- Opowiadanie: Darcon - Teatr Mistrza Tramonte

Teatr Mistrza Tramonte

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Teatr Mistrza Tramonte

Świt dopiero nadchodził, gdy Arezio Tramonte już przemykał ulicami miasta. Poprawił cylinder i szczelniej ściągnął pelerynę, by porywisty wiatr nie przewiał jego przeraźliwie chudych kończyn.

Nienawidził swojego ciała. Okrągłego tułowia w kształcie beczki i doczepionych do niego patykowatych rączek i nóżek. Nie potrafił nazwać ich inaczej. Robiąc z dwóch palców „oczko”, można było przeciągnąć wzdłuż ręką przez całe ramię lub nogę. Dokładając do tego pękatą i prawie łysą głowę, szpiczasty nos i ostro zakończone zęby, jak gdyby był drapieżnym zwierzęciem, a nie człowiekiem – miało się obraz marnej, fizycznej formy, w której zamknięta została piękna dusza. Bo Arezio duszę miał piękną, a ciało? Cóż, zapewne świadczyło o zachowaniu równowagi w przyrodzie. Nie można mieć przecież wszystkiego.

– Mistrzu, Mistrzu! – dobiegł go głos za plecami.

Obejrzał się przez ramię, nie zwalniając kroku.

– Mistrzu, zaczekaj!

Tupot drobnych nóżek oznajmił mu, że i tak nie ucieknie, nawet gdyby chciał.

– Co tam, Furio. – Mężczyzna zerknął przelotnie na kilkuletniego chłopca.

Nie lubił na niego patrzeć, tak samo zresztą, jak na siebie. Chłopak miał równie wielką głowę, jak on, co prawda nie był łysy, jeszcze, ale olbrzymie, czarne oczy przypominające monstrualne śliwki, przyprawiały go o gęsią skórkę. „Nikt nie jest doskonały”, szybko powtórzył w myślach.

– Już idziesz do teatru, Mistrzu? – Dzieciak pociągnął go za pelerynę. – Tak wcześnie? Ledwo zaczyna świtać.

– Idę, idę! – Zirytowany Arezio wyrwał materiał z rąk chłopca. – A ty co tak wcześnie robisz na ulicy? Znowu okradasz pijaczków, którzy nie dali rady dotrzeć do domów?

Malec wydął usta.

– Phi! Nie muszę! – Złapał się rękami pod boki. – Mam pracę na targu, i nikogo już nie okradam! Ale muszę być tam przed świtem.

– To leć już, leć, na co czekasz?

Chłopak zerwał się do biegu.

– Przyjdę, jak skończę robotę! – zawołał, zanim zniknął za zakrętem.

Arezio pokiwał głową i uśmiechnął się nieznacznie pod nosem. Prawda była taka, że bardzo lubił małego Furio. Przypominał mu jego samego za dawnych, młodych lat.

 

֍

 

Arezio Tramonte poprawił kukłę ułożoną na stole. Spoglądał na postać młodzieńca z zadowoleniem, to było bezsprzecznie jego największe dzieło. Idealne proporcje ciała, idealny wzrost i waga, nienaganna skóra, bez żadnej skazy. Kończył właśnie wsmarowywać specjalną maść, nadającą sztucznej skórze naturalny wygląd. Recepturę sam wypracował przez lata. Zmarszczył brwi, pochylił się i poprawił ułożenie dwóch palców dłoni. Tak, teraz jest dobrze.

Podszedł wolno do wielkiej szafy stojącej w rogu teatralnego magazynu, który przerobił na swoją salę przygotowań. Przyjrzał się rzędom szpulek równo ułożonych na poszczególnych półkach. Wybrał mikrolinki numer cztery do tułowia, sześć do nóg i numer siedem do ramion. Ostatni spektakl, choć ogłoszony w prasie doskonałym, nie przestawał go nurtować. Doszedł do wniosku, że ruchy ramion były o milisekundy spóźnione względem reszty ciała. Winę musiały ponosić minimalnie zbyt ciężkie i grube dla rąk mikrolinki rozmiar sześć, jeśli można w ogóle takimi je określić. Dlatego zamienił je na lżejsze i cieńsze siódemki.

Położył szpule na stole. Połączenie wszystkich pięćdziesięciu sześciu mikronici z niewielkimi haczykami rozmieszczonymi na manekinie trochę mu zajmie, tym bardziej że wszystko musiał robić przy użyciu soczewek. Nie martwił się jednak, był wręcz podekscytowany. Do wszystkiego doszedł ciężką i żmudną pracą, był…

– Mistrzu Tramonte!

Arezio mało nie zerwał linki, podskakując na teatralnym stołku.

– Czy zawsze musisz się tak skradać, Furio?! – zazgrzytał ostrymi zębami, zamknął jednak szybko usta, żeby nie straszyć niepotrzebnie chłopaka. – Wypadałoby najpierw zapukać.

– Pukałem trzy razy! – Malec zrobił strapioną minę. – Nie słyszał pan.

– Tak, tak… – Tramonte odłożył narzędzia i spojrzał na chłopca. – Co tam, Furio?

– Skończyłem pracę na rynku. – Dzieciak wskoczył bezceremonialnie na krzesło obok. – Czytał pan już dzisiejszą prasę? Podobno „Taniec mężczyzny bez twarzy” nazwano zjawiskowym, niespotykanym i spekta… spektu…

– Spektakularnym.

– Tak, właśnie! – Furio głośno westchnął. – Jest pan prawdziwym mistrzem, Mistrzu.

– Dziękuję, chłopcze. – Arezio Tramonte uśmiechnął się prawie niezauważalnie. – Cieszą mnie twoje słowa.

– Jejku! – Chłopak pochylił się gwałtownie nad manekinem. – To ta specjalna maść? Nic dziwnego, że widownia nie może się połapać! Nawet z bliska wygląda jak żywy!

– Odsuń się. – Poirytowany Arezio chwycił malca za ramię i odciągnął do tyłu. – Jeszcze coś zniszczysz!

– Przepraszam, będę już uważał.

– Ja nikogo tu nie nabieram. – Mężczyzna pochylił się i tłumiąc niechęć, spojrzał w wielkie, czarne oczy Furia. – Dorośli widzą to, co chcą zobaczyć, rozumiesz? Jeśli pochwalą, a kukła zatańczy, są szczęśliwi i zadowoleni. Wierzą przy tym, że jest żywa i samodzielna. Jeśli będzie jeszcze idealnie piękna, jeśli będzie uśmiechać się do wszystkich, skradnie ich serca.

– Ale przecież on do nikogo się nie uśmiecha. – Malec zmarszczył czoło. – Przecież nie ma twarzy.

– To taka przenośnia. – Tramonte wyprostował się i zebrał szpule.

– A dlaczego on jest bez twarzy? Nie umiał pan zrobić? – dopytywał chłopiec z ciekawością.

– Ha, ha! Nie, nie dlatego. – Mężczyzna podniósł się ze stołka i podszedł do szafy. – Widzisz, wkładam wszystko w jego taniec. Nie mogę mu przecież nadać własnej twarzy, a nie chcę też innej. To przecież ja, tylko taki, jakim chcą mnie widzieć inni.

– Powinien pan sam zatańczyć. On nigdy nie osiągnie pańskiego poziomu, w nim nie ma duszy, on nie ma serca. Pan robi to o niebo lepiej! Dlaczego pan dla nich nie zatańczy, Mistrzu?

Arezio Tramonte zadrżała ręka, przymknął oczy i starał się powstrzymać napływające łzy. Maleńki pomocnik nie wiedział, jak wielką radość sprawił swojemu mistrzowi.

– Idź, proszę, Furio. Muszę jeszcze popracować. – Mężczyzna nie odwrócił się już w stronę chłopca.

֍

 

Arezio usiadł przed stołem gry swoich organów ruchu. Dawno temu stworzył je dla niego wspaniały artysta. Popatrzył krytycznie na przyciski, czy na pewno każdy jest odpowiednio wysunięty lub schowany. Zlustrował szybko mikrolinki podpięte do klawiszy, wszystkie były na swoich miejscach.

Delikatnie postawił chudziutkie stopy na klawiaturze nożnej i położył cieniutkie palce na ręcznej. Od lat modyfikował instrument, przystosowując go coraz lepiej do swojej specyficznej postury. Powiększył fotel, by mieć więcej swobody dla beczkowatego ciała, jednocześnie zwęził klawisze, zarówno górne, jak i dolne, dopasowując je do patykowatych kończyn. Teraz, w starej szerokości obu klawiatur, upchnął kilka przycisków więcej, dzięki temu uzyskał dodatkowe ruchy dla stworzonego manekina. Mógł być doskonalszy w tańcu.

Poprawił soczewkowy okular, który zamocowany był na giętkiej nóżce tak, aby uzyskać dobry podgląd na scenę i kukłę. Nie musiał zerkać, czy siedzący za nim Furio jest gotowy. Chłopiec jeszcze nigdy go nie zawiódł. Włączył muzykę, nacisnął płynnymi ruchami kilkanaście klawiszy i wyprowadził manekina na scenę.

Czas zacząć przedstawienie. Czas rozpocząć „Taniec mężczyzny bez twarzy”.

 

Arezio ustawił tancerza w pozie arrondi i gdy na sali zapadła absolutna cisza, ruszył z gracją przez scenę, prezentując widowni pierwszy, romantyczny układ. Naciskał szybko klawisze, prowadząc baletmistrza po parkiecie, wyprowadzał skoki, począwszy od ballotté – skoku w przód, z nogami ułożonymi w pozycję V, by potem podnieść przez sur le cou de pied i wyciągnąć nogę zgodnie z kierunkiem skoku, drugą opuścił na ziemię w demi plie, tułów odgiął z powrotem do podniesionej, by ostatecznie przejść z gracją do bourrée, stawiając na przemian miękkie i ostre kroki.

Poczuł pierwsze krople potu, ale natychmiast, jak cień, pojawił się Furio.

– Jestem, Mistrzu – wyszeptał chłopiec, delikatnie ocierając zroszone czoło.

Arezio patrzył przez okular na scenę i chłonął uchem kolejne aplauzy na widowni. Jego wzrok był rozanielony, a uśmiech szczęścia nie opuszczał ust. Dusza grała, serce rwało się z zachwytu, by toczyć krew i pobudzać go do coraz to trudniejszych figur. Był w transie, był sobą, żył!

Z takim samym zachwytem mały Furio patrzył na swojego mistrza.

 

֍

 

– I jak dzisiejszy występ, Furio? – zapytała mała dziewczynka z drewnianymi rączkami.

– Ech, dobrze… – Chłopiec wzruszył ramionami. – Publiczność wiwatowała na stojąco przez kwadrans.

– To dlaczego się nie cieszysz?

Malec spojrzał na koleżankę, na jej bujne, jasne loki, roześmianą buzię i drewniane ręce, z których nic sobie nie robiła.

– Wiesz, Celia, mój mistrz umie tańczyć znacznie lepiej, niż jego ku… kulturalny tancerz.

– Oj, przestań, od dawna wiem, że to kukła. – Dziewczynka beztrosko machnęła ręką. – Od dnia, w którym pokazałeś mi teatr.

– Nikomu nie wolno o tym mówić! – Furio przyłożył palec do ust i rozejrzał się nerwowo. – Rozumiesz?

– Wiem, wiem. – Celia usiadła na stopniach starego, opuszczonego domu, gdzie zawsze się spotykali. – Dlaczego nie powiesz mu, że sam tańczy lepiej od lalki?

– Mówiłem, i to dwa razy. – Chłopiec usiadał obok, zrezygnowany.

– Widocznie robiłeś to bez większego przekonania.

– Co masz na myśli? – Malec zmarszczył brwi.

– Jesteś jego przyjacielem i musisz mu powiedzieć prawdę, ale tak, żeby zrozumiał. – Celia poprawiła mimowolnie starą, lekko już zniszczoną sukienkę. – Żebyś usłyszał, tylko przyjaciel może powiedzieć ci coś, co tak naprawdę wiesz, ale nie chcesz słuchać, ani dopuścić do siebie.

Furio milczał długą chwilę, patrząc to na swoje buty, to na Celię.

– Jesteś moją najlepszą przyjaciółką.

– Tak samo, jak ty moim, Furio.

– Pójdziesz ze mną znowu do teatru? – Chłopiec złapał dziewczynkę za rękę. – Może przy tobie będę miał więcej odwagi.

 

֍

 

Arezio Tramonte wchodził jak najciszej po schodach kamienicy, w której mieszkał. Poprawił cylinder na głowie, spuścił go głębiej na czoło i ściągnął mocniej pelerynę. Nie chciał zostać przypadkowo zaczepiony przez jakiegoś sąsiada. Chciał znaleźć się już w mieszkaniu i nacieszyć chwilą radosnego uniesienia po udanym przedstawieniu. Wiedział przecież, jak szybko mija.

Rozebrał się i poszedł od razu do łazienki. Nie był głodny, w dzień występu mógł nie jeść przez cały dzień, żył tylko przedstawieniem. Zgrabnie wskoczył do wanny, co zupełnie przeczyło jego niekształtnej sylwetce, ale nie napuścił wody. Wziął krótki prysznic, by jak najszybciej znaleźć się w łóżku. Tam, leżąc i patrząc w sufit, najlepiej myślało mu się o minionym występie i planowało następny.

Naciągnął pościel wysoko, pod samą brodę. Chude ręce i nogi szybko robiły się zimne, gdy tylko odkrywał się nieznacznie.

 

֍

 

Położył przed sobą nowy nabytek, szpule z mikrolinkami rozmiar osiem. Czekał na nie od pół roku. Wykorzysta je do podłączenia osobno każdego palca u dłoni. Zyska dodatkowe ruchy, będzie mógł w wysublimowany sposób wyrazić ulotny element ekspresji, którego brakowało mu do wymyślonego, wyjątkowego układu. To będzie jego występ życia. Ostateczne spełnienie.

Poprawił przytkniętą do oka soczewkę. Musiał uważać, aby każde łączenie było niezawodne, by nie rozwiązało się w trakcie występu i jednym machnięciem bezwładnego palca nie przekreśliło bezbłędnego wstępu.

– Dzień dobry, Mistrzu!

– Dzień dobry, mój chłopcze. – Tym razem Arezio nie dał się zaskoczyć, choć nie oderwał wzroku od pracy. – Co cię do mnie sprowadza w środku dnia? Nie powinieneś być na targu?

– Chciałem panu kogoś przedstawić.

Tramonte usłyszał szuranie za plecami.

– To jest Celia – dodał malec.

Mężczyzna odwrócił się powoli, dopiero teraz dostrzegając dziewczynkę obok chłopca. Sięgnął instynktownie do głowy, ale powstrzymał się w połowie ruchu. Nie miał na niej cylindra, a zasłanianie łysego i plamistego łba nic już teraz nie da.

Od razu zauważył drewniane ręce u małej. Kolejny dziwoląg w ich małej grupce, chyba nie mogło być inaczej.

– Dzień dobry. – Dziewczynka pięknie się uśmiechnęła i dygnęła z gracją.

Była ładna, bez dwóch zdań, jej kręcone, zapewne naturalne loki, spływały luźno na ramiona, a cała sylwetka prezentowała się nienagannie. Jak u tancerki. Arezio starał się powstrzymać uśmiech. Mały miał gust.

– Dzień dobry, dzień dobry… – Poprawił się nerwowo na stołku, gdy przypomniał sobie o swojej brzydocie. – W czym wam mogę pomóc? Potrzebujecie drobnych?

– Nie, nie. – Chłopiec energicznie zaprzeczył. – Celia ma drewniane ręce.

– Widzę, dziecko, widzę. – Arezio sapnął niezadowolony. – Mógłbyś mieć więcej taktu.

– I ona tymi rękami wyczuwa wszystko, co się dzieje z drewnem, deskami i różnymi drewnianymi rzeczami. – Malec wyrzucił z siebie słowa jak z pistoletu.

– Co znaczy, wyczuwa? – Tramonte pochylił się, by dokładniej przyjrzeć się towarzyszce Furia.

– Wiem, czy coś się dzieje w środku – Celia odpowiedziała już sama. – To znaczy, czy drewno nie jest wadliwe, czy nie pęknie w najbliższym czasie i takie tam…

Mała ściszyła głos, pesząc się pod bacznym spojrzeniem starszego mężczyzny.

– Mogłabym sprawdzić pana organy, czy wszystko jest w porządku – dodała.

Arezio milczał. Przyglądał się w zamyśleniu dwójce dzieciaków. Chłopakowi, który wpatrywał się w niego tymi wielkimi, czarnymi oczyma. Dziewczynce, która splotła dłonie, a te wydały przy tym dźwięk, jak przewracane pionki na szachownicy. Popatrzył na swoje cienkie palce i chudziutkie nóżki.

Czy sztuka musi przyciągać samych cudaków? Czy może oni są normalni, a wokół pełno jest tych samych, nienormalnie podobnych do siebie ludzi?

– To ciekawe, bardzo ciekawe – uśmiechnął się, choć przez zamknięte usta.

Zauważył, jak dziewczynka szturcha chłopaka w plecy.

– I chciałbym z panem o czymś porozmawiać, Mistrzu. – Mały zrobił marsową minę. – Bardzo poważnie.

 

֍

 

Furio wspinał się po skomplikowanym systemie rusztowań tuż nad sceną. Pełno tu było przekładni, ruchomych krążków i drążków. Wszystko turkotało ledwie słyszalnie i co chwilę zmieniało położenie. To Mistrz Tramonte za pomocą organów ruchu sterował klawiszami swoją kukłą. Właśnie odbywał się spektakl.

Chłopak zacisnął usta i mocniej chwycił się nielicznych stałych belek. Mistrz zrugał go okrutnie za kolejną namowę do tańca. Zagroził wyrzuceniem z teatru, jeśli Furio powróci kiedykolwiek do tematu. Ale chłopiec miał w głowie słowa Celii. „Tylko przyjaciel może powiedzieć ci coś, czego nie chcesz dopuścić do siebie”.

Mistrz Tramonte nie dopuścił, ale chłopak znalazł sposób, by wreszcie zmusić Mistrza do wyjścia z własnego cienia.

Pochylił się i puknął delikatnie jeden z ruchomych drążków.

Arezio zadrżał, widząc przez okular ledwo dostrzegalne potknięcie swego tancerza. Szybko zlustrował przyciski i klawisze, nie przestając wybijać na nich rytmu obranego układu. Wszystko wyglądało prawidłowo.

– Furio, Furio! – zawołał cicho, ale chłopca przy nim nie było.

I kolejne potknięcie, tym razem mogło zostać dostrzeżone przez bardziej wytrawnych widzów.

Pot zalał czoło Tramonte. W przebłysku myśli skierował okular na konstrukcję ponad sceną. Był tam! Ten mały, niewdzięczny gałgan siedział i grzebał przy jego przekładniach! Arezio, improwizując, błyskawicznie wykonał baletowy enchaînement, uciekając z tancerzem na drugi koniec sceny. Teraz musiał obserwować i scenę i konstrukcję, bo mały zdrajca nie ustawał w wysiłkach, żeby popsuć mu występ i starał się dotrzeć w pobliże drążków nad manekinem.

Arezio Tramonte z najwyższym wysiłkiem, sapiąc i dysząc, kończył przedstawienie. Na szczęście chłopakowi nie udało się dotrzeć w porę do odpowiednich krążków, by mógł zniszczyć spektakl. Stał teraz i przez niewielką dziurkę w kurtynie przyglądał się owacji na stojąco. Z trudem ocierał pot z czoła, bo ręce nadal mu drżały ze zdenerwowania.

I wtedy zbladł, a nogi ugięły się pod nim tak, że o mało nie upadł. Na scenę, dziarskim krokiem, z jego cylindrem na głowie, wszedł Furio. Stanął na środku i ukłonił się nisko.

– Szanowni państwo! Szanowni państwo! – Rozłożył szeroko ramiona, uspokajając owacje publiczności. – Z nieukrywaną radością chciałbym ogłosić, że stanie się to, co wyczekiwane jest od dawna. W następnym spektaklu zatańczy dla państwa sam Mistrz Arezio Tramonte!

 

Burzy braw nie było końca.

 

֍

 

– Ty mały łobuzie, ty zdrajco! – Arezio szarpał chłopca za koszulę. – Jak mogłeś! Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem.

Malec nie stawiał oporu, stał w milczeniu, wpatrując się w swojego mistrza.

– Zniszczyłeś mnie, rozumiesz?! – krzyczał Tramonte. – Zniszczyłeś wszystko, na co tak ciężko pracowałem przez lata…

Z mężczyzny uszło powietrze, zwiesił ramiona i ciężko opuścił głowę.

– To nieprawda.

– Coś ty powiedział? Coś ty powiedział, smarkaczu?!

Zarzucanie nieprawdy Arezio Tramonte podziałało na niego jak najgorsza potwarz. Znów silnie chwycił chłopaka.

– Czy ty nie rozumiesz, że będę teraz m u s i a ł wystąpić?! Że wymaga tego moje dobre imię? Wiesz, że tym samym stracę wszystko, co tak ciężko przyszło mi osiągnąć? Dlaczego chcesz mnie ośmieszyć?

– Pomogłem panu, tak jak pan pomógł kiedyś mnie. – W kącikach czarnych oczu Furia pojawiły się łzy. – Czas powiedzieć ludziom prawdę, pokazać siebie, nie kukłę.

– On to ja! Wkładam w niego całą duszę! A ty mnie zabiłeś! – Arezio Tramonte uderzył chłopca w twarz.

Mały wyrwał się z uścisku mistrza i uciekł bez słowa.

– Furio, zaczekaj! Furio! – wołał za nim. – Furio, ja nie…

Wydawało mu się, że zobaczył jakąś postać w cieniu, dziewczynkę. Mężczyzna oparł się plecami o ścianę, nogi ugięły się pod nim i bezsilny osunął się na podłogę.

Ukrył twarz w malutkich dłoniach i zapłakał.

Długo jeszcze Arezio Tramonte siedział na podłodze swego teatru. Był tam jeszcze, gdy na zewnątrz dawno zapadła już noc.

 

֍

 

Pierwszy raz korzystał z garderoby w celach, do jakich była przeznaczona. Trochę zajęło mu wyczyszczenie lustra z brudu i kurzu. Wymienił też kilka przepalonych żarówek w listwach wokół toaletki. Doskonale widział teraz wszystkie plamy na łysej głowie, i poprawił garstkę włosów, które się na niej ostały. Trenował uśmiech bez otwierania ust, by nie zgorszyć widowni ostrymi zębami.

Dwie godziny zeszły mu, zanim zrobił odpowiedni makijaż. Wyraźnie wyszedł z wprawy, ale przynajmniej nie wyglądał tak blado, jak zawsze. Pomalował usta czerwoną szminką i nałożył trochę koloru na policzki. Na końcu wyciągnął z szuflady perukę o złotych włosach, którą kupił lata temu, z myślą właśnie o takiej chwili. Założył ją i przyjrzał się sobie. Wyglądał inaczej, odrobinę podretuszował swój brzydki wizerunek, choć beczkowatego ciała i cienkich „odnóży” nie potrafił zmienić.

Jednak im dłużej się przyglądał, tym bardziej smutniał.

Powoli ściągnął perukę z głowy i odłożył ją z powrotem na miejsce. Sięgnął po wodę z alkoholem i watę, by zmyć makijaż. Dosyć już miał fałszywych obrazów, sztucznych póz i nieprawdziwych słów. Dosyć.

 

– Czekaj z muzyką na mój sygnał. – Arezio kolejny raz otarł wilgotne czoło, jeszcze nigdy się tak nie pocił.

Słyszał ożywione rozmowy na widowni, czekali na niego, podekscytowani. Odetchnął głęboko i spojrzał na chłopca.

– Furio… – Chciał coś powiedzieć, podziękować, przeprosić, bo jeszcze tego nie zrobił, ale słowa uwięzły mu w gardle.

Malec popatrzył na niego ufnie, uśmiechnął się i przytaknął głową.

Mistrz Arezio Tramonte wyszedł na scenę.

Stanął w pozie en face i poczekał, aż ucichną zdziwione rozmowy. Machnął dyskretnie ułożoną za plecami dłonią i zaraz po tym popłynęła muzyka. Przymknął oczy, poczuł przyjemne mrowienie i dreszcz udzielających się emocji. Pochylił się do soutenu, by przygotowawczym pas, ustawić się do chassé, a gdy skoczył, gdy druga noga dogoniła pierwszą i połączył je razem w najwyższym punkcie skoku, wszystko puściło. Oddał się tańcowi bez reszty.

Płynął po scenie, przechodził z failli do kilku skoków grand pas jeté. Wirował na podłodze w terre à terre, by zaraz zerwać się z niej i płynnie przejść do fouetté. Jego dusza śpiewała, jego dusza krzyczała, a on uśmiechał się radośnie, tańcząc jak w transie, upojony miłością do muzyki, do słowa, do tańca.

W kulminacyjnym momencie skoczył w powietrze do cabriole. Wyrzucił nogę w górę i do przodu w pozie arabesque, odchylił tułów do tyłu i zawisł w powietrzu, by uderzyć nogą o nogę kilka razy. Wylądował zgrabnie i ukłonił się z godnością.

Muzyka ucichła.

Mistrz Tramonte podniósł głowę i powiódł wzrokiem po wyłaniającej się z cienia widowni.

Zapanowała cisza.

 

Koniec

Komentarze

Właściwie mogę zamknąć całą opinię w jednym słowie: Piękne.

Takie na piórko piękne, jak dla mnie.

 

Edyta: ponieważ pogoniono mnie do uzasadnienia nominacji, piszę więcej, choć psuje to efekt.

Znakomity nastrój, subtelna fantastyka, dobrze grające niedopowiedzenia, bardzo ładnie to wszystko podane. Plus widoczna znajomość tego, o czym mowa, czyli tańca. Tekst na pograniczu metafory conditio humana i sztuki będącej życiem. Znakomicie, choć zaledwie kilkoma kreskami zarysowane postacie, wszystkie trzy. Plus świat, o którym mogłabym poczytać więcej – bohaterowie zresztą też. Znakomicie ograne, że właściwie nie wiadomo, gdzie i kiedy to się dzieje, a zarazem włoskie imiona i nazwiska podpowiadają związki ze specyficzną włoską tradycją teatralną. Taka mała perełka, coś zupełnie niecodziennego, wprowadzającego czytelnika w prawdziwie magiczny świat. Jeśli coś zresztą nazwałabym realizmem magicznym, to właśnie taką literaturę. Językowo bardzo kulturalne, sugerowałabym tylko drobne zmiany.

 

Garść wyłapanych niedoskonałości:

 

nanoliniki → literówka

 

“Ostatni spektakl, choć ogłoszony w prasie doskonałym, nie przestawał go nurtować.” – nie pasuje mi “nurtować”, bo nurtować może coś, czego nie wiemy, jakiś problem, pytanie czy zagadka, a nie coś, co znamy i przygotowujemy

 

 “spekta…, spektu…” – przecinek chyba niepotrzebny

 

“Od lat modyfikował instrument, przystosowując go coraz lepiej do swojej specyficznej postury. Powiększył fotel, by mieć więcej swobody dla beczkowatego ciała, jednocześnie zwęził klawisze, zarówno górne, jak i dolne, dopasowując je do swoich patykowatych kończyn. Teraz, w starej szerokości obu klawiatur, upchnął kilka przycisków więcej, dzięki temu miał do dyspozycji dodatkowe ruchy dla swojego manekina.” – drugi i trzeci zaimek niepotrzebny

 

“Nie musiał zerkać, czy Furio siedzący tuż za nim, jest gotowy.” – chyba lepsza byłaby tu składnia “Nie musiał zerkać, czy siedzący tuż za nim Furio jest gotowy.”

 

“ocierając delikatnie zroszone czoło” → delikatnie ocierając zroszone czoło [tak jak jest, nie wiadomo, do czego odnosi się delikatnie]

 

“– Nikomu nie możesz o tym mówić!” – brzmi po polsku nieco nienaturalnie, jak anglicyzm, a w dodatku to nie ta modalność (powinno być nie wolno, nie należy itp.); lepiej zwykłe “nikomu o tym nie mów!” czy coś w tym rodzaju

 

“– Jesteś moją najlepszą przyjaciółką.

– Ty moim też, Furio.”

Ta zmiana rodzaju nie brzmi zbyt dobrze

 

“– To jest Celia – dodał malec.” – może lepiej: oznajmił ?

 

“Nie miał na niej cylindra, a zasłanianie łysego i plamistego łba[-,] nic już teraz nie da.”

 

“Ten mały, niewdzięczny[-,] gówniarz” – w tym pięknym stylistycznie tekście “gówniarz” zgrzyta, mimo że znamy go z Witkacego. Zastąpiłabym jakimś może i staroświeckim słowem, które do tej scenerii będzie lepiej pasować. Ladaco, łotr, nicpoń, gagatek, gałgan, łapserdak, ancymon… Do wyboru, do koloru ;) Albo po prostu mały niewdzięcznik. Za drugim razem też zgrzyta

 

“Arezio improwizując, błyskawicznie wykonał baletowy enchaînement” – lepiej: Improwizując, Arezio błyskawicznie wykonał baletowy enchaînement

 

“Na scenę, dziarski krokiem” – literówka

 

“Zarzucanie nieprawdy Arezio Tramonte podziałało na niego” – coś nie tego z formą nazwiska. Całkowicie rozumiem niechęć do odmiany, ale chyba jednak musi być Areziowi Tramonte… Albo mistrzowi Tramonte

 

“Mały wyrwał się z uścisku mistrza i uciekł w milczeniu.” – może lepiej: bez słowa

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ależ to jest eleganckie w formie. Treść otwiera szerokie pole do interpretacji, że aż miło. Czy i my kiedyś zmienimy awatary na imiona i nazwiska? :) dziękuję za ten tekst, duża przyjemność z czytania.

Drakaino, bardzo dziękuję.

 

Dziękuję także za trafne uwagi, większość naniosłem.

I Tobie, Łosiotrze, za miłe słowa.

 

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

O, jak ładnie napisane. Czytałam z prawdziwą przyjemnością – każde zdanie jest super. Świat przedstawiony, bohaterowie, wszystko mnie porwało. Mam nadzieję, że cisza pojawiająca się w zakończeniu jest ciszą przed burzą oklasków. Zostawiłeś tu duże pole do interpretacji.

Ciekawe opowiadanie o przyjaźni oraz walce ze słabościami i wstydliwością, przynajmniej ja tak je odebrałam. Fantastyka subtelna, lubię tak.

Nie do końca zrozumiałam postać Celii – czy jej rola ogranicza się jedynie do bycia bodźcem do rozpoczęcia ważnej rozmowy między mistrzem, a uczniem, czy coś mi umknęło? :).

 

Tak czy owak, Darconie, jestem pod ogromnym wrażeniem.

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Piękny tekst, subtelny i elegancki, ale równocześnie bezpretensjonalny i wciągający. Baaardzo chętnie spędziłbym więcej czasu w tym świecie (i z tymi bohaterami) – jeśli chciałbyś kiedyś przekształcić go w pełną powieść, będę pierwszy w kolejce do sklepu :) Z drugiej strony historia została bardzo zgrabnie zamknięta i działa świetnie jako krótkie opowiadanie.

 

 

Długo myślałem nad komentarzem. Czasem niezwykle trudno jest ubrać w słowa odczucia po przeczytaniu danego tekstu. Świetna prezentacja Mistrza Tramonte. Wspaniały, ale jednak nie pozbawiony obaw. Genialny, choć przy tym chyba trochę samotny. Pozwalasz być Mistrzem. Zapraszasz do jego świata. I wszystko to odbywa się w sposób całkowicie niewymuszony. Czytając ostatnie zdanie, czułem się obrażony, że to już. Że wyganiasz mnie ze świata Mistrza, który tak bardzo wciąga. Nie jest to naturalnie zarzut. W ten (trochę niezdarny) sposób próbuję tylko podkreślić jakość twojego opowiadania. Gratuluję.

Dobra robota, Darconie!

 

Rozważ tylko proszę dwie kwestie:

– wykorzystanie Celii – troszkę ją zgubiłeś pod koniec tekstu

– słowo “nanolinki” – nie pasuje mi do klimatu opowiadania, może miał to być taki crossover gatunkowy, ale wolałbym jednak coś bardziej “retro”.

 

Na razie klik.

Dziękuję za tak pozytywne komentarze, cieszę się, że opowiadanie Was ujęło.

 

Sy, Coboldzie.

Celia miała być przeciwwagą dla Arezio, kimś, kto jest całkowicie pogodzony z tym, że jest inny (inność pozostawiam tu do własnej interpretacji), kimś, kto jest szczęśliwy.

To od początku miał być teatr dwóch osób, a Celia wsparciem, gdzieś z tyłu, w cieniu. Dołożyłem Coboldzie jedno zdanie, by czytelnik zyskał tą pewność. Zmieniłem też nanolinki, miały być dziełem genialnego umysłu, ale faktycznie, miałem dylemat ze skojarzeniami SF. Ująłem więc trochę tego geniuszu, by został odpowiedni klimat.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nanolinki były lepsze! Budowały mi tu klimat rodem z Diamentowego Wieku Neala Stephensona. Nie ulegaj wpływom sabotażystów ;)

A moim zdaniem “mikronici” nic geniuszowi nie ujmują, a lepiej pasują do tych tanecznych chassé. Słowo “nano” miałoby w Twoim opowiadaniu rację bytu, gdyby takich przebłysków z innego świata było więcej.

Jeśli chodzi o Celię, rozumiem, że to bohaterka drugoplanowa. Ale takie postaci też trzeba starannie rozkomponować w opowiadaniu. A na razie dziewczynka pojawia się gdzieś w połowie i znika przed finałem, zostawiając niedosyt. Jako element dekoracji świata jest świetna, z tymi drewnianymi, a czującymi rączkami. Ale w sensie fabularnym praktycznie nie istnieje – jest po to, żebyś mógł rozpisać na dwa głosy coś, co jest w gruncie rzeczy dialogiem wewnętrznym Furia. I znowu, nie byłoby problemu, gdyby takich postaci było więcej. Ale nie ma (i bardzo dobrze), więc w efekcie Celia jest jedną z trzech bohaterek Twojego tekstu. Aż się prosi, żeby zbadała swoimi rączkami manekina i powiedziała, co jest w środku, żeby wypchnęła na scenę wahającego się Furio, i żeby, w garderobie, zrzuciła perukę z głowy Arezio.

Chylę czoła. Majstersztyk. Gratulacje!

Zobaczę, czy ktoś jeszcze wspomni o linkach, wpadły do głowy na początku, ale pod koniec pisania miałem podobne dylematy, jak Cobold.

Co zaś się tyczy Celii, to taką właśnie planowałem. Jest najlepszą przyjaciółką Furia, jest obok niego, ale nie robi za niego, wspiera, ale nie popycha. Najlepiej będzie posłużyć się przykładem z życia. Ceniony przeze mnie psycholog, Jacek Walkiewicz, powiedział kiedyś, że marzył całe życie o kamperze. I gdy już go było stać, ciągle nie mógł podjąć decyzji. Wtedy żona powiedziała mu jedno zdanie: “Kup, bo całe życie będziesz się zastanawiał, jak to jest mieć kampera”. On to wiedział, ale potrzebował tego jednego zdania, od żony, od przyjaciółki, żeby kupić. Mówił też, że nie kupiłby go, gdyby żona go nie wsparła.

Taka właśnie miała być Celia.

I choć rozumiem Twoje argumenty, Coboldzie, to jednak przedstawiają one zupełnie inny obraz Celii.

Pozdrawiam.

 

 

Dziękuję, Rybaku.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Najwspanialej, że skończyłeś właśnie w tym momencie i właśnie tym zdaniem.

Znakomity tekst, Darconie. Urzeka od pierwszych zdań. Może ta scenka spotkania dwojga bohaterów na ulicy jest nieco banalna, ale opisy osobliwego wyglądu każdego z nich odciągają od tego uwagę, zaciekawiają, nadają opowieści klimatu i uderzają prosto w mechanizm uruchamiający wyobraźnię. Nic tu się nie dzieje, ale mnie już masz – nawet jak się dalej nic nie wydarzy, to snuj dalej tę opowieść, choćby po to, żebym sobie mogła na nią popatrzeć.

No a potem zaczyna się dziać, choć w sumie powoli, bo zaciekawiasz raczej rekwizytem i pogłębieniem bohaterów, nie akcją. Jest spokojnie, kameralnie, ale dzieje się tu bardzo dużo, a niektóre obrazy bardzo poruszają. Najbardziej chyba na mnie podziałał moment zdjęcia peruki i słowa o pokazaniu siebie, zamiast kukły. To jest o autentyczności i autentycznie dotyka czegoś w środku.

Zmarszczyłam się nieco przy opisie tańca kukły, tych wszystkich nogach ułożonych tak i tak. Pomyślałam sobie że strasznie ten opis mechaniczny, wcale nie ułatwia wyobrażenia sobie czegokolwiek, a już z pewnością nie płynnego tańca. Ale ostatecznie chylę czoła za ten zabieg, bo podejrzewam, że był świadomy – dzięki niemu mogłam autentycznie poczuć różnicę między niby pięknym, ale przecież właśnie mechanicznym i sztucznym tańcem kukły, a autentycznym tańcem Mistrza. Z tego drugiego nie zrozumiałam zbyt wiele, bo nie znam słów, którymi go opisałeś, ale przecież ich znaczenie w ogóle nie jest tu potrzebne, ważne że mogę sobie wyobrazić jak one brzmią i odebrać te scenę na poziomie zmysłów. Genialnie to zrobiłeś.

 

Ciekawym pomysłem było przedstawienie ludzi jako quasi-lalek o różnych zdolnościach, zwłaszcza marionetkarza, który sam wygląda jak kukiełka. Mimo wszystko w moim odczuciu opowiadanie zostało w głównej mierze oparte o znany schemat relacji starca z młodym chłopcem i przemiany życiowego nastawienia tego pierwszego pod wpływem drugiego, toteż historia nie poruszyła mnie oryginalnością.

 

Wykonanie według mnie pozostawia trochę do życzenia. Weźmy na warsztat choćby to:

 

Winne musiały być minimalnie zbyt ciężkie i grube dla ramion mikrolinki rozmiar sześć, jeśli można w ogóle takimi je określić.

 

Na samym początku mamy stronę bierną, której w beletrystyce raczej powinno się unikać, potem mocno rozbudowana przydawka i w zasadzie nieistotne z punktu widzenia ekonomii językowej dopowiedzenie. Potknąłem się na tym zdaniu, znacznie zaburzyło płynność lektury w moim przypadku.

 

Inne sugestie poprawek:

 

Nie potrafił nazwać ich inaczej. Robiąc z dwóch palców „oczko”, można było przeciągnąć wzdłuż ręką przez całe ramię lub nogę. Dokładając do tego pękatą i prawie łysą głowę, szpiczasty nos i ostro zakończone zęby, jak gdyby był drapieżnym zwierzęciem, a nie człowiekiem – miało się obraz marnej, fizycznej formy, w której zamknięta była piękna dusza.

Powtórzenie; “zamknięta była” zamieniłbym na “zamknięto”, forma bezosobowa jak dla mnie brzmi lepiej niż strona bierna.

 

Bo Arezio duszę miał piękną, a ciało? Cóż, zapewne miało świadczyć o zachowaniu równowagi w przyrodzie. Nie można mieć przecież wszystkiego.

Powtórzenie. “Miało świadczyć” można zamienić na “świadczyło”.

 

Tupot drobnych nóżek oznajmił mu, że i tak nie ucieknie, nawet gdyby chciał.

– Co tam, Furio. – Mężczyzna zerknął przelotnie na kilkuletniego chłopca.

Nie lubił na niego patrzeć, tak samo zresztą, jak na siebie. Chłopak miał równie wielką głowę, jak on, co prawda nie był łysy, jeszcze, ale olbrzymie, czarne oczy przypominające monstrualne śliwki[-,] przyprawiały go o gęsią skórkę. „Nikt nie jest doskonały”, szybko powtórzył w myślach.

– Już idziesz do teatru, Mistrzu? – Dzieciak pociągnął mężczyznę za pelerynę. – Tak wcześnie? Ledwo zaczyna świtać.

Powtórzenia. Zbędny przecinek, “olbrzymie, czarne oczy przypominające monstrualne śliwki przyprawiały go o gęsią skórkę” jest tylko jednym zdaniem składowym. Drugiego mężczyznę można zastąpić zaimkiem “go” i usunąć tenże zaimek po “przyprawiały”, gdzie jest raczej zbędny. “Nikt nie jest doskonały” jako przytoczenie myśli raczej powinno znajdować się w nowym wierszu.

 

Prawda była taka, że bardzo lubił małego Furio. Przypominał mu jego samego za dawnych, młodych lat.

 

֍

 

Arezio Tramonte poprawił kukłę ułożoną na stole. Spoglądał na postać młodzieńca z zadowoleniem, to było bezsprzecznie jego największe dzieło.

 

Powt.

 

Wybrał mikrolinki numer cztery do tułowia, sześć do nóg i numer siedem do ramion.

Nie widzę sensu stosowania takiej konstrukcji; albo należy napisać “numer” przed każdą liczną, albo tylko przy pierwszej.

 

Doszedł do wniosku, że ruchy ramion było o milisekundy spóźnione względem reszty ciała. Winne musiały być minimalnie zbyt ciężkie i grube dla ramion mikrolinki rozmiar sześć, jeśli można w ogóle takimi je określić.

Powtórzenia. Zła liczba, “były” zamiast “było”.

 

Maleńki chłopiec nie wiedział, jak wielką radość sprawił swojemu mistrzowi.

– Idź, proszę, Furio. Muszę jeszcze popracować. – Mężczyzna nie odwrócił się już w stronę chłopca.

Powt.

 

Powiększył fotel, by mieć więcej swobody dla beczkowatego ciała, jednocześnie zwęził klawisze, zarówno górne, jak i dolne, dopasowując je do patykowatych kończyn. Teraz, w starej szerokości obu klawiatur, upchnął kilka przycisków więcej, dzięki temu miał do dyspozycji dodatkowe ruchy dla stworzonego manekina. Mógł być doskonalszy w tańcu.

Poprawił soczewkowy okular, który zamocowany był na giętkiej nóżce tak, aby mógł mieć dobry podgląd na scenę i kukłę.

Powt.

 

Celia poprawiła mimowolnie starą, lekko już zniszczoną[-,] sukienkę.

Drugi przecinek jest na moje oko zbędny.

 

Arezio Tramonte wchodził jak najciszej po schodach kamienicy, w której mieszkał. Poprawił cylinder na głowie, spuścił go głębiej na czoło i ściągnął mocniej pelerynę. Nie chciał zostać przypadkowo zaczepiony przez któregoś z sąsiadów. Chciał jak najszybciej znaleźć się w mieszkaniu i nacieszyć chwilą radosnego uniesienia po udanym przedstawieniu. Wiedział przecież, jak szybko mija.

Rozebrał się i poszedł od razu do łazienki. Nie był głodny, w dzień występu mógł nie jeść przez cały dzień, żył tylko przedstawieniem. Zgrabnie wskoczył do wanny, co zupełnie przeczyło jego niekształtnej sylwetce, ale nie napuścił wody. Wziął krótki prysznic, by jak najszybciej znaleźć się w łóżku.

To szybko/najszybciej jest powtarzane celowo?

 

jednym machnięciem bezwładnego palca[-,] nie przekreśliło bezbłędnego wstępu.

Zbędny przecinek, mamy tutaj tylko jedno orzeczenie: “przekreśliło”.

 

Od razu zauważył drewniane ręce u małej. Kolejny dziwoląg w ich małej grupce, chyba nie mogło być inaczej.

– Dzień dobry. – Dziewczynka pięknie się uśmiechnęła i dygnęła z gracją.

Była ładna, bez dwóch zdań, jej kręcone, zapewne naturalne loki, spływały luźno na ramiona, a cała sylwetka prezentowała się nienagannie. Jak u tancerki. Arezio starał się powstrzymać uśmiech. Mały miał gust.

– Dzień dobry, dzień dobry… – Poprawił się nerwowo na stołku, gdy przypomniał sobie o swojej brzydocie.

Powt.

 

– Wiem, czy coś się dzieje w środku – Celia odpowiedziała już sama.

Szyk: “odpowiedziała już sama Celia”.

 

Chłopak zacisnął usta i mocniej chwycił się nielicznych[-,] stałych[-,] belek.

Zbędne przecinki, te przymiotniki nie są równorzędne.

 

Arezio zadrżał, widząc przez okular ledwo dostrzegalne potknięcie swego tancerza.

Zbędny zaimek, z kontekstu wynika, że tancerz należał do Arezio.

 

Wszystko było w porządku.

– Furio, Furio! – zawołał cicho, ale chłopca przy nim nie było.

I kolejne potknięcie, tym razem mogło być dostrzegalne przez bardziej wytrawnych widzów.

Powt.

 

Arezio[+,] improwizując, błyskawicznie wykonał baletowy enchaînement[+,] uciekając z tancerzem na drugi koniec sceny.

Przecinki. https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/przecinek-a-imieslow-przyslowkowy;8895.html

 

bo mały zdrajca nie zaprzestawał w wysiłkach, żeby popsuć mu występ[+,] i starał się dotrzeć w pobliże drążków nad manekinem.

Zabrakło przecinka zakańczającego zdanie podrzędne.

 

Mały wyrwał się z uścisku mistrza i uciekł bez słowa.

– Furio, zaczekaj! Furio! – wołał za nim. – Furio, ja nie…

Wydawało mu się, że zobaczył jakąś postać w cieniu, dziewczynkę. Mężczyzna oparł się plecami o ścianę, nogi ugięły się pod nim i bezsilny osunął się na podłogę.

Powt.

 

Wyglądał inaczej, odrobinę podretuszował swój brzydki wizerunek, choć beczkowatego ciała i cienkich „odnóży” nie potrafił zmienić.

Zbędny zaimek, to wynika z kontekstu.

 

Arezio kolejny raz otarł pot z czoła, jeszcze nigdy się tak nie pocił.

Może: “otarł słone krople”.

 

Zbędny enter na końcu opowiadania.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dziękuję, Werweno, to potrafię napisać. Trudno jest mi ułożyć coś sensowniejszego w odpowiedzi na Wasze miłe słowa.

Wickedzie, choć staram się zwracać uwagę na powtórzenia, tym razem umknęły mi przede wszystkim “miały i bysie”. To pewnie z emocji. Dziękuję za wnikliwą łapankę. Część uwag wprowadziłem. Zazdroszczę takiego oka i wiedzy.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Bardzo ładne, przemyślane opowiadanie. Na początku (i nie tylko) uwagę przykuwają postacie nakreślone z pewną dozą turpizmu, w dalszej części intrygują precyzyjne opisy wykorzystujące specjalistyczną terminologię, a stopniowo wszystko łączy się w całość pod znakiem relacji między sztuką a życiem.

Zakończenie interpretuję nieco bardziej pesymistycznie niż sy, ale rzeczywiście mamy tu pewną dowolność i myślę, że opuściłeś kurtynę w idealnym momencie. ;)

Bardzo piękny tekst, przeczytałam z ogromną przyjemnością, zarówno ze względu na postacie, jak i na wykreowany świat.

Dziękuję dwóm nowym czytelniczkom za dobre słowo i odwiedziny. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Hmmm. A mnie nie zachwyciło.

Zabrakło mi porządnej akcji i fantastyki. Właściwie, to tekst obyczajowy, o przyjaźni, jej prawach i obowiązkach. Kukiełka jest tylko rekwizytem.

Oczywiście, można tekst uznać za metaforę, być może Łosiot idzie w zaplanowanym przez Ciebie kierunku. Tylko wtedy jeszcze jedna warstwa fantastyki idzie w las.

Paradoksalnie, za najciekawszy pomysł uważam drewniane ręce dziewczynki. Kalectwo i talent zarazem. Oryginalna sprawa. Aż żal, że nie wykorzystujesz tego fabularnie, tylko sygnalizujesz, że tak jest.

Trochę dziwnie dobrałeś postacie – stary mistrz jest drażliwy na punkcie własnego wyglądu jak pryszczaty nastolatek, a z ust dzieci płynie mądrość godna chińskiego mędrca. W ten sposób, IMO, nadajesz swojemu bohaterowi rys dupka. Szczególnie zakazywanie chłopcu poruszania jakiegoś tematu jest głupie. Nawet jeśli Furio nie miał racji, a publiczność będzie rozczarowana, to głupota zatykania uszu na jakiś temat zostaje głupotą.

Inna sprawa, że dzieciaki prezentują dziecięce podejście – mam rację, bo wiem, że mam, a starzy się na niczym nie znają. I chrzanić konsekwencje.

Babska logika rządzi!

Dzieci potrafią doskonale obserwować otoczenie. Zauważ, że nie wyrażają żadnych mądrości encyklopedycznych, tylko związane z emocjami, uczuciami i zachowaniami. Mówi się, że dziecka nie oszukasz, i to jest prawda, tylko trudniej jest im wyrażać emocje, niż dorosłym.

Rzeczywiście w swoich ostatnich utworach poruszam się po surrealizmie albo realizmie magicznym. Dobrze się w tym czuję.

Akcja i fabuła jest, tylko nie taka, jak lubisz. :) To znaczy nie przypomina… partii szachów. :) Gdzie bohaterów jest więcej, mają swoje role i zdania i miesza się to wszystko w szeregu sytuacji i intryg. :) Wiem, bo zaglądam regularnie do Twojej twórczości, tylko nie zawsze mam coś sensownego do napisania.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

To prawda, że wychodzące od dzieci przesłanie nie bazuje na wiedzy. Może to jego zaleta, a może wada. Trudno mi powiedzieć, czy wartość komunikatu “musisz sam wyjść na scenę i zatańczyć” jest wyższa niż “lody na obiad są dobre, bo są dobre”. Tego nie pokazujesz. :-)

Owszem, dzieci mają jakieś doświadczenie w emocjach – w odróżnieniu od dietetyki – ale to ciągle może być doświadczenie inne niż to potrzebne mistrzowi. Trudno mi uwierzyć, że dzieci lepiej potrafią przewidzieć reakcje dorosłej publiczności niż ktoś, kto już długo siedzi w tym fachu.

A co do oszukiwania dzieci – też mnie nie przekonałeś. Miliony maluchów wierzą w Świętego Mikołaja. :-)

Babska logika rządzi!

Trudno mi uwierzyć, że dzieci lepiej potrafią przewidzieć reakcje dorosłej publiczności niż ktoś, kto już długo siedzi w tym fachu.

Nie sądzę, żeby to było motywacją Furia. On ocenia sytuację po swojemu, zmusza mistrza do tańca, bo jemu się wydaje, że tak będzie lepiej. Zakończenie jest otwarte – nie wiemy, jak ostatecznie zadecydowała publiczność.

 

Tak swoją drogą, w kwestii Celii – mnie najbardziej intryguje to zdanie o tym, że ona czuje drewno, a zarazem może sprawdzić, czy z mistrzem wszystko w porządku – jakby i on był przynajmniej częściowo z drewna.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Finklo, to może być dla Ciebie szok… ale Święty Mikołaj istnieje!

Tu masz adres, możesz pojechać, pogadać, przekonać się. ;)

 

Drakaino, Celia może sprawdzić organy ruchu mistrza (nie wewnętrzne), które są z drewna.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Okej, mój błąd… Za daleko poszłam w interpretacji… Bo kuszące było to, że ten dziwny wygląd mistrza i Furia to oznaka jakiejś “marionetkowości” :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki, Darcon. :-) To już nie muszę bąblom kupować prezentów gwiazdkowych! ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo ciekawa interpretacja, tylko utwierdza mnie w dalszym utrzymywaniu niedopowiedzeń w tekstach i późniejszym nie wyjaśnianiu.

 

Finklo, magia sławy kosztuje. Prezent od cioci to nie to samo co od Świętego Mikołaja. :) Od razu prestiż rośnie. ;)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Btw kukiełkowatości chyba byłoby lepsze, bo marionetkowość się mocno zmetaforyzowała w sensie niesamodzielności, a nie o to mi chodziło :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przyznam Darconie, że kupiłeś mnie klimatem. Cała akcja dzieje się w takiej specyficznej, tajemniczej atmosferze. Trochę stempunkowe, trochę barokowe, ciężko stwierdzić pod jaki gatunek podpiąć tekst. Do tego eleganckie wykonanie i wieloznaczne zakończenie. Bardzo mi się podobało, mimo że z reguły wolę opowieści bardziej nastawione na akcję.

Postać mistrza Tramonte kojarzyła mi się z postacią ze Sztuki spadania Bagińskiego. Czyżby jakaś inspiracja?

Ciekawe opowiadanie. Czuć klimat i dobrze się czyta. Fajnie opisana postać głównego bohatera.

Zabrakło mi fantastyki i zakończenia. Ostatnie zdanie nie zamknęło dla mnie historii, poczułem się jakby nie skopiował się z pliku kawałek tekstu :)

Cieszę się, Belhaju, że Ci się podobało.

Sztukę spadania znam, ale inspiracją był utwór z przedmowy, i to bardzo silną, gdyż podczas słuchania w głowie pojawił się cały pomysł, włącznie z detalami, i nie wiem, czy gdyby nie ta melodia, tekst w ogóle by powstał, stąd też znalazł się przedmowie. To właśnie muzyka najczęściej mnie inspiruje.

Pablo, fajnie, że Arezio przypadł Ci do gustu. Niejednoznaczne zakończenia to moja słabość, najchętniej kończyłbym tak każde opowiadanie.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Rzadko mam ostatnio czas, żeby coś czytać w internecie. Tu przybyłam zwabiona nominacjami i… nie zawiodłam się. Jak dla mnie najważniejszy jest klimat, Tobie udało się utrzymać od początku do końca fantastyczny, z pięknymi niedopowiedzeniami. Ale brak niektórych wyjaśnień (dotyczących świata, bądź ułomności ludzi) wcale mi nie przeszkadzał. Miałam wrażenie, że razem z chłopcem zajrzałam przez chwilę za kulisy teatru, zobaczyłam to, co przeczuwałam: że prawdziwi artyści są inni od zwykłych ludzi. I to mi wystarczyło, by przez chwilę poczuć się również taką inną.

Bałam się zakończenia, bo bałam się, że każesz mistrzowi przeżyć straszliwą klęskę: chyba bym płakała razem z nim.

I bałam się zakończenia, bo bałam się, że mistrz odniesie sukces i będzie żałował tych wszystkich lat, gdzie wkładał duszę, by ktoś inny tańczył na scenie.

I już się nie boję, bo ostatnie zdanie to majstersztyk.

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytałam bez najmniejszej przykrości, ale cóż, nie mogę powiedzieć, że opowiadanie wywarło na mnie jakieś szczególne wrażenie, choćby w części podobne do tego, którego doznali wcześniej komentujący. Przypuszczam, że to moja wina, bo nigdy nie potrafiłam docenić zalet baletu czy choćby tańca towarzyskiego.

Dość szczególny i nieźle opisany wydał mi się wątek przyjaźni Arezio z Furio. Rozumiem, że zbliżyła ich odmienność, ale nie rozumiem, dlaczego chłopca cały czas nazywasz malcem? Malcy nie myślą tak jak Furio i nie wyrażają się tak jak on, malcy raczej nie pracują na targu.

Podoba mi się umiejętność, którą obdarzyłeś Celię, szkoda jednak, że nie znalazłeś dla niej zastosowania. Gdyby dziewczynka pokazała, co potrafi, można by mówić o fantastyce, sama jednak wzmianka o osobliwej umiejętności jest zaledwie fantastyki namiastką.

Zakończenie jakie jest, każdy widzi i mniemam, że każdy widzi je po swojemu. Ja, kończąc lekturę, miałam przed oczami scenę z Polskich dróg, w której Zdzisław Maklakiewicz tańczy Carnaval Roberta Schumana.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Winne mu­sia­ły po­no­sić mi­ni­mal­nie zbyt cięż­kie… –> Pewnie miało być: Winę mu­sia­ły po­no­sić mi­ni­mal­nie zbyt cięż­kie

 

Po­łą­cze­nie wszyst­kich pięć­dzie­się­ciu sze­ściu mi­kro­ni­ci z nie­wiel­ki­mi ha­czy­ka­mi roz­miesz­czo­ny­mi na ma­ne­ki­nie tro­chę mu zaj­mie… –> …zajmie mu tro­chę mu czasu… Lub: …trochę potrwa

 

pod­ska­ku­jąc na te­atral­nym stoł­ku. –> Na czym polega teatralność stołka?

 

 Po­pra­wił so­czew­ko­wy oku­lar… –> Czy okular mógł być inny, nie soczewkowy?

 

ru­szył z gra­cją przez scenę, ser­wu­jąc wi­dow­ni pierw­szy, ro­man­tycz­ny układ. –> A może: …prezentu­jąc wi­dow­ni pierw­szy, ro­man­tycz­ny układ.

Serwowanie kojarzy mi się z gastronomią i sportem, ale nie z teatrem i tańcem.

 

od bal­lotté – skoku w przód, z uło­żo­ny­mi nogi w po­zy­cję V… –> Chyba miało być: …od bal­lotté – skoku w przód, z nogami uło­żo­ny­mi w po­zy­cję V

 

wy­cią­gnąć nogę zgod­nie z kie­run­kiem skoku, drugą opu­ścił na zie­mię w demi plie… –> Raczej: …drugą opu­ścił na podłogę w demi plie

 

chło­nął uchem ko­lej­ne aplau­zy za­chwy­tu na wi­dow­ni. –> Masło maślane. Wszak aplauz wyraża zachwyt i uznanie.

Zachwyt, moim zdaniem, jest zbędny, zwłaszcza że zdanie dalej napisałeś: Dusza grała, serce rwało się z za­chwy­tu

 

Po­pra­wił cy­lin­der na gło­wie, spu­ścił go głę­biej na czoło… –> Czy istniała możliwość, by cylinder był poprawiany w innym miejscu, nie na głowie?

Może wystarczy: Po­pra­wił cy­lin­der, zsunął go głę­biej na czoło

 

Tra­mon­te po­chy­lił się, by do­kład­niej przyj­rzeć się to­wa­rzysz­ce Furia.

– Wiem, czy coś się dzie­je w środ­ku… –> Lekka siękoza.

 

Po­pa­trzył na swoje cien­kie palce i wą­skie nóżki. –> Można mieć wąską talię, ale nie wydaje mi się, aby wąskie mogły być nóżki.

Może: Po­pa­trzył na swoje cien­kie palce i chudziutkie/ szczuplutkie/ patykowate/ nitkowate nóżki.

 

Mały zro­bił far­so­wą minę. –> Czy tu aby nie miało być: Mały zro­bił mar­so­wą minę.

 

To Mistrz Tra­mon­te za po­mo­cą or­ga­nów ruchu ste­ro­wał kla­wi­sza­mi swoją kukłą. –> A może: To Mistrz Tra­mon­te, za po­mo­cą klawiszy or­ga­nów ruchu, sterował swoją kukłą.

 

– Furio, Furio! – za­wo­łał cicho, ale chłop­ca przy nim nie było. –> Zawołanie, o ile mi wiadomo, jest głośne z definicji.

 

Ten mały, nie­wdzięcz­ny chły­stek sie­dział… –> Chłystek to młody, niepoważny człowiek, a nie wydaje mi się, aby Furio był taki. Zdecydowanie lepsza byłaby jedna z propozycji Drakainy.

 

bo mały zdraj­ca nie za­prze­sta­wał w wy­sił­kach… –> Raczej: …bo mały zdraj­ca nie ustawał w wy­sił­kach… Lub: …bo mały zdraj­ca nie za­prze­sta­wał wy­sił­ków

 

Na scenę, dziar­skim kro­kiem, z jego cy­lin­drem na gło­wie… –> Na scenę, dziar­skim kro­kiem, w jego cylindrze na gło­wie

 

Malec nie sta­wiał oporu, stał w mil­cze­niu… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Kilka minut za­ję­ło mu wy­czysz­cze­nie lu­stra z brudu i kurzu. Wy­mie­nił też kilka prze­pa­lo­nych ża­ró­wek w li­stwach wokół to­a­let­ki. Do­sko­na­le wi­dział teraz wszyst­kie plamy na łysej gło­wie, i po­pra­wił kilka wło­sów… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Dwie go­dzi­ny ze­szło mu, zanim zro­bił od­po­wied­ni ma­ki­jaż. – Piszesz o godzinach, a te są rodzaju żeńskiego, więc: Dwie go­dzi­ny ze­szły mu, zanim zro­bił od­po­wied­ni ma­ki­jaż.

 

i na­ło­żył odro­bi­nę ko­lo­ru na po­licz­ki. –> Jakiego koloru?

A może: …i na­ło­żył nieco różu na po­licz­ki.

Dwa zdania dalej masz: …odrobinę podretuszował

 

gdy druga noga do­go­ni­ła pierw­szą i po­łą­czył je razem w naj­wyż­szym punk­cie skoku… –> Masło maślane. Czy mógł połączyć je osobno?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bemiku, domyślam się, że ta rzadkość wynika z intensywnego pisania. ;) Tym bardziej cieszę się z Twoich odwiedzin i dobrego słowa.

Miałam wrażenie, że razem z chłopcem zajrzałam przez chwilę za kulisy teatru, zobaczyłam to, co przeczuwałam: że prawdziwi artyści są inni od zwykłych ludzi. I to mi wystarczyło, by przez chwilę poczuć się również taką inną.

Zauważyłaś, więc się udało.

A co do zakończenia, piszę je właśnie dla takich słów. Dziękuję.

 

Reg, tym razem nie wprowadziłem wszystkich sugestii, ale część z tych naniesionych jest ważna.

Doceniam czas, który nad tym spędziłaś. Winna się nie czuj, nie każdy musi wynosić z utworu to samo.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, dziękuję za wyrozumiałość.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst z gatunku tych, obok których trudno przejść obojętnie. Porusza, bo dotyka kwestii odbioru sztuki i wewnętrznych lęków człowieka. Wyobraziłam sobie, że publiczność to wydawca, a taniec bohatera to powieść. Zapada cisza na widowni i nie wiadomo, co będzie dalej. Dobrze, że skończyłeś właśnie w tym miejscu, to nadaje historii uniwersalność. Podobało mi się włączenie do historii niepełnosprawnej dziewczynki, pokazanie, że takie osoby też mogą być wyjątkowe.

Jest pan prawdziwym mistrzem, Mistrzu. – fajne

Nie był głodny, w dzień występu mógł nie jeść przez cały dzień, żył tylko przedstawieniem. – niefajne powtórzenie

 

Przeczytałem, tekst ciekawy. Pomysł na zakończenie, jednak, moim zdaniem dość dziwny. Spodziewałem się raczej happy endu, a tu… cisza.

 

Ciekawe czy później pojawiła się owacja, bo nawet, jeśli nie, Tramonte i tak wygrywa. Odważył się. Wreszcie.

Pisanie to zadawanie pytań, a czytelnik zawsze zna odpowiedź.

Miło mi, Ando. To duża wartość dla autora, gdy tekst kogoś porusza.

Fajnie, że wpadłeś, Piotrze :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Już od początku tworzysz ciekawy klimat. Mnie kojarzy się z bajkami z PRL, ze Studia Filmów Animowanych z Bielska-Białej – opisy postaci, z lekka groteskowych w wyglądzie, lecz zarazem ukazujących nim swój stan wewnętrzny. Bajka ta ma wyraźnie zarysowany morał, a postacie są skrojone właśnie do jego ukazania. I w tym konkretnym celu sprawdzają się znakomicie.

Dodatkowo wyglądem postaci i językiem tekstu stawiasz na emocje i wywołujesz je bardzo dobrze. Mistrz i jego lekko wkurzający uczeń/przyjaciel/chłopie o złotym sercu, równie złota wewnętrznie Celia – ich dialogi, działania są obliczone na wzbudzenie emocji. Nie czynią tego mocno, ale jednak wyraźnie, by nie dało się tego pomylić z niczym innym.

Czy więc tekst ma wady? Nie nazwałbym tego wadą, ale definitywnie celujesz w pewną grupę ludzi. Jeśli bowiem kogoś nie chwyci klimat bajki z postaciami z lekka przerysowanych zewnętrznie jak i wewnętrznie, jeśli nie da się złapać na emocje – to niestety może nic więcej nie znaleźć. Światotwórstwa nie ma tu za wiele, podobnie wielkich idei i konfrontacji. Jest opowieść o odwadze pogodzenia się z samym sobą.

Podsumowując: tekst nie dla każdego, ale w grupę docelową trafi ze względu i na pomysł, i na morał i na dobre wykonanie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Świt dopiero nadchodził, gdy Arezio Tramonte już przemykał ulicami miasta.

Wyrzuciłabym już. Albo napisała: świt dopiero nadchodził, a Arezio już przemykał…

– Co tam, Furio.

Znak zapytania.

Ładne, bardzo dobrze się czyta, podobało mi się :)

Masz rację, NWMie, światotwórstwo po zupełnie przeciętnym przyjęciu Istoty umysłu na razie odłożyłem. Druga sprawa, że żaden pomysł, który mam, nie jest na 40 czy 50 tys znaków, ale coś sam o tym wiesz. ;) Piszę więc ostatnio bardziej z serca niż z głowy.

Z grupą docelową też prawda, ale też nie celuję w nic z szerokim rozmachem, przynajmniej na razie. Fajnie, że łatwo znalazłeś pozytywy, nawet jeśli nie wszystkie podzielasz.

Anet, “już” usuwałem i przywracałem. :) Ostatecznie zostało, a drugie zdanie było wypowiedziane na zasadzie stwierdzenia. Dzięki za wizytę.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ładny, bajkowy tekst, ale nie należę do grupy docelowej.

Fabuła klasyczna, ale że schemat potraktowałeś jako stelaż do obudowania swoją historią, to wyszło świeżo i lekko. Postacie takie trochę kreskówkowe, zarysowane wyraziście, bez szczególnych niuansów – każdy ma swoją rolę do odegrania. Jedynie przedstawienie dziewczynki nie do końca mnie przekonało. Miałam wrażenie, że jest jej w tekście albo za mało albo za dużo (do wypełnienia swojej roli popchnięcia Furia do zdecydowanych działań wobec mistrza wystarczyłaby rozmowa poza teatrem; z drugiej strony przedstawienie dziewczynki mistrzowi i informacja o tym, że mogłaby “zbadać” organy do niczego nie prowadzi – czytelnik dowiaduje się o tym, a zaraz potem akcja wraca na “właściwe” tory i dziewczynka znika z opowieści).

Nie do końca przekonało mnie to, że mistrz tak po prostu zatańczył – całe dnie spędzał obsługując organy i nagle wychodzi sobie na scenę i nie ma problemu żeby zatańczyć, ciało się go słucha, potrafi wykonać wszystkie figury itd. Ktoś kto nie ćwiczy, raczej nie miałby szans ;-)

Najmocniejszy fragment tekstu – kiedy mistrz się zaczyna pudrować, a potem decyduje się jednak pokazać siebie :-)

Historia kończy się w dobrym momencie.

Wydaje mi się, że ten tekst dobrze by się sprawdził jako punkt wyjścia do rozmowy z dziećmi o byciu sobą, przyjaźni, przekraczaniu granic i tego, czy wolno i na ile możemy ingerować w cudze życie.

Przyjemna lektura, ale bez szczególnych emocji.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Skoro nie należysz do grupy, to tym bardziej dziękuję za obszerny komentarz.

Co do Celii, chodzi właśnie o to, że nie wystarczyła rozmowa poza teatrem, chłopiec potrzebował jej wsparcia “na polu bitwy”, u boku. I dobrze zauważyłaś, ich rozmowa już w teatrze do niczego nie prowadzi. Jest pretekstem do jej obecności. I Celia, a przede wszystkim Furio, liczą, że nie trzeba będzie organów sprawdzać, gdyż nie będą już dłużej potrzebne…

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

No, no. Widać, że sporo serca włożyłeś w ten tekst. :) Stylowo bez zarzutu, zgrabnie przechodzisz od emocji do opisów, a potem do samych dialogów. Fabuła jest prosta, ale klimatyczna i baśniowa.

Niestety zgodzę się z dogsdumpling, motyw dziewczynki i jej umiejętności moim zdaniem został zupełnie niewykorzystany. Twoje wyjaśnienie jest logiczne i ma swój urok, ale jakoś nie wystarcza. Nie sprawia to, że opowiadanie jest chociażby średnie, ale mam wrażenie, że mogło być rewelacyjne, a jest po prostu bardzo dobre. Mam nadzieję, że rozumiesz, co mam na myśli. :)

Domyślam się jednak, że jest dokładnie takie, jakie chciałeś, żeby było i zdecydowanie ma w sobie to coś. Bajkowo. :)

Dzięki za wizytę, Ac. Cieszę się, że czuć emocje.

Nie mów “niestety”, to oczywiste, że pewne elementy będziemy postrzegać różnie. Jest kilka osób, które zwróciły uwagę na Celię. Myślę sobie, że to pewien sposób postrzegania opowieści, gdzie każdy powinien mieć swoje miejsce, ważne miejsce, wiązać się z całością opowieści. Ja widzę to inaczej, całkiem możliwe, że to wpływ filmów. Tam zdarzają się sceny z całkiem ciekawymi, epizodycznymi bohaterami, ostatecznie bez znaczenia dla fabuły, ale budujących głównych bohaterów.

Chociażby ta scena w filmie To nie jest kraj dla starych ludzi. Nie ma wpływu na fabułę ani związku z główną akcją. Jest wypełnieniem, buduje osobowość bohatera i tworzy klimat opowieści, ale mogła być rozwiązana na kilka innych sposobów.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Myślę sobie, że to pewien sposób postrzegania opowieści, gdzie każdy powinien mieć swoje miejsce, ważne miejsce, wiązać się z całością opowieści. Ja widzę to inaczej, całkiem możliwe, że to wpływ filmów. Tam zdarzają się sceny z całkiem ciekawymi, epizodycznymi bohaterami, ostatecznie bez znaczenia dla fabuły, ale budujących głównych bohaterów.

To ja może tylko uściślę, że nie przeszkadza mi epizodyczność Celii. Najbardziej w tej postaci uwiera mnie to, że jest czymś pomiędzy pełnoprawnym elementem świata przedstawionego a zabiegiem autorskim, pretekstem do popchnięcia akcji w pożądanym kierunku. Zwyczajnie wolałabym, żeby mi autor zza bohaterki nie wystawał podczas czytania ;-)

Myślę, że to też wynika z tego, że nie wyczytałam z tekstu tego, o czym wspomniałeś w komentarzu:

chłopiec potrzebował jej wsparcia “na polu bitwy”, u boku. (…)

I Celia, a przede wszystkim Furio, liczą, że nie trzeba będzie organów sprawdzać, gdyż nie będą już dłużej potrzebne…

Podejrzewam, że gdyby to było (bardziej) widoczne, inaczej odebrałabym bohaterkę.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ach, Dogs, jakże chciałbym budować takie postacie epizodyczne, żeby nikt nie miał wątpliwości. :) Na swoją obronę powiem tylko, że w filmie jest z tym jednak troszkę łatwiej. Jest obraz, widać bohatera, mimikę, zachowanie, czasami nie musi nawet nic mówić. A w słowie pisanym trzeba napisać tyle, żeby czytelnik nie oczekiwał w związku z takim bohaterem wielkich czynów i wpływu na fabułę, a jednocześnie dostrzegł jego potrzebę.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nowa Fantastyka