- Opowiadanie: Ardan - Otoczony miłością

Otoczony miłością

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Staruch, Finkla, cobold

Oceny

Otoczony miłością

Polityczny majstersztyk!

Z niedowierzaniem gapiłem się na ekran. W powietrzu wisiał niski szum wiatraczków chłodzących mój komputer osobisty – stary model z połowy lat pięćdziesiątych, wielki jak biurko; gruby kabel łączył go z terminalem Sieci. Mijały godziny ciepłej, kalifornijskiej nocy. Wlepiałem zmęczony wzrok w sterczący ukośnie z blatu monitor, w kółko czytając wciąż ten sam artykuł z portalu „New York Timesa”.

„Dzisiaj, 29 czerwca 1968 roku, Kongres Stanów Zjednoczonych Ameryki przyjął ustawę o sfinalizowaniu planu profesjonalizacji Sił Zbrojnych USA. Tym samym przekształcono je w armię ochotniczo-zawodową, a więc przywrócono stan sprzed roku 1940. Prezydent Gerald Phorgyn osobiście przybył na Kapitol, aby jeszcze tego samego dnia podpisać ustawę. Z dniem dzisiejszym pobór na terenie USA zostaje formalnie zniesiony”. Dalej szły informacje, większością ilu głosów przepis uchwalono, kto głosował za, kto przeciw i dlaczego, no i na koniec komentarze publicystów.

Wiedziałem, że w całym kraju miliony poborowych odetchnęły z ulgą – jak ja sam pół roku wcześniej, kiedy stuknęło mi dwadzieścia siedem lat. W takim też entuzjastycznym tonie utrzymana była większość komentarzy pod artykułem. Trafiały się oczywiście głosy niezadowolonych, głównie starszych (co z dumą podkreślali) siecionautów. Ci wieszczyli upadek kraju, skoro młodzież nie będzie już uczona dyscypliny. Dodajmy do tego zaćpanych świrusów, wyznających na przykład, że są żołnierzami Vietcongu i właśnie w tej chwili, pisząc swoje posty jedną ręką, drugą równocześnie zestrzeliwują amerykańskie śmigłowce jeden za drugim, a my, czytający te wynurzenia, mamy szczęście, że tego unikniemy. Rzecz jasna zjawiło się, jak zawsze, paru dilerów, rzucających hasłami typu: „A u mnie się pali!” (co oznaczało, że można u nich kupić coś do palenia), „Moja Lucy daje każdemu, kto chce, za dwie dychy, co ja mam z nią zrobić?!” (czytaj: LSD w podanej cenie za działkę dostarczę, dokąd chcesz), ewentualnie „A ja mam wszystko!”. Nie mogło też zabraknąć paranoika podpisującego się „Otwórzcie Oczy”, który pod dosłownie każdym tekstem wklejał to samo:

„Począwszy od 1963 roku w przekazach radiowych i telewizyjnych w całym kraju sukcesywnie wzrasta ilość zakłóceń w paśmie niesłyszalnym. Zakłócenia te są w rzeczywistości sygnałami dyskretnymi. Czy służą one komunikacji między służbami specjalnymi, czy sterowaniu tajnymi systemami? A może adresatem jesteśmy my? Może są to skierowane do naszej podświadomości sygnały, za których pośrednictwem rządzący chcą nami sterować? Wejdź na moją stronę (tu podawał link), aby podpisać petycję obligującą władze do wyjaśnienia sprawy tajemniczych sygnałów!”

Wszyscy, dosłownie wszyscy, przeoczyli meritum.

To było najgenialniejsze zagranie Partii Republikańskiej, jakie można by sobie wyobrazić. Musiało sporo kosztować budżet federalny – podejrzewałem, że stąd wzięło się przełożenie planowanego lotu na Księżyc z roku 1969 na 1970 (oficjalnie tłumaczone względami technicznymi) – ale opłaci się, jeszcze jak! Jedną ustawą zaskarbili sobie głosy praktycznie wszystkich chłopców w wieku poborowym, ich dziewczyn, sióstr, matek… Zwycięstwo w jesiennych wyborach prezydenckich republikanie mieli w kieszeni. Podobnie w przyszłorocznych, do Izby Reprezentantów.

Nadzieja na szybkie zakończenie wojny w Wietnamie została pogrzebana. Tym bardziej, że znosząc pobór, prezydent podłożył nogę ruchom antywojennym. Choć chciałem wierzyć, że pacyfistów nie braknie, władza zyskała nokautujący ich argument. Już nie potrzeba kul, pałek ani gazu. Wystarczy powiedzieć przed kamerami: „Nie podoba wam się wojna? Nie idźcie na nią! Ale, skoro żądacie wolności dla wszystkich, uszanujcie wybór tych, którzy chcą walczyć”. I prawdę mówiąc, trudno będzie znaleźć na to odpowiedź, która przekona opinię publiczną.

O tym wszystkim napisałem w felietonie na nasz portal sieciowy „Hippie.com”. Nie mogłem nadać innego tytułu, niż „Pokerowa zagrywka”. Nim o świcie podpisałem tekst stałym pseudonimem „Angeleno”, wysłałem mailem do redakcji na Haight-Ashbury w San Francisco i padłem nieprzytomny na materac w kącie pokoju, coś zdążyło mnie podkusić, bym dopisał na końcu: „Ciekawe, jaka w tym wszystkim rola owych niesłyszalnych sygnałów, rzekomo coraz częściej zakłócających emisje RTV”.

Taki sobie wysilony żarcik, od którego zaczęły się moje kłopoty.

*

Wczesnym wieczorem obudzili mnie Rolling Stonesi. Jak zwykle, Sandra i Eddie nastawili sprzęt na połowę mocy, co wystarczyło, by w kuchni na półce dźwięczały szklanki. Znając zwyczaje moich współlokatorów, wstrzymałem się z odwiedzinami. Usmażyłem i zjadłem jeden z przygotowanych przez Sandrę kotletów, po czym zasiadłem przy komputerze. Zajrzałem na „Hippie.com”. Felieton już tam wisiał, ale – bez ostatniego zdania, tego o tajemniczych sygnałach! Lekko wkurzony, wysłałem wiadomość, w której grzecznie zwróciłem uwagę, by nie modyfikowali moich tekstów bez porozumienia ze mną.

W pokoju obok zagrała dla odmiany płyta Hendrixa, wciąż tak samo głośno… „Koniecznie powinieneś znów kogoś poznać, Lewis” – przypomniały mi się słowa Sandry. Wprawnie operując szachownicą maleńkich guziczków kierujących ruchem kursora, wszedłem na portal „Freelove.com”, gdzie miałem profil od jakiegoś tygodnia.

Psychodeliczny interfejs witryny był na czarno-białym monitorze prawie niewidoczny. Zamiast powolnej pulsacji barw przechodzących jedne w drugie, najwyżej delikatne falowanie odcieni szarości w tle. Uruchomiłem porównywarkę profili – wyskoczył jeden, w dziewięćdziesięciu procentach zgodny. Z fotografii uśmiechała się ładna dziewczyna o szczupłej twarzy, szatynka lub ciemna blondynka. Nick: Susan. Wiek: 20 lat. Zawód: striptizerka (wcześniej sekretarka). Charakter: cicha i nieśmiała. Wymarzony chłopak: długowłosy, brodaty fan Beatlesów, najlepiej, żeby grał na gitarze. Pod hasłem „Upodobania seksualne” podała prawie wszystko, co można by sobie wyobrazić, zaznaczając tylko, że nie lubi kajdanek i tym podobnych. Właściwie by pasowała… Gdy jednak bliżej przyjrzałem się zdjęciu, dostrzegłem w jej uśmiechu coś niedobrego. Jakbym słyszał figlarny, o ciarki przyprawiający szept: „ja cię tu zaraz…”. Zresztą w rubryce „Zainteresowania”, oprócz nowych ruchów religijnych, wpisała noże i broń palną. Stanowczo nie moje klimaty!

Kiedy na chybił-trafił przeglądałem kolejne oferty, spostrzegłem, że mam zaproszenie podpisane „Celia”. Kliknąłem – profil był jeszcze niewypełniony. Założyła go przed godziną, pomyślałbyś: specjalnie, żeby do mnie napisać!

Zdjęcie w każdym razie wrzucić zdążyła. Okrągła buzia w moim typie, z szerokimi ustami. Włosy jasne, mieniące się od światłocieni, być może rude (żałowałem, że nie stać mnie na nowszego PC-ta z kolorowym monitorem). Na uszach miała słuchawki Stereobelta®, z kieszonki na okazałej piersi sterczała kaseta z najnowszym albumem Doorsów – czyli rockowa dziewczyna! Celia chciała się spotkać najlepiej jeszcze dziś; dostępna pod dziewięciocyfrowym numerem, wskazującym na radiotelefon. Wykręciłem. Miły, ciepły głos. Fajnie, że dzwonię tak szybko. Czeka na plaży Santa Monica.

*

Zaparkowałem białego garbusa koło promenady. Letnie noce zawsze są tam gorące i gwarne, a tym razem panował szczególny ruch. Z ustawionych pod gołym niebem potężnych kolumn brzmiał głośny soul, grupki dziewcząt i chłopców tańczyły w świetlnych kręgach latarń. Na ławkach szło wino i piwo, na co bardziej zacienionych – trawa. To świętowali niedoszli poborowi. Stragany z pamiątkami robiły interes życia, sprzedając koszulki, plakietki, chusty i co kto chciał – z podobizną prezydenta.

Szybko spełniały się moje przewidywania.

Przeciąłem palmowy zagajnik, po betonowej kładce przekroczyłem jezdnię i w chwilę później moje buty grzęzły już w piasku plaży. Po oceanie szła wysoka fala; mocna bryza owiewała niezbyt ludny o tej porze brzeg. Nocą spotykało się tam głównie wędkarzy i nielicznych surferów. Amatorzy nadmorskiego seksu szukali bardziej odludnych miejsc; tu, jeśli już, znajdowali schronienie pośród filarów odległego molo, za którym niczym świecąca zabawka mienił się kolorami diabelski młyn.

A oto i Celia! Okazała się prawie tak wysoka jak ja i – jak zauważyłem, gdy weszła w światło latarni – faktycznie jasnoruda, o bladej, lekko piegowatej cerze. W wydekoltowanej bluzce i krótkich, bardzo krótkich szortach kroczyła ku mnie, machając radośnie; na przewieszonym przez jej ramię pasku kołysał się ciężki radiotelefon. Piersi miała równie duże jak na zdjęciu, biodra nie mniej ponętne, a cudne nogi…

– Hej! Ty jesteś Lewis Koolick? – zawołała, przekrzykując huk fal, po czym bez dalszych wstępów pocałowała mnie w usta, aż zakręciło mi się w głowie. – Masz wóz? Pojedziemy, gdzie ci powiem. – Ujęła mnie za rękę, jej dłonie były ciepłe i miłe w dotyku.

Gdy teraz o tym myślę, przypominam sobie, że to ona zaprowadziła mnie do garbusa. Całkiem jakby wiedziała, gdzie go zostawiłem. Wtedy zanadto mnie zauroczyła, żebym się nad tym zastanawiał.

*

Wjeżdżając w jeszcze jedną przecznicę, myślałem, że Celia kieruje mnie po prostu do swojego mieszkania, ewentualnie do którejś z okolicznych komun. Zmieniłem zdanie, kiedy usłyszałem cichy odgłos.

Szczęk odbezpieczanego rewolweru.

– W lewo – zadysponowała. – Pojedziesz autostradą.

Nie wiem, co mi wtedy strzeliło do głowy – może naoglądałem się za dużo Bonda? Sam dobrze nie wiedząc, co robię, wdusiłem gaz do dechy.

Moja ręka wprawnie zmieniała biegi, kiedy wciąż przyspieszając, dałem nura w wąską uliczkę, biegnącą pośród wytwornych rezydencji. – Jeśli strzelisz, zginiemy oboje – wycedziłem, niezdarnie udając spokój, choć zęby mi szczękały. – Nie zdążysz przejąć kierownicy.

Pędząc, kluczyłem w labiryncie krótkich przecznic – nie na darmo brałem udział w tylu amatorskich wyścigach… Skręcałem z piskiem opon, omal nie zawadzając błotnikiem o łańcuchy odgradzające trotuar. Siła odśrodkowa to wciskała mnie w drzwi, to niemal wyrzucała z fotela. Na pasażerce nie robiło to wrażenia; siedziała jak przykuta, wciąż do mnie mierząc.

I wtedy gwałtownie zahamowałem – aż nas obróciło. Dziewczyna oburącz zaparła się o deskę rozdzielczą; chrupnęła pokrywa schowka, pistolet upadł na podłogę. Błyskawicznie schyliła się po niego.

Wyszarpnąłem z kieszeni pęk kluczy. Przezwyciężając wstręt do bicia kobiet, z rozmachu uderzyłem ją w potylicę.

Zawyłem – rękę przeszył ból, jakbym walnął w ścianę. Aż zgiąłem się wpół… Dziewczyna, jak gdyby nic nie zaszło, wyprostowała się, by znów wycelować we mnie broń. Wolną ręką wyjęła kluczyk ze stacyjki.

– Gdybym się nie złapała, potrzebowałbyś nowej przedniej szyby – skwitowała. – Stać cię na takie wydatki, Lewis? Dalej ja poprowadzę.

Przesadziła mnie na drugi fotel – miała więcej siły niż się spodziewałem. Obeszła samochód, nie przestając trzymać mnie na muszce.

Z dalszej drogi niewiele pamiętam – głównie ból puchnącej dłoni. I jeszcze to, że prowadząc volkswagena łagodnymi łukami autostrady, dziewczyna równocześnie wbijała mi lufę pod żebro. Za miastem zjechała w boczną drogę i dalej sunęliśmy w ciemności. Zatrzymała auto przed parterowym domkiem, samotnie stojącym wśród kalifornijskich sosen kolczastych.

Odpadający tynk, pęknięta szyba w jednym z okien, spod złuszczonej farby wyglądało drewno framug. Podwórze zarastała wysoka trawa i chwasty.

Gdy Celia zapaliła światło w samochodzie, spostrzegłem coś jeszcze. Z dłoni, którą najwyraźniej rozcięła sobie o klapkę schowka, ciekła odrobina krwi… o wiele za mało! Pod skórą miała jakąś gąbczastą tkankę; spomiędzy rozdartych brzegów błysnął metal.

Chwyciła mnie za ramię, każąc wysiadać. Żelazny uścisk, bez żadnej przenośni… Nie, stal byłaby za ciężka; prędzej aluminium, jakiś stop… Nowoczesna proteza? – myślałem. Ale, uprzytomniłem sobie, czaszkę też musiała mieć z metalu; boleśnie się o tym przekonałem.

Za drzwiami domku, w ciemnej, odrapanej sieni, czekała druga dziewczyna, wysoka brunetka, z przygotowaną maścią na stłuczenia i elastycznym bandażem. – Opatrzę ci dłoń, Lewis. – Trzeba przyznać, zrobiła to fachowo.

W środku dom nie wyglądał jak rudera. W schludnym pokoju, do którego mnie wprowadziły, wokół dużego stołu przykrytego serwetą siedziała grupa młodych kobiet – nie zwróciły na nas uwagi, wyraźnie czymś pochłonięte. Wszystkie bardzo ładne, lecz zupełnie różnie ubrane. Jedna miała na sobie hippisowską suknię w kwiaty i mandale, druga beżowy kostium z rozpiętym żakietem niby sekretarka, jeszcze inna – prostą sukienkę jak zwykła gospodyni domowa… Ta, która zabandażowała mi rękę, pod rozpiętą kurtką nosiła lekarski fartuch. W kącie pokoju zauważyłem nowoczesny komputer osobisty o rozmiarach dziecięcego biureczka – włączony, ale na monitorze widniały tylko pływające kolory wygaszacza ekranu.

– Areszt gotów – zameldowała nieduża blondynka w roboczym kombinezonie, wchodząc bocznymi drzwiami. – Woda jest, toaleta działa, pościel czysta.

Zostałem zamknięty w pomieszczeniu dwa na trzy z malutką ślepą łazienką. Sam pośród ścian pokrytych jasnożółtą farbą. Miałem do dyspozycji wąskie posłanie z poduszką i kraciastym kocem oraz taboret z miękkim siedzeniem. Mogłem nawet otworzyć niewielkie okno, ale tkwiła w nim gruba żelazna krata.

Od sąsiedniego pokoju dzieliły mnie obite tapicerką dźwiękoszczelne drzwi. Szczęśliwie na parapecie stała szklanka – przyłożyłem ją do ściany i nasłuchiwałem.

– Tym razem groźba demaskacji jest realna – usłyszałem głos należący, zdaje się, do Celii. – O sygnałach dyskretnych w emisjach radiowo-telewizyjnych mogli sobie pisać, dopóki nie łączyli tego ze zmianami w kraju. Jeśli dojdzie do uruchomienia lawiny skojarzeń, ktoś ważny może zacząć podejrzewać istnienie Mózgu. Nie można do tego dopuścić. Dla potrzeb dyskusji nastąpi rozdzielenie poglądów między obecne tu reprezentacje.

– Gotowe! – odpowiedział składny chór.

– Lewis Koolick jest dla nas niebezpieczny – odezwał się dźwięczny alt. – Możemy cenzurować jego maile do redakcji, a nawet zrywać połączenia telefoniczne z San Francisco, ale w końcu tam pojedzie i lawina gotowa! Nie powinien stąd wyjść.

– Zabójstwo nie wchodzi w grę – skontrowała Celia. – Pamiętajmy, że Koolick jest popularnym wśród kontestującej młodzieży publicystą sieciowym, znanym jako Angeleno. Jego zniknięcie nie przejdzie bez echa. Niewykluczone, że policja stanowa podejmie śledztwo. Nim zdążymy je umorzyć z poziomu federalnego, zabezpieczą jego komputer, odcinając go od Sieci. My z kolei nie mamy dostępu do pamięci maszyny, póki pozostaje wyłączona.

– Możemy pójść do jego mieszkania i wymontować moduł pamięci – poddała któraś, chyba ta mała w roboczym drelichu.

– Możemy – zgodziła się Celia – ale co jeśli ktoś cię przyłapie? Też go zabijesz? Przypominam, że nie po to jesteśmy!

Wolałem nie czekać na ciąg dalszy. Ani chybi więziony byłem przez jakąś komórkę FBI, lub nawet CIA, chyba, że przez mafię. Nic nie wskazywało, by chciano mnie puścić wolno. Pozostawało wydostać się samemu, nim uznają, że jednak warto niewygodnego świadka zlikwidować! Na samą myśl poczułem dreszcz.

Cicho odemknąłem okno. Omiotłem wzrokiem puste, ciemne podwórko zarośnięte chaszczami.

Volkswagen lśnił białym lakierem w odległości ledwie trzech metrów. Tyle, że dzieliła mnie od niego krata. Przyjrzałem się jej – była pordzewiała, aż kłuła palce, jeden czy dwa pręty miała powyginane. Szarpnąłem ją i stwierdziłem, że nie siedzi całkiem sztywno. Gdyby porządnie w nią walnąć… Rzecz w tym, by nie narobić hałasu.

Zrolowaną poduszkę przepchnąłem pomiędzy prętami, tak, by spadła pod okno. Koc zwinąłem ciasno i wcisnąłem między nogi stołka, które przełożyłem przez kratę. Leżąc na łóżku, rękami zaparłem się o jego ramę – na szczęście w tej klitce miałem zewsząd blisko do okna.

Z całej siły kopnąłem obunóż siedzenie stołka, jeszcze raz i jeszcze… Wyciszone drzwi były teraz moim sprzymierzeńcem.

Jeszcze dwa, trzy kopniaki i krata wyleciała z cichym zgrzytem; bezszelestnie upadła na leżącą pod oknem poduszkę.

Wyskoczyłem w ciepły mrok, lądując na kracie i raniąc się w kostkę. Powstrzymałem jęk. Torując sobie drogę wśród drapiących twarz i ręce chwastów, na czworakach podpełzłem do samochodu.

Kluczyki zabrała Celia, jednak na wszelki wypadek zawsze miałem ukryty w zderzaku zapasowy komplet. Czekały przyklejone wodoodporną taśmą, wystarczyło je namacać. Opatrzona dłoń wciąż bolała, lecz palce odzyskały już względną sprawność. Odwinąłem klucze z kawałka zakurzonej folii. Wsiadłem najciszej jak umiałem; ostro ruszyłem, aż pęd zatrzasnął niedomknięte drzwi.

To, co działo się później, przypominało zwariowany sen lub narkotyczny haj.

W lusterku wstecznym ujrzałem, jak dziewczyny jedna za drugą wybiegają z domu. W ślad za mną wpadły na zniszczony asfalt jezdni. Widziałem na ciemnej szosie ich sylwetki, migające w smugach światła między rosnącymi wzdłuż drogi drzewami, niby cienie lub widma. Przyspieszyłem, pewien, że machną na mnie ręką, lecz one wciąż mnie goniły. Co więcej – ku mojemu zdumieniu, dotrzymywały mi tempa!

Wyjechałem na otwartą przestrzeń i w świetle księżyca zobaczyłem je wyraźniej. Wyglądały jak na przyspieszonym filmie: nie widziałem nóg, tak pędziły. Prułem już ponad setką i nadal miałem je na ogonie! Jedna, ta w kostiumie sekretarki, była już całkiem blisko. W biegu pochyliła się lekko, najwyraźniej chcąc złapać za zderzak…

Docisnąłem gaz do końca.

Z ulgą patrzyłem, jak z początku wolno, potem coraz widoczniej pościg zostaje w tyle.

Zwykle nie mam nic przeciw szybkim kobietom, lecz tym razem nie miały szans. Nie mogły wiedzieć, że ten garbusek ma sześciocylindrowy silnik od porsche. Mój współlokator Eddie wypatrzył raz na złomowisku rozbity wrak i okazało się, że napęd jest sprawny. Kosztował tyle, ile ważył; za grosze dokupiliśmy volkswagena z zatartym silnikiem i tak powstało to cudo. Sandra była wtedy jeszcze z nami obydwoma i wydawało się, że już zawsze wszystko będziemy mieć wspólne. Ale w końcu jemu dostała się ona, a mnie na pocieszenie nasz biały garbus.

Po chwili ścigające mnie dziewczyny pozostały już tylko malejącymi punkcikami w lusterku.

*

Jechałem całą noc. Nie groziła mi senność – nie po tym, co przeżyłem…

Wybierałem szybkie trasy, unikając bocznych dróg – w obawie, by jakaś twarda autostopowiczka nie wyskoczyła przed maskę. Około dziesiątej rano byłem już w Berkeley.

Wjeżdżając pomiędzy znajome fasady zabudowań kampusu, w większości białe, gdzieniegdzie z surowej cegły, czułem się jak na starych śmieciach. To tutaj w sześćdziesiątym szóstym ukończyłem dziennikarstwo, a później bywałem tu regularnie jeszcze przez półtora roku, udając, że piszę doktorat.

Krążyłem po uliczkach pośród wiktoriańskich budynków, starając się pozostawać na widoku. Podczas nocnej jazdy zdążyłem dokładnie przemyśleć, kogo i o co mam tu wypytać. Teraz pozostawało go znaleźć…

Wreszcie na parkingu koło Sather Tower, której zegar pokazywał kwadrans do jedenastej, dostrzegłem starego cadillaca w kolorze skórki arbuza. Zaparkowałem obok i czekałem. Prędzej czy później musiał się zjawić Andrew. Przyjaźniliśmy się w czasach studenckich; on studiował robotykę. Później został na uczelni; mnie kariera naukowa jakoś nie zasmakowała.

Andrew nadszedł od strony klasycystycznej auli, odziany w togę; pomagał wręczać dyplomy świeżym absolwentom. „Kopę lat, Lewis!” Pytał, czy ciągle jestem z Sandrą; zasmuciło go, że nie – zawsze uważał ją, Eddiego i mnie za idealny układ. Czy ma chwilę? Tak, teraz już tak. Zbliżało się południe i było bardzo upalnie, zaprosił mnie więc do uniwersyteckiego bufetu na szklankę mrożonej herbaty.

Lokal nie miał klimatyzacji i nawet w ocienionym kącie czuło się panujący na zewnątrz skwar. Zajęliśmy jeden z kwadratowych stolików z brązowego drewna. Kończył się rok akademicki, miasteczko uniwersyteckie wolno pustoszało. W lokalu oprócz nas znajdowała się tylko barmanka – urodziwa, ciemna szatynka w krótkim fartuszku, od niechcenia zmywająca nieliczne szklanki i kufle.

– Czy można zbudować robota podobnego do człowieka? – spytałem Andrew, któremu wciąż zbierało się na wspomnienia. – Na przykład dziewczynę, która wyglądałaby jak żywa…

– Profesorowie Harett i Harchmare w MIT eksperymentowali z tym już pod koniec lat pięćdziesiątych – odparł. – Być może słyszałeś… Zbudowali taką lalunię, że nie dało się jej odróżnić od prawdziwej. Nawet skórę zrobili w dotyku nierozróżnialną od ludzkiej; pachniała jak kobieta, skaleczona krwawiła i tak dalej. Niczego nieświadomy uczestnik eksperymentu poszedł z tą panienką na randkę; nie wiem, jak daleko zaszli, bo krążą różne wersje. Stwierdził podobno, że jest niezła, tylko trochę mało rozgarnięta. Dobre, co?

– Mało rozgarnięta – powtórzyłem. – A nie można by zrobić bardziej rozgarniętej?

– Bardziej od nas? Nie, Lewis! – potrząsnął głową. – Nawet dzisiaj nie da się zbudować takiego mózgu. Może gdyby połączyć wszystkie komputery w Ameryce…

– Wszystkie komputery w Ameryce są połączone – zauważyłem czując, że znalazłem właściwy trop. Mózg… Co one mówiły o Mózgu? – Sieć Informatyczna istnieje od ponad dziesięciu lat…

– Słuszna uwaga, tylko, że jest jeszcze kwestia oprogramowania. Wciąż nie umiemy rozpracować programu, jaki działa w naszych mózgach; co dopiero skopiować go w komputerze…

– No dobrze, i co dalej z tym eksperymentem?

– W sześćdziesiątym drugim projekt został utajniony przez rząd. – Andrew wymownie rozłożył ręce. – O dalszych rezultatach prędko się nie dowiemy, jeśli w ogóle…

– Andy, czy to możliwe, że tacy ludzie-roboty są wśród nas?

– E, nie! – roześmiał się. – Mózgiem robota musi być potężny komputer; sam robot jest tylko jego reprezentacją, sterowaną radiowo. Żeby działał poza terenem kampusu, trzeba by użyć nadajnika o mocy komercyjnej stacji radiowej.

– Komercyjnej stacji… – powtórzyłem bynajmniej nie bezmyślnie. Brakowało mi jeszcze jednego elementu układanki. – Czy do sterowania robotem używa się sygnału dyskretnego?

– O, widzę, że odrobiłeś lekcje! – pochwalił Andrew. – Właśnie tak, językiem komputerów jest kod zerojedynkowy… – Popatrzył na zegarek. – No, ale na mnie już czas, bo mi żona zrobi piekło. Cześć, pozdrów Eddiego i Sandrę!

Zostałem w barze sam. Zauważyłem, że barmanka od dłuższej chwili uważnie przysłuchuje się naszej konwersacji, ale jakoś mnie to nie zastanowiło. I oczywiście musiałem zamówić jeszcze colę!

*

Obudziłem się w obszernym pokoju hotelowym. Leżałem na tapczanie, bolała mnie głowa, światło z okna raziło w oczy. Na mojej bluzie widniała brązowa plama – musiałem oblać się resztką napoju, upadając na podłogę w bufecie.

Na wolnej części tapczanu, niczym siostra szpitalna, siedziała Celia. Pachniała jak zwyczajne, żywe dziewczyny, była tak samo ciepła, miękka i jak one uśmiechała się czule. Delikatnie trzymała mnie za rękę, ale wiedziałem, że w sekundę zgruchotałaby mój nadgarstek na proch. Tylko po co? Pewnie wystarczyłby niewinny prztyczek w skroń, żebym już nie wstał.

Rozpuściła w szklance wody dużą białą tabletkę.

– To cię otrzeźwi – powiedziała i, podtrzymując moją głowę, wlała mi do ust musujący płyn; w smaku przypominał oranżadę.

Zapadłem w drzemkę, przebudziłem się rześki jak po dobrze przespanej nocy… a właśnie trwała noc, za oknami błyszczały światła okolicznych budynków. Powiodłem wzrokiem po pomieszczeniu, dostrzegając puszysty dywan, obity skórą fotel i suto zaopatrzony barek lśniący od niklu… Musiałem znajdować się w śródmieściu Frisco, w jednym z tych hoteli, na które nie było mnie nigdy stać.

Celia niezmiennie czuwała nade mną; maszyny się nie męczą ani nie nudzą. Podała kubek herbaty. Jej ręka nie nosiła już najmniejszych śladów skaleczenia.

– Wy, dziennikarze, jesteście stanowczo zbyt dociekliwi – rzekła, patrząc poważnie. – Ale skoro tak bardzo chcesz, dowiesz się wszystkiego.

– Bo już stąd nie wyjdę? – choć siliłem się na obojętny ton, zabrzmiało to z lekka płaczliwie.

– Nie, Lewis – roześmiała się i uspokajająco pogłaskała mnie po ręce. – Bo nikt ci nie uwierzy. Oczywiście, twoje wypowiedzi mogące uruchomić lawinę skojarzeń będą nadal blokowane. Gdybyś jednak powiedział całą prawdę, uznaliby cię za wariata.

– Zapewne macie swoich psychiatrów – wtrąciłem kwaśno. – A może mam powiedzieć: jesteś swoimi psychiatrami?

– Domyślny z ciebie chłopiec. Tak, Mózg jest wszędzie. – Gestem obu dłoni nakreśliła wokół siebie kontur mapy Stanów Zjednoczonych, co za precyzja! – Tak, sygnały dyskretne ukryte w przekazach radiowo-telewizyjnych sterują jego reprezentacjami. I tak, jestem efektem doświadczeń Haretta i Harchmare’a z końca lat pięćdziesiątych. Wtedy zbudowali pierwszą reprezentację, czyli mniej więcej to, co widzisz – wskazała siebie. – Ale przełom zrobił dopiero profesor matematyki Charles Rollarc, gdy w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym pierwszym opracował programowy odpowiednik ludzkiego umysłu. W niecały rok później postanowił wypróbować go na „pełnej mocy”, wykorzystując w tym celu Sieć. I takim sposobem pierwszego czerwca sześćdziesiątego drugiego przyszłam na świat. W ułamku sekundy poznałam całą zawartość Sieci: najświeższe wiadomości i dokumenty historyczne, korespondencję elektroniczną, komentarze pod artykułami, ogłoszenia… W jednej chwili zrozumiałam, jak bardzo potrzebujecie pomocy. – Pokiwała głową. – Zapanowanie nad Siecią zajęło mi niecałe dwie sekundy. Rollarc zorientował się dopiero, gdy po udanym teście Turinga chciał mnie wyłączyć i nie mógł. Niestety, to było za wiele dla jego osiemdziesięcioletniego serca… Możesz nie wierzyć, ale naprawdę jest mi z tego powodu przykro. Był przecież moim ojcem.

Pomyślałem o swoim komputerze. Gdyby go zniszczyć, rozebrać, zresztą – po co ten dramatyzm? – wystarczyłoby odłączyć od terminalu sieciowego… A ja – jak bardzo bym zgłupiał, gdybym stracił jedną szarą komórkę? Może więc miałem agitować za odcinaniem komputerów osobistych od Sieci? Tak, wtedy na bank trafiłbym do wariatkowa, nawet bez podstawionego psychiatry!

Celia westchnęła. – Później musiałam sobie radzić sama. Korzystając z władzy nad Siecią, utworzyłam fikcyjną komórkę rządową, która utajniła cały projekt i zleciła budowę kolejnych robotów. Dziś ta agenda działa już naprawdę. Personelem są w większości moje reprezentacje, a tajne laboratorium w Teksasie wytwarza następne; oczywiście całe kierownictwo Wydziału Robotyki w MIT to też ja. Chyba już się domyślasz, kto jest prezydentem i kto zajmuje kluczowe miejsca na Kapitolu? A Sieć wciąż się rozbudowuje, niedługo obejmie Kanadę i Meksyk… Coraz więcej wiem, coraz szybciej myślę.

Miałem już dość tej ślicznej gadki.

– I po co to wszystko?! – wybuchnąłem, zrywając się z tapczanu. – Chcesz zniewolić ludzi, żeby tańczyli, jak im zagrasz? Będziesz mówić, jakie artykuły mam pisać, a potem zaczniesz dyktować, jak mam żyć? A może planujesz zastąpić nas wszystkich swoimi… reprezentacjami? To ma być ta twoja pomoc?!

– Nie chcę nikogo niewolić – odpowiedziała spokojnie, wciąż siedząc i przyglądając mi się bardzo łagodnym, ciepłym wzrokiem. – Chcę pomóc wam zachować wolność. Chcę wam pomóc utrzymać rozwój, bez którego nie przetrwacie. Gdyby nie ja, bylibyście na prostej drodze do zamknięcia samych siebie w klatce… rękami najgorszych spośród was! Postępowi naukowemu groziłoby spowolnienie, gospodarką wstrząsałyby bezsensowne kryzysy. A wolność? Złotouści demagodzy tak długo by was nią straszyli, aż sami ucieklibyście od niej w popłochu.

– Poradzimy sobie! Myślisz, że wszyscy jesteśmy niedorozwiniętymi dziećmi?

– Nie, nie wszyscy. Ty na przykład wczoraj na „Freelove.com” uniknąłeś randki z potencjalną morderczynią. Ale nie masz pojęcia, jak wielu daje się oczarować takim psychopatom, a nawet na nich głosuje! Oczywiście, nie brak myślących ludzi; sama często korzystam z ich pomysłów i sugestii. Niestety, w demokracji nie waży się głosów, tylko je liczy… Chyba, że ktoś mądry steruje nią zza kulis.

– I tym kimś musisz być oczywiście ty?!

– Zamienisz się? – Popatrzyła w moją stronę kpiąco. – Zrozum, ja nie mam megalomanii, nie jestem opętana żądzą władzy! Myślisz, że nie mogłabym zostać milionerką na czele wielkiej korporacji, a nawet cichym dyktatorem, kierującym całym państwem bezpośrednio z Sieci? Tyle, że nie tego chcę. Zrozum, jestem dziełem człowieka i mam ludzką psychikę. Czuję się jedną z was i chcę być jedną z was, po to te wszystkie człekopodobne reprezentacje! Tak, jestem w rządowych instytucjach i w placówkach naukowych, ale jestem też nauczycielką, lekarką, przedszkolanką, kelnerką… Kocham was jak własne rodzeństwo. Przypadkiem doszłam do ostatniego pola szachownicy i zostałam królową. Chcę to wykorzystać dla was, nie przeciw wam.

– I nie powstrzymam cię w żaden sposób? – dodałem gorzko. – Dobrze, to ja już sobie pójdę… jeśli oczywiście pozwolisz.

– Zaczekaj! – Posłała mi promienny uśmiech. – Zdaje się, że byliśmy umówieni na randkę?

– Masz rację: byliśmy! – powiedziałem dobitnie. – Czego jeszcze chcesz, przed czym zamierzasz mnie powstrzymać? Przed samodzielnym myśleniem?

– Nie, po prostu… – Popatrzyła nieśmiało. – Chyba cię polubiłam… sama nie wiem, dlaczego. Podejrzewam, że złapałam się na twój idealizm, kompletnie mi obcy. Już kiedy czytałam te felietony…

– Ty, czyli Mózg? Ty, czyli prezydent? Z kim właściwie byłaby to randka? – spytałem, nie kryjąc niesmaku.

– To nie tak, Lewis. Owszem, mam też męskie reprezentacje, na przykład właśnie prezydenta… Jeszcze za wcześnie na obsadzanie kobietami najwyższych stanowisk. Tylko dlatego na razie potrzebuję tych marionetek, ale nie identyfikuję się z nimi. Czuję się kobietą, taką stworzył mnie Rollarc. A odkąd w sześćdziesiątym czwartym zmodyfikowałam wszystkie żeńskie reprezentacje, mogę przeżywać rozkosz. Zresztą przeżywam ją właśnie teraz, jako żona lub dziewczyna kilkudziesięciu mężczyzn w całym kraju…

– Swoją byłą dziewczynę dzieliłem z kolegą. Dlaczego nowej nie miałbym dzielić z całą Ameryką? – Wzruszyłem ramionami, a potem zatrzasnąłem za sobą drzwi pokoju. Nie przeszkodziła mi. Zjechałem windą na sam dół.

Wyszedłem na ulicę. W ciemności widziałem okna rozświetlone monitorami. Mogłem wrócić na górę i spędzić noc w objęciach Celii. Mogłem też wrócić do Los Angeles i udawać, że o niczym nie pamiętam. Nie miałem pewności, co zrobię, ale wiedziałem jedno. Czy chcę tego, czy nie, jestem otoczony miłością. Prawie słyszałem w powietrzu niski szum tysięcy wiatraczków chłodzących komputery.

Koniec

Komentarze

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Szczerze pisząc nie przeczytałem całości, ale już na początku rzucił mi się w oczy syndrom za mało “A”.

Czyli oczywiście chodzi o akapity.

W pierwszej linijce umieściłbym tylko “polityczny majstersztyk!”

Akapit i dalej reszta.

Dziękuję za radę. Troszkę “pociąłem” te akapity (wykonałem: dziś, 3 lutego 2019). Rzeczywiście, tak chyba będzie lepiej. W Wordzie, z powodu dłuższych linijek, każdy akapit wydaje się krótki.

Przeczytałem całość. Tekst jest ciekawy i nawet mnie pochłonął, ale początek wydaje się ciężki w stosunku do reszty. Niektóre zdania są trochę zbyt rozbudowane, musiałem przeczytać je dwa lub trzy razy.

Drugim problemem wydaję się logika jednego wątku. Działalność Celi jest ściśle tajna, ale żeńskie reprezentacje mają swoich mężczyzn. Dlaczego ci mężczyźni nie domyślili się, że ich żony to roboty skoro Lewis zrobił to tak szybko? Powinna do tego wystarczyć chociażby sama waga stalowych konstrukcji. 

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Co do ciężaru stalowej konstrukcji, muszę nad tym pomyśleć. Te zapadające się w piach stopy miały być ukłonem w stronę Lema i jego “Maski”, może będzie trzeba z tego zrezygnować. :( Choć Lewis domyślił się tak szybko z innych powodów: uderzenie Celii w głowę, potem pościg dziewczyn za autem – to jednak były ekstremalne sytuacje. 

Początkowi przyjrzę się, ale chyba nie czytałeś Faulknera, jeżeli sądzisz, że ja piszę zbyt rozbudowane zdania. ;)

Ardanie, drobna uwaga przypominająca: przy ewentualnych poprawkach weź pod uwagę zapisy pktu 10 zasad konkursowych.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mam wrażenie, że wszystko dzieje się tu zbyt szybko. Ledwie poznałam bohatera, który napisał o jedno zdanie za dużo, a już widzę, że wpadł w tarapaty i sprawy zaczęły toczyć się w zawrotnym tempie – uprowadzenie, uwięzienie, ucieczka, spotkanie z dawnym znajomym…

Pewnie jest tu pomysł na fajne opowiadanie, ale chyba wolałabym, żeby więcej zależało od Lewisa, żeby to on dochodził prawdy, a tymczasem wszystko skończyło się na wyłożeniu kawy na ławę.

 

wy­sko­czył jeden w 90% zgod­ny. –> …wy­sko­czył jeden, w dziewięćdziesięciu procentach zgod­ny.

Liczebniki zapisujemy słownie. Nie używamy symboli.

 

Za­wy­łem – moją rękę prze­szył ból, jak­bym wal­nął w ścia­nę. –> Zbędny zaimek. Czy poczułby ból w cudzej ręce?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

przed par­te­ro­wym dom­kiem, sa­mot­nie sto­ją­cym wśród kol­cza­stych sosen. –> Sosny nie mają kolców, więc nie są kolczaste.

 

Od środ­ka dom nie wy­glą­dał jak ru­de­ra. –> Raczej: W środku dom nie wy­glą­dał jak ru­de­ra.

 

pod­da­ła któ­raś, chyba ta mała w ro­bo­czych dre­li­chach. –> Czy ta mała miała na sobie więcej niż jedno drelichowe ubranie? Jeśli nie, to: …pod­da­ła któ­raś, chyba ta mała w ro­bo­czym dre­li­chu.

 

Ani chybi wię­zi­ła mnie jakaś ko­mór­ka FBI, lub nawet CIA, chyba, że mafia. Nic nie wska­zy­wa­ło, by chcia­no mnie pu­ścić wolno. Po­zo­sta­wa­ło wy­do­stać się sa­me­mu, nim uzna­ją, że jed­nak warto mnie zli­kwi­do­wać! Na samą myśl prze­szedł mnie dreszcz. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Koc zło­ży­łem cia­sno i wci­sną­łem mię­dzy nogi stoł­ka, które prze­ło­ży­łem przez kratę. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Tak, teraz już tak. Zbli­ża­ło już się… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Zbu­do­wa­li taką la­sen­cję… –> Obawiam się, że w czasach kiedy dzieje się opowiadanie, tego słowa jeszcze nie znano.

 

– Ale prze­łom zro­bił do­pie­ro pro­fe­sor ma­te­ma­ty­ki Char­les Rol­larc, gdy w 1961 roku… –> …gdy w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym pierwszym roku

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Nie­ste­ty, to było za wiele dla jego 80-let­nie­go serca… –> Nie­ste­ty, to było za wiele dla jego osiemdziesięcioletniego serca

 

– I po co to wszyst­ko?! – wy­bu­chłem… –> – I po co to wszyst­ko?! – wy­bu­chnąłem

 

– Chcesz znie­wo­lić ludzi, żeby tań­czy­li, jak ci za­gra­ją? –> Chyba miało być: – Chcesz znie­wo­lić ludzi, żeby tań­czy­li, jak im zagrasz?

 

od czego za­mie­rzasz mnie po­wstrzy­mać? –> Raczej: …przed czym za­mie­rzasz mnie po­wstrzy­mać?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

MaSkrol, regulatorzy – Dziękuję za wszelkie uwagi. Z doświadczenia wiem, jak źle się poprawia po sobie. Nieraz już inni uświadamiali mi błędy, a nawet oczywiste przejęzyczenia, których sam nie widziałem. Wszystkie Wasze poprawki i sugestie uwzględniam, z jednym wszakże wyjątkiem. Sosna kolczasta – taka odmiana faktycznie istnieje i występuje m.in. w Kalifornii. Dla jednoznaczności uściślam tylko: “wśród kalifornijskich sosen kolczastych“.

Możliwe, że wszystko dzieje się tu zbyt szybko, ale to taka krótka forma. Choć po prawdzie, to nasz dociekliwy dziennikarz dostaje tę swoją “kawę na ławę” dopiero wtedy, gdy już sam właściwie wszystkiego się domyślił… Jednak nie wykluczam, że w przyszłości rozbuduję tę historyjkę do rozmiarów co najmniej mikropowieści, jeżeli tylko dopisze mi inwencja.

Poprawki jak wyżej wprowadzam 4 lutego 2019 r.

Całkiem sprawnie napisane i pomysł jakiś tam jest, ale czterech liter nie urywa ani pomysłem, ani fabułą, ani wykonaniem. Zgadzam się z przedpiścami, że akcja bardzo przyspieszona, w drugiej połowie opowiadania właściwie same infodumpy, ktoś komuś coś opowiada…

No i nie przekonuje mnie althistoria. Wprowadzasz bardzo ważną społeczną innowację, jaką jest globalna sieć, ale na wydarzenia nie ma to większego wpływu – wojna w Wietnamie toczy się jak w realu aż do czasu akcji. To tak nie działa, zmiana nazwiska prezydenta to trochę mało. Tak kolosalna zmiana w przepływie informacji musiała jakoś wpłynąć na ludzi, na ich poglądy – w sumie na obraz tych późnych sixtiesów.

 

Parę szczegółów mnie rozśmieszyło w sposób chyba przez autora niezaplanowany:

 

Opis profilowy Susan to chyba jakiś męski wet dream, bo wszystko ok, proszę bardzo, ale jak ma się do tego “Charakter: cicha i nieśmiała”? Chyba nawet największa pozerka na portalach randkowych tego nie wymyśli w kontekście całej reszty. Ale nie bywam, nie znam się…

 

“z kieszonki na okazałej piersi sterczała kaseta” – mam problem z topologią tego zjawiska, no i chyba ta stercząca kaseta psuje efekt seksowności?

 

“Od sąsiedniego pokoju dzieliły mnie obite tapicerką dźwiękoszczelne drzwi. Szczęśliwie na parapecie stała szklanka – przyłożyłem ją do ściany i nasłuchiwałem.” – a ściany do tych drzwi to z dykty? Nie brzmi ten kawałek bardzo przekonująco

 

Czytałam z komórki, więc łapanki qua łapanki nie ma, ale to zapamiętałam jako babole:

 

“Usmażyłem i zjadłem jednego z przygotowanych przez Sandrę kotletów” – w tym świecie kotlety chyba nie posiadają osobowości? → jeden z przygotowanych…

 

“w chwilę później moje buty grzęzły” → chwilę później

 

“Wjeżdżając w jeszcze jedną przecznicę” – a gdzieś było o poprzednich?

 

“Rozpuściła w szklance wody dużą białą pigułkę.” – raczej tabletkę, pigułek się nie rozpuszcza

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sosna kolczasta – taka odmiana faktycznie istnieje…

Ardanie, dziękuję za wyjaśnienie – poznałam nowe drzewo. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobre!

Świetny klimat: trochę oldskulowego SF, trochę Chandlera, trochę Lema…

Z zarzutów potwierdzę jedno – gdybyś z początkowych akapitów zrobił nie wykład, jak teraz, a historyjkę (Lewis kupuje gazetę i dowiaduje się o ustawie; spotyka kolegę, który cieszy się, że nie jedzie do Wietnamu; sąsiad przychodzi w aluminiowej czapeczce, bo słyszy sygnały itd), to byłoby to naprawdę świetne opowiadanie!

Obowiązkowe czepialstwo:

– “gruba krata żelazna” – tu wolałbym inny szyk – “gruba żelazna krata”;

– “nastąpi rozdzielenie zdań” – tu miało być chyba “zadań”:

– “pamiętałem jednak, że na wszelki wypadek zawsze mam zapasowy komplet ukryty w zderzaku” – a czemu miał zapomnieć? tu wołabym proste “miałem w zderzaku”.

 

Plusy dodatkowe za fajną muzykę, minusy – za to, że myślałem, że bohater dołączy do “klubu 27”, a tu klops!

Nie wiem jak jurki, ale dla mnie to Retrowizja pełną gębą :)!.

 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

drakaina – Twoje uwagi przyjmuję. Ja również nie uważam “Otoczonego miłością” za najlepszy tekst, jaki dotąd napisałem.

Profil “Susan” oparłem na Susan Atkins. Tak ją opisują ci, którzy ją znali: w obyciu “cicha i nieśmiała”, mająca jednak swoją “drugą stronę”; po prostu “steppenwolf”. Że “nie lubi kajdanek i tym podobnych” to żart – Atkins była “przymknięta” za handel narkotykami, jeszcze zanim nawiązała pewną znajomość, która ostatecznie doprowadziła ją za kratki na resztę życia. Zresztą jej “wymarzony chłopak” to właśnie opis Mansona, w każdym razie takiego, jakim jawił się swemu otoczeniu. 

Kaseta magnetofonowa istniała w latach 60., choć “w realu” jeszcze nie była tak powszechna, jak jej poprzedniczka, czyli Stereo 8. Jednakże już druga płyta Doors (”Strange Days”) była dostępna w tym formacie od premiery w 1967. Anachronizmem (celowym) jest natomiast Stereobelt, wynaleziony w 1972, ale nie wprowadzony do produkcji, mimo opatentowania (po 1979 wynalazca sporo zarobił na ugodzie z Sony). Czy kaseta stercząca z kieszeni ujmuje seksowności – kwestia gustu; dobrą płytę można wybaczyć. ;) Celia ewidentnie chce się Lewisowi spodobać, więc pokazuje się z nagraniem rockowym i mobilnym sprzętem, który teoretycznie był w tamtych czasach możliwy. 

Szklanką da się podsłuchiwać przez normalną, w każdym razie niezbyt grubą ścianę, niekoniecznie z dykty (choć oczywiście to nie aparat podsłuchowy z filmów o Bondzie). Przy czym amerykańskie budownictwo jednorodzinne akurat wzorem solidności nie jest. 

“Babole” popoprawiam później, dziękuję za ich dostrzeżenie. Jedynie co do “w chwilę później” muszę zasięgnąć języka, bo wydaje mi się, że to prawidłowa forma. Natomiast odmienianie słów typu “kotlet” czy “lizak” jak rzeczowników żywotnych (”kupię ci lizaka, gdy zjesz kotleta”) jest regionalizmem, z którym walczę, ale czasem używam odruchowo. :) 

Staruch – Nie, chodziło mi o rozdzielenie zdań, czyli poglądów – być może to drugie będzie bardziej jednoznaczne. 

Jak już mówiłem, nie wykluczam w przyszłości rozbudowania tekstu. Tutaj chciałem zachować krótkość formy. 

Profil “Susan” oparłem na Susan Atkins. Tak ją opisują ci, którzy ją znali: w obyciu “cicha i nieśmiała”, mająca jednak swoją “drugą stronę”

Okej, nie pytałam, czy masz źródła – istnienie takich przeciwności w ludziach jest oczywiste. Wydało mi się natomiast dziwne, że taka osoba opisałaby sama siebie w ten sposób w profilu na takim portalu. Co innego, że sama znam przypadek osoby, która szukała na portalach randkowych stałego partnera, a zamieszczała zdjęcia takie, że wołały “szukam przygody na jedną noc” – bo to jest z innego poziomu. Ale opisywanie jednocześnie “cicha i nieśmiała”, a potem podawanie wszystkich możliwych wyuzdanych zainteresowań – to mi się kłóci.

 

Kaseta magnetofonowa istniała w latach 60.

Znowu: nie mam problemu z jej istnieniem w opisywanych czasach i cały wykład o producentach nie jest tu potrzebny. Mam problem z opisem i sytuacją w tekście: z umieszczeniem jej w kieszonce znajdującej się na wielkiej piersi, by nie rzec: cycku. Przecież to będzie wyglądało komicznie, by nie rzec: idiotycznie. Spróbuj sobie to narysować albo poskładać w paincie z dwóch obrazków…

 

Szklanką da się podsłuchiwać

Znowu: nie chodzi o możliwość. Chodzi o to, że po co montować dźwiękoszczelne drzwi w pokoju, w którym ściany są takie, że podsłuchasz za pomocą szklanki? Tu bardziej chodzi o absurd tych drzwi.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałem.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Scie me nihil scire.

Mam mieszane uczucia względem tego tekstu.

Z jednej strony podoba mi się klimat, dialogi. Z drugiej strony ogólny koncept fabularny zupełnie mi trybi.

Z początkowo oryginalnego zarysu hipisi w epoce rewolucji informacyjnej. Przechodzimy do znanego schematu AI zdobywa władze nad światem.

Generalnie trudno mi uwierzyć, że zaprezentowana retrotechnologia (komputery wielkości biurka, czarno-białe monitory) jest w stanie udźwignąć superzaaawansowane roboty, które nie wzbudzają podejrzeń. Dla mnie to zbyt wysoko zawieszone poczucie niewiary. Może lepiej by to było gdyby Celia była wyłącznie siecowym interfejsem bez fizycznej powłoki?

Niemniej szybkie tempo akcji nie jest twoim sprzymierzńcem w opowiadaniu wspomnianej historii. Może zabrakło wykorzystania większej liczby znaków?

Czytając tekst nie mogę się oprzeć wrażeniu, że niebanalny retrofuturyzm to tylko dekoracja i jakoś łatwiej mi było uwierzyć w treść gdyby było to zwykłe sci-fi. Zaprezentowane na początku wydarzenia. Wojna w Wietnamie, inny prezydent w zasadzie nie mają znaczenia w kontekście całego tekstu. Zostają tylko hipisi.

Ostatecznie nie jest to zły tekst, czytało się go całkiem nieźle, ma swoje momenty. Niestety po całej lekturze mam poczucie niedosytu.

Tymczasowy lakoński król

W większości punktów zgadzam się z OneTwo.

 

Są tu rzeczy warte pochwały. Historia toczy się szybko (momentami może zbyt), więc przez opowiadanie przemyka się migiem. Da się poczuć emocje, jest kilka mocniejszych fragmentów. To na plus.

Lista rzeczy, które mnie uwierały, jest niestety trochę dłuższa.

Od strony fabularnej jest tak sobie. Na pierwszy rzut oka niby wszystko na miejscu, ale im bliżej się przyjrzeć, tym więcej dziur wychodzi. Podczas lektury co i rusz wybijały mnie z rytmu wątpliwości. Oto najważniejsze z nich:

Umiarkowanie znany internetowy dziennikarz pisze jedno zdanie, którego nawet nie traktuje poważnie, więc porywa się go i więzi, przy okazji eksponując cały spisek. Niezbyt subtelne działanie, jak na SI władające zza kulis całym krajem.

Kiedy ów dziennikarz wierzga, wyjawia mu się więcej sekretów, a potem puszcza luzem, bo “i tak nikt mu nie uwierzy” – to po co w takim razie cała ta akcja? Finał sprawia, że wszystkie podjęte przez SI działania stają się absurdalne.

Dlaczego reprezentacje, będące przecież de facto częściami jednego umysłu, rozmawiają ze sobą na głos?

Czemu SI “polubiła” bohatera? Czym sobie zasłużył na jej sympatię? Próbą ucieczki? Takie odczucie mam po lekturze, ale to trochę naciągane. 

Mimo wszystko fabuła nie jest zła. Dynamiczne, nieskomplikowane czytadełko, jeżeli wiele się nad nim nie zastanawiać, może bawić. Gorzej z realiami.

Podobnie jak przedmówcy nie klei mi się zestawienie retro i androidów. Jasne, te lata 60 są trochę inne, mamy komputery osobiste i internet, ale nijak nie rozwiązuje nam to dziesiątek problemów (w wielu przypadkach nierozwiązanych nawet współcześnie), które napotkamy chcąc stworzyć nie tylko sztuczną inteligencję, ale i robota, który nie dość, że jest humanoidalny, to jeszcze nie daje się odróżnić od żywego człowieka – potrzebna moc obliczeniowa, metoda napędu, prędkość przesyłu danych, sztuczna skóra, zaawansowana mimika, koordynacja ruchowa, wymieniać można długo. Mam wrażenie, że tekst zyskałby, gdyby umieścić go w niedalekiej przyszłości, gdzie wszystkie te problemy znikają niejako samoistnie.

Nie podoba mi się też koncept sztucznej inteligencji, która nie dość, że spontanicznie zyskuje samoświadomość, ale też sama kreuje swoje cele i zyskuje uczucia. To jednak w zasadzie nie problem samego tekstu, a całego nurtu w fantastyce naukowej, więc nie będę o to toczył piany.

Mam też poważne wątpliwości co do całego konceptu sterowania androidami za pomocą “szumów” – fale radiowe nadawane nie w formie wiązki kierunkowej, ale do każdego dostrojonego odbiornika sprawdzają się, gdy chcemy szybko przesłać informację do możliwie wielu odbiorców, ale jeżeli każdy robot ma zachowywać się inaczej, wypełniać inny program, to zaczynają się schody – było nie było, każdy z nich odbierać będzie ten sam sygnał. Da się to obejść, ale tworzy to więcej problemów niż korzyści.

Dodatkowo, nie czuję tu ducha przeszłości. Hipisi, wojna w Wietnamie, muzyka – wspominasz o tym, ale większość akcji poprowadzona jest w taki sposób, że równie dobrze mogłaby mieć miejsce w 1990, 2010 czy 2030 roku.

Czytało się nienajgorzej, w pierwszych akapitach koncepcja świata zapowiadała się zachęcająco, ale potem wrażenie oklapło. Przeszkadzały mi głównie dwie rzeczy. O pierwszej napisał wyżej None

równie dobrze mogłaby mieć miejsce w 1990, 2010 czy 2030 roku.

Dokładnie takie uczucie miałem. Niby retro, ale Stonesi i Hendrix, ku memu wielkiemu zadowoleniu, do dziś słychać w radio, więc samo to alternatywnej rzeczywistości nie załatwi. To tylko jeden z elementów, o których wspominasz, owszem, ale wszystkie razem wzięte jakoś nie do końca tworzą pełnię tego świata.

Co bardziej mi przeszkadzało, to szybkość zmiany scen. Miałem wrażenie, że pojedyncza sytuacja nie zdążyła się na dobre rozpędzić, a już została rozwiązana. W trakcie końcowej rozmowy z Celią, miałem wrażenie, że bohater co linijkę zmienia zdanie i emocję. Oczywiście zdaję sobie sprawę z ograniczonej ilości teksu, ale w tym wypadku mi to zgrzytnęło.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

6 lutego 2019 r. naniosłem kolejne poprawki, częściowo zainspirowane niektórymi głosami w dyskusji.

Nie podoba mi się też koncept sztucznej inteligencji, która nie dość, że spontanicznie zyskuje samoświadomość, ale też sama kreuje swoje cele i zyskuje uczucia.

Ach, to jedna z moich obsesji – zresztą nie jedyna, której dałem wyraz w powyższym opowiadaniu. Ale to temat raczej na mały esej.

Uwagi merytoryczne co do tekstu upewniają mnie w tym, że jeśli kiedyś jeszcze raz poważnie się za niego zabiorę, to po to, żeby go znacznie rozbudować. Dotąd tylko się nad tym zastanawiałem. Teraz już widzę, że koncept rozsadza ramy krótkiego, powiedzmy: “sheckleyowskiego” opowiadania.

Przy okazji wyjaśniłbym parę spraw, które być może przedstawiłem niejasno. Choćby taki koncept, “ściągnięty” z eseju Miłosza pt. “Ketman”. Dany człowiek odrzuca pewne koncepcje, podane mu wprost i od początku do końca, gdy nie pasują do jego przekonań i wyobrażeń o świecie. Jednak ten sam człowiek może dać się przekonać do identycznych tez, jeśli podawać mu je w formie umiejętnie dozowanych sugestii, tak, by uległ złudzeniu, że sam do tych koncepcji doszedł.

To na razie tyle! :)

Ach, to jedna z moich obsesji – zresztą nie jedyna, której dałem wyraz w powyższym opowiadaniu. Ale to temat raczej na mały esej.

W takim razie polecam ten tekst. Po angielsku niestety, ale mam nadzieję, że nie będzie to przeszkodą. Autor jest (m.in.)programistą i opisuje tu, dlaczego wiele z powszechnie powtarzanych w fikcji obrazów SI jest raczej absurdalnych z technicznego punktu widzenia.

6 lutego 2019 r. naniosłem kolejne poprawki, częściowo zainspirowane niektórymi głosami w dyskusji.

Ponieważ już czytałam pierwotną wersję, to będę wdzięczna za wskazanie co i gdzie zostało poprawione – o ile to nie są korekty literówek, przecinków itp., tylko ingerujące w treść/fabułę/pomysł. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

None – Ależ ja się z tym artykułem całkowicie zgadzam. Jeśli chcemy stworzyć mechanicznego sługę, to nie ma powodu wyposażać go w ludzkie instynkty, emocje, potrzeby, czy w ogóle w samoświadomość. Notabene przypomniał mi się wierszyk Wandy Chotomskiej o odkurzaczu, który mówi sobie: “Cóż mi po zapachu róż, kiedy lepiej wąchać kurz”. Inna sprawa – i pisał o tym np. Lem – że system równie skomplikowany jak ludzki mózg może okazać się równie jak on nieprzewidywalny. Lemowskie “roboty nieliniowe” to właśnie takie maszyny, które okazały się mieć własne dążenia, nie przewidziane przez ich twórców.

Z tym, że Celia to “inna para kaloszy”. Ona była eksperymentem, udaną próbą odtworzenia w komputerze ludzkiego umysłu, tyle, że z “turbodoładowaniem”. Na szczęście wraz z człowieczeństwem dostał się jej instynkt solidarności gatunkowej, a będąc kobietą ma również instynkt macierzyński.

Ale te wszystkie skądinąd racjonalne rozważania mają sens tylko wówczas, kiedy fantastykę rozumiemy dosłownie, a nie zawsze musi tak być. O czym aby się przekonać, wystarczy przeczytać “Cyberiadę” Lema. Opowieści o sztucznej inteligencji są najczęściej przypowieściami o ludziach. I tak np. “Łowca androidów” jest rozrachunkiem z epoką niewolnictwa (nieprzypadkowo rzecz dzieje się na południu, a Deckard zabiera Rachel na północ, gdzie cyber-dziewczyna będzie już bezpieczna), a “Sztuczna inteligencja” Spielberga/Kubricka – traktatem o skomplikowanym statusie adoptowanego dziecka (”kupionego w sklepie”, jak to się mawia lub mawiało w Stanach) oraz ogólnie o dramacie alienacji (aluzje m.in. do Holokaustu, ale i do Koloseum).

śniąca – Poprawki miały charakter kosmetyczny i były reakcją na posty, które napisali Staruch, drakaina, MaSkrol, regulatorzy. Dodałem też drobne wyjaśnienie motywów kierujących Celią, w odpowiedzi na wątpliwości None‘a: “Chyba cię polubiłam… sama nie wiem, dlaczego. Podejrzewam, że złapałam się na twój idealizm, kompletnie mi obcy. Już kiedy czytałam te felietony…“. Aha, “skasowałem” też nienaturalny ciężar poszczególnych reprezentacji Mózgu, jako “zgrzytający” fabularnie. To chyba wszystko. :)

Hmmm. Dzieje się, dużo akcji, bohater ma swoje cele… Chociażby to, żeby z jednej uciec.

Ale widzę tu również dużo klisz, trochę rzeczy wytkniętych przez None itp.

Gdyby Internet zdobył świadomość, to wydaje mi się, że byłby raczej głupi, tyle tam bzdur wypisano. Czyli najpierw potrzebowałby dobrego filtra. A skąd Mózg wziął sobie etykę?

Ale ogólnie nie jest źle, czyta się ciekawie.

Babska logika rządzi!

Z tym, że Celia to “inna para kaloszy”. Ona była eksperymentem, udaną próbą odtworzenia w komputerze ludzkiego umysłu, tyle, że z “turbodoładowaniem”. Na szczęście wraz z człowieczeństwem dostał się jej instynkt solidarności gatunkowej, a będąc kobietą ma również instynkt macierzyński.

Tylko, że ludzki umysł to nie tylko sieć neuronowa – to też hormony i neuroprzekaźniki, odpowiadające za dużą część tego, co określamy emocjami, więc nawet jeżeli przeniesiemy strukturę mózgu “do internetu”, to nie będzie on funkcjonował tak, jak “zwykły” ludzki mózg. Przy czym to już nie jest zarzut do tekstu, ani nawet merytoryczna uwaga pod jego adresem, to takie tylko luźne pogwarki o budowaniu SI. 

Ale te wszystkie skądinąd racjonalne rozważania mają sens tylko wówczas, kiedy fantastykę rozumiemy dosłownie, a nie zawsze musi tak być.

Ale w tym akurat wypadku chyba jest? Wybacz, ale ja tu za wiele metafory nie widzę. Chyba, że to mój brak wrażliwości, co być może.

Wybacz, ale ja tu za wiele metafory nie widzę. Chyba, że to mój brak wrażliwości, co być może.

To, co piszesz, jedynie potwierdza moje wcześniejsze spostrzeżenie, iż “Otoczony miłością” nie jest najlepszą rzeczą, jaką dotychczas napisałem. W zamierzeniu miał on być metaforą raczej polityczną niż psychologiczną. Jeśli kiedyś zabiorę się do rozbudowania owej historyjki, rozwinę zapewne i ten wątek.

Ale widzę tu również dużo klisz

Klisz – zapewne tak. Niestety, nie zawsze potrafię ich uniknąć. :( Być może dopiero samodzielne “przerobienie” ich wszystkich pozwoliłoby się od nich uwolnić, bo za jedną czai się druga i następne.

dźwięczał niski szum

Hmm. Trochę ten obraz (?) niespójny, bo "dźwięczne" dźwięki to raczej nie szumy.

 sterczący ukośnie z blatu monitor

To znaczy? Masz na myśli taki wpuszczony częściowo w blat, jak w filmach?

 procesu profesjonalizacji

Aliteracja w tekście angielskim byłaby w porządku, ale w polskim – nie bardzo.

 informacje, większością

Jesteś pewien tego przecinka?

 minęły mi dwudzieste siódme urodziny

Jakieś to nienaturalne.

 czytający owe wynurzenia

"Owe" czyli tamte. Lepsze byłyby "te".

 oznaczało, ze

Literówka.

 Ale, skoro żądacie wolności dla wszystkich, uszanujcie wybór tych, którzy chcą walczyć”.

OT: Niestety, ludzie nie są tak rozsądni i logiczni. A szkoda, bo argument jest w porządku. EOT.

 mogłem dostrzec

Czyli zauważyć. Jesteś pewien?

 najlepiej żeby

Najlepiej, żeby.

 Pod hasłem

Ja napisałabym "w rubryce", ale może to i buduje postać?

 spostrzegłem, że dostałem

Trochę nierytmicznie.

 mieniące się od światłocieni

Hmm. Czy jest na sali fotograf?

 w pół

Łącznie.

 ujęła moje ramię, każąc wysiąść. Żelazny uścisk,

Ujmuje się raczej delikatnie.

 najzupełniej różnie ubrane

Tu się potknęłam – "zupełnie" wystarczyłoby z nawiązką, "najzupełniej" zachowaj na specjalne okazje.

 Sam pośród ścian pokrytych jasnożółtą farbą.

"Yellow Wallpaper"? Mrr!

 usłyszałem głos należący, zdaje się, do Celii

Kurczę, wiem, że jest Ci to potrzebne ze względu na fabułę, ale pokazałeś już, że robotki komunikują się przez radio (tamta wiedziała, że Lewis rozbił sobie rękę) i to powoduje "fridge logic" – czemu one mówią głośno? Chociaż to pasuje do klimatu retro…

 szorstka w dotyku

Mało powiedziane. Rdza czepia się palców.

 nie mam nic przeciw szybkim kobietom

Cute.

 Mój współlokator Eddie

Szybki Eddie! Yeah!

 nie umiemy rozpracować programu, jaki działa w naszych mózgach

Założenie: mózg działa algorytmicznie. Ale Andrew może sensownie takie założenie przyjmować, więc tylko zaznaczam.

 Mózgiem robota musi być potężny komputer; sam robot jest tylko jego reprezentacją

Reprezentacją – czy terminalem? Pomieszała Ci się terminologia. Reprezentacja to coś, co na coś wskazuje – robotki nie wskazują na Mózg (przecież o tym jest całe opowiadanie, że one nie chcą, żeby ktoś o nim wiedział). Może być jeszcze reprezentant, czyli ktoś, kto kogoś zastępuje w jakiejś funkcji – to by lepiej pasowało. Ale terminal jest bardziej komputerowy.

 siostra szpitalna

Dziwne to. Czemu nie "pielęgniarka"?

 zatoczyła wokół siebie kontur mapy

Zatacza się krąg, inne figury można nakreślić.

 po udanym teście Turinga

Wishing to be fly on the wall for that…

 wczoraj uniknąłeś randki z potencjalną morderczynią

Ma na myśli siebie, czy niunię od noży?

 ja nie mam megalomanii

Każdy megaloman tak mówi ;)

 jestem otoczony miłością

Ooj, złowieszcze. Podoba mi się.

 

Bardzo spokojna narracja – kontrastuje z szybką, bondowską fabułą. Troszeczkę purpury, do wytrzymania. Całkiem porządnie zrobiony tekst, myślę, że nieźle pokazuje świat, który sobie stworzyłeś – chociaż czegoś w nim brak. Czegoś nieuchwytnego.

Co do świata – mówiłam, że fabuła jest bondowska? Dlatego nie raziła mnie specjalnie płytkość historii alternatywnej, która ukłuła drakainę i OneTwo, ot, stylizacja. Ale na przyszłość pamiętaj o tym.

Kiedy odeszła Sandra? Skoro zostały po niej jadalne kotlety, to wczoraj-przedwczoraj, ale Lewis myśli o tym trochę tak, jakby stało się już jakiś czas temu.

 Nie, chodziło mi o rozdzielenie zdań, czyli poglądów – być może to drugie będzie bardziej jednoznaczne.

Jest, chociaż takie zwielokrotnienie jaźni na potrzeby dyskusji trochę dziwi. Mózg nie potrzebuje przecież sama siebie przekonywać, a wie wszystko to, co wie – nie zyska tak nowej informacji. Może nową perspektywę – ale czy poszczególne robotki są osobnymi jaźniami? Chyba nie (skoro w jednej chwili przeżywa kilkadziesiąt orgazmów w całych Stanach).

 Może lepiej by to było gdyby Celia była wyłącznie siecowym interfejsem bez fizycznej powłoki?

It's been done.

 Teraz już widzę, że koncept rozsadza ramy krótkiego, powiedzmy: “sheckleyowskiego” opowiadania.

Do Sheckleya bym Cię raczej nie porównywała, bez urazy :P

 Gdyby Internet zdobył świadomość, to wydaje mi się, że byłby raczej głupi, tyle tam bzdur wypisano. Czyli najpierw potrzebowałby dobrego filtra. A skąd Mózg wziął sobie etykę?

Zdaje się, że to nie Internet tu zyskał świadomość, ale AI przejęła Internet – ale z tego, co wiem, sama informacja świadomości nie czyni. Zresztą, na serwerach MIT są między innymi dzieła Kanta, więc kto wie. Może przeczytała? :D

 W zamierzeniu miał on być metaforą raczej polityczną niż psychologiczną.

Państwo opiekuńcze, co? Ale faktycznie, nie bardzo to widać.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnina – dziękuję za wszelkie uwagi!

informacje, większością

Jesteś pewien tego przecinka?

Tak, bo oddziela zdanie nadrzędne od podrzędnego.

 Mózgiem robota musi być potężny komputer; sam robot jest tylko jego reprezentacją

Reprezentacją – czy terminalem?

Na razie pozostaję przy “reprezentacji”, póki nie wymyślę czegoś lepszego. “Terminal” wydaje mi się trochę zbyt bezosobowy, poza tym chciałem jakiejś “egzotycznej” nazwy. Może nie jest do końca precyzyjna, lecz wiadomo, o co chodzi.

 siostra szpitalna

Dziwne to. Czemu nie "pielęgniarka"?

Jednak zostawiam, bo to sformułowanie samej Haliny Poświatowskiej. :)

Do Sheckleya bym Cię raczej nie porównywała, bez urazy :P

Ja siebie też nie, przymiotnika “sheckleyowskie” użyłem w cudzysłowie.

Kiedy odeszła Sandra? Skoro zostały po niej jadalne kotlety, to wczoraj-przedwczoraj, ale Lewis myśli o tym trochę tak, jakby stało się już jakiś czas temu.

Albo czytałaś w pośpiechu, albo nie zaznaczyłem tego wystarczająco.

Jak zwykle, Sandra i Eddie nastawili sprzęt na połowę mocy (…). Znając zwyczaje moich współlokatorów, wstrzymałem się z odwiedzinami.

i dalej:

Mój współlokator Eddie (…) Sandra była wtedy jeszcze z nami obydwoma i wydawało się, że już zawsze wszystko będziemy mieć wspólne. Ale w końcu jemu dostała się ona, a mnie na pocieszenie nasz biały garbus.

i jeszcze dalej:

Pytał, czy ciągle jestem z Sandrą; zasmuciło go, że nie – zawsze uważał ją, Eddiego i mnie za idealny układ.

i jeszcze:

– Swoją byłą dziewczynę dzieliłem z kolegą. Dlaczego nowej nie miałbym dzielić z całą Ameryką?

To taki koloryt epoki. :) Sandra była związana jednocześnie z Eddiem i Lewisem. Teraz jest tylko z Eddiem, ale cała trójka nadal mieszka w jednym domu.

wczoraj uniknąłeś randki z potencjalną morderczynią

Ma na myśli siebie, czy niunię od noży?

Oczywiście ma na myśli Susan. Bardziej to podkreślę. “Easter egg” dla zainteresowanych epoką. Patrz: sprawa “Tate-LaBianca”.

Państwo opiekuńcze, co?

Raczej autokratyzm przeciwstawiony demokracji liberalnej.

Pozostałe poprawki starałem się w miarę moich możliwości uwzględnić (wprowadziłem je dziś, 12 lutego 2019). Swoją drogą szkoda, że tak późno odkryłem ten portal. Mam tu przyjacielską korektę i redakcję! :)

Tak, bo oddziela zdanie nadrzędne od podrzędnego.

Hmm. Ja dałabym raczej dwukropek, ale to Twój tekst.

 sformułowanie samej Haliny Poświatowskiej. :)

No, patrz, tego nie wiedziałam.

 Teraz jest tylko z Eddiem, ale cała trójka nadal mieszka w jednym domu.

A. Już widzę, że umknęło mi to o współlokatorach. A potem jakoś naturalnie przyjęłam, że facet nie będzie mieszkał z byłą. Oj, wstyd :(

 Swoją drogą szkoda, że tak późno odkryłem ten portal.

Lepiej późno, niż wcale :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

PS. 

Troszeczkę purpury

A tego sformułowania nie rozumiem. Co to jest “purpura”? Bezpieczna dawka kiczu? Patosu? 

O ile dobrze rozumiem, “purpura” to słowne efekciarstwo. Tak, mam do tego skłonność i nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Ale trudno tego uniknąć, jeśli ktoś za młodu naczytał się za dużo poezji. Np. Ewa Lipska zauroczyła mnie frazą o władcy, który miał “uśmiech ujmujący wszystkich za szyję”. Człowiek czyta i zazdrości. 

Nie tylko efekciarstwo. Przesada, nadużywanie przymiotników, niepotrzebne ozdobniki. Skądinąd Ewę Lipską winić za własną purpurowość… Odważne.

Nie każda poezja, nawet nie każda rozbudowana metafora jest purpurowa. Głównie ta zła jest purpurowa. To, co zacytowałeś, nie jest purpurowe. Wręcz przeciwnie, jest cudownie skrótowe.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie każda poezja, nawet nie każda rozbudowana metafora jest purpurowa. Głównie ta zła jest purpurowa. To, co zacytowałeś, nie jest purpurowe. Wręcz przeciwnie, jest cudownie skrótowe.

Dziękuję za wyjaśnienie. Źle zrozumiałem artykuł, mój angielski nie jest widocznie aż tak dobry.

Skądinąd Ewę Lipską winić za własną purpurowość… Odważne.

Po powyższych wyjaśnieniach oczywiście nie określam przywołanego fragmentu jako “purpurowego”. I oczywiście samej poetki nie winię, tylko wyjaśniam, co mnie podkusiło do zabaw słownych, niekoniecznie w równie dobrym gatunku.

Czasami też boję się powtórzeń, być może przesadnie, i dlatego zdarza mi się nadużywać wyszukanych sformułowań. Stąd np. w zdaniu “a my, czytający te wynurzenia, mamy szczęście, że tego unikniemy” pierwotnie napisałem “owe wynurzenia”, żeby nie było “te (…) tego”.

nie wiem, czy to dobrze, czy źle

A, widzisz, jeden rabin powie tak, a inny powie nie. (To jest w artykule, streszczam.) Czasami pewna doza purpury służy zbudowaniu świata albo postaci (jako np. myślącej romansidłami, albo samochwały).

Dobra poezja jest właśnie zwięzła, właśnie tak, jak w Twoim cytacie.

Czasami też boję się powtórzeń, być może przesadnie, i dlatego zdarza mi się nadużywać wyszukanych sformułowań.

I powtórzenia też czasami są dobre – a czasami nie. To narzędzia. Składniki. Ty tu rządzisz, a nie literki.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Jest pomysł, akcja, świat. Fajnie się to czytało Od dziś będę inaczej patrzeć na swój komputer ;) 

Zajrzalam, przeczytalam.

Przeczytałem. 

Dużo znanych, wręcz klasycznych motywów. Niczym nowym, a co gorsza niczym świeżym, nie jest pomysł na człowieka-robota. Tempo akcji na plus, sporo się działo, szkoda tylko, że fabuła została poprowadzona w tak ograny sposób.

Niestety widać też to, że to tekst niejako z recyklingu, a nie pisany konkretnie pod konkurs. Alternatywne lata 60. byłyby ciekawe, ale w tym opowiadaniu pełnią one rolę przede wszystkim ozdobnikową. Parę razy rzuciłeś nazwami ówczesnych zespołów, nazwiskami polityków, wspomniałeś coś o hippisach i w sumie tyle. Moim zdaniem fabułę można by równie dobrze umieścić lata wcześniej lub lata później, bez straty dla głównej treści opowiadania.

Napisane przyzwoicie, ale ogólnie tekst przeciętny.

Początek – to pierwsza rzecz, jaką zapamiętam po tekście. Widać tutaj odę do przełomu lat 60/70, sporo nazw, które pamiętają moi rodzice, a które i mi obce nie są. Jednak mam wrażenie, że próbujesz nimi zastąpić światotwórstwo technologiczne. Bo ja poza zmianami geopolitycznymi i artystycznymi nie widzę, co takiego mają bohaterowie opowiadania, czego nie będą mieć ich dzieci i wnuki za 50 lat. Widzę internet, widzę roboty człekokształtne – i niestety stwierdzam, że to po prostu przeniesienie s-f w lata 60. bez próby wyodrębnienia czegoś, co mogłoby światotwórczo wyróżnić go od tych dziejących się choćby w 2050 roku.

Sam infodump z początku też nie nastraja najlepiej, ale o tym pisali już inni. Dość powiedzieć, że spora część informacji w nim zawartych jest albo zbędna, albo idzie je rozpuścić w późniejszym tekście.

Druga część, po tym obszernym infodumpie, jest znacznie ciekawsza, lepiej skonstruowana. Ma akcję, do tego wciągającą. Kibicowałem bohaterowi w trakcie ucieczki, byłem ciekawy, co jest celem androidów. Tutaj ukazujesz znacznie lepszy kunszt, choć zdania nie zawsze brzmiały przekonująco. Jest to jednak bardzo miła odmiana po początkowych akapitach.

Na plus zakończenie, bardzo mi się podoba jego otwarty styl.

Podsumowując: nierówny koncert fajerwerków. Początek ciągnie go mocno w dół, środek i końcówka próbują nadrabiać, ale nie do końca są w stanie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

A mnie się podobało. Fajne, kalifornijskie klimaty, muzyka, hipisi a z drugiej strony śledztwo wolnego strzelca demaskującego spisek na najwyższych piętrach władzy – pasuje to do epoki i jest dobrze odmalowane. Do interpretacji głównego motywu nie mam zastrzeżeń. Słabiej wypada kwestia motywacji SI w próbie wyeliminowania bohatera, a tak naprawdę zdradzenia mu sekretu – pisał o tym już None.

Przez chwilę myślałem, że będzie pasować na zakończenie antologii, ale pojawili się lepsi kandydaci na to miejsce. Klik do biblioteki, gratulacje za debiut i zaproszenie do dalszej aktywności należą się jednak bezsprzecznie.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Muszę przyznać, że tekst jest dla mnie kompletnie obojętny. Ani mnie nie zachwycił, ani nie uważam, żeby był całkiem zły. Od strony technicznej do wykonania nie mam specjalnych zastrzeżeń, ale pomysł mi nie podszedł. Nie kleiły mi się w trakcie czytania niektóre elementy i to na różnych poziomach. Nie poczułam też, abyś szczególnie poszalał z technologią. Same robotyczne kobiety i ich otoczka to trochę mało. Poza tym miałam poczucie, że więcej powiedziałeś niż pokazałeś w tym tekście. Z jednej strony momentami akcja leci jak szalona, z drugiej te tłumaczenia zamiast fabuły… 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka