- Opowiadanie: theNat - Skarpy

Skarpy

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Skarpy

I

Przed świtem.

W ciemności wypełniającej karczemną sypialnię, Sir Garman próbował wypatrzeć ciężkie belki podpierające sufit. Za zamkniętymi okiennicami, słychać było zawodzenie zimowego wiatru który od kilku dni nie oszczędzał miasta. Bezruch charakterystyczny dla ostatniej godziny nocy, wypełniony był spokojnym oddechem Jentty. Kobieta spała z głową na jego ramieniu. On – członek Zakonu Apologetów na swojej niekończącej się misji. Ona – adeptka Wolnej Szkoły, która przy nim odnalazła właściwy sposób na wykorzystanie swojego potencjału.

Obydwoje mieli uważać na relacje taki jak ta. Obydwojgu się to nie udało. I żadne z nich tego nie żałowało, wypełniając sumiennie nałożone na nich obowiązki. W głębi duszy liczył, że uczucie jakie ich łącz, nie będzie przeszkodą w trakcie najbliższych godzin. Niezależnie od stawki, nie łatwo było ryzykować najcenniejszą rzeczą jaką się posiada.

– O czym myślisz? – zapytała zaspanym głosem nie otwierając oczu.

Przez wąską szparę pod drzwiami sączyło się słabe światło świec na korytarzu.

– O nas – odpowiedział jak zawsze szczerze – I o tym czy warto…

Ciężko westchnęła wtulając się w niego swoim ciepłem.

– Beznadziejny jesteś, wiesz? – mruknęła przesuwając paznokciami po jego twardym i szorstkim ramieniu.

Nie odpowiedział. Nie raz już się spotykał z taką ignorancją i nauczył się ją akceptować. Nie każdy, tak jak on, potrafił dostrzec prawdziwą wartość życia i podejmowanych w jego trakcie działań. Dlatego nie umniejszał, ani nie krytykował tego braku świadomości. Jedynie starał się wskazać właściwy kierunek.

Czując zapach jej włosów objął ją mocniej, czerpiąc kojącą siłę z jej niewinnej obecności.

*

– Wieje w chuj – mruknął Desmond patrząc jak na brudnej szybie zbierają się małe zaspy śniegu.

Zostali sami z Kozą we wspólnej Sali „U Morriego”, nie dlatego że nie chcieli zapłacić za pokój, a dlatego że nie przepadali za tego typu formalnościami. Poza tym, obydwaj woleli kiedy godziny przed pracą upływały im w bezczynności, urozmaicone tego typu filozoficznymi prawdami. To że zaliczkę od zakonnika mieli wyliczoną do ostatniej monety nie miało z tym nic wspólnego.

„U Morriego” była tanią, ale solidną, nadwyrężoną przez czas noclegownią w Skarpach – mieście gdzie liczyły się tylko pieniądze i zmarli. W dowolnej kolejności. Za oknami, w światłach latarni, widać było ciasno poustawiane domy i kamienice. Strome i wąskie uliczki, od kilku dni były systematycznie zawalone zaspami ciężkiego i mokrego śniegu. A pochyłe dachy ponad nimi z mozołem zrzucały z siebie kolejne jego warstwy w dół, czynią życie mieszkańców miasta jeszcze bardziej uciążliwym.

Twarz Kozy wyglądała jakby ktoś zmiął i rozprostował stary pergamin, po czym w okolicach brody na chybił trafił przyczepił sierść kulawego psa.

– Myślisz że zakonnik może…– jego myśli razem ze wzrokiem powędrowały w stronę piętra, gdzie spali ich nowi pracodawcy.

Desmond spojrzał na kompana z nieskrywanym niesmakiem.

– Na robotę od nich kręcisz nosem, ale jak nie patrzą to głowisz się czy rycerz zatknął miecz w pochwę? Starość nie radość, co?

Przygarbiony, z bruzdami na czole i policzkach, oraz starą koźlą skórą zarzuconą na plecy, rzeczywiście wyglądał jak ktoś czyje lata świetności dawno temu poszły w innym kierunku niż ich właściciel. Desmond widział jak kończyli ci którzy dali się zwieść tym pozorom, i w całym swym braku wyrozumiałości im nie zazdrościł. Koza potrafił skutecznie oduczyć pochopnego lekceważenia obcych.

– Robota – mruknął Koza układając odruchowo drewniane widelce obok siebie – wiesz że nie chodzi mi o nich, a o to czego nam wczoraj nie powiedzieli.

Desmond pociągnął łyk ziemnego już naparu, czując z irytacją jak fusy dostają się między zęby

– Co się przejmujesz? Bierzemy ich stąd, wieziemy do Cytadeli, za Most a potem niech robią co chcą.

– A jak chcesz na niego wjechać?

– Klucz od Hycla. Stary krętacz miał pewnie wszystko połapane zanim nasza parka zdążyła tu wrócić po rozmowie z nim – Desmond machnął ręką lekceważąc – Państwo będą zadowoleni.

Koza wzruszył ramionami, nie mogąc się jednak pozbyć nieuchwytnego niepokoju jaki pojawił się po rozmowie z Garmanem kilka godzin wcześniej

– Pieniądz to pieniądz, hę?

– Jak zawsze.

Puste odgłosy zimowej wichury za oknem wypełniły długa ciszę jaka zapadła przy drewnianej ławie.

– Ile nam brakuje do spłacenia Raka?

Desmond przeliczył szybko wszystkie nadchodzące zyski, łącznie z tymi o których wolał nie mówić Kozie.

– Jak załatwimy sprawę z gołąbkami i dostaniemy wszystko co obiecali? – skinął w stronę sufitu – Powinniśmy być prawie w domu.

Oczy Kozy zawsze były dziwnie wyblakłe. Wyglądały adekwatnie nienaturalnie kiedy skupiał na czymś wzrok. Tym bardziej w tych rzadkich momentach kiedy kierował go na innych ludzi.

Do dwóch widelców przed Kozą dołączyło drewniane mieszadełko z kubka. – W domu…Raczej daleko od niego.

Rozłożony na oparciu ławy Desmond nadal patrzył w półmroku za okno.

– Hm?

– Spłacimy Raka i będziemy daleko od domu – Na twarzy Kozy pojawił się niewyraźny uśmiech, skierowany do niego samego.

– I tak już zapomniałem gdzie to jest. – Sentymentalność nigdy nie należała do mocnych stron Desmonda.

Za oknami, w ciszy i spokoju, śnieg nieubłaganie dosypywał kolejne centymetry utrapienia.

---

Najstarsi żyjący i mówiący mieszkańcy Skarp nie pamiętali kiedy ostatni raz zima trzymała tak mocno. Ci jeszcze starsi, może by i pamiętali, ale śluby milczenia złożone Sekosowi nie czyniły z nich najlepszego źródła informacji.

Zaczęło się w leaffallu i nieprzerwanie trzymało już trzeci miesiąc. Ulice zawalone były ciężkimi zaspami, okiennice pozapychane starą wełną i kocami, a na dachach i murach Cytadeli odkładała się gruba warstwa sadzy. W normalnej sytuacji wiatr sam rozwiązał by problem zalegającego śniegu, ale mało kto uważał Skarpy za miasto zupełnie normalne. A już na pewno nikt z przyjezdnych.

Miasto założono na szczycie biegnącego na przestrzeni kilkuset kilometrów uskoku. Rozciągając się pomiędzy Garbami na północy, a Miedzianym Morzem na południu, stanowi naturalną granicę między żyznymi terenami u jego podnóża, i słabo zamieszkałymi wzgórzami na zachodzie. Jeszcze przed zawiązaniem Ligi Morskiej, w miejscu miasta, stała cytadela z niedużą osada pograniczników w jej pobliżu. Jednak malejąca liczba zagrożeń w okolicy, oraz rosnące z czasem potrzeby mieszkańców, połączyły obydwie lokacje w jedno miasto. Surowe aleje i place Cytadeli stały się domem dla najbogatszych mieszczan, a stara droga która która niegdyś łączyła warownię z siołem, zmieniła się w główną aleją miasta i tym samym handlowe serce regionu. Poza nią, Skarpy to gęsta plątanina wąskich i stromych ulic, biegnących pomiędzy wysokimi kamienicami o obsypujących się fasadach. W tych ciasnych wąwozach toczy się codzienne życie większości mieszkańców. Tych, którzy nie mogą sobie pozwolić na luksus rezydencji wewnątrz murów starej warowni.

W murach warowni były dwie bramy. Jedna otwierała się na wschód, w stronę miasta. Druga, po zachodniej stronie, zamknięta była masywną żelazną kratą. Za nią, nad wąską i głęboką przepaścią, biegł stary most prowadzący do płaskowyżu. Niegdyś stała tam najstarsza mieszkalna część miasta, teraz jednak stały tam tylko opuszczone budynki i niezliczone nagrobki pomiędzy nimi. Większość domów i kamienic rozebrano na budulec, a cały teren poświęcono w imię lokalnej religii. Od wieków, wstęp tu mają tylko ci, którzy poświęcili jej swoje życie.

 

Kilkanaście godzin wcześniej, popołudniem.

Zgodnie z umową i zapowiedziami Hycla, Jentta stała sama przy kontuarze w małej zapleśniałej spelunie, zdolnej pomieścić góra dwa tuziny lokalnych pijaczków. Stojący obok koksownik dawał przyjemne ciepło. Lokal pełen był życiowych przegranych, topiących resztki swoich planów i marzeń w rozwodnionych szczynach jakie tutaj lano.

I to właśnie tu umówili się z nią na spotkanie jej przyszli pomocnicy. Z drugiej strony przeczuwała, że spotkanie z kimś kto ma pomóc jej i Garmanowi dostać się do Martwego Miasta, nie będzie przebiegało na salonach. Ludzie zarabiający na uczciwej pracy wydają pieniądze w mniej szczerych miejscach. W pewnym momencie, przez smród rozlanego alkoholu i brudnych ciał grzejących się przy ogniach, poczuła dziwny zapach mokrego zwierzęcia. Zupełnie jakby weszła do zalanej wodą obory.

*

Siedzący ze skrzyżowanymi nogami Koza otrząsnął się z krótkiej katatonii i śniegu, który zaczął przykrywać jego koźlą włosiennicę. Obserwujący wylot alejki Desmond zgasił skręta na ścianie obok.

– Jest sama. Bez osłon, ani śladu sieci utkanej na nas.

– Albo jest lepsza od ciebie.

Koza zarzucił kaptur wyszyty zwierzęcym łbem.

– Nie jest. Druga klasa. Najwyżej.

Spoglądając spod głęboko naciągniętego kaptura na towarzysza, Desmond zapraszającym gestem wskazał wyjście z alejki.

– Wyczuła mnie – otrzepując się ze śniegu Koza pokręcił głową – Podszedłem za blisko i na pewno od razu się połapie że ją sprawdzałem. Lepiej idź sam. Po co sobie psuć dobre wrażenie?

– Robisz to specjalnie, za każdym razem. Aspołeczny skurwysynu.

– Pewnie tak. Ale tylko na tym lepiej wychodzimy – głos maga był drażniąco nosowy.

Desmond wiedział że to prawda. Kozę wysyłało się na pierwszy kontakt tylko jeśli chciało się kogoś do siebie zniechęcić, ale i wtedy cechował się pewną niezdarnością. Na dodatek maguska w środku wyglądała na przewrażliwioną na punkcie szczegółów. Wolał nie dawać jej pretekstu do przypominania sobie o kilku z nich, dlatego nieduży tasak, który zawsze nosił przy sobie, skrył za pas za plecami. Pewnym krokiem ruszył w kierunku spelunki za rogiem.

Wchodząc za próg miał ją jak na talerzu. Stała sama, przy kontuarze. Mimo potarganego płaszcza z kołnierzem i kapturem od razu widać było że nie jest stąd. Zbyt ładna twarz, za mało swobody w gestach i za dużo zaciekawienia w tym co działo się dookoła. Ci którzy mogli by chcieć zgarnąć nagrodę za ich głowę, na pewno nie marnowali by czasu na taką amatorszczyznę.

*

Dostrzegła mężczyznę który jej się przyglądał. Dokładnie kogoś takiego się spodziewała. Typowi ludzie do nietypowej roboty. Wysoki, ubrany na czarno, z zimowym płaszczem i kapturem rzucającym cień na wychudzoną twarz. Kiedy stanął obok i podał jej bez słowa otrzymaną od pośrednika monetę, oddała mu swoją.

– Robisz przy bydle? – Jentta wyczuła przy mężczyźnie charakterystyczny zapach sprzed kilku chwil.

Mężczyzna przez krótką chwilę wyglądał na zbitego z tropu.

– To zależy ile jesteś skłonna zapłacić.

Jentta szybko zdała sobie sprawę, że nie umie rozmawiać z tego typu ludźmi. Za bardzo czepiają się słów.

– Miało być was dwóch

– Ale na razie jest jeden. Podobno szukasz pomocy, odpłatnej? – Musiał zauważyć niepewność na jej twarzy bo zaraz dodał – I omińmy tą część o legalności. Hycel nie załatwia roboty o której się potem opowiada.

Jentta poczuła odrobinę swobody nie musząc się przed nikim tłumaczyć.

– Po pierwsze, również nie jestem sama. A mój towarzysz, czasem bywa…ciężki, jak to mówią. I jego wymogi jakie może stawiać współpracownikom są nie do uniknięcia…

– Pracownikom – Najemnik lubił kiedy pewne rzeczy były jasno podkreślone.

– No tak, profesjonaliści?

Nieruchome spojrzenie nadal spoczywało na jej twarzy w oczekiwaniu na meritum.

– Tak, nie będziemy o tym opowiadać. Musimy dostać się do Martwego Miasta. I to w taki sposób żeby tutejszy kler się o tym nie dowiedział. Mogą mieć problem ze zrozumieniem natury naszych badań. Wiesz, magicznych – tonem głosu dała do zrozumienia że nie uważa rozmówce za kompetentnego do zrozumienia pewnych spraw.

– Nie mam zamiaru być badany. Magicznie. Tym bardziej na cmentarzu.

Jentta parsknęła śmiechem, choć brak rozbawienia na twarzy jej rozmówcy skutecznie jej przypomniał o tym, gdzie jest i o czym rozmawia.

– Potrzebujemy przewoźników. Dostać się do Cytadeli, potem do nekropolii. I trochę sprzętu jest do przewiezienia. Bez potrzeby wywożenia go z powrotem. Jeśli do tego, szybko i sprawnie nam pomożecie odnaleźć wejście do starych grobowców i potem wrócić do miasta, dorzucimy premię…

– Ile za całość?

– Dwie Ligi

– I pół za milczenie i presję czas. Mój towarzysz, może i lekki, ale łatwo się stresuje w takich sytuacjach. – Targował się szybko i zdecydowanie. Do tego czuła się zbita z tropu, widząc jego niemal nieruchome spojrzenie. Przez głowę przebiegła jej myśl że może jego oczy nie są prawdziwe.

– Domyślam się, że nie mówisz o cenie zbiorowej? – Nie potrafiła ukryć cienia nadziei w tonie swojego głosu.

– Dobrze się domyślasz.

Jentta przeliczyła szybko w głowie ich fundusze. Znów ich czeka przez jakiś czas, życie na styk za zakonne pieniądze. Ale wolała przy tej misji nie oszczędzać na pomocnikach.

– Lepiej żebyście byli tego warci. Płacimy dwie z dziesięciu przed pracą.

– Trzy z dziesięciu. I mi nie musisz płacić za presję czasu.

Jentta właśnie zdała sobie sprawę że ten nędzny mężczyzna zgodziłby się i na połowę stawki, byleby mieć co robić.

*

Desmond wiedział że właśnie wzięła go za frajera który pracuje dla przyjemności. Ale dodatkowe dwie setki do już wcześniej umówionej zapłaty? Pomyślał o pustym brzuchu, drodze do Mudhroll i kilku przydrożnych burdelach. Raka spłaci z reszty. Jak to się uda, nie będzie miał prawa narzekać.

– Przyjdźcie wieczorem do Morriego. Mój towarzysz będzie chciał was poznać wcześniej – Kiedy to usłyszał, Desmond nie mógł pozbyć się wrażenia że usłyszy za dużo na swój temat. Nie lubił takich sytuacji.

Zdecydowanie zbyt pośpiesznym krokiem ruszyła do drzwi, wpadając przy tym na brzydkiego mężczyznę z mokrą od śniegu włosienicą zarzuconą na ramiona.

– Pierwszy raz? – Zapytał Koza podchodzą do Desmonda.

Des pokiwał głową – Tak, i pozwoliła sobie podbić cenę o połowę.

– No, no – Z uznaniem skwitował mag upewniając się co ma w kuflu.

– Chcą dostać się na cmentarz bez wiedzy Synów. Płacą więcej jak weźmiemy do starych grobowców

– No, no.

 

Kilka godzin wcześniej, wieczorem.

Twarz Sir Garmana przybierała kamienny i surowy wyraz, kiedy poddawał kogoś swojej ocenie. Zwłaszcza kogoś, kto już na pierwszy rzut oka, i każdy kolejny też, prezentował sobą moralne wartości leżące na przeciwległym biegunie, niż te wyznawane przez Apologetę.

– Jest w was zepsucie i zgnilizna duszy – Jego głos był niewzruszony i głęboki.

Palec Kozy zaprzestał wędrówki po własnym uchu. Siedzący obok Desmond poczuł nawet pewien podziw, dla takiej zapalczywości w wygłaszaniu swoich opinii.

– Ale nie siedzielibyście tutaj, gdyby Jentta wam nie zaufała przy pierwszej rozmowie. A mi to wystarczy żeby zaoferować wam współpracę.

– Pracę – Desmond pokiwał głową – Chyba jesteśmy jej winni podziękowania.

– Będzie miło z waszej strony – Po tych słowach Koza rzucił Desmondowi pełne niedowierzania spojrzenie – Jestem Sir Garman, Nosiciel Prawdy z Zakonu Apologetów. Wykonawca Woli Jedynego i Strażnik Porządku. A natura, tego czym będziemy się zajmować, leży w kręgu zainteresowania Zakonu…

Desmond zdał sobie sprawę, że jego samopoczucie zbyt pewnym krokiem, zmierzało w stronę zażenowania. I satysfakcji z perspektywy zarobku.

– I musicie dostać się na cmentarz z całym grajdołem, bez zbędnych pytań straży. I Synów – odruchowo skrócił formę na rzecz treści.

Cisza przy stole i mars na czole zakonnika, świadczyły że ten nie tolerował tego typu krnąbrności.

Jentta cicho odchrząknęła.

– Może będziemy działać w niezgodzie z tutejszym prawem ale nie mamy wyboru. Dlatego też potrzebujemy całą sprawę załatwić bez zbędnego szumu.

– Nie pierwszyzna – mruknął Koza.

Błękitne oczy Garmana utkwione były w rozmówcach, nie wędrowały po innych gościach noclegowni. Zupełnie jakby ignorował fakt donosicielstwa.

– Synowie stanowią swoje prawa, które mógłbym respektować. Mógłbym, gdyby ponad nimi nie stał Naturalny Porządek. A to co na przestrzeni wieków, uczynili z wiarą w tym mieście, jest niczym innym jak abberacją w oczach Zakonu.

– Która może jednak wam przeszkodzić w tym po co tu jesteście – skwitował Desmond który mimo wszystko, był wdzięczny Garmanowi za lekko ściszony ton głosu.

– Tak – pokiwał głową zakonnik, na twarzy którego pojawił się na kilka chwil cień frasunku – To niemal przykre co ludzie potrafią zrobić ze swoją wiarą.

Koza niechętnie przytaknął uciekając wzrokiem gdzieś w kąt sali. Ciężko mu było to przyznać, ale czuł się nieswojo w towarzystwie tego dumnego mężczyzny. Zupełnie, jakby przez jego głowę pełzł wąż, zbierający z sobą wszystkie pozory jakie mag starał się pokazywać na zewnątrz.

– Dobrze – sięgnął po dzban dolewając sobie rozwodnionego wina – nie wyglądacie na takich którzy by się przejmowali lokalnymi prawami, i z tego powodu za wasze głowy pewnie w co najmniej dwóch miastach Ligi czeka nagroda. Nieważne, my płacimy tylko za szybki dostęp do zamkniętej części miasta. I transport kilku narzędzi.

– Trzech – dobiegło spod koźlej głowy wszytej w kaptur.

– Słucham?

– W trzech miastach Ligi – wyjaśnił Koza patrząc na Desmonda. Ten jednak wyraźnie pochłonięty był rozmyślaniem na inny temat.

– Tutaj to nie ma znaczenia – odpowiedziała Jentta – nie zajmujemy się zbieraniem nagród. Kiedy byśmy mogli wyruszyć?

Koza zdał sobie sprawę, że zakonnik nie wiedział o tym, iż Hycel wyczuł całą sprawę kiedy tylko ta dwójka zwróciła się do niego o pomoc. I nie dość, że nagrał im pomocników, to przy okazji wynajął im wóz którego mogli potem potrzebować. Trzeba było mu oddać że wiedział jak o siebie zadbać.

– Jutro przed świtem. Ale za łapówki przy bramie musicie wy zapłacić – Desmond zmierzył Garmana uważnym spojrzeniem spod kaptura.

Zakonnik bez słowa położył na stole pękaty mieszek obiecanej zaliczki, dając do zrozumienia że przekonał własne sumienie do całego przedsięwzięcia.

– W takim razie przed świtem – wstał od stołu podając im swoją prawicę o żelaznym uścisku.

Kiedy para odeszła siedzieli w milczeniu patrząc na złoto zostawione na stole. Koza przywołał w myślach twarz Raka, lichwiarza z Chillfild.

– Zawsze to jakiś początek, hm?

Desmond nie odpowiedział, zapatrzony w okno i pochłonięty przez własne, niedostępne i niezrozumiałe dla Kozy myśli.

 

II

 

Żelazny most, z obydwu stron zamknięty był ciężkimi metalowymi bramami. Kilkadziesiąt metrów poniżej, z gór spowitych mgłami, spływał wartki strumień. Na jego brzegach, w wiecznym cieniu, tłoczyły się zapadłe chaty i namioty. Mieszkali tam ci, którzy nie poradzili sobie z twardą regułą panującą w mieście – masz pieniądz, i chcesz mieć go więcej. Albo ci którzy tą regułę odrzucają. W obydwu przypadkach efekt jest ten sam. Lądujesz Pod Mostem, albo szukasz szczęśliwego i biednego życia poza murami Skarp.

Most prowadzi na niewielki płaskowyż leżący w cieniu Góry Gryfa – początku pasma skalnych gór rozciągających się na zachód. Niegdyś to miejsce nazywało się po prostu Starym Miastem, jednak czas i Kult Sekosa zrobiły swoje, zmieniając nazwę na bardziej adekwatną – Martwe Aleje.

Rozległa nekropolia zawsze była punktem centralnym duchowej sfery Skarp. Pierwsze Prawo, nakazujące całkowite poszanowanie ciała zmarłego, na przestrzeni lat zmusiło żywych do ustąpienia miejsca martwym. Stare domy i kamienice, systematycznie rozbierano, bądź przerabiano na miejsca gdzie składano ciała na wieczny spoczynek. W mniejszym bądź większym stopniu, adekwatnie do majętności za życia, zakonserwowane. Dobrze skonstruowana i przedstawiona religia jest w stanie przekonać wiernych o logiczności nawet największych absurdów.

Wszystkie ceremonie w mieście, odbywają się pod patronatem Synów Sekosa. Ludzi poświęcających całe swoje życie, by doglądać spokojnego życia po śmierci innych. Żaden zmarły w mieście, i na terenach przyległych, nie może zostać pochowany inaczej niż za pośrednictwem Milczących. Każde ciało, każda śmierć, zostają odnotowane w archiwach Cichego Domu w Cytadeli. A pogrążone w żałobie, procesje ubranych na szaro postaci, z wybielonymi na trwałe twarzami, są częstym widokiem na wąskich ulicach miasta.

Drugie Prawo Sekosa, głosi, że po śmierć ciało musi jak najszybciej zostać otoczone opieką – do czasu odpowiednio przeprowadzonego pochówku. Synowie zjawiają się na miejscu zgonu, zawsze gotowi do milczącego odprawienia swoich rytuałów. Nie raz zjawiają się jeszcze przed wysłaniem wiadomości o zgonie. Dlatego wśród mieszkańców powszechne jest przekonanie, że spotkanie zakapturzonych postaci jest zapowiedzią rychłego zejścia.

Z jednej strony, zastanawiasz się jak związać koniec z końcem i wyjść ze społecznego rynsztoka, z drugiej, za drzwiami domu możesz spotkać kogoś kto będzie patrzył na ciebie jak na niesfornego nieboszczyka który nie chce położyć się w trumnie. Życie w Skarpach nie należy do beztroskich.

 

Przed świtem

Koza nie mógł się zdecydować, co budzi jego większe zainteresowanie – naturalna krągłość poniżej pleców Jentty, czy wypchana po brzegi torba wisząca u jej pasa. Jeszcze u Morriego, miał okazję zobaczyć jej zawartość, która w żaden sposób mu się nie podobała.

Dookoła wciąż panowała noc, a z nieba wolno spadały ciężkie płatki śniegu. Porywy wiatru wzbijały zaprószone tumany z dachów, jednak na poziomie ulicy powietrze pozostawało nieruchome. Kątem oka, dostrzegł wokół jej postaci niewyraźne zniekształcenie rzeczywistości. Wiedział, że gdyby próbował skupić na nim swoją uwagę i przyjrzeć się bliżej, umknęło by by to jego percepcji. Umysł osoby znającej Sztukę, zawsze szukał sposobu, by bronić się przed obłędem z którym nieustannie obcował. Widział w jej ekwipunku rytualne gwoździe Na’hira, mignęła mu też prosta, choć solidna, matryca ze szklistego olavaru. Kobieta była wyraźnie przygotowana do zamknięcia. Kogoś lub czegoś. Miał tylko nadzieję, że zrobi to jak najdalej od niego. Glif powstały przy użyciu takich narzędzi mógł mieć i kilkadziesiąt metrów zasięgu. Inną kwestią było pytaniem o źródło mocy dla tak rozległej magicznej pieczęci.

Desmond z głęboko naciągniętym kapturem i grubym płaszczem zarzuconym na ramiona, kończył zaprzęganie konia do wozu. Kilof, łopaty, łom, kilka zwojów lin leżące na nim, wyglądało jakby para planowała przekopywać się gdzieś w głąb góry. Mag wolał się nad tym za bardzo nie zastanawiać.

– Uwierzyłeś im w tą historyjkę? – Koza miał nadzieję że dmący nad dachami wiatr i odległość, zagłuszą jego słowa w uszach pary stojącej kilkanaście metrów z boku.

– W tą o zbadaniu jakichś tam właściwości tego cmentarzyska ? Ani trochę.

Nawet gdyby Desmond usłyszał całą prawdę i tak by nie uwierzył na słowo.

– Ona na pewno będzie chciała postawić glif.

Dłonie Desmonda w skórzanych rękawicach starannie dopięły ostatnie wolne zapięcie przy uprzęży.

– Co nas to? – mruknął zasłaniając twarz ciepłą chustą.

– Zawodowa ciekawość, wiesz…To znaczy, że wiedzą co tam zastaną. Coś co może wyjść na zewnątrz a nie powinno. – Koza wskoczył na zydel obok towarzysza – A po drugie, glif muszą mieć czym wypełnić. Ta smarkula ma zamiar kogoś poświęcić.

Z minuty na minutę, sypiący śnieg zgęstniał tak, że niemal nie dostrzegali stojącej w pobliżu pary.

*

Koła z mozołem toczyły się przez ubity śnieg zalegający na głównej alei. Było to jedyne miejsce w dolnym mieście z którego regularnie go odgarniano. Jadący na wozie Garman, jako jedyny z grupy, nie ukrył swojej twarzy w ciepłym cieniu, ze stoickim spokojem stawiając czoła zimowej zawiei. Wiatr może i kąsał dotkliwie, ale apologeta wiedział, że zahartowana dusza potrzebuje równie niezłomnego ciała.

Wyczuwał, że siedząca obok Jentta jest wyraźne poddenerwowana. Wiedział, że powodem tego jest on i decyzja jaką podjął. Widząc ją w ciepłym świetle latarni ulicznych, ze śniegiem na futrze kołnierza, czuł że znów jest gotów rzucić jej do stóp cały świat. Z sobą na czele. Przypomniał sobie jak spotkali się pierwszy raz w przepastnej sali Tel'manara w Zakonie. Ukryte w cieniu sklepienie, podtrzymywane przez kamienne filary po których pełzały wizerunki Wyższych Istot, miało przytłoczyć składających wizyty w zakonie. Przypomnieć o Wielkiej Tajemnicy, znikomości wszystkiego wobec niej. I podczas tego jednego spotkania, to wszystko dla niego straciło znaczenie. Została przysłana przez Gildię, jako mistyczna pomoc podczas jednej z jego licznych Pielgrzymek. Wędrował już z wieloma osobami, jednak oczy żadnej z nich nie patrzyły na jego duszę z taką bezpośredniością, jak nieskończona zieleń Jentty. Dopiero po jakimś czasie, kiedy i głowa i serce się uspokoiły, mógł przyznać się do tego, że bez chwili obrony przepadł w niej bez reszty.

Kiedy zbliżali się do zabrudzonych sadzą murów Cytadeli, spojrzał na miasto jakie zostawili za sobą. Wydało się mu dziwnie odległe i nieruchome. Jak obraz wiszący na ścianie. Spiętrzone i nachodzące na siebie strome dachy, szeroka aleja prowadząca od głównej bramy warowni, Cytadela górująca w ciszy ponad śpiącymi ulicami. Ciemność nocy mieszała się z światłem latarni. Ciężkie płatki śniegu sypały wolno, co jakiś czas niesione podmuchami wiatru. Całe miasto było pogrążone we śnie, nieświadome faktu, że dziś na szali zostanie położone jego bezpieczeństwo. Że ktoś, będzie starał się je obronić przed jego własną ignorancją.

Wjeżdżając w cień masywnej bramy, przez krótką chwilę bardziej wyczuł niż usłyszał jakiś zapraszający szept gdzieś na granicy jego umysłu.

*

Jentta widząc z jaką łatwością Desmond załatwił sprawę przy bramie zaczęła podejrzewać, czy przypadkiem nie był w zmowie w strażnikami. I czy całe to przedsięwzięcie nie jest jednym wielkim spiskiem, mającym na celu oskubanie ich z resztek pieniędzy. Kilka słów, chwila narzekania na późną porę i obsraną pogodę, i Jentta nie zdążyła nawet zauważyć kiedy pękaty mieszek zmienił właściciela.

– Jaką mamy pewność że nas zaraz nie wydadzą? – zapytała kiedy ruszyli spod bramy.

– Właśnie zarobili równowartość dwóch miesięcy robienia po nocach – odparł Desmond nie trudząc się żeby spojrzeć w stronę wozu na którym siedziała – A ci którym mogli by donieść, pierwsze co zrobią to zapytają dlaczego nas przepuścili.

Dziedziniec Cytadeli był rozległy. Otoczony starymi budynkami warownymi, których ściany wybielono i ozdobiono misternymi płaskorzeźbami. W centralnej części całego kompleksu, niemal naprzeciwko bramy, wznosił się kilkupiętrowy murowany kompleks. Rzędy okien, balkonów i gargulców wzdłuż rynien stanowiły idealne wykończenie pałacu Plutona – najbogatszej i najbardziej wpływowej osoby w mieści. Na lewo, po drugiej stronie szerokiej alei, przepych i dumę równoważyła kamienna ascetyczna kopuła. Wznosząca się ponad dachami bogatych posiadłości sprawiła wrażenie nazbyt wypukłej. Wyniosłe sklepienie Cichego Domu, głównej kaplicy kultu Sekosa, miał niemal pięćdziesiąt metrów średnicy i stanowił architektoniczny cud na skalę całej Ligi i terenów z nią sąsiadujących.

W zgniłym mężczyźnie siedzącym obok Desmonda wyczuwała pewne zniecierpliwienie. Momentami wydawało się, jakby cała rzeczywistość kotłowała się wokół niego i była wciągana przez jego Istotę. Potęgowało to tylko instynktowną i podskórną niechęć, jaką Jentta czuła wobec Kozy. Spod futrzanego kaptura dobiegło jakieś mamrotanie. Dopiero po chwili w jej stronę zwróciły się wyblakłe oczy.

– Pytałem czy stawiałaś już kiedyś glif Na'hira – zapytał Koza.

Skąd ten stary cap to wiedział?

– Glif? Tak…to przecież podstawa – Jentta z trudem walczyła z zakłopotaniem. Stary, choć obleśny, wiedział dużo.

– Nawet metodą tego starego zdechłego skurwiela? Tego chyba w Gildii nie uczą.

Jentta nie lubiła lekceważenia wymierzonego w jej stronę.

– Ale też zostawiają miejsce na indywidualne badania – Zaczęła podejrzewać, że mimo marnej prezencji, stary kiedyś sam musiał przejść jakąś edukacje magiczną – Tym co bardziej obiecującym.

– No no. Tak czy inaczej, poświęcałaś już kogoś w tym celu? – Koza dociekał swojego, nie dając zbić się z tropu.

– Raz…kilka razy. Ale zawsze słabsze istoty – odparła lekko skrępowana.

– Słabsze istoty? – mruknął Desmond kiedy aleją dotarli pomiędzy Dom i Pałac.

– Zwierzęta – westchnął Koza odwracając zmęczony wzrok od kobiety – Nasza pani czarodziejka chce pierwszy raz spróbować majstrować z czyjąś energią. I to od razu na nie byle jaką skalę.

– Pogratulować odwagi? – Desmond wydawał się być rozbawiony.

– Raczej doradzić ostrożność. I liczę że twoje…źródło, wie co robisz. Albo ma do powiedzenia tyle samo co jego poprzednicy – głos Kozy znów stał się nieprzyjemnie chrapliwy.

Wiedziała że Garman mimo zadumy doskonale zdawał sobie sprawę z toczącej się rozmowy. Fakt, że stać go było na takt nie wtrącania się w nią, był dla niej miłą niespodzianką.

W końcu aleja doprowadziła ich do Placu Rozstań. Miejsca gdzie żywi żegnali zmarłych przed ich odejściem do martwego miasta. Dwie pochodnie oświetlały żelazną bramę prowadzącą na długi most. Łączącego miasto z jego rozległą nekropolią. Jentta pamiętała widok, który zobaczyła ponad Cytadelą kiedy przybyli do miasta w świetle dnia. Wiedziała że w ciemności ponad mostem i nekropolią góruje poszarpany szczyt Gryfiej Góry. Teraz niczym śpiący gigant leżał ukryty w mroku przed nimi. Tak bliski, jednak niewidoczny. Widziała jak Desmond zeskoczył z wozu, kierując się w stronę bramy, sięgając pewnie po ciężką kłódkę która pieczętowała wyjście.

Byli prawie na miejscu. Spojrzała na Garmana. Jego czoło przeorał głęboki mars.

– Wszystko w porządku? – zapytała, choć wiedziała że nie lubił niepotrzebnej troski.

– Zaczynam słyszeć… – odparł ciężkim głosem – Rozdarcie. Musi być poważne – powiedział a ona usłyszała że z trudem panuje nad własnym głosem. Jego drżące dłonie napełniły ją niepokojem.

Od strony bramy dobiegło szpetne przekleństwo Desmonda.

*

Siedzący na zydlu Koza usłyszał rozmowę pary. I bardzo mu się ona nie spodobała. Rozdarcie, Przeciążenie – najprościej rzecz ujmując, zepsucie się tkanki namacalnej rzeczywistości z powodu intensywność jakiegoś bodźca, pochodzącego z tej właśnie rzeczywistości. Bodźce się zbierają, kumulują, napierają na cienką tkankę materii. Aż dochodzi do wyrwy. Szczeliny, z której zaczyna sączyć się smród drugiej strony. A Garman najwyraźniej chce to pęknięcie zasklepić częścią samego siebie. Godne podziwu. I pożałowania.

Dwie warstwy rzeczywistości. Jedna namacalna i dostępna dla wszystkich, druga ukryta, widoczna tylko dla nielicznych. Metafizyka w wielkim skrócie. Tak działa świat, z czego osoby znające Sztukę w sposób świadomy, bądź nie, zdają sobie sprawę i potrafią to wykorzystać. Albo i nie potrafią, ale pchane jakąś potrzebą dogonienia własnych przeczuć, i tak próbują a wtedy kończy się to równie spektakularnie co tragicznie. Miejsca takie jak Skarpy, gdzie składa się od wieków stosy ciał i łączy do tego z nadgorliwą religią, powinny służyć za podręcznikowy przykład szkodliwości ludzkiej ignorancji. Niestety nie służą, gdyż ludzie jako gatunek ma skłonność do przyjmowania łatwiejszych rozwiązań i wytłumaczeń. Czasami zazdrościł Starszym Rasom wśród których powszechna była wiedza o prawdziwej naturze świata.

Próbujący otworzyć bramę Desmond, zaklął siarczyście, po czym podbiegł truchtem przez zawieję z powrotem do wozu. W jego oczach widać było tłumioną dezorientacje.

– Wymienili kłódki – rzucił jak niczym prawdziwy profesjonalista w stronę pracodawców. Zebrał z wozu swoją torbę i tym samym truchtem wrócił do bramy. Jak na sygnał wszyscy zaczęli odczuwać presję czasu i bliskość olbrzymiej kamiennej kopuły ponad dachami.

Wyraz jaki wypłynął na twarz Garmana zaniepokoił Kozę jeszcze bardziej niż to co dostrzegł w oczach Desmonda.

*

Kiedy zobaczył zmagania tak zwanego pomocnika, z ciężką kłódką zamykająca łańcuch owinięty wokół skrzydeł bramy zdał sobie sprawę że nie ma czasu na tego typu zabawy. Z ciężkim płaszczem zarzuconym na zakonną zbroję, z długim i masywnym Daralganem wiszącym na plecach, zeskoczył z wozu. Sięgnął po łom ruszając w stronę bramy.

*

Jentta wybrała towarzystwo Garmana świadomie. Imponował jej siłą woli i determinacją. Nieugiętością i brakiem wątpliwości. Jego niezachwiana wiara we własne przekonania bywała nieraz niepokojąca, jednak w ostatecznym rozrachunku dawała jej poczucie solidnego gruntu pod nogami. Takiej osobie łatwo było zaufać. Jednak widząc, jak wbrew wszelkim ustaleniom, porzucając dyskrecje, Sir Garman, jej kurwa rycerz zakonny, wyłamuje łomem bramę pierwszy raz zwątpiła w jego poczytalność.

*

Desmond wolał cofnąć się kilka kroków w stronę wozu kiedy Garman naparł zamknięte skrzydła bramy. Nie wiedział co niepokoi go bardziej – przeciągły zgrzyt wyginanego metalu który zaczął rozchodzić się dookoła, czy fakt, że zakonnik był zdolny do wyłamania bramy łomem i gołymi rękoma.

Spojrzał na drugi brzeg przepaści. Na ich szczęście przez wiejący tu wiatr połowa mostu nadawała się do przejechania wozem. Przyda się kiedy…

Kiedy kłódka odskoczyła z głośnym trzaskiem, ciężkie stalowe skrzydło bramy zazgrzytało przeciągle uchylając się. Garman spojrzał w ich stronę. Niemal w tym samym momencie dzwon wypełnił noc głębokim i wibrującym dźwiękiem.

 

Świt

Uderzając kilofem w kamienny blok który pieczętował wejście do kamienicy, Garman usłyszał za plecami ostrzegawcze stęknięcie Kozy. Od strony miasta nadchodzili Synowie. Nieśli ze sobą latarnie w dłoniach i fanatyzm z sercach. Niebezpieczne połączenie. Odrzucił kilof sięgając po Daralgana.

– A więc tutaj…

– Nie tutaj! – Krzyknął Koza sięgając po kilof i dopadając do wrót.

Garman nie przywykł do takiej impertynencji

– Wrota ani drgną, a wycofanie się przez ten śnieg jest na nic – Garman wskazał głębokie ślady jakie zostawili za sobą w świeżym śniegu.

Spojrzał w stronę nadchodzących. Na razie byli jedynie ciszą i łuną płomieni, odbijającą się na jeszcze odległych ścianach o zamurowanych oknach. Ale zdawał sobie sprawę że niedługo przez sypiący śnieg, zobaczą pierwsze ciemne postacie, które przyjdą bronić własnej wiary. Poprawił chwyt na rękojeści. Da im honorową walkę, taką na jaką zasłużyli.

Cichy chrapliwy głos, rumor kamieni i stłumiony krzyk Jentty zlały się za jego plecami w jedno. Spojrzał przez ramię…

Między framugą a kamiennym blokiem wystawał wbity kilof. Koza trzymał dłoń na jego trzonku a głowa była brutalnie odchylona do góry. Jego puste oczy utkwione były w ciemności która zasypywała ich śniegiem. A kilof…kilof nieustępliwie milimetr po milimetrze wyważał dawno zapieczętowany portal. Z szokiem dostrzegł że na suchym ciele maga ani jeden mięsień nie był napięty.

– Kurwyyy… – bynajmniej nie zaklęcie popłynęło z jego ust. Kiedy naparł siłą woli na kilof, śnieg zaczął topić się kilka centymetrów przed jego skórą.

Nagle tuż przed twarzą Garmana, przeleciało coś z zawrotną szybkością a kamienny blok skruszył się i pękł na dwoje, zasysając śnieg i mroźne powietrze do środka.

Spojrzał z uznaniem na zalanego potem i wodą starca. Ten w odpowiedzi tylko się skrzywił paskudnie wskazując na zbliżającą się łunę latarni.

– Za długo ich nie przytrzymamy, więc – sapnął – lepiej się tam streszczajcie – wyprostował plecy poprawiając wiszącą na nich koźlą skórę. Nie dostrzegł kiedy znalazł się między nimi Desmond. Nie miał jednak czasu na słuchanie narad wojennych.

Spojrzał na ziejącą w ścianie dziurę. Jednocześnie poczuł ciche szepty które chciały wywrócić jego żołądek na drugą stronę. Gdzieś głęboko wewnątrz jego głowy odezwało się miarowe pulsowanie. Pełen wiary i zdecydowania, razem z Jenttą weszli w stęchłą ciemność.

*

Dopadł do Kozy kiedy para wchodziła w głąb nienaturalnych grobowych kamienic.

– Zrobiliśmy swoje? To spierdalamy, zanim cały ten motłoch tu dojdzie…Na resztę zapłaty poczekamy w mieście.

Desmond wolał zniknąć z pola widzenia zanim ktokolwiek nieproszony zda sobie sprawę z ich obecności tutaj. Rób dużo, ale za ich plecami – tak brzmiała jego dewiza, od zawsze.

Światła widać było już przez sypiący śnieg. Z wiatrem niosły się pierwsze okrzyki. Tuzin ludzi, mniej więcej.

– Znajdą ich tutaj – sapnął Koza otulając się płaszczem i wpatrując się w kilka ruchomych punktów światła.

– To chyba powinni się pospieszyć – Desmond ruszył przez śnieg w kierunku bocznych alei gdzie śnieg sięgał niemal po pas – Damy rade przejść po starych… – Głos mu zatrzymał się w gardle kiedy dostrzegł że Koza został przed wejściem.

– Co ty kurwa robisz? – Wiedział od samego początku. Miał przerażającą pewność tego jak się to wszystko skończy, choć bardzo starał się nie dopuścić do siebie tej myśli.

Koza stał niewzruszony pośród śniegu. Spojrzenie bladych oczu uświadomiło Desmondowi, że mag podjął decyzję której nawet on nie jest mu w stanie wyperswadować. Nawoływania stały się wyraźne, dało się rozróżnić poszczególne głosy. Przez chwilę mag wyglądał jakby miał zamiar coś powiedzieć, ale zamiast tego jedynie odchrząknął coś z z gardła.

Desmond odruchowo sprawdził obecność długich noży przy pasie. Nienawidził się angażować bez potrzeby.

Zza sypiącego śniegu wyszły pierwsze trzy postacie. Jedna z nich ruchem dłoni spróbowała odrzucić cały śnieg zalegający dookoła nich.

Myśląc o bezsensowności całej sytuacji Desmond złapał za noże i odnalazł ku nim najkrótszą drogę. W Cieniu. Kiedy znalazł się pomiędzy Synami, przez śnieg, w miejscu gdzie stał Koza, błysnęły trzy boleśnie jaskrawe strumienie światła. Przeciągając ręką na wysokości gardła kapłana, usłyszał gdzieś z boku stłumione przez miękką tkankę trzaski a następnie przeraźliwy wrzask. W powietrzu wisiały skrzące nici prowadzące od Kozy do wijącego się ciała na śniegu. Wszystko dookoła było czerwone od dymiącej krwi. Desmond poczuł jak w reakcji na to jego falki próbują wywrócić się mu na lewą stronę. Odpychając od siebie naturalny strach jaki towarzyszył erupcji umiejętności śmierdzącego maga, ruszył w kierunku kolejnej postaci.

 

III

 

Nisko sklepiona komnata, wypełniona była zastałym przez lata nieruchomym powietrzem. Ściany wysuszonej krypty pełne były wnęk, w których od dekad zalegały owinięte całunami ciała. Dziesięciolecia zamknięcia, sprawiły że nawet teraz, powietrze przesączone było kojącym zapachem śmierci i pogrzebów jakie miały miejsce dawno temu.

Jentta wyrysowała na kamiennej posadzce mistyczny symbol – półokrąg otoczony runami, którego obydwa końce opierały się na ramie portalu prowadzącego w głąb krypt. Symbole migotały i skrzyły się lekko w świetle pochodni, układając się koncentrycznie wokół punku centralnego – w którym widniała pajęczyna run, jakby rozpostarta na wbitych w posadzkę gwoździach z czarnego i matowego materiału.

Koza wiedział że Desmond mu tego nie odpuści. Nienawidził być wplątywany w interesy innych ludzi bez jasnego powodu. I, jak on to nazywał, wystawiać się na zagrożoną pozycję. Zdaniem Kozy, jego przesadna ostrożność czasami zahaczała o tchórzostwo. Ale do momentu aż się z całej sytuacji nie uwolnią – będzie skoncentrowany właśnie na niej. A to da możliwość Kozie na zrobienie swojego w spokoju. Jednak podejrzliwe spojrzenie jakie posłał im zakonnik, kiedy obydwaj weszli sali grobowej, w żaden sposób nie motywowało Kozy do dalszego działania.

– Synowie odciągnięci…ale na wszelki wypadek zablokowaliśmy wejście – Desmond wiedział co ludzie chcą usłyszeć i mówił im to bez mrugnięcia oka – Trochę im zajmie zanim zaczną się tu panoszyć – dorzucił patrząc z zainteresowaniem na poczynania Jentty.

Garman podszedł do nich wolnym krokiem. Rękojeść Daralgana ponuro wystawała ponad prawym ramieniem rycerza.

– Chyba jestem wam winny honor. Przyznaje się, że nie oczekiwałem po was takiej…wyrozumiałości. Jakkolwiek ich odciągnęliście, chwała wam za to. Rozlew krwi niepotrzebnie by tylko wszystko skomplikował.

Koza czuł jeszcze na palcach gryzący dotyk esencji, w którą zaledwie kilka minut temu sięgał raz za razem. Starał się myśleć o bajzlu jaki zostawili za sobą. I o wyważonych na oścież drzwiach. Podszedł szybko do glifu, unikając konfrontacji ze spojrzeniem zakonnika. A Desmond na to wszystko tylko skinął w podziękowaniu.

– Co dalej? – Zapytał wskazując na Jenttę.

– Jentta kończy glif żeby zapieczętować to miejsce po wszystkim, i na wypadek odwrotu. Ja muszę odszukać Rozdarcie… – przez krótką chwilę wydawało się że coś zdusiło słowa w gardle Garmana – Stąd już czuje że zamknięcie nie będzie łatwe.

Koza przykucną przygarbiony nad migoczącym na posadzce symbolem. Glif szeptał do niego głosem Jentty. A gdzieś przed nim, ukryte w morku korytarzy i sal, leżało źródło innego szeptu. Bardziej niepokojącego i mdlącego. Było dla niego jak gnijące ciało w ciemnym pokoju leżące obok. W każdej chwili mógłby po nie sięgnąć i zanurzyć rękę w nieprzyjemnie galaretowatej masie. Świat był bardziej popierdolony niż wydawało się ludziom nie znającym Sztuki. A to miejsce dobitnie mu o tym przypominało. Przebiegł wzrokiem po migoczących symbolach

– Nie wytrzyma dłużej niż rok, może dwa – wskazał jej kilka niedociągnięć w schemacie – a jeszcze nie zdążyłaś go zasilić – Koza nie lubił tego typu niechlujstwa. Miał wrażenie że zaufanie Garmana do młodej maguski opiera się głównie na jakimś dziwnym oddaniu a nie na rzetelności i kompetentności.

– Miałeś rację – fuknęła z wyraźną irytacją w głowie – Pierwszy raz w taki sposób stawiam, ale chyba nie mamy czasu na takie dyskusje…

– Niech idzie tam gdzie jest naprawdę potrzebny. – Koza jeszcze mocniej skupił się na liniach tworzących skrzący się wzór – Niech zrobi co ma do zrobienia. Poprawimy to zanim będzie tu z powrotem.

Sir Garman podszedł do glifu oświetlony od dołu błękitną poświatą. Wydawał się kamienny i upiorny jednocześnie, górujący nad wszystkimi w małym pomieszczeniu.

Mag stanął kilka kroków dalej obok Desmonda kiedy Jentta rozpoczęła proces zestrajania duszy zakonnika ze schematem na kamiennej posadzce.

– Zamknięcie Rozdarcia to jedno…ale żeby potem jeszcze odpalić glif i wybiec stąd o własnych siłach? – Koza pokręcił głową obserwując uważnie przebieg zaklęcia

– Jesteś w stanie chociaż spróbować mi wytłumaczyć naszą obecność tutaj? – Mruknął Desmond ściszonym głosem.

– Wiem że to wbrew tobie i temu jak lubisz pracować – Mag mówił wolno, starając się jak najcelniej dobrać słowa– Ale ktoś musi zająć się pewnymi sprawami. Bo nikt inny tego nie zrobi.

Towarzysz spojrzał na niego jakby widział go pierwszy raz w życiu. Koza poczuł jak wokół niego pojawiają się jakieś cienkie i niewidoczne ściany.

– Poza tym, chce się tylko upewnić że ktoś czegoś bardzo poważnie nie spierdoli, bo jej się wydaje– blade oczy maga obserwowały jak Jentta kończy rytuał starannie zamykając ostatnią runę.

Kiedy zaklęcie dobiegło końca Garman otworzył oczy kierując wzrok zaraz gdzieś w ciemność która panowała przed nimi.

– Gotowe – Jentta zerknęła na glif szukając uchybień które wytknął jej Koza – Jak będzie po wszystkim, przed wyjściem go aktywujemy.

– Jak? – Desmond stał pod ścianą z założonymi rękoma

– Wystarczy kontakt ciała z symbolem – Jentta wskazała centralny punkt całego glifu – Zaraz po tym glif się uaktywni i postawi ścianę której nikt bez wzorca nie przejdzie – i dopiero jakby po chwili wahania dodała – ani nic.

– A co jest tym wzorcem?

– Ja – głośno wtrącił się Garman – I tyle wystarczy.

Zakonnik stał w wąskim korytarzu prowadzącym gdzieś w głąb kompleksu. Przez krótką chwilę Koza odniósł wrażenie jakby mężczyzna był wstanie odeprzeć każdą próbę ataku samą swoją obecnością.

– Dokończcie to – wskazał dłonią glif – niedługo wracam – spojrzał w oczy kobiecie i ku jego zaskoczeniu, Koza nie usłyszał żadnego wzniosłego pożegnania

Nawet on mógł dostrzec, jak Jentta walczy z samą sobą. Jednak została w miejscu kiedy dookoła rozbrzmiał dźwięk oddalających się ciężkich kroków.

Cisza jaka po chwili zapadła była niemal namacalna.

– Tutaj jestem wam zbędny – Desmond zwinnym ruchem odbił się od ściany ruszając w kierunku korytarza – A tam chyba lepiej żeby ktoś mu na plecy patrzył – Przeskoczył glif znikając w ciemnym korytarzu.

Takiego zaangażowania Koza nigdy by się po partnerze nie spodziewał.

Jentta stała chwilę nad symbolem uważnie mu się przyglądając.

– Gdzie mi poszło nie tak? – spojrzała na Kozę z twarzą kogoś kto panicznie potrzebuje skupić się na czymkolwiek innym niż zastana rzeczywistość.

*

Garman przechodził przez korytarze i komnaty skąpane w mroku. Ściany niemal ociekały zapachem zabalsamowanej śmierci. Pochodnia którą niósł, częściej rozpraszała niż była pomocna, a cienie tańczące na ścianach zdawały się odsłaniać jakąś niewidoczną na pierwszy rzut oka architekturę. Parł przed siebie, w stronę z której coraz uporczywiej dobiegało wrażenie zepsucia. Klaustrofobiczne otoczenie nie ułatwiało panowania nad narastającym zdezorientowaniem. Widział jak cienie odklejają się od ścian, jak kamienie pod jego stopami pocą się żółcią i pleśnią. Do tej pory dwa razy stawał przed Rozdarciem. Jednak ich wpływ był niewielki, jedynie uczucie lekkiego skołowacenia. Chorobliwy spektakl jaki odbywał się na granicy jego wzroku miał intensywność intencyjnego ataku. Zupełnie jakby Rozdarcie było świadomym bytem zdającym sobie sprawę z jego obecności.

Zebrał siły przypominając sobie o większej perspektywie. Łatwo było ulec złudzeniu zamknięcia i potrzasku w tych korytarzach. Łatwo było zredukować cały świat do kolejnych komnat i starych kości w ścianach. Do pulsowania jakie dało się wyczuć wszędzie dookoła i wewnątrz niego. Kiedy do spoconej skóry zaczęło przyklejać się coś, czego tak naprawdę w świecie fizycznym nigdy nie było, usłyszał ciche szuranie.

Ciało stało w miejscu w którym przed chwilą jeszcze go nie było. Wysuszona i chwiejna sylwetka, resztki całunu i bandaży przyklejone do popękanej szarej skóry. Puste oczodoły zasklepione we własnym świecie. Animant wolno poruszał uzębioną żuchwą, wolno kierując zgniłą i zaschłą twarz w jego kierunku. I nim zdążyła go osiągnąć zwaliła się na posadzkę. Przecięte w pół ciało leżało u stóp Garmana który trzymał oburącz Daralgana. Martwe ręce bezsilnie wyciągały się w stronę żyjącego. Rozdarcie miało tutaj realny wpływ na rzeczywistość. Zakonnik wiedział że to kwestia czasu kiedy ciasne pomieszczenia wypełnia się chodzącymi trupami. Bez zwłoki ruszył w środek zgnilizny.

*

Musiała przyznać że wyłapał jej niedociągnięcia wszędzie tam, gdzie ona widziała starannie dokończone symbole. Kiedy Garman ruszył w swoją drogę dała się w całości pochłonąć runom i ich starannemu poprawianiu. Wiedziała że jej idzie dobrze, biorąc pod uwagę że glif był już obciążony wzorcem. Jednak na pomarszczonej twarzy starego nie potrafiła doszukać się cienia uznania. Budziło to w niej nie dająca się powstrzymać frustrację.

– Wiesz że kolejni Synowie z łatwością nas wyśledzą a my tu siedzimy jak szczury w pułapce?

Skupiona na dokańczaniu i wzmacnianiu symbolu przez chwilę nie była do końca pewna o czym mówi.

– Wtedy już będzie po wszystkim. Nie będą mieli wyjścia jak pogodzić się z tym do czego doszło – Garman wielokrotnie jej udowadniał że fakt dokonany jest najlepszym argumentem.

Spod futrzanego kaptura dobiegło lekceważące parsknięcie – Szanuje co robicie. Ale liczenie na pobłażliwość Synów…to głupota. Jak chcemy opuścić cmentarz żywi…

Gdzieś z ciemności dobiegło stłumione zawodzenie,a po chwili w mroku korytarza dało dostrzec się jakąś chwiejącą się na nogach, przeraźliwie chudą sylwetkę. Zbyt chudą na Garmana…

Dostrzegła jak Koza wykonuje gest, i jak gest tworzy połączenie między jego palcami a kluczowymi punktami poruszającymi odległe ciało. Zręczna zmiana ułożenia dłoni i odległe o kilkanaście metrów ciało rozpadło się na jej oczach przy dźwięku przypominającym targanie pergaminu i łamanie suchych gałęzi.

– No dobra, kończ to i się przygotuj – wskazał jej kolejną sylwetkę majaczącą w mroku. Obydwoje nie byli zaskoczeni takim rozwojem wypadków.

Kiedy jednak rysowała ostatnie linie poprawek, nie mogła przestać myśleć o tym co widziała przed chwilą w wykonaniu śmierdzącego maga. I nie mogła nie pomyśleć o tym w jaki sposób poradzili sobie z Synami. Poczuła mdłości kiedy w myślach zamieniła ciało Animanta, na ciało żyjącego człowieka.

*

Desmond dostrzegł jakiś ruch we wnęce po prawej stronie i odruchowo wbił ostrze w martwe od dawna ciało. Jednym sprawnym gestem, zupełnie jakby ciął stary papier, pozbawił je możliwości ruchu. Żywe czy nie, ciało podlegało tym samym prawom. Żywe czy nie – dla Desmonda nie miało to większego znaczenia.

Utrzymywał pewną odległość od Garmana, nie tracąc go jednak z oczu. Znajdował się w Cieniu więc teoretycznie był niedostrzegalny, jednak nie chciał ryzykować z tym zakonnikiem. Jego siła woli sprawiała że był nieobliczalny. Lepiej było obserwować go z bezpiecznej pozycji. Widział jak rycerz powala kolejne ożywione ciała przebijając się głębiej w krypty. Wiedział że choć pokaźny, jego miecz będzie niedługo zupełnie bezużyteczny w ciasnych korytarzach. Liczył że upora się ze wszystkim zanim zrobi się tu zbyt grząsko.

*

Instynktownie i bez większych problemów powalił jeszcze kilka zbliżających się ożywionych ciał, w pełni pochłonięty parciem naprzód…

Kształty straciły wszelką ostrością i znaczenie. Wszystkie doznania zostały stłumione przez jedno, nienazwane, dobiegające z punktu unoszącego się przed nim. Wszystko dookoła zdawało się marszczyć i zwijać skupione wokół jaśniejącej w przestrzeni osobliwości. Garman poczuł jak jego ciało pada na kolana obezwładniona siłą której nie sposób się oprzeć.

*

Choć nie było to dla niego częste uczucie, kiedy dostrzegł jak Garman na kolanach ugina kark, poczuł zaskoczenie. Nie widział w tej pokruszonej i stęchłej komnacie nic co by w jakiś szczególny sposób odróżniało ją od tych które zostawili za sobą. Czuł panującą tu duchotę, ale nic poza tym nie rozpraszało jego uwagi. Zakonnik natomiast, wyglądał na bezsilnego. Desmond zdawał sobie sprawę że nie wróży to dobrze ich wyjściu cało z tych zasranych krypt. W ciemności dookoła poruszyły się kolejne ciała, kierujące się w stronę klęczącego mężczyzny

Niechętnie pomyślał że musi go pilnować póki ten wstanie na nogi, choć nie wiedział co było przyczyną jego stanu. I jeszcze ten glif. Biorąc pod uwagę co zaczęło się dziać nawet on musiał przyznać że nie można pozwolić tym truposzom swobodnie wyjść poza grobowiec. Już dawno żadna robota nie była tak zagmatwana. Kiedy pierwszy z nieumarłych wyciągnął wysuszone ramię w kierunku zakonnika, Desmond wyszedł z Cienia rozcinając najważniejsze ścięgna martwej ręki. Kilku ruszyło w jego stronę ale ich ruchy były dla niego zabawnie powolne. Kolejne ciała padały na podłogę obok klęczącego bez sił Garmana.

*

Jego myśli uciekły w bezpieczne miejsce. Do miejsca skąd płynęła jego siła. Kiedy był dzieckiem bawiącym się w ogrodzie dziadka. Tego który był pierwszym nauczycielem i opiekunem. Który bez słów potrafił przywołać małego chłopca do porządku. Ale dumą Garmana było to, że nie prowokował pełnego sił i mądrości starca do tego specyficznego groźnego spojrzenia. Garman wiedział ile mu wolno i przestrzegał tych granic za wszelką cenę.

Czuł jak coś masywnego i zepsutego napierało na jego wspomnienia. Wspomnienie kiedy pełen zapału i nadziei stał w progu domu, czekając na karoce która zabierze go do przystani. Na statek płynący w kierunku tajemniczej wyspy, gdzie miał znaleźć nowy dom – Zakon Apologetów. By kiedyś zostać kimś ważnym i silnym. Zdolnym zmieniać los swój i innych na lepsze. Pamiętał jak stary opiekun z dumą patrzył na swojego wychowanka. W jego oczach odbijała się ulga…

Ogromny wysiłek kosztowało by odeprzeć kolejną falę rozkładu która chciała wedrzeć się w jego medytacje i wspomnienia.

Ulga? Ulga była tu nie na miejscu. Ulga to przecież uczucie jakie towarzyszy pozbyciu się ciężaru, świadomość bliskiego odpoczynku. Czy on był obciążeniem dla tego uwielbionego przez wnuka człowieka? Przykrym obowiązkiem który ten musiał podjąć gdyż zmusiło go do tego życie? Przez myśl Garmana przewinęły się sceny jakie były i jakie być mogły. I we wszystkich, starzec choć silny i opiekuńczy, twarz miał zmęczoną. Pełną jakiegoś głębokiego smutku który umykał beztroskiemu chłopcu.

Pulsowanie Rozdarcia było niemal łakome. Było brakiem, pustką która przybrała moc oddziaływania na fizyczny świat. Potrzebowała wypełnienia…

Przecież był sprawiedliwy i uczciwy. Roztaczał opiekę jak niegdyś nad nim roztoczono. A jego wybory były słuszne gdyż innych nie podejmował. To wszystko było tak proste przecież…

Drżenie starca do którego tulił się w przerażeniu. Krzyki ludzi dookoła, mężczyźni biegający pośpiesznie z miejsca w miejsce. Żar który fala za falą uderzał w jego plecy. Krzyk kobiety, tej najbardziej znajomej, która uwięziona w pułapce bez wyjścia, skazana jest na widok ojca i syna czekając na płonące objęcia śmierci…Drzwi za które nigdy nie powinien przechodzić.

*

Z łatwością otworzył oczy, czując jak pulsowanie w głowie i w jakimś nieokreślonym punkcie przed nim zelżało.

Drzwi za które jednak przeszedł. Świece które uwielbiał zapalać mimo próśb i zakazów. Zapalone tuzinami wydawały się ognistymi duszkami które otaczały chłopca. Kiedy pomyślał o tym klęcząc bez siły, poczuł jak jego ciało zaczyna drżeć.

Jak ciało starca który w bezsilności patrzył, jak płonie jego dom z córką i jej mężem w środku. A w jego ramionach szuka oparcia odpowiedzialny za to bękart.

Pomyślał o trzech dekadach w których te fakty dla niego nigdy nie zaistniały. Ani te, ani inne które nie chciały przystawać do świata jakim chciał go widzieć. Jak nagle zdał sobie sprawę z krwi, kłamstw, przeinaczeń których był przyczyną i źródłem. W imię misji. Tej którą sam sobie wmówił i która nigdy nie musiała mieć miejsca.

Czuł, jak smutek i rezygnacja wypalają jego duszę. Jak z pustki z której zdał sobie sprawę zaczęły napływać wątpliwości.

*

Kolejne animowane ciało padła na ziemię. Desmond poruszał się między ociężałymi tworami bez trudu unikając ich powolnych ramion. Noże pracowały szybko i precyzyjnie. W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że w sali robi się za ciasno, a widok kolejnych sylwetek wyłaniających się z mroku go nie uspokajał.

– Kurwa, wymodliłeś się już? – rzucił w stronę Garmana który sprawiał wrażenie pogrążonego w jakimś transie. Kolejny unik i zatopione w martwym ciele ostrze. Nie liczył na zbytnie sukces próby, najwyżej sam się zwinie, i zostawi robotę samej sobie…Od strony klęczącego Garmana dobiegł go szczęk pancerza. Uczucie ulgi wypełniło westchnienie zakonnika i meandry duszy Desmonda.

*

Moment olśnienia był dla Garmana niczym pozbycie się z siebie grubej skorupy. Świadomość faktów jakie były a nie jak je postrzegał do tej pory była niemal przytłaczająca. Gdzieś pomiędzy tym pojawiło się lekkie uczucie zostawiania za sobą ciężkiego brzemienia. W tym samym momencie uświadomił sobie wszystkie wątpliwości jakie nim targają. Zobaczył i poczuł własną słabość. Niczym lód w żyłach pojawiała się świadomość że wszystko dookoła jest w pewien sposób niejednoznaczne. Jasna granica między światłem a mrokiem zniknęła.

I jednocześnie zdał sobie sprawę że Rozdarcie przed nim ustało. Zniknęło zupełnie jakby nigdy go tutaj nie było. Odpowiedź na pytanie czy nie było kolejnym wytworem jego psychiki zostawi sobie na kiedy indziej.

Wszędzie dookoła słychać było jęki, szuranie. Co jakiś czas ożywione ciało padało bezwładnie. Instynktownie zerwał się z kolan wyprowadzając zamaszysty cios Daralganem w nadchodząca grupę animantów. Padły bezwładnie na ziemię. Lata szkolenia bojowego były prawdziwe.

– No nareszcie! – głos którego ton gryzł w ucho Garmana rozbrzmiał gdzieś z boku. Dostrzegł jak między nieumarłymi lawiruje Desmond co chwile posyłając kolejnego z powrotem w śmiertelny bezruch – Możemy spierdalać?

Uderzył go fakt że obecność tego mężczyzny tutaj w tym właśnie momencie wydaje mu się niepokojąco podejrzana. Jednak kiedy dostrzegł jak ożywione ciała napływają nieprzerwanie z kolejnych korytarzy tylko skinął głową przebijając się w kierunku z którego przyszedł.

*

Wzmocniony glif migotał poprawiony dzięki radom i wskazówkom Kozy. Potem znajdzie sposób żeby umniejszyć jego zasługi, na razie byli za bardzo zajęci nadchodzącymi istotami. Zaczęły pojawiać się w korytarzu prowadzącym w głąb krypt coraz częściej i śmielej. Nie było wielką sztuką domyśleć się, jak sytuacja wygląda w dalszych częściach kompleksu. Kiedy niektóre z nich podchodziły zbyt blisko i pojawiały się w kręgu światła wysyłała w ich stronę rozgrzaną do czerwoności falę uderzeniową. Stojący obok Koza kontynuował swoją ulubioną sztuczkę z usuwaniem części ciała z ich należytego miejsca. Wyglądał przy tym na rozbawionego.

– Myślisz że mogą tam potrzebować pomocy? – Jentta nawet nie starała się ukryć obawy w swoim głosie.

– Myślę że jak się we dwóch dogadają to powinni z łatwością się tu przebić. Desmond wie jak radzić sobie w takich sytuacjach – Koza wypatrywał w ciemności korytarza kolejnych ciał.

– Garman w sumie też… – Jentta przez chwilę się wahała – jeśli się dogadają mówisz?

W ciszy jaka zapadła z głębi krypt dobiegły kolejne stłumione jęki. Kiedy po chwili z przekleństwem w ustach Koza ruszył w głąb korytarza Jentta odruchowo ruszyła za nim.

*

Widział jak Garman parł naprzód przez nadchodzących nieumarłych jak niedźwiedź. Był mężczyzną słusznej postury i wykorzystywał ją całkowicie na swoją korzyść przeciw ożywionym zwłokom. Kiedy dostępne miejsce na to pozwalało Daralgan powalał jednego za drugim. Kiedy robiło się ciaśniej, pięści uzbrojone w pancerne rękawice i ćwieki na pancerzu kontynuowały dzieło zniszczenia. Desmond zdecydował się trzymać na granicy zasięgu zakonnika, uważając żeby żaden z truposzy nie zaszedł go od tyłu. Nie żeby miało to większe znaczenie już w tym momencie, ale chciał bezpiecznie dojść do glifu. Potem zajmie się zleceniem od Zakonu.

*

Walka była orzeźwiająca dla Garmana. Czuł jak odpycha na bok wszystkie myśli i koncentruje się tylko na nadchodzącym zagrożeniu. Posuwać się do przodu, za wszelką cenę. W stronę miejsca gdzie czeka na niego Jentta. Czuł przeszywającą tęsknotę do spokoju u jej boku. Wiedział że ostatnie wydarzenia jeszcze mocniej proszą się o jej zbawienną obecność.

Poczuł w pewnym momencie jak kruche zęby starają zacisnąć się na jego dłoni. Opancerzoną rękawice zacisnął na żuchwie potwora, a następnie z całej siły wbił ją, razem z całą głową, w ścianę obok.

Kiedy sięgnęły po niego kolejne ramiona starające się go powstrzymać, z jego gardła dobył się niemal zwierzęcy okrzyk.

*

Garman otoczony ze wszystkich stron w wąskim przejściu obkładał nieumarłych solidnymi razami. I blokował wyjście z komnaty. Desmond wiedział że nie wytrzymają długo takiego tempa. Zbyt daleko do sali z glifem. Pchnął, przeciągnął, odrzucił martwe ciało na bok i ruszył do przodu. Wszedł w Cień i bez problemu znalazł się z drugiej strony kłębowiska ciał, w wąskim korytarzu. Trudno, glifu nie zamkną ale przynajmniej cała reszta będzie osiągnięta. Pierdolić to, przeżyj dziś żeby działać jutro. Czuł bezpieczne przejście za plecami kiedy zdał sobie sprawę że dwa z czterech ciał jakie odgradzały Garmana od tego korytarza ruszają siew rytm ruchów walczącego. Po raz kolejny martwe, uczepione zadziorów na jego pancerzu. Wystarczy dwóch usunąć…Klnąc pod nosem porozcinał ścięgna jednego i rozbił czaszkę drugiego animanty.

*

Czując swobodne przejście z jednej strony, Garman zrzucił z siebie rozczłonkowane ciała, po czym obydwaj ruszyli biegiem wzdłuż korytarza. Kolejne sale i korytarze były coraz trudniejsze do przejścia. Bezmyślne ale nieustępliwe ożywione ciała parły w ich stronę mozolnie, nie bacząc na żadne przeszkody.

Kiedy wbiegli do szerokiej sali w której czekało kolejne niemal dwa tuziny ciał Desmond zdał sobie sprawę jak beznadziejna jest sytuacja. Jęki i szuranie które wypełniało korytarz za ich plecami dobitnie mu to potwierdziły.

*

Koza widział jak zakonnik sięga po Daralgana i zamachuje się na nadchodzące stwory. Desmond poruszał się błyskawicznie przy nim, choć gdyby chciał, już dawno byłby w bezpiecznym miejscu. Kolejne ciała padały na posadzkę, jednak korytarzami nadciągały kolejne. Dekady składania i konserwowania zmarłych upomniały się o uwagę. Stojąca obok Jentta ciężko dyszała

– Chwilę…potrzebuje… – Koza zwrócił uwagę na drżenie jej dłoni – Nie dam rady bez przerwy…

Koza wiedział o czym mówiła. Sam czuł powoli zadyszkę związaną z odganianiem się od nieumarłych. Wiedział że nie mogą tak bez końca. Skoncentrował się na punkcie pośrodku tłumu który stał między nimi a walczącymi…

*

Plecy momentalnie zalał mu lodowaty poty kiedy poczuł na twarzy ruch powietrza przy akompaniamencie ogłuszającego pustego trzasku. Desmond dostrzegł jak jednocześnie cała horda została pchnięta w ich stronę, a następnie pociągnięta gwałtownie w tył. Kilka stworów było wciąganych w jakiś mały punkt unoszący się w powietrzu pomiędzy nimi. W powietrzu latały fragmenty ciała i połamanych kości.

Z korytarza którego przejście stało się teraz dostępne dobiegł smród obory. Kiedy zdał sobie sprawę o co się otarł pod skórą poczuł paraliżujące przerażenie.

– Do glifu! – Krzyknął do nich Garman, blokując nieumarłym dostęp do korytarza. Zamachnął Daralganem kiedy nadeszła kolejna horda.

Desmond dobiegł do magów i cała trójka zaczęła cofać się w kierunku widocznego na posadzce jarzącego się symbolu. Koza zerknął przez ramię w kierunku walczącego Garmana.

– Musi mieć chwilę spokoju tam żeby się cofnąć. Inaczej przejdą wszystkie po nim… – Desmond uznał że obawa jaka przebiła w głosie partnera nie dotyczyła jedynie jego własnego losu

Kiedy Jentta dopadła glif kładąc na nim dłonie, ten od razu zaiskrzył się cały, migocząc lekko, jakby niecierpliwie oczekując na aktywację.

– Garman! – Jej krzyk jaki poniósł się dookoła miał w sobie coś z bezsilnej rozpaczy

*

Garman nie patrzył w te martwe twarze. Wiedział że te ciała nie mają nic wspólnego z osobami którymi były za życia. Mimo pieczenia ramion, powstrzymywał niewzruszenie nadchodzące potwory. Zbyt wiele żeby zabić. Trzeba zapieczętować i potem się pozbyć…Jej krzyk dobiegł jego uszu przez szuranie ciał i martwe jęki. Z trudem powstrzymał odruch żeby spojrzeć w jej stronę. Musiał odepchnąć jednego z nich od swojej twarzy. Kiedy w końcu zaryzykował i zerknął przez ramię dostrzegł że Jentta klęczała przed glifem, a Desmond z Kozą stoją obok, gotowi do pomocy. Zamachnął się Dalarganem znad głowy wbijając ostrze głęboko w trzech najbliższych ożywieńców. Poczuł jak miecz utknął i nie mógł go wyszarpać. Widząc kolejnych nadchodzących, nie myśląc wiele, puścił rękojeść i odwrócił się w kierunku glifu biegnąc w jego stronę. Czuł ból i zmęczenie. Nie potrafił zrozumieć czemu wszystko nagle porusza się w górę.

*

Jentta dała się porwać uldze widząc jak Garman rusza w ich kierunku. Kiedy dostrzegła, jak w jakiś niejasny dla niej sposób, nagle się przewrócił poczuła dziwne odrętwienie. Kilka kroków za jego plecami majaczyły nadchodzący nieumarli.

*

Było blisko. Desmond odruchowo rzucił się w kierunku leżącego Garmana, zdając sobie sprawę że robi to tylko dla zachowania pozorów. Było za późno, a on czuł satysfakcję. Uwielbiał kiedy praca robiła się sama za niego.

*

Koza dostrzegł jak wokół nogi wycieńczonego Garmana owija się martwa dłoń. Chciał krzyknąć i ostrzec…poczuł jednak jak myśli nie mają impetu by wprawić ciało w ruch. Kiedy krzyczącego zakonnika pokryła fala ciał jego myśli błyskawicznie uleciały w bezpieczniejsze miejsce.

*

Desmond zdawał sobie sprawę że jako jedyny zachował trzeźwy umysł. Był kilkanaście kroków przed Garmanem i zwolnił. Zakonnik wciąż starał się bronić, jednak stwory zaczęły się wgryzać zachłannie w jego ciało. Trysnęła gorąca krew, krzyk konającego przemienił się w bulgot. A bezmyślne stwory wpadły w szał czując pod sobą szarpane konwulsjami ciepłe ciało. Desmond przypomniał sobie o pozostałych zmarłych którzy nadchodzili korytarzami, i o glifie który tylko czekał na Garmana. Wiedział też że będzie potrzebował dowodu.

*

Kiedy Koza zobaczył jak Desmond wyciąga zza pleców niewielki tasak potrafił jedynie stanąć przed klęczącą w odrętwieniu Jentte żeby zasłonić jej widok.

*

Ramię Garmana wystawało spod kłębowiska szarpane co jakiś i popychane przez tłoczące się stwory. Kolcza rękawica dzwoniła, trzymając się całości jedynie na kilku kółkach. Nie tak dawno zaciśnięte w pięść, dzierżące miecz. Teraz ledwo trzymające się reszty ciała…

*

Koza zdawał sobie sprawę z tego na co patrzy choć nie do końca mógł w to uwierzyć. Desmond biegł w ich stronę trzymając w dłoni coś ciepłego i ruchliwego. Wszystko było zalane krwią zakonnika, na posadzkę odpadł element pancerza, a ucięta dłoń zaciskała się i otwierała spazmatycznie. Głos Desmonda dobiegał jak z głębi otchłani choć ten krzyczał.

– Wystarczy? – Jak na jakimś makabrycznym śnie Koza widział jak Desmond rzuca odcięte ramię na centralny punkt glifu i sam przetacza się na drugą stronę – Koza! – Coś uderzyło go w tył głowy

Tak, wystarczy. Ciało zachowuje pamięć o duszy jeszcze kilka…Mag odruchowo wykonał gesty łączące mistyczne runy zamykając symbol w nieprzerwany ciąg znaków przechodzących przez zakrwawione muskularne ramię

*

Kiedy pierwsze z trupów były już kilka kroków od nich, symbol rozjarzył się błękitnie a potem wzdłuż jego średnicy pojawił się jakiś migoczący refleks w powietrzu. Pierwszy z potworów wpadł na niego i odbił się od niewidocznej ściany. Zaraz po nim kolejne, tłocząc się bezsilnie w korytarzu w którym pozostałe ucztowały na ciepłym jeszcze ciele. Siedząc na posadzce Jentta zdała sobie sprawę że od jakiegoś czasu płacze, choć jednocześnie czuła jak jej duszę wypala dziwne odrętwienie.

 

EPILOG

 

Sala „U Morriego” znów był pusta. Z trudem tu wrócili, a stan kobiety im w tym nie pomagał. Otępiała zamknęła się w pokoju. Kiedy przypominał jej o zapłacie poczuł się odrobinę podle.

Siedzący sam Desmond patrzył na grubą warstwę śniegu za oknem, w którym odbijało się światło księżyca. I liczył. Nawet Koza zdecydował się na swój pokój, zostawiając po sobie na stole jedynie rząd równo ułożonych przedmiotów. Było oczywiste, że w kryptach mag poważnie się nadwyrężył, i minie sporo dni w ciszy zanim wróci do swojego normalnego stanu. Desmond trącił od niechcenia jeden z widelców leżących na stole. Stary, głupi, dał się ponieść.

W palcach obracał zerwany z martwego ramienia sygnet. Wystarczający dowód skończonej roboty. Ludzie w Mudhroll zapłacą za niego tyle, żeby razem z kompanem uwolnili się od Raka. I zaklepali miejsce na statku do Wiecznocienia. W brudnej szybie za którą leżało pogrążone w nocy miasto, zobaczył uważnie przyglądając się mu spojrzenie nieruchomych oczu.

*

Skrzypienie podłogi w korytarzu pod czyimiś krokami. Ciemny pokój, i nienaturalnie duże łóżko. Myśli Jentty się zatrzymały. Pamiętała że płakała, choć teraz wydawało jej się że działo się to bez jej udziału. Dookoła panowała nieruchoma noc której nie mącił niczyj głęboki oddech. Zasypiała, licząc że poranek przywita ją w innym miejscu, w innym czasie.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Jest tu jakiś pomysł na świat i fabułę. Podobała mi się końcówka. Ale całość nieco ginie w natłoku opisów. Może poszło o to, że nie są precyzyjne, może o to, że nie lubię naparzanek, może o warsztat, ale wydaje mi się, że tekst mógłby sporo zyskać na cięciach. I odrobinę na odpatosowieniu. Ale to kwestia gustu.

Bohaterom pewnie by nie zaszkodziło dodanie więcej cech prywatnych. Bo na razie są głównie zawodowcami – ten mag, tamten zakonnik…

Z wykonaniem bardzo tak sobie. To nie tylko interpunkcja, o której ostrzegasz w przedmowie. Także mnóstwo literówek i problemy z pisownią łączną/ rozdzielną.

W murach warowni były dwie bramy. Jedna otwierała się na wschód, w stronę miasta. Druga, na zachodniej stronie, zamknięta była masywną żelazną bramą.

Czyli brama zamknięta byłą bramą? I tak bez końca? ;-)

Wyniosłe sklepienie Cichego Domu, głównej kaplicy kultu Sekosa, miał niemal pięćdziesiąt metrów średnicy

Sklepienie miało. Czy w Twoim świecie była rewolucja francuska, że używa się metrów?

Próbujący otworzy bramę Desmond, zaklną siarczyście po czym podbiegł truchtem przez zawieje z powrotem do wozu. W jego oczach widać było tłumioną dezorientacje.

Kumulacja literówek – cztery w dwóch zdaniach. BTW, przecinek po “siarczyście”. Czy można siarczyście kląć?

zakonnik był zdolny do wyłamania łańcuchów łomem i gołymi rękoma.

Czy łańcuchy się wyłamuje?

Pomyślał o 3 dekadach w których te fakty dla niego nigdy nie zaistniały.

W beletrystyce liczby raczej piszemy słownie. Nie rozumiem tego zdania. Brak przecinka.

wysyłała w ich stronę rozgrzaną do czerwoności falę uderzeniową.

Czy fala uderzeniowa ma kolor?

Babska logika rządzi!

Przeczytałam dwie pierwsze części, potem przeskanowałam dalej i przeczytałam końcówkę, ale nie rzuciło mnie to wszystko na kolana. Ot, fantasy, dark fantasy, jakich wiele. Cień pomysłu z tymi nieumarłymi się tu snuje, ale wprowadzasz go nieudolnie, na dodatek początek jest tak niemiłosiernie przegadany, że pod koniec drugiej części zastanawiałam się, czy w ogóle cokolwiek się wydarzy. Tekst z pewnością zyskałby na potężnych cięciach, tak do połowy obecnej objętości. Zwłaszcza że, jak słusznie zauważyła Finkla, bohaterowie są pozbawionymi cech indywidualnych postaciami, więc ich kolejne rozkminy średnio wciągają. Infodumpy też mogłyby być podane subtelniej. Po prawdzie informacje o położeniu geograficznym miasta w obrębie fantasylandu, o którym czytelnik nic nie wie, niczego nie wnoszę, więc w ogóle są zbędne.

 

Przecinki istotnie szaleją. Jedno z pierwszych zdań pokazuje, że kompletnie nad nimi nie panujesz, bo przecinek jest tam, gdzie go być nie powinno, a nie ma go tam, gdzie najprostsze szkolne zasady każą go wstawić! “Za zamkniętymi okiennicami[-,] słychać było zawodzenie zimowego wiatru[+,] który od kilku dni nie oszczędzał miasta.“ Innych błędów interpunkcyjnych nie wskazuję, bo musiałabym spędzić nad tym pół dnia.

Styl raczej marny, nie czyta się tego płynnie.

 

“– Beznadziejny jesteś, wiesz? – mruknęła przesuwając paznokciami po jego twardym i szorstkim ramieniu.

Nie odpowiedział. Nie raz już się spotykał z taką ignorancją i nauczył się ją akceptować. Nie każdy, tak jak on, potrafił dostrzec prawdziwą wartość życia i podejmowanych w jego trakcie działań.”

Jak dla mnie, non sequitur. Dlaczego opinia kobiety o facecie miałaby być dowodem jej ignorancji? A ostatnie zacytowane zdanie aż zgrzyta patosem.

 

“mieście gdzie liczyły się tylko pieniądze i zmarli“ – co to właściwie ma znaczyć? Że to miasto, w którym mieszkają wyłącznie archetypowi westernowi przedsiębiorcy pogrzebowi?

 

“Zaczęło się w leaffallu“ – ale potem masz metry. Trochę konsekwencji światotwórczej. Leafall nie jest miesiącem z francuskiego kalendarza republikańskiego, co uzasadniałoby system metryczny. Na dodatek używasz angielskiego “sir” (powinno się pisać małą a nie dużą literą), co już z systemem metrycznym kłóci się epicko

 

“Kiedy zbliżali się do zabrudzonych sadzą murów Cytadeli” – sadzą? Dlaczego mury zabrudzone sadzą? W ogóle zabrudzony to może być podkoszulek, widelec czy inny drobiazg, ale do murów średnio to pasuje

 

“W zgniłym mężczyźnie siedzącym obok Desmonda wyczuwała pewne zniecierpliwienie.” – znaczy on był trupem? Zniecierpliwionym trupem? To może jakoś tłumaczyłoby kwestię tego, że liczyli się tylko zmarli…

 

“Wiedziała że Garman mimo zadumy doskonale zdawał sobie sprawę z toczącej się rozmowy.” – skąd wiedziała? Telepatka? Nawet jeśli go znała, mogła to jedynie podejrzewać z dużym prawdopodobieństwem

 

Używasz wulgaryzmów, które nie pasują do realiów, jakie przedstawiasz.

 

“Desmond odruchowo sprawdził obecność długich noży przy pasie. Nienawidził się angażować bez potrzeby.” – non sequitur. Jeśli już, to nienawidził, a mimo to sprawdził

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Aha, leaffall mi się podobał. Neologizm, ale wiadomo, o co chodzi. :-)

Babska logika rządzi!

Finkla, dzięki za uwagi. Do rzeczy:

 

Bohaterom pewnie by nie zaszkodziło dodanie więcej cech prywatnych. Bo na razie są głównie zawodowcami – ten mag, tamten zakonnik…

Tej sztampy celowo się trzymałem. Ułatwiło stworzenie postaci do obranej konwencji. I całkiem sporo “zabawy” przy ich pisaniu dało.

 

Czyli brama zamknięta byłą bramą? I tak bez końca? ;-)

Nie, czyli jedna na wschodniej ścianie, druga po przeciwległej – czyli na zachodniej.

 

Sklepienie miało. Czy w Twoim świecie była rewolucja francuska, że używa się metrów?

Poprawione. Nie, nie było, ale przy całym obmyślaniu świata ten jeden detal mi umknął ;) Dlatego zostałem przy ogólnie przyjętych jednostkach.

 

Czy można siarczyście kląć?

W związku frazeologicznym chyba tak. Sprawdzę.

 

W beletrystyce liczby raczej piszemy słownie. Nie rozumiem tego zdania. Brak przecinka.

+. postaram się cały tamten fragment przeczytać jeszcze parę razy i poprawić. +

 

Czy fala uderzeniowa ma kolor?

Ta miała ;) Od koloru tego co unosiło się w powietrzu podczas jej powstawania.

Bramy. No, w tej chwili z zaznaczonego fragmentu wynika to, co napisałam. Spróbuj jakoś przerobić.

Babska logika rządzi!

Leaffall jest ok słowotwórczo, choć czemu w fantasylandzie mają angielskie słowotwórstwo?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

drakaina

 

Infodumpy – masz rację. Ale to za pewne wyszło z nadmiernej ilości faktów jakie przed i w trakcie pisanie się pojawiły. I z chęci przekazania wszystkiego w tekście (skąd ona? nie wiem. Błędy nowicjusza).

Styl raczej marny, nie czyta się tego płynnie.

Pisało się też nie najlżej.

 

Jak dla mnie, non sequitur. Dlaczego opinia kobiety o facecie miałaby być dowodem jej ignorancji? A ostatnie zacytowane zdanie aż zgrzyta patosem.

Bo w zamyśle cała jego postać taka miała być. Patetyczna.

 

co to właściwie ma znaczyć? Że to miasto, w którym mieszkają wyłącznie archetypowi westernowi przedsiębiorcy pogrzebowi?

Blisko choć nie do końca. Liczyłem że w późniejszej części uda mi się pokazać jak wyglądał pełen obraz tej kwestii.

 

sadzą? Dlaczego mury zabrudzone sadzą? W ogóle zabrudzony to może być podkoszulek, widelec czy inny drobiazg, ale do murów średnio to pasuje

Bo jest zimno i ludzie palą w piecach. A przy gęstej zabudowie zdarza się że ten dym zostaje jako sadza na ścianach w pobliżu kominów. Co do zabrudzenia – poprawię.

 

znaczy on był trupem? Zniecierpliwionym trupem?

To bardziej kwestia tego jak ci którzy wiedzą jak “czarować” widzą świat dookoła siebie.

 

skąd wiedziała? Telepatka? Nawet jeśli go znała, mogła to jedynie podejrzewać z dużym prawdopodobieństwem

Bo go znała, a on siedział metr od nich, jadąc na tym samym wozie.

 

Uwagę o płynności czytania i jakości stylu mocno wezmę pod uwagę.

 

theNacie, dzięki za wyjaśnienia, ale pamiętaj, że Ty wiesz pewne rzeczy jako autor, a czytelnik dostaje tylko to, co zapisałeś w tekście. Zazwyczaj lekturze nie towarzyszy rozmowa z autorem, w której da się wyjaśnić niezrozumiałe kawałki. Powinieneś pisać tak, żeby elementy istotne dla odbioru tego, co naprawdę chcesz opowiedzieć, znalazły się w tekście, a nie pozostawały jedynie w Twojej głowie.

 

I tak przyglądając się nadal omawianym przypadkom:

 

Liczyłem że w późniejszej części uda mi się pokazać jak wyglądał pełen obraz tej kwestii.

Niby tak, pokazujesz to, ale pierwsze wrażenie jest ważne. Dodaj po tym zdaniu o pieniądzach i zmarłych choćby ślad, że wiesz, co mówisz. Jeśli już teraz wprowadzisz kwestię zmarłych w nieco większym stopniu, nic się nie stanie, bo to nie jest jakiś szczególny twist.

 

Bo jest zimno i ludzie palą w piecach. A przy gęstej zabudowie zdarza się że ten dym zostaje jako sadza na ścianach w pobliżu kominów.

Być może zmyliło mnie użycie przez Ciebie słowa “cytadela”, ponieważ ma ono konkretne historyczno-architektoniczne znaczenie i nie pasuje do gęstej zabudowy. Gęsta zabudowa może znajdować się we wnętrzu cytadeli (niezalecane!!!), jeśli jest ona samowystarczalnym bytem plus minus miejskim, albo w oddaleniu od niej, jeśli cytadela stanowi element fortyfikacji miasta. A poza tym gdyby ta sadza tak łatwo osiadała na murach, że aż tak rzuca się w oczy, to nie dałoby się w tym mieście niczego dotknąć.

 

o bardziej kwestia tego jak ci którzy wiedzą jak “czarować” widzą świat dookoła siebie.

Ale wiesz, że z tekstu to nijak nie wynika? W tekście mamy jedynie zły frazeologizm (”zgniły człowiek”).

 

Bo go znała, a on siedział metr od nich, jadąc na tym samym wozie.

Nadal: nie może mieć pewności, a jedynie wnioskować na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Takie drobiazgi są istotne, jeśli chcesz mieć wiarygodnych bohaterów i fabułę. Wystarczy małe złagodzenie: była przekonana; dobra znajomość z X podpowiadała jej; znając X, mogła założyć…

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Finka, drakaina:

 

Co do metrów, tytułów czy nazw miesięcy. Celowo użyłem takich nazw do opisania świata który nigdzie nie istnieje, licząc że pomoże to trochę w jego odbiorze. A nieszczęsny leaffall ma się do świata jak pięść do nosa, jednak nazwę na tyle polubiłem że postanowiłem ją wykorzystać.

Poza tym, wprowadzanie (dla przykładu) tytuły honorowego dla jednej z postaci, prosto ze świata opowiadania, wymagało by choć odrobiny wyjaśnienia czytelnikowi co czyta. A to by jeszcze bardziej rozsadziło objętość tekstu.

 

drakaina:

Dodaj po tym zdaniu o pieniądzach i zmarłych choćby ślad, że wiesz, co mówisz.

+

 

Kwestie dymu, sadzy….myślę że zostawię to na parę dni i jak odpocznę od tekstu to poprawię to ze świeżą głową.

 

Ale wiesz, że z tekstu to nijak nie wynika? W tekście mamy jedynie zły frazeologizm (”zgniły człowiek”).

Dlaczego zły? (Nie, to nie jest czepialstwo)

Bo nie wiadomo, o co chodzi. Zgniły może być owoc itp. czy trup (no i oczywiście kapitalizm), ale kiedy piszesz “człowiek”, to wyobrażamy sobie kogoś żywego, kto może, owszem, cuchnąć zgnilizną albo mieć gnijące ciało, co by wskazywało na to, że jest chory albo nieumarły – zapewne o to Ci chodziło. A tak to trochę nie wiadomo, czy nie chodzi np. o zgniliznę moralną ;) “Czarujący” w Twoim świecie mogą używać takiego slangu na nieumarłych czy cokolwiek innego, ale wtedy też musisz to zgrabnie wyjaśnić czytelnikowi.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

drakaina:

 

W dobrym kierunku idziesz. Oczywiście ze mógłbym napisać np

Siedzący obok Desmonda mag dla jej magicznych zmysłów śmierdział. Energia z której najwyraźniej czerpał zbyt często wypełniała go całego i rozlewała się dookoła. Jednak ten smród…jeśli swój sposób kształtowania magii mogła uznać za poprawianie i wygładzanie rzeczywistości na powieszchni, tak on sięgał głęboko i manipulował przy jej samych korzeniach.

I dalej o tym że im głębiej, tym więcej starych i zepsutych rzeczy. Mógłbym o tym pewnie i całą stronę napisać tłumacząc całą magię i metafizykę w krótkim opowiadaniu…ale.

Objętość.

Pisząc z perspektywy danej osoby (Jentty) starałem się tak przedstawiać świat jak ona go postrzega. Może dlatego ten “zgniły mężczyzna” mi przyszedł na myśl, bo uznałem że to będzie pierwsze skojarzenie jakie nasunie się na myśl obserwatorce.

Ale to już chyba element stylu i warsztatu.

 

Pisząc z perspektywy danej osoby (Jentty) starałem się tak przedstawiać świat jak ona go postrzega

To dobra technika, ale trzeba z nią uważać w obie strony: 1) żeby bohater nie wiedział czegoś, czego jednak nie ma prawa wiedzieć; 2) żeby za dużo nie pozostawić domysłowi czytelnika, bo “bohater wie” (i autor wie).

 

Objętość… Lepiej napisz to, co właśnie powyżej napisałeś jako propozycję wyjaśnienia wewnątrz tekstu, a zrezygnuj z mnóstwa niepotrzebnych informacji, które zawarłeś w tekście, a nawet z fragmentów naparzanki (fabuły). Bo to akurat jest ważne, może najważniejsze. To Ci definiuje, na czym polega zarówno jakiś wycinek magii w tym świecie, jak i konkretny talent bohaterki. Dalej i głębiej (całej strony) nie trzeba. Tyle wystarczy. Ale dzięki temu czytelnik będzie wiedział, o co tu chodzi.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmm, jest tu garść fajnych pomysłów, nawet jeśli nienowych. Podróżująca para zakonników mająca się ku sobie, walcząca wewnętrznie to wręcz temat na cały motyw poboczny. Nieumarli w tej wersji mają w sobie coś interesującego. Podobnie ekipa poboczna – Desmond i Koza.

Niestety, nadal jest wiele do poprawy. Mnie raził język – wulgaryzmy to jedno, ale jakoś mi nie pasowały do epoki. Kres w “Galerii złamanych piór” przestrzega przed łamaniem pewnych konwencji (np. fantasy średniowieczne to i język trochę podobny). I tutaj widzę pewne problemy, choćby w pierwszym dialogu Kozy z Desmondem. Czułem się raczej jak na blokowisku niż w karczmie.

Ogółem pomysł jest, technicznie jest wyboiście, a tematycznie ni ziębi, ni grzeje. Jest nad czym pracować w następnym koncercie fajerwerków, ale widzę potencjał. Chwytaj przydatne do tego linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan:

 

Dzięki na linki, skorzystam

 

Co do wulgaryzmów i języka:

Nie chce zaczynać dyskusji o “realiach średniowiecznego fantasy” ale,

Podobnie jak problemem metrów wyżej – używałem takich żeby tekst był bardziej “bliższy” czytelnikowi nawet jeśli trochę bije po oczach. I w sumie twój odbiór karczmy, jest czymś w kierunku tego co chciałem osiągnąć. Poza tym, tania noclegownia czy pijalnia nie jest szlacheckim zajazdem z Pana Tadeusza, wiec i mowa osób które z niej korzystają nie będzie zbyt kwiecista.

Ekhem, szlachecki “zajazd” (”ostatni na Litwie”) w Panu Tadeuszu to jest zbrojna napaść na sąsiadów… W czasach, w których dzieje się “Pan Tadeusz” szlachcic czy nie szlachcic mieszkał w drodze na polskich ziemiach podle albo bardziej podle. W przydrożnych karczmach były zazwyczaj wspólne izby do spania, a kto chciał oszczędzić pieniędzy spał w stajni. Wcześniej było gorzej, a nie lepiej. Pewnie, jedne gospody czy stacje pocztowe były lepsze (wg źródeł np. w dobrach magnackich), inne gorsze, ale zasadniczo czegoś takiego jak eleganckie przybytki noclegowe dla bogaczy długo jeszcze nie było.

Natomiast NWM ma rację – takie “przybliżanie” przy pomocy anachronizmów zazwyczaj nie działa, zauważ, że nawet Sapkowski unika akurat języka spod współczesnej budki z piwem.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie chce zaczynać dyskusji o “realiach średniowiecznego fantasy”

Nie chodzi mi o realia średniowieczne, bo gdyby je stosować, ludzie mieliby problem ze zrozumieniem, o czym są dialogi :) Chodzi o to, że tak naprawdę zostajesz porównany do panującego powszechnie obrazu. Piszesz “rycerz” – bam, czytelnik ma w wyobraźni gościa w pełnej płycie gotyckiej, z mieczem, tarczą , na koniu smukłym niczym te rasy arabskiej. Ilu z nich wyobraziłoby sobie gościa w przeszywanicy, na to mającym założoną zbroję lamelkową i elementy kolczugi, z włócznią, toporem, buzdyganem i koniem uchodzącego dzisiaj za pociągowego? Ilu zna w ogóle te pojęcia, które wymieniłem?

To właśnie radzi Kres w “Galerii Złamanych Piór” – trzeba być świadomym, co czytelnik rozumie pod pojęciami, które przedstawiasz. I dlatego pisząc o karczmie, w której ludzie mówią nam współcześnie, nic nie przybliżasz. Ludzie patrzą na Twój obraz, potem na to, co znają z Sapkowskiego, Kresa czy amerykańskich nowel i nijak im to nie pasuje. Rodzi się dysonans.

Oczywiście to nie jest złe iść w przeciwną stronę niż utarte schematy. Ale to wymaga pewnego wyczucia i zrozumienia, by z kolei czytelnika nie wyrzucić z ostro pędzącego pojazdu. Jednak, jeśli się powiedzie, może przynieść znacznie większy splendor niż płynięcie z prądem :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziś (jutro?) zapoznam się z tym co w linkach. Generalnie rady wziąłem sobie do serca i przy następnym podejściu postaram się to jakoś wypośrodkować. I przyciąć opisy -_-

Rycerz jednak nie rzuca mięsem, szuja już tak. W ten sposób chciałem podkreślić też różnicę między statusem, charakterem i ogólnym stylem bycia postaci. Dlatego jedna z nich miała być spod znaku patosu, druga – trochę mniej wyszukanego sposobu wyrażania się/obycia.

Wątpię, żeby rycerze nie rzucali mięsem, zwłaszcza w sytuacjach dramatycznych… Znam sporo anegdot o ludziach z wyższych sfer (XVIII/XIX w.), którzy mieli język “jak kształcony w stajni”. Człowiek dobrze wychowany zasadniczo chyba jednak różni się od “szui” nie tym, że nie używa brzydkich słów, ale że wie, kiedy tego unikać. Choć oczywiście zdarzają się też enfants terribles, którzy nawet etykietę mają w głębokim poważaniu, ale to raczej rzadkość. Niemniej rycerz w karczmie? Dlaczego miałby się hamować? Rycerz to był zazwyczaj zwykły zabijaka, a w każdym razie zwyczajny człowiek, a nie jakiś ideał rodem z romansów…

Problem zresztą nie w tym, że szuje (czy ktokolwiek inny) używają brzydkich słów, ale w ich doborze. Te u Ciebie po prostu zbyt nowocześnie brzmią.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Oczywiście to nie jest złe iść w przeciwną stronę niż utarte schematy. Ale to wymaga pewnego wyczucia i zrozumienia, by z kolei czytelnika nie wyrzucić z ostro pędzącego pojazdu. Jednak, jeśli się powiedzie, może przynieść znacznie większy splendor niż płynięcie z prądem :)

 

NoWhereMan mądrze prawi. Wydrukować i nad łóżkiem powiesić. Postanowienie noworoczne.

Historię dość dobrze się czyta, zaciekawiła mnie. Nieco przeszkadza w odbiorze pewna nadmiarowość w opisach. Zastanów się nad skróceniem scen polegających tylko na mówieniu i wyeksponowaniem najważniejszych momentów opowieści. O przecinkach nie będę już pisać.

Przykro mi to mówić, TheNacie, ale opowiadanie zupełnie nie przypadło mi do gustu.

Nie zainteresowała mnie część poświęcona przygotowaniom wyprawy do Cytadeli, równie obojętna pozostałam na wydarzenia, które miały miejsce po dotarciu bohaterów do celu, a część ostatnia, poświęcona walce z Animantami/ animantami (nie wiem która wersja jest poprawna, bo używasz obu), wręcz znużyła.

Może gdyby Skarpy były napisane porządnie i bez błędów, pewnie dostrzegłabym w nich coś zajmującego, ale cóż, TheNacie, nie zadbałeś o tę stronę swojego dzieła, więc lektura opowiadania pełnego błędów, różnych usterek, literówek, powtórzeń, fatalnie skonstruowanych zdań, źle zapisanych dialogów, że o kompletnie zlekceważonej interpunkcji nie wspomnę, niestety, nie mogła być satysfakcjonująca.

 

Oby­dwo­je mieli uwa­żać na re­la­cje taki jak ta. –> Literówka.

 

Nie­za­leż­nie od staw­ki, nie łatwo było ry­zy­ko­wać… –> Nie­za­leż­nie od staw­ki, niełatwo było ry­zy­ko­wać

 

– O nas – od­po­wie­dział jak za­wsze szcze­rze – I o tym czy warto… –> Brakuje kropki po didaskaliach.

Źle zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Zo­sta­li sami z Kozą we wspól­nej Sali „U Mor­rie­go”… –> Dlaczego wielka litera?

 

widać było cia­sno po­usta­wia­ne domy i ka­mie­ni­ce. –> Kamienice też są domami.

 

zrzu­ca­ły z sie­bie ko­lej­ne jego war­stwy w dół, czy­nią życie miesz­kań­ców… –> Literówka.

 

– My­ślisz że za­kon­nik może…– jego myśli… –> Brak spacji po wielokropku.

 

De­smond mach­nął ręką lek­ce­wa­żąc – Pań­stwo będą za­do­wo­le­ni. –> Literówka. Brak kropki po didaskaliach.

 

Oczy Kozy za­wsze były dziw­nie wy­bla­kłe. Wy­glą­da­ły ade­kwat­nie nie­na­tu­ral­nie kiedy sku­piał na czymś wzrok. –> Co to znaczy, że oczy Kozy były ade­kwat­nie nie­na­tu­ral­ne?

 

– W domu…Ra­czej da­le­ko od niego. –> Brak spacji po wielokropku.

 

Ulice za­wa­lo­ne były cięż­ki­mi za­spa­mi, okien­ni­ce po­za­py­cha­ne starą wełną i ko­ca­mi… –> Czy to znaczy, że nie otwierano okiennic i w domach było ciemno?

 

W nor­mal­nej sy­tu­acji wiatr sam roz­wią­zał by pro­blem… –> W nor­mal­nej sy­tu­acji wiatr sam roz­wią­załby pro­blem

 

a stara droga która która nie­gdyś łą­czy­ła wa­row­nię z sio­łem, zmie­ni­ła się w głów­ną aleją mia­sta… –> Dwa grzybki w barszczyku. Brak przecinka po drodze. Literówka.

 

Nie­gdyś stała tam naj­star­sza miesz­kal­na część mia­sta, teraz jed­nak stały tam… –> Powtórzenie.

 

teren po­świę­co­no w imię lo­kal­nej re­li­gii. Od wie­ków, wstęp tu mają tylko ci, któ­rzy po­świę­ci­li jej swoje życie. –> Czy to celowe powtórzenie? Co to znaczy poświęcić w imię religii?

 

Lu­dzie za­ra­bia­ją­cy na uczci­wej pracy wy­da­ją pie­nią­dze w mniej szcze­rych miej­scach. –> Na czym polega szczerość miejsca?

 

i śnie­gu, który za­czął przy­kry­wać jego koźlą wło­sien­ni­cę. –> Czy to na pewno była włosiennica?

Za SJP PWN: włosiennica «szorstka szata noszona dawniej na gołe ciało dla umartwienia, pokuty lub z powodu żałoby»

 

Koza za­rzu­cił kap­tur wy­szy­ty zwie­rzę­cym łbem. –> Nie wydaje mi się, aby zwierzęcym łbem można wyszyć cokolwiek. Do wyszywania potrzebna jest igła i stosowne nici.

Pewnie miało być: Koza za­rzu­cił kap­tur z wy­szy­tym/ z wszytym zwie­rzę­cym łbem.

 

Na do­da­tek ma­gu­ska w środ­ku wy­glą­da­ła na prze­wraż­li­wio­ną na punk­cie szcze­gó­łów. –> Skąd wiedzieli jak maguska wygląda w środku?

 

pre­tek­stu do przy­po­mi­na­nia sobie o kilku z nich, dla­te­go nie­du­ży tasak, który za­wsze nosił przy sobie… –> Powtórzenie.

 

Ci któ­rzy mogli by chcieć zgar­nąć na­gro­dę… –> Ci, któ­rzy mogliby chcieć zgar­nąć na­gro­dę

 

Wy­so­ki, ubra­ny na czar­no, zi­mo­wym płasz­czem kap­tu­rem rzu­ca­ją­cym cień na wy­chu­dzo­ną twarz. –> Raczej: Wy­so­ki, ubra­ny na czar­no, w zi­mo­wym płasz­czu z kap­tu­rem, rzu­ca­ją­cym cień na wy­chu­dzo­ną twarz.

 

Jent­ta wy­czu­ła przy męż­czyź­nie cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach sprzed kilku chwil.

Męż­czy­zna przez krót­ką chwi­lę wy­glą­dał na zbi­te­go z tropu. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

I omiń­my część o le­gal­no­ści. –> I omiń­my część o le­gal­no­ści.

 

A mój to­wa­rzysz, cza­sem bywa…cięż­ki, jak to mówią. –> Czy towarzysz czasem przybiera na wadze, czy może miało być: A mój to­wa­rzysz cza­sem bywa… trudny, jak to mówią.

 

I to w taki spo­sób żeby tu­tej­szy kler się o tym nie do­wie­dział. –> Czy na pewno kler?

Za SJP PWN: kler «ogół duchownych chrześcijańskich»

 

dała do zro­zu­mie­nia że nie uważa roz­mów­ce za… –> …dała do zro­zu­mie­nia, że nie uważa roz­mów­cy za…

 

brak roz­ba­wie­nia na twa­rzy jej roz­mów­cy sku­tecz­nie jej przy­po­mniał… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

– Po­trze­bu­je­my prze­woź­ni­ków. Do­stać się do Cy­ta­de­li, potem do ne­kro­po­lii. I tro­chę sprzę­tu jest do prze­wie­zie­nia. Bez po­trze­by wy­wo­że­nia go… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Dwie Ligi –> Zakładam, że mowa o pieniądzach, więc dlaczego wielka litera? Brak kropki po wypowiedzi.

 

I mi nie mu­sisz pła­cić za pre­sję czasu. –> I mnie nie mu­sisz pła­cić za pre­sję czasu.

 

Kiedy to usły­szał, De­smond nie mógł po­zbyć się wra­że­nia że usły­szy za dużo… –> Powtórzenie.

 

męż­czy­znę z mokrą od śnie­gu wło­sie­ni­cą za­rzu­co­ną na ra­mio­na. –> Znów mam wątpliwości, czy to na pewno włosiennica.

 

A mi to wy­star­czy żeby za­ofe­ro­wać wam współ­pra­cę. –> A mnie to wy­star­czy, żeby za­ofe­ro­wać wam współ­pra­cę.

 

De­smond zdał sobie spra­wę, że jego sa­mo­po­czu­cie zbyt pew­nym kro­kiem, zmie­rza­ło w stro­nę za­że­no­wa­nia. –> Zażenowany mógł być Desmond, ale nie jego samopoczucie.

 

jak ab­be­ra­cją w oczach Za­ko­nu. –> …jak ab­e­rra­cją w oczach Za­ko­nu.

 

Cięż­ko mu było to przy­znać, ale czuł się nie­swo­jo… –> Niełatwo mu było to przy­znać, ale czuł się nie­swo­jo

 

po­da­jąc im swoją pra­wi­cę o że­la­znym uści­sku. –> Zbędny zaimek. Czy było możliwe, aby podał om cudzą prawicę?

 

masz pie­niądz, i chcesz mieć go wię­cej. –> Raczej: …masz pie­niądze, i chcesz mieć ich wię­cej.

Jak można chcieć więcej jednego pieniądza?

 

Albo ci któ­rzy re­gu­łę od­rzu­ca­ją. –> Albo ci, któ­rzy re­gu­łę od­rzu­ca­ją.

 

Nie raz zja­wia­ją się jesz­cze przed wy­sła­niem wia­do­mo­ści o zgo­nie. –> Nieraz zja­wia­ją się…

 

Po­ry­wy wia­tru wzbi­ja­ły za­pró­szo­ne tu­ma­ny z da­chów… –> Co to są zaprószone tumany?

 

umknę­ło by by to jego per­cep­cji. –> …umknę­łoby to jego per­cep­cji.

 

Inną kwe­stią było py­ta­niem o źró­dło mocy… –> Literówka.

 

De­smond z głę­bo­ko na­cią­gnię­tym kap­tu­rem i gru­bym płasz­czem za­rzu­co­nym na ra­mio­na… –> De­smond, z głę­bo­ko na­cią­gnię­tym kap­tu­rem i w gru­bym płasz­czu za­rzu­co­nym na ra­mio­na

 

– Uwie­rzy­łeś im w  hi­sto­ryj­kę? –> – Uwie­rzy­łeś im w  hi­sto­ryj­kę?

 

– W o zba­da­niu ja­kichś tam… –> – W o zba­da­niu ja­kichś tam

 

– Za­wo­do­wa cie­ka­wość, wiesz…To zna­czy… –> Brak spacji po wielokropku.

 

Koza wsko­czył na zydel obok to­wa­rzy­sza… –> Na wozie nie siedzi się na zydlu, a na koźle.

Za SJP PWN: kozioł 3. «siedzenie dla woźnicy w pojeździe konnym»

 

Koła z mo­zo­łem to­czy­ły się przez ubity śnieg za­le­ga­ją­cy na głów­nej alei. Było to je­dy­ne miej­sce w dol­nym mie­ście z któ­re­go re­gu­lar­nie go od­gar­nia­no. –> Skoro śnieg był regularnie odgarniany, to dlaczego, ubity, zalegał aleję?

 

Wy­czu­wał, że sie­dzą­ca obok Jent­ta jest wy­raź­ne pod­de­ner­wo­wa­na. –> Literówka.

 

Z sobą na czele. Przy­po­mniał sobie jak spo­tka­li się… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

w prze­past­nej sali Tel'ma­na­ra w Za­ko­nie. Ukry­te w cie­niu skle­pie­nie, pod­trzy­my­wa­ne przez ka­mien­ne fi­la­ry po któ­rych peł­za­ły wi­ze­run­ki Wyż­szych Istot, miało przy­tło­czyć skła­da­ją­cych wi­zy­ty w za­ko­nie. –> Proponuję ujednolicić zapis – albo wielka, albo mała litera.

 

usły­szał jakiś za­pra­sza­ją­cy szept gdzieś na gra­ni­cy jego umy­słu. –> …usły­szał jakiś za­pra­sza­ją­cy szept, gdzieś na gra­ni­cy swojego umy­słu.

 

czy przy­pad­kiem nie był w zmo­wie w straż­ni­ka­mi. –> …czy przy­pad­kiem nie był w zmo­wie ze straż­ni­ka­mi.

 

– A ci któ­rym mogli by do­nieść… –> – A ci, któ­rym mogliby do­nieść

 

Rzędy okien, bal­ko­nów i gar­gul­ców wzdłuż ry­nien… –> Gargulec, o ile mi wiadomo, chyba nie jest umieszczany wzdłuż rynny, gdyż stanowi jej zakończenie.

 

Wy­nio­słe skle­pie­nie Ci­che­go Domu, głów­nej ka­pli­cy kultu Se­ko­sa, miał nie­mal pięć­dzie­siąt me­trów śred­ni­cy i sta­no­wił ar­chi­tek­to­nicz­ny… –> Piszesz o sklepieniu, które jest rodzaju nijakiego, więc: Wy­nio­słe skle­pie­nie Ci­che­go Domu, głów­nej ka­pli­cy kultu Se­ko­sa, miało nie­mal pięć­dzie­siąt me­trów śred­ni­cy i sta­no­wiło ar­chi­tek­to­nicz­ny

 

Tak…to prze­cież pod­sta­wa… –> Brak spacji po wielokropku.

 

Jent­ta nie lu­bi­ła lek­ce­wa­że­nia wy­mie­rzo­ne­go w jej stro­nę. –> Można lekceważyć kogoś, ale czy można wymierzyć lekceważenie w czyjąś stronę?

 

I liczę że twoje…źró­dło, wie co ro­bisz. –> Brak spacji po wielokropku.

 

łączy do tego z nad­gor­li­wą re­li­gią… –> Czy religia może być gorliwa/ nadgorliwa?

 

rzu­cił jak ni­czym praw­dzi­wy pro­fe­sjo­na­li­sta… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Ze­brał z wozu swoją torbę… –> Literówka.

 

tym samym truch­tem wró­cił do bramy. –> Czy to znaczy, że jednego truchtu użył dwukrotnie?

A może: …takim samym truch­tem wró­cił do bramy.

 

z cięż­ką kłód­ką za­my­ka­ją­ca łań­cuch owi­nię­ty wokół skrzy­deł bramy… –> Literówka.

 

Z cięż­kim płasz­czem za­rzu­co­nym na za­kon­ną zbro­ję… –> Skoro miał płaszcz na sobie, to: W ciężkim płaszczu za­rzu­co­nym na za­kon­ną zbro­ję

 

Gar­man na­parł za­mknię­te skrzy­dła bramy. –> Napiera się nie coś, a na coś, więc: Gar­man na­parł na za­mknię­te skrzy­dła bramy.

 

prze­cią­gły zgrzyt wy­gi­na­ne­go me­ta­lu który za­czął roz­cho­dzić się do­oko­ła… –> Czy dobrze rozumiem, że dookoła zaczął rozchodzić się metal?

 

A kilof…kilof nie­ustę­pli­wie… –> Brak spacji po wielokropku.

 

Z szo­kiem do­strzegł że na su­chym ciele maga… –> Zszo­kowany do­strzegł, że na su­chym ciele maga

 

tylko się skrzy­wił pa­skud­nie wska­zu­jąc na zbli­ża­ją­cą się łunę la­tar­ni. –> Czy skrzywił się paskudnie, czy paskudnie wskazał łunę?

 

tu doj­dzie…Na resz­tę za­pła­ty… –> Brak spacji po wielokropku.

 

je­dy­nie od­chrząk­nął coś z z gar­dła. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

De­smond po­czuł jak w re­ak­cji na to jego falki pró­bu­ją wy­wró­cić się mu na lewą stro­nę. –> Proponuję: …jego flaki pró­bu­ją wy­wró­cić się na lewą stro­nę.

 

i po­grze­bów jakie miały miej­sce dawno temu. –> …i po­grze­bów, które miały miej­sce dawno temu.

 

– Sy­no­wie od­cią­gnię­ci…ale… –> Brak spacji po wielokropku.

 

i mówił im to bez mru­gnię­cia oka… –> …i mówił im to bez mru­gnię­cia okiem

 

– Tro­chę im zaj­mie zanim za­czną się tu pa­no­szyć… –> – Tro­chę to potrwa, zanim za­czną się tu pa­no­szyć… Lub: – Zaj­mie im trochę czasu, zanim za­czną się tu pa­no­szyć…

 

po was ta­kiej…wy­ro­zu­mia­ło­ści. –> Brak spacji po wielokropku.

 

I o wy­wa­żo­nych na oścież drzwiach. –> Można otworzyć drzwi na oścież, ale chyba nie można ich na oścież wyważyć.

 

Koza przy­kuc­ną przy­gar­bio­ny… –> Koza przy­kuc­nął przy­gar­bio­ny

 

A gdzieś przed nim, ukry­te w morku ko­ry­ta­rzy… –> Literówka.

 

Prze­biegł wzro­kiem po mi­go­czą­cych sym­bo­lach –> Brak kropki na końcu zdania.

 

– Za­mknię­cie Roz­dar­cia to jedno…ale… –> Brak spacji po wielokropku.

 

Koza po­krę­cił głową ob­ser­wu­jąc uważ­nie prze­bieg za­klę­cia –> Brak kropki na końcu zdania.

 

sta­ra­jąc się jak naj­cel­niej do­brać słowa– –> Brak spacji przed półpauzą.

 

– Poza tym, chce się tylko upew­nić… –> Literówka.

 

bo jej się wy­da­je– –> Brak spacji przed półpauzą.

 

i ku jego za­sko­cze­niu, Koza nie usły­szał… –> …i ku swojemu za­sko­cze­niu, Koza nie usły­szał

 

nie usły­szał żad­ne­go wznio­słe­go po­że­gna­nia –> Brak kropki na końcu zdania.

 

sta­wał przed Roz­dar­ciem. Jed­nak ich wpływ był nie­wiel­ki… –> Piszesz o jednym Rozdarciu, więc: Jed­nak jego wpływ był nie­wiel­ki

 

Sza­nu­je co ro­bi­cie. –> Literówka.

 

Ale li­cze­nie na po­błaż­li­wość Synów…to głu­po­ta. –> Brak spacji po wielokropku.

 

do­bie­gło stłu­mio­ne za­wo­dze­nie,a po chwi­li… –> Brak spacji po przecinku.

 

w mroku ko­ry­ta­rza dało do­strzec się… –> …w mroku ko­ry­ta­rza dało się do­strzec

 

jego ciało pada na ko­la­na obez­wład­nio­na siłą… –> Literówka.

 

Nie wi­dział w tej po­kru­szo­nej i stę­chłej kom­na­cie… –> Na czym polegało pokruszenie komnaty?

 

kie­ru­ją­ce się w stro­nę klę­czą­ce­go męż­czy­zny –> Brak kropki na końcu zdania.

 

musi go pil­no­wać póki ten wsta­nie na nogi… –> …musi go pil­no­wać, póki ten nie wsta­nie na nogi

 

cze­ka­jąc na ka­ro­ce która za­bie­rze go do przy­sta­ni. –> Literówka.

 

Ogrom­ny wy­si­łek kosz­to­wa­ło by ode­przeć ko­lej­ną falę… –> Trzeba było ogromnego wysiłku, by ode­przeć ko­lej­ną falę

 

który ten mu­siał pod­jąć gdyż zmu­si­ło go do tego życie? –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Pul­so­wa­nie Roz­dar­cia było nie­mal ła­ko­me. Było bra­kiem, pust­ką która przy­bra­ła moc od­dzia­ły­wa­nia na fi­zycz­ny świat. Po­trze­bo­wa­ła wy­peł­nie­nia… Prze­cież był spra­wie­dli­wy i uczci­wy. Roz­ta­czał opie­kę jak nie­gdyś nad nim roz­to­czo­no. A jego wy­bo­ry były słusz­ne gdyż in­nych nie po­dej­mo­wał. To wszyst­ko było tak pro­ste prze­cież… –> Byłoza.

 

Drże­nie star­ca do któ­re­go tulił się w prze­ra­że­niu. –> Drże­nie star­ca, do któ­re­go tulił się prze­ra­żony.

 

pło­ną­ce ob­ję­cia śmier­ci…Drzwi… –> Brak spacji po wielokropku.

 

Po­my­ślał o trzech de­ka­dach w któ­rych te fakty dla niego nigdy nie za­ist­nia­ły. Ani te, ani inne które nie chcia­ły przy­sta­wać do świa­ta jakim chciał go wi­dzieć. Jak nagle zdał sobie spra­wę z krwi, kłamstw, prze­ina­czeń któ­rych był przy­czy­ną i źró­dłem. W imię misji. Tej którą sam sobie wmó­wił i która nigdy nie mu­sia­ła mieć miej­sca.

Czuł, jak smu­tek i re­zy­gna­cja wy­pa­la­ją jego duszę. Jak z pust­ki z któ­rej zdał… –> Któroza.

 

i zo­sta­wi ro­bo­tę samej sobie…Od stro­ny… –> Brak spacji po wielokropku.

 

Mo­ment olśnie­nia był dla Gar­ma­na ni­czym po­zby­cie się z sie­bie gru­bej sko­ru­py. Świa­do­mość fak­tów jakie były a nie jak je po­strze­gał do tej pory była nie­mal przy­tła­cza­ją­ca. –> Lekka byłoza.

 

ru­sza­ją siew rytm ru­chów wal­czą­ce­go. –> Dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie o siew tu chodzi i że pewnie miało być: …ru­sza­ją się w rytm ru­chów wal­czą­ce­go.

 

Wy­star­czy dwóch usu­nąć…Klnąc… –> Brak spacji po wielokropku.

 

w któ­rej cze­ka­ło ko­lej­ne nie­mal dwa tu­zi­ny ciał… –> Literówka.

 

za­kon­nik sięga po Da­ral­ga­na i za­ma­chu­je się na nad­cho­dzą­ce stwo­ry. –> …za­kon­nik sięga po Da­ral­ga­na i zamierza się na nad­cho­dzą­ce stwo­ry.

 

– Chwi­lę…po­trze­bu­je–> Brak spacji po wielokropku. Literówka.

 

za­dysz­kę zwią­za­ną z od­ga­nia­niem się od nie­umar­łych. –> …za­dysz­kę zwią­za­ną z oga­nia­niem się od nie­umar­łych.

 

Plecy mo­men­tal­nie zalał mu lo­do­wa­ty poty kiedy po­czuł na twa­rzy… –> Literówka.

 

na­stęp­nie po­cią­gnię­ta gwał­tow­nie w tył. Kilka stwo­rów było wcią­ga­nych… –> nie brzmi to najlepiej.

 

W po­wie­trzu la­ta­ły frag­men­ty ciała… –> Jednego ciała?

 

Za­mach­nął Da­ral­ga­nem kiedy na­de­szła ko­lej­na horda. –> Za­mach­nął się/ Zamierzył się Da­ral­ga­nem, kiedy na­de­szła ko­lej­na horda.

 

nie do­ty­czy­ła je­dy­nie jego wła­sne­go losu –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Kiedy Jent­ta do­pa­dła glif kła­dąc na nim dło­nie… –> Kiedy Jent­ta do­pa­dła glifu, kła­dąc na nim dło­nie

 

– Jej krzyk jaki po­niósł się do­oko­ła miał w sobie coś z bez­sil­nej roz­pa­czy  –> – Jej krzyk, który po­niósł się do­oko­ła, miał w sobie coś z bez­sil­nej roz­pa­czy.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O! brakło miejsca dla całej łapanki.

W takim razie dodaję resztę:

 

potem się po­zbyć…Jej krzyk… –> Brak spacji po wielokropku.

 

Jej krzyk do­biegł jego uszu przez szu­ra­nie ciał i mar­twe jęki. –> Jak brzmią martwe jęki?

 

Chciał krzyk­nąć i ostrzec…po­czuł… –> Brak spacji po wielokropku.

 

po­czuł jed­nak jak myśli nie mają im­pe­tu by wpra­wić ciało w ruch. –> …po­czuł jed­nak, że myśli nie mają im­pe­tu, by wpra­wić ciało w ruch.

 

Jak na ja­kimś ma­ka­brycz­nym śnie… –> Jak w ja­kimś ma­ka­brycz­nym śnie

 

Coś ude­rzy­ło go w tył głowy –> Brak kropki na końcu zdania.

 

pa­mięć o duszy jesz­cze kilka…Mag… –> Brak spacji po wielokropku.

 

prze­cho­dzą­cych przez za­krwa­wio­ne mu­sku­lar­ne ramię –> Brak kropki na końcu zdania.

 

W pal­cach ob­ra­cał ze­rwa­ny z mar­twe­go ra­mie­nia sy­gnet. –> Gar­ma­n nosił sygnet na ramieniu?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy:

 

Doceniam że chciało ci się przez to brnąć <3 Zapisuje i postaram się żeby przy następnym nie było tyle pracy.

TheNacie, nie chciało mi się, ale skoro zaczęłam, dobrnęłam do końca.

Miło mi, że doceniasz. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka