- Opowiadanie: Darcon - Teatr Mistrza Tramonte

Teatr Mistrza Tramonte

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Teatr Mistrza Tramonte

Świt dopiero nadchodził, gdy Arezio Tramonte przemykał ulicami miasta. Poprawił cylinder i szczelniej ściągnął pelerynę, by porywisty wiatr nie przewiał jego przeraźliwie chudych kończyn.

Nienawidził swojego ciała. Okrągłego tułowia w kształcie beczki i doczepionych do niego patykowatych rączek i nóżek. Nie potrafił nazwać ich inaczej. Robiąc z dwóch palców „oczko”, można było przeciągnąć wzdłuż ręką przez całe ramię lub nogę. Dokładając do tego pękatą i prawie łysą głowę, szpiczasty nos i ostro zakończone zęby, jak gdyby był drapieżnym zwierzęciem, a nie człowiekiem – miało się obraz marnej, fizycznej formy, w której zamknięta została piękna dusza. Bo Arezio duszę miał piękną, a ciało? Cóż, zapewne świadczyło o zachowaniu równowagi w przyrodzie. Nie można mieć przecież wszystkiego.

– Mistrzu, Mistrzu! – dobiegł go głos za plecami.

Obejrzał się przez ramię, nie zwalniając kroku.

– Mistrzu, zaczekaj!

Tupot drobnych nóżek oznajmił mu, że i tak nie ucieknie, nawet gdyby chciał.

– Co tam, Furio. – Mężczyzna zerknął przelotnie na kilkuletniego chłopca.

Nie lubił na niego patrzeć, tak samo zresztą, jak na siebie. Chłopak miał równie wielką głowę, jak on, co prawda nie był łysy, jeszcze, ale olbrzymie, czarne oczy przypominające monstrualne śliwki, przyprawiały go o gęsią skórkę. „Nikt nie jest doskonały”, szybko powtórzył w myślach.

– Już idziesz do teatru, Mistrzu? – Dzieciak pociągnął go za pelerynę. – Tak wcześnie? Ledwo zaczyna świtać.

– Idę, idę! – Zirytowany Arezio wyrwał materiał z rąk chłopca. – A ty co tak wcześnie robisz na ulicy? Znowu okradasz pijaczków, którzy nie dali rady dotrzeć do domów?

Malec wydął usta.

– Phi! Nie muszę! – Złapał się rękami pod boki. – Mam pracę na targu, i nikogo już nie okradam! Ale muszę być tam przed świtem.

– To leć już, leć, na co czekasz?

Chłopak zerwał się do biegu.

– Przyjdę, jak skończę robotę! – zawołał, zanim zniknął za zakrętem.

Arezio pokiwał głową i uśmiechnął się nieznacznie pod nosem. Prawda była taka, że bardzo lubił małego Furio. Przypominał mu jego samego za dawnych, młodych lat.

 

֍

 

Arezio Tramonte poprawił kukłę ułożoną na stole. Spoglądał na postać młodzieńca z zadowoleniem, to było bezsprzecznie jego największe dzieło. Idealne proporcje ciała, idealny wzrost i waga, nienaganna skóra, bez żadnej skazy. Kończył właśnie wsmarowywać specjalną maść, nadającą sztucznej materii naturalny wygląd. Recepturę sam wypracował przez lata. Zmarszczył brwi, pochylił się i poprawił ułożenie dwóch palców dłoni, które zaburzały ułożenie sylwetki.

Podszedł wolno do szafy stojącej w rogu teatralnego magazynu, który przerobił na swoją salę przygotowań. Przyjrzał się rzędom szpulek równo ułożonych na półkach. Wybrał mikrolinki numer cztery do tułowia, sześć do nóg i numer siedem do ramion. Ostatni spektakl, choć ogłoszony w prasie doskonałym, nie przestawał go nurtować. Doszedł do wniosku, że ruchy ramion były o milisekundy spóźnione względem reszty ciała. Winę musiały ponosić minimalnie zbyt ciężkie i grube dla rąk mikrolinki rozmiar sześć, jeśli można w ogóle takimi je określić. Dlatego zamienił je na lżejsze i cieńsze siódemki.

Położył szpule na stole. Połączenie wszystkich pięćdziesięciu sześciu mikronici z niewielkimi haczykami rozmieszczonymi na manekinie trochę mu zajmie, tym bardziej że wszystko musiał robić przy użyciu soczewek. Nie martwił się jednak, był wręcz podekscytowany. Do wszystkiego doszedł ciężką i żmudną pracą, był…

– Mistrzu Tramonte!

Arezio mało nie zerwał linki, podskakując na teatralnym stołku.

– Czy zawsze musisz się tak skradać, Furio?! – zazgrzytał ostrymi zębami, zamknął jednak szybko usta, żeby nie straszyć niepotrzebnie chłopaka. – Wypadałoby najpierw zapukać.

– Pukałem trzy razy! – Malec zrobił strapioną minę. – Nie słyszał pan.

– Tak, tak… – Tramonte odłożył narzędzia i spojrzał na chłopca. – Co tam, Furio?

– Skończyłem pracę na rynku. – Dzieciak wskoczył bezceremonialnie na krzesło obok. – Czytał pan już dzisiejszą prasę? Podobno „Taniec mężczyzny bez twarzy” nazwano zjawiskowym, niespotykanym i spekta… spektu…

– Spektakularnym.

– Tak, właśnie! – Furio głośno westchnął. – Jest pan prawdziwym mistrzem, Mistrzu.

– Dziękuję, chłopcze. – Arezio Tramonte uśmiechnął się prawie niezauważalnie. – Cieszą mnie twoje słowa.

– Jejku! – Chłopak pochylił się gwałtownie nad manekinem. – To ta specjalna maść? Nic dziwnego, że widownia nie może się połapać! Nawet z bliska wygląda jak żywy!

– Odsuń się. – Poirytowany Arezio chwycił malca za ramię i odciągnął do tyłu. – Jeszcze coś zniszczysz!

– Przepraszam, będę już uważał.

– Ja nikogo tu nie nabieram. – Mężczyzna pochylił się i tłumiąc niechęć, spojrzał w wielkie, czarne oczy Furia. – Dorośli widzą to, co chcą zobaczyć, rozumiesz? Jeśli pochwalą, a kukła zatańczy, są szczęśliwi i zadowoleni. Wierzą przy tym, że jest żywa i samodzielna. Jeśli będzie jeszcze idealnie piękna, jeśli będzie uśmiechać się do wszystkich, skradnie ich serca.

– Ale przecież on do nikogo się nie uśmiecha. – Malec zmarszczył czoło. – Przecież nie ma twarzy.

– To taka przenośnia. – Tramonte wyprostował się i zebrał szpule.

– A dlaczego on jest bez twarzy? Nie umiał pan zrobić? – dopytywał chłopiec z ciekawością.

– Ha, ha! Nie, nie dlatego. – Mężczyzna podniósł się ze stołka i podszedł do szafy. – Widzisz, wkładam wszystko w jego taniec. Nie mogę mu przecież nadać własnej twarzy, a nie chcę też innej. To przecież ja, tylko taki, jakim chcą mnie widzieć inni.

– Powinien pan sam zatańczyć. On nigdy nie osiągnie pańskiego poziomu, w nim nie ma duszy, on nie ma serca. Pan robi to o niebo lepiej! Dlaczego pan dla nich nie zatańczy, Mistrzu?

Arezio Tramonte zadrżała ręka, przymknął oczy i starał się powstrzymać napływające łzy. Maleńki pomocnik nie wiedział, jak wielką radość sprawił swojemu mistrzowi.

– Idź, proszę, Furio. Muszę jeszcze popracować. – Mężczyzna nie odwrócił się już w stronę chłopca.

֍

 

Arezio usiadł przed stołem gry swoich organów ruchu. Dawno temu stworzył je dla niego wspaniały artysta. Popatrzył krytycznie na przyciski, czy na pewno każdy jest odpowiednio wysunięty lub schowany. Zlustrował szybko mikrolinki podpięte do klawiszy, wszystkie były na swoich miejscach.

Delikatnie postawił chudziutkie stopy na klawiaturze nożnej i położył cieniutkie palce na ręcznej. Od lat modyfikował instrument, przystosowując go coraz lepiej do swojej specyficznej postury. Powiększył fotel, by mieć więcej swobody dla beczkowatego ciała, jednocześnie zwęził klawisze, zarówno górne, jak i dolne, dopasowując je do patykowatych kończyn. Teraz, w starej szerokości obu klawiatur, upchnął kilka przycisków więcej, dzięki temu uzyskał dodatkowe ruchy dla stworzonego manekina. Mógł być doskonalszy w tańcu.

Poprawił soczewkowy okular, który zamocowany był na giętkiej nóżce tak, aby uzyskać dobry podgląd na scenę i kukłę. Nie musiał zerkać, czy siedzący za nim Furio jest gotowy. Chłopiec jeszcze nigdy go nie zawiódł. Włączył muzykę, nacisnął płynnymi ruchami kilkanaście klawiszy i wyprowadził manekina na scenę.

Czas zacząć przedstawienie. Czas rozpocząć „Taniec mężczyzny bez twarzy”.

 

Arezio ustawił tancerza w pozie arrondi i gdy na sali zapadła absolutna cisza, ruszył z gracją przez scenę, prezentując widowni pierwszy, romantyczny układ. Naciskał szybko klawisze, prowadząc baletmistrza po parkiecie, wyprowadzał skoki, począwszy od ballotté – skoku w przód, z nogami ułożonymi w pozycję V, by potem podnieść przez sur le cou de pied i wyciągnąć nogę zgodnie z kierunkiem skoku, drugą opuścił na ziemię w demi plie, tułów odgiął z powrotem do podniesionej, by ostatecznie przejść z gracją do bourrée, stawiając na przemian miękkie i ostre kroki.

Poczuł pierwsze krople potu, ale natychmiast, jak cień, pojawił się Furio.

– Jestem, Mistrzu – wyszeptał chłopiec, delikatnie ocierając zroszone czoło.

Arezio patrzył przez okular na scenę i chłonął uchem kolejne aplauzy na widowni. Jego wzrok był rozanielony, a uśmiech szczęścia nie opuszczał ust. Dusza grała, serce rwało się z zachwytu, by toczyć krew i pobudzać go do coraz to trudniejszych figur. Był w transie, był sobą, żył!

Z takim samym zachwytem mały Furio patrzył na swojego mistrza.

 

֍

 

– I jak dzisiejszy występ, Furio? – zapytała mała dziewczynka z drewnianymi rączkami.

– Ech, dobrze… – Chłopiec wzruszył ramionami. – Publiczność wiwatowała na stojąco przez kwadrans.

– To dlaczego się nie cieszysz?

Malec spojrzał na koleżankę, na jej bujne, jasne loki, roześmianą buzię i drewniane ręce, z których nic sobie nie robiła.

– Wiesz, Celia, mój mistrz umie tańczyć znacznie lepiej, niż jego ku… kulturalny tancerz.

– Oj, przestań, od dawna wiem, że to kukła. – Dziewczynka beztrosko machnęła ręką. – Od dnia, w którym pokazałeś mi teatr.

– Nikomu nie wolno o tym mówić! – Furio przyłożył palec do ust i rozejrzał się nerwowo. – Rozumiesz?

– Wiem, wiem. – Celia usiadła na stopniach starego, opuszczonego domu, gdzie zawsze się spotykali. – Dlaczego nie powiesz mu, że sam tańczy lepiej od lalki?

– Mówiłem, i to dwa razy. – Chłopiec usiadał obok, zrezygnowany.

– Widocznie robiłeś to bez większego przekonania.

– Co masz na myśli? – Malec zmarszczył brwi.

– Jesteś jego przyjacielem i musisz mu powiedzieć prawdę, ale tak, żeby zrozumiał. – Celia poprawiła mimowolnie starą, lekko już zniszczoną sukienkę. – Żebyś usłyszał, tylko przyjaciel może powiedzieć ci coś, co tak naprawdę wiesz, ale nie chcesz słuchać, ani dopuścić do siebie.

Furio milczał długą chwilę, patrząc to na swoje buty, to na Celię.

– Jesteś moją najlepszą przyjaciółką.

– Tak samo, jak ty moim, Furio.

– Pójdziesz ze mną znowu do teatru? – Chłopiec złapał dziewczynkę za rękę. – Może przy tobie będę miał więcej odwagi.

 

֍

 

Arezio Tramonte wchodził jak najciszej po schodach kamienicy, w której mieszkał. Poprawił cylinder, spuścił go głębiej na czoło i ściągnął mocniej pelerynę. Nie chciał zostać przypadkowo zaczepiony przez jakiegoś sąsiada. Chciał znaleźć się już w mieszkaniu i nacieszyć chwilą radosnego uniesienia po udanym przedstawieniu. Wiedział przecież, jak szybko mija.

Rozebrał się i poszedł od razu do łazienki. Nie był głodny, w dzień występu mógł nie jeść przez cały dzień, żył tylko przedstawieniem. Zgrabnie wskoczył do wanny, co zupełnie przeczyło jego niekształtnej sylwetce, ale nie napuścił wody. Wziął krótki prysznic, by jak najszybciej znaleźć się w łóżku. Tam, leżąc i patrząc w sufit, najlepiej myślało mu się o minionym występie i planowało następny.

Naciągnął pościel wysoko, pod samą brodę. Chude ręce i nogi szybko robiły się zimne, gdy tylko odkrywał się nieznacznie.

 

֍

 

Położył przed sobą nowy nabytek, szpule z mikrolinkami rozmiar osiem. Czekał na nie od pół roku. Wykorzysta je do podłączenia osobno każdego palca u dłoni. Zyska dodatkowe ruchy, będzie mógł w wysublimowany sposób wyrazić ulotny element ekspresji, którego brakowało mu do wymyślonego, wyjątkowego układu. To będzie jego występ życia. Ostateczne spełnienie.

Poprawił przytkniętą do oka soczewkę. Musiał uważać, aby każde łączenie było niezawodne, by nie rozwiązało się w trakcie występu i jednym machnięciem bezwładnego palca nie przekreśliło bezbłędnego tańca.

– Dzień dobry, Mistrzu!

– Dzień dobry, mój chłopcze. – Tym razem Arezio nie dał się zaskoczyć i nie oderwał wzroku od pracy. – Co cię do mnie sprowadza w środku dnia? Nie powinieneś być na targu?

– Chciałem panu kogoś przedstawić.

Tramonte usłyszał szuranie za plecami.

– To jest Celia – dodał malec.

Mężczyzna odwrócił się powoli, dopiero teraz dostrzegając dziewczynkę obok chłopca. Sięgnął instynktownie do głowy, ale powstrzymał się w połowie ruchu. Nie miał na niej cylindra, a zasłanianie łysego i plamistego łba nic już teraz nie da.

Od razu zauważył drewniane ręce u małej. Kolejny dziwoląg w ich małej grupce, chyba nie mogło być inaczej.

– Dzień dobry. – Dziewczynka pięknie się uśmiechnęła i dygnęła z gracją.

Była ładna, bez dwóch zdań, jej kręcone, zapewne naturalne loki, spływały luźno na ramiona, a cała sylwetka prezentowała się nienagannie. Jak u tancerki. Arezio starał się powstrzymać uśmiech. Mały miał gust.

– Dzień dobry, dzień dobry… – Poprawił się nerwowo na stołku, gdy przypomniał sobie o swojej brzydocie. – W czym wam mogę pomóc? Potrzebujecie drobnych?

– Nie, nie. – Chłopiec energicznie zaprzeczył. – Celia ma drewniane ręce.

– Widzę, dziecko, widzę. – Arezio sapnął niezadowolony. – Mógłbyś mieć więcej taktu.

– I ona tymi rękami wyczuwa wszystko, co się dzieje z drewnem, deskami i różnymi drewnianymi rzeczami. – Malec wyrzucił z siebie słowa jak z pistoletu.

– Co znaczy, wyczuwa? – Tramonte pochylił się, by dokładniej przyjrzeć się towarzyszce Furia.

– Wiem, czy coś się dzieje w środku – Celia odpowiedziała już sama. – To znaczy, czy drewno nie jest wadliwe, czy nie pęknie w najbliższym czasie i takie tam…

Mała ściszyła głos, pesząc się pod bacznym spojrzeniem starszego mężczyzny.

– Mogłabym sprawdzić pana organy, czy wszystko jest w porządku – dodała.

Arezio milczał. Przyglądał się w zamyśleniu dwójce dzieciaków. Chłopakowi, który wpatrywał się w niego tymi wielkimi, czarnymi oczyma. Dziewczynce, która splotła dłonie, a te wydały przy tym dźwięk, jak przewracane pionki na szachownicy. Popatrzył na swoje cienkie palce i chudziutkie nóżki.

Czy sztuka musi przyciągać samych cudaków? Czy może oni są normalni, a wokół pełno jest tych samych, nienormalnie podobnych do siebie ludzi?

– To ciekawe, bardzo ciekawe – uśmiechnął się, choć przez zamknięte usta.

Zauważył, jak dziewczynka szturcha chłopaka w plecy.

– I chciałbym z panem o czymś porozmawiać, Mistrzu. – Mały zrobił marsową minę. – Bardzo poważnie.

 

֍

 

Furio wspinał się po skomplikowanym systemie rusztowań tuż nad sceną. Pełno tu było przekładni, ruchomych krążków i drążków. Wszystko turkotało ledwie słyszalnie i co chwilę zmieniało położenie. To Mistrz Tramonte za pomocą organów ruchu sterował klawiszami swoją kukłą. Właśnie odbywał się spektakl.

Chłopak zacisnął usta i mocniej chwycił się nielicznych stałych belek. Mistrz zrugał go okrutnie za kolejną namowę do tańca. Zagroził wyrzuceniem z teatru, jeśli Furio powróci kiedykolwiek do tematu. Ale chłopiec miał w głowie słowa Celii: „Tylko przyjaciel może powiedzieć ci coś, czego nie chcesz dopuścić do siebie”.

Mistrz Tramonte nie dopuścił, ale chłopak znalazł sposób, by wreszcie zmusić Mistrza do wyjścia z własnego cienia.

Pochylił się i puknął delikatnie jeden z ruchomych drążków.

Arezio zadrżał, widząc przez okular ledwo dostrzegalne potknięcie swego tancerza. Szybko zlustrował przyciski i klawisze, nie przestając wybijać na nich rytmu obranego układu. Wszystko wyglądało prawidłowo.

– Furio, Furio! – zawołał cicho, ale chłopca przy nim nie było.

I kolejne potknięcie, tym razem mogło zostać dostrzeżone przez bardziej wytrawnych widzów.

Pot zalał czoło Tramonte. W przebłysku myśli skierował okular na konstrukcję ponad sceną. Był tam! Ten mały, niewdzięczny gałgan siedział i grzebał przy jego przekładniach! Arezio, improwizując, błyskawicznie wykonał baletowy enchaînement, uciekając z tancerzem na drugi koniec sceny. Teraz musiał obserwować i scenę i konstrukcję, bo mały zdrajca nie ustawał w wysiłkach, żeby popsuć mu występ i starał się dotrzeć w pobliże drążków nad manekinem.

Arezio Tramonte z najwyższym wysiłkiem, sapiąc i dysząc, kończył przedstawienie. Na szczęście chłopakowi nie udało się dotrzeć w porę do odpowiednich krążków, by mógł zniszczyć spektakl. Stał teraz i przez niewielką dziurkę w kurtynie przyglądał się owacji na stojąco. Z trudem ocierał pot z czoła, bo ręce nadal mu drżały ze zdenerwowania.

I wtedy zbladł, a nogi ugięły się pod nim tak, że o mało nie upadł. Na scenę, dziarskim krokiem, z jego cylindrem na głowie, wszedł Furio. Stanął na środku i ukłonił się nisko.

– Szanowni państwo! Szanowni państwo! – Rozłożył szeroko ramiona, uspokajając owacje publiczności. – Z nieukrywaną radością chciałbym ogłosić, że stanie się to, co wyczekiwane jest od dawna. W następnym spektaklu zatańczy dla państwa sam Mistrz Arezio Tramonte!

 

Burzy braw nie było końca.

 

֍

 

– Ty mały łobuzie, ty zdrajco! – Arezio szarpał chłopca za koszulę. – Jak mogłeś! Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem.

Malec nie stawiał oporu, stał w milczeniu, wpatrując się w swojego mistrza.

– Zniszczyłeś mnie, rozumiesz?! – krzyczał Tramonte. – Zniszczyłeś wszystko, na co tak ciężko pracowałem przez lata…

Z mężczyzny uszło powietrze, zwiesił ramiona i ciężko opuścił głowę.

– To nieprawda.

– Coś ty powiedział? Coś ty powiedział, smarkaczu?!

Zarzucanie nieprawdy Arezio Tramonte podziałało na niego jak najgorsza potwarz. Znów silnie chwycił chłopaka.

– Czy ty nie rozumiesz, że będę teraz m u s i a ł wystąpić?! Że wymaga tego moje dobre imię? Wiesz, że tym samym stracę wszystko, co tak ciężko przyszło mi osiągnąć? Dlaczego chcesz mnie ośmieszyć?

– Pomogłem panu, tak jak pan pomógł kiedyś mnie. – W kącikach czarnych oczu Furia pojawiły się łzy. – Czas powiedzieć ludziom prawdę, pokazać siebie, nie kukłę.

– On to ja! Wkładam w niego całą duszę! A ty mnie zabiłeś! – Arezio Tramonte uderzył chłopca w twarz.

Mały wyrwał się z uścisku mistrza i uciekł bez słowa.

– Furio, zaczekaj! Furio! – wołał za nim. – Furio, ja nie…

Wydawało mu się, że zobaczył jakąś postać w cieniu, dziewczynkę. Mężczyzna oparł się plecami o ścianę, nogi ugięły się pod nim i bezsilny osunął się na podłogę.

Ukrył twarz w malutkich dłoniach i zapłakał.

Długo jeszcze Arezio Tramonte siedział na podłodze swego teatru. Był tam jeszcze, gdy na zewnątrz dawno zapadła już noc.

 

֍

 

Pierwszy raz korzystał z garderoby w celach, do jakich była przeznaczona. Trochę zajęło mu wyczyszczenie lustra z brudu i kurzu. Wymienił też kilka przepalonych żarówek w listwach wokół toaletki. Doskonale widział teraz wszystkie plamy na łysej głowie, i poprawił garstkę włosów, które się na niej ostały. Trenował uśmiech bez otwierania ust, by nie zgorszyć widowni ostrymi zębami.

Dwie godziny zeszły mu, zanim zrobił odpowiedni makijaż. Wyraźnie wyszedł z wprawy, ale przynajmniej nie wyglądał tak blado, jak zawsze. Pomalował usta czerwoną szminką i nałożył trochę koloru na policzki. Na końcu wyciągnął z szuflady perukę o złotych włosach, którą kupił lata temu, z myślą właśnie o takiej chwili. Założył ją i przyjrzał się sobie. Wyglądał inaczej, odrobinę podretuszował swój brzydki wizerunek, choć beczkowatego ciała i cienkich „odnóży” nie potrafił zmienić.

Jednak im dłużej się przyglądał, tym bardziej smutniał.

Powoli ściągnął perukę z głowy i odłożył ją z powrotem na miejsce. Sięgnął po wodę z alkoholem i watę, by zmyć makijaż. Dosyć już miał fałszywych obrazów, sztucznych póz i nieprawdziwych słów. Dosyć.

 

– Czekaj z muzyką na mój sygnał. – Arezio kolejny raz otarł wilgotne czoło, jeszcze nigdy się tak nie pocił.

Słyszał ożywione rozmowy na widowni, czekali na niego, podekscytowani. Odetchnął głęboko i spojrzał na chłopca.

– Furio… – Chciał coś powiedzieć, podziękować, przeprosić, bo jeszcze tego nie zrobił, ale słowa uwięzły mu w gardle.

Malec popatrzył na niego ufnie, uśmiechnął się i przytaknął głową.

Mistrz Arezio Tramonte wyszedł na scenę.

Stanął w pozie en face i poczekał, aż ucichną zdziwione rozmowy. Machnął dyskretnie ułożoną za plecami dłonią i zaraz po tym popłynęła muzyka. Przymknął oczy, poczuł przyjemne mrowienie i dreszcz udzielających się emocji. Pochylił się do soutenu, by przygotowawczym pas, ustawić się do chassé, a gdy skoczył, gdy druga noga dogoniła pierwszą i połączył je razem w najwyższym punkcie skoku, wszystko puściło. Oddał się tańcowi bez reszty.

Płynął po scenie, przechodził z failli do kilku skoków grand pas jeté. Wirował na podłodze w terre à terre, by zaraz zerwać się z niej i płynnie przejść do fouetté. Jego dusza śpiewała, jego dusza krzyczała, a on uśmiechał się radośnie, tańcząc jak w transie, upojony miłością do muzyki, do słowa, do tańca.

W kulminacyjnym momencie skoczył w powietrze do cabriole. Wyrzucił nogę w górę i do przodu w pozie arabesque, odchylił tułów do tyłu i zawisł w powietrzu, by uderzyć nogą o nogę kilka razy. Wylądował zgrabnie i ukłonił się z godnością.

Muzyka ucichła.

Mistrz Tramonte podniósł głowę i powiódł wzrokiem po wyłaniającej się z cienia widowni.

Zapanowała cisza.

 

Koniec

Komentarze

Właściwie mogę zamknąć całą opinię w jednym słowie: Piękne.

Takie na piórko piękne, jak dla mnie.

 

Edyta: ponieważ pogoniono mnie do uzasadnienia nominacji, piszę więcej, choć psuje to efekt.

Znakomity nastrój, subtelna fantastyka, dobrze grające niedopowiedzenia, bardzo ładnie to wszystko podane. Plus widoczna znajomość tego, o czym mowa, czyli tańca. Tekst na pograniczu metafory conditio humana i sztuki będącej życiem. Znakomicie, choć zaledwie kilkoma kreskami zarysowane postacie, wszystkie trzy. Plus świat, o którym mogłabym poczytać więcej – bohaterowie zresztą też. Znakomicie ograne, że właściwie nie wiadomo, gdzie i kiedy to się dzieje, a zarazem włoskie imiona i nazwiska podpowiadają związki ze specyficzną włoską tradycją teatralną. Taka mała perełka, coś zupełnie niecodziennego, wprowadzającego czytelnika w prawdziwie magiczny świat. Jeśli coś zresztą nazwałabym realizmem magicznym, to właśnie taką literaturę. Językowo bardzo kulturalne, sugerowałabym tylko drobne zmiany.

 

Garść wyłapanych niedoskonałości:

 

nanoliniki → literówka

 

“Ostatni spektakl, choć ogłoszony w prasie doskonałym, nie przestawał go nurtować.” – nie pasuje mi “nurtować”, bo nurtować może coś, czego nie wiemy, jakiś problem, pytanie czy zagadka, a nie coś, co znamy i przygotowujemy

 

 “spekta…, spektu…” – przecinek chyba niepotrzebny

 

“Od lat modyfikował instrument, przystosowując go coraz lepiej do swojej specyficznej postury. Powiększył fotel, by mieć więcej swobody dla beczkowatego ciała, jednocześnie zwęził klawisze, zarówno górne, jak i dolne, dopasowując je do swoich patykowatych kończyn. Teraz, w starej szerokości obu klawiatur, upchnął kilka przycisków więcej, dzięki temu miał do dyspozycji dodatkowe ruchy dla swojego manekina.” – drugi i trzeci zaimek niepotrzebny

 

“Nie musiał zerkać, czy Furio siedzący tuż za nim, jest gotowy.” – chyba lepsza byłaby tu składnia “Nie musiał zerkać, czy siedzący tuż za nim Furio jest gotowy.”

 

“ocierając delikatnie zroszone czoło” → delikatnie ocierając zroszone czoło [tak jak jest, nie wiadomo, do czego odnosi się delikatnie]

 

“– Nikomu nie możesz o tym mówić!” – brzmi po polsku nieco nienaturalnie, jak anglicyzm, a w dodatku to nie ta modalność (powinno być nie wolno, nie należy itp.); lepiej zwykłe “nikomu o tym nie mów!” czy coś w tym rodzaju

 

“– Jesteś moją najlepszą przyjaciółką.

– Ty moim też, Furio.”

Ta zmiana rodzaju nie brzmi zbyt dobrze

 

“– To jest Celia – dodał malec.” – może lepiej: oznajmił ?

 

“Nie miał na niej cylindra, a zasłanianie łysego i plamistego łba[-,] nic już teraz nie da.”

 

“Ten mały, niewdzięczny[-,] gówniarz” – w tym pięknym stylistycznie tekście “gówniarz” zgrzyta, mimo że znamy go z Witkacego. Zastąpiłabym jakimś może i staroświeckim słowem, które do tej scenerii będzie lepiej pasować. Ladaco, łotr, nicpoń, gagatek, gałgan, łapserdak, ancymon… Do wyboru, do koloru ;) Albo po prostu mały niewdzięcznik. Za drugim razem też zgrzyta

 

“Arezio improwizując, błyskawicznie wykonał baletowy enchaînement” – lepiej: Improwizując, Arezio błyskawicznie wykonał baletowy enchaînement

 

“Na scenę, dziarski krokiem” – literówka

 

“Zarzucanie nieprawdy Arezio Tramonte podziałało na niego” – coś nie tego z formą nazwiska. Całkowicie rozumiem niechęć do odmiany, ale chyba jednak musi być Areziowi Tramonte… Albo mistrzowi Tramonte

 

“Mały wyrwał się z uścisku mistrza i uciekł w milczeniu.” – może lepiej: bez słowa

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ależ to jest eleganckie w formie. Treść otwiera szerokie pole do interpretacji, że aż miło. Czy i my kiedyś zmienimy awatary na imiona i nazwiska? :) dziękuję za ten tekst, duża przyjemność z czytania.

Drakaino, bardzo dziękuję.

 

Dziękuję także za trafne uwagi, większość naniosłem.

I Tobie, Łosiotrze, za miłe słowa.

 

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

O, jak ładnie napisane. Czytałam z prawdziwą przyjemnością – każde zdanie jest super. Świat przedstawiony, bohaterowie, wszystko mnie porwało. Mam nadzieję, że cisza pojawiająca się w zakończeniu jest ciszą przed burzą oklasków. Zostawiłeś tu duże pole do interpretacji.

Ciekawe opowiadanie o przyjaźni oraz walce ze słabościami i wstydliwością, przynajmniej ja tak je odebrałam. Fantastyka subtelna, lubię tak.

Nie do końca zrozumiałam postać Celii – czy jej rola ogranicza się jedynie do bycia bodźcem do rozpoczęcia ważnej rozmowy między mistrzem, a uczniem, czy coś mi umknęło? :).

 

Tak czy owak, Darconie, jestem pod ogromnym wrażeniem.

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Piękny tekst, subtelny i elegancki, ale równocześnie bezpretensjonalny i wciągający. Baaardzo chętnie spędziłbym więcej czasu w tym świecie (i z tymi bohaterami) – jeśli chciałbyś kiedyś przekształcić go w pełną powieść, będę pierwszy w kolejce do sklepu :) Z drugiej strony historia została bardzo zgrabnie zamknięta i działa świetnie jako krótkie opowiadanie.

 

 

Długo myślałem nad komentarzem. Czasem niezwykle trudno jest ubrać w słowa odczucia po przeczytaniu danego tekstu. Świetna prezentacja Mistrza Tramonte. Wspaniały, ale jednak nie pozbawiony obaw. Genialny, choć przy tym chyba trochę samotny. Pozwalasz być Mistrzem. Zapraszasz do jego świata. I wszystko to odbywa się w sposób całkowicie niewymuszony. Czytając ostatnie zdanie, czułem się obrażony, że to już. Że wyganiasz mnie ze świata Mistrza, który tak bardzo wciąga. Nie jest to naturalnie zarzut. W ten (trochę niezdarny) sposób próbuję tylko podkreślić jakość twojego opowiadania. Gratuluję.

Dobra robota, Darconie!

 

Rozważ tylko proszę dwie kwestie:

– wykorzystanie Celii – troszkę ją zgubiłeś pod koniec tekstu

– słowo “nanolinki” – nie pasuje mi do klimatu opowiadania, może miał to być taki crossover gatunkowy, ale wolałbym jednak coś bardziej “retro”.

 

Na razie klik.

Dziękuję za tak pozytywne komentarze, cieszę się, że opowiadanie Was ujęło.

 

Sy, Coboldzie.

Celia miała być przeciwwagą dla Arezio, kimś, kto jest całkowicie pogodzony z tym, że jest inny (inność pozostawiam tu do własnej interpretacji), kimś, kto jest szczęśliwy.

To od początku miał być teatr dwóch osób, a Celia wsparciem, gdzieś z tyłu, w cieniu. Dołożyłem Coboldzie jedno zdanie, by czytelnik zyskał tą pewność. Zmieniłem też nanolinki, miały być dziełem genialnego umysłu, ale faktycznie, miałem dylemat ze skojarzeniami SF. Ująłem więc trochę tego geniuszu, by został odpowiedni klimat.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nanolinki były lepsze! Budowały mi tu klimat rodem z Diamentowego Wieku Neala Stephensona. Nie ulegaj wpływom sabotażystów ;)

A moim zdaniem “mikronici” nic geniuszowi nie ujmują, a lepiej pasują do tych tanecznych chassé. Słowo “nano” miałoby w Twoim opowiadaniu rację bytu, gdyby takich przebłysków z innego świata było więcej.

Jeśli chodzi o Celię, rozumiem, że to bohaterka drugoplanowa. Ale takie postaci też trzeba starannie rozkomponować w opowiadaniu. A na razie dziewczynka pojawia się gdzieś w połowie i znika przed finałem, zostawiając niedosyt. Jako element dekoracji świata jest świetna, z tymi drewnianymi, a czującymi rączkami. Ale w sensie fabularnym praktycznie nie istnieje – jest po to, żebyś mógł rozpisać na dwa głosy coś, co jest w gruncie rzeczy dialogiem wewnętrznym Furia. I znowu, nie byłoby problemu, gdyby takich postaci było więcej. Ale nie ma (i bardzo dobrze), więc w efekcie Celia jest jedną z trzech bohaterek Twojego tekstu. Aż się prosi, żeby zbadała swoimi rączkami manekina i powiedziała, co jest w środku, żeby wypchnęła na scenę wahającego się Furio, i żeby, w garderobie, zrzuciła perukę z głowy Arezio.

Chylę czoła. Majstersztyk. Gratulacje!

Zobaczę, czy ktoś jeszcze wspomni o linkach, wpadły do głowy na początku, ale pod koniec pisania miałem podobne dylematy, jak Cobold.

Co zaś się tyczy Celii, to taką właśnie planowałem. Jest najlepszą przyjaciółką Furia, jest obok niego, ale nie robi za niego, wspiera, ale nie popycha. Najlepiej będzie posłużyć się przykładem z życia. Ceniony przeze mnie psycholog, Jacek Walkiewicz, powiedział kiedyś, że marzył całe życie o kamperze. I gdy już go było stać, ciągle nie mógł podjąć decyzji. Wtedy żona powiedziała mu jedno zdanie: “Kup, bo całe życie będziesz się zastanawiał, jak to jest mieć kampera”. On to wiedział, ale potrzebował tego jednego zdania, od żony, od przyjaciółki, żeby kupić. Mówił też, że nie kupiłby go, gdyby żona go nie wsparła.

Taka właśnie miała być Celia.

I choć rozumiem Twoje argumenty, Coboldzie, to jednak przedstawiają one zupełnie inny obraz Celii.

Pozdrawiam.

 

 

Dziękuję, Rybaku.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Najwspanialej, że skończyłeś właśnie w tym momencie i właśnie tym zdaniem.

Znakomity tekst, Darconie. Urzeka od pierwszych zdań. Może ta scenka spotkania dwojga bohaterów na ulicy jest nieco banalna, ale opisy osobliwego wyglądu każdego z nich odciągają od tego uwagę, zaciekawiają, nadają opowieści klimatu i uderzają prosto w mechanizm uruchamiający wyobraźnię. Nic tu się nie dzieje, ale mnie już masz – nawet jak się dalej nic nie wydarzy, to snuj dalej tę opowieść, choćby po to, żebym sobie mogła na nią popatrzeć.

No a potem zaczyna się dziać, choć w sumie powoli, bo zaciekawiasz raczej rekwizytem i pogłębieniem bohaterów, nie akcją. Jest spokojnie, kameralnie, ale dzieje się tu bardzo dużo, a niektóre obrazy bardzo poruszają. Najbardziej chyba na mnie podziałał moment zdjęcia peruki i słowa o pokazaniu siebie, zamiast kukły. To jest o autentyczności i autentycznie dotyka czegoś w środku.

Zmarszczyłam się nieco przy opisie tańca kukły, tych wszystkich nogach ułożonych tak i tak. Pomyślałam sobie że strasznie ten opis mechaniczny, wcale nie ułatwia wyobrażenia sobie czegokolwiek, a już z pewnością nie płynnego tańca. Ale ostatecznie chylę czoła za ten zabieg, bo podejrzewam, że był świadomy – dzięki niemu mogłam autentycznie poczuć różnicę między niby pięknym, ale przecież właśnie mechanicznym i sztucznym tańcem kukły, a autentycznym tańcem Mistrza. Z tego drugiego nie zrozumiałam zbyt wiele, bo nie znam słów, którymi go opisałeś, ale przecież ich znaczenie w ogóle nie jest tu potrzebne, ważne że mogę sobie wyobrazić jak one brzmią i odebrać te scenę na poziomie zmysłów. Genialnie to zrobiłeś.

 

Ciekawym pomysłem było przedstawienie ludzi jako quasi-lalek o różnych zdolnościach, zwłaszcza marionetkarza, który sam wygląda jak kukiełka. Mimo wszystko w moim odczuciu opowiadanie zostało w głównej mierze oparte o znany schemat relacji starca z młodym chłopcem i przemiany życiowego nastawienia tego pierwszego pod wpływem drugiego, toteż historia nie poruszyła mnie oryginalnością.

 

Wykonanie według mnie pozostawia trochę do życzenia. Weźmy na warsztat choćby to:

 

Winne musiały być minimalnie zbyt ciężkie i grube dla ramion mikrolinki rozmiar sześć, jeśli można w ogóle takimi je określić.

 

Na samym początku mamy stronę bierną, której w beletrystyce raczej powinno się unikać, potem mocno rozbudowana przydawka i w zasadzie nieistotne z punktu widzenia ekonomii językowej dopowiedzenie. Potknąłem się na tym zdaniu, znacznie zaburzyło płynność lektury w moim przypadku.

 

Inne sugestie poprawek:

 

Nie potrafił nazwać ich inaczej. Robiąc z dwóch palców „oczko”, można było przeciągnąć wzdłuż ręką przez całe ramię lub nogę. Dokładając do tego pękatą i prawie łysą głowę, szpiczasty nos i ostro zakończone zęby, jak gdyby był drapieżnym zwierzęciem, a nie człowiekiem – miało się obraz marnej, fizycznej formy, w której zamknięta była piękna dusza.

Powtórzenie; “zamknięta była” zamieniłbym na “zamknięto”, forma bezosobowa jak dla mnie brzmi lepiej niż strona bierna.

 

Bo Arezio duszę miał piękną, a ciało? Cóż, zapewne miało świadczyć o zachowaniu równowagi w przyrodzie. Nie można mieć przecież wszystkiego.

Powtórzenie. “Miało świadczyć” można zamienić na “świadczyło”.

 

Tupot drobnych nóżek oznajmił mu, że i tak nie ucieknie, nawet gdyby chciał.

– Co tam, Furio. – Mężczyzna zerknął przelotnie na kilkuletniego chłopca.

Nie lubił na niego patrzeć, tak samo zresztą, jak na siebie. Chłopak miał równie wielką głowę, jak on, co prawda nie był łysy, jeszcze, ale olbrzymie, czarne oczy przypominające monstrualne śliwki[-,] przyprawiały go o gęsią skórkę. „Nikt nie jest doskonały”, szybko powtórzył w myślach.

– Już idziesz do teatru, Mistrzu? – Dzieciak pociągnął mężczyznę za pelerynę. – Tak wcześnie? Ledwo zaczyna świtać.

Powtórzenia. Zbędny przecinek, “olbrzymie, czarne oczy przypominające monstrualne śliwki przyprawiały go o gęsią skórkę” jest tylko jednym zdaniem składowym. Drugiego mężczyznę można zastąpić zaimkiem “go” i usunąć tenże zaimek po “przyprawiały”, gdzie jest raczej zbędny. “Nikt nie jest doskonały” jako przytoczenie myśli raczej powinno znajdować się w nowym wierszu.

 

Prawda była taka, że bardzo lubił małego Furio. Przypominał mu jego samego za dawnych, młodych lat.

 

֍

 

Arezio Tramonte poprawił kukłę ułożoną na stole. Spoglądał na postać młodzieńca z zadowoleniem, to było bezsprzecznie jego największe dzieło.

 

Powt.

 

Wybrał mikrolinki numer cztery do tułowia, sześć do nóg i numer siedem do ramion.

Nie widzę sensu stosowania takiej konstrukcji; albo należy napisać “numer” przed każdą liczną, albo tylko przy pierwszej.

 

Doszedł do wniosku, że ruchy ramion było o milisekundy spóźnione względem reszty ciała. Winne musiały być minimalnie zbyt ciężkie i grube dla ramion mikrolinki rozmiar sześć, jeśli można w ogóle takimi je określić.

Powtórzenia. Zła liczba, “były” zamiast “było”.

 

Maleńki chłopiec nie wiedział, jak wielką radość sprawił swojemu mistrzowi.

– Idź, proszę, Furio. Muszę jeszcze popracować. – Mężczyzna nie odwrócił się już w stronę chłopca.

Powt.

 

Powiększył fotel, by mieć więcej swobody dla beczkowatego ciała, jednocześnie zwęził klawisze, zarówno górne, jak i dolne, dopasowując je do patykowatych kończyn. Teraz, w starej szerokości obu klawiatur, upchnął kilka przycisków więcej, dzięki temu miał do dyspozycji dodatkowe ruchy dla stworzonego manekina. Mógł być doskonalszy w tańcu.

Poprawił soczewkowy okular, który zamocowany był na giętkiej nóżce tak, aby mógł mieć dobry podgląd na scenę i kukłę.

Powt.

 

Celia poprawiła mimowolnie starą, lekko już zniszczoną[-,] sukienkę.

Drugi przecinek jest na moje oko zbędny.

 

Arezio Tramonte wchodził jak najciszej po schodach kamienicy, w której mieszkał. Poprawił cylinder na głowie, spuścił go głębiej na czoło i ściągnął mocniej pelerynę. Nie chciał zostać przypadkowo zaczepiony przez któregoś z sąsiadów. Chciał jak najszybciej znaleźć się w mieszkaniu i nacieszyć chwilą radosnego uniesienia po udanym przedstawieniu. Wiedział przecież, jak szybko mija.

Rozebrał się i poszedł od razu do łazienki. Nie był głodny, w dzień występu mógł nie jeść przez cały dzień, żył tylko przedstawieniem. Zgrabnie wskoczył do wanny, co zupełnie przeczyło jego niekształtnej sylwetce, ale nie napuścił wody. Wziął krótki prysznic, by jak najszybciej znaleźć się w łóżku.

To szybko/najszybciej jest powtarzane celowo?

 

jednym machnięciem bezwładnego palca[-,] nie przekreśliło bezbłędnego wstępu.

Zbędny przecinek, mamy tutaj tylko jedno orzeczenie: “przekreśliło”.

 

Od razu zauważył drewniane ręce u małej. Kolejny dziwoląg w ich małej grupce, chyba nie mogło być inaczej.

– Dzień dobry. – Dziewczynka pięknie się uśmiechnęła i dygnęła z gracją.

Była ładna, bez dwóch zdań, jej kręcone, zapewne naturalne loki, spływały luźno na ramiona, a cała sylwetka prezentowała się nienagannie. Jak u tancerki. Arezio starał się powstrzymać uśmiech. Mały miał gust.

– Dzień dobry, dzień dobry… – Poprawił się nerwowo na stołku, gdy przypomniał sobie o swojej brzydocie.

Powt.

 

– Wiem, czy coś się dzieje w środku – Celia odpowiedziała już sama.

Szyk: “odpowiedziała już sama Celia”.

 

Chłopak zacisnął usta i mocniej chwycił się nielicznych[-,] stałych[-,] belek.

Zbędne przecinki, te przymiotniki nie są równorzędne.

 

Arezio zadrżał, widząc przez okular ledwo dostrzegalne potknięcie swego tancerza.

Zbędny zaimek, z kontekstu wynika, że tancerz należał do Arezio.

 

Wszystko było w porządku.

– Furio, Furio! – zawołał cicho, ale chłopca przy nim nie było.

I kolejne potknięcie, tym razem mogło być dostrzegalne przez bardziej wytrawnych widzów.

Powt.

 

Arezio[+,] improwizując, błyskawicznie wykonał baletowy enchaînement[+,] uciekając z tancerzem na drugi koniec sceny.

Przecinki. https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/przecinek-a-imieslow-przyslowkowy;8895.html

 

bo mały zdrajca nie zaprzestawał w wysiłkach, żeby popsuć mu występ[+,] i starał się dotrzeć w pobliże drążków nad manekinem.

Zabrakło przecinka zakańczającego zdanie podrzędne.

 

Mały wyrwał się z uścisku mistrza i uciekł bez słowa.

– Furio, zaczekaj! Furio! – wołał za nim. – Furio, ja nie…

Wydawało mu się, że zobaczył jakąś postać w cieniu, dziewczynkę. Mężczyzna oparł się plecami o ścianę, nogi ugięły się pod nim i bezsilny osunął się na podłogę.

Powt.

 

Wyglądał inaczej, odrobinę podretuszował swój brzydki wizerunek, choć beczkowatego ciała i cienkich „odnóży” nie potrafił zmienić.

Zbędny zaimek, to wynika z kontekstu.

 

Arezio kolejny raz otarł pot z czoła, jeszcze nigdy się tak nie pocił.

Może: “otarł słone krople”.

 

Zbędny enter na końcu opowiadania.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dziękuję, Werweno, to potrafię napisać. Trudno jest mi ułożyć coś sensowniejszego w odpowiedzi na Wasze miłe słowa.

Wickedzie, choć staram się zwracać uwagę na powtórzenia, tym razem umknęły mi przede wszystkim “miały i bysie”. To pewnie z emocji. Dziękuję za wnikliwą łapankę. Część uwag wprowadziłem. Zazdroszczę takiego oka i wiedzy.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Bardzo ładne, przemyślane opowiadanie. Na początku (i nie tylko) uwagę przykuwają postacie nakreślone z pewną dozą turpizmu, w dalszej części intrygują precyzyjne opisy wykorzystujące specjalistyczną terminologię, a stopniowo wszystko łączy się w całość pod znakiem relacji między sztuką a życiem.

Zakończenie interpretuję nieco bardziej pesymistycznie niż sy, ale rzeczywiście mamy tu pewną dowolność i myślę, że opuściłeś kurtynę w idealnym momencie. ;)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Bardzo piękny tekst, przeczytałam z ogromną przyjemnością, zarówno ze względu na postacie, jak i na wykreowany świat.

Dziękuję dwóm nowym czytelniczkom za dobre słowo i odwiedziny. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Hmmm. A mnie nie zachwyciło.

Zabrakło mi porządnej akcji i fantastyki. Właściwie, to tekst obyczajowy, o przyjaźni, jej prawach i obowiązkach. Kukiełka jest tylko rekwizytem.

Oczywiście, można tekst uznać za metaforę, być może Łosiot idzie w zaplanowanym przez Ciebie kierunku. Tylko wtedy jeszcze jedna warstwa fantastyki idzie w las.

Paradoksalnie, za najciekawszy pomysł uważam drewniane ręce dziewczynki. Kalectwo i talent zarazem. Oryginalna sprawa. Aż żal, że nie wykorzystujesz tego fabularnie, tylko sygnalizujesz, że tak jest.

Trochę dziwnie dobrałeś postacie – stary mistrz jest drażliwy na punkcie własnego wyglądu jak pryszczaty nastolatek, a z ust dzieci płynie mądrość godna chińskiego mędrca. W ten sposób, IMO, nadajesz swojemu bohaterowi rys dupka. Szczególnie zakazywanie chłopcu poruszania jakiegoś tematu jest głupie. Nawet jeśli Furio nie miał racji, a publiczność będzie rozczarowana, to głupota zatykania uszu na jakiś temat zostaje głupotą.

Inna sprawa, że dzieciaki prezentują dziecięce podejście – mam rację, bo wiem, że mam, a starzy się na niczym nie znają. I chrzanić konsekwencje.

Babska logika rządzi!

Dzieci potrafią doskonale obserwować otoczenie. Zauważ, że nie wyrażają żadnych mądrości encyklopedycznych, tylko związane z emocjami, uczuciami i zachowaniami. Mówi się, że dziecka nie oszukasz, i to jest prawda, tylko trudniej jest im wyrażać emocje, niż dorosłym.

Rzeczywiście w swoich ostatnich utworach poruszam się po surrealizmie albo realizmie magicznym. Dobrze się w tym czuję.

Akcja i fabuła jest, tylko nie taka, jak lubisz. :) To znaczy nie przypomina… partii szachów. :) Gdzie bohaterów jest więcej, mają swoje role i zdania i miesza się to wszystko w szeregu sytuacji i intryg. :) Wiem, bo zaglądam regularnie do Twojej twórczości, tylko nie zawsze mam coś sensownego do napisania.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

To prawda, że wychodzące od dzieci przesłanie nie bazuje na wiedzy. Może to jego zaleta, a może wada. Trudno mi powiedzieć, czy wartość komunikatu “musisz sam wyjść na scenę i zatańczyć” jest wyższa niż “lody na obiad są dobre, bo są dobre”. Tego nie pokazujesz. :-)

Owszem, dzieci mają jakieś doświadczenie w emocjach – w odróżnieniu od dietetyki – ale to ciągle może być doświadczenie inne niż to potrzebne mistrzowi. Trudno mi uwierzyć, że dzieci lepiej potrafią przewidzieć reakcje dorosłej publiczności niż ktoś, kto już długo siedzi w tym fachu.

A co do oszukiwania dzieci – też mnie nie przekonałeś. Miliony maluchów wierzą w Świętego Mikołaja. :-)

Babska logika rządzi!

Trudno mi uwierzyć, że dzieci lepiej potrafią przewidzieć reakcje dorosłej publiczności niż ktoś, kto już długo siedzi w tym fachu.

Nie sądzę, żeby to było motywacją Furia. On ocenia sytuację po swojemu, zmusza mistrza do tańca, bo jemu się wydaje, że tak będzie lepiej. Zakończenie jest otwarte – nie wiemy, jak ostatecznie zadecydowała publiczność.

 

Tak swoją drogą, w kwestii Celii – mnie najbardziej intryguje to zdanie o tym, że ona czuje drewno, a zarazem może sprawdzić, czy z mistrzem wszystko w porządku – jakby i on był przynajmniej częściowo z drewna.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Finklo, to może być dla Ciebie szok… ale Święty Mikołaj istnieje!

Tu masz adres, możesz pojechać, pogadać, przekonać się. ;)

 

Drakaino, Celia może sprawdzić organy ruchu mistrza (nie wewnętrzne), które są z drewna.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Okej, mój błąd… Za daleko poszłam w interpretacji… Bo kuszące było to, że ten dziwny wygląd mistrza i Furia to oznaka jakiejś “marionetkowości” :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki, Darcon. :-) To już nie muszę bąblom kupować prezentów gwiazdkowych! ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo ciekawa interpretacja, tylko utwierdza mnie w dalszym utrzymywaniu niedopowiedzeń w tekstach i późniejszym nie wyjaśnianiu.

 

Finklo, magia sławy kosztuje. Prezent od cioci to nie to samo co od Świętego Mikołaja. :) Od razu prestiż rośnie. ;)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Btw kukiełkowatości chyba byłoby lepsze, bo marionetkowość się mocno zmetaforyzowała w sensie niesamodzielności, a nie o to mi chodziło :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przyznam Darconie, że kupiłeś mnie klimatem. Cała akcja dzieje się w takiej specyficznej, tajemniczej atmosferze. Trochę stempunkowe, trochę barokowe, ciężko stwierdzić pod jaki gatunek podpiąć tekst. Do tego eleganckie wykonanie i wieloznaczne zakończenie. Bardzo mi się podobało, mimo że z reguły wolę opowieści bardziej nastawione na akcję.

Postać mistrza Tramonte kojarzyła mi się z postacią ze Sztuki spadania Bagińskiego. Czyżby jakaś inspiracja?

Ciekawe opowiadanie. Czuć klimat i dobrze się czyta. Fajnie opisana postać głównego bohatera.

Zabrakło mi fantastyki i zakończenia. Ostatnie zdanie nie zamknęło dla mnie historii, poczułem się jakby nie skopiował się z pliku kawałek tekstu :)

Cieszę się, Belhaju, że Ci się podobało.

Sztukę spadania znam, ale inspiracją był utwór z przedmowy, i to bardzo silną, gdyż podczas słuchania w głowie pojawił się cały pomysł, włącznie z detalami, i nie wiem, czy gdyby nie ta melodia, tekst w ogóle by powstał, stąd też znalazł się przedmowie. To właśnie muzyka najczęściej mnie inspiruje.

Pablo, fajnie, że Arezio przypadł Ci do gustu. Niejednoznaczne zakończenia to moja słabość, najchętniej kończyłbym tak każde opowiadanie.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Rzadko mam ostatnio czas, żeby coś czytać w internecie. Tu przybyłam zwabiona nominacjami i… nie zawiodłam się. Jak dla mnie najważniejszy jest klimat, Tobie udało się utrzymać od początku do końca fantastyczny, z pięknymi niedopowiedzeniami. Ale brak niektórych wyjaśnień (dotyczących świata, bądź ułomności ludzi) wcale mi nie przeszkadzał. Miałam wrażenie, że razem z chłopcem zajrzałam przez chwilę za kulisy teatru, zobaczyłam to, co przeczuwałam: że prawdziwi artyści są inni od zwykłych ludzi. I to mi wystarczyło, by przez chwilę poczuć się również taką inną.

Bałam się zakończenia, bo bałam się, że każesz mistrzowi przeżyć straszliwą klęskę: chyba bym płakała razem z nim.

I bałam się zakończenia, bo bałam się, że mistrz odniesie sukces i będzie żałował tych wszystkich lat, gdzie wkładał duszę, by ktoś inny tańczył na scenie.

I już się nie boję, bo ostatnie zdanie to majstersztyk.

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytałam bez najmniejszej przykrości, ale cóż, nie mogę powiedzieć, że opowiadanie wywarło na mnie jakieś szczególne wrażenie, choćby w części podobne do tego, którego doznali wcześniej komentujący. Przypuszczam, że to moja wina, bo nigdy nie potrafiłam docenić zalet baletu czy choćby tańca towarzyskiego.

Dość szczególny i nieźle opisany wydał mi się wątek przyjaźni Arezio z Furio. Rozumiem, że zbliżyła ich odmienność, ale nie rozumiem, dlaczego chłopca cały czas nazywasz malcem? Malcy nie myślą tak jak Furio i nie wyrażają się tak jak on, malcy raczej nie pracują na targu.

Podoba mi się umiejętność, którą obdarzyłeś Celię, szkoda jednak, że nie znalazłeś dla niej zastosowania. Gdyby dziewczynka pokazała, co potrafi, można by mówić o fantastyce, sama jednak wzmianka o osobliwej umiejętności jest zaledwie fantastyki namiastką.

Zakończenie jakie jest, każdy widzi i mniemam, że każdy widzi je po swojemu. Ja, kończąc lekturę, miałam przed oczami scenę z Polskich dróg, w której Zdzisław Maklakiewicz tańczy Carnaval Roberta Schumana.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Winne mu­sia­ły po­no­sić mi­ni­mal­nie zbyt cięż­kie… –> Pewnie miało być: Winę mu­sia­ły po­no­sić mi­ni­mal­nie zbyt cięż­kie

 

Po­łą­cze­nie wszyst­kich pięć­dzie­się­ciu sze­ściu mi­kro­ni­ci z nie­wiel­ki­mi ha­czy­ka­mi roz­miesz­czo­ny­mi na ma­ne­ki­nie tro­chę mu zaj­mie… –> …zajmie mu tro­chę mu czasu… Lub: …trochę potrwa

 

pod­ska­ku­jąc na te­atral­nym stoł­ku. –> Na czym polega teatralność stołka?

 

 Po­pra­wił so­czew­ko­wy oku­lar… –> Czy okular mógł być inny, nie soczewkowy?

 

ru­szył z gra­cją przez scenę, ser­wu­jąc wi­dow­ni pierw­szy, ro­man­tycz­ny układ. –> A może: …prezentu­jąc wi­dow­ni pierw­szy, ro­man­tycz­ny układ.

Serwowanie kojarzy mi się z gastronomią i sportem, ale nie z teatrem i tańcem.

 

od bal­lotté – skoku w przód, z uło­żo­ny­mi nogi w po­zy­cję V… –> Chyba miało być: …od bal­lotté – skoku w przód, z nogami uło­żo­ny­mi w po­zy­cję V

 

wy­cią­gnąć nogę zgod­nie z kie­run­kiem skoku, drugą opu­ścił na zie­mię w demi plie… –> Raczej: …drugą opu­ścił na podłogę w demi plie

 

chło­nął uchem ko­lej­ne aplau­zy za­chwy­tu na wi­dow­ni. –> Masło maślane. Wszak aplauz wyraża zachwyt i uznanie.

Zachwyt, moim zdaniem, jest zbędny, zwłaszcza że zdanie dalej napisałeś: Dusza grała, serce rwało się z za­chwy­tu

 

Po­pra­wił cy­lin­der na gło­wie, spu­ścił go głę­biej na czoło… –> Czy istniała możliwość, by cylinder był poprawiany w innym miejscu, nie na głowie?

Może wystarczy: Po­pra­wił cy­lin­der, zsunął go głę­biej na czoło

 

Tra­mon­te po­chy­lił się, by do­kład­niej przyj­rzeć się to­wa­rzysz­ce Furia.

– Wiem, czy coś się dzie­je w środ­ku… –> Lekka siękoza.

 

Po­pa­trzył na swoje cien­kie palce i wą­skie nóżki. –> Można mieć wąską talię, ale nie wydaje mi się, aby wąskie mogły być nóżki.

Może: Po­pa­trzył na swoje cien­kie palce i chudziutkie/ szczuplutkie/ patykowate/ nitkowate nóżki.

 

Mały zro­bił far­so­wą minę. –> Czy tu aby nie miało być: Mały zro­bił mar­so­wą minę.

 

To Mistrz Tra­mon­te za po­mo­cą or­ga­nów ruchu ste­ro­wał kla­wi­sza­mi swoją kukłą. –> A może: To Mistrz Tra­mon­te, za po­mo­cą klawiszy or­ga­nów ruchu, sterował swoją kukłą.

 

– Furio, Furio! – za­wo­łał cicho, ale chłop­ca przy nim nie było. –> Zawołanie, o ile mi wiadomo, jest głośne z definicji.

 

Ten mały, nie­wdzięcz­ny chły­stek sie­dział… –> Chłystek to młody, niepoważny człowiek, a nie wydaje mi się, aby Furio był taki. Zdecydowanie lepsza byłaby jedna z propozycji Drakainy.

 

bo mały zdraj­ca nie za­prze­sta­wał w wy­sił­kach… –> Raczej: …bo mały zdraj­ca nie ustawał w wy­sił­kach… Lub: …bo mały zdraj­ca nie za­prze­sta­wał wy­sił­ków

 

Na scenę, dziar­skim kro­kiem, z jego cy­lin­drem na gło­wie… –> Na scenę, dziar­skim kro­kiem, w jego cylindrze na gło­wie

 

Malec nie sta­wiał oporu, stał w mil­cze­niu… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Kilka minut za­ję­ło mu wy­czysz­cze­nie lu­stra z brudu i kurzu. Wy­mie­nił też kilka prze­pa­lo­nych ża­ró­wek w li­stwach wokół to­a­let­ki. Do­sko­na­le wi­dział teraz wszyst­kie plamy na łysej gło­wie, i po­pra­wił kilka wło­sów… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Dwie go­dzi­ny ze­szło mu, zanim zro­bił od­po­wied­ni ma­ki­jaż. – Piszesz o godzinach, a te są rodzaju żeńskiego, więc: Dwie go­dzi­ny ze­szły mu, zanim zro­bił od­po­wied­ni ma­ki­jaż.

 

i na­ło­żył odro­bi­nę ko­lo­ru na po­licz­ki. –> Jakiego koloru?

A może: …i na­ło­żył nieco różu na po­licz­ki.

Dwa zdania dalej masz: …odrobinę podretuszował

 

gdy druga noga do­go­ni­ła pierw­szą i po­łą­czył je razem w naj­wyż­szym punk­cie skoku… –> Masło maślane. Czy mógł połączyć je osobno?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bemiku, domyślam się, że ta rzadkość wynika z intensywnego pisania. ;) Tym bardziej cieszę się z Twoich odwiedzin i dobrego słowa.

Miałam wrażenie, że razem z chłopcem zajrzałam przez chwilę za kulisy teatru, zobaczyłam to, co przeczuwałam: że prawdziwi artyści są inni od zwykłych ludzi. I to mi wystarczyło, by przez chwilę poczuć się również taką inną.

Zauważyłaś, więc się udało.

A co do zakończenia, piszę je właśnie dla takich słów. Dziękuję.

 

Reg, tym razem nie wprowadziłem wszystkich sugestii, ale część z tych naniesionych jest ważna.

Doceniam czas, który nad tym spędziłaś. Winna się nie czuj, nie każdy musi wynosić z utworu to samo.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, dziękuję za wyrozumiałość.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst z gatunku tych, obok których trudno przejść obojętnie. Porusza, bo dotyka kwestii odbioru sztuki i wewnętrznych lęków człowieka. Wyobraziłam sobie, że publiczność to wydawca, a taniec bohatera to powieść. Zapada cisza na widowni i nie wiadomo, co będzie dalej. Dobrze, że skończyłeś właśnie w tym miejscu, to nadaje historii uniwersalność. Podobało mi się włączenie do historii niepełnosprawnej dziewczynki, pokazanie, że takie osoby też mogą być wyjątkowe.

Jest pan prawdziwym mistrzem, Mistrzu. – fajne

Nie był głodny, w dzień występu mógł nie jeść przez cały dzień, żył tylko przedstawieniem. – niefajne powtórzenie

 

Przeczytałem, tekst ciekawy. Pomysł na zakończenie, jednak, moim zdaniem dość dziwny. Spodziewałem się raczej happy endu, a tu… cisza.

 

Ciekawe czy później pojawiła się owacja, bo nawet, jeśli nie, Tramonte i tak wygrywa. Odważył się. Wreszcie.

Miło mi, Ando. To duża wartość dla autora, gdy tekst kogoś porusza.

Fajnie, że wpadłeś, Piotrze :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Już od początku tworzysz ciekawy klimat. Mnie kojarzy się z bajkami z PRL, ze Studia Filmów Animowanych z Bielska-Białej – opisy postaci, z lekka groteskowych w wyglądzie, lecz zarazem ukazujących nim swój stan wewnętrzny. Bajka ta ma wyraźnie zarysowany morał, a postacie są skrojone właśnie do jego ukazania. I w tym konkretnym celu sprawdzają się znakomicie.

Dodatkowo wyglądem postaci i językiem tekstu stawiasz na emocje i wywołujesz je bardzo dobrze. Mistrz i jego lekko wkurzający uczeń/przyjaciel/chłopie o złotym sercu, równie złota wewnętrznie Celia – ich dialogi, działania są obliczone na wzbudzenie emocji. Nie czynią tego mocno, ale jednak wyraźnie, by nie dało się tego pomylić z niczym innym.

Czy więc tekst ma wady? Nie nazwałbym tego wadą, ale definitywnie celujesz w pewną grupę ludzi. Jeśli bowiem kogoś nie chwyci klimat bajki z postaciami z lekka przerysowanych zewnętrznie jak i wewnętrznie, jeśli nie da się złapać na emocje – to niestety może nic więcej nie znaleźć. Światotwórstwa nie ma tu za wiele, podobnie wielkich idei i konfrontacji. Jest opowieść o odwadze pogodzenia się z samym sobą.

Podsumowując: tekst nie dla każdego, ale w grupę docelową trafi ze względu i na pomysł, i na morał i na dobre wykonanie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Świt dopiero nadchodził, gdy Arezio Tramonte już przemykał ulicami miasta.

Wyrzuciłabym już. Albo napisała: świt dopiero nadchodził, a Arezio już przemykał…

– Co tam, Furio.

Znak zapytania.

Ładne, bardzo dobrze się czyta, podobało mi się :)

Masz rację, NWMie, światotwórstwo po zupełnie przeciętnym przyjęciu Istoty umysłu na razie odłożyłem. Druga sprawa, że żaden pomysł, który mam, nie jest na 40 czy 50 tys znaków, ale coś sam o tym wiesz. ;) Piszę więc ostatnio bardziej z serca niż z głowy.

Z grupą docelową też prawda, ale też nie celuję w nic z szerokim rozmachem, przynajmniej na razie. Fajnie, że łatwo znalazłeś pozytywy, nawet jeśli nie wszystkie podzielasz.

Anet, “już” usuwałem i przywracałem. :) Ostatecznie zostało, a drugie zdanie było wypowiedziane na zasadzie stwierdzenia. Dzięki za wizytę.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ładny, bajkowy tekst, ale nie należę do grupy docelowej.

Fabuła klasyczna, ale że schemat potraktowałeś jako stelaż do obudowania swoją historią, to wyszło świeżo i lekko. Postacie takie trochę kreskówkowe, zarysowane wyraziście, bez szczególnych niuansów – każdy ma swoją rolę do odegrania. Jedynie przedstawienie dziewczynki nie do końca mnie przekonało. Miałam wrażenie, że jest jej w tekście albo za mało albo za dużo (do wypełnienia swojej roli popchnięcia Furia do zdecydowanych działań wobec mistrza wystarczyłaby rozmowa poza teatrem; z drugiej strony przedstawienie dziewczynki mistrzowi i informacja o tym, że mogłaby “zbadać” organy do niczego nie prowadzi – czytelnik dowiaduje się o tym, a zaraz potem akcja wraca na “właściwe” tory i dziewczynka znika z opowieści).

Nie do końca przekonało mnie to, że mistrz tak po prostu zatańczył – całe dnie spędzał obsługując organy i nagle wychodzi sobie na scenę i nie ma problemu żeby zatańczyć, ciało się go słucha, potrafi wykonać wszystkie figury itd. Ktoś kto nie ćwiczy, raczej nie miałby szans ;-)

Najmocniejszy fragment tekstu – kiedy mistrz się zaczyna pudrować, a potem decyduje się jednak pokazać siebie :-)

Historia kończy się w dobrym momencie.

Wydaje mi się, że ten tekst dobrze by się sprawdził jako punkt wyjścia do rozmowy z dziećmi o byciu sobą, przyjaźni, przekraczaniu granic i tego, czy wolno i na ile możemy ingerować w cudze życie.

Przyjemna lektura, ale bez szczególnych emocji.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Skoro nie należysz do grupy, to tym bardziej dziękuję za obszerny komentarz.

Co do Celii, chodzi właśnie o to, że nie wystarczyła rozmowa poza teatrem, chłopiec potrzebował jej wsparcia “na polu bitwy”, u boku. I dobrze zauważyłaś, ich rozmowa już w teatrze do niczego nie prowadzi. Jest pretekstem do jej obecności. I Celia, a przede wszystkim Furio, liczą, że nie trzeba będzie organów sprawdzać, gdyż nie będą już dłużej potrzebne…

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

No, no. Widać, że sporo serca włożyłeś w ten tekst. :) Stylowo bez zarzutu, zgrabnie przechodzisz od emocji do opisów, a potem do samych dialogów. Fabuła jest prosta, ale klimatyczna i baśniowa.

Niestety zgodzę się z dogsdumpling, motyw dziewczynki i jej umiejętności moim zdaniem został zupełnie niewykorzystany. Twoje wyjaśnienie jest logiczne i ma swój urok, ale jakoś nie wystarcza. Nie sprawia to, że opowiadanie jest chociażby średnie, ale mam wrażenie, że mogło być rewelacyjne, a jest po prostu bardzo dobre. Mam nadzieję, że rozumiesz, co mam na myśli. :)

Domyślam się jednak, że jest dokładnie takie, jakie chciałeś, żeby było i zdecydowanie ma w sobie to coś. Bajkowo. :)

Dzięki za wizytę, Ac. Cieszę się, że czuć emocje.

Nie mów “niestety”, to oczywiste, że pewne elementy będziemy postrzegać różnie. Jest kilka osób, które zwróciły uwagę na Celię. Myślę sobie, że to pewien sposób postrzegania opowieści, gdzie każdy powinien mieć swoje miejsce, ważne miejsce, wiązać się z całością opowieści. Ja widzę to inaczej, całkiem możliwe, że to wpływ filmów. Tam zdarzają się sceny z całkiem ciekawymi, epizodycznymi bohaterami, ostatecznie bez znaczenia dla fabuły, ale budujących głównych bohaterów.

Chociażby ta scena w filmie To nie jest kraj dla starych ludzi. Nie ma wpływu na fabułę ani związku z główną akcją. Jest wypełnieniem, buduje osobowość bohatera i tworzy klimat opowieści, ale mogła być rozwiązana na kilka innych sposobów.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Myślę sobie, że to pewien sposób postrzegania opowieści, gdzie każdy powinien mieć swoje miejsce, ważne miejsce, wiązać się z całością opowieści. Ja widzę to inaczej, całkiem możliwe, że to wpływ filmów. Tam zdarzają się sceny z całkiem ciekawymi, epizodycznymi bohaterami, ostatecznie bez znaczenia dla fabuły, ale budujących głównych bohaterów.

To ja może tylko uściślę, że nie przeszkadza mi epizodyczność Celii. Najbardziej w tej postaci uwiera mnie to, że jest czymś pomiędzy pełnoprawnym elementem świata przedstawionego a zabiegiem autorskim, pretekstem do popchnięcia akcji w pożądanym kierunku. Zwyczajnie wolałabym, żeby mi autor zza bohaterki nie wystawał podczas czytania ;-)

Myślę, że to też wynika z tego, że nie wyczytałam z tekstu tego, o czym wspomniałeś w komentarzu:

chłopiec potrzebował jej wsparcia “na polu bitwy”, u boku. (…)

I Celia, a przede wszystkim Furio, liczą, że nie trzeba będzie organów sprawdzać, gdyż nie będą już dłużej potrzebne…

Podejrzewam, że gdyby to było (bardziej) widoczne, inaczej odebrałabym bohaterkę.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ach, Dogs, jakże chciałbym budować takie postacie epizodyczne, żeby nikt nie miał wątpliwości. :) Na swoją obronę powiem tylko, że w filmie jest z tym jednak troszkę łatwiej. Jest obraz, widać bohatera, mimikę, zachowanie, czasami nie musi nawet nic mówić. A w słowie pisanym trzeba napisać tyle, żeby czytelnik nie oczekiwał w związku z takim bohaterem wielkich czynów i wpływu na fabułę, a jednocześnie dostrzegł jego potrzebę.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ciekawe co na to łatwiej powiedzieliby filmowcy :P Ale rozumiem, co masz na myśli :-)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Bardziej niż z zalinkowanym utworem, miałam nieodparte skojarzenia z tym:

https://www.youtube.com/watch?v=m98MBACe1xk

Opis bohatera, imo, zgadza się w 100% z teledyskiem:)

Pięknie napisane, znakomicie uchwycony klimat. Fabularnie czegoś mi brakowało, bo wszystko potoczyło się klasycznym schematem (i dość szybko skończyło), ale nadrabiasz to rewelacyjnym zakończeniem. Lepszego zdania na koniec nie mogłeś wymyślić, zmuszasz po prostu rozpędzoną wyobraźnię do łomotu w ścianę i rozsypania się w “ale co jak dlaczego, o co chodzi, czemu CISZA?” – i to jest rewelacyjne. Gratuluję, opowiadanie pozostawia wrażenie.

 

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że akurat Tobie spodoba się opowiadanie. :) To dla mnie miła niespodzianka.

Rzeczywiście bohater z teledysku jest podobny, te chude nóżki. :) Brak mi tylko beczkowatego ciała.

Sam znalazłem taką postać:

Co prawda ukryte kończyny nie wydają się być chude, ale od czego jest wyobraźnia.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Muszę przyznać, że mam lekki problem. Normalnie skomentowałbym w stylu: "ładnie napisany, nastrojowy tekst z prostą i niewybiegającą poza dawno wytyczone ścieżki fabułą, ale za to z bardzo dobrym zakończeniem. Fajnie się czytało."

Niestety, teraz nie wypada. Zwłaszcza, że z pewnością dojdzie do piórkowego głosowania. No i widzę, że przeważają zachwyty, a ja zachwycić się jakoś nie mogę. 

Co nie znaczy, że tekst jest kiepski, przeciwnie – jest bardzo dobry. Sugestywny klimat osiagnąłeś przy pomocy obrazowych opisów stonowanym, kulturalnym językiem i gładkim, spokojnym stylem, bez okołopoetyckich słowotrysków. Nie żebym słowotrysków nie lubił. Bardzo lubię, ale tutaj, rzeczywiście, delikatność i brak popisów bardziej pasuje. 

Fajne postacie – kreskówkowo (a może bajkowo – baśniowo) przerysowane, zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i zachowanie i osobowość. Jaskrawy kontrast u mistrza Tremonte (dusza – ciało) to dobre posunięcie, bo pcha opowiadanie w stronę baśni, historii z morałem (w dobrym sensie). W innym wypadku trudno byłoby obronić schematowość i przewidywalność fabuły. Nawet przy pomocy tak ślicznie urwanego zakończenia. 

No i nieszczęsna Celia. Sama postać super – zadziałała tak, jak powinien zadziałać drugoplanowy, charakterystyczny bohater, czyli skatalizowała wydarzenia, wybiła sytuację z równowagi pata (ha, to pewnie stąd wzięła się nazwa "sidekick" :-)) Rzecz w tym, iż jest ona w zasadzie jedynym wyraźnym, choć zaledwie przelotnie, mimochodem zaznaczonym, elementem fantastycznym. 

Okej, organy mistrza są właściwie niemożliwe konstrukcyjnie. Ale w niemal każdym filmie akcji olewa się prawa fizyki tudzież zasady, jakby to nazwać… inżynierii, i nikt nie nazywa tego fantastyką. Twój świat, mimo baśniowego klimatu, nie ma w sobie żadnej niesamowitości, żadnej niezwykłości. No i nagle dostajemy Celię, która mimo jej dosyć istotnej roli, pojawia się tylko na chwilę. Ze swoimi drewnianymi rękami, które z jakichś powodów są zupełnie sprawne ruchowo i do tego posiadają dziwną zdolność "czucia" drewna. Fantastyka jak się patrzy, tyle że znienacka, bez konkretnego związku z resztą. To trochę tak (przejaskrawiam, ale chodzi mi o obrazowe oddanie wrażenia) jakby oglądać "Rambo II" i w dwóch trzecich filmu nagle pojawia się Terminator, który pomaga Johnowi Rambo przdrzeć się przez szeregi wietnamczyków, po czym znika bez wyjaśnień, bez nawiązań do czegokolwiek, oraz trochę bez sensu, zostawiając głównemu bohaterowi wolne pole do końcowego starcia ze Złym Ruskiem. Dlatego Celia, ze swymi totalnie fantastycznymi rączkami gryzła mi się z Twoim światem, w którym jedynym mało prawdopodobnym elementem były "przegięte" organy tańca mistrza Tremonte. Tak jak inteligentny cyborg bojowy kłóciłby się z wojennym akcyjniakiem, gdzie jedynym "przegięciem" były mało prawdopodobne strzelaniny i rozwałki. 

Powtarzam – Celia jest super, podoba mi się też symbolika, którą można odczytywać na różne sposoby (na przykład przeciwieństwo – mistrz, człowiek, kukiełkowaciejący wewnętrznie, w opozycji do dziewczynki, która będąc pół kukłą, pozostaje najbardziej ludzkim człowiekiem, wręcz zarażając człowieczeństwem innych). Ale jest z nieco innej bajki. Może gdybyś pozwolił sobie na odrobinę rozpasania w wymyślaniu świata, może gdybyś skupił się nieco bardziej na scenografii, nie tylko na bohaterach, może gdybyś lepiej "ulokował" Celię w swoim świecie, byłoby lepiej. Opowiadanie byłoby pełniejsze. Bez zgrzytów. Perfekcyjne. Piórkowe bez dyskusji. 

A tak, pozostało tylko (aż) piękną, prostą opowieścią z morałem. Zapamiętywalną, a jakże. Ale nie piórkową. 

P. S. 

Tramonte, oczywiście, nie Tremonte. Sorki :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję za obszerny komentarz, Thargone. Cieszę się, że znalazłeś pozytywy, naprawdę i pod tym względem nie ma co dyskutować, ale nie chciałbym, żebyś źle odebrał moją odpowiedź, bo skupię się na zdaniu poniżej i wysuniętych przez Ciebie wnioskach:

Fantastyka jak się patrzy, tyle że znienacka, bez konkretnego związku z resztą.

I może będzie to wyglądać, że jestem niezadowolony z Twojej opinii, ale tak nie jest. Bowiem moja odpowiedź będzie oderwana (po części) od tego opowiadania.

Rozczarowujące są Twoje słowa i wyciągnięte dalej wnioski. Spotkałem się już niejednokrotnie pod moimi i innymi opowiadaniami z opiniami o wątpliwej fantastyce lub jej braku, o brzytwie Lema, którą uważam za wielkie zło. Jak bowiem można świadomie wprowadzać podziały w literaturze? Już samo słowo “podział” nie służy ani nie prowadzi w sztuce do niczego dobrego.

Nie ma dla mnie znaczenia, czy w opowiadaniu z Rambo byłby cyborg, czy nie, czy na długo czy na jedną scenę. Ważny jest dla mnie sam utwór, i to, co tworzy jako całość, jak do mnie przemawia, jakie budzi we mnie emocje i odczucia, a nie czy mieści się w jakimś gatunku, czy też nie.

Przyznam się, że takie jak tu podejście do literatury i fantastyki bardzo zniechęca mnie do publikacji na tym forum. Nie w ogóle do pisania, żebyśmy się dobrze zrozumieli, ale właśnie do publikowania na portalu NF, nie mówiąc o wysyłaniu czegokolwiek do papierowej NF. I robię to tylko i wyłącznie ze względu na społeczność, która prezentuje duże umiejętności pisarskie, warsztatowe, połączone z szeroką wiedzą o świecie i nauce. Nie znalazłem w Polsce lepszego pod tym względem portalu. Bez dwóch zdań to dzięki Wam poprawiłem swój warsztat i umiejętności. Ale wszystko co dobre, kiedyś się kończy. :) I wiem, że jeśli dostanę jedno piórko, drugie, może trzecie, i będę już zadowolony z warsztatu, a rzeczywiście coraz rzadziej dostaję pod tym względem uwagi, to przestanę tu publikować i skupię się już tylko na pisaniu.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nie wiem czemu, ale czytając opis wyglądu głównej postaci, stanął mi przed oczami Gru z Minionków (tak, jako mama dwójka maluchów jestem spaczona kreskówkami ;)), co oczywiście nijak miało się do postaci twojego Mistrza. 

Ogólnie podobała mi się kreacja tej postaci, taki kontrast między brzydotą ciała, a wrażliwością tancerza, tym większy, że tancerze raczej charakteryzują się zazwyczaj piękną fizjonomią (wyćwiczone ciało, makijaże etc.)

Dokładając do tego pękatą i prawie łysą głowę, szpiczasty nos i ostro zakończone zęby, jak gdyby był drapieżnym zwierzęciem, a nie człowiekiem – miało się obraz marnej, fizycznej formy, w której zamknięta została piękna dusza. Bo Arezio duszę miał piękną, a ciało? Cóż, zapewne świadczyło o zachowaniu równowagi w przyrodzie. Nie można mieć przecież wszystkiego. 

Te zdania kupiły mnie w całości i już wiedziałam, że to nie jest tekst, wobec którego przejdę obojętnie. 

I rzeczywiście tak było. Podobała mi się ogólna atmosfera, to pełne zaangażowanie w spektakle i cała fascynacja i uwielbienie dla piękna sztuki. A także końcowe przełamanie własnych lęków i poddanie się wspaniałości chwili.

To czego mi brakowało, to trochę większe naszkicowanie świata przedstawionego. Zwłaszcza ukłuło mnie to w przypadku tej dziewczynki, Celii. Powiedziane było, że ma drewniane ręce, brakowało mi wyjaśnienia czemu miała protezy czy na skutek jakiegoś wypadku, czy może taka się urodziła i skąd ta jej tajemnicza zdolność czucia drewna. A przede wszystkim dlaczego nikogo to nie dziwi. Czy w tym świecie to normalne? 

To oczywiście drobny zarzut, bo ogólnie całość czytało mi się przyjemnie i w sumie żałowałam, że tak szybko się skończyło. 

 

Pozdrawiam C. 

 

Przyznaję, że jestem zaskoczony tak pozytywnym odbiorem Celii i jeśli nawet rozumiem, skąd potrzeba jej większej roli w opowiadaniu, to nadal uważam, że utwór zyskałby lepszą fabułę, ale utracił część emocji, na rzecz właśnie rozbudowanej fabuły. Tak mi się przynajmniej zdaje. Miałem na celu poruszyć czytelnika stosując przyjętą konwencję, traktując otaczający świat jako tło do opowieści o uczuciach.

Dziękuję, Cephiednomiko, za ciepły odbiór i miłe słowa.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

utwór zyskałby lepszą fabułę, ale utracił część emocji, na rzecz właśnie rozbudowanej fabuły.

No, uważam, że to korzystna wymiana. :-) Ale Tyś Autor.

Babska logika rządzi!

Chyba niezupełnie jasno się wyraziłem, więc sprecyzuję – nie krytykuję Twojego tekstu za brak fantastyki, czy za znikomą jej obecność. Fakt, to jest portal fantastyczny, ale daleki jestem od skreślenia tekstu dlatego, że element fantastyczny niewyraźny. Zdarzało mi się chwalić teksty, w których fantastyki w ogóle nie było, tudzież nie zostałoby ani trochę po zastosowaniu owej demonizowanej brzytwy. Ba, gdyby Celia miała zwykłe, drewniane protezy, nie pisnąłbym słowa. Bo wszystko byłoby na miejscu, płynnie i bez zgrzytu, czort z tym, że jedynym tak zwanym elementem fantastycznym byłyby organy, tudzież domniemany związek dziewczynki i drewna. Wrzucenie mimochodem, półgębkiem niemalże, czegoś tak nie z tej ziemi, do świata, który zupełnie nie sugeruje istnienia (a tym bardziej normalności) takiego elementu (między organami Tramonte, a rączkami Celii jest przepaść) to jak właśnie cameo terminatora w filmie o Rambo. Bez wyjaśnienia co, jak, po co i dlaczego. I podkreślam – nie jest to ogromna wada tego opowiadania, które swoją drogą jest bardzo dobre. To drobiazg, który przekonał mnie, że jednak na piórko głosował nie będę. I tyle. Zupełnie nie myślałem o szufladkach, o pasowaniu do takiego a nie innego koszyka. 

A że na portalu nie lubi się tekstów, które fantastyczne nie są… Trochę to rozumiem. Ale nie sądzę też, by takie automatycznie skreśleno. Nawet, jeśli ten i ów kręci nosem. Opowiadanie Cerelega, w którym fantastyki na lekarstwo, jest w czołówce najlepszych tekstów roku. Opowiadanie Belli, gdzie fantastyki nie ma wcale, omal nie dostało styczniowego piórka. 

A że na portalu publikować nie będziesz… Tym lepiej dla Ciebie. Więcej czasu i energii na donioślejsze publikacje. 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

A że na portalu publikować nie będziesz… Tym lepiej dla Ciebie. Więcej czasu i energii na donioślejsze publikacje. 

A to już było niefajne. Nie wiem, czy tak bardzo utożsamiasz się z portalem, czy też przejmujesz rolą komentarza piórkowego, ale nie miałem zamiaru Cię urazić.

Widzisz, na portalu gdzie byłem redaktorem, a który obcuje głównie z poezją i prozą obyczajową moje opowiadania okazywały się zbyt fantastyczne, dostawałem komentarze, że czytelnik na fantastyce się nie zna i dlatego nie bardzo potrafi się wypowiedzieć.

Różnimy się co do zacytowanego przeze mnie zdania z Twojego komentarza, bo odpowiedź powyżej mnie nie przekonuje. Cała trójka bohaterów ma cechy wyglądu, które nie występują naturalnie w świecie rzeczywistym, są też organy, jest manekin bez twarzy postrzegany przez dorosłych, jako żywy. W moim poczuciu to wszystko są elementy fantastyczne, i każda z tych cech nie jest przypadkowa, tylko charakteryzuje swojego bohatera.

Arazio – ostre zęby, jak u zwierzęcia – symbol “odgryzania się” się od ludzi, za to, jak go traktują ze względu na wygląd. Sam zaś wygląd, jako symbol prawdziwych ułomności fizycznych, kalectwa, które często skutecznie odstrasza “normalnych” ludzi, a jednocześnie nie ma zupełnie pokrycia w sferze umysłowej.

Furio – wielkie, czarne oczy, jak monstrualne śliwki, które tak często pojawiają się w kreskówkach przy scenach wiążących się z zaufaniem, smutkiem i płaczem, a które reprezentują tu chłopca zapatrzonego i ufnego zarazem.

Celia – z drewnianymi rękoma, jak w powiedzeniu o drewnianym człowieku, która poprzez swoje umiejętności przeciwstawia się takiemu szufladkowaniu.

I samej kukle, która ma podwójne znaczenie. Pierwsze powiązane z samym Tramonte i drugie, kiedy tańczy jak ją chwalą, pozostając jednak kukłą, o czym mówi sam Arezio.

Wszystkie trzy osoby są związane w jakiś sposób ze sztuką, czują tą estetykę i mają “dziwne” cechy. Podkreśliłem to w tekście.

Czy sztuka musi przyciągać samych cudaków? Czy może oni są normalni, a wokół pełno jest tych samych, nienormalnie podobnych do siebie ludzi?

I co mam ci pisać, Thargone, że uczepiłeś się jednych drewnianych rączek i nie zwróciłeś uwagi na resztę, która jednoznacznie wiąże dla mnie całe opowiadanie?

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

A to już było niefajne. Nie wiem, czy tak bardzo utożsamiasz się z portalem, czy też przejmujesz rolą komentarza piórkowego, ale nie miałem zamiaru Cię urazić.

Nie rozumiem. Nie bardzo wiem co zabrzmiało niefajnie, wydawało mi się, że dążenie do publikacji poza portalem, nawet na papierze (zwłaszcza na papierze) to naturalna sprawa. Jak i ograniczenie publikacji na Fantastyce, choćby po to, by tekstów nie palić. A do uderzania w papier jesteś gotowy, zresztą sam to wiesz. I zapewniam, że nie widzę powodu, dla którego miałbym czuć się urażony :-) 

I co mam ci pisać, Thargone, że uczepiłeś się jednych drewnianych rączek i nie zwróciłeś uwagi na resztę, która jednoznacznie wiąże dla mnie całe opowiadanie?

Doskonale widziałem podczas lektury to, co napisałeś zaczynając od akapitu "Arezio – ostre zęby…" Zaznaczyłem gdzieś nawet, że podoba mi się to kreskówkowe przerysowanie cech fizycznych postaci, jak i możliwości interpretacyjne. Być może rzeczywiście nie dostrzegłem tego, jak bardzo nieprawdopodobni są Furio i Arezio. Opis oczu Furia odebrałem jako metaforyczny (coś w stylu "oczy jak gwiazdy") a wygląd Tramonte… Groteskowy, ale widywałem ludzi dziwniejszych, a do tego bardzo sprawnych fizycznie. Nie odniosłem też wrażenia (może przez nieuwagę, może coś mi umknęło) że widzowie wierzyli, iż tańczy prawdziwy człowiek. Zatem – żadnej w zasadzie nienaturalności, żadnej magii. A tu nagle magiczne rączki. 

Nie jest również tak, że uczepiłem się rączek, nie zwracając uwagi na resztę. Wyraźnie napisałem, że nieszczęsne rączki to drobny zgrzyt, który przekonał mnie, że za piórkiem głosował nie będę. Jako przeważająca kropelka, nie jedyny powód przecież (obok nieco zbyt schematycznej fabuły) bo wahałem się co najmniej tak, jak w przypadku tekstu Belli. A o piórku wspominam tyko dlatego, że tekst ma nominacje i głosować będę, więc chciałem żeby od razu było wiadomo co i jak. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ok. Wystarczająco dużo nagadaliśmy się na ten temat. Tak jakoś wychodzi, że mimo dawanych sobie obietnic i tak staram się komuś wyjaśnić kolejne opowiadanie. Będę musiał to jeszcze potrenować, znaczy nie opowiadanie w komentarzach.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, opowiadanie jest bardzo dobre. Przeczytałam dawno, lecz komentarza nie zamieściłam.

Dlaczego dobre – bo relacja mistrz i uczeń, bo teatr, bo balet, bo Celia, bo pięknie napisane, z wyczuciem.

Fantastyka jest, bez wątpienia – moim zdaniem i magia też.

Celia jest wybijającym się punktem, może dlatego zwraca uwagę. Te jej ręce “przebijają” lalkarstwo mistrza Tramonte. Czyżby dlatego, że są łatwiejsze do zrozumienia niż baletowe pasaże? Nie wiem.

 

O jednej rzeczy myślę – wciąż, jak to możliwe, aby mógł pięknie tańczyć i zawojować widownię? Po inżyniersku myślę sobie, że to nie jego specjalizacja, że w czym innym “robił”. Strasznie się boję reakcji publiczności, chcę, aby mu się udało lecz bez ćwiczeń jest skazany na porażkę. Jego ekspertyza jest w obrębie lalek (tak wynika z tekstu) i z marzenia Furio. Boję się o mistrza Tramonte.

Co do niewystarczających dekoracji (świata) – przeczytałam komentarze – ja je lubię, lecz mi ich w Twoim opowiadaniu nie brakuje, gdyż pojawiają się we wtrąceniach, niejako mimochodem.

 

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tekst przeczytałam już jakiś czas temu, ale wciąż go pamiętam.

Nie przeszkadzała mi chwilowa obecność Celii w opowiadaniu – przecież i w naszym życiu potrzebujemy czasami kogoś, kto przypomni nam jakąś oczywistość i doda nieco odwagi, aby działać – oraz brak szerszej prezentacji jej umiejętności. Wydaje mi się zresztą, że gdybyś bardziej wyeksponował tę postać, opowiadanie mogłoby się rozmyć. 

Kukła skojarzyła mi się nie tylko ze strachem przed ukazaniem swego prawdziwego oblicza, ale też w pewnym sensie z tarczą, osłoną; w razie czego to na nią spadną ciosy, na nią polecą gromy i wyzwiska, ale człowiek, który nią kieruje, ma jeszcze szansę się od niej odciąć, udać, że to nie on zawinił, tylko te połączone ze sobą kawałki drewna. 

Gorzej, gdy później ta osoba musi wyjść z cienia na scenę i nie ma za czym się skryć. A jeszcze gorzej, gdy musi powtórzyć to, co na jej rozkaz robiła kukła.

Dlatego też doceniam odwagę, na jaką stać było Arezio, aby ponownie stanąć przed widownią i zatańczyć, na dodatek bez założenia maski. 

Furio, echh, z jednej strony lekko mnie poirytował, że w ogólnym rozrachunku zmusił swego Mistrza do tańca, ale z drugiej strony, ile można tkwić w fałszu?

Otwarte zakończenie ciekawe, pozostawia pole do rozmyślań, czy ludzie rzeczywiście woleli nieprawdziwego, martwego, ale pięknego tancerza od prawdziwego, żywego, lecz o fizjonomii niezbyt przyjemnej dla oczu. 

Ogólnie; czytało mi się szybko, masz sprawne pióro. I podobało mi się, choć z baletem, ogólnie zresztą z tańcem, za bardzo mi nie po drodze. ^^

 

Cześć, Asylum. Ciekawe pytanie odnośnie Tramonte, ale między innymi po to powstało opowiadanie, by czytelnik zadawał sobie pytania. Dzięki za lekturę i komentarz.

 

Draconis, dlatego właśnie tak lubię niedopowiedzenia w literaturze i otwarte zakończenia. Aby czytelnik wyobraził sobie własną wersję, zinterpretował po swojemu, i przyznaję, że to bardzo ciekawe i inspirujące dla mnie doświadczenie tak czytać, jak to widzicie.

 

Dziękuję za pozytywny odbiór.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Do mnie ten tekst też wrócił :)

Tym razem Arezio nie dał się zaskoczyć, choć nie oderwał wzroku od pracy.

“Choć” łączy składowe tego zdania w zdanie wynikowe, a moim zdaniem są one łączne – wtedy proponowałbym zamianę na “i” lub jego ekwiwalent albo, co może pasuje nawet bardziej, wynikowe – wówczas “więc”, “zatem”.

“Choć” pasowałoby, gdyby bohater, mimo że nie dał się zaskoczyć, jednak oderwał wzrok od pracy.

 

Podszedł wolno do wielkiej szafy stojącej w rogu teatralnego magazynu, który przerobił na swoją salę przygotowań. Przyjrzał się rzędom szpulek równo ułożonych na poszczególnych półkach.

Uważam, że ten fragment jest przeładowany określeniami, które w takiej liczbie, paradoksalnie, zubażają, rozwadniają treść.

 

Od samego początku poświęcasz dużo miejsca opisowi wyglądu obu głównych postaci i nawiązujesz do nich później jeszcze nieraz. Przywiodło mi to na myśl przerysowane postaci rodem np. z “Gnijącej panny młodej”, co nie wiem, czy mi się podoba. Myślę, że to byłoby jedno z ciekawych urozmaiceń dziwności świata, który stworzyłeś, ale z nieznanych mi powodów nie posunąłeś się dalej i poprzestałeś, powiedzmy, na kostiumach. Uważam, że opowiadanie stoi przez to trochę w rozkroku między realizmem, bo postaci w swoim zachowaniu, w emocjach, które przeżywają, są 100-procentowo ludzkie, a, nawet nie wiem jak to nazwać – weird?, wszak ich wygląd, od którego nota bene zaczynasz, niejako obiecuje coś troszeczkę innego niż faktycznie jest, bardziej szalonego w wizji.

Historię odebrałem jako klasyczną opowieść przemiany, uwierzenia w siebie, z nurtu feel-good. Nie jest to zarzut, nie jest to zaleta. Czekałem, aż ten tekst rzuci mnie na kolana i niejako stało się to w finale, który jest bardzo dobry, z doskonałym otwartym zakończeniem. Zgrzytnęły mi akapity opisujące taniec, gdyż jako osobie z tańcem nijak nie związanej, użyte terminy nic mi nie mówią. Wolałbym opisy uwzględniające zwiewność i finezję ruchu, niż takie rzucanie terminologią.

Kreacja postaci to chyba najmocniejszy element tego opowiadania. Obaj dziwni, obaj różni, lecz jakże kompatybilni w tej swojej inności. Z tekstu bije ciepło za sprawą ich relacji, może nieco naiwnej, ale przez to nieskażonej podtekstami. Co swoją drogą świetnie przełamujesz, wystawiając ich symbiozę na próbę. Tutaj chapeau bas.

Potencjał postaci Celii uważam jednak za niewykorzystany. Przejrzałem komentarze i zobaczyłem, że właśnie taki miałeś zamysł, że bazowałeś na słowach jakiegoś psychologa – i w takim kontekście faktycznie ma to sens. Ale obawiam się, że bez słowa komentarza, tekst nie daje się interpretować w ten sposób, co mogło przyczynić się do pojawienia się tylu komentarzy podobnej treści nt. tej postaci.

I cóż, to dobre opowiadanie, choć w moim odczuciu z paroma rysami. Dodam jeszcze, że językowo można by odrobinę podciągnąć. Nie poczuwam się jednak do precyzowania – myślę, że kontakt z fachowym redaktorem pozwoliłby Ci spojrzeć na swoją twórczość trochę inaczej, by móc formę doprowadzić na wyżyny.

 

 

Dziękuję za szczegółową analizę, Jasna Strono. Chciałem osiągnąć efekt, o którym mówisz, czyli opowiadania z gatunku realizmu magicznego. Coś, co będzie mocno zakorzenione w realizmie, ale pozwoli mi poprzez elementy fantastyczne wyolbrzymić cechy charakteru bohaterów. Zależało mi, żeby czytelnik wydział w nich jednak ludzi, wtedy emocje są silniejsze, tak myślę.

Terminologii baletu także użyłem w konkretnym celu. Zakładając, że jest to domena niewielkiego procentu czytelników, dla reszty będzie stanowić coś nieznanego, co w pewien sposób miało zafascynować czytelnika, zaciekawić i wprowadzić czynnik “x”.

Cóż, Celia, pamiętam, że miałem jakieś obawy z nią związane przy pisaniu, ale teraz, po takiej dyskusji, już nie pamiętam, czy myślałem o drewnianych rękach, które jak widać wprowadzają coś więcej, niż reszta elementów, czy o czymś innym.

Co do redaktora, liczę, że kiedyś na niego trafię, ale raczej już przy powieści. Do tego czasu chciałbym doszlifować warsztat, dopracować własną manierę (świadomie nie piszę styl, bo przyjdzie Fun i powie, a nie mówiłem! ;) ) i środowisko, w którym chciałbym się przede wszystkim poruszać.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Myślę, że jesteś na dobrej drodze, Darconie. Masz manierę, pomysły i umiejętności, by dobrze je realizować. Tak naprawdę to najsłabiej moim zdaniem wypada to, co chyba najłatwiej poprawić – warsztat. Bo jeśli nie Ty sam, to redaktor ;)

 

Samo opowiadanie… ciekawe. Szczególnie, jak mi się zdaje, przez rozmyślną rezygnację z ukazania świata (nie)przedstawionego. Ta widownia… jest jakby tłem. Uniwersalnym światem każdego z nas.

Zestawienie brzydoty i piękna mistrza oraz postawa Furia wskazują na alegoryczny przekaz opowiadania i pewnie można je odnieść do każdego z nas i to na różnych płaszczyznach czy poziomach.

Opisy sugestywne, a tempo, choć leniwe, to zarazem wyważone. Przez cały tekst miałeś kontrolę i nie znudziłeś mię pomimo stateczności obrazów.

Słownictwo francuskie fajnie ubarwiło sceny tańca.

Zakończenie, rzeczywiście, świetne. Tak naprawdę nie wiadomo, czy to cisza przed aplauzem, czy gwizdami ;) Takie właśnie “niedopowiedzenia” lubię. Nie jak u większości autorów, urywanie w najciekawszym momencie, tylko pozostawienie czytelnikowi wyboru – “niech będzie, jak Ty chcesz. Ja Cię tu doprowadziłem, kolejny krok postaw sam”.

Co na minus? Przede wszystkim z leksza dziadowy warsztat (sorry ;p).

Chociażby:

Recepturę sam wypracował przez lata. Zmarszczył brwi, pochylił się i poprawił ułożenie dwóch palców dłoni. Tak, teraz jest dobrze.

Później chyba takich wpadek nie masz, ale tu mieszasz narracje trzecioosobową z jakąś tam opinią bohatera.

Podszedł wolno do wielkiej szafy stojącej w rogu teatralnego magazynu, który przerobił na swoją salę przygotowań.

Dziewczynka beztrosko machnęła ręką.

– Jejku! – Chłopak pochylił się gwałtownie nad manekinem.

Tych przymiotników i przysłówków, jak mi się zdaje, mógłbyś sporo powycinać. O ile “wolno” jest jeszcze spoko, bo może oddawać jakiś majestat, tak “wielka szafa” jest raczej nieistotna.

To “beztrosko” niezbyt pasuje do kontekstu.

A “gwałtownie” jest niepotrzebne, bo tylko dodajesz tell do show, które ukazałeś tym “jejkiem” ;)

 

Jak dla mnie, zdania były dość sztywne. Przez to nie płynąłem przez tekst, choć “przedzieranie przez chaszcze zdań” byłoby z pewnością krzywdzącym określeniem. Po prostu – mogłoby być lepiej.

Brakło mi też lepszego wykorzystania tej drewnianorękiej dziewczynki. Fajna była, a użyteczność tak jakby wątpliwa. No ale o tym pisali już inni.

 

Parę uwag:

 

Świt dopiero nadchodził, gdy Arezio Tramonte już przemykał ulicami miasta.

Chyba niepotrzebne to-to. Tak na poziomie konstrukcji.

Jeśli pochwalą, a kukła zatańczy, są szczęśliwi i zadowoleni.

E?

Poprawił cylinder na głowie, spuścił go głębiej na czoło i ściągnął mocniej pelerynę.

Taka tam oczywistość.

Idealne proporcje ciała, idealny wzrost i waga, nienaganna skóra, bez żadnej skazy. Kończył właśnie wsmarowywać specjalną maść, nadającą sztucznej skórze naturalny wygląd.

Musiał uważać, aby każde łączenie było niezawodne, by nie rozwiązało się w trakcie występu i jednym machnięciem bezwładnego palca nie przekreśliło bezbłędnego wstępu.

Powtórzenie i… powtórzenie z literówką? Bo “wstęp” chyba nie bardzo…

– Co tam, Furio[-.][+?] – Mężczyzna zerknął przelotnie na kilkuletniego chłopca.

Ale chłopiec miał w głowie słowa Celii[-.][+:] „Tylko przyjaciel może powiedzieć ci coś, czego nie chcesz dopuścić do siebie”.

Takie tam, interpunkcyjne propozycje…

 

Uff, dobra. Trochę się pofrustrowałem, ale nie zmienia to faktu, że opowiadanie nawet mi się podobało.

I uważam, że to wartościowy tekst.

 

Trzymaj się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przezacnej urody opowiadanie, dzięki Darconie za chwile wzruszenia.

Wszystko inne zostało już powiedziane.

Nad warsztatem staram się cały czas pracować. Dzięki za wskazanie potknięć, Councie. Część poprawek naniosłem. Do redaktora jeszcze zdążę, mam nadzieję. Nie chcę, żeby się zbyt mocno umęczył i zniechęcony nic nie wziął. ;) Poza tym, powieść trzeba najpierw napisać.

Cieszę się, że sporo elementów jednak zagrało.

Ps. Kiedy opublikujesz obiecaną krew i flaki?

 

Dziękuję, Fizyku, za dobre słowo.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Poza tym, powieść trzeba najpierw napisać.

O, powiadasz? Ciekawe.

 

Krew i flaki? Heeeh, byłoby miło, ale Fun zabronił mi wrzucać cokolwiek na portal ;/

No dobra, w Retrowizjach mogę wziąć udział. Jeśli uda się nie pisać na ostatnią chwilę, trochę krwi  i flaków tam będzie. Niekoniecznie ludzkich, ale pojawią się ^^

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bardzo ładna rzecz. Postacie i setting takie jakby archetypowe, klasyczne, ale bez zadęcia. Klimacik troche jak z niektórych okładek Lacrimosy?

Pozwolę sobie odkomentować komentarz Counta, w kwestiach technicznych

 

Recepturę sam wypracował przez lata. Zmarszczył brwi, pochylił się i poprawił ułożenie dwóch palców dłoni. Tak, teraz jest dobrze.

 

tu mieszasz narracje trzecioosobową z jakąś tam opinią bohatera.

Ale to jest jak najbardziej uprawniona, klepnięta i opisana technika narracyjna. W tym opowiadaniu jest narracja trzecioosobowa, owszem, ale silnie spersonalizowana, subiektywna, mocno z punktu widzenia głównego bohatera, który jest całą perspektywą. Nawet gdyby tak nie było, taki zabieg nie jest niedozwolony, to się nawet nazywa – mowa pozornie zależna.

 

Wiem, tego akurat – dlaczego? – nie uczy się w szkole, a szkoda, bo to technika, która bardzo wzbogaca emocjonalnie i stylistycznie narrację trzecioosobową.

 

W swoim czasie pozbyłam się polonistycznych podręczników, więc wklejam definicję z wikipedii, która jednakowoż jest wyjątkowo celna:

 

Mowa pozornie zależna – wypowiedź charakteryzująca się tym, że monolog wewnętrzny zostaje wchłonięty przez narrację, ale mimo to zachowuje szereg znamion samodzielności i bezpośredniości przytoczenia. (…) Narrator mówi pozornie od siebie, posługuje się formami językowymi właściwymi opowiadaniu, a w rzeczywistości przekazuje wiernie tok myśli i doznań bohatera, nie angażując się w ich referowanie (jak to ma miejsce w mowie zależnej). (…) Stylistyczny kształt narracji utrwala w sobie jednocześnie dwa punkty widzenia: monologującego bohatera i przedstawiającego ten monolog narratora. Cechą charakterystyczną mowy pozornie zależnej jest to, że te dwa punkty widzenia nie są od siebie niezależne, że łączą się we wspólnej formie stylistycznej. (…)

 

Plus minus przykład z zajęć z poetyki:

Mowa niezależna:

– Ach, gdyby była tu Klaudyna! – Westchnął.

Mowa zależna:

Westchnął, wyrażając żal, że nie ma Klaudyny. / Westchnął, ponieważ bardzo brakowało mu Klaudyny.

Mowa pozornie zależna:

Westchnął. Ach, gdyby była tu Klaudyna!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Się rozpisałaś…

Podręczników do polskiego nie widziałem już dawno, Drakaino, a stwierdzenie “mowa pozornie zależna”, jak się pewnie domyślasz, jest mi obce.

 

Darcon napisał to opowiadanie w specyficzny sposób. Jestem świadom, że narracja nie jest typowo trzecioosobowa i do podobnych, wskazanych przeze mnie “błędów” teoretycznie można też zaliczyć choćby to:

Cóż, zapewne świadczyło o zachowaniu równowagi w przyrodzie. Nie można mieć przecież wszystkiego.

Zauważ jednak, że w tym przypadku (i wielu innych w tekście), “opinia” dotyczy świata, pewnych prawideł, a nie, stricte, bohatera.

To mi nie zgrzyta. A tamto zgrzyta, bo w całej swej istocie WYGLĄDA jak myśl bohatera.

Piłkarza w pełnym biegu wystarczy lekko szturchnąć, by się wykoleił. W tekście, który tak bardzo stoi immersją jak Teatr, drobne nieścisłości mogą wybić czytelnika z rytmu. Primagrodzkiego czytelnika właśnie coś takiego.

Dlatego proponuję tego nie robić (tej mowy pozornie zależnej) albo robić to lepiej. Konsekwentnie.

A czy Darcon się zgadza i uznaje moje racje, to już jego sprawa :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Councie, rozumiem Twoje opory, ale protestuję przeciwko nazywaniu części tych zabiegów błędami narracyjnymi. To, że czegoś nie znamy, nie znaczy, że jest niepoprawne, a człowiek uczy się przez całe życie. Zaznaczyłam, że o tym akurat w szkole się nie uczy – a szkoda, powtórzę – więc nie mam pretensji do samej nieznajomości. Dla mnie było to jedno z nielicznych objawień na polonistyce, z którą poza tym bardzo się nie lubiłam i rozwiodłam boleśnie.

 

Zauważ jednak, że w tym przypadku (i wielu innych w tekście), “opinia” dotyczy świata, pewnych prawideł, a nie, stricte, bohatera.

Ale wyraża jego przemyślenia, tak to odbieram. To bohater dochodzi do takiego wniosku i zostaje nam to podane właśnie mową pozornie zależną. Bo można by to zapisać następująco:

Cóż, zapewne świadczyło o zachowaniu równowagi w przyrodzie – pomyślał. – Nie można mieć przecież wszystkiego.

I wtedy, jak sądzę, Twoje opory znikają. To “przecież” właśnie wprowadza mowę pozornie zależną.

Nie twierdzę, że zawsze to dobrze wychodzi, ale dwóch przytoczonych przez Ciebie przykładów (zwłaszcza pierwszego) jednak bym broniła.

 

Primagrodzkiego czytelnika właśnie coś takiego.

A może jednak warto się przekonać? W polskiej fantastyce bardzo brakuje tekstów, które poza fabułą i narracją miałyby jeszcze indywidualny, ciekawy, literacki rys – Dukaj to trochę mało, zwłaszcza że ostatnio mniej pisze, no i jest radykalnie indywidualny…

Konsekwentnie – nie, bo cały tekst tak napisany będzie nużący w równym stopniu jak jakąkolwiek inną techniką. Ale w narracji mocno spersonalizowanej, jak tu, z wyraźną perspektywą, to jest jak najbardziej uzasadnione.

 

Piłkarza w pełnym biegu wystarczy lekko szturchnąć, by się wykoleił.

Ale można go trenować tak, żeby był na to bardziej wytrzymały, nieprawdaż? Zupełnie serio i bez ironii proponuję: spróbuj napisać tak kawałek tekstu, żeby właśnie wplatać subiektywne odczucia bohatera w tekst, który wydaje Ci się “obiektywny” (a nie każda narracja trzecioosobowa jest obiektywna!), może będzie to z zyskiem dla własnej twórczości?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zgadzam się z obydwojgiem z Was. Dziękuję, Drakaino, za gruntowne wyjaśnienie zagadnienia. Ja też nie uznałem tego konkretnego zdania za błąd. Usunąłem je, bo jest jednak wyraźnym stwierdzeniem bohatera, jak mi się wydaje, jedynym w tekście. Stąd mi także trochę zgrzytało. Gdyby było jeszcze jedno, czy dwa w takiej ilości znaków, nie widziałbym wskazań, żeby się go pozbywać.

Zapamiętam to na przyszłość.

 

Dzięki, Zauruxorze, za wizytę. Niestety Lacrimosy nie znam, zerknąłem tylko teraz na okładki.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

To, że czegoś nie znamy, nie znaczy, że jest niepoprawne, a człowiek uczy się przez całe życie.

To, że tego nie znałem (bo przyznaję, że określenia “mowa pozornie zależna” nie znałem),  nie zmienia faktu, że wskazałbym to zdanie.

Bo uważam, że w tym tekście Darcon korzystał z tej mowy raczej intuicyjnie. Czasem się pojawia, czasem nie. Zwykle jest bardziej jak ten drugi zacytowany przeze mnie przykład (którego za błąd nie uznałem), a czasem jak ten pierwszy, który lepiej prezentowałby się pod postacią myśli bohatera.

Zaiste, wtedy moje opory by zniknęły.

A może jednak warto się przekonać? W polskiej fantastyce bardzo brakuje tekstów, które poza fabułą i narracją miałyby jeszcze indywidualny, ciekawy, literacki rys

Sugerujesz, że jestem zatwardziały, Drakaino? Hehe, raczysz żartować ^^

Nie mam problemów z przekonywaniem się do czegokolwiek i zachęcam do eksperymentowania w literaturze. Heh, przecież ja jestem zwolennikiem innowacji! Chyba nawet większym niż Ty!

Aczkolwiek tę mowę rzeczywiście rzadko się widuje. I to nie tylko w polskiej, ale i zagranicznej fantastyce, którą czytam w większych ilościach.

A konsekwentnie znaczy dla mnie tyle, co… “zrównoważenie”. A nie cały tekst w ten sposób. Uważam, że z broni należy korzystać świadomie.

 

Padło na ten temat wiele słów, jednak, dla ścisłości – uważam, że w Teatrze ten zabieg skutecznie podniósł immersję na wyższy poziom. Tylko w tym jednym przypadku, jak zauważył Darcon, sprawiał wrażenie opinii bohatera.

 

Natomiast pisać w podobny sposób już próbowałem, aczkolwiek nieświadomie. Dawno dawno temu…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Z poszanowania dla Twoich preferencyj czytelniczych, postaram się o zwięzłość.

 

Wziąłeś na warsztat sztampę i, niestety, nie udało Ci się wyciągnąć z tego nic nowego, wyrwać się poza schemat, zaskoczyć w jakikolwiek sposób, pokazać coś nowego, sprawić, by… sorry, miało być krótko. No więc nie wyłamałeś się poza schemat brzydkiego kaczątka, które wcale nie okazuje się być łabędziem. Inna rzecz, że gdyby okazało się łabędziem, to nadal byłby to tekst schematyczny, tyle, że tym razem schematyczny po hollywoodzku, czyli jeszcze gorzej.

Ale…

Wiesz, kiedy na horyzoncie zamajaczył mi napis “koniec”, a ja i tak już od dawna wiedziałem, w jakim kierunku zmierza ta historia, na króciutką chwilkę oderwałem wzrok od tekstu i niemal – ale tylko niemal – przeskoczyłem do ostatniego zdania, tak bardzo byłem ciekaw, na jakie rozwiązanie się zdecydowałeś. Złe, bardzo złe (ale najbliższe mojemu kaczemu sercu) czy też… jedynie słuszne. I już sam ten fakt, ta niemal sekunda, mówi o moim stosunku do tego opowiadania więcej, niż zdołałbym tu napisać w standardowym eseju, którego tak bardzo – acz nieudolnie – staram się uniknąć.

Po prosu lubię takie opowieści i na swój sposób lubię każdą z możliwych opcji ich zakończenia. Lubię, tą tandetną sztampę, kiedy wszystko kończy się dobrze, bo przecież po to czytamy, żeby choć na chwilę uciec z tego świata; nijakiego, a mimo wszystko w tej swojej nijakości wyjątkowo podłego. Lubię też złe zakończenia, bo są prawdziwe, przekonujące i bolesne, szczególnie, kiedy czytelnik zdoła jakoś utożsamić się z bohaterem i… “poczuć go”. A ja Twojego Mistrza “poczułem” bardzo wyraźnie, co albo źle świadczy o mnie, albo dobrze o nim. A może jedno i drugie.

Jest jeszcze trzeci rodzaj zakończeń takich opowieści – niedopowiedzenie. I jest to właśnie ta jedynie słuszna opcja, przynajmniej dla mnie. Takie zakończenia lubię najbardziej, bo jednocześnie nigdy nie dowiem się, jak było naprawdę i wiem to doskonale, bo sam sobie tę prawdę dopisuję. Ode mnie zależy, czy Mistrz Tramonte stał się łabędziem, czy pozostał kaczką.

I tutaj mam taką myśl, że właśnie ten rodzaj zakończenia chciałeś zaserwować. Albo przynajmniej stworzyć ułudę tej chęci. Nie mogę jednak powiedzieć, że Ci się to udało, ponieważ jest o to jedno zdanie za dużo. Nie do końca świadczy ono o jakiś Twoim wyborze, bo nic do końca nie zostało powiedziane przecież, ale już przeważa szalę w jednym konkretnym kierunku.

Niemniej wciąż – podobało mi się. Mimo tego, że historia momentami nie jest opowiedziana tak zgrabnie, jak by mogła (kilka niepotrzebnych wstawek i dłużyzn) a sposób w jaki wywabiłeś Mistrza na scenę mnie jednak rozczarował (choć też swój urok ma) – podobało mi się. Głównie na zasadzie szkiełek, czuć, oczu, mędrców i tak dalej, ale wrażenia czysto estetyczne tekst również pozostawił po sobie bardzo pozytywne.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Wracam z komentarzem piórkowym.

Tak jak pisałem – wziąłeś dla mnie na warsztat baśń ze wszystkimi tego konsekwencjami w fabule i motywach. Jednak przy tworzeniu sięgnąłeś po niezwykłe obrazy – przerysowanie wyglądu postaci, co kojarzyło mi się ze starymi polskimi kreskówkami. Za tym dodałeś charakter i wyraźny morał. To wszystko wymieszałeś sprawnie, w formie, która mnie chwyciła. I to pomimo, że widziałem na kilometry, dokąd to idzie.

Tak więc jestem na TAK.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Sorry, Winnetou, ale jestem na NIE.

Już narzekałam na brak porządnej akcji i uczciwej fantastyki.

Dorzucę, że najwidoczniej czego innego poszukujemy w literaturze (fantastycznej). Ja gonię za nowym pomysłem, za wiadomościami. Ty koncentrujesz się na uczuciach. W opowiadaniu zawarłeś mnóstwo tego, co lubisz, ale za mało moich przysmaków, żeby mnie kupić.

Weźmy chociażby to urwane zakończenie. Wiele osób je chwali, a ja tego nie kupuję. Dzieciaki zmusiły dorosłego do zrobienia czegoś, czego zrobić wcale nie chciał. Zdradziły przyjaciela. Można im chyba przebaczyć, jeśli miały rację i publiczności występ się wyjątkowo spodobał. Ale tej informacji – kluczowej dla mnie – nie dajesz, każesz ją sobie dośpiewać. A ja nie wiem, jak się cała awantura skończyła i nie chcę wymyślać własnego finiszu, bo to Twój tekst. Jak by nie było – dorosły, który tak pozwala brzdącom sobą manipulować, nie budzi mojego szacunku. Mógł nie wpuszczać dzieciaków za kulisy.

A zresztą, nawet gdybym zagłosowała inaczej, pewnie i tak wiedziałbyś lepiej, co chciałam powiedzieć. ;-)

Babska logika rządzi!

Wracam z komentarzem piórkowym, którego z przyczyn losowych nie dałam rady napisać wcześniej. Ale w tym przypadku jest oczywiste, że głosowałam na TAK, bo opowiadanie zachwyciło mnie od pierwszego wejrzenia i chyba dość jasno sformułowałam już, czym. Niemniej z perspektywy mogę napisać, co pozostało mi po prawie półtora miesiąca od lektury .Przede wszystkim zniewalający nastrój oraz obrazowość tego tekstu, poczucie, że jestem tam, gdzie bohaterowie, że ich oglądam, ale równocześnie wczuwam się w ich emocje. Te ostatnie mistrzowsko opisane. Oraz pięknie opisywany sam taniec. I poczucie, że to wszystko rozgrywa się w staroświeckiej gamie kolorystycznej, jak stare fotografie: przyćmiona biel i czerń plus sepia. Jak napisałam natychmiast po przeczytaniu: piękne, po prostu piękne.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję za konstruktywne komentarze.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Bardzo nastrojowe. Gratuluję piórka i dzięki za fajną lekturę. 

Wybacz, ale mnie nie przekonało. Jakoś nie poczułam tych wielkich uczuć, które tłamsi w sobie bohater. Dostaje za mało informacji, żeby było to dla mnie czymś spektakularnym na piórko, taki w sumie tekst napisany dla samych uczuć. Ale z tego co widzę, większość zadowolona, widocznie ja jestem nie czuła na te zabiegi artystyczne. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Jest tło dobre, cień dziwnego-ciekawego świata, są bohaterowie, ale… historii w sumie nie ma. To znaczy, jest przemiana, ale wszytko rozgrywa się szybko, w sumie sprawnie, więc brakuje tu dramatyzmu; ja nie czuje wysiłku Mistrza, trudu, z jakim się przełamuje, bo dzieje się to bardzo szybko.

 

Dobra historia musi mieć miejsce na oddech, musi mieć czas, żeby nas zaangazowac. To znaczy – historia oparta na emocjach. Bo opowiadanie oparte na idei nie musi. Ale tu jest inaczej – tu przełomem jest przełamanie się bohatera. Ale nam się tego bohatera ledwie szkicuje.

Nowa Fantastyka