- Opowiadanie: kam_mod - Nóż z fulgurytu

Nóż z fulgurytu

Może komuś wąpierza na zmianę smaku po kosmitach?

 

Jednym z moich postanowień noworocznych (których nikt nie robi, włącznie ze mną, no przecież) jest uczenie się przyjmowania krytyki. Ściślej – pokazywanie moich opowiadań światu, a nie tylko zinom, których nikt nie czyta.

A wiadomo, że nigdzie nie krytykują tak wspaniale, jak na naszej stronie ;)

 

Opowiadanie pojawiło się w Silmarisie, numer 10.  O ile dobrze rozszyfrowałam skróty, za korektę dziękuję Finkli i Adamowi KB. Bardzo się cieszę, że pozwoliliście mi się tyle nauczyć :)

 

Aha, a za cudowną ilustrację dziękuję Rafałowi Piotrowiczowi. Jest wyjebana w kosmos ^^

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Nóż z fulgurytu

 

Nawet umrzeć już nie można w spokoju.

Tak z pewnością pomyślałby Jerzy, mój ojczym, gdyby jeszcze żył. Nie cierpiał wsi i pewnie chciałby teraz powiedzieć „a nie mówiłem”, skrzecząc przeraźliwie głosem starej pralki. Ale tak naprawdę to nawet gdybyśmy na święta zostali w Olsztynie, niewiele by mu to pomogło.

Do Brzózki przyjechaliśmy w przeddzień Wigilii, tuż przed tym, jak zasypało całą drogę. W telewizorze, który śnieżył tak samo jak pogoda za oknem, kręcili coś o zimie stulecia.

– To samo mówili rok temu, i dwa lata temu, i trzy lata temu – wyburczała Matylda, moja młodsza siostra, nie odrywając wzroku od telefonu. Miała paskudny humor, a powodem tego był tragiczny Internet.

– No, no, od dawna nie było to takiej zimy – cmokała babcia, udając zmartwienie, ale wiem, że tak naprawdę miała nadzieję, że dzięki temu zostaniemy trochę dłużej.

Mnie to nie przeszkadzało. Mogłem zostać aż do Sylwestra, bo ten obiecałem spędzić z dziewczyną w akademiku.

Dom babci stał nieco na uboczu, za Brzózką. Zdaje się, że budżet wójta nie przewidywał odśnieżania dróg gruntowych, bo choć widywaliśmy rano światła pługu w oddali, nikt się do nas nie pokwapił.

Z początku wraz z Jerzym odśnieżaliśmy obejście każdego ranka, wkrótce jednak stało się jasne, że nie miało to większego sensu – wystarczyło, by śnieg popadał przez godzinę i wszystko trzeba było zaczynać od nowa. A kiedy kaprys pogody sprawił, że jedna noc była ciepła, odwilżowa i dżdżysta, a powracający mróz zamienił wierzchnią warstwę wilgotnego śniegu w twardą jak beton skorupę, załamaliśmy się.

– W czwartek rano zadzwonimy po pomoc drogową, żeby nas odkopali, i po południu pojedziemy do domu – wymyślił Jerzy, a mama się zgodziła.

 Moja mała siostra wybitnie nie mogła sobie poradzić z sytuacją, w której Internet pojawiał się tylko parę razy dziennie, i zaczęła namawiać rodziców, by nie czekali tak długo.

I pewnie wymusiłaby swoje, gdyby nie śmierć Jerzego.

Wieczorem narzekał trochę na ból głowy, ale on ogólnie lubił narzekać, więc nikt się tym nie przejął, może oprócz mojej mamy, która była gotowa biec do apteki w ciemną noc (babcia wybiła jej to z głowy, mówiąc że Bożenka pogoni każdego, kto przyjdzie do niej o tej porze).

 Jerzy wziął paracetamol i położył się spać, niezadowolony. Mama poszła razem z nim, a rano obudziła się już tylko ona.

 Krzyczała trochę.

 Babcia zamknęła ją razem z Matyldą w pokoju, a sama poszła ze mną do kuchni, nastawić wody na herbatę, bo też nie bardzo wiedziała, co robić.

 Zadzwoniłem po karetkę. Pogotowie powiedziało, że nie dadzą rady przyjechać, póki ktoś nie odśnieży drogi. Pomoc drogowa była zawalona, wójt obiecał pług jak najszybciej, ale w sumie to za trzy dni. Zakład pogrzebowy w ogóle nie odbierał. Absurd, czysty absurd.

 – Pani nie rozumie, nie możemy trzy dni siedzieć z nieboszczykiem w domu – tłumaczyłem komuś z urzędu gminy.

 – A bo czemu nie? Kiedyś tak ino siedzieli i było dobrze – odparła kobieta i się rozłączyła.

 Babcia zacmokała przez dziurę, którą miała między przednimi zębami, i postawiła przede mną filiżankę. Nienawidziłem tego dźwięku i nim znów cmoknęła, wyszedłem do przedpokoju, gdzie w stosie kurtek szukałem zagubionej paczki papierosów.

 – To co teraz robimy, babcia? – spytałem.

 – Przeniesiemy Jerzyka do mojego pokoju – zadecydowała. – Znaczy się, jak już Madziuńka z nim skończy.

 Z sypialni na piętrze dochodziły różne, dziwne dźwięki, od których skóra cierpła mi na karku. Mama zawodziła i krzyczała.

 – Nie, nie o to mi chodzi. – Machnąłem ręką. Zwłoki Jerzego nie były istotne. – Co zrobić, żeby mama była znów… szczęśliwa? – spytałem w całej swojej naiwności. – Tak jak wcześniej?

 O, to od tego to wszystko się zaczęło. Od tego, że chciałem znaleźć odpowiedź na to pytanie.

 – Skarbie, twoja mama dopiero co straciła ukochanego człowieka – powiedziała babcia łagodnie, i nagle nie była już starą wiejską kwoką, a ciepłą dziewczyną. – Jedyne, co by jej teraz pomogło, to wrócenie Jerzyka do życia.

 Tak, to od tego się zaczęło.

 

 * * *

 

 Bycie jedynym mężczyzną w domu wiąże się z wykonywaniem wszystkich prac fizycznych, o czym przekonałem się jeszcze tego samego dnia, w pojedynkę przenosząc ciało ojczyma do pokoju babci.

 Gdy wszedłem do pomieszczenia, wpadłem w ciąg zimnego powietrza. Zatrząsnąłem się z zimna, aż Jerzemu stopami zakołysało.

 Babcia przygotowała pościel, na której położyłem ciało.

 Zakryliśmy go kocem.

 – Wiesz, tu u nas gadają, że jak się nie zostawi otwartego okna, to dusza zmarłego nie będzie miała którędy uciec do nieba – powiedziała, gładząc stężałą twarz Jerzego.

 No tak, czego się spodziewać po zaściankowych Mazurach.

 – Głupie przesądy.

 Zmierzchało już. Gdy babcia wyszła, zamknąłem okno. Na szybie zaczął osadzać się szron.

 

 * * *

 

 Okazało się, że babcia wierzy nie tylko w dusze uciekające przez okna, ale i w całonocne czuwania przy zmarłych. Normalnie skrzyknęłaby tu zastęp koleżanek z kółka różańcowego, ale przez te zaspy żadna nie odważyła się do nas ruszyć. No i skończyło się tak, że przyciągnęła stary fotel dziadka do pokoju Jerzego i rozsiadła się w nim z różańcem w ręku.

 – Babcia, idź spać – powiedziałem o jedenastej wieczorem, gdy zobaczyłem, jak głowa jej się kiwa. – Mama cię potrzebuje. Ja zostanę.

 – Paliłeś! – oburzyła się, czując swąd dymu. Nim wyszła, próbowała wyciągnąć mi paczkę papierosów z tylnej kieszeni.

 Tym sposobem sam siebie wkopałem w nocowanie na niewygodnym, pełnym sterczących sprężyn fotelu.

 Oczywiście zaraz po wyjściu babci zamknąłem okno, mamrocząc do siebie coś o nieodpowiedzialności. Ale weź coś przetłumacz starszej osobie.

 Spojrzałem na Jerzego. Bladość na twarzy pogłębiała jeszcze bruzdy pod oczami, ślady przeszłych niepowodzeń. Zmarkotniałem.

 Nie darzyliśmy się wielkim uczuciem, ale… nigdy nie życzyłbym mu śmierci.

 Zgasiłem światło, przykryłem się kocem i właśnie zasypiałem, gdy coś prześlizgnęło się po mojej nodze. Otworzyłem oczy.

 Coś drobnego i śliskiego, niby wąż, zjechało mi ze stopy i, nim zdążyłem się wyprostować, przy wtórze huku pioruna pojawiła się przede mną jakaś sylwetka.

 Sylwetka uniosła dłoń i włączyła światło. Gapiłem się jak oniemiały na to dziwne stworzenie, stojące na środku pokoju zupełnie przecież spokojnie. Mężczyzna – chyba mężczyzna – był dużo wyższy ode mnie i nienaturalnie szczupły. Głowę miał jak arbuz, a w białej twarzy odznaczały się czarne oczka.

Rozchylił wargi, ukazując spiczaste zęby.

 – A co to za śmiertelnik waży się zabierać Welesowi dusszę? – wysyczał.

 Gapiłem się na niego bez słowa. Musiałem naprawdę nieźle przysnąć na tym fotelu, jeśli mój mózg wrzucił mnie w sam środek czegoś takiego.

 – To nie sen – syknął potwór. – Pogwałciłeś prawo. Dusza Jerrzego należy do mnie.

 – Dusza Jerzego opuściła jego ciało dziś nad ranem – poinformowałem go rzeczowo.

 Zdaje się, że w tym dziwnym śnie duch potrafił czytać mi w myślach.

 – Bóg, nie żaden duch. Weles, pan Nawii, krrainy umarłych – przedstawił się.

 – Witek, pan delty, krainy pierwiastka – odpowiedziałem, ale chyba nie docenił dowcipu.

 – Delta? Nie znam takiej krrainy – zafrasował się. – Czy to daleko od Nawii?

 – Nie mam pojęcia, gdzie jest Nawia – przyznałem.

 Weles pochylił się nad Jerzym i położył mu dłoń na czole. Mimo zamkniętego okna owionął mnie strumień zimnego powietrza, aż zadrżałem. Dziwne. Dopiero teraz zaczęło do mnie docierać, że ten sen, jak na sen, jest podejrzanie prawdziwy.

 – Więc chcesz prrzywrócić tego śmierrtelnika do życia, tak? – spytał Weles.

 – E, co?

 – Chcesz…

 – Słyszałem, co mówiłeś. Czemu, możesz tak?

 – Jestem bogiem. Mogę wszystko – zapewnił mnie Weles, uśmiechając się oślizgle. Po chwili namysłu dodał: – Może oprócz ostatecznego zakończenia kwestii Peruna, tego mi nie wolno.

 – Czemu nie?

 Weles wyglądał, jakbym wywołał mu błąd systemu. Opuchnięte oczy zamknęły się na chwilę.

 Pamiętam, że moja dziewczyna uczyła się na studiach o Perunie i Welesie, godzinami mi o nich opowiadała.

Szkoda, że jej nie słuchałem, ale tak mi się zdarza z kobietami.

 – Jasne, że chcę, żeby Jerzy był znów żywy – zmieniając ton na poważny, powiedziałem na głos to, o czym myślałem od rana. – On sprawiał, że mama była szczęśliwa. A ja chcę, żeby mama była szczęśliwa.

 Weles skinął głową. Długie, kościste palce zakończone czarnymi pazurami sięgnęły za pazuchę.

 – Zwrrócę jego dusszę, jeśli mi coś obiecassz – syknął, wyciągając zakrzywiony, chropowaty sztylet, pełen dziwnych wypustek. – Potrrrzebuję opiekuna.

 – A nie wyglądasz.

 – Kogoś – ciągnął Weles – kto będzie zajmował się moimi demonami na ziemi.

 Muszę przestać marnować moje błyskotliwe uwagi na kogoś, kto nie ma za grosz poczucia humoru.

– Tu nie ma żadnych demonów.

 Patykowata postać mignęła przed oczami i zniknęła.

 Zdążyłem się nawet zdziwić, i dopiero po chwili poczułem, że stoi za mną.

 Weles położył dłoń na moim czole. Nie wiem, co zrobił, ale wzrok mi się rozmazał i, mrugając gęsto, zacząłem zauważać zmiany. Za oknem, w ciemności, stały dziesiątki stworzeń, wychudzonych, obdartych, wlepiających w nas wytrzeszczone oczyska. W kącie pokoju, pod sufitem, wisiał przerośnięty nietoperz.

 Podskoczyłem, gdy spojrzał na mnie, ukazując ludzką twarz.

 Na krześle przy drzwiach siedział jakiś starszy pan. Gdy się zorientował, że go widzę, zaczął energicznie machać.

– Wituś, Wituś! – Szczerzył zęby.

Ręka zniknęła z mojego czoła i obraz wrócił do normalności. By nie upaść, oparłem się o fotel, a po chwili przysiadłem na poręczy.

 Zjeżdżałem po spirali tak jak wtedy, gdy po siódmym piwie musiałem macać ściany, bo podłoga uciekała mi spod nóg.

 – Nie będziesz miał tak znów wiele obowiązków – ciągnął Weles, cedząc słowa. Jego głos zdawał się dobiegać z oddali. – Zwykle moje dzieci są grrzeczne. Czasem będziesz musiał doprowadzić do porrządku jakąś rrusałkę czy pogonić zmorrę. Nic, czego nie mógłbyś dokonać.

 Wciąż się wahałem.

 – I Jerzy będzie żywy? – upewniłem się.

 Weles skinął głową. Wyciągnął dłoń, w której trzymał zakrzywiony, ciemny sztylecik o wyprofilowanej rączce z czerwonego drewna. Ostrze było chropowate i matowe i coś mi przypominało.

 – To nóż bogów.

 Obejrzałem przedmiot na tyle uważnie, na ile umiałem. Palce Welesa nadal zaciskały się na rączce.

 – Och, to fulguryt. – Odetchnąłem z ulgą, rozpoznając coś ziemskiego. – Kamień powstający od uderzenia pioruna. Mój ojciec taki miał. Fulguryty działają na demony?

 – Tak, zabijają je – wycedził. – A prrzynajmniej większość z nich. Jest twój; wkrótce ci się prrzyda. Twoje pierrwsze zadanie będzie na ciebie czekać.

 – Jakie zadanie?

 – Zobaczysz. Odwróć się teraz, wytnę ci drobny symbol na plecach. Znak prrzysięgi.

 Spoglądając na niego podejrzliwie, spełniłem prośbę. Poczułem obsuszone, kościste palce na karku. Zamknąłem oczy. Spodziewałem się drobnego ukłucia, gdy coś z całej siły uderzyło w moje plecy, pozbawiając mnie równowagi.

 Przewróciłem się i zdążyłem jeszcze zobaczyć znikającego Welesa, nim zemdlałem.

 

 * * *

 

 Gdy się ocknąłem, panował półmrok. Najwyraźniej Weles, znikając, uprzejmie zgasił za sobą światło.

 Leżałem na podłodze, koło fotela. Szorstki dywan gryzł mnie w policzek. Rozchyliłem szerzej powieki. Gdzie ja… Ach! Plecy paliły mnie żywym ogniem.

 Coś kotłowało się w ciemności. W pierwszej chwili pomyślałem, że do środka jakimś cudem wpadł dzik czy wilczur, który teraz roznosił meble na kawałki. Łomotało tak, jakby trwało trzęsienie ziemi.

 Rozległ się brzdęk pękającego szkła.

 Jednocześnie drzwi otworzyły się, a do środka weszła mama, rozcierając zaspaną twarz. Nieświadoma niczego zapaliła światło i krzyknęła, widząc połamane na kawałki krzesła, które niszczył kryjący się za fotelem zwierz.

 Dostrzegłem leżący obok mnie fulguryt. Nim zdążyłem go złapać, stworzenie wyprostowało się i odwróciło w naszą stronę.

 – Jerzy! – pisnęła mama.

 To był Jerzy we własnej osobie, choć nieco zmienionej. Twarz miał wykrzywioną, niemal zdeformowaną, zęby tak długie, że wystawały mu spod warg. Oczy błyszczały czerwienią. Demon syknął na nasz widok i uciekł przez otwarte okno.

 Mama zaczęła krzyczeć.

 

 * * *

 

 Pierwszą osobą, która zauważyła mój nowy, wystający spod kołnierza tatuaż, była babcia. Świtało już. Matylda znów uspokajała mamę na górze, a ja poszedłem do kuchni, gdzie bulgotała już woda na herbatę.

 – Coś ty zrobił? – syknęła i przez chwilę wyglądała dokładnie tak samo jak mama, gdy ją czymś zdenerwuję. Cienkie, malowane czarną kredką brwi zmarszczyły się, a usta zacisnęły.

 – Nic nie zrobiłem, co miałem zrobić – zirytowałem się i próbowałem usiąść na krześle, ale szarpnięciem postawiła mnie na nogi. – Czepiasz się znowu.

 Mimo swojego metra pięćdziesięciu wzrostu nie była chucherkiem.

 Próbowała mnie obejść, ale odwracałem się ciągle przodem do niej, nie pozwalając jej spojrzeć na moje plecy.

 – Babcia, daj spokój. Muszę iść ratować Jerzego, pewnie mu tam zimno. A ty powinnaś sprawdzić, jak się czuje mama. Matylda może jej nie wystarczyć, była w ciężkim… – mówiłem tylko po to, by nie dać jej dojść do słowa.

 – Jerzy jest wąpierzem – przerwała mi – a ty… a ty sprzedałeś się diabłu!

 Przeżegnała się szybko. Wyciągnęła medalik z Matką Boską i pocałowała go, spoglądając na mnie badawczo.

 Jeśli oczekiwała, że zacznę pluć krwią czy uciekać przed krucyfiksem, to musiałem ją rozczarować.

 – Oj tam, zaraz diabłu. – Machnąłem ręką. – Co to wąpierz?

 Babcia pokręciła głową i podciągnęła wełniane skarpety, które zsuwały jej się z szerokich, zbitych w sobie łydek.

 – A skąd ja mam to wiedzieć, diabła idź pytaj, jakeś z nim taki kolega.

 Moja własna, rodzona babka była na mnie najwyraźniej w świecie obrażona. Patrzyłem w szoku, jak zalała herbatę w kubkach i usiadła pod oknem, odwrócona do mnie tyłem.

– Hm, to ja chyba pójdę i zobaczę, jak się czuje mama – powiedziałem po namyśle. Po drodze mógłbym wyskoczyć na balkon na małego dymka. Dawno mi się tak nie trzęsły ręce.

 Przystanąłem na chwilę w progu.

– A te wąpierze z bajek, babcia, to jak się je zabijało? – zagadnąłem.

 Kobieta spojrzała na mnie ze złością. Jej oczy zdawały się ciskać w moją stronę gromy.

– Trzeba było je spalić. Ale nawet tego nie próbuj, to nie robota dla dzieci. Księdza wezwiemy, niech no tylko się pogoda poprawi.

 

 * * *

 

 Po drodze na piętro zajrzałem do łazienki i sprawdziłem w lustrze, co mam na karku. O mały włos nie wrzasnąłem. Nic dziwnego, że babcia była przerażona.

 Ściągnąłem koszulkę i przyjrzałem się plecom jeszcze raz. Były pokryte gęstą siecią cienkich, jasnoniebieskich linii, które układały się w niewielkie, ale pełne detali koła i półokręgi. Wzory pokrywały całe plecy i docierały aż na szyję.

 – Drobny symbol – mruknąłem z przekąsem. – A jednak masz poczucie humoru, Welesie.

 

 * * *

 

 Mama czuła się znakomicie. Śmiała się, siedząc na łóżku i przeglądając stare zdjęcia, gdy wszedłem do pokoju. Matylda układała ubrania w szafie. Na mój widok przerwała i podeszła do mnie.

 – Martwię się o nią – szepnęła. – Zrób coś.

 – Ty jesteś od gadania – powiedziałem stanowczo. – Ja pójdę go poszukać.

 Mama podeszła do okna i wyglądała przez nie, jakby spodziewając się, że Jerzy lada chwila wróci do domu. Nie wiem, czy wyparła z pamięci jego paskudną, zdecydowanie nieżywą twarz i zwierzęcą sylwetkę, czy też nie miało to dla niej żadnego znaczenia.

 – Nie boisz się? – szepnęła Matylda. – Mama mówiła…

 – Już prawie jest jasno. Nic mi się nie stanie.

 – Och, jest! Tam jest! – zawołała mama.

 Podbiegliśmy do okna. Ciemna sylwetka ślizgała się na zaspach.

 Tej nocy mróz chwycił bardziej niż poprzednio, mrożąc zwały śniegu na kamień.

 – Lecę. Pilnuj mamy – powiedziałem do Matyldy na odchodne.

 Ubrałem się ciepło i wsadziłem fulguryt do kieszeni kurtki.

 Nim jednak zdążyłem dobiec do miejsca, które widzieliśmy z okna, potwór uciekł. Stanąłem w miejscu i zacząłem rozglądać się po okolicy. Gdzie bym okiem nie sięgnął, wszędzie otaczały mnie pola. Z tego miejsca nie widziałem żadnych zabudowań poza domem babci. Krążyłem chwilę bez celu, aż ujrzałem ślady butów na śniegu.

 Ruszyłem. Moje buty, niskie, modne kozaki, odpowiednie na zimę w Olsztynie, nie radziły sobie teraz. Śnieg wślizgiwał mi się do środka i topił na odsłoniętej skórze.

 Biegłem za nim tak długo, aż zorientowałem się, że wyprowadził mnie w pole, z dala nie tylko od domu, ale i wszelkiej cywilizacji. Nie było to trudne w wiosce takiej jak Brzózka.

 Rozejrzałem się. Zbliżałem się do skraju lasu, a poza drzewami otaczała mnie pustka.

 Coś skoczyło mi na plecy. Zdążyłem tylko poczuć ciężar, nim zaryłem brzuchem w ziemię. Na szczęście nie nawiało tu tyle śniegu, ile na otwartym polu, bo inaczej udusiłbym się już pewnie pod zaspami.

 Ktoś siedział na moich plecach i próbował, zdaje się, skręcić mi kark.

 Wyciągnąłem fulguryt i drasnąłem go w nogę. Dojrzałem spodnie od piżamy Jerzego. Teraz już bez wahania wbiłem mu sztylet w miejsce pod kolanem.

 Poderwał się z krzykiem. Odszedł na kilka kroków i znów przymierzył się do ataku. Wyglądał okropnie. Nigdy nie był zbyt wysoki, ale teraz skarlał. Plecy miał zgarbione jak u dzika, który cudem stanął na dwóch nogach. Na dłoniach i karku widziałem kępki ciemnego owłosienia. No i twarz, bo twarz wyglądała najgorzej – czerwone, zwierzęce ślepia śledziły każdy mój ruch.

 Zacisnąłem dłoń na sztylecie.

 Spodziewałem się, że lada moment naskoczy na mnie, ale coś zaszeleściło i obaj spojrzeliśmy w tamtym kierunku. Zza zaspy wynurzyła się drobna postać, w której pod warstwami kurtek i szalików rozpoznałem mamę.

 – Kochanie! – zawołała, wcale nie patrząc na mnie.

 Dzięki, mamo.

 Podleciała do Jerzego, nim zdążyłem wbiec między nich.

 Wąpierz natychmiast pochwycił mamę w łapy i zacisnął pazury na twarzy. Trzymając tylko jedną rękę na jej brodzie, był w stanie unieść jej ciało na taką wysokość, by nogi dyndały w powietrzu.

 Zatrzymałem się.

 – Nie rób jej krzywdy – powiedziałem.

 – Kochanie, nie poznajesz mnie? – nawijała tymczasem moja mama, najwyraźniej wcale nie przestraszona. Szkoda, bo ja bałem się jak wszyscy diabli. – To ja, Madziunia. Jak się czujesz, Jureczku? Odezwij się do mnie, powiedz coś.

 Jerzy patrzył bez słowa, przyglądając się jej jak egzotycznemu okazowi. Choć w ciemnych oczach nie było cienia zrozumienia, mama mogła uznać to za rozpoznanie.

 – Proszę, nie rób jej krzywdy – powiedziałem delikatnie.

 Wąpierz zerknął na mnie. Wreszcie szybkim ruchem przejechał pazurem po odsłoniętym fragmencie szyi mamy i odrzucił ją na ziemię jak lalkę. Śnieg, w który zapadła się z krzykiem, oblał się czerwienią.

 Tymczasem Jerzy pochylił się do skoku i nim zdążyłem zareagować, rzucił się na mnie.

 Śnieg był tu głębszy i gdy Jerzy naparł na mnie swoim ciężarem, zapadłem się w zaspę. Unieruchomił mój nadgarstek i próbował wytrącić fulguryt, ale zaciskałem palce tak mocno, że z początku nie mógł nic zrobić. Dopiero po chwili poharatał mi palce na tyle, że wypuściłem sztylet, który upadł w śnieg niedaleko nas.

 Udało mi się zrzucić Jerzego z siebie i usiąść na nim okrakiem.

 Potwór wił się pode mną, próbując zrzucić ciężar. Z trudem utrzymywałem jego dłonie. Zerknąłem w panice na sztylet, który leżał poza zasięgiem naszych rąk.

 Ale dostrzegłem coś nieco bliżej – kamień. Zwykły kamień wielkości pięści. Złapałem go i bez wahania opuściłem dłoń na głowę Jerzego.

 Kość pękła z nieprzyjemnym trzaskiem, po którym nastąpiło ciche chlupnięcie. Uniosłem dłoń i opuściłem. I jeszcze raz, i trzeci.

 I kolejny, na wszelki wypadek. Ostatni cios wszedł już miękko w galaretowatą tkankę mózgu, która oblepiła moje palce.

 Czekałem na choćby jedno drgnięcie, które powie mi, że Jerzy jeszcze żyje. Gdzieś z oddali dobiegał mnie krzyk. Mama. Uniosłem wzrok. Siedziała na śniegu, przyciskając szalik do szyi.

 Ześlizgnąłem się z ciała ojczyma i sięgnąłem po fulguryt. Pomny tych wszystkich filmów o wampirach, jakie oglądałem, wbiłem mu sztylet w serce.

 No, przynajmniej próbowałem.

 Okazało się, że to nie taka prosta sprawa. Dopiero za którymś razem udało mi się ominąć żebra i przebić dalej, ale tak szczerze to nie miałem pojęcia, czy ostrze choćby drasnęło miejsce, w które celowałem.

 Dopiero, gdy wyciągnąłem nóż i wytarłem z go z czarnej mazi w jasnoniebieską piżamkę Jerzego, zacząłem się bać.

 

 * * *

 

 Mama miała się dobrze. Jedyne co jej dolegało, to chrypka od krzyku. Nadal popiskiwała, patrząc na Jerzego, ale nie zbliżała się już do niego.

 Znalazła nas Matylda, zasapana od długiego biegu. Wystarczył jej krótki rzut oka na ciało Jerzego. Odwróciła wzrok.

 Podszedłem do mamy, która wtuliła się we mnie jak dziecko. Spróbowałem, nie odsuwając jej od siebie, sprawdzić stan szyi. Okazało się, że szaliki i wysoki golf faktycznie uratowały jej życie. Zadraśnięcie było płytkie i krew zdążyła już zakrzepnąć.

 Ależ mieliśmy wszyscy szczęście.

 – Matylda, weźmiesz mamę? A ja… zajmę się Jerzym.

 Kobiety wtuliły się w siebie. Matylda patrzyła na mnie badawczo, nadal omijając wzrokiem ciało ojca.

 – Co z nim zrobisz?

 – Jeszcze nie wiem – skłamałem.

 

 * * *

 

 Tego dnia babcia przygotowała dla nas porządny obiad. Był kurczak, pełna kolekcja słoików z przetworami i ciasto na deser.

 Kończyłem właśnie drugą porcję, gdy zauważyłem, że poza mną mało kto coś jadł. Matylda i mama skubały tylko ziemniaki, a góra jedzenia na ich talerzach nie zmalała przez ostatnie pół godziny.

Jerzego wyniosłem w pole i spaliłem jego ciało, tak jak mówiła babcia. Okazało się, że spalenie zwłok nie jest wcale takie proste – musiałem zalać Jerzego benzyną, nim zajął się ogniem, a i tak nie zrobił tego jakoś szczególnie entuzjastycznie.

 – Komu jeszcze grzybków? – Babcia nie mogła usiedzieć w ciszy.

 Mama uśmiechnęła się blado, ale nic nie powiedziała. Matylda nie podnosiła wzroku znad talerza.

 Wziąłem półmisek od babci.

 – Gdy zaczną pytać, powiemy im, że ktoś ukradł ciało – powiedziałem, nakładając sobie na talerz grzyby w occie. – Dzwoniłem już na policję, zostali powiadomieni.

 Mama patrzyła na mnie bez słowa. Wreszcie uśmiechnęła się i ścisnęła moją rękę.

 – Co za historia – westchnęła, jakby nie słysząc moich słów.

 Zastanawiałem się chwilę, czy powinienem nalegać, by potwierdziła przyjęcie kłamstwa do wiadomości, ale odpuściłem. Mama była w takim stanie, że nikt, nawet stary Leńkowski z komisariatu w Brzózce, nie oczekiwałby od niej logiki i rozumu.

 – Komu herbaty? – Babcia podniosła się i przechodząc za moimi plecami, delikatnie odchyliła mi kołnierzyk.

 – Ej! – zawołałem, kładąc rękę na karku.

 Na próżno. Po jej minie szło poznać, że zdążyła dostrzec, że błękitne tatuaże nie zniknęły.

 – Wituś, chodź, pozmywasz.

 Poszedłem do kuchni, zabierając po drodze puste naczynia.

 Wszystko było lepsze niż przyglądanie się mamie patrzącej w ścianę przed sobą i chlipiącej w talerz.

 – Ja już wiem, ja to wszystko źle wymyśliłem – przyznałem się babci, wkładając brudne naczynia do zlewu. – Myślałem, że powrót Jerzego sprawi, że mama będzie szczęśliwa, ale to nieprawda, co nie?

 Babcia zacmokała.

 – Niby taki mądry chłopak, a taki czasem głupi! – Zerknęła na moje plecy. – Tak, masz rację. Mama pewnego dnia znów będzie szczęśliwa, wystarczy, że będzie miała nas przy sobie.

 Babcia wróciła do pokoju, a ja wyszedłem na werandę zapalić.

 Mróz puścił i zaspy traciły na objętości. Za kilka dni znajdą ciało Jerzego, potwornie okaleczone i spalone. Czy policjanci uwierzą, że ktoś je ukradł? Chyba tak. Babcia znała przecież ich od dziecka.

 – Dobrrze się spisałeś – syknął ktoś obok mnie. Podskoczyłem. Zerknąłem w stronę zaciemnionego kąta.

 – Weles – mruknąłem. – Fajkę?

 Bóg zakołysał wielką głową. Milczenie uznałem za odmowę.

 Ciekawe. Jako nieśmiertelny bóg nie musiał chyba odmawiać sobie przyjemności.

 – Więc to było moje zadanie? – spytałem, chowając paczkę do kieszeni. – Zabić demona, którego stworzyłeś na moje własne życzenie?

 – Tak.

 Milczałem.

 – I pewnie nie możesz teraz zwolnić mnie z przysięgi? – spytałem.

 – Wkrótce czeka cię oczekiwać kolejne zadanie – powiedział Weles, kompletnie mnie olewając. – Utopce podnossszą bunt przeciwko mojemu zwierzchnictwu. Będziessssz musiał ich uspokoić.

 – Utopce? Jakie utopce, topielcy z jeziora?

 Weles najwyraźniej uznał, że nie będzie odpowiadać na głupie pytania. Skłonił się i może mi się wydawało, ale zaczął stapiać się z cieniami w kącie werandy.

 – Poczekaj! Chcę się jeszcze tyle dowiedzieć. Czemu wybrałeś mnie?

 – Bezz powodu – Weles syknął powoli, jakby pytanie obrażało jego intelekt. – Nie jesteś jedyny. Mam na ziemi wielu takich jak ty.

 Zniknął, a ja dopaliłem w ciszy papierosa. Niewielki nóż ciążył mi w kieszeni.

Trzeba pomyśleć, jak mam się z tego całego zamieszania wykręcić.

Ale w międzyczasie, postanowiłem, poszukam tego starego fulgurytu, który leżał gdzieś w pudłach z rzeczami taty.

 Mógłbym nosić go w bucie, jak rewolwerowiec na Dzikim Zachodzie.

Koniec

Komentarze

I czy może mi ktoś podpowiedzieć, jak powiększyć ten obrazek u góry?

Normalnie klikasz w obrazek i go rozciągasz, ale zauważyłam, że na niektórych komputerach nie chce to działać, np. u moich rodziców.

Tekst wrzucam do kolejki, bo łał, opublikowałaś coś :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wydaje mi się, że rozmiar ilustracji jest taki, jaki powinien być. Wypośrodkowałbym jednak gwiazdki.

Początek trochę się ciągnie.

Pozdrówka.

Drakaino,

Nor­mal­nie kli­kasz w ob­ra­zek i go roz­cią­gasz, ale za­uwa­ży­łam, że na nie­któ­rych kom­pu­te­rach nie chce to dzia­łać, np. u moich ro­dzi­ców.

Nic mi się nie daje rozciągnąć :<

Tekst wrzu­cam do ko­lej­ki, bo łał, opu­bli­ko­wa­łaś coś :)

XD

Przysięgam, że planowałam coś wrzucić od jakichś osiemnastu miesięcy!

 

 

Roger,

Poprawiłam gwiazdki, dzięki.

 

Dusza Jerrzego należy do mnie; A co to za śmiertelnik waży się zabierać Welesowi dusszę?; Potrrrzebuję opiekuna; doprowadzić do porrządku; prrzyda; prrzysięgi; Będziessssz musiał ich uspokoić; i tak dalej.

Dziwnie ten Weles sepleni. Przeczytaj (a właściwie prrzeczytaj) to sobie, Kam, tak jak to zapisałaś i powiedz, czy wszystko się zgadza. ;)

 

Babcia za fajna na kółko różańcowe. :)

 

Całkiem fajny rozrywkowy tekst. Humor mi odpowiada, bohaterowie udani. Wiadomo, nowych światów nie odkrywasz, ale też nie o to tu chodzi. Jeśli chciałaś napisać rozrywkowy tekst, który dobrze się czyta – to zdecydowanie Ci wyszło. :)

Dziwnie ten Weles sepleni. Przeczytaj (a właściwie prrzeczytaj) to sobie, Kam, tak jak to zapisałaś i powiedz, czy wszystko się zgadza. ;)

Tak, jeszcze nad tym pracuję, bo wiem jaki efekt dźwiękowy próbuję osiągnąć, ale nie wiem, jak go zapisać. Jak kiedyś wyjdzie ekranizacja, to pokażę :P

 

Dziękuję ślicznie! Tak, chciałam, żeby było miło i prosto. Uśmiechnięty czytelnik to cel całej mojej pisaniny ;) Dzięki za klika i za to, że tu dotarłaś! <3

Przeczytałem i bardzo mi się podobało :) Już pierwsze zdanie przykuło mnie do monitora, a potem też było fajnie. W przeciwieństwie do Welesa mi zdarzyło się kilka razy uśmiechnąć. Humor zdecydowanie do mnie trafił. Czytało się świetnie. 

Super tekst :) 

Skądś znam ten tekst… ;-)

Wąpierz standardowy, ale jego powstanie już mniej i to ładnie przełamuje schematy.

Lekki, sympatyczny tekścik. No i dowiedziałam się, co to fulguryt, więc korzyści edukacyjne dochodzą.

Babska logika rządzi!

Dziękuję wam obojgu ślicznie, Leniwcu i Finklo! To czysta przyjemność czytać takie komentarze (:

Kilka drobnostek na początek:

 Moja własna, rodzona babka (-,) była na mnie najwyraźniej w świecie obrażona.

Odszedł na kilka kroków i znów przy-mierzył się do ataku.

 Wąpierz zerknął na mnie. Wreszcie szybkim ruchem przejechał pazurem po odsłoniętym fragmencie szyi i odrzucił na ziemię jak lalkę.

Kogo odrzucił, mnie czy mamę? Z szyku wynika, że mnie. Z kontekstu, że mamę.

Unieruchomił mój nadgarstek i próbował wy-trącić fulguryt,

wypuściłem sztylet, który upadł w śnieg niedaleko nas.

 Udało mi się zrzucić Jerzego z siebie i usiąść na nim okrakiem.

 Potwór wił się pode mną, próbując zrzucić ciężar. Z trudem utrzymywałem jego dłonie. Zerknąłem w panice na sztylet, który leżał poza zasięgiem naszych rąk.

 Ale dostrzegłem coś nieco bliżej – kamień. Zwykły kamień wielkości pięści. Złapałem go i bez wahania opuściłem dłoń na głowę Jerzego.

 Kość pękła z nieprzyjemnym trzaskiem, po którym nastąpiło ciche chlupnięcie. Uniosłem dłoń i opuściłem. I jeszcze raz, i trzeci.

Ten fragment mógłby być nieco lepszy.

 

Patrząc na tagi, wyobrażałem sobie, że zabierzesz mnie w średniowiecze, a tymczasem dostałem współczesną mazurską wieś. Było na początku nieco obyczajówki, później śmierć i babcia czuwająca nad nieboszczykiem przy otwartym oknie. Niedawno miałem okazję być na wykładzie o wierzeniach dawnych Słowian i to co napisałaś było bardzo spójne z tym, co wygłaszał prelegent o dawnych zwyczajach pogrzebowych. 

Do czasu aż przyszedł Weles.

Jestem ciekaw, czy to Twoja wizja Welesa, czy też opierałaś się na jakimś źródle?

Przyznam się, że Twój Weles nie pasował do moich o nim wyobrażeń.

Raz, dlaczego on, bóg, miałby się sam po dusze fatygować aż na Ziemię? Dwa, jeżeli już miał dusze przeprowadzać do Nawii, to czy nie powinien przybrać formy Żmija? Trzy, skąd ta dziwna postać? Nie przypomina byka, ani żmija, ani Trzygłowa, czyli żadnej z postaci o jakiej wspomina mitologia. 

Nie przypimina z wygądu nawet diabła, jak go próbowano opisywac już za czasów chrześcijańskich, choć akurat w zachowaniu szatańskiego sprytu mu nie pożałowałaś.

Motywacja Welesa również mnie nie przekonała. Po co ta cała szopka z ożywianiem Jerzego, by chwile potem znów go uśmiercić? Rozumiem, że chodziło mu o “cyrograf”. Odniosłem jednak wrażenie, że troszkę wymysliłaś to na siłę, by mieć na czym oprzeć fabułę. 

Jak już jestem przy narzekaniu, to troszkę poskarżę się na scenę z zabiciem wąpierza. Widać, że się starałaś, próbowałaś nadać jej dynamiki i dramaturgii, ale przeszedem obok tej sceny obojętnie. Nie wzbudziła we mnie emocji. Wydawało mi się od początku, że tak właśnie się skończy.

 

Teraz nieco pochwał. Obyczajowa część dobra. Postać babci bardzo dobra. Relacja babcia wnuk chyba podobała mi się z tego najbardziej. Babcia wydawała się znać tajemnice i byłem ciekaw jej tajemnic. 

Zima ładnie wyszła, realia wsi na końcu świata też wiarygodne.

Warsztatowo jest dobrze. Dopracowałaś tekst, nie było większych baboli, choć zdarzały się zdania, gdzie coś mi nie grało, ale to zwykle było na pograniczu poprawności. Niby nie można się do niczego przyczepić, ale jednak płynność lektury się wytraca.

 

Mam wrażenie, że nieco nadużywasz słowa “który”.

 

Podsumowując, odczucia mam mieszane. Są tu mocne strony, ale też i pewnien niedosyt. 

Klikam bibliotekę. 

Cześć, chroscisko!

 

Niedawno miałem okazję być na wykładzie o wierzeniach dawnych Słowian i to co napisałaś było bardzo spójne z tym, co wygłaszał prelegent o dawnych zwyczajach pogrzebowych. 

Lepiej, żeby było, bo mnie moi właśni wykładowcy znajdą i zatłuką ;)

 

Jestem ciekaw, czy to Twoja wizja Welesa, czy też opierałaś się na jakimś źródle?

Moja. Zaczytuję się słowiańszczyzną od dobrych paru lat i niestety nie tylko ja, bo na fali popularności w Polsce namnożyło się tego okropnie ostatnimi czasy i większość tych historii to oklepane kopiuj-wklej. Potraktowałam mity jako trampolinę do stworzenia czegoś nowego (choć w założeniach zgodnego z mitologią).

 

Raz, dlaczego on, bóg, miałby się sam po dusze fatygować aż na Ziemię?

Ta nielogiczność jest zamierzona i wyjaśniona w książkach. W skrócie, bo nie będę ciebie, dorosłego faceta zmuszać do zaglądania do książek dla dzieci – Witek był na tyle wyjątkowy, że Weles potrzebował podpisać z nim cyrograf, by wykorzystać chłopaka później (a wyjątkowości można, mam nadzieję, domyślić się z opowiadania – ojciec Witka też był opiekunem).

Ale to bardzo zabawne, bo dokładnie to samo pytanie co ty zadaje bohaterka mojej książki :D

 

Motywacja Welesa również mnie nie przekonała. Po co ta cała szopka z ożywianiem Jerzego, by chwile potem znów go uśmiercić? Rozumiem, że chodziło mu o “cyrograf”. Odniosłem jednak wrażenie, że troszkę wymysliłaś to na siłę, by mieć na czym oprzeć fabułę. 

Zgadza się! Choć nie było to na siłę, przynajmniej nie w mojej głowie. Weles potrzebował zawszeć umowę z Witkiem, więc wykorzystał okazję.

 

Jak już jestem przy narzekaniu, to troszkę poskarżę się na scenę z zabiciem wąpierza.

Sceny akcji są straszne, przerażają mnie bardziej niż moich bohaterów i chyba nigdy się ich nie nauczę :<

 

Podsumowując, odczucia mam mieszane. Są tu mocne strony, ale też i pewnien niedosyt. 

Słuchaj, jak narzekasz na niedosyt, to ja mogę ci zaoferować historyjkę objętości 400 tys. na temat Witka, a jak ci będzie mało, to jeszcze drugie tyle ;) ;) ;)

 

 

Dziękuję za przeczytanie! Poprawki naniosłam, komplementy schowałam do serduszka na czarną godzinę. Trzymaj się cieplutko <3

400 tys? Nie rzucaj słów na wiatr. Tym bardziej, że ja mam swoje 370 tys. o tematyce podobnej…choć zdecydowanie już nie dla dzieci. ;) Jakby co to pisz na prv.

Powiem Ci, że ten Witek w ogóle mi nie pasuje do tego Witka, którego znam z przygód Ted. Może się zmienił przez ten czas, kiedy był opiekunem? Tak czy owak odbieram ich jako dwóch zupełnie różnych ludzi.

Czytało mi się lekko, jednak mimo przyjętej przez Ciebie konwencji wydaje mi się, że to wszystko jest właśnie za lekkie. Witek w ogóle niczemu się nie dziwi, na wszystko się godzi, wszystko przyjmuje jako oczywiste, żadnych refleksji. W ogóle on nie przejawia żadnych uczuć – ani się nie przejął śmiercią ojczyma, ani nie przestraszył Welesa i wąpierza, ani nie widać w nim emocji w scenie “z akcją”. Nawet jak myśli o mamie, to jakby tak mimochodem, bo tak wypada, a nie dlatego, że mu naprawdę zależy na jej samopoczuciu. Tak miało być? Bo wiesz, to czyni go bardzo dziwnym i trudnym do polubienia.

 

“Mogłem zostać aż do sylwestra, bo ten obiecałem spędzić z dziewczyną w akademiku.” – Sylwestra wielką.

 

“A kiedy kaprys pogody sprawił, że jedna noc była ciepła, odwilżowa i dżdżysta, więc powracający mróz zamienił wierzchnią warstwę wilgotnego śniegu w twardą jak beton skorupę, załamaliśmy się.” – Przez “więc” to zdanie jest mocno zakręcone. Chyba dopiero za trzecim razem doszukałam się w nim sensu.

 

“– W czwartek rano zadzwonimy po pomoc drogową, żeby nas odkopali, i po południu pojedziemy do domu[-.]Wwymyślił Jerzy, a mama się zgodziła.”

 

“Muszę przestać marnować moje błyskotliwe uwagi na kogoś, kto nie ma za grosz poczucia humoru. – Tu nie ma żadnych demonów.”

Jeśli “Tu nie ma żadnych demonów” to kwestia mówiona, to powinna znaleźć się w nowym wierszu.

 

“Patykowata postać mignęła mi przed oczami i zniknęła.

 Zdążyłem się nawet zdziwić, i dopiero po chwili poczułem, że stoi za mną.

 Weles położył mi dłoń na czole. Nie wiem, co zrobił, ale wzrok mi się rozmazał…”

 

“ – Nie będziesz miał tak znów wiele obowiązków – ciągnął Weles powoli, cedząc słowa. Jego głos zdawał się dobiegać z oddali.

 – Zwykle moje dzieci są grrzeczne. Czasem będziesz musiał doprowadzić do porrządku jakąś rrusałkę czy pogonić zmorrę. Nic, czego nie mógłbyś dokonać.”

A tu czemu słowa jednej postaci są od dwóch półpauz?

 

“Zamiast drobnego ukłucia coś z całej siły uderzyło w moje plecy, aż straciłem równowagę.” – To jest niegramatyczne.

 

“W pierwszej chwili pomyślałem, że do środka jakimś cudem wpadł jakiś dzik czy wilczur…”

 

“Świtało już. Matylda znów uspokajała mamę na górze, a ja poszedłem do kuchni, gdzie bulgotała już woda na herbatę.

 

„Cienkie, malowane czarną kredką brwi zmarszczyły się…” – Zdecydowanie nie jest to coś, na co zwróciłby uwagę mężczyzna…

 

“ – Oj tam, zaraz diabłu[+.]mMachnąłem ręką.”

 

“ Po drodze na piętro zajrzałem do łazienki i sprawdziłem w lustrze, co mam na plecach. O mały włos nie wrzasnąłem. Nic dziwnego, że babcia była przerażona.

 Ściągnąłem koszulkę i przyjrzałem się plecom jeszcze raz. Były pokryte gęstą siecią cienkich, jasnoniebieskich linii, które układały się w niewielkie, ale pełne detali koła i półokręgi. Wzory pokrywały całe plecy i docierały aż na szyję.”

 

“Zdążyłem tylko poczuć ciężar, nim zaryłem brzuchem w ziemię.” – A czy w tej sytuacji bardziej nie doskwierało mu, że zarył w śnieg twarzą?

 

“Odszedł na kilka kroków i znów przy-mierzył się do ataku.” – przymierzył

 

“Zza zaspy wynurzyła się drobna postać, w której pod warstwami kurtek i szalików rozpoznałem mamę.” – Serio miała na sobie więcej niż jedną kurtkę?

 

“Wąpierz zerknął na mnie. Wreszcie szybkim ruchem przejechał pazurem po odsłoniętym fragmencie szyi i odrzucił na ziemię jak lalkę. Śnieg, w który zapadła się z krzykiem, oblał się czerwienią.” – Zaznaczone zdanie jest bez sensu, brzmi tak, jakby wąpierz przejechał pazurem po własnej szyi. I co odrzucił? Czemu nie ma tu żadnych dookreśleń i zaimków?

 

“…zapadłem się w zaspie.” – Raczej w co – zaspę?

 

“Unieruchomił mój nadgarstek i próbował wy-trącić fulguryt” – wytrącić

 

“Z trudem utrzymywałem jego dłonie. Zerknąłem w panice na sztylet, który leżał poza zasięgiem naszych rąk.

 Ale dostrzegłem coś nieco bliżej – kamień. Zwykły kamień wielkości pięści. Złapałem go i bez wahania opuściłem dłoń na głowę Jerzego.

 Kość pękła z nieprzyjemnym trzaskiem, po którym nastąpiło ciche chlupnięcie. Uniosłem dłoń i opuściłem. I jeszcze raz, i trzeci.”

 

“Dopiero za którymś razem udało mi się ominąć żebra i przebić dalej, ale no tak szczerze to nie miałem pojęcia, czy ostrze choćby drasnęło żądany organ.” – “ale no tak” bardzo niezręczne (w ogóle to “no” wydaje się zbędne).

 

“ Dopiero, gdy wyciągnąłem nóż i wytarłem z go z czarnej mazi w jasnoniebieską piżamkę Jerzego, w mojej głowie pojawił się strach.” – Piżamkę? I narratorem jest dorosły mężczyzna?

 

“Okazało się, że szaliki i wysoki golf faktycznie uratowały jej życie.” – A pisałaś, że została draśnięta w odsłonięty fragment szyi.

 

“Matylda patrzyła na mnie badawczo, nadal omijając wzrokiem ciało ojca.” – Tu zwątpiłam. Jerzy dla Witka jest ojczymem, a dla Matyldy ojcem?

 

“Kończyłem właśnie drugą porcję, gdy zauważyłem, że poza mną mało kto coś jadł. Matylda i mama skubały tylko ziemniaki, a góra jedzenia na ich talerzu nie zmalała przez ostatnie pół godziny. Jerzego wyniosłem w pole i spaliłem jego ciało, tak jak mówiła babcia.” – To zdanie o Jerzym jest totalnie, za przeproszeniem, z dupy, niezwiązane z obiadem. Powinno być od nowego akapitu.

 

“Po jej minie szło poznać, że zdążyła dostrzec. że błękitne tatuaże nie zniknęły.” – przecinek zamiast kropki?

 

Zgadzam się z Chrościskiem, że wątek z przemianą Jerzego tylko po to, by go zaraz zabić wydaje się skonstruowany nieco na siłę. I tak – czytałam opko które przesłałaś Smoko, czytałam powieść i, w porównaniu, ten tekst wypada blado. Wygląda na to, że o wiele lepiej się czujesz opisując wydarzenia z perspektywy Ted niż Witka. Witek jako narrator kompletnie mnie nie przekonał ;(

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Gratuluję publikacji tekstu :) Gratuluję tez odwagi. Publikowanie tutaj opowiadania już publikowanego, to coś na co się nie odważę. No może przynajmniej w stosunku, do tych opowiadań, do których chciałbym zachować ciepłe uczucie w serduszku, że to wielkie i nieskazitelne DZIEŁO. Świadomość, że rzeczowa krytyka ludzi, którzy znają się na robocie, podkopie moją ciężko wypracowaną iluzję wielkości za bardzo przeraża… ;)

 

Co do Twojego tekstu to dobrze, że jest dobrze, ale…

Tekst ma swoje mocne punkty i widać tu świadome operowanie zwrotami akcji dla spotęgowania efektu, włącznie z finałowym – „jaki tatuś, taki synek”. Również przyjęty model narracji dopełnia obraz opowiadania, jako produktu rozrywkowego, lekkiego, takiego, które czyta się od „strzała”, nie pozwalając czytelnikowi na zbędne rozmyślania nad tym, co tak naprawdę się w tym opowiadaniu dzieje. A dzieje się niewiele (niestety nie jestem podatny na tę całą mitologię słowiańską i klimat pierwotności mazur włącznie;) ). Mimo tej całej sztampy i liniowości fabuły dalej kupiłbym tekst bez zająknięcia, tyle tylko, że główny bohater mi nie pozwolił…

Było to już wypominane, ale powtórzę – pozwalając bohaterowi oceniać swoje postępowanie jako naiwne, autor nie otrzymuje namaszczenia do mało przekonywujących decyzji, jakie protoplasta popełnia. To niestety tak nie działa. Tutaj mam na myśli m.in. kwestię tzw. umowy z diabłem. Koleś ewidentnie nie okazuje właściwych emocji w związku ze stanem matki po śmierci ojczyma(to jak myśli, to jak reaguje, to co mówi nie nosi odpowiedniej dawki współczucia, żalu i tego wszystkiego, co każe w obronie dobra bliskich ruszyć w podróż do piekła), a decyduje się wpakować w kłopoty, które wypisano czerwonymi literami, tuż nad głową diabła/bożka/boga… No właśnie. Motywacja działania musi byś solidna, albo jeżeli jest wątpliwa do przyjęcia, to tak poprowadzona/naznaczona, aby czytelnik ostatecznie ją zaakceptował ;)

Innymi słowy, Kam, jest dobrze, ale…  mogło być lepiej. Chociaż przy tej kompozycji opowiadania – tego wokół czego oscyluje fabuła,  nie jestem w stanie powiedzieć, co można było zrobić, aby owo “lepiej” uzyskać bez kompletnego przemodelowania bohatera :)

Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny

Ciekawa, trzymająca w napięciu historia. Przeczytałam z zainteresowaniem. Podobał mi się pomysł z Welesem, ale najbardziej ujęły mnie zmiany klimatu opowiadania: od obyczajowych fragmentów do horroru. Postać babci też wyszła dość interesująco i realnie.

Sympatyczna historia, choć, podobnie jak poprzednikom, bardzo mocno zgrzytał mi główny bohater. Jest taki… beznamiętny. Rozumiem, że mógł nie darzyć wielką miłością ojczyma, ale po pierwsze nie tłumaczysz, dlaczego tak było, po drugie powinien się chyba trochę przejąć jego śmiercią, nawet jeśli go nie lubił. Potem objawia się Witkowi Weles, a on od razu zakłada, że to sen. Mnie osobiście by trochę przejął realizm majaku. No chyba, że te wypalane przez Witka papierosy nie były całkiem normalne i spodziewał się takich wizji ;)

A już sceny po transformacji Jerzego można wyjaśnić chyba tylko kompletnym brakiem uczuć Witka, albo tym, że miał już w przeszłości równie ciężkie przejścia. Opis wbicia sztyletu w serce i spalenia ciała jest telegraficzny, jedyne problemy, o jakich informuje narrator są czysto techniczne. A finalnie jedynym odczuciem Witka jest strach i konieczność zatuszowania całej hecy przed władzami. Normalnie jakbym czytał wyznania jakiegoś mordercy (choć w sumie nie wiem, czy można tak nazwać likwidatora nieumarłych… Postmordercy? ;)).

Weles też mi do końca nie zagrał. Wiem, że w mitologii słowiańskiej jest spora dowolność i również sam mroczny bóg magii gdzie indziej był czczony jako opiekun bydła, tutaj jednak nie przypomina boga, tylko jakieś pospolite licho rządzące tym regionem. Chyba, że jest to istotnie zwykłe licho, które w myśl zasady "licho na zagrodzie równe wojewodzie", postanowiło imię tego wojewody przyjąć. Podejrzewam jednak, że taka interpretacja nie schodzi się z zamysłem Autorki.

Reasumując, miły tekst z ładnym klimatem, ale jednak mankamenty nie pozwalają się nim cieszyć w pełni.

Gratuluję publikacji. Lekka konwencja nieco humorystycznej opowiastki z pogranicza fantasy i horroru paranormalnego na wesoło. Fantasy nawiązującej do słowiańszczyzny i w klimatach mazurskiej (za to plus), wiejskiej urban fantasy. Jeśli ten wywód ma sens…

Przy tym należy zauważyć, że elementy horrorowate są dosyć brutalne i okrutne. Dlatego dostrzegam lekki rozdźwięk między luzacką narracją, prostą i zarazem nieco zakręconą (ma to sens?) fabułą, uproszczoną psychologią postaci, a tymi krwistymi fragmentami.

Wszystko to nie przeszkadzało mi jednak w lekturze. Taka konwencja, taka narracja, takie zdarzenie gatunków z przymrużeniem oka – pomyślałem i z takim nastawieniem bawiłem się dosyć dobrze podczas czytania.

Wszystko wyszło tu nieco odrealnione i jak mniemam, jest to niejaki prolog do dalszych przygód bohatera, który prezentuje wydarzenia prowadzące do zwerbowania go przez Welesa (jakoś tak dziwnie wampira przypominającego). Rozumiem, że Witek, to taki swojski Constantine, mazurski Dylan Dog, czy może – ze względu na młodego bohatera – Buffy w spodniach. Albo nawet słowiański i młodzieżowy Cień z "Amerykańskich bogów", tylko potraktowany znacznie mniej serio.

Pomysł na pierwsze zadanie od bożka, przewrotny i wredny, całkiem dobry moim zdaniem. Mógłbym się czepiać, że Witek zbyt spokojnie podszedł do tego, jak został wyrolowany przez Welesa, ale potraktowałem to z takim samym dystansem jak jego (i reszty rodziny) podejście do śmierci i ożywienia ojczyma, czy innych paranormalnych i dziwacznych wydarzeń. Taka konwencja widać. Inna sprawa, że najdramatyczniejsze wydarzenia dzieją się jakby za szybko i troszkę chaotycznie. Nawet lekko się pogubiłem w pewnej chwili.

Technicznie dobrze, styl dobrany do fabuły i narratora. Widać, że tekst jest po redakcji i korekcie. Malutkie zgrzyty, które przeszły przez sito, wymienili już poprzednicy.

Podsumowując – lektura, mimo pewnych mocniejszych akcentów, niezobowiązująca i zdecydowanie rozrywkowa. Bez większych zaskoczeń i dramaturgi, a umowność fabuły i autorskie przymrużenie oka skutecznie studzą emocje czytelnika.

No i babcia wyszła naprawdę bardzo fajnie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czyta się lekko i przyjemnie. Zauważyłem jedną literówkę:

Mimo zamkniętego okna owinął mnie strumień zimnego powietrza, aż zadrżałem. 

​Podejrzewam, że miało być owionął.

 

Tak jak poprzedników, trochę dziwi brak emocji głównego bohatera, ale rozumiem że tekst straciłby na lekkości, gdyby zagłębić się w uczucia Witka. Weles za bardzo przypomina mi lansowanego w popkulturze wampira ;) Wolałbym, żeby nadać mu postać bardziej wpisującą się w klimat słowiański. 

Mam trochę mieszane odczucia po lekturze. Z jednej strony przeczytałam szybko i z zainteresowaniem, zaciekawiłaś mnie, co wydarzy się dalej. Były jednak elementy, które trochę mi przeszkadzały. Przede wszystkim jakoś tak postacie (z głównym bohaterem włącznie) zbyt szybko przechodziły nad kolejnymi wydarzeniami do porządku dziennego. Zabrakło mi jakiegoś szoku, niedowierzania, prób logicznego wyjaśnienia sytuacji i to odbiło się negatywnie na odbiorze całości. 

Podobała mi się za to kreacja Welesa, no i babci oczywiście, która dla mnie była prawdziwą gwiazdą tego opowiadania. Każda scena z jej obecnością była taka przyjemna i ciepła w odbiorze. A jednocześnie to nie jest taka zwykła babcia, co to tylko rosołek i paciorek, ale porządna wiejska baba, co niczego się nie boi. 

Ogólnie ten tekst pasowałby mi na prolog do znacznie dłuższej historii, bo aż prosi się o kontynuowanie zmagań Witka z Welesem. Czytałabym ;) 

 

Pozdrawiam C. 

 

Miło i przyjemnie się czyta Twój tekst. Opis zimowej wioski jest bardzo klimatyczny, chociaż ja także mam podobne odczucia jak niektórzy poprzedni komentatorzy. Witek jest zbyt wyrachowany, pozbawiony emocji. I ten wątek naiwniaka, którego diabełek kupuje spełnieniem życzenia, troszkę za bardzo oklepany. W dodatku jak na dorosłego mężczyznę, jego największym pragnieniem jest to, żeby matka po stracie partnera była od razu szczęśliwa? Umarł ktoś bliski, jest żal, ból, smutek, a tu nagle pstryk i już wszystko okej? Coś mi w tej relacji zgrzyta. 

Nie mniej jednak czytałem z przyjemnością i ciekawością co będzie dalej, chociaż zakończenie było do przewidzenia. I trochę miałem nadzieję, że zaskoczysz mnie jakimś innym zadaniem przydzielonym przez Welesa dla swojego nowego pomagiera, niż upolowanie Jerzego. 

Ogólnie w moim odczuciu zgrabnie napisany tekst, mający zdecydowanie potencjał na rozszerzenie i kontynuację przygód Witka. 

Ładna kombinacja mitologii słowiańskiej ze współczesnością. Podana do tego z humorem (dla hit to przedstawienie się Welesa i bohatera). Bohaterowie to największa zaleta tego tekstu. Są wyraziści, łatwo się ich zapamiętuje, da się rozróżnić. Zwłaszcza babcia wybija się pozytywnie. Paradoksalnie najgorzej wypadł dla mnie Weles – definitywnie nie pasuje do typowych wyobrażeń, ale ten wyszedł jak dla mnie zbyt dziwny. Nie jest przez to zły, ale Kres przestrzegał przed graniem z wyobrażeniami popkulturowymi, bo nie każdemu wszystko się spodoba. Tutaj ja tak mam z tą postacią.

Styl lekki, nawet czasem za bardzo, gdy wchodzą sprawy brutalniejsze – ale tak też można :) Choć przez to, jak zauważył Mr.Maras, studził się moje emocje.

Podsumowując: przyjemny koncert fajerwerków, nawet w brutalniejszych momentach nie przestający być dobrą rozrywką.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Naprawdę dobry tekst. Przeczytałam jednym tchem i w przeciwieństwie do Welesa doceniam warstwę humorystyczną. Trochę fabuła się rozjechała jak przyszło do zabicia Wąpierza Jerzego, ale domyślam się, że przerysowana reakcja matki to tak celowo :). 

Nie wiem czemu, ale jak czytałam to przed oczami miałam Kołysankę Machulskiego. Jakaś inspiracja? :) 

Fajne, miło i szybko się czytało, wciągające a akcja toczy się gładko, dzięki za podzielenie się o/

 

Lekka historia, dobrze się czyta i opowieść wciąga. Przyjemnie ;)

Zastanawiam się, czy nie posłużyłoby historii, gdyby pogłębić trochę bohaterów i otoczenie. Może więcej wsi we wsi, bohatera w bohaterze i diabła w diable ;)

Tak jak teraz jest dobrze, ale potencjał jest na wiele więcej!

Pozdrawiam i czekam na więcej ;)

Znałem go, Horacy

A wiadomo, że nigdzie nie krytykują tak wspaniale, jak na naszej stronie ;)

Time to rise to the challenge :D

 skrzecząc przeraźliwie głosem starej pralki

Pralki? :D

 tak naprawdę to nawet

Tak naprawdę, to nawet.

 śnieżył tak samo jak pogoda za oknem

Pogoda śnieży? Hmm?

 powodem tego był tragiczny Internet.

"Powodem tego" ciut niezgrabne, "tragiczny Internet" – skrótowy, ale ujdzie.

 ale wiem, że

Dwa razy "że" w jednym zdaniu – ale nie wiem, jak mogłabyś tego uniknąć.

 sylwestra, bo ten obiecałem

Hmm.

 dróg gruntowych

Częściej mówi się "dróg polnych" – zaznaczam, bo wcześniej tego nie słyszałam, chociaż okazuje się, że funkcjonuje.

 wybitnie nie mogła sobie poradzić

To nie brzmi. Kolokwialne, nawet jeśli semantycznie poprawne (o czym nie jestem przekonana).

 mówiąc że

Mówiąc, że. Powtórzony dźwięk ("że").

 Co zrobić, żeby mama była znów… szczęśliwa? – spytałem w całej swojej naiwności.

Lampshade alert! (Ktoś tu skończy bez ręki albo nogi ;)

 Zatrząsnąłem się z zimna

Zatrząsłem.

 położyłem ciało. Zakryliśmy go kocem.

W sumie, to rozumiem, czemu tu nie ma związku zgody, ale trochę dziwnie się czyta.

 zaczął osadzać się

Naturalniej: zaczął się osadzać.

 przez te zaspy żadna nie odważyła się do nas ruszyć

Przeszłyby przez zaspy?

 próbowała wyciągnąć mi paczkę papierosów

Naturalniej: próbowała mi wyciągnąć paczkę papierosów.

 Bladość na twarzy pogłębiała jeszcze bruzdy

Hmm.

 coś prześlizgnęło się po mojej nodze

Naturalniej: coś prześlizgnęło mi się po nodze.

 przy wtórze huku pioruna

Trochę to nie teges – "wtór" sugeruje, że coś jeszcze było słychać, a tu tylko huk.

 zupełnie przecież spokojnie

Czemu "przecież"?

 Witek, pan delty, krainy pierwiastka

 owinął mnie strumień

Owionął.

 ten sen, jak na sen, jest podejrzanie prawdziwy

Skąd wiesz, że nie śnisz? ;)

wywołał mu błąd systemu

 poważny, powiedziałem

Powtórzony dźwięk.

 sztylet, pełen dziwnych wypustek

Pełen, czy pokryty wypustkami?

 zacząłem zauważać zmiany

Aliteracja.

 spojrzał na mnie, ukazując ludzką twarz

Hmm.

 zbitych w sobie łydek

Zbitych?

 nie radziły sobie teraz

Nie wiem, czy jest sens antropomorfizować buty.

 najwyraźniej wcale nie przestraszona

Ile waleriany zjadła?

nie było cienia zrozumienia, mama mogła uznać to za rozpoznanie

Trochę drewniane, zwłaszcza te rzeczowniki odczasownikowe.

 powiedziałem delikatnie

Czyli jak?

 Śnieg, w który zapadła się z krzykiem, oblał się czerwienią.

Hmm.

 naparł na mnie swoim ciężarem

A czyim?

 Unieruchomił mój nadgarstek

Jak?

 upadł w śnieg niedaleko nas

Wypuścił, nie rzucił, więc nie mógł upaść daleko.

 opuściłem dłoń na głowę

Nie od razu widać, o co chodzi – wyobraziłam sobie takie pac, pac, a potem sama się pacnęłam w czoło.

 ciche chlupnięcie

Tam jest mózg, nie woda.

 jedno drgnięcie

Bardziej drgnienie.

 żądany organ

Śmiesznie to brzmi.

 Jedyne co jej dolegało

Jedyne, co jej dolegało. Faktycznie, szczęście mieli nie z tej ziemi.

że poza mną mało kto coś jadł.

Dałabym raczej: mało kto coś je. I jest ich tam tylko czworo, więc troszkę to na wyrost.

 góra jedzenia na ich talerzu

Miały wspólny?

 westchnęła, jakby nie słysząc moich słów

To nie są czynności jednoczesne.

że zdążyła dostrzec

Powtórzony dźwięk.

 nie musiał chyba odmawiać sobie przyjemności.

Ale może nie lubi papierosów?

 

Równy gość z tego Twojego narratora, wyraźnie go zarysowałaś. Jedno, co mi się w nim nie podoba, to pewna naiwność – student powinien już chyba wiedzieć, że ludzi nie uszczęśliwia się mechanicznie.

Całość nieźle ułożona i niegłupia, chociaż poza głównym bohaterem postacie są trochę płaskie: jakby nie pamiętały, co było przed chwilą (babcia to się odżegnuje od wnuka okultysty, to normalnie z nim rozmawia).

 scenę z zabiciem wąpierza. Widać, że się starałaś, próbowałaś nadać jej dynamiki i dramaturgii,

Tak, trochę Ci tu nie wyszło, ale poćwiczysz i będzie lepiej.

 Potraktowałam mity jako trampolinę do stworzenia czegoś nowego (choć w założeniach zgodnego z mitologią).

I tak być powinno.

 ojciec Witka też był opiekunem

Wiedziałam!

 Sceny akcji są straszne, przerażają mnie bardziej niż moich bohaterów i chyba nigdy się ich nie nauczę :<

Mm, najgorzej stawiać gościa w sytuacji, której sama się boisz. Też sobie mówię, że to tylko na niby, no i co z tego?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Całość została zdominowana przez narrację – fajnie się Witka słucha jak opowiada ;)

 Tylko on rzeczywiście wygląda jak stary wyjadacz w temacie a nie chłopak pierwszy raz w dziwnej sytuacji. Zdziwiłby się choć trochę ;)

 

– Co zrobić, żeby mama była znów… szczęśliwa? – spytałem w całej swojej naiwności.

Uwah, serio? xD

Facet jej właśnie zmarł i nie ostygł na dobre nawet!

 

Oczywiście zaraz po wyjściu babci zamknąłem okno, mamrocząc do siebie coś o nieodpowiedzialności.

Dwa razy pod rząd je zamknął ;)

To pewnie nazbyt wielkie czepialstwo, ale ciut zabrakło mi oburzenia babci na zamknięte okno i wzmianki o otworzeniu – albo wywalić pierwszy raz – jedno jest zaraz po drugim a tej informacji o duszach chyba nie trzeba powtarzać.

 

Wąpierz i walka w zaspach – coś mi tu nie pasuje z geografią terenu – a to matka wyskakuje zza jednej, a to zapadają się w te zaspy, a to po nich biegają – trochę konsekwencji mi brakło.

 

Matylda patrzyła na mnie badawczo, nadal omijając wzrokiem ciało ojca.

coś mało wydała przejęta, jeżeli to jej ojciec zmarł – na początku miałam wrażenie, że mieli wspólnego, zmarłego ojca – jak nie, a jeżeli Matylda była już wyrośnięta, to znaczy, że Witek z ojczymem musieli mieć długą historię, więc mógłby go trochę pożałować.

 

musiałem zalać Jerzego benzyną, nim zajął się ogniem, a i tak nie zrobił tego jakoś szczególnie entuzjastycznie.

<3

 

Bardzo mi się podoba ta zamiana Jerzego – takie dobitne i przekorne, choć raczej kiepski początek współpracy… 

I would prefer not to.

Cześć, kochani!

 

Wrzucanie opowiadania na kilka dni przed przeprowadzką okazało się równie dobrym pomysłem, jak mogłam się spodziewać :P W każdym razie, cztery przeprowadzki i nieskończone ilości rozmów przez google translate później (mój szef wciąż jeszcze myśli, że mówię po hiszpańsku) wracam i kajam się.

 

Czytałam wasze komentarze na bieżąco i wszystkie sprawiły mi dużo radości. Podpowiedziały mi też, nad czym jeszcze muszę popracować (emocje, fuj). Dziękuję wam bardzo za poświęcenie chwili na zapoznanie się z Witkiem <3 I mam nadzieję, że będziecie mieli ochotę na więcej, bo niestety ten facet rozgościł się już na dobre w moim (literackim) życiu :)

 

Jose,

Powiem Ci, że ten Witek w ogóle mi nie pasuje do tego Witka, którego znam z przygód Ted. Może się zmienił przez ten czas, kiedy był opiekunem? Tak czy owak odbieram ich jako dwóch zupełnie różnych ludzi.

Bo to był prototyp, powstał jeszcze przed książkami. Natomiast ciekawa jestem, którego Witka lubisz bardziej? :)

 

Blacktom,

Gratuluję tez odwagi. Publikowanie tutaj opowiadania już publikowanego, to coś na co się nie odważę.

:P

Tak, dokładnie rozumiem, co masz na myśli. Ale tego też muszę się uczyć, by krytyka nie zachwiała moją wiarą w siebie. 

 

Marasie,

Witek, to taki swojski Constantine

Ojej, jak mi się to porównanie podoba <3

 

Firiel,

Nie wiem czemu, ale jak czytałam to przed oczami miałam Kołysankę Machulskiego. Jakaś inspiracja? :) 

Nie znam tego filmu, ale z opisu brzmi trochę jak nowozelandzki What We Do in the Shadows, a to jeden z moich najulubieńszych, najukochańszych filmów ever :)

 

Dziękuję wam raz jeszcze! Jak tylko odmarzną mi palce zacznę wprowadzać poprawki :)

Zdecydowanie wolę Witka z książki, ten jest jakiś taki dziwny i deczko niewiarygodny jako postać, imho.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

ten jest jakiś taki dziwny i deczko niewiarygodny jako postać, imho.

Idealne podsumowanie tego jak pisałam dwa lata temu XD

Ale bardzo się cieszę w takim razie, że ten z książki się broni :>

 

Ach, no i zapomniałabym. Tarnino, nie będę się odnosić do twoich uwag pojedynczo, ale dziękuję :) ALLONS-Y!!! Choć od Mistrza wolę panią Mistrz <3

He, he. Najlepszy i tak był dawny Mistrz z tą zabójczą bródką.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No nie mogłem się tu odnaleźć. Błądziłem i kiedy już złapałem haczyk, zmyliłaś mnie okruszkiem o innym smaku, więc porzucałem pułapkę i pędziłem do następnej. Nie zagrała mi mieszanka konwencji – bo co to właściwie za klimat, jak go określić? Pierwsza śmierć Józka przeszła w narracji tak mimochodem, jakby ktoś na katar zachorował. Wszystko wydawało się takie sielskie i… niedokreślone. Problemem dla mnie były wtrącenia narratora, które usilnie miały pokazać jego luzackość.

Zupełnie jakbyś próbowała w szorcie pożenić ze sobą wątki skansenu, wiejskich opowiastek, młodzieżówki i całkiem brutalnego horroru.

Gdy przymknąłem jedno oko, to nawet dobrze się bawiłem. Ale w tekście nadal ukrywało się gdzieś coś więcej, jakieś zaniedbane tło, które wołało zza śmieszka-Józka i biegającego (bez większego sensu?) wokół chałupy wampierza Jerzyka.

A fragmentami niosłaś mnie klimatem i tym przyjemnym poczuciem tajemnicy; pomysł na Welesa bawiącego się z maluczkim skwitowałem uśmiechem (w sensie, że doceniłem!), a babcię (która była tak bardzo babcina!) sam bym odwiedził.

– No, no, od dawna nie było to takiej zimy – cmokała babcia, udając zmartwienie, ale wiem, że tak naprawdę miała nadzieję, że dzięki temu zostaniemy trochę dłużej.

To?

Z początku wraz z Jerzym odśnieżaliśmy obejście każdego ranka,

Z tym Jerzym, który nie żyje?

A, dopiero teraz umarł.

No, łatwo się pogubić.

 O, to od tego to wszystko się zaczęło.

Wyrzuciłabym drugie to.

Fajne :)

stn,

 

Zupełnie jakbyś próbowała w szorcie pożenić ze sobą wątki skansenu, wiejskich opowiastek, młodzieżówki i całkiem brutalnego horroru.

:D :D :D

 

Celem tego opowiadania było złapanie klimatu i wyczucie historii, którą mogłabym przelać w książkę, więc przyjmuję na klatę zarzut, że jest nieskonkretyzowane. Ale jeśli powiesz mi to samo po przeczytaniu książki, to będę płakać ;P

 

Anet,

Dziękuję za przeczytanie i wytknięcie błędów :))

Z ogromną dozą nieufności podchodzę do pojawiania się bóstw – tak słowiańskich, jak i wywodzących się z innych mitologii – w opowieściach dziejących się całkiem współcześnie. Pewnie dlatego lektura Noża z fulgurytu nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia, a poczynania bohatera śledziłam tyleż z niewiarą, co z pewnym zdumieniem.

Spodobała mi się tylko babcia.

 

mówiąc że Bożenka pogoni kogokolwiek, kto przyjdzie do niej o tej porze. –> Raczej: …mówiąc że Bożenka pogoni każdego, kto przyjdzie do niej o tej porze.

 

 – Nie, nie o to mi chodzi – machnąłem ręką. –>  – Nie, nie o to mi chodzi.Machnąłem ręką.

 

wpadłem w ciąg zimnego powietrza. Zatrząsnąłem się z zimna… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

wisiał przerośnięty nietoperz.

 Podskoczyłem, gdy nietoperz spojrzał na mnie… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

ciągnął Weles powoli, cedząc słowa. –> Masło maślane. Cedzenie słów jest powolne z definicji.

 

nowy, wystający znad kołnierza tatuaż… –> …nowy, wystający spod kołnierza tatuaż

 

Zdążyłem tylko poczuć ciężar, nim zaryłem brzuchem w ziemię. –> W jaki sposób zarył brzuchem w ziemię, skoro wszędzie był zmrożony śnieg?

 

Podleciała do Jerzego, nim zdążyłem wbiec między nich. –> Na pewno podleciała? A może raczej podbiegła?

 

góra jedzenia na ich talerzu… –> …góry jedzenia na ich talerzach

Nie przypuszczam, aby jadły z jednego talerza.

 

Po jej minie szło poznać… –> Jak idzie poznanie?

Proponuję: Po jej minie poznałem

 

– Wkrótce będzie na ciebie oczekiwać kolejne zadanie… –> – Wkrótce czeka cię kolejne zadanie

Oczekujemy kogoś/ czegoś, nie na kogoś/ coś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, regulatorko, za przeczytanie! Cieszę się, że babcia dała radę i żałuję, że reszta nie. Błędy poprawione :)

Bardzo proszę, Kam. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kammo, wiesz co, jak zobaczyłam tylko nazwę mojego najpiękniejszego w świecie miasta tramwajów, to się nawet uśmiechnęłam. XD

Cały tekst przeczytałam szybko; akcja płynęła wartko i nic się nie dłużyło. Narracja była lekka, jednak w pewnym momencie była dla mnie zbyt lekka w kontraście do pewnego wydarzenia.

Widzisz, zazgrzytał mi Witek, gdy po spaleniu ciała ojczyma potrafił normalnie funkcjonować – jakby nic się nie stało, spoko, norma, c’nie? Dobra, nawet jeżeli nie żywił do Jerzego jakichś wielkich uczuć, to mimo wszystko widok palonego trupa powinien w nim wywołać jakąś reakcję. 

Poza tym, wydaje mi się, że taki widoczek też skutecznie odbiera, mimo wszystko, chęć do jedzenia czegokolwiek; przecież to zostaje w pamięci.

…no ale z drugiej strony wiem, że opko miało być lekkie, a z mojej strony to zwykłe czepialstwo w tym momencie. Chyba to takie trochę pokłosie myślenia o obojętności i tak dalej, także, biorąc dystans do powyższego, podobało mi się i – w rozrachunku – poprawiłaś mój paskudny humor. (; 

 

Hej, Draconis!

Cieszę się, że mogłam poprawić humor!

Bardzo słusznie, że ci zazgrzytało, bo głębię w tym tekście kompletnie położyłam.

Dziękuję za przeczytanie :))

 

Nowa Fantastyka