- Opowiadanie: chroscisko - Homo sapiens planifacialis

Homo sapiens planifacialis

Akcja opowiadania toczy się na obszarze Europy w czasie późnego plejstocenu (początek górnego paleolitu). Panuje epoka lodowcowa. Z południa nadchodzą ludzie znani jako Kromaniończycy (przodkowie człowieka współczesnego) i wypierają na północ żyjących tu od kilkuset tysięcy lat Neandertalczyków, których dni wydają się policzone.

W kilku miejscach opowiadanie zawiera elementy erotyczne, które w świetle współczesnej estetyki mogą się wydać gorszące.

 

Za betę dziękuje bardzo dwóm paniom, na które zawsze mogę liczyć:

Wiktorii Orłowski oraz Bellatrix.

 

Dla Jury:

08.03.2019 r. naniosłem pewne zmiany w tekście (modyfikacja kilku akapitów).

Dodałem Sehowi drobną ułomność. Dałem mu też kilka lat więcej na pracę pomiędzy kolejnymi wynalazkami, nieco sceptycyzmu ze strony starszyzny oraz ciut bardziej wyboistą ścieżkę życiową.

 

30.04.2019 r. opowiadanie jest w trakcie pokonkursowej polerki, stąd też czasowo może przekraczać limit.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Homo sapiens planifacialis

Kobieta wpatrywała się w woskową figurę człekokształtnej małpy. O tej porze Muzeum Historii Naturalnej zwykle było już puste, nie mogła jednak go zamknąć przed końcem dyżuru, tym bardziej że profesor wciąż jeszcze szkicował eksponaty w sąsiednim dziale.

– Zwierzę czy człowiek? – zabrzmiał znajomy głos za jej plecami.

– Panie profesorze – odpowiedziała. – W sensie biologicznym jedno drugiego nie wyklucza.

– Pytam w sensie etycznym, o stopień człowieczeństwa. – Mężczyzna spojrzał na nią, lekko unosząc jasne brwi. Peszyło ją, gdy tak patrzył. Intensywne, ze skrytą fascynacją, jak antropolog, który odnalazł izolowane plemię na jednej z wysp Oceanu Wschodniego.

– Zwierzę.

Przeszli kawałek dalej. Kolejna figura przedstawiała naczelnego o sylwetce wyprostowanej, niemal czarnej karnacji, masywnych szczękach i wciąż nieco małpiej twarzy. W jego dłoni tkwiło kamienne narzędzie.

– A tu? – zapytał profesor.

– Nie wiem. To zależy co myślał i czuł. Mógł być troskliwym ojcem rodziny, bądź żyć w watasze jak wilk.

Starszy mężczyzna nie skomentował odpowiedzi. Kolejna figura, opisana jako Homo planifacialis, przedstawiała wysokiego humanoida o płaskiej twarzy, wysokim czole i długich szczupłych kończynach.

– Człowiek czy zwierzę? – ponowił pytanie. Gdy zdał sobie sprawę z jego niestosowności, chciał ugryźć się w język, lecz nie zdążył.

– Człowiek – odpowiedziała szybko kobieta, po czym wbiła wzrok w podłogę. Kosmyk ciemnych kręconych włosów opadł jej na twarz, skrywając rumieniec.

Mężczyzna ruszył dalej, by co rychlej zmienić temat. Na jego nieszczęście kolejna ekspozycja przedstawiała wzorcowego przedstawiciela gatunku Homo sapiens dominatus, humanoida o sylwetce i rysach twarzy profesora. Wyraz uznania ze strony rady naukowej, który wydawał się teraz uosobieniem megalomanii.

– Człowiek czy zwierzę? – zapytała kobieta.

 

***

 

Leżała na wilgotnej ziemi nieruchomo, jakby spała. Seh spoglądał na jej oblicze, na wyraźnie zarysowane łuki brwi, wysuniętą brodę, jasne, pozlepiane w grube strąki włosy oraz oczy. Niebieskie, blade, zamglone. Martwe. Poniżej twarzy, na piersi, gdzie próżno było szukać oznak oddechu, wykwitała krwawa rana, poszarpana niczym krzemienne ostrze, które ją zadało. Niezakrzepła posoka o barwie soku z czerwonych borówek, tych kwaśnych, teraz jakby pociemniała.

– Seh! – krzyknęła Vada. Kobieta o niemal identycznych rysach jak te, na które patrzył, chwyciła go za rękę i pociągnęła za sobą.

– Beg! – dodała.

Chłopiec przestał się opierać.

Uciekali przez cały dzień. Byle dalej od wysokich płaskolicych wojowników. Byle na północ, ku wiecznym śniegom, jedynemu miejscu, gdzie tamci nie śmieli się jeszcze zapuszczać.

Klan Seha skurczył się w ostatnich latach znacznie. Zwierzyny z roku na rok ubywało, za to płaskolicych łowców pojawiało się coraz więcej. Wzajemne kontakty kończyły się zawsze tak samo, krwawo i gwałtownie. Po nich następowały dni poniewierki, głodu i poszukiwania nowego miejsca do życia. Aż do następnego spotkania.

Seh przywykł już do tego.

Przemierzali morza wrzosowisk i jagodzin. Wędrowali pośród chmar komarów pojawiających się natychmiast, gdy tylko wiatr cichł. Drzewa rosły tu rzadko, a jeśli już, to małe o giętkich gałązkach.

Znaleźli w końcu rozległą dolinę, gdzie wił się płytki, szeroki strumień. Na tle surowych górskich szczytów zieleniła się niczym mech w szczelinach skał. Jej zbocza porastały brzozowe zagajniki, wśród których wydeptane były wąskie ścieżynki, upstrzone gdzieniegdzie śladami kopyt.

Vada jakby przestała się dąsać i krzywić, a gdy znalazła niewielką grotę, uderzyła grubym kijem w ziemię i rzekła:

– Hasa!

Nikt nie zaprotestował. Nawet Ygn przytaknął i wbił swój oszczep w ziemię.

 

***

 

O świcie większość klanu podążyła za Ygnem, przysadzistym, krzepkim, bez ucha. Seh spoglądał na brązowe płaty skór opatulające ich ciała, kamienne groty włóczni oraz smutne, wyzute z nadziei oblicza. Szli wolno, jedno za drugim: kilku dorosłych mężczyzn, kilka kobiet, kilku rówieśników Seha, na których ten patrzył z zawiścią.

Gdy już ucichł chrzęst ludzkich stóp i nastała cisza, przerywana jedynie przez trzask płonącego drewna, chłopiec zatopił wzrok w tańczących ognikach, których teraz szczerze nienawidził. Obowiązku, który stał się przekleństwem.

Z całego klanu w dolinie została tylko Vada, Deż wciąż liżący rany zadane przez płaskolicych, dwie ciężarne kobiety i gromadka dzieci zbyt małych, by nadążyć za dorosłymi.

Seh, dając ujście frustracji, wzniecił ogień wysoki ponad miarę. Siedział nadąsany i kreślił na ziemi zawijasy. Ostry koniec patyka wżynał się w jasną, niemal białą jak mleko glinę wciąż wilgotną po deszczu. Fikuśne linie przybrały postać ludzkiego oblicza o długich włosach. Młodzieniec wpatrywał się w nie długo, usiłując wypatrzeć znajome rysy. Nie zdołał. Vada przywołała go do siebie, a chwilę później wysoki stos płonących gałęzi zasypał jego dzieło.

Matrona wzywała go często. Czasem pokazywała mu zioło lub kłos trawy, które miał odnaleźć. Innym razem, tak jak teraz, przychodziło mu rozcierać na proch grudki czerwonej ziemi. Seh słuchał Vady i czynił, co przykazała. Nawet jak czegoś nie lubił, to wystarczało jedno jej spojrzenie, a serce mu miękło.

Nazajutrz powrócił do codziennych obowiązków. Zgromadził więcej chrustu, przywlókł kilka grubych konarów o białej korze, rozdmuchał przygaszony żar. Wtedy je dostrzegł. Oczy długowłosej kobiety spoglądały na niego. Niedbale pociągnięte kreski zastygły i sczerniały, a miękkie błoto zmieniło się w twardą skorupę.

Patrzył urzeczony. Przesunął ledwie co wzniecone ognisko dalej i rozgrzebał szary, wciąż jeszcze ciepły popiół, odsłaniając utrwalone oblicze. Opuszki palców dotykały chropowatej faktury, a bez względu na to, jak mocno ją naciskał, ta pozostawała niewzruszona.

Jeszcze tego samego dnia pobiegł nad strumień, w miejsce, gdzie woda przybierała mleczną, mętną barwę, i wydobył z dna bryłę białej gliny. Ulepił z niej różnych rozmiarów kule, wałki, placki, a na koniec, gdy nabrał więcej wprawy, niewielką figurkę kobiety o długich włosach, szerokich biodrach i dużych, opadających na brzuch piersiach. Później włożył wszystko do ognia.

 

***

 

Ygn kroczył na przedzie, potrząsając kamiennym toporem, i wydawał buńczuczne odgłosy. Pozostali szli za nim objuczeni kawałkami mięsa i włochatej skóry nosorożca. Ścierwo zdążyło się gdzieniegdzie zazielenić, ale nikt na to nie utyskiwał. Ogień czynił cuda.

Wódz podszedł do paleniska, rozgrzebał żarzące się węgliki i ułożył przy nich wycinek półtuszy. Klan zebrał się wokół i spoglądał w ciszy, jak Ygn pieczołowicie układa na kamieniach kolejne kawałki. Następnie przyszedł czas na opowieść. Wielki wojownik to naśladował nosorożca, to biegał z dzidą, to czaił się lub wypatrywał, bądź ciskał głazami. Na koniec ugodził włochatą skórę i wymówił imię tego, który zadał ostateczny cios.

– Mede!

Szerokonosy mężczyzna ze świeżą raną na nodze powstał i uniósł oszczep nad głowę, a zgromadzeni zawtórowali głośnym haukaniem. Ygn wręczył mu największy kawał pieczystego, a kolejna fala euforii przetoczyła się przez dolinę. Mede zatopił zęby w półkrwistym mięsiwie.

Przywódca się rozejrzał, szukając krzemiennego pięściaka, by dokończyć podziału, lecz zamiast tego znalazł niedbale porozrzucane gliniane kule. Podniósł jedną, zważył w dłoni i niefrasobliwie obrócił w palcach. Chwilę później zalśniły mu oczy. Wielkolud sięgnął ku figurce kobiety, a kościany, ozdobiony piórami wisior zakołysał się na jego szyi.

– Mama! – wrzasnął Seh i zakrył dłońmi swój skarb. – Me – dodał ciszej, kuląc się przed wzrokiem wodza.

Masywna ręka odepchnęła chłopca i sięgnęła po posążek.

– Mama – powtórzył Ygn z mieszaniną zachwytu i lęku. Wzniósł figurkę ku górze i ukazał ją całej gromadzie.

– Me mama – burknął do Seha i schował totem.

Wróciwszy, spojrzał raz jeszcze na gliniane kule i na młodzika, po czym wykroił mu kawał mięsa.

– Daba mama – mruknął.

Seh podniósł się nieśmiało. Drobna dłoń chwyciła ociekający tłuszczem ogon nosorożca, a reszta klanu znów odpowiedziała haukaniem.

 

***

 

Następnego dnia Seh nie musiał już chodzić po chrust. Chmara dzieciaków dopadła go od rana i robiła za niego wszystko, byle tylko nauczyć się, jak robić gliniane cuda. Woda w rzece przybrała mleczny kolor, gdy małe rączki wydobywały z dna jasnoszarą maź.

Wieczorem dziesiątki niezdarnie ulepionych figurek schło na brzegu. Myśli Seha podążały jednak już w innym kierunku. 

– Seh! – Z zamyślenia wyrwał go głos Mehy. – Vada, yt! – Młoda dziewczyna wskazała na grotę matrony.

Na posłaniu ze skór leżał Mede. Zwijał się z bólu. Napuchnięte udo przybrało brązowy odcień, a wokół rany wykwitały pęcherze z ropą. Vada klęczała przy chorym i wysysała wydzielinę z rany. Śmierdziało zgnilizną. Zamroczony łowca nawet nie zauważył Seha, gdy ten stanął przy wejściu do groty. Matrona splunęła paskudną cieczą, wstała i podała chłopakowi dwie podeschłe łodyżki. Jedną o drobnych listkach i żółtawych kwiatach, a drugą ciernistą z rudymi kulkami owoców.

– Najd! – rozkazała. Wskazała na wzgórza po drugiej stronie rzeki, gdzie rozciągały się łany brunatnych traw.

Seh przemierzał je w pośpiechu, skakał ponad kępami turzyc, omijał pachnące wrzosowiska, przeszukiwał okraszone bielą debikowe łęgi oraz żółciejące wierzbowe krzewinki. Wśród wielobarwnej pstrokacizny i bzyku pszczół nie znalazł ani bujnych kęp złotego korzenia, ani kolczastych gałązek o rdzawych gronach.

Vada nawet się nie rozgniewała, gdy wrócił z pustymi rękami. Oczy Medego skrywała już mroczna zasłona, a rana czerniła się złowróżbnie na krawędziach, ciemniejąc niemal w oczach. Choroba postępowała zbyt szybko.

Kilka dni później chłopak udał się ku torfowiskom, by z bagnistych moczarów wydobyć czerwonawą ochrę, którą matrona pokryła ciało łowcy, nim złożyli je w ziemi.

Seh przyglądał się ceremonii pochówku, a z jego oczu spozierała wina, rozgoryczenie, a także nuta zawiści. Nie odnalazł lekarstwa, nie zdołał zapobiec śmierci, jednak nie to go bolało najbardziej. Bolały go kwiaty, którymi wystrojono grób. Bolał żałobny taniec i zawodzenie Ygna. Ozdoby z muszli, które zawieszono zmarłemu na szyi, a nawet pojedyncze jajko i garść orzechów ofiarowane mu na ostatnią drogę. Bolało Seha wszystko to, czego nie dostali jego rodzice, porzuceni obojętnie na pastwę płaskolicych.

 

***

 

Mięsa nosorożca nie starczyło na długo, ryby w strumieniu były chude i drobne, a śladów jelenich kopyt jakby ubyło. Ygn zdecydował, że czas znów wyruszyć na łowy. Tym razem Seh nie spoglądał za odchodzącymi z zazdrością, a wręcz nie mógł się doczekać, kiedy w końcu pójdą. Pragnął mieć cały ogień znów tylko dla siebie.

Nie został jednak sam. Oprócz Vady, która nigdy nie opuszczała swej groty, została z nim również Meha – chuda dziewczyna o jasnych włosach i głęboko osadzonych oczach, wciąż zapłakanych po czuwaniu przy grobie ojca. Od śmierci Mede chodziła za Sehem krok w krok. Zbierała chrust razem z nim, pilnowała ognia razem z nim, a gdy lepił z gliny przedziwne formy, wpatrywała się weń uważnie, śledząc każdy ruch.

Seha złościła jej obecność. Czasem na nią warknął, niekiedy burknął nieprzychylnie, bywało, że odwracał się od niej ostentacyjnie. Meha jednak trwała przy nim niezrażona.

Świtało. Niebo zabarwiło się różem, takim, co pojawia się tylko w zimne dni. Chłopak pobiegł do przygasającego ogniska i zaczął z pasją wygrzebywać wypalone nocą garnce. Skorupy stwardniały i poczerniały, zachowując przy tym pierwotny kształt. Jednak gdy przyjrzał się bliżej, dostrzegł na ściankach rysy i pęknięcia. Radość zniknęła.

Meha, wyczuwając jego smutek, czuwała przy nim w milczeniu. Pilnowała ognia, by nie przygasł, kiedy zaś słońce wzniosło się wysoko na nieboskłon, a Seh wciąż patrzył przed siebie tępo, przyniosła znad rzeki świeżej gliny i położyła przed nim. Wtedy to po raz pierwszy chłopak spojrzał na nią życzliwie.

Kolejne próby nie wypadły lepiej. Naczynia strzelały albo w ogniu, albo podczas stygnięcia, te zaś, które przetrwały wypał, kruszyły się lub miękły po zalaniu wodą. Seh z każdą porażką coraz bardziej zamykał się w sobie, lecz gdy następnego dnia Meha stawiała przed nim jasnoszarą bryłę, nie potrafił się oprzeć. Próbował wszelkich sposobów. Wynajdywał najtłustsze kawałki gliny lub odchudzał je piaskiem. Suszył naczynia przed wypałem, to wkładał do ognia mokre. Budował wokół naczyń płonące drewniane kominy lub zakopywał je w ziemi, przykrywając żarem. Po wielu dniach poznał dwie prawdy. Glina, nim się ją włoży do ognia, musi być sucha niczym spieczona letnim słońcem trawa. Im grubsze ścianki naczynia, tym więcej potrzeba ciepła.

Wtedy właśnie, gdy był już blisko celu, powrócił Ygn z resztą klanu. Świętowania tym razem nie było, ani mięsa, tylko smutek i strach.

– Platy – rzekł wódz do Vady, nadzwyczaj cicho. – My yt – dodał, wskazując na majaczące w oddali szczyty gór.

Matrona przytaknęła i zaczęła pakować swój mizerny dobytek. Jeszcze tego samego dnia opuścili przyjazną dolinę. Wszyscy. Na polance przed grotą zostały jedynie niedopalone kawałki drewna, kopiec kamieni przykrywający grób Mede, oraz sterta glinianych skorup. To właśnie owe skorupy najbardziej zaciekawiły płaskolicych, gdy zjawili się tam nazajutrz.

 

***

 

Znów nastała poniewierka. Ygn skierował ich ku zachodzącemu słońcu. Nie odważył się pójść dalej na północ o tej porze roku. Marsz w chłodzie, w jesiennym dżdżu, ciągnął się w nieskończoność.

Wódz przystanął i zmarszczył brwi. Kucnął i wpatrywał się w tropy odciśnięte w miękkim błocie. Skóra na jego czole przypominała obłe segmenty dorodnej gąsienicy. Seh wstrzymał oddech i nawet w brzuchu przestało mu burczeć, pozostało tylko tępe ssanie w żołądku. I lęk. Ygn wstał i ruszył dalej, lecz niepokój z jego oblicza nie zniknął. Młodzieniec zerknął dyskretnie na ślady, które tak zafrasowały wodza. Odetchnął z ulgą. To nie ludzka stopa. To tylko wielki kot. 

Niekończące się dni w drodze. Nawet w brzuchu przestało go ssać. Seh kolejny raz obrócił się za siebie. Gdzieś z oddali spoglądały skryte pod wysokim czołem ciemne oczy. Albo sęki uschniętego pnia drzewa. Koszmary uśpione sielanką zielonej doliny przypomniały znowu o sobie.

Nim nastała zima, znaleźli nowe miejsce. Niewielki jar pośród bezkresnej, pokrytej śniegiem tundry. Kilka rozrzuconych głazów, kilka suchych krzewów, które jako jedyne nadawały się na opał, mizerna strużka płynącej wody i przenikliwy wiatr zaciągający od strony wzburzonego morza. Mimo to Ygn zdecydował tu zostać, a Vada nie oponowała. Ślady wielkiego stada reniferów dawały nadzieję, że uda się dotrwać do wiosny.

W nocy dęło jeszcze mocniej niż w dzień. Przytulili swoje szałasy do głazów od zawietrznej strony i nakryli skórami, a mimo to ziąb był tak przenikliwy, że całe rodziny spały razem na kupie, dzieląc się swym ciepłem. Seh spał sam, tuż przy wyjątkowo małym ognisku. Ukrył płomień między głazami, by trudno go było dostrzec z daleka.

Obudził się z głową zagrzebaną w strąkach jasnych włosów. Jego dłoń spoczywała na ciepłej, miękkiej skórze. Przez chwilę znów poczuł się małym chłopcem, lecz chwila trwała krótko. Choć włosy pachniały podobnie, to gorące ciało było drobniejszej budowy, niż to, za którym tęsknił. Mimo rozczarowania chłód poranka nie pozwolił mu odtrącić Mehy.

Zamarznięte mięso reniferów długo zachowywało świeżość. Ygn i pozostali łowcy śledzili stado całymi dniami, gromadząc wypatroszone półtusze oraz sterty skór. Serca i wątroby zjadali od razu, na gorąco. Ścięgien i jelit używali do osadzania kamiennych grotów na drzewcach włóczni. Przydawały się też rogi i kości, a to, co zostało, przebierała jeszcze Vada w poszukiwaniu składników do tajemnych mikstur.

Seh nudził się tu przeogromnie. Jałowa, kamienista ziemia nie miała w sobie nic, co mogłoby go zainteresować, a dalekie wyprawy po chrust stawały się coraz bardziej męczące. Kiedy renifery odeszły, znów nastały dni tułaczki. Znów zdążali na zachód w poszukiwaniu leśnego zakątka, gdzie mogliby doczekać wiosny. Mięsne półtusze ciągnione na drewnianych płozach dawały ułudę bezpieczeństwa. Drapieżniki miały jednak dobry węch.

 

***

 

Kolejny dom odnaleźli w gęstym lesie. Mężczyźni w zmarzniętej ziemi wykopali dół i złożyli doń zapasy. Nie chodzili już polować, a strzegli mięsa, odganiając watahy głodnych wilków oraz hien jaskiniowych.

Nowe miejsce przypadło Sehowi do gustu. Drewna było tu mnóstwo, a z pomocą Deża zbudował swoją pierwszą półziemiankę pokrytą skórami reniferów. Meha wciąż trwała przy nim. Pomagała mu przy każdej okazji, iskała jego włosy, a nocami kładła się przy nim na tyle blisko, by mogli dzielić się swym ciepłem.

Seh dmuchnął co sił w dymiący kopiec. Ciekawiło go, czy można schować ogień pod ziemię, tak, by wciąż się palił. Nocą śnił czasem o zwabionych jasną łuną płaskolicych, mordujących cały klan. Budził się wówczas i rozgrzebywał palenisko, zostawiając jedynie żar. Po jednym z takich koszmarów zrodził mu się w głowie pomysł.

Wykopał dół, ułożył w nim kopiec z sosnowych drzazg i brzozowej kory, i przykrył stosem gałęzi. Na koniec zakrył wszystko darnią oraz mchem, zostawiając kilka szczelin, przez które teraz wdmuchiwał powietrze, by podtrzymać tlący się we wnętrzu żar.

Następnego dnia nieświadoma niczego Meha wstała jak co dzień, a każdy, kto ją ujrzał, wybuchał śmiechem. Nawet Vezda i Teca przestały iskać Ygna i przyłączyły się do zbiorowej radości. Dziewczyna rozejrzała się podejrzliwie. Spojrzała krytycznie na swe ręce i nogi, lecz nic nadzwyczajnego nie dostrzegła. Na jej obliczu rysowało się zakłopotanie, a śmiech współplemieńców nie ustawał. Nawet sam Ygn pozwolił sobie na kpiące parsknięcie, uderzając pięścią w kolano.

Zaciekawiona Vada podeszła do Mehy, dotknęła jej twarzy i zaczęła ją obwąchiwać. Lepka, brązowa, pokrywająca skórę dziewczyny maź pachniała żywicą i dymem. Matrona oblizała palec i wypluła klejące się paskudztwo. Jej poważna mina sprawiła, że śmiechy ustały. Dojrzała Seha, skrywającego się za dymnym wzgórkiem. Jego dłonie pokrywało to samo lepkie czernidło, na twarzy zaś wypisaną miał winę.

Vada zainteresowała się kopcem kilka dni później. Mniej więcej wtedy, kiedy brązowy odcień zniknął z oblicza Mehy, a wraz z nim czerwone wypryski pokrywające twarz dojrzewającej dziewczyny. Jeszcze tego samego dnia wiele kobiet zjawiło się u Seha, przynosząc rozmaite drobnostki w zamian za kapkę cudownej czerni, którą smarowały liszaje, brodawki, blizny oraz wszystko to, co uchybiało ich urodzie. Meha, wciąż nieco obrażona podstępnym żartem, nie odzywała się do niego. Jednak gdy nikt nie patrzył, dotykała w skrytości swej gładkiej skóry, a na jej obliczu rozkwitał uśmiech.

Seh wzniósł kolejny kopiec, tym razem większy. Czarny dziegieć skapujący u podnóża okazał się przydatny również przy klejeniu grotów. Ponadto sprawiał, że pokryte nim skóry nie nasiąkały wodą. Ygn, przespawszy deszczową noc pod szczelnym dachem, po raz kolejny wyróżnił Seha, ofiarowując mu największy kawał reniferowego mięsa z topniejących zapasów.

Mężniejący z dnia na dzień chłopiec z czasem odkrył, że skryciu ognia pod ziemią towarzyszy więcej tajemnych czarów. Drewniane polana zamieniają się w brązowe węgle, które palą się dłużej i dają więcej ciepła. Nie musiał już zrywać się w nocy, gdy tylko płomień przygasał. Spał dłużej i bez obaw.

 

***

 

Ygn głośno warknął i chwycił oszczep. Pozostali mężczyźni uczynili to samo. Stali nieruchomo niczym kamienne głazy, wpatrując się w gęstwinę. Wódz pociągnął nosem dwukrotnie, próbując rozpoznać nikły ślad obcego zapachu. Po długiej chwili ciszy gałęzie ponownie zaszeleściły, a w zasięgu wzroku pojawiła się grupka ludzi. Przybysze zatrzymali się w pół drogi i spoglądali na Ygna z równą nieufnością jak on na nich.

Żołądek Seha momentalnie podszedł do gardła. Nie udało się umknąć. Odnaleźli ich. Koszmarne wspomnienia przemykały przez jego głowę w szaleńczym tempie. Dziesiątki zakrwawionych, leżących pokotem ludzi ze śmiertelnymi ranami zadanymi przez kamienne groty. Mimo strachu odważył się spojrzeć na obcych. Nie dostrzegł jednak znienawidzonych płaskich twarzy, a bardziej znajome duże głowy o grubych brwiach, głęboko osadzone niebieskie oczy i szerokie szczęki. Zamiast grozy, która go prześladowała, odnalazł w przybyszach tylko strach, otępienie i żałość, i skórę jasną jak jego własna.

Ygn opuścił oszczep i przywołał ich gestem. Pozostali członkowie klanu nieco się rozluźnili, a uczucie zbiorowej ulgi zastąpiła ciekawość.

Trzech mężczyzn, dwie kobiety i dziecko. Szli powoli, unikali gwałtownych ruchów, podążali za jedną z kobiet – matroną, sądząc po wieku i spokoju, jaki od niej bił. Na twarzach dwóch mężczyzn widniały ślady walki. Największy utykał, podpierając się drewnianym kijem. Seh dostrzegł strużkę świeżo zakrzepłej krwi na nodze przybysza oraz ranę w okolicy barku. Cięcie, którego z pewnością nie zadało dzikie zwierzę.

Matrona stanęła naprzeciw Ygna i pokornie opuściła głowę. Wódz ogarnął grupę srogim spojrzeniem, a mężczyźni w odpowiedzi wbili wzrok w ziemię. Przypominali młode wilki korzące się przed basiorem. Druga kobieta, młodsza, o szerokich biodrach, rudawym odcieniu włosów i piegowatym licu, przykuła uwagę Ygna na dłużej. Na koniec zwrócił się ku matronie, ta zaś, trafnie odczytując jego intencje, uklękła przed nim i dotknęła czołem jego stóp. Trwała w takiej pozycji, w bezruchu. Potężny łowca okrążył ją. Nie poruszyła się, gdy ściągnął otulające ją płaty skór. Nie wydała głosu, gdy wielkie dłonie chwyciły ją za biodra. Ani ona, ani żaden z przybyłych mężczyzn nie oponowali, gdy Ygn rozpoczął kopulację. Kiedy skończył i odszedł, wciąż trwała w tej samej pozycji.

Wódz zasiadł przy palenisku, odczekał chwilę, po czym wskazał matronie i ocalałym członkom jej klanu miejsce przy ogniu. Odetchnęli z ulgą.

Wieczorem, kiedy Ygn rozdzielał jadło, każda para oczu śledziła jego ruchy. Ciekawość, czy wódz wywyższy kogoś z nowo przybyłych, udzielała się wszystkim. Vada otrzymała swoją porcję jako pierwsza, co oznaczało, że wciąż pozostaje matroną. Rudowłosa Lana dostała jadło przed Vezdą i Tecą. To ona miała spędzić dzisiejszą noc z wodzem. Nowi mężczyźni mogli liczyć tylko na ochłapy. Przydatności dla klanu należało pierwej dowieść.

Po skończonym posiłku przyszedł czas na opowieść złożoną z niewielu słów i wielu gestów. Przekaz krwawy i smutny, który na nowo obudził lęk i złość. Nazajutrz znów ruszyli w drogę. Na zachód.

 

***

 

Jaskinia miała wysoki strop, szerokie korytarze, a tu i ówdzie zalegały obgryzione do czysta kości. W powietrzu czuć było wilgoć i smród padliny. Ygn wkroczył do środka z płonącą żagwią, mając za plecami myśliwych uzbrojonych w kamienie, oszczepy i krzemienne topory. W oddali dostrzegł dwie pary świecących ślepi. Towarzyszył im przeciągły warkot. Otoczyli bestie i skierowali ku nim kamienne ostrza. Zwierzęta w odpowiedzi wyszczerzyły zęby i rzuciły się dziko przed siebie. Gdy w zwartym kręgu powstała luka, hieny umknęły. Ostatecznie zostały po nich ślady krwi na kamieniach oraz zębów na przedramieniu Ygna. Rana wodza się jątrzyła i ropiała jeszcze długo, do czasu, aż Seh nie wytopił kolejnej porcji dziegciu.

Młodzieniec polubił tę jaskinię, zwłaszcza odkąd wywietrzał smród padliny. Lubił chłodne skały oraz tańczące na nich cienie, mechate nietoperze śpiące wysoko, odbite na ścianie czerwone dłonie, pamiątkę po dniu, kiedy wraz z Mehą bawili się przeżutą ochrą. Najbardziej jednak lubił to, że nie musiał tu skrywać ognia. Jakkolwiek blisko płaskolicy łowcy by nie przechodzili, jaskinia bezpiecznie kryła płomienny blask.

Ostatnie sople lodu stopniały. Rośliny wyzwolone spod białej szaty eksplodowały mnóstwem barw, a wraz z nimi rozkwitła Meha. Seh pojął to rano, gdy na posłaniu dziewczyny zastał nową, intrygującą woń. Woń kobiety. Spostrzegła to Vada, która jeszcze tego samego dnia zabrała Mehę do lasu i pokazała zioła potrzebne jedynie niewiastom. Nie umknęło to uwadze Vezdy, Tecy i Lany, które nagle zaczęły spoglądać na dziewczynę koso. Nawet Ygn otoczony trójką urodziwych kobiet pozwalał sobie zawiesić na niej oko. Jedynie sama Meha zdawała się tego nie dostrzegać i jak dotychczas spędzała większość czasu z Sehem, bawiąc się czerwonym błotem, którego przy jaskini było pełno.

Seh uformował cztery naczynia w kształcie kielicha kwiatu. Dziewczyna zaś ozdobiła je zielonym proszkiem, tym samym, którym Vada barwiła skórę łowców. Pomny wcześniejszych niepowodzeń Seh nie wypalał już garnców w otwartym ogniu. Ułożył je starannie, obłożył drewnem i węglem drzewnym, a następnie wzniósł wokół nich gliniany komin. Przez kolejne dwa dni czekał, aż kopciuch przestanie dymić.

Dotknął komina po raz kolejny, mimo że ten jeszcze chwilę temu wciąż parzył. Meha przycupnęła obok i wpatrywała się w czerwoną okrywę, jakby od jej wzroku miała ostygnąć szybciej. Czas dłużył się niemiłosiernie. Seh wytrzymał do południa, później rozbił glinianą skorupę. Osmolone garnce wciąż były całe, ich grube, poczerniałe ścianki stwardniały na kamień.

Meha zajrzała do wnętrza naczynia i odstawiła je rozczarowana. Nie uchowała się ani kapka zieleni. Barwny proszek zmienił się w bezładny brązowy naciek, który poza tym, że nieco błyszczał, nie miał w sobie żadnego uroku. Chłopak jednak wcale się tym nie zmartwił. Naczynia nie przepuszczały wody, nie kruszyły się ani nie popękały, nawet gdy ponownie włożył je do ogniska. Dziewczyna wnet zapomniała o utraconej zieleni. Gorąca woda skutecznie leczyła rozczarowania.

Wieczorny posiłek smakował wyjątkowo. Mięso z jednej małej kozy upieczone na ogniu nie nasyciłoby nawet połowy klanu, tymczasem ta sama porcja ugotowana w wielkim garncu wraz z mnóstwem ziół, nasion i ptasich jaj pozwoliła najeść się wszystkim. Nawet bezzębny Sven po wypiciu czarki wywaru nabrał rumieńców.

 

***

 

Przy ścianie odnalazł swoje pierwsze naczynie. Zdawało się tak prymitywne. Zimowali w tej samej jaskini, co wtedy. Ile to już wiosen minęło? Nie pamiętał. Zdążył już zmężnieć, lecz pewnie rzeczy się nie zmieniły. Ygn wciąż nie zabierał go na polowania. Jakby to, że urodził się bez jednego palca, czyniło z niego kobietę lub brzemię.

Seh zajrzał do środka garnca i poskrobał paznokciem brązowy naciek. Poczuł chłód metalu, a im mocniej rozdrapywał zielonkawy nalot, tym więcej dostrzegał błysku.

Następnego dnia udał się z Mehą do miejsca, skąd Vada brała swój zielony proszek. Pośród czerwonawych skał wykwitały ciemnozielone przerosty, które łatwo odłupywały się od ściany. Zebrali ich tyle, ile zdołali unieść, roztarli, po czym wrzucili do glinianego kopciucha razem z dużą ilością węgla.

Minęło dobrych kilka miesięcy, nim Seh pojął, że owa nieznana brązowa substancja, gdy jest rozgrzana, pozwala formować się w przeróżne kształty, schłodzona zaś na powrót twardnieje. Młodzieniec topił więc zieloną rudę, a potem mozolnie kuł brązowe grudki, póki nie zamieniły się w błyszczące miedziane placki. Te z kolei ostrzył na piaskowych głazach, czyniąc z nich brązowe rylce. Mężczyźni, szczególnie ci młodzi, pomagali mu. Pilnowali mielerzy, dosypywali węgla do dymarek, nosili miedzionośne bryły, by w zamian otrzymać jeden z owych brązowych bełtów. Starsi pozostawali przy kamiennych ostrzach, jak ich ojcowe, a wcześniej ojcowie ojców. Nazbyt miękkie brązowe groty traktowali z pogardą.

Kobiety bardziej ceniły gliniane naczynia, które z czasem Seh nauczył je lepić i wypalać. Nie bardzo interesowały się dymiącymi piecami ani brunatnym metalem. Do czasu.

Meha, co do niej niepodobne, szła wyprostowana, patrząc gdzieś ponad głowami Tecy i Lany, które minęła niczym powietrze. Kobiety spojrzały po sobie, po czym ich wzrok zawistnie wgryzł się w ramię dziewczyny. Ramię, które opasały dwa węże. Ogony gadów lśniły brązem i zielenią. Bransolety przy każdym kroku wydawały brzęczący dźwięk, drażniąc czułe uszy ulubienic Ygna.

Następnego dnia nie było dane Sehowi wykuć żadnego oręża. Teca, Lana, a nawet Vezda, za nic mając odwieczne tradycje, zjawiły się u niego z samego rana, gotowe posługiwać w każdy możliwy sposób.

Oczy wodza widziały jednak wszystko. Rozbite skalnymi głazami piece wkrótce przestały dymić.

 

***

 

Meha skończyła jeść, wstała i ruszyła ku legowisku. Seh powiódł za nią wzrokiem. Dostrzegł, jak Ygn kładzie rękę na ramieniu dziewczyny i wskazuje na skrzyżowane mamucie ciosy, tam, gdzie jego posłanie. Meha przytaknęła pokornie.

Tej nocy samotność doskwierała Sehowi jak nigdy. Brakowało mu ciepła, do którego zdołał przywyknąć. Brakowało miękkiej, delikatnej skóry pod dłonią. Brakowało bliskości i spełnienia. W ciszy pośród trzasków dopalających się drew i pochrapywania współplemieńców wciąż słyszał tłumione jęki Mehy oraz nieposkromione sapanie Ygna. Mroczna kula, skryta w sercu młodzieńca, rosła podsycana żalem i zgryzotą.

 

***

 

Zima obdarowała ich lenistwem. Seh otworzył zaspane oczy. Spłachetek skóry okrywający leżącą obok Mehę zsunął się nieco, ukazując kawałek nabrzmiałej piersi, półkulisty brzuch oraz spoczywającą na nim dłoń. Blask ognia nadawał jej ciału rudawego odcienia, przypominającego wieczorne letnie niebo. Seh wpatrywał się w krągłość jej brzucha i wszystkimi zmysłami pragnął zapamiętać ten obraz. Po raz kolejny nawiedziły go wspomnienia, tym razem jednak przyjemne. Jasnowłose oblicze uśmiechało się do niego, a niebieskie oczy wciąż patrzyły żywo.

Nazajutrz zniknął i zaszył się w jednej z bocznych jaskiń, gdzie spędzał kolejne dnie i noce. Na koniec rozpalił w onej grocie wielki ogień i podsycał go tak długo, aż dzieło było gotowe.

Myśliwi tego dnia wrócili, objuczeni półtuszami wołów piżmowych. Zaciekawieni opowieściami, weszli do groty Seha. Z góry wyłupiastymi oczami spoglądała na nich Matka. Jej wielkie piersi spływały na jeszcze większy brzuch, który z kolei opadał na otyłe uda. Pomiędzy nimi odznaczał się wzgórek łonowy odwzorowany z pietyzmem. Po obu stronach posągu płonęły ognie, oświetlające matczyne krągłości, a jednocześnie skrywające w pomroce cienia niektóre zakamarki. Seh wyłonił się zza posągu z głową wzniesioną hardo i spojrzał na wielkiego Ygna, korzącego się przed Matką. Pozostali łowcy poszli śladem wodza i skłonili się ku ziemi.

– Mama – rzekł Seh, a ściany jaskini powtórzyły jego słowa, nadając im grozy. – Nasz mama!

Ygn uniósł głowę. Powieka mu zadrżała, lecz nie wyrzekł słowa. Przełknął jedynie głośno ślinę.

– Ty karm mama! – dodał Seh.

– Me gar mama. – Głos wodza jakby utracił siłę, z którą zwykle wybrzmiewał. – Ty karm!

 

***

 

Seh opiekował się Matką, a bojaźń i podziw, jakimi Vada i Ygn darzyli posąg, udzielała się wszystkim. Wkrótce, naturalną koleją rzeczy, młodzieniec stał się głosem Matki, kapłanem i wyrocznią jej woli. 

Wiosenne słońce tego roku grzało mocniej, a natura pobłogosławiła swymi darami wcześniej i hojniej niż zazwyczaj. 

– Mama dar – oznajmiła Vada pewnego wieczora, a nikt, kto pamiętał, czym jest pusty brzuch, nie puścił tych słów mimo uszu.

Kobiety poczęły przynosić Tej, Co Karmi po garstce tego, co udało im się zebrać. Ziarna dziko rosnących zbóż, jagody lub inne owoce lasu. Seh nie przywłaszczał ich sobie. U wejścia do groty wyznaczył wielki krąg, który z czasem otoczono kamiennym wałem, i tam, w świętej wilgotnej ziemi, zakopywał złożone ofiary.

Do jaskini wkroczył Deż, wielkonosy łowca, zawsze drugi, zawsze w cieniu Ygna. Jako pierwszy z mężczyzn przybył do Matki z darem. Na jego barkach zwisała tusza młodego renifera. Łowca złożył martwe cielę przed posągiem i czekał. Seh stał jak wryty, milczał, nie potrafił oderwać wzroku od zasnutego mgłą niebieskiego oka. Lawina wspomnień powróciła.

– Mama leby żyvė – szepnął w końcu. – Żyvė, ne mar.

Deż odszedł w niesławie, a wieści o upodobaniach Matki rozeszły się błyskawicznie. Niektórzy z mężczyzn wzorem kobiet przynosili w ofierze nasiona lub orzechy, wielu upuszczało swą krew, obiecując wierność, Ygn codziennie przynosił wielki głaz, który dokładał do świętego kręgu. Nawet Deż niebawem powrócił do groty, tym razem ciągnąc na postronku parę żywych, młodych koźląt.

Z czasem wnętrze świętego kręgu przemieniło się w łan traw, na którym pasło się stadko kóz, a wokół nich biegały szczenięta polarnych pieśców, obszczekując krnąbrne zwierzęta. Zwierzyniec z wolna się powiększał, podobnie jak rosła liczba świętych kręgów, wznoszonych tu i ówdzie.

Nikt nie odchodził od Matki z pustymi rękami. Seh zadbał, by każdy opuszczający świętą grotę otrzymywał małą figurkę bogini, a w szczególności ci, co udawali się daleko na północ. Przykazywał im, by napotkanym człekom mówili o Matce. O Tej, która chroni, która każdego przygarnie, która wyzwoli świat od płaskolicych.

 

***

 

Ygn walczył o życie. Klatka piersiowa rozorana pazurami lwa jaskiniowego oraz odgryzione ramię położyłyby trupem każdego, a jednak wielkolud wciąż opierał się śmierci. Vada zaś robiła wszystko, co mogła, by mu w tej walce dopomóc.

Deż jako pierwszy sięgnął po wodzowską schedę. Wieczorem, gdy matrona kładła się na spoczynek, doskoczył do niej, by ją posiąść. Nie pozwoliła mu, drapiąc i gryząc zaciekle. Kolejnym był młody Elen, gołowąs jeszcze, lecz nad wyraz wysoki. Dopadł ją przy posiłku. Chwilę później odszedł głodny i poniżony, zniechęcony do amorów kciukiem w oku. Wlk, mężczyzna przybyły poprzedniej zimy, ofiarował jej naszyjnik z morskich muszli. Matrona wciąż pozostała niewzruszona.

Kiedy stało się dla niej jasne, że Ygn nawet jak przeżyje, nie zdoła obronić swojej pozycji, a kolejni mężczyźni spoglądali ku niej łapczywie, zdecydowała. Tego wieczora podeszła do Mehy i szepnęła coś głosem nieznoszącym sprzeciwu. Młoda matka z oseskiem na ręku spuściła głowę i odeszła. Matrona ostentacyjnie zajęła jej posłanie, zalegając tuż przy Sehu. Nie spojrzała mu w oczy, nie wyrzekła słowa, jedynie się obnażyła, wymownie wypinając ku niemu pośladki. Współplemieńcy śledzili każdy jej ruch. Seh zlustrował leżące przed nim, nagie, dziwnie znajome ciało. Te same włosy, koloru suchej trawy. Ta sama skóra biała niczym mleko. Ta sama przysadzista sylwetka. Kiedy zaś zaniepokojona jego bezczynnością Vada się obróciła, dojrzał te same niebieskie, mądre oczy. Wciąż żywe.

Kobieta chwyciła jego męskość i ścisnęła mocno. Młode ciało Seha się nie wzbraniało. Matrona nie bacząc na jego bezwład, dopięła swego.

Dwa dni później Ygn zmarł, a żaden z mężczyzn nie odważył sprzeciwić się woli Vady ani rzucić wyzwania naznaczonemu, czarownikowi, stwórcy Wielkiej Matki.

 

***

 

Znów wyrosły kominy i mielerze. Stukot kamiennych młotów uderzających w miedziane groty niósł się daleko. A od kilku dni u wylotu doliny złowróżbnie gromadził się dym. Mieszał z mgłą schodzącą z gór i kisił. Do tego pieśce ujadały nocami, węszyły, strzygły uszami, po czym znów ujadały.

Odnaleźli ich nazajutrz w pobliżu zielonych skał. Martwe oczy, rany po kamiennych ostrzach i zimne, ogołocone z okryć ciała. Do tego niewielka figurka Matki z wyszczerbioną głową, zaciśnięta w dłoni mężczyzny tak mocno, że nie sposób było rozprostować mu palce.

Seh nie znał nikogo z tej gromady. Rozpoznał za to figurkę Tej, Co Chroni. Tej, co miała wyzwolić świat od płaskolicych.

Ygn rozkazałby wyruszyć natychmiast. Dziś, teraz, bez zwłoki. Gdyby żył.

 

***

 

Płaskolicy uderzyli znienacka. Horda wysokich mężczyzn wybiegła z lasu i niczym rój szerszeni przetoczyła się po kamiennych wałach. Seh patrzył z ukrycia, jak obrońcy umykają do świętej groty. Drżały mu ręce i choć bardzo się starał, nie potrafił tego ukryć. Groza dymiących kominów, w której pokładał nadzieję, nie przestraszyła napastników. Ujadające pieśce umilkły na zawsze. Stadka kóz i owiec rozproszyły się i umknęły. Jedyną nadzieją pozostała Ta, Co Chroni.

Płaskolicy się nie zawahali. W jaskini zabrzmiał ich dziki ryk, a po nim zdumienie. W środku nie zastali nikogo poza wielką figurą brzemiennej kobiety, spoglądającej na nich z góry. Posąg rozjaśniały dwa ogniska, a resztę groty spowijał mrok.

Wódz napastników chrząknął, postąpił naprzód i zbliżył się do posągu. Wyciągnął rękę, jakby chciał go dotknąć. Skryty w mroku Seh widział jedynie poszarpaną krawędź noża, niemal takiego samego jak ten, który pamiętał z dzieciństwa.

Krwawa szrama nie wykwitła jednak na piersi Wielkiej Matki. Płaski, ostry grot ciśnięty z mrocznego zaułka przeszył płaskolicemu bark. Za nim poleciały kolejne oszczepy. Z góry spłynęła wrząca, czarna maź, która wnet zajęła się ogniem, odcinając drogę ucieczki. Połowa hordy padła od miedzianych ostrzy, kolejni zamieniali się w żywe pochodnie. Seh patrzył, jak płaskie oblicza z sennych koszmarów krzywią się z bólu, usta skowyczą w cierpieniu i błagają o litość. Płaszczące się przed nim ciała wciąż budziły grozę.

Seh mocniej ścisnął nóż, który przez wiele dni ostrzył. Patrzył, jak jego współplemieńcy odbierają napastnikom broń i zakładają pęta. Jeszcze tego samego dnia Deż poprowadził wojowników do gniazda płaskolicych. Przeczekali do nocy, a w porze najgłębszego snu spadli na obóz pełen kobiet i dzieci. Nie pozwolili umknąć nikomu. Zrabowali dobra i spędzili wszystkich ku świętej grocie.

 

***

 

Smukli ludzie o wysokich czołach zwrócili swe głowy w stronę Seha. Zebrano ich przed posągiem Matki, która miała wydać wyrok. Patrzyła teraz na płaskolicych tym samym wzrokiem, co na pozostałych, a ku swemu rozczarowaniu, Seh nie dostrzegł w nim nienawiści. To on nienawidził, nie Matka.

Nieliczni mężczyźni, którzy pozostali przy życiu, zdawali się pogodzeni z losem. Kobiety, wysokie i szczupłe, pospuszczały głowy. Niczego nieświadome dzieci patrzyły szczerze, zaniepokojone jedynie przez lęk bijący od rodziców. Tylko wódz mimo ciężkiej rany wciąż spoglądał hardo. 

Rękojeść noża świerzbiła w dłoni. Seh postąpił ku ściśniętej na środku gromadzie. Uspokoił oddech. Nienawidził płaskolicych każdym zakątkiem swej duszy, każdą nieprzespaną nocą, każdą chwilą samotności. Tylko śmierci nienawidził równie mocno.

Stłumił w sobie mroczną kulę. A może zaczerpnął z niej sił? Nie wiedział. Zacisnął zęby i podszedł do rannego, nagiego dryblasa o licu rodem z jego koszmarów.

– Mama leby žyvė – szepnął, spoglądając w złowrogie ciemne oczy, po czym zdecydowanym ruchem odciął mu przyrodzenie.

 

***

 

Wieczorem przyprowadzono mu jedną z pojmanych kobiet. Seh patrzył na ciemne włosy, brązowe oczy, płytkie oczodoły oraz długie ręce i nogi, drobne jak u dziecka. Kobieta nie przypominała mu matki w żadnym szczególe. Przypominała koszmary z dzieciństwa. Jej rysy obrazowały wszystko, czego się bał i czego nienawidził. Mimo to widział teraz jedynie zlęknioną dziewczynę, niepewną swego losu.

Podszedł do niej, a choć ciało się wzdrygało, odważył się dotknąć jej twarzy. Pogładził opuszkami śniady policzek. Miękki, ciepły, delikatny. Dotknął szpiczastego podbródka, płaskiego czoła, ledwie zarysowanych łuków brwi. Zatopił palce w kruczoczarnych kręconych włosach. Dotknął malinowych ust.

Gdzieś z oddali dochodziły jęki rannych oraz gwar świętujących łowców. Usłyszał też kwilenie oseska.

Długie drobne palce dotknęły jego skóry. Brązowe oczy napotkały jego wzrok. Malinowe usta poruszyły się w niemej obietnicy. Niedługo po tym te same usta sprawiły, że wielki czarny kłębek strachu, żalu i grozy, który Seh pielęgnował od dziecka, eksplodował, rozpryskując się na tysiące wielobarwnych drobinek.

 

***

 

Zajęcia z paleoantropologii odbywały się w sali na trzecim piętrze. Na studentów znad drzwi spoglądała dobrotliwie Wielka Matka.

– Ostatnio omawialiśmy okres zwany Brązową Rewolucją. Dzisiaj chciałbym nawiązać do tego tematu i przedyskutować przyczyny wyginięcia Homo planifacialis – rzekł profesor i uniósł głowę. Niebieskie oczy skryte w cieniu masywnych łuków brwiowych zlustrowały studentów. – Czy może ktoś chciałby przybliżyć ten temat?

Uczony udał, że nie widzi ochoczo wzniesionej ręki krępego studenta o przesadnie wydłużonej głowie. Nikt inny nie garnął się do wypowiedzi, więc profesor oddał mu głos.

– Płaskolicy byli słabsi fizycznie, a przez mniejsze proporcje czaszki do reszty ciała nie dorównali nam intelektualnie. Nie zdołali opanować rolnictwa ani hodowli, ani metalurgii. Wyparliśmy ich na południe. Stali się rasą sług, by z czasem ostatecznie wyginąć.

– Taka jest wiedza kanoniczna – podsumował uczony. – Pozwolę sobie jednak zakwestionować stwierdzenie, że Homo planifacialis był uboższy intelektualnie. Wszak tuż przed Brązową Rewolucją zdecydowanie dominował. Zręczny, świetnie zorganizowany, zepchnął nas pod sam lądolód. Potrafił się lepiej komunikować, na co wskazuje budowa krtani. Istnieją hipotezy, że to właśnie dzięki jego genom nauczyliśmy się wymawiać samogłoski: u, i, o.

– Panie profesorze, to przecież niemożliwe. Homo dominatus i Homo planifacialis​ nie mogli mieć potomstwa. Niekompatybilne chromosomy Y powodowały odrzucenie płodów.

– Tylko męskich, panie kolego, tylko płodów męskich.

– Ale przecież głupota płaskotwarzców jest wręcz legendarna. Wszystkie badania na to wskazują.

– Czyżby? – zapytał profesor. Nie dokończył jednak myśli. Nie mógł głośno powiedzieć, co sądzi o polityce rządu w kwestiach rasowych, czy też o kryteriach przyznawania grantów. Nie teraz, gdy miał już w pełni odkodowany genom Homo planifacialis. Decyzja o rozpoczęciu klonowania zależała już tylko od jego woli. I sumienia. I kobiety, która miała dać komórkę jajową.

Spojrzał w miejsce, gdzie siedziała najzdolniejsza studentka na roku. Na jej brązowe oczy, wysokie czoło, ledwie zarysowane łuki brwiowe i wyjątkowo drobny kościec.

Człowiek czy zwierzę?

Koniec

Komentarze

Takie to proste.

1. Weź przepis na jakiś wynalazek.

2. Pozwól młodzieńcowi krok po kroku przejść przez wszystkie etapy jego produkcji

3. Dodaj wspierającą go kobietę, w której się zakocha.

4. Uczyń go, w konsekwencji jego geniuszu, królem.

5. I na koniec daj mu wielkie zwycięstwo nad wrogiem

6. … Aa jeszcze dodatkowo umieść to w pojemniku, do którego zaglądają dalecy potomkowie

Trzeba tylko artysty, który opowie tą historię w fascynujący sposób.

Dokonałeś tego używając w dialogach bodajże nie więcej niż dziesięć słów.

Sprawiłeś że uwierzyłem w ten świat, w którym epoka brązu nadchodzi w kilka lat.*)

Poprowadziłeś mnie sprintem przez rozwój garncarstwa, rzeźby i broni.

Zrobiłeś to w stylu, który wciąga i fascynuje.

Jestem pod wielkim wrażeniem, które spotęgowane zostało genialnym zakończeniem: 

Człowiek czy zwierzę?

 

*) Jedyne miejsce, w którym nie do końca Ci uwierzyłem to wizja, której doznał Seh:

Oczyma wyobraźni widział wielkie gliniane misy, gdzie Vada mogłaby trzymać swoje zioła. Garnce z ciężkimi pokrywami, skrywające przed gryzoniami orzechy i wyłuskane ziarna traw, dzięki którym następnej zimy nikt nie umarłby z głodu. A nawet ciężkie kule spadające na płaskolicych łowców.

Śmiała wizja, spodobała mi się. No, ładnie pojechałeś z tym koksem, bardzo interesujące podejście do konkursu.

Z zarzutów – Twój bohater jest przekokszony, IMO. Co chwilę dokonuje epokowego wynalazku. Gdyby pożył dwa razy dłużej, pewnie nie zatrzymałby się na maszynie parowej. ;-)

Fizyk ma rację – dialogi Neandertalczyków robią wrażenie.

Ostry koniec patyka wżynał się w jasną, niemal białą jak mleko glinę wciąż wilgotną po deszczu.

A czy oni już hodowali zwierzęta, że znał kolor mleka? No, niby jest jeszcze ludzkie, ale chyba rzadko się je ogląda – osesek połyka i tyle je widziano. Zwłaszcza, kiedy narrator siedzi na ramieniu sierocie.

Ziarna dziko rosnących zbóż,

Jeśli dziko rosły, to raczej trawy niż zboża. No i nie jestem pewna, czy tak daleko na północy (renifery) rosły jakieś prototypy zbóż. Raczej wolały Żyzny Półksiężyc.

Babska logika rządzi!

Podobało mi się. Dobrze się czyta, zgadzam się z przedpiścami, że dialogi są fantastyczne. Jednak mnie osobiście najbardziej spodobał się sposób, w jaki wprowadzasz religię do swojego świata. To jest genialne! Jakbym mogła, tobym ci kliknęła, ale że nie mogę, to tylko kłaniam się nisko.

 

Z czepiania się, nie wiem, czy jedna osoba, nawet tak genialna, jak Seh, zdołałaby odwrócić bieg dziejów. Problem z innymi gatunkami homo polegał m.in. na tym, że nie mieli oni tak rozwiniętych kontaktów społecznych, jak sapiens.

@fizyk111

Dziękuję za miłe słowa. 

*) Jedyne miejsce, w którym nie do końca Ci uwierzyłem to wizja, której doznał Seh:

 

Oczyma wyobraźni widział wielkie gliniane misy, gdzie Vada mogłaby trzymać swoje zioła. Garnce z ciężkimi pokrywami, skrywające przed gryzoniami orzechy i wyłuskane ziarna traw, dzięki którym następnej zimy nikt nie umarłby z głodu. A nawet ciężkie kule spadające na płaskolicych łowców.

Mógłbyś sprecyzować co konkretnie Ci nie zagrało w tym fragmencie? Chodzi o to, że wizja jest zbyt precyzyjna/zaawansowana w stosunku do aktualnej wiedzy chłopaka, czy też o nieszczęsne kule? 

 

Na szczęście ten fragment nie jest kluczowy dla opowiadania, więc można go wywalić, ale chciałbym najpierw dowiedzieć się więcej, co jest nie tak.

 

@Finkla

Przekokszony bohater, owszem jest, ale czy nie o to chodziło w konkursie? 

alternatywny świat, oparty na spektakularnym rozwoju technologii właściwej dla tego okresu.

Inna sprawa, że te jego epokowe odkrycia są ze sobą powiązane, jedno wychodzi z drugiego. Sama metalurgia, która tutaj może wydawać się najbardziej zaawansowaną kwestią, jest najbardziej prymitywna z możliwych. Dałem mu węgiel drzewny i ceramikę, by mógł osiągnąć temperaturę potrzebną do wytopu miedzi, ale do brązu nawet nie doszedłem, bo o ile, z tego, co pamiętam, malachit (ruda miedzi) ludzie pierwotni znali i używali do barwienia ciał, to tyle już świadome mieszanie cyny i miedzi wydało mi się przesadzone.

A czy oni już hodowali zwierzęta, że znał kolor mleka? No, niby jest jeszcze ludzkie, ale chyba rzadko się je ogląda – osesek połyka i tyle je widziano. Zwłaszcza, kiedy narrator siedzi na ramieniu sierocie.

Hodowli nie znali jeszcze. Jednak co do mleka ludzkiego to się nie zgodzę. Mało to się razy takiemu oseskowi ulewa? Nie mówiąc o tym, że w społeczności gdzie nie wynaleziono jeszcze “wstydu”, a dzieci rodzą się co sezon, kwestie piersi oraz ich zastosowania raczej nie będą żadną tajemnicą.

Jeśli dziko rosły, to raczej trawy niż zboża. No i nie jestem pewna, czy tak daleko na północy (renifery) rosły jakieś prototypy zbóż. Raczej wolały Żyzny Półksiężyc.

Uwaga celna, ale myślę, że nie ma tu błędu merytorycznego. Tundra europejska w plejstocenie była dużo bardziej wydajnym ekosystemem niż współczesna tundra polarna. Klimat mimo bliskości lądolodu był przyjaźniejszy (wpływ Atlantyku) a roślinność była na tyle bujna, że mogła wykarmić wielkie ssaki (mamuty, nosorożce). Występowały trawy, stąd też założyłem, że prekursorzy zbóż mogły również tam występować. Dodatkowo mamy w Europie archeologiczne dowody na istnienie narzędzi służących prawdopodobnie do mielenia mąki z tego okresu.

Zboża należą do rodziny traw. Bardziej problemem może być tu użycie słowa “dzikich”, bo przecież innych wtedy nie było.

 

… i dziękuję za nominację :)

 

@Irka_Luz

Z czepiania się, nie wiem, czy jedna osoba, nawet tak genialna, jak Seh, zdołałaby odwrócić bieg dziejów. Problem z innymi gatunkami homo polegał m.in. na tym, że nie mieli oni tak rozwiniętych kontaktów społecznych, jak sapiens.

Dlatego też dostali religię, by mogli się zjednoczyć. Dostali hodowlę i uprawy, by mogli utrzymać większą populację. I dostali technologię, by mieć większy potencjał militarny. Kontakty społeczne mogły rozwinąć się wtórnie.

Dzięki za odwiedziny.

No, IMO, przesadziłeś ze spektakularnością rozwoju.

Dobra, powiedziałam swoje, zrobisz z uwagami, co będziesz chciał.

Babska logika rządzi!

Jak zwykle piękny język, pozwalający zatopić się niemal całkowicie w świecie opowieści. Podobnie jak poprzednicy, niezrozumiałe dialogi uważam za bardzo ciekawy i, co więcej, udany zabieg.

Fabularnie rzeczywiście trochę zgrzyta działalność głównego bohatera. Oczywiście, geniusze się zdarzają, ale zwykle nie idzie im wszystko w życiu jak z płatka, a tymczasem Seh nie napotyka na swej drodze praktycznie żadnych poważnych problemów. Nawet wyglądający na głównego przeciwnika płaskolicy zostają pokonani w zaledwie jednej bitwie. Z drugiej strony, mam świadomość, że limit nie dawał wielkiego pola manewru ;)

Wątpliwości jeszcze budzi we mnie ostatnia scena. Wydaje mi się, że w naszych czasach raczej mało kto przywiązuje wagę do tego czy pochodzi od sapiensów, czy od kogoś innego. Nie słyszałem by istniało jakieś tajne podziemie neandertalczyków (choć może to dlatego, że jest bardzo tajne ;)). Stąd jakieś plany rewanżu (jeśli dobrze zrozumiałem) profesora wydają się trochę dziwne. Oczywiście można by uznać, że profesor jest pojedynczym naukowcem, który trochę sfiksował, ale w takim razie skąd w tej sprawie dyrektywy rządu? No chyba, że tą sceną sugerujesz, iż postęp w tej rzeczywistości alternatywnej poszedł rzeczywiście dużo szybciej niż u nas i tego typu różnice rasowe są tamtejszej “współczesności” nadal aktualne…

Eee, dialogi są zrozumiałe. No, od pewnego momentu.

Ale u nas Neandertalczycy wyginęli. Jeśli wlali kilka kropel swojego DNA do naszego basenu, to dawno się rozpłynęły. Ale jeszcze nie tak dawno w niektórych miejscach miało ogromne znaczenie, czy masz domieszkę krwi murzyńskiej lub żydowskiej.

Babska logika rządzi!

Światowiderze,

Wątpliwości jeszcze budzi we mnie ostatnia scena. Wydaje mi się, że w naszych czasach raczej mało kto przywiązuje wagę do tego czy pochodzi od sapiensów, czy od kogoś innego. Nie słyszałem by istniało jakieś tajne podziemie neandertalczyków (choć może to dlatego, że jest bardzo tajne ;)).

Wygląda na to, że niuanse ostatniej (i pierwszej) sceny ukryłem zbyt mocno.

Profesor jest przede wszystkim antropologiem, który bije się z tym samym dylematem, który mają naukowcy współcześnie.

Z jednej strony, jego największym marzeniem jest wskrzesić i badać wymarłego humanoida, którego wyrżnęli jego przodkowie. Z drugiej strony klonowanie ludzi jest nieetyczne/zabronione… jak daleko można się posunąć, by nie przekroczyć granicy? Dodatkowo studentka, posiadająca cechy fizyczne zaginionej rasy, zdaje się idealnym donorem komórki jajowej. Stąd też te pytania w muzeum w pierwszej scenie :)

Tak więc nie ma tu jakiegoś tajnego podziemia, a jedynie marzenia profesora, na tle konserwatywnego społeczeństwa/rządu.

 

NB. Pomysł na tę scenę przyszedł mi przy okazji niedawnej dyskusji o klonowaniu, którą odbyłem ze znajomym. Czy kiedy będzie to już technicznie możliwe, powinniśmy klonować wymarłe gatunki zwierząt, do których wymarcia sami się przyczyniliśmy? Padła odpowiedź TAK. Czy powinniśmy klonować człowieka? Odpowiedź była NIE. Gdzie więc jest granica?

Eee, dialogi są zrozumiałe.

Sens jest zrozumiały, ale nie podjąłbym się literalnego tłumaczenia pojedynczych słów ;)

 

Tak więc nie ma tu jakiegoś tajnego podziemia, a jedynie marzenia profesora, na tle konserwatywnego społeczeństwa/rządu.

Ok, czyli mój mózg pojechał zupełnie nie w tę stronę. Jak teraz znowu przeglądam, to chyba ta uwaga o uczniu o zbyt wydłużonej głowie mnie zdezorientowała. Wziąłem to za sugestię, że trochę przedstawicieli płaskolicych jeszcze przetrwało.

Ja tam też wątki z dawczynią komórki jajowej nie zauważyłam…

Babska logika rządzi!

to chyba ta uwaga o uczniu o zbyt wydłużonej głowie mnie zdezorientowała. Wziąłem to za sugestię, że trochę przedstawicieli płaskolicych jeszcze przetrwało.

To właśnie Neandertalczycy mieli wydłużone czaszki w stosunku do Homo sapiens (tu płaskolicych). Geny płaskolicych są u studentki w muzeum.

 

Ja tam też wątki z dawczynią komórki jajowej nie zauważyłam…

Troszkę za bardzo ukryty. Pomyślę jeszcze nad tym.

Jakże zamierzchłe czasy pokazałeś i jakże ciekawie je opisałeś!

Owszem, pozwoliłeś by Seh był autorem wielu wynalazków, ale też jego geniusz nie objawił się od razu. Chłopak dochodził do wszystkiego metodą prób i błędów, a jeśli wpadł na coś jeszcze, to niejako przy okazji tworzenia ceramiki. No i to chyba nie działo się tylko w dokładniej opisanym czasie około roku, gdy grupa, uciekając przed płaskolicymi, dotarła do jaskini. Domyślam się, że potem minęło jeszcze ładnych parę lat, kiedy to Seh dojrzał, zmężniał i stał się kimś ważnym.

Cała opowieść niezwykle przypadła mi do gustu – czytało się świetnie, a dialogi mnie także zachwyciły.

Wykonanie, niestety, pozostawia nieco do życzenia, ale mam nadzieję, Chroscisko, że naprawisz usterki i będę mogła kliknąć Bibliotekę. ;)

 

na pier­si, gdzie próż­no było szu­kać oznak od­de­chu, wy­kwi­ta­ła krwa­wa szra­ma po­szar­pa­na ni­czym krze­mien­ne ostrze, które ją za­da­ło. –> …wy­kwi­ta­ła krwa­wa rana, po­szar­pa­na…

Za SJP PWN: szrama «szpecący kogoś ślad po zagojeniu się rany»

 

od­na­leź­li sze­ro­ką do­li­nę, gdzie wił się płyt­ki, sze­ro­ki stru­mień. –> Powtórzenie.

Proponuję: …zna­leź­li rozległą do­li­nę, gdzie wił się płyt­ki, sze­ro­ki stru­mień.

 

Szli wolno, jeden za dru­gim… –> Ponieważ to grupa mieszana, to raczej: Szli wolno, jedno za dru­gim

 

roz­cie­rać na proch grud­ni czer­wo­nej ziemi. –> Literówka.

 

Klan ze­brał się wokół i spo­glą­dał w ciszy, jak Ygn z na­bo­żeń­stwem ukła­da na ka­mie­niach… –> Czy na pewno Ygn robił to z nabożeństwem?

Proponuję: Klan ze­brał się wokół i spo­glą­dał w ciszy, jak Ygn pieczołowicie/ starannie ukła­da na ka­mie­niach

 

Na­stęp­nie przy­szła czas na opo­wieść. –> Na­stęp­nie przy­szła pora na opo­wieść. Lub: Na­stęp­nie przy­szedł czas na opo­wieść.

 

spoj­rzał raz jesz­cze na gli­nia­nie kule… –> Literówka.

 

by spod ba­gni­stych mo­cza­rów wy­do­być czer­wo­na­wej ochry… –> …by spod ba­gni­stych mo­cza­rów wy­do­być czer­wo­na­wą ochrę

 

Wi­sio­ry z musz­li, które za­wie­szo­no zmar­łe­mu na szyi… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Ozdoby z musz­li, które za­wie­szo­no zmar­łe­mu na szyi

 

kru­szy­ły się lub mię­kły po za­la­niu wodą. –> Literówka.

 

Marsz w chło­dzie, wśród je­sien­nych dżdży… –> Marsz w chło­dzie, w je­sien­nym dżdżu

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/dzdzu;5751.html

 

nawet w brzu­chu prze­sta­ło mu ssać. –> …nawet w brzu­chu prze­sta­ło go ssać.

 

Gdzieś z od­da­li spo­glą­da­ły ciem­ne oczy zwień­czo­ne wy­so­kim czo­łem. –> Nie wydaje mi się, aby czoło wieńczyło oczy. Nie wydaje mi się, aby oczy mogło wieńczyć cokolwiek.

 

Albo sęki uschnię­te­go pie­nia drze­wa. –> Czy aby na pewno miałeś na myśli sęki uschniętych śpiewu drzewa?

Pewnie miało być: Albo sęki uschnię­te­go pnia drze­wa.

Za SJP PWN: pienie/ pienia «pieśń, śpiew»

 

W nocy duło jesz­cze moc­niej niż w dzień. –> Owo ducie mocno zalatuje gwarą góralską i jakoś mi tu nie zupełnie nie pasuje.

Proponuję: W nocy wiało/ dęło jesz­cze moc­niej niż w dzień.

 

Ścię­gna i je­li­ta uży­wa­li do osa­dza­nia ka­mien­nych gro­tów na drzew­cach włócz­ni. –> Ścię­gienje­li­t uży­wa­li do osa­dza­nia ka­mien­nych gro­tów na drzew­cach włócz­ni.

 

w po­szu­ki­wa­niu skład­ni­ków do ta­jem­nych le­karstw. –> Raczej: …w po­szu­ki­wa­niu skład­ni­ków do ta­jem­nych mikstur/ specyfików/ substancji.

 

Ygn gło­śno wark­nął i chwy­cił za oszczep. –> Ygn gło­śno wark­nął i chwy­cił oszczep.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Szli po­wo­li, stro­ni­li od gwał­tow­nych ru­chów… –> Raczej: Szli po­wo­li, unikali gwał­tow­nych ru­chów

 

Cię­cie, któ­re­go z pew­no­ścią nie za­da­ło dzi­kie zwie­rze. –> Literówka.

 

Przy­dat­ność dla klanu na­le­ża­ło pier­wej do­wieść. –> Przy­dat­ności dla klanu na­le­ża­ło pier­wej do­wieść.

 

wrzu­ci­li do gli­nia­ne­go kop­ciu­cha razem dużą ilo­ścią węgla. –> Chyba miało być: …wrzu­ci­li do gli­nia­ne­go kop­ciu­cha razem z dużą ilo­ścią węgla.

 

Meha, co do niej nie­po­dob­na… –> Meha, co do niej nie­po­dob­ne

 

Ta sama niska, przy­sa­dzi­sta syl­wet­ka. –> Ktoś przysadzisty jest niski z definicji.

Za SJP PWN: przysadzisty 1. «nieproporcjonalnie gruby w stosunku do wysokości lub wzrostu» 2. «niski, przy znacznych rozmiarach swej postawy»

 

fi­gur­ka Matki z uszczer­bio­ną głową… –> Raczej: …fi­gur­ka Matki z wyszczer­bio­ną/ poszczerbioną/ ukruszoną głową

 

wi­dział je­dy­nie po­szar­pa­ną kra­wędź noża, tego sa­me­go, które pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa. –> Literówka.

 

Ze­bra­no ich przed po­są­giem Matka… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg,

Dziękuję Ci bardzo. Jesteś nieoceniona. Tekst poprawiłem, trochę dużo się tego uzbierało. Zdecydowanie zbyt dużo.

 

Domyślam się, że potem minęło jeszcze ładnych parę lat, kiedy to Seh dojrzał, zmężniał i stał się kimś ważnym.

Meha zdążyła stracić ojca, dojrzeć, zostać matką, i nieco odchować dziecko. Dobrych kilka lat wyjdzie. 

Jestem pod wielkim wrażeniem. Czytało się bardzo dobrze, wszystkie elementy zagrały mi idealnie, na poziomie fabularnym i emocjonalnym. Postacie nie były mi obojętne, ich uczucia były czytelne. Co do konstrukcji świata, to również złego słowa powiedzieć nie mogę, choć na etapie stworzenia posągu pomyślałem, że niezły Mozart z tego Seha. Być może faktycznie był zbyt “napakowany”, może faktycznie zbyt łatwo przychodziły mu kolejne wynalazki, ale ja tego tak nie odebrałem. Zwróciłem na to uwagę dopiero po przeczytaniu komentarzy, ale w niczym nie zmieniło to mojego odbioru tekstu. Te intelektualne “napakowanie” zdecydowanie równoważyły wewnętrzne rozterki bohatera, nienawiść do bladych twarzy, zazdrość o kobietę itd.

Jedno co mi zgrzytnęło, to “płaskotwarzdźcy” – masakra, można sobie język połamać. Na szczęście nie ma obowiązku czytać na głos ;)

Dziękuję Ci za ten tekst, przeczytanie go było wielką przyjemnością.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Caern,

Jedno co mi zgrzytnęło, to “płaskotwarzdźcy” – masakra, można sobie język połamać. Na szczęście nie ma obowiązku czytać na głos ;)

W wersji roboczej było “płaskotwarzćcy” :) Potem zmieniłem, ale nie wiem, czy na lepsze. Słowotwórstwo czasem bywa wyzwaniem.

 

Dzięki za miły komentarz i szóstkę. Tyle to chyba jeszcze tu nie dostałem.

 

Bardzo prosze, Chroscisko. Cieszę się, że mogłam pomóc i że uznałeś uwagi się przydatne. :)

Klik!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ode mnie krótki komentarz, bo też nie chcę za dużo powtarzać po przedpiścach.

Twój pomysł wydał mi się bardzo ambitny. Ambitny dlatego, że (jak sądziłem) już na dzień dobry pozbawiłeś się możliwości wprowadzenia do opowiadania dialogów. Oczekiwałem ściany tekstu. Czegoś, w czym się pogubię. Co mnie znuży. Tymczasem ten element, na którym miałeś się wyłożyć, zachwycił najbardziej. Nie był on może z perspektywy całego opowiadania najistotniejszy, ale za to szalenie klimatyczny. Takie subtelne podkreślenie naprawdę udanej całości.

Opowiadanie przyjąłem z całym dobrodziejstwem inwentarza. Drobne szczegóły (jak ten podkreślany tutaj “napakowany bohater”) jakoś mi nie przeszkadzały. Skoro zapraszasz do stworzonego przez Ciebie świata i czuję się w nim swobodnie, to z koncepcją bohatera ani myślę dyskutować.

Zwykle stosuję bardzo prymitywne kryterium oceny tekstu. Kryterium laika. Zadaję sobie krótkie pytanie: Czy czytając dane opowiadanie miło spędziłem czas?

Tutaj nie miałem większych wątpliwości.

 

CM,

Dziękuję. Ja również miło spędziłem czas, czytając Twój komentarz.

O tym napakowanym bohaterze cały czas myślę, ale tak mi żal mu cokolwiek odbierać.

Zajrzałam, przeczytałam.

Chroscisko,

nie miałem niestety możliwości aby wcześniej odpowiedzieć na Twoje pytanie. Wyjaśniam więc, że mój “zarzut” co to tego fragmentu był spowodowany podnoszonym tu już “nakoksowaniem” bohatera, które tutaj (jak dla mnie) osiągnęło apogeum. Przez całą historię Seh dokonuje swoich odkryć i wynalazków niejako przez przypadek i ich duże nagromadzenie mnie nie raziło, tutaj doznaje niemalże boskiej wizji trzech nowych wynalazków wraz z ich zastosowaniem.

Podsumowując, to co mi nie zagrało to rozdźwięk pomiędzy przypadkowością większości odkryć i profetyzmem tych trzech.

Rewelacja!

Pewne Top 12 roku 2019! Niebanalny pomysł i czasy, czyta się gładziuchno, wymyślony własny język. No super!

Zastrzeżenia (maluśkie) mam dwa. Jak już pisała Finkla, główny bohater sam wymyślił wszystkie te rzeczy, które normalnym praludziom zajęły kilka-kilkanaście tysięcy lat. Ale spoko, taka konwencja.

I drugi – ta współczesna klamra wydaje mi się zbędna. Samo zakończenie, myślę, wystarczyłoby. 

Ale to takie marudzenie, bo to świetny tekst :)!

Ale żeby nie było tak słodko, są fragmenty, gdzie coś mi nie brzmi:

– “szkicował eksponaty na sąsiednim dziale” – po pierwsze, paskudnie brzmi “na dziale”; na dachu znaczy? i jak szkicował “na nim”?;

– “Mógł być troskliwym ojcem rodziny, bądź żyć w watasze jak wilk” – tu mam ulotniejszy zarzut – zdaje mi się, że wilka od Twojego neandertalczyka w zakresie opieki nad potomstwem nic znaczącego nie różni; więc o co biega?;

– “kilku mężczyzn, kilka kobiet, kilku rówieśników Seha” – to brzmi, jakby młodzież była trzeciej płci; nie lepiej by było “dorosłych” czy “dojrzałych” mężczyzn itd?;

– “nawet brzuch przestał mu burczeć” – a nie burczy w brzuchu?;

– “Mężczyźni nosili na sobie ślady walki” – to znowu brzmi, jakby te ślady były medalami do obnoszenia się, a potem schowania do szafy;

– “Wnętrze przesiąkał smród padliny” – ale wnętrze tej jaskini było puste? to co przesiąkło: kamienne ściany?;

– “dostrzegł dwie pary świecących ślepi i towarzyszący im warkot” – dostrzegł warkot?;

– “ślady krwi na posadzce” – jak dla mnie, to jaskinia ma spąg, ale to może zbyt fachowe?;

– “zwisało truchło młodego renifera” – hm, świeżo upolowane zwierzę to truchło?; chyba, że przynieśli padlinę, ale tego zdaje się nie zaznaczyłes;

– “Rękojeść noża świerzbiła dłoń” – raczej “w dłoni”;

– “Płaskotwarzdźców” – dobra, o tym już pisałeś, ale próbwałeś to wymówić ;)?; “płaskotwarzców”. “płaskotwarzowców” może?

 

Koniec czepiania, bo to świetny tekst jest!!!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Fizyku,

Wielkie dzięki za wyjaśnienie. Przekonałeś mnie, że ten fragment jest zbędny i szkodliwy. Wywalam go.

Staruchu,

Wielkie dzięki za wyłapane fragmenty. Poprawię.

 

Co do klamry, była potrzebna przede wszystkim do wyjaśnienia dalszych losów bohaterów. Student, który mówi, że płaskolicy zostali niewolnikami, a później wyginęli, nijako opowiada globalne skutki tego, jak zakończyła się główna historia.

Kontra profesora o tym, że w linii żeńskiej geny przetrwały, też dopowiada co nieco do historii Seha. No i podniesienie kwestii etycznej i oceny tego, kim byli nasi człekokształtni przodkowie. Jak ich oceniamy. W pewnym momencie w przyszłości staniemy przed podobnym dylematem. Czy odtworzyć Neandertalczyków? Czy skoro ich poniekąd wybiliśmy, to czy nie jesteśmy im coś winni?

 

Twoje czepianie jest mi nad wyraz miłe. I gratuluje sukcesu w UFO.

A widzisz, czyli coś mi umknęło. Jak to dziedziczenie w linii żeńskiej. Czyli to o klamrze odszczekuję :).

 

I dziękuję!

Zdaje się, że w Retro to ja będę Tobie gratulował. Wspomnisz moje słowa :)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

„Poniżej twarzy, na piersi, gdzie próżno było szukać oznak oddechu, wykwitała krwawa szrama poszarpana niczym krzemienne ostrze, które ją zadało. Niezakrzepła posoka o barwie soku z czerwonych borówek, tych kwaśnych, teraz jakby pociemniała.”

Pierwsze zdanie wydaje mi się bez sensu. Jak widzisz ciało z wychapaną dziurą na piersi, to nie szukasz w niej oddechu, nie jest to pierwsza rzecz, o której się myśli, a to właśnie sugerujesz. Nikt, kto zobaczy martwe ciało z wielką raną nie będzie szukał „śladów oddechu”.

 

„Wędrowali pośród chmar komarów pojawiających się natychmiast, gdy tylko wiatr ucichł.”

W pierwszej części zdania masz formę ciągłą, a więc kiedy wiatr cichł, a nie kiedy raz ucichł.

 

„Po nich następowały dni poniewierki, głodu i poszukiwania nowego miejsca do życia. Aż do następnego spotkania.

(…)

Po dniach tułaczki…”

 

„Po dniach tułaczki odnaleźli szeroką dolinę, gdzie wił się płytki, szeroki strumień. Zdawała się przyjaźniejsza niż okoliczne surowe górskie szczyty.”

Okej, pomijając powtórzenie, to brzmi po prostu, przepraszam, głupio. To, że dolina „wydawała się przyjaźniejsza” niż surowe górskie szczyty. No shit, Sherlock.

 

„…przychodziło mu rozcierać na proch grudni czerwonej ziemi.” – grudki

 

„…przeszukiwał bielejące się dębikowe łęgi oraz żółciejące wierzbowe krzewinki.” – żółciejące ok, ale dlaczego przy bielejących masz zaimek zwrotny?

 

„Kilka dni później chłopak udał się ku torfowiskom, by spod bagnistych moczarów wydobyć czerwonawej ochry…” – Na pewno spod moczarów?

 

„…porzuceni w pośpiechu na łaskę płaskolicych.”

 

„Meha jednak trwała przy nim niezrażona.

(…)

Meha, wyczuwając jego smutek, trwała przy nim w milczeniu.”

 

„Seh wstrzymał oddech i nawet brzuch przestał mu burczeć…” – Burczy w brzuchu a nie brzuch.

 

„Mimo rozczarowania chłód poranka nie pozwolił mu odtrącić Mehy.”

Ile on ma lat? Dziesięć? Bo jeśli więcej, to coś mi się nie widzi, by gardził ciałem i bliskością dziewczyny.

 

„Nocą śnił czasem o zwiedzionych jasną łuną płaskolicych, mordujących cały klan.” – Zwiedzionych? Chyba zwabionych. Jakby zostali zwiedzeni, to by nie odnaleźli klanu Seha.

 

Ale że co, dziewczyna nie zauważyła, że ma twarz wysmarowaną jakąś substancją? Serio?

 

„Druga kobieta, młodsza, o szerokich biodrach, rudawym odcieniu włosów i piegowatym licu, przykuła uwagę Ygna na dłużej. Na koniec zwrócił się ku matronie, ta zaś, trafnie odczytując jego intencje, uklękła przed nim i dotknęła czołem jego stóp. Trwała w takiej pozycji, w bezruchu.”

Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. Wodzowi spodobała się kobieta młodsza, ale wziął starszą?

 

„W oddali dostrzegł dwie pary świecących ślepi i towarzyszący im warkot.” – Dostrzegł warkot?

 

„Otoczyli je i skierowali ku nim kamienne ostrza.” – Też niefortunnie wyszło, otaczanie dwóch par ślepi i warkotu ;)

 

„…wpatrywała się w czerwoną okrywę, jakby od jej wzroku miałaby ostygnąć szybciej.” – Jakby miała, a nie miałaby

 

„Naczynia nie przepuszczały wody, nie kruszyły się[-,] ani nie popękały, nawet gdy ponownie włożył je do ogniska.”

 

„Meha skończyła jeść, wstała i ruszyła się ku legowisku.”

 

„Zwierzyniec powiększał się z każdym dniem, podobnie jak rosła ilość świętych kręgów…” – liczba, nie ilość

 

„…żaden z mężczyzn nie odważył sprzeciwić się woli Vady[-,] ani rzucić wyzwania czarownikowi…”

 

„…figurka Matki z wyszczerbioną głową, zaciśnięta w dłoni mężczyzny tak mocno, że nie sposób było rozprostować palców.” – wydaje mi się, że rozprostować co? – palce.

 

„Skryty w mroku Seh widział jedynie poszarpaną krawędź noża, tego samego, którego pamiętał z dzieciństwa.” – Noża, który pamiętał, a nie którego.

(Pomijając fakt, że absolutnie nie kupuję, że ten nóż był tak charakterystyczny, by dało się go pamiętać).

 

„Głowy o wysokich czołach zwróciły się w stronę Seha. Zebrano ich przed posągiem Matki, która miała wydać wyrok…” – Niezręcznie. Mowa o głowach, a potem pojawiają się jacyś „oni”, dopiero potem dajesz podmiot: płaskolicy.

 

Zajęcia z paleoantropologii odbywały się w sali na trzecim piętrze. Na studentów znad drzwi spoglądała dobrotliwie Wielka Matka.

– Na ostatnich zajęciach omawialiśmy okres zwany Brązową Rewolucją.”

 

 

Było w Twoim tekście parę rzeczy, które mnie irytowały (”dialogi”, wspomniana łatwość postępu dokonywanego przez bohatera, pewna schematyczność wymuszona limitem, pewien przestój fabularny gdy klan chodzi, a Seh wymyśla i buduje), ale w ostatecznym rozrachunku jestem usatysfakcjonowana lekturą. Klik do Biblioteki. I zgłoszenie w wątku najlepszych tekstów. Byłabym na TAK, gdybym mogła, bo spodobała mi się Twoja wizja, rozmach, sposób realizacji. Powodzenia w konkursie ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nie bardzo mam czas na elaborat, ale niestety, nie przekonałeś mnie. Jest to bardzo ładnie napisane – jak zwykle – ale ja ciągle czekam na coś, co może bardziej chropowate, ale będzie miało siłę Kumari z jej emocjami, z jej niebanalną akcją…

Ten tekst jest choćby z racji nietypowego settingu oczywiście bardzo efektowny i wróżę mu wielki sukces, ale uczciwość każe mi opisać w miarę szczegółowo własne votum separatum.

 

Tu dostałam streszczenie kawałka życia chłopaka z w zasadzie fantasylandu, bo rzeczywistość jest tak odległa, że nie ma co się zastanawiać nad szczegółowymi realiami. I to właśnie, że jest to streszczenie, a nie fabuła z krwi i kości, drażni mnie najbardziej. Za dużo upchnięte w jedną krótką biografię. Której w dodatku nie kupuję, bo jest zbyt naciągana. Jak ktoś zauważył wcześniej – geniusze zazwyczaj mają pod górkę, przynajmniej przez jakiś czas.

 

Na moje wyczucie niewiele trzeba by zmienić, żeby ta historia stała się bardziej prawdopodobna. Niestety na to, żeby ją naprawdę uprawdopodobnić, trzeba by ją rozpisać na kilka, jeśli nie kilkanaście pokoleń – rozumiem, że chciałeś mieć zwartą fabułę, ale to tak nie działa.. To, że w społeczności, która nie wykształciła abstrakcyjnego myślenia i działa według sprawdzonych wzorców, nagle pojawia się geniusz zdolny do zaawansowanej abstrakcji i wymyśla kolejno rzeczy, które ludzkość wynajdywała przez dziesiątki tysięcy lat – marnej to próby fantastyka, jak z naiwnych nurtów złotej ery albo z równie naiwnej mody na paleofantastykę (Klan niedźwiedzia jaskiniowego itepe).

 

A z drobiazgów, które historię chłopca by zrobiły bardziej “w duchu epoki” – wystarczyłoby, żeby był chromy czy w inny sposób upośledzony, a nie na dodatek do wszystkich dopakowań jeszcze mega sprawny i oczywiście przywódca. Już w górnym paleolicie, o ile dobrze pamiętam, pojawiają się ślady tego, że takie osobniki miały wyróżnioną rolę w społeczności – tacy ludzie byli prawdopodobnie szamanami (czy protoszamanami). Zdrowy, mocny chłopak raczej nie będzie pomocnikiem mądrej kobiety, bo 1) nadaje się na łowcę/wojownika, 2) role były zazwyczaj dość ostro rozpisane między płcie i zdrowi mężczyźni raczej do tych kobiecych nie byli dopuszczani. Paradoksalnie fajniej i bardziej “realistycznie” by było, gdyby takich odkryć dokonywała uczennica mądrej kobiety, bo prędzej ona miała na to czas i uczyła się obserwować takie rzeczy.

 

Kolejnym zabiegiem, który msz mógłby uratować tę historyjkę taką, jaka jest, byłby inny nawias narracyjny. Ujęcie tego w mit o herosie kulturowym, a nie niby realistyczną opowieść. Czyli skupienie w jednym bohaterze cech i dokonań wielu pokoleń.

 

Paradoksalnie zgrzyta mi też istniejąca rama “teraźniejszości”. Nie pokusiłeś się o to, żeby cywilizacja stworzona przez inny gatunek wyglądała inaczej niż ta, którą stworzył Homo sapiens sapiens czy Kromaniończyk, jeśli wolisz. Czyli – właściwie po co cała ta alternatywna historia? Teza, że którykolwiek gatunek by zwyciężył ewolucyjnie, historia świata potoczyłaby się tak samo, jest ryzykowna. Nie przyjąłeś w tekście hipotezy (kontrowersyjnej, choć kiedy ja studiowałam archeo raczej dominującej) o problemach Neandertalczyka z mową artykułowaną i w związku z tym innym rozwojem umysłowym czy intelektualnym – a ona mogłaby w takiej althistorii dać ciekawsze efekty, bo jakąś formę komunikacji musieliby wykształcić. I tu masz pełne fantastyczne pole do popisu.

 

Czepiać się można też drobiazgów: tego, jak bezproblemowo przyjmują się kolejne wynalazki, tego, czy naprawdę groty akurat z czystej miedzi są trwalsze i lepsze od krzemiennych (wątpię, bo miedź jest miękka). Tego, że jest mowa o zbożu i że ot tak się je udomawia, podczas gdy to też kwestia wielu pokoleń, U Ciebia mamy niefrasobliwe: “W przeciągu kolejnych miesięcy wnętrze świętego kręgu przemieniło się w łan dojrzewającego zboża, na którym pasło się stadko kóz, para owiec, a wokół nich biegały szczenięta polarnych pieśców, obszczekując krnąbrne zwierzęta.” No, nie, chyba że facet jest tak naprawdę uczłowieczonym i upgrade’owanym czarnym monolitem z Odysei kosmicznej – bo i tam hominidy poznają tylko jeden tajnik cywilizacji naraz.

Oraz np. demony (”na nowo obudził uśpione demony”) – to oni zaawansowaną myśl religijną czy mitologiczną też w te parę lat rozwinęli?

 

Podsumowując, bo i tak wyszedł mi trochę elaborat – przykro mi to powiedzieć, ale rozczarowałam się. Spodziewałam się fajerwerków naprawdę wychodzących z tego, jak wyglądała “technika” w czasach Neandertalczyków, a nie wrzucenia w kilkanaście lat ewolucji cywilizacyjnej, która człowiekowi zajęła kilkanaście tysięcy lat, dzielące zmierzch Neandertalczyków od rewolucji neolitycznej, bo już te następne parę tysięcy lat do chalkolitu to przy tym pikuś. Może gdybyś poprzestał na jednym, znaczącym wynalazku i zasugerował, że za nim poszły inne, ale było to rozłożone w czasie – łyknęłabym łatwiej.

 

A tak na marginesie: mam wrażenie, że dominatus to raczej “zdominowany”, a dominujący czy panujący to dominans.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

W ogólnym zarysie zgadzam się z dra­ka­iną – choć nie potrafiłbym opinii równie elegancko jak ona ubrać w słowa.

Ze spraw innych – w tym tekście najbardziej brakowało mi konfliktu. Nie w znaczeniu bitew czy potyczek, ale tym klasycznym, literackim (człowiek kontra natura, kontra inny człowiek lub kontra on sam). Bohater idzie przez życie jak przez kwietną łąkę, w zasadzie nie niepokojony przez kogokolwiek, przez co w lekturze momentami powiewa nudą.

 

Z plusów – to o czym wspomnieli już inni. Wspaniały język i interesujące w swej formie dialogi. 

 

A mnie się podobało, zwłaszcza fakt, że Twoi neandertalczycy posługują się protosłowiańskim. Już wiem, od kogo pochodzimy :)

A teraz poważnie – kliknąłem, bo klimat był fajny, a barwna akcja mnie wciągnęła. Twist końcowy co prawda odgadłem już na wstepie, ale wystarczyło znać łacinę. A propos – jakim cudem Twoi neandertalczycy w kolejnych milleniach wytworzyli linqua latina, tego doprawdy nie wiem;). Natomiast podzielam uwagi osób przyglądających się kulturze materialnej Twego plemienia. To tak nie chodzi. Aż takie nagromadzenie kolejnych zbiegów okoliczności u jednego człowieka w tak krótkim czasie zakłada wynalezienie przez tę społeczność wynalazku, a to nastapiło dopiero przy odpowiednim ciśnieniu demograficznym i przede wszystkim – systemie społeczno-ekonomicznym. Nawet feudalizm to było za mało na erupcję wynalazczości, a przede wszystkim na potrzebę użytkowania kolejnych wynalazków przez szerokie masy (podam na to przykład: w Chinach zegary mechaniczne wynaleziono na wieki przed zegarami europejskimi, ale co z tego, skoro nikt poza władcą ich nie potrzebował, potrzebowali ich dopiero współpracujący ze sobą żeglarze i kupcy… A ci pojawili się w równoczesny sposób dopiero w Europie, właśnie na określonym etapie jej rozwoju…). Wynalazczość w paleolicie szła tak powoli, a właściwie tak powoli się upowszechniała, bo po prostu nie była potrzebna. Wyprodukowanie twardego, ostrego ostrza krzemiennego można było uskutecznić wszędzie siłami dosłownie jednej osoby: – wystarczył pięściak, kawałek rogu i odpowiednia bryła krzemienia, by takie ostrza dostało w kilka dni – robione tasmowo, jak ze sztancy, – całe plemię. Jedno ostrze krzemiennego porządnego noża, albo szczyt do oszczepu, dzisiejsi wprawni łupacze z grup rekonstrukcyjnych robią w kilkanaście minut! Krzemień jako materiał był powszechnie dostepny, nie wymagał jakiejś gigantycznej współpracy produkcyjnej (więcej ludzi zatrudnionych przy procesach) , a przede wszystkim – nie przywiązywał plemion do jednego kawałka ziemi, ze względu na długotrwałe metalurgiczne procesy technologiczne, skazując ją (w dobie łowiectwa i zbieractwa) na wymarcie po pewnym czasie z głodu.

Dlatego narzędzia metalowe wynaleziono dopiero dłuższy czas po wynalezieniu osiadlego rolnictwa i uprawy zbóż – bo dopiero wtedy pojawiły się takie nadwyżki kalorii w społęcznościach, że cześć populacji mogła zajmować się czymś innym niż polowaniem i zbieractwem na okrągło…

Nie wiem, czy wiesz, ale obszar na którym operowała jedna niewielka horda (20-30 osób) wystarczający do jej wykarmienia i przezycia, to w tamtym czasie było grubo ponad 3 tysiące kilometrów kwadratowych, czyli z siedem-osiem Warszaw z przyległościami. Wymagało to pokonywania codziennie przez grupy zbieracko-łowieckie dystansu (codziennie, także zimą!) 50 do 80 kilometrów, także przez dzieci! – co z kolei multiplikuje potrzeby kaloryczne i koło się zamyka.

Teraz naczynia gliniane… powstały otóż zupełnie inaczej niż opisujesz. Bez wynalezienia koła garncarskiego – maszyny wyłącznie stacjonarnej! – było to mozliwe wyłącznie w jeden sposób. Ludy zbierackie najpierw nauczyły się wytwarzać przenośne naczynia – kosze, pojemniki – z wyplatanych traw, łyka drzew i krzewów itd – czyli odkryły wikliniarstwo. Potem dopiero zauważyły, że jak się przesyci takie plecione koszyki gliną i się je wysuszy, to można w nich przenosić na krótkich dystansach wodę. A nawet ją gotować na żarze ogniska. No i tak właśnie wynaleziono garncarstwo – najnaturalniej na świecie… I w biegu – bo wyplatać można było nawet w marszu… Gdzie bądź…

I kolejna sprawa: mała dolinka nad rzeką by nie wystarczyła. W świetnym pięcioksięgu o Ayli bardzo dobrze to autorka odtworzyła – bohaterka mieszka sama, a mimo to musi pokonywać codziennie multum przestrzeni ze swej doliny, by w ogóle przeżyć i zgromadzić zapasy.

 

Słowem – opowiadanie wartkie, ciekawe, dobrze napisane, ale… ten akurat aspekt rozwoju technologicznego, który w nim pokazałeś, skrajnie mało prawdopodobny. O, gdybyś np. pozwolił wynaleźć owym neandertalczykom wyrzutnik oszczepów i łuk, a do tego pozwolił szybciej udomowić konia, to by już było coś:). Realna skomasowana przewaga technologiczna neandertalczyków, przydatna w codziennym zyciu… I wyprzedzająca epokę, bo zdaje się konia to oni nigdy nie udomowili a zatem koła też nie – i wozów nie zbudowali…

Ale tak czy siak daję decydujący klik…

Joseheim,

Dziękuję za wszystkie uwagi. Poprawki już naniosłem. Część wcześniej, po uwagach Reg i Starucha, resztę dzisiaj.

 

Jak widzisz ciało z wychapaną dziurą na piersi, to nie szukasz w niej oddechu, nie jest to pierwsza rzecz, o której się myśli, a to właśnie sugerujesz. Nikt, kto zobaczy martwe ciało z wielką raną nie będzie szukał „śladów oddechu”.

To jednak zostawiłem. Opis jest prowadzony oczami dziecka, któremu właśnie zabili matkę. Nie oczekuj od niego logiki. Rany mogą być płytkie lub głębokie, dziecko nie wie, czy jest śmiertelna. Jego mama zawsze oddychała, a teraz nie oddycha. 

 

„Mimo rozczarowania chłód poranka nie pozwolił mu odtrącić Mehy.”

Ile on ma lat? Dziesięć? Bo jeśli więcej, to coś mi się nie widzi, by gardził ciałem i bliskością dziewczyny.

No gdzieś tak będzie. Do tego roztkliwia się nad sobą po stracie matki i jest obrażony na cały świat, więc młodzieńcze pokusy jeszcze mu nie w głowie… Jeszcze.

 

Ale że co, dziewczyna nie zauważyła, że ma twarz wysmarowaną jakąś substancją? Serio?

Przecież dopiero co wstała. Spała jak ją obsmarował.

 

Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. Wodzowi spodobała się kobieta młodsza, ale wziął starszą?

Tak, dobrze zrozumiałaś. Tu jest analogia to wilczej watahy. Samiec alfa kopuluje przede wszystkim z samicą alfa. Ta scena jest niejako przyjęciem nowych do “stada” poprzez akt dominacji nad ich samicą alfa. Dlatego nie ma tu znaczenia, która babeczka mu się bardziej podoba. Znaczenia ma, która jest najwyżej w hierarchii.

 

Jeszcze raz bardzo dziękuję za wyłapanie niedoskonałości, jak również za nominację.

 

“Przecież dopiero co wstała. Spała jak ją obsmarował.”

Od razu widać, że nigdy nie miałeś na twarzy żadnej maski ani innego mazidła. To zasycha, ściąga się, twardnieje itp. Wątpię, by dziewczyna od razu po przebudzeniu nie poczuła, że coś jest nie tak ;p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Drakaino,

Zapoznałem się z Twoimi uwagami. Pozwól, że na razie nie odniosę się do nich. Nie chcę traktować ich po macoszemu, więc pozwolę sobie “przespać się” z nimi i przemyśleć sobie wszystko dokładnie.

 

Śniąca, None

Dzięki za wizytę.

 

Rybaku,

Dzięki za klik oraz ciekawe uwagi.

Nie zgodzę się tylko z tym kołem garncarskim. Koło to już była wyższa szkoła garncarstwa, zarówno jakościowa, jak i estetyczna. Nie miej przez długi czas przed wynalezieniem koła lepiono garnki ręcznie. Zresztą nawet we wczesnym średniowieczu na naszych ziemiach dochodziło do wtórnego regresu, gdzie ludzie woleli lepić garnki samodzielnie, niż kupować droższe od garncarza.

Ale to tak na marginesie. Nie zmienia to faktu, że początek ceramiki, mógł wyglądać tak jak przestawiłeś.

 

Co do języka, to tam, gdzie się dało starałem się używać rdzenie indoeuropejskie, ale niektóre były niezrozumiałe, stąd też wspomogłem się protosłowiańskimi.

 

I kolejna sprawa: mała dolinka nad rzeką by nie wystarczyła.

Masz rację. Dlatego myśliwi co rusz wyruszają na polowania, a dolinka jest tylko punktem zbornym, w której zostają pojedyncze osobniki.

 

Dlatego narzędzia metalowe wynaleziono dopiero dłuższy czas po wynalezieniu osiadlego rolnictwa i uprawy zbóż – bo dopiero wtedy pojawiły się takie nadwyżki kalorii w społęcznościach, że cześć populacji mogła zajmować się czymś innym niż polowaniem i zbieractwem na okrągło…

Tu również masz rację. Stąd też ten mój bohater jest “przekokszony”. Zależało mi na metalurgii, więc musiał wymyślić też i rolnictwo, i hodowlę, (i religię, jako czynnik spajający).

Dlaczego tak się uparłem na metalurgii?

No mam ciągotki do “ziemi”, a jak wyczytałem, że Neandertalczycy malowali skórę malachitem, czyli rudą miedzi, to nie mogłem już się powstrzymać. Do tego Cobold wspomniał w opisie konkursu o nawiązaniach do steampunku i temu podobnych… no musiało pojawić się trochę dymu, a przy okazji wszystko złożyło się w całość.

Czytając opowiadanie, równiez odniosłem wrażenie, że może to nieco zbyt dużo, może zbyt szybko, co – muszę zaznaczyć – kompletnie nie wpłynęło na moją ocenę całości. Ale na dobrą sprawę, powyższe komentarze moglibyśmy odnieść do każdego tekstu, który spełnia warunki konkursowe.

Dla mnie jest oczywiste, że obecny kształt naszej cywilizacji jest taki, a nie inny, ponieważ wszystkie procesy – biologiczne, społeczne, ekologiczne itd. ułożyły się tak, a nie inaczej. Wszystko, co się stało przez tysiące lat, było spójnym ciągiem przyczynowo – skutkowym i niemal z pewnością można powiedzieć, że inaczej by się to ułożyć nie mogło. Ale czy naszym zadaniem w konkursie nie było właśnie wymyślić jakąś inną zmienną, jakąś inną sytuację, która doprowadziłaby do szybszego/szerszego rozwoju wybranej technologii?

Chroscisko przyjął koncepcję, w której zmiana nastąpiła dzięki splotowi zdarzeń, którą napędzała jedna postać. Jest to wielkie uproszczenie procesów historycznych, ale biorąc pod uwagę krótką formę, każdy autor musi jakiś skrótem się posłużyć. Wszystko, na co wyżej zwróciliście uwagę, to fakty, ale sądzę, że powinniśmy się zgodzić na pewną umowność. Bo idąc tym tropem, każdą koncepcję będzie można odrzucić, bo przecież “tysiąc lat temu, to oni czegoś tam jeszcze nie znali albo nie umieli…”

Nie będę kruszyć kopii w dyskusji która technologia miała mniejsze/większe szanse rozwinąć się w epoce opisanej przez autora, bo pewnych kwestii, które podnieśliście nie da się podważyć. Po prostu myślę, że tekst jest na tyle dobry, że prawdopodobieństwo takich wydarzeń jest wystarczająco duże.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Drakaino,

 

Pozwoliłem sobie skorzystać z kilku Twoich sugestii o naniosłem drobne korekty w tekście. Nic, co by zmieniało istotnie opowieść, ale powinno uczynić ją nieco bardziej przyswajalną.

 

Dodałem Sehowi drobną ułomność. Brak jednego palca, bez którego się urodził. Coś, co nie wpływa w żaden sposób na jego sprawność, a jednocześnie sprawia, że jest “naznaczonym” i uwiarygodnia jego specyficzną/niemęską rolę w klanie.

Dałem mu też kilka lat więcej na pracę pomiędzy kolejnymi wynalazkami, nieco sceptycyzmu ze strony starszyzny, odnośnie do miedzianych grotów, oraz ciut bardziej wyboistą ścieżkę życiową.

 

Tyle mogłem zrobić, nie naruszając całej historii. Którą widziałem tak, a nie inaczej.

 

Dziękuję jeszcze raz za obszerne przedstawienie swego votum separatum. 

 

To zależy co myślał i czuł.

Tu nie powinno być przecinka?

Skorupy stwardniały

Nie umknęło to uwagi Vezdy, Tecy i Lany, które nagle zaczęły spoglądać na dziewczynę koso.

Nie umknęło uwadze.

– Mama dar – oznajmiła Vada pewnego wieczora, a nikt[+,] kto pamiętał, czym jest pusty brzuch, nie puścił tych słów mimo uszu.

Bardzo fajne opowiadanie.

Owszem, postęp odbywa się rzeczywiście szybko i dzięki jednej osobie, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. W końcu miało być spektakularnie, nie? ;)

Podobały mi się dialogi :)

Świetnie się czyta :)

Anet,

To zależy co myślał i czuł.

Tu nie powinno być przecinka?

Wydaje mi się, że nie. 

 

Resztę poprawiłem, dziękuję bardzo.

I dziękuję za nominację.

Drogi chroscisko, oznaczyłam jako “przeczytane”, więc wypadałoby naskrobać parę słów :).

 

Przykro mi to pisać, ale zbytnio nie porwało mnie :(. To są moje subiektywne odczucia; po prostu temat nie jest bliski mojemu sercu. Do tego dochodzi abstrakcja związana z odległymi realiami życia ludów pierwotnych, do mojej wyobraźni to po prostu nie przemówiło :(. Zgadzam się również z drakainą i rybakiem, bardzo dobrze to ujęli, więc nie będę po nich powtarzać – czułam, że postęp następuje zbyt szybko i łatwo :(.

Językowo się nie czepiam, bo warsztat masz wypracowany, każde zdanie czytało mi się płynnie i bez zgrzytów :). Na plus dialogi i obrazowe przedstawienie walk pomiędzy plemionami. Najbardziej przemówiło do mnie to, jak utrzymałeś napięcie związane z tropieniem rodziny Seha przez “płaskolicych” :).

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Sy,

Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarz.

Nie zaskoczyło, trudno, może innym razem.

Świetne. Miałem taki sam pomysł, ale widzę, że nie napisałbym tego lepiej.

Dzięki za miłe słowo, Wojtasie.

 

A wracając do meritum, znalazłem świeżutki artykuł o niedawnym odkryciu pracowni krzemieniarskiej Neandertalczyków w Polsce.

https://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C33085%2Carcheolodzy-odkryli-pracownie-krzemieniarska-neandertalczykow-w-pd-polsce-ma?fbclid=IwAR2uCDf7MBwns9S8RCIlw_1LKmfhMabdsG9BNccy88ZFNKeTTP8vJSU6SM8

Wynika z niego, że jednak czasem zostawali na dłużej w jednym miejscu oraz że wbrew wcześniejszym sądom, mieli bardzo dobrze rozwiniętą organizację społeczną i terytorialną.

 

Parafrazując Sapkowskiego

I teraz aż promieniał szczęściem, dumą i poczuciem ważności, jak każdy łgarz, gdy jego łgarstwo przypadkowo okazuje się prawdą.

 

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Idziesz jak po maśle.

Czyta się gładko, język przyjemny i przystępny, pomysł, czas akcji, dialogi, generalnie to wszystko, o czym pisali inni na plus, to wszystko rzeczywiście tu jest!

Po mojemu, z potencjałem na piórko, lecz nie mnie to przyjdzie (na szczęście) osądzać!

Jeśli chodzi o klamrę, to też fajnie spina całość.

Czemu właściwie Ygn nie brał Seh’a na polowania? Tylko przez to, że nie miał palca? No bo skoro już kilkakrotnie w zamian za inne zasługi (udogodnienia) uznał go za godnego, to brak przyzwolenia na polowanie… hm… poniżał Seha?

Momentami widać, że limit chyba cię uwierał, ale całościowo jestem usatysfakcjonowany :)

Człowiek czy zwierzę?

Każdego po trochę.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki, Mytrixie, za dobre słowo.

 

Seh był sierotą, stracił matkę i ojca, który powinien go nauczyć polować. Przygarnęła go więc siostra matki, zielarka i samica alfa w klanie. Jako że rola, jaką pełniła, wymagała od niej opieki nad obozowiskiem, to uczyniła Seha strażnikiem ognia a Ygn to zaakceptował. Taki był mój oryginalny zamysł.

Później, za sugestią Drakainy, dodałem Sehowi jeszcze ułomność w postaci brakującego palca, co miało dodatkowo uwiarygadniać jego “inność”, a co za tym idzie nietypową rolę, jaka mu przypadła, oraz postrzeganie go przez współplemieńców jako “naznaczonego”. 

Bardzo ciekawe opowiadanie. :) Szybkość kolejnych wynalazków zupełnie mi nie przeszkadzała podczas czytania. (Przyznam się bez bicia, że zwróciłem na to uwagę, dopiero po przeczytaniu komentarzy) Bardzo podobał mi się klimat i genialne dialogi. Klamra też fajna. 

Czytało się świetnie :)

Dzięki, Leniwcze :)

Przeczytałem.

Chrościsko, no nie wiem, czy ten brak palca to mu pomagał przy tych wynalazkach :D Tak tylko żartuję, fajnie, dobrze jest :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Bardzo dobre opowiadanie, Chrościsko. Zastanawiałem się, jak wybrniesz z opisu jaskiniowców. Wszak nie można napisać zbyt mądrze, bo wyjdzie nienaturalnie, ani zbyt głupio, bo wyjdzie prostacko. To trudne, ale udało Ci się wyjść z tego wręcz wzorowo. Jest to bowiem opowiadanie pełne dramatów, których jednak nie odczułem. I bardzo dobrze. Gdybyś nadał zbyt współczesne cechy swoim bohaterom, mógłbym bezwiednie się z nimi utożsamiać, albo i nie, mógłbym poczuć antypatię, albo i wrogość. A ja nie czułem zupełnie nic, ani złości, ani specjalnej sympatii. I to właśnie, w takim opowiadaniu, w takich a nie innych czasach, jest ogromną zaletą. Opowieść stała się w i a r y g o d n a. Przynajmniej dla mnie. Brawo.

Betowanych nie nominuję, ale i tak dostaniesz piórko, więc wielkiej straty nie ma.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Przeczytałam i muszę powiedzieć, że podobał mi się ten tekst. Może nie wszystko i nie w każdym aspekcie, ale z pewnością fajnie wyszło przedstawienie całej tej koczowniczej gromady. Ciekawy zabieg z tym szczątkowym językiem, a także wyraźne wciąż jeszcze takie zwierzęce/stadne instynkty, które rządziły tą grupą. Naprawdę fajnie i wiarygodnie to wyszło. W tym aspekcie moją wątpliwość budziło jedynie to, że Seh miał dziecko z Mehą, w czasie kiedy to Ygn był przywódcą. Oczywiście trudno tutaj doszukiwać się jakiś schematów, ale skojarzyło mi się to z hierarchią w stadach współcześnie żyjących szympansów, gdzie samiec Alfa jest głównym rozpłodowcem w stadzie, a inne samce muszą to niejako robić po kryjomu. 

Nie mniej całość bardzo mi się podobała, zwłaszcza z uwagi na język i ogólną surowość świata i życia bohaterów. 

Co zaś się tyczy współczesnej klamry, to z pewnością była ciekawym zabiegiem, choć zastanawiam się na ile możliwe było, by działanie jednostki wpłynęło na przetrwanie całego gatunku. 

 

Pozdrawiam C.

Starszy mężczyzna nie skomentował odpowiedzi. Kolejna figura, opisana jako Homo planifacialis, przedstawiała wysokiego humanoida o płaskiej twarzy, wysokim czole i długich szczupłych kończynach.

– Człowiek czy zwierzę? – ponowił pytanie. Gdy zdał sobie sprawę z jego niestosowności, chciał ugryźć się w język, lecz nie zdążył.

– Człowiek – odpowiedziała szybko kobieta, po czym wbiła wzrok w podłogę. Kosmyk ciemnych kręconych włosów opadł jej na twarz, skrywając rumieniec.

Mężczyzna ruszył dalej, by co rychlej zmienić temat.

Poprzednie dwie figury zostały beznamiętnie skomentowane przez oboje rozmówców, skąd zatem to nagłe zakłopotanie obu stron?

 

Jak dla mnie, pod wieloma względami to opowiadanie doskonałe. Dałem się porwać tej historii bez reszty. Poczułem, jakbym podglądał prawdziwą prehistoryczną społeczność i bez wstydu poznawał ją od bardzo realistycznej strony. Metoda komunikacji postaci (bo nie wiem, czy można to już nazwać językiem) dodała smaku. Jasne, można się doczepić do paru uproszczeń, które wytknęła Drakaina, którą nawet rozumiem, bo samemu mi się zdarzało wytykać autorom drobiazgi palcami. Tylko tak między nami, Chroscisko, przynajmniej ja tak mam, gdy tekst nie wciąga i męczy. A Twój zasysa niesamowicie, stąd na pomniejsze niedoróbki w ogóle nie zwróciłem uwagi, bo podczas lektury bawiłem się świetnie. A o to przecież powinno w czytaniu chodzić.

Uważam, że notka z przedmowy na temat czasu akcji jest zbędna. Raz, że nie widzę uzasadnienia dla tak dokładnego określania, a dwa – wprost w finale padają gatunki opisywanych Homines, stąd jeśli kto ciekawy, łatwo mógłby sobie wyguglać okres. Poza tym to duże pójście na łatwiznę i myślę, że taka informacja powinna być zawarta w tekście, bo przedmowy nie wszyscy czytają.

Bardzo mi się podobało. Nietuzinkowy temat, odważne wykonanie, świetny warsztat. Brawo. Póki co marcowe nominacje zaskakują wysokim poziomem. ;)

 

Edytka; Przepraszam, jeśli komentarz wygląda trochę nieskładnie, ale całe litania pulmonologicznych wytycznych skutecznie zlasowały mi dzisiaj mózg!

Darconie, 

Dziękuję za dobre słowo. Przyznam, że nie spodziewałem się tak dobrego odbioru tego tekstu.

 

Cephiednomiko,

W tym aspekcie moją wątpliwość budziło jedynie to, że Seh miał dziecko z Mehą, w czasie kiedy to Ygn był przywódcą.

Nigdzie nie jest napisane, że to Seh jest ojcem dziecka. To pozostaje niedopowiedziane. Natomiast odnośnie do hierarchii w stadzie to inaczej jest u szympansów, inaczej u orangutanów, u bonobo to już w ogóle pełna rozpusta. W mojej wizji stworzyłem hierarchię, gdzie samiec alfa pozwala kopulować innym samcom z samicami o niższym statusie. 

 

Mr. Brightside,

 

Dziękuję za uwagi.

Poprzednie dwie figury zostały beznamiętnie skomentowane przez oboje rozmówców, skąd zatem to nagłe zakłopotanie obu stron?

Dwie pierwsze figury nawiązują do Australopiteka oraz Homo Erectusa, czyli gatunków na etapie ewolucji dość wczesnych. Natomiast figura trzecia, to Homo planifacialis, czyli odpowiednik współczesnego Homo Sapiens. Studentka miała podobne rysy twarzy do człowieka, którego przedstawia figura, stąd też konsternacja.

 

Uważam, że notka z przedmowy na temat czasu akcji jest zbędna. Raz, że nie widzę uzasadnienia dla tak dokładnego określania, a dwa – wprost w finale padają gatunki opisywanych Homines, stąd jeśli kto ciekawy, łatwo mógłby sobie wyguglać okres.

Nie ma szans by wygooglać opisywane Homines, bo takowe nie istnieją. To są fikcyjne nazwy odpowiedników Homo sapiens i Homo neanderthalensis wymyślone na potrzeby tego opowiadania oraz alternatywnej wersji historii, gdzie to Neandertalczycy zdominowali świat.

 

Hm, nie popatrzyłem na historię od tej strony, bo chyba za bardzo jej uwierzyłem. ;) Teraz moje nieliczne wątpliwości zostały rozwiane i pozostaje mi tylko stwierdzić, że to zdecydowanie przemyślane i bardzo dobre opowiadanie.

Muszę przyznać, że trochę omijałem ten tekst, bo nie bardzo wierzyłem, że można napisać coś naprawdę fajnego w stylu "Walki o ogień". Cóż, jednak można! 

Jasne, czepiać też się można. Że opracowanie sposobu udomowienia psowatych i skuteczna hodowla zwierząt to skomplikowany i długotrwały proces, zupełnie inna bajka, niż przypadkowe odkrycie wypalania gliny, a bohaterowie osiągnęli to tak jakby mimochodem. Że bez kopalni pewnie nie dałoby się uzyskać tyle miedzi, żeby zrobić posąg Matki. Że to nie rozwój jakiejś technologii wpłynął na obraz Twojego świata, tylko nieco inaczej działające zasady dziedziczenia konkretnych genów. Że to dziwne, iż gatunek inny, a świat rozwinął się identycznie. I tak dalej. 

Rzecz w tym, że to wszystko nie ma w zasadzie znaczenia. Bo sam tekst robi wystarczająco dobrą robotę. Niby nic takiego – fabuła liniowa i bez niuansów, pomysł prosty, bohaterowie nieskomplikowani (trudno, żeby byli inni :-)) a mimo to od początku czytałem z pełnym zainteresowaniem, ciesząc się świetnym (acz nieprzegiętym, odpowiednio powściągliwym) stylem i chłonąc kolejne wydarzenia, choć przecież spodziewałem się do czego to wszystko zmierza. Jest to niewątpliwie oznaka talentu – umiejętność przedstawienia i poprowadzenia prostego pomysłu, prostej historii, prostych bohaterów w taki sposób, ze tekst czyta się z wypiekami. I to drożdżowymi. 

Dodatkowe plusy za stylizację dialogów – pal sześć, że indoeuropejską – dają poczucie pierwotności, a jednocześnie są konkretnym, zrozumiałym językiem. Tak jak z tekstami osadzonymi w Średniowieczu – nikt nie czepia się stylizacji, że przecież onegdaj tak nie mówiono. Chodzi o nastrój, nie realizm. 

No i to, co lubię najbardziej – te drobne, rozrzucone tu i ówdzie perełki emocjonalnych uderzeń, na przykład martwy wojownik, trzymający figurkę Mamy z ukruszoną głową. Niby nic, i dla fabuły mało istotne, ale impakt jest niesamowity. 

I to w zasadzie odnosi się do całości tekstu. Niby nic takiego, ale wrażenie robi. Czy będę głosował za piórkiem – Jeszcze nie wiem, ale skłaniam się ku temu, że tekst na nie zasługuje. To o Kumari dostało chyba piórko, tak? Bardzo dobre zresztą, ale odrobinę przesłodzone. Homo cośtam unika pułapki sentymentalizmu, wciąż pozostając bardzo mocne emocjonalnie. Jest lepsze. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję za komentarz, mości Thargone.

Muszę przyznać, że trochę omijałem ten tekst, bo nie bardzo wierzyłem, że można napisać coś naprawdę fajnego w stylu "Walki o ogień".

Pamiętam, że ten film w młodości zrobił na mnie duże wrażenie. Do tego stopnia, że po latach, całkiem niedawno go znowu obejrzałem. Kto wie, czy to nie stąd moja sympatia do praludzi.

Że opracowanie sposobu udomowienia psowatych i skuteczna hodowla zwierząt to skomplikowany i długotrwały proces, zupełnie inna bajka, niż przypadkowe odkrycie wypalania gliny, a bohaterowie osiągnęli to tak jakby mimochodem. Że bez kopalni pewnie nie dałoby się uzyskać tyle miedzi, żeby zrobić posąg Matki.

Przyznam Ci rację ze zwierzętami, ale potrzebowałem czegoś mocniejszego niż tylko ceramika, by odwrócić losy całego gatunku.

Odnośnie do miedzi, to problemu tu nie widzę. Jej obróbka jest najbardziej prymitywna jak tylko się dało, a skala niewielka. Posąg Matki natomiast nie był odlany z miedzi, a wypalony z gliny.

 

Odnośnie do pozostałych uwag, to bardzo miło czytać takie słowa, tym bardziej że podchodziłeś do tekstu sceptycznie. Wszak napisane jest:

"…w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia." Łk 15,7

:)

Przeczytałem.

Posąg Matki natomiast nie był odlany z miedzi, a wypalony z gliny.

Ha, a wydawało mi się, ze z miedzi. Kolejny powód do kręcenie nosem odpada :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dobrze wywiązałeś się z postawionego przed sobą zadania, Chrościsko.

Opowiadanie podobało mi się średnio, chociaż… jest to związane głównie z kwestiami subiektywnymi.

Dialogi były, hmm… prymitywne. Inne być nie mogły, zaburzałyby immersję.

Skala opowiadania – niewielka. Wprost proporcjonalna do możliwości bohaterów. (Dobra, trochę głębi nadałeś w końcówce).

W ogóle, wątek “eksperymentu” zdał mi się takim niepotrzebnym ufajnianiem treści. Chyba wolałbym więcej mięsa w części środkowej, z Sehem w roli głównej. Więcej o tym, jak posąg Matki już zaczął nadawać rytm ich życiu, więcej o płaskolicych. Jakiegoś elementu fabuły, który by mnie zachwycił.

Twój wybór, odnośnie nawiązania do tej rasy i próbie jej przywrócenia, był bardzo zaskakujący, aczkolwiek nie wiem… czy nie za bardzo. Poszedłeś w zupełnie innym kierunku i w sumie nie zostawiłeś czytelnika z niczym szczególnym – udało się. Cóż z tego?

Mogą znów zagrozić homo sapiens? Jakoś tego nie wyczułem – zasymilowała się płaskolica dziewucha.

 

Nie przekonali mnie bohaterowie – być może ze względu na stawiane przez Ciebie pytanie “człowiek czy zwierzę”. Czasem zdawali mi się bardziej ludzcy, czasem bardziej zwierzęcy. Czy taki był Twój zamysł – nie wiem, ale to prawdopodobne. Jeśli tak, chyba możesz być zadowolony z efektu.

Scenka, że kobiety zachwyciły się stworzeniem przez Seha środka na pryszcze rozbawiła –  moim zdaniem przesadziłeś ;)

Reasumując, z bohaterami raczej się nie zżyłem. Sposób narracji nie wywołał też we mnie szczególnego napięcia w scenach zagrożenia. Być może przez postawienie Seha na bezpiecznych “tyłach”. Nie czułem, by cokolwiek w tym opowiadaniu mogło się “nie udać”.

 

Mimo to, opowiadanie jest z pewnością wartościowe. Nawiązuje do tematów, które wcześniej poruszył chyba tylko Golding w Spadkobiercach, zawiera dużo ciekawych pomysłów odnośnie rozwoju społeczności, świetną immersję i ciekawą treść. Czyta się dobrze, a końcówka obiecuje “coś ekstra”.

Dobra robota.

 

Pośród czerwonawych skał wykwitały ciemnozielone przerosty

A nie… porosty?

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nawiązuje do tematów, które wcześniej poruszył chyba tylko Golding w Spadkobiercach,

Sawyer jeszcze pisał o Neandertalczykach. Dosyć prymitywnie. Znaczy, rozwiązania fabularne banalne, a świat Neandertalczyków może rywalizować z kucykami.

Babska logika rządzi!

Krążyłam wokół Twojego opowiadania i odrzucał mnie tytuł. Jest adekwatny, gdyż zapowiada treść, a ona – ludzie u swoich początków – nie jest dla mnie pociągająca. Dzisiaj się przełamałam i… to było ciekawe:DDD

Przedstawiona historia wynalazków Seha wydaje mi się prawdopodobna. Przypadek i ciekawość. Zasygnalizowałeś też rozszerzanie się kultu. Udomowienie dla mnie też ok, jako proces trwało lata, lecz w konkretnym przypadku mogło się udać. W końcu jakoś to musiało się zacząć.

Chyba najbardziej zainteresowała mnie klamra: “człowiek czy zwierzę” w odniesieniu do klonowania, czyli dobrze napisane współczesne, zagadkowe „kawałki”. Dylemat dotyczący klonowania trochę za słabo zaznaczony, jak dla mnie, chociaż zapowiada go rumieniec na twarzy dziewczyny w prologu.

Spodobał mi się pewien rodzaj zmysłowości i delikatności w Twoim opowiadaniu. Można tam z nimi być, podglądać;)

Dobre jest!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witam, panie hrabio,

dziękuję za komentarz, szczególnie w dniu, gdy opowiadania konkursowe spływają w dziesiątkach.

Odnośnie do treści.

Cóż z tego?

Mogą znów zagrozić homo sapiens? Jakoś tego nie wyczułem – zasymilowała się płaskolica dziewucha.

A czy gdybyśmy sklonowali Neandertalczyka, czy mógłby nam jakoś zagrozić? Fizycznie przecież fizycznie był silniejszy. Nie o zagrożenie tu chodzi, a o pytanie, czy aby nie jesteśmy coś winni tym, których wytępiliśmy.

Scenka, że kobiety zachwyciły się stworzeniem przez Seha środka na pryszcze rozbawiła –  moim zdaniem przesadziłeś ;)

Być może przesadziłem, ale znowu, istota była gdzie indziej. Środek o właściwościach antyseptycznych i bakteriobójczych mógł stanowić istotną przewagę technologiczną, a czy nie o to w naszym retro konkursie chodziło?

 

Pośród czerwonawych skał wykwitały ciemnozielone przerosty

A nie… porosty?

Tu akurat miało być przerosty, które w skale wyglądają na przykład tak:

 

Choć porosty, również mogły ją porastać :)

Jednak mnie chodziło o zielony malachit, który oprócz tego, że jest kamieniem ozdobnym, to również jest rudą miedzi.

 

Asylum,

dziękuję za odwiedziny, uwagi i nominację.

Chyba najbardziej zainteresowała mnie klamra: “człowiek czy zwierzę” w odniesieniu do klonowania, czyli dobrze napisane współczesne, zagadkowe „kawałki”.

Spodobał mi się pewien rodzaj zmysłowości i delikatności w Twoim opowiadaniu. Można tam z nimi być, podglądać ;)

Dobrze mnie rozszyfrowałaś. Właśnie taka była moja wizja tego opowiadania.

 

Finklo,

Odgrażałaś się, że musisz nieco ograniczyć tu swoją działalność… a mimo to jesteś aktywna jak zawsze :)

 

ps.

Byłbym zapomniał o najważniejszym.

Dziękuję wszystkim jurorom, którzy z tego, co widzę, już przebrnęli przez tekst w komplecie.

Nie o zagrożenie tu chodzi, a o pytanie, czy aby nie jesteśmy coś winni tym, których wytępiliśmy.

No, nie przesadzajmy z tym wytępieniem – po pierwsze zmiany klimatyczne zrobiły swoje, a po drugie zdrowośmy się krzyżowali. Skomplikowane zasady przekazywania genów spowodowały, że jesteśmy teraz bardziej płaskogębi niż wypukłobrewi, ale równie dobrze mogło być zupełnie inaczej :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Aaa, malachit! Czyli słyszałem, że biło, ale nie wiedziałem w którym kościele – porost też zielony ;p

 

To, czy mogą zagrozić było raczej pytaniem retorycznym. Chodziło mi o jakieś konkretniejsze powiązanie z tym, co działo się wiele lat temu.

Choć i tu sprawy nie olałeś – posąg Matki się ostał, a scena wieńcząca (Seha i kobiety) wskazuje na kontakt między rasami. Wszystko się klei.

Hmm…

Chyba po prostu przemawia przeze mnie patriotyzm rasowy – zarzutów stricte obiektywnych Ci nie stawiam ;)

 

Trzymaj się.

 

Sawyer? Tego nie znałem.

W każdym razie tematyka z pewnością nie jest wyeksploatowana :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No, nie przesadzajmy z tym wytępieniem – po pierwsze zmiany klimatyczne zrobiły swoje, a po drugie zdrowośmy się krzyżowali. Skomplikowane zasady przekazywania genów spowodowały, że jesteśmy teraz bardziej płaskogębi niż wypukłobrewi, ale równie dobrze mogło być zupełnie inaczej :-) 

Na te zmiany klimatyczne to znowu bym tak wszystkiego nie zwalał. Zlodowacenie środkowopolskie oraz interglacjały przed i po Neandertalczycy przetrwali bez większych kłopotów. Kłopoty pojawiły się z nadejściem płaskogębych.

Ostatnio spotkałem się teorią, że neapolitański wulkan Campi Flegrei mógł też nieco im zaszkodzić.

Finklo,

Odgrażałaś się, że musisz nieco ograniczyć tu swoją działalność… a mimo to jesteś aktywna jak zawsze :)

Jednak mniej. Wielu marcowych tekstów nie przeczytałam.

I zauważ, że nie odpowiedziałam Ci jeszcze w nocy. ;-p

Babska logika rządzi!

I zauważ, że nie odpowiedziałam Ci jeszcze w nocy. ;-p

Obstawiałem, że zamierzasz przeczytać wszystkie teksty na Retro jeszcze przed deadlinem ;) 

Raczej przegrasz – zamierzam przerzucić moce przerobowe na Geofantastykę. :-) Konkurencja w Retro – jeśli starczy czasu.

Babska logika rządzi!

Historia Seha przykuła moją uwagę. Nie zaskakiwała, ale jednak bardzo wciągnęła. Nie chcę powtarzać tego, co pisali już przedmówcy, podobały mi się dialogi i pokonywanie przeszkód, które zdecydowałeś się ostatecznie rzucić bohaterowi pod nogi (jeśli dobrze zrozumiałem, to później wprowadzone zmiany – myślę, że na lepsze).

Nie analizowałem prawdopodobieństwa, czy coś takiego mogłoby się w ogóle wydarzyć na tle prawdziwej prehistorii, gdyż byłem tak pochłonięty lekturą, że w ogóle o tym nie myślałem.

“Klamra” w sumie trochę słabsza, niż historia właściwa, za wyjątkiem chwytliwego tekstu z ostatniej linijki. W ostatecznym rozrachunku i tak wszystko do siebie pasuje.

 

Chciałbyś się odnieść do uwagi Drakainy o znaczeniu łacińskiego słowa “dominatus”? Przez moment miałem łacinę w ogólniaku, ale nie jestem w stanie sam ocenić poprawności ;).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dziękuję za uwagi Nevazie i za nominację.

Chciałbyś się odnieść do uwagi Drakainy o znaczeniu łacińskiego słowa “dominatus”? Przez moment miałem łacinę w ogólniaku, ale nie jestem w stanie sam ocenić poprawności ;).

Moja wiedza z łaciny ogranicza się do znajomości kilku słów i kilkudziesięciu nazw gatunkowych paleofauny, więc tutaj nie podejmę się polemiki.

Czekam więc na wyrocznię Ninedin :).

Twoje najlepsze opowiadanie, jakie czytałem. O ile we wcześniejszych coś mi zgrzytało, tutaj odniosłem wrażenie, że obcuję z czymś dopieszczonym, zrównoważonym. No, dobra robota.

Przede wszystkim stawiasz sobie wysoko poprzeczkę i z zapasem ją przeskakujesz. Opowiadanie niemal pozbawione dialogów to niełatwa sprawa, ale Ty wyszedłeś z tego obroną ręką. Język jest idealnie dopasowany do treści. A rzadko to mówię.

Momentami mi się dłużyło, ale nie mogło być inaczej w przypadku założeń, które sobie postawiłeś. I właściwie po każdym zarzucie można by dodać takie „ale”. Więc chyba nie ma się tu co rozpisywać. Bo napisałeś to tak dobrze, jak się tylko dało. Przynajmniej takie jest moje zdanie, zobaczymy, jak podziała tutaj ewentualny redaktor. Gdybym to ja redagował, na pewno pogmerałbym przy pierwszym i ostatnim fragmencie, tam coś nie grało, ale nie do końca jestem w stanie powiedzieć co.

Imersja dobra. Oddałeś życie ówczesnych ludzi w fascynujący sposób. Nie mam wiedzy, by Cię „sprawdzić”, ale napisałeś tak, że Ci wierzę.

Tytuł intrygujący.

A w tematykę konkursu wpisałeś się ciekawie nie tylko epoką, ale też perspektywą. W tym tekście „spektakularny” rozwój w historii Seha nam się wydaje mały, ot jakieś tam lepienie czegoś z gliny itd. Jednak z punktu widzenia klanu – no, to rzeczywiście jest jakiś przełom. Może w ogóle to byłoby wystarczające, może niepotrzebne były „współczesne” sceny-klamry? Ale rozumiem, że bałeś się o tę spektakularność.

Podsumowując: zaserwowałeś egzotyczne danie. Nie chciałbym takiego jadać na co dzień, ale gdybym miał ochotę właśnie na coś w tym stylu, poszedłbym do Twojej kuchni. 

 

Dopisek po wynikach:

U mnie to był tekst numer jeden. Jak już pisałem, opowiadanie spełnia swoje założenia, więc nie widzę tu wiele do poprawiania. Przyjrzyj się może tylko tej klamrze, zbierz jakąś wypadkową z opinii na jej temat i zdecyduj, czy czegoś nie zmienić. Nic więcej chyba nie doradzę ;)

Gratuluję zwycięstwa :)

Bardzo ciekawy tekst, wykorzystujący minimum słów, a jednak potrafiący obrazami i uczuciami bohatera pokazać wszystko to, co najważniejsze. Bardzo jestem pod wrażeniem formy. Minimum dialogów, maksimum opisów sprawdziło się tu znakomicie. Seh jest bardzo wyraźną postacią, podobnie jak inne postacie z plemienia. Zapamiętam je na długo.

Tym, co psuje fabularną harmonię są dobrze wymyślone, ale totalnie nie pasujące fragmenty ze współczesności. Niby spinają one opowieść, niby są prologiem i epilogiem. Jednak ich wymowa nie pasuje mi do treści w tekście. Być może prolog służący jako epilog lepiej by wszystko podsumował. Tak wprowadzasz wątek jakiegoś eksperymentu i spisku mającego przywrócić znany nam porządek :)

Światotwórstwo nie jest jakieś szczególne, ale ciekawie wprowadzasz kolejne wynalazki: religię, garncarstwo itp. Wyjaśniasz je przy tym uczuciami i zdarzeniami z życia Seha, co miło podkreśla ich pochodzenie. Może tylko czasem dziwiłem się, że jeden osobnik tak wiele robi, ale cóż – takie założenie i poza lekkim chrobotaniem, nie przeszkadzało mi ono szczególnie.

Wykonanie dobre, nic nie przeszkadzało cieszyć się tekstem.

Podsumowując: świetny pomysł i forma, lecz przydałoby się lekko przemienić kompozycję i wyeliminować niektóre zbędne rzeczy, jak np. współczesne fragmenty.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Funie,

 

Dzięki za komentarz.

Mam pewną satysfakcję, bo póki byłeś w loży, nie udało mi się przekonać Cię do żadnego z moich tekstów. Na szczęście zostałeś jurorem w konkursie, więc niejako dostałem jeszcze jedną szansę.

Kwestię eliminacji współczesnych fragmentów przemyślę. Z jednej strony rozumiem, że mało pasują do praświata, z drugiej jednak pokazują jak istotne dla przyszłości okazały się te niby błahe wynalazki.

Bez nich zakończenie byłoby banalne i niepełne. Bo cóż się wydarzyło? Seh na swój sposób pomścił rodziców, a jednocześnie przygruchał sobie egzotyczną pannę. Co dalej? Jakie były skutki? Czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Współczesny wątek poniekąd to wszystko wyjaśnia.

 

NWM,

Co do współczesnych fragmentów, to mógłbym skopiować to, co napisałem Funowi. Wiele osób zwraca na nie uwagę, więc niewątpliwie coś jest na rzeczy, choć mam obawy, by cokolwiek w tym tekście ruszać, aby go nie popsuć. Na razie jego odbiór i ocena przerosły moje oczekiwania. Zastanawiam się, czy nie poczekać ze zmianami na potencjalne uwagi redaktora. Łatwiej wszak tę część współczesną usunąć niż napisać ją od nowa.

Dziękuje za TAK-a.

Mam pewną satysfakcję, bo póki byłeś w loży, nie udało mi się przekonać Cię do żadnego z moich tekstów. Na szczęście zostałeś jurorem w konkursie, więc niejako dostałem jeszcze jedną szansę.

Nie Ty jeden byłeś w podobnej sytuacji. Ale to świadczy o tym, że zrobiłeś postęp. 

Zastanawiam się, czy nie poczekać ze zmianami na potencjalne uwagi redaktora.

Ja mogę być potencjalnym redaktorem… ;P Ale na razie poczekaj przede wszystkim na komentarze pozostałych jurorów. 

Mam wrażenie, że już ostatnio (w ogóle sorry, że nie podjąłem wtedy dalszej dyskusji) mówiłem Ci, iż Twoje opowiadania zostawiam sobie na koniec zestawienia piórkowego w charakterze deserku, ponieważ mam niemal-pewność jakości i wyśmienitego smaku. I nawet przy założeniu, że nie siądzie mi na tyle, bym kogucim obyczajem piał z zachwytu, sypiąc jednocześnie pierzem dookoła, to i tak wiem, że czeka mnie spora czytelnicza frajda.

No cóż… Rzadziej niż bym chciał, ale zdarzają się takie momenty, kiedy naprawdę cieszę się, gdy mam rację.

Pomysł miałeś zasadniczo banalny, a przy tym, tak fundamentalnie, nietuzinkowy jak hamburger z McDonalda. Niemniej, jak się okazuje, był to pomysł w swej prostocie iście rewelacyjny. Siadło w punkt po prostu. A może – a może i bardziej niż “może” – wszystko rozbija się o to, że masz waszeć więcej niż dosyć talentu i umiejętności, by tak oklepany pomysł udźwignąć i jeszcze wyciągnąć z niego naprawdę świetną historię.

Osobne propsy, ma się rozumieć, za rozmach. Bo o ile czytywałem i widywałem już gros historii o tym, że zamiast tych jedynie słusznych, wygrali ci z półksiężycem, połamanym krzyżem, sierpem i młotem albo inną gwiazdą nieparzystoramienną, tak jeszcze nie spotkałem się z pomysłem, by zwycięzcami uczynić tych o masywniejszych szczękach i cięższych maczugach. I to jest chyba jedyny naprawdę oryginalny (przynajmniej dla mnie) akcent w tym opowiadaniu.

Inna rzecz, że jeśli wierzyć teorii, iż wygraliśmy życie biegając – więcej tym tematem przynudzałem u Mistrza Cobolda pod opowiadaniem Na obraz i podobieństwo, więc teraz, wybacz, nie będę się rozwodził – Twój koncept na ssaka naczelnego nie miał szans się ziścić w żadnym wypadku, więc opowiadanie należałoby traktować jako cokolwiek romantyczne fantasy, a nie sci-fi.

Cały dowcip polega jednak na tym, że ja, człek generalnie dość mocno skłaniający się ku temu, by wierzyć, iż koncept z urodzonymi biegaczami jest prawdziwy (nawet jeśli nie kluczowy, to jednak bardzo istotny w małp wyścigu ewolucyjnym), kupuję Twoją opowieść. Powiem więcej: jest ona na tyle sugestywna, że nie tylko podczas lektury zdołałem zawiesić niewiarę, ale też naprawdę kibicowałem Sehowi i jego plemieniu, mimo że to przecież “wróg”( i tak, od początku właściwie byłem świadom, że w tym wypadku kibicuję, z góry znając wynik walki).

Zapewne na karb mojej ignorancji można zrzucić, że fakt, iż w ciągu kilkunastu-kilkudziesięciu lat, no, powiedzmy w ciągu życia jednego pokolenia, Neandertalczycy przeskoczyli pewnie kilka, może kilkanaście wieków rozwoju homo-może-jednak-wcale-nie-tak-bardzo-sapiensa (a jeśli wziąć pod uwagę tę skądinąd bardzo ładną scenę końcową, w której Seh uczy się tolerancji, to można założyć nawet, że o całe tysiąclecia;), jakoś szczególnie mi nie przeszkadzał. Prawdę mówiąc, patrząc na Seha, czasem faktycznie widziałem uczące się niemal-zwierzę, ale generalnie jednak postrzegałem go jako swoistego Robinsona Cruzoe otoczonego zgrają Piętaszków, który musiał na nowo wynajdywać pewne znane już sobie wynalazki, jak, np. gliniane naczynia, żeby móc ugotować sobie rosół z Barnaby. Nie wiem czy właśnie taki efekt chciałeś osiągnąć (pewnie nie), ale wyszło jak wyszło, a przy tym wyszło to po prostu na dobre, bo całość, mimo wszystko, wypada na tyle naturalnie, że kiedy rozum mówił: “Hola, hola, napaleńcze! Przecież to już przesada!”, jakaś inna część mnie odganiała go miotłą, powtarzając: “Nie nudź!”. Koniec końców stanęło na tym, że – mimo oczywistych jednak zastrzeżeń – zostałem z myślą, że w sumie, to może i dałoby radę w tę stronę.

Ergo – motyw przewodni opowiadania masz u mnie na plus.

Poza tym na plus masz jeszcze… no, zasadniczo to chyba wszystko. Co prawda mam wrażenie, że jeśli chodzi o styl, to jego estetyka została nieco w tyle za taką “Kumari”; tutaj było bardziej rzeczowo, a mniej… błyskotliwie. Wiesz, znacznie rzadziej – niemniej wciąż jednak – miałem myśli w stylu: “Pisklątko, ależ to jest ładne/fajne/mądre/wszystkie z powyższych zdanie!” Co nie zmienia oczywiście faktu, że tekst jest napisany bardzo porządnie, fajnym językiem, niezwykle obrazowo i wciągająco. Klimat – takie porządne postapo z elementami “drogi” i trochę jednak filmu historycznego (żeby nie popłynąć i nie powiedzieć: przyrodniczego) – też rewelacja.

Najbardziej jednak podobało mi się poczucie realizmu bijące z tego opowiadania, przy czym w tej chwili nie mówię o wynalazkach Seha, a o postaciach, kulturze, trybie życia, komunikowaniu się, hierarchii… Słowem jednym bądź kilkoma, o tym wszystkim, dzięki czemu miało się wrażenie, że ta społeczność istniała naprawdę, a Ty całymi dniami siedziałeś ukryty gdzieś w krzakach i obserwowałeś ich życie codzienne.

Tylko punkt kulminacyjny – walka – wydał mi się już taki trochę za bardzo “do przodu”; zbyt nagły, pośpieszny, jakby skondensowany (zgaduję, że wybrzmiewają w tym echa limitu, taka jego mać) i przez to trochę jednak zaburzający tempo, balans i co tam jeszcze można było zaburzyć. Generalnie, tak na me gusta, powstał pewien delikatny acz wyczuwalny dysonans, który jednak rzutuje na odbiór całości w stopniu co najwyżej niezerowym.

Co do obrazków z współczesności natomiast, również robią robotę. Scena wyjściowa, nie dość, że bardzo ładna, to jeszcze, mimo że nie ma hitchcockowego trzęsienia ziemi, od razu chwyta czytelnika (przyznać jednak muszę, że “kobieta o nietypowej urodzie” zupełnie mi się nie podobała. Jakieś takie nieładne, a przy tym na swój sposób nachalne to zdanie. Trochę tak, jakbyś wskazał palcem na niepełnosprawnego autobusie i krzyknął: “Mamo, patrz, on jest INNY!” – tak więc pierwsze wrażenie mogłoby być lepsze). Epilog natomiast jest takim sympatycznym mrugnięciem oka w stronę Darwina.

 

Podsumowanie niniejszego komentarza będzie bardzo (nawet jak na mnie ;) krótkie, ale za to treściwe: miałem rację.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jedno z opowiadań najlepiej odpowiadających założeniom konkursu – tu mamy rzeczywiście technologię zmieniającą tory rzeczywistości. Pomysł zacny, w sposobie przedstawienia i końcowym twiście trochę przypominający mi „Genesis” Becketta. Opowieść niespieszna, rozłożona na lata, ładnie wkomponowana w motyw nieustającej wędrówki plemienia i w przemiany pór roku – w efekcie nie przeszkadza mi skupienie całego tego postępu wokół jednego bohatera – jest w tym coś epickiego. Podoba mi się też, że bohater nie jest superbohaterem – płaci za swoje sukcesy niepowodzeniami w życiu osobistym.

Konstrukcyjnie widać trochę nierównowagi – opowieść zwalnia i przyspiesza, pewne wątki nie splatają się lub nagle urywają (co się stało z Mehą?). Językowo brakuje mi nieco szlachetności z „Kumari” – tak jakbyś tym razem się spieszył, wybierając pierwsze słowa, które Ci przyszły na myśl.

Pochlebiam sobie, że przebijają się tu motywy z mojego „Na obraz i podobieństwo” („Człowiek czy zwierzę?”) ;)

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Cieniu,

czekałem na Twój komentarz z niecierpliwością i po raz kolejny się nie zawiodłem. Pomijając peany pochwalne, które są miodem na me serce, a które skromność nakazuje przemilczeć, to z zarzutami wszystkimi właściwie się zgadzam.

Rację masz, że pomysł banalny, a fabuła prosta. Byłem tej prostoty świadom, stąd też nie liczyłem specjalnie, że ów tekst zwojuje świat. Tym większa niespodzianka, że jednak się spodobał.

Skupiłem się na uwiarygodnieniu życia praludzi, oddaniu realiów epoki oraz możliwie naturalno-przypadkowym odkryciu wynalazków przez Seha. Jednocześnie musiały być one na tyle spektakularne, by odwrócić bieg historii.

Co prawda mam wrażenie, że jeśli chodzi o styl, to jego estetyka została nieco w tyle za taką “Kumari”; tutaj było bardziej rzeczowo, a mniej… błyskotliwie.

Masz rację. Pisząc Kumari, byłem na etapie fascynacji słowem i opisami. Z jednej strony zdarzało mi się sklecić dzięki temu zdania piękne, a z drugiej popadałem czasem w manierę nadmiernej kwiecistości. Ostatnio coraz rzadziej to robię. Skłaniam się ku większej prostocie języka, przez co owej błyskotliwości może brakować. W tym przypadku jednak prosty język pasował do przedstawionych bohaterów, jak i całego opowiadania.

Czy wrócę kiedyś do stylu z Kumari? Nie wiem, czy jeszcze potrafię.

 

Tylko punkt kulminacyjny – walka – wydał mi się już taki trochę za bardzo “do przodu”; zbyt nagły, pośpieszny, jakby skondensowany (zgaduję, że wybrzmiewają w tym echa limitu, taka jego mać) i przez to trochę jednak zaburzający tempo, balans i co tam jeszcze można było zaburzyć. Generalnie, tak na me gusta, powstał pewien delikatny acz wyczuwalny dysonans, który jednak rzutuje na odbiór całości w stopniu co najwyżej niezerowym.

Również w tym miejscu trudno się z Tobą nie zgodzić. Pisałem końcówkę pospiesznie, choć raczej nie z racji limitu, gdzie na tym etapie miałem jeszcze pewien zapas. Powód był inny. Zdawało mi się, że zaczynam przynudzać, że zbytnie odwlekanie sceny, której czytelnik oczekuje od samego początku, będzie męczące. Chciałem oszczędzić sobie nudy pisania o niczym, a czytelnikom dłużyzn, stąd też ta akcja w końcówce przyspiesza. Limit zapewne też swoje zrobił, bo po becie już się w nim przestałem mieścić.

 

Scena wyjściowa, nie dość, że bardzo ładna, to jeszcze, mimo że nie ma hitchcockowego trzęsienia ziemi, od razu chwyta czytelnika (przyznać jednak muszę, że “kobieta o nietypowej urodzie” zupełnie mi się nie podobała.

Pozwoliłem sobie skorzystać z Twojej rady i to nachalne zdanie zmieniłem.

Przy okazji dopisałem jeden akapit do tej sceny (i chyba przekroczyłem limit).

 

Dziękuję za uwagi, pochwały oraz pierwszego TAK-a.

 

Coboldzie,

odnośnie do niestabilnego rytmu oraz braku “szlachetności Kumari”, to niemal ten sam werdykt wydał Cień. Macie oboje rację. Szczegółowe wyjaśnienia znajdziesz kilka akapitów wyżej.

Na “Obraz i podobieństwo” to jedno z moich ulubionych portalowych opowiadań. Przyznam się, że dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak bliska jest wymowa obu tych tekstów. 

Do napisania “Homo sapiens planifacialis” skłoniła mnie głównie Twoja przedmowa do konkursu Retrowizje. Sugestia, że akcja może się dziać w paleolicie a wynalazki mają być spektakularne, sprawiła, że w jednej chwili od razu wiedziałem, o czym chcę napisać.

 

Co się stało z Mehą?

Nic. Jest matką, członkinią klanu, i pozostaje w cieniu, jak zawsze.

 

Dziękuję za komentarz i TAK-a.

Jestem pod wrażeniem. Od momentu ukończenia lektury wiedziałam, że to opowiadanie będzie w mojej ścisłej czołówce.

Jest tu pełna historia, która pokazuje dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam w tym konkursie, wpływ technologii na świat i jego kształt.

W pewien sposób tekst jest prosty, minimalistyczny, bez zbędnych ozdóbek i rozdmuchania, a jednak niezwykle wpływający na wyobraźnię i obrazowy. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję za miłe słowa, Śniąca.

Nowa Fantastyka