- Opowiadanie: PatrycjaP - Ni w pięć, ni w dziewięć

Ni w pięć, ni w dziewięć

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Staruch, Finkla

Oceny

Ni w pięć, ni w dziewięć

„Ni w pięć, ni w dziewięć”

 

Śmierć mojego brata nigdy do końca nie została wyjaśniona. Policjanci, specjalnie sprowadzeni z tak zwanego Wielkiego Miasta, stwierdzili, po pobieżnych oględzinach zarówno jego ciała – było tak zmasakrowane, że trudno było je rozpoznać – , jak i miejsca zbrodni, że to co się stało, było jedynie nieszczęśliwym wypadkiem i nie ma w tym winy osoby trzeciej.

Niech mówią sobie, co tylko chcą, mruczałem pod nosem, przechodząc tak blisko ścian, jak tylko się dało, w stronę swojego pokoju. Nie zwracałem uwagi ani na szorstkie pytania z ich strony, ani na gniew ojca, ani na lamenty matki. Wiedziałem swoje. Mój brat nie zginął na skutek nieszczęśliwego wypadku. I choć nie mogłem tego w żaden sposób udowodnić, to wiem, że ktoś przyczynił się do jego śmierci. Być może kiedyś, gdy zmienią się procedury, a policja zostanie zaopatrzona w zdecydowanie lepszy sprzęt i znacznie bardziej wykwalifikowanych ludzi, poznam prawdę.

Wtedy z map na dobre znikną takie miasteczka, jak te, a na ich miejscu pojawią się Wielkie miasta, które będą mogły poszczycić się prawdziwym profesjonalizmem.

Tu, w miasteczku o nazwie Goodwick, wyglądało to trochę inaczej. Więcej uwagi poświęcano przesłuchaniom ludzi, a mniej przeprowadzanym pospiesznie procedurom. Jakby śledczych kto gonił, lub za mocno ich obserwował. Nie chciano, by ktoś dowiedział się prawdy.

Żeby móc opowiedzieć, co się wtedy wydarzyło, musimy się nieco cofnąć w czasie…

 

Tamtego dnia słońce grzało tak mocno, jak nigdy wcześniej. Nasza matka, wyjątkowo zapobiegawcza, ale też i nadopiekuńcza kobieta, wmusiła w nas kolejne dwie porcje tłuczonych ziemniaków – w końcu dzieci, zwłaszcza jedenasto– i trzynastoletnie, muszą się dobrze odżywiać –  zapakowała nam prowiant na trzy dni, choć miałem z bratem spędzić nad jeziorem zaledwie jedno popołudnie, a na koniec nasmarowała nas obu trzema warstwami kremu do opalania z najwyższym filtrem uv. Nie żebym się chciał skarżyć, ale tego dnia, czułem się naprawdę jak kretyn. Mój brat wyciągnął z piwnicy rower i wysłuchawszy cierpliwie próśb matki, by nie jechał za szybko, gdy na bagażniku siedzi jego młodszy brat, bo to sprawi, że będzie miał muchy nie tylko w nosie, ale też w żołądku, a to podobno jest bardzo szkodliwe i że idzie jesień i tak szybka jazda z pewnością sprawi, że jeszcze coś złapie, albo się przeziębi.

– Nic mu nie będzie – zapewnił matkę, siadając na siodełku i naciskając na pedały. Jasne włosy opadały mu na wysokie czoło, więc odgarniał je niecierpliwie ręką, dobrze wiedząc, że nie będzie nic widzieć. Miał niesamowite, zielone oczy. Choć byłem do niego bardzo podobny, nie śmiałem się z nim równać. Ciągle miałem na nosie piegi…

– Nic ci nie będzie, Peter! – krzyknął, nie odwracając się w moją stronę, gdy razem z nim mknąłem poprzez łąki i pola, prosto na spotkanie kolegów i nacieszenie się tymi skąpymi chwilami naszej wspólnej wolności.

– Nigdy na to nie pozwolę – dodawał cicho, choć mnie w żadnym razie nie wydawało się to konieczne.

Krzyczałem za każdym razem, gdy brał ostry zakręt. Trochę z przerażenia, a trochę z zachwytu. Zachowywałem się tak za każdym razem; choć śmierć zaglądała mi wtedy w oczy, obejmowałem mocniej starszego brata i krzyczałem do momentu, aż całkowicie zdarłem sobie gardło. Wtedy, oczywiście, musiałem przestać. Uwielbiałem czuć wiatr we włosach; zaciskałem wtedy mocno oczy i wydawało mi się, że lecę, lub płynę w powietrzu. Czas zdawał się wtedy w ogóle nie istnieć. A gdy wreszcie zdecydowałem się spojrzeć, widziałem przelatujące przed oczami smugi będące idącymi w różnych kierunkach ludźmi między stojącymi nieruchomo budynkami. Wydawało mi się, że muszą mieć w sobie co nieco magii…

James był tym, kim w duchu marzyłem zawsze, żeby być, tylko nigdy nie starczyło mi odwagi, by zrobić pierwszy i zarazem najważniejszy krok. Był moim idolem.

Prawie żałowałem, że gdy wreszcie udało nam się dotrzeć na miejsce James krzyczał: „zsiadaj, młody”, jakimś nie swoim głosem, jakby się o mnie bał, albo się mnie wstydził.

Czekali tam na niego jego kumple, wszyscy dużo starsi ode mnie.

– Masz? – pytał od razu jeden z nich, a on tylko kiwał głową. Rower zostawiał zawsze obok tego samego drzewa, każąc mi nie spuszczać go z oka, bo inaczej będę wracał pieszo, niosąc go na własnych plecach. Nie podobały mi się te ich dowcipy. Zwłaszcza, że rozśmieszały zarówno jego, jak i pozostałych chłopców, którzy śmiali się głośno i nie zważali na moją smutną minę.

– Pokaż! – żądał inny, a on, jak na zawołanie, natychmiast zaczynał grzebać w kieszeniach spodni, warcząc na mnie, bym mu w tej ważnej chwili nie przeszkadzał. Kiedy im wreszcie dawał, to co chcieli – najczęściej nie było to nic niezwykłego tylko kolorowe kulki, śmieszny gwizdek, poduszka pierdziuszka, głośna trąbka, kości do gry, czy czarne i białe kamyki – znikali razem między drzewami, a ja zostawałem sam. Co, jak wiedział brat, bardzo mi odpowiadało.

 

Zasiedziałem się nad tym jeziorem. Kiedy nadszedł wieczór księżyc i gwiazdy odbijały się migotliwie w jego nieruchomej, granatowoczarnej tafli. Zrobiło się na tyle ciemno, że ledwo mogłem rozróżnić gatunki poszczególnych drzew, majaczących gdzieś w oddali. Zerwał się wiatr i choć nie był nieprzyjemny, dostałem gęsiej skórki, czując, że wyraźnie spadła temperatura, a ciemne chmury na horyzoncie wyraźnie świadczyły o tym, że w nocy będzie lać. O ile nie przegoni ich wiatr…

Chłopcy musieli już wrócić; czułem ich gorące oddechy na swoich plecach. Nie miałem zamiaru się odwrócić.

Żaden z nas nie potrafił wykrztusić ani słowa; wszyscy stali jak zahipnotyzowani widokiem, który pojawił się przed naszymi oczami. Czar prysł, gdy w ciszę wdarły się nagle dwie ledwo zarysowane na tle nieba sylwetki, a wraz z nimi dwa głosy.

– Nie możesz wiosłować szybciej? – narzekał jeden z nich. – Jeszcze dwie godziny temu była tu cała banda dzieciaków. Ktoś mógłby nas zobaczyć…

– Wróciły do domów – mruknął drugi, rozsiadając się wygodnie i chwytając mocniej wiosła. – Do rodziców. Ogłoszono, że niebawem burmistrz wprowadzi godzinę policyjną. Jest zaniepokojony rzeczami, które dzieją się tu po zmroku.

– Ciii – szepnął mi do ucha brat, ściągając mnie z pagórka dosłownie w ostatniej chwili. W tym momencie byłbym pewnie w zasięgu wzroku ludzi płynących w łodzi. Byłem tak zamyślony, że nie zauważyłem nawet, kiedy pojawili się tuż przed moimi oczami.

– A ciebie… – zaczął szeptać mężczyzna siedzący przy wiosłach – to wszystko ani trochę nie przeraża? Wypływamy łodzią na to jezioro już trzecią noc, a znaku jak nie było, tak nie ma.

– Zamknij się wreszcie. – Mężczyźnie w końcu puściły nerwy. – W ogóle się nie odzywaj i wypatruj znaku na wodzie, lub na niebie. Stara twierdziła, że gdzieś tu musi być.

– Mówiła też inne rzeczy. Przy wczorajszym obiedzie twierdziła, że jutro po południu odwiedzą ją krasnoludki. Tylko nie mów, że ty nadal traktujesz to wszystko poważnie.

– Śmiertelnie poważnie – mruknął tamten i wskazał palcem coś, co w tym samym momencie zalśniło na niebie, a potem szybko zaczęło się zbliżać w stronę Ziemi.

– Wiosłuj, do cholery. Musimy być na miejscu pierwsi…

– Biorąc pod uwagę fakt, że nie mamy żadnej konkurencji…

 

W tej samej chwili poczułem, jak chłopcy ciągną mnie za pięty; chcieli mi dać znać, że biegną na złamanie karku w miejsce, gdzie ów tajemniczy przedmiot mógł się zatrzymać, a ja mam zrobić wszystko, by ci dwaj utknęli tu na dobre. W kieszeni przetartych w kilku miejscach dżinsów nosiłem niewielki zapałki, Will wcisnął mi do ręki kilka zwędzonych starszemu kuzynowi fajerwerków. Nadałem swemu głosowi jak najbardziej doniosłe i dojrzałe brzmienie: „Uwaga. Tu policja miejska. Należy się zatrzymać z rękami wysoko uniesionymi do góry. Kto nie wykona tego rozkazu, zostanie z miejsca zastrzelony”. Oczywiście, nie potraktowali tego poważnie. Zaśmiali się tylko, nie przestając przy tym wiosłować. Wtedy odpaliłem na próbę kilka fajerwerków. Od razu zrzedły im miny; łódź zatrzymała się niemal natychmiast na środku jeziora, a oni unieśli ręce w górę. Nie mogli być do końca przekonani, czy nie blefuję, ale bali się to sprawdzić.

Przyłożyłem dłonie do ust, głośno wołając: podpłyńcie do najbliższego pomostu, trzymając ręce tak, żebym było je dobrze widać. Gdy dobijecie do brzegu, wyjdźcie z łodzi, zostaniecie aresztowani. Posuwajcie się powoli, nie spuszczam z was obu wzroku”.

I tłumiąc cisnący mi się na usta chichot, pognałem w stronę czekających na mnie kolegów. To dało nam trochę cennego czasu, żeby przyjrzeć się temu, co spadło na ziemię, a potem po prostu zniknąć.

Dotarłem na miejsce dokładnie w chwili, gdy moi koledzy zaglądali do wnętrza ogromnego krateru. Na samym dole leżał mieniący się wieloma barwami, podłużny kamień.

– Gorący! – syknął David, wsuwając palec do ust. – Ty spróbuj go podnieść.

– Każdy z nas już próbował – wyjaśnił Chris, widząc moją zdumioną minę. – I żadnemu się to nie udało.

– Skąd pewność, że właśnie mnie się uda? – spytałem, autentycznie zaciekawiony.

– Jesteś naszą ostatnią nadzieją – powiedział James, zbolałym tonem, którego zwykle używał, by wymigać się od pójścia do szkoły.

– Nie mam nic do stracenia – mruknąłem do siebie, podchodząc bliżej. Ledwo udało mi się musnąć palcami jego gładką powierzchnię, a już odskoczyłem od niego, jak poparzony.

– Nic z tego.

Wszyscy zdawali się być zawiedzeni. Wtedy nagle ziemia zaczęła się trząść, a między naszymi nogami, tworzyły się najpierw cieniutkie linie pęknięć. Im dłużej tam staliśmy, tym szybciej mogliśmy dostrzec, że zmieniają się one w głębokie rozpadliny.

Spojrzałem ukradkiem na niebo; pojawiło się na nim jeszcze pięć, czy sześć podobnych, niezidentyfikowanych ciał, które, prawdopodobnie, miały się dopiero rozbić w innych miejscach. Gdzieś dalej leciało jeszcze kilka im podobnych. Noc ustąpiła dniu, a przynajmniej tak mi się zdawało, bo nagle zrobiło się okropnie jasno. Czułem na sobie przerażające, nieco upiorne niebieskie światło, dobywające się z samego wnętrza ziemi. Przesunęło się ono po każdej twarzy, zupełnie tak, jakby nas sondowało, a nie znalazłszy niczego odpowiedniego, zostało z powrotem wchłonięte przez ziemię i po prostu zniknęło. Długo żaden z nas nie potrafił się ruszyć. A kiedy wreszcie zdecydowałem się zacząć mówić, okazało się, że mówimy wszyscy równocześnie:

–  Światło…

–  Zrobi nam krzywdę…

–  Gdyby naprawdę chciało…

–  Ja żyję, prawda?

–  Tak samo, jak i ty!

 

Kiedy następnego dnia, nieźle wystraszony, wróciłem wraz z innymi w to samo miejsce, po pęknięciach nie został nawet ślad. Jedynym dowodem na to, że poprzedniego dnia naprawdę coś się tu działo, był sterczący z ziemi, kolorowy, podłużny kamień, którego żaden z nas nie umiał podnieść. Ani wczoraj, ani dzisiaj, ani żadnym innym razem. Choć trzeba przyznać, że James był bardzo wytrwały i próbował dużo częściej, niż każdy z nas.

Byłem ciekaw, czy podobne kamienie pojawiły się w pozostałych miejscach. Jak się okazało, już niedługo miałem się o tym przekonać na własnej skórze.

*

Kiedy matka skończyła pakować rzeczy mojego zamordowanego starszego brata do ośmiu wielkich pudeł i zabrała się za porządkowanie innych rzeczy, cicho wśliznąłem się do jego pokoju. Zacząłem się zastanawiać, jak mam je szybko przeszukać, nie wzbudzając przy tym niczyich podejrzeń, gdy jedno z nich, na samym szczycie wieży, zachwiało się, a potem z trzaskiem spadło na podłogę, wzbijając przy tym tumany kurzu. W tym samym momencie otwarło się z wielkim impetem. Zacząłem zbierać porozrzucane rzeczy, bojąc się, że hałas ściągnie na górę moich rodziców. Wśród nich znalazłem kilka starych fotografii przedstawiających całą serię miejsc, do których nie wolno nam było chodzić, kasetę magnetofonową, którą James zwykle nosił przy sobie i nagrywał na niej różne dziwne odgłosy i kilka, wydawałoby się, że zupełnie przypadkowo pozbieranych kamieni z ziemi. Mając świeżo w pamięci naszą ostatnią przygodę z świecącymi kamieniami, nie wydawało mi się możliwe, by coś, co przed chwilą wypadło z tej skrzyni, znalazło się tam przypadkowo.

Być może istniało między nimi jakieś powiązanie.

Zakasałem rękawy aż do samych łokci i wiedząc, że rodzicom z pewnością się to nie spodoba, przejrzałem zawartość pozostałych pudeł, licząc, że może zobaczę coś, co przybliży mnie choć trochę do rozwiązania zagadki. Trafiałem głównie na same rupiecie; kilka zepsutych i nikomu nie potrzebnych płyt winylowych, jeden gwizdek, cztery czy pięć kapsli po butelkach po piwie, kilka zgniecionych papierosów bez filtra, woda kolońska taty, jeden pajac na sprężynie, którym lubił mnie straszyć w nocy, tuzin zużytych baterii, kilka poniewierających się wszędzie pojedynczych kluczy, mechanizm od budzika albo jeszcze czegoś innego, wymontowana przeze mnie kiedyś kukułka, dwie wygięte metalowe łyżki, komplet starych zdjęć, naboje w kartonowym pudełku, kilka komiksów i kamyki, kamyki i jeszcze raz kamyki. Wszędzie leżały te okropne kamyki. James miał chyba na ich punkcie obsesję.

Na samym dnie jednej ze skrzyń zauważyłem czasopismo naukowe w całości poświęcone teorii pojawienia się na naszej planecie tajemniczych kamieni sprowadzonych tu statkiem kosmicznym. Bzdury, pomyślałem. Gdyby kosmici chcieli podbić naszą planetę, po prostu by to zrobili. Nie potrzebowali by do tego stosu głupich świecących kamieni.

A wtedy przypomniałem sobie, że James wrócił sam któregoś dnia w tamto miejsce, gdzie wcześniej leżał migoczący kamień. Gdy przekroczył próg pokoju, trzymał go w swojej dłoni. Przerażony nie na żarty kazałem natychmiast mu go wyrzucić, on zaś tylko dziwnie się do mnie uśmiechnął. Słowem się nie odezwał, a jego oczy zrobiły się wtedy takie strasznie dziwne…

Długo nie mogłem zasnąć, zastanawiając się, czy to jeszcze mój brat, czy to coś, znajdujące się w kamyku w całości go pożarło. Kiedy mu o tym mówiłem dwa tygodnie później, śmiał się tak głośno, że przerażona matka wpadła do jego pokoju jak burza, wcale nie pukając, z zestawem lekarstw, termometrem i herbatą ziołową w rękach. Wtedy nie wytrzymałem i też zacząłem się śmiać.

Matka najwyraźniej uznała, że obaj postradaliśmy zmysły i do głębi urażona, nie odzywała się do nas przez trzy dni. Dopiero wtedy udało jej się to wszystko w jakiś racjonalny sposób wytłumaczyć.

To znaczy po prostu nakłamać, ale tak dobrze, jak nie wiem co, żeby nam uwierzyła.

Przez równy tydzień mieliśmy wtedy spokój.

 

Położyłem się na chwilę na jego łóżku, zmęczony tym długim przepakowywaniem. Wtem poczułem, że coś zaczęło mnie uwierać w plecy. Pogrzebałem trochę w jego materacu, natrafiając głównie na nic nie warte śmieci. Pisma dla dorosłych, kilka kaset video, sądząc po tytułach, nie dających się oglądać, zapałki i pudełko papierosów, a także kamień, który tamtego dnia nieostrożnie przyniósł do naszego domu.

Chwyciłem go ostrożnie w dwa palce. Był jeszcze całkiem ciepły, jakby nie zdążył całkowicie ostygnąć, albo coś sprawiło, że na nowo zaczął nabierać coraz wyższej temperatury. Schowałem go w odpowiednie miejsce, postanawiając, że potem się nim zajmę.

Upewniłem się, że nie schował czegoś jeszcze. Nie odkryłem nic godnego zainteresowania, więc wyniosłem z jego pokoju te rzeczy, które wzbudziły moją niezdrową ciekawość.

Jak się okazało, już niedługo miałem tego pożałować.

Następnego dnia w drodze do szkoły dostrzegłem zawieszone na słupie ogłoszenie. Informowało ono o zaginięciu dziecka. Ciemnowłosa dziewczynka z aparatem na zębach o bystrym spojrzeniu opuściła dom w środku nocy zaledwie trzy dni po tym, jak dostrzegłem wraz z innymi dzieciakami spadające z nieba kamienie. Zastanawiałem się przez chwilę, gdzie mogła pójść. Żadne rozsądne rozwiązanie nie przychodziło mi do głowy.

Kamienie, podpowiedział cichy głosik w mojej głowie, świecące kamienie muszą mieć z tym jakiś związek. Najlepiej przekonaj się o tym sam.

Nie mogłem tam tak po prostu pójść i zapytać: czy pani córka w ostatnich dniach zachowywała się inaczej, niż zwykle? Czy znosiła do domu całe stosy kamieni?

Tak się dobrze złożyło, że mój kolega z klasy chodził na niektóre lekcje z jej starszą siostrą. Gdy poprosiłem go o przysługę po raz pierwszy, tylko postukał się wymownie w czoło. Gdy przyszedłem do niego po raz drugi, popatrzył na mnie jak na wariata. Udało mu się mnie zbyć po raz trzeci i czwarty. Za piątym razem obiecał się tym zająć, wiedząc, że za nic nie odpuszczę.

 

Oto, co mi przekazał, kiedy wreszcie wrócił.

Anna kilka dni przed zaginięciem spędzała czas, podobnie jak my wszyscy, nad jeziorem, skąd znosiła do domu – uwaga: od jakiegoś czasu – całe stosy kamieni. Nie mieli pojęcia, co się z nią właściwie dzieje; zachowywała się naprawdę dziwnie, zupełnie, jakby nie była sobą. Jej spojrzenie był tak nieobecne, jakby była duchem. A teraz zniknęła tak samo, jak wcześniej mój brat.

Istniało duże prawdopodobieństwo, że za kilka dni odnajdą jej ciało.

Zastanawiało mnie jedno; co się działo z dziećmi od chwili zaginięcia do momentu odnalezienia ciała. Czy kamienie odgrywały w tym wszystkim jakąś rolę?

Chciałem poznać prawdę w najlepszy, możliwy sposób: na własnej skórze.

Jeszcze tej nocy, w tajemnicy przed rodzicami, wyszedłem przez okno swojego pokoju, doczołgałem się do tej części dachu, przy której matka posadziła ogromną winorośl i zszedłem po okratowaniu służącym do podtrzymywania jej w odpowiedniej pozycji. Niczym duch przebiegłem ciemny o tej porze, zachwaszczony ogród i zniknąłem, nim na dobre stara furtka zaczęła skrzypieć. Nie miałem pojęcia, dokąd pójdę. Nogi po prostu same mnie niosły.

*

Siedząc na policji i odpowiadając monosylabami na każde z zadanych przez nich pytań, czekałem na rodziców, myśląc, jak surową wymyślą dla mnie karę. Włamanie się na cudzy teren i wniesienie tam niebezpiecznych rzeczy, to jedno. Użycie ich to zupełnie inna sprawa. A mnie przyszło do głowy, by zakraść się na teren jednego z zakładów przemysłowych, gdzie, podobno odkryto inny świecący kamień, i oświetlić sobie teren przy pomocy fajerwerków.

Na usprawiedliwienie powiem, że nie miałem wtedy pod ręką niczego innego. Zapałki musiały mi wypaść z kieszeni, gdy przechodziłem przez zardzewiały płot, niedaleko rozklekotanej budki, w której spał pilnujący wejścia do zakładu strażnik. Spał to mało powiedziane. Chrapał tak głośno, że o mało nie wsadziłem sobie zatyczek do uszu, by go nieco wyciszyć. Brałem pod uwagę, że jeśli odpalę sztuczne ognie za blisko, to mogę go obudzić. Nie wiedziałem tylko, że wszczął taki alarm, jakby najechała na nas cała banda kosmitów w latających spodkach. Na nic zdały się moje wyjaśnienia, że chciałem jedynie coś sprawdzić. Nie zamierzałem niczego ukraść. Oczywiście mi nie uwierzyli i otrzymałem od rodziców miesięczny areszt domowy. Wolno mi było chodzić do szkoły, ale po skończonych lekcjach zaraz miałem wracać do domu. Nie mogłem ani przez chwilę porozmawiać z kolegami. Dni ciągnęły się niemiłosiernie, bo do dyspozycji miałem jedynie książki i gry planszowe; rodzice rozszerzyli mi szlaban o gry komputerowe, Internet i telewizję, choć trzy razy im powtarzałem, że to niesprawiedliwe. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że o mały gwint nie straciłem własnej głowy. Tamtej nocy byłem najbliżej rozwiązania naszej zagadki, ale pod wpływem nacisków burmistrza i kilku innych ważnych osób zasiadających w radzie miasta oraz własnych rodziców musiałem, kompletnie bez honoru, wycofać się i przeprosić wszystkich zainteresowanych, których oburzyło moje niecne zachowanie. Będę litościwy, dla was i dla siebie, i nie zrobię w tym miejscu żadnej listy. A byłaby naprawdę tak długa, jak niektóre listy do Świętego Mikołaja.

Kiedy uporałem się z przeprosinami i szlabanem, zamknięto odwiedzone przeze mnie w nocy zakłady i zarządzono ich rozbiórkę. A było to jedno z kilku miejsc, które mój brat uwiecznił na niewyraźnych zdjęciach.

Fabryka śrub i nakrętek została rozebrana tak dokładnie, że nie pozostała po niej ani jedna cegła. Musiałem więc szukać szczęścia gdzie indziej.

Chciałem obejrzeć je wszystkie, ale musiałem jeszcze przez jakiś czas się wstrzymać, bo rodzice, po tej całej awanturze, nie odstępowali mnie ani na krok.

 

Po kilku nieudanych próbach, awanturach od rodziców i szlabanach…

Trafiłem w jedno z tych miejsc, do których nie powinno chodzić się samemu ciemną nocą. Wyremontowany i oddany do użytku w połowie lat pięćdziesiątych budynek szkolny , teraz popadł w prawdziwą ruinę. Wyglądał tak, jakby lada chwila miał się zawalić, grzebiąc pod sobą stos gruzu i pyłu, w który się zamienił i przy okazji kilku bezdomnych. W powybijanych oknach ziały ogromne dziury, przez które dostawały się do środka całe masy śmierdzącego zanieczyszczeniami powietrza. Na drzwiach wisiała wygięta od wielu lat kłódka, uświadamiając mi tym samym, że nie ja pierwszy chciałem dostać się do środka. Wyjąłem z kieszeni latarkę, rzucając nieco bladego światła na skąpane w mroku korytarze. Odgłosy moich kroków odbijały się od ścian głośnym echem. Omal nie krzyknąłem, gdy coś bardzo wolno przesunęło się po moich stopach i poszukało sobie jakiegoś ciemniejszego miejsca. Na kark spadło mi trochę naniesionego przez lata i zmiecionego przez podmuch silnego wiatru kurzu. Kichnąłem, zaczynając się obawiać powrotu mojej alergii. Na samą myśl, że miałbym iść dalej, ciarki przeszły mi po plecach. Na szczęście nie musiałem. Kamień dostrzegłem przy następnych drzwiach prowadzących do sekretariatu. Wziąłem go i bez namysłu schowałem do kieszeni.

– Czego tu chce?! – usłyszałem ochrypły głos tuż przy swoim uchu.

– Niczego nie chce. Już wychodzi – odpowiedziałem drżącym głosem, wyminąłem stróża i wziąłem nogi za pas tak szybko, jak nigdy przedtem.

 

Jego wzrok był tak nieobecny, jakby sam był przy tym duchem.

 

*

Następnego dnia, gdy przyszedłem do szkoły, okazało się, że w każdej klasie brakuje dwójki, lub trójki dzieci. Po prostu z dnia na dzień zniknęli. Odnaleziono też zaginioną przed kilku dniami Annę. Martwą. W dłoni trzymała dziwny kamień. Żadne z jej rodziców nie miało pojęcia, dlaczego.

Jeszcze bardziej zdumiało ich to, że gdy karawan zabierał ich córkę, kamień natychmiast wypadł jej z dłoni i potoczył się, jak gdyby nigdy nic w inne miejsce.

Niedługo przekonam się o tym na własnej skórze, pomyślałem, ale nie wywołało to we mnie tak oczekiwanego entuzjazmu. Z bardzo prostego powodu: po prostu cholernie się bałem.

Co się ze mną stanie i jak zareagują na to moi bliscy? Strata dwóch synów w ciągu kilku miesięcy będzie dla nich bardzo ciężkim doświadczeniem.

Muszę zrobić wszystko, żeby nie doszło do najgorszego, zdecydowałem, ale i rozwiązać tą coraz bardziej skomplikowaną sprawę.

 

*

 

Następnego dnia przed wyjściem z domu stanąłem przed lustrem, by sprawdzić, jak wyglądam.

Odgarnąłem z czoła jasne włosy powoli wpadające mi do oczu. Moje odbicie tego nie zrobiło.

Coś mocno schwyciło mnie za gardło i za nic nie chciało puścić. Zdawałem sobie sprawę, że najnormalniej w świecie zaczynałem się dusić. Nie umiałem zaczerpnąć ani haustu świeżego powietrza. Wtedy moje oczy na moment zmieniły kolor; z zielonych stały się piwne. Była to tak delikatna i chwilowa zmiana, że można tego było w ogóle nie zauważyć. Kiedy wróciły do pierwotnego stanu, stalowa obręcz do tej pory mocno ściskająca moje gardło, gdzieś zniknęła i mogłem w miarę normalnie oddychać. I choć wyglądałem dokładnie tak samo, jak przedtem, to czułem, że coś się zmieniło. Zmiana sięgała bardzo głęboko; odniosłem wrażenie, że nie jestem już jedynym gospodarzem we własnym ciele. Teraz tkwił tam ktoś jeszcze, kto miał wobec mnie zupełnie inne, niecne plany. Oczy, które spoglądały na mnie z lustra najwyraźniej należały do kogoś innego, bo były okrutne i zimne. Nie mogłem zmienić się w taki sposób; czułem, że coś zaczęło krępować moje ruchy, jakby moje kończyny przywiązano do czterech krótkich sznurków i lekkimi pociągnięciami mówiono im, co mają robić.

Z nagłym przerażeniem uświadomiłem sobie, że nie panuję już nad własnym ciałem. Uniosłem do góry obie ręce – choć wcale tego nie chciałem – i zdjąłem z szafy nie używaną już od wieków torbę.

Wsadziłem do niej kilka na oko zupełnie do niczego nie potrzebnych rzeczy i wybiegłem z domu o piątej nad ranem, jak oparzony. Torba boleśnie obijała mi się o kolana, a w samym jej środku tkwiły ukryte między ubraniami, należące niegdyś do mojego brata kamienie. W tym jeden szczególny, świecący własnym światłem.

 Trzymaj się mnie, szepnęło coś cicho we wnętrzu mojej głowy,  a nic ci się nie stanie. Nieużywana od wielu lat stacja kolejowa to miejsce, w którym powinieneś się teraz znaleźć.

 

Wyjąłem z garażu stary rower mojego starszego brata. Nawet po jego śmierci nie nauczyłem się na nim jeździć, choć on za życia bardzo mnie przy tej nauce dopingował i nalegał, bym nigdy nie przestawał ćwiczyć. Rzuciłem to w cholerę zaledwie dzień po jego śmierci. Nie chciałem, by spadło na mnie tak wiele wspomnień…

Kiwając się na boki, jak dziecko, które dopiero zaczynało uczyć się chodzić, rozjeżdżając ludzi i ocierając się o mury po obu stronach ulic, po dwóch godzinach wreszcie dotarłem do celu.

Czekał tam na mnie przyjaciel mojego brata. Gordon. Will Gordon.

Will padał na ziemię, sztywny niczym kłoda, za każdym razem, gdy natrafił na człowieka, lub sytuację, które sprawiały mu problem. Nie ważne, czy znajdował się wtedy na egzaminach, w kościele, czy na urodzinach jednej z dziesięciu cioć, które go wychowywały, bo matka nigdy nie miała dla niego czasu.

Gdy tylko zadano mu trudne pytanie, przykładał ramię do czoła i leciał na ziemię. To jego zachowanie było już tak charakterystyczne, że czekałem wraz z innymi dzieciakami, na każdą taką nadarzającą się okazję, której mógłbym być świadkiem. Było to coś ekscytującego w życiu nastolatka.

Lekarze z niedowierzaniem kręcili głowami, ciągle powtarzając, że to cud, że do tej pory nie zrobił sobie jeszcze żadnej krzywdy. Dziwiono się, że ze swym talentem nigdy nie chciał być aktorem. Wybrał szkołę uczącą zawodów przydatnych w późniejszym życiu. O ile mi wiadomo, chciał zostać mechanikiem. Śpiewającym mechanikiem. Jego wygląd, postawa oraz chód sprawiały, że tak, jak inne dzieciaki, widziałem w nim raczej Elvisa Presleya, niż kolejne wcielenie Marlona Brando. On sam sobie nic z tego jednak nie robił.

A kiedy trzeba było, śmiał się wraz z innymi.

Od razu zauważyłem, że zaszła w nim jakaś zmiana. Tak samo, jak i we mnie. W tym momencie nie mogłem liczyć na żadne zbawienne omdlenie, które, być może, uratowałoby nas obu.

Will tylko kiwnął mi głową na powitanie. On ruszył dalej, w stronę wysypiska – nie mam pojęcia, skąd to wiem – , ja pojechałem prosto na stację.

*

U mojego brata proces przemiany przebiegał bardzo wolno, przechodząc z jednego etapu do drugiego. Jednym razem rozmawiałem z własnym bratem, innym z potworem, który zagnieździł się w jego wnętrzu i w żaden sposób nie dawał o sobie zapomnieć.

W moim przypadku proces ten był znacznie bardziej gwałtowny; zniknąłem zaledwie kilka godzin po tym, jak trzymałem kamień we własnych dłoniach. Czułem i rozumiałem, co się ze mną działo, ale w żaden sposób nie mogłem zareagować, sprzeciwić się, czy zrobić coś po swojemu.

Być może potwór siedzący w moim wnętrzu nie miał już za wiele czasu. O ile z moim bratem po prostu się bawił; to znikał, to znów się pojawiał, o tyle mnie samego wziął przy pomocy jednego szturmu. Zaledwie kilka chwil wystarczyło, by poczuł się zwycięzcą, a ja tym pokonanym.

Byłem jego kurierem i miałem dostarczyć kamień niegdyś należący do mojego brata w odpowiednie miejsce. Dno starej kopalni, ze względu na jego przeznaczenie, wydawało mi się bardziej odpowiednie, niż nieużywana stacja kolejowa. To nie ja miałem jednak wybrać…

Kiedy dotarłem na miejsce, zakradłem się tam na paluszkach, starając się nie rzucać za bardzo w oczy. Wiedziałem, że to miejsce także musiało mieć swojego stróża, a gdy po tej stronie drucianego płotu zobaczyłem kłódkę, byłem już tego pewien. Z miejsca znienawidziłem tego faceta.

Nie posiadając klucza, ani nie mając żadnego pomysłu, jak można by ją otworzyć, wdrapałem się na górę i ostrożnie przekładając, nogę za nogą, przedostałem się przez płot. Skóra mi ścierpła na samą myśl, że mógłby być pod prądem. Nikomu jednak najwyraźniej ten pomysł nie przyszedł do głowy. Stara stacja była miejscem zdecydowanie mniej ważnym, niż się spodziewałem.

Na nieużywanych torach stały stare wagony, a z ich boków ziały czarne dziury, służące niegdyś za drzwi. Ominąłem je ostrożnie, starając się nie nadepnąć na porozrzucane po drodze szkło. Ze strachu, że ktoś mógłby mnie tu nakryć, nie włączyłem schowanej w torbie latarki.

Otwarłem ostrożnie rozsuwane drzwi i wśliznąłem się do zniszczonego zębem czasu budynku. Tynk odpadał tu już całymi płatami, wiszące pod sufitem lampy były porozbijane, a z ławek pozostały tylko porozrzucane wszędzie, drewniane deski.

Tam, zarządził głos dobiegający gdzieś z mojej głowy, zanieś kamień Jamesa prosto na peron.

Zrobiłem co mi kazano, wiedząc, że nie mam wyboru. Dostrzegłem peron, na którym łuszczyła się już farba w miejscu oznaczającym bezpieczną strefę dla podróżujących ludzi, kilka zdezelowanych ławek i powyginane ze starości tory. Pochyliłem się nad nimi i w tym momencie omal nie straciłem głowy, która mogła zostać po prostu ucięta przez nadjeżdżający z ogromną prędkością, widmowy pociąg, nie wydający przy tym żadnego dźwięku. Uskoczyłem niemal w ostatniej chwili; moje włosy musnęły jego wypolerowaną powierzchnię, a ja wyraźnie to poczułem.

Rzucaj!, brzmiało następne polecenie. I tak też zrobiłem. Nie wiem, gdzie celowałem i czy kamień naprawdę tam doleciał, ale głos siedzący w mojej głowie wydawał się zadowolony. Pociąg potoczył się po torach zaledwie kilka metrów, a potem zniknął.

*

Tym razem musiałem pokonać znacznie dłuższy dystans; po wymknięciu się ze stacji kolejowej, udałem się do starej kopalni, tak jak pierwotnie zamierzałem. Decyzja zapadła bez mojego udziału. Cieszyłem się, że niedługo będę mógł się go pozbyć; zaczynał palić mnie żywym ogniem, najwyraźniej rozgrzewając się we wnętrzu moich spodni do bardzo wysokiej temperatury.

W mojej głowie pojawił się obraz Williama…

Will dotarł na wysypisko i zostawił kamień na najwyższej, usypanej ze śmieci górze. Zsunął się na dół i unikając wzroku zarządzającego ty wszystkim śmieciarza, wybiegł poza jego rozległy teren. Czułem jego opór, gdy nieznana mu siła,  pociągnęła go w stronę pobliskiego mostu. Szarpał się i wyrywał, ale nie dał temu rady. Od dawna domyślałem się, że nie potrafi pływać. Był jedynym, który nigdy tego nie opanował. Wdrapał się na balustradę, zamknął oczy i po prostu skoczył. Nie wynurzył się, mimo że czekałem na to w swoim umyśle przez dziesięć minut.

Głośno przełknąłem ślinę, bojąc się, że mnie też to niedługo czeka. Skoro zmuszono Willa, by skoczył z mostu, bo wiedziano, że nie umiał pływać, mnie zapewne zamierzano zmusić do przejażdżki na rowerze po jakieś autostradzie.

Mój brat zginął w taki sposób, pomyślałem, przełykając łzy. Zmuszono go do zrobienia czegoś, w czym nie był za dobry. Nie miałem tylko pojęcia, co to mogłoby być. Otarłem oczy wierzchem dłoni. Teraz nie czas na łzy.

Dwanaścioro dzieci, powiedziało coś w mojej głowie, i dwanaście kamieni. Magiczna liczba.

James, Anna, Will i ja, to dopiero czworo. Gdzieś musiało się znajdować jeszcze osiem…

Oni już nie żyją, usłyszałem znowu, ty jesteś ostatni. Jedenaście kamieni zostało umieszczonych w jedenastu miejscach. Został jeszcze jeden, ostatni.

Mój kamień, domyśliłem się od razu. A gdy umieszczę go tam, gdzie chcesz, to zginę.

Niekoniecznie, zaoponowało coś w mojej głowie i roześmiało się piskliwie. To zależy wyłącznie od Ciebie.

*

A gdy to się stanie w utworzonym w ten sposób magicznym kręgu pojawi się pochodząca z kosmosu istota, tak doskonała, jak nigdy nie stanie się człowiek. Istota składająca się z dwunastu części duszy, zaklętej na wieki w świecących kamykach. Ona to będzie rządzić zarówno na Niebie, jak i Ziemi, a władzy jej nie będzie można zobaczyć końca…

Tym razem miałem się dostać do szybu starej kopalni i wrzucić kamień prosto do jej wnętrza, prawdopodobnie, przypłacając to własnym życiem.

Wskoczyłem na rower; zdziwiłem się, kiedy okazało się, że moje stopy pewnie naciskają na pedały, a rower jedzie prosto przed siebie, nie kiwając się na boki. Być może to, co siedziało w moim wnętrzu, miało już dosyć tej szaleńczej, pijanej jazdy.

Ty możesz nią być. Istotą, która na wieki wieków będzie rządzić innymi ludźmi, trzymać ich w szachu władzy absolutnej i stosować na przemian metodę kija i marchewki. Przemyśl to sobie dobrze. Nie odrzucaj od razu mojej propozycji.

Czy inni…?, zacząłem nieśmiało pytać.

Nie chcieli skorzystać z mojej propozycji, odpowiedziało szybko coś w mojej głowie. Zdecydowanie za szybko, jakby czegoś się obawiało. Nie patrz na nich, rób to, co uważasz za słuszne.

Myślałem o tym przez całą drogę do starej kopani.

Odmówili mu. Wszyscy. Nikt z nich nie chciał żyć wiecznie i mieć niczym nie skrępowanej władzy.

Czy powinienem czuć solidarność z innymi osobami ludzkiego gatunku i postąpić tak, jak oni? Czy przeciwnie; kierować się wyłącznie własnym dobrem i zostać albo wielkim zbrodniarzem, albo bohaterem? Czy miałem na to w sobie dosyć odwagi?

Ze wszystkich sił pragnąłem, by droga wydłużyła się przynajmniej dwa razy i miałem dwa razy więcej czasu, nim wreszcie dotrę na miejsce.

Wyglądało znacznie gorzej, niż stacja kolejowa. Nie umywało się do samego wysypiska. Na środku ogrodzonego murem terenu ziała czarna dziura, w której wnętrzu zamontowano żelazną drabinkę. Brama była uchylona, a stróża nigdzie nie widziałem. Ostrożnie zszedłem po drabinie na dół, stając po kostki w wodzie. Wrzuciłem kamyk do ziejącej smrodem i ciemnością dziury, prowadzącej znacznie głębiej pod ziemię. Zastanawiałem się, czy to wystarczy.

Kiedy tylko upuściłem kamień do ciemnego otworu sztolni, poczułem, że coś wydostaje się wraz z nim z mojego wnętrza. Zmaterializowało się przed moimi oczami w postaci szarej mgiełki, rozrzedziło się, a następnie zgasło. Zakaszlałem kilka razy, próbując zaczerpnąć w płuca nieco świeżego powietrza i rozganiając tajemnicze zjawisko ręką. Znowu byłem sobą, a tak mi się przynajmniej wydawało.

Wyszedłem na zewnątrz i szybko opuściłem to paskudne miejsce, wiedząc, że na tym nie kończą się moje problemy. Trzeba było jeszcze podjąć najważniejszą decyzję w życiu.

Gdy się na chwilę odwróciłem, powodowany bliżej nieokreślonym przeczuciem, dostrzegłem dwanaście świetlnych wstęg szybujących, niczym podrywające się do startu samoloty, ku ciemnemu niebu. Nie udało mi się dostrzec punktów, z których wystrzeliły w górę. Z pewnością były one za daleko. W miejscu, gdzie udało im się zetknąć , na samej górze, rozbłysło silne i jasne światło, które stopniowo zaczęło się powiększać, nie przybierając przy tym żadnego określonego kształtu.

Czułem, że właśnie nadeszła pora na podjęcie ostatecznej decyzji.

*

Dwanaście kamieni ułożonych w magicznym kręgu nie dawało mi spokoju.

Czy mógłbym żyć, wiedząc, że to ode mnie zależy, kto mógł dalej żyć, a kto umrzeć? Czy człowiek powinien móc podejmować takie decyzje?

Coś w moim wnętrzu podszeptywało mi, że zawsze tego pragnąłem. Byłem niedoceniany; śmiano się ze mnie i nawet jeśli robiono to z sympatią, to bardzo mi to przeszkadzało, ale nigdy nie miałem siły nic powiedzieć. Zawsze to w sobie dusiłem. Nagromadzona we wnętrzu złość wciąż się rozrastała, przedostając się i zajmując kolejne części mojego dziecięcego ciała do czasu, aż opanowała je wszystkie.

Frustracja sprawiała, że czułem zazdrość na samą myśl, że mój brat ma to wszystko, na co z pewnością i ja zasługuję, a zarówno on jak i świat mnie nie docenia. Uwielbiałem go, to prawda, ale jednocześnie nienawidziłem. A ta nienawiść była tak głęboko we mnie skryta, że prawie niewidoczna dla całego otoczenia. Istota, która zamieszkała we mnie, tylko mnie w tym wszystkim utwierdziła. Bo tak się składało, że ja wiedziałem o tym od początku.

Zgodziłem się, powiedziałem tylko w swojej głowie, już dawno temu, teraz tylko to potwierdzam.

Ich troje też się zgodziło, podjął schowany w moim umyśle głos, choć myślałem, że go tam nie ma. Że pozbyłem się go wraz z wyrzuconym kamieniem.

Zaraz, przecież mówiłeś mi, że inni…, zaprotestowałem, ale już było na to za późno.

Kłamałem, rozległ się w mojej głowie donośny śmiech, Kto wie, czy choć raz mówiłem prawdę. Niektórzy zginęli naprawdę, inni tylko udawali, by zatrzeć ślady. To w tym momencie jest nieistotne. Ty albo oni. Zwycięzca może być tylko jeden. I to on otrzyma to wszystko, czego tak bardzo pragniecie. Jedno z Was będzie po kres Ziemi rządzić nią wraz ze Istotą tak doskonałą, że prawie boską. Uczciwie się nią podzielicie. Kiedy już zostanie tu przywołana przez świecące kamienie…

Nigdy nie przyszło mi do głowy, by wątpić w jego słowa, pomyślałem z goryczą, lecz jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że już za późno na jakiekolwiek żale. Nigdy w niego nie wątpiłem. Tylko właściwie, dlaczego? Czy zdołał aż tak namącić w moim umyśle? I czy mąci w nim również teraz, choć odniosłem wrażenie, że na dobre się go już pozbyłem? To oczywiste, że nigdy tak po prostu nie odda całej tej władzy. Chce w ten sposób zachować swą moc i zyskać ziemskie ciało.

Trzy postaci powoli sunęły w moim kierunku, a ja przecierałem oczy ze zdumienia. Nie, to nie mogło dziać się naprawdę, jęczałem w duchu.

Stanęli przede mną z poważnymi, nie zwiastującymi niczego dobrego minami.

Edward, którego znalem ze szkółki niedzielnej i który marzył o tym, by zostać księdzem, Ellie chodząca do równoległej klasy  dziewczyna, w której od wielu lat się podkochiwałem i mój brat, James.

Zapowiadała się bardzo nierówna i trudna walka.

Koniec

Komentarze

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Horror? I to dosyć niezły, jak mi się wydaje.

Dwie rzeczy mi się nie podobają. Jedna – czemu akcja dzieje się”gdzieś tam”, a nie w Polsce? To dodałoby dodatkowego smaczku i kolorytu. Dwa – czasowo mi coś nie zagrało. “Śmierć brata nie została nigdy wyjaśniona”, a potem się okazuje, że minęło raptem kilka dni.

Język Ci czasem zgrzyta (ale tylko czasem, bo operujesz słowem dość sprawnie). 

Kilka uwag:

– “Mój brat wyciągnął z piwnicy (…)” – zlituj się, to zdania rozciąga się na pięć wersów; jak skończyłem je czytać, zapomniałem już, jak się zaczęło ;);

– “nosiłem niewielki zapałki” – literówka;

– “żebym było je dobrze widać” – literówka;

– “nie potrzebnych” – niepotrzebnych;

– “potrzebowali by” – potrzebowaliby;

– “odpalę sztuczne ognie” – a wcześniej bohater mówi, że nie ma zapałek – to czym odpali?;

– “grzebiąc pod sobą stos gruzu i pyłu” – tego sobie nie mogę wyobrazić: budynek się wali, a pod nim jest stos gruzu; to czym stał się ten zawalony budynek?;

– “Nie ważne” – nieważne;

– “a z ich boków ziały czarne dziury” – w ich bokach;

– najwyraźniej rozgrzewając się we wnętrzu moich spodni” – to brzmi nieładnie: “w kieszeni spodni” może?;

– “ty wszystkim śmieciarza” – literówka.

 

Całkiem przyjemne opowiadanie. Trochę szlifu i naprawdę byłoby się czym chwalić!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Bardzo ciekawy pomysł, spodobał mi się.

Niezła jatka, przemawia do wyobraźni.

Gliny na nic nie wpadły? Przecież rodziny dzieci wiedziały, że nagle zaczęły zbierać kamienie. No i dlaczego zbierały tych kamieni tak dużo, skoro istotny był jeden na głowę?

w każdej klasie brakuje dwójki, lub trójki dzieci.

A przecież było ich tylko dwanaścioro. Taka malutka ta szkoła?

Niekiedy masz goły przecinek tuż obok półpauzy. Nie powinien tam stać.

Babska logika rządzi!

Zastanawiam się, czy to wyławianie błędów i usterek tak mnie rozproszyło, że nie do końca pojmuję, co tu się właściwie wydarzyło? Czytałam mocno zaintrygowana, a skończyłam z rozwartym otworem gębowym i wieloma pytaniami, na które nie znalazłam odpowiedzi. :(

Wiem, że ważne są kamienie lecące z nieba, ale nie rozgryzłam czym są i dlaczego?  

Dlaczego wiedziały o tym dzieci z miasteczka, a dorośli nie?

Kim byli wspomniani na początku opowiadania dwaj panowie w łódce, którzy dali zrobić się w konia jedenastolatkowi?

Dlaczego dzieci ginęły i znajdowano je nieżywe?

Dlaczego nieletni bohater myszkował nocą w zrujnowanych budynkach i jak mu się to udawało, choć zdawałoby się, nadopiekuńcza mama powinna go pilnować jak źrenicy oka?

Jedenastoletni chłopiec to jednak jeszcze dziecko i, moim zdaniem, rolą która została mu przeznaczona, zwyczajnie go przerosła.

Innymi słowy – nic mi się tu kupy nie trzyma i nijak nie chce podwiązać się w jakąś logiczną całość, a już najbardziej jedenastoletni bohater.

Wykonanie pozostawia, delikatnie mówiąc, bardzo wiele do życzenia. :(

 

było tak zma­sa­kro­wa­ne, że trud­no było je roz­po­znać – , jak i miej­sca zbrod­ni, że to co się stało, było je­dy­nie… –> Objaw byłozy.

Po półpauzie nie stawia się przecinka

 

to co się stało, było je­dy­nie nie­szczę­śli­wym wy­pad­kiem i nie ma w tym winy osoby trze­ciej. –> To może zawiniła osoba druga? :)

 

Wtedy z map na dobre znik­ną takie mia­stecz­ka, jak te… –> Pewnie miało być: Wtedy z map na dobre znik­ną takie mia­stecz­ka, jak to

 

mia­sta, które będą mogły po­szczy­cić się praw­dzi­wym pro­fe­sjo­na­li­zmem. –> Na czym polega profesjonalizm, którym mogą szczycić się wielkie miasta?

 

w końcu dzie­ci, zwłasz­cza je­de­na­sto– i trzy­na­sto­let­nie… –> …w końcu dzie­ci, zwłasz­cza je­de­na­sto- i trzy­na­sto­let­nie

W tego typu konstrukcjach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Krzy­cza­łem za każ­dym razem, gdy brał ostry za­kręt. Tro­chę z prze­ra­że­nia, a tro­chę z za­chwy­tu. Za­cho­wy­wa­łem się tak za każ­dym razem; choć śmierć za­glą­da­ła… –> Powtórzenie.

Zamiast średnika powinien być przecinek.

 

gdy w ciszę wdar­ły się nagle dwie ledwo za­ry­so­wa­ne na tle nieba syl­wet­ki… –> W jaki sposób sylwetki mogą wedrzeć się w ciszę?

 

Jest za­nie­po­ko­jo­ny rze­cza­mi, które dzie­ją się tu po zmro­ku. –> Nie wydaje mi się, aby rzeczy mogły się dziać.

Proponuję: Jest za­nie­po­ko­jo­ny tym, co dzie­je się tu po zmro­ku.

 

I tłu­miąc ci­sną­cy mi się na usta chi­chot… –> Zbędny zaimek. Czy tłumiłby chichot cisnący się na cudze usta?

 

gdy moi ko­le­dzy za­glą­da­li do wnę­trza… –> Wcześniej napisałaś, że to byli koledzy brata.

 

Noc ustą­pi­ła dniu… –> Noc ustą­pi­ła dniowi

 

i za­bra­ła się za po­rząd­ko­wa­nie in­nych rze­czy… –> …i za­bra­ła się do po­rząd­ko­wa­nia in­nych rze­czy

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

kilka sta­rych fo­to­gra­fii przed­sta­wia­ją­cych całą serię miejsc… –> Czy miejsca występują seriami?

 

ostat­nią przy­go­dę z świe­cą­cy­mi ka­mie­nia­mi… –> …ostat­nią przy­go­dę ze świe­cą­cy­mi ka­mie­nia­mi

 

czte­ry czy pięć kap­sli po bu­tel­kach po piwie… –> …czte­ry czy pięć kap­sli od butelek po piwie…

 

ka­mień, który tam­te­go dnia nie­ostroż­nie przy­niósł do na­sze­go domu.

Chwy­ci­łem go ostroż­nie w dwa palce. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …ka­mień, który tam­te­go dnia nieopatrznie przy­niósł do na­sze­go domu.

 

Upew­ni­łem się, że nie scho­wał cze­goś jesz­cze. –> Upew­ni­łem się, czy nie scho­wał cze­goś jesz­cze.

 

Ciem­no­wło­sa dziew­czyn­ka z apa­ra­tem na zę­bach o by­strym spoj­rze­niu… –> Czy dobrze

rozumiem, że aparat na zęby miał bystre spojrzenie? ;)

Proponuję: Ciem­no­wło­sa dziew­czyn­ka o by­strym spoj­rze­niu, z apa­ra­tem na zę­bach

 

Za­sta­na­wia­łem się przez chwi­lę, gdzie mogła pójść.Za­sta­na­wia­łem się przez chwi­lę, dokąd mogła pójść.

 

jakby nie była sobą. Jej spoj­rze­nie był tak nie­obec­ne, jakby była du­chem. –> Literówka. Byłoza.

 

przy któ­rej matka po­sa­dzi­ła ogrom­ną wi­no­rośl… –> Raczej: …przy któ­rej matka uprawiała ogrom­ną wi­no­rośl

Krzewy winorośli przeznaczone do sadzenia wcale nie są ogromne, a wręcz przeciwnie – całkiem niewielkie.

 

zsze­dłem po okra­to­wa­niu słu­żą­cym do pod­trzy­my­wa­nia jej w od­po­wied­niej po­zy­cji. –> Winorośl jest pnączem, więc: …zsze­dłem po okra­to­wa­niu, po którym roślina się pięła.

 

znik­ną­łem, nim na dobre stara furt­ka za­czę­ła skrzy­pieć. –> …znik­ną­łem, nim stara furt­ka przestała skrzy­pieć.

Mam wrażenie, że furtka zaczęła skrzypieć, kiedy chłopiec ją otworzył.

 

i oświe­tlić sobie teren przy po­mo­cy fa­jer­wer­ków.

Na uspra­wie­dli­wie­nie po­wiem, że nie mia­łem wtedy pod ręką ni­cze­go in­ne­go. –> Niepojęte! Chłopiec wyprawiający się dokądś nocą ma pod ręką fajerwerki, a nie ma zwykłej latarki! Po prostu nie wierzę!

 

Wtedy nie zda­wa­łem sobie spra­wy, że o mały gwint nie stra­ci­łem wła­snej głowy. –> To nie jest dobre porównanie, a nawet całkiem do kitu. Istnieje powiedzenie jasny gwint, ale nie ma żadnego z małym gwintem.

Zbędny zaimek. Czy mógł stracić cudzą głowę?

Proponuję: …że o mały włos nie stra­ci­łem głowy.

 

awan­tu­rach od ro­dzi­ców… –> …awan­tu­rach z rodzicami

Awantura nie jest od kogoś, awantura jest z kimś.

 

bu­dy­nek szkol­ny , teraz… –> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

jakby lada chwi­la miał się za­wa­lić, grze­biąc pod sobą stos gruzu i pyłu… –> Walący się budynek jest guzem i pyłem. Nie może pogrzebać pod sobą sam siebie.! Innymi słowy – Nie może być jednocześnie twórcą i tworzywem. ;)

 

W po­wy­bi­ja­nych oknach ziały ogrom­ne dziu­ry… –> Skoro okna były powybijane, nie było w nich dziur, bo same były dziurami.

 

Na drzwiach wi­sia­ła wy­gię­ta od wielu lat kłód­ka, uświa­da­mia­jąc mi tym samym, że nie ja pierw­szy chcia­łem do­stać się do środ­ka. –> Skoro okna są powybijane, po co zawracać sobie głowę drzwiami?

 

Kich­ną­łem, za­czy­na­jąc się oba­wiać po­wro­tu mojej aler­gii. –> Zbędny zaimek. Czy obawiałby się cudzej alergii?

 

Ka­mień do­strze­głem przy na­stęp­nych drzwiach pro­wa­dzą­cych do se­kre­ta­ria­tu. –> Skąd chłopiec wiedział, że to drzwi do sekretariatu, skoro szkoła, od półwiecza co najmniej, stała pusta i zrujnowana?

 

wy­mi­ną­łem stró­ża i wzią­łem nogi za pas tak szyb­ko, jak nigdy przed­tem. –> Czego pilnował stróż we wspomnianej ruinie?

 

Jesz­cze bar­dziej zdu­mia­ło ich to, że gdy ka­ra­wan za­bie­rał ich córkę… –> Karawan służy do przewiezienia trumny ze zwłokami na cmentarz, nie do zabierania znalezionych zwłok.

 

ka­mień na­tych­miast wy­padł jej z dłoni i po­to­czył się, jak gdyby nigdy nic w inne miej­sce. –> No, ale chyba nikt się nie spodziewał, że kamień potoczy się i wróci do dłoni, która go trzymała. ;)

 

roz­wią­zać coraz bar­dziej skom­pli­ko­wa­ną spra­wę. –> …roz­wią­zać coraz bar­dziej skom­pli­ko­wa­ną spra­wę.

 

czu­łem, że coś za­czę­ło krę­po­wać moje ruchy, jakby moje koń­czy­ny… –> Drugi zaimek zbędny.

 

Unio­słem do góry obie ręce… –> Masło maślane. Czy można unieść coś do dołu?

Wystarczy: Unio­słem obie ręce

 

zdją­łem z szafy nie uży­wa­ną już od wie­ków torbę. Wsa­dzi­łem do niej kilka na oko zu­peł­nie do ni­cze­go nie po­trzeb­nych rze­czy… –> …zdją­łem z szafy nieuży­wa­ną już od wie­ków torbę. Wsa­dzi­łem do niej kilka, na oko zu­peł­nie do ni­cze­go niepo­trzeb­nych rze­czy

 

Torba bo­le­śnie obi­ja­ła mi się o ko­la­na… –> Niósł torbę przed sobą?

 

Nawet po jego śmier­ci nie na­uczy­łem się na nim jeź­dzić… –> W głowie mi się nie mieści, że jedenastoletni chłopiec nie potrafi jeździć na rowerze…

 

gdy na­tra­fił na czło­wie­ka, lub sy­tu­ację, które spra­wia­ły mu pro­blem. –> Literówka.

 

Nie ważne, czy znaj­do­wał się wtedy na eg­za­mi­nach… –> Nieważne, czy znaj­do­wał się wtedy na eg­za­mi­nach

 

On sam sobie nic z tego jed­nak nie robił. –> Raczej: On sam nic sobie z tego jed­nak nie robił.

 

nie mam po­ję­cia, skąd to wiem – , ja… –> Zbędny przecinek.

 

kilka go­dzin po tym, jak trzy­ma­łem ka­mień we wła­snych dło­niach. –> Zbędny zaimek. Czy mógł trzymać kamień w cudzych dłoniach? Czy mógł trzymać kamień inaczej, nie w dłoniach?

Wystarczy: …kilka go­dzin po tym jak trzy­ma­łem ka­mień.

 

o tyle mnie sa­me­go wziął przy po­mo­cy jed­ne­go sztur­mu. –> Coś bierze się szturmem, nie przy pomocy szturmu.

Proponuję: …o tyle mną zawładnął od razu/ za pierwszym razem.

 

sta­ra­jąc się nie na­dep­nąć na po­roz­rzu­ca­ne po dro­dze szkło. –> Raczej: …sta­ra­jąc się nie na­dep­nąć na leżące na dro­dze szkło.

 

wśli­zną­łem się do znisz­czo­ne­go zębem czasu bu­dyn­ku. –> Ząb czasu nadgryza.

Proponuję: …wśli­zną­łem się do znisz­czo­ne­go bu­dyn­ku.

 

po­roz­rzu­ca­ne wszę­dzie, drew­nia­ne deski. –> Masło maślane. Czy deski mogły być inne, nie drewniane?

Wystarczy: …po­roz­rzu­ca­ne wszę­dzie deski.

 

i po­wy­gi­na­ne ze sta­ro­ści tory. –> Tory mogą wyginać się pod wpływem temperatury, ale nie wydaje mi się, by robiły to ze starości. ;)

 

Nie wiem, gdzie ce­lo­wa­łem i czy ka­mień na­praw­dę tam do­le­ciał… –> Nie wiem, czy dobrze ce­lo­wa­łem i czy ka­mień na­praw­dę tam do­le­ciał

 

roz­grze­wa­jąc się we wnę­trzu moich spodni do bar­dzo wy­so­kiej tem­pe­ra­tu­ry. –> Czy trzymał kamień w spodniach, nie korzystając z kieszeni? Jak to robił???

 

na naj­wyż­szej, usy­pa­nej ze śmie­ci górze. Zsu­nął się na dół… –> Masło maślane. Czy można zsunąć się na górę?

Proponuję: …na naj­wyż­szej, usy­pa­nej ze śmie­ci górze. Zsu­nął się z niej

 

Czu­łem jego opór, gdy nie­zna­na mu siła,  po­cią­gnę­ła go w stro­nę… –> Nadmiar zaimków.

Może: Czu­łem że stawia opór, gdy nie­zna­na siła, po­cią­gnę­ła go w stro­nę

 

James, Anna, Will i ja, to do­pie­ro czwo­ro. Gdzieś mu­sia­ło się znaj­do­wać jesz­cze osiem… –> Gdzieś mu­sia­ło się znaj­do­wać jesz­cze ośmioro/ ósemka

 

To za­le­ży wy­łącz­nie od Cie­bie. –> To za­le­ży wy­łącz­nie od cie­bie.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

mia­łem się do­stać do szybu sta­rej ko­pal­ni i wrzu­cić ka­mień pro­sto do jej wnę­trza… –> Miał dostać się do szybu, więc: …wrzu­cić ka­mień pro­sto do jego wnę­trza

 

praw­do­po­dob­nie, przy­pła­ca­jąc to wła­snym ży­ciem. –> Zbędny zaimek. Czy mógłby przypłacić to cudzym życiem?

 

że moje stopy pew­nie na­ci­ska­ją na pe­da­ły… –>…że stopy pew­nie na­ci­ska­ją pe­da­ły

 

Czy inni…?, za­czą­łem nie­śmia­ło pytać. –> Po pytajniku nie stawia się przecinka.

 

My­śla­łem o tym przez całą drogę do sta­rej ko­pa­ni. –> Zdaje mi się, że kopalnię mamy za sobą, więc: My­śla­łem o tym przez całą drogę od sta­rej ko­pa­ni.

 

i mieć ni­czym nie skrę­po­wa­nej wła­dzy. –> …i mieć ni­czym nieskrę­po­wa­nej wła­dzy.

 

pra­gną­łem, by droga wy­dłu­ży­ła się przy­naj­mniej dwa razy i mia­łem dwa razy wię­cej czasu, nim wresz­cie dotrę na miej­sce. –> …pra­gną­łem, by droga wy­dłu­ży­ła się przy­naj­mniej dwa razy, bym miał dwa razy wię­cej czasu, nim wresz­cie dotrę na miej­sce.

 

Wy­glą­da­ło znacz­nie go­rzej, niż sta­cja ko­le­jo­wa. Nie umy­wa­ło się do sa­me­go wy­sy­pi­ska. –> Z tego wynika, że to wysypisko było o wiele gorsze, a chyba nie to miałaś na myśli.

Proponuję: Nawet wysypisko się do niego nie umywało.

 

Ostroż­nie zsze­dłem po dra­bi­nie na dół… –> Masło maślane. Czy można zejść na górę?

Wystarczy: Ostroż­nie zsze­dłem po dra­bi­nie

 

Wrzu­ci­łem kamyk do zie­ją­cej smro­dem i ciem­no­ścią dziu­ry, pro­wa­dzą­cej znacz­nie głę­biej pod zie­mię. –> Skąd chłopiec wiedział, dokąd prowadzi dziura?

 

Kiedy tylko upu­ści­łem ka­mień do ciem­ne­go otwo­ru sztol­ni… –> Sztolnia, o ile mi wiadomo, jest wyrobiskiem poziomym, a chłopiec wrzucił kamień do głębokiej dziury.

 

Zma­te­ria­li­zo­wa­ło się przed moimi ocza­mi w po­sta­ci sza­rej mgieł­ki, roz­rze­dzi­ło się, a na­stęp­nie zga­sło. –> Skoro wiadomo, że chłopiec to wszystko widzi, proponuję: Zma­te­ria­li­zo­wa­ło się w po­sta­ci sza­rej mgieł­ki, roz­rze­dzi­ło, a na­stęp­nie zga­sło.

 

udało im się ze­tknąć , na… –> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

Czy mógł­bym żyć, wie­dząc, że to ode mnie za­le­ży, kto mógł dalej żyć, a kto umrzeć? –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Czy mógł­bym istnieć, wie­dząc

 

Zaraz, prze­cież mó­wi­łeś mi, że inni…, –> Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

do­no­śny śmiech, Kto wie, czy choć raz mó­wi­łem praw­dę. –> W miejscu pierwszego przecinka powinna być kropka.

 

Jedno z Was bę­dzie po kres–> Jedno z was bę­dzie po kres

 

Trzy po­sta­ci po­wo­li su­nę­ły w moim kie­run­ku, a ja prze­cie­ra­łem oczy ze zdu­mie­nia. Nie, to nie mogło dziać się na­praw­dę, ję­cza­łem w duchu. Sta­nę­li przede mną… –> Piszesz o postaciach, a te są rodzaju żeńskiego, więc: Sta­nę­ły przede mną

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podpisuję się pod pytaniami Regulatorów. Albo logika trochę zawodzi, albo ja czegoś nie zjarzyłem. Cały czas miałem wrażenie, że to opowieść nastolatka. Z jednej strony dobrze, bo taka jest perspektywa, ale z drugiej całość zdaje mi się jakaś taka dziecinna. Ale zazwyczaj nudzą mnie horrory i opowieści w podobnym klimacie, więc może dlatego.

Całkiem fajnie się to czyta, jednak przyznam, że się gdzieś po drodze pogubiłem. Nie udało mi się złapać tej historii, nie zrozumiałem niektórych wątków, na przykład stróża w starej szkole, czy pociągu-widma. Po coś się tu pojawiły, a ja nie wiem po co. I ta niewyjaśniona śmierć brata – zmasakrowane zwłoki jak rozumiem, to było jakieś inne dziecko, tak? 

Podoba mi się umieszczenie akcji gdzieś w małym generycznym miasteczku na prowincji jakichś tam Stanów. Lubie te klimaty. 

Przeczytane.

Nowa Fantastyka