- Opowiadanie: ZAURUXOR - Idol

Idol

Wrzucam opowiadanko w stylu horror.  Myślę że oryginalności nie ma tu co szukać... ale może jakichś prób budowania atmosfery przez sposób opowiadania już tak.  Na pewno w interpunkcyjnych i składniowych szczegółach kryje czai się jednak groza :).  Ciekaw jestem oczywiście opinii i tego co zauważą czytający a na co ja jestem jako “ałtor” ślepy... opko było kilkukrotnie sprawdzone w odstępach czasowych i wałkowane do poziomu womitozy.  Chociaż na pewno szpachla wychodzi miejscami.  Anyway, zapraszam do lektury ;p.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Idol

 

 

 

Docieraliśmy zatłoczonymi przesmykami i uliczkami slumsów do prowizorycznego stadionu. Buczenie podrasowanych silników drag cars nasilało się. Hałas unosił się nad popołudniem miasteczka, tak gorącym że oddalony obraz rozpływał się nad widnokręgiem. Mijając budy z blachy falistej, skupiska ludzi stłoczonych wokół starych plemiennych gier na piasku, stragany ze złomem, skórami i dymiące budki gdzie podawano jedzenie zbliżaliśmy się do celu.

– Dzisiaj finały wyścigów złomiarzy… będzie ciężko się przecisnąć. – Quilombo gestykulował poirytowany za kierownicą.

Po kilku minutach parkując pod ręcznie skleconym murkiem toru wyścigowego ujrzeliśmy że głównymi wrotami wypływa z obiektu ogonek wyraźnie wzburzonego tłumu. Dzieciaki płakały i uwieszały się na rękach zamaskowanych chustami i obładowanych zawiniątkami matek. Część ludzi wychodziła drugą bramą. Małe grupki mężczyzn pokrzykiwały i wykonywały nerwowe gesty skierowane w kierunku prowizorycznego stadionu.

– Coś się tam musiało stać. Normalnie ciężko byłoby się w ogóle dostać do środka, taki byłby tłok. Chodźmy. – Quilombo zapalił papierosa, rzucił ramkę hope’ów na popękaną konsolę dżipa i skinął na mnie ręką.

Weszliśmy rozpychając się pod prąd ludzkiego strumyczka. Na torze skupisko stojących samochodów zasłaniało coś co działo się z przodu, w oparach kurzu. Kierowcy sześciu czy siedmiu maszyn czekali, pozdejmowali kaski, kilku z nich oparło się o swoje maszyny lub nerwowo bębniło dłońmi w maski. Przysadzisty pace car przekwalifikowany z pickupa hycla stojąc w poprzek zakrętu toru, zasłaniał mi widok jakiegoś niewątpliwego zajścia. Quilombo już stał na dole przy bandach i rozmawiał z obsługą. Zacząłem do niego schodzić.

Na samym czele zatrzymanego pościgu rozgrywała się dziwaczna scenka. Dwóch goryli w brudnawych koszulach obserwowało jak przysadzisty grubas kopie leżącego kierowcę, wbijając jego ciało w wygiętą do środka reklamę z blachy falistej.

– To jego promotor… jest zirytowany bo dobrze obstawił ten wyścig. Nkume chyba dostał jakiegoś ataku czy coś. Jego ziomkowie mówią że to brujerismo.  Klątwa albo coś.

Kierowca, który widocznie wcześniej musiał być na prowadzeniu, leżał jak kłoda z oczami utkwionymi w jakieś niewidzialne dla nas rzeczy. Obojętnie znosił kopniaki i przekleństwa, kiwał się delirycznie jak szmaciana lalka w rękach dziecka. Piana na odętych ustach świadczyła że znajduje się chyba w czymś na kształt transu. To były drobne lokalne zawody, podanie mu środków odurzających przez konkurencję uznałem za nieprawdopodobne. Chociaż…

– Dobrze… powiedz temu grubasowi że zaraz rozwali śledzionę swojemu zawodnikowi jak się nie uspokoi… ja spróbuję zadzwonić po karetkę. Pośpiesz się. – Quilombo jak zwykle sprawnie zaczął działać. Olbrzym w kamizelce motocyklowej, zdobytej na członku rozbitego już gangu Damballa Devils, budził respekt. Przecisnął się między drobnymi sylwetkami kierowców (większość z nich to były dzieciaki, nastolatki) i złapał promotora (chyba Amerykanina) pod boki. Bez cienia policyjnej agresji przestawił go jak manekina sklepowego, odciągając agresora od ofiary.

– Uszanowanie… milicja obywatelska Ugoronu. Jestem Cedric Quilombo a tam stoi mój partner Josh Campbell… cóż to za sprzeczkę tu macie – mój partner mimo ogromnej przewagi fizycznej zawsze próbował obrócić wszystko w żart. Tak było po prostu szybciej, po jednym jego ciosie trzeba było czekać aż rozmówca się ocknie po kilku dniach. Uśmiech i negocjacje działały lepiej niż pięść wielkości maszyny do pisania.

– Jestem Reynolds… mój kierowca… kurwa, wrzuciłem w niego i ten wyścig dużą część dochodów ze swoich biznesów… od wczoraj dziwnie się zachowywał. To młody, zdolny chłopak. Może wpadł w złe towarzystwo albo naćpał się przed jazdą… cholera! – Reynolds przetarł czoło dłonią ale co najważniejsze odstąpił od chłopaka leżącego jak marionetka pod prowizoryczną, ręcznie malowaną reklamą lucky strike .

– Dobrze. To może tak… zaprowadzimy pana do auta i porozmawiamy o tym co się stało. Młodego na razie zabierze karetka. Jeśli jest legalna lista uczestników wyścigu to mamy prawo go przerwać i przełożyć. Zaraz pójdę do sędziego i zrobię to. Przełóżmy zawody o kilka dni. Najwyżej bukmacherzy potrzymają pieniądze, a my pojedziemy na komisariat porozmawiać. – Quilombo już omotał Reynoldsa.

Reynolds złapał się za spoconą, błyszczącą kulę łysej głowy.

– Dobrze… niech go zbadają.

Brujerismo?

 

*

 

Serenada klaksonów i pokrzykujących, przeciskających się między dymiącymi maskami rupieciowatych wozów przechodniów. W kabinie land rovera ciasno i gorąco. Próbujemy się wydostać z centrum.

– Na pewno młodego zjadły nerwy przed finałowym wyścigiem i czegoś się nabrał. Albo podtruli go jacyś motacze z obozu konkurencji – zastanawia się Quilombo.

Podaje mi cienką teczkę, pokrytą tłustymi plamami oleju silnikowego.

– To kopia jego umowy i pozwolenia na start. Młokos. Pewnie z biednej rodziny. Umie jeździć, ale pewnie ktoś musiał się za niego podpisać.

Przerzucam stosik papierów. Nkume Zidhou, lat 17. Zamieszkały: Ubaki. To niedaleko od miasta, malutka osada w interiorze. Trzeba przejechać przez gęsty pas tropikalnego lasu. Droga prawie zarosła. Niewielu tam jeździ, a z mieszkańców pewnie nikt nie ma samochodu. Chłopak musiał docierać do Ugoronu (największego miasta w tym rejonie, jedynego posiadającego malutki komisariat, w którym pracujemy) pieszo albo na motorze. Pewnie wyścigi były dla niego jedyną szansą na wyrwanie się z biedy.

– To dziwne że bawią się w podtruwanie zawodników w tak małej lidze, przy pieniądzach które niedaleko stąd nawet nie wywołałyby emocji – zastanawia się Quilombo.

Czekamy, aż flegmatyczny staruszek z obładowanym pakunkami osłem przejdzie przez drogę i z piskiem opon skręcamy w mniej zapełnioną uliczkę. Grupki przechodniów mrużą oczy w chmurach pyłu i kurzu.

Wyjeżdżamy z Ugoronu, na horyzoncie przed nami faluje zielonkawy pas poskręcanej roślinności.

– Będzie trudno przejechać – sarka Quilombo.

Zastanawia mnie, czemu od razu założył, że problem chłopaka wynika z jakichś przepychanek dotyczących zakładów. Mam przeczucie że to coś innego.

 

*

Minęła godzina jazdy po labiryncie leśnych dróżek. Orientujemy się na posklejaną, trzymającą się na słowo honoru mapę. Uzupełniamy benzynę z kanistra.

Chusty które zawiązaliśmy na twarzach, okulary przeciwsłoneczne, nie pomagają. Jeep przedziera się przez zwężający się stopniowo trakt, las gęstnieje, po obu stronach przecinki o karoserie biją obwisłe, zeschnięte pnącza. Nie widać zwierząt, ptaków, owadów.

Normalnie powinny uciekać spod kół, wlatywać do kabiny różne żyjące tu drobiazgi. Jakbyśmy znaleźli się na terenie jakiegoś skażenia czy coś w tym stylu. Nawet Quilombo zmilczał. Człowiek, który zawsze jest jowialny i gadatliwy a ponadto budzi respekt swoją posturą… czy teraz się boi?

Wreszcie.

Niespodziewane uderzenie światła słonecznego sprawia, że sięgam rękami do twarzy w pierwotnym, obronnym odruchu. W takich pozach znajdowano skamieniałych w lawie mieszkańców Pompejów. Czemu teraz o tym myślę?

Jeep hamuje tonąc w zasłonie kurzu. Zaparkowaliśmy na wyłysiałej z trawy, miejscami błotnistej polance. W jej rogu stoi sklecona z kawałków blachy, złomu i fragmentów karoserii chatynka. Wokół biegają bezpióre, wynędzniałe kurczaki. Osioł pije apatycznie z blaszanego pojemnika pod nierównym, wygiętym pod dziwnym kątem daszkiem.

Odgłosy krzątaniny. W ciemnym prostokącie wejścia, pozbawionym chyba drzwi, pojawia się zarys ludzkiej sylwetki. Wychudła dziewczynka w kolorowej sukience i naszyjniku z nanizanymi kapslami od napojów patrzy na nas zdziwiona. Przez chwilę szepcze coś do siebie i znika w środku. Czekamy. Teraz w drzwiach ukazuje się starsza kobieta, wspierająca się na kosturze. Jej kręgosłup musi być strasznie pokrzywiony, może to skaza genetyczna lub awitaminoza. Coś, czego nie umiem określić, niepokoi mnie w jej wyrazie twarzy. Drugą, wolną ręką starucha drapie się po podbródku. Z komina chaty sączy się nitka gęstego dymu. Oddychamy ciężko. Brzęczenie owadów.

– Zaczekaj. – Quilombo wysiada, machając na powitanie. Trzaska drzwiami i zaczyna rozmowę, idąc w stronę domku i staruszki. Rozmawiają chwilę w tutejszym narzeczu, którego nie rozumiem.

Quilombo macha do mnie, pokazuje mi że mogę teraz do nich wyjść.

W środku chaty panuje chłodny zaduch, w rogu z kociołka w którym bulgocze dziwna nawet jak na tę część Afryki potrawa bucha gorący, ziołowy opar. Quilombo ściszonym głosem rozmawia ze starowinką. Jakby targował się na straganie o tytoń z przemytu. Dziewczynka nieśmiało patrzy na mnie. Podchodzi i bierze w swoje malutkie dłonie moją prawą dłoń, oglądając sfatygowany zegarek wskazówkowy.

Wpatruje się we mnie zielono–żółtymi oczami, na jej wychudzonej twarzy prawie niezauważalnie ukazuje się cień uśmiechu. Zegarek chyba jej się podoba. Przymilna mina musi być rodzajem prośby o ten przedmiot.

Stuknięcie w ramię. Quilombo.

– To matka Nkume. On mieszka tutaj z nimi. Ona mówi, że nie ma go od paru dobrych dni. Ma dziewczynę w mieście. Myślała, że był przez ten czas u niej.

Wracają do rozmowy, a ja nagle czuję zmęczenie. Pogodą, widokiem tych ludzi zabiedzonych i pozbawionych dostępu do podstawowych wygód. Dziewczynka składa ręce przed sobą w ujmującym wyrazie dziecięcej niewinności i patrzy znów na cyferblat mojego swatcha. Niech będzie. Luzuję zapięcie i podaję jej. Oczy małej robią się dwa razy większe. Z jej ust dobywa się cichy pisk głaskanego zwierzątka. Wyciąga dłonie i kiedy wodzę zegarkiem by chwilę się z nią podroczyć, zauważam na jej przegubie pożółkłą skórę okalającą coś jakby ślad po ukąszeniu. Udając że nie zauważyłem rany, ujmuję malutką dłoń w swoją i podając zegarek, zamykam go w jej piąstce. Okrągła czerwona opuchnięta przestrzeń wewnątrz żółtego pierścienia wyznaczona przez trzy otwory, najprawdopodobniej po zębach. Nie widziałem, żeby kąsał tak jakikolwiek znany mi wąż. Odchrząkuję i dyskretnie pokazuję to Quilombo. Marszczy na chwilę czoło. Rozmawia dalej ze starowiną, która nagle zaczyna gestykulować i pokazywać mu otwór wejściowy do chaty. Coś idzie nie tak.

Quilombo zmienia ton na kojąco–uspokajający, wyciąga poprzecierany skórzany portfel i podaje staruszce banknot o średnim nominale. Po chwili emocje w jej głosie lekko opadają. Dziewczynka siada na kocu na chłodnym klepisku i wpatruje się jak zaczarowana w swój nowy prezent. Staruszka gdzieś wychodzi. Quilombo z ulgą wypuszcza powietrze.

– Co się dzieje? – pytam.

– Mamy zaczekać. Pytałem o to ukąszenie.

– Nie wydaje ci się że jest dosyć stara jak na matkę tych dzieciaków? – zastanawiam się na głos.

Staruszka wraca. W jej pokrytych cienką jak pergamin skórą dłoniach szamocze się anorektyczny kurczak. Kobieta ściska go rozczapierzonymi palcami i kładzie na płaskim kamieniu na środku izby, służącym chyba za stół jadalny. Sięgając w fałdy swojego okrycia dobywa prymitywny kamienny nożyk i rozcina brzuch zwierzęcia opryskując nasze buty kropelkami krwi. Podaje podrygujące truchło ptaka Quilombo, który wychodzi z chaty dając mi dyskretny znak że czas iść. Macham na pożegnanie małej która jest tak zaabsorbowana zegarkiem, że zdąża tylko mrugnąć do mnie w ułamku sekundy.

Quilombo i drobniutka na jego tle starowina stoją na krańcu polany, gdzie w dalsze zarośla prowadzi wąziutka ścieżka, która wygląda jakby przestała być używana całkiem dawno temu.

– Idź po maczetę. Musimy iść na pieszo. Autem nie przejedziemy – woła do mnie Quilombo.

 

*

 

Mimo późnego popołudnia robi się jakby coraz goręcej, powietrze nabiera ciężaru. Przy takiej pogodzie każdy gwałtowny ruch to jak wyzwanie rzucone nieustępliwej, kapryśnej duszy natury. Dlatego szanujemy tę resztkę energii jaka pozostała w naszych ciałach. Torujemy sobie drogę przez gęstniejące zarośla. Przecinam zasłony z butwiejących, jakby napuchłych od chciwie ukrywanej tłustej wilgoci, obwisłych pnączy. Quilombo, o dwie głowy wyższy ode mnie, idzie pochylony. Musimy teraz wytężać wzrok, by nie utracić nitki zanikającej ścieżynki.

– Po co dała ci to ptaszysko? Czemu je niesiesz, ściąga do nas owady a zapach krwi…

– To ofiara. Ona mówi, że jej chłopak chodził tędy do miejsca w którym mieszka leśne bóstwo tych stron. – Quilombo przerywa mi w pół słowa. Ton jego głosu jest teraz inny. Na co dzień gdy jesteśmy w pracy, Cedric jest jowialnym rozmówcą i zdobywa tym ludzi. Z nas dwóch on jest ten dobry glina. Teraz mówi przyciszonym głosem człowieka który wychował się w rodzinie która od pokoleń żyje w tych stronach. W tym głosie słychać szacunek do otoczenia, tradycji i legend.

– Leśne bóstwo?

– Tak. – odpowiada – ugryzło małą. – Oni żyją tu od lat, ich organizmy to zniosą, to tutejsza krew. Ptak jest po to, żebyś nie musiał dawać swojej krwi. Ona tak mówi. Nie wiem co o tym sądzić. Pewnie to rodzaj uczulenia albo skutek trucizny psychoaktywnej jakiegoś gatunku endemicznego dla tych miejsc. Na pewno wyprojektowali na lokalną wiarę coś, czego nie rozumieją. Tu tak jest. Sam wiesz.

To ukrop sprawia, że tracę zmysły albo coś dziwnego zaczyna dziać się wokół nas. Być może słońce przykryły chmury ale mnie wydaje się, że płaszcz roślinności zgęstniał tak, że robi się coraz ciemniej. I coś jeszcze, ale co…

– Szszsz… zatrzymaj się na chwilę – szepcze Quilmbo.

Wokół nas jest cisza, jeszcze nie spotkałem się z czymś takim w tych stronach. Zniknęły szmery ptaków lądujących i trzepoczących się w listowiu, trele, odległe pochrząkiwania dzikich świń. Ustał nawet wiatr.

– Chodźmy… pewnie już niedaleko. – Zaczynam znów machać maczetą.

Ale teraz zarośla i liany jakby twardnieją, jakimś cudem elastyczne, brązowe od wilgoci pnie stają się sztywne i zeschnięte, jakby już teraz zaczynał się ich proces karbonizacji… moje narzędzie tu nie pomaga, szukamy przejść dla naszych spoconych ciał w tym labiryncie dziwnie rozwiniętej gęstwy. Nagle w oddali słychać niosący się kilkukrotnym echem dziwny, zwierzęco–ludzki odgłos. Niski pomruk przechodzi w jęk, na końcu podwyższa się, jakby w jednym ryku połączyły swoje siły płacz, skarga, groźba i sygnał wojenny. Nie wiem co to, nie myślę o tym teraz i staram się skupić na torowaniu sobie drogi.

– Co to? Słyszałeś? – pyta Cedric. – Pierwszy raz słyszę w jego głosie taką nutę. On? Olbrzymi policjant w kamizelce którą zdobył piorąc na kwaśne jabłko lidera tutejszego gangu motocyklistów… on miałby czuć strach, tu w lesie, niedaleko miejsca gdzie się wychował i urodził?

Nagle roślinność zaczyna się niespodziewanie przerzedzać, do naszych oczu powoli zaczyna większymi dawkami docierać światło słoneczne. W końcu wychodzimy na niewielki plac płaskiego terenu, który w głębi przechodzi jakby w serię pagórków. Pomiędzy nimi znajduje się otwór, choć ledwo z naszej pozycji widoczny, nie sposób go w naszym położeniu przeoczyć, ponieważ wieje stamtąd chłodem, czymś tutaj niespotykanym.

Czarne, błyszczące głazy okalają niskie wejście do podziemnej jaskini.

– No… to chyba jesteśmy. O tym miejscu mówiła. – Quilombo przeciera pot z czoła. Z jego potężnej garści groteskowo zwisa truchło kurczaka, wokół którego zbiera się rosnący wianuszek much i innych latających trupojadów.

Ziemia prowadząca do wejścia do jaskini jest jakby udeptana, kolorowe linie dzielą ją na niezidentyfikowane, dziwne struktury geometryczne. Wewnątrz tych wydzielonych placyków znajdują się kości małych zwierząt, chrząstkowate resztki mięsa (tam, gdzie malutkie białe stworzonka i latające armie zaznaczają swoją obecność) a także kopczyki na wpół zeschniętych ziół i jakieś dziwaczne paciorki z kości i kolorowych kamyków. W jednym miejscu mały kamienny krąg wskazuje, że ktoś palił tu kiedyś ognisko. W pobliżu samego wejścia do jaskini kamień – podobnie pokryty zaschłą krwią jak w chatce rodziny Nkume, tylko że ten jest znacznie większy.

Quilombo podchodzi do jednego z tych miejsc, miejsca gdzie jaśnieją kości drobiu, gdzie poruszają się małe oddziały reducentów, przyklęka na jedno kolano i kładzie przed sobą padlinę ptaszyska. Mamrocze coś śpiewnie pod nosem. Jakiś archaiczny rytuał autochtonów? Rezygnuję z pytań. Po chwili wstaje i otrzepuje kolana z czerwonawego pyłu. Brwi ma lekko zmarszczone. Nie jest zadowolony z tego miejsca.

– Chodźmy. – macha na mnie swoją dłonią olbrzymią jak wiosło.

Niemal fizycznie czujemy jak mrok kładzie się na naszych plecach chłodnym całunem, gdy wkraczamy w kamienną paszczę groty. Sięgam do kieszeni wojskowych spodni po wysłużoną ale niezawodną latarkę. Snop światła omiata swobodnie opadające przejście. A więc to wejście do jaskiń, a nie grota.

– Cholera… a więc to nie koniec wycieczki. Mogłem wziąć parę rzeczy z samochodu… baniak wody, plecak, okrycia…

– Nie mów mi teraz, że chcesz wracać przez ten gąszcz. Chodźmy, to pewnie po prostu mała jaskinia. – Quilombo przerywa mi wpół zdania jakby chciał za wszelką cenę zatrzeć to, co obaj czujemy od jakiegoś czasu.

Niepokój. Najczęstsze rzeczy jakie oglądamy to bójki domowe, wypadki albo drobne incydenty związane z narkotykami. W naszych stronach nie dzieje się za wiele. Ale dzisiejszy dzień jest w jakiś nieznany sposób inny i to po prostu nie daje nam spokoju.

– Kiedy byłem dzieckiem, mój ojczym opowiadał mi legendy przed snem – Cedric zaczyna swoim uspokajającym, nosowym tonem. – Miałem pięcioro rodzeństwa. Mieszkaliśmy w blaszanej budzie niewiele większej od tej, w której dziś byliśmy. Któregoś dnia opowiedział mi, że pod tymi lasami znajdują się przejścia łączące nasz świat z innym, starszym. Przejścia sprzed czasu takiego, jaki dzisiaj znamy.

– Czyżby? I uwierzyłeś mu? – próbuję grać na lekceważącą nutę i ignorować uczucie ugniatania w żołądku.

– Podobno jedynymi ludźmi mogącymi bezkarnie korzystać z tych przejść byli szamani, czarownicy plemienni. Inni – ci którzy zabłądzili, weszli tu przez pomyłkę lub odważyli się… nie wracali. Albo wracali zmienieni.

– Co to znaczy? Wariowali? Chorowali? – pytam.

Snop światła z latarki błądzi po ścianach głazów, zraszanych przez płynące nie wiadomo skąd strużki wody. W rozpadlinie pełnej wody szybko znika oślizgły, czarny kształt. Chyba wąż rzeczny.

– Pamiętam jedną taką sytuację z dzieciństwa. Chłopiec z naszej wioski zabłądził i wpadł do jednej z takich jam. Mężczyźni z naszych stron zorganizowali poszukiwania. Przeczesywali okoliczne lasy, w dzień i w nocy. Po kilku dniach odnaleźli malca. Chłopiec był jak w transie, nie reagował na bodźce, nawet na głos własnej matki. Więc zaprowadzili go do naszego szamana i specjalisty od chorób w jednej osobie. Kiedy…

Gdzieś przed nami rozległ się odgłos jakby coś dużego zanurzało się w wodzie. Co to mogło być?

– Ryby? Musi tu być podwodne jezioro albo system zbiorników – pomyślałem głośno.

– Chyba tak. Kiedy starzec obejrzał chłopaka, stwierdził, że jest naznaczony i od teraz wszystkimi jego działaniami kieruje bóstwo. Dzieciak jednak zachowywał się jak w malignie. Potem zapadł w śpiączkę. Chwilami wyglądał zupełnie jak nasz dzisiejszy niedoszły czempion Nkume. Wkrótce malec zmarł we śnie.

Skaczące po ścianach światło latarki napotyka inny rodzaj powierzchni. Przed nami otwiera się tafla przezroczystej wody.

– Nigdy nie miałem okazji sprawdzić czy ten stary gnat zamaka. – Cedric czule klepie kaburę w której spoczywa niezawodny norinco 213.

Owijam latarkę w folię nieprzemakalną i zanurzamy się w wodzie. Po chwili wpływamy w zwężoną, skalną gardziel. Zastanawiam się tylko, czy nie zwęzi się na tyle żeby nas w jakiś sposób uwięzić. Na szczęście po chwili podziemny przesmyk urywa się i wynurzamy się w wysokiej, podziemnej jaskini. Na dźwięk plusku wody słyszymy szelest skrzydeł umykającego gdzieś stadka nietoperzy.

– Więc jest stąd inne wyjście. Skądś przyleciały – zauważa przytomnie Cedric.

Wdrapujemy się na brzeg.

Przed nami, wprost na skalnej ścianie coś stoi. Dziwacznie drgająca sylwetka. Moja ręka instynktownie sięga pod pachę, do kabury z bronią.

– Spokojnie… to idol. Totem. – Quilombo podchodzi bliżej do tego czegoś i uspokaja mnie ruchem ręki jakby odganiał natrętnego insekta.

Faktycznie. W skalnej ścianie nieznany artysta wyrzeźbił dziwną statuę. Sześcioręki stwór na dwóch nogach. Wyższy od człowieka, ale dziwacznie podługowaty, „ręce” istoty kulą się jakby pod rozszerzonym w dziwacznej deformacji pancerzem pleców, podłużny kieł lub pysk zamiast twarzy i ziejące pustką potężne dziury oczodołów. Duża puszka mózgowa zdobiona jakby diademem z krzakowatych rogów lub czułków. Z tyłu, te spłaszczone plecy… gdyby nie wyrastał tak z tej ściany: może skrzydła?

Teraz widzę już dlaczego miałem wrażenie ruchu. Po tej dziwacznej rzeźbie pełzają olbrzymie owady. W świetle latarki widać jak ich pancerze mienią się krzykliwymi barwami błękitu żółci i czerwieni. Wilgotny, tłusty blask. Trucizny ochronne?

– Uważaj! – Cedric ostrzega mnie. – Poświeć na te cholerstwa. 

Łapię latarkę w oburęczny chwyt gdy on wyciąga z kieszeni kamizelki Damballa Devils stary miniaparat. Kilkakrotnie rozlega się ciche kliknięcie wyzwalacza. Nagle jedna z owadzich plam kolorów odrywa się od rzeźbionego pancerza posągu. Brzęczenie jest nieprzyjemne, obrzydza i sprawia że instynktownie się odsuwamy.

Quilombo macha ręką, ale jeden z owadów muskając jego dłoń siada na niej na chwilę po czym odlatuje.

– Dobrze. Mamy ukąszenie na przegubie tej dziewczynki, twoją historię z dzieciństwa i tego chłopaka, który teraz jest w szpitalu. Co łączy to wszystko o czym mówię? – Moje słowa odbijają się echem po ścianach pieczary.

– To element jakiejś archaicznej grupki wyznaniowej. Miejsce przed wejściem do jaskini wskazuje, że regularnie odbywają się tu jakieś obrzędy. Być może chłopak chciał złożyć ofiarę za powodzenie wyścigu i pomylił zioła do swojego wywaru mocy. Takie rzeczy się tu zdarzają. Ci ludzie mają bóstwa na różne okazje. – Cedric chowa aparat i niechętnie ogląda się na taflę wody połyskującą za naszymi plecami.

– Chyba czas wracać. Nie chcesz sprawdzać, czy w latarce starczy baterii na całą noc.

 

*

 

Pogryzieni przez insekty docieramy do polanki, gdy skwar zaczyna stopniowo ustępować bryzie podstępnego nocnego chłodu. W zapadającym mroku dają się jeszcze rozróżnić zarysy: Jeepa i chatynki rodziny Nkumego. W krzywym otworze okiennym widać słabą poświatę jaką daje ogarek, palący się zapewne w środku.

– Cholera… zapomniałem już jak to jest żyć za miastem. – Quilombo otwiera klapę bagażnika i wyciąga z przenośnej lodówki baniak z wodą. Oblewa twarz chłodnym strumieniem, pije i podaje mi baniak. Robię to samo.

– Jedźmy do miasta. Jutro zobaczymy co z chłopakiem w szpitalu. Co na razie mamy? – Cedric rzuca te słowa takim tonem, że sam sobie odpowiada – według niego nie mamy w tej sprawie nic.

– Dziwaczne praktyki plemienne które doprowadzają do niejasnych sytuacji na wyścigach wraków? – Próbuję być zabawny. – Czyli jednak coś mamy. Całkiem ciekawe jak na Ugoronu.

Wsiadamy do auta. Mój partner odpala silnik i nawraca z wilgotnych, gliniastych kolein by wyjechać na trakt.

Nagle widzę ruch w lusterku wstecznym. Stara kobieta wybiega z domku, macha na nas rękami. Quilombo wrzuca jałowy i odkręca zakurzoną szybę. Babcia podbiega i zapłakana cedzi słowa, szarpiąc za mankiet koszuli Cedrica.

– Zaczekaj tu. Dziewczynka w ciężkiej gorączce. – Gasi silnik i wychodzi z auta. Znów jest uspokajającym wielkoludem, idzie za nią i po chwili wychodzi delikatnie niosąc na rękach małe ludzkie zawiniątko. Szybkim ruchem zrzucam śmieci i mapy z tylnego siedzenia. Otwieram mu drzwi.

Twarz dziecka jest pożółkła i spocona. Źle to wygląda. Quilombo odwija koc i układa go pod jej głową. Oddech małej jest płytki i rzężący.

– Cholera… co to? – Gdy Quilombo układa małą w pozycji bezpiecznej do jazdy, jej ręka opada wzdłuż ciała i uwidacznia się koszmarna, fioletowo–zielona, błyszcząca opuchlizna w miejscu ukąszenia.

Z kieszeni jej poniszczonych szortów wystaje końcówka paska mojego zegarka.

– Vaya. Starowina mówi że mała ma na imię Vaya. – Quilombo pochyla się próbując od pierwszego zapłonu odpalić wysłużony silnik.

Ruszamy.

 

 

*

Droga w ciemnościach spiętrzonych na nieprzebytych głębiach zarośli, mangrowcach i zapadliskach wydaje się dłuższa i bardziej kręta. Na szczęście od powrotu na szlak w poczciwym Jeepie czujemy się już nieco pewniej. Wskazówka benzyny blisko czerwonego pola, na szczęście został jeszcze kanister. Jesteśmy zmęczeni do cna ale wciąż mamy baniak z wodą i kawę w termosie.

– Teraz będziemy mieć oboje w szpitalu. Prawdopodobnie to ten sam problem. Może rodzinna alergia, okoliczny pasożyt, albo ich dziwaczne ludyczne gusła. Zobaczymy co powiedzą lekarze gdy porównają ich przypadki. – myślę na głos patrząc jak snop światła omiata nierówną wstęgę drogi przed nami.

Trzask. Dziwaczny wysoki ryk tuż za nami.

Quilombo błyskawicznie odwraca się wyciągając broń. Jest szybszy ode mnie mimo postury. Samochód krztusi się i gaśnie na biegu. Odwracam się.

Stłuczona szyba boczna. Odgłos czegoś pędzącego przez zarośla, oddalający się od nas.

Vaya.

Zniknęła.

– Słyszałeś? – pyta Cedric.

– Jak zwierzę – czy to ona?

Quilombo powolnym ruchem, jakby bił się z myślami, oddala dłonie od koła kierownicy. Sięgą do kabury i niskim pomrukiem mówi do mnie.

– Więc chodźmy jej poszukać.

Łapię za cięgło otwierające drzwi ale w tym momencie Jeepem trzęsie.

To Vaya. Albo to czym się stała.

Dziwaczny stwór wskoczył na maskę samochodu. Świecące, owadzie oczy taksują nas pradawnym spojrzeniem świętego drapieżnika. Obrzydliwe odgłosy docierają do naszych uszu, z tyłu, za jej plecami, widzimy co się z nią dzieje poprzez taniec cieni rzucanych przez światła Jeepa. Na jej plecach formują się skrzydła. Usta wydłużają się w pysk zakończony dziwacznymi kłami z końców których nacieka ohydny, powłóczysty śluz.

Jej „dłoń” czy odnóże uderza w szybę która natychmiast pęka i kładzie się w całości.

– Na litość boską! – krzyczy Cedric.

Strzał. I jeszcze dwa.

Jej głowa zamienia się w niekompletną, krwawą plamę. Z dziwacznym, suchym jak trzask łamanej gałęzi dźwiękiem odrywa się od reszty tułowia. Ohydny stwór, złożony z dziwacznej chityny przerastającej resztki brudnej, zgrzebnej sukienki Tej, Która Była Vayą, chwieje się i upada przed maskę Jeepa.

– Co u licha… – Quilombo wysiada powoli z samochodu. Robię to samo. Stajemy i patrzymy na podrygujące w snopie świateł auta, owadzio–ludzkie truchło.

Podryguje jak zepsuty biomechanizm. Jak zawsze gdy umierają istoty. Ludzie, zwierzęta, czy to coś tutaj. Rigor mortis już się zaczął. Z przerażeniem obserwujemy, jak szczupła stopa dziewczyny jakby usycha i zamienia się coraz powolniej w dziwaczne paraodnóże. W końcu ruchy, przemiany i drgania powolnieją, aż ustają zupełnie.

– To nie wszystko – mówi Quilombo przecierając czoło. Nagle dostrzegam jak ciężko oddycha. Niepodobne do niego.

– Musisz dalej jechać sam – mówi ciężkim, ale stanowczym tonem.

– Co? – pytam.

Wyciąga do mnie przekrzywioną pod dziwnym kątem rękę. Widnieje na niej takie samo jątrzące, ropiejące, ohydnie rozwarte ukąszenie.

– Tam, w jaskini. Po prostu opędziłem się gdy jedno z nich usiadło na mojej dłoni. One kąsają tak, że nic nie czujesz. Kiedyś, jako dzieciak słyszałem starą legendę plemienną o latających ludziach, którzy żyją w tych lasach i przejmą kiedyś kontrolę nad tymi ziemiami, jak dawniej.

– Powiadom moją żonę – kończy i zanim zdążam o cokolwiek zapytać, wystrzał i ohydny wilgotny odgłos rozdzierają po raz kolejny ciszę puszczy.

Cedric pada na ziemię. Wielkolud bez połowy twarzy i mój przyjaciel.

Opieram się o gorącą karoserię Jeepa. Zimny pot i lekka bryza nocnego wiatru.

Stoję sam pośród stygnących zwłok, na styku światów.

 

*

Jadę powoli leśnym duktem, jest środek nocy, ostatnie coraz to rzadsze leśne ostępy powoli odsłaniają łunę nieodległego miasta, która, tak jak przypuszczałem od jakiegoś czasu, jest znacznie jaśniejsza.

Zastanawia mnie, czy ktoś był na tyle bystry by obserwować i monitorować stan Nkume w szpitalu.

Już stąd, z odległości kilku kilometrów słyszę dziwaczne urywane wrzaski, niektóre agresywne, inne z nich to krzyki przerażenia i bólu.

Oprócz tego, łuna jest dużo jaśniejsza, jakby wzmocniona pożarami. Słychać też syreny, kilka ich rodzajów. Wygląda na to, że wirus przyniesiony przez Nkume zaczął się rozprzestrzeniać.

Może powinienem teraz myśleć o moich znajomych, kolegach z pracy, ludziach z Uogodone – czy są bezpieczni, jak poprowadzić akcję policyjną, jakie są możliwości i zagrożenia?

Martwi mnie inna rzecz.

Nie zostałem ukąszony, to pewne.

Dokładnie sprawdziłem skórę ciała zanim wsiadłem do auta.

Ale coś we mnie – coś czego nie znałem wcześniej – cały czas krzyczy by wrócić do tej jaskini i pozwolić się ukąsić.

I przejmą kontrolę nad tymi ziemiami, tak jak dawniej.

A więc ich wpływ jest możliwy nie tylko przez ukąszenia, to miejsce lub też ich gniazdo wywiera jakiś wpływ psychiczny.

Na razie jednak opieram się mu i powoli, zdecydowanie zbliżam się do miasta, które krzyczy i płonie, wydając tchnienie w odmęt nocnego, pradawnego nieba.

 

17.06.2018

 

 

Koniec

Komentarze

Bardzo fajnie. Bogate słownictwo, fabuła wciąga, nie ma bzdur, postacie są wyraziste. W stylistyce i interpunkcji czai się jednak mrok. Jakiś zły demon nie pozwala Ci utrzymać poprawnej formy językowej na całej długości tekstu. Wyegzorcyzmuj demona! :)

buldożer miłości – dzięki za opinię. Fajnie że się podoba. Nad rzeczami wiadomymi będę pracował.

Na początku – strasznie trudno się czyta bez przecinków. Naprawdę warto zadbać o ich korektę. Mi też to ciężko szło, więc powiesiłem nad monitorem wszystkie przypadki i potem się zastanawiałem. Po czasie wchodzi w krew :) Tak więc od strony technicznej jest nad czym pracować.

Sam tekst to nic odkrywczego, przypomina mi horrory produkowane swego czasu na pęczki. Jednak korzystasz z ciekawszych motywów – owady, jaskinia, coś pradawnego. Fabuła ma swój urok, postacie nawet-nawet, choć losem żadnego z nich się nie przejąłem za mocno. Zbyt łatwo wpadłem w tryby “to horror-slasher”, więc traktowałem ich z dystansem. Tempo wydaje się w porządku, choć nieco mnie zmęczył początek – ale na to nakłada się też aspekt techniczny.

Podsumowując: pracuj nad aspektami technicznymi koncertu fajerwerków, bo nawet najlepsze danie może zniechęcić bez odpowiednio przygotowanej formy.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan – dzięki za opinię ;).

Lubię horrory i chętnie je czytam, ale muszę wyznać, że chyba nie do końca zrozumiałam Twoją historię, Zauruksorze, i teraz zastanawiam się, po co milicjanci udali się do groty – co mieli nadzieję tam znaleźć? Nie wiem też, co wydarzyło się w mieście podczas ich nieobecności – w jaki sposób nieprzytomny chłopak zarażał innych? No i jak na mój gust, trochę mało tu horroru w horrorze – ani wyprawa do groty, ani opis owadów, ani nawet wizja dziewczynki przeobrażającej się w owada, nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia

Wykonanie, co stwierdzam z prawdziwą przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia i skutecznie utrudnia lekturę. Zauruksorze, co tu dużo mówić, musisz przysiąść fałdów i popracować nad warsztatem.

 

Do­cie­ra­li­śmy za­tło­czo­ny­mi prze­smy­ka­mi i ulicz­ka­mi fa­ve­li do […] Dzie­cia­ki pła­ka­ły i uwie­sza­ły się na rę­kach za­kwe­fio­nych i ob­ła­do­wa­nych za­wi­niąt­ka­mi matek. –> O ile mi wiadomo, favela to dzielnica biedy w Ameryce Łacińskiej; skąd tam zakwefione kobiety?

Z dalszej części opowiadania dowiedziałam się, że rzecz dzieje się w Afryce. Czy tam są favele, czy może raczej slumsy?

 

Qu­ilom­bo od­pa­lił pa­pie­ro­sa… –> Qu­ilom­bo za­pa­lił pa­pie­ro­sa

 

na po­pę­ka­ną kon­so­lę Jeepa i ski­nął na mnie ręką. –> …na po­pę­ka­ną kon­so­lę dżipa i ski­nął na mnie ręką.

Nazwy pojazdów piszemy małą literą. Używamy pisowni spolszczonej. Ten błąd pojawia się wielokrotnie w dalszej części opowiadania.

http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

za­sła­niał mi widok ja­kie­goś nie­wąt­pli­we­go zaj­ścia . –> Zbędna spacja przed kropką.

 

wbi­ja­jąc jego ciało w wy­gię­tą do środ­ką re­kla­mę… –> Literówka.

 

– To jego pro­mo­tor… jest zi­ry­to­wa­ny bo do­brze ob­sta­wił ten wy­ścig. Nkume chyba do­stał ja­kie­goś ataku czy coś. Jego ziom­ko­wie mówią że to bru­je­ri­smo – wina cza­rów. Klą­twa albo coś. –> Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach, bo sprawiają, że staje się on mniej czytelny.

 

ja spró­bu­ję za­dzwo­nić po ka­ret­kę. Po­śpiesz się. –> Zbędna półpauza po kropce.

 

Prze­ci­snął mię­dzy drob­ny­mi syl­wet­ka­mi kie­row­ców… –> Co przecisnął?

A może miało być: Prze­ci­snął się mię­dzy drob­ny­mi syl­wet­ka­mi kie­row­ców

 

(więk­szośc z nich to były dzie­cia­ki… –> Literówka.

 

od­cią­ga­jąc agre­so­ra od tym­cza­so­wej ofia­ry. –> Na czym polega tymczasowość ofiary? Ktoś pobity będzie ofiarą także wtedy, gdy agresor przestanie go bić.

 

aż roz­mów­ca się ock­nie po kilka dni. –> Pewnie miało być: …aż roz­mów­ca się ock­nie po kilku dniach.

 

ręcz­nie ma­lo­wa­ną re­kla­mą Lucky Stri­ke . –> Nazwy papierosów też zapisujemy małymi literami.

Zbędna spacja przed kropką.

 

W ka­bi­nie Land Ro­ve­ra cia­sno i go­rą­co. –> W ka­bi­nie land ro­ve­ra cia­sno i go­rą­co.

 

Osioł pije apa­tycz­nie z ob­ro­ka… –> Obrok to pasza – w jaki sposób osioł pije z paszy?

 

Wy­chu­dła dziew­czyn­ka w ko­lo­ro­wej su­kien­ce i pa­cior­ku z na­ni­za­ny­mi kap­sla­mi od na­po­jów… –> Paciorek to koralik. W jaki sposób dziewczynka mogła nanizać kapsle na koralik?

 

Wpa­tru­je się we mnie zie­lo­no – żół­ty­mi źre­ni­ca­mi… –> Wpa­tru­je się we mnie zie­lo­no-żół­ty­mi oczami

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy; bez spacji.

Źrenice są czarne. Kolorowe są tęczówki.

 

Stuk­nię­cie w ramie. –> Literówka.

 

My­śla­ła,że był przez ten czas u niej. –> Brak spacji po przecinku.

 

Wpa­da­ją znowu w roz­mo­wę… –> W rozmowę się nie wpada.

Proponuję: Kontynuują roz­mo­wę… Lub: Znów prowadzą rozmowę

 

pa­trzy znów na cy­fer­blat mo­je­go SWAT­CHA. –> …pa­trzy znów na cy­fer­blat mo­je­go swatcha.

Nazwy zegarków też piszemy małą literą.

 

uj­mu­ję jej ma­lut­ką dłoń w swoją i po­da­jąc jej ze­ga­rek, za­my­kam gojej pią­st­ce. –> Nadmiar zaimków.

 

Qu­ilom­bo zmie­nia ton na ko­ją­co – uspo­ka­ja­ją­cy… –> Qu­ilom­bo zmie­nia ton na ko­ją­co-uspo­ka­ja­ją­cy

 

Się­ga­jącpoły swo­je­go okry­cia do­by­wa pry­mi­tyw­ne­go ka­mien­ne­go no­ży­ka… –> Poły to dolne fragmenty odzieży rozpinanej z przodu. Nie wydaje mi się, aby z pół można cokolwiek dobyć.

Nie można jednocześnie sięgać i dobywać.

Proponuję: Się­ga­ w fałdy/ do kieszeni swo­je­go okry­cia i do­by­wa pry­mi­tyw­ny ka­mien­ny no­ży­k

 

stoją w krań­cu po­la­ny… –> …stoją na krań­cu po­la­ny…

 

– Idź po ma­cze­tę. Mu­si­my iść na pie­szo. Autem nie prze­je­dzie­my. – woła do mnie Qu­ilom­bo. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Dla­te­go sza­nu­je­my reszt­kę ener­gii… –> Dla­te­go sza­nu­je­my reszt­kę ener­gii

 

na­pu­chłych od chci­wie ukry­wa­nej tłu­stej wil­go­ci lian i pną­czy. –> Liany to pnącza.

 

Qu­ilom­bo, o dwie głowy wyż­szy ode mnie, idzie za mnąprzy­kur­czu. –> Czy na pewno szedł w

przykurczu?

Czy oba zaimki są konieczne?

Proponuję: Qu­ilom­bo, wyższy o dwie głowy, idzie za mną pochylony.

 

– Szszsz…za­trzy­maj się na chwi­lę – szep­cze Qu­ilm­bo. –> Brak spacji po wielokropku.

 

Znik­nę­ły szme­ry pta­ków lą­du­ją­cych się i trze­po­czą­cych w li­sto­wiu… –> Pewnie miało być: Znik­nę­ły szme­ry pta­ków lą­du­ją­cych i trze­po­czą­cych się w li­sto­wiu

 

Nagle w od­da­li roz­le­ga się nio­są­cy się kil­ku­krot­nym echem dziw­ny, zwie­rzę­co – ludz­ki od­głos.  –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Nagle w od­da­li słychać nio­są­cy się kil­ku­krot­nym echem, dziw­ny zwie­rzę­co-ludz­ki od­głos.

 

–Pierw­szy raz sły­szę w jego gło­sie taką nutę. –> Brak spacji po półpauzie.

 

jed­ne­go z tych miejsc, miej­sca gdzie ja­śnie­ją kości dro­biu, gdzie po­ru­sza­ją się… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

przy­klę­ku­je na jedno ko­la­no… –> …przy­klę­ka na jedno ko­la­no

 

Snop świa­tła pada na swo­bod­nie opa­da­ją­ce ku do­ło­wi przej­ście. –> Nie brzmi to najlepiej.

Masło maślane. Czy coś może opadać ku górze?

 

Qu­ilom­bo prze­ry­wa mi wpół zda­nia… –> Qu­ilom­bo prze­ry­wa mi w pół zda­nia

 

Inni – Ci któ­rzy za­błą­dzi­li… –> Inni – ci któ­rzy za­błą­dzi­li

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Dzie­ciak jed­nak za­cho­wy­wał się w jak w ma­li­gnie. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Ce­dric czule kle­pie ka­bu­rę w któ­rej spo­czy­wa nie­za­wod­ny No­rin­co 213. –> Ce­dric czule kle­pie ka­bu­rę, w któ­rej spo­czy­wa nie­za­wod­ny no­rin­co 213.

Nazwy broni też piszemy małą literą.

 

Owi­jam moją la­tar­kę w folię nie­prze­ma­kal­ną… –> Zbędny zaimek.

 

Wsia­da­my do auta. Mój part­ner od­pa­la sil­nik i na­wra­ca auto… –> Powtórzenie.

 

kosz­mar­na, fio­le­to­wo – zie­lo­na, błysz­czą­ca opu­chli­zna… –> …kosz­mar­na, fio­le­to­wo-zie­lo­na, błysz­czą­ca opu­chli­zna

 

na­cie­ka ohyd­ny, po­włó­czy­sty śluz. –> Nie wydaje mi się, aby o śluzie można powiedzieć, że jest powłóczysty.

 

ude­rza w szybę która na­tych­miast pęką… –> Literówka.

 

po­dry­gu­ją­ce w sno­pie świa­teł auta, owa­dzio – ludz­kie tru­chło. –> …po­dry­gu­ją­ce w sno­pie świa­teł auta owa­dzio-ludz­kie tru­chło.

 

za­mie­nia się coraz po­wol­niej w dzi­wacz­ne para – od­nó­że. –> …za­mie­nia się coraz po­wol­niej w dzi­wacz­ne paraod­nó­że.

 

W końcu ruchy, prze­mia­ny i drga­nia spo­wol­nie­ją aż usta­ją zu­peł­nie. –> W końcu ruchy prze­mia­ny i drga­nia po­wol­nie­ją, aż usta­ją zu­peł­nie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy – dzięki za opinię i poprawki.

Bardzo proszę, Zauruksorze. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – jeszcze w odpowiedzi na Twoje pytania – do groty mieli się udać w konsekwencji nieznanej treści rozmowy Cedrica ze staruszką. Skąd zakażenie w mieście – też pozostawiłem to jako niedopowiedzenie, przyjmując ciche założenie że chłopak “przepoczwarzył” się w pełni. Nie sądziłem, że te sytuacje mogą się okazać nieczytelne?

OK, Zauruksorze, wiem kiedy udali się do groty, tylko nie bardzo wiem, co spodziewali się tam znaleźć. A chłopak w szpitalu, według mnie, nie jest niedopowiedzeniem, jest niejasnością – no bo jak to, czy żaden z lekarzy ani nikt z personelu nie zauważył, że dzieje się z nim coś niedobrego?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy – zgadza się. To troszku nie gra.

Jestem pewna, Zauruksorze, że w kolejnym opowiadaniu zagra wszystko. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

– Dzisiaj finały wyścigów złomiarzy… będzie ciężko się przecisnąć. – Quilombo gestykulował poirytowany za kierownicą.

Po kilku minutach parkując pod ręcznie skleconym murkiem toru wyścigowego ujrzeliśmy[+,] że głównymi wrotami wypływa z obiektu ogonek wyraźnie poirytowanego tłumu. Dzieciaki płakały i uwieszały się na rękach zamaskowanych chustami i obładowanych zawiniątkami matek. Część ludzi wychodziła drugą bramą. Małe grupki mężczyzn pokrzykiwały i gestykulowały.

W ogóle zwróć uwagę na powtórzenia i przecinki (na przykład przed “że”, “który”, w zdaniach wtrąconych).

– To dziwne[+,] że bawią się w podtruwanie zawodników w tak małej lidze, przy pieniądzach[+,] które niedaleko stąd nawet nie wywołałyby emocji – zastanawia się Quilombo.

Czekamy, aż flegmatyczny staruszek z obładowanym pakunkami osłem przejdzie przez drogę i z piskiem opon skręca w mniej zapełnioną uliczkę.

O co chodzi w drugim zdaniu? Raz, że pomieszanie czasów, dwa, pisk opon staruszka czy osła?

Chusty[+,] które zawiązaliśmy na twarzach, okulary przeciwsłoneczne. Nie pomagają.

Czemu to zdanie jest rozbite na dwa?

Myślała,że był przez ten czas u niej.

Spacja.

– Tak. – odpowiada – ugryzło małą.

Uważaj na zapis dialogów.

– Nie mówi mi teraz, że chcesz wracać przez ten gąszcz.

Nie mów.

Trzeba trochę popracować nad wykonaniem, ale ogólnie podobało mi się :)

Przynoszę radość

Anet – dzięki za opinię i poprawki ;).

Nowa Fantastyka