- Opowiadanie: innatan - O czym marzysz?

O czym marzysz?

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

drakaina, Finkla

Oceny

O czym marzysz?

Na ropuchę natrafił w żołądku klienta.

Klient – jak wszyscy jego klienci – był już martwy, gdy do niego trafił. Siny, blady, opuchnięty na twarzy. Język miał sztywny. Jakby to był kawałek drewna, nie mięsa.

Zobaczył ją, gdy wraz z R. patrzyli na zmiany patologiczne przełyku i krtani. W pewnym momencie R. dostał telefon. Wyszedł na chwilę. T. kontynuował sekcję. Dotarł do żołądka – i do siedzącej tam ropuchy. Byli sami. Patrzyli na siebie w milczeniu. Ropucha zrobiła dziwny gest przednią łapą, jakby mu salutowała, i przejechała palcami po łbie. Czknęła.

 T. wyciągnął ropuchę z żołądka (była śliska od nieczynnych już soków trawiennych) i schował do kieszeni fartucha.

R. wrócił. Obydwaj wbili spojrzenia w żołądek trupa, ale tam: nic. Żadnych zmian patologicznych. Żołądek czysty i piękny jak u nastolatka. Nie miał nawet wrzodów. Dziwne. Ochlapus, palacz, odżywiał się też niezbyt zdrowo (ilość i rozmieszczenie tkanki tłuszczowej sporo o tym mówiły), a tu coś takiego. R. i T. spojrzeli po sobie.

Wzruszyli ramionami i zaszyli nieboszczyka.

Pod koniec dnia T. wykradł ropuchę z fartucha i schował do pojemnika po niedokończonym lunchu. Skalpelem zrobił parę dziur w wieczku. Dziś miał curry z kurczakiem. Ropucha zagrzebała się w żółtym od kurkumy ryżu i, zadowolona, łypnęła na T. z jakimś ropuszym ukontentowaniem.

Pojechali razem do domu.

W domu umył ropuchę z resztek swojego obiadu. Płaz nie protestował. Wydawał się być nawet zadowolony z tych zabiegów pielęgnacyjnych. Zwierzę przymknęło oczy i zaczęło głęboko oddychać. Jakby weszło w trans.

Po przeglądnięciu kilku artykułów w internecie dotyczącym ropuch T. postanowił umieścić swoją w pudełku po butach. Napakował do środka trochę zwilżonej waty, trochę porwanego papieru i na górze umieścił płaza. Ropucha umościła się w gnieździe. Łypnęła na patologa raz jeszcze, po czym poszła spać.

T. wyciągnął z szafki butelkę whisky. Nalał do szklanki. Nawet nie wrzucił lodu, tylko wypił jednym haustem. Ostre. Paskudne. Przepłukał wodą usta. Ale czego się spodziewał. Nie pił od pogrzebu. Choć zawsze miał whisky w mieszkaniu (stare przyzwyczajenie) od tamtego czasu nie był w stanie przełknąć ani kropli. Czasami wypił szklankę piwa czy lampkę wina. Nigdy nic mocniejszego.

Ale teraz – boże – żywa ropucha w żołądku trupa? A on zabrał ją do domu? Nalał whisky na dwa palce i upił łyk. Skrzywił się. Może to omamy z niewyspania lub z rozpaczy? Nie, bzdury; spał może nie najlepiej, ale nie aż tak źle, by mieć halucynacje. A rozpacz – najmocniejsze jej uderzenie – już minęła. Teraz została tylko pustka. Tępy ból.

Może ropucha zniknie do jutra, pomyślał. I poszedł spać.

Ropucha nie zniknęła. Wciąż była w swoim pudełku. Już nie spała. Pocierała łapami całe ciało z taką gorliwością, jakby chciała zdjąć z siebie własną skórę. T. złapał smartfon i wyszukał w sieci, co to znaczy. Czy ropucha była chora? Nie, wręcz przeciwnie: to oznaka zdrowia. Patolog mimowolnie odetchnął z ulgą. Odłożył telefon i zapatrzył się w płaza.

Ropucha skończyła nacierać się śluzem. Odwzajemniła spojrzenie. Otworzyła bezzębny pysk, pokazując śliski, gruby język. Trwało to dłuższą chwilę. Jakby chwaliła się swoim językiem.

Albo prosiła o jedzenie.

T. znów zasięgnął porady internetu. Ropuchy, czytał, żywią się bezkręgowcami, głównie dżdżownicami, ślimakami, pająkami. Czasami polują na małe kręgowce. Zdarza im się pożerać pisklęta. Pisklęta! T. podniósł wzrok znad telefonu i spojrzał na płaza. Ciekawe, czy i jego ropucha pożerała pisklęta.

T. zerknął na zegarek. Ósma. Czy w pobliżu był otwarty sklep zoologiczny? Sprawdził. Tak, był. Otwierany dopiero za godzinę. Kiedy T. musiał być już w prosektorium.

Najwyżej spóźni się do pracy.

Zebrał się, co jakiś czas zerkając na ropuchę, ale ta grzecznie siedziała w pudełku. Czekała. T. wyszedł. W sklepie zoologicznym brodaty, długowłosy ekspedient z ramionami wytatuowanymi w czaszki i płomienie zapytał w czym pomóc. Uśmiechnął się. Bardzo sympatycznie.

Trochę się zdziwił, gdy T. powiedział, że ma ropuchę (chyba spodziewał się czegoś zwyczajniejszego: psa, kota czy chociażby rybek), ale chętnie mu doradził. Na początek polecał pokarm mniej ruchliwy niż świerszcze. Na przykład larwy drewnojada. Całe pudełko. Wystarczy na tydzień. Wręczył T. plastikowe pudełko, w którym wiło się robactwo. Larwy, ciemnobeżowe, o brązowych, wręcz czarnych główkach przelewały się przez własną masę, próbując uciec donikąd. T. przyjrzał im się. Niekiedy widywał podobne u trupów.

Zapytał brodacza, czy mają coś innego.

Mają. Dżdżownice. Kupił więc ropusze trochę dżdżownic. Wrócił do mieszkania, rzucił parę dżdżownic zwierzęciu, a resztę zostawił w zamkniętym pudełku. Pognał do pracy.

R. nie był zły za spóźnienie. Zapytał tylko, czy T. dobrze spał. (Czuł whisky? Czy T. po prostu wyglądał na zmęczonego?) Tak, odparł T., spałem dobrze. No to świetnie. To do roboty.

Dziś wszystko szło gładko. Żadnych niespodzianek czy dziwnych przypadków, tylko rutynowa, mechaniczna praca o której dziś zresztą marzył. Nie miał siły na nic więcej.

Potem – zakupy. W markecie było wyjątkowo cicho i pusto. Dziwne o tej porze. Ale T. nie narzekał. Nienawidził chodzić do sklepów. Szczególnie w godzinach szczytu, gdy było w nich tłumnie i hałaśliwie.

Wrócił do mieszkania. Odstawił torby z jedzeniem. Nim je rozpakował, zajrzał do ropuchy. Siedziała na tronie z waty i papieru, szczęśliwa, z przymkniętymi oczami. Na dole wokół niej – pobojowisko mięsa. Wszystkie dżdżownice były zmasakrowane. Jakby przeżute i wyplute. Miały rozszarpany jeden koniec, prawdopodobnie odpowiednik gardła, sądząc po lokalizacji zgrubienia zwanego siodełkiem. Reszta chaotycznego kłębowiska mięsa we wnętrzu pierścienic pozostawała dla T. anatomiczną zagadką.

T. wyjął ropuchę z pudełka i włożył do zlewu. Truchła dżdżownic wyrzucił, zmienił część zakrwawionego papieru, watę znów nawilżył. Ropucha czekała cierpliwie. Nie uciekała. Patrzyła na T. nieodgadnionym spojrzeniem. Jakby zadowolonym. Jej złote oczy błyszczały.

Jak bezzębna ropucha była w stanie tego dokonać, T. nie miał pojęcia. Nawet nie chciał się nad tym zastanawiać. Jedyne czym się martwił to możliwa wybredność ropuchy. Czy był to bunt przeciwko jedzeniu dżdżownic? Jednorazowy kaprys czy stanowcza odmowa spożywania śliskich pierścienic? Czy jeśli przez tydzień będzie karmił ropuchę dżdżownicami to w końcu się do nich przekona? Chociażby z głodu?

T. ujął ropuchę za brzuch – i pod palcami wyczuł dziwne zgrubienie. Zmarszczył brwi. Obrócił płaza na plecy. Ropucha nie protestowała. Wyciągnęła nogi jakby chciała, by T. podziwiał jej wydęty kremowy brzuch. Patolog przejechał palcem po jej ciele, próbując wyczuć wszelkie nieprawidłowości, a płaz wydał z siebie ekstatyczne stęknięcie. T. znalazł coś tuż jego pod gardłem. Grudkę o barwie i fakturze kości. Była niewielka, miała średnicę niewiele większą od główki szpilki. T. wziął lupę: artefakt po M. Uwielbiała czytać, powieści, podręczniki, szczególnie te stare, zapisane pismem drobnym jak ziarna piasku. Miała kiepski wzrok, a okulary czasami nie wystarczały, więc…

Skup się.

T. wziął głęboki oddech. Spojrzał na płaza przez lupę.

Dziwna struktura wyglądała jak ząb. Była szklista i błyszcząca. Przebijała się przez skórę nie jak kość, brutalnie i krwiście, lecz właśnie jak wyrzynający się ząb: powoli i delikatnie rozpychając na boki skórę. T. ostrożnie nacisnął na wytwór. Ropucha stęknęła. Raczej z zaskoczenia niż z bólu.

T. odłożył zwierzę już do czystego pudełka. Umył ręce. Zaczął rozpakowywać zakupy.

Słyszał o płazach zdeformowanych przez zanieczyszczenie środowiska. Miały za mało lub za dużo kończyn. Nogi wyrosłe z innej nogi. Rozszczepione stawy. Trzy pary stóp. Wykręcone pozostałości ogona. Brak jednego lub dwojga oczu. Wyglądało to na chory żart natury. Gdy tak naprawdę było chorym żartem człowieka.

Może ropucha miała to wcześniej? Tylko tego nie zauważył, nie wyczuł.

Nieważne. Po co o tym myśleć? Zrobił kolację, zjadł i poszedł spać.

Rano nakarmił ropuchę, wypił kawę, zebrał się. Wyszedł do pracy, w której znów nie stało się nic niezwykłego. Typowy nudny szary dzień. Idealny. Jeszcze żeby nie padało, kiedy skończy. Puste marzenia. Padało od tygodnia i nic nie zapowiadało poprawy. Będzie padać jeszcze tydzień. Ale cóż. Z pogodą człowiek nic nie zrobi.

Wyszedł z pracy. Nie padało. Słońce też nie świeciło (na niebie wisiała gęsta i ciężka pokrywa z chmur), ale chociaż będzie mógł wrócić suchy do mieszkania.

Ledwie T. przekroczył próg własnych drzwi, a znów lunął deszcz.

W pudełku ropuchy zastał to samo – płaza wśród poszarpanych trucheł dżdżownic. Wyczyścił prowizoryczne terrarium i umył zwierzę. Ropucha znów wydawała się szczęśliwa z tej pielęgnacji. Albo była zadowolona z tak udanej uczty. Czy raczej morderstwa.

T. zbadał zgrubienie na gardle płaza. Było większe, niż wczoraj. Obok pojawiła się druga grudka. Drugi ząb.

Mimo tej mutacji ropucha wydawała się szczęśliwa.

Przez tydzień T. karmił ją dżdżownicami. Z tym samym skutkiem, co poprzednio. Każdego wieczoru znajdował robaki z rozszarpanymi gardłami. I każdego wieczoru przekonywał się, że zęby rosną – i jest ich coraz więcej. Na gardle ropuchy wytworzył się kościany pierścień, przypominający uzębienie na wpół otwartego pyska. Wiszące wokół luźne fałdy skóry wyglądały jak wargi. Z każdym ruchem ciała kołysały się, zmieniały ułożenie, przykrywały i odkrywały zęby. Zupełnie jakby imitacja paszczy żyła własnym życiem.

Gdy ropucha skończyła pożerać wszystkie dżdżownice z pudełka T. kupił jej larwy drewnojadów. Zaczął też czytać o terrariach. Może wkrótce kupi jej jedno. Wtedy będzie mógł karmić ją świerszczami.

Czemu wciąż ją trzymał, czemu jej nie sprzedał lub nie wypuścił na wolność? Nie wiedział. Przyzwyczaił się do niej. Choć prawie się nie poruszała ani nie wydawała żadnych dźwięków czuł jej o b e c n o ś ć. Czuł, że w końcu nie jest sam w mieszkaniu.

Nawet nie wiedział, jak bardzo mu brakowało czyjejś obecności.

Ropucha wciąż nie pożerała larw w całości. Rozszarpywała je. Trochę niżej, niż dżdżownice, bo przy brzuchu. Jakby szukała czegoś konkretnego.

W sklepie zoologicznym zapytał brodacza, czy nie znał kogoś, kto miałby terrarium na sprzedaż. Dla ropuchy. Tak, powiedział brodacz z uśmiechem, pamiętam, że ma pan ropuchę. Powiększa pan hodowlę? Nie, nie, urosła, albo tak mi się wydaje. Chciałbym zapewnić jej więcej miejsca. Jakie terrarium by pan mi polecił?

Brodacz znów się uśmiechnął. Tak się składa, że mój znajomy miał węża trawnego, który mu zdechł, i sprzedaje terrarium, powiedział. Te węże mają bardzo podobne wymagania co ropuchy. Bo pana ropucha jest ropuchą azjatycką, zgadza się? To najpopularniejsze na rynku. O ile ropuchy w ogóle można nazwać popularnymi. Zaśmiał się. Znajomy nie chce dużo. Raczej chce się pozbyć terrarium niż sprzedać je z jakimkolwiek zyskiem. To symboliczna cena.

T. zapisał numer telefonu znajomego brodacza i zadzwonił jeszcze tego samego dnia. W słuchawce zabrzmiał przyjemny męski głos. Chce pan kupić terrarium? Jeśli ma pan czas, możemy sfinalizować transakcję nawet i dzisiaj. Dzisiaj? Mhm. Gładki głos podał adres. Na drugim końcu miasta, ale co tam. T. i tak nie miał nic lepszego do roboty.

Właściciel pięknego głosu mieszkał w starej, pachnącej wilgocią i starym drewnem kamienicy. Jego lokum było duże i przestronne. Znajdowało się na trzecim piętrze.

Zaprosił T. na kawę. Chciał porozmawiać. Skoro sprzedaje terrarium za bezcen, to chciałby się dowiedzieć, jaka osoba je weźmie. Śmiech. T. uśmiechnął się blado, wszedł do środka i usiadł na wskazanym mu zabytkowym fotelu.

Przyjaciel brodacza ze sklepu zoologicznego był podstarzałym dandysem o nienagannych manierach i uśmiechu. Zrobił kawę, podał do niej śmietankę, mleko, cukier, ciastka. Sam upiekłem, powiedział, mrugając okiem. T. spróbował jedno. Było delikatne i kruche, nie za suche, nie za miękkie. Rozpływało się w ustach. Zostawiało po sobie przyjemny korzenny posmak. Masowo nikt takich nie produkował. T. skusił się na jeszcze jedno, nie, jednak dwa. Choć nigdy za słodyczami nie przepadał.

Co pan robi? zapytał dandys. Pracuję w prosektorium. Na te słowa jego rozmówca zareagował tak, jak wszyscy. Uniósł brwi. Lekko zbladł. Och. Zaśmiał się krótko. To mnie pan zaskoczył! Ja byłem niegdyś pianistą, całkiem niezłym, dodam nieskromnie, ale z przyczyn zdrowotnych musiałem przejść na wcześniejszą emeryturę.

Jakich przyczyn – nie powiedział.

Od tematu do tematu dotarli do terrarium i ropuchy. Dandys zachwycał się niezwykłym wyborem zwierzęcia; ropuchy to wbrew pozorom mądre stworzenia. I magiczne, zaśmiał się. Niech pan o nią dba, może się odwdzięczy. Inaczej może rzucić klątwę. Znów ten wyćwiczony przez lata śmiech. Ale, emerytowany pianista przestał się w końcu śmiać, proszę mi powiedzieć, gdzie pan ją kupił? Rynek ropuch w Polsce nie jest zbyt duży. Kupował pan u nas czy jechał do Warszawy? Czy – Nie, przerwał mu T., znalazłem. Ktoś ją porzucił.

Och. Twarz dandysa stężała. Porzucił. I pan znalazł. Zapadła cisza. T. dokończył kawę. Odstawił filiżankę na ręcznie malowany spodek. Mógłbym zobaczyć terrarium? zapytał patolog.

Oczywiście. Wstali, przeszli do innego pokoju. Wszędzie obrazy, rośliny, zabytkowe książki. Wyrafinowana graciarnia. Dotarli do terrarium. Było puste, ciemne. W jego wnętrzu znajdowała się miniatura lasu. Skały, ziemia i torf w otoczeniu wiecznie zielonych roślin. Był w nim nawet mały staw, obecnie pusty. Z własnym obiegiem wody, dodał dandys. T. pokiwał głową. Idealne środowisko. Z pewnością lepsze niż pudełko po butach wypełnione watą.

T. zapłacił, wziął terrarium w ręce niczym święty artefakt, pożegnał się z dandysem i wyszedł. Włożył miniaturę lasu do samochodu. Pojechał do mieszkania.

W pudełku po butach zastał znajomy widok. Ropucha, obojętna na dokonaną przez siebie rzeź, już czekała na zabiegi pielęgnacyjne. Niecierpliwie przebierała łapami. Wręcz sama wpełzła T. na ręce.

Patolog wykąpał płaza i zostawił go w zlewie. Zaczął przygotowywać terrarium do zamieszkania.

Ropucha przyglądała mu się z ciekawością. Nie wierciła się, nie protestowała w żaden sposób. Była spokojna. Jakby wiedziała, że zaraz jej życie zmieni się na lepsze.

T. wpuścił ją do terrarium. W nowym mieszkaniu od razu poczuła się swobodnie i pewnie. Wpełzła do stawu. Patolog wrzucił jej parę larw do środka, zamknął drzwiczki i poszedł zrobić kolację dla siebie. W lodówce było prawie pusto. W portfelu i na koncie bankowym też. Terrarium nie należało do najtańszych, na początku tego miesiąca musiał też naprawić samochód. No nic. Jeszcze parę dni do wypłaty. Jakoś przetrwa.

Rano usunął truchła larw i zastąpił je żywymi robakami. Zebrał się. Pojechał do pracy. Gdy wysiadł z samochodu, jego but natrafił na nierówność na asfalcie. T. podniósł stopę. Nadepnął na różową dziecięcą portmonetkę. Otworzył ją, spodziewając się znaleźć dziewczęce drobiazgi: brokat, naklejki, pomadkę czy tandetną biżuterię.

W środku było pięćset złotych.

Rozejrzał się. Wokół – nikogo. Szczególnie dzieci. Zresztą – Chryste – jakie dziecko nosiłoby pięćset złotych w portfeliku? To była tylko skrytka. Którą ktoś zgubił. T. wysiadł z samochodu, bezradnie trzymając portmonetkę w ręku. Czekał. Musiał wyglądać idiotycznie. Mężczyzna w średnim wieku ściskający w dłoni różowy portfelik.

Nikt nie przyszedł.

Po dziesięciu minutach poszedł do prosektorium i pytał współpracowników, czy któryś z nich nie zgubił takiego portfela. Nie mówił, co jest w środku. Koledzy tylko się śmiali. Żaden nie przyznał się do bycia posiadaczem różowego cudu. T. wzruszył ramionami i przygarnął portmonetkę wraz z zawartością.

Wieczorem zrobił zakupy i wyprawił ucztę, i dla siebie, i dla ropuchy. Jej kupił mrożone mysie oseski (brodacz z zoologicznego mówił, że powinny jej zasmakować), sobie – sushi. Obydwoje mieli dziś jeść surowe mięso.

Nakarmił ropuchę. Sam usiadł przed oświetlonym terrarium, rozdzielił jednorazowe pałeczki i zaczął jeść. Obserwował płaza. Ropucha wyszła ze stawu, po czym zbliżyła się do martwych nowonarodzonych myszek. Szturchnęła je nosem. Oblizała się. Wzięła jedną do pyska. Osesek ledwo zmieścił się jej w paszczy.

Płaz wyglądał dokładnie jak T., który wziął do ust duży kawałek uramaki z łososiem i awokado.

Obydwoje przeżuwali powoli. Lekarz przełknął swój kawałek, ropucha – wypluła. Myszka miała rozdarty brzuch. Wypływały z niej skłębione różowe jelita.

T. jadł dalej. Nie przeszkadzał mu ten widok. Przyzwyczaił się.

Po skończonym posiłku wyrzucił jednorazowe opakowanie. Posprzątał też w terrarium. Nie wyrzucił jednak myszek. Przynajmniej nie od razu. Wziął wykałaczki i zaczął nimi rozgrzebywać wnętrzności przeżutych osesków. Organy były nieco rozepchnięte, niektóre wręcz zdeformowane pod naciskiem ropuszego języka, ale nie brakowało prawie żadnego.

Oprócz żołądka.

T. wyrzucił martwe myszki. Umył ręce, zdezynfekował blat. Wyciągnął whisky. Powoli wysączył jedną szklankę. Wyciągnął ropuchę z terrarium. Zbadał ją, szybko i delikatnie. Pod pierwszym pierścieniem zębów zaczynał wyrzynać się drugi.

Odłożył płaza. Nalał drugą szklankę whisky. Wykąpał się. Wciąż pił. Poszedł do mauzoleum: zamkniętego, nigdy nieużywanego pokoju, w którym zgromadził pamiątki i skarby. Rzeczy M. Umieścił tam prawie wszystko, co po niej pozostało. Prócz niektórych drobiazgów, których używał na co dzień, a których sam w życiu by nie kupił: zestawu igieł i nici, lupy, nożyczek, taśmy klejącej. W mauzoleum, trzymając szklankę z whisky, usiadł na podłodze. Zaczął przeglądać stare fotografie. Potem grzebał w jej komodzie. Wąchał pachnące bzem szaliki, trzymał w dłoniach kapelusze. Upijał się alkoholem i wspomnieniami po M. Wyciągnął jej rękawiczki. Pocałował je.

Dość.

Pochował wszystko na miejsce. Wziął butelkę whisky i pustą szklankę. Ruszył do wyjścia. Zamknął pokój na klucz. Klucz schował w szufladzie z podwójnym dnem w sypialni. Nie było tam nic, prócz tego klucza. Nie miał czego tam schować. Nie miał żadnych tajemnic.

Chwiejnym krokiem wrócił do kuchni. Usiadł na krześle przed terrarium. Wpatrzył się w ropuchę. Przycupnęła na kamieniu. Udawała, że śpi.

Świetna uczta, prawda? rzucił w przestrzeń. Głos mu się łamał. Ropucha otworzyła jedno oko i świdrowała go spojrzeniem. Moglibyśmy tak jeść codziennie, kontynuował T., gdyby nie ten kredyt… Ale żeby go spłacić, musiałbym wygrać na loterii. Zaśmiał się fałszywie. A przecież to niemożliwe.

Ropucha mrugnęła jednym okiem i oblizała mokre wargi. Szczęki poniżej otworzyły się i zamknęły. Jakby płaz posłał mu krótki uśmiech.

Przepraszam. T. pokręcił głową. Piekły go oczy. Jestem pijany, mówię głupoty. Nie przejmuj się. Dobranoc.

Zgasił lampę terrarium i poszedł spać.

Następnego dnia miał wolne. Nie spiesząc się wypił kawę i zjadł śniadanie. Nie miał dzisiaj żadnych planów. Przejdzie się po mieście, może usiądzie w parku, poczyta książkę. Pewnie zrobi zakupy i ugotuje dobrą kolację. Posprząta.

To tyle.

Zebrał się i wyszedł. Było ciepło, słonecznie, choć wiało. Mocno. Nikt nie wyglądał dziś porządnie. Wszyscy mieli potargane włosy, pomięte płaszcze, załzawione od wiatru oczy. Wszyscy byli ofiarami wichury.

T. dotarł pod księgarnię, do której wszedł po zbyt krótkiej chwili wahania. Błądził pomiędzy półkami. Nie wiedział, czy wybrać klasykę, kryminał, a może powieść współczesną? Zdecydował się na ostatnie. Na książkę japońskiego pisarza. Bestseller.

Poszedł do parku. Czytało mu się trudno. Nie ze względu na wiatr. Nie mógł zebrać myśli. Przewracał strony i przebiegał wzrokiem przez słowa, ale robił to nieświadomie. W jego mózgu nie pozostawały żadne przeczytane zdania. Były tylko jego własne myśli.

Miał już zamknąć książkę, gdy wyczuł coś twardego między stronami. Coś ukrytego w następnym rozdziale. Przewrócił strony. Znalazł kupon na loterię. Zdrapkę. Poprzedni właściciel nawet nie skorzystał ze swojej szansy. Wetknął ją pomiędzy strony w nienaruszonym stanie.

T. pokręcił głową. Wyciągnął z portfela jednogroszówkę, potarł nią odpowiednią liczbę losowych pól. Spod srebrnej farby wyłoniły się nic niemówiące T. figury. Odwrócił zdrapkę. Z pomocą instrukcji obliczył, ile właśnie wygrał.

Patolog przełknął ślinę.

Schował kupon do portfela. Zamknął książkę. Poszedł przed siebie bez żadnego konkretnego celu. Po drodze znalazł punkt, z którego pochodziła jego zdrapka, ale nie wszedł do środka.

Nie miał ochoty odbierać wygranych dwustu tysięcy złotych.

Minął sklep mięsny. Zawrócił. Wszedł do środka. Poprosił o pół kilograma kurzych żołądków. Sprzedawczyni, gruba, piegowata, z krzywym nosem, posłała mu nieokreślony grymas. Podała podroby. Zapłacił. Podziękował. Próbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu tylko taki sam nieokreślony grymas, jak jej.

Wyszedł ze sklepu. Wciąż świeciło słońce. Wiatr gonił kurz po ulicy. T. stał, nie wiedząc, co robić. Zapakowane w reklamówkę podroby pociły się krwią. Ciążyły mu w dłoniach.

Ruszył do mieszkania. Wpadł do środka, zostawił kurze żołądki w lodówce, a książkę na półce. Miał zostawić też zdrapkę, ale po chwili wahania wziął ją ze sobą.

Nie zajrzał do terrarium ropuchy.

Wyszedł. Wstąpił do pierwszego punktu ze zdrapkami i zapytał, czy jego jest prawdziwa. Bo znalazł niezdrapaną, zastanawiał się, i tak dalej. Kasjerka, tępa istota o wielkich oczach, spojrzała na niego bez zrozumienia. Facet wygrał właśnie dwieście tysięcy złotych – i zastanawia się, czy zdrapka jest prawdziwa! Dasz wiarę? Kobieta cmoknęła, postukała długimi tipsami w szczęśliwy kartonik i powiedziała, że pewnie, że jak najbardziej. Czy chce pan teraz odebrać nagrodę? Nie, dziękuję. T. schował kupon do portfela. Dziś nie mam czasu.

Kasjerka wybałuszyła oczy. T. wyszedł. Na zewnątrz zadzwonił do przyjaciela, W., którego od czasu pogrzebu widział ledwie dwa razy. Tylko dwa. Za dużo wspomnień. W. był też starym przyjacielem M. Jeszcze ze studiów. T. i M. poznali się przez W.

W słuchawce odezwał się zmęczony głos W. Halo, cześć, jak tam, aha, masz dziś czas? Może nawet teraz? Wybacz, że tak nagle, ale… O, to świetnie, świetnie. Chciałbyś ze mną zjeść obiad? Ja stawiam. Co? Haha, tak, a żebyś wiedział, że wygrałem na loterii. Nie, nie kupuję tych śmieci. Znalazłem. W książce. Tak. Może opowiem ci przy obiedzie? Znasz jakiś dobry lokal? Zaraz zadzwonię, zapytam, czy mają stoliki. Napiszę ci. To za pół godziny?

Rozłączył się. Zadzwonił do poleconej francuskiej knajpki. Akurat mieli stolik. Ktoś odwołał rezerwację w ostatniej chwili.

T. napisał W., że mają stolik, i ruszył w stronę restauracji. Kluczył po drodze. Miał za dużo czasu. Musiał coś z nim zrobić.

Patolog dotarł do knajpy przed przyjacielem. Wszedł. Ledwie usiadł, do środka wpadł W.: duży, szeroki w barach mężczyzna w poluzowanym krawacie i niewyprasowanej koszuli. Zawsze w pośpiechu. Kiwnął do T., przepchnął się pomiędzy krzesłami i usiadł, lekko zdyszany. Uśmiechnął się smutno.

Zamówili. Kelner przyniósł wino. Wypili trochę rozmawiając o niczym. Co tam u ciebie, aha, w wydawnictwie wszystko dobrze? Jak K.? Rozstaliśmy się. Co? Rozstaliście się? Tak, z pół roku po pogrzebie. W. bawił się nóżką kieliszka. Nie mogła znieść, że jestem tak długo w żałobie po innej kobiecie. Haustem wypił pół lampki. Jakby to, że rozpaczam, oznaczało, że… Głos mu się załamał. Machnął ręką. Nieważne. Skoro tego nie rozumiała, nie zrozumiałaby też wielu innych rzeczy. Nawet dobrze się stało, że zerwaliśmy.

Zamilkli. Przyniesiono przystawki. Zaczęli jeść.

A jak twój pies? Starzeje się już, biedaczek. W. uniósł widelec do ust. Przeżuł. Przełknął. Jeżdżę z nim do weterynarza, niby coś pomaga, ale i tak jest coraz gorzej. Pewnie niedługo zdechnie… Jezus. W. przeczesał palcami włosy. Zapraszasz mnie na obiad, a ja mówię o samych depresyjnych rzeczach. Przepraszam. Co ze mnie za przyjaciel? Przestań, W. No ale taka prawda. Słuchaj, a może byśmy poszli do teatru? Grają adaptację „Biesów” Dostojewskiego, co ty na to? Czemu nie? Kiedy?

I tak dalej, i tak dalej. T. miał opowiedzieć W. o ropusze – ale stchórzył. Nie był w stanie. Żadna wzmianka o niej nie przechodziła mu przez gardło. Zresztą co miał powiedzieć? Posłuchaj, W., wiesz, ostatnio znalazłem ropuchę w żołądku trupa, wziąłem ją do domu i karmię żołądkami larw i myszy, a ona spełnia moje życzenia! Fantastyczne, prawda?

Nazbyt fantastyczne. Dopili wino. Zamówili jeszcze po ciastku i kawie (Nie krępuj się, W., poważnie mówię, znalazłem zdrapkę, tak, nie, nie bardzo dużo, kilkaset złotych). T. zapłacił. Po opuszczeniu restauracji przeszli się jeszcze zabytkowymi uliczkami. Rozmawiali. Nie wiedząc kiedy uciekło im dwie godziny. Zmarzli przez wiatr.

Pożegnali się i rozeszli każdy w swoją stronę.

T. wrócił do mieszkania. Zrobił sobie herbatę z whisky. Wyjął z lodówki podroby i pokroił na drobne kawałki. Z miską kurzych żołądków podszedł do terrarium. Ropucha już czekała. Patrzyła na niego spokojnie. Oblizała twarde, wilgotne wargi. Imitacja paszcz na gardle uśmiechnęła się do T.

T. otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Pokręcił głową. Czy musiał cokolwiek mówić?

Wrzucił do środka podroby. Ropucha spojrzała na nie, potem łypnęła na patologa. Podpełzła do mięsa. Zaczęła jeść. Posilała się cicho, spokojnie. Kawałki żołądków połykała w całości. Pochłonęła sto gramów mięsa – więcej, niż sama ważyła – i spojrzała na T. W jej oczach wciąż lśnił głód.

T. wrócił do kuchni. Dokroił żołądków dla ropuchy. Z miską podszedł do terrarium. Dorzucał mięso stopniowo, w miarę jak ropucha jadła i jadła. Sto pięćdziesiąt, dwieście, trzysta gramów żołądków. Skończyła. Oblizała pyszczek. T. nie miał pojęcia, jak pomieściła taką ilość mięsa w swoim małym żołądku. Jej obły kremowy brzuch nie wyglądał wcale na większy.

Przez dwa tygodnie nie działo się nic.

T. pracował, czytał książki, sprzątał i gotował. Chodził na spacery. Karmił ropuchę larwami. Raz samotnie poszedł na wystawę do Muzeum Narodowego. Gdy przemierzał wielkie puste przestrzenie obwieszone rzędem olejnych obrazów w kieszeni zabrzęczał mu telefon. Dzwonił W.

T. odebrał i powiedział, że nie może teraz rozmawiać, ale zaraz oddzwoni i… Co? Guz? Ale jak to…? Wycięli? Udało się? Jest zdrowy? No tak, wiadomo, że po operacji nie biega i skacze, ale jeśli się udała to… Tak, tak. Parę tygodni i powinno być świetnie. Tak mi się wydaje. Co powiedział weterynarz? Rozumiem. Mhm. To dobrze. Cieszę się. Tak, pewnie, chętnie wpadnę i się zobaczę. Jutro? Nie, nie mam planów. Aha. To do zobaczenia.

Rozłączył się. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w lśniący ekran telefonu. Schował go do kieszeni. Ruszył dalej. Przemierzał sale, patrzył na obrazy, ale ich nie widział. Nie mógł się skupić. Myśli krążyły mu tylko wokół idei – tej jednej żarłocznej idei, która pochłaniała, trawiła, zajmowała cały jego umysł i wypierała wszystko inne już od wielu, wielu dni.

Spotkał się z W. – ale nic nie pamiętał z tego spotkania. Tylko tyle, że było. W. był podenerwowany, lecz szczęśliwy. Świeżo zoperowany pies miał się dobrze. T. i W. o czymś długo rozmawiali. O czym – T. nie wiedział.

W pracy to samo. Kolejne ciała, przypadki, badania, cyniczne żarty R. Wszystko się zlało. Istniała tylko  t a myśl. Tylko idea, za podszeptem której T. poza zasięgiem wzroku R. wykrawywał z ciał kawałki żołądków. Chował je do plastikowego worka, a ten – do pudełka na lunch. Ochłapy mięsa brał do mieszkania. Mroził. Czekał, aż będzie go dość.

Ropucha jakby czekała na to samo. Nie wykonywała żadnych ruchów. Nie spełniała żadnych życzeń. Jadła żołądki larw czy mysich osesków i dawała się kąpać. Wyciągała się w dłoniach T. wystawiając brzuch na pieszczoty. Przymykała oczy. Oddychała ciężko. Z rozkoszą.

Dwie w pełni wyklute z fałdów skórnych paszcze otwierały się na T. z uśmiechem. Uśmiechem wiedzącym. Wyczekującym. Pod tymi uśmiechami czatował trzeci, najmniejszy uśmiech. Jeszcze żaden z jego zębów nie przebił skóry. Kostne zarodki czekały, uśpione. Ale T. wiedział, że tam były.

Zajęło mu miesiąc, zanim zebrał odpowiednią ilość ludzkich żołądków. Przez ten miesiąc żył jak w transie. Codziennie pił whisky i codziennie odwiedzał mauzoleum M. Słuchał muzyki, której słuchali razem. Przeglądał jej książki. Notatki. Wspólne zdjęcia. I płakał.

Nawet nie wiedział, że człowiek ma w sobie tyle łez.

Pamiętał ten ostatni dzień. Zwykły dzień. Rano wypili razem kawę. Zjedli śniadanie. Co dziś na obiad, zrób takie a takie zakupy, mhm, tak, tak. Spokojny, bezpieczny poranek. Wyszli razem. T. odwiózł ją do pracy. M. cmoknęła go w usta i życzyła miłego dnia.

Tyle. Koniec. Nic więcej.

Następnym razem, gdy ją zobaczył, była martwa.

T. nazbierał wystarczającą ilość żołądków. Około dwóch, może trzech kilogramów. Zaczął się zastanawiać, czy może jednak to nie za mało (co jeśli ropucha okaże się bardziej żarłoczna?), ale nie potrafił już dłużej czekać. Męczył się z niepewnością. I wciąż nawracającym smutkiem.

W piątek rano wyciągnął żołądki z zamrażarki. Zlepione, twarde jak kamień ochłapy mięsa przypominały raczej różowy lód niż ludzką tkankę. Położył je w misce. Poszedł do pracy.

Nie mógł się w niej skupić. Czekał na wieczór. R. śmiał się z niego. Co, chyba dziki piątek się szykuje? T. tylko się uśmiechnął i pokręcił głową. Nie powiedział nic.

Po drodze do mieszkania kupił whisky i kolację na wynos. Napił się, zjadł, po posiłku też wypił trochę. Założył nitrylowe rękawiczki. Pokroił ludzkie mięso. Plastikową deskę sparzył i wyrzucił. Tak jak nóż. Nie miał ochoty ponownie ich używać.

Z miską pełną żołądków podszedł do terrarium. Ropucha już czekała. Rozdziawiła pysk. W ekstazie przewracała dużym tłustym językiem. Oczy miała szeroko otwarte.

T. bez słowa zaczął ją karmić.

Ropucha zjadła wszystko. Czknęła, spuściła powieki i podkurczyła pod siebie nogi. Wyglądała teraz jak miniaturowy posążek z brudnego szmaragdu. Jej oddech zwolnił. Chyba zapadła w sen.

T. sparzył i wyrzucił też miskę. Zdjął rękawiczki. Umył ręce. Pooglądał denny film w telewizji, by zabić czas, i poszedł spać. Weekend spędził nudno, bez polotu. Kręcił się po mieście, zrobił zakupy, wyszedł też do kina na denny współczesny film. I tak nie śledził akcji. Skupiony był na czekaniu.

W poniedziałek R. nie przyszedł do pracy. Przeziębił się. T. był więc sam. Ale dziś mu to nie przeszkadzało. Było mało do zrobienia. Przyjechał tylko transport w jakiejś starej sprawie. Nowe dowody wskazywały na to, że śledczy mogli się wcześniej pomylić. Tylko mogli. Nic pewnego. Sekcja miała to potwierdzić.

T. założył rękawiczki i podszedł do worka. Otworzył go.

W środku blada, szczupła, wciąż piękna twarz M. Żadnych śladów rozkładu. Wyglądała spokojnie. Tak, jak ją zapamiętał.

Wyglądała, jakby spała.

T. stał, trzymając w dłoniach płachtę worka. Pomyłka. Nie poruszał się. Nie słyszał nigdy, by takie pomyłki miały miejsce, ale może R. po prostu nigdy o nich nie mówił. T. zacisnął pięści. Chciał coś powiedzieć, lecz język zamienił mu się w ochłap mięsa. Przełknął ślinę.

Powieki M. drgnęły. Gałki oczne zaczęły się poruszać pod cienką płachetką skóry, szybko, chaotycznie. Jakby M. intensywnie śniła. Albo walczyła, by otworzyć oczy.

Kocham cię. Słowa samowolnie wyskoczyły z gardła T. Kocham cię, M. Każdego dnia żałuję, że tego nie powiedziałem. W ostatniej chwili. Że… że… Urwał.

Na twarzy M. pojawił się ruch. Uśmiech. Delikatny i beztroski. Kobiecy. Kochany. Dokładnie taki, jak niegdyś. Jej wargi otworzyły się, poruszyły. Nie wydała jednak żadnego dźwięku. Nie musiała. T. wiedział, co chciała powiedzieć.

Nachylił się nad nią. Pocałował jej usta. Nie były ciepłe jak u żywej osoby, lecz i nie zimne jak u trupa. Były letnie. Były pomiędzy.

Przez sekundę wargi M. naciskały na jego wargi, a potem – zwiotczały. Umarły po raz drugi.

Odsunął się od niej. Przestała się ruszać. Oczy pod powiekami zastygły, mięśnie twarzy znieruchomiały. Tylko na ustach wciąż błąkał się uśmiech.

T. zamknął worek. Napisał raport, zadzwonił, gdzie trzeba. Po drugiej stronie słuchawki mężczyzna przepraszał za pomyłkę, ale nie bardziej, niż powinien. Nie wiedział.

T. rozłączył się. Wyszedł na zewnątrz. Gdyby palił, wyciągnąłby teraz papierosa. Ale kawa i alkohol, jego dotychczasowe używki, w zupełności wystarczyły. Z braku dymu zaciągnął się powietrzem. Oddychał wolno. Rozważnie.

W pobliskiej kratce ściekowej zauważył ruch. Coś gramoliło się na powierzchnię. Powoli. Niezdarnie. Łapa za łapą przeciskało gruby szarawy korpus między prętami. To była ropucha. Jego ropucha o trzech dodatkowych paszczach. Jak się wydostała z terrarium – nie wiedział. Ale była tu, nie w jego mieszkaniu, siedziała na kratce ściekowej i wlepiała w niego wzrok. Wilgotnymi palcami pogłaskała się po łbie. Otworzyła pysk. Czekała.

T. patrzył na nią. Rozważał. Bolało go serce, w ustach czuł suchość. Rozchylił wargi, chciał już się zgodzić, zawrzeć kontrakt na kolejne życzenie, ale coś, chyba wspomnienie uśmiechu M., a może coś innego, sam nie wiedział, lecz coś go powstrzymało. Pokręcił głową.

Ropucha siedziała jeszcze chwilę, wwiercając w niego to mądro-głupie, inteligentne, lecz wciąż zwierzęce spojrzenie. Poruszyła głową. Trzy paszcze na gardle wykrzywiły się w uśmiechu.

Ropucha pochyliła się, jakby w ukłonie, i z powrotem wpełzła do ścieków.

T. zadarł głowę. Szare, watowate chmury pędziły po niebie. Gdzieś w oddali usłyszał klakson, szum ulicy, urywek rozmów. Zawiał wiatr. Do nozdrzy T. dotarł zapach bzów.

Po policzkach pociekły mu łzy.

Koniec

Komentarze

Całkiem interesujący weird, choć minimalnie przegadany, środek dałoby się skrócić bez szwanku dla fabuły, bo w pewnym momencie obserwacja jedzeniowych nawyków ropuchy zaczyna nużyć. Dokłada się do tego maniera utrudniająca przyswajanie tekstu – inicjały zamiast imion, ciągły zapis dialogów. Ja nawet takie eksperymenty formalne lubię, ale w dłuższym tekście są męczące i nie sprzyjają utrzymaniu uwagi, zwłaszcza że tu fabuła jest szczątkowa i dość monotonna.

Ogólnie w moim odbiorze na plus, choć bez fajerwerków, “Rdza” była lepiej dopracowana.

Językowo przyzwoicie, też bez szaleństwa, trochę błędów się znalazło, w tym ortograficzny. Jak poprawisz, kliknę bibliotekę, ale z ortem i poważniejszymi gramatycznymi nie uchodzi…

 

Nie robiłam łapanki, ale parę rzeczy rzuciło mi się w oczy i wynotowałam:

 

“wyżynający się ząb” – ort. (powtarza się później)

 

“W pudełku ropuchy znów zastał to samo – płaza wśród poszarpanych trucheł dżdżownic. Wyczyścił prowizoryczne terrarium i umył zwierzę. Ropucha znów wydawała się szczęśliwa”

 

“Gdy ropucha skończyła pożerać pudełko dżdżownic” – znaczy po zawartości zabrała się za sam pojemnik?

 

“Choć prawie się nie poruszała ani nie wydawała żadnych dźwięków czuł jej o b e c n o ś ć. Czuł, że w końcu nie jest sam w mieszkaniu.

Nawet nie wiedział, jak bardzo mu brakowało jakiejś obecności.”

 

“Skoro sprzedaje terrarium za bezcen[+,] to chciałby się dowiedzieć[+.] jaka osoba go weźmie.” → je weźmie. Akwarium jest rodzaju nijakiego

 

“Sam upiekłem, powiedział, mrugając okiem. T. nie uwierzył. Dopóki nie spróbował.” – dlaczego smak ma być argumentem na rzecz autorstwa? Gdybym ja powiedziała, że sama upiekłam, ktoś skosztował i uznał za pyszne, byłoby to dowodem na nieprawdziwość moich słów, ponieważ moje talenty kulinarne są poniżej zera w skali 1-5.

 

“Gdy wysiadł z samochodu[+.] jego but natrafił na nierówność na asfalcie.”

 

“To tylko skrytka.” – ???

 

“pachnące bzami szaliki” – raczej: bzem

 

“sto gram” → sto gramów

http://www.rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=312:100-gramow&catid=44&Itemid=145

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tekst nie bez wad, ale intrygujący i nieoczywisty, interesowało mnie, co będzie dalej, a zakończenie – zaskoczyło (spodziewałam się jakiejś krwawej makabry :D )

Mam wrażenie, że rozwlekłość tej historii jest celowa, że podkreśla monotonię i smutne życie T. po śmierci M. A jednak wydaje mi się, że pewne skróty sprawiłyby, że opowiadanie, nie tracąc nic z założeń, czytałoby się lepiej, bo nabrałoby żwawszego tempa, stało się nieco żywsze, a przedstawione zdarzenia mogłyby się okazać bardziej zajmujące.

Przeszkadzały mi inicjały – bohaterowie byli przez to anonimowi i tak po prawdzie, niewiele dla mnie znaczyli, zwłaszcza że poskąpiłaś ich opisów. Zamiast postaci widziałam manekiny. Brakło mi też tradycyjnie zapisanych dialogów.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia – przeszkadzają różne błędy i usterki, liczne powtórzenia, a także nie zawsze poprawnie i czytelnie skonstruowane zdania.

Podobała mi się ropucha i absurdalność całej sytuacji. ;)

 

tkan­ki tłusz­czo­wej coś o tym mó­wi­ły), a tu coś ta­kie­go. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Pod ko­niec dnia T. wy­kradł ro­pu­chę z far­tu­cha… –> Dlaczego wykradł, a nie zwyczajnie zabrał?

 

T. zła­pał za smart­fon i wy­szu­kał w sieci, co to zna­czy. –> T. zła­pał smart­fon i wy­szu­kał w sieci, co to zna­czy.

 

T. znów za­się­gnął po­ra­dy In­ter­ne­tu. –> Wcześniej pisałaś internet małą literą. Obie formy są poprawne, ale wolałabym, aby zapis był ujednolicony.

 

spoj­rzał na płaza. Cie­ka­we, czy i jego ro­pu­cha po­że­ra­ła pi­sklę­ta.

T. spoj­rzał na ze­ga­rek. –> Powtórzenie.

 

Wrę­czył w ręce T. pla­sti­ko­we pu­deł­ko… –> Brzmi to fatalnie. Można coś wręczyć komuś, ale nie można tego czegoś wręczyć w coś.

Wystarczy: Wrę­czył T. pla­sti­ko­we pu­deł­ko

 

Dziś wszyst­ko szło gład­ko. Żad­nych nie­spo­dzia­nek, żad­nych dziw­nych przy­pad­ków, tylko ru­ty­no­wa, me­cha­nicz­na praca o któ­rej dziś zresz­tą ma­rzył. Nie miał siły na żadne cie­ka­we przy­pad­ki. –> Powtórzenia.

 

Potem za­ku­py. W mar­ke­cie było wy­jąt­ko­wo cicho i pusto. Dziw­ne o tej porze. Ale T. nie na­rze­kał. Nie­na­wi­dził robić za­ku­pów. Szcze­gól­nie w tłu­mie i ha­ła­sie. Wró­cił do miesz­ka­nia. Od­sta­wił za­ku­py. –> Powtórzenia.

 

Brak jed­ne­go lub dwoje oczu. –> Brak jed­ne­go lub dwojga oczu.

 

Też nie świe­ci­ło słoń­ce… –> Słońce też nie świe­ci­ło

 

Gdy ro­pu­cha skoń­czy­ła po­że­rać pu­deł­ko dżdżow­nic… –> Czy dobrze rozumiem, że ropucha, zjadłszy dżdżownice, pożarła pudełko, w którym zostały kupione?

Pewnie miało być: Gdy ro­pu­cha skoń­czy­ła po­że­rać dżdżownice z pu­deł­ka

 

Może wkrót­ce kupi jej jedno. Wtedy bę­dzie mógł ku­po­wać jej świersz­cze. –> Powtórzenia.

 

bar­dzo mu bra­ko­wa­ło ja­kiejś obec­no­ści. –> …bar­dzo mu bra­ko­wa­ło czyjejś obec­no­ści.

 

Dan­dys za­chwy­cał się nad nie­zwy­kłym wy­bo­rem zwie­rzę­cia… –> Dan­dys za­chwy­cał się nie­zwy­kłym wy­bo­rem zwie­rzę­cia

Można zachwycać się czymś, ale nie nad czymś.

 

Odło­żył fi­li­żan­kę na ręcz­nie ma­lo­wa­ny spodek. –> Odstawił fi­li­żan­kę na ręcz­nie ma­lo­wa­ny spodek.

 

Wie­czo­rem za­ku­pił ucztę, i dla sie­bie, i dla ro­pu­chy. –> Uczty się nie kupuje.

Proponuję: Wie­czo­rem zrobił za­ku­py i wydał/ przygotował/ wyprawił ucztę, i dla sie­bie, i dla ro­pu­chy.

 

za­mknię­te­go, nigdy nie uży­wa­ne­go po­ko­ju… –> …za­mknię­te­go, nigdy nieuży­wa­ne­go po­ko­ju

 

W mau­zo­leum usiadł na pod­ło­dze z whi­sky. –> Pierwszy raz czytam o podłodze z whisky!

A może miało być: W mau­zo­leum, trzymając whisky, usiadł na pod­ło­dze.

 

Nie wie­dział, czy wy­brać kla­sy­kę, kry­mi­nał, a może po­wieść współ­cze­sną? Zde­cy­do­wał się na ostat­nie. Wy­brał książ­kę… –> Powtórzenie.

 

Nie miał ocho­ty wy­bie­rać wy­gra­nych dwu­stu ty­się­cy zło­tych. –> Nie miał ocho­ty odbierać wy­gra­nych dwu­stu ty­się­cy zło­tych.

 

ale wy­szedł mu tylko ten sam nie­okre­ślo­ny gry­mas, jak jej. –> …ale wy­szedł mu tylko taki sam nie­okre­ślo­ny gry­mas, jak jej.

 

Czy chce pan teraz wy­brać na­gro­dę? –> Czy chce pan teraz odebrać na­gro­dę?

 

Wy­szli. Prze­szli się jesz­cze… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Sto pięć­dzie­siąt, dwie­ście, trzy­sta gram żo­łąd­ków. –> Sto pięć­dzie­siąt, dwie­ście, trzy­sta gramów żo­łąd­ków.

 

Gdy prze­mie­rzał wiel­kie puste prze­strze­nie ob­ra­mo­wa­ne rzę­dem olej­nych ob­ra­zów… –> Obawiam się, że rzędem nie można niczego obramować.

 

uśmie­chem. Uśmie­chem wie­dzą­cym. Wy­cze­ku­ją­cym. Pod tymi uśmie­cha­mi cza­to­wał trze­ci, naj­mniej­szy uśmiech. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Za­ję­ło mu mie­siąc, zanim ze­brał od­po­wied­nią ilość ludz­kich żo­łąd­ków. Przez ten mie­siąc żył jak w tran­sie. Co­dzien­nie pił whi­sky i co­dzien­nie od­wie­dzał mau­zo­leum M. Słu­chał mu­zy­ki, któ­rej słu­cha­li razem. –> Jak wyżej.

 

Po­szedł do pracy. W pracy nie mógł się sku­pić. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Ubrał ni­try­lo­we rę­ka­wicz­ki. –> W co ubrał rękawiczki???

Rękawiczki, także ochronne, tak jak każdą odzież, można włożyć, założyć, ubrać się w nie, przywdziać je, nawet się w nie wystroić, ale nigdy, przenigdy, rękawiczek się nie ubiera, albowiem grozi za to sroga kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kącie, z twarzą zwróconą ku ścianie i z podniesionymi rękami!

 

Po­oglą­dał nudny film w te­le­wi­zji, by zabić czas, i po­szedł spać. Week­end spę­dził nudno, bez po­lo­tu. –> Powtórzenie.

 

T. ubrał rę­ka­wicz­ki i pod­szedł do worka. –> T. włożył rę­ka­wicz­ki i pod­szedł do worka.

Za jeszcze jedno ubieranie rękawiczek grożą kolejne trzy godziny klęczenia na grochu!

 

Wy­glą­da­ła spo­koj­nie. Tak, jak ją za­pa­mię­tał. Wy­glą­da­ła, jakby spała. –> Powtórzenie.

 

Oczy pod po­wie­ka­mi za­sty­gły, mię­śnie twa­rzy opa­dły. –> Jak opadają mięśnie?

A może: Oczy pod po­wie­ka­mi za­sty­gły, mię­śnie twa­rzy znieruchomiały.

 

T. pa­trzy­ła na nią. Roz­wa­żał. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesująca historia. Zaczynasz od mocnej sceny (sekcja) i przez całe opowiadanie konsekwentnie utrzymujesz ten sam klimat. Bohater jest wiarygodny, postrzega świat w sposób odpowiadający jego profesji. Ropucha w roli złotej rybki to oryginalny pomysł. Natomiast nie podobał mi się zupełnie zapis dialogów, lepiej wyglądałyby w tradycyjnej postaci. Wkrada ci się mowa zależna, przez co rozmowa wydaje się raportem innej osoby. Dla mnie niejasny jest wątek kolegi W. i uzdrowienia jego psa. Skąd ropucha wiedziała, że bohater miał akurat takie życzenie? Nie dowiedziałam się, dlaczego denat miał taki dziwny żołądek, czekałam, aż wyjaśni się to w zakończeniu. Jest też trochę powtórzeń w tekście.

Dziękuję za komentarze.

 

Dziękuję też za poprawki. Poprawione, prócz paru powtórzeń, które faktycznie były celowe.

(Uff, ocalona od klęczenia na grochu ).

 

Inicjały były eksperymentem, widzę, że nietrafionym, zapamiętam na przyszłość. Jeśli chodzi o zapis dialogów to osobiście lubię go stosować, ale widzę, że nie przypadł do gustu. Rzecz też warta zmiany.

 

Tekst jest starszy niż “Rdza”, ale wydawał mi się wart wrzucenia. Rozumiem, że jest gorszy niż “Rdza”, ale mimo wszystko nawet się podoba, z czego się cieszę.

 

@ANDO: Jeśli chodzi o wątek kolegi W. i uzdrowienia jego psa, a także skąd ropucha wiedziała, że bohater miał akurat takie życzenie, to przez cały tekst ropucha skądś wiedziała, że T. ma takie życzenie, a nie inne. Więc jak postanowił to przetestować, sprawdzić, że nie jest to tylko seria zwykłych przypadków, nie musiał jej nic mówić. Wystarczy, że chciał.

Rozumiem, że jest gorszy niż “Rdza”

E, ja wiem? Mnie się w sumie chyba bardziej podobał jako opowieść, jako fantastyka, jako fajna gra ze znanym motywem. Tak po paru dniach od pierwszej lektury widzę, że siedzi we mnie bardziej niż “Rdza”, mimo że podtrzymuję uwagi z pierwszego komentarza.

Powiedziałabym, że “Rdza” jest efektowniejsza, bo jeszcze dziwaczniejsza, emocjonalnie bardzo taka chwytająca za serce. I jest lepiej dopracowana w sensie, że tu można by trochę skrócić z korzyścią dla przekazu. No i jak nie jestem fetyszystką fabuł i lubię weirdy, tak ropucha z klarowną fabułą przemawia do mnie bardzo dobrze.

Nie miałam wątpliwości, że to biblioteczny tekst, czekałam tylko na poprawę oczywistych błędów. I powtórzę: lubię taki zapis dialogów, a jeszcze bardziej myśli, choć nie do wszystkiego pasuje (zwłaszcza w przypadku dialogów)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zgadzam się z przedpiśczyniami – to interesujący tekst. I tak, pełne imiona zamiast inicjałów zrobiłby mu jeszcze lepiej.

Odleciany pomysł, spodobał mi się. Skrzyżowanie złotej rybki i całowania zaklętego księcia?

Po przeglądnięciu kilku artykułów w internecie dotyczącym ropuch

Hmmm, z tego wynika, że jest specjalny internet dotyczący ropuch. ;-)

Babska logika rządzi!

Może ten wierd nie bardzo mi podszedł, ale ja generalnie nie jestem jakimś fanem gatunku. Jednak pojedyncze pomysły to tu, to tam mi się spodobały. Używanie inicjałów miało ciekawy posmak, podobnie ogólny pomysł na ropuchę. Zgadzam się z Drakainą, że środek z lekka przegadany, a ciągły zapis dialogów bardziej utrudniał niż ciekawił.

Tak więc jest tu koncert fajerwerków z pewnymi pomysłami, ale nie do końca dla mnie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka