- Opowiadanie: TheDarkCheedar - Planeta Scorgio

Planeta Scorgio

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Planeta Scorgio

Minęły już dwa lata od lądowania. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Jedni odlecieli, inni przylecieli tylko po to, by zaraz znowu odlecieć. Możne umysły z planety Ziemia poprzecierały w zadumie opasłe brody, poustalały coś, gromko przyklasnęły własnej koncepcji, po czym zwinęły manatki i uciekły. I tak to leci. Pozostawiły po sobie jedynie mały kawałek trawnika pośród jałowych skał planety Scorgio. A na tym placku siedziałem ja i moja wesoła kompania.

Doskonale pamiętam dzień odprawy i konferencję na statku–matce. Pamiętam profesora Gładzika i docenta Diatłowa. Szczególnie czerwoną, spuchniętą mordę tego drugiego. Dwa biesy żrące się o byle głupotę. Jajogłowy beton nigdy nie zrozumie prawdziwej natury kolonizacji. Będą sobie grzać dupska w przytulnym statku albo na Ziemi i czasem obserwować planetę, ale nie na tym polega cała zabawa. Kolonizacja to mozolna robota, pełna trudu i wyrzeczeń – walka z ludźmi, naturą i zasobami. Nie ma prostej drogi, ot tak postawić kilkadziesiąt miast, lasy i infrastrukturę. Wszystko trzeba dobrze rozplanować, poukładać w rzędy, potem stosy, przesortować i dopiero wybudować.

Dlatego ilekroć dzwoni Diatłow i pierdoli kocopoły o tym, jakie genialne wyliczenia poczynił oraz ile to wzorów nie zastosował, to mnie krew chłopsko-robotnicza zalewa. Cóż, że wyprowadził współczynnik Helgmana albo użył aparat Talika, nie ułatwia pracy nikomu.

Chciałbym nie narzekać chociaż na jedną rzecz. Nie da się… Terraformatorzy wykonali kawał dobrej roboty, niestety, jak już wspomniałem jedynie na kilkuset kilometrach kwadratowych. No trudno, może dokończą później. Psiamać! Oczywiście, że później. Nigdy nic nie jest zrobione na już. Ba! Nigdy nic nie jest zrobione dobrze! Za tę planetę policzę zarząd podwójnie…

Postawiliśmy mobilną bazę na środku zielonego placka, specjalistka Sullivan wybrała dobre miejsce. Zazwyczaj zajmowała się prowadzeniem wszelkich maszyn, rzadziej wykonywała odwierty pod elektrownie geotermalne. Typowa młoda Marsjanka: ładna, cicha, pracowita i ascetyczna – może jestem staroświecki, ale wyjątkowo ją polubiłem.

Zdołaliśmy też wybudować niewielkie, zautomatyzowane osiedle. Owoc starań specjalistki Grosskreutz. Zanurzone w głąb gleby wybieraki zagarniały rudę spod jałowej warstwy gruntu. Służyła ona jako paliwo i materiał przetwórczy zarazem. O samej specjalistce wiele dobrego powiedzieć nie mogę. W średnim wieku, ale już nabawiła się syndromu starczego pieprzenia. Czego mógłbym się spodziewać po typowej Ziemiance? Może i ma fach w ręku, lecz nie zmienia to faktu, że jej głównym zajęciem, a może nawet ulubionym, jest doprowadzanie mnie do szewskiej pasji. Wieczne pretensje, wieczne humory. Z boku wyglądamy pewnie jak stare małżeństwo, chociaż za żadne skarby nie poślubiłbym tej szkarady.

Jest jeszcze ten młodzik, Czachasow. Niedoszły pan inżynier. Życie go strasznie pokarało skoro musi pracować w kosmicznej korporacji. A mógł zostać na Merkurym, kopałby rudy metali do usranej śmierci. A tak to stawia generatory zimnej fuzji na powierzchni planety. Odkąd tylko przylecieliśmy, widziałem go raz. Zebrał pojazd i wyruszył dookoła Scorgio. Jak na razie nie dawał znaku życia. Pewnie jest zbyt pochłonięty pracą, chwała za postawę. Skoro robił uczciwie, wolałem nie ingerować.

Gwiazdę, wokół której orbitowała nasza planeta, nazwano Cortegga. Była około dwa razy większa od Słońca. Dzisiaj wyjątkowo mocno dogrzewała, w cieniu termometr wskazywał trzydzieści stopni. W południe armia małych robotów skończyła dostawianie kolejnego członu fabryki. Z uwagą nadzorowałem całe przedsięwzięcie, postęp prac mogłem określić jako zadowalający. Chociaż daleko mu do ideału. Kiedy wróciłem do bazy, z miejsca usłyszałem trajkotanie Ziemianki:

– Sygnał! Jest sygnał! Niewiarygodne, po takim czasie dopiero się odezwał, ciekawe co ten bidulek…

Przestałem jej słuchać, podszedłem do kokpitu. Marsjanka wskazała palcem na panel powiadomień. Grosskreutz biadoliła dalej, nie słuchałem tej paplaniny, skupiłem się na wiadomości. To Czachasow przypomniał sobie, że ma na Scorgio współpracowników. Normalnie zbagatelizowałbym to wezwanie, ale tym razem nadano sygnał alarmowy. Panel ukazywał, najgorszy z możliwych, kod czerwony. Brak dokładnych danych. Czy my w ogóle mamy nadajniki alarmowe?

Bez większego namysłu wydałem dwie dyspozycje. Pierwsza: Ziemianka ma przestać kłapać dziobem, druga: pakujemy sprzęt ratunkowy i lecimy szukać nieboraka. Na lądowisku stał zakurzony ślizgacz – mały statek zwiadowczy, rzecz jasna załogowy, idealny na szybkie podróże po planecie. Siadłem za sterem i ruszyliśmy w nieznane.

Co może wydawać się dziwne, ale dotychczas nie odlatywałem daleko od zielonego placka. Najwięcej to może dziesięć, góra dwadzieścia kilometrów. I to tylko po to, żeby obejrzeć placek z perspektywy. Ciągle byłem czymś zajęty: to fabryka niedomagała, to Ziemianka truła mi dupę, to zaś Diatłow z tym drugim bęcwałem przypomnieli sobie o tym paskudnym świecie. Teraz miałem okazję. Lecieliśmy szlakiem Czachasowa, świadczyła o tym nie tylko nawigacja, ale także szlak usłany walcowatymi monolitami. Potężny pojazd niedoszłego inżyniera posiadał zdolność replikowania ogromnych reaktorów zimnej fuzji. Wykorzystywał do tego automatycznie zbierane z gleby i powietrza składniki. Proces mógł wydawać się trudny, wymagający, choć tak naprawdę polegał jedynie na umiejętnym kontrolowaniu wskaźników maszyny. Mało jednego surowca? Niech maszyna kopie glebę. Mało innego? Niech filtruje powietrze. I tak w kółko. Nawet małpa dałaby radę.

Przelecieliśmy około tysiąca kilometrów, zajęło to mniej niż półtorej godziny. W pewnym momencie szlak z generatorów urwał się. W pobliżu stała też wielka maszyna Czachasowa. Obniżyłem pułap, przez wizjery nie dostrzegliśmy nic niepokojącego. Wylądowałem.

Marsjanka wyskoczyła ze statku pierwsza i wbiegła po drabinie do kabiny wielkiego pojazdu. Jeden sus za drugim, była gibka niczym łania. Za nią wytoczyła się Gruba Berta, zwana przez "przyjaciół" specjalistką Grosskreutz. Kiedy młoda była już na górze, starsza zaczęła swój maraton utyskiwań. A bo suche powietrze, a bo piasek gorący. Czym prędzej zatkałem uszy, chociaż usłyszałem wystarczająco, żeby wywaliło mi jedną, dudniącą żyłę na szyi. Czym prędzej wbiegłem na górę.

Wbrew oczekiwaniom kabina była pusta. Sullivan przeszukiwała pozostałe pomieszczenia w pojeździe. Ja uruchomiłem komputer pokładowy. Maszyna posiadała wewnątrz coś w rodzaju mieszkania. Kierowca w każdej chwili mógł włączyć autopilota i pójść coś zjeść, ewentualnie wziąć prysznic, czy chociażby zdrzemnąć się. W środku było zaskakująco dużo kurzu. Kiedy zobaczyłem wpisy z automatycznego dziennika pokładowego, o mało nie dostałem wylewu. Nieuchronnie wywaliło mi drugą żyłę, tym razem na skroni. Zgrzytałem zębami tak głośno, że nawet pani Sullivan porzuciła przeczesywanie mieszkania, by sprawdzić, czy dalej żyję. Zapytała delikatnym, dziewczęcym głosem:

– Coś się stało, panie Wong?

– Tak! Ten imbecyl uciekł! Zostawił maszynę wartą kilka mi… Nawet więcej… Cholera, ona jest warta więcej, niż cała jego rodzina tysiąc pokoleń w tył!

Marsjanka widząc mój stan zaproponowała wzięcie tabletek na uspokojenie. Wyciągnąłem niebieskie pudełeczko z kieszeni i łyknąłem dwie. Żyły zniknęły z szyi i skroni, ale dla równowagi jedna, mała pękła w oku. No trudno, będę wyglądał jak stary pijak, chociaż ciśnienie mi trochę spadło.

– Sullivan, troszczycie się o mnie lepiej, niż moja była żona.

Na polikach dziewczyny pojawił się lekki rumieniec, nie odpowiedziała. Pogrzebałem jeszcze trochę w kokpicie. Pojazd nie pracował od miesięcy. Zbudował w sumie ponad tysiąc stosów. To bardzo mało. Nawet nie dziesiąta część wymaganej ilości. Przez to zaliczymy poważne opóźnienie w kolonizacji. Chrzanić to, wychodząc z kabiny rzuciłem do Marsjanki:

– Trzeba znaleźć tego głąba i z nim poważnie pogadać, o ile jeszcze żyje…

Młoda skinęła głową i zeszliśmy na dół. Grosskreutz kucnęła w cieniu olbrzymiej maszyny, od razu obróciłem głowę, żeby tylko nie słuchać trajkotania. Wsiadłem do statku, obie kobiety podążyły moim śladem. Leki weszły mi już na tyle, że byłem ostoją spokoju. Mruknąłem pod nosem:

– Gdzie się schowałeś, marny szczurze?

Grzebałem w bazie danych, szukałem jakichś wspominek o osobistym nadajniku. Dla pewności zerknąłem jeszcze raz na mapę. Oświeciło mnie. Punkt docelowy był oddalony od tego miejsca o kilometr. W całym tym zamieszaniu zapomniałem o nawigacji. Trasę wyznaczały walcowate silosy, każdy wysoki na kilkaset metrów. Postój przy maszynie był oczywisty, straciłem rachubę i oto mamy problem.

– Nie schowasz się, parchu… – rzuciłem pod nosem.

Podniosłem szybko ślizgacz i na niskim pułapie podryfowaliśmy w kierunku źródła sygnału. Maszyna gładkim ruchem wymijała brunatnobrązowe, skalne ostańce. Za nami podnosił się wysoki tuman kwarcowego kurzu. Mimo to, ruch następował praktycznie bezgłośnie.

Zalecieliśmy w ślepy zaułek, ściany skalnych ostańców utworzyły wąską gardziel. Początkowo zakreślały one jedynie strzeliste półkola, lecz z każdy metrem zagęszczały się, w końcu tworząc lite sklepienie, jak w neogotyckiej katedrze. Wleciałem do środka i posadziłem wehikuł. Staliśmy dosłownie kilkadziesiąt metrów od źródła. Reflektory niskiego przewodnictwa oświetliły jaskinię. W oddali sufit zniżał się drastycznie, na tyle, żeby wejść tam na piechotę, ale zbyt nisko, by postawić statek. Nakazałem dziewczynom poczekać. Kiedy stanąłem przy pozornym końcu jaskini spostrzegłem ogromny wyłom. Prowadził prosto w dół i stanowił coś w rodzaju stromej kaskady, mógł służyć jako schody. Niżej była już tylko nieprzenikniona ciemność. Wróciłem do statku. Grosskreutz gdakała coś, chyba do siebie. Sullivan spojrzała pytająco, jakby czekała na polecenie. Podrapałem się po czuprynie i odparłem bez przekonania:

– Jest mały problem, tej fajfus chyba zleciał gdzieś na dół. Nie wiem, czy zdołamy go wyjąć. Zejście wygląda na stabilne…

Marsjanka skinęła głową i wskoczyła do ślizgacza. Wyjęła z niego ogromny plecak załadowany linami, hakami, trokami i karabińczykami. W ręku trzymała torbę, z której wystawały rocksy, heksy i jeszcze więcej liny. Przetarłem oczy ze zdumienia, dziewczyna widząc to odparła:

– Podczas pobytu w układzie Alfa Centauri polubiłam wspinaczkę, od tamtej pory zawsze zabieram ze sobą sprzęt.

Byłem pod wrażeniem, i tylko Gruba Berta ględziła pod nosem:

– Zaś sobie pobrudzę kostium… Dopiero co prany wczoraj i już takie eskapady, do czego to człowiek dożył, zamiast spokojne pracować…

– Możesz tu zostać i pilnować dobytku – na przekór sobie odpowiedziałem ze stoickim spokojem.

Wzruszyła ramionami, wywróciła oczami i zrobiła kwaśną minę. To chyba znaczyło "tak". Zawiązałem ciaśniej buty, nabiłem z Marsjanką haki w piaskowej skale i zrzuciłem linę w głuchą przepaść. Momentalnie sznur naprężył się, jakby pod wielkim ciężarem. Poświeciłem podręczną lampą w dół. I wnet lina dyndała bezwładnie, sądziłem, że to tylko omamy od leków. Chwyciłem młoteczek z hakiem w dłoń i spuściłem się w czeluść. Osiadłem na najbliższym wypuście skalnym, najwyżej dziesięć metrów w głąb. Przyklejony do ściany zacząłem oświetlać przeciwległy koniec pomieszczenia. Nieprzebyta ciemność. Jaskinia musiała być ogromna, podręczna latarka dawała skupioną wiązkę światła, była praktycznie jak laser. Krzyknąłem w pustkę:

– Echo!

I ku mojemu zaskoczeniu, echa nie było. Druga latarenka przy pasku od spodni dawała lżejsze światło, bardziej rozproszone. Oświetliło ono mnie jak i panią Sullivan. Spoglądała właśnie w dół. Zagaiłem niepewnie:

– Dziwne miejsce, straszenie tu sucho.

– Na Scorgio praktycznie nie ma wody – odparła rzeczowo.

– Na powierzchni owszem, ale jesteśmy w sporej hali…

– Zejdźmy niżej, chociaż może najpierw…

Z impetem kopnęła spory kamień, ten poturlał się po skalnej półce i runął w dół. Zapadła cisza. Słyszałem jedynie nasze oddechy, a może nawet bicia serc. Nic. Marsjanka odchrząknęła głośno i chwyciła linę. Zjechałem tuż za nią.

Kolejna półka była najwyżej sześć metrów niżej. Tutaj ściany przybrały szary kolor. Według podręcznego, multifunkcyjnego zegarka byliśmy dwadzieścia siedem metrów poniżej statku. Zacząłem się niepokoić. Sygnał alarmowy zdawał się uciekać. Mimo naszych ruchów, jego położenie albo pozostawało bez zmian, albo, co gorsza, różnica odległości zwiększała się. Specjalistka chciała zejść jeszcze niżej, nie oponowałem.

Ku naszemu zdziwieniu, najwyżej osiem metrów niżej kończyła się kaskada. Dotarliśmy do podłogi pomieszczenia. Skierowałem światło w górę. Nie zdołało ono przebić zaledwie kilkudziesięciu metrów ciemności. Miałem coś powiedzieć, lecz nagle nastąpił niesamowity huk. Coś potężnego runęło na wyższą półkę i zakwiczało jak dzika świnia. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to Gruba Berta postanowiła nas odwiedzić. Krzyknąłem:

– Specjalistko Grosskreutz! Czy wszystko w porządku?

Nieświadomie rozpętałem piekło:

– W porządku!? W PORZĄDKU!?! Mam cały kostium brudny, a co gorsza rozpruł się na kolanie i o! Tutaj też…

Próbowałem ją przekrzyczeć:

– Zejdź niżej!

Trajkotała dalej, ale posłuchała polecenia. Sporych rozmiarów cielsko wyskoczyło z wyższej kondygnacji i sturlało się na parter. Kiedy kurzawa opadła, pomogliśmy jej wstać. Normalnie puściłbym drugim uchem kolejne jej wyrzuty, ale tym razem usłyszałem nazwisko Diatłow. Na mojej twarzy od razu pojawił się bojowy rumieniec, zawsze gotowy, by przerodzić się w czerwień złości. Wszak nic nie działało na mnie bardziej pobudzająco, niż te kilka sylab. Zamieniłem się w słuch:

– Ten miły pan docent dzwonił do nas. Odebrałam ze statku. Rozmawialiśmy o pogodzie i jedzeniu. O jeny! Muszę kiedyś wypić z nim szklankę tego naszego, firmowego koniaku…

Zniecierpliwiony szarpnąłem ją za ramię:

– Kobieto! Do rzeczy, mów szybciej!

– Szanowny pan Diatłow, rozmawiałam z nim wczoraj i mówił, że przyleci dzisiaj…

– Chwila, chwila… Co? Jakie wczoraj?!

– No tak, wczoraj…

Spojrzałem na panią Sullivan. Wydawała się być równie mocno, co ja zdumiona słowami Grubej Berty.

– Słuchaj, specjalistko. Która jest teraz godzina?

Ziemianka pokazała naręczny zegarek. Wskazywał godzinę trzydziestą drugą dwadzieścia. Szybko spojrzałem na swój, wskazywał równo trzydziestą szóstą. Wzdrygnąłem się, niczym rażony prądem.

– Co u licha!? – krzyknąłem mimowolnie.

Przez chwilę wszyscy próbowaliśmy zrozumieć zaistniałą sytuację. Dopiero Marsjanka klepnęła mnie w plecy i powiedziała:

– Znajdźmy Czachasowa i spadajmy stąd.

Oboje z Grubą skinęliśmy głowami. Wyciągnąłem latarkę i oświetliłem powierzchnię pod nogami. Była bardzo gładka jak na twór naturalny. Nie odróżniała się jednak od faktury i koloru ścian. Posuwałem się powoli, krok za krokiem. Widziałem jedynie kilka metrów klepiska przez sobą. Coś jednak przeszkadzało mi iść dalej. Przez chwilę sądziłem, że to może moje zmysły płatają mi figla, ale potem byłem już pewien. Z każdym krokiem w przód zasięg latarki zmniejszał się drastycznie. W pewnym momencie widziałem zaledwie pół metra przed sobą. Zwróciłem się w tył. Dwie postacie majaczyły, niby gdzieś w oddali, choć w rzeczywistości krok dalej. Krzyknąłem. Nie odpowiedziały. Pchnąłem obie, by zawróciły. Jedna uległa, lecz druga stała jak wryta. Wtedy nacisnąłem całym ciałem. Ruszyła się o krok. Powoli wracaliśmy do normalniejszej części jaskini. Z miejsca rzuciłem:

– Proszę, powiedzcie, że też to widziałyście!

Obie zamurowało. Nawet Ziemianka stała jak wryta i nie mogła wydusić słowa. Wtem Sullivan zaproponowała:

– Zwiążmy się liną, będziemy mogli przejść dalej bez ryzyka zaginięcia.

Zgodziłem się. Nabiłem kilka haków i oplątałem wokół nich linę. Każde z nas zawiązało sobie węzeł wokół pasa. Znów poszedłem przodem, tym razem pewniejszy.

Krok za krokiem, ciemność stawała się coraz ciemniejsza, bardziej nieprzenikniona. W końcu latarka nie dawała żadnego światła, nawet najgłośniejszy krzyk nie przebijał idealnej ciemności. Próbowałem zerkać na zegarek ale i on nie był widoczny. Szliśmy po omacku. Na ziemi zaczęły pojawiać się wypusty. Badałem jeden po drugim, najpierw nogą, a następnie w kucki – dłońmi. Większość z nich była idealnie statyczna. Jedynie pojedyncze sztuki ulegały pod naciskiem. Niestety bez zauważalnych rezultatów. W momencie, kiedy klęczałem badając jeden przycisk, coś mocno szarpnęło linę. Na tyle mocno, że upadłem. Kiedy wstałem, próbowałem po kłębku dojść do pani Sullivan. Uniosłem wiotki sznur i ze zgrozą odkryłem, że jest urwany.

Lodowaty pot oblał moje czoło. Zacząłem panikować. Straciłem rozeznanie w terenie. Nie wiedziałem skąd przyszedłem. Krzyki i znaki świetlne zdawały się wszak na nic. Zacząłem czołgać się przed siebie w nieznane. Nie wiedziałem gdzie idę. Serce waliło mi jak młot. Jebać Diatłowa, pomyślałem. Ba! Pieprzyć nawet załogę, byle tylko przeżyć! Wtem złapałem czyjąś dłoń. Bez namysłu chwyciłem ją mocno za nadgarstek i pociągnąłem, postać zaczęła się szarpać. Ciągnąłem mocniej. W strachu straciłem zmysły, spanikowałem. Pobiegłem na oślep trzymając za sobą obcą postać.

Wybiegłem w miejsce skąd przyszedłem. Ogromny ciężar spadł mi z serca, jakbym urodził się na nowo. Poświeciłem latarką pod nogami, tak dla pewności. Odetchnąłem z ulgą. Ale było coś jeszcze… Ach, tak! Ręka! Wykonałem obrót i zamarłem jak posąg. To był Czachasow! Prawie dwumetrowy chłop jak dąb stał tuż przed moimi oczami. Sam był lekko zdziwiony tym, co zobaczył, chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Jak stałem, tak przyłożyłem mu z otwartej dłoni w twarz.

– Ty, chuju złamany! Wiesz co narobiłeś!?!

Nim odpowiedział, uderzyłem go drugi raz. Sytuacja wyglądała dosyć groteskowo, bo oto staruszek nie wyższy niż metr pięćdziesiąt tłucze młodego, postawnego byczka. Po drugim ciosie złapał się za policzek. Znów miał coś odpowiedzieć, ale dostał trzeci raz. Wtedy dopiero rzuciłem w nerwach:

– Dobra, teraz możesz gadać.

– Uhhh, przepraszam, zaraz wracam do pracy.

– Zaraz!?!

– No tak, miałem tylko chwilową przerwę, zgubiłem się w tej ciemności, ale pan mnie wyciągnął, panie Wong. Dziękuję bardzo, już idę na górę.

Wszystko zaczęło nabierać kształtu. Pozostała jeszcze kwestia dziewczyn. Wrodzony egoizm kazał mi wracać na górę i bezpiecznie zameldować docentowi panu-fiutowi o śmierci załogi podczas ekspedycji ratunkowej. Przetarłem brwi. Spojrzałem na rosłego Czachasowa. Ten półgłówek zgubiłby się nawet w schowku na miotły. "Teraz mi się zebrało na heroizm", pomyślałem. Złapałem głęboki oddech. Znów chwyciłem draba za nadgarstek i rzuciłem z zacięciem:

– Nie tak prędko, młody, wracamy po resztę ekipy!

Wbiegłem w ciemność. Dłoń mocno zaciskała nadgarstek, od razu żałowałem podjętej decyzji. Bieganie na oślep nie należało do łatwych. Wciąż potykałem się o dziwne wypusty niewiadomego przeznaczenia. Kiedy mijałem jeden z nich poczułem mocne szarpnięcie i runąłem razem z niedoszłym inżynierem. Olbrzym leżał jak długi, wymacałem tętno i puls. Naszła mnie pewna myśl, podskoczyłem lekko i machając rękami w powietrzu próbowałem coś znaleźć. Faktycznie przy drugiej próbie znalazłem wysoko ustawiony wypust w suficie. Czachasow musiał przyrżnąć w to głową. Źle. Bardzo źle, przecież nie podniosę tego kolosa. Zacząłem znów panikować, naszła mnie myśl ponownej, raptownej ucieczki.

Przecierałem nerwowo dłonie szukając w głowie jakiegoś sposobu. Trudno, chrzanić wszystkich, jestem tchórzem! Dzięki intuicji cykora, wymierzyłem drogę powrotu i znów pobiegłem. Nie wykonałem nawet dwóch susów, gdy wpadłem w coś wielkiego i miękkiego. Z impetem runąłem na posadzkę. Kiedy wstałem wyciągnąłem badawczo dłonie. Poczułem przed sobą dwa dosyć masywne, miękkie i obwisłe wypusty. Nim zrozumiałem swój błąd, dostałem po głowie od Grubej Berty. Cóż, nie powiem, był to pierwszy raz kiedy cieszyłem się z obecności Ziemianki. Otarłem bolące miejsce i pociągnąłem za tłuściutką dłoń. Najpewniej domyśliła się o co chodzi, bo nie stawiała oporu. Nakierowałem ją na zemdlone ciało Czachasowa. Chciałem pomóc z podniesieniem go, ale Grosskreutz zrobiła to bez najmniejszego wysiłku. Wodząc ją za rękę, podążaliśmy w stronę światłości. W końcu wyszliśmy cało z opresji.

Kiedy specjalista rzuciła na ziemię ciało młodzika, zobaczyłem na jego czole wielką krwawą bruzdę. Rozciągała się tuż nad rzadkimi, jasnymi brwiami. Chłopak zaczął wracać do świata żywych. Spojrzałem w ciemność. Grosskreutz znów terkotała, nie pozwalając zebrać mi myśli do końca. Przetarłem zmęczone oczy. Rzuciłem:

– Pani Sullivan musi sobie poradzić bez nas, idziemy po pomoc! Wszyscy na górę!

Wspiąłem się na linę, by chwilę potem stanąć na szczycie kaskady. Na widok statku wyskoczyła mi kolejna żyła na szyi. Dodatkowo lewa powieka zaczęła drgać mimowolnie. Maszyna miała zgaszone światła, była pokryta grubą warstwą pyłu. Dopiero potem mój mózg zarejestrował rzecz jeszcze gorszą. Strzeliste sklepienie runęło i zamknęło wyjście z jaskini. Drżącą ręką wyjąłem pudełko z lekami, łyknąłem szybko dwie tabletki. Zacząłem cicho i spokojnie:

– Czy ktoś mi powie, do czego tu doszło?

Grosskreutz zaczęła znowu gderać. Na szczęście moja podświadomość przestała odbierać płynące z jej ust sygnały. Patrzyłem tylko błagalnie na Czachasowa. Niestety drab stał nieruchomo, niczym golem, był zupełnie rozbity szeregiem dziwnych zdarzeń. A może to ta wielka bruzda na czole?

Przemogłem się, Gruba Berta paplała beznamiętnie, lecz postanowiłem poszukać w tym monologu choćby jednej przydatnej informacji:

– …i czekałam tutaj na pana i panią Sullivan cały dzień, a wtedy zadzwonił docent Diatłow, więc odebrałam. Mówił, że przyjedzie i zaproponowałam ciasto. To bardzo miły człowiek. I przypomniałam sobie ten koniak firmowy, co trzymamy na specjalną okazję. W każdym razie wsiadłam do statku i poleciałam do bazy. Zrobiłam porządek w konferencyjnej, a potem upiekłam ciasto i wróciłam tutaj. Ale zostawiłam silniki włączone, żeby w środku było chłodno, bo przecież jak wyłączę silnik to klimatyzacja nie działa…

– Chwila, zostawiłaś silnik włączony?

– No… Tak.

Żeby nie wybuchnąć gniewem, wziąłem głęboki oddech. Oczy wychodziły mi z orbit. Szybko wskoczyłem do statku. Klucze wisiały bezwładnie w stacyjce. Przekręciłem je do stanu zero i znowu na jedynkę, próbowałem uruchomić chociaż komputer. Panel zajaśniał tysiącem kontrolek, może silnik "zagada". Wstrzymałem oddech, puściłem go na dwójkę. I ruszył! Rezerwa mocy pozwoliła na chwilę pracy. Bez namysłu wbiłem ciąg wsteczny i pełną moc dyszy. Maszyna zerwała się i z hukiem wpadła w skalne osuwisko. Pancerz rozsypał się w drobny mak, ciągi powietrza zassały pył skalny i stanęły. Zdołałem zrobić drobny wyłom, ale maszyna padła. Wyskoczyłem z kokpitu jak poparzony. Grosskreutz dobiegła do mnie zdyszana i z marszu zaczęła:

– Mój Boże! Taki piękny statek, taka wspaniała maszyna, przecież…

Nagle zamilkła. Spojrzałem na nią pytająco, lecz wkrótce zrozumiałem, o co chodziło. Obróciłem się i zobaczyłem TO. Gęsta dżungla. Wysokie i potężne pnie drzew sięgały wysoko ponad skalne wypusty. Zresztą teraz na próżno mogłem szukać gołych skał. Wszystko było obrośnięte gęstym splotem pnączy. Niska roślinność tworzyła swoisty mur, nie pozwalała przejść w głąb tej plątaniny. Jedynie wokół jaskini pozostały jasne, łyse placki, doszczętnie pozbawione choćby najmniejszej roślinności. Wydusiłem z zapartym tchem:

– O kurwa…

Myśl Wong, ty stary capie. Przeżyłem już wiele, bardzo wiele! Dziesiątki, jak nie setki planet. Ale takiego czegoś jeszcze nie doświadczyłem. Wskoczyłem z powrotem do statku. Te dwie kukły stały na zewnątrz. Nawet się dobrali, Grosskreutz paplała bez przerwy, a golem był tak otępiały, że przyjmował jej słowa bezkrytycznie. Spojrzałem na kokpit. Maszyna miała jeszcze trochę mocy, rezerwowe akumulatory pozwalały na nadanie sygnału alarmowego. Z ciekawości spojrzałem na radar, sygnał Czachasowa zamilkł, nie było po nim śladu. Chrzanić to, wcisnąłem czerwony guzik.

Wyszedłem na zewnątrz. Nie oczekiwałem natychmiastowej reakcji. Raczej spodziewałem się kilku godzin czekania. Stało się inaczej. Znad dywanu drzew wyleciał mały, bezzałogowy śmigacz. Podleciał do nas i wystawił mały receptor. Pewnie zbadał źródło sygnału. Upewniwszy się o braku niebezpieczeństwa, usiadł obok. Wskoczyliśmy na pokład. Wnętrze było schludne i wygodne. Statek pofrunął w dal. Kiedy tylko wzniósł się ponad korony drzew oniemiałem. Nawet Gruba Berta przestała kwękać.

Hektary lasów rozdarte były wysokimi strukturami miast. Strzeliste wieżowce błyszczały w południowym blasku Corteggi. Wszystko zostało zrobione wzorowo. Każdy kawałek zagospodarowany tak, jak przewidywał plan. Miałem ściśnięte gardło, nawet nie ze złości, byłem zachwycony obrazem postępu. Scorgio nareszcie ożyło.

Statek pędził nad wyraz szybko, w kilkanaście minut stanęliśmy na szczycie jakiegoś wieżowca. Maszyna osiadła bezdźwięcznie. Wyskoczyłem na płytę lądowiska. Chłonąłem miejski krajobraz, z tego miejsca był jeszcze piękniejszy. Usłyszałem kroki, gdy obróciłem głowę cała radość prysła. Oto zobaczyłem nalaną, podstarzałą twarz docenta Diatłowa. Lewa powieka znów zaczęła drgać bezładnie.

– Pan inżynier! Jak to się pan… A! Wong! Tyle lat… – zagaił radośnie staruch.

– Cała przyjemność po mojej stronie – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.

– Dostałem informację o sygnale, zautomatyzowany system wysłał pomoc…

– Przepraszam!

Krzyknąłem, żeby nie musieć słuchać tej grzecznościowej paplaniny. Wystarczyła mi jedna gaduła.

– Ja i moja drużyna ulegliśmy działaniu pewnej anomalii. Otóż, wedle moich domniemań jakaś struktura pod powierzchnią planety wytworzyła niegrawitacyjną dylatację czasową.

– Ach… Czyżby zjawisko Lavdego? To wymaga użycia grawitronu, aparatu separacji czasowej, może tuby Lestera – Halkiego, albo nawet…

– Niech pan nie kończy! Tam została moja załogantka, z pewnością nadal znajduje się pod wpływem tej anomalii. Nie mogłem ryzykować własnego zdrowia…

– Oczywiście!

W kieszeni docenta zadzwonił komunikator. Diatłow stuknął się w skroń by odebrać połączenie. Z marszu krzyknął:

– Czego chcesz!? Ach… Przepraszam, myślałem, że to ten wrzód – Gładzik… Teraz nie mogę… Cóż, może później.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Najwidoczniej nie tylko ja muszę użerać się z idiotami. Starzec zakończył rozmowę. Spojrzałem na niego pytająco. On zaś tylko stał z lekkim uśmiechem. Uniosłem brwi w dosyć znaczący sposób. Staruszek dopiero załapał:

– Ach… No, tak, co my to mieliśmy… Akcja! Tak, akcja… Mam współrzędne tego miejsca, oczywiście. No, to ten tego, lecimy!

Wskoczyliśmy z powrotem do ślizgacza. Właz zamknął się cicho i maszyna wystrzeliła w stronę jaskini. Czachasow wyglądał dużo lepiej, mógłbym przysiąc, że nawet zrozumie coś jak powiem do niego zdanie:

– Słuchaj no, po jaką cholerę poszedłeś do tej jaskini?

Drab spojrzał na mnie badawczo i po chwili wycedził:

– Sygnał, ktoś nadał sygnał…

– To ciekawe… A jak wpadłeś na to, żeby samemu coś nadać?

– Nadać?

– No tak, nadać sygnał.

– Ale ja nawet nie miałem takiego urządzenia…

To się nie łączyło. Patrzyłem na młodego, jak na głupka.

– To kto nadawał?

Rzuciłem sam do siebie.

W tym czasie Ziemianka "umilała" czas docentowi. Dziadek strasznie stetryczał, bo najwyraźniej nie przeszkadzało mu ciągłe kłapanie dziobem. Dolatywaliśmy do jaskini. Mogłem to poznać po wielkim, wytartym placku. Roślinność wystrzegała się tego miejsca. Maszyna zatrzymała lot, wisieliśmy kilkanaście metrów nad zasypanym wejściem, znów zerknąłem na docenta. Odwzajemnił spojrzenie. Przyjąłem pytający wyraz twarzy, on milczał. Zapytałem gniewnie:

– To co robimy? Mamy jakiś sprzęt?

– Huh… Sprzęt… Sprzęt?

Nie wytrzymałem.

– Tak, do kurwy nędzy, SPRZĘT! Stary dureń!

Diatłow żył w swoim starczym świecie. Ja miałem prawie dwieście lat, ale docent przekroczył już teraz pewnie trzecią setkę. Miałem ochotę rzucić się na tego tetryka z gołymi pięściami, lecz nagle powietrze rozpruł przeraźliwy huk. Na samym środku łysego placka rozwarła się ziemia. Skały zapadały się do wnętrza jaskini, w myślach pożegnałem panią Sullivan. Jednak los chciał inaczej. Z wnętrza przeraźliwej rozpadliny wyleciał wielki, walcowaty przedmiot. Jego struktura była mi znajoma, choć nie potrafiłem dokładnie określić czym jest.

Przypomniał dwa okrągłe wafle przedzielone warstwą powietrza. Między nimi stała Marsjanka. To był statek, albo platforma, albo jedno i drugie. Dolna część posiadała szereg wypustów, specjalistka używała ich do sterowania maszyną. Górna część nie posiadała najwidoczniej innej funkcji, jak powodowanie bólu głowy Czachasowa i ochrona "pilota" przed odłamkami. Latająca kanapka zaczęła wzbijać się w powietrze, kiedy Sullivan zobaczyła nas, zniżyła lekko lot. Nie mogłem powstrzymać radości. Byłem uradowany, niczym dziecko w sklepie ze słodyczami. Ręcznie otworzyłem okno statku:

– Pani Sullivan, tak się cieszę! – krzyknąłem rozanielony.

– Panie Wong, rozgryzłam tę zagadkę! To bardzo proste, wystarczy tylko poruszyć odpowiedni przełącznik, niektóre są na razie zablokowane, ale inne ulegają z łatwością… Platforma porozumiewa się ze mną, sądzę, że nawet ma własne myśli. Ona nadawała sygnały, szuka czegoś lub kogoś. Jest pełna różnych informacji! O jeny… Dużo się w okolicy zmieniło!

– Tak, to przez dylatację…

– …czasową, wiem. I to w wersji niegrawitacyjnej. Miałam kurs fizyki podczas lotu wokół Syriusza. Zresztą to nie jedyna funkcja platformy… Ile nas nie było?

Zwróciłem się do starucha:

– Ile nas nie było?

– A bodaj dwa lata…

– Dwa lata! – krzyknąłem przez okno.

Marsjanka uśmiechnęła się z politowaniem. Rzuciłem do wszystkich:

– To, co? Może skoczymy do miasta, odpoczniemy i wrzucimy coś na ząb, umieram z głodu…

Pani Grosskreutz zaklaskała i odpowiedziała radośnie:

– O tak! Upiekę może jakiś placek, a potem wypijemy po lampce koniaczku!

Czachasow wzruszył obojętnie ramionami, a Diatłow głośno pomlaskał i dodał:

– Oj tak, placek to bym wszamał.

Pani Sullivan obróciła się w stronę południowego słońca. Wiatr rozwiał jej długie, gęste włosy – przetarła je lekko dłonią. Spojrzała na mnie z charakterystycznym błyskiem w oku i powiedziała:

– Może kiedyś się jeszcze spotkamy, panie Wong…

– A…

Nie zdążyłem dokończyć. Dziewczyna rzuciła ostatni uśmiech, wykonała krok i jej statek platforma w ułamku sekundy znikł w przestworzach. Nie spodziewałem się tego, ale nie byłem zły. To zdolna bestia, cokolwiek miałoby się stać, poradzi sobie. Usiadłem wygodnie w fotelu ślizgacza. Pani Grosskreutz opowiadała o przepisie na jabłecznik, Czachasow zdążył usnąć, a Diatłow słuchał uważnie oblizując wargi. Statek, jakby czytając nasze myśli, poszybował w stronę miasta. Rzuciłem tylko pod nosem:

– Faktycznie, po takim dniu przyda się lampeczka firmowego koniaku…

Koniec

Komentarze

Pozostawiły po sobie jedynie wielki, mały kawałek trawnika w środku jałowych skał planety Scorgio.

Nie jestem pewien czy to zdanie jest poprawnie skonstruowane, chodzi, że trawy jest dużo, ale w stosunku do powierzchni planety mało, jeśli dobrze to rozumiem, ale tutaj czuję jakbym miał wybrać wielki lub mały, niepotrzebne skreślić, :)

Czym dalej, tym opowiadanie wciągało bardziej, doczytałem ciekaw finału, bardzo mi się spodobało, dzięki za podzielenie się o/

 

@Skuul dzięki, już poprawiłem.

Jest jakiś pomysł. Niegrawitacyjna dylatacja interesująca. Tylko czytelnik szybko domyśla się, o co chodzi, a bohaterowie jeszcze długo kminią.

Postacie trochę przerysowane, jakby to była humoreska, ale poza tym satyry nie widać. Może to narrator taki zgryźliwy.

Pozostawiły po sobie jedynie mały kawałek trawnika po środku jałowych skał planety Scorgio.

A na pewno nie przed środkiem? ;-)

Gwiazdę wokół, której orbitowała nasza planeta

Przesuń przecinek o słowo w lewo. Z obowiązkowym przecinkiem przed “który” to niezupełnie tak…

Babska logika rządzi!

@Finkla, dzięki (zarówno za punkcik, jak i korektę), poprawiłem błędy. Im częściej czytam własne prace, tym gorzej z wykrywaniem podstawowych gaf.

A co do narratora, to racja. Zgryźliwy skurczybyk z pana Wonga.

 

 

A próbowałeś zostawiać tekst do odleżenia i dopiero później czytać?

Babska logika rządzi!

Przeczytałem do końca i nie marudzę. Zgodzę się , że pomysł jest i to całkiem ciekawy. Tylko zakończeniu, moim zdaniem, brakuje większego zwrotu akcji czy czegoś w tym rodzaju.

 

“Grosskreutz paplała bez przerwy, a golem była tak otępiały, że przyjmował jej słowa bezkrytycznie”

 

 

 

O, Strafer ma rację – zakończenie nie jest mocną częścią. Brakuje w nim mocniejszego akcentu.

Babska logika rządzi!

@StraferB25 dzięki, poprawione.

 

@Finkla sam początek tekstu leżał prawie pół roku. Resztę (jakieś 7 stron) dopisałem w 2-3 dni.

Czytałam bez entuzjazmu i obawiam się, że mogłam nie docenić pomysłu, bo zamiast skupić się na lekturze, co rusz potykałam się na różnych błędach, usterkach i nie zawsze czytelnie skonstruowanych zdaniach, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę, a to, niestety nie pomaga w śledzeniu akcji.

Mam wrażenie, TheDarkCheedarze, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

i kon­fe­ren­cję na stat­ku – matce. –> …i kon­fe­ren­cję na stat­ku-matce.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy; bez spacji.

 

po­sta­wić kil­ka­dzie­siąt miast, lasy i in­fra­struk­tu­rę. –> Czy lasy i infrastrukturę stawia się?

 

Psia mać! –> Psiamać!

 

Za tę pla­ne­tę po­li­czę za­rząd po­dwój­nie… –> Co to znaczy?

 

Za­nu­rzo­ne wgłąb gleby wy­bie­ra­ki… –> Za­nu­rzo­ne w głąb gleby wy­bie­ra­ki

 

Z per­spek­ty­wy wy­glą­da­my pew­nie jak stare mał­żeń­stwo… –> Z jakiej/ czyjej perspektywy?

 

Ze­brał po­jazd i wy­ru­szył do­oko­ła Scor­gio. –> Na czym polega zebranie pojazdu?

 

Była około dwa razy więk­sza od Słoń­ca. Dzi­siaj wy­jąt­ko­wo mocno do­grze­wa­ła, w cie­niu było około trzy­dzie­stu stop­ni. Koło po­łu­dnia… –> Powtórzenia.

 

przy­po­mnie­li sobie o tym nie­bo­żym świe­cie. – Co sprawiało, że ten świat był nieboży?

 

choć tak na praw­dę po­le­gał je­dy­nie… –> …choć tak napraw­dę po­le­gał je­dy­nie

 

Mar­sjan­ka wy­sko­czy­ła ze stat­ku pierw­sza i pręd­ko wbie­gła… –> Masło maślane. Bieg jest prędki/ szybki z definicji.

 

część wy­ma­ga­nej licz­by. Przez to za­li­czy­my po­waż­ne opóź­nie­nie… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Po­dra­pa­łem się po rzad­kiej czu­pry­nie… –> Niemożliwe, czupryna jest bujna z definicji.

 

Wy­ję­ła z niego ogrom­ny ple­cak a przy nim liny, haki, troki i ka­ra­biń­czy­ki. –> Na czym polega wyjęcie czegoś przy czymś?

 

i tylko gruba berta glę­dzi­ła pod nosem: –> Wcześniej pisałeś to wielkimi literami.

 

Zwią­za­łem cia­śniej buty… –> Raczej: Zawią­za­łem cia­śniej buty

 

I wnet lina dyn­da­ła bez­wied­nie… –> Pewnie miało być: I wnet lina dyn­da­ła bez­władnie

 

naj­wy­żej dzie­sięć me­trów wgłąb. –> …naj­wy­żej dzie­sięć me­trów w głąb.

 

da­wa­ła lżej­sze świa­tło, bar­dziej roz­pro­szo­ne. Oświe­tli­ło ono… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Dziw­ne miej­sce, stra­sze­nie tu sucho. –> Literówka.

 

po­tur­lał się po skal­nej półce i runął w dół. –> Masło maślane. Czy mógł runąć w górę?

 

Coś po­tęż­ne­go ru­nę­ło na wyż­szą półkę i za­wy­ło jak dzika świ­nia. –> Dzikie świnie nie wyją.

 

Z każ­dym kro­kiem wprzód… –> Z każ­dym kro­kiem w przód

 

Każdy z nas za­wią­zał sobie węzeł wokół pasa. –> To jest grupa mieszana, wiec: Każde z nas za­wią­zało sobie węzeł wokół pasa.

 

W jed­nym mo­men­cie, kiedy klę­cza­łem ba­da­jąc jeden przy­cisk… –> Powtórzenie.

 

za­mel­do­wać do­cen­to­wi pan-fiu­to­wi… –> …za­mel­do­wać do­cen­to­wi panu-fiu­to­wi

 

"Teraz mi się ze­bra­ło na he­ro­izm" po­my­śla­łem. –> Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać myśli bohaterów: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

po­ty­ka­łem się o dziw­ne wy­pu­sty nie­wi­do­me­go prze­zna­cze­nia. –> Przeznaczenie jest ślepe? Pewnie miało być: …po­ty­ka­łem się o dziw­ne wy­pu­sty nie­wi­ado­me­go prze­zna­cze­nia.

 

Kiedy mi­ja­łem jed­nej z nich… –> Literówka.

 

gdy wpa­dłem w coś wiel­kie­go i mięk­kie­go. Z im­pe­tem upa­dłem na po­sadz­kę. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Wsko­czy­łem na linę, by chwi­lę potem zna­leźć się na szczy­cie ka­ska­dy. Na widok stat­ku wy­sko­czy­ła mi ko­lej­na żyła na szyi. –> Powtórzenie.

Jak wskakuje się na linę? Czy tak jak np.: małpa?

 

-…i cze­ka­łam tutaj na pana i panią Sul­li­van… –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Wszyst­ko było ob­ro­śnię­te gę­stym splo­tem pną­czy i lian. –> Liany też są pnączami.

 

nie po­zwa­la­ła przejść wgłąb tej plą­ta­ni­ny. –> …nie po­zwa­la­ła przejść w głąb tej plą­ta­ni­ny.

 

a golem była tak otę­pia­ły… –> Literówka.

 

Lewa po­wie­ka znów za­czę­ła drgać bez­ład­nie. –> Czy zdarza się, że powieki drgają też w uporządkowany sposób?

Proponuję: Lewa po­wie­ka znów za­czę­ła drgać mimowolnie.

 

Ahh… Czyż­by zja­wi­sko La­vde­go? –> Ach… Czyż­by zja­wi­sko La­vde­go?

 

To wy­ma­ga uży­cia Gra­wi­tro­nu, apa­ra­tu se­pa­ra­cji cza­so­wej… –> Dlaczego wielka litera?

 

Ahh… Prze­pra­szam… –> Ach… Prze­pra­szam

 

Ahh… No, tak… –> Ach… No, tak

 

znów umie­ści­łem wzrok na do­cen­cie. –> Raczej: …znów spojrzałem na do­cen­ta.

 

ale do­cent prze­kro­czył już teraz pew­nie trzy­set­kę. –> …ale do­cent prze­kro­czył już teraz pew­nie trzecią setkę.

 

Panią Sul­li­van ob­ró­ci­ła się w stro­nę po­łu­dnio­we­go słoń­ca. –> Literówka.

 

co­kol­wiek miało by się stać… –> …co­kol­wiek miałoby się stać

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy dzięki, poprawione.

Bardzo proszę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka