- Opowiadanie: None - Ostatni gasi światło

Ostatni gasi światło

Oto opowiadanie, którego nie wykorzystałem w konkursie o UFO.

 

Serdecznie dziękuję za betę Mi­nu­sku­le i stn-owi, Wasze uwagi były niezwykle pomocne.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Ostatni gasi światło

To niemożliwe. Zwyczajnie niemożliwe.

Ta myśl przemknęła mi przez głowę chyba po raz tysięczny. Byłem w szoku, zdawałem sobie z tego sprawę, ale nijak nie ułatwiało to poradzenia sobie z sytuacją. W głowie miałem pustkę. Jakieś czterysta tysięcy kilometrów pustki, w której nieustannie odbijało się i wzbudzało echa jedno jedyne słowo.

Niemożliwe.

Lena Kubler raz za razem próbowała wywołać Ziemię przez wszelkie dostępne kanały komunikacyjne. Bez skutku. Nie, żeby któreś z nas naprawdę wierzyło, że będzie inaczej. Ale przecież musieliśmy spróbować. Sven Ross stał przy wejściu, ponuro wpatrując się w coś trzymanego w dłoni. Zapewne w zdjęcie córek. Harini Chitra siedziała pod ścianą z kolanami przyciągniętymi do piersi, pustym wzrokiem wpatrując się w dal.

– Jak wygląda nasza sytuacja? – zapytałem odruchowo. I, po prawdzie, bez sensu. Nieszczególnie zależało mi na odpowiedzi.

Jednak Kubler jak gdyby tylko czekała na pretekst. Z wściekle wykrzywioną twarzą odwróciła się od konsoli łączności. W maleńkim pomieszczeniu wystarczył jej jeden krok, by znaleźć się tuż obok. Chwyciła mnie za koszulkę i krzyknęła prosto w twarz:

– Jak? Chcesz wiedzieć jak? Mamy przesrane, oto jak! Tak bardzo przesrane, jak jeszcze nikt nigdy w całej historii!

Wrzeszczała i szarpała mną jak szmacianą lalką. Rossa, który poderwał się, by spróbować uwolnić mnie z jej uchwytu, kopnęła w żołądek. Padł na podłogę tuż obok Chitry. W końcu Kubler odpuściła i opadła na kolana. Dygotała. Usiadłem obok. Objąłem ją delikatnie, a ona objęła mnie. Płakaliśmy razem, aż skończyły nam się łzy.

 

Nasza czwórka stanowiła szesnastą turę lunonautów programu Pathfinder, którego celem było rozpoczęcie eksploatacji surowców Srebrnego Globu. Baza funkcjonowała już z pełną sprawnością, pierwsze automatyczne kombajny regolitowe działały, rozpoczęło się wydobycie i magazynowanie złota, kobaltu, żelaza, platyny, irydu i innych metali. A także (czy może przede wszystkim) helu-3, paliwa dla fuzji jądrowej, najbardziej pożądanego ze wszystkich skarbów Księżyca. Naszym zadaniem było zakończenie montażu i uruchomienie reaktora fuzyjnego, który miał zastąpić ogniwa słoneczne, zasilające bazę wcześniej. Wykonaliśmy je z minimalnym opóźnieniem. Wydajność nowej elektrowni była wprawdzie nieco niższa od zakładanej, ale to już zmartwienie dla kolejnych wypraw. Nasza tura miała zakończyć się za siedem dni ziemskich.

I wtedy wszystko poszło w diabły.

 

Posiłki zazwyczaj przebiegały w wesołej atmosferze. Śmialiśmy się, wspólnie narzekaliśmy na podłe żarcie i snuliśmy bzdurne plany, czego to nie zrobimy po powrocie na Ziemię. Dziś jednak jedliśmy w milczeniu. A raczej w milczeniu wpatrywaliśmy się w talerze, bowiem zjawiliśmy się w jadalni kierowani bardziej rutyną niż głodem.

Nie opuszczało mnie poczucie nierzeczywistości. Ciągle miałem wrażenie, że zaraz ktoś krzyknie „Jesteś w ukrytej kamerze!”. Że baza okaże się tylko dekoracją, a ja – nieświadomym aktorem w koszmarnym sitcomie. Jednak nic takiego nie chciało się stać. Powinienem pewnie czuć smutek, przeżywać żałobę… Ale jedyne, co przebijało się przez otaczającą mnie emocjonalną watę, to gniew. Na cholerne szare, kompozytowe ściany, na ten cholerny kawał skały, na wszystkie agencje kosmiczne świata, na cholerną pierwszą zasadę dynamiki. Ale przede wszystkim na siebie. Bo nie potrafiłem znaleźć wyjścia. A przecież to mój cholerny obowiązek – rozwiązywać problemy. Byłem w końcu dowódcą misji. Powiodłem spojrzeniem po pozostałych. Potrzebowali mnie. Musiałem się skupić, nie mogłem tracić czasu na rozklejanie się. Spojrzałem raz jeszcze, starając się ocenić ich stan.

Sven ciągle wpatrywał się w to samo zdjęcie. Widać było, że płakał, teraz jednak sprawiał wrażenie źle wyregulowanego automatu – poruszał się sztywno, wpadał na przeszkody, nie reagował, kiedy się do niego mówiło. Nie winiłem go za to. Jako jedyny z naszej czwórki miał dzieci. Mogłem tylko zgadywać, jakie emocje targają nim teraz, ale na pewno nie było mu łatwo. Ja również tęskniłem za tymi, których pozostawiłem na Ziemi – za rodzicami, bratem i siostrą, siostrzeńcami. Oddałbym wszystko, by móc ich jeszcze zobaczyć. Ale nie będzie mi to dane. Nikt z nas już nie zobaczy rodziny. Ross o tym wiedział. Pytanie ile jeszcze zdoła znieść, nim ta świadomość go wykończy.

Lena wyglądała nawet gorzej. Słyszałem, jak wcześniej tłukła się po magazynie, na przemian płacząc i klnąc w trzech językach. Kłykcie obu dłoni miała rozorane do krwi, kusztykała też wyraźnie, jak gdyby uszkodziła sobie stopę. Teraz, przy stole, pozornie była opanowana, niemal zrelaksowana. Wiedziałem jednak, że to tylko gra. Ta kobieta to tykająca bomba, która prędzej lub później wybuchnie. O ile ktoś wcześniej jej nie rozbroi.

Harini wciąż jeszcze sprawiała wrażenie nieobecnej. Przyszła do jadalni, ale nie byłem pewien, czy ma świadomość tego, gdzie się znajduje. Siedziała nieruchomo, wpatrując się w dal, od czasu do czasu mrucząc pod nosem jakąś melodię. Marsz Mendelsona?

Nagle jakby odrobinę oprzytomniała. Siedziałem naprzeciwko niej, widziałem więc, jak na jej usta wypełza nieśmiały, delikatny uśmiech. Skupiła na mnie spojrzenie i powiedziała:

– Wiecie, myślę sobie, że niepotrzebnie się martwimy.

– Niepotrzebnie? – spytała Kubler wściekłym tonem. Szybko chwyciłem ją za przedramię i ścisnąłem. Warknęła i wyszarpnęła rękę, ale zamilkła.

– Tak, pewnie. – Chitra, nieporuszona, mówiła dalej. – Znaczy, przecież nie może być aż tak źle, prawda?

– Harini… – zacząłem ostrożnie, po czym urwałem. Co mam jej powiedzieć? Prawdę? Czy dać jej się łudzić? Nie potrafiłem zdecydować, miotałem się, wewnętrznie rozdarty, niezdolny wykrztusić z siebie choćby słowa. Ale ona i tak nie zwróciła uwagi.

– Za trzy miesiące mam przecież wychodzić za mąż. Wpłaciliśmy już z Paranem zadatek, znaleźliśmy zespół i dekoratorkę. Mamy stroje, wynajęliśmy nawet konia! Wszystko jest gotowe, udało nam się nawet pogodzić moje ciotki. Muszę tylko wrócić na Ziemię, na swój piękny, idealny ślub. Więc z pewnością nie jest tak źle, prawda? – W jej głosie, do tej pory jakby rozmarzonym, zaczęły pojawiać się wątpliwości. Wbijała w nas spojrzenie, szukając potwierdzenia. Nikt się nie odezwał. Nawet Lena, choć widać było, że ze sobą walczy. Nie potrafiliśmy się zmusić, by wypowiedzieć prawdę na głos. Uśmiech Chitry z wolna zaczął stawać się coraz bardziej nienaturalny, coraz bardziej napięty.

– Powiedzcie, że będzie dobrze. Proszę, powiedzcie, że będzie dobrze… – szepnęła. Po jej twarzy spłynęły pierwsze łzy, a potem kolejne i kolejne. Ross, wreszcie wyrwany ze stuporu, ostrożnie pogładził ją po plecach, zaczął coś szeptać. Zaś Kubler pękła.

– Putain de merde! – wrzasnęła i zrzuciła swoją porcję na ziemię. Pasta fasolowa rozbryznęła się po podłodze. – Jak to się, kurwa, mogło tak spieprzyć?! – Chwyciła kubek i cisnęła nim o ścianę. Zaczęła miotać się po całej kuchni, zwalając sprzęty z blatów, wrzeszcząc i tłukąc co popadnie. Bałem się, że zrobi sobie krzywdę. Wstałem i zacząłem ostrożnie się do niej zbliżać. – Przecież wszystko miało być proste! Polecieć, wrócić. A potem uścisk dłoni, kasa na konto i żyć nie umierać! Ale nie, jacyś cholerni jajogłowi musieli spieprzyć swoją robotę!

– Lena, proszę…

– Jak można przegapić coś takiego? Pięćset kilometrów! Pięćset! Czego jeszcze potrzebowali, pieprzonych neonowych strzałek?!

– Wiesz przecież, że to i tak nic by nie zmieniło. Przestań, proszę, zanim…

– Zanim co?! Zanim coś mi się stanie? Albo komuś z was? A co za różnica! I tak już jesteśmy martwi. Może i jeszcze oddychamy, ale jest już po nas! Rozumiesz to? Po nas!

– Wciąż jeszcze możemy znaleźć jakieś rozwiązanie! – Starałem się mówić spokojnie, ale coraz trudniej było mi panować nad sobą. – Mamy jeszcze czas, jesteśmy przecież wyszkolonymi fachowcami, jestem pewien, że coś uda nam się…

– Halt die Fresse! – przerwała mi, po czym cisnęła we mnie paczką liofilizowanych owoców. – Zamknij się w końcu, du Arschloch! Mam dość! Dość twoich debilnych planów! I twojej debilnej gęby!

– Wciąż jestem twoim dowódcą, do cholery!

– W dupę sobie wsadź swoje dowództwo! Poskarż się górze, jak masz ochotę! Niech mnie zdegradują! Niech obetną mi pensję! Co tam, niech nawet poślą mnie do pierdla za niesubordynację! Tylko, że nie mogą! Mogą za to pocałować mnie w dupę! Dokładnie tak, jak ty! – Rzuciła ostatnim pociskiem, po czym wyszła z jadalni, utykając wściekle. Ja zaś wciąż stałem, wsłuchując się w echa jej słów, dygocząc z gniewu i bezsilności. Krzyknąłem, sfrustrowany i walnąłem pięścią w ścianę. Ból przyniósł odrobinę ulgi, więc uderzyłem jeszcze raz. I znowu. Waliłem tak długo, aż na kompozytowej płycie zaczęły pojawiać się krwawe bryzgi. A potem oparłem się o nią i osunąłem bezsilnie na podłogę.

Zupełnie zapomniałem o Svenie i Harini. Wciąż siedzieli przy stole, skuleni niczym dzieci obserwujące awanturę rodziców. Ona dalej płakała, choć wyglądała już na przytomniejszą, z jej twarzy zniknął ten przerażający, marzycielski wyraz. On sprawiał wrażenie raczej smutnego niż wystraszonego. Wstał ostrożnie, raz jeszcze uścisnął Chitrę, po czym podszedł i kucnął obok. Delikatnie wziął moją rękę w dłonie i zaczął oglądać skaleczenia.

– Powinieneś to zdezynfekować – powiedział łagodnie.

Wzruszyłem tylko ramionami. Kubler miała trochę racji. Jaki w tym sens?

– Ona tak nie myśli, wiesz przecież. Ta sytuacja… Niszczy nas wszystkich.

To prawda. Nie miałem Lenie za złe ostrych słów. Jeżeli już, to byłem wściekły na siebie, że nie potrafiłem tego lepiej rozegrać. Uspokoić jej jakoś.

– Jak mogło do tego dojść? – zapytałem niezbyt przytomnie, jak gdyby miało to jakiekolwiek znaczenie.

– Przecież wiesz.

Pokiwałem głową. Wiedziałem. Pathfinder. Najambitniejsze przedsięwzięcie inżynierskie w dziejach. I najdroższe. Cięcia finansowe dotknęły wszystkich. Program Spaceguard, który miał nas strzec od podobnych zagrożeń, zawsze zmagał się z licznymi problemami, ale po utracie funduszy w zasadzie przestał istnieć. Dlatego nie byliśmy gotowi.

Tak, jakby była szansa, by przygotować się na coś takiego.

 

Od kilku godzin przeglądałem dane, ale nie mogłem znaleźć rozwiązania. Wszystko mnie rozpraszało. Szum wymienników powietrza. Strupy na kłykciach ściągające skórę. Przygniatające poczucie odpowiedzialności. Byłem wdzięczny, kiedy zjawił się Ross. Potrzebowałem z kimś porozmawiać, może wtedy wszystko nabierze sensu.

– Masz chwilę? – Jego głos był łagodny. Wydawał się spokojny. Pogodzony z losem. Jakaś część mnie mu zazdrościła. Inna miała ochotę nim potrząsnąć.

– Jasne. Posłuchaj Sven, przeglądałem właśnie stany. Tlenu wystarczy nam na długo, szczególnie jeżeli zaczniemy oszczędzać wodę. Na szczęście mamy spore zapasy, a kombajny odzyskują kilka litrów dziennie z regolitu, więc nie powinno jej zabraknąć przez pięć-sześć tygodni.

– George…

– Gorzej z żywnością. Nasza tura miała niedługo się kończyć, więc zjedliśmy już prawie wszystko. Jasne, było trochę marginesu, ale nawet jeżeli zaczniemy racjonować porcje, mamy góra cztery tygodnie zanim zaczniemy głodować.

– George, posłuchaj proszę…

– O energię nie musimy się martwić, reaktor działa całkiem nieźle, no i zaprojektowali go tak, by był możliwie bezobsługowy. Pojawi się za to problem nieczystości, kończą się kompostowniki, a przecież nie da rady wychodzić za potrzebą na zewnątrz.

Położył mi rękę na ramieniu i zmusił, bym na niego spojrzał. Oczy miał smutne.

– Przecież wiesz, że to bez sensu – powiedział cicho.

– Nieprawda. Mamy czas, ciągle możemy szukać rozwiązań. Jestem pewien, że coś mi umyka, ale poradzę sobie. Wyciągnę nas z tego.

– Nikt z nas tego nie oczekuje. Nie jesteś cudotwórcą. Nie zmienisz tego, co zaszło.

– Nie możemy tak po prostu się poddać. Wciąż jeszcze mamy szansę.

– Nie, już nie. Widziałeś przecież. Słyszałeś komunikaty, prognozy. Sam dwa razy sprawdzałeś obliczenia. Nie ma nadziei. Są tylko złudzenia. Czas, żebyśmy to zaakceptowali.

Pokręciłem głową. Jakaś część mnie wiedziała, że Ross ma rację. Ale nie byłem jeszcze gotów.

– Niedługo zaczyna się kolejne okno startowe. Możemy się wynieść z bazy, z tej cholernej skały.

– I co potem? Kiedy znajdziemy się już w module powrotnym? Co za różnica, czy umrzemy tam czy tutaj? To bez sensu.

Przez chwilę milczeliśmy. Desperacko szukałem jakiegoś argumentu, który przekonałby go, że to jeszcze nie koniec, że walka wciąż trwa. Nic nie przychodziło mi do głowy.

– Ja też sprawdziłem stany – powiedział w końcu Ross. – Mamy spory zapas fentanylu i środków nasennych. Dość, by wystarczyło dla wszystkich.

Milczałem przez chwilę, starając się zrozumieć, co chce mi przekazać. W końcu do mnie dotarło.

– Nie! Nie zgadzam się! Nie ma mowy! Nie poddamy się!

– Obawiam się, że to już nie twoja decyzja. Rozmawiałem z pozostałymi…

– Nie wolno wam! Ja wciąż jeszcze szukam! Znajdę rozwiązanie!

Ross tylko powoli pokręcił głową. Wyciągnął z kieszeni fiolkę z tabletkami. Chciał postawić ją na stoliku, ale wybiłem mu ją z ręki silnym uderzeniem. Z suchym grzechotem odbiła się od ściany i upadła na podłogę.

– Jak możesz! – krzyknąłem. – Z was wszystkich to właśnie tobie powinno najbardziej zależeć! Pomyśl o swojej rodzinie! O córkach!

Na jeden moment na jego twarzy pojawił się grymas bólu, który zaraz przeszedł w złość. Liczyłem na to. Chciałem, by wyrwał się z tej apatii, by pomógł mi walczyć. Ale po chwili wszystko zniknęło.

– Myślę o nich cały czas, ty cholerny dupku. – Jego głos był spokojny, choć zimniejszy niż jeszcze przed chwilą. – Ale to nic nie zmienia. Przestałem się łudzić. Jeżeli jeszcze kiedykolwiek zobaczę moje dziewczynki, to tylko w Niebie.

Odwrócił się, by odejść.

– Błagam, nie róbcie tego. Mamy jeszcze czas – wyszeptałem.

Zatrzymał się. Przez chwilę milczał. Potem, nie odwracając się, powiedział:

– Tyle czasu, ile tylko zechcemy. Jasne. A gdybyś zmienił zdanie… Najpierw połknij dwie żółte. Fentanyl wzmocni działanie tabletek nasennych. Potem zażyj dwie białe, po pięciu minutach kolejne dwie. Powtarzaj, aż zaśniesz.

Potem wyszedł. Ja zaś długo wpatrywałem się w ekran, starając się wydobyć z niego odpowiedzi, których nie mógł mi dać.

 

Siedziałem w jadalni. Sam. Na stole przede mną stała fiolka z tabletkami.

W bazie panowała cisza.

Nikt nie ćwiczył, nie pracował przy komputerach, nie prowadził eksperymentów, nie monitorował parametrów reaktora, nie nadzorował kombajnów. Nikt nie płakał, ani się nie wściekał.

Jakiś czas temu zajrzałem do nich. Sven i Harini leżeli obok siebie, trzymając się za ręce. Prycze były zbyt wąskie, by zmieścili się na nich we dwoje, ułożyli się więc na podłodze. Ross trzymał w wolnej ręce zdjęcie córek. Wyglądali bardzo spokojnie.

Lenę znalazłem w warsztacie. Siedziała przy stole, głowa opadła jej na blat. Przed nią, w równym rządku leżało pięć tabletek. Szóstą znalazłem na podłodze. Musiała jej wypaść, kiedy… Kiedy odpływała.

Delikatnie podniosłem ciało Kubler i zaniosłem na jej pryczę. Była zimna. Zimna i pusta jak sam kosmos. Po twarzy płynęły mi łzy.

Nie wiem, jak długo tak siedziałem. Czasem płakałem, czasem uśmiechałem się do wspomnień. Dużo marzyłem. O innym świecie. Takim, w którym byłoby inne wyjście. W końcu zrozumiałem, że mieli rację.

Ale trzeba to było zrobić porządnie.

Powoli, co i rusz zaglądając do książki z procedurami, przeprowadziłem wyłączenie głównego komputera, reaktora i systemów podtrzymywania życia. Od tego momentu miałem około godziny, zanim baza stanie się miejscem równie niegościnnym, co cała reszta powierzchni Księżyca.

Ostatni gasi światło, pomyślałem i zachichotałem nerwowo.

Potem wymontowałem ze skafandra pochłaniacze dwutlenku węgla i założyłem go. Od programu Apollo zrobiliśmy znaczne postępy, współczesne kombinezony są znacznie lżejsze i bardziej elastyczne niż tamte, ale i tak zajęło mi to sporo czasu. W końcu byłem gotowy. Pozostało jeszcze tylko założyć i uszczelnić hełm.

Najpierw jednak podniosłem do ust fiolkę i połknąłem znajdującą się w niej białą tabletkę. Tylko jedną. Resztę zostawiłem w jadalni.

Śluzy, zasilane z awaryjnych akumulatorów, wciąż jeszcze działały. Wyszedłem na zewnątrz. Odszedłem kawałek od bazy. Niedaleko, sztywne nogawice i niskie ciążenie sprawiały, że szybkie poruszanie się było trudne, a nie miałem wiele czasu. Kiedy poczułem, że zaczynam się robić senny, położyłem się na ziemi. Nade mną rozciągała się czarna kopuła nieba, na której błyszczały setki, tysiące gwiazd. Oszałamiająco piękny widok. Żałowałem, że choć spędziłem tu niemal trzy miesiące, dopiero teraz znalazłem czas, by spojrzeć w górę.

Kręciło mi się w głowie. Z każdym oddechem poziom dwutlenku węgla w skafandrze rósł. Za jakiś czas przekroczy poziom toksyczny. Ale wtedy będę już spał.

Oczy zaczęły mi się zamykać. Spojrzałem na staruszkę Ziemię. Dom, zmieniony nie do poznania. 

Kiedyś nazywano ją Błękitną Planetą. Ale to już przeszłość. Uderzenie planetoidy pozostawiło ją szarą od dymu i czerwoną jak rozżarzone skały.

Houston, macie problem – pomyślałem niezbyt przytomnie.

A potem moje powieki opadły po raz ostatni.

Koniec

Komentarze

Fajne!

Jedyne, co mi szwankowało, to tempo. Na początku gość jest zbyt flegmatyczny i mało zdenerwowany jak na moje oko. Ale to jest mocno subiektywne.

Mam też problem z wyobrażeniem sobie Ziemi po impakcie – dym a nie pył? Rozżarzone skały? Spory kawał skały to musiał być. 

W każdym razie – dobrze się czytało i zacny twiścik na końcu.

Czemu nie wrzuciłeś do konkursu? Miałbyś IMO spore szanse.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Na początku gość jest zbyt flegmatyczny i mało zdenerwowany jak na moje oko.

Jest w szoku i wypiera rzeczywistość, tak to przynajmniej widziałem.

 

Spory kawał skały to musiał być. 

Pięćset kilometrów, jak w tekście. Wedle szacunków, na jakie natrafiłem przy pisaniu, impakt czegoś tak dużego rozgrzałby całą powierzchnię planety powyżej punktu topnienia skał.

Czemu nie wrzuciłeś do konkursu? Miałbyś IMO spore szanse.

Zdecydowałem się wykorzystać “Coś prawdziwego” – może słusznie, może nie, ale bardziej mi się podobało.

W każdym razie – dobrze sięczytało i zacny twiścik na końcu.

Dziękuję :D

Postawiłeś bohaterów w bardzo nieciekawej sytuacji i choć nie od razu wyjaśniłeś powód takiego stanu rzeczy, to opisując ich reakcje i gęstniejącą atmosferę, pozwoliłeś bym mogła sobie wyobrazić, co przeżywają.

Czytało się całkiem nieźle, a zakończenie zaskoczyło, ale też pozwoliło wszystko zrozumieć.

 

Ta ko­bie­ta to ty­ka­ją­ca bomba, która prę­dzej lub póź­niej mu­sia­ła wy­buch­nąć. O ile ktoś wcze­śniej jej nie roz­broi. –> To jest przypuszczenie kapitana, więc: …która prę­dzej lub póź­niej będzie mu­sia­ła wy­buch­nąć. Lub: …która prę­dzej lub póź­niej wybuchnie.

 

ostroż­nie po­gła­dził ją ple­cach… –> …ostroż­nie po­gła­dził po ją ple­cach

 

– Za­mknij się w końcu, du Ar­chloch! –> Czy nie powinno być: – Za­mknij się w końcu, du Ars­chloch!

 

pod­nio­słem do ust fiol­kę i po­łkną­łem znaj­du­ją­ce się w niej białą ta­blet­kę. –> Literówka.

 

Nie­da­le­ko, sztyw­ne no­ga­wi­ce i ni­skie cią­że­nie spra­wia­ły… –> Czy o ciążeniu można mówić, że jest niskie lub wysokie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za komentarz i łapankę. Błędy poprawiłem. Co do ciążenia – napisałem tak w zasadzie bez namysłu. Nie wiem, jak inaczej to określić? Małe? Słabe? 

Mnie się wydaje, że wszystkie opcje “ciążenia” są okej, zaczynając od “niskiego” i “wysokiego”.

None, nie twierdzę, że niskie/ wysokie ciążenie jest błędem. Po prostu potknęłam się na tym zdaniu i dlatego zapytałam. I tak, przy małym/ słabym pewnie przeszłabym bez przeszkód.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

None, nie twierdzę, że niskie/ wysokie ciążenie jest błędem.

Nie znalazłem żadnej wykładni po polsku, po angielsku mówi się o “low gravity” , skąd zapewne moje odruchowe “niskie”. Na razie zostawiam, jak jest, ale będę jeszcze sprawdzał.

Zawsze możesz uniknąć wysokich/niskich i iść w dokładniejszy pomiar. Wtedy na przykład można napisać tak: ciążenie na poziomie ½ ziemskiego.

Hm, sporo już na temat tekstu pisałam, ale wypada, żebym dodała coś publicznie przed kliknięciem biblioteki. Opowiadanie ma smutny, wzruszający finał, który przypadł mi do gustu. Warsztat, jak w poprzednich tekstach autora sprawny, twist przemyślany. Najbardziej podobało mi się od momentu, w którym pojawiły się tabletki. No, to teraz uczciwie klikam.

Twiścik na końcu jest naprawdę zacny.

 

Mam wrażenie, że tekstowi wyszłoby na dobre skrócenie – po Spojrzałem raz jeszcze, starając się ocenić ich stan powtarzasz przez trzy akapity właściwie te same informacje, co wcześniej. Przy takiej spokojnej narracji, kiedy od samego początku wiadomo, że coś poszło nie tak trudno jest utrzymać napięcie a powracanie do tego, że katastrofa była i trzeba się zmierzyć z konsekwencjami zaczyna (mnie) nużyć. I o ile rozumiem zabieg i ideę, że postacie mają mieć w sobie rezygnację, to podanie tej samej informacji po raz trzeci niekoniecznie robi większe wrażenie niż napisanie tego raz.

Końcówka owszem, wynagradza czekanie, ale ile trzeba się nadreptać w miejscu, by do tego dotrzeć…

 

I would prefer not to.

Zawsze możesz uniknąć wysokich/niskich i iść w dokładniejszy pomiar. Wtedy na przykład można napisać tak: ciążenie na poziomie ½ ziemskiego.

Można i tak, choć “ciążenie na poziomie jednej szóstej ziemskiego” trochę rozpycha to zdanie. 

Hm, sporo już na temat tekstu pisałam, ale wypada, żebym dodała coś publicznie przed kliknięciem biblioteki.

Raz jeszcze dzięki za wszelkie uwagi.

I o ile rozumiem zabieg i ideę, że postacie mają mieć w sobie rezygnację, to podanie tej samej informacji po raz trzeci niekoniecznie robi większe wrażenie niż napisanie tego raz.

W moim zamyśle każda z postaci reprezentował inną fazę umierania. Wyparcie (Harini), gniew (Lena), targowanie się (główny bohater), depresja (Sven), zwieńczone akceptacją (ponownie główny bohater). Ale rozumiem twój zarzut, wolne tempo może oczywiście zmęczyć.

Interesujący tekst. Fajnie prezentujesz przerażenie postaci, ich dramat, czy właśnie te fazy umierania. Trochę czuję niedosyt, bo właściwie treść poza to nie wychodzi, mógłbyś pokazać coś więcej – próby rozwiązania, propozycje ocalenia. Ale i tak to bardzo fajny tekst ukazujący sytuację. Tenże więc koncert fajerwerków zasługuje na klika :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Po pierwszych kilku zdaniach miałem poczucie, że to opowiadanie chyba jednak nie jest dla mnie. Że nie zdoła mnie “wciągnąć”.

Czytałem jednak dalej.

I całe szczęście!

Świetnie zaprezentowałeś emocje bohaterów. Łatwo było poczuć ich strach, przygnębienie, świadomość beznadziejnego położenia. Być może brakło w ich działaniach nieco większej desperacji. Poszukiwania “na siłę” cudownych rozwiązań. Takiej naturalnej tendencji do uporczywego czepiania się nawet najbardziej absurdalnych złudzeń. To jednak szczegół. I (być może) tylko moje odczucie.

Wielki plus za zakończenie. Pokazałeś ludzi prawdziwych. Trochę ograniczonych. Którzy w obliczu sytuacji bez wyjścia zwyczajnie polegną (nawet, jeśli czytelnik chciałby ich cudownego ocalenia).

Dziękuję za komentarze, miło też znowu widzieć swój tekst w bibliotece.

Być może brakło w ich działaniach nieco większej desperacji. Poszukiwania “na siłę” cudownych rozwiązań. Takiej naturalnej tendencji do uporczywego czepiania się nawet najbardziej absurdalnych złudzeń.

Trochę czuję niedosyt, bo właściwie treść poza to nie wychodzi, mógłbyś pokazać coś więcej – próby rozwiązania, propozycje ocalenia.

Możliwe, że faktycznie wzbogaciłoby to tekst. Z drugiej strony, nie chciałem go niepotrzebnie rozciągać, do czego niestety mam tendencję.

Nie lubię science-fiction, może dlatego, że nigdy nie byłam dobra z nauk ścisłych (poza biologią) i zawsze gubiłam się w połowie tekstu… Oszczędziłeś niezrozumianego – dla mnie – słownictwa, i dziękuję osobiście za to :). Mimo moich uprzedzeń, cały tekst przeczytałam na raz, nie mogąc doczekać się końca i wyjaśnienia sytuacji, a pomysły w głowie się mnożyły… 

Trochę nielogiczne wydają mi się niektóre reakcje bohaterów:

Z was wszystkich to właśnie tobie powinno najbardziej zależeć! Pomyśl o swojej rodzinie! O córkach!

(…)

– Myślę o nich cały czas, ty cholerny dupku. – Jego głos był spokojny, choć zimniejszy niż jeszcze przed chwilą. – Ale to nic nie zmienia. Przestałem się łudzić. Jeżeli jeszcze kiedykolwiek zobaczę moje dziewczynki, to tylko w Niebie.

 

 O czym ma myśleć, jak na Ziemi nie ma już żadnego życia? Chyba, że wprowadziłeś to celowo, dla podkreślenia… może nie szaleństwa, ale silnego niedowierzania i niemożności odnalezienia się w sytuacji. 

 

Nie mniej, patrząc na całość… Wow. Duży plus, miło było mi przeczytać tak dobry tekst. Dziękuję! 

Nie mniej, patrząc na całość… Wow. Duży plus, miło było mi przeczytać tak dobry tekst. Dziękuję! 

Cieszę się, że się podobało.

O czym ma myśleć, jak na Ziemi nie ma już żadnego życia?

Słowa głównego bohatera miały świadczyć o jego niemożności zaakceptowania sytuacji lunonautów. Zaś słowa Svena – że wciąż myśli o swoich dzieciach, wspomina wspólne chwile itd. Nie, że ma jeszcze nadzieję je spotkać – chyba, że po śmierci, jak mówi.

Hmmm. Prawda, tekst interesujący. Ale nie wszystko mi się podobało.

IMO, przeciągasz podanie, o co chodzi. Od razu wiadomo, że stało się coś złego. Opisujesz reakcję każdej postaci. Dialogi, bluzgi, etapy godzenia się z nieszczęściem… Ale nie wyjaśniasz, na czym ono polega.

W rezultacie gwoździem programu staje się to, co sugerujesz na samym początku. To jest kluczowa informacja, której wypatrywałam.

No, faktycznie sytuacja nie do pozazdroszczenia. Ale że nawet świadek klęski? Jakieś stacje kosmiczne, coś? I kiedy Ziemia się zorientowała?

Babska logika rządzi!

IMO, przeciągasz podanie, o co chodzi. Od razu wiadomo, że stało się coś złego. Opisujesz reakcję każdej postaci. Dialogi, bluzgi, etapy godzenia się z nieszczęściem… Ale nie wyjaśniasz, na czym ono polega.

W rezultacie gwoździem programu staje się to, co sugerujesz na samym początku. To jest kluczowa informacja, której wypatrywałam.

To znaczy niecierpliwiłaś się, oczekując na wyjaśnienie? W tekście padają pewne wskazówki, a sama zagadka jest tu kluczowym elementem, więc nie wiem, jak odpowiedzieć na tą uwagę – wyjaśnienie jest na końcu, bo taki był zamysł tekstu.

 

No, faktycznie sytuacja nie do pozazdroszczenia. Ale że nawet świadek klęski? Jakieś stacje kosmiczne, coś? I kiedy Ziemia się zorientowała?

Obawiam się, że nie jestem pewien, co masz na myśli. O jakiego świadka chodzi? Co do stacji kosmicznych – stn poruszył ten temat w trakcie bety, ale uznałem, że nie będę wprowadzał dodatkowego wątku. Ale można zakładać, że przy tej skali impaktu coś zawieszonego aby kilkaset kilometrów nad powierzchnią planety zostanie zmiecione szczątkami. Sama katastrofa zdarzyła się jeszcze przed rozpoczęciem tekstu. Kiedy Ziemia się zorientowała? Na tyle szybko, by dało rade przeprowadzić wyliczenia i symulacje, ale nie na tyle, by podjąć jakieś poważniejsze działania zapobiegawcze.

No, można to nazwać niecierpliwieniem. To coś, jak reakcja Podbipięty na Rzędziana opowiadającego o gruszkach na miedzy. Do rzeczy, waszeć! Ale to kwestia gustu, nie jakiś ogólny zarzut. Ja raczej traktuję dialogi jak narzędzie do przekazywania informacji i inne podejścia kojarzą mi się z traceniem czasu.

Świadek – “ni świadek klęski nie ostał”. Nie znam się, ale chyba stacja kosmiczna musiała mieć pecha, żeby asteroida ją zmiotła?

Czy Ziemianie nie zdążyli zapakować do rakiety mnóstwo żarcia i zamrożonych embrionów i wysłać na Księżyc? Mieli tam przecież przyczółek.

Widzisz, mnie takie rzeczy wydają się ważniejsze i ciekawsze niż reakcje garstki ocalałych. Jakoś zawsze bardziej mnie kręciła skala makro niż mikro.

Babska logika rządzi!

Nie znam się, ale chyba stacja kosmiczna musiała mieć pecha, żeby asteroida ją zmiotła?

Nie musiała zostać trafiona bezpośrednio. Uderzenie wyrzuciłoby w przestrzeń miliony ton rozgrzanych do czerwoności odłamków skalnych, które jakiś czas orbitowałyby wokół planety. 

Czy Ziemianie nie zdążyli zapakować do rakiety mnóstwo żarcia i zamrożonych embrionów i wysłać na Księżyc? Mieli tam przecież przyczółek.

Zakładając nawet, że byłby na to czas – a organizacja podróży kosmicznej trwa zwykle miesiącami – i że faktycznie dałoby się zabrać tej żywności “kupę” (ładowność rakiet jest mimo wszystko ograniczona), to pozostaje kwestia przestrzeni do życia, tlenu, wody, zapasów leków, erodującego wpływu niskiego ciążenia na zdrowie człowieka, rakotwórczego promieniowania i tak dalej. Zresztą, jaki w tym sens? Wedle symulacji Ziemia po uderzeniu nie nadaje się do życia i nie będzie się nadawać jeszcze przez tysiące lat. A życie na Księżycu nie ma szansy przetrwać bez regularnych dostaw z ojczystej planety.

Ogólnie jednak – widać nie zdążyli, skoro tak się nie stało. 

Opowiadanie porusza. Reakcje załogi stacji w obliczu nieuchronnej zagłady zostały opisane bardzo sugestywnie. Zakończenie również pasuje. Dołączając się do dyskusji na początku komentarzy, też spotkałem się z tłumaczeniem angielskiego “low gravity” jako słaba grawitacja.

Trzeba przyznać, że dosyć przygnębiający tekst. Ja nie miałam problemu z domyśleniem się , co miało miejsce. Jak tylko przeczytałam o tych pięciuset kilometrach, od razu przyszło mi na myśl, że jakiś meteor uderzył w Ziemię. 

Reakcje bohaterów bardzo prawdopodobne i realistycznie. Można było w nich dostrzec typowe etapy żałoby: jest gniew, zaprzeczenia, targowanie, a w końcu depresja i akceptacja. Może to wszystko przebiegało trochę za szybko, może zbyt łatwo pogodzili się z rzeczywistością i postanowili zakończyć wszystko definitywnie. Można było się pokusić o większe rozwinięcie stanów emocjonalnych bohaterów, bo mimo tragicznej sytuacji, pogodzenie się z nieuchronnością śmierci nie jest takie łatwe. 

Nie mniej tekst dobrze napisany i zapadający w pamięć.

Sprawnie napisane. Błędów językowych znalazłam tylko kilka, i to raczej drobnych (to na koniec). Ale stworzyłeś raczej impresję na temat "a co z astronautami", niż opowiadanie – ich problem jest, zasadniczo, nierozwiązywalny. Chyba, że w sposób całkiem fantastyczny, ale fantastyczny a'la "Olbrzymie kosmiczne termity zjadają Waszyngton". To by było kiczowate i dobrze, że w to nie poszedłeś. Tylko, niestety, fantastyki jest tu niewiele (bliska przyszłość, astronauci, dobrze – ale Twoje SF jest na tyle hard, że może się ziścić), a i tematu konkursu nie za dużo (gdzie to UFO? Już było i walnęło, a w międzyczasie na pewno zostało rozpoznane i nazwane imieniem jakiejś megiery).

Co do "twista" – domyśliłam się go dość wcześnie (to nic złego, świadczy o spójności tekstu), za to uczucia bohaterów dotarły do mnie jakby przez szybę. Może to kwestia narracji pierwszoosobowej (narratora zbyt zajętego własnym szokiem, żeby się rzetelnie przejąć innymi), może pewnego przegadania tekstu (facet ubiera to wszystko w bardzo okrągłe, wyszukane zdania), może mojego własnego emocjonalnego defektu, nie wiem. Drugi, bardziej problematyczny skutek, który już na pewno wynika z narracji pierwszoosobowej, to "nieumarły" narrator. Niektórym to psuje zawieszenie niewiary.

Robale:

I po prawdzie bez sensu.

"Po prawdzie" chyba powinno być wtrąceniem.

 Machnąłem ręką, każąc mu dać sobie spokój

W trakcie młocki?

 czuć smutek, żałobę

Czy żałobę się czuje?

 nie byłem pewien, czy miała

Czy ma – następstwo czasów.

 Przestań proszę

Przestań, proszę.

 Tylko że nie mogą! (…) Dokładnie tak jak

Tylko, że. Tak, jak.

Cisnęła ostatnim pociskiem

Powtórzenie.

 Tak jakby

Tak, jakby.

 Wciąż i wciąż

Anglicyzm.

 Wydawał się być spokojny.

Obyłoby się bez "być".

 współczesne kombinezony były znacznie lżejsze

Są lżejsze – przecież facet mówi o swoich czasach.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

StraferB25, Cephiednomiko, Tarnina, dziękuję za komentarze.

 

Ja nie miałam problemu z domyśleniem się , co miało miejsce. Jak tylko przeczytałam o tych pięciuset kilometrach, od razu przyszło mi na myśl, że jakiś meteor uderzył w Ziemię. 

Przyznaję, że to dość poważna wskazówka. Taka zresztą miała być. 

Może to wszystko przebiegało trochę za szybko, może zbyt łatwo pogodzili się z rzeczywistością i postanowili zakończyć wszystko definitywnie. Można było się pokusić o większe rozwinięcie stanów emocjonalnych bohaterów, bo mimo tragicznej sytuacji, pogodzenie się z nieuchronnością śmierci nie jest takie łatwe. 

W komentarzach widzę dwa nurty – jednym było za dużo, drugim za mało emocjonalnego wytrzebiania. ;) 

Oczywiście, mogłem pociągnąć ich godzenie się z losem dłużej, ale mam wrażenie, że wtedy tekst zamęczyłby czytelnika swoim ciężkim nastrojem.

 

Tylko, niestety, fantastyki jest tu niewiele (bliska przyszłość, astronauci, dobrze – ale Twoje SF jest na tyle hard, że może się ziścić), a i tematu konkursu nie za dużo (gdzie to UFO? Już było i walnęło, a w międzyczasie na pewno zostało rozpoznane i nazwane imieniem jakiejś megiery)

Między innymi z tych powodów do konkursu poszedł inny tekst.

za to uczucia bohaterów dotarły do mnie jakby przez szybę. Może to kwestia narracji pierwszoosobowej (narratora zbyt zajętego własnym szokiem, żeby się rzetelnie przejąć innymi), może pewnego przegadania tekstu (facet ubiera to wszystko w bardzo okrągłe, wyszukane zdania), może mojego własnego emocjonalnego defektu, nie wiem

Szkoda. Może kolejnym razem się uda.

. Drugi, bardziej problematyczny skutek, który już na pewno wynika z narracji pierwszoosobowej, to "nieumarły" narrator. Niektórym to psuje zawieszenie niewiary.

O ile dobrze rozumiem, z tą sytuacją mielibyśmy do czynienia, gdyby narrator od początku wiedział, że umrze lub komentował “zza grobu”. Tu po prostu opisuje sytuację i kończy narrację, tuż zanim zaśnie (czego późniejszym skutkiem będzie oczywiście zgon). 

 

Babole odstrzeliłem.

Nie, tam jest tylko “odd phenomenon of a deceased character telling you the story” czyli “dziwny fenomen – historię opowiada umarły”, a w przykładach pojawiają się LooperForest of the Dead, gdzie dowiadujemy się o śmierci narratorów na końcu. Tak czy siak – jeśli jest ostatnim człowiekiem na świecie, do kogo mówi? Ale nie każdemu to przeszkadza. Zaznaczyłam tylko.

W komentarzach widzę dwa nurty – jednym było za dużo, drugim za mało emocjonalnego wytrzebiania. ;) 

Trafiłeś w środek :) Pech.

Babole odstrzeliłem.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

do kogo mówi?

Do siebie. Każdy czasem potrzebuje porozmawiać z kimś inteligentnym ;P.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Oj, bo przyjdzie rybak i złowi :D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Przyjemne :)

Trafiłeś w środek :) Pech.

Nie pech, a kompromis – czyli jak sprawić, by wszyscy byli trochę niezadowoleni.

Tak, ta informacja o wielkości to wskazówka, ale nadal nie wiadomo, czy rąbnie/ rąbnęło w Ziemię czy w miejscówkę bohaterów.

Babska logika rządzi!

Coś jest na rzeczy z tym odwlekaniem twistu, bo zanim do niego doszedłem, już się na tyle zniecierpliwiłem, że się go domyśliłem. Niemała w tym zasługa tytułu, a na dodatek cały czas kojarzyło mi się z podobnym w zamyśle opowiadaniem MrMarasa https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/19314. Może gdyby nie to, poszedłbym w kierunku też wyraźnego “Marsjanina” i dałbym się nabrać.

Napisane zacnie, ale wyraźnie podporządkowane końcowemu zaskoczeniu – bez tego efektu opowiadanie jest jak z wyrwanymi zębami.

Czemu w pierwszej scenie nazywasz wszystkich bohaterów nazwiskami, a w kolejnej imionami?

 

 

Cobold, dzięki za komentarz.

 

Czemu w pierwszej scenie nazywasz wszystkich bohaterów nazwiskami, a w kolejnej imionami?

Dla uniknięcia powtórzeń.

Nowa Fantastyka