- Opowiadanie: drakaina - Objaśnianie marzeń sennych

Objaśnianie marzeń sennych

“Śni mi się szafa, Freud mówi, że to dupa, to czy jeśli śni mi się dupa, to znaczy, że to szafa?” (Antoni Słonimski)

 

Fantastyki nie ma dużo ;)

 

Opowiadanie uczestniczyło w konkursie „W głębi snów” (ścieżka B).

Jeśli podoba Ci się ten temat, przekaż darowiznę na fundację Synapsis: http://synapsis.org.pl/ (przycisk „Przekaż darowiznę” na stronie fundacji).

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Objaśnianie marzeń sennych

– Czy może pan wyegzorcyzmować sen? – W głosie siedzącego na wyleniałej kozetce młodego mężczyzny o lekko orientalnych rysach pobrzmiewały niemiecki akcent i wyraźna udręka.

Inspektor Vidocq wymruczał pod nosem przekleństwo, po czym uprzejmym tonem zaczął:

– Od egzorcyz…

Petent nie pozwolił mu dokończyć.

– Są specjaliści, wiem. Ale rozmawiałem z księdzem, pastorem i rabinem, i wszyscy zgodnie przyznali, że to nie siła nieczysta. A więc formalnie egzorcyzmować się nie da.

– W takim razie dlacze…

– Ponieważ nie znajduję innego określenia. – Młodzian znów przerwał Vidocqowi w pół słowa. – No bo właściwie, co ja mam zrobić? Chcę się pozbyć snu, a żeby się go pozbyć, muszę go odegnać, wygnać, przegnać… Słowem: wyegzorcyzmować.

Inspektor spojrzał na niego spode łba i spróbował:

– Od egzor…

– Tak, tak, już przez to przeszliśmy. Pomoże mi pan czy nie?

– Jeżeli odpowiem, że nie, to pan opuści moje biuro i nigdy więcej tu nie wróci? – W głosie inspektora nie było nadziei, raczej ciekawość, jakiej odpowiedzi udzieli dziwaczny klient.

Jego rozmówca przechylił głowę; wyglądał teraz trochę jak ptak.

– Nie – odpowiedział krótko. – Jest pan moją jedyną nadzieją.

„Dlaczego ja?” cisnęło się inspektorowi na usta, ale dał sobie spokój. Młodzieniec jednak odpowiedział:

– Pan podobno jest w stanie rozwiązać każdą zagadkę, a ja jestem przekonany, że…

Vidocq machnął ręką.

– Co takiego się panu śni, że nie może pan z tym wytrzymać? – zapytał zmęczonym głosem. Musiał jednak przyznać, że upór klienta go zaintrygował.

– Szafa – odparł młodzian.

 

Godzinę później Vidocq stał na środku niewielkiego pokoiku w podparyskim Batignolles. Gospodyni, posępna dama w podeszłym wieku, zmierzyła go krytycznym wzrokiem i wymruczała coś o lokatorach przyprowadzających podejrzanie wyglądających gości, ale nie wyrzuciła za drzwi.

Pokój wyglądał tak samo jak tysiące podobnych w mieście i okolicach: proste metalowe łóżko, wytarty dywan, biurko, z którego całkowicie odpadła politura, chybotliwe krzesło, lekko dziurawe zasłony. A raczej wyglądałby właśnie tak, gdyby nie jeden szczegół. Zamiast powszechnych w takich przybytkach tanich litografii, na ścianach wisiały odręczne szkice.

Wszystkie przedstawiały szafę. Tę samą szafę. Całkowicie zwyczajną szafę. Niczym niewyróżniającą się szafę, doszedł w końcu do wniosku Vidocq, czując ogarniającą go frustrację.

– Widzi pan? – Pan Edelstein, bo tak się zdążył przedstawić, rozłożył ręce. – Nie daje mi spokoju.

– Pan żąda ode mnie, żebym wyegzorcyzmował z pańskich snów tę szafę. – Vidocq zrobił wszystko, żeby to stwierdzenie zawarło w sobie nieskończone pokłady ironii.

Tamten entuzjastycznie przytaknął.

– Chodźmy do najbliższej kawiarni – powiedział z rezygnacją inspektor. – Może dobre ciastko poprawi mi nastrój.

 

Między kolejnymi kęsami szarlotki, a następnie sernika, po którym przyszła kolej na torcik czekoladowy, inspektor zdołał się dowiedzieć, że szafa nie przypominała jego klientowi żadnego konkretnego mebla. Nie zapamiętał jej z dzieciństwa, nie stała nigdy w jego domu ani też u rodziny czy znajomych.

– Sam pan widział. – Monsieur Edelstein westchnął ciężko. – Po prostu szafa.

Vidocq skinął na kelnera i zażądał drugiego kawałka szarlotki.

– Widziałem – burknął. – Tylko nie rozumiem, co ona panu przeszkadza we śnie.

Rozmówca spojrzał na niego ze zdumieniem.

– Pan naprawdę nie przejąłby się tym, że co noc śni się panu szafa?

– Przejąłbym się, gdyby mnie goniła, kłapała drzwiami i chciała pożreć… – Inspektor dawno, a może nigdy, nie czuł się tak nie na miejscu. Dawno też osiąganie pożądanego stopnia sarkazmu nie przychodziło mu tak łatwo.

Co on robił w kawiarni z nawiedzonym emigrantem z austriackiej Galicji, którego problemem był sen o szafie? Konsumpcji ciast towarzyszyła opowieść o zawiedzionych nadziejach politycznych, nędznych perspektywach w rodzinnym miasteczku, przerwanych studiach medycznych, braku pieniędzy i nierokującej nadziei karierze nauczyciela niemieckiego. Edelstein o wszystkim mówił ze swadą, ale Vidocq czuł, że czegoś w tej historii brakuje. Oczywiście przede wszystkim brakowało kryminalnej zagadki. Dobrze przynajmniej, że mieli tu całkiem przyzwoite ciastka, inaczej ta opowieść zdążyłaby uśpić inspektora.

Normalnie, jako szef policji kryminalnej Eugène-François Vidocq nie jeździłby po przedmieściach z powodu cudzych snów. Swoich zresztą też. No, może gdyby śniący we śnie lub na jawie gonił współobywateli z siekierą albo dokonywał innych przestępczych czynów. Na pewno nie wybrałby się tak daleko z powodu snu, który nie był ani przerażający, ani choćby niepokojący. Od fanaberii, że komuś nie podobają się jego sny, są doktorzy twierdzący, że leczą melancholię. Niemniej siedział tu, w podmiejskiej cukierni, ponieważ ostatnio miał mało pracy. Królewscy ministrowie popatrywali na niego niechętnie, a w kuluarach urzędów dawały się słyszeć podejrzliwe i nieprzyjazne komentarze o tym, że inspektor lada moment może się okazać persona non grata. A jakkolwiek odłożył nieco pieniędzy, prędzej czy później w oczy zajrzy mu nie tylko polityczna i zawodowa porażka, ale też perspektywa przeprowadzki do podobnego pokoiku, jaki zajmował Edelstein. I zarabiania na rozwiązywaniu podobnie bezsensownych zagadek. Na dodatek opowieść o braku uczniów sprawiła, że postanowił nie wziąć od młodziana grosza za te rozmowy.

Z ponurych rozmyślań wyrwała go niespodziewana konstatacja. Edelstein, który właśnie opowiadał o tym, jak we śnie usiłuje otworzyć szafę, a ona stawia mu niedający się niczym wytłumaczyć opór, zarumienił się.

– Panie Edelstein – mruknął Vidocq – rozumiem, że rumieniłby się pan na myśl o pięknej, albo i niepięknej, ale zawracającej w głowie kobiecie, niemniej… – Urwał.

Touché, pomyślał, obserwując jak różowe dotychczas policzki jego rozmówcy zmieniają powoli kolor na buraczkowy.

– A więc jest w tym wszystkim kobieta, zgadza się? – zapytał triumfalnie.

Dwie bezy później sprawa się wyjaśniła.

– I widzi pan – zakończył Edelstein z westchnieniem. – Wszystko byłoby łatwe, gdyby Pola nie była córką rabina i na dodatek wnuczką sławnego cadyka.

Vidocq uniósł pytająco oczy.

– Jej dziadek był, no wie pan, cudotwórcą. Rozmawiał z aniołami, zwierzęta do niego ludzkim głosem mówiły, ponoć był w stanie przebywać w kilku miejscach naraz, a czasem zamiast chodzić unosił się nad ziemią…

Inspektor wodził palcem po blacie, rozważając, czy następne pytanie zasługuje na trzecią bezę, czy może skosztowanie ptysia.

– Czy mademoiselle Pola mogła po dziadku odziedziczyć jakieś… nadprzyrodzone zdolności? – Udało mu się zadać to pytanie całkiem zwyczajnym głosem.

Edelstein zasępił się.

– Nie wiem – odrzekł niepewnie. – A poza tym nijak nie rozumiem, jak to się ma do mojej szafy?

Kilka ptysiów, pomyślał Vidocq i skinął na kelnera.

– Uważam – powiedział z namysłem, przyglądając się gęstemu kremowi – że nie jest pan obojętny pannie Poli, że panna Pola wręcz nie może panu darować, że uciekł pan tchórzliwie z tej waszej Galicji, zostawiając ją na lodzie…

– Jestem tylko synem biednego krawca – wymamrotał Edelstein. – Ojciec był wprawdzie w wojsku, w Pułku Starozakonnym naczelnika Kościuszki, wie pan…

– Proszę nie zmieniać tematu, monsieur – upomniał go Vidocq, machając ręką na te szczegóły, choć nazwisko nie było mu całkiem obce. – Zwłaszcza że jeśli to powód do chwały pańskiego ojca, to rabin zapewne nie będzie miał nic przeciwko wydaniu za pana córki.

– Nadal nie rozumiem…

– Co w tym wszystkim robi szafa? – przerwał mu inspektor. – To oczywiste. Panna Pola przemawia do pana we śnie, ale pan tak się uparłeś, że z tego małżeństwa nici, że… No, że zamknąłeś pan te marzenia w szafie.

Zabrzmiało to mało przekonująco, ale Edelstein wpatrywał się w niego jak w proroka. Lub cudotwórcę.

– Niech pan się tylko nie spodziewa, że zacznę tu lewitować – mruknął Vidocq.

 

Tydzień później w drzwiach jego biura pojawiła się znajoma sylwetka.

– Monsieur Vidocq – powiedział niepewnie Edelstein.

– Już pan wrócił z Galicji? – zdumiał się inspektor.

– Z Galicji? Nie, ja tylko… Nie wiem, co zrobić, bo od kiedy rozmawialiśmy w tej kawiarni… – Rozłożył bezradnie ręce. – Już nie…

– Nie śni się panu szafa? To doskonale. Wyegzorcyzmowana! – Inspektor klasnął w dłonie.

Młodzieniec spuścił głowę i zarumienił się.

– Niby tak, ale niezupełnie, monsieur. Bo widzi pan, od tamtej nocy śni mi się Pola, więc nie wiem, co właściwie…

– Proszę być spokojnym. Wątpię, by znaczyło to, że powinien pan kupić szafę.

Chłopak spojrzał na niego, jakby nic nie rozumiał. Vidocq westchnął, wzruszył ramionami, wskazał gościowi krzesło i podsunął talerzyk z ciastkami.

– To doskonale, że śni się panu ukochana, to dobry znak…

Edelstein podniósł na niego błagalny wzrok.

– Niezupełnie – szepnął. – Bo ona bardzo się w tych snach gniewa. Nie mam pojęcia…

– Nie wie pan, co to ma znaczyć?! – wybuchnął Vidocq. – Wydawało mi się, że jest pan na tyle bystry, żeby zrozumieć, o co chodzi.

Edelstein obracał w rękach kapelusz.

– Znaczy, pan uważa…

– Tak, panie Edelstein. Uważam, że powinien pan pojechać do domu, oświadczyć się pannie Poli, rabinowi powiedzieć, że… No nie wiem, że skoro jakoś tam śnicie się sobie, to może wasz syn będzie z aniołami rozmawiał jak przodek?

Chłopakowi rozbłysły oczy.

– Myśli pan, że zostanę ojcem następnego cadyka? – zapytał.

– Tylko pod warunkiem, że zaraz spakujesz pan manatki i wsiądziesz w dyliżans do Strasburga, a potem dalej na wschód – odparł zgryźliwie Vidocq.

Edelstein miał minę, jakby chciał mu się rzucić na szyję, więc inspektor na wszelki wypadek zabarykadował się za biurkiem.

– No, no, niech pan jedzie, niech się pan żeni i niech pan zje dużo słodyczy na weselu w moim imieniu. Nie zaszkodzi panu nieco przybrać na wadze.

Młodzieniec rzucił mu promienny uśmiech i wybiegł z biura.

 

***

 

Przez kolejne lata, kiedy przez Francję i Europę przetaczała się fala rewolucji, a inspektorzy przestawali być policjantami, by następnie wraz ze zmianą rządu zostać nimi na nowo, Vidocq zdążył zapomnieć o Edelsteinie, jego szafie i wnuczce cadyka. Aż do dnia, kiedy na biurku znalazł bilecik wizytowy, głoszący: „Samuel Edelstein. Doktor medycyny, alienista” i adres w przyzwoitej paryskiej dzielnicy. A na odwrocie zaproszenie do odwiedzin.

W drzwiach malutkiego domku powitał go nieco tylko poważniej wyglądający dawny klient.

– Bardzo się cieszę, że pan przyszedł – powiedział. – Jest pan architektem mojego szczęścia. Gdyby nie pańska przenikliwa analiza tych snów…

Vidocq powstrzymał się od sarkastycznej uwagi.

– Wie pan, oświadczyłem się, opowiedziałem rabinowi o tym, że Pola mi się śniła…

Mam nadzieję, że opuściłeś pan epizod z szafą – pomyślał inspektor, ale zachował tę uwagę dla siebie.

– Przez te sny przyszły teść ujrzał we mnie znakomitego zięcia, więc dał mi pieniądze na studia we Lwowie – kontynuował Edelstein. – Potem odbył się ślub z mnóstwem słodyczy, Pola dostała posag jak się patrzy, ojca nawet zaopatrzyłem, a później… No, przyjechaliśmy tutaj, bo żona też chciała się uczyć. Zapisała się do szkoły położnych i dostała pracę w szpitalu…

W sieni pojawiła się ładna, niewysoka i dość pulchna kobieta z mniej więcej trzyletnią dziewczynką na ręce. Otwarte drzwi saloniku sprawiały, że po domu snuły się smakowite zapachy.

Kiedy weszli do pokoju, inspektor pomyślał, że śni. Między oknami, na poczesnym miejscu pokoju, stała szafa. Dokładnie taka jak na rysunkach, które lata temu widział w marnym pokoiku w Batignolles. Bardzo zwyczajna, dość stara szafa.

Spojrzał pytająco na Edelsteina.

– To szafa z domu mojego ojca, z sypialni – odezwała się Pola. – W dzieciństwie chowałam się do niej, jak coś nabroiłam. Jak po wyjeździe Samuela złościłam się na niego, miałam wielką ochotę zrobić to znowu. Nie wiem jednak, jak zdołała mu się przyśnić, skoro nigdy jej nie widział. – Pogładziła męża po ramieniu.

– To ty mi się śniłaś jako…

Vidocq odchrząknął, przerywając tę niezręczną wypowiedź.

– Sam pan inspektor tak powie…

– Coś tu wspaniale pachnie. – Vidocq zgromił Edelsteina wzrokiem.

– Och, upiekłam chałkę, strudel, rożki, zrobiłam cymes… – odpowiedziała Pola. – Samuel wspominał, że pan bardzo lubi słodycze.

Inspektor potaknął gorliwie.

– Mam tylko nadzieję, że mała nie odziedziczyła po tacie żadnych dziwnych zdolności – dodała pani Edelstein z westchnieniem. – To niełatwe mieć w rodzinie cudotwórcę. Dlatego chciałam wyjechać, żyć normalnie. I dlatego cieszę się, że Eugenia na pewno nie zostanie rabinem.

Jej mąż miał minę, po której łatwo można było się domyślić, że nie zrezygnował z marzeń o zostaniu ojcem cadyka.

– Eugenia? – zapytał Vidocq, uprzedzając dyskusję na temat przyszłego potomstwa i jego losów.

– Dostała imiona po panu – wyjaśniła Pola. – Ojciec wolałby Sarę lub Rachelę, ale wnuczka jest Eugénie-Françoise. Bo przecież gdyby nie pan, nie byłoby jej na świecie, prawda?

Inspektor przestępował z nogi na nogę. Nie czuł się dobrze w roli swata.

– Skosztuje pan wypieków? – zapytał Edelstein.

Vidocq usiadł razem z nimi za suto zastawionym stołem i począł degustować słodycze, jakich nigdy wcześniej nie jadł. Tylko co jakiś czas podejrzliwie zerkał w stronę szafy, jakby obawiał się, że kiedy wróci do domu, we śnie wyjdą z niej niepożądane cienie młodzieńczych romansów.

Koniec

Komentarze

Drakaino, uważam, że tekst pod względem technicznym jest dobry i przyjemnie się go czyta. Z drugiej strony, chociaż akceptuję istnienie fikcji literackiej, niestety nie mogę sobie wyobrazić Vidocq-a z jego kryminalną przeszłością oraz raczej specyficznym usposobieniem, jako osoby zajmującej się sprawą nieporadnego pana Edelsteina, przy okazji częstującą go słodyczami w cukierni.

 

Normalnie, jako szef policji kryminalnej Eugène-François Vidocq nie jeździłby po przedmieściach z powodu cudzych snów.

Z tego co pamiętam, Vidocq po usunięciu z tego stanowiska założył pierwsze na świecie biuro detektywistyczne (oferujące cały wachlarz różnych usług). To tylko sugestia, ale jeśli Edelstein zgłosiłby się do niego z tak niecodzienną sprawą w tym czasie, cała sytuacja mogłaby zyskać na prawdopodobieństwie.

 

Plus za to, że szarlotka jest wynalazkiem francuskiego cukiernictwa z tego okresu, a cymes potrawą żydowską. Tekst zdecydowanie zyskuję na autentyczności, właśnie dzięki takim szczegółom :D

Tylko trochę żałuję, bo wydaje mi się, że coś istotnego umyka mi w fabule opowiadania, bez czego znacznie traci w moich oczach na wartości :/

Krikosie, Vidocq założył biuro detektywistyczne w 1833 roku, pod tym względem film z 2001 też jest historią alternatywną ;) Z policji odszedł 20 czerwca 1827, więc to opowiadanko dzieje się tuż przed. Mój Vidocq ogólnie jest mocno alternatywny, aczkolwiek na poważnie to od 1829/30. Ten tekst jest w zamierzeniu humoreską, bo sądząc z pamiętników, EFV nie był poczucia humoru pozbawiony. A chciałam mieć ten epizod osadzony w najbardziej ponurym okresie burbońskiej Restauracji – mam ku temu swoje powody, ponieważ należy on do większego cyklu.

Miło mi jednakowoż, że kolejny czytelnik wie, o czym;/kim mowa :)

 

Jeżeli tym, co umyka, jest kwestia szafy, to wrzuciłam podpowiedź do przedmowy…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ha! To naprawdę zabawny tekst. Bardzo mi się podobał. yes

Fantastyka: jest.

Motyw snu: jest.

 

Opowiadanie poprawne, eleganckie, ale jednak bez jakiegoś głębszego ładunku. Nie chodzi mi tu nawet o ten efekt wow, jak w „Tworzywie snu”, zwyczajnie tekst w zaskakujący sposób połączył dobry styl z jednak pewnym znudzeniem. Co ciekawe, konwencja naprawdę dobra, opowiadanie bardzo przypomina sposobem prowadzenia historii opowieści właśnie stulecia – włącznie ze sposobem dotarcia do finału. Z jednej strony zaletą tekstu jest ta umiejętność wczucia się w ten zapomniany styl. Z drugiej… mnie ten sposób opowiadania niestety nie przekonuje. Zwyczajnie niby coś się stało, a jakby nic się nie stało.

 

BTW, gdyby nie sugerowano miejsca akcji (Francja), obstawiałbym, że dzieje się ona w Wiedniu (przez skojarzenie z kulturą kawiarnianą).

 

Ciekawe opowiadanie. Pomysł pokazania inspektora Vidocq’a w trochę innym świetle, wypadł całkiem nieźle. W końcu każdy chyba potrzebuje czasami jakiejś odskoczni.

Od pierwszych linijek tekst skojarzył mi się z Freudem, konkretnie z pracą “Psychopatologia życia codziennego. Marzenia senne”. Cytat z przedmowy pomaga w interpretacji. Według mnie, nawiązanie do Freuda, ale z nutą humoru to jeden z największych atutów tego tekstu. Czytelnik zaczyna się zastanawiać, gdzie kończy się psychologia a zaczyna fantastyka. Doceniam też przejrzysty styl opowiadania i szczegóły budujące klimat. Podobało mi się wyjście poza stereotyp. Wreszcie przeczytałam o inspektorze, który nie ma problemów z alkoholem, za to lubi ciastka.

 

Wreszcie przeczytałam o inspektorze, który nie ma problemów z alkoholem, za to lubi ciastka.

ANDO, miód na moje serce. Ja mam alergię na policjantów, którzy non stop są na kacu i marzą jedynie o przeleceniu jakiejś panienki. Nie ma nudniejszej postaci ;)

 

I dziękuję za opinie – także Łukaszowi, Wilkowi i Straferowi!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Choć jestem delikatnie rozczarowany drugim fragmentem, to nie da się ukryć, że jest to słowo drukowane. Ba, rzadko to piszę tutaj, na forum, ale ja to słowo chętnie bym kupował. Jest dokładnie takie jak lubię. Fajny byłby zbiór takich opowiadań, nie wiem, czy nie wspominałaś już, że nad tym pracujesz?

Tym razem historii jest tyle, ile powinno być, nie przytłaczasz faktami. A jeśli chodzi o zbiór opowiadań, to osobiście marzy mi się, żeby przeplatała się w nich co jakiś czas jedna historia, a właściwie, jeden wróg, z którym na końcu przyjdzie się Vidocq’owi (jak to odmieniać?) zmierzyć. Ale taki potężny, w walce na śmierć i życie, że trzeba będzie ptysie odstawić na bok. ;)

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Opowiadanie przednie i jeśli mogłabym kliknąć bibliotekę, zrobiłabym to bez wahania, lecz cierpliwie czekam na zakończenie trzymiesięcznego stażu, to i tak moim zdaniem krotki czas, aby uzyskać takie uprawnienie – jako użytkownik (drugi warunek dotyczący liczby zamieszczonych komentarzy sądzę, że już spełniłam).

Jak zapewne wiesz, bohater spodobał mi się, już od pierwszego przeczytanego tekstu o nim, a że lubi ciastka, to tym lepiej dla niego i czytelników.

Cytat Słonimskiego przedni:), aczkolwiek się z nim nie zgadzam, jednak wszyscy upraszczali i to zabawne, a poza tym ja też to robię i robiłam;). Przeczytaj książkę Josha nt. recepcji Freuda – dla mnie była ciekawa, pomimo wiedzy skądinąd. 

 

Dla mnie – niestety – kłopot jest z nawiązaniem wprost do Freuda: objaśnianie marzeń sennych, sen i jego egzorcyzmowanie. Z kozetką też, ponieważ zbyt charakterystyczna jak na odgrywanie tylko roli mebla, który (naturalnie) był używany w tamtym czasie, lecz miał inne zastosowania. Chodzi mi o czas, a właściwie pół wieku.

Freud urodził się w 1856, a cała psychologia i psychologizm wraz z laboratorium Wundta – 1879. Jakakolwiek terapia słowem to (w najlepszym razie) od Charcota (połowa dziewiętnastego wieku). Pewnie znasz ten niesamowity obraz, obok którego pomykają studenci, nie zauważając go. Wstawię link do artykułu, a nie obrazu, ponieważ w nim zaznaczone są postaci, w tym Babiński, Tourette (eh, tamte czasy to dla mnie najwspanialsza opowieść). 

 https://wszystkoconajwazniejsze.pl/bartosz-kabala-lekcja-w-szpitalu-salpetriere/

 

Mamy rok – przyjmijmy 1829-1930.

Ok, możemy rozważać początki psychiatrii, czyli końcówkę osiemnastego wieku i umowne zdjęcie więzów z szaleńców – Pinel, rok 1792 i kolejny symbol. Obraz przedstawiający Philippe’a Pinela w paryskim azylu Salpêtrière, gdzie nakazuje, aby uwolniono z łańcuchów chorą kobietę, autor Tony Robert-Fleury, 1795. Pytanie jak leczono – rozmową? Raczej umoralniającą, z dodatkiem pokuty. Naturalnie mogło to iść w kierunku egzorcyzmowania.

Strasznie fajna autorka, napisała fascynującą opowieść o melancholii. Chyba jest lepsza, a może, po prostu, w inny sposób opisuje tamtą, polską rzeczywistość psychiatryczno-psychoterapeutyczną (no dobrze, psychoanalityczną, gdyż król był jeden wtedy), niż moj mistrz – filozof z kręgu psychoanalizy profesor P. Dybel. Rekomenduję przeczytanie, bo określenia boskie:), na przykład ”smutnodur”, czy domodur.

https://www.granicenauki.pl/narodziny-psychiatrii-dobry-czy-zly-poczatek-15303

Z trzeciej, poniekąd strony, wartałoby mieć – niejako z tylu głowy, to co podkreślał Foucault , że internowanie i władza nad szaleńcami, więzi też rozum.

 

No, jeśli już tak poszłam w rozliczne dygresje, to odnosząc się do samego opowiadania chcę napisać, że jest: lekkie tj. dobrze się czyta; drukowalne tzn. napisane hadko; z poczuciem humoru (to punktuję zawsze, ponad miarę – gdyż cenię dystans). Minus jest jeden – czas i Freud. 

PS. Daj znać, jeżeli piszesz coś zahaczającego o psychoanalizę, psychoterapię  – tu, mam wyczucie, niekiedy wiedzę, a jeśli nie, to to szybko mogę  ustalić co i jak:).

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, ależ ja całkowicie świadomie przesunęłam ten pseudo (!!!) freudyzm o pół wieku wstecz :) To w zamierzeniu miał być właśnie żart z upraszczania Freuda i taki niby-freudyzm przed Freudem – on jest tylko w warstwie słownej przecież. Jeśli jest tu jakiekolwiek głębsze dno, to takie, że ponieważ mój świat wychodzi przede wszystkim z epoki napoleońskiej, a jedną z uczennic Freuda i osobą, która pomogła mu uciec z Austrii w okresie międzywojennym, była niejaka Maria Bonaparte, prawnuczka jednego z młodszych braci Napoleona, to gdzieś tam jest maleńki ukłonik w jej kierunku, zwłaszcza że w innym moim opowiadaniu (”Noir”) pojawia się w tle jej dziadek.

Natomiast całe “objaśnianie” jest tu żartem i niepotrzebnie potraktowałaś je na poważnie (zboczenie zawodowe?) – chodzi przecież o odgadnięcie, co naprawdę trapi petenta, a nie o jakąkolwiek realną psychoanalizę czy interpretację snów. Vidocq ani przez chwilę nie traktuje swojego gadania o szafie we śnie poważnie, trafia raczej intuicją w to, co trapi młodzieńca, a “wspólny” sen jest elementem fantastycznym. To nie analiza snu tak naprawdę cokolwiek tu wyjaśnia, ale zwykły dar obserwacji. Nie wykorzystywałabym zresztą anachronicznie prawdziwych założeń psychoanalizy, bo nie przepadam za takim “postmodernizmem”.

A kozetkę wprowadziłam w becie, ponieważ nikt (!!!) nie skojarzył z początku tego opowiadania z Freudem :/ Dlatego też wrzuciłam ten cytat ze Słonimskiego do przedmowy, bo nikt go nie kojarzył… Oryginalnie, w becie i w konkursie, bohater nazywał się zresztą Samuel Natanson – od drugiego imienia Freuda i nazwiska panieńskiego jego matki, ale okazało się, ze SN to był też łódzki cukiernik i jedna osoba sobie to wyguglała, a ja nie chciałam skojarzeń z kimś konkretnym.

 

Trust me, o początkach psychiatrii we Francji, Pinelu, Esquirolu itede zrobiłam bardzo dokładny risercz z okazji “Jeśli wykluczysz możliwe…”, gdzie jedną z postaci jest Falret, uczeń Esquirola, czyli naukowo-lekarski wnuk Pinela. Obraz z kajdanami znam dobrze, bo poza wszystkim zajmuję się tą epoką zawodowo, no i w ogóle jestem dość radykalną riserczerką – sprawdzam detale takie jak godziny wschodów i zachodów słońca, jeśli jest mi to śladowo potrzebne.

 

Ale ogólnie dziękuję za pozytywną opinię :)

 

Darconie, bardzo mi miło, że ogólnie się spodobało; na drugiej części zaważył limit, a ona była bardziej do skrócenia niż pierwsza…

Co do zbioru opowiadań – jedno z tego cyklu jest w Fantazmatowej “Dragonezie” i spotkało się jak na razie z bardzo przychylnymi opiniami, co już oznacza, że publikacja zbioru staje się coraz bardziej prawdopodobna. Ten pierwszy tom byłby raczej w tonie urban fantasy (bez paranormal romansu), jak to opowiadanie, jak “Jeśli wykluczysz możliwe” i jak opowiadanie z “Dragonezy”. Za to powieść, którą mam prawie skończoną, jest ponura, o poważnej zbrodni i politycznej intrydze, z dużym złolem w tle…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo mi się podoba. Lekka historia, która nie sili się na coś, czym nie jest. Jest tajemnica, jest szafa, która powraca kilkukrotnie w tekście (niemal złowrogo), jest happy end :) Temat psychoanalizy i konwencja kryminału, potraktowane z przymrużeniem oka, co jest odświeżającym podejściem.

Tylko te słodycze – nie wiem, czy ktoś byłby w stanie zjeść tyle, ile Vidocq pochłonął w kawiarni, serio… :)

Exit light

Tylko te słodycze – nie wiem, czy ktoś byłby w stanie zjeść tyle, ile Vidocq pochłonął w kawiarni, serio… :)

Moja mama… Potrafi po sporym obiedzie zjeść trzy ptysie i nugata. I zachowuje przy tym rozsądne rozmiary, żeby nie było ;)

A co do Vidocqa – dawno temu wymyśliłam sobie, że on lubi ciastka, a potem znalazłam w pamiętnikach, że istotnie lubił!

 

Dziękuję za miłe słowa :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@Drakaino, w takim razie pyszny żart mi uczyniłaś :). Byłam prawie pewna (99,85%), że musisz to znać – Pinela, ten czas.  Brak skojarzenia z Freudem, hm, ewidentne. Dla mnie szkoda, w takim razie (subiektywnie), że dodałaś tę kozetkę, poszukałbym innego sposobu.

 Z szafą pomysł fajny, ponieważ niewprost:) 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, być może w jakiejś ostatecznej redakcji (do tomu opowiadań, który nabiera rumieńców) usunę tę kozetkę (zamienię na sofę czy coś?), bo mnie taka dosłowność też uwiera. Ale wiem, że u początków kariery miałam tendencję do takiego zaciemniania aluzji, że nikt nic nie rozumiał… Więc pewnie czasem wahadło wychyla się w przeciwną stronę :/

 

Tak sobie pomyślałam już po wyłączeniu komputera, że tu jest po prostu “Freud pozorny” – są hasła, są obrazy kojarzące się z Freudem, ale nie ma żadnej psychoanalizy ;) Co najwyżej interpretacja snów, a i to niekoniecznie, no i na tę nie potrzeba Freuda…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Podobało się :). Ochów i achów niestety nie było, ale opowiadanie oceniam jako przyzwoite, napisane ładnym, eleganckim językiem i prezentujące ciekawych bohaterów (zwłaszcza detektyw zapraszający petenta na ciacho do kawiarni – coś nowego wreszcie!).

Czytało się przyjemnie!

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Przeczytałam dyskusję o Freudzie w komentarzach. Moim skromnym zdaniem, ciekawe jest właśnie to, że czytelnik zastanawia się, gdzie kończy się psychoanaliza a zaczyna fantastyka. Pojawiają się dyskusje, różne interpretacje i chyba właśnie o to chodzi.

Jestem pod wrażeniem wielkości riserczu. Nie miałam pojęcia, że Vidocq istniał naprawdę.

Nie będę oryginalny.

Fajny tekst, dobrze napisany.

Moja mroczna wyobraźnia od początku posuwała mnie w kierunku skojarzenia “trup w szafie”, ale stworzyłaś fabułę w dużo elegantszej i jaśniejszej manierze.

 

“– Myślę – powiedział z namysłem,” – chyba powtórzenie.

Dla mnie brzmi kulawo.

 

Czytało się gładko, widać sporą wprawę w tworzeniu krótkiej formy, droga Autorko.

Interpretacja marzeń sennych to wdzięczny i dźwięczny temat na tekst.

Nie dostrzegłem błędów poza wyżej wymienionym.

 

Ode mnie taki mały i skromny klik, ale przecież nie jestem osamotniony w nominacjach :)

Drakaino, nie interesuje mnie, na jaką okoliczność zostało napisane to opowiadanie, ale raduję się wielce i szczerze, że zostało napisane! ;D

Choć historia w pewnej mierze przypomina szmonces, to dowcip szalenie zyskuje na umieszczeniu akcji w realiach ówczesnego Paryża i zaangażowaniu do sprawy monsieur Vidocqa.  No, co tu dużo mówić – pyszne opowiadanie!

Z pewną trwogą wyznaję, że rozumiem kulinarny gust monsieur Vidocqa, a nawet zaczynam podzielać jego uwielbienie dla słodkich wypieków. ;D

 

Dawno też do tego stop­nia nie uda­wa­ło mu się osią­gnąć po­żą­da­ne­go stop­nia sar­ka­zmu. –> Dwa grzybki w barszczyku, by nie rzec, że coś się tu popierdzieliwszy. ;)

Nie śmiem sugerować niczego, bo wiem, że nie muszę.

 

Vi­do­cq czuł, ze cze­goś w tej hi­sto­rii bra­ku­je. –> Literówka.

 

– Nie wie pan, co to ma zna­czyć? – wy­buch­nął Vi­do­cq. –> Do wybuchu, po pytajniku, dołożyłabym wykrzyknik.

 

Z otwar­tych drzwi sa­lo­ni­ku do­bie­gły sma­ko­wi­te za­pa­chy. –> Nie bardzo umiem sobie wyobrazić, aby z drzwi, choćby i otwartych, coś dobiegało. :(

Może raczej: Otwarte drzwi sa­lo­ni­ku sprawiały, że dolatywały/ snuły się sma­ko­wi­te za­pa­chy.

 

za­brał się za de­gu­sta­cję sło­dy­czy… –> …za­brał się do de­gu­sta­cji sło­dy­czy… Lub: Począł degustować słodycze

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg, za bardzo miłe słowa :)

 

Co do zdania, które określiłaś obrazowo jako “Dwa grzybki w barszczyku, by nie rzec, że coś się tu popierdzieliwszy. ;)“ – tak, wczoraj też miałam takie wrażenie, ale postanowiłam poczekać, aż zjawi się jakiś obiektywny obserwator i potwierdzi – skądinąd nie wiem, jakim cudem tych dwóch stopni nie zauważyłam, zgrzytało mi coś, ale nie wiedziałam, gdzie – co niniejszym się stało, więc biegnę poprawiać…

 

Btw szmoncesowość wyszła przypadkiem – kiedy uznałam, że skoro już chcę mieć wątek polski, to jedynym naturalnym kandydatem na kogoś obdarzonego nadprzyrodzonymi mocami, na których tłumaczenie nie będę musiała marnować wielu słów z limitu, jest cadyk…

 

PiotrzeNieSowo – bardzo dziękuję za nominację!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Smokaino – proszę bardzo.

Nie krępuj się teraz mścić na moim profilu ;)

 

A co do interpretacji snów…

Kiedyś przyśnił mi się pingwin. Długo nie mogłem zlokalizować znaczenia snu, a potem doszedłem do wniosku, że może po prostu chodziło o zakonnicę, wiadomo, z przyczyn kolorystycznych – czerń i biel. Ale przecież prawdziwe pingwiny mają nos w kolorze czerwonym albo żółtym, więc najwyraźniej podświadomość zrobiła mnie w konia!

A jeśli o koniach już mowa…

Wystarczy tego Freuda!

 

Kolejny tekst z twego świata :) Dobrze napisane, Vidocq taki sam, jak w poprzednich – detektyw z zacięciem na słodycze. Mam więc wrażenie, że to kolejne “opowiadanie ze zbioru”. Tym, którzy je kojarzą, spodoba się. Jest tu klimat, są tu opisy, jest kolejne rozwinięcie Twego uniwersum. Inni jednak mogą być aż tak usatysfakcjonowani. Tym niemniej to dobry koncert fajerwerków, taki w sam raz do obiadu i szarlotki :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mam więc wrażenie, że to kolejne “opowiadanie ze zbioru”.

Tak, ale napisane specjalnie z okazji konkursu Wilka. I z przymrużeniem oka, stąd tyle “cech szczególnych”. Na szczęście ewidentnie do tych “innych” też trafia, bo nie wszyscy dotychczasowi komentatorzy znają kontekst – zarówno zewnętrzno-historyczny, jak i wewnętrzno-mojouniwersumowy ;)

 

Dzięki za miłe słowa!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo ładna, zabawna historyjka. Dodatkowo powiało klimatami kultury polskich Żydów, którą bardzo lubię ;)

 

Czy Vidocq rzeczywiście pochłaniał słodycze w takich ilościach (bo chyba trudno tu mówić o liczbie), czy to Twoje wyolbrzymienie tej cechy?

Światowiderze, dziękuję :)

 

Słodycze wymyśliłam Vidocqowi jako nałóg zastępczy za alkohol, którego sądząc z pamiętników bardzo zdecydowanie nie nadużywał. W ogóle on nie kreuje się tam na żadnego takiego detektywa frustrata albo cynika, któremu w głowie tylko wódka i dziwki, jacy zaludniają obecnie kryminały – a tak naprawdę są nędznymi imitacjami chandlerowskiego Marlowe’a – albo, co gorsza, popłuczynami po nim. No więc uznałam, że ciasteczka będą fajną słabością. I jaka była moja radość, kiedy w którejś kolejnej wersji pamiętników (imię ich legion) trafiłam na wyznanie, że miał słabość do jedzenia w ogólności, a słodyczy w szczególności!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Detektyw, zwłaszcza genialny, powinien lubić słodycze. Ponoć słabością fest-mózgów jest zarówno cukier, jak i kakao, czyli najogólniej rzecz ujmując – czekolada! :3

Fajne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Teraz z kolei ja się dawno tutaj tak nie ubawiłem: Zwłaszcza Freud pół wieku przed Freudem był świetny:). A, drobiazg, ale ważny: Cymes w kuchni żydowskiej to raczej nie ciasto deserowe, sprawdź, proszę… I druga sprawa: Vidocq w tym zabawnym opku jest nielompatybilny z Twoimi poprzedmimi jego przedstawieniami, ale rozumiem że wynikało to z konwencji. Pozdr.

​Wracając do cymesu – w koszernej kuchni cadyka mógł to być WYŁĄCZNIE gulasz marchewkowo-mięsny na słodkp, bo jabłko w cieście zwane w Galicji niekiedy cymesem, to była kuchnia polska, a nazwa wynikała z niezręcznej kalki językowej nałożonej na zupełnie inne, nieżydowske danie. ​

Cymes w kuchni żydowskiej to raczej nie ciasto deserowe

Dlatego jest “upiekłam chałkę, strudel, rożki”, ale “zrobiłam cymes” :P Pola jest raczej zwolenniczką haskali, a nie porządną wnuczką cadyka, więc myślę, że nie przejmuje się tym, co by jej dziadek myślał o daniach ;) Zresztą o jabłkach nie wspominam, więc skład każdy może sobie wyobrazić, jaki chce..

 

“Vidocq w tym zabawnym opku jest nielompatybilny z Twoimi poprzedmimi jego przedstawieniami“ – dlaczego? Pytam z czystej ciekawości. Zaznaczam, że to jest Vidocq o trzydzieści lat młodszy i przed kluczowymi wydarzeniami o charakterze “nadprzyrodzonym” w swojej alternatywnej biografii, a także zmianami w świecie, bo u mnie historia alternatywna na dobre rozchodzi się dopiero w 1830 (a tu mamy początek 1827, tuż przed jego odejściem z Surete).

 

Ale dzięki za opinię :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No to może faktycznie był wtedy nadal taki większy luzak z niego ;). Aczkolwiek biorąc pod uwagę jego kryminalną przeszłość wśród najgorszych mętów Paryża – hmmm – raczej by naszego Galicjanina ubił niż tak wolno puścił czy się nim w ogóle przejmował ;D

Nadal się upieram, że klasyczna kuchnia żydowska, i to nawet ta wśród tej nacji w Europie Środkowej szerzej rozpowszechniona, nie tylko wśród chasydów, uznawała cymes wyłącznie jako ów gulasz mięsno-marchewkowo-śliwkowy (z rozmaitymi i różniącymi się indywidualnie dodatkami) – na słodko! Dlatego nigdy ta nazwa – jakże egzotyczna – nie pojawiłaby się nawet przelotem przy gościu w Paryżu – nie Żydzie – przychodzącym do żydowskiego domu wyłącznie na ciasta i herbatkę ;). A gdyby go czymś takim poczęstowano, to by nie zjadł!

Cymesu goje w XIX wieku w ogóle nie znali, nie jedli, nie uznawali. A sama nazwa – została przez nich zaanektowana właśnie wyłącznie do owych jabłek w cieście, a i tak wyłącznie w Galicji! Słuchaj się znawcy kuchni, bo źle Ci nie radzi :D

 

biorąc pod uwagę jego kryminalną przeszłość wśród najgorszych mętów Paryża

A to akurat jakaś plotka. Kryminalna przeszłość jest głównie poza Paryżem i nawet najwięksi krytycy wiarygodności pamiętników nie zarzucają mu poważnych zbrodni, więc czemu miałby ubić? Zwłaszcza po prawie dwudziestu latach pracy dla policji?

 

Co do cymesu – zostawię. Specjalnemu gościowi, daleko od domu, daleko od ortodoksji (Pola studiowała!) mogą podać, co im się żywnie podoba. I ja właśnie miałam na myśli gulasz na słodko, który zresztą kiedyś jadłam w Krakowie (mnie się jabłka nie kojarzą, dopiero Twoje wypowiedzi mi uświadomiły, że jest inne znaczenie… i z początku myślałam, że chodzi o dodatek jabłek, teraz dopiero zajarzyłam, że o coś w ogóle innego*). Od biedy mogłabym rozważyć podkreślenie, jaki to cymes, że dostaje cymes ;)

 

* W moim echt galicyjskim domu jabłka w cieście to jabłka w cieście…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Opowiadanie całkiem ładnie napisane, ale jakoś mocno mnie niestety nie wciągnęło. Może dlatego, że na studiach nasłuchałem się wykładów o snach, w których pojawia się szafa i związanych z nimi poglądach Freuda :P

Za sprawą głównego bohatera opowiadanie skojarzyło mi się z filmem, natomiast nie miałem pojęcia, że Vidocq istniał naprawdę – za tę informacje bardzo dziękuję :)

Bezpretensjonalny i niezobowiązujący literacki "skok w bok" Autorki i bohatera. Być może rację ma Reg, opowiastka to trochę taki stylowy szmonces, albo może wariacja na temat. Dygresyjka, z lekkim przymrużeniem oka odrywająca Vidocqa od Czerni i większych, poważnych spraw.

Lekki jest także styl, język i charakter opisywanych zdarzeń. Całość spisana lekkim piórem, popartym porządnym warsztatem. Dbałością o detale mocno osadzona w realiach Twojej, niby dobrze znanej, a przecież alternatywnej Francji z epoki.

Vidocq wreszcie w centrum uwagi i wreszcie oglądamy jego bardziej ludzkie oblicze. Z naciskiem na słabość do słodyczy i sarkazmu. A przy tym bywa tu zakłopotany, cyniczny i z powodzeniem wcielający się w pionierskiego, ale przypadkowego i domorosłego psychoanalityka oraz… swata.

A happy end całkiem na miejscu w tej pogodnej i sympatycznej „krotochwili".

Po przeczytaniu spalić monitor.

No, z opóźnienie, ale wreszcie tu dotarłam.

Żarty w połączeniu z Freudem zawsze na plus. :-)

Sympatyczny tekst. Faktycznie, lżejszy niż inne opowiadania o Vidocqu, ale nie samymi zbrodniami człowiek żyje. Nawet jeśli jest policjantem.

Babska logika rządzi!

Opinie pozostałej dwójki jurorów trafiły na e-maila.

Czy jurorzy wyrażają zgodę na przedruk opinii tutaj celem ustosunkowania się do nich? Bo część zarzutów jest dość egzotyczna, zwłaszcza zważywszy powszechny odbiór po publikacji na portalu ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie mogę decydować za nich, ale poproszę ich o osobiste przeklejenie :) Także proszę o chwilę cierpliwości :-)

 

Natomiast prosiłbym o niedoszukiwanie się tutaj “egzotyki” – przy niejednym tekście okazało się, ze jury ma zróżnicowane gusta, a i to, ze dwie na trzy osoby w jury są spoza portalu tez mogło wpłynąć na sposób odbierania opowiadań. Myślę, ze dużo większy wpływ mogło mieć to, ze zdaje się osoby z portalu dobrze kojarzą postać Vidocq, a w jury najwidoczniej wyglądało to inaczej (sam kojarzyłem tylko, z e gdzieś na szałtboksie mignęło to nazwisko, a więcej to dopiero po ocenach z Wikipedii doczytałem).

Zresztą z tą “egzotyką” chyba wiem do opinii kogo z jury się odnosisz, ale jeśli mam rację, to z tego samego komentarza wynikała tez uwaga, ze gdyby krytykowany przez tę osobę aspekt opowiadania (epoka) został mocniej wykorzystany, to byłoby to bardzo satysfakcjonujące dla czytelnika.

Osobiście nie widzę problemu z tą epoką (jak dla mnie jak najbardziej może być), ale też rozumiem sytuację, gdy jeden z jurorów dał się wciągną c w epokę i poczuł niedosyt :-)

 

Fakt faktem, wilku, że znacząca część odpowiedzi na ten słodko-gorzki z komentarzy obejmuje dwa słowa: morderczy limit ;)

Ale głównie chodzi mi o inny kawałek i z drugiego komentarza.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W moim prywatnym odczuciu, to akurat tutaj jest taka atmosfera rozleniwienia (skądinąd doskonale odzwierciedlająca wiedeńską kulturę kawiarnianą, o której już wspomniałem), że akurat w limicie nie doszukiwałbym się tu żadnych problemów :P 

Ale co do meritum – jeśli chodziło o komentarz Jupiter, to… w sumie mam podobne odczucia i nawet pasuje to do konwencji tekstu. Przy czym można dyskutować, czy to, co napisała jest na minus czy na plus. Ale poczekajmy na to przeklejenie, żeby reszta wiedziała, o czym tu piszemy.

 

Natomiast o ile nikt nie ma obowiązku podzielać opinii jury, a dyskusja jest wręcz wskazana, to będę bronić mojego zespołu przed nazywaniem go “egzotycznym” :-) 

 

Zobaczymy ;) Przez “egzotyczny zarzut” zazwyczaj rozumiem rozminięcie się komentarza/opinii/recenzji/argumentacji z intencjami autora i wygórowane wymagania względem utworu, który nie pretenduje do wielkich głębi. Np. pretensje do komedii, że nie jest tragedią albo horrorem… Albo na odwrót (że dzieło głębokie jest za mało przystępne), ale to się rzadziej zdarza ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, chyba wiem, co masz na myśli. Pozwolę sobie krótko rozwinąć wcześniej przesłany komentarz, mając nadzieję, że zostanę dobrze zrozumiana. Twoje opowiadanie “gładko” się czyta. Duży plus to piękny styl, lekki klimat. Naprawdę niezłe pod względem językowym.

Z drugiej strony, czegoś mi tu brakuje. Wkrada się tu pewne znużenie, opisywane wydarzenia nie poruszają mnie. Stąd też opis wydał się powierzchowny. Nie chcę zabrzmieć, jakbym oczekiwała niemożliwego, aczkolwiek po tym względem opowiadanie nie do końca do mnie przemówiło i poczułam niedosyt.

Jeśli chodzi o skojarzenie z filmem familijnym (no offence, to po prostu skojarzenie), rzeczywiście się u mnie pojawiło zaraz po przeczytaniu, i tu zapewne przyczyniła się do tego lekkość utworu, postać inspektora, ale też sposób zakończenia opowiadania.

Jeśli o zakończenie chodzi, to jak dla mnie nie ma tu jakiejś rewelacji, po prostu happy end. Z drugiej strony do całości takie zakończenie pasuje.

To się naprodukowałam…

Generalnie może być tak: to, co u Ciebie jest na plus (styl, język, humor), pociąga za sobą pewne konsekwencje, co sprawiło, że dla niektórych czytelników może być ciut za mało tajemnicy czy też brak jakiegoś wow.

W dalszym ciągu jednak nie zmieniam zdania i podkreślam, że opowiadanie jest pięknie napisane i naprawdę dopracowane.

Jupiter, dzięki :) Teraz to brzmi mniej egzotycznie. Jak napisałam pod “Tworzywem snu”, chyba potrzebowałam mocnej odmiany po emocjonalnym ładunku i dziwności tamtego, więc napisałam historyjkę, która z założenia miała być wyłącznie lekka, przyjemna i uśmiechnięta. Chyba przegięłam jednak z oczywistością tego Słonimskiego, do którego wzięłam szafę ;) Ale miło mi, że jednak coś się podobało – i to coś, co dla mnie jest ważne, czyli forma.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Brawo za wykorzystanie żartu z szafą! Zgrabne i zabawne.

Troszkę mi się to wykorzystanie stałego bohatera wydało pójściem na łatwiznę, jakbyś żałowała czasu i sił na zbudowanie nowej postaci dla nowej konwencji. Ale to w końcu Twój bohater i Twój świat, ciekaw jestem czy wpleciesz to opowiadanie w przyszłości do vidocqowskiego zbiorku, czy zostanie “skokiem w bok”.

Technicznie – zazgrzytał mi w pierwszym didaskalium monotonny rytm epitetów: wyleniała kozetka, młody mężczyzna, orientalne rysy, niemiecki akcent, wyraźna udręka.

 – Czy może pan wyegzorcyzmować sen? – W głosie siedzącego na wyleniałej kozetce młodego mężczyzny o lekko orientalnych rysach pobrzmiewały niemiecki akcent i wyraźna udręka.

– co należało do młodego mężczyzny? Głos, czy kozetka? ;)

Dobrze przynajmniej, że mieli tu całkiem przyzwoite ciastka, inaczej ta opowieść zdążyłaby uśpić inspektora.

– po takiej dawce cukru to powinien zapaść w śpiączkę glikemiczną ;)

– Zwłaszcza że jeśli to powód do chwały pańskiego ojca, to rabin zapewne nie będzie miał nic przeciwko wydaniu za pana córki.

– nigdy nie wiem, jak to jest z tymi przecinkami przed „że”…

– Już pan wrócił z Galicji? – zdumiał się inspektor.

– hm… Czy można uznać to za akcję „gębową”? Nieco wyżej masz w dialogu czasownik „przerwał” i tam jest zupełnie inny zapis…

 

Przez kolejne lata, kiedy przez Francję i Europę przetaczała się fala rewolucji, a inspektorzy przestawali być policjantami, by następnie wraz ze zmianą rządu zostać nimi na nowo, Vidocq zdążył zapomnieć o Edelsteinie, jego szafie i wnuczce cadyka.

– stosujesz dla odmiany słowa „aby”?

– Mam tylko nadzieję, że mała nie odziedziczyła po tacie żadnych dziwnych zdolności – dodała pani Edelstein z westchnieniem. – To niełatwe mieć w rodzinie cudotwórcę. Dlatego chciałam wyjechać, żyć normalnie. I dlatego cieszę się, że Eugenia na pewno nie zostanie rabinem.

Jej mąż miał minę, po której łatwo można było się domyślić, że nie zrezygnował z marzeń o zostaniu ojcem cadyka.

– nie wiem, czy to zauważyłaś, ale bardo często używasz zaprzeczeń. Taka forma niczemu nie wadzi, ale ciekawe, co Feud  na to ? ;)

 

Bardzo leciutki tekst z nienachlaną fantastyką. Zupełnie nie mój klimat, ale wykonanie – rytm narracji i jej styl, doceniam niepomiernie :)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

To drugie twoje opowiadanie z inspektorem Vidicqem (cholera nie wiem, czy dobrze odmieniam), które czytałam (wcześniej była Kometa) i znowu bardzo mi się spodobało. Tutaj pokazujesz nieco inną twarz inspektora. Jest więcej humoru i ociupinka absurdu.

Chętnie poczytałabym więcej. Nie planujesz przypadkiem jakiejś książeczki z opowiadaniami o tym uroczym Francuzie.

Moje wątpliwości budzi jedynie ilość ciastek, jakie rzeczony inspektor potrafi pochłonąć.

Irka – dzięki, miło się czyta takie opinie :)

 

Chętnie poczytałabym więcej. Nie planujesz przypadkiem jakiejś książeczki z opowiadaniami o tym uroczym Francuzie.

Akurat właśnie dogadałam wydanie zbioru opowiadań, więc tak, będzie, ale z nieco “późniejszego” cyklu (konkretnie takie urban fantasy bez paranormal romansu, chronologicznie spomiędzy Marzeń sennych i Komety). A potem może się uzbiera na następny…

 

Moje wątpliwości budzi jedynie ilość ciastek

Tu akurat jest humoreska, więc nieco przegięłam, świadomie, a potem będzie dla tego uzasadnienie…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

To jak już będzie, ja się piszę na te opowiadanka.

Obawiam się, że o opowiadaniu nie napiszę już nic, co nie pojawiło się u przepiśców. W kontekście tego tekstu będzie to więc krótki komentarz w stylu: tu byłem.

Fajny, ciekawy pomysł, równie ciekawa historia i tylko rozwiązanie jakieś takie… zbyt proste. Zrzucam to jednak na karb limitu.

Trochę więcej napiszę o samym pomyśle na połączenie kryminału i fantastyki. Może nie nazywam tego, jak trzeba, ale jestem prostym czytelnikiem, więc używam prostych określeń.

Zwracam uwagę na pomysł, ponieważ wydaje mi się on stosunkowo świeży, a zatem dla czytelnika atrakcyjny. Na pewno ma on spory potencjał i warto ten temat jak najszerzej rozwijać. Uciekasz dzięki niemu od sztampy, bo z jednej strony zostawiasz zagadkę (element kryminału), która dla czytelnika zawsze będzie ciekawa, z drugiej strony można w końcu odetchnąć od wałkowanego bez końca: kto zabił? lub kto ukradł? (wartość dodana w postaci fantastyki lub niekonwencjonalnych pomysłów na problemy, z którymi ma się zmierzyć bohater). Dodaj do tego bohatera, odmiennego od typowych detektywów pijaków, bądź nachalnych geniuszy, dodaj czas akcji, również rzadko spotykany, a więc pozwalający na zawarcie jakiejś drobnej wartości poznawczej, a dostaniesz pomysł o potencjale na zbiór opowiadań do wydania, czego zresztą jesteś pewnie zupełnie świadoma.

W tego typu opowiadaniach (opieram się na tym tekście, “Powrocie Gilberta Legranda” oraz w mniejszym stopniu “Komecie”, pod którą niedługo się zjawię) brakuje mi u Ciebie tylko jednego elementu, a mianowicie, jakieś komplikacji, kluczenia, fałszywych tropów. Słowem czegoś, co podkreśli złożoność danego problemu. Może wyglądać to nieco dziwnie, bo z jednej strony chwalę Cię za brak sztampy, a za chwilę… domagam się sztampy. Tyle że akurat w przypadku tego kluczenia czy komplikacji, jest to element, który (jak mi się zdaje) pozwala lepiej “sprzedać” pomysł. Albo inaczej: brak tych elementów niejako deprecjonuje wagę problemu, nie pozwala uwierzyć w tę jego złożoność tak mocno jak powinno (a szkoda, bo pomysły masz bardzo dobre i dlaczego ich w ten sposób nie podkreślić?). Wniosek, o którym się rozpisuję, jest swego rodzaju odczuciem, które pojawia się mimowolnie. Ciężko jest go wytłumaczyć, wybronić argumentami. Po prostu w trakcie lektury pojawia się i już. Nie piszę tego, żeby sugerować jakieś zmiany. Jest to raczej forma materiału poglądowego, którą można zestawić z innymi komentarzami i dopiero z jakiejś wypadkowej tych opinii zrobić ewentualny użytek.

Tyle ode mnie. :-)

CM, dzięki! Jak fajnie jest nagle znaleźć nowy komentarz pod starym tekstem… Bardzo się cieszę, że doceniasz to, co nietypowe – mam tak dość tych wiecznie pijanych detektywów :/

 

Co do komplikacji… Cóż, obawiam się, że winna jestem temu sama. Jednym z pierwszych tekstów napisanych w tym uniwersum, jest powieść, która w tej chwili ma ponad 700k znaków, a brakuje jej jeszcze niedużego kawałka pod koniec. Fabuła tam jest cholernie zawikłana (śmieję się, że sama się w niej gubię), ma mnóstwo wątków – i w rezultacie powieść szybko pewnie nie będzie publikowana, bo żywcem nie nadaje się na debiut. A ja chyba zaczęłam pisać historyjki prostsze, żeby ćwiczyć narrację i fabułę.

Mam nadzieję, że już niedługo (ale pewnie realnie w przyszłym roku) ukaże się w Fantazmatach zbiorek opowiadań, gdzie co najmniej jedno ma zmyłki i zakręty fabularne. Mam nadzieję, że się spodoba – jest ono moim ulubionym z tej serii.

 

A opinia jest bardzo cenna, będę myśleć nad komplikacjami. W najbliższym czasie w publikacji będą teksty zupełnie inne: z szeroko pojętego uniwersum, ale nie kryminalne, i mam wrażenie, że paradoksalnie w nich więcej mieszam.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka