uderzyła mi najwyraźniej do głowy bardziej niż sadziłem. –> Domyślam się, że sadził nieźle. ;)

Kolejna fajna literówka.

 

– W nagrodę, za blaszaną karetę bez dysza… –> – W nagrodę, za blaszaną karetę bez dyszla

 

Pan Branicki i Rzewuski pozielenieją z zazdrości… –> Panowie Branicki i Rzewuski pozielenieją z zazdrości

 

Nie cię szlag trafi, stary durniu, pomyślałem. –> Niech cię szlag trafi, stary durniu, pomyślałem.

 

…za srebrną karetę… –> …za srebrną karetę

 

Pokaże panu jeszcze te światełka. –> Literówka.

 

rozdzierający szloch, utoczonej do monstrualnej wielkości, pani wojewodziny… –> Jeszcze jedna fajna literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem sympatyczny tekst. Początek urzeka i piszesz ciekawie o szukaniu dziwów. Trochę słabiej wypada spotkanie z prawdziwym dziwem – kosmonauci są mocno stereotypowi, a przez to mało ciekawi. Końcówka to nadrabia.

Technicznie średnio – jest trochę błędów, które chrzęszczą.

Koncert fajerwerków ciekawy. Popraw błędy znalezione przez Reg, a będzie kliczek ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ostrogski i Rzewuski jako magnaci w jednym tekście trochę mi się gryzą, zwłaszcza ten pierwszy z tagiem XVIII wiek :P.

Sporo literówek.

Za to podoba mi się pomysł zbieracza kuriozów. Bardzo perspektywiczny.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Poprawiłem wytknięte błędy. I bardzo dziękuję za ich wskazanie :)

Bardzo proszę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nevaz – może w alternatywnej historii syn Ostrogskiego przeżył ;) W humoresce bym się nie czepiała, choć rzeczywiście, można by to spokojnie podmienić na dowolne inne magnacko-arystokratyczne nazwisko…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmm. Pamiętasz, co napisałam pod pierwszą częścią? Większość uwag nadal ma zastosowanie, przede wszystkim te odnoszące się do stylu (”olał” go? W osiemnastym wieku?) i przecinków.

Ale całość trzyma się kupy. Fundament masz. Czekamy na dalszy rozwój kariery.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Dysonans pomiędzy użytym językiem a czasem akcji rzuca się w oczy tym bardziej, że nie ma dla tego uzasadnienia.

Szlachcic mówiący o cyferblacie? Jakim cudem?

 

– No, to jest taki mały ludek. – Przystawił dłoń gdzieś tak do pępka. – Iwanko na niego wołają, chociaż na chrzcie mu Jędrek dali. Zwinny jak pies.

Nie wiem, co w tym wypadku miało być, według mojego rozmówcy, niezwykłego, to, że inaczej się nazywa, a inaczej na niego mówią, czy to, że jest zwinny. Ale nie dociekałem.

– Pan Potocki ma trzech karłów na dworze, więcej mu nie potrzeba – oznajmiłem.

Hm, skoro odpowiada, że nie potrzeba mu więcej karłów, to czemu zastanawia się, co jest niezwykłego w imieniu lub inności?

– I gówno znaleźliśmy – powiedziałem do pana Budzyńskiego, którego wynająłem

Ten Budzyński strasznie nagle tu wyskakuje.

Jakby te dwa cudaki okazały się niespokojne, to, zanim zdążyłbym zmówić pół zdrowaśki, wąsacz i jego ludzie roznieśliby ich na szablach.

a jego ludzie jeszcze bardziej znikąd – takie rzeczy warto jest zaznaczyć wcześniej, bo wyglądają na dodawane na bieżąco.

 

Pierwsza i trzecia część miały w sobie coś ciekawego, ale środek wypada już gorzej – obojętne /cyniczne podejście bohatera do kuriozów pasowało, kiedy oglądał roboka, ale wypada sztucznie przy spotkaniu z rakietą. Inne anachronizmy zresztą (konserwy, blacha) zostały wskazane wcześniej – wygląda to niestety na zwykłą niestaranność/nieprzemyślenie do końca tematu. 

 

Bardzo za to podobało mi się konsekwentne dążenie Budzyńskiego do uwędzenia kogoś ;D

I would prefer not to.

Wybrańcze, mogę temu opowiadaniu zarzucić sporo, ale co jest złego w cyferblacie? I dlaczego akurat szlachcic nie miałby używać tego słowa? :O

cyferblat «tarcza zegara lub zegarka»

Jest to na tyle staroświeckie słowo, że nie czepiałabym się, czy było w użyciu w tym dokładnie czasie, zwłaszcza że opowiadanie jest humoreską.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

nie wiedziałam, że jest staroświeckie/staropolskie, myślałam, że to po śląsku ;D

więc za cyferblat przepraszam.

I would prefer not to.

To oczywiście musi być zapożyczenie z niemieckiego, więc zapewne na Śląsku i w Galicji powszechniejsze i np. do dziś w użytku/zrozumieniu, ale chyba dość wcześnie weszło do języka ogólnego.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Proszę o informację, co znaczy żółta (albo złota) gwiazdka obok tytułu opowiadania:)

Oznacza, że opowiadanie które już skomentowałeś, ma nowy komentarz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki. Myślałem, że to jakieś wyróżnienie.

Nowa Fantastyka