- Opowiadanie: lk - Doświadczenie umarłego miasta

Doświadczenie umarłego miasta

Dziękuję: Wiktorowi Orłowskiemu, Wybranietz, Coboldowi

         i Funowi :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Doświadczenie umarłego miasta

Tego dnia dotarłem do Domu jako jeden z ostatnich, ale byłem daleki od spóźnienia. Wiedziałem, że punktualność stawiano na drugim miejscu, zaraz po anonimowości, i za złamanie zasad zostałbym skreślony na zawsze.

Zająłem swoje zwyczajowe miejsce i popatrzyłem na ludzi, których wprawdzie nie znałem, a jednak powiedziałbym o nich więcej, niż członkowie ich tak zwanych rodzin. Zabraniała mi tego trzecia reguła – bezwzględna ignorancja, obowiązkowa niepamięć. Zaprzestanie ocen, analiz i innych podobnych procesów, które określano w regulaminie jako choroby trawiące umysł.

Okna zasłonięto, by światło latarni nie dostawało się do środka. Oblicza swoje widzieliśmy w półmroku – osiem ciemnych, zniekształconych twarzy. Pomieszczenie mieściło nas na styk, tłoczyliśmy się dookoła drewnianego stolika, siedząc na małych, powykrzywianych krzesłach. Niewygoda wymuszała koncentrację, bez której nie było warto nawet zaczynać biernego, nie mówiąc już o czynnym udziale w sesji. Symboliczna świeczka w rogu pokoju przypominała nam, że wciąż znajdujemy się w rzeczywistym świecie, a nie w ciemnym, koszmarnym śnie.

Natychmiast spostrzegłem, kto chciałby rozpocząć konfesję. Wysoki mężczyzna, wieloletni uczestnik spotkań, wiercił się na swoim krześle, nie mógł usiedzieć w spokoju. Elegant, w tak zwanym prawdziwym życiu zapewne ważna, szanowana persona, czekał tylko, aż wybije stosowna godzina. W końcu podniósł rękę – mógł zabrać głos, nikt inny nie był chętny.

– …moja żona leży obecnie w piwnicy, z rękami i nogami związanymi, z ustami zaklejonymi szczelnie, z twarzą poobijaną wprawdzie, ale nie opuchniętą – zaczął jak gdyby od środka, z pominięciem początku. – Przed wyjściem patrzyłem na nią z zachwytem przez dwanaście minut i czternaście sekund. Obserwowałem bardzo uważnie, jak próbuje wstać, uwolnić się, ale nie mogła oczywiście wstać ani się uwolnić, ponieważ skrępowałem ją dokładnie, mimo że zrobiłem to pierwszy raz.

Urwał. Dostrzegłem wahanie na jego twarzy, jakby usiłował coś sobie przypomnieć.

– Zaczęło się niewinnie, od kłótni – powiedział w końcu. – Jest to zupełnie niewarte uwagi, a jednak chwilę później, i nie mogę sobie przypomnieć, jak długo dokładnie, ale nieznaczną chwilę później klęczałem już przy niej, wierzgającej, z taśmą klejącą i kawałkiem sznura w rękach. Nie mam pojęcia, czy to działanie wynikające z afektu, czy z jakichś innych, nieznanych mi funkcji podświadomości. Wierzę w każdym razie, że wszystko się wkrótce wyjaśni, a swoimi przyszłymi obserwacjami mam zamiar dzielić się tylko tutaj, na spotkaniach, ponieważ to jedyne miejsce, gdzie sprawy moje mogą znaleźć ujście, gdzie mogę wypowiedzieć myśli w sposób klarowny, nie zatajając jednocześnie żadnych szczegółów, w obawie przed osądem tak zwanego społeczeństwa.

Zapadła cisza, a ciemność wypełniająca pokój zagęszczała się z każdą niemą chwilą. Tylko zegar tykał, ale jakby zza grubej ściany.

– Dziękuję – dodał wreszcie mężczyzna, kończąc swoją kolej.

– W moim życiu obierałem wiele ścieżek, chwytałem się różnych zawodów – wyrwał się natychmiast stary, schorowany już widocznie człowiek, którego kojarzyłem, nie kojarząc jednocześnie, z wielu poprzednich sesji. – I każda z tych ścieżek okazała się błędna. Nie mam przy tym na myśli, że nic mi nie wychodziło; wręcz przeciwnie, w opinii wielu byłem kimś, kogo określa się zazwyczaj mianem człowieka sukcesu. Miałem pieniądze i władzę, rodzinę i dzieci, zdrowie i, co ponoć najważniejsze, szczęście. Szybko odkryłem jednak, już w dzieciństwie, pewną właściwość mojego umysłu, o którą pytałem rodziców. Nie potrafili mi nic sensownego odpowiedzieć, a ja zrozumiałem, że stawianie tych pytań jest bezcelowe.

Mężczyzna z trudem nabrał powietrza.

– Moja umiejętność… – podjął. – Mój szczególny, dodatkowy zmysł dotyczy cmentarzy. Za każdym razem, gdy się na jakimś pojawiam, słyszę w głowie głosy. Oczywiście nie mam żadnej schizofrenii czy podobnych zaburzeń, które mogłyby dawać takie objawy. Nie, to rzecz zupełnie innego kalibru, ponieważ głosy są realne, jestem o tym całkowicie przekonany, i słyszę je tylko ja.

Wybuchnął nagle mokrym, boleśnie głośnym kaszlem. Czułem na sobie spojrzenia innych, swój wzrok utkwiłem jednak w podłodze.

Kaszel ustał; niektórzy uczestnicy odetchnęli z ulgą.

– Wołają spod ziemi – kontynuował starzec. – Krzyczą, marzą, rozmawiają ze sobą. Dusze ludzkie zamknięte w ciałach przeżywają, a może przerastają śmierć, ale niech nikt nie pyta mnie, w jaki sposób, ponieważ jeszcze nie wiem. Głosy te ignorowałem przez prawie całe życie; zazwyczaj dotyczyły rzeczy zupełnie błahych, co wynika z tego, że większość martwych ludzi jest błaha, a jednak udałem się kiedyś na stary cmentarz wojskowy i usłyszałem, jak jeden z żołnierzy – bohater o nazwisku rozpoznawalnym w całym kraju – w kółko powtarza następujące pytanie: „Zdrowi mieszkańcy odpoczywają już razem ze mną – dlaczego ty jeszcze się ruszasz?”

– Zrozumiałem w tamtym momencie, że po śmierci też będę bełkotał do siebie albo nie tylko do siebie, i nie sposób od tego uciec, niezależnie od rzeczy, w które ktoś wierzy, czy zasad, którymi się kieruje, ponieważ nie są one realne poza umysłem, a o rzeczywistości wiemy naprawdę niewiele. Dziękuję.

Popatrzyłem uważnie na zgromadzenie, ale nie mogłem stwierdzić, czy na pewno nikt już nie chce zabrać głosu.

Po długiej ciszy, która regulaminowo powinna trwać trzydzieści tyknięć zegara, pierwsza osoba poderwała się z miejsca. Później, tym razem po dwudziestu sekundach, następna. I następna. Wyszedłem jako czwarty, zostawiając wszystko za sobą i wchłaniając w siebie aurę tego terminalnie chorego miasta.

Ulice, tak piękne w latach mojej młodości, umarły już dawno temu, natomiast ludzie w swoich domach, a raczej w starych, walących się namiastkach domów, przygotowywali się powoli do śmierci. Przykro mi się na to patrzyło, z roku na rok coraz gorzej znosiłem długą przeprawę do Domu i z powrotem. Pozostawało tylko zaciskać zęby – nie będzie przecież zbawiciela i nie zjawi się tu żaden cudotwórca.

Wiedziałem, że brak tak zwanych możliwości spowodował niepowstrzymaną migrację ludzi młodych do bardziej perspektywicznych miejsc, takich jak stolica albo ogromne, zagraniczne metropolie. Ta irracjonalność budziła we mnie obrzydzenie – nie mogłem znaleźć choćby jednego argumentu za bezsensowną ucieczką, której zwolennikami zostało przecież tak wielu. Nie analizowałem tego jednak zbyt często, ponieważ, gdyby się zagłębić, umarłbym pewnie z szaleństwa. Los tych zagubionych, chorych jednostek był mi zupełnie obojętny, ale miasto musiało przetrwać – niczym nie zawiniło.

Po kilku chwilach marszu w otępiałym zamyśleniu, świat postanowił zbudzić mnie ze snu.

Na czarnym, bezgwiezdnym niebie rozbłysły nagle światła. Fioletowo-białe smugi, nierzeczywiste obłoki rysujące się podczas przelotu jakiegoś obiektu, którego nie określiłbym żadnym znanym mi słowem. Spektakl odbywał się bezgłośnie, a ja przystanąłem z zadartą głową i patrzyłem, zafascynowany, na czarny kształt o nieregularnych konturach sunący równolegle do ulicy w asyście tych wszystkich efektów. Powykrzywiany, zdeformowany – a jednak z pewnością zaplanowany, stworzony świadomie.

W momencie, gdy zniknął, przesłonięty przez budynki, zrozumiałem, że byłem świadkiem czegoś ważnego, być może przygotowanego specjalnie dla mnie – wszak nie zobaczyłem innych ludzi w pobliżu, a w ciągu kilku następnych dni żadna krajowa gazeta nie opisała podobnego incydentu.

 

***

 

Tydzień później chciałem dotrzeć do Domu jako pierwszy, by przez chwilę posiedzieć samotnie w ciemności, a jednak ktoś przyszedł przede mną – ktoś, kogo chyba nie znałem, chociaż nie mogłem tego jednoznacznie stwierdzić.

Twarz miał zasłoniętą grubym, czarnym szalem. Żaden z elementów wiekowej, dziwnej i zdecydowanie zbyt dużej garderoby nie wskazywał jednoznacznie na kobietę lub mężczyznę. Płaszcz okrywał całe potężne ciało i był tak długi, że nie odsłaniał spodni ani butów.

Siedzieliśmy nieruchomo, tylko ja i ten człowiek; nie mogłem nawet dostrzec, czy oddycha, a każda kolejna chwila spędzona przy nim wydawała się wiecznością. W pewnym momencie jakiś podświadomy mechanizm chciał sprawić, bym uciekł i nigdy nie wracał już na spotkania – a jednak opanowałem się, zacząłem uspokajać umysł.

To ciekawe, pomyślałem. Nikt nigdy nie wpłynął na mnie w ten sposób, a przecież nie usłyszałem jeszcze ani jednego słowa.

Uczestnicy zaczęli się zbierać. Wszyscy zwracali uwagę tylko na tego człowieka, na jego absurdalny wygląd. W Domu było ciepło, na zewnątrz też – dlaczego więc ubrał się w ten sposób? Wiedziałem jednak, czułem, że jest w tym wszystkim jakaś metoda, a do jego konfesji z najwyższym trudem zastosujemy zasadę bezwzględnej ignorancji, obowiązkowej niepamięci; jego konfesja, jeśli w ogóle postanowi ją wygłosić, będzie czymś niezwykłym.

Wybiła godzina. Liczba uczestników pozostała bez zmian – sześć ciemnych twarzy, razem ze mną siedem osób, i jedna nowa postać. Kogo nie było? Czyje miejsce zajął ten nieznajomy, owinięty szalem przybysz?

Miejsce starca, który opowiadał o cmentarzach.

– Zasady spotkań w Domu. Zasada pierwsza – zaczął nagle recytować na bezdechu jeden z mężczyzn, i wdzięczny mu byłem, że to zrobił, ponieważ gdybym sam miał się odezwać, to głos pewnie odmówiłby posłuszeństwa.

Po kilku chwilach monotonnej tyrady zapadła cisza, a rękę uniósł ten, który również poprzednio mówił jako pierwszy – ponownie nie spotkał się z jakimkolwiek sprzeciwem.

– …ta sprawa mojego nowego nastawienia, mojej dziwnej dość i nienaturalnej postawy względem żony, wyjaśnia się; nieznacznie, prawdę mówiąc, a jednak jestem chyba bliżej sedna niż przed tygodniem. – Jego głos brzmiał tryumfalnie. – Otóż odkryłem w swoich snach pewne niepokojące obrazy, które powtarzają się regularnie każdej nocy, i są to obrazy piekła; świat umarłych jawi mi się jako miejsce tak przerażające i niszczące, a przy tym tak nieuchronne, że nieświadomie zacząłem przygotowania. Od dawna czułem z tyłu głowy, że muszę trenować fizycznie i duchowo, a teraz wreszcie wiem, jaki jest cel tego treningu…

Zauważyłem, że osoba w szalu drgnęła kilkukrotnie na dźwięk konkretnych słów – najgwałtowniej przy „piekle”.

– …i właśnie w ramach tych szczególnych przygotowań zostałem zmuszony do zabicia swojej żony w sposób możliwie najokrutniejszy, którego teraz nie opiszę, bo chciałbym zrobić to już po zakończeniu całego procesu, by jak najpełniej oddać dzieło. – Mężczyzna pokiwał głową i coś na wzór uśmiechu przeszło mu przez twarz. – Jestem obecnie człowiekiem szczęśliwym i rozumiem coraz lepiej swoją naturę; naturę świata również pojmuję znacznie dogłębniej. To wszystko. Od dziś począwszy, długo nie będę zabierał głosu, ponieważ proces przygotowań na śmierć, który już dokładnie rozplanowałem, wymagać będzie wielkich pokładów energii, a poza tym jest niezwykle czasochłonny. Dziękuję.

Konfesja nie należała do tych, które można by mimowolnie, wbrew zasadom analizować, i czekałem na jakieś inne, intensywniejsze emocje, ponieważ chciałem jak najszybciej oderwać się od obsesyjnego zainteresowania nowym uczestnikiem; nie przewidziałem jednak, że to on uniesie dłoń. Czy na pewno dłoń?

Gwałtownie podniósł luźną część swojego płaszcza na wysokość miejsca, w którym powinna być twarz.

Nie napotkał sprzeciwu. Patrzyłem, jak wszyscy wstrzymują oddech, jak ich ciała zastygają w ciemności, i ze zdziwieniem poczułem, że moje robi to samo.

– Poszukiwania przyczyny dysonansów rozpoczęłam w tysięcznym obrocie tego miejsca.

Urwany skrzek dobywający się spod płaszcza sprawił, że mężczyzna – rzekomy morderca swojej żony, czy za kogo tam się podawał – zemdlał, zemdlał, z czego wywnioskowałem, że jego konfesja była najpewniej wyssana z palca.

Poprawiłem pozycję na krześle, rozluźniłem się; obserwowałem reakcje innych uczestników, niektóre były podobne do mojej. Natychmiast zrozumiałem, że skrzek nie wydobył się ze zdrowej ludzkiej krtani. Spotkania wreszcie się opłaciły. Dom spełnił swoją funkcję, przyciągając do siebie prawdziwego penitenta – nie kłamcę, nie marzyciela, nie jakiegoś losowego człowieka, ale kogoś realnego, godnego uwagi.

Nikt nawet nie spojrzał na mężczyznę, który osunął się na podłogę i leżał tak, nieprzytomny, pod stolikiem, dookoła którego się tłoczyliśmy.

– Dociekania metafizyczne w długiej historii myśli mojej rasy nie przewyższyły znacznie dokonań rasy lokalnej, a jednak rasa lokalna nadal nie zdaje sobie sprawy z istnienia dysonansów, nie mówiąc już o ich przyczynach. Rasa lokalna posiada wszystkie niezbędne informacje o skutkach tych dysonansów, o ich zgubnych konsekwencjach, co samo w sobie zasługuje na zainteresowanie, ale mimo wszystko jest głucha, nie słyszy bytów podstawowych, którymi dysonanse z pewnością są. Dysonans wydobywający się z tej konkretnej lokalizacji, z tego miasta, zaintrygował moją rasę tak dalece, że postanowiła spenetrować wszystkie zawiłości planety i dokładnie zbadać całe lokalne istnienie. Zakłada się istnienie wszechświatów-źródeł, z których hipotetycznie pochodzą dysonanse, a jednak wyjście poza wszechświat, empiryczne sprawdzenie tej hipotezy, jest oczywiście niemożliwe. Jedynym sposobem na badanie dysonansów są badania ich skutków, tak zwanych anomalii.

Głowa zaczęła mnie boleć od tego skrzeku, a ostatni, niemal niezrozumiały dźwięk przypominał tarcie paznokci o tablicę.

– I wykryłam już jedną niezaprzeczalną anomalię, którą teraz analizuję, a jednak epicentrum dysonansu pozostaje nieuchwytne, mimo że musi być gdzieś w pobliżu. Wkrótce zjawi się więcej naukowców; anomalii jest wiele, niezliczenie wiele. Dziękuję.

Nikt nie zabrał już głosu. Po trzydziestu sekundach wstałem i podszedłem do leżącego, nieprzytomnego mężczyzny – nie wyczułem pulsu ani oddechu.

– Należy posprzątać – powiedziałem.

Przez pomieszczenie przeszedł szmer aprobaty. Nie chcąc jednak robić tego własnymi rękami, czym prędzej opuściłem Dom, korzystając ze swoich praw, i jak co tydzień skierowałem się w stronę tych zapadniętych, niszczejących kamienic.

Miałem zamiar przeanalizować w skupieniu inny aspekt życia w tym mieście, mianowicie zepsucie moralne jego mieszkańców. Jak to możliwe, myślałem, że kłamstwo stało się tak powszechne? Że dla sensacji nawet osoba pozornie elegancka, poważana, może aż tak zniekształcić rzeczywistość? Zresztą, nawet nie sensacji – mowa tu o niemym posłuchu wśród nielicznej grupy. Oburzyła mnie absurdalna wręcz niedoskonałość tej jednostki i jej podobnych.

Szedłem klaustrofobiczną ulicą, a kamienice zmieniły się w opuszczone domy. Wszystkie te rodziny, mieszkające tu kiedyś, rozpadły się już dawno temu. Nade mną – ale nie tylko, bo chyba nad całym światem – odbywał się spektakl świateł, który rzucał łunę na ruiny, i zamiast widzieć je w szarości, obserwowałem nienaturalne, fioletowe ściany i ciemnoczerwone fragmenty dachów. Pozostałości zostały ograbione dawno temu przez całkiem rozsądnych ludzi, ale nawet i ci rozsądni ludzie w większości już nie żyją – umarli razem z miastem.

Zadarłem głowę, pozwoliłem sobie na chwilę czystego podziwu. Tysiące ciemnych kształtów otoczonych kolorowymi smugami, miliony nawet, liczba niemożliwa do oszacowania. Najpiękniejsze, co mogło spotkać ten świat. Nie było już ciemności na niebie. Nie widziałem pustki pomiędzy całym dryfującym bez celu istnieniem. Uśmiechnąłem się szczerze, chyba  pierwszy raz w życiu.

– Proszę pana! – krzyknął ktoś, zdyszany, zza moich pleców.

Obróciłem się i zobaczyłem biegnącego w oddali mężczyznę, uczestnika spotkań. Rozpoznałem go po charakterystycznym, czarnym kapeluszu.

– Proszę pana! – wołał ciągle, nim w końcu do mnie dotarł.

– O co chodzi? – spytałem z niepokojem.

– Czy widzi pan to wszystko? – Wskazał na niebo.

– Widzę.

– Co to oznacza?

– Może nic, może bardzo wiele. Prawdę mówiąc, nie jestem pewny.

Mężczyzna strapił się, odwrócił wzrok.

– Ale nie mówią o tym nigdzie, w żadnych krajowych mediach. Tak, jakby nic się nie działo, a trwa to już przecież od wielu godzin. Pytałem tej starej kobiety w sklepie. Powiedziała, że „nie widziała żadnych świateł albo cieni przemierzających niebo” i dodała, bym udał się do lekarza. To dziwne, nie uważa pan? A poza tym… Czy pan słyszał te rewelacje na spotkaniu? Szaleniec jakiś albo naprawdę…

Nie dokończył; być może zobaczył w moich oczach to, co poczułem na dźwięk jego słów.

– Do widzenia – powiedziałem pusto i rzuciłem się do ucieczki.

Biegłem przed siebie z całych sił, potykałem się, ale wiedziałem, że nie mogę zwolnić. Nie z własnej winy zostałem wciągnięty w złamanie zasad i nie miałem pojęcia, co się stanie. Czy zostanie mi odpuszczone? Jakie będą konsekwencje? Dla tego mężczyzny – niewątpliwie tragiczne. Ale dla mnie?

Dotarłem do swojego mieszkania – znów miałem przed sobą te stare, zapadnięte kamienice. Wbiegłem do środka, zatrzasnąłem drzwi i popatrzyłem na krzesła ustawione wokół drewnianego stolika.

Trzeba zejść do piwnicy, pomyślałem. To nieuniknione w świetle ostatnich wydarzeń.

 

***

 

Krążyłem niecierpliwie wokół Domu, wyczekując spotkania. Przeczuwałem, a nawet i wiedziałem, że będzie to spotkanie przełomowe, zdolne odmienić los mój i wszystkich mieszkańców miasta, które tak bardzo pragnąłem uratować.

Siedziałem na krześle i wierciłem się; nie pasowało to do mnie. Byłem na ogół człowiekiem spokojnym, opanowanym. Teraz jednak oddziaływała tu aura zupełnie inna od tej, do której przyzwyczaiłem się przez lata.

Gdzie byli pozostali? Dlaczego oczekiwałem samotnie? Dlaczego nie zbierali się jeszcze? Przecież powinni już – przecież grozi im skreślenie, jeśli nawet odrobinę się spóźnią.

Dźwięk otwieranych drzwi przyniósł mi ulgę, odetchnąłem głęboko.

Kroki, wyjątkowo ciężkie i głośne. Coraz głośniejsze.

Tłum osób w niezwykle długich płaszczach i w takich samych, grubych szalikach, spod których nie widać twarzy, wlał się do pomieszczenia, nie zostawiając wolnej przestrzeni. Nie zrobiło się jednak duszno, ponieważ tylko ja w tym pokoju oddychałem. Nie widziałem przed sobą niczego poza uczestnikami – nowymi uczestnikami.

Zamarli, a ja razem z nimi.

Wybiła godzina.

– Źródło zostało zlokalizowane – zaskrzeczeli wszyscy jednocześnie; zadrżałem na dźwięk tego nieludzkiego ryku, przymknąłem oczy. – Próba zbadania dysonansu zostanie podjęta w następnym terminie, ponieważ należy poczynić ku temu stosowne przygotowania. Pomniejsze anomalie w rodzaju tak zwanych: Pisarza, Podsłuchiwacza, Dorożkarza, Mordercy i innych martwych, a jednak ruszających się jeszcze obiektów, zostały bardzo dokładnie opisane. Anomalie te są obecnie klasyfikowane i łączone z poprzednimi anomaliami, które pojawiły się w innych światach. Istnieje jeszcze anomalia główna, czyli prawdopodobnie pierwszy obiekt, na który dysonans wpłynął, ale zostanie on przeanalizowany dopiero w końcowej fazie badań. Dziękuję.

Płaszcze zastygły jakby, gdy istoty opuszczały Dom. Ich ubrania musiały być wykonane z jakiegoś ciężkiego i twardego materiału, który tylko pozornie przypominał skórę.

– Przepraszam – wyszeptałem, kierując to słowo do Domu, a jednak Dom nie odpowiadał.

Źródło milczało.

Musiałem więc znów – który to już raz? – zejść na dół.

 

***

 

Oczekiwałem przed wejściem do piwnicy. Drżałem, ale byłem przekonany, że wszystko skończy się dobrze. Zapewniono mnie o tym kilkukrotnie, a przemawiający głos za każdym razem był pełen spokoju i współczucia. Rozumiałem, że ostatnie wydarzenia zostały szczegółowo zaplanowane, a obecność gości w tym umierającym mieście nie jest przypadkowa.

Zjawili się punktualnie. Postacie w zastygłych płaszczach i szalach zasłaniających twarze otoczyły mnie szczelnie. Nie czułem żadnego zapachu. Nie mogłem tego dostrzec, ale przysiągłbym, że część z nich musiała stać w otwartych drzwiach, a nawet przed domem. Za oknem widziałem niewyraźną, czarną chmarę, oświetlaną słabo przez coś jasnego na niebie.

Godzina wybiła.

Przełknąłem ślinę.

Pamiętam wszystko ze szczegółami, a jednak jest to wspomnienie fałszywe, przebijające się jakby z cudzego życia – zacząłem wolno, patrząc na jedno z potężnych ciał.

 

***

 

Uciekałem z płonącego budynku, który musiał być wtedy moim miejscem zamieszkania; miejscem zamieszkania, ale na pewno nie Domem. Każdy krok przychodził mi coraz ciężej, szybki bieg zmienił się w pokraczny, nierówny chód, a potem już wlokłem się tylko noga za nogą, prawie nie odrywając stóp od ziemi. To koniec, myślałem, i jedynie ta myśl żarzyła się w moim umyśle. Obejrzałem się za siebie – wszystko płonęło czarnym ogniem. Nie dojrzałem żadnych innych uciekinierów. Zostałem sam, a wkrótce nawet ja miałem się rozpaść.

Nigdzie za mną nie paliło się światło; tam jednak, dokąd usiłowałem biec, iść albo choćby się czołgać, był mały dom, chata właściwie, dokoła której widziałem niewyraźną poświatę. Z okien bił mętny blask, bardziej szary niż biały albo żółty, ale z pewnością blask, a nie ciemność podobna do tej, która spowiła całą resztę miasta. Dotarłem do progu na kolanach, drzwi popchnąłem całym ciężarem mojego padającego ciała i nagle mogłem wstać, odzyskałem wszystkie siły.

W środku była tylko jedna, ciasna izba z małym stolikiem, kawałek kuchni na końcu i kolejne drzwi, za którymi musiało znajdować się źródło tego osobliwego światła. Wiedziałem, że tam powinienem iść, by się uratować. Nacisnąłem klamkę, nie myśląc, co dokładnie mogę zastać po drugiej stronie, i zobaczyłem strome, nierówne schody. Zbiegłem bardzo szybko; zorientowałem się, że nogi nie należą już chyba do mnie, bo coraz trudniej było nad nimi zapanować, wydawały się poruszać same z siebie.

Schody prowadziły do rozświetlonego, szarego pomieszczenia, o wiele większego niż chata na powierzchni. Zupełnie czyste ściany i sterylną podłogę rozświetlało coś znajdującego się na samym końcu; źródło blasku tak oślepiającego, że nie sposób było spojrzeć w tamtym kierunku. Podszedłem, odwracając wzrok i zasłaniając oczy. Im bliżej podchodziłem, tym łatwiej przychodziło mi poruszanie.

– Proszę o odroczenie śmierci tego miasta – powiedziałem automatycznie i chwilę później usłyszałem odpowiedź dobiegającą z każdego kierunku, a także z wnętrza mojej głowy:

– Zasady spotkań w Domu. Zasada pierwsza…

Po zapamiętaniu całego regulaminu wróciłem na górę, zamknąłem drzwi do piwnicy i usiadłem przy stoliku. Niemal natychmiast rozległo się pukanie pierwszego gościa.

 

***

 

Czy to już pełne wspomnienie? Chyba tak, chyba niczego nie pominąłem.

– Dziękuję.

Moja konfesja, pomyślałem jeszcze. Bez cienia fałszu, kompletna i zajmująca. Dokładnie taka, jaką od dawna chciałem wypowiedzieć.

Jeden z gości natychmiast wskazał – swoją kończyną albo czymś podobnym – na drzwi do piwnicy. Otworzyłem je i zszedłem, a za mną podążyli wszyscy uczestnicy spotkania.

Ciemność oblepiła moje ciało. Nie było widać ogromu pomieszczenia; źródło, a raczej Źródło, nie świeciło wcale. Tłum bezgłośnie i bezmyślnie wlewał się w czerń wypełniającą podziemia.

Stanąłem w oczekiwaniu na nieuchronne. Coś – choć nie wiedziałem dokładnie co – musiało się wydarzyć. Kiedy nastąpi zapowiedziana wcześniej próba analizy? Badania, których celu zupełnie nie rozumiałem?

Wpatrywałem się w miejsce, gdzie powinno być Źródło blasku, a zarazem Życia, Dobra, Zła i wszystkich pozostałych rzeczy, które dryfują nieustannie po wszechświecie. Czy zniknęło? Czy miasto umarło już na dobre, a Źródło przestało wybijać na tę powierzchnię?

Nie. Po niespokojnym ruchu dokoła poznałem, że oni zauważyli to samo. Ciemność wiła się, skręcała, a ja musiałem przymknąć w pewnym momencie oczy, by nie oszaleć. Czerń, która zawładnęła pomieszczeniem, na pewno pochodziła ze Źródła – nie sposób było inaczej wytłumaczyć jej obecności.

Nagle coś błysnęło – widziałem przez moment wszystkich uczestników, ściany oblepione krwią i poszarpane ubrania na podłodze, wśród nich czarny, zniszczony kapelusz. Ciemność zapadła na powrót i widziałem już lepiej; ujawniło się coś jeszcze.

Z Ciemności wychodziły sznurki, które miałem przyczepione do kończyn. Były niemal niewidoczne, przezroczyste i bardzo cienkie, więc to nie dziwne, że nie dostrzegałem ich wcześniej na każdym kawałku mojego ciała. Zorientowałem się, że nie mogę nawet o centymetr ruszyć palcem bez intencji sznurków, a raczej bez intencji tego, kto za te sznurki pociąga – a to sama Ciemność wydawała się za nie pociągać, ponieważ nikogo prócz niej tam nie było.

– Szanowny panie – zwróciły się do mnie wszystkie istoty jednocześnie.

Ich skrzek był drżący, jakby urywany. Przez chwilę poczułem się nawet jak żywa, konkretna osoba, a jednak nie mogłem przecież dać wiary podobnie absurdalnej iluzji.

– Padł pan ofiarą swego rodzaju oszustwa – kontynuowały bezsensownie istoty. – To wszystko, co teraz widzimy, jest tylko wytworem dysonansu, który przebija się tutaj z ogromną, niespotykaną nigdzie indziej siłą.

„To ciekawe” – dobiegło z każdego kierunku, a także z wnętrza mojej głowy.

Wstrząs przeszył ziemię, tynk popękał z trzaskiem; tak zwani badacze, niedoszli naukowcy, rzucili się do ucieczki.

Poczułem nagłe szarpnięcie – sznurki zmieniły się w struny i zabrzęczały.

Usłyszałem swój śmiech.

Koniec

Komentarze

Cześć, lku!

Przeczytałam twoje opowiadanie, ale moim pierwszym wrażeniem jest jak na razie jeden wielki mindfuck ;_; Chyba nie zrozumiałam tekstu ni w ząb. Spróbuję do niego zasiąść drugi raz po południu, może wtedy mi się coś rozjaśni w małej główce :D.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Zainteresowało mnie klepnięcie tekstu do biblioteki przez funa, więc jestem.

Mam podobnie jak sy.

Nie umiem jednoznacznie określić o czym jest opowiadanie, przypomina mi dryf przez chorą psychikę schizofrenika. To czysta fantazja, której nie da się umieścić w miejscu i czasie. Do tych wniosków prowadzi mnie Twój styl, którego użyłeś – ciężki, chwilami przesycony ozdobnikami, przypominający strumień mysli autystycznego umysłu (bo wszystko dzieje się de facto bardzo lokalnie, w głowie narratora). Pomimo, że lubię takie narracje, tutaj jednak zawiódł dla mnie główny czynnik – UFO. Jest tak bardzo ludzkie, ich obcość sprowadzona jest w zasadzie do skrzeku (i to zrozumiałego przez człowieka!). To sugeruje opowieść człowieka chorego. W jaki inny sposób obcy są w stanie tak bezpośrednio rozmawiać z ludźmi, rozumieć ich, tak doskonale używając gramatyki lokalnego języka? Jestem fanem sci-fi, w którym nawet dewiacje psychiczne muszą mieć pewien grunt (i logiczne podłoże), więc analizuje opowiadanie właśnie w ten sposób. Zatem kosmici są rekwizytem, którym posłużyłes się w celu opowiedzenia innej historii. Są więc podtrzymującym filarem, ale nie rdzeniem.

Całość ciekawa, pozwalająca szukać wniosków na własny rachunek, ale dla mnie zawiodło tu UFO. Albo po prostu czegoś nie zrozumiałem.

Dziękuję za przeczytanie i komentarze!

 

Sy – mindfuck to chyba normalna reakcja :)

Stnie – SF nie tagowałem, ponieważ to nie jest SF, chociaż oczywiście rozumiem Twoje preferencje – sam często czytam sobie różne ciekawe hard sf rzeczy, bardzo lubię Petera Wattsa!

Chciałem w zasadzie przekazać jak tekst wygląda z takiej twardogłowej perspektywy, uznałem, że może Ci się to przydać do złożenia pełnego obrazu reakcji czytelników na Twoje opowiadanie. A Wattsa to ja uwielbiam za jego bezkompromisowość. Szczególnie za “świadomość jest pasożytem pożerającym glukozę i najlepiej, gdyby Ciebie nie było”. ;)

O widzisz, akurat przytoczyłeś bardzo mądre jego zdanie – lubię go za to samo. Pozwolę sobie w takim razie na małą polecankę: w temacie “najlepiej, gdyby ciebie nie było” polecam przede wszystkim Thomasa Ligottiego.

Urzekł mnie styl, na pewno nie ciężki, co najwyżej gęsty, ale nijak nie przeszkadzający w lekturze. Przykład na to, że można pisać długimi zdaniami i nie zaburzać tym płynności czytania. Wprawne pióro widać tu choćby po tym, jak dostosowujesz styl do narracji, bohaterów i istot. Istoty mówią dziwacznie – ich technologia pozwoliła im przybrać ludzką postać, opanować ludzki język, a mimo to, znając samą “teorię”, nie potrafią się wypowiadać do końca normalnie. Bohaterowie operują długimi zdaniami, dłuższymi niż pojawiają się w narracji. To “odwrócenie” jest ciekawym zabiegiem. 

Już od pierwszej sceny można się zorientować, że nie należy mierzyć tego opowiadania typową miarą. Przedstawione wydarzenia nie pasują do niczego realnego, choć jako czytelnik odruchowo starałem się to zrozumieć ;) Ale warto powstrzymać odruchy i spróbować czegoś odmiennego. 

Dla mnie ten tekst to taki postapokaliptyczny Kafka, którego odwiedzili jacyś bluźnierczy ;) wysłannicy rodem z Lovecrafta. Nie jest to jednak pastisz ani ślepe naśladownictwo – po prostu mimowolnie porównuję to opowiadanie do tego, co podobnego czytałem. Niedługo przed lekturą “Doświadczenia” czytałem “Dom pana Motta” Guni, próbując zrozumieć (ale nie zrozumieć) weird fiction. Może dlatego byłem przygotowany? Otwarty? Nie oczekiwałem tego, czego zazwyczaj oczekuje się przy opowiadaniach. Nie oczekiwałem niczego. Może dlatego ten tekst mnie tak zafascynował. 

Ciekawie też podszedłeś do tematyki UFO. Kontekst niezidentyfikowanych obiektów latających jako pozaziemskich istot, obcych, jest z pozoru konwencjonalny, ale przedstawiłeś konfrontację ludzi z badaczami w interesujący sposób. UFO szuka tu niezidentyfikowanego obiektu naziemnego: anomalii, którą – jak rozumiem – jest narrator powiązany ze Źródłem. Obcy w obliczu manifestacji dysonansu są równie bezsilni jak ludzie, na nic im pozaziemska technologia. “Latającego” elementu tu mało, ale latać może w fantastyce wszystko, choć często bezsensownie. Dużo za to “niezidentyfikowanego”. A to właśnie tajemniczość jest tym, co kręci nas w UFO najbardziej.

To jedno z niewielu konkursowych opowiadań (które czytałem, a czytałem te nominowane, więc chyba z czołówki), w którym autor nie opiera fabuły na odkrywaniu tajemnicy. Czy też odkrywaniu tajemnicy. Brak wyjaśnień tutaj ma sens, jest wręcz fundamentalny (moim zdaniem) dla tej historii. 

Trudno tu na coś narzekać, skoro to inny rodzaj opowiadania. I skoro mi się podobało. Jedyne, na co wciąż będę trochę kręcił nosem, to zakończenie. Zbyt łatwo to poszło, zabrakło napięcia w samej kulminacji. Spróbowałeś zebrać wszystko do kupy w ostatnich zdaniach i wyszło zbyt subtelnie. Trzeba się wczytać, zastanowić, by zrozumieć, że “Usłyszałem swój śmiech” to nie to samo, co “Zaśmiałem się”, szczególnie jeśli skonfrontuje się to z poprzednim zdaniem o brzęczących sznurkach-strunach pochodzących od Źródła. 

Tytuł fajny, pasujący. 

Opowiadanie w swoim rodzaju bardzo udane. A literacko to nawet w najszerszym rozrachunku – klasa. 

Dzięki, Fun – za pomoc przy tekście i za komentarz!

Jeśli chodzi o klimat/gatunek, to nazwiska mniej więcej trafiłeś ;-))))))

Co do zakończenia – no nie wiem, nie jestem pewny. Trzeba się skupić, to prawda – ale czy bardziej, niż przez resztę tekstu? Trudno ocenić. Rozumiem jednak, skąd taka opinia, i ciekaw jestem dalszego odbioru – chociaż chyba obaj jesteśmy ciekawi, bo opowiadanie rzeczywiście niestandardowe!

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dla mnie opowiadanie bardzo zajmujące, głownie przez klimat i beznamiętnego bohatera, który jest narratorem. Miałam silne skojarzenie z grupami wsparcia lecz niejako na odwrót: agresji, masochizmu, sadyzmu – pomimo słowa konfesja, a może dlatego?

Ciekawe: konfesja i jej zignorowanie. Dysonans – niejasne, jak go rozumiesz i czym lub kogo jest w tym opowiadaniu. Konfesja – interesująca, przez słowo. Z kolei dysonans niestety nie, gdyż zbyt mocno wiąże mi się z Aronsonem i popsychologią (Festinger i nawet polski akcent Malewski), razi mnie.  

 

Cały czas zastanawia mnie używanie kursywy (choroby trawiące umysł; prawdziwym życiu, społeczeństwa; człowieka sukcesu; możliwości; zemdlał; anomalii). Dlaczego ona, co zmieniłoby się, gdyby zapisać to normalnie. Nie chodzi mi tutaj o Twoje opowiadanie (chociaż też, ponieważ może wiesz?), lecz niejako – tak w ogóle. Dla mnie nic, by się nie zmieniło, chyba że skanowałabym tekst i wtedy słowa „wyszłyby” z tekstu.

 

Kilka zdań mnie zatrzymało:

‚nieznaczną chwilę – niezręczne, nieznaczącą?, chyba że o czas chodzi

‚wypowiedzieć myśli w sposób klarowny – klarowny tj jasny, zrozumiały, a chyba chodzi o to, że bez lęku i osądu

‚schorowany już widocznie – akcent na widocznie czy schorowany, wkrada się inne znaczenie niż wygląd.

‚Wybuchnął nagle mokrym, boleśnie głośnym kaszlem. Czułem na sobie spojrzenia innych, swój wzrok utkwiłem jednak w podłodze – niejasne, czy to mpz do postaci widocznie schorowanego czy narrator; on czy ja? Jeśli narrator to, z jakiego powodu w niego się wpatrywali?

‚mimowolnie, wbrew zasadom analizować, i czekałem na jakieś inne, intensywniejsze emocje, ponieważ chciałem jak najszybciej oderwać się od obsesyjnego zainteresowania nowym uczestnikiem – tu pobrzmiewa bardzo ciekawa myśl, którą zresztą dla mnie przewija się w tle – fascynacja swoimi emocjami/przeżywaniem nie Innego lecz jego czynami, konfesjami

‚na mężczyznę – zamiennik, chodzi o pierwszego (od żony)

 

Poza tym, a może przede wszystkim, gratuluję dobrej opowieści i dobrego jej spisania. :D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wicked G – :-)

 

Asylum,

bardzo dziękuję za miły komentarz! Twoje uwagi przeanalizuję na spokojnie, teraz i tak nie mogę nic poprawić (termin konkursu minął).

Kursywa to w sumie bardzo ciekawa sprawa, chyba po prostu piszę w ten sposób z przyzwyczajenia do autorów, których najwięcej czytam/czytałem – przynajmniej o tyle dobrze, że nie robię s p a c j o w a n i a. W pierwszych wersjach tego tekstu (i w ogóle chyba w pierwszych wersjach większości moich tekstów) kursywa jest jednak nadużywana, i później trzeba to jakoś doprowadzać do porządku (w obecnej wersji “Doświadczenia”, jak mi się wydaje, każde jej użycie jest dość rozsądne).

Prawdę mówiąc to chciałbym jakoś wytłumaczyć niektóre rzeczy, no ale wtedy zepsułbym tajemnicę, nie? Cieszę się, że podobało Ci się słowo “konfesja” – w becie pojawiły się co do niego wątpliwości, ale ja uparcie zostałem przy swoim. Co do “dysonansu” – tutaj trzeba by szukać w innym opowiadaniu (z Histerii, link w moim profilu!) , które z kolei nawiązuje do jeszcze czegoś innego… Ale to też wszystkiego nie wyjaśni.

 

Dziękuję jeszcze raz!

Nie napisałam, abyś poprawiał, bo nie znam zamysłu, jestem zwyczajnie ciekawa. 

No i bardzo dobrze, że nie robisz spacjowania, OMG jeszcze tego by brakowało! 

Ciekawe jest to, co piszesz o kursywie. Zgoda, że jak na lekarstwo jest jej w Twoim opowiadaniu, lecz pytanie czemu w ogóle jest. Dla mnie, jak na razie, jedynym argumentem “za” jest tekst w tekście, ale mogę się mylić, pewnie tak jest.

Świetnie, że utrzymałeś “konfesję”, gdyż daje opowiadaniu inny wymiar.

Z dysonansem poszukam w profilu, mimo że  wszystkiego nie wyjaśni.:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Miałem przyjemność betować i tylko dlatego, zgodnie z prywatnymi zasadami, nie klikam do biblioteki.

W becie grymasiłem, ale też przekonałem się o tym, że autor to prawdziwy miłośnik weird fiction – oczytany i czujący klimat. Wiele się z tej krótkiej dyskusji nauczyłem. To nie jest tekst dla każdego, ale zwolennicy gatunku odnajdą w nim ciekawe pomysły i docenią subtelną grę konwencją.

Dysponujesz już dobrym warsztatem i jesteś świadomy swoich decyzji, nie poddajesz się bezrefleksyjnie sugestiom betujących – i za to też należy się szacunek.

Opowiadanie na pewno inne od pozostałych konkursowych, ale myślę, że mieszczące się w założeniach tematu. Gdyby trafiło do antologii, stanowiłoby w tym kociołku oryginalną przyprawę.

O ile sam unikam takich zabiegów jak stosowanie kursywy, o tyle tutaj widzę dla niej uzasadnienie. Można zrozumieć ją już po pierwszym akapicie:

“Zająłem swoje zwyczajowe miejsce i popatrzyłem na ludzi, których wprawdzie nie znałem, a jednak powiedziałbym o nich więcej, niż członkowie ich tak zwanych rodzin. Zabraniała mi tego trzecia reguła – bezwzględna ignorancja, obowiązkowa niepamięć. Zaprzestanie ocen, analiz i innych podobnych procesów, które określano w regulaminie jako choroby trawiące umysł.”

“Rodziny” i “choroby trawiące umysł” są zaakcentowane, by oddać – jak ja to interpretuję – pogardę narratora w stosunku do tych iluzorycznych (zdaniem narratora) pojęć, rzeczy. Naprowadza na to użycie zwrotu “tak zwanych”, które zastanawia w kontekście rodziny. 

Dalej, “prawdziwe życie”, “człowiek sukcesu”. Można z tego wnioskować, że te pojęcia nie dotyczą narratora. Zapisanie ich kursywą może wręcz pokazywać, że narrator uważa, że rzeczy takie jak “prawdziwe życie” czy “człowiek sukcesu” nie istnieją. Jest życie, jest człowiek. Ale już “rodzina” to twór, nie wiem, nie mający racji bytu w zniekształconym postrzeganiu narratora?

Może to nadinterpretacja, ale moim zdaniem kursywa jest tu zasadna i konsekwentna. Nawet jeśli Lk sam nie zdaje sobie z tego sprawy i zastosował ją odruchowo, zapożyczając od innych autorów. Wszyscy przecież tak robimy. 

Tak, Funie, podobnie to zinterpretowałam i jednocześnie z tego powodu mnie to zdumiało, ponieważ ironia, sarkazm był czytelny i bez tego. Zlikwiduj w przytoczonym fragmencie kursywę i odczucie czytelnika będzie (IMHO) identyczne tj zgodne z zakładanym.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki, Coboldzie. W becie grymasiłeś, ale jednocześnie bardzo pomogłeś i teraz jest lepiej, niż było, czyli grymasiłeś produktywnie!

 

Kursywa jest, jak już napisałem, używana rozsądnie – Fun trochę rozjaśnił, trochę zamieszał, ale plus minus mogę się pod tym wyjaśnieniem podpisać. Dodam tylko, że więcej jest kursywy na początku, niż w dalszych częściach tekstu, żeby od razu wymusić inny sposób czytania – zaakcentować pewne słowa, odwieść od szybkiego “skanowania”. O ile na poziomie przekazu samo wyrażenie “tak zwane” jest zapewne wystarczające, to trzeba liczyć się z tym, że wiele osób czyta z doskoku i może nie zauważyć różnicy między “tak zwaną rodziną” a “rodziną” po prostu. Za to między “tak zwaną rodziną” a “rodziną” jest także różnica optyczna – zwiększamy tym samym szanse, że zostanie to zinterpretowane poprawnie, a nie pominięte/zeskanowane.

 

Ha, cieszę się że zrozumiałeś, o co mi chodzi – jest w punkt. Dla mnie “tak zwana rodzina” jest tak zwaną, a poprawność – cóż, chyba machnęłabym na nią ręką, ale pewności nie mam i nie umiem zająć stanowiska. To Wy macie więcej doświadczenia w tym względzie. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

ale byłem daleki od spóźnienia.

Hmm.

 zwyczajowe miejsce

Raczej zwykłe miejsce, "zwyczajowe" może być prawo.

 popatrzyłem

Tylko raz?

 powiedziałbym o nich więcej, (…) bezwzględna ignorancja

Anglicyzmy, mocno się wyróżniające.

 Zaprzestanie ocen, analiz i innych podobnych procesów, które określano w regulaminie jako choroby trawiące umysł.

Zaprzestanie nie może być regułą, to skrót myślowy. Poza tym – tego się nie da zrobić.

 Oblicza swoje

Hmm. Nagły wysoki ton, i właściwie dlaczego taki układ zdania? Nie widzę potrzeby podkreślania tych twarzy, chociaż mógłbyś je opisać, żeby było bardziej upiornie.

 mieściło nas na styk

Kolokwializm. Ledwie się mieściliśmy w pomieszczeniu.

 Niewygoda wymuszała koncentrację

W moim doświadczeniu jest wręcz odwrotnie.

 zaczynać biernego, nie mówiąc już o czynnym udziale w sesji

Niezgrabne, źle się parsuje.

 spostrzegłem, kto chciałby rozpocząć konfesję

Coś tu jest nie tak. Trudno mi to dokładnie określić, na pewno "spostrzegłem" źle brzmi.

 wiercił się na swoim krześle

A na czyim?

 wybije stosowna godzina

Wystarczy: wybije godzina. Wiadomo, że stosowna, to idiom.

 leży obecnie w piwnicy

"Obecnie" jest bardzo telewizyjne, jak z dziennika. Dałabym "teraz" albo zupełnie nic.

 zaczął jak gdyby od środka, z pominięciem początku.

Dublujesz informację. I chyba jednak "jakby od środka".

 nie mogła oczywiście wstać

Wtrącenie: nie mogła, oczywiście, wstać.

 mimo że

Co Wy wszyscy z tym "mimo że"?

 Dostrzegłem wahanie na jego twarzy

Może opisz ten grymas?

 nieznaczną chwilę

Krótką chwilę, albo zaraz potem.

 działanie wynikające z afektu

To brzmi tak, jakby działanie wynikało z wielkiego afektu (czyli miłości) ku niej. I nawet tak zinterpretowane jest nienaturalne.

 nieznanych mi funkcji podświadomości

Podświadomość z definicji jest nieznana.

 sprawy moje mogą znaleźć ujście

Jakieś to sztuczne, ale niewykluczone, że to do czegoś zmierza.

 nie zatajając

Nie tając.

szczegółów, w obawie

Bez przecinka – tak, jak jest, wygląda, że może wypowiedzieć myśli w obawie.

 a ciemność wypełniająca pokój zagęszczała się z każdą niemą chwilą.

Purpurowe. Wycięłabym.

dodał wreszcie mężczyzna, kończąc swoją kolej.

Ja napisałabym: zakończył wreszcie mężczyzna.

schorowany już widocznie człowiek

W tym szyku wygląda, jakby schorowanie było przyczyną wyrwania się. Widocznie, albo lepiej: wyraźnie schorowany człowiek.

 którego kojarzyłem

Kolokwializm. Ma być?

 każda z tych ścieżek okazała się błędna

Błędna ścieżka to chyba taka, na której się błądzi – nie?

 Nie mam przy tym na myśli

Hmm.

 kimś, kogo określa się zazwyczaj mianem

Trochę rozmyte.

 Szybko odkryłem jednak

Składnia: Wcześnie jednak odkryłem; albo: Jednak już w dzieciństwie odkryłem…

 boleśnie głośnym kaszlem

Powtórzony dźwięk.

 Głosy te ignorowałem

Anglicyzm.

 dotyczyły rzeczy

Głosy niczego nie dotyczą, najwyżej rozmawiają o czymś.

 wynika z tego, że

Wynika stąd, że.

 większość martwych ludzi jest błaha

Hmm. To ma sens, ale nie wiem, czy się łączy frazeologicznie.

 Zdrowi mieszkańcy

Mieszkańcy czego?

 nie mogłem stwierdzić,

Chyba jednak: rozpoznać.

terminalnie chorego miasta

Po polsku raczej "śmiertelnie".

 namiastkach domów

Namiastka domu to coś, co domem nie jest i nigdy nie było, tylko pełni jego funkcję.

 długą przeprawę

Przeprawę?

 Ta irracjonalność

Jaka irracjonalność? Samo w sobie ani zostanie, ani wyjazd nie są irracjonalne ani racjonalne – mogą takie być tylko jako środki do celu.

 nie mogłem znaleźć choćby jednego argumentu za bezsensowną ucieczką

Jeśli jest bezsensowna, to nie ma za nią argumentów.

 której zwolennikami zostało przecież tak wielu

Jak można być zwolennikiem ucieczki? Własnej, czy cudzej?

 gdyby się zagłębić

W co?

w asyście tych wszystkich efektów.

Jakieś to frazeologicznie nie takie.

 nie mogłem nawet dostrzec

Coś tu źle brzmi.

jakiś podświadomy mechanizm chciał sprawić, bym uciekł i nigdy nie wracał już na spotkania

Hmm. Składnia: uciekł i nigdy już nie wracał na spotkania.

 Liczba uczestników pozostała bez zmian – sześć ciemnych twarzy

Przedtem widział osiem?

 zaczął nagle recytować na bezdechu

Po co Ci "bezdech"? Trochę zaburza rytm.

 dziwnej dość

Składnia: dość dziwnej.

 nieznacznie, prawdę mówiąc, a jednak jestem chyba bliżej sedna niż przed tygodniem

Mąci ten facet.

 brzmiał tryumfalnie

Hmm.

 miejsce (…) nieuchronne

Nieuchronne jest zdarzenie, ale nie miejsce.

 drgnęła kilkukrotnie na dźwięk konkretnych słów

Przy każdym po kilka razy?

 coś na wzór uśmiechu

Czyli wzorowanego na uśmiechu. Imitującego uśmiech. Hmm.

 pojmuję znacznie dogłębniej

Głębiej.

ponieważ proces przygotowań na śmierć

Aliteracja. Przygotowań do śmierci.

 wielkich pokładów energii

Raczej nakładów.

 Gwałtownie podniósł luźną część swojego płaszcza

Mało obrazowe. Skoro podnosi rękę, to chodzi o rękaw?

 obrocie tego miejsca

Miejsca jako takie się nie obracają. Planety, tak.

 skrzek dobywający się

Wydobywający. Dobywa się miecza.

 rzekomy morderca

Nie rzekomy, bo nie twierdzi fałszywie, że już to zrobił – przyszły morderca, albo planujący morderstwo.

 Natychmiast zrozumiałem, że skrzek nie wydobył się ze zdrowej ludzkiej krtani.

Trochę łopatologia.

 rasy lokalnej

"Lokalny" i "miejscowy" nie są w każdym kontekście wymienne. Co prawda, kosmita mówi trochę językiem Spocka.

 spenetrować wszystkie zawiłości

"Spenetrować" i "zbadać" to nie synonimy.

całe lokalne istnienie

W sensie metafizycznym? I masz znowu "istnienie" w następnym zdaniu.

 hipotetycznie pochodzą

Nie można pochodzić hipotetycznie. Z których miałyby pochodzić dysonanse.

 sposobem na badanie dysonansów są badania

Związek zgody – jedynym sposobem jest badanie.

 ostatni, niemal niezrozumiały dźwięk przypominał tarcie paznokci o tablicę.

Wycięłabym "niemal niezrozumiały", to jasne z kontekstu. Dwa zdania podrzędne nie łączą się dobrze.

 epicentrum dysonansu

Epicentra zasadniczo przynależą wybuchom.

 Nie chcąc jednak robić tego własnymi rękami

Czego? Wiem, sprzątania, ale to trzeba zaznaczyć.

 opuściłem Dom, korzystając ze swoich praw

To brzmi tak, jakby opuszczanie i korzystanie były osobnymi czynnościami.

 mianowicie zepsucie moralne jego mieszkańców

Nagły zwrot.

 Oburzyła mnie absurdalna wręcz niedoskonałość tej jednostki i jej podobnych.

Oj, chyba brniesz w mistycyzm.

 łunę na ruiny

Dziwnie brzmi.

 obserwowałem

To nie jest ścisły synonim "widziałem".

 pustki pomiędzy całym dryfującym bez celu istnieniem

"Pomiędzy" wymaga co najmniej dwóch bytów, które je ograniczają.

 Mężczyzna strapił się

Czyli zmartwił. Nie miało być "stropił"?

 świateł albo cieni

Tylko, jeśli to były światła albo cienie, nie do odróżnienia. W innym wypadku: świateł ani cieni.

 dodała, bym udał się

Może raczej "poradziła"?

Szaleniec jakiś albo

 Szaleniec jakiś, albo.

powiedziałem pusto

To znaczy?

 wciągnięty w złamanie zasad

No, nie wiem.

 nieuniknione w świetle ostatnich wydarzeń.

W świetle?

 spotkanie przełomowe, zdolne odmienić los

Spotkanie nie jest do niczego zdolne.

 zaskrzeczeli (…) tego nieludzkiego ryku

Ryk i skrzeczenie to różne dźwięki.

jednak ruszających się

Do sztywnego, formalnego stylu, którym mówią kosmici (?) lepiej pasuje "poruszających się".

 pozornie przypominał

Masło maślane.

 zastygłych płaszczach

Hmm?

 Nie mogłem tego dostrzec,

Anglicyzm. Nie widziałem tego.

 Każdy krok przychodził mi coraz ciężej

Dublujesz informację. Każdy krok przychodził mi ciężej.

 wlokłem się tylko noga za nogą

Trochę to komicznie brzmi.

 kawałek kuchni na końcu

Aliteracja. Nie masz aby na myśli aneksu kuchennego? Bo kuchnia jest niepodzielna zasadniczo.

 nie myśląc, co dokładnie

Nie myśląc o tym co…

 rozświetlonego, szarego pomieszczenia

Jasno oświetlonego.

 rozświetlało coś

Powtórzenie.

 wszystkich pozostałych rzeczy

Może: wszystkich innych rzeczy?

 Źródło przestało wybijać

Jakoś mi to nie brzmi.

 ściany oblepione krwią

Nie wiem, czy krew może oblepiać.

 nie dostrzegałem ich wcześniej na każdym kawałku mojego ciała.

Wystarczy: nie zauważyłem ich wcześniej.

 bez intencji sznurków

Sznurki nie mają intencji.

 

Dobra. Cały tekst ma smak koszmarnego snu – styl i treść nie zostawiają miejsca na inną interpretację. UFO trzyma się w tle i nie wychyla. Trudno tu zastosować zwykłe kryteria, ale jeżeli celowałeś w depresyjny, horrorowaty surrealizm, to trafiłeś.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dzięki za komentarz, Tarnino, wszystkie uwagi przeanalizuję sobie na spokojnie. Co do koszmarnych snów – no nie wiem. Żadna z rzeczy, które występują w tekście, nie przyśniła mi się nigdy i mam nadzieję, że się nie przyśni…

Styl, styl, styl…

Czyli coś, czego nie lubię, jeśli nie jest poparte świetnym pomysłem.

Doceniam sprawność, też miałem w czasie lektury skojarzenia z Lovecraftem, ale zamiast Kafki przyszły mi do głowy “Opowieści fantastyczne” Dostojewskiego. Czyli warsztatowo jest więcej niż dobrze, jest nawet świetnie.

I cóż z tego, skoro ja lubię wiedzieć, o czym czytam. Mam swoje własne tropy, pewnie błędne, ale nie pomagasz, Autorze. Budujesz fantastyczny świat, ale jak i po co on działa? Nie wiadomo.

To opowiadanie z gatunku tych, których nie lubię najbardziej. Bo napisane świetnie, ale nic nie zrozumiałem. Albo więc jestem imbecylem, albo autor ze mną pogrywa. Obu wariantów nie lubię ;).

 

Jedyne, co mi zazgrzytało, to określenie, że uczestnicy misterium mieszczą się w pomieszczeniu “na styk”. Niepotrzebny kolokwializm.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki, Staruchu! Te “Opowieści…” to już widzę nie pierwszy raz, chyba w końcu trzeba sięgnąć, bo nie czytałem. Staram się z nikim nie pogrywać, a imbecylem na pewno nie jesteś, więc pewnie istnieje jakaś trzecia droga!

Chciałbym napisać w tym miejscu, że nie należy się zbytnio wysilać, by zrozumieć ten tekst – nie jest to nic z kluczem ani z tezą. Zacytuję Funa:

Przedstawione wydarzenia nie pasują do niczego realnego, choć jako czytelnik odruchowo starałem się to zrozumieć ;) Ale warto powstrzymać odruchy i spróbować czegoś odmiennego.

nie należy się zbytnio wysilać, by zrozumieć ten tekst – nie jest to nic z kluczem ani z tezą

No i właśnie takie podejście (tu zaznaczę wężykiem – ja osobiście), uważam za pogrywanie z czytelnikiem.

Czytam po coś. Żeby się czegoś dowiedzieć, rozerwać, odpocząć. A z tymi weirdowymi stylówkami to jest tak, jakbym czytał “Knidocyl w metagenezie stułbiopławów w ujęciu korelacyjnym dla zaawansowanych”. Czyli słowa znam, ale nic z nich dla mnie sensownego nie wynika.

I doceniam sprawność, rozumiem, że można się takimi utworami zachwycać (vide Fun), ale do mnie nie trafiają, sorry!

Jeśli w czymś uraziłem, z góry przepraszam!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Tarnino, przejrzałem sugerowane przez Ciebie poprawki. Wiem, że to tylko Twoje uwagi i do niczego autorów nie zmuszasz, ale wydaje mi się, że posuwasz się w nich za daleko. “Za daleko” znaczy, że nie masz racji. Innymi słowy, Twoje uwagi bywają błędne.

skrzek dobywający się

Wydobywający. Dobywa się miecza.

Nieprawda. Wystarczy sięgnąć do słownika: https://sjp.pwn.pl/slowniki/dobywa%C4%87.html

Szkoda, że część autorów pewnie nie weryfikuje Twoich uwag. I w ten sposób uczą się czegoś, co jest błędne. 

 nie mogła oczywiście wstać

Wtrącenie: nie mogła, oczywiście, wstać.

Kolejna fałszywa informacja. Można z przecinkami, można bez.

To tylko dwa przykłady, mógłbym jeszcze wymieniać. 

 

Inna sprawa: wypowiedzi bohaterów i wskazywanie w nich “błędów” typu powtórzenia. Przecież to absurdalne. Nie mówiąc już o czepianiu się tego, jak mówią pozaziemskie istoty. Poprawianie “na siłę” wypowiedzi bohaterów to jeden z podstawowych błędów, które może popełnić redaktor (a do roli kogoś takiego chyba tutaj aspirujesz?). 

Kolejna sprawa: słyszałaś o czymś takim jak styl albo konwencja? Czepianie się rzeczy, które stanowią właśnie o stylu lub konwencji, nie świadczy za dobrze o Twoim rozumieniu literatury. 

Mam też wrażenie, może mylne, że wypisujesz uwagi na bieżąco, przy pierwszym czytaniu tekstu, przez co wiele Ci umyka. Czy może po skończonej lekturze wracasz do wcześniejszych uwag i sprawdzasz, czy wciąż są adekwatne? 

Bardzo nie chciałem pisać tego komentarza, bo nie mam czasu wdawać się w polemikę. Po prostu proszę, żebyś dokładniej weryfikowała swoje uwagi, które czasem mogą bardziej zaszkodzić, niż pomóc. 

@Tarnino i Funie

Czuję, podobnie jak Fun. Nie jest możliwe dopracowanie swojego stylu przez podążanie za poprawnością. Postaci przestają być charakterystyczne, jeśli wyrażają się idealnie. 

Jednakże rozumiem Tarnino, że jest poprzeczka, linia płaszczyzna, którą trzeba przeskoczyć, aby tekst był drukowalny, czytalny, do przyjęcia, jednakże czasami odnoszę wrażenie (pewnie subiektywne, krótko tu się kręcę), że i Lem, i Le Guin,  i Asimow, i Card, nawet King byłby na NFie skasowany, a przecież nie o to chodzi. 

 

Nie umiem powiedzieć –napisać, co tak a co nie, czyli jest ingerencją zbyt głęboką.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Żadna z rzeczy, które występują w tekście, nie przyśniła mi się nigdy i mam nadzieję, że się nie przyśni…

No, wiesz. Tobie może nie, ale chodziło mi o ogólne wrażenie mrocznej oniryczności (ości, ości :D).

“Za daleko” znaczy, że nie masz racji. Innymi słowy, Twoje uwagi bywają błędne.

Funie – po pierwsze, nigdy nie twierdziłam, że jestem nieomylna. Mogę nie mieć racji i nie potnę się, kiedy mi to uświadomisz. Byle rzetelnie. Po drugie – "za daleko" zwykle oznacza, że ktoś przesadza, a nie, że nie ma racji. ;)

To powiedziawszy:

 Nieprawda. Wystarczy sięgnąć do słownika

Właśnie, że prawda. Nie wyjaśniłam tej uwagi, więc zrobię to teraz – zauważ, że słownik podaje, że "dobywać" jest wyrażeniem przestarzałym. Archaizmem. Można go więc użyć jako elementu stylizacji, ale takiej stylizacji tu nie zauważyłam. Dlatego uważam, że to słowo nie pasuje.

 Szkoda, że część autorów pewnie nie weryfikuje Twoich uwag. I w ten sposób uczą się czegoś, co jest błędne.

Rada to niebezpieczny podarunek, nawet między Mędrcami, a każda może poniewczasie okazać się zła. Ja mędrcem, elfem, ani żadnym takim nie jestem. Każdy autorytet, luby Funie, każdy! może się mylić. W cywilizacji łacińskiej dlatego właśnie kładziemy nacisk na metodę naukową i dyskusję, że cenimy Prawdę, a one są w miarę (nigdy stuprocentowo) pewnymi metodami dotarcia do tejże.

Tylko Bóg wie wszystko i ma zawsze rację.

 Kolejna fałszywa informacja. Można z przecinkami, można bez.

Możesz to wesprzeć jakimś linkiem, czymś w tym stylu? Bo bez przecinków wypowiedź wydaje mi się składniowo niejasna (skrzywienie zawodowe?).

Przecież to absurdalne.

Dlaczego?

Nie mówiąc już o czepianiu się tego, jak mówią pozaziemskie istoty.

A czepiałam się tego?

 Poprawianie “na siłę” wypowiedzi bohaterów to jeden z podstawowych błędów, które może popełnić redaktor (a do roli kogoś takiego chyba tutaj aspirujesz?).

Nie aspiruję. Ja też się tutaj uczę (albo prokrastynuję, no, dobra). Jeśli ktoś mnie poprosi o poprawienie tekstu – będę się z tym ktosiem dogadywać, ale na ogół pokazuję to, co mnie osobiście w tekście zazgrzytało. Jeżeli piszę, jak ja bym coś zrobiła, to nie jest rozkaz (zrób tak!) ani nawet sugestia – po prostu piszę, jak ja bym coś zrobiła. Nie jestem wyrocznią.

 wypisujesz uwagi na bieżąco, przy pierwszym czytaniu tekstu

Zwykle tak robię. Poprawiam je później przy wklejaniu, choć dość często coś mi umknie.

 Po prostu proszę, żebyś dokładniej weryfikowała swoje uwagi,

Z czym mam je, mianowicie, weryfikować?

 które czasem mogą bardziej zaszkodzić, niż pomóc.

Wszystko, co może pomóc, może też zaszkodzić. Powtarzam – nie jestem wyrocznią ani inną szefową. Mówię autorowi, co mnie nie zagrało w jego tekście. Co on zrobi z tą informacją – to jego decyzja. Nie próbuję się tu migać od odpowiedzialności, ale też nie myślisz chyba, że jak ktoś nie wprowadzi poprawek, to do niego przyjdę z flintą? Za tekst odpowiada autor i tylko autor. Za Twoje życie odpowiadasz Ty i tylko Ty, nie rodzice, nauczyciele, życzliwi koledzy i wredny szef. OK?

Postaci przestają być charakterystyczne, jeśli wyrażają się idealnie.

Asylum, to nie jest mechaniczne. Jeśli widzę, że coś jest elementem stylizacji, to się nie czepiam, chyba, że jest już zupełnie nie do przyjęcia (czasem zaznaczam "dla porządku").

 Nie umiem powiedzieć –napisać, co tak a co nie, czyli jest ingerencją zbyt głęboką.

Ja też nie.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ja w tym tekście elementy stylizacji dostrzegam. A nawet jeśli “wydobywający się” byłoby lepsze niż “dobywający się”, powinnaś zaznaczyć w swojej uwadze, że “dobywający się” wciąż jest poprawne. A uwaga o dobywaniu miecza w ogóle jest dziwna, bo istnieje różnica między “dobywać” a “dobywać się”. 

Co do przecinków i “oczywiście” – użyj wyszukiwarki. Proponuję w ogóle używać jej częściej. 

Przecież to absurdalne.

Dlaczego?

Naprawdę nie rozumiesz, że ludzie nie rozmawiają poprawnym językiem, a literatura ma między innymi imitować prawdziwe życie? 

Po prostu proszę, żebyś dokładniej weryfikowała swoje uwagi,

Z czym mam je, mianowicie, weryfikować?

Czego w słowie “weryfikować” nie rozumiesz? Znowu przyda się słownik: weryfikować – «sprawdzać prawdziwość, przydatność lub prawidłowość czegoś». Proszę, żebyś sprawdzała prawdziwość swoich uwag. W Internecie, w książkach.

Jeżeli piszę, jak ja bym coś zrobiła, to nie jest rozkaz (zrób tak!) ani nawet sugestia – po prostu piszę, jak ja bym coś zrobiła.

Ale wiesz, że to bez sensu? Nie chodzi o to, by uczyć innych pisać po swojemu. Chodzi o to, by zrozumieć, co chce osiągnąć autor, i pomóc mu to osiągnąć. 

Co do wymówek o tym, że nie jesteś wyrocznią… Jeśli ktoś zapyta Cię o drogę (mimo że nie jesteś mapą), to chyba lepiej powiedzieć “nie wiem”, niż wskazać tę drogę błędnie i skazywać tamtą osobę na pójście w złym kierunku.

Za Twoje życie odpowiadasz Ty i tylko Ty, nie rodzice, nauczyciele, życzliwi koledzy i wredny szef. OK?

Powiedz to tym, których potrącili pijani kierowcy. 

Ja w tym tekście elementy stylizacji dostrzegam.

Tak, ale nie takiej. Są ciasta z jabłkami i kiełbaski w cieście, ale chyba istnieje między nimi różnica?

 Proponuję w ogóle używać jej częściej.

Używam.

literatura ma między innymi imitować prawdziwe życie?

Nie. Nie ma.

 Proszę, żebyś sprawdzała prawdziwość swoich uwag. W Internecie, w książkach.

Nie da się sprawdzić prawdziwości uwagi. Gdybym nie musiała zaraz wyjść, wytłumaczyłabym to dokładnie, ale muszę.

 Chodzi o to, by zrozumieć, co chce osiągnąć autor, i pomóc mu to osiągnąć.

Próbuję. Czasami podaję przykład, żeby nie być gołosłowną i nie mówić tylko "źle". Bo ktoś mądry zaraz spyta, jak ja bym zrobiła, skoro tak wszystko wiem.

 Jeśli ktoś zapyta Cię o drogę (mimo że nie jesteś mapą), to chyba lepiej powiedzieć “nie wiem”

Jeśli nie wiem, mówię "nie wiem". Jeśli myślę, że wiem, a się mylę, to nie wiem, że się mylę. Nie jestem tu jedyną komentującą. Możesz mnie naprostować.

 Powiedz to tym, których potrącili pijani kierowcy.

I którym spadły na głowy meteoryty.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Hmmm. Dopisuję się do zespołu osób, które nie zrozumiały.

Spodobał mi się pomysł stowarzyszenia spotykającego się co tydzień na zrytualizowanych konfesjach. Fajnie byłoby dowiedzieć się o nim więcej. No, mój umysł uwielbia wiedzieć, jak działa świat, z jakiego powodu coś się stało, jakie będą skutki danego wydarzenia… Tu nie dostałam tego, co moje tygryski lubią najbardziej.

Jeśli to Cię pocieszy – za Lovecraftem ani Kafką nie przepadam. Jeśli próbowałeś ich naśladować, pod tym względem wbiłeś się głęboko. ;-)

Ale doceniam warsztat.

Babska logika rządzi!

Cóż, mam trochę jak Staruch. Nie wiem, czy jestem durniem, czy też ktoś robi ze mnie durnia :-) 

Ale powoli.

Warsztat to mistrzostwo świata. Wielkie brawa. Celowałeś w konkretny nastrój i udało Ci się go osiągnąć bez pudła, właśnie przy pomocy stylu – dobór odpowiednich słów, budowa zdań, operowanie ich długością, rytmem, to wszystko tworzy mroczny, gęsty, ciężki klimat klaustrofobicznego zepsucia, przesiąknięty zaduchem śmierci i splątany horrorowym oniryzmem. Jesteś jak klasycznie szkolony śpiewak, który perfekcyjnie panuje nad głosem i potrafi wszystko zaśpiewać bez nuty nieczystości. Albo jak niemieckie sportowe auto, w którym genialna, precyzyjna inżynieria i maestria wykonania przestaje być już tylko matematyką i fizyką, a zaczyna sztuką. 

Rzecz w tym, że śpiewak operowy może zaśpiewać piękne, skomplikowane arie, a może też drzeć mordę po pijaku. Superauto może służyć do urywania ułamków sekund na torze, a można nim kręcić bączki bez sensu. A ja nie wiem, czy śpiewasz arie, czy kręcisz bączki. 

Bo w Twoim tekście nie ma tego, co lubię – konkretnej historii, jasnego pomysłu, wyraźnych bohaterów, których można zrozumieć i "poczuć". Jest za to labirynt korytarzy ukrytych symboli, które mogą coś znaczyć, ale… Nie muszą. Mogę to wszystko interpretować na własny sposób, mogę pomyśleć o umierającym mieście jako jakimś przedsionku Piekła, w którym mieszkają ci, którzy powinni umrzeć, ale wciąż przebywają wśród żywych, nie zdając sobie sprawy ze swej śmierci i jednocześnie cierpiąc za nieznane grzechy. Na zasadzie aberracji, dysonansu, badanego przez przybyszów, demony z piekielnej rzeczywistości. Albo o czymś zupełnie innym. Problem w tym, czy autor naprawdę zawarł tam jakiś przekaz, czy beztrosko mówi – "wcale nie trzeba rozumieć". No bo jeśli nie trzeba, to czy coś oprócz klimatu tam w ogóle jest? A nawet jeśli nie ma, to czy wartość tekstu cierpi na tym, że liczy się tylko wspaniały, genialnie skonstruowany nastrój? 

To tak jak z filmami Lyncha, których nie lubię, które uważam za błyszczące formalnie, zachwycające klimatem, ale… O niczym. Puste w środku. Jak wydmuszki (to ostatnio "złe" słowo, he he) Ale wielu bardzo je docenia, są nagradzane i tak dalej, więc to, że mnie się nie podobają, wcale zapewne nie oznacza, że są niedobre. I z Twoim tekstem może być tak samo – nie rozumiem go, i choć powala warsztatem i obrazowym, ponuro malarskim nastrojem, to nie wiem, czy wewnątrz ma bogactwo treści, czy błyszczące trociny. 

No i w końcu docieram do sedna – mocno zastanawiam się nad zgłoszeniem do piórka. Na szczęście jest jeszcze trochę czasu na to, żebym sobie o Twoim tekście pomyślał, poukładał i stwierdził, czy aby przypadkiem to, że nie podoba mi się fabularnie i nie potrafię dobrać się do rdzenia konkretnej treści, nie oznacza, iż treści owej nie ma. Może fakt inności tekstu, jego nieoczywistość to zaleta, której dostrzec nie umiem i kręcę nosem, a piórko się należy (jak to kiedyś ładnie ujął Bail) jak psu Budda. 

Na szczęście do połowy lutego dość jeszcze czasu na zastanawianie się. 

Pozdrawiam! 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Sorry, że tak długo milczałem. Przeczytałem Twoje opowiadanie z polecenia nie-tajemniczego wielbiciela (^^), ale dłuższy czas nie potrafiłem się o nim jakoś sensownie wypowiedzieć. Bo dziwne jest, co zresztą dobrze wiesz.

Przeczytałem ponownie i mam kilka uwag.

Sugerowałeś mi w Smakołyku umieszczenie akcji w bliżej nieokreślonym miejscu. Sam to zrealizowałeś w tym właśnie opowiadaniu – nie dość, że nie nazwałeś Miasta, to nawet nie sugerowałeś imionami pochodzenia bohaterów – dzięki temu treść wydaje się uniwersalna.

A to skłania do stwierdzenia, że również jakąś uniwersalną prawdę chciałeś tu przekazać. A jednak… chyba nie. Ślepa uliczka, jak mi się zdaje.

Klimat rzeczywiście bardzo udany, kojarzyło mi się z filmami Creepshow. Był nawet taki o Domu podobnym do Twojego, ale za nic nie przypominam sobie tytułu. Może kiedyś się przypomnę.

Konwencja, rzeczywiście, zupełnie inna od “standardowej”. Zaczynasz interesująco, przytaczając opowieści żonobijcy i truposłuchacza, choć w dalszej części zastanawiało mnie, czemu właściwie miały one służyć. Ukazaniu zepsucia Miasta? Pewnie nie. Myślę, że jakiegoś konkretnego celu nie miałeś, chodziło raczej o wizję samą w sobie (?).

Sceneria, przedstawienie kosmitów, dialogi i tempo opowieści zacne, na bardzo wysokim poziomie. Dlatego zresztą tekst czyta się z dużą przyjemnością, a te kwestie dysonansów i anomalii budzą zainteresowanie.

Trzeba się trochę przyzwyczaić do bezradności bohatera. Zwykle w opowiadaniach jest to jednostka czynna, u Ciebie – widz, który może co najwyżej skomentować wydarzenia, a nawet, jak pokazuje zakończenie, marionetka… czegoś. Twórcy? Tego wyższego wszechświata?

Weird to rzeczywiście jest, natomiast problem tekstu leży w tym, że nie jest dostatecznie satysfakcjonujący pod względem podjętych rozwiązań/przemyśleń. Może to dziwne skojarzenie, ale znacznie lepiej sprawdziłby się jako obraz. Bo przyjemnie na niego popatrzeć, a coś namalowanego znacznie łatwiej objąć spojrzeniem niż napisanego ;)

 

Koniec końców, ten mój komentarz to bardziej strumień świadomości niż jakaś konkretna dawka uwag, ale i mnie pozostawiłeś skonsternowanym. O tyle, że wcale nie czuję, iż nie zrozumiałem, co raczej, że nic konkretnego zrozumieć nie miałem.

Jako obraz podoba mi się bardzo. Pewnie zapamiętam ten tekst. Ale jako opowiadanie jakby mniej. Zabrakło mi zakotwiczenia w rzeczywistości.

Na stempel jakości zasługuje jednak z pewnością, toteż postawiłem.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Finkla, Thargone, Count – dzięki.

Miałem już dużo podejść do tego komentarza, ale zdecydowałem się zamieścić wersję najbardziej oszczędną. Lynch jest mi znany, jego filmów (pytanie, o które Ci chodziło, Thargone, bo spektrum jest szerokie, ale rozumiem że o Mulholland Drive i inne tego typu) nie nazwałbym wydmuszkami. Generalnie – IMO “wydmuszką” jest najlepsza fabuła z niby-twistami, wiarygodne postaci, a to wszystko bez jakiegokolwiek klimatu, ale dobra, koniec offtopu, w/e, to nie jest takie ważne.

Co do kompozycji samego opowiadania – powstało przez odwrócenie kliszy gatunkowej (typowej na przykład dla Lovecrafta wspomnianego wcześniej) i miało wywołać tzw. Verfremdungseffekt (https://en.wikipedia.org/wiki/Distancing_effect). Cieszy mnie więc, że nie wiecie o co chodzi, że nie możecie kibicować bohaterowi i tak dalej. Są to cudowne komentarze, bardzo mi się podobają.

Co do treści opowiadania – stałbym się kabareciarzem, gdybym wszystko po kolei wytłumaczył, ale już w kompozycji pewne treści, a może nawet te główne, się zawierają.

Dzięki jeszcze raz!

Przeczytałem to jakiś czas temu, chyba świeżo po premierze i przyznam, że pod koniec zaliczyłem tak zwanego ragequita :) 

Ale wracam, bo ze względu na jakość i atmosferę, zapadło mi w pamięć i nie mogę tego tak zostawić.

Uważam, że to świetny tekst, budzi wiele skojarzeń i ścieżek interpretacyjnych. Początkowa irytacja brakiem jasno wyłożonej łopatą odpowiedzi na pytanie “o co tu własciwie chodzi?” już mi przeszła.

Chyba dlatego, że bliskie jest mi “pisanie obrazów”. Bo tak trochę odbieram ten utwór, jako obraz. 

Aha, ze skojarzeń – Jeff VanderMeer, Annihilation. Czytałeś? Choć sceneria jest zupełnie inna – Twoje opowiadanie ma podobnie przytłaczający klimat. 

 

Nie wiem, czy to dobra wiadomość ale: dałbym klik do BiB ale jeszcze nie mogę, jak własnie doczytałem (skomentowałem za mało tekstów) :P 

 

Dziękuję i pozdrawiam

Dzięki, Łosiocie!

Czytałem Anihilację w polskim przekładzie, ciekawa sprawa. Nawet i ten dość kontrowersyjny, netflixowy film mi się podobał. Od jakiegoś czasu zbieram się do “Ujarzmienia”. VanderMeer to dobre skojarzenie, stoi chyba po tej samej stronie barykady :)

'Ujarzmienie' jest świetne, choć lektura – dla mnie – trudna. Daje Odpowiedzi, więc warto.

Przecież to oczywiste:

 

Umierające miasto jest symbolem podupadającej III RP;

Dom symbolizuje siedzibę rządzącej Partii, w którym dzieją się rzeczy równie absurdalne, co tragikomiczne;

przybysze z innego świata to opozycjoniści; natomiast główny bohater to Prezes, który pociąga za wszystkie sznurki.

 

Opowiadanie nieźle napisane, ale jak dla mnie zbyt upolitycznione.

Marcinie Robercie,

bardzo dziękuję za szczegółową analizę. Chciałbym tylko dopytać:

przybysze z innego świata to opozycjoniści

Opozycjoniści, w porządku – ale z jakiej partii?

A marchewka to kapitalizm :P

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Opozycjoniści, w porządku – ale z jakiej partii?

 

Obojętne. Dla Prezesa wszyscy opozycjoniści są skrzeczącymi dziwolągami.

Ehh, jak ja nie znoszę, jak mi zeżre komentarz…

No to jeszcze raz: szalenie niepokojący tekst. Po lekturze nasunęło mi się skojarzenie z obrazem (i jak widzę moje myśli pobiegły podobnym tropem, co Counta ;)) – obraz też opowiada zawsze jakąś historię, ale w ten sposób, że trzeba ją zobaczyć i poczuć, a nie ogarnąć czy zrozumieć na poziomie przyczyna-skutek. Twój tekst wymyka się próbom takiego zrozumienia, ale absolutnie daje się go poczuć, bo świetnie malujesz słowem. Podobało mi się, niech frunie do biblioteki :)

szalenie niepokojący tekst

Bardzo się cieszę. Dzięki, Werweno!

Cóż, dołączam do grupy, która nie może pochwalić się zrozumieniem tekstu. :(

 

Po­miesz­cze­nie mie­ści­ło nas na styk… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Pro­szę pana! – krzyk­nął ktoś, zdy­sza­ny, zza moich ple­ców. –> Raczej: – Pro­szę pana! – krzyk­nął ktoś, zdy­sza­ny, za moimi placami.

 

Każdy krok przy­cho­dził mi coraz cię­żej… –> Raczej: Każdy krok stawiałem z coraz większym trudem

Nie bardzo umiem wyobrazić sobie przychodzące kroki.

 

Obej­rza­łem się za sie­bie… –> Masło maślane. Czy można obejrzeć się przed siebie?

Proponuję: Obej­rza­łem się… Lub: Spojrzałem za sie­bie

 

Z okien bił mętny blask… –> Obawiam się, że to niemożliwe. Blask jest jaskrawy z definicji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dotarłam. Wrócę z bardziej konkretnym komentarzem piórkowym, ale na razie tyle: mnie zachwyciło. Ma drobne wady, ale ja bym chciała więcej takiej fantastyki w Polsce. Lubię dobre, pełnokrwiste historie, ale tych znajduję sporo. Tego, co tu zaprezentowałeś, jest za mało i dlatego jest bezcenne. Gratulacje! Wciągnęło mnie, a zakończenie usatysfakcjonowało.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Reg, dzięki za komentarz, poprawiłbym te zdania, ale nie mogę :/ Po konkursie powalczę!

 

Drakaino, dzięki! Czekam na komentarz, swoją drogą – też bym chciał więcej takich rzeczy..

Bardzo proszę. I miło mi, że uwagi okazały się przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Eeech! Wiesz, co Ci powiem, Autorze?

To udane opowiadanie. Z powodzeniem zdaje test pamięci.

Niemniej… Jest dziwne, czyż nie? Zresztą, to weird fiction. Niektórzy czytelnicy, jak Reg, piszą, że nie zrozumieli, nie wiedząc, że tym akurat nie powinni za bardzo się przejmować. Tylko doznawać ;)

 

Dlatego uważam, że powinieneś  dodać tagi. One by trochę lepiej nakierowały czytelnika na to, czego może się spodziewać.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Początek bardzo mnie wciągnął (intrygujące niedopowiedzenia), lecz ostatecznie się rozczarowałem. Tekst zdaje mi się “po nic”. Nie dostrzegam żadnego klucza, żadnej możliwej interpretacji poza “jakiś wariat coś tam bredzi”, lub “dzieją się rzeczy, których i tak nie da się zrozumieć”. Chciałbym z czytania coś wynieść, jeśli nie zastanowienie nad światem/sobą/ludzkością/smakiem zupy pomidorowej, to chociaż rozrywkę. A tu jak dla mnie nie ma nic.

Z pozytywów: językowo sprawnie, fajny styl – to mi się podobało.

(Choć: “Po kilku chwilach marszu w otępiałym zamyśleniu, świat postanowił zbudzić mnie ze snu” – obrzydliwy anakolut. Świat otępiale maszerował?)

 

Jeszcze jedno mi zgrzytnęło: “Urwany skrzek dobywający się spod płaszcza sprawił, że mężczyzna – rzekomy morderca swojej żony, czy za kogo tam się podawał – zemdlał, zemdlał, z czego wywnioskowałem, że jego konfesja była najpewniej wyssana z palca” – oczywiście to słowa narratora, nie Twoja pozycja, jednak odnosi się wrażenie, że on coś tam wie o ludzkiej naturze, a tu temu zaprzecza. Morderca wcale nie musi być człowiekiem odważnym czy silnym psychicznie, odpornym na stres, często wręcz przeciwnie. Chyba, że chodziło Ci o kompromitację narratora albo o coś innego, czego nie sczaiłem ;)

 

Podsumowując: sprawnie, fajnie, lecz dla mnie ostatecznie rozczarowanie (no szkoda), choć na pewno znajdą się na to opowiadanie amatorzy (pewnie już się znaleźli, lecz zazwyczaj nie czytam kometów przed dodaniem swojego).

Moja książka i artykuły naukowe (też o fantastyce), jakby ktoś miał ochotę zerknąć: https://uni-wroc.academia.edu/MarcinBorowski/Papers

No, nie zrozumiałam, ale dobrze mi się czytało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Niemniej… Jest dziwne, czyż nie? Zresztą, to weird fiction. Niektórzy czytelnicy, jak Reg, piszą, że nie zrozumieli, nie wiedząc, że tym akurat nie powinni za bardzo się przejmować. Tylko doznawać ;)

W punkt, Hrabio. Najlepsze recenzja tego opowiadania!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mój mózg odczuwa na skutek braku zrozumienia zbyt silny dyskomfort, żebym mogła się tym nie przejmować.

Babska logika rządzi!

Mój mózg odczuwa taki dyskomfort tylko wtedy, kiedy autor zbyt długo łudzi go pozorem istnienia spójnej fabuły. Jeśli dość szybko zorientuje się, że to nie taki typ tekstu, nie mam z tym problemu.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Otóż to. 

I mimo faktu, że gdzieś zaznaczałem, iż tekst właściwie wcale mi się nie podoba, bo nie jest to rodzaj literatury jaki lubię i który chciałbym czytać, to muszę przyznać, że to świetny tekst. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jest dziwne, czyż nie? Zresztą, to weird fiction

[…]

Dlatego uważam, że powinieneś  dodać tagi. One by trochę lepiej nakierowały czytelnika na to, czego może się spodziewać.

Nie tagowałem z czterech powodów:

→ Nie lubię tagów.

→ Tag “weird fiction” mógłby być mylący dla tych którzy nie znają szerokiego spektrum weird fiction, tj. nastawią się na coś typu Lovecraft/Blackwood i też czeka ich raczej rozczarowanie.

→ Istnieją teksty, które, wychodząc z podobnych założeń, w powszechnej świadomości nie funkcjonują jako weird fiction (na stronach wikipedyjnych Schulza, Kafki, Kubina etc. w ogóle nie ma żadnych wzmianek o ich przynależności do gatunku lub choćby o ich wpływie). Być może jest to spowodowane niską popularnością tej nazwy, ale ja myślę, że raczej jej nieprecyzyjnością.

→ Nawet i odwołując się do najszerszej definicji Guni:

[…] to bardzo specyficzna odmiana literatury grozy, która wykorzystując poczucie niesamowitości (tak, jak je rozumiał Jentsch) stara się nakreślić pewną filozoficzną wizję świata. Być może właśnie słowo „niesamowitość” jest tu kluczowe: niesamowitość psychologiczna, gdy doznajemy dysonansu poznawczego i w ten sposób wpadamy w pewien dyskomfort.

[…]

Byłoby na pewno łatwiej, gdyby istniał jeden nurt weird fiction, ale w obrębie tego typu literatury mamy do czynienia zarówno z fabularyzowanymi esejami filozoficznymi, jak i pulpą o przysłowiowych mackach z kosmosu. Od prozy onirycznej, poetyckiej przez teksty romansujące z fantastyką naukową po takie, które śmiało wykorzystują akcesoria horroru cielesnego.

(https://panczyta.pl/2018/03/ksiazka-przezycie-wywiad-wojciechem-gunia/)

…ten tekst jest dosyć dziwny. Zazwyczaj w tekstach weird to protagonista styka się z czynnikiem niesamowitym, będąc niejako w opresji, natomiast tutaj protagonista nigdy nie był w opresji, nigdy nie miał żadnych kłopotów (mimo że zaczyna się wszystko tak, jakby kłopoty miał: Wiedziałem, że punktualność stawiano na drugim miejscu, zaraz po anonimowości, i za złamanie zasad zostałbym skreślony na zawsze – i jeszcze inne zdania-zmyłki). Służy to do przeniesienia wrażenia niesamowitości z bohatera na czytelnika, bo czynnik niesamowity nie jest wspominany przez większość opowiadania – on sam opowiada (lub raczej coś podobnego do człowieka opowiada w imieniu tego czynnika).

Piszę to nie tylko dlatego, by wytłumaczyć się z nietagowania, ale też dlatego że Thargone nominował tekst do piórka, i być może z tego powodu przyjdzie/już przyszło tu więcej ludzi czy coś (mimo wrzucenia w ostatni dzień dużego konkursu), no to można wytłumaczyć jakieś podstawowe założenia przyświecające opowiadaniu i może kogoś to zainteresuje i sięgnie po jeszcze bardziej nieokreślone teksty i autorów, co na pewno warto zrobić, jeśli “Doświadczenie…” się podobało (a kilka takich osób się znalazło).

I mimo wszystko postanawiam jednak otagować.

 

Marcinie_Maksymilianie i Anet – dzięki za wizytę!

Opowiadanie czytałem z niejakim zaciekawieniem, bo pierwsza scena naprawdę mnie kupiła. Cała ta spowiedź nieznajomych skąpanych w półmroku przywiodła mi na myśl sesję terapeutyczną na oddziale nerwic, jaką miałem okazję jakiś czas temu obserwować. Pomyślałem więc, że być może weźmiesz się za temat zaburzeń psychicznych, wszak sam bohater prezentuje sporo objawów, choć spektrum jego objawów trąca bardziej psychozą niż nerwicą.

Umknął mi jednak tag “weird fiction” i gdy go zauważyłem, czytałem już dalej bez założeń czy oczekiwań. Wykreowałeś tutaj niepokojące, duszne środowisko, wszystko balansuje na granicy jawy i snu w swej nieoznaczoności – tak bohaterowie, jak i miejsce są nieokreśleni, nawet nazwy własne to pospolite rzeczowniki. Na poziomie warsztatowym czytało mi się to bardzo lekko.

Tym opowiadaniem pokazałeś, że na gatunku niewątpliwie się znasz. Nie jestem jednak w stanie określić, co chciałeś przekazać tą historią. Bo forma, klimat i całe te ozdobniki to jedno, ale gdy zaniedba się treść, wszystko inne traci przynajmniej część swego blasku.

Dzięki Panie Brightside, rozumiem Twoje zastrzeżenia (nie jesteś w nich osamotniony). W sumie to trochę dla mnie dziwne, że tag zmienił Twój sposób czytania opowiadania, no ale w takim razie Count miał rację i dobrze było dodać. 

Nie jestem koneserem wierd fiction, a zbytnie odjechanie może mnie odrzucić i zamotać. I ten tekst ma wszystkie cechy, bym odpadł już w połowie.

Jednak mimo to tekst chwycił.

Przede wszystkim ma on ten magiczny próg, kiedy odlatuję w schizofrenię świata, jego totalną dziwność i pozorne reguły. I tutaj mi to zagrało – niby jest klub dyskutantów, niby obcy, ale można to interpretować na tyle sposobów, że w tym poplątaniu przyjemnie mi się gubiło. Bohater w tym wszystkim stał się trochę moim własnym awatarem. Tak jak on fascynowało mnie kolejne spotkanie klubu, kolejne widziane wydarzenia zdawały się być po prostu częścią niezrozumiałej całości. Tak jak on nie rozumiałem i tak jak on pragnąłem wiedzieć. Za to wielki plus.

Duża w tym zasługa klimatu – ciężkiego, dziwnego, sugerującego zerwanie ze wszystkimi regułami świata, jakie znam.

Wykonanie mi czasem zgrzytało, ale koniec końców nie przeszkadzało.

Tak więc na koniec jestem na TAK przy tym koncercie fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, NoWhereManie, Twoja opinia jest bardzo ciekawa i nawet zaskakująca:

Bohater w tym wszystkim stał się trochę moim własnym awatarem.

Tego, szczerze mówiąc, raczej nie przewidywałem – ale cieszę się!

Sorry, Winnetou, jestem na NIE.

Przypuszczalnie dlatego, że nie zrozumiałam tekstu. Być może, gdybym wiedziała, o co tu chodzi… Bo – jak wcześniej wspominałam – pomysł na regularnie spotykających się ludzi, którzy wytworzyli sobie jakieś rytuały i coś tam robią, jest bardzo fajny.

Napisane też zacnie.

Ale nie będę udawać, że skoro nic nie kumam, to na pewno opowiadanie jest mądre i wspaniałe.

Babska logika rządzi!

W porządku Finklo!!!

Bo – jak wcześniej wspominałam – pomysł na regularnie spotykających się ludzi, którzy wytworzyli sobie jakieś rytuały i coś tam robią, jest bardzo fajny.

Jest fajny, to prawda, ale ja tego nie wymyśliłem, bo przeróżne grupy wsparcia przecież istnieją.

Ba, istnieje nawet książka, w której jest opisany… no, troszkę podobny klub dyskusyjny, i do konceptu z tej książki nawiązuje opowiadanie.

Natomiast grupa wsparcia, która wspiera coś innego niż jej członków – to mój oryginalny pomysł.

:-)

No, właśnie – to wcale nie wygląda jak spotkania AA. Nawet mi się z nimi nie kojarzyło… Cele grupy wydają się mroczne i żałuję, że nie poszedłeś w stronę ich wyjaśniania.

Babska logika rządzi!

Wracam z komentarzem piórkowym, bo właściwie poprzednio się w tym względzie nie określiłem.

Nie będę ukrywał, że decyzja jest subiektywna, bo też do podejmowania innych nigdy nie pretendowałem. Dla mnie opowiadanie piórkowe to takie, którego napisania autorowi zazdroszczę.

Organicznie nie znoszę poetyki snu w opowieściach. To prawdopodobnie trauma, która została mi po tym, gdy pacholęciem będąc otrzymałem do przeczytania dwie książki Stefana Chwina wydane pod pseudonimem Max Lars. Z zewnątrz udawały hardkorowe wersje przygód Tomka Wilmowskiego, a w środku okazały się pozbawionym kręgosłupa logiki ciągiem impresji. Podchodzę do takich rozwiązań nieufnie, mimowolnie podejrzewając autora o lenistwo.

To nie jest tak, że odrzucam z góry wszystko, co nie jest zbudowane w formie klasycznej fabuły. Ale od opowiadania, które nie opowiada, wymagam czegoś naprawdę extra, co mnie znokautuje na innym polu. Czytałeś “Sny umarłych” – coś takiego zaoferował np. Fun w swoim tekście, poszczególnymi wizjami (twarze!) i jakością języka. U Ciebie zabrakło mi tej wartości dodanej: jest co najmniej poprawnie = bibliotecznie, jest na tyle oryginalnie na tle pozostałych konkursowych (bo jednak nie na tle weirdu w ogóle), że chciałbym widzieć ten tekst jako element antologii, ale nie jest tak, żebym Ci zazdrościł.

Bardzo byłbym ciekaw Twojego opowiadania w innej niż groza estetyce.

Też wracam z komentarzem piórkowym. Jak zwykle w przypadku ocen pozytywnych mam większy problem z podaniem argumentów, ale spróbuję. To opowiadanie zachwyciło mnie przede wszystkim narracyjną konsekwencją w kreowaniu autentycznej grozy. Rzadko ostatnimi czasy zdarza mi się autentyczny dreszcz przy lekturze, a tu zdołałeś to osiągnąć. Czym? Mistrzowskim, moim zdaniem, przemieszaniem realizmu i poetyki obłędu (raczej niż snu) i tym, że proporcje między tymi składnikami powoli zmieniają się na przestrzeni całego tekstu, aż w końcu zostają całkowicie odwrócone. W chwili, kiedy czytelnik orientuje się, że to nie jest proste, choć dziwnie opowiedziane postapo, jest już za późno – pułapka się zamknęła. Takie było moje doświadczenie z “Doświadczeniem”. Sam przywołałeś Kubina, więc powiem, że podobny ponury zachwyt czułam czytając jego “Po tamtej stronie”.

Co jeszcze? Niesamowita plastyczność opisów, choć w zasadzie je tylko markujesz. Znakomita skrótowość fabularna – to, jak dowiadujemy się czegoś o pozostałych uczestnikach spotkań konfesyjnych, to jak dawkujesz wiedzę i tajemnicę.

Dodam może jeszcze, że to nie tak, że jestem wielbicielką wszelkiej weird fiction – wręcz przeciwnie, jestem tu równie wybredna jak w przypadku klasycznej fantasy.

W każdym razie dla mnie z przyczyn wyżej wymienionych jest to mocny TAK – głos na odwagę literacką, niesztampowość, a zarazem bardzo dużą dyscyplinę formalną w ramach niełatwego gatunku.

 

Dla mnie opowiadanie piórkowe to takie, którego napisania autorowi zazdroszczę.

Jest w tym coś, ale nie wiem, czy bym się do końca zgodziła… Ale przyznam, że akurat temu tekstowi zazdroszczę kreacji klimatu.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytane.

Coboldzie, bardzo ciekawy komentarz, głównie z powodu stanowiska, które nie do końca rozumiem:

Dla mnie opowiadanie piórkowe to takie, którego napisania autorowi zazdroszczę.

 

…ponieważ idąc tym tropem, to ja na przykład nie natrafiłem jeszcze w życiu na opowiadanie piórkowe (przy czym “piórkowe” można chyba uogólnić do “bardzo dobre”). Spotkałem się kilkukrotnie z podobnym do Twojego poglądem – widziałem, jak ktoś gdzieś pisał: “sam chciałbym napisać takie opowiadanie” i wydało mi się to trochę straszne, bo moje rozumowanie co do dobrych/kiepskich opowiadań wygląda tak:

 

  1. Uczciwość oznacza możliwie największą zgodność tekstu z emocjami lub/i sposobem myślenia lub/i treścią myśli autora przy jednoczesnym zachowaniu jakiejś rozsądnej formy.
  1. Bardzo dobre opowiadanie nierozłącznie wiąże się z uczciwością.
  1. “Chcieć samemu napisać takie opowiadanie” lub “zazdrościć komuś takiemu opowiadania” znaczy to samo, co “chcieć być inną osobą”.

I raczej obce jest mi takie uczucie.

To wszystko powyżej oczywiście offtopując w kwestii samej metodologii, pomijając “Doświadczenie…”, bo nie wypada mi zajmować stanowiska czy jest bardzo dobre, czy też bardzo kiepskie, i analizować/zgadzać/kłócić się ze zdaniem innych.

 

Generalnie Drakaina wyjaśniła tekst w pierwszym akapicie swojego ostatniego komentarza, zdradzając, że poczuła mniej więcej to, co przewidziałem: niesamowitość przeniesioną z wydarzeń w tekście na sam tekst. Podejrzewam, że gdyby próba Loży była większa niż 9 osób, to TAK-ów nazbierałbym mniej, niż nazbieram teraz (na razie na pewno 2/9 :P) – bo znaczna większość ludzi jest rozsądna i szuka czegoś innego (na przykład fabuły, wiarygodnych postaci i tego rodzaju rzeczy, których ja raczej szukam tylko na netfliksie). W sumie to zastanawiam się, co powinny począć osoby typu: “ładnie napisane, ale mi się nie podobało, chociaż mam przeczucie, że coś w tym jest, no ale nie wiem co”. Czy istnieje jakaś obiektywna skala, na której można oceniać teksty? Nie sądzę. Uważam natomiast, że istnieją rzeczy, które większość osób subiektywnie uzna z miejsca za wybitne – Dostojewski, nie wiem, Camus na przykład. Ale to są teksty poruszające szerokie spektrum tematów, napisane stylem przystępnym.

“Doświadczenie…” nie pretenduje do grona opowiadań tego rodzaju, więc bardzo się cieszę z Drakainy, że jej się aż tak podobało, i z NoWhereMana też. Te opinie udowadniają, że jest sens wrzucać na forum podobne teksty, bo moje wątpliwości co do konkursu były dość duże (napisałem 3.5 opowiadania, w końcu zdecydowałem się opublikować najdziwniejsze). Następne moje hipotetyczne forumowe opowiadanie będzie pewnie normalniejsze i przystępniejsze, ale czy i kiedy nastąpi, to nie mam pojęcia.

 

Piórkowe komentarze to w ogóle fajna sprawa i np. ten Cobolda zawiera tyle treści (chociażby wspomnienie tekstu Funa, który jest, to prawda, całkiem ciekawy, i nawet podobny do “Doświadczenia…” pod niektórymi względami), że mógłbym na niego odpowiedzieć bardzo szczegółowo i pewnie byłaby wartościowa dyskusja, ale z braku czasu trudno to robić, dlatego przepraszam i dzięki jeszcze raz!

Zgadzam się, Lk, co do uczciwości. Uczciwość w pisaniu jest najważniejsza. Ale nie wystarczająca. W końcu grafomani też są uczciwi w stosunku do swojej wizji.

Nigdy natomiast nie chciałem być kimś innym, co nie zmienia faktu, że potrafię zazdrościć innym pojedynczych osiągnięć. Myślę, że to dotyczy to rzeczy, które do mnie pasują. I myślę, że dzięki temu mogę się rozwijać, pozostając sobą.

Nie będę pisał o tym, że ocenianie opowiadań w Loży to trudna i niewdzięczna praca. Widziały gały, co brały. Ale pamiętaj, że nie jestem w stanie określić, na ile inny autor jest uczciwy w stosunku do siebie. Mogę tylko analizować i nazwać swoją reakcję na jego starania. W tym staram się być uczciwy. I jak na razie, kryteria, które stosuję, wydają mi się najuczciwsze na jakie mnie stać. W szczególności w stosunku do osób, które znam i lubię.

Przyznaję, że ściągnęła mnie tutaj dyskusja w komentarzach. I tak, jak na początku opowieści wszystko bardzo mi się podobało, zbudowałeś bowiem niesamowitą atmosferę, tak w miarę czytania coraz częściej marszczyłem brwi. Co prawda wydaje mi się, że zrozumiałem wszystko, ale ocierasz się w utworze o strumień świadomości bohatera, a ja chociaż to lubię, to nie targają mną duże emocje. A to w związku z tym, że w takim strumieniu może zdarzyć się wszystko, więc nie do końca będę zaskoczony, być może zdziwiony, a to nie to samo.

W pewien sposób opowiadanie po części ratuje mężczyzna, który wybiegł z Domu za bohaterem i przez chwilę z nim rozmawia. Nadaje opowieści realność, fabułę, jakąś toczącą się akcję, a nie tylko analizę sytuacji. Porównałbym go do “mojej” Celii, Cobold będzie wiedział o co chodzi, czyli bohatera nie jakoś specjalnie ważnego, ale w moim odczuciu, niezbędnego.

Sam pomysł ciekawy i prawdę mówiąc dobrze zrealizowany, tylko mnie osobiście brakuje więcej elementów, które są bezsprzecznie jasne, zrozumiałe dla wszystkich tak samo. Ot, jak ten gość w kapeluszu.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Osobiście wciąż uczę się rozumieć, czym jest to całe weird i z czym się to je, ale, prawdę mówiąc, idzie nauka idzie mi raczej słabo. Niemniej, jeśli przyjąć łopatologiczną – a przy tym mocno tutaj uproszczoną – definicję weird jako “skrzyżowania Poego i Lovecrafta (którego osobiście wielkim entuzjastą nie jestem), myślę, że “Umarłe miasto” radzi sobie na tym polu bardziej niż przyzwoicie. Ale czy to komplement? No tak, zdecydowanie tak, nawet jeśli przyjąć – a myślę, że przyjąć to można – iż nie jest to gatunek, w którym bym się odnajdywał.

Dla mnie tekst musi mieć ręce i nogi – i to koniecznie w zestawie dwa na dwa, ani mniej, ani więcej – a weird zdaje się być gatunkiem, w którym liczbę wymaganych kończyn określa się jako “dowolną”. Więc w tym punkcie dość mocno się rozmijamy. Co gorsza, gdyby ktoś kazał mi określić, jak rzecz ma się w przypadku tego konkretnego opowiadania, chyba nie podołałbym zadaniu.

Ale do rzeczy.

Tekst klimatem stoi, to na pewno. Klimatu jest tu pełno, a przy tym jest on naprawdę gęsty, mroczny i mocny. Wylewa się z tekstu od pierwszego zdania i sączy w czytelnika jeszcze przez jakiś czas po przeczytaniu ostatniego. I choć nie mogę powiedzieć, że odcisnął się on w jakikolwiek sposób na moich emocjach czy samopoczuciu, sama wędrówka po martwym mieście dostarczyła mi naprawdę ciekawych wrażeń (choć nie był to strach; raczej przygnębienie), a i później łapałem się na tym, że wracam myślami do tego opowiadania. Inna rzecz, że robiłem to głównie w celu ponownej analizy i prób zrozumienia, o czym (i trochę: po co?) tak naprawdę był ten tekst; prób bezskutecznych, i/ponieważ – przecież! – pozbawionych jakiejkolwiek celowości.

Nim przejdę do dalszych dywagacji nad istotą opowiadania, zauważyć muszę, że, generalnie, nie jestem entuzjastą oniryzmu – tak, to jest eufemizm – który wydaje się być główną składową całej historii. Ewentualnie można by to określić jeszcze jako urojenia; wycieczka w głąb świadomości człowieka obłąkanego. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest to słuszna interpretacja (ale czy na pewno?), niemniej wrażenie pozostało a sama historia, jak już wspomniałem, zupełnie do mnie nie trafia skuli tego właśnie oderwania od rzeczywistości. Niby wiem, że szukanie w tej opowieści spójności, logiki i sensu w rozumieniu łopatologicznym byłoby błędem ale i tak te braki mocno mi doskwierały. Zasadniczo, to dokuczyły mi dopiero na końcu, kiedy okazało się, że historia chyba – chyba – nawet nie próbuje udawać, że jest czymś i jest po coś; że ma jakiś większy cel niż po prostu bycie. W myśl zasady “póki życia, póty nadziej, tak długo, jak opowieść się toczyła, liczyłem, że jednak masz na nią jakiś głębszy zamysł. Ale, niestety, nawet jeśli ten zamysł gdzieś tam jest, ja go nie widzę.

Zostajemy więc z zupełnie fajnie i porządnie napisaną historią w naprawdę sążnym klimacie, która jednak nie prowadzi mnie do niczego; a w każdym razie nie tam, gdzie chciałbym się znaleźć.

 

Peace!

 

P.S.

 

Przewijając komentarze rzuciło mi się w oczy coś ciekawego:

Organicznie nie znoszę poetyki snu w opowieściach. To prawdopodobnie trauma, która została mi po tym, gdy pacholęciem będąc otrzymałem do przeczytania dwie książki Stefana Chwina wydane pod pseudonimem Max Lars. Z zewnątrz udawały hardkorowe wersje przygód Tomka Wilmowskiego, a w środku okazały się pozbawionym kręgosłupa logiki ciągiem impresji. Podchodzę do takich rozwiązań nieufnie, mimowolnie podejrzewając autora o lenistwo.

Czyżby kolega doktor mówił o niesławnych “Ludziach-Skorpionach” i jakiejś ich kontynuacji, której szczęściem nie miałem w domowej bibliotece? Osobiście lat temu dość sporość przeczytałem tę książkę – wyłącznie w ramach do dziś niezrozumiałego dla mnie masochizmu – i muszę przyznać, że do tej pory żadna inna lektura w najdelikatniejszy nawet sposób nie zachwiała pozycją Larsa na szczycie mojego prywatnego rankingu największego literackiego chłamu wszech czasów. Ta książka zbulwersowała mnie tak dalece, że w świętym uniesieniu napisałem recenzję, z której dzisiaj został mi już tylko tyłuł – “Karny kutas za ch… napisanie” i leciałem takim hejtem, że… zainspirowałem kilku znajomych do sięgnięcia po nią.^^ (Na szczęście jedyny dostępny egzemplarz był pod moją pieczą, więc uchroniłem ich przed tym nieszczęściem).

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Osobiście lat temu dość sporość przeczytałem tę książkę – wyłącznie w ramach do dziś niezrozumiałego dla mnie masochizmu – i muszę przyznać, że do tej pory żadna inna lektura w najdelikatniejszy nawet sposób nie zachwiała pozycją Larsa na szczycie mojego prywatnego rankingu największego literackiego chłamu wszech czasów.

Czyżbyś nie znał, Cieniu, powieści "Adax z układu Adhary" Jerzego Jana Kolendo lub "Adara nie odpowiada" Wiesława Jażdżyńskiego?

 

Ps. Wybacz lk, postaram się wrócić z normalnym komentarzem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czyżbyś nie znał, Cieniu, powieści "Adax z układu Adhary" Jerzego Jana Kolendo lub "Adara nie odpowiada" Wiesława Jażdżyńskiego?

A wiesz, że nie? Zakładasz, że to jeszcze większy chłam, czy to po prostu wiesz?

 

lk, i ja przepraszam za spam.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zakładam, że to dwie najgorsze powieści fantastyczne w polskiej literaturze.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czyżby kolega doktor mówił o niesławnych “Ludziach-Skorpionach” (…) ? Osobiście lat temu dość sporość przeczytałem tę książkę

Całą?! Brzmi jak przechwałki tego gościa, który twierdzi, że ukończył szóstkę Weidera. Jeśli to jednak prawda, Cieniu, żadna choroba Cię nie zmorze.

Melduję przeczytanie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

.

Tylko nie "Tęcza"!

Fabuła: Tekstowi od samego początku towarzyszy mroczna, nieco lovecraftiańska atmosfera. Sporo w nim monologów, lecz każdy z nich jest w zasadzie jakąś odrębną opowieścią, która dodatkowo kreuje klimat umierającego miasta. Niektóre momenty naprawdę potrafią wzbudzić uczucie grozy. Progresja fabuły jest intrygująca; razem z bohaterem coraz głębiej pogrążamy się w odmętach tajemniczych zjawisk, jednak w pewnym momencie tekst wydaje się po prostu w nich topić. Mamy nietypowe anomalie, „przebijające się” dysonanse, z drugiej strony dualizm Światła i Ciemności, ich realne przełożenie na kształt świata przedstawionego pozostaje mgliste, zawoalowane, przez co trochę mniej poruszyło mnie jako czytelnika. Podobnie zakryty pozostaje dla mnie sens zrobienia z bohatera marionetki Ciemności, gdzieś widzę przebłyski tej wizji, strumienie symboli – może oznaczających nieuchronność martwoty, może bezsilność wobec złych sił – ale nie mogę wychwycić ultymatywnego sensu.

 

Oryginalność: Tekst odbieram jako przeniesienie klasycznej historii o UFO na kanwę czegoś z pogranicza horroru/weird fiction/mystery stories; mamy tu więc parę tropów z opowieści o kosmitach, a także tych właściwych dziełom z nurtu grozy. Z jednej strony tajemniczych Obcych-Obserwatorów w płaszczach, którzy pojawili się znikąd, żeby zgłębić realia ludzkiego życia, z drugiej przygnębiające miasto, słyszenie głosów zmarłych, nagłą i niewyjaśnioną śmierć, piwnice skrywające tajemnice. Spodobał mi się pomysł na Dom, w którym wszyscy mogą wyznać sprawy zalegające w najgłębszych zakamarkach ich duszy. Podobnie urzekła mnie wizja istot w płaszczach. Parę Światło/Ciemność, niewyjaśnione błyski na niebie widoczne tylko dla wybranych i parę innych motywów jest już dobrze znanych, więc mimo wszystko tekst nie zaskakuje nowością w takim poziomie, w jakim mógłby.

 

Język: Co do tej części nie mam większych zastrzeżeń, aczkolwiek opisy nadnaturalnych zjawisk mogłyby być nieco bardziej finezyjne. Sposób wypowiadania się istot w płaszczach jest za to świetny. We fragmencie, w którym przemawia starzec, bezpośrednio w wypowiedzi używane są półpauzy. Sugerowałbym zamianę ich na przecinki, żeby nie myliły się czytelnikowi z półpauzami wydzielającymi didaskalia. Kawałek niżej pojawia się też nowa wypowiedź zaczęta półpauzą, która jest w zasadzie kontynuacją mowy starca. Pomiędzy nie nie została wpleciona żadna narracja czy też didaskalia, więc czytelnik może zostać wprowadzony w błąd i stwierdzić, jakoby te słowa padły z ust innej postaci.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Kolejny smakowity kąsek weird w konkursie. Cieszę się, że pojawiły się tu takie teksty, bo konwencja bardzo sprzyja potęgowaniu obcości UFO.

Przede wszystkim muszę pochwalić nienaganny warsztat, świadomy dobór słownictwa i rejestru językowego; wyraźnie widać, że cały ten obłęd masz pod kontrolą. Od początku uderza skontrastowanie go z pozornym ładem – mamy tu konkretne, zamknięte miejsce akcji (miasto) oraz spotkania podlegające regulaminowi i dyktujące uczestnikom określoną formę wypowiedzi (konfesję). Jednocześnie narrator odnosi się z nieufnością do takich pojęć jak “rodzina”, “prawdziwe życie” czy “społeczeństwo”, odbierając czytelnikowi punkt oparcia. Wszystko jest tutaj bardzo sugestywne, zawieszone w jakimś limbo między życiem a śmiercią, pół kroku od piekła. Można by powiedzieć, że poszczególne elementy fabuły są jak te “anomalie”, które czytelnik musi badać z niejasnym tylko przeczuciem ich przyczyn.

Gratuluję podium!

 

PS

Usłyszałem swój śmiech.

Za pierwszym razem przeczytałam 'śmiech' jako 'uśmiech' i dosłownie usłyszałam, jak podczas przemiany usta narratora wyginają się w takim skrzypiącym uśmiechu. Trochę mnie rozczarowało, że to jednak śmiech. :P

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Za pierwszym razem przeczytałam 'śmiech' jako 'uśmiech' i dosłownie usłyszałam, jak podczas przemiany usta narratora wyginają się w takim skrzypiącym uśmiechu. Trochę mnie rozczarowało, że to jednak śmiech. :P

Super, muszę to zapamiętać :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Synestezja robi swoje. ;)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Nowa Fantastyka