- Opowiadanie: krawiec - Zastąpić matkę

Zastąpić matkę

Kiedy zacząłem pisać opowiadanie zobaczyłem ten konkurs i pomyślałem, że trzeba w końcu spróbować. Potem było betowanie i betowanie (dzięki!)… i ciągle jest wiele do poprawy. Czasu jednak nie ma, więc wysyłam.

 

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Zastąpić matkę

 

– Sara Wars? – zapytał większy z dwóch mężczyzn, którzy nagle stanęli w progu jej gabinetu.  

– Tak – odpowiedziała ostrożnie kobieta, zmierzywszy ich wzrokiem. Mężczyźni wyglądali na takich, co od razu przystępują do egzekucji – długu, człowieka – wszystko jedno. Jej filigranowa postać wyglądała przy nich niemal komicznie.

– Mamy dla pani wiadomość – rzucił mężczyzna ewidentnie pełniący rolę osiłka, a jego niższy i szczuplejszy towarzysz rozsiadał się już wygonie w fotelu naprzeciwko. Sara chciała się odezwać, żeby się nie krępował, ale się powstrzymała. Sprawa musiała być poważna, skoro ktoś wysłał posłańców.

– Pani doktor – przejął inicjatywę ten mniejszy. Od razu zauważyła, że przestrzega etykiety, co sugerowało lepsze wyszkolenie – sprawa dotyczy pani brata.

Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach, oddech zwolnił. Obrazy brata, jakie zachowała w pamięci, stanęły jej przed oczami: jako nastolatka przytula malutkiego Bruna, bawi się z nim, łaskocze go, roześmiany Bruno wpatruje się w nią, robi miny; kiedy Bruno ma sześć lat ona jest już pełnoletnia, pamięta dobrze ten dzień, kiedy rodzice mieli wypadek, jak głaskała go po głowie i szeptała do ucha, że wszystko będzie dobrze, choć już wtedy wiedziała, że nie będzie. Pokusa stypendium a potem kariery na uniwersytecie w Oxfordzie była zbyt silna. Potem obraz przechodzi w inny: Sara jedzie z Brunem do ośrodka, chłopiec jest niespokojny, zaczyna płakać, ona stara się go uspokoić, obiecuje bratu, że dadzą sobie radę, tylko teraz będzie musiał na chwilę iść z tą panią i tym panem; pamięta tę ulgę i rozpacz; pamięta też nadzieję, że Bruno trafi w dobre miejsce, że znajdzie dom i ludzi, do których z czasem nauczy się mówić mama i tata. Nigdy więcej nie widziała brata. Nie odezwała się do niego, nie mogłaby spojrzeć mu w oczy. Nic dziwnego, że on też się nie odezwał, ani razu nie dał znaku życia. Jakby nigdy dla niego nie istniała. Boże, jak za nim tęskni.

– Jak być może pani wiadomo Bruno obecnie przebywa na Marsie. – Głos posłańca wyrwał ją z zamyślenia. – Nadzoruje rozbudowę kolonii. Niestety pani brat zachorował. – Sarę ścisnęło w żołądku.

– Jak to? Co mu jest? Coś groźnego? – powiedziała zaniepokojona. 

– Nic zagrażającego życiu – odpowiedział, ciesząc się w duchu, że zainteresowała się jego stanem – jakby to ująć… – zawiesił głos, jakby celowo podsycał jej niepokój – zamknął się w sobie. Myślimy, że może mu pani pomóc. W końcu jest pani ekspertką od zaburzeń psychicznych.

– A panowie jesteście … – wymownie oczekiwała odpowiedzi. Zauważyła, że większy z mężczyzn, który stał przy wejściu i pilnował drzwi, ukradkiem zerknął w stronę siedzącego kolegi.

– A tak, proszę wybaczyć. Prośbę i zaproszenie wystosował osobiście pan Savini, który naturalnie pokryje koszty pani pobytu. – Zrobił efektowną pauzę, po czym dodał – rektor wyraził już stosowne zgody.

– Jak to, tak szybko? – zdziwiła się Sara.

– Pan Savini osobiście rozmawiał z rektorem – wyjaśnił mężczyzna.

No tak, któż odmówiłby miliarderowi, jedynemu człowiekowi, któremu udało się zbudować kolonię na innej planecie, pomyślała Sara. W takim razie chyba rzeczywiście nie ma wyboru. Poza tym tak bardzo chciała odbudować relację z bratem, wytłumaczyć się, przeprosić, może nawet jakoś mu to wynagrodzić. Teraz jest okazja, aby zrobić to, na co przez tyle lat nie miała odwagi. Jeśli Bruno jest chory, musi mu pomóc, zdecydowała.

– Rozumiem – odpowiedziała Sara. – Proszę mi jeszcze powiedzieć, czy kolonia jest bezpieczna? Tyle się ostatnio słyszy o transplanetarnej emigracji przestępców? – zapytała, po czym uświadomiła sobie, że przecież i tak tego nie przyzna.

– Proszę nie wierzyć, we wszystko co piszą. Pan Savini gwarantuje pani bezpieczną podróż i pobyt – wyjaśnił jej rozmówca. – Wahadłowiec startuje jutro o 8.00, proszę się nie spóźnić – dodał wstając z fotela, po czym skinął na pożegnanie.

Kiedy mężczyźni wyszli Sarę rozbolała głowa. Cała ta sytuacja wydała jej się dziwna.

 

***

 

W maleńkim plecaku Sara bez trudu zmieściła wszystko, czego potrzebowała. Nie odmówiła sobie jednak zabrania Eneidy Wergiliusza, papierowego wydania, do którego nadmierny sentyment stanowił pamiątkę po fakultecie z literaturoznawstwa. Miała jeszcze kilka minut. Z przeszklonego korytarza dworca spoglądała na swoje ukochane miasto, w ostatnich latach nad wyraz spokojne i bezpieczne.

– Jest pani gotowa, doktor Wars? – Podskoczyła, kiedy głos lepiej wychowanego posłańca zabrzmiał nagle za jej plecami. – Przepraszam, nie chciałem pani wystraszyć – dodał.

– Tak, jestem gotowa – odpowiedziała Sara. Przeszło jej przez myśl, że może facet miał nie tylko przekazać wiadomość, ale też dopilnować, żeby wsiadła do wahadłowca.

– W takim razie chodźmy, za dwie minuty mamy pastylkę.

Potocznie określano tak wagoniki próżniowej kolejki, kursującej do stacji lotów kosmicznych. Musi być stąd, pomyślała Sara.

W wahadłowcu czekał już osiłek, którego poznała dzień wcześniej. Siedział w obszytym skórą fotelu znajdującym się w malutkim saloniku vipowskim. Nalewał sobie szklaneczkę MacAllana, najwyraźniej nie pierwszą, gdyż uśmiechnął się na jej widok. Skinął głową w kierunku zwierzchnika, po czym zwrócił się do niej.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry – odrzekła Sara obojętnym tonem.

– Napije się pani? – spytał zachęcająco.

– Nie, dziękuję – odparła odruchowo, jednak zaraz tego pożałowała. Rysująca się przed nią szansa na odnowienie relacji z jedynym członkiem jej rodziny napawała ją po równo radością i przerażeniem.

Kiedy wszyscy rozsiedli się wygodnie, zapanowała cisza. Sara nie czuła się w obowiązku odzywać. Jej eskorta najwidoczniej też nie była zainteresowana rozmową. Mimo to czuła dziwną niezręczność. Przerwała ją stewardessa prosząc o dopicie drinka i zapięcie pasów.

 

***

 

Długi lot na Marsa, uciążliwe przesiadki na stacjach orbitalnych i noce spędzone na rozmyślaniu, czy Bruno jej wybaczy, dały się Sarze we znaki. Była przemęczona. Mimo to Savini zaprosił ją do swojego biurze niezwłocznie po wylądowaniu. Sprawa musi być piekielnie pilna, skoro gospodarz nie dał jej nawet odespać podróży, pomyślała. Starała się opanować nerwy napięte do granic możliwości, więc nie zwróciła na to większej uwagi. Miliarder odezwał się pierwszy.

– Witam panią w mojej marsjańskiej kolonii, doktor Wars. Wszyscy tu jesteśmy szczęśliwcami, którzy dostali szansę zrobić pierwszy poważny krok w historii kolonizacji kosmosu – zaczął. – Jak pani wie, wcześniejsze próby kolonizacji Marsa skończyły się katastrofą, ale nam się powiodło. To w dużej mierze zasługa pani brata. – Powstrzymał gestem pytanie, które pani doktor chciała zadać.

– Pan Wars opracował algorytmy sterujące głównymi systemami podtrzymującymi warunki do życia we wszystkich obiektach. Bez niego ten projekt by się nie udał. Jego wiedza jest niezbędna dla dalszego rozwoju kolonii. Niestety, pani brat potrzebuje teraz pomocy, nad czym wszyscy niezmiernie ubolewamy.

Przez ułamek sekundy pani doktor dostrzegła w oczach Saviniego niepokojący błysk. Odniosła wrażenie, że czegoś jej nie mówi.

– Proszę mi powiedzieć, co z Brunem? Co mu się stało? Chcę go natychmiast zobaczyć! – zażądała Sara, po czym dodała zdecydowanie łagodniej: – Przepraszam, nie chciałam być nieuprzejma, po prostu… – Nie dokończyła, gdyż Savini wszedł jej w słowo.

– To zrozumiałe. Oczywiście, możemy iść do pana Warsa od razu – odpowiedział Savini, wskazując drzwi. – Ja też jestem pani winien przeprosiny. Nie chciałem… – zawiesił głos szukając właściwego słowa – nie wiedziałem jak opisać jego stan, dlatego wolałem, aby pani sama go zobaczyła i spróbowała mu pomóc. Prawda jest taka, że wielu osobom tęsknota za Ziemią odbiera rozum. Często prowadzi to do agresji – rzekł smutno. – To nasz największy problem, a ze względów bezpieczeństwa musimy takie osoby izolować. Jak nie udaje nam się im pomóc, odsyłamy ich na Ziemię. Jednak pani brat jest głównym programistą, więc wolę, żeby leczył się tutaj.

Savini zatrzymał się, wziął głęboki wdech.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział, wskazując na grubą szybę w stalowych drzwiach izolatki.

Sara zajrzała do środka. Bruno leżał na materacu i wpatrywał się w sufit. Przez długą chwilę przyglądała się bratu. Poczuła jak przyspiesza jej tętno. W końcu nadeszła chwila, której unikała przez blisko dwie dekady. Przeszłość ją dogoniła i postawiła pod ścianą, a teraz dostanie to, na co zasłużyła. Jeszcze przez chwilę zbierała się na odwagę, żeby wejść do środka. Savini i dwóch pielęgniarzy, którzy zjawili się niepostrzeżenie, czekali w milczeniu. Kiedy pani doktor skinęła głową na znak, że jest gotowa, miliarder nakazał jednemu z pracowników otworzyć drzwi, po czym przepuścił kobietę w progu.

– Witaj, braciszku – wyszeptała Sara drżącym głosem.

Słysząc głos siostry Bruno spojrzał na nią i na Saviniego. Przez ułamek sekundy w oczach izolowanego mężczyzny błysnęła wściekłość, mięśnie żuchwy napięły się.

– Zostawię panią z bratem. Jak będzie pani chciała wyjść, proszę zapukać w szybę, ktoś z personelu będzie czekał. Proszę się nie spieszyć, jego zdrowie jest dla nas priorytetem – dodał.

– Dziękuję – odparła pani psycholog.

Teraz albo nigdy, pomyślała, kiedy Savini wyszedł. Spojrzała na brata, który dalej leżał nieruchomo.

– Bruno, proszę, wysłuchaj mnie – zaczęła Sara. – Tyle razy układałam sobie w głowie co ci powiem, kiedy się spotkamy, a teraz nie mogę zebrać myśli. Po śmierci rodziców powinnam była się tobą zaopiekować, wiem. Tylko zrozum, byłam wtedy niedojrzała, matkowanie ci mnie przerastało, a stypendium było niepowtarzalną okazją. Zachowałam się egoistycznie i żałuję tego. Gdybym mogła cofnąć czas to był to zrobiła.

Bruno słuchał w milczeniu.

– Zrozumiem, jeśli powiesz, że nie chcesz mnie znać, ale ja za tobą tęsknię. Wybacz mi, proszę. Już nigdy, przenigdy cię nie zostawię – obiecywała bratu. Łzy napłynęły Sarze do oczu.

Bruno wstał i bardzo powoli podszedł do niej. Wyraz jego twarzy był surowy, ale Sarze zdawało się, że kąciki jego oczu też są wilgotne od łez. Kusiło ją, że rzucić się mu na szyję. Zupełnie zapomniała, że jej brat jest w izolatce nie bez powodu. Savini, obserwował wszystko na monitorze, po czym skoczył na równe nogi. Cios Bruna był tak szybki i silny, że Sara nie zdążyła nawet pisnąć. Jej głowa z hukiem uderzyła o drzwi. Bezwładne ciało usunęło się na podłogę. Mężczyzna doskoczył do siostry i zaczął ją kopać. W tej samej chwili do izolatki wpadli pielęgniarze i powalili go na ziemię. Musieli się mocno natrudzić, aby podać mu środek uspokajający.

 

***

 

– Pani doktor dochodzi do siebie? – Savini pytał pielęgniarza, kiedy Sara odzyskiwała przytomność. Przez chwilę mrużyła oczy, przyzwyczajając się do światła. Ból rozsadzał jej czaszkę. Do pani psycholog zaczynało docierać, co się wydarzyło. Stęknęła coś niezrozumiałego, wtedy ktoś podał jej wodę.

– Co… co mu się stało…dlaczego mnie…? – zapytała Sara łamiącym się głosem.

– Proszę odpocząć, porozmawiamy jak pani dojdzie do siebie – rzekł Savini dość szorstko, ale może jej się tylko zdawało.

Kiedy wyszedł, Sara zaczęła odczuwać działanie środków przeciwbólowych. Zmęczenie i adrenalina dały o sobie znać. Zasnęła niemal od razu.

Kiedy leki przestały działać, panią doktor obudził ostry, pulsujący ból. Leżała w pokoju przypominającym salę szpitalną. Niemal natychmiast pojawił się pielęgniarz. Wkrótce potem zjawił się też Savini wypytując panią psycholog jak się czuje. Nie myślała jednak o bólu, tylko analizowała ostatnie zajście. Dlaczego Bruno był taki agresywny? Zrozumiałaby, gdyby nie chciał z nią rozmawiać, jeśli kazałby jej iść do diabła, ale dlaczego ją pobił? Może rzeczywiście potrzebuje pomocy psychologicznej, albo i psychiatrycznej? Może ją z kimś pomylił? Może nie był sobą? Może ma jakieś fałszywe wspomnienia? Byłaby skłonna uwierzyć w cokolwiek, gdyby nie ten błysk w jego oku, gdyby przez ułamek sekundy nie dostrzegła w jego oczach tego spojrzenia małego chłopca, którego przez tyle lat pieczołowicie nosiła w pamięci.

– Panie Savini, muszę go zobaczyć, jak najszybciej – rzekła pośpiesznie pani doktor.

Miliarder chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył.

– Jeśli miał napad furii, to teraz jest najlepszy moment, zanim emocje znów przybiorą na sile – dodała stanowczo.

– Hmm… – zawahał się Savini. – No dobrze, ale wejdę z panią.

 

***

 

Tym razem spotkanie odbyło się w pomieszczeniu przypominającym pokój przesłuchań: pośrodku stał stół i trzy krzesła, w rogu pod sufitem wisiała kamera. Żadnych ozdób. Zaniepokoił ją ten anturaż, ale nic nie powiedziała.

Savini siadł obok niej i kazał uzbrojonemu w tonfę i paralizator strażnikowi przyprowadzić Bruna. Ten wszedł do sali ze spuszczoną głową, ruszał się wolno, bez energii. Strażnik posadził mężczyznę naprzeciwko pani psycholog.

– Bądźcie w pogotowiu – Savini rzucił komendę strażnikowi.

Sara czuła, że to ona powinna zrobić pierwszy krok. W końcu cisza stała się dla niej trudniejsza, niż słowa. Sara wzięła głęboki wdech.

– Bruno, poznajesz mnie? Wiesz kim jestem? – spytała drżącym głosem.

Bruno podniósł głowę, przyglądał się jej uważnie. Miała wrażenie, że jej pokiereszowana twarz go brzydzi.

– Nie – odrzekł cicho.

Ta odpowiedź ją zaskoczyła. Spojrzała na Saviniego. Siedział sztywno ze wzrokiem wlepionym w Bruna i w ogóle nie zwracał na nią uwagi. Jej spojrzenie powędrowało z powrotem w kierunku brata. Starała się analizować odpowiedź Bruna jak psycholog.

Pani doktor postanowiła pokusić się o wstępną diagnozę, więc zwlekała z kolejnym pytaniem próbując złożyć z kilku informacji, którymi dysponowała, jakąś sensowną hipotezę.

– Bruno pamiętasz co się stało wczoraj, podczas naszego spotkania? – Sara spytała tak łagodnie, jak tylko potrafiła.

Czuła, że ryzykuje sprowokowanie wybuchu agresji. Jednak nic się nie stało. Bruno nawet nie drgnął.

– Nie widziałem pani wczoraj – odrzekł z miną pełną zdziwienia.

Pani psycholog analizowała: jeśli tego nie pamięta, to może być objaw schizofrenii. Ryzyko zachorowania jest co prawda niewielkie, ale choroba występuje częściej u osób w jego wieku. To może pasować, pomyślała.

– Z kim się pan wczoraj spotkał? – wtrącił się Savini. Szorstki ton zdradzał zniecierpliwienie. Zapytany mężczyzna nie odpowiedział tylko zwiesił głowę. Pani doktor zaklęła w duchu: cholerny dureń, po co się odzywa!?

– Bruno, spójrz na mnie proszę. Jestem twoją siostrą – powiedziała Sara, chcąc przejąć kontrolę nad rozmową.

– Ale ja nie mam siostry – odrzekł Bruno. Pani doktor poczuła mocny ucisk w żołądku, ale nie poddawała się.

– Bruno, pamiętasz naszą mamę? Pamiętasz jak z tatą mieli wypadek samochodowy? Miałeś wtedy sześć lat. – Sara uderzyła w czułą strunę.

Bruno wzdrygnął się prawie niezauważalnie, jednak Savini to wyłapał. Świdrował wzrokiem swojego pracownika.

– Moi rodzice żyją. Niech mi pani da spokój – rzucił Bruno patrząc Sarze prosto w oczy. Jego spojrzenie znowu było pełne gniewu.

Sara nie chciała prowokować kolejnego wybuchu agresji, słowa uwięzły jej w gardle. Zapadła cisza.

Wtedy do pokoju wszedł strażnik.

– Panie Savini, przepraszam, że przeszkadzam, ale major Oczko wprosił się do pana gabinetu. Żąda natychmiastowej rozmowy – zameldował strażnik.

– Powiedz mu, że jestem w trakcie sprawy – warknął Savini.

– Mówiłem, ale się uparł. Panie Savini, ja się boję z nim dyskutować – odpowiedział strażnik rozkładając bezradnie ręce.

Savini zaklął pod nosem. Rozumiał swojego podwładnego. Z majorem Oczko lepiej nie dyskutować, bo kiedy jest zdenerwowany potrafi rozmówcy wyłupać oko srebrną łyżeczką, którą jakimś dziwnym trafem zawsze ma w kieszeni.

– Dobra, idę do niego. Sam jest? – Savini zapytał strażnika, który przytrzymywał mu drzwi. Nie czekając na odpowiedź rzucił szorstko obsłudze medycznej. – Pilnować mi Warsów!

Sara z Brunem zostali sami. Przez kilka chwil siedzieli patrząc sobie w oczy. W końcu Sara zdecydowała się przerwać milczenie. Zdążyła jednak wypowiedzieć tylko imię brata, kiedy ten rzucił się na nią. Przywarł do niej i złapał za gardło. Sara już miała zareagować, ale zorientowała się, że wcale jej nie dusi.

– Uciekaj z kolonii, póki możesz – szeptał jej do ucha – natychmiast!

Potem usłyszała trzask drzwi i dwóch członków obsługi medycznej powaliło Bruna na ziemię. Wyciągnęli go siłą z pomieszczenia. Sarze szumiało w głowie. Nie potrafiła zebrać myśli. Była zaskoczona i zszokowana, radosna i przerażona.

 

***

 

Sara próbowała poskładać wszystko w całość. To jedno zdanie zmieniło wszystko. Bruno na pewno nie jest chory i mu na niej zależy. Ciągle ma brata, cieszyła się. Euforia szybko jednak ustąpiła miejsca przerażeniu. Jeśli Bruno tylko udaje chorobę przed Savinim, to oznacza, że ma poważne kłopoty! Ma uciekać? O nie, nie może teraz zostawić Bruna! Musi mu pomóc, jest mu to winna. W końcu ma szansę odzyskać twarz w oczach brata. Tylko co robić? Myśl, kobieto, myśl! Cholera, Savini niedługo przyjdzie, aby kontynuować rozmowę. Wtedy już niczego więcej się nie dowie. Nagle Sarę olśniło. Dopóki Savini jest zajęty ona ma szansę porozmawiać z bratem na osobności.

Sara nie zastanawiała się długo, wyszła z pomieszczenia. Przed drzwiami kręcił się jakiś pielęgniarz, którego nie widziała wcześniej. Zagadnęła do niego.

– Przepraszam, chciałam porozmawiać z Brunem Warsem, jestem psychologiem.

– Z nim nie wolno rozmawiać bez zgody pana Saviniego – poinformował mężczyzna. Sarę zaskoczyła jego odpowiedź.

– Ja panią zaprowadzę, Pan Savini zaraz przyjdzie. – Wtrącił się inny pielęgniarz, który wcześniej wprowadził ją do sali przesłuchań.

Szli krótko wąskim korytarzem. Po chwili byli już na miejscu.

– To tutaj. Będzie lepiej, jak wejdę z panią. Bruno jest niebezpieczny – powiedział.

– Dziękuję. Prawdę mówiąc wolałabym zostać z nim sama. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale czuję, że jestem blisko przełomu – odpowiedziała Sara, podkreślając tonem głosu pewność siebie.

Pielęgniarz nie był jednak przekonany.

– Pan Savini z pewnością byłby bardzo zadowolony gdyby Bruno mógł niedługo wrócić do pracy – dodała Sara rzucając pielęgniarzowi wymowne spojrzenie.

W końcu pielęgniarz ustąpił, choć bardzo niechętnie.

– Tylko proszę nie zamykać, tak na wszelki wypadek – szepnęła, wchodząc do środka.

Bruno od razu podniósł głowę. Po minie poznała, że nie spodziewał się jej wizyty.

Kiedy zobaczył, że pielęgniarz oddalił się wystarczająco, zwrócił się do siostry.

 – Co ty robisz, mówiłem ci, że masz uciekać. Spieprzaj stąd, póki możesz! – warknął szeptem.

– Nie, braciszku. Nie zostawię cię bez pomocy – powiedziała czułym głosem, patrząc bratu prosto w oczy. Bruno złapał się za głowę.

– Savini może tu wrócić w każdej chwili – szeptał w pośpiechu. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie zdążył. W oddali rozległ się trzask i dobiegł ich wściekły głos Saviniego. Bruno spojrzał na drzwi, były niedomknięte. Uchylił je i rozejrzał się po korytarzu. Odgłosy kroków i krzyki Saviniego były coraz głośniejsze. Sara zauważyła, że Bruno zaczyna panikować. Może faktycznie jest chory, pomyślała. Wtedy poczuła, że Bruno załapał ją za rękę.

– Musimy uciekać! – Wyciągnął Sarę z izolatki i szarpnął w stronę przeciwną do tej, z której dobiegały odgłosy Saviniego.

 Sara czuła, że jej brat działała instynktownie. Za zakrętem, kiedy zniknęli z pola widzenia, przywarli do ściany. Bruno gestem nakazał siostrze milczenie, nasłuchiwał.

Sara nie rozumiała co się dzieje, zastanawiała się czy nie lepiej wrócić i porozmawiać z Savinim? Cholera, trzeba było to sensowniej rozwiązać, tylko teraz na to za późno, pomyślała usłyszawszy wściekły ryk Saviniego, nakazujący swoim ludziom ich znaleźć.

– Wszystko spierdoliłaś, dokumentnie – rzucił Bruno gniewnie.

Wyczekał na odpowiedni moment.

– Chodź! – mocno pociągnął siostrę za sobą.

Sara ledwo dotrzymywała mu kroku. Bruno wyprowadził ich z bloku izolacyjnego, a potem poprowadził do sąsiedniego modułu, zanim ludzie Saviniego zdążyli się zorientować, dokąd uciekli i je zablokować jedyne przejście. Dotarli do punktu, w którym zbiegało się kilka korytarzy. Bruno przystanął.

– Już pewnie są na kamerach, widzą każdy nasz ruch. Musisz wytrzymać tempo – rzucił na wydechu i pociągnął ją w boczny korytarz, szeroki i przeszklony, którym spacerowali mieszkańcy kolonii.

Sara była zdezorientowana, wszystko działo się tak szybko. Miała wrażenie, że Bruno ma jakiś plan, ale nie mogła go spytać nie tracąc tchu. Potem będzie czas na wyjaśnienia. Postanowiła zaufać bratu, więc biegła co sił w nogach. Przez szybę oboje dostrzegli jak strażnicy Saviniego blokują zbieg korytarzy w równoległym chodniku. Sara spojrzała za siebie.

– Są za nami – z trudem zmieściła słowa między wydechem a wdechem.

– Wytrzymaj! – rzucił krótko Bruno.

Zza pleców brata zobaczyła jak u wylotu korytarza pojawiła się grupka strażników, którzy biegli już w ich stronę. Bruno skręcił gwałtownie w prostopadły korytarz, ciągnąc siostrę za sobą. Sara uderzyła barkiem w ścianę, tępy ból przeszył jej ciało.

– Szybciej! – ponaglił siostrę.

Musieli biec gęsiego, gdyż korytarz był bardzo wąski. Po chwili wypadli na węzeł łączący kilka spacerowych korytarzy. Pani doktor rozejrzała się szybko. Wszystkie drogi odciętę. Jej brat wybrał najdłuższy korytarz, złapał ją za rękę i pociągnął za sobą. Sara nie spodziewała się szarpnięcia. Potknęła się i upadła. Bruno silnym ruchem postawił ją na nogi, nic nie powiedział, tylko ciągnął ją wprost na nadbiegających strażników.

– W lewo! – tym razem ją uprzedził. Sara zobaczyła, że jej brat naparł na ścianę, otwierając drzwi do wąskiego, ciemnego korytarza. Czujniki ruchu zadziałały i zapaliły wątłe światło. Ludzie Saviniego byli już blisko. Rodzeństwo biegło prosto przed siebie. Pani psycholog zdawało się, że trwa to w nieskończoność, w płucach brakowało jej powietrza. Nagle Bruno gwałtownie wyhamował, po czym zaczął otwierać masywny stalowy włazu. Po chwili brat wciągnął siostrę do środka jakiegoś pomieszczenia technicznego, pełnego kabli, przewodów i dziwnych mechanizmów. Następnie szybkim ruchem zatrzasnął właz i zaryglował, żeby ścigający ich strażnicy nie mogli wejść. Zdążyli w ostatnim momencie. Pościg właśnie dopadł do włazu. Próbowali otworzyć, szarpali, ale nie dali rady. Sara słyszała jak meldują o tym Saviniemu. Bruno szarpnął za jeden z kabli i rozłączył jakieś części, których nie potrafiła nazwać. Potem osunął się na podłogę.

 

***

 

– Gdzie jesteśmy – spytała pani doktor, w jej głosie słychać było strach.

– W pomieszczeniu serwisowym bramy hali – wyjaśnił siostrze.

– Cokolwiek to jest, nie wejdą tu? – spytała dla pewności.

– Zablokowałem wszystkie wejścia, ale nie wiem na jak długo – wyjaśnił Bruno.

Usiadła obok niego, wykorzystując okazję, że jest zbyt zmęczony, żeby protestować. Oboje milczeli dochodząc do siebie po szaleńczym biegu. W końcu jednak Sara nie wytrzymała.

– Czego właściwie Savini chce od ciebie? – spytała. Bruno długo milczał, ale dała mu czas.

– Ehhh… widzisz siostrzyczko, to dość skomplikowane. – Mężczyzna westchnął ciężko.

– Chyba mamy trochę czasu… – odpowiedziała mu łagodnie. Czuła, że jej brat opuszcza gardę, że niewidzialna ściana między nimi zaczyna pękać. Chciała to wykorzystać.

– Kiedy Savini ogłosił ekspedycję kolonizacyjną zgłosiłem się. Jeszcze przed wylotem pomagałem głównemu programiście w opracowaniu algorytmów sterujących głównymi systemami kolonii. Potem on miał jakiś wypadek i zmarł, a ja awansowałem.

– Po udanych testach osadniczych rozpoczęło się zasiedlanie Marsa. Wtedy Savini poprosił, abym zaprogramował hodowlę organów. Miała służyć leczeniu chorób i urazów. Potem… – głos Bruna zadrżał. Coś go dusiło, chciała wiedzieć co, ale nie odezwała się, nie wykonała żadnego gestu, żeby nie naruszyć przemiany, jaka zachodziła w ich relacji. – Potem Savini zażądał, żebym przeprogramował hodowlę organów na… – głos mu się łamał – na hodowlę ludzi. – Sara zrobiła wielkie oczy. Jej brat mówił dalej. – To jest ta hala, w której jesteśmy. Mówimy na to inkubator. Kiedy zaczął działać, po próbnych – słowo znowu uwięzło mu w gardle – ludziach, hodowla ruszyła pełną parą.

– Po co mu… – zastanawiała się, jak dobrać słowo, ale nic nie przyszło jej do głowy – …tacy ludzie? Przecież nie brakuje chętnych do zasiedlenia – zauważyła Sara. Starała się nie okazywać dezaprobaty dla decyzji brata.

– Na początku brakowało osiedleńców. W pierwszej fazie kolonizacji ryzyko śmierci było bardzo duże. Dlatego potrzebna była hodowla organów, a potem ludzi, tak przynajmniej tłumaczył to Savini. Prawda jest taka, że od początku hodował ich na niewolników. Kiedy na rynku pojawiły się jachty do żeglugi kosmicznej, elity zaczęły przylatywać z Ziemi na Marsa. Zadziwiające, jak wiele z tych osób chciało kupić sobie niewolnika.

– Jak to możliwe, że nikt nie interweniował! – krzyknęła Sara zdenerwowana.

– Sęk w tym, że nie ma podstawy prawnej, bo to inna planeta. Nic mu nie mogą zrobić, a na Marsie to Savini ustala prawo. I wykorzystuje to bez skrupułów. Generalnie co na Ziemi jest zabronione, tutaj jest na porządku dziennym. Bicie, gwałty. Od jakiegoś czasu mieszka tu nawet grupa kanibali. Savini nikgo nie pyta, co zrobił z kupionym niewolnikiem. Najgorsze jest to, że pomogłem mu stworzyć ten makabryczny biznes. – Bruno schował twarz w rękach. Sara nie kryła już oburzenia, to było silniejsze od niej. Zerwała się z miejsca.

– Jak mogłeś? Rozumiem hodowlę organów, ale jak mogłeś się zgodzić na hodowlę ludzi? Bruno!? – krzyczała na brata z góry, łapiąc się za głowę, ale on nie odpowiadał. Zaczęła nerwowo chodzić po pomieszczeniu technicznym, w którym się znajdowali.

– Bruno, do cholery, coś ty zrobił?! Przecież z daleka widać, że z tym Savinim jest coś nie tak. Jak mogłeś tego nie dostrzec!? Jej brat dalej milczał.

Wtedy ją oświeciło.

– Mój boże! Ty wiedziałeś co robisz! Ty się na to zgodziłeś! A teraz zgrywasz mi tu wyrzuty sumienia! Ile ci zapłacił?! Ile!? – Sara wykrzyczała z całych sił, czuła jak gotuje się od środka. Tak bardzo chciała, żeby to był sen. Czuła jak żołądek podchodzi jej do gardła. Lepiej było nie mieć brata, lepiej byłoby, żeby ich drogi raz na zawsze się rozeszły. A teraz są skazani na siebie. Szlag by trafił! Kiedy Sara wyrzuciła z siebie cały gniew, opadła bez sił naprzeciwko niego. Bruno dalej milczał.

– Jak mogłeś na to wszystko pozwolić? – szepnęła Sara. Przez chwilę milczeli oboje. Bruno wziął głęboki wdech, powoli wypuścił powietrze ustami.

– Kiedy Savini mnie poprosił, odmówiłem. – Podniósł głowę i spojrzał Sarze w oczy. – Wtedy zagroził, że jeśli tego nie zrobię to cię tu sprowadzi siłą i będzie cię torturował tak długo, aż się zgodzę – wydusił półszeptem. Na twarzy Bruna malował się wyraz bólu i ulgi. Zimny dreszcz przeszył Sarę na wskroś. Miała mętlik w głowie. Cała nienawiść umknęła tak szybko, jak się pojawiła. Sara czuła się wyczerpana jak nigdy w życiu. Wszystko ją bolało.

– Chciałem cię chronić…. to wszystko moja wina… przepraszam cię… gdybym mógł cofnąć czas… Naprawdę nie wiedziałem do czego to doprowadzi – mówił zmęczonym głosem. Sara dostrzegła, że Bruno dusi w sobie coś jeszcze. Wtedy olśniło ją po raz drugi.

– Skoro zrobiłeś tę hodowlę, to dlaczego Savini mnie tu ściągnął?

Bruno westchnął.

– Chciał hodować dzieci, ale się nie zgodziłem. Wtedy zamknął mnie w izolatce i sprowadził ciebie. – Po tych słowach Sara zrozumiała, że zdecydował się ją poświęcić. Ta myśl odbijała się echem w jej głowie.

– Zacząłem symulować chorobę. Miałem nadzieję, że jak cię pobiję to go przekona, żeby cię zostawił. Liczyłem, że szybko zrezygnujesz – wykorzystał okazję, żeby wbić jej szpilę – i że Savini odeśle cię na Ziemię. – Kiedy skończył oparł głowę na kolanach, zasłaniając ją ramionami.

 

***

 

Bruno podniósł się pierwszy. Ruszył w stronę drugich drzwi, które Sara dopiero teraz zauważyła. Otworzył i zablokował, żeby się nie zamknęły. Wyszedł bez słowa, nie patrząc nawet w kierunku siostry. Pozostało jej pójść za nim. Weszła do podłużnego hallu, minęła przesuwne drzwi, które Bruno celowo zepsuł, aby uniemożliwić Saviniemu i jego ludziom wejście do środka. Jej brat stał nieruchomo, wpatrzony w wielką przeszkloną ścianę. Domyśliła się, że została tak zaprojektowana, aby oglądać wyhodowanych niewolników. Po drugiej stronie stała grupka strażników, pracowników technicznych i Savini, który żywo gestykulował do momentu, w którym ktoś z jego podwładnych nie wskazał, że Sara i Bruno pojawili się w środku. Zaczął walić w szybę, aby przykuć uwagę rodzeństwa.

– Woła nas – zauważyła Sara.

– Tak, widzę – odrzekł opryskliwie jej brat. Savini pokazywał na migi, żeby podeszli do interkomu przy bramie wejściowej do hali.

– Idziemy? – zapytała.

– Sam nie wiem – odpowiedział zrezygnowany.

– Chodź, zobaczymy co proponuje.

Kiedy podeszli do interkomu, to Sara włączyła mikrofon. Miliarder odezwał się pierwszy.

– Jesteście w ciemnej dupie, gołąbeczki! Jeśli zrobicie co powiem, daruję życie wam obojgu – syknął.

– Co konkretnie mamy zrobić? – spytała Sara.

– Zakładam, że już sobie wszystko wyjaśniliście – warknął Savini. – Potrzebuję młodych chłopców i dziewczynek.

– A jeśli tego nie zrobimy? – Sara starała zachować spokój.

– W najlepszym razie zdechniecie z głodu – ryknął do mikrofonu Savini.

– Muszę porozmawiać z Brunem – odpowiedziała, próbując ukryć rezygnację w głosie, po czym wyłączyła mikrofon.

– Musimy się zastanowić, co robimy – powiedziała smutno Sara. 

– Taa… – westchnął Bruno – chodźmy do technicznego, tam będziemy mieć spokój – dodał.

Kiedy weszli z powrotem do pomieszczenia usiedli obok siebie. Oboje rozumieli doskonale, że sytuacja jest patowa.

– Nie mamy za wiele opcji Bruno – zaczęła Sara. – Możemy tu zdechnąć z głodu albo spełnić żądanie Saviniego, licząc, że dotrzyma słowa.

– Wątpię, że dotrzyma słowa. Chyba, że zaproponujemy mu coś ekstra, co utrzyma nas przy życiu. Ale ja nie chcę mieć nikogo więcej na sumieniu – odparł stanowczo Bruno.

– Pozostaje nam trzecia opcja… – Sara zawiesiła głos. – Możemy odejść na naszych zasadach. Możemy przecież rozwalić wszystko i odebrać sobie życie, szybko i bezboleśnie – dokończyła szeptem, po czym spojrzała na brata.

– Nie. Jeśli rozwalimy hodowlę, a potem się zabiję, to Savini nie będzie miał powodu, żeby zabić ciebie.

– Nie będzie miał też powodu, żeby darować mi życie. Nie ma mowy, nie wejdę do paszczy lwa – zapowiedziała stanowczo Sara.

– Jakby na to nie patrzeć nasz finał jest marny, normalnie grecka tragedia – skomentował jej brat. Tyłem głowy lekko uderzył w ścianę, pozwolił rękom opaść bezwładnie.

– Bruno, da się zmieniać ustawienia hodowli? Da się sterować rozwojem psychicznym tych ludzi?

– Za psychikę odpowiadają algorytmy napisane przez jakieś speca Saviniego, a czemu pytasz?

– Zastanawiam się po prostu jak to działa – odpowiedziała Sara.

– Z tego co wiem te algorytmy są połączone ze stymulacją obszarów mózgu i sztucznym socjalizowaniem. Nie wiem dokładnie, możemy zerknąć na kod jeśli chcesz. Ale profesury z tego już raczej nie zrobisz – ironizował. – Do końca tylko kariera i kariera – wbił jej kolejną szpilę.

– Chcę. Coś mi się skojarzyło, kiedy mówiłeś o greckiej tragedii – powiedziała Sara z nutą nadziei w głosie.

– No dobra, to chodźmy.

Przeszli do pomieszczenia, w którym znajdował się komputer sterujący hodowlą. Bruno uruchomił odpowiednie programy i zaczął analizować kod.

– Ok, są tu parametry odpowiedzialne za rozwój fizyczny: szkielet, wszystkie układy, narządy – stwierdził po chwili.

– A psychika? – zapytała Sara nerwowo.

– Szukam! Nie stój mi nad głową, ok? – krzyknał na siostrę.

Sara zostawiła go w spokoju. Położyła się pod ścianą, próbując się zdrzemnąć.

Kiedy się obudziła zobaczyła jak Bruno jej się przygląda.

– Ale odpłynęłam, przepraszam – powiedziała Sara nieco zaspana.  

– Nie szkodzi.

– Masz coś?

– Tak.

Sara zerwała się na równe nogi.

– Dobra, pokaż – poprosiła.

– Sporo tego, sama zobacz. Wszystkie parametry są opisane w komentarzach. To te fragmenty, które zaczynają się od nawiasów kwadratowych i podwójnych wykrzykników. To naukowy bełkot, sama musisz go rozszyfrować – powiedział Bruno, wskazując fragmenty tekstu na monitorze.

Sara usiadła do komputera i zaczęła wczytywać się w opisy.

– Postudiuj sobie, zanim to wszystko rozwalimy – powiedział, siląc się na kolejną złośliwość.

Jego siostra odpowiedziała dopiero po chwili namysłu.

– Jeśli zniszczymy samą hodowlę, to Savini odbuduje ją bez ciebie, a jak nie da rady to zacznie porywać ludzi z Ziemi, albo wymyśli jeszcze coś innego. Sam mówiłeś, że ten facet jest na Marsie nie do ruszenia. Żaden rząd, żadna organizacja, nikt nie kiwnie palcem. Bruno, prędzej czy później cały ten syf pójdzie także na twoje konto. Ludzie zapamiętają cię jako potwora – tłumaczyła.

– Co proponujesz? – zapytał siostry.

Wtedy usłyszeli, jak technicy Saviniego próbują na siłę otworzyć bramę inkubatora.

– Szlag! Oni tu wejdą, to tylko kwestia czasu! – zauważył Bruno.

– Słuchaj, powiem ci jak ustawić parametry odpowiedzialne za psychikę i zaczniemy hodowanie tych dzieci. Dopóki ich nie dostanie, raczej nas nie zabije – powiedziała Sara.

– Chyba mnie nie słuchałaś, nie wyhoduję mu dzieci, wolę… – nie skoczył zdania, siostra weszła mu w słowo.

– Bruno, ustawimy to tak, żeby skurwiel dostało to, na co zasłużył. Musimy spróbować, zaufaj mi.

– Już raz to zrobiłem – powiedział gorzko. Mimo to, zabrał się do pracy.

Nie dążyli jednak ustawić wszystkiego jak zaplanowali, gdyż strażnicy wdarli się do hali inkubatora. Zanim Savini kazał zaprowadzić Sarę do izolatki, usłyszała, że Bruno zgadza się wyhodować dzieci.

 

***

 

Panie Savini – młody strażnik wołał już od progu, ledwo łapiąc oddech – Pan Wars ma dla nas dzieci. Żąda widzenia z siostrą.

– Wreszcie! – wykrzyknął Savini. – Sprawdź czy te małolaty się nadają. Jak nie będzie niespodzianek to szykuj licytację. Major Oczko i reszta dostaną w końcu obiecane maskotki – dodał, zacierając ręce. – A Warsa wpakuj do pani doktor!

– Tak jest! – przyjął rozkaz młody strażnik.

Po kilku godzinach wszystko było przygotowane. Grupka młodych chłopców i dziewcząt czekała, aż ludzie Saviniego zaprezentują je zainteresowanym, którzy, zniecierpliwieni, snuli już swoje chore fantazje. Major Oczko drżał z podekscytowania.

Kiedy licytacja dobiegła końca, ofiary trafiły w ręce swoich oprawców.

 

***

 

– Mój Boże… – westchnął Bruno. – Co myśmy zrobili? – wydukał, patrząc na wielką niewielką szybę izolatki, obficie zbryzganą zakrzepłą już krewią.

– To co trzeba – jego siostra odpowiedziała beznamiętnie.

– Jesteś pewna, że nikt postronny nie ucierpiał? A jeśli się pomyliłaś? A co jeśli nie dały rady, w końcu Savini miał sporo ludzi – dopytywał.

– Bruno, rozmawialiśmy o tym. Sam mówiłeś, że mając do wyboru między poczuciem winy, że stworzyłeś ten system, a poczuciem winy, że zrobiłeś co trzeba, żeby go zniszczyć, wybierasz to drugie.

– Wiem, ale… – nie dokończył.

– Poza tym tłumaczyłam ci, że ustawiliśmy parametry tak, żeby system hodowli stymulował regułę wzajemności. Dzięki temu dzieci nie skrzywdzą nikogo, kto ich nie skrzywdzi.

– Naprawdę jesteś pewna, że prędzej czy później ta armia małych niewiniątek nie wybije nas wszystkich? Możesz to zagwarantować? – nie ustępował Bruno.

– Jestem pewna – odpowiedziała Sara, starając się ukryć wątpliwości. – To moje dzieci.

Wtedy drzwi izolatki otworzyły się.

 

Koniec

Komentarze

Tak jak pisałem w becie, nie jest idealnie, ale i tak zrobiłeś wielkie postępy od pierwszej wersji tekstu. Niezależnie od wszystkiego już za samo to należy ci się uznanie. Szkoda, że (miedzy innymi przez moje gapiostwo) nie udało nam się go bardziej dopracować opka. 

Jako osoba, która widziała tekst, kiedy jeszcze stały przy nim robocze rusztowania, dodam, że jestem pod wrażeniem ogromu pracy, jaki autor włożył w pracę na opowiadaniem. Po zgodnym głosie bet, że pierwsza wersja musiałaby zostać przepisana, by osiągnąć dobry poziom, krawiec… naprawdę ją przepisał, rozwijając i ulepszając swój pomysł w dość krótkim zresztą czasie (terminy). Darzę autora szacunkiem i życzę mu powodzenia w dalszej pracy.

A powyższe opowiadanie, jak pisze None, ma pewne wady i znając życie kilka pogubionych tu i ówdzie przecinków (znów – gonitwa z czasem), ale widzę w nim też przynajmniej kilka zdań-iskierek, o czym pisałam podczas bety. Myślę, że pozostali czytelnicy też znajdą coś dla siebie :)

Pozdrawiam!

 Tak trochę wyrywkowo: (sorki za kąśliwe uwagi)

 Słysząc głos siostry Bruno spojrzał na nią i na Saviniego.

niezły zez ;) 

Sara próbowała poskładać wszystko w całość. To jedno zdanie zmieniło wszystko. Bruno na pewno nie jest chory i mu na niej zależy. Ciągle ma brata, cieszyła się. Euforia szybko jednak ustąpiła miejsca przerażeniu. Jeśli Bruno tylko udaje chorobę przed Savinim, to oznacza, że ma poważne kłopoty! Ma uciekać? O nie, nie może teraz zostawić Bruna! Musi mu pomóc, jest mu to winna. W końcu ma szansę odzyskać twarz w oczach brata. Tylko co robić? Myśl, kobieto, myśl! Cholera, Savini niedługo przyjdzie, aby kontynuować rozmowę. Wtedy już niczego więcej się nie dowie. Nagle Sarę olśniło. Dopóki Savini jest zajęty ona ma szansę porozmawiać z bratem na osobności.

3x brak sporo jak na tak mały akapit, dwa odwróciłbym “mu na niej zależy”– zależy mu na niej

Przed drzwiami kręcił się jakiś pielęgniarz, którego nie widziała wcześniej.

Piruety robił?, i zrezygnowałbym ze słowa – jakiś

– Z nim nie wolno rozmawiać bez zgody pana Saviniego – poinformował mężczyzna. Sarę zaskoczyła jego odpowiedź.

usunąłbym słowo – mężczyzna 

 – Ja panią zaprowadzę, Pan Savini zaraz przyjdzie. – Wtrącił się inny pielęgniarz, który wcześniej wprowadził ją do sali przesłuchań.

ale mnie gościu wystraszył, tak podszedł znienacka :),słowo – inny, bym usunął

Pielęgniarz nie był jednak przekonany.

– Pan Savini z pewnością byłby bardzo zadowolony gdyby Bruno mógł niedługo wrócić do pracy – dodała Sara rzucając pielęgniarzowi wymowne spojrzenie.

W końcu pielęgniarz ustąpił, choć bardzo niechętnie.

Bym usunął tych pielęgniarzy, wpada w powtórzenie, a wiadomo o kogo idzie

– Gdzie jesteśmy – spytała pani doktor, w jej głosie słychać było strach.

za dużo tego “pani doktor” na przemian z “pani psycholog” jest frustrujące, zgrzyta jak stary zawias za każdym razem gdy to widzę, i nie wiem co z tym zrobić, jeden fragment:

Pani doktor postanowiła pokusić się o wstępną diagnozę, więc zwlekała z kolejnym pytaniem próbując złożyć z kilku informacji, którymi dysponowała, jakąś sensowną hipotezę.

– Bruno pamiętasz co się stało wczoraj, podczas naszego spotkania? – Sara spytała tak łagodnie, jak tylko potrafiła.

Czuła, że ryzykuje sprowokowanie wybuchu agresji. Jednak nic się nie stało. Bruno nawet nie drgnął.

– Nie widziałem pani wczoraj – odrzekł z miną pełną zdziwienia.

Pani psycholog analizowała: jeśli tego nie pamięta, to może być objaw schizofrenii. Ryzyko zachorowania jest co prawda niewielkie, ale choroba występuje częściej u osób w jego wieku. To może pasować, pomyślała.

– Z kim się pan wczoraj spotkał? – wtrącił się Savini. Szorstki ton zdradzał zniecierpliwienie. Zapytany mężczyzna nie odpowiedział tylko zwiesił głowę. Pani doktor zaklęła w duchu: cholerny dureń, po co się odzywa!?

– Bruno, spójrz na mnie proszę. Jestem twoją siostrą – powiedziała Sara, chcąc przejąć kontrolę nad rozmową.

– Ale ja nie mam siostry – odrzekł Bruno. Pani doktor poczuła mocny ucisk w żołądku, ale nie poddawała się.

chodzi, że już po pierwszym fragmencie wiemy kim jest jak się nazywa, co robi, a dalej jest Pani, to dystansuje, nie pozwala się zjednoczyć z bohaterką, 

– Kiedy Savini ogłosił ekspedycję kolonizacyjną zgłosiłem się. Jeszcze przed wylotem pomagałem głównemu programiście w opracowaniu algorytmów sterujących głównymi systemami kolonii. Potem on miał jakiś wypadek i zmarł, a ja awansowałem.

– Po udanych testach osadniczych rozpoczęło się zasiedlanie Marsa.

to nie powinno się zaczynać od nowego myślnika, skoro kontynuuje wypowiedź, ale sam nie jestem pewien na stówę ;)

słowo – jakiś, bym usunął, wiadomo było, że to wypadek śmiertelny mimo wszystko,

a dalej hodowla i hodowla sporo tam tego słowa w wyjaśnieniach Bruna, 

– Pozostaje nam trzecia opcja… – Sara zawiesiła głos. – Możemy odejść na naszych zasadach. Możemy przecież rozwalić wszystko i odebrać sobie życie, szybko i bezboleśnie – dokończyła szeptem, po czym spojrzała na brata.

– Nie. Jeśli rozwalimy hodowlę, a potem się zabiję, to Savini nie będzie miał powodu, żeby zabić ciebie.

– Nie będzie miał też powodu, żeby darować mi życie. Nie ma mowy, nie wejdę do paszczy lwa – zapowiedziała stanowczo Sara.

Rozwalają hodowlę i się zabijają, a dalej…. nie rozumiem, czyli, że tylko Bruno ma się zabić? a ona nie, ale i tak nie przeżyje bo ją zabije jego szef, coś tutaj jest nie tak…i ona sama to zaproponowała, a później mówi: “Nie ma mowy, nie wejdę do paszczy lwa”…

– Mój Boże… – westchnął Bruno. – Co myśmy zrobili? – wydukał, patrząc na wielką niewielką szybę izolatki, obficie zbryzganą zakrzepłą już krewią.

to jaka ta szybka w końcu jest? 

 

Jest początek i jest zakończenie, to na plus, ale kupa powtórzeń, (termin gonił i to widać) 

Chodzi, o to że opowiadanie nie jest najgorsze, ale nie porywa, czyta się tak bez zaciekawienia, bez zapytania, a co będzie dalej? Raczej jest takie: aha… to tak było, no dobra – lecimy dalej.

Mimo wszystko napracowałeś się i to widać, np tutaj: “Przez ułamek sekundy w oczach izolowanego mężczyzny błysnęła wściekłość, mięśnie żuchwy napięły się.” – był zły na szefa o czym dowiadujemy się później, jednak siostra mogła to wziąć za oznaki choroby. 

Dzięki za podzielenie się i powodzenia w kolejnych tekstach o/

 

 

None i Minuskuła, szczególne podziękowania za kilkukrotną pomoc. Sporo się nauczyłem z Waszych uwag i mam poczucie, że zrobiłem, nie krok, a skok do przodu. Udało Wam się nie zgasić entuzjazmu, mimo tak wielu niedoskonałości. Powinniście dostać medal.

Skuul: Dzięki za uwagi. Mam świadomość, że do ideału baaardzo daleko, delikatnie mówiąc. Z drugiej strony jest bliżej niż wcześniej. Myślę, że kolejny tekst będzie lepszy, może uda się zacząć od czegoś przyzwoitego i doprowadzić do dobrego, gdzie zaletą będzie nie tylko to, że opko ma początek o koniec ;)

W sumie gdyby nie termin, to miałbym czas dopracować tekst, ale z drugiej strony pewnie bym się nie zmobilizował i nie opublikował nic. A tak, pierwsze koty za płoty.

Terminy to stwory stadne, także błędy poprawię jak złapię trochę luzu.

 

To ja zostawię uwagę co do konstrukcji i budowania napięcia – już na samym początku, w dłuższym akapicie wyjaśniasz, że Sara porzuciła brata – wydaje mi się, że gdybyś dozował te informacje, to wybrzmiałyby one mocniej. Zacząć od tego, że nie dorastali razem, że jest jakaś pretensja, coś ze śmiercią rodziców – i dopiero potem – może w jakieś scenie konfrontacji rodzeństwa? – wyjawić, że siostra oddała go do przytułku by robić karierę.

Gdybyś wcześniej zbudował ich postacie, przed tym wyznaniem, to wybrzmiałoby ono mocniej – czytelnik miałby jakieś zdanie o Sarze – uznany naukowiec, targany poczuciem winy; nic, tylko trzymać za nią kciuki – a ty się okazuje, że jest kimś innym, niż wydawało się wcześniej. 

 

I to błyskawiczne programowanie w końcówce jest mało wiarygodne ; )

I would prefer not to.

Podobała mi się fabuła – niezłe pomysły tu widzę. Na przykład ten, że na Marsie nie obowiązują ziemskie prawa i można to wykorzystać. Oczywiste, kiedy już ktoś na to wpadnie. :-)

Moja niewiara spadła z kołka przy scenie ucieczki z izolatki. Do luftu taka izolatka, a pielęgniarze do odstrzału.

Końcówka fajna. Dobrze im tak, właścicielom jednym…

Przeszłość ją dogoniła i postawiła pod ścianą, a teraz dostanie to, na co zasłużyła.

Co jest podmiotem pod koniec zdania i dlaczego przeszłość?

po czym zaczął otwierać masywny stalowy włazu.

Coś się posypawszy.

– Gdzie jesteśmy – spytała pani doktor,

Przydałby się pytajnik.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam bez przykrości, ale i bez szczególnych wrażeń. Widać, co zauważyli też wcześniej komentujący, że opowiadanie jest niedopracowane i że mogłoby być lepsze, gdyby Autor miał więcej czasu. Ale cóż, tak krawiec kraje, jak mu materii staje;)

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Mam nadzieję, Krawcze, że Twoje przyszłe opowiadania będą należycie dopieszczone i zdecydowanie lepiej napisane.

 

Męż­czyź­ni wy­glą­da­li na ta­kich, co od razu przy­stę­pu­ją do eg­ze­ku­cji – długu, czło­wie­ka – wszyst­ko jedno. Jej fi­li­gra­no­wa po­stać wy­glą­da­ła przy nich nie­mal ko­micz­nie. –> Powtórzenie.

 

rzu­cił męż­czy­zna ewi­dent­nie peł­nią­cy rolę osił­ka, a jego niż­szy i szczu­plej­szy to­wa­rzysz roz­sia­dał się już wy­go­nie w fo­te­lu na­prze­ciw­ko. –> Naprzeciwko czego?

Ma czym polega pełnie roli osiłka?

 

Spra­wa mu­sia­ła być po­waż­na, skoro ktoś wy­słał po­słań­ców. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Pani dok­tor – prze­jął ini­cja­ty­wę ten mniej­szy. –> – Pani dok­tor.Prze­jął ini­cja­ty­wę ten mniej­szy. Lub: – Pani dok­tor… – Prze­jął ini­cja­ty­wę ten mniej­szy.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Zimny dreszcz prze­biegł jej po ple­cach, od­dech zwol­nił. –> Wydaje mi się, że ktoś, kto słyszy nagłą, niespodziewaną wieść, tak oddech jak i tętno będzie miał raczej przyspieszone.

 

na­uczy się mówić mama i tata. Nigdy wię­cej nie wi­dzia­ła brata. –> Czy to zamierzony rym?

 

– Jak to? Co mu jest? Coś groź­ne­go? – po­wie­dzia­ła za­nie­po­ko­jo­na.  –> – Jak to? Co mu jest? Coś groź­ne­go? – zapytała za­nie­po­ko­jo­na

 

– A pa­no­wie je­ste­ście … –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

czy ko­lo­nia jest bez­piecz­na? Tyle się ostat­nio sły­szy o trans­pla­ne­tar­nej emi­gra­cji prze­stęp­ców? – za­py­ta­ła, po czym uświa­do­mi­ła sobie, że prze­cież i tak tego nie przy­zna. –> Kto i czego nie przyzna?

 

– Wa­ha­dło­wiec star­tu­je jutro o 8.00, pro­szę się nie spóź­nić… –> – Wa­ha­dło­wiec star­tu­je jutro o ósmej, pro­szę się nie spóź­nić

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

W ma­leń­kim ple­ca­ku Sara bez trudu zmie­ści­ła wszyst­ko, czego po­trze­bo­wa­ła. –> Nie wydaje mi się to możliwe. No, może niechby ten plecak był chociaż niewielki, bo maleńki to może mieć przedszkolak.

 

Na­le­wał sobie szkla­necz­kę Ma­cAl­la­na, naj­wy­raź­niej nie pierw­szą, gdyż uśmiech­nął się na jej widok. Ski­nął głową w kie­run­ku zwierzch­ni­ka, po czym zwró­cił się do niej.

– Dzień dobry.

–> Na­le­wał sobie szkla­necz­kę ma­cal­la­na

Dlaczego uśmiechnął się na widok kolejnej szklaneczki? Dlaczego zwierzchnikowi tylko skinął głową, a szklaneczce powiedział dzień dobry?

Nazwy trunków piszemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Ry­su­ją­ca się przed nią szan­sa na od­no­wie­nie re­la­cji z je­dy­nym człon­kiem jej ro­dzi­ny na­pa­wa­ła po równo ra­do­ścią i prze­ra­że­niem. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimkow.

 

Mimo to Sa­vi­ni za­pro­sił ją do swo­je­go biu­rze nie­zwłocz­nie po wy­lą­do­wa­niu. –> …do swojego biura

 

Bez­wład­ne ciało usu­nę­ło się na pod­ło­gę. –> Bez­wład­ne ciało osu­nę­ło się na pod­ło­gę.

 

Nie­mal na­tych­miast po­ja­wił się pie­lę­gniarz. Wkrót­ce potem zja­wił się… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

po­tra­fi roz­mów­cy wy­łu­pać oko srebr­ną ły­żecz­ką… –> Raczej: …po­tra­fi roz­mów­cy wy­łu­pić oko srebr­ną ły­żecz­ką

 

Za­gad­nę­ła do niego. –> Za­gad­nę­ła go.

 

– Ja panią za­pro­wa­dzę, Pan Sa­vi­ni zaraz przyj­dzie. –> – Ja panią za­pro­wa­dzę, pan Sa­vi­ni zaraz przyj­dzie.

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Bruno wy­pro­wa­dził ich z bloku izo­la­cyj­ne­go, a potem po­pro­wa­dził do… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

zanim lu­dzie Sa­vi­nie­go zdą­ży­li się zo­rien­to­wać, dokąd ucie­kli i je za­blo­ko­wać je­dy­ne przej­ście. –> Czy to ostateczna wersja zdania?

 

u wy­lo­tu ko­ry­ta­rza po­ja­wi­ła się grupk­a straż­ni­ków, któ­rzy bie­gli już w ich stro­nę. Bruno skrę­cił gwał­tow­nie w pro­sto­pa­dły ko­ry­tarz, cią­gnąc sio­strę za sobą. Sara ude­rzy­ła bar­kiem w ścia­nę, tępy ból prze­szył jej ciało.

– Szyb­ciej! – po­na­glił sio­strę. Mu­sie­li biec gę­sie­go, gdyż ko­ry­tarz był bar­dzo wąski. Po chwi­li wy­pa­dli na węzeł łą­czą­cy kilka spa­ce­ro­wych ko­ry­ta­rzy. Pani dok­tor ro­zej­rza­ła się szyb­ko. Wszyst­kie drogi od­cię­tę. Jej brat wy­brał naj­dłuż­szy ko­ry­tarz, zła­pał ją… –> Powtórzenia.

 

Bruno szarp­nął za jeden z kabli… –> Bruno szarp­nął jeden z kabli

 

ska­za­ni na sie­bie. Szlag by tra­fił! Kiedy Sara wy­rzu­ci­ła z sie­bie cały gniew… –> Powtórzenie.

 

– Po­trze­bu­ję mło­dych chłop­ców i dziew­czy­nek. –> Masło maślane. Czy bywają starzy chłopcystare dziewczynki?

 

Sara sta­ra­ła za­cho­wać spo­kój. –> Sara sta­ra­ła się za­cho­wać spo­kój.

 

– Szu­kam! Nie stój mi nad głową, ok? – krzyk­nał na sio­strę. –> Literówka.

 

Po­ło­ży­ła się pod ścia­ną, pró­bu­jąc się zdrzem­nąć.

Kiedy się obu­dzi­ła zo­ba­czy­ła jak Bruno jej się przy­glą­da. –> Siękoza.

 

żeby skur­wiel do­sta­ło to, na co za­słu­żył. –> Literówka.

 

Grup­ka mło­dych chłop­ców i dziew­cząt cze­ka­ła… –> Masło maślane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciężko coś dodać po uwagach Finkli i Wybranietz. Jest tu potencjał, choć wykonanie kuleje. I są pomysły, to bardzo ważne.

Dlatego przeczytaj uważnie od nich rady, a ode mnie – treści spod tych linków.

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Kilka odpowiedzi, według kolejności.

 

@ Wybranietz – dzięki, że dałaś radę zerknąć na opko. Faktycznie, lepiej byłoby budować te postacie inaczej. Zwrócę na to uwagę w kolejnym tekście. 

 

@ Finkla – dziękuję za podtrzymanie żaru i za klika, pomimo tylu błędów. Fajnie, że spodobał Ci się pomysł i końcówka.

 

@ Regulatorzy – dzięki za komentarz i wskazanie kolejnych błędów. Od początku zdawałem sobie sprawę, że opko jest niedopracowane. Mimo to, zdecydowałem się je zgłosić. Gdybym nie kliknął, to straciłbym twarz w oczach tego gościa, który patrzy na mnie z lustra ;) Poza tym, zdecydowałem się także po to, żeby nauczyć się warsztatu, nie ma co ukrywać, że od podstaw. Także cała praca betujących i komentujących dała mi kopa i wskazówki do nauki.

tak krawiec kraje, jak mu materii staje… Podoba mi się :) 

 

@ NoWhereMan – Dzięki za komentarz, dostrzeżenie potencjału i wskazówki!

Bardzo proszę, Krawcze, cieszę się, że mogłam pomóc. :)

Podzielam Twoje zdanie, że decyzja o publikacji opowiadania była słuszna. Nie dość, że gość z lustra nie ma się do czego przyczepić, to masz szansę zebrać komentarze i opinie, które mogą być pomocne w dalszej pracy twórczej. A i Twój warsztat, o czym jestem przekonana, z czasem będzie coraz lepszy. :)

 

tak krawiec kraje, jak mu materii staje… Podoba mi się :)

No ba, wszak przysłowia są mądrością narodu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, aż tak źle nie było. Ogółem mi się spodobało, rażących ortografów nie strzeliłeś…

Babska logika rządzi!

– Proszę nie wierzyć[-,] we wszystko[+,] co piszą.

– Wahadłowiec startuje jutro o 8.00,

ósmej (słownie)

Kiedy mężczyźni wyszli[+,] Sarę rozbolała głowa.

Poczuła[+,] jak przyspiesza jej tętno.

– Tyle razy układałam sobie w głowie[+,] co ci powiem, kiedy się spotkamy, a teraz nie mogę zebrać myśli.

Gdybym mogła cofnąć czas[+,] to był to zrobiła.

Literówka.

Savini[-,] obserwował wszystko na monitorze, po czym skoczył na równe nogi.

Nie pasuje mi to zdanie. Savini skoczył w trakcie obserwacji, nie po jej zakończeniu. Czyli bardziej coś w stylu “obserwujący wszystko na monitorze Savini skoczył” niż “obserwował, a potem skoczył”. Do przemyślenia.

Savini pytał pielęgniarza, kiedy Sara odzyskiwała przytomność.

To też mi się nie podoba, bo sugeruje, że obie te czynności trwały przez dłuższy czas i nie były jednorazowe. 

– Proszę odpocząć, porozmawiamy[+,] jak pani dojdzie do siebie

Nie wypisuję więcej, ale ogólnie przyjrzyj się przecinkom.

Savini nikgo nie pyta, co zrobił z kupionym niewolnikiem.

Literówka.

Ogólnie nie jest źle.

Mam kilka uwag. 

Nie bardzo przejęłam się losem bohaterki i jej brata, co prawdopodobnie wynika z tego, że nie udało mi się z nimi zżyć/polubić = zabrakło mi jakichś emocji.

Nie bardzo rozumiem, po co jest wątek porzucenia brata. Wydaje mi się, że to nie ma znaczenia dla historii a nawet przeszkadza, bo sprawia, że scena ich spotkania staje się mniej wiarygodna. Nie wierzę, że Bruno nie ma żalu, z kolei Sara “powinna” chcieć go ratować również wtedy, gdyby łączyły ich “normalne” relacje.

Myślę, Krawcze, że powinieneś ćwiczyć, po prostu pisz, a będzie coraz lepiej.

Powodzenia :)

 

 

Nowa Fantastyka