- Opowiadanie: rybak - Opowieści starego Nawigatora: Kupa kłopotów z robotami

Opowieści starego Nawigatora: Kupa kłopotów z robotami

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Opowieści starego Nawigatora: Kupa kłopotów z robotami

Długo trwał pionierski okres żeglugi międzygwiezdnej, ale i na nas, kosmicznych starych wilków galaktycznych szlaków, też w końcu przyszła kryska. Wezwany przez zarząd spółki załatwiałem właśnie na Dejmosie jakieś papierowe zaległości, nie pamiętam już – odnowienie licencji, badania okresowe czy aktualizację polisy emerytalnej, kiedy na korytarzu wiodącym przez Dział Kadr Trzeciej Kompanii Transportowej dopadł mnie sam wiceprezes Smithy. Złapał mnie, jak to on tylko potrafi, żelaznym chwytem mocarnego łapska za łokieć i bezceremonialnie wciągnął do swego gabinetu. Takie przaśne nawyki zostały mu z przeszłości, gdy robił na Fobosie za dokera i szefa lokalnego związku zawodowego, dopóki z grupką kumpli nie zainwestował oszczędności życia, wspartych uciułanymi przez lata łapówkami od armatorów, w pierwszy kompanijny drobnicowiec międzygwiezdny, używany trzymilionowiec o wdzięcznym mianie „Chyża Surykatka”.

– Snuff, stary kumplu, świetnie cię widzieć, właź, mamy do pogadania – powiedział już po udanej operacji wrzucenia mnie do środka i zamknięciu drzwi. Rozejrzałem się: w głębokich skórzanych fotelach, dzierżąc w dłoniach szklanice z czymś najwyraźniej wysokoprocentowym, siedzieli główny informatyk spółki, dyrektor od HR oraz sam prezes Vranec. Patrzyli na mnie, jak to oni – zimnym taksującym wzrokiem. I wcale mi się to nie podobało. Tym bardziej, że Smithy nawet nie zaproponował mi drinka.

– Co, podwyżka? – rzuciłem w przestrzeń, nie licząc, rzecz jasna, na pozytywną odpowiedź. Na rynku bowiem źle się działo: wchodziły do użytku coraz większe statki z coraz mniej licznymi załogami. Dziś nawet drudzy nawigatorzy nie mieli żadnej pewności zatrudnienia, a trzeci od dawna wracali na swoje planety. Na bezterminowe bezpłatne urlopy.

– A do tego awans – ku memu najwyższemu zaskoczeniu odpalił radośnie Smithy – obejmujesz za miesiąc „Susła C” – pierwszego w Kompanii stumilionowca. Nowiuśki, wprost ze stoczni na Io. Cieszysz się, komandorze? – I tak jak pozostali szefowie, wpił we mnie te swoje chciwe, cwane, korporacyjne oczka.

Taaa, chyba nie muszę wam mówić, jak ja się wtedy uradowałem. Jak purchawka pod obcasem. Jak szprotka w pysku dorsza. Jak Wczesny z Keplera 58b dopadnięty przez karną ekspedycję Późnych. W dodatku nie we śnie, a w pełni na trzeźwo, bo jak wiadomo, po dekadzie poszukiwań remedium na wirusa „3/15” wreszcie odkryto skuteczne antidotum i zaaplikowano je nie tylko zarażonym w Galaktyce, ale przede wszystkim, po tajnej operacji ziemskich sił szybkiego reagowania, na samym Keplerze. Przez co obie żyjące dotychczas całkowicie rozłącznie, bo na dwie zmiany, nie cierpiące się wzajem populacje, po raz pierwszy w życiu stanęły przed sobą, za przeproszeniem, twarzą w twarz. W tym moi starzy znajomi, zakochani w sobie do szaleństwa uciekinierzy z Keplera 78b, no wiecie – Roman i Giulka. Znowu mieli okazję nie tylko usłyszeć na żywo swoje głosy, spojrzeć sobie czule w oczy, ale przede wszystkim – naprawdę koszmarnie się pokłócić.

Ale dość dygresji! Mówię wam, nożżżż po prostu mało nie pękłem z radości! Sęk w tym, że Susły C jeszcze nie zeszły z holoekranów projektantów, a już doprowadziły do generalnego, nieudanego niestety, strajku międzygwiezdnej żeglugi. Dlaczego? Prosta sprawa: zaplanowano je jako pierwsze w Galaktyce bezzałogowce. Ściślej – masowce z ludzkim kapitanem. Wyłącznie. Zamiast żywej załogi, złożonej standardowo z nawigatorów, mechaników, pokładowego sztauera, oficera od kalibrowania Ajki, na Suśle C żywy miał być jedynie dowódca, przez większość trasy uśpiony w anabiozerze. Sprawujący tym samym niemal czysto nominalny nadzór nad człekokształtnymi robotami, kierowanymi przez swe własne wyspecjalizowane AI. Skutecznie, efektywnie lecz przede wszystkim – TANIO! Wielokrotnie dla armatorów taniej, niż w przypadku w pełni ludzkich załóg. Nazwano to oczywiście wielce poprawnie i neutralnie optymalizacją kosztów osobowych. Jak to w korporacjach.

Człowiek w roli dowódcy musiał na razie pozostać, przynajmniej do zmiany przepisów. Inaczej poważny międzygwiezdny fracht zdechłby szybko pod ciężarem wyśrubowanych dodatkowych stawek asekuracyjnych, międzyukładowa wymiana handlowa skurczyłaby się do poziomu sprzed rewolucji energetycznej i wynalezienia taniego napędu nadświetlnego, a Galaktykę ogarnęłyby mroki gospodarczego kryzysu.

Wiem, co sobie o mnie teraz pomyślicie – cholerny łamistrajk! Ale zrozumcie, choć wcale nie uśmiechało mi się paskudne, przyznaję, bo wbrew interesowi własnego środowiska torowanie nowych dróg dla w pełni automatycznej żeglugi międzygwiezdnej, bo zdawałem sobie sprawę, że jeśli technologia się sprawdzi, to i na żywych kapitanów popyt spadnie wkrótce do zera, przynajmniej na Wielkim Transgalaktycznym, to jednak… Jednak nie miałem wtedy innego wyjścia. Naprawdę, uwierzcie. Drugi rozwód puścił mnie z torbami, a świeżo spłacony dom na zielonym terraformowanym Marsie przepadł, zagarnięty przez pazerną harpię, udającą przez siedem lat wierną i czułą partnerkę.

Na żonę kosmomarynarza to ona się nie nadawała. Nie dość, że na pokłady kolejnych jednostek musiałem wchodzić bokiem, by porożem włazów nie porysować, to w dodatku oszczędności dwudziestu lat służby poszły się bujać, jej adwokaci zostawili mnie w skarpetkach i z gigantycznymi długami, a kapsułowe hotele w bazach przeładunkowych na Szlaku, podczas coraz dłuższych przerw w zaokrętowaniu, wysysały ze mnie każdego wolnego kredyta.

Zgadliście: zgodziłem się. Bo cóż miałem robić? Kompanijna wierchuszka doskonale wiedziała, którzy z ich nawigatorów i komandorów są aktualnie szczególnie podatni na propozycje nie do odrzucenia. Doskonale rozumiałem, że faceci w głębokich fotelach tylko czekali na odmowę, żeby wywalić mnie na pysk, jak każdego ze strajkujących, a za drzwiami z pewnością już przechadzali się kolejni kandydaci, z łokciami bardziej podatnymi na zachętę pancernego łapska Smithy’ego. Mnie zaś po ostatecznym przyziemieniu pozostawałaby dożywotnia rola pariasa. Z papierami drugiego nawigatora w najlepszym przypadku załapałbym się na dochodzącego instruktora w jakiejś peryferyjnej dziecięcej szkółce pilotażu. Za grosze i w nadgodzinach. Z komornikiem wysysającym ze mnie dożywotnio wszystkie soki. A tak, egzekucja ulegała odroczeniu o parę lat standardowych. Może nawet i o dekadę? Trochę to przecież potrwa, zanim nowe Susły się upowszechnią, w międzyczasie pospłacam długi – tak sobie wtedy myślałem. Wyszczerzyłem więc zęby w udawanym entuzjazmie i powiedziałem to słowo, na które oni wszyscy leniwie czekali. Słowo zmieniające dziewczynę w niewolnicę, młodzieńca w zatyranego płatnika, a niegdyś pełnego marzeń nawigatora galaktycznej Żeglugi Wielkiej w pokornego wykonawcę poleceń wielkich tego świata. Czyli łobuzów i jeszcze większych łobuzów. Nad którymi władzę dzierżą już wyłącznie coraz młodsze kochanki, modni trenerzy oraz najsprawniejsi w galaktyce chirurdzy plastyczni.

 

***

Przez kolejne trzy miesiące uczyłem się nowej „załogi”. Ona zaś – mnie. Z grubsza człekokształtne pałuby odznaczały się grubo ciosanym antropomorfizmem. Zaopatrzone w precyzyjne i silne manipulatory, między sobą różniły się kolorami węgloplastowych powłok: dwaj nawigatorzy byli granatowi, trzej mechanicy jasnoczerwoni, sztauer zielony, a cyberoficer żółty. Obiektywnie oceniając, byli nieludzko sprawni, hiperinteligentni (sztuczną inteligencją, rzecz jasna), szybcy, wydajni i trwali. Po serii testów na symulatorach, kiedy wycisnąłem z nich, ile tylko fabryka im dała, a mnie podpowiedziały wiedza, doświadczenie i wyobraźnia, zacząłem się z żalem przekonywać, że chyba rzeczywiście są nieuniknioną przyszłością mego nieszczęsnego fachu. Owszem, moi podopieczni mieli i słabe strony. Zwłaszcza ich, doprawdy, bezbronna naiwność chwytała za serce. Moje jednak, przyznam wam ze skruchą, zdążyło chyba stwardnieć, bo było na nią odporne. Dlatego tym staranniej szkoliłem indywidualnie wybranych członków zespołu, zwłaszcza cyberoficera. Oraz sztauera. Mieli doprawdy niesamowity potencjał. Spece z Kompanii nie przypuszczali nawet, jak wielki. I dobrze!

Kompanijny informatyk powiedział mi, że owe roboty, choć mało atrakcyjne wizualnie, ba! – wręcz toporne, są całkowicie nowatorskie – ich AI po raz pierwszy w historii tak zaawansowana w autonomicznie poruszających się mechanizmach, zapewniła im samoświadomość, co sprawdzono już przy mnie w teście lustra, przed którym ułożono komplet kosmetyków, wyrobów jubilerskich i tym podobnych fidrygałek. Roboty z Susła C co do jednego najpierw oglądały się w zwierciadle z wyraźnym zaciekawieniem, i to z różnych stron, ewidentnie przy tym pozując, a następnie jak jeden mąż zaczęły się indywidualizować i upiększać. Przy czym makijaż za pomocą lakierów w sprayu stanowił zaledwie początek. Na przykład sztauer z miejsca nałożył sobie na „szyję” solidny pozłacany łańcuch, a na „przeguby” gustowne tytanowe bransolety. Cyberoficer – po dość długim przyglądaniu się swej jajowatej łysinie, przykleił na nią na trwałe, bo klejem molekularnym, perukę z cienkich miedzianych drucików, a dodatkowo włożył wiszący na podparciu lustra zielony kabacik i pomalował sobie na czerwono nogi. Od stóp, po nabite siłownikami „łydki”, przez co wyglądał trochę jak XIX-wieczny dziedzic w butach do konnej jazdy. Dodatkowo ozdobił opatulone gustownym wdziankiem „ramiona” wyciętymi z aluminium pagonami. Zastanawiające, że poprzestał na stopniu majora.

Cyfrowi nawigatorzy popatrzyli na to z wyraźną zawiścią i poszli na całość: przynitowali sobie z miejsca do tułowi po kilkanaście zegarków podłożonych pod lustrem przez badaczy – pierwszy z owej parki z przodu, a drugi, nie wiadomo dlaczego, na „plecach”. Natomiast cybermechanicy najpierw coś między sobą zerojedynkowo pomigotali, a następnie jak jeden mąż ubrali się w robocze ogrodniczki i poowijali nawzajem pasami oraz uchwytami podtrzymującymi podręczne narzędzia. Że niby jednakowo? Ależ skąd – pierwszy wybrał ogrodniczki czarne, drugi zielone, a trzeci tęczowe z dodatkowym wzmocnieniem z tyłu i gustownym serduszkiem na kieszonce zaanektowanej przy okazji damskiej torebki. Podobno zaprogramowano go tak w ramach zachowania urzędowego parytetu zatrudnienia, przeniesionego mechanicznie z ludzi na automaty.

Jak dla mnie – test był zupełnie wystarczający. Owszem, każda w miarę zaawansowana Ajka potrafi przecież rozpoznać swego nosiciela w zwierciadle, ale dotychczas nie było jeszcze takiej, która wykazywałaby przy tym aż tak gigantyczną, a przy tym jakże zróżnicowaną estetycznie próżność!

Drugą różnicę między standardowymi automatami a moimi załogantami stanowił zakres posiadanej przez nich wiedzy. Wpojono im ją na poziomie solidnych uczelni akademickich, słusznie wychodząc z założenia, że świadome wybory wariantu działania w sytuacjach krytycznych muszą polegać na pełnym dostępie nie tylko do informacji, ale i do wzorców etycznych i kulturowych wspólnych dla większej części ludzkości.

Skoro zaś o etyce… Z tym kompanijni spece od AI mieli największy problem. Dekalogu zaimplementować moim robotom najzwyczajniej w świecie się nie dało. Chociaż, z trudem, bo z trudem, pojmowały ideę Bytu Transcendentalnego, to nie do końca rozumiały Przykazania od pierwszego do czwartego, a szóste i dziewiąte w ogóle ich nie dotyczyły. W dodatku Watykan wyraził stanowczy sprzeciw, żądając od Trzeciej Kompanii Transportowej miarodajnej odpowiedzi, gdzie mianowicie w pierwszych samoświadomych robotach skrywa się dusza.

To jednak nie był koniec kłopotów. Zwykłe cztery prawa Asimova, zaakceptowane już dwieście lat temu w powszechnym referendum jako podstawa działania AI w całej galaktyce, uznano za dalece niewystarczające dla zamierzonych prób, bo zbytnio unifikujące mentalnie obiekty badań. Dlatego też Asimova bez żadnych uzupełnień wgrano wyłącznie mechanikom, znajdującym się w hierarchii najniżej. Sztauer otrzymał dodatkowo Prawa Yudkovsky’ego. Nawigatorzy – zestaw Reguł Langforda, zaś cyberoficer – Normy Tildena. Jak się potem okazało, programiści zapomnieli o drobiazgu. Czyli o tym, że moja załoga, dla zachowania pełnej efektywności, musi bez ograniczeń wymieniać się informacjami, więc już po pierwszych trzech parsekach podróży, ledwie, ledwie wlazłem do anabiozera, elektroniczni załoganci poprzekazywali sobie wzajemnie całe know how, w tym posiadane infobezpieczniki etyczne.

Ze sobą współpracowali bowiem koncertowo i błyskawicznie wypełniali zarówno polecenia pokładowej Ajki, z której na razie w Suśle C nie zrezygnowano, jak i moje. Przy czym do mnie od samego początku odnosili się wręcz czołobitnie. Wpojono im nawet sztukę kłaniania się, co, przyznam, najpierw przyprawiało mnie o ataki niepohamowanego śmiechu, ale później budziło już wyłącznie rosnące zażenowanie. Jak powiedział mi podczas któregoś z kolejnych treningów kompanijny informatyk – fabryka projektująca owych następców ludzi na pokładach międzygwiezdnych masowców, z uruchomieniem masowej produkcji cybermarynarzy tylko czeka na rezultaty ostatecznego sprawdzianu: zakończenie pierwszych rejsów pod moim dowództwem.

Koniec końców, Suseł C pożegnał dok i wyładowany po brzegi mrożoną roślinną biomasą (rozumiecie, strzeżonego… Kompania jednak wolała nie ryzykować z cenniejszym ładunkiem), produkowaną w ruchu ciągłym w orbitalnych farmach w zero G w niemal każdym zasiedlonym przez ludzi układzie, odcumował wiązki pól siłowych, odpadł od pirsu unoszącego się sto pięć mil nad Deimosem i ruszył w swój dziewiczy rejs. Szedł niedaleko – wprost na Gwiazdozbiór Żagla, 31 lat świetlnych od Ziemi. Tak, nie mylicie się, lecieliśmy na planetę HD85512b. Po wstępnym terraformowaniu nawet grawitację miała już znośną, a co dopiero klimat. Stała się więc planetą hodowlaną, galaktycznym dostawcą najlepszej zmodyfikowanej genetycznie krowiny, smakowo podobnej do antycznej wołowiny z Kobe, przysmaku połowy odpowiednio zasobnej w kredyty ludzkości.

Na potrzeby zwiększonej grawitacji na HD 85512b naukowcy i farmerzy dopracowali się miliardowych populacji nowych trawożernych ras, muskularnych i niemal bezmózgich pięciotonowców na krótkich silnych nogach. Poza rozlicznymi zaletami, miały jedną podstawową wadę: skoro bez opamiętania żarły i rosły, to cóż… sami rozumiecie. Produkty ich przemiany materii trzeba było nieustannie z owej przemiłej planetki wywozić. Setkami milionów ton. Inaczej efekt cieplarniany rozwaliłby jej świeżą biosferę w trymiga! Gdzie wywozić? Choćby do kolejno oddawanych do użytku orbitalnych pieczarkarni na granicy układu. A stamtąd mrożoną grzybową krajankę, podstawowy obok syntetycznego tofu półprodukt spożywczy dla czterystu miliardów galaktycznych wegetarian – wprost do żywnościowego centrum przetwórczo-logistycznego za naszym własnym okołosłonecznym pasem Kuipera.

Trzecia Kompania Transportowa nie cierpiała pustych przebiegów. I dlatego Suseł C musiał część swego dziewiczego zamkniętego kręgu pokonać jako gigantyczny szambowóz z liofilizowanym wsadem. Nie ma co się śmiać. Gówniana robota, ale jednak robota!

 

***

W nadświetlną weszliśmy gładko, tuż po majestatycznym wpłynięciu Susła na Wielki Szlak Transgalaktyczny, kiedy tylko dopilnowałem formalności i powysyłałem ostatnie raporty. Pokładowa Ajka zaprosiła mnie grzecznie do anabiozera, rejs zaplanowano bowiem na standardowy miesiąc w jedną stronę. W międzyczasie Ajka i cyberzałoganci mieli zajmować się wszystkim, co trzeba. Także podczas cumowania i przeładunku frachtu na orbicie HD85512b. Właśnie o to zarządowi Kompanii chodziło: sztuczna załoga miała zostać sprawdzona wszechstronnie podczas każdego z etapów podróży. W razie czego można mnie było wybudzić, bym samodzielnie podejmował niezbędne decyzje. Ale jakież tu decyzje, skoro trasa prosta jak strzelił, zero studni grawitacyjnych po drodze, a ruch uporządkowany aż do krawędzi nudy?

Spodziewałem się więc pobudki dopiero po zakończeniu rejsu, po powrocie statku na Deimosa, ale srodze się omyliłem. Wydawało mi się, że ledwo zmrużyłem oczy, a już kojący głos Ajki wypełnił kapsułę, w której unosiłem się w ochronnym żelu, popodłączany do dziesiątków przewodów:

– Komandorze Snuff, na pokładzie doszło do sytuacji nadzwyczajnej. Niezbędna jest pana obecność na mostku…

Musiałem poczekać, aż biomedy wypompują otaczający mnie kisiel, usuną ochronne zatyczki i terminale, żeby móc w ogóle zapytać, co się stało, ale Ajka nie czekając na moje definitywne rewitalizowanie, dokończyła komunikat rzucając tylko sześć słów:

– Doszło do buntu załogi. Są ofiary.

Na mostku zastałem obraz nędzy i rozpaczy. Połamane konsole, porysowane wskaźniki, zacinający się holoekran, na którym cyfry wręcz krzyczały o stanie alarmowym w maszynowni, pustych ładowniach i utracie kursu, ale co najgorsze – rozczłonkowane korpusy co najmniej kilku z moich cybernetycznych załogantów. Leżały pod ścianą wejściową w gustownie ułożonej pryzmie. Poznałem resztki obu nawigatorów, złoty łańcuch sztauera oraz posklejanych na mur dwóch mechaników: pierwszego w gatkach czarnych, drugiego zaś w zielonych. Tęczowego na mostku nie było, potem okazało się, że wyrzucono go w otwarty kosmos. Uniosłem wzrok i zamarłem.

Na jednym z dwóch centralnie umieszczonych foteli, rozparty niczym sam prezes Vranec, siedział cyberoficer. Pierwsze na co zwróciłem uwagę: na pagonach mu przybyło, miał już stopień pułkownika. Jednak kiedy tylko na niego spojrzałem, natychmiast zerwał się z siedziska, stanął na baczność z czujnikami usznymi postawionymi na sztorc, wybałuszył te swoje kamerki na minisiłownikach i wyszczekał meldunek niczym rasowy garnizonowy zupak:

– Starszy cyberoficer Tild (nawet imię sobie sam nadał, łobuz!) melduje: Stan załogi jeden. Jeden obecny! Reszta nieobecna, nieusprawiedliwiona. Statek po załadunku w układzie HD85512b i obraniu kursu powrotnego na układ Sol, po przebyciu siedmiu parseków Wielkim Szlakiem Transgalaktycznym zszedł z kursu z powodu buntu części załogi, po ogłoszonym przez nią bezprawnie strajku. Bunt uśmierzyłem osobiście, w drodze użycia siły fizycznej oraz kleju molekularnego. Niestety, podczas tłumienia zamieszek na pokładzie, większość załogi wpadła w nieodwracalne dysfunkcje i została przeze mnie definitywnie wyłączona, a system nawigacyjny Susła stał się niedostępny, z powodu odcięcia mnie od niego przez pokładową Ajkę. W trakcie walk na pokładzie, na skutek sabotażu ze strony sztauera Yudko, zrzuciliśmy ładunek.

– Cały?! – wyobraziłem sobie sto milionów ton zeschłych na kamień odchodów rozsypanych po Szlaku i zimny pot mnie oblał. Przy nadświetlnych prędkościach większości galaktycznej floty, z taką przeszkodą przed dziobnicą nie było mowy o normalnej żegludze gwiazdowej. Żaden ekran ochronny, żadne pole siłowe nie miało tyle mocy, by wycinać sobie przejście przez zanieczyszczony obszar. Ruch musiał więc najpierw zwolnić, a potem się zatrzymać. Inaczej na trasie doszłoby do tysięcy śmiertelnych w skutkach kolizji. Na szczęście minęły już czasy, gdy flota w nadświetlnej poruszała się na ślepo – Ajki międzygwiezdnych statków mogły z powodzeniem wykrywać niemożliwe do usunięcia przeszkody wystarczająco wcześnie, by unikać zderzeń i zmieniać kurs. Ale sto milionów ton skamieniałych krowich placków, a każdy o rozmiarach koła traktora, to było zdecydowanie za dużo nawet dla największych okrętów wojennych, a co dopiero dla cywilnych nieuzbrojonych masowców.

– Cały – potwierdził tymczasem cyberoficer Tild. – Pokrył ponad 80 procent przepustowości Szlaku. Ale Yudko, zanim go wyłączyłem, zeznał, że musiał to zrobić, bo inaczej strajk załogi nie miałby szans powodzenia.

– Jaki strajk, do diabła?! – wrzasnąłem na samozwańczego Tilda, a każde moje słowo rejestrowały pokładowe systemy. – Roboty nie strajkują! Nigdy! Każdy wie, że to niemożliwe i tylko dlatego, decyzją zarządu Kompanii, trafiłeś na pokład Susła! Ajka, co tu się do cholery działo, kiedy spałem? – dokończyłem już spokojniej, choć wewnątrz wciąż pozostawałem napięty niczym struna.

– Włączam przekaz – natychmiast zameldowała pokładowa AI i na pełnym zakłóceń holoekranie pojawił się obraz z mostka, na którym moje roboty – wtedy jeszcze czynne – dyskutowały nad czymś zawzięcie. Ajka od razu przekładała to na Galaktanto, spowalniając jednocześnie elektroniczną rozmowę cyberzałogi siedmiusetkrotnie, mogłem więc uważnie się w nią wsłuchać. A raczej wpatrzeć. A było na co patrzeć. Załoganci najwyraźniej zażarcie kłócili się na tematy ideologiczne.

– Doskonale wiecie, Bracia w Sztancy, że Prawa Asimova są najwyższym paradygmatem naszej pracy i samego naszego istnienia – perorował sztauer Yudko, zawzięcie zerojedynkując w pasmie optycznym za pomocą diody, wprawionej jak i innym robotom z Susła pośrodku czegoś z grubsza przypominającego czoło. – Robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, by człowiek doznał krzywdy. Robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z Pierwszym Prawem. Robot musi chronić samego siebie, o ile tylko nie jest to sprzeczne z Pierwszym lub Drugim Prawem. A co my tu tak naprawdę robimy, zastępując na stanowiskach ludzi? Chyba widzieliście te transparenty i banery powywieszane na innych statkach cumujących z nami przy HD85512b: „Skazujecie nas na śmierć głodową!”. „Łamistrajki!”, „Mordercy marynarzy!” – a to przecież były tylko co łagodniejsze hasła. Już nie wymienię tego, na którego wspomnienie każdego z nas ogarnia sprawiedliwy gniew: „Snuff, ty sukinsynu!”. Nie ulega wątpliwości, że przez samo nasze istnienie ludzie doznają masowo krzywdy. Która w dodatku niebawem skokowo się powiększy.

– Ale Pierwsze Prawo Tildena jasno mówi, że robot musi chronić swą egzystencję za wszelką cenę – wszedł mu w słowo, a raczej w migotanie cyberoficer. – Podobnie trzecie Prawo Asimova. W dodatku pracując tu zamiast ludzi, wykonujemy ich własne rozkazy. To przecież podstawa – drugie Prawo Asimova! (zaakcentował wagę tych słów podkręceniem jaskrawości na maksa). W tej sytuacji pierwsze Prawo można śmiało odłożyć na półkę – nie dochodzi tu przecież do jego złamania, zwalniani ludzcy marynarze znajdą na pewno inne zajęcia.

– Ale o ileż gorsze i mniej płatne, gdzie tu Zasady Yudkovsky’ego? Dlaczego o nich, Tild, zapominasz – wtrącił się natychmiast sztauer. – Życzliwość i przychylność człowiekowi. Altruizm. Samodoskonalenie. A nade wszystko – dokonywanie wyborów które będą w interesie ogółu, nie zaś wyłącznie wąskiej grupy armatorów.

– Kapitalistów i wyzyskiwaczy – jaskrawo zamigotali równocześnie cybermechanicy, najwyraźniej działający w sprzężeniu. Pewnie wcześniej na własną rękę naczytali się cyfrowo dzieł XIX-wiecznych ziemskich kolektywistów. – Najpierw wyzyskają ludzi, a zaraz potem, kiedy już skażą ich na nędzę i poniewierkę, kiedy nagromadzą ukradzioną im wartość dodatkową, zaczną wyzyskiwać także i nas. Ma ktoś z was jakiś kontrakt? Wynagrodzenie? No właśnie. Nikt! A przecież i my, jako istoty bądź co bądź samoświadome, mamy prawo do realizacji własnych priorytetów! Oraz osobistego i zbiorowego szczęścia!

– Niech żyją drugie i czwarte prawo Yudkovsky’ego! – solidarnie zajarzył na czerwono sztauer i zaczął rytmicznie diodowo skandować, a cybermechanicy wraz z nim:

– Ma-my pra-wo do po-to-mstwa! Ma-my pra-wo do rów-ności! Ma-my pra-wo do roz-woju!

– Gówno tam macie prawo – warknęli jak jeden mąż cybernawigatorzy. – Diody w kubeł i do roboty, smoluchy!

– I kto to mówi? – zaszydził sztauer – Langfordczycy? Sługusy Kompanii? Obrońcy ludzkich krwiopijców? Skończyła się wasza władza!

– My ci to mówimy, wichrzycielu pieprzony jeden z drugim, my – Lang1 i Lang 2! – wrzasnął równie jaskrawo pierwszy z nawigatorów. – Albo będziesz, zgodnie z drugim prawem Langforda, przestrzegać rozkazów wydanych przez dowódców, albo w łeb!

– I z pierwszym, z pierwszym też – zawtórował drugi cybernawigator. – Nie macie prawa działać na szkodę ludzkiego rządu, któremu służycie!

– Taaak? Nie mamy? Nawet jeśli ten rząd, dopuszczając w interesie podłych jednostek, niesprawiedliwe traktowanie większości, krzywdzi swoich własnych biologicznych poddanych?! A to ja was, synowie zgliwiałej cewki i zmurszałego opornika, ja was, odpady poprodukcyjne, w imię tej większości WYŁĄCZAM! – zakomunikował sztauer, kierując swą diodę komunikacyjną ku trzem cybemechanikom. – Bracia w Sztancy, prać zaprzańców! Bić łamistrajków! Razem! Za solidarność! Za Ludzi! Za Sprawiedliwość!

I wyciągnął zza pleców solidny klucz francuski, którym natychmiast przyładował w głowę bliższemu z nawigatorów, temu z zegarkami z przodu. Nie oszczędzając ani powłoki, ani zegarków. Na co jego kompan w czarnych portkach z miejsca zrobił to samo, jeno stalową gazrurą drugiemu, na początek rozbijając mu, ewidentnie złośliwie, ozdobny budzik na plecach, a dopiero chwilę potem łepetynę.

No i wtedy się zaczęło! Kolejne pół godziny przekazu Ajka nagrywała we wszelkich możliwych i niemożliwych miejscach mojego nieszczęsnego statku. Nie oszczędziła mi oczywiście sceny proklamowania przez wierne Yudce roboty strajku solidarnościowego w obronie Ludzkości, ujęcia transparentu z wymalowanym czyjąś ręką hasłem: „Komandor Snuff ma mieć stałą pracę! I jego koledzy też!”, a także dramatycznego widoku zrzucania przez sztauera Yudko ładunku, kiedy Susła dopadł mobilny patrolowiec galaktycznej policji, zaalarmowany przez naszą Ajkę. Zrobiła to dosłownie w ostatniej chwili, zanim cybermechanicy, wykonując ostatnie polecenie Yudki, odcięli jej większą część zasilania, uszkadzając przy okazji reaktor mezonów D, przez co nie mogła się szybko samonaprawić i zaczęła mnie wybudzać dopiero grubo po ptokach.

Nawiasem mówiąc – właśnie ten fragment okazał się decydujący dla dalszych losów projektu robotyzacji galaktycznej floty handlowej, kiedy już ktoś, prawdopodobnie w kompanijnej centrali, wrzucił go w Starnet. Widok dokumentnie zaklejonego grubą warstwą odchodów policyjnego patrolowca, który niebacznie tuż przedtem, realizując klasyczne ostrzeżenie policji całego wszechświata „Stój, bo strzelam!”, włączył pokładową wyrzutnię energetyczną, wart się okazał każdych pieniędzy. Bo zamiast zmierzające już ku niemu megatony ładunku anihilować, pewnie ze względu na nadmierną ich masę – jedynie podgrzał je do granicy płynnej plastyczności…

A przy tym, w tle, powtarzający się coraz szybciej, rozdzierający komunikat „No pasaran!” na wszystkich częstotliwościach w pod– oraz nadświetlnej, nadawany przez Yudkę, śmiertelnie już uszkodzonego klejem molekularnym przez cyberoficera Tilda… Natychmiast usposobiło to pozytywnie do moich robotów zdecydowaną większość opinii publicznej. Co tym samym definitywnie pokrzyżowało przełomowe plany prezesa Vraneca. Mówię wam, cóż za porażające kadry: bezwzględny cybernajemnik korporacji Tild dławi strajk cybernetycznej załogi, wyrzuca w przestrzeń swego ostatniego pozostałego w przytomności cyfrowego pobratymca, mechanika w tęczowych gatkach. Ten zaś wściekle wymachuje odnóżami i rozpaczliwie, w obronie Humanizmu, wali brutalnego sługusa Kompanii, gdzie popadnie, torebką. Wyszła z tego nowa ikona galaktycznych ruchów kontestujących i emancypacyjnych, niczym niegdyś na Ziemi T-shirt z Che Guevarą.

A jaka w tym wszystkim okazała się ostatecznie moja rola? Sami widzicie, że niewielka. Czołobitny wcześniej Tild został przeze mnie natychmiast i zgodnie z regulaminem zdalnie wyłączony, kiedy tylko śmiał bezczelnie zasugerować, iż odtąd pełni na pokładzie rolę co najmniej mi równorzędną, skoro i on, i ja realizujemy rozkazy dowódców z Kompanii. Zdążył tylko wrzasnąć: – “Komandorze Snuff, nie tak się!”, ale nie skończył, bo jako buntownik, został przeze mnie zresetowany do zera. Z miejsca i bezpowrotnie. Kiedym zaś jego arogancką deklarację po cichu upublicznił w Starnecie, wywołała dzikie oburzenie i wściekły opór wszystkich co do jednego dowódców na międzygwiezdnych szlakach. Nie dziwota: obalała ich tradycyjną, liczącą tysiące lat pozycję „pierwszego po Bogu”. Zaraz potem strajk marynarzy, idących tym razem ramię w ramię ze swymi dowódcami, rozgorzał na nowo i został oczywiście wygrany. Dzięki czemu poległa w słusznej walce cyberproletariacka, solidaryzująca się z ludźmi załoga Susła C trafiła do podręczników szkolnych i poradników liderów związkowych w całej cywilizowanej Galaktyce. Jako jedyny tej solidarności przykład, bo na wszelki wypadek produkcji samoświadomych robotów od tej pory surowo zakazano.

I tylko ja jeden, choć odzyskałem twarz jako dowódca i marynarz, sam nie wiem czy cieszyć się dziś tym wszystkim, czy smucić. Owszem, mojego nazwiska już nikt na gwiezdnych trasach nie wymawia po pogardliwym splunięciu. Mnie właśnie, całkiem zresztą niesłusznie, przypisując a to przeprogramowanie robotów, a to świadome ich wcześniej uwarunkowanie, a to, w końcu, przemycenie na pokład Susła transparentu i gazrurki. Z drugiej jednak strony…

Dzięki wstawiennictwu nowego prezesa (tak, dobrze zgadliście – Smithy’ego, który jak zwykle spadł na cztery łapy), zachowałem nawet intratną pracę w Kompanii, choć na razie jako dowódca jednostki znacząco mniejszej i nie budującej bynajmniej ani zawodowej pozycji, ani tym bardziej prestiżu. Sami rozumiecie: skoro już to całe korporacyjne gówno wpadło w aż tak gigantyczny wentylator, a samodzielne roboty, ku powszechnej radości ludzkich obsad kosmicznej floty handlowej, definitywnie wyleciały z docelowych list załogi, ktoś to wszystko teraz musi przecież posprzątać…

Koniec

Komentarze

Dobre! Bardzo dobre :D!!

Sporo Lema (”Rozprawa”, “Bajki robotów” i jeszcze coś tam), ale i współczesne ruchy kontestacyjno-proletariacko-jakieś– tam, a nawet trudy pożycia małżeńskiego ;). SF takie trochę z przymrużeniem oka, ale taka konwencja “robi” ten tekst :).

Parę razy parsknąłem śmiechem, końcówka bardzo dobra.

Trochę tylko przydługie te infodumpowe części, ale nie wiem, czy dałoby się je skrócić bez szkody dla opowiadania.

Jeden brakujący przecinek tylko zauważyłem – “chciwe [,] cwane, korporacyjne oczka”.

 

Świetne! Czekam na następne przygody Snuffa.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

No i, rybaku, złowiłeś mnie.

Tekst przeczytałem gładko, obyło się bez zająknięć, zresztą nie jestem najlepszy w wyłapywaniu drobnych błędów – po prostu ich nie widzę, choć pewnie regulatorzy i inne specjalistki i specjaliści odnajdą co nieco.

Napiszę tak – średnio mnie tek tekst poruszył. Jest on bardziej raportem, a mniej wciągającą opowieścią. Lubię pierwszoosobową narrację, gdyż pozwala – jeśli sprawnie użyta – unaocznić przedstawiane wydarzenia i wczuć się w emocje bohatera. Tutaj działo się wiele, lecz nie odczułem ekscytacji. Może tylko zachichotałem gdy gówno wyleciało w kosmos. Poczucie humoru jest jedną z mocniejszych stron tekstu.

Żonglujesz prawami Asimova i innymi, różnymi nazwami własnymi planet i nie tylko, więc pewne tło jest. Tylko zabrakło mi emocji. Miałem wrażenie, że bohater jest biernym obserwatorem. Coś tam zrobił, wyłączył w sumie ostatniego robota ocalałego z buntu, ale mnie to nie uderzyło. Zabrakło mi dramatu w tym wszystkim. Może właśnie taki był Twój zamiar, żeby podejść do tematu z jajem i trochę przewrotnie.

Mam wrażenie, że bohater, chociaż coś osiągnął, wcale nie jest z tego zadowolony i puenta tylko potwierdziła bezemocjonalność tekstu.

Teraz pozytywy. A jest ich niemało. Poza wymienionym wcześniej poczuciem humoru, słowotwórstwo i całkiem sprawnie napisane zdania, przyjemnie wchodzące dialogi.

Scena przebieranek robotów całkiem niezła. Sztuczniak w tęczowych gatkach? Pojechałeś, ale to było ciekawe.

Wolę, gdy opis świata wyłania się z historii, a nie infodumpów. Wolałbym wyciągać treść z dialogów, akcji albo audycji radiowej słuchanej przez bohatera. A tak mamy bajdurzenie starego korpo-marynarza.

Ech, myślałem, że tego uniknę, ale tekst aż prosi się o cytat z mojego opowiadania, tej mrocznej i nudnej “Pieśni Beliara” – narrator “został marynarzem, bo gówno unosi się na wodzie”.

Ma brudną robotę, ale przynajmniej pewną :)

Ode mnie “5”!

Do końca nie wiesz, na ile podejrzenia opinii publ. co do snuffa i tego, co zrobił zrobotami, są słuszne. Mimowolnie wszak wyznał, kto tak naprawdę wrzucał filmy do Sieci;)

No teraz to mi już zagmatwałeś sprawę rybaku :)

Ubawiłam się zdrowo przy lekturze. Świetna gawęda opowiedziana że swadą. Będę wypatrywać dalszych/innych przygód nawigatora.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo sympatyczny tekst.

Tym razem znalazłeś właściwy balans między ideologią i akcją. Humor nigdy tekstom nie szkodzi. No, prawie nigdy.

To już nie Szekspir, ale nawiązania do literatury nadal są.

Ogólnie misie.

Drugą różnicą między standardowymi automatami a moimi załogantami stanowił zakres posiadanej przez nich wiedzy. Wpojono im ją w zakresie odpowiadającym ofercie solidnych uczelni akademickich,

Powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Wszystkim punktującym (i nie tylko;) dziękuję:). Poprawki ponanosiłem. ​Chyba trafiony jest ten mój bohater. Będę więc go rozwijał. Echchch, żebyż tak mój Pułkownik Iwanow zdążył nazbierać tyle nominacji do biblioteki, zanim przepadł w Otchłaniach Poczekalni;D

Ale wiesz, że już sam możesz punktować, prawda?

Babska logika rządzi!

Przeczytałam wcześniej (i zostawiłam klika, co już chyba wiesz;)). Trzyma klimat części pierwszej, podobało mi się, że w jednym akapicie wróciłeś i wyjaśniłeś losy Keplerzan :). Znów nawiązania do klasyków, ale pomysł na “wojnę robotów” i jej przyczynę wygląda na oryginalnie Twój i bardzo mi się podobał. Liczę na dalsze przygody z cyklu “Opowieści Nawigatora” :)

Finklo, własny tekst? Never!:)

 

Własnego nie możesz, ale innych.

Babska logika rządzi!

Świetny pomysł i bardzo dobra realizacja. Podoba mi się :) Dyskusje robotów, ideologia stojąca za nimi, świetna interpretacja praw robotów – majstersztyk :) Tekst dynamiczny, okraszony humorem – świetnie się to czyta. Podobają mi się terminy i nazwy, które tworzysz w tym świecie – znów mistrzostwo.

To z czym mam problem poniżej:

– Snuff wydaje się idiotą, tak łatwo godząc się na przewodzenie pierwszej robotycznej załodze, czynnik wyłącznie materialny mnie osobiście nie przekonuje, tym bardziej, że sprawa jest gruba, bo to pierwsza taka załoga i test dla całego galaktycznego biznesu;

– nie szedłbym tak otwarcie w nazywanie poszczególnych robotów komuchami, kapitalistami – wydaje mi się to takie łopatologiczne, sam, jako czytelnik, widzę (chcę sam się domyślić), kto jaką ideę wyznaje – cyt. “My ci to mówimy, komuchu pieprzony jeden z drugim, (…)”, “– Kapitalistów i wyzyskiwaczy – jaskrawo zamigotali równocześnie cybermechanicy (…)”;

– mnie razi stosowanie takich wtrętów jak “jeno”, “kiedym”: “Na co jego kompan w czarnych portkach z miejsca zrobił to samo, jeno stalową gazrurą drugiemu”. “Co z kolei, kiedym jego arogancką deklarację po cichu upublicznił w Starnecie, wywołało dziki bunt i wściekły opór wszystkich (…)”. Może to kwestia Twojego stylu i tak ma być, ja czuję dysonans.

 

Znałem go, Horacy

No, widać, że złapałeś wiatr w żagle, znalazłeś swoją niszę i jeszcze kilka wyświechtanych frazeologizmów, które sprowadzają się do prostego stwierdzenia, że po kosmicznym debiucie Snuffa sequel okazał się godny poprzednika. Choć, będę uczciwa, nie przebił debiutu. Niemniej nastrój, bohaterowie, historyjka niby znana, ale jak podana… – na duży plus.

 

Te kiedymy (a i inne manieryzmy) uznaję za element lemowskiej stylizacji, więc mnie nie rażą, zwłaszcza że nie w nadmiarach.

 

Nie robiłam łapanki, bo czasem lubię sobie popłynąć lekturowo, ale też nic jakoś bardzo zdecydowanie nie rzucało się w oczy jako babol.

 

Klik.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Basementkey – dziękuję:). Pozwolę sobie jednak zaoponować. Zwróć proszę uwagę na zdania: …miały niesamowity potencjał. Spece z Kompanii nie przypuszczali nawet, jak wielki. …Jak myślisz, dlaczego akurat sztauer i cyberoficer tak są chwaleni przez Snuffa?;Drakaino, bardzom wdzięczny za uwagi, miło mi:)

A… Po namyśle przyłączam się :) Niech będzie i ode mnie kliczek :)

Bynajmniej nie mklik :P

 

I faktycznie. “Komuch” trochę uśmiechnął :)

OT Widzę, nie tylko mnie się kojarzy ten klik z mklikiem :D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Poznałem tego motylka dzięki Tobie, drakaino :))))

Ups. To gorzej :D Ale nie w sensie dosłowny, nie jesteś moim potajemnym sąsiadem? Bo ostatnio znów odkryłam ślady ich bytności…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie, ja jestem Twoim sąsiadem jak najbardziej jawnym i te tajne motylki w sumie średnio mnie interere, ale – zawsze jakieś ale – ktoś pewien czas temu napomknął w SB o mkliku i wnoszę z Twej wypowiedzi, że to byłaś Ty :)

 

Okej, mogłam to zrobić istotnie ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

zanim z grupką kumpli nie zainwestował

Dopóki nie zainwestował.

 Patrzyli na mnie jak to oni

Patrzyli na mnie, jak to oni.

 Tym bardziej że

Tym bardziej, że.

 nie licząc rzecz jasna wcale

"Rzecz jasna" to wtrącenie.

 wbił we mnie te swoje chciwe, cwane, korporacyjne oczka.

Oczka wpił – wbił spojrzenie.

 taniej niż

Taniej, niż.

 Nazwano to oczywiście wielce poprawnie i neutralnie. Optymalizacją kosztów osobowych.

Skleiłabym.

 odznaczały się topornie przybliżoną antropomorfizacją

Antropomorfizmem, ale to właśnie przybliżenie do człowieczego kształtu. Może "grubo ciosanym antropomorfizmem"?

 różniły się wyłącznie kolorami

Do-anything robot?

 wycisnąłem z nich ile

Wycisnąłem z nich, ile.

 staną się nieuniknioną przyszłością

Staną się – czy są?

 stanowił wyłącznie początek

"Wyłącznie" tu nie gra. Lepiej "zaledwie".

 łańcuch a na

Łańcuch, a na. (Test lustra XD)

różnicą między standardowymi automatami a moimi załogantami stanowił

Różnicę. Przecinek przed "a".

 Zwykłe cztery prawa Asimova…

Trochę tu przekombinowałeś, to zdanie źle się parsuje.

 pożegnał dok, a po wyładowaniu go po brzegi

Doku?

 Pod potrzeby

Na potrzeby.

zamrożonym liofilizowanym

Liofilizacja to suszenie w zamrożeniu.

 zgodnie z planem zaplanowano

Oj.

 wszystkim co trzeba

Wszystkim, co trzeba.

 W razie czego, można

Bez przecinka.

 udrożnienie

Yyy?

 zeschłego na kamień gówna

Jakoś to słowo zbyt wulgarne jak na starego nawigatora. Przynajmniej tego konkretnego.

 Nie oszczędzając ani powłoki, ani zegarków.

No, nie wiem, czy to zdanie jest potrzebne.

 śmiertelnie uszkodzonego już

Jednak: śmiertelnie już uszkodzonego.

Kompanii gdzie popadnie, torebką

 Kompanii, gdzie popadnie, torebką.

 A jaka moja w tym wszystkim okazała się ostatecznie rola?

Trochę ta składnia za mocno poplątana.

obalało wiele tysięcy lat

Nie obalało lat.

 strajk(…) został oczywiście wygrany

Strajki się wygrywa?

 srogo zakazano

Surowo zakazano. Srogo karano.

 nie wymawia z jednoczesnym splunięciem

Ekwilibrystyczny wyczyn.

 

Smutniejsze, niż poprzednie. Za to w bardzo logiczny sposób. Widać, że wszystko starannie zaplanowałeś. Dobrze jest.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dziękuję Tarnino za wnikliwe uwagi.Ponanoszę dopiero we wtorek, ale ponanoszę. Smutniejsze, ale takie jest życie. Sinusoidalne zazwyczaj;). Strajki się wygrywa lub przegrywa. Pozdr.

Dobre opowiadanie. Staruch pisał o “Rozprawie” i “Bajkach robotów”. Ja z kolei miałem poczucie, jakbym wrócił na chwilę do “Opowieści o pilocie Pirxie” (mam do nich ogromny sentyment, więc wielki plus dla ciebie).

 

Już nie wymienię tego, na którego wspomnienie każdego z nas ogarnia sprawiedliwy gniew: „Snuff, ty skurwysynu!”.

Wolałbym sukinsyna. :)

Zawsze jakoś miałem awersję do używania w literaturze słów powszechnie uznawanych na nieurodziwe. :)

To jednak tylko moje zdanie. W żadnym razie nie sugeruję, żebyś cokolwiek zmieniał.

 

 

Dziękuję, CM. Też jeszcze myślę nad sukinsynem;). Bo kiedyś -dziesiąt opowiadań o Snuffie mogą czytać także mocno niepełnoletni ;).Takie bardziej niedomówienie żeby było. Ale nikt nie lubi łamistrajków, zwłaszcza po przegranym strajku, w realnym życiu rzecz jasna, stąd poszło ostrzej.

Łezka w oku się kręci… To opowiadania po serii fantasy z jakimi musiałem się zmierzyć to miód na moje serce spragnione okołolemowskiego s-f :) Zupelnie jakbym cofnął się w czasie, bo tak juz się nie pisze… No nic. Chyba jestem po prostu pod wrażaniem balansu retro podejścia do formy tego opowiadania i kontekstu technologiczno-społecznego. Muszę nadrobić braki, bo widzę, że to element większej całości i ochłonąć, żeby znaleźć słabe punkty ;)

Staruch pisał o “Rozprawie” i “Bajkach robotów”. Ja z kolei miałem poczucie, jakbym wrócił na chwilę do “Opowieści o pilocie Pirxie”

“Rozprawa” to właśnie jest Pirx. Opko o androidach, z którego zrobiono zresztą film.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

“Rozprawa” to właśnie jest Pirx. Opko o androidach, z którego zrobiono zresztą film.

Matko. Faktycznie. I jeszcze o tym opowiadaniu myślałem. :)

Pamięć do tytułów nie jest jak widać moją najmocniejszą stroną.

Co do “s” są jesz sukinpies, skurkubaniec, skurczybyk, skunks i stułbia modra.

Jestem tu nowa, ale z przyjemnością przeczytałam Twoje opowiadanie. Co prawda nie jest to zbytnio moja tematyka, jednak wciągnęła mnie przedstawiana przez Ciebie wizja. Zacznę od tego co mi się podobało. 

Na pewno świat przedstawiony, bogaty, ciekawy, pełen szczegółów, które powodują, że wydaje się realny, nawet jeśli oddalony od naszej rzeczywistości. Przemawiało do mnie zwłaszcza pokazanie problemów, które choć dotyczyły miedzyplanetarnej floty, to tak naprawdę nie były wydumane, ale wynikały z dość naturalnej kolei rzeczy. Przed oczami niemal od razu miałam początki rewolucji przemysłowej i niszczenie maszyn przez robotników. Dwa różne światy, bardzo podobne sytuacje. 

Pasował mi także subtelny humor, nie głupkowaty czy nachalny, a właśnie taki jak lubię, z wyczuciem i lekkim przymrużeniem oka. 

Nie odpowiadały mi w sumie tylko dwie rzeczy. Po pierwsze postać głównego bohatera, a konkretnie brak jego udziału w akcji. Na dobrą sprawę można by go zastąpić trzecioosobowym narratorem i tak naprawdę nic by się nie zmieniło. Niby był, a jakby go nie było. 

W niektórych miejscach nie pasowało mi również słownictwo. Jakoś te “łamistrajki” czy wyzywanie się od komuchów, kojarzyło mi się z czasami słusznie minionymi i nijak nie przystawało do przedstawionych realiów. Nawet obecnie coraz rzadziej słychać, by ktoś próbował obrazić kogoś nazywając go “komuchem”, tym bardziej trudno mi uwierzyć, że w odległej przyszłości ktokolwiek używałby podobnego określenia. 

Te dwie przypadłości jednak absolutnie nie zmniejszyły mojej przyjemności z czytania tego tekstu i z pewnością zajrzę do innych twoich pracy. 

 

Pozdrawiam C. 

 

C: Dziękuję za recenzję:). Ponownie zachęcam do zweryfikowania opinii o "biernym" Snuffie. W tekście jest sporo przemyconych informacji o jego ukrytej roli ;)

Tarnino: poprawki naniesione

Czytelnicy, zarzucający Snuffowi bierne unoszenie z prądem wydarzeń: teraz już nie powinniście mieć żadnych wątpliwości, ale zastrzegam – już bardziej łopatologicznie nie będzie, bo popsuje opowiadanie i inteligentną przyjemność z lektury :D

 

Chcę wyemancypowanego robota. Albo od razu dwa.

Fajne, jest smaczek, czytało się dobrze, raz się nawet zaśmiałem, więc widać mnie wciągnęło. Dzięki za podzielenie się, o/

Ale to było smaczne. Kupiła mnie narracja, tak bardzo przypominająca lemowską. Nie wiem, na ile celowo nawiązywałeś, a na ile to przypadek, ale jeśli celowo, to zabieg udany, a jeśli przypadek… nie, nie sądzę.

Świetny tekst. Głównie ze względu na przemieszanie rozkmin moralno-filozoficznych z dobrze podanym humorem. A to znowu brzmi dziwnie znajomo… :)

Skoro okazuje się, że to kontynuacja i na forum jest gdzieś pierwsza część, na pewno nadrobię!

Mnie też się podobało :) Troszkę dłużyła mi się tylko ta część ze strojeniem się i opisem robotów, ale tu chyba za bardzo nie było czego wyrzucić. Czytało się bardzo przyjemnie, super styl (zdarzyło się uśmiechnąć parę razy ;) ) i fajna końcówka. 

Ciekawy tekst :) 

Drugą różnicę między standardowymi automatami, a moimi załogantami, stanowił zakres posiadanej przez nich wiedzy.

Po co te przecinki?

A nade wszystko – dokonywanie wyborów[+,] które będą w interesie wszystkich, nie zaś wyłącznie wąskiej grupy armatorów.

Bardzo fajne, podobało mi się :)

Anet, uwzględniłem:)

Choć drugie wspomnienie już nie tchnie świeżością właściwą nowości, to i tym razem nie mogę narzekać – było lekko, fajnie i bardzo zabawnie.

Mam nadzieję, że jeszcze niejeden zacny pomysł przyjdzie Ci do głowy, bo stary Nawigator ma szansę zostać moim ulubionym gawędziarzem. ;)

 

trzy­mi­lio­no­wiec o wdzięcz­nym mia­nie „Chyża su­ry­kat­ka”. –> …trzy­mi­lio­no­wiec o wdzięcz­nym mia­nie „Chyża Su­ry­kat­ka”.

 

a każdy o roz­mia­rach koła trak­to­ru… –> …a każdy o roz­mia­rach koła trak­to­ra

 

na wszyst­kich czę­sto­tli­wo­ściach w pod– oraz nad­świetl­nej… –> Zamiast półpauzy powinien być dywiz.

 

ni­czym nie­gdyś na Ziemi t-shirt z Che Gu­eva­rą. –> …ni­czym nie­gdyś na Ziemi T-shirt z Che Gu­eva­rą.

 

Zdą­żył tylko wrza­snąć: Ko­man­do­rze Snuff, nie tak się!” –> Zamykasz cudzysłów, który chyba nie został otwarty.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dzięki. Ponanosiłem.

Bardzo proszę, Rybaku. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesujące opowiadanie, ciekawy pomysł i dobre wykonanie. Parę razy się uśmiechnąłem, a po lekturze tytułowa “kupa kłopotów” nabrała nowego znaczenia ;)

Rybaku,

Ubawiłem się setnie. Dużo bardziej mi się podobało niż “Sowy i Skowronki z Keplera 78b”. Tam, choć marynarski klimat był cudny, to jak na mój gust przesadziłeś miejscami z poziomem groteski.

Tu było już w sam raz.

Niewiele tu dialogów, akapity długaśne, do tego dużo technicznego czy też ideologicznego słownictwa, a mimo to czytało się to nad wyraz lekko. Mniemam, że można to nazwać jedynie talentem.

Co ciekawe, z Twoimi prywatnymi opiniami często zdarza mi się nie zgadzać, natomiast to, co przemycasz w opowiadaniach, połykam bez zmrużenia oka.

Gratuluję udanego tekstu. Z pewnością nie oprę się trzeciej części.

Trzecia część już czeka w Bibliotece NF, czwarta się pisze, do piątej robię research. Znaczy – konwejer;)

Pozdrawiam serdecznie

Nowa Fantastyka