- Opowiadanie: fizyk111 - Piknik w Emilcinie

Piknik w Emilcinie

Ufo w wersji klasycznej. Może właśnie to w tym konkursie okaże się oryginalne?

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Piknik w Emilcinie

Motto dla taty

Leży sobie hipopotam w błocie i odpoczywa, a obok jeździ na rowerku jego malutki synek. Hipopotam od czasu do czasu przewraca się z boku na bok, godziny płyną leniwie, synek jeździ na rowerku dookoła taty. W pewnym momencie małemu odpadło koło od roweru. Z płaczem biegnie do taty.

Tatusiu, tatusiu, napraw mi rowerek!

Hipopotam westchnął ciężko i poirytowany mówi:

No tak, weź teraz, k…a, rzuć wszystko i napraw dziecku rowerek!!!

 

 

 

 

 – Tato… – Głos Kasi wpełzł pod słuchawki w momencie, w którym rozwaliłem ostatniego już ufoka. – Co robisz?

– Gram, córuś, znaczy: odpoczywam.

– A w co grasz, tatusiu? – Znajomy hipopotam złośliwie uśmiechnął się w mojej głowie.

– W ikskoma, to taka gra o ufo.

– A co to jest ufo? – drążyła bezlitośnie córka, a hipopotam zaczął rechotać.

– Ufo to znaczy anajdentifajd flajing obdżekt. – Widząc powiększające się oczy latorośli, nie czekałem na następne pytanie i wyjaśniłem. – Po polsku to znaczy niezidentyfikowany obiekt latający.

– A dlaczego on jest niezifendikowany?

– Niezidentyfikowany – poprawiłem – znaczy, że nikt nie wie, czym ten obiekt jest. Ludzie widzieli jasne latające rzeczy, które wyglądały jak spodki. Wszyscy sądzą, że latają w nich kosmici.

– A co…

– A kosmici to takie istoty, które mieszkają w kosmosie i wyglądają tak jak te stworki na ekranie. – Pokazałem córce ufoka.

– To kosmici są źli?

– Tego nie wiadomo, bo nikt takiego ufoludka nie widział. To znaczy – są tacy, którzy twierdzą, że widzieli kosmitów, a nawet że ci ich porwali, ale nikt im nie wierzy.

– A dlaczego ty ich zabijasz?

– Bo w tej grze kosmici porywają ludzi i chcą zabrać nam Ziemię, a ja tych ludzi bronię.

– A mnie się wydaje, że oni są dobrzy i że się ciebie boją.

– Kasiu. – Pogłaskałem córkę po włosach. – To tylko gra, a ufoki istnieją tak długo, jak mam włączony komputer. To tylko takie obrazki.

Potrząsnęła głową, tak jakby zasadniczo się ze mną nie zgadzała.

– Ale ja nie chcę tatusiu, żebyś ich zabijał, oni są… – zawiesiła głos, a potem wyszeptała – oni są dobrzy – i uciekła do swojego pokoju.

Zamyśliłem się chwilę nad reakcją mojej córki. Jak by na to spojrzeć bez uprzedzeń, to ufok może przecież wydać się dziecku sympatyczny: jego mały wzrost może przywodzić na myśl dziecko, a do dzieci się przecież nie strzela, dzieci są niewinne, bezbronne i dobre. A tak w ogóle to ciekawe, co teraz dzieje się z ufo, czy one ciągle istnieją? Pamiętam, że w latach 70. nie schodziły z pierwszych stron gazet. Co chwilę jak nie w Ameryce czy Anglii, to w Polsce ktoś widział, ktoś sfotografował, ktoś został porwany. A teraz – tak jakby przestały istnieć. Postanowiłem sprawdzić, czy to gazety o nich nie piszą, czy po prostu kosmici stracili zainteresowanie naszą planetą.

 

***

 

– Tato… – Głos Kasi wpełzł pod słuchawki w momencie, gdy mój snajper rozwalił chudzielca. – Miałeś już nie zabijać ufoludków… – Popatrzyła na mnie smutnym wzrokiem.

– To jest chudzielec, a tamte to były ufoki, nie żadne ufoludki – odpowiedziałem machinalnie.

– To też jest ufok, nie zabijaj ich, proszę. Ja wiem, że oni są dobrzy i że się nas boją, i że musimy im pomóc. – Muszę przyznać, że trochę mnie zatkało.

– Jak to pomóc? W czym? I skąd to wiesz? – Popatrzyłem córce w oczy. „Jak niewiele pożywienia potrzebuje wyobraźnia dziecka, aby rozrosnąć się do monstrualnych rozmiarów”, pomyślałem, nie wiedząc jeszcze, że to dopiero początek.

– Wiem, bo ufok mi powiedział. – Kropka. Założyła ręce na piersi i patrzyła mi prosto w oczy. Ponieważ najwyraźniej nie zamierzała nic więcej powiedzieć, musiałem drążyć temat.

– Rozmawiałaś z ufokiem? – zapytałem ostrożnie.

– Tak. – Kropka.

– Takim, jakiego wczoraj widziałaś w mojej grze?

– Nie. – Kropka.

– A jak wyglądał?

– Miał takie duże oczy, o takie. – Zrobiła kółka z kciuków i palców wskazujących i przyłożyła sobie po obu stronach głowy. – Takie bardzo duże! I miał długą szyję w prążki i taką małą śmieszną główkę z dużymi oczami, i był taki duży, jak ja – powiedziała z dumą. – I miał takie długie palce, i ten jeden palec mu świecił – dodała.

„Zaraz, zaraz”, pomyślałem. „Czy ja przypadkiem tego stwora gdzieś nie widziałem? W jakiejś bajce?”.

– A gdzie z nim rozmawiałaś? – zapytałem ostrożnie.

– U siebie w pokoju. Zgadnij, gdzie się schował.

– No gdzie? – zapytałem.

– W mojej szafie.

Olśniło mnie – E.T. Tylko że Kasia jeszcze tego filmu nie oglądała, a przynajmniej ja nic o tym nie wiem. No dobrze, bajki bajkami, wyobraźnia fajna rzecz – szczególnie u dzieci – ale takie zmyślanie musi spotkać się z brutalną rzeczywistością. Dochodzenie, gdzie widziała film, zostawię na później.

– A czy ja mógłbym tego twojego ufoka zobaczyć? – spytałem podchwytliwie.

– Jak mi obiecasz, że nie zrobisz mu krzywdy i że nie będziesz do niego strzelał.

– Córeczko, ja nie mam żadnej strzelby w domu, ani rewolweru, ani w ogóle niczego do strzelania, tłumaczyłem ci, że to tylko taka gra.

– I że nie ma ufoków, a ufoki są. Jak przyrzekniesz, że mu nie zrobisz krzywdy, to ci go pokażę.

– Przyrzekam, że nic mu nie zrobię. Popatrzę tylko, no, może zadam mu kilka pytań.

– No to chodź.

Poprowadziła mnie do swojego pokoju. Gdy weszliśmy, pokazała mi, gdzie mam stanąć, położyła palec na ustach i podeszła do szafy. Powolutku otworzyła drzwi, za którymi siedział – ni mniej, ni więcej – E.T. „Kto jej dał taką lalę?”, pomyślałem i w tej samej chwili E.T. wyciągnął w moją stronę swoją chudą rękę zakończoną dłonią z chudym długim paluchem, którego koniec jarzył się błękitnym światłem. Z palca wydobywała się muzyka do utworu Kayleigh grupy Marillion.

– Budzik ci dzwoni, wstawaj. – Głos Marii wyrwał mnie ze snu.

 

***

 

W pracy nie mogłem myśleć o niczym innym jak tylko o ufo. Co musiałem robić, to robiłem, każdą pozostałą chwilę czasu spędzałem na rozmowie z wujkiem Google.

Okazuje się, że historia ufo nie jest wcale jakaś bardzo stara, za to na pewno jest bardzo rozległa. Pierwsze udokumentowane relacje ze spotkań z dziwnymi obiektami pochodzą z czasów II wojny światowej i były przekazane przez lotników, którzy opowiadali o… Obiekty te wówczas nazywano foo fighters. Przy okazji dowiedziałem się, skąd pochodzi nazwa świetnej kapeli rockowej. Pierwszy raz nazwy unidentified flying object (UFO) użyto w 1953 roku; historia ufo oficjalnie rozpoczęła się jednak wcześniej, bo w 1947 w Nowym Meksyku, gdzie na jednej z farm znaleziono wrak latającego spodka, który przewieziono do pobliskiej bazy wojskowej w Roswell. Ta właśnie nazwa – „Roswell” stała się symbolem bliskich spotkań trzeciego stopnia, świętym graalem wyznawców ufo. Wszystkie informacje o ufo opatrzone są klauzulami typu „podobno”, „jak powiadają”, „miało”, „mówi się”. W tak zwanym memorandum Hottela można znaleźć informację, że w tamtym czasie znaleziono trzy wraki ufo, a w każdym z nich trzy pozaziemskie istoty. Spośród wielu teorii próbujących zracjonalizować te wszystkie doniesienia o ufo (a w latach 50. i 60. pojawiało się ich całe mnóstwo) intrygująca wydała mi się teoria niemieckiej Wunderwaffe zwanej „die Glocke”, czyli dzwon. Tajemniczy napęd zastosowany w pojeździe o kształcie dzwonu (spłaszczony dzwon podobny jest przecież do latającego spodka) pozwalał mu się rozpędzić do niewyobrażalnych w tamtym czasie prędkości rzędu sześciu tysięcy kilometrów na godzinę. Po wojnie konstruktor rakiet V1 i V2 Verner von Brown pracował dla amerykanów i był odpowiedzialny za konstrukcję napędów wynoszących na orbitę statki Apollo. A co, jeśli konstruktorzy „Dzwonu” też zostali przejęci przez Amerykanów i kontynuowali swoje prace w Stanach Zjednoczonych? Do domu dotarłem z głową pełną teorii spiskowych, fantastycznych relacji z porwań ludzi przez ufo, których rozpiętość zawierała się w granicach od wiwisekcji do kosmicznych orgii seksualnych.

 

Siedzieliśmy w trójkę przy kolacji, gdy Kasia nagle zapytała:

– Tato, a pokażesz mi dzisiaj ufoka?

– Tego z gry? – upewniłem się. Kiwnęła głową na potwierdzenie. – No jasne, skończymy kolację i możemy zagrać.

– Nie chcę zagrać – odpowiedziała – chcę, żebyś pokazał mi ufoka.

– Dobrze, córuś, kończ i idziemy.

Odpaliłem kompa i XCOMa, wczytałem wczorajszą grę. Pojawił się schemat bazy. Kliknąłem „SKANUJ W POSZUKIWANIU AKTYWNOŚCI” i za drugim razem pojawiło się ufo. Wysłałem myśliwce, które go zestrzeliły, i wysłałem rangera na miejsce katastrofy.

– Ale tatusiu, ja nie chcę, żebyś ich zabijał.

– No ale przecież chciałaś zobaczyć ufoka, a ta gra polega na tym, żeby ich zabijać, bo w tej grze oni są źli i porywają ludzi.

– A rozmawiałeś z nimi? Kto ci powiedział, że oni są źli? I że porywają ludzi?

Nie bardzo wiedziałem, jak na takie pytania odpowiedzieć. No, taka to jest gra.

– Pokażesz mi ufoka, tatusiu? Takiego, jaki jest na początku. Chciałabym, żebyś z nim porozmawiał.

– Ale w tej grze nie da się z ufokami rozmawiać. W innych grach można, to znaczy – nie z ufokami, ale ze złymi ludźmi.

– A jak z nimi porozmawiasz, to już ich nie zabijasz?

– No czasami nie.

– To oni już są wtedy dobrzy?

– Nie, nie są dobrzy, ale na przykład obiecują, że nie zrobią czegoś złego, co chcieli zrobić.

– I nigdy nie stają się dobrzy?

Zastanowiłem się przez chwilę. Przeleciałem pamięcią wszystkie Baldury, Dungeony, Fallouty i Wiedźminy.

– No, może czasami. – Popatrzyłem w smutne oczy mojej córki. – Ale raczej rzadko.

– Pokażesz mi ufoka, tatusiu? – poprosiła ponownie.

Kliknąłem „NOWA GRA” i po chwili ranger z czterema żółtodziobami lądował już w Anglii, gdzie odnotowano porwania ludzi. Rozstawiłem żołnierzy i wkrótce potem pojawiły się ufoki. Jeden z nich oddał strzały.

– Widzisz, córuś – powiedziałem – strzelają do mnie. Jak ich nie zabiję, to oni zabiją moich żołnierzy.

– Porozmawiaj z nimi – powtórzyła z typowym uporem małego dziecka Kasia.

– Mówiłem ci już, że w tej grze nie można rozmawiać z przeciwnikami.

Aby jej to pokazać, wybrałem najbliższego ufoka i, ku mojemu zdziwieniu, obok znanych mi ikon – strzał, warta, kucnięcie – pojawiła się ikona z dymkiem i opisem „Rozmowa”.

– O, jednak można, ale jeszcze wczoraj tej opcji nie było.

– To porozmawiasz z nim?

– No jasne.

Kliknąłem ikonę rozmowy i pojawiła się tylko jedna opcja – „Wiadomość”. Szczerze mówiąc, oczekiwałem bardziej rozbudowanych możliwości. Próba powrotu do poprzedniego ekranu przez „Esc” nie zadziałała, ale „Wiadomość” ciągle była aktywna. Chcąc nie chcąc, kliknąłem. Znak po znaku zielone fluorescencyjne litery utworzyły następującą informację:

 

JESTEŚMY PRZEDSTAWICIELAMI CYWILIZACJI ZAMIESZKUJĄCEJ PLANETĘ KRĄŻĄCĄ WOKÓŁ GWIAZDY ZNANEJ WAM JAKO KEPLER-186 NASZ POJAZD ULEGŁ AWARII I ZMUSZENI BYLIŚMY WYLĄDOWAĆ NA WASZEJ PLANECIE, NA KONTYNENCIE EUROPA, W KRAJU POLSKA, W POBLIŻU MIEJSCOWOŚCI EMILCIN. KONIECZNE JEST DOKONANIE NAPRAWY UKŁADU ZASILANIA. DEFICYT ENERGII NIE POZWALA NAM OPUŚCIĆ POJAZDU. ZNALEŹLIŚMY TYLKO TEN JEDEN SPOSÓB KOMUNIKACJI Z MIESZKAŃCAMI TEJ PLANETY. POTRZEBUJEMY PILNIE WASZEJ POMOCY.

PROSIMY O ODPOWIEDŹ NA PYTANIE: CZY NAM POMOŻESZ?

„TAK” – „NIE” – „MUSZĘ SIĘ ZASTANOWIĆ”

Niewiele myśląc, wybrałem opcję „MUSZĘ SIĘ ZASTANOWIĆ”.

JAK DŁUGO MUSISZ SIĘ ZASTANOWIĆ – WYBIERZ LICZBĘ DNI.

MAKSYMALNA LICZBA DNI NA ZASTANOWIENIE TO 7. OPCJA „MUSZĘ SIĘ ZASTANOWIĆ” JEST DOSTĘPNA DWUKROTNIE. ZA DRUGIM RAZEM MAKSYMALNA LICZBA DNI NA ZASTANOWIENIE TO 3. BRAK WYBORU ODPOWIEDZI W WYZNACZONYM CZASIE RÓWNOZNACZNY JEST Z WYBOREM ODPOWIEDZI „NIE”.

Tym razem zacząłem się zastanawiać. Wcisnąłem „Esc”, ale znowu bez efektu. Miejsce zdarzenia podane w informacji z czymś mi się kojarzyło, miałem wrażenie, że natknąłem się na nie, poszukując informacji o ufo. W zasadzie to nic dziwnego, gra jest przecież o inwazji ufo, dlaczego nie miałaby korzystać z informacji prasowych? Było w niej jednak coś niepokojącego. No dobra, to tylko gra. Córka chciała, żebym porozmawiał z ufokami, to porozmawiałem. Wpisałem 7 i wcisnąłem „Enter”, po czym pojawiła się kolejna wiadomość.

DZIĘKUJEMY, ZIEMIANINIE. MASZ 7 DNI NA PODJĘCIE DECYZJI, CZY NAM POMOŻESZ. W TYM CZASIE MOŻESZ TU WRACAĆ, BY SPRAWDZIĆ, CZY NIE MAMY DLA CIEBIE NOWYCH INFORMACJI. NACIŚNIJ ENTER, BY PRZEJŚĆ DALEJ.

Wciąłem „Enter”. Na krótką chwilę pojawiła się informacja „MOŻESZ TERAZ DALEJ ZABIJAĆ UFOKI” i powróciłem do początkowej sceny. Wybrałem ponownie tego samego ufoka, ale opcja „Rozmowa” tym razem się nie pojawiła.

 

– Rozmawiałeś z ufokiem? – zapytała córka.

– Rozmawiałem.

– I co ci powiedział?

– Powiedział, że mieli wypadek, i zapytał, czy im pomogę.

– Pomożesz im, tatusiu?

– Nie wiem, córeczko, odpowiedziałem, że się zastanowię i że za tydzień dam im odpowiedź. Ale myślę, że im pomogę, to będzie chyba ciekawsza gra niż ta do tej pory z zabijaniem ufoków.

– Na pewno będzie ciekawsza – powiedziała Kasia, przytuliła się do mnie i pobiegła do swojego pokoju.

Spojrzałem na ekran. Mój snajper nadal celował w ufoka. STRZAŁ – zadaje 4 pkt obrażeń, trafienie – 100%, krytyczny – 50%. „Pewny trup”, pomyślałem. Odechciało mi się grać. Zamknąłem aplikację i próbowałem sobie przypomnieć, gdzie się to ufo rozbiło. Wpisałem w Google „ufo w Polsce” – wujek odpowiedział:

Emilcin – wieś w Polsce położona w województwie lubelskim, w powiecie opolskim, w gminie Opole Lubelskie. We wsi znajduje się jedyny istniejący pomnik UFO w Polsce, odsłonięty 15 października 2005.

Latem roku 1978 Jan Wolski, rolnik z Emilcina, jadąc wozem przez las, spotkał dwie dziwne istoty, które wskoczyły na jego pojazd, a gdy dojechał do najbliższej polany, zobaczył unoszący się nad ziemią pojazd wielkości połowy autobusu. Istoty ponoć poprosiły (ciekawe jak), aby wszedł do windy, która zabrała go do pojazdu.

Ja pierniczę, naprawdę ktoś to wziął na poważnie?

Na statku były jeszcze dwa ufoludki. Kazały mu się rozebrać i badały go talerzami, a potem chciały nakarmić soplami. Dobra, wystarczy. Nic się tam nie rozbiło, a pan Jan zapił i po drodze do domu zobaczył helikopter. Jeśli to jest najbardziej spektakularny przypadek spotkania z ufo w Polsce, to w ogóle nie ma o czym rozmawiać.

 

Wróciłem na poprzednią stronę i przejrzałem pozostałe wyniki. „UFO i latające spodki w Polsce – historia prawdziwa” – brzmi zachęcająco. Dalej też jest ciekawie, artykuł Newsweeka o pierwszym ufo nad Polską. 23 stycznia 1959 zaobserwowano pomarańczowy latający talerz, który rozbił się w gdyńskim porcie. Podobno znaleziono nawet żywego obcego, który zmarł po przewiezieniu do szpitala, a jego zwłoki przejęła Armia Czerwona czy też może KGB. No, to jest katastrofa, jest rozbite ufo, szkoda tylko, że na dnie basenu portowego – to ufo w grze rozbiło się w lesie. Wracam ponownie do wyników wyszukiwania. „Eksplozja transformatora mocy w stacji energetycznej w pobliżu wsi Emilcin”. Wchodzę na stronę „Wiadomości Lubelskich”, lokalnego dziennika wydawanego w Opolu Lubelskim, i czytam: „Dzisiaj w nocy koło godziny trzeciej nad ranem doszło do eksplozji transformatora mocy w stacji energetycznej położonej w pobliżu wsi Emilcin. W wyniku eksplozji powstał pożar, który gasiły trzy jednostki straży pożarnej z Opola Lubelskiego i cztery jednostki ochotniczej straży z pobliskich miejscowości. Pożar ugaszono nad ranem, trwa usuwanie skutków awarii. Rzecznik zakładu energetycznego w Lublinie poinformował, że zainstalowanie nowego transformatora może potrwać nawet do trzech dni”.

Spojrzałem na datę. Wiadomość pochodziła z dzisiejszego wydania gazety. No, to też z głowy, to nie to, bo skąd w grze dzisiejsze wydarzenia? „Jak to skąd? Z Internetu, głupcze”. W tej chwili uświadomiłem sobie, że ja naprawdę szukam miejsca, w którym rozbił się statek moich ufoków z XCOMa. „Czas iść spać”, pomyślałem.

 

***

 

Siedziałem przy komputerze, słuchając The Battle of Epping Forest. Na ekranie w oknie przeglądarki informacje o odtajnionych ostatnio przez Pentagon dokumentach dotyczących ufo. Portal Spider’s Web, powołując się na NYT i Politico, informuje, że Pentagon prowadził „Zaawansowany program identyfikacji zaawansowanych zagrożeń powietrznych”, w ramach którego analizował wszystkie informacje o niezidentyfikowanych obiektach latających, zamieszczając na potwierdzenie film wykonany przez pilota samolotu bojowego. Okazuje się, że Brytyjczycy też odtajnili dokumenty dotyczące badań nad niewyjaśnionymi przypadkami – wyjątkowo rzetelny artykuł na ten temat nie zawiera żadnych informacji, na których można by polegać. Pewnie dlatego dokument odtajniono. Na portalu „Zjawiska niewyjaśnione” znajduję artykuł „Krowa porwana przez UFO! To szokujące nagranie pokazano nawet w telewizji”, ilustrowany ponoć autentycznym nagraniem. Czy to naprawdę wszystko, co można znaleźć o działalności ufo?

 

Wracam do informacji udostępnionych przez Pentagon. Na portalu „Inverse” można znaleźć jeszcze jeden film ze spotkania U.S. Air Force z ufo – ten robi trochę większe wrażenie. Ufo jest szybkie, trudno je namierzyć, a sukces wywołuje niekłamaną radość pilotów. Oglądam raz jeszcze.

– Tato… – Głos Kasi wpełzł pod słuchawki. – Pomogłeś już ufokom?

– Nie, córeczko, jeszcze nie. Ale mogę to zaraz zrobić. – Zdecydowałem, że definitywnie załatwię sprawę pomocy ufokom. – Chcesz popatrzeć?

– Chcę, chcę, chcę! – ucieszyła się Kasia.

Odpaliłem XCOMa i rozpocząłem nową grę. Ranger z czterema żółtodziobami ponownie lądował w Anglii. Namierzyłem ufoka i, ku memu rozczarowaniu, obok czterech standardowych akcji pojawiła się piąta ikona – ikona rozmowy. Kliknąłem.

POMOŻESZ NAM?

„TAK” – „NIE” – „MUSZĘ SIĘ ZASTANOWIĆ”

Ręka zadrżała, wkradła się niepewność, czy naprawdę chcę im pomóc. Kurde, chłopie, to tylko gra! Kliknąłem „TAK”.

ABY ZAKOŃCZYĆ WSZYSTKIE POTRZEBNE NAPRAWY I URUCHOMIĆ NASZ STATEK, POTRZEBUJEMY ŹRÓDŁA ZASILANIA O PARAMETRACH: PRĄD STAŁY; NAPIĘCIE MINIMUM 4 V POJEMNOŚĆ MINIMUM 100 AH. PROSZĘ, ZAPISZ WSPÓŁRZĘDNE MIEJSCA, GDZIE TRZEBA DOSTARCZYĆ ŹRÓDŁO ZASILANIA, NIE BĘDZIEMY MIELI MOŻLIWOŚCI PONOWNEGO ICH PRZEKAZANIA. ZOSTAŁO NAM ENERGII NA PODTRZYMANIE NASZYCH CZYNNOŚCI ŻYCIOWYCH PRZEZ NASTĘPNE 10 DNI.

WCIŚNIJ DOWOLNY KLAWISZ, ABY OTRZYMAĆ WSPÓŁRZĘDNE.

– Co piszą ufoki, tatusiu? – Prawie zapomniałem, że córka stoi obok i patrzy.

– Piszą, że potrzebują zasilania, aby naprawić swój statek. Potrzebna im bateria, taka, jakiej używam do ładowania telefonu, tylko bardzo mocna.

– I dasz im takiego pałebanka?

– Pałerbanka – poprawiłem. – Pewnie, że dam, tylko najpierw będę go musiał znaleźć, a podejrzewam, że to nie będzie łatwe i będę musiał rozwiązać dużo zagadek, zanim do niego dotrę – odpowiedziałem, będąc świadom, jak skonstruowane są gry komputerowe.

– A pokażesz mi, jak już znajdziesz tego pałerbanka i będziesz go dawał ufokom?

– Pokażę, oczywiście, że tak. To w końcu ty prosiłaś, żebym im pomógł, prawda?

Pokiwała głową na zgodę.

– No to zmykaj do siebie, a ja zaczynam szukać.

Wcisnąłem spację i na ekranie pojawiły się obiecane współrzędne:

(51.135131, 22.043386). WCIŚNIJ DOWOLNY KLAWISZ, ABY POTWIERDZIĆ OTRZYMANIE WSPÓŁRZĘDNYCH.

Skopiowałem dane do schowka i dla pewności zapisałem je jeszcze na kartce. Wcisnąłem spację. Na całkowicie czarnym ekranie pojawił się pulsujący błękitnym światłem napis:

TO NIE JEST GRA.

Napis nie znikał, nacisnąłem więc ponownie spację. Na ekranie pojawił się windowsowy komunikat „Aplikacja XCOM nie odpowiada”. Potwierdziłem i odpaliłem XCOMa ponownie. Postanowiłem jeszcze dzisiaj znaleźć źródło zasilania, dostarczyć je ufokom i zakończyć grę w pomaganie pozaziemskiej cywilizacji.

„Aplikacja XCOM nie odpowiada”.

„Co jest?”, pomyślałem. Zamknąłem okienko i spróbowałem jeszcze raz, z tym samym skutkiem – gra nie dawała się uruchomić. Przeinstalowanie XCOMa też nie pomogło, każda próba uruchomienia kończyła się tym samym komunikatem – „Aplikacja XCOM nie odpowiada”.

 

Zacząłem się zastanawiać, co mam teraz zrobić, a wtedy mój wzrok padł na kartkę ze współrzędnymi spisanymi z ekranu. Wpisałem liczby w Google Maps i szczęka mi opadła. Pinezka znajdowała się pośrodku lasu, jakieś 500 metrów od Emilcina. Niebieski znaczek z aparatem fotograficznym opisany był jako „Pomnik UFO w Emilcinie”, z drugiej strony, w podobnej odległości, czerwona pinezka oznaczona „Stacja energetyczna Emilcin”. „It’s not real”, pomyślałem po angielsku, bo polski jakoś mi się wyczerpał.

 

***

 

Otworzyłem szafę, sięgnąłem po koszulkę i zamarłem. Naprzeciwko mnie stał ufok, identyczny z tym z XCOMa. Chude ręce, chude nóżki, duża głowa z dużymi skośno-migdałowymi oczami, które wpatrywały się we mnie z przerażeniem. W rękach trzymał kłębek ciuchów, które przyciskał do bladej piersi. W kącie zobaczyłem parę, widocznych do kolan, drżących nóg. Przesunąłem wieszaki z ubraniami i zobaczyłem chudzielca w garniturze – jak w grze. Okulary z okrągłymi ciemnymi szkłami dyndały na jednym uchu. W jego oczach zobaczyłem to samo przerażenie, co w oczach ufoka.

– Pomożesz nam? – zapytał.

Spojrzał tymi przerażonymi oczyma prosto w moje oczy i wyciągnął z kieszeni pistolet. Wycelował w moją pierś i pociągnął za spust.

Wzdrygnąłem się i przebudziłem na kanapie. Film, który oglądałem, już się skończył.

„Czy ja już nie będę śnił o niczym innym?”, pomyślałem. „Dobra, pomogę wam, dostarczę wam to źródło energii, którego potrzebujecie, tylko dajcie mi już święty spokój i wynieście się z moich snów”.

Co mogę z tym zrobić? Pojechać do Emilcina? Zawieźć im tego powerbanka? Swoją drogą… to może być fajna wycieczka.

 

***

 

Dzisiaj znowu naciągnąłem trochę mojego pracodawcę, wykorzystując każdą wolną chwilę na planowanie wycieczki w okolice Emilcina. Maria ciągle mówi, że mało czasu spędzamy wspólnie poza domem. Będzie zachwycona. Przed południem można by wpaść do Janowca, zobaczyć zamek i odwiedzić Magiczne Ogrody – Kasia na pewno się ucieszy. Potem piknik w Emilcinie, uratowanie ufoków i zakończenie wycieczki romantyczną kolacją nad Wisłą w Kazimierzu. Pogoda zapowiada się super na taki aktywny wypoczynek, 20–22 °C, zachmurzenie małe, wiatr umiarkowany. W czasie lunchu wyskoczyłem do pobliskiej galerii i kupiłem powerbank o najwyższej dostępnej pojemności. Przepłaciłem jak cholera, ale ufoki, jeśli istnieją, to będą mogły dwa razy odpalić ten swój latający spodek.

 

Córka trajkotała radośnie na tylnym siedzeniu, wspominając po kolei wszystkie atrakcje Magicznych Ogrodów, przeplatając to co chwilę zachwytem nad najbardziej niewiarygodnym zdarzeniem w jej życiu – nasz samochód płynął na łódce.

– Tatusiu, a nie bałeś się wjechać na łódkę?

– Nie bałem się, wjeżdżałem przecież bardzo powoli.

– A jakby przepłynął wieloryb i wywrócił łódkę, to moglibyśmy się wszyscy utopić.

– W Wiśle nie ma wielorybów. I już ci mówiłem, że to nie była łódka, tylko prom.

Kasia zignorowała ostatnią uwagę i drążyła temat dalej.

– Ale duże ryby na pewno w Wiśle są, i taka duża ryba mogłaby chyba taką łódkę wywrócić.

– Nawet największa ryba nie mogłaby przewrócić promu.

– Nawet taka największa z największych? – dopytywała dalej.

– Nawet taka, córeczko.

Kasia pogrążyła się w jakichś swoich dziecięcych rozważaniach. Maria, wykorzystując tę jedną z niewielu chwil ciszy, zapytała:

– A właściwie to dlaczego my akurat do tego Emilcina jedziemy?

– Mówiłem ci już, że jest tam pomnik ewenement, postawiony dla upamiętnienia spotkania z ufo. Ostatnio zainteresowałem się tym tematem i dużo czytałem na temat latających talerzy. Ta historia z Emilcina jest po prostu niewiarygodna. Wyobraź sobie, że zwykły rolnik zdołał przekonać wszystkich dookoła, że spotkał ufo. Co więcej, dwaj kosmici jechali na jego wozie i zabrali go do swojego pojazdu. Przekonał nie tylko rodzinę, znajomych i lokalnych milicjantów, ale też prasę i kilku, wydawałoby się, poważnych naukowców. A przy okazji Emilcin to świetne miejsce na piknik.

– A ten rolnik… Myślisz, że on tam jeszcze mieszka, że można by z nim porozmawiać?

– Nie mam pojęcia, upłynęło już ponad czterdzieści lat.

Wjeżdżaliśmy właśnie do Emilcina. Bez trudu odnaleźliśmy pomnik upamiętniający spotkanie z UFO. Zaparkowałem na poboczu. Obok pomnika znajdował się mały plac zabaw, na którym postanowiliśmy się rozłożyć z naszym piknikiem.

– Tato, a czy ci kosmici, których ten pan spotkał, to byli tacy jak twoje ufoki? – zapytała Kasia.

– Nie, córeczko, tamci byli w czarnych kombinezonach i mieli małe zielone twarze, i nie mieli takich wielkich czarnych oczu.

– A czy byli dobrzy i czy trzeba im było pomóc?

– Myślę, że byli dobrzy, bo zaprosili tego pana do swojego pojazdu. Byli uprzejmi i nic mu nie zrobili, tylko go zbadali jakimiś dziwnymi przedmiotami. I chyba nie potrzebowali pomocy, bo zaraz potem odlecieli.

– A ty już pomogłeś, tatusiu, swoim ufokom?

– Jeszcze nie, ale zamierzam to dzisiaj zrobić – powiedziałem zgodnie z prawdą, nie wspominając jednak, że mam zamiar zrobić to już za kilka minut.

– To fajnie, bo oni są dobrzy, mówiłam ci już, prawda?

– Prawda, mówiłaś. Ciekaw jestem tylko, skąd o tym wiesz? Powiedział ci to ufok, którego chowasz w szafie?

– Nie chowam żadnego ufoka w szafie – odparła nadąsanym tonem – po prostu to wiem. Jak na nich patrzę, to o tym wiem.

Odwróciła się do Marii i zapytała:

– Pogramy w UNO, mamusiu?

– Jasne. Babeczki i herbata najpierw czy potem?

Rozsiedliśmy się na kocu, delektując się słońcem kawą i domowymi wypiekami. Kasia wyciągnęła karty i zagraliśmy kilka partyjek jej ulubionej gry. Potem zaproponowałem, że pójdę sobie w okoliczne lasy zapolować z aparatem na jakieś motylki, ważki czy inne robale, a dziewczyny niech sobie w tym czasie pograją w badmintona. Tak naprawdę zamierzałem zapolować na ufo. Sprawdziłem, czy mam w torbie na aparat świeżo zakupionego powerbanka i czy baterie w aparacie są naładowane (jakieś zdjęcia dla kamuflażu musiałem przecież zrobić). Udałem się w kierunku pobliskiego lasu.

 

Miejsce o współrzędnych przekazanych przez ufoki było odległe o jakieś 300 metrów, nie miałem więc problemów z odnalezieniem drogi. Sprawdziłem dla pewności w telefonie – to tutaj. Przede mną rozpościerała się polana szeroka na jakieś trzydzieści metrów, długa może na osiemdziesiąt, a jej brzegi zarośnięte były krzakami. Małe oczko wodne pośrodku otaczała soczyście zielona trawa i mnóstwo kolorowych kwiatów. W powietrzu roiło się od motyli i ważek – istny raj dla fotografa. Od strony stawu dochodził rechot żab, z lasu stukot dzięcioła. Brakowało tylko jednego. Nie było żadnego ufo.

 

Gdybym poczuł się zawiedziony, to musiałbym nazwać się głupcem („naprawdę wierzyłeś, że będzie tu na ciebie czekało ufo z istotami, które musisz uratować?”). Gdybym nie poczuł się zawiedziony, to również musiałbym nazwać się głupcem („po jaką cholerę kupowałeś powerbanka, skoro nie wierzyłeś, że ufoki go potrzebują?”). Z której strony by nie spojrzeć, wychodziłem na głupca i aby zachować twarz, pozostało mi tylko robić zdjęcia motylkom. Wyjąłem aparat i cyknąłem zdjęcie z szerokim kadrem obejmującym całą polanę. Sprawdziłem odruchowo jakość zdjęcia i… Bingo! Na skraju polany, bezwstydnie, na trzech nóżkach stoi w pełnej krasie ufo. Spojrzałem w tamtym kierunku – i nic, pusto. A na zdjęciu jest. Zacząłem powoli podchodzić do miejsca, w którym według mojego aparatu stał latający spodek. W miarę zbliżania się zarośla stawały się coraz bardziej rozmyte i niewyraźne, pojawił się zarys jakiegoś obiektu, a jego kontury z każdym moim krokiem stawały się coraz bardziej wyraźne, aż zobaczyłem ufo w całej swojej, niezbyt wielkiej okazałości.

 

Patrzyłem z odległości metra na obiekt niewątpliwie nie z tej Ziemi – ani to spodek, ani połowa autobusu, najbardziej chyba podobny do drona. Bardziej kwadratowy niż okrągły, szeroki na jakieś dwa metry, wysoki może na półtora. W narożnikach miał umiejscowione owalne elementy przypominające napęd drona. W centralnej części korpusu znajdowała się kopuła otoczona szeregiem okien, przez które wydobywała się wolno pulsująca błękitna poświata. Patrzyłem na niewiarygodnie skomplikowany obiekt, który całą swoją konstrukcją i każdym szczegółem zdawał się potwierdzać swoje nieziemskie pochodzenie, i zastanawiałem się, co mam teraz zrobić. Szukałem wzrokiem czegoś na kształt portu USB, do którego mógłbym podpiąć zasilanie, ale nic takiego nie potrafiłem znaleźć. Zacząłem go okrążać, zastanawiając się, co by się stało, gdybym spróbował go dotknąć. Wyciągnąłem dłoń i zbliżyłem ją do kopuły – nic, żadnej reakcji. Obiekt nie wykazywał żadnej aktywności z wyjątkiem pulsującej słabej poświaty z okien. Sięgnąłem do torby i wyjąłem powerbank – w końcu to właśnie to miałem dostarczyć. Powoli zbliżyłem go do ufo i wtedy nastąpiła reakcja. Otwarła się klapa w dolnej części pojazdu, tworząc rodzaj rampy, po której zjechała platforma oznaczona piktogramem baterii. Położyłem na niej powerbank, który po chwili został wciągnięty do wnętrza pojazdu. Przez kilka chwil nic się nie działo, po czym usłyszałem narastający niski, wibrujący dźwięk i statek kosmitów uniósł się na kilka metrów nad ziemię. Spojrzałem w górę i zobaczyłem obiekt żywcem wyjęty z grafik ilustrujących spotkanie Jana Wolskiego z UFO. Srebrny, pękaty obiekt przypominający bardziej przystanek autobusowy niż sam autobus (a raczej jego połowę), otwarte drzwi na jednej ze ścian i winda w formie platformy opuszczająca się na czterech linach. Na platformie stały dwa ufoki i coś do mnie mówiły. Słów nie rozumiałem, ale w jakiś sposób wiedziałem, że zapraszają mnie do środka. Wszedłem na platformę, która uniosła nas do góry, i po chwili znaleźliśmy się wewnątrz UFO. Zastanawiałem się przez chwilę, jak to możliwe, że zmieściłem się w obiekcie, który jest mniejszy ode mnie, ale widok sterowni statku, której nie powstydziłby się kapitan Kirk, odwrócił moją uwagę. Z foteli podniosły się dwa inne ufoki i dołączyły do dwójki, z którą tu przybyłem.

 

Cztery ufoki stały przede mną, mówiąc coś do mnie w swojej szeleszczącej mowie. Coś, czego nie rozumiałem, ale w jakiś sposób wiedziałem, że jest to podziękowanie za pomoc i obietnica ponownego spotkania. Obietnica, że wrócą na Ziemię tak szybko, jak to możliwe, z oficjalną wizytą. Gdy skończyły przemowę, nie wiadomo w jaki sposób w ich dłoniach pojawiły się pistolety i każdy z nich wycelował we mnie swoją broń. Zrozumiałem, że żegnają się ze mną. Do zobaczenia wkrótce. Mówiłam ci, tatusiu, że ufoki są dobre. Równocześnie nacisnęli spusty, pojawił się jasny błysk i straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, leżałem na kocu w miejscu, w którym rozłożyliśmy się na piknik. Obok mnie siedziała Maria i spokojnie czytała książkę, a Kasi nigdzie nie było.

– Gdzie Kasia? – zapytałem Marię.

– Jaka Kasia?

 

Koniec

Komentarze

Niezłe zwłaszcza zakończenie :D. Polskie klimaty XCOM kiedyś zamiast zakuwać do matury grałem w nie całe noce :D  Z moich znajomych byłem jedynym, który w XCOM 1 nigdy nie używał broni obcych tylko karabiny laserowe, grał w niemieckiej wersji językowej a nie angielskiej. To było dopiero szaleństwo :D. Ogólnie jestem na tak 

Wielkie dzięki, MPJ. Z zakończeniem mocno walczyłem. Miałem trzy wersje i nie wiedziałem na co się zdecydować. Najważniejsze jedno zdanie przyszło do mnie tej nocy. Jeszcze raz dziękuję za dobre słowo i punkciki.

Ja kiedyś używałem worda w wersji niemieckiej, potwierdzam że to hardcore.

MPJ, wodolejstwem nie zatuszujesz braków merytoryki w komentarzu. Wysil się odrobinę bardziej :)

Wybacz ale to nie tyle wodolejstwo co wspomnień czar.  W pierwsze i drugie UFO XCOM grałem przed maturą. Bohater z opowiadania co prawda nie gra się w oryginalne XCOM’y z połowy lat 90, które pochłonęły dziesiątki godzin mojego życia, ale jakiś współczesny remake. Niemniej w moim wieku młodość górną i chmurną wspomina się z pewnym rozrzewnieniem.  ;)

 

Co do opowiadania oprócz poruszenia nutki wspomnieniowej, podobało mi się osadzenie akcji tu i teraz. Jestem dziwny, mam często przesyt angielskiego i cudzoziemskich klimatów. Lokowanie akcji w Polsce uważam za coś co warto wspierać.

 

Pojazd ufoków, któremu do napędu wystarczy współczesny powerbank to pomysł dość karkołomny ale zabawny. Zawsze premiuję opowiadania z nutką humoru.  

 

Zakończenie było truskawką na torcie, jak powiedział klasyk :D Córka porwana przez ufoków, albo będąca hipnotycznym zwidem, to było zaskakujące i intrygujące. 

Też mnie wziąłeś na wspomnienia :) Te sceny z córką… normalnie jakbym widziała siebie i mojego męża :D “ja: nie zabijaj ufoków, biedny ufok, tak wzdycha jak go trafisz! mąż: jak nie zabijaj! rozwalił mojego najlepszego porucznika!!!”. I to szukanie po statku… jak się trafił ten największy to dramat, zawsze się gdzieś jakiś ufok zakamuflował w szafie ;) Sama potem też grałam, ale chyba utknęłam jakoś pod koniec.

No, a wracając do opowiadania – podobało mi się połączenie świata gry, snów z naszymi zdobyczami techniki i prawdziwym ufo. Ładnie się to przeplatało i zagrało, łącznie z wplecionym “lengłydżem”. Końcówka bardzo dobra. W pewnym momencie myślałam, że go zabiją, jak w grze ;) ale to, co zaserwowałeś dobre i niespodziewane. Masz ode mnie klika :)

Cieszy mnie bardzo pozytywny odbiór zakończenia.

 

@Bellatrix,

Dzięki za klika. Zastanawiam się czy ludzie, którzy nie grali w XCOMa, też będą pozytywnie oceniać to opowiadanie :)?

 

@MPJ,

Dzięki za drugi komentarz, szczerze mówiąc, obawiałem się że Ci się nie będzie chciało.

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Sympatyczna historyjka.

Nigdy nie grałam w to… eeee, jak to się nazywało? Nic a nic nie ciągną mnie gry polegające na zabijaniu wszystkiego, co się bezczelnie rusza. #teamKasia

Zakończenie trochę zaskakujące, a trochę znikąd. OK, można tak interpretować przesłanki, ale jeśli tak tragicznie stali z energią, to dlaczego wydawali ją na odległą dziewczynkę…

Ciekawy sposób kontaktu z Ziemianami.

Babska logika rządzi!

No i mam odpowiedź na moje pytanie. Może się podobać nawet jeśli czytajacy nie grał i co więcej, nawet jesli grac nie lubi.

O zasilanie dziewczynki martwił sie jej kochany tatuś, karmiąc cukiereczkami i innymi rarytasami.

Dzięki za miłe słowo Finkla :)

No, ale do tego trzeba zmodyfikować facetowi pamięć, żeby się za bardzo nie dziwił, że ma córkę od kilku dni, a ona już mówi. ;-)

Babska logika rządzi!

Dobre!

Nawet bardzo! Też grałem w X-Comy, boć ich przecież kilka było? Jakieś bazy Obcych (na Marsie chyba?) rozwalałem przecież.

Świetny pomysł na pożenienie opowiastki familijnej, raportu o stanie wiedzy UFOlogicznej i relacji z “bliskiego spotkania”. Pomysł co prawda nienowy, w którejś z pierwszych “Fantastyk” było (co prawda mało logiczne) opowiadanie o przerzuceniu sterowania ziemską obroną kosmiczną na automat z grą.

Jedyne, co mi zgrzyta, to pisownia “ufo”. Tak można?

Kilka uwag:

– “muzyka do utworu” – “do” utworu? to byś przerobił, bo jakoś koślawo brzmi;

– “były przekazane” – raczej “zostały przekazane”;

– “Verner von Brown” – a nie Wernher von Braun aby?;

– “amerykanów” – Amerykanów;

– “delektując się słońcem[,] kawą” – tu zabrakło przecinka.

 

Całkiem odmienne od innych konkursowych opowiadań i przez to bardzo dobre!

Aha, +5 do oceny za Genesis i Marillion :D!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Staruchu, 

Wielkie dzięki za pochwały, dwukrotnie powtórzone “bardzo dobre” na prawdę robi wrażenie, jednakże jeszcze bardziej ucieszyła mnie ocena dodatkowa – zawsze cieszy mnie rozmowa z człowiekiem, któremu nie muszę tłumaczyć kto walczył pod Epping Forest.

Nie mam pojęcia dlaczego przyznałem panu von Braun obywatelstwo amerykańskie – za tą jak i pozostałe uwagi dziękuję.

Jeśli chodzi o pisownię to rozumiem że problemem jest ufo czy UFO. WSJP podaje:

Lądowanie UFO obserwowano też ponoć pod koniec lat 70-tych w Zakopanem. Pewien milicjant miał zarejestrować je służbową kamerą i wkrótce potem stracił pracę. Lądowanie to widziała też ciotka mojego szkolnego kolegi, która wtedy pracowała w Zakopanem. (Przynajmniej tak mi opowiadał ten kolega :) ).

 

Ale ja nie wierzę w NOL-e, dlatego bardziej podobało mi się satyryczne ujęcie tego tematu w opowiadaniu Woody Allena “Zagrożenie UFO”.

 

“Piknik w Emilcinie” jest jednak zabawny i wciągający. Podobał mi się powrót do klasycznego ujęcia Niezidentyfikowanych Obiektów Latających, a także przewrotne zakończenie.

 

Głosuję za Biblioteką.

Marcinie Robercie,

Cieszę się, że się podobało. Ja też nie wierzę w NOL-e, co nie przeszkadza, jak widać w napisaniu “zabawnego i wciągającego” tekstu. (Z niewielką pomocą X-COMa)

Na twoje ręce składam dzięki wszystkim głosującym za biblioteką.

Zastanawiam się czy jest jakiś zwyczajowy sposób świętowania pierwszej biblioteki? laugh

 

Bardzo fajny tekst, lekki i przyjemny. Napisany prostym, przejrzystym stylem, bez ozdobników i zakrętasów, co jak najbardziej pasuje do treści. Nie zauważyłem uchybień technicznych, literówek, czy co tam (zapewne są, niezbyt poważne, ale czytało sie na tyle dobrze, że nie zwracałem uwagi) Złych przecinków parę było, ale sam nie jestem interpunkcyjnym maestro, więc czepiam się i poprawiam tylko wtedy, gdy tekst cierpi na ostrą formę dysinterpunkcji. 

A co do fabuły, to się nie zawiodłem. Jest prosto i zdałoby się – przewidywalnie, ale podałeś to wszystko tak uroczo i ze sporą dozą gracji. Do tego ładny i nienachalny tłist na koniec… Bibliotekowałbym, gdybym się nie spóźnił. Możesz świętować. Zwyczaj każe przesłać flaszkę ulubionego trunku każdemu bibliotekującemu ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki thargone,

No przepiękna laurka. Taka myśl mnie nachodzi – “kurde, jak ja to zrobiłem?”.

Podpowiedz mi jeszcze proszę czy to ma być ulubiony trunek mój, czy bibliutekującego? Ta druga opcja mnie lekko przeraża.

 

W zasadzie bibliotekującego, ale co tam. Nie ma co trzymać się ściśle zwyczajów, bo skończymy jak starożytni Egipcjanie. Może być Twój. No chyba, że to kumys ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No to stawiam wszystkim dotychczasowym, potencjalnym i przyszłym potencjalnym bibliotekującym.

Znaczy stawiasz jabola, tak? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Fajne, przeczytałam z przyjemnością :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki, Anet. Czyż nie po to piszemy?

Niektórzy pewnie jeszcze, żeby wzruszyć, skłonić do myślenia albo cośtam ;)

 

Swoją drogą zwizualizowałam sobie taki obrazek: pisarz bierze do ręki pióro, zastyga z nim nad czystą kartą i pogrąża się w zadumie, co napisać, żeby mi się spodobało ;)))))))

Znam tylko pięć liter ;)

Nigdy nie grałam w żadną grę, więc być może umyka mi coś istotnego, bo opowiadanie nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia. Owszem, czytało się nieźle, ale bez rewelacji, zwłaszcza z powodu fragmentów, które okazywały się snem.

Jednakowoż muszę przyznać, że finał okazał się zaskakujący. ;)

Wykonanie mogłoby być nieco lepsze.

 

każdą po­zo­sta­łą chwi­lę czasu spę­dza­łem… –> Masło maślane. Chwila to czas.

Wystarczy: …każdą po­zo­sta­łą chwi­lę spę­dza­łem

 

Pierw­szy raz nazwy uni­den­ti­fied fly­ing ob­ject (UFO)… –> Pierw­szy raz nazwy Uni­den­ti­fied Fly­ing Ob­ject (UFO)

 

świę­tym gra­alem wy­znaw­ców ufo. –> …Świę­tym Gra­alem wy­znaw­ców ufo.

 

można zna­leźć in­for­ma­cję, że w tam­tym cza­sie zna­le­zio­no trzy wraki ufo… –> Powtórzenie.

 

czyli dzwon. Ta­jem­ni­czy napęd za­sto­so­wa­ny w po­jeź­dzie o kształ­cie dzwo­nu (spłasz­czo­ny dzwon po­dob­ny… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

po­wtó­rzy­ła z ty­po­wym upo­rem ma­łe­go dziec­ka Kasia. –> …po­wtó­rzy­ła Kasia, z ty­po­wym upo­rem ma­łe­go dziec­ka.

 

przy­tu­li­ła się do mnie i po­bie­gła do swo­je­go po­ko­ju. –> Taka przytulona pobiegła?

Proponuję: …przy­tu­li­ła się do mnie, a potem po­bie­gła do swo­je­go po­ko­ju.

 

gdy do­je­chał do naj­bliż­szej po­la­niy… –> Literówka.

 

Miej­sce o współ­rzęd­nych prze­ka­za­nych przez ufoki było od­le­głe o ja­kieś 300 me­trów… –> Miej­sce o współ­rzęd­nych prze­ka­za­nych przez ufoki było od­le­głe o ja­kieś trzysta me­trów

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

W miarę zbli­ża­nia się za­ro­śla sta­wa­ły się coraz bar­dziej roz­my­te i nie­wy­raź­ne, po­ja­wił się zarys ja­kie­goś obiek­tu, a jego kon­tu­ry z każ­dym moim kro­kiem sta­wa­ły się coraz bar­dziej wy­raź­ne… –> Czy to celowe powtórzenia? Siękoza.

 

aż zo­ba­czy­łem ufo w całej swo­jej, nie­zbyt wiel­kiej oka­za­ło­ści. –> …aż zo­ba­czy­łem ufo w całej jego, nie­zbyt wiel­kiej oka­za­ło­ści.

 

który po chwi­li zo­stał wcią­gnię­ty do wnę­trza po­jaz­du. Przez kilka chwil nic się nie dzia­ło… –> Powtórzenie.

 

winda w for­mie plat­for­my opusz­cza­ją­ca się na czte­rech li­nach. Na plat­for­mie stały […] Wsze­dłem na plat­for­mę… –> Powtórzenia.

 

Wsze­dłem na plat­for­mę, która unio­sła nas do góry… –> Masło maślane. Czy można unieść coś do dołu?

 

Czte­ry ufoki stały przede mną, mó­wiąc coś do mnie w swo­jej sze­lesz­czą­cej mowie. –> Czy oba zaimki są konieczne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, reg, za wyłapanie tych wszystkich błędów i przywrócenie mi właściwej optyki. Ciągle jestem czeladnikiem. Dzięki również za słowa, które odbieram jako pochwałę:

czytało się nieźle,  (…)  finał okazał się zaskakujący.

Zastanawiam się nad znaczeniem tego co było w (…). Mam czytać jako:

czytało się nieźle, zwłaszcza z powodu fragmentów, które okazywały się snem.

czy też:

czytało się  bez rewelacji, zwłaszcza z powodu fragmentów, które okazywały się snem.

:)

 

Rozumiem że póki co, poprawek nie mogę nanieść, ale na pewno wezmę sobie do serca i pamięci.

Fizyku, wszak napisałam: …czy­ta­ło się nie­źle, ale bez re­we­la­cji, zwłasz­cza z po­wo­du frag­men­tów, które oka­zy­wa­ły się snem. – a to znaczy, że nie lubię, kiedy istotne dla opowiadania zdarzenia okazują się snem.

Tak, Fizyku. Póki co z poprawkami musisz się wstrzymać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie zachwyciło mnie, lecz to ewidentnie przez własne preferencje (granie, dzieci, ufo-fakty – wszystko nie moja bajka). Czytało się jednak przyjemnie, lekko, z jakimś tam zainteresowaniem. Zatem dobry tekst.

Moja książka i artykuły naukowe (też o fantastyce), jakby ktoś miał ochotę zerknąć: https://uni-wroc.academia.edu/MarcinBorowski/Papers

Przeczytane.

Sympatyczne, to pierwsze słowo, które przyszło mi do głowy. Musisz być już niemłody, bo przemycasz do opowiadania muzykę dinozaurów, jakiej zapewne słuchasz, słuchałeś? :) Większość dziadków na forum to robi, jakaś plaga czy co… ;)

To całkiem udany tekst obyczajowy, z domieszką fantastyki, nie za dużo, ale wiara i niewiara w UFO dobrze się u Ciebie sprawdza. Niby nic nowego, początkowe niedowierzanie, przechodzi w sprawdzanie i opadem szczęki na końcu. Czyli standard, ale sensownie podany, z humorem, dla mnie może być. Dodatkowy plus na finał, wyszło ciekawie.

Całościowo opowiadanie nie jest z tych, które głęboko zapadają w pamięci, ale napisane wprawną ręką, bo trzydzieści tysięcy znaków przeczytałem bardzo szybko. 

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

@Darconie, cholerka, a Tobie co? Masz na bakier z muzą, już klasyczną. Podaj link do czegoś niedinozaurowego – fascynującego.

Opowiadania nie czytałam, niniejszym zostawiam sobie samej tutaj śledzia, bo w kolejce lista jest już taka długa, że deliberuję, co wybrać – miast czytać. Próbowałam ugryźć to sposobem, lecz lista przypominajek w telefonie też się nie sprawdziła, więc nie będę tego sobie robić, bo czysta beznadzieja – dla mnie – ze sprostaniem jej.

Krótko pisząc – przeczytam i się odniosę do opowiadania, mam nadzieję, że w przeciągu miesiąca.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki Darcon, dostarczasz mi swoim komentarzem, czegoś co jest mi bardzo potrzebne – motywacji do pisania. “Większość dziadków na forum to robi, jakaś plaga czy co… ;)” Dziadkiem nie jestem, ale to bardziej wina moich dzieci niż moja ;) Muzyka to duża część mojego życia wewnętrznego, chyba taka sama jak książki. Co do plagi wśród dziadków, to myślę że twórczo sędziwego wieku dożywają ci, którzy kochają muzykę.

“napisane wprawną ręką, bo trzydzieści tysięcy znaków przeczytałem bardzo szybko” to wielki komplement dla kogoś kto tę rękę ćwiczy nawet nie od roku. Fajny ten komentarz, ciągle mam jeszcze uśmiech na twarzy.

Nie miałem na myśli dziadka tak dosłownie. ;) Dobrze, że szybko nabierasz wprawy w pisaniu, czeka Cię mniej męczarni, więcej przyjemności. :)

Asylum, przecież jest, w moim ostatnim opku. Dinozaury to był pieszczotliwy komplement. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Większość dziadków na forum to robi, jakaś plaga czy co… ;)

Trochę się poczułem wywołany do tablicy ;). 

A odpowiedź na Twoje pytanie, Darconie, czemu sięgamy do muzyki z lat naszej młodości, jest bardzo prosta. Bo za naszych czasów była jeszcze muzyka, którą można się zachwycać.

Ciekawe, czym obecni młodzi ludzie będą się “jarać” w naszym wieku, bo na pewno nie współczesną “muzyką”.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Aaaaaa, tak :>>>D , @Darconie. Nie odsłuchałam jej jako nowość, bardziej klasykę, poważną. Odbiór indywidualny pewnie się różni.

Pieszczotliwe. Może i komplementarne:) do muzy, lecz te dinozaury, to niestety był nieudany eksperyment ewolucyjny i żadne filmy im nie pomogą – wyginęły, bo nie przystosowały się. To jest (dla mnie) interesujące pytanie, na które chyba nie umiem odpowiedzieć, inaczej niż – podążaj swoją drogą, tylko swoją lecz nie odrzucaj nikogo, ani żadnej opinii , która jego jest.

Ostatnio słuchałam podcastu o “skalowaniu” i pomyślałam sobie, że w przypadku tych zwierząt ma to zastosowanie. Kurczę, ile masy dźwigał, jak wykładniczo silny musiał być ich kościec. Nie będę przytaczała liczb.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hmmm. Jak w twoją planetę wali mała asteroida, to żadne przystosowanie nie pomoże.

Babska logika rządzi!

Pewnie, dostosowanie ewolucyjne to “lata świetlne” – dla śmiertelnika.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Melduję przeczytanie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Fabuła: Czytało się dość przyjemnie, ale raczej nie zachwyciła pod względem suspensu. Część tekstu można by wyciąć bez szkody dla finalnego przekazu, parafraza artykułów internetowych ustami bohatera raczej nie jest szczególnie porywającym sposobem na rozwijanie akcji. Zakończenie jest dość stereotypowym ukazaniem idei second reality, jak na mój gust pozostaje zbyt niedopowiedziane, żeby poruszyć czytelnika.

 

Oryginalność: Klisze nadawały tej nieco humorystycznej opowiastce klimatu, jednak chyba lepiej było pokusić się o nieco więcej wyjątkowości. Miniaturowych kosmitów już znamy, podobnie jak komunikowanie się za pomocą monitów na komputerze. W tekst wkradł się jeden błąd merytoryczny: kosmici mówili o stu amperogodzinach, bohater kupił urządzenie, które niby miało pozwolić na dwukrotne odpalenie statku, tymczasem w sklepach pokroju Saturna czy MediaExpert trudno znaleźć powerbanki większe niż 20 Ah (tak na marginesie jednostka powinna być zapisana właśnie w ten sposób, z małą literą h, nawet jeśli cała reszta tekstu jest zapisana kapitalikami), w internecie można spotkać konstrukcje o pojemności ok. 50 Ah, ale te bardziej pojemne ustrojstwa to już w zasadzie nie powerbanki tylko portable power station. Tak czy inaczej przypuszczam, że to po prostu literówka i do tekstu wkradło się o jedno zero za dużo.

 

Język: Niektóre didaskalia były naprawdę pomysłowe, spodobały mi się. Dobrze oddany język dziecka. Fragmenty streszczające czytane w sieci artykuły to bloki tekstu, które można by rozbić na mniejsze akapity, podobny zarzut mam wobec końcowej części tekstu. Kilka dyskusyjnych kwestii, chociażby „Brown” zamiast „Brauna” (Nie znalazłem żadnej wzmianki o tym, że ta osoba korzystała ze zangielszczonego nazwiska), czy zapisywanie „UFO” raz dużymi, a raz małymi literami. „X-COM” jako skrót od „Extraterrestrial Combat Unit” w formie odmienionej powinien być zapisywany z dywizem, np.: „X-COM-a”. Dla estetyki warto wyśrodkować gwiazdki rozdzielające tekst.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Nowa Fantastyka