- Opowiadanie: random robot - Gastrofaza

Gastrofaza

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Gastrofaza

 

Wpatrujecie  się w niebo. Noc w noc wasze teleskopy przeczesują je w poszukiwaniu śladów obecności obcych cywilizacji. W poszukiwaniu nas.

Modlicie się, by poza wami gdzieś tam istniało życie. Wystajecie przed domami i, mimo dojmującego chłodu, wlepiacie oczy w ciemność rozświetlaną przez słabe światło gwiazd. Myślicie, że może właśnie dzisiaj, tej nocy ktoś przybędzie do was z jednej z nich.

Ale nic takiego się nie wydarzy. Ani dzisiaj, ani jutro, ani nigdy. Nikt was już nie odwiedzi.

 

Qu

Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, za wszystkim stał najzwyczajniejszy w świecie przypadek. Przypadek, który sprawił, że straciliśmy statek wraz z więcej niż połową załogi, a wy zostaliście skazani na całkowitą izolację od reszty galaktycznej społeczności.

To był mały, okrągły spodek z pilotem i małym laboratorium na pokładzie. Taki sam, jakimi odwiedzamy różne planety od wielu tysiącleci.

Spodki tego rodzaju pełnią niezwykle ważne misje: wynajdywania odpowiednich okazów, transportowania ich na pokład, przeprowadzania eksperymentów oraz odstawiania na miejsce, z którego zostali zabrani. Wszystko zgodnie z galaktyczną normą GN2309ZX pod tytułem, Przeprowadzanie badań nad osobnikami cywilizacji pozostających na poziomie rozwoju od 0‒III. Procedura, opracowanie wyników, szacowanie błędów. Wydanie czwarte, rozszerzone.  Oczywiście przy zachowaniu najwyższych standardów etycznych.

Że słyszeliście o porwaniach wbrew woli, nieprzyjemnych obdukcjach oraz związanych z nimi syndromach pourazowych? No dobra, być może czasami nie obchodziliśmy się z wami tak, jak powinniśmy. Staje się to jednak całkowicie zrozumiałe, jeśli weźmiecie pod uwagę ilość światów i badań, które musimy przeprowadzać na zlecenie galaktycznych koncernów poszukujących nowych rynków zbytu dla swoich produktów.

Nawet jednak te drobne uchybienia nie usprawiedliwiają tego, co wydarzyło się po katastrofie jednego z naszych statków. Tak po prostu nie przystoi się zachowywać istotom, które aspirują do tego, by uznać je za inteligentne.

Pewnych rzeczy się nie robi i już.

Tamtej nocy spodek, którego załogę stanowili pilot Xa oraz eksperymentator Qu, został wyznaczony do przeprowadzenia jednej z rutynowych kontroli na losowo wybranym obiekcie pochodzącym z określonego obszaru waszej planety. Ostatnio wznowiono badania nad mieszkańcami Ziemi, ponieważ nałożona na planetę kwarantanna właśnie dobiegała końca. Innymi słowy, wyczekiwany od dawna moment, aż dojrzejecie do tego, by móc stać się dla nas partnerami handlowymi, wydawał się zbliżać wielkimi krokami.

Było to już szóste badanie na trzeciej z kolei planecie, które miał wykonać tandem złożony z Qu i Xa podczas tej samej wachty. Obydwaj byli już całkiem wyczerpani i jedyne o czym marzyli to jak najszybszy powrót do domów. Nie mieli ani ochoty, ani siły na eksplorowanie kolejnej zapóźnionej w rozwoju cywilizacji. Pozwolili zatem komputerowi pokładowemu na samodzielne wyznaczenie celu badania. Spośród dostępnych opcji: wyszukiwanie dokładne oraz wyszukiwanie szybkie wybrali oczywiście tę drugą opcję. Czynniki brane pod uwagę w tym rodzaju wyszukiwania to dostępność osobnika (otwarta przestrzeń), przebywanie bez towarzystwa oraz znajdowanie się  w przyzwoitej odległości od jakichkolwiek skupisk ludzkich. Wiadomo przecież, że nie chcemy, póki co, zwracać na siebie uwagi.

Po krótkim przeszukiwaniu komputer wybrał obiekt o sygnaturze QWE4872, mężczyzna, lat 54 o nazwisku Stanisław Zadra. Wiadomo o nim tyle, że był samotnikiem, a przy tym pijakiem i awanturnikiem. Świadczyła o tym jego czerwona od podłej jakości alkoholu twarz oraz zgromadzone na niej blizny, powstałe w wyniku częstego kontaktu tej części ciała z twardym, chropowatym podłożem.

Gdy Qu przeczytał jego akta, nie mógł uwierzyć, że właśnie Zadrę mają badać.

‒ To musi być jakiś błąd. ‒ powiedział bardziej do siebie niż do siedzącego obok Xa. ‒ Komputer! Dlaczego wskazałeś tego osobnika?

Komputer milczał przez chwilę.

‒ QWE4872 spełnia wszystkie warunki wyszukiwania. Jeżeli mam wskazać innego osobnika, proszę wybrać wyszukiwanie dokładne ‒ wreszcie wykrztusił z siebie sztucznie brzmiącym głosem.

‒ Nie! Tylko nie to, błagam ‒ wtrącił się Xa. ‒ Ja już naprawdę chcę wracać do domu. Nie zniosę już dłużej siedzenia w tej puszce.

Popatrzył błagalnie na Qu.

Ten zaczął mamrotać coś pod nosem. Nie podobało mu się to. Jego wrodzona potrzeba dokładności nie pozwalała mu na, by badać byle co, ale z drugiej strony on również miał dosyć tego pałętania się po peryferiach. Tym bardziej, że po wielu latach służby stracił poczucie sensu. Kiedyś myślał, że przyczynia się do szybszego rozwoju potencjału początkujących cywilizacji, ale prędko zdał sobie sprawę, że jedynym co się liczy, jest tylko powierzchowne podniesienie danej cywilizacji w rankingach do poziomu IV, co umożliwia, po pierwsze, nawiązanie z nią kontaktu, a po drugie, włączenie jej do galaktycznego wolnego rynku. W praktyce oznacza to możliwość wkroczenia do ich układów gwiezdnych galaktycznych korporacji, dzięki czemu mogą one poszerzać swoje rynki zbytu, otrzymując w zamian dostęp do taniej, niewykwalifikowanej siły roboczej oraz do surowców. Typowy kapitalistyczny drenaż. O to tylko w tym wszystkim chodziło.

Pomimo tego Qu i tak nie był zdolny odwalić fuszerki.

‒ To musi być jakiś błąd…

‒ Błąd nie błąd, nieważne. Bierzmy tego ziomka i zawijajmy do domu. Już naprawdę mam dosyć tego zapyziałego Układu Solarnego. ‒ Xa z natury był bardziej pragmatyczny. Czasami wręcz nienawidził tego ciągłego dzielenia włosa na cztery przez Qu. Pewnie dlatego właśnie on był pilotem, a Qu analitykiem.

Qu nie słuchał jednak tego, co Xa ma do powiedzenia. Zajmowało go czytanie na głos dokumentów, które wyświetlały się na monitorze.

‒ Aaaa… ‒ wyrwało mu się z ust. ‒ Już wszystko jasne.

‒ Co jasne? ‒ zapytał Xa.

Qu uśmiechnął się szeroko.

‒ To, dlaczego on jest dobrym obiektem… Na tej planecie prawie każdy by był…

‒ O Boże! ‒ westchnął Xa. ‒ A co mnie to obchodzi!

Spojrzał na Qu z pogardą.

‒ Ale to naprawdę ciekawe.

‒ No mów ‒ westchnął z udawanym zainteresowaniem Qu.

‒ Otóż wygląda na to, że obiekt QWE4872 jest w prostej linii jednym z potomków obiektu QWE0089, który został przez nas zmodyfikowany genetycznie ponad dwa tysiące obrotów tej planety wokół gwiazdy centralnej. Najlepsze jest to, że prawie każdy mieszkaniec tej planety spełnia ten warunek. Komputer nie musiał za bardzo się trudzić…

‒ Rzeczywiście pasjonujące… ‒ przerwał mu Xa, który już przy pierwszym zdaniu stracił zainteresowanie. ‒ Chyba go widzę.

Xa pokazał palcem punkt na monitorze. Widać było na nim w podczerwieni polanę w środku lasu. Na jej skraju znajdowała się postać, którą komputer oznaczył na zielono napisem QWE4872. Tak, to był ich cel.

Siedział na pniu drzewa, a przed nim rozciągał się widok na polanę, otoczoną z trzech stron lasem. Na takiej łące w dzień gospodarze paśli niegdyś swoje krowy, choć równie dobrze mogła się na niej ukazywać czasami Matka Boska. Była już prawie północ, a Zadra widocznie zmęczony wędrówką postanowił przysiąść sobie na chwilę, żeby nieco odpocząć.

Wracał właśnie z sąsiedniej wioski, gdzie był na imieninach synowej. Zaczęło się całkiem grzecznie i kulturalnie. Na stół wjechała wódka i zagryzka, ale po kilku kieliszkach rozmowa zeszła na tematy polityczne i stary Zadra musiał czym prędzej opuścić towarzystwo.

Przynajmniej zdążył jeszcze chwycić niemal pełną butelkę, która stała na skraju stołu. Niezwykle umilała mu ona powrót.

Do domu miał trzy kilometry przez las, a w lesie była polana, na której teraz siedział i gapił się bezmyślnie przed siebie. Na środku polany stał słup wysokiego napięcia. Wysoki , rozłożysty na swoim szczycie niczym jakiś jeleń.

Zadra co chwilę pociągał solidny łyk z trzymanej w prawej dłoni butelki. Przymierzał się właśnie do zadania jej zawartości ostatecznego ciosu, gdy nagle zobaczył spodek. Sekundę wcześniej niebo było czyste, usiane tylko jasnymi gwiazdami, a teraz nagle tuż nad Zadrą wisiał ogromny owal i bił z przeraźliwie jasnych reflektorów prosto w jego oczy.

‒ Kurwa! ‒ wykrzyknął Qu. ‒ On jest całkiem pijany.

‒ No to co, bierz go na pokład i do roboty.

Xa było już wszystko jedno.

‒ Nie no, to na nic. Tak nie przeprowadzę żadnych badań. Niezgodne z normą… Nikt tego nie uzna. Musielibyśmy czekać aż wytrzeźwieje ‒ Qu w myślach przeklinał siebie za wybranie opcji szybkiego wyszukiwania.

Tymczasem, cztery metry niżej Zadra siedział na pniu z rozdziawioną gębą. Wpatrywał się wprost w rozżarzone reflektory, aż łzy ciekły mu po policzkach.

‒ No to spadajmy stąd. ‒ Xa był gotowy odlecieć w każdej chwili.

‒ Daj mi się chwilę zastanowić.

‒ Lecimy, złapiemy go przy następnej okazji.

‒ A raport?

‒ Pieprzyć raport…

Reflektory nagle zgasły i spodek przesunął się szybko w kierunku zachodnim z wyraźną intencją opuszczenia polany, planety i tej części Galaktyki.

Żadna z tych rzeczy jednak się nie wydarzyła. Zamiast bezpiecznie odlecieć spodek nagle stanął w płomieniach i runął na ziemię. Wygląda na to, że zdenerwowany Xa chciał skośnym lotem przyspieszyć moment opuszczenia Ziemi, co sprawiło, że niestety zbyt mało precyzyjnie ominął słup wysokiego napięcia, który stał na środku polany. Nie rozpędzony jeszcze spodek zahaczył więc dolną częścią o rozwidlone zakończenie słupa. Spowodowało to rozerwanie jego poszycia oraz sprawiło, że statek stał się przez moment całkowicie niesterowny. To wystarczyło, by runął prosto na ziemię.  Ostatnią rzeczą, którą komputer pokładowy zdążył jeszcze zrobić, było priorytetowe usunięcie załogi ze swojego pokładu. Najpierw wystrzelił Xa, a potem Qu.

Wszystko sprowadziło się do tego, że ułamek sekundy po zgaszeniu reflektorów, oczom Zadry ukazała się spektakularna eksplozja, która miała miejsce na skraju polany. Była ona tak jasna, że przez moment wydawało mu się, że jest dzień. Przerażony spadł z pniaka na ziemię i zakrył głowę rękoma, tak jak gdyby ten gest akurat, a nie ślepy los, mógł uratować mu w tej sytuacji życie.

Miał szczęście. Spośród wszystkich rozżarzonych do czerwoności szczątków, które spadły na ziemię, nie trafił go ani jeden. Za to, nie dalej niż dwa metry od niego wylądował jeden z nieszczęsnych pasażerów spodka. To był Qu albo raczej jego poddane obróbce termicznej ciało. W momencie eksplozji statku znajdował się on kilka metrów nad nim, a zatem nie spalił się na na popiół, ale ponieważ był dosyć blisko eksplozji w ułamku sekundy upiekł się żywcem na rumiano. Tak więc, gdy jego martwe ciało wylądowało obok Zadry, przypominało pieczonego prosiaka, który wjechał właśnie na stół, prosto z gorącego pieca.

Xa miał trochę więcej szczęścia. Został wyrzucony ze spodka ułamek sekundy wcześniej. To wystarczyło mu, by przeżyć. Wylądował na drzewie rosnącym kilka metrów od słupa. Niestety nie miał się czego złapać i gwałtownie uderzył o ziemię. Drzewo jednak na tyle zamortyzowało uderzenie, że poza złamaniem otwartym lewej nogi i utratą przytomności w zasadzie wyszedł z całej katastrofy bez większego uszczerbku.

Przerażony Zadra, który tymczasem trwał w pozycji embrionalnej i nie śmiał oderwać wzroku od ziemi, poczuł najpierw lewym, a później prawym nozdrzem zapach, który zapamiętał do końca życia, to znaczy przez następne czterdzieści pięć minut.

Woń była wręcz rozkoszna. Coś tak wspaniałego, że Zadra prawie utopił się w nagłej fali śliny, zalewającej jego usta. Nigdy wcześniej nie doznał tak obfitego ślinotoku. Ale też trzeba przyznać, że zapach, który dotarł do jego nozdrzy, był wprost nie z tej ziemi. Nic, co kiedykolwiek Zadra wąchał w swoim życiu, nawet nie zbliżało się do tego, co czuł w tej chwili. To było tak oszałamiające doznanie, że stracił nad sobą panowanie.

Zerwał się na równe nogi. Nawet nie patrząc na to, co się dzieje wokół, wskoczył na leżące obok niego gorące jeszcze ciało nieszczęsnego Qu. Chciał tylko przybliżyć swoje nozdrza do źródła tej wspaniałej woni po to, by uchwycić jak najwięcej odurzających jego układ nerwowy cząstek zapachowych.

Przyłożył nos do twarzy Qu, po czym wciągnął gwałtownie powietrze obydwoma nozdrzami naraz. W tym samym momencie, całkiem niechcący, z jego ust wysunął się język. Odruchowo polizał Qu po policzku. Zalała go fala jeszcze bardziej niesamowitych doznań. Jego kubki smakowe eksplodowały, a zapachy, które dostały się do jego opuszki węchowej retronasalnie, oszołomiły go do tego stopnia, że już w ogóle ani nie wiedział gdzie jest, ani tym bardziej, co się z nim dzieje.

Jak w transie wbił zęby w jeszcze dymiący policzek Qu. Usłyszał jak spieczona skóra rozkosznie chrupie pod naciskiem jego zębów. Doznanie było zniewalające. Zadra nigdy nie miał w ustach czegoś tak wspaniałego. Raz po raz kąsał policzek Qu, czując jak zalewają go fale nigdy nie spotkanej wcześniej kulinarnej rozkoszy. Z lubością przeżuwał drobne kawałki mięsa, które udawało mu się wyszarpać.

Jego obłąkańcza uczta pochłaniała go tak bardzo, że cały otaczający go świat równie dobrze mógł przestać istnieć. A właśnie na to się zanosiło. Miejsce gdzie spadł spodek stało w płomieniach. Wysuszona długim latem ściółka tylko na to czekała. Pożar rozprzestrzeniał się zatem bez przeszkód we wszystkich możliwych kierunkach.

 

Wkrótce na polanie zaroiło się od mieszkańców okolicznych wiosek, którzy przybyli z wiadrami i tym, co mieli akurat pod ręką. Zwabił ich huk i łuna bijąca od ognia. Ich oczom, oprócz płonącego lasu ukazał się Zadra, obgryzający z lubością rękę biednego Qu. Szczerzył przy tym swoją niemal pozbawioną zębów szczękę niczym jakiś wściekły kundel. Gdy któryś z mieszkańców zbliżał się do Zadry na odległość dwóch metrów, do jego nozdrzy docierał wspaniały, przenikający na wskroś zapach pieczonego delikatesu, którym raczył się Zadra. Z ust zaczynała się sączyć ślina. Generalizując, każdy przybyły, który znalazł się w odpowiednio bliskiej odległości od ciałą Qu, przeżywał podobne doznania do tych, które były wcześniej udziałem Zadry. Wszystko sprowadzało się do przemożnej chęci choćby nawet tylko polizania martwego kosmity. Na polizaniu jednak nigdy się nie kończyło.

Zadra jednak nie zamierzał wcale dzielić się swoim szczęściem. Nie po tym, jak został potraktowany wcześniej tego wieczora oraz jak rozsmakował się w zesłanej przez niebiosa pieczeni. Zobaczywszy swoich sąsiadów, napiął się jak struna, zaczął warczeć, groźnie krzyczeć, a nawet szczekać. Pomimo tego, nie miał żadnych szans. Chwilę tylko zajęło przybyłym roztrzaskanie jego głowy o pień, na którym jeszcze niedawno siedział i pociągał wódkę z kradzionej butelki.

Chwilę później, pośród ciemnego lasu i rozprzestrzeniającego się ognia, dało się słyszeć zbiorowe mlaskanie i chrupanie, przerywane tylko momentami, w których wybuchały pomiędzy zgromadzonymi krwawe awantury i waśnie kończące się zazwyczaj nagłym zgonem tych, którzy za nic nie chcieli zrobić miejsca przy wspólnym stole, bądź innych, którzy dopiero próbowali się do niego dopchać. Każdy mógł jeść, ale lepiej było nie wchodzić w paradę sąsiadowi.

Kilka godzin później, z biednego Qu zostały tylko kości i nadpalony skafander. Jego szczątki zaś otaczał wianuszek ciał nieszczęsnych amatorów kosmicznego mięsa, zgładzonych w konsumpcyjnym szale przez swoich sąsiadów, przyjaciół, a zdarzało się nawet, że członków rodziny i bliskich.

 

Xa

Przebudzenie się Xa wcale nie było równoznaczne z odzyskaniem przez niego przytomności. No chyba, że przytomnością można by nazwać stan, w którym oszalałe z bólu zwierzę miota się z przerażenia i bólu, pragnąc tylko tego, żeby odczuwane przez nie przykre doznania jak najprędzej dobiegły końca.

Na szczęście Xa był przedstawicielem cywilizacji będącej na wysokim, V poziomie rozwoju. Chodziło przede wszystkim o rozwój technologiczny, ale nie tylko. Głęboka wiedza o funkcjonowaniu świata i własnego organizmu, pozwalały Xa i jego pobratymcom na niezwykle wydajną kontrolę organizmu. Wystarczyło zatem by użył on odpowiednich technik medytacyjno‒relaksacyjnych, by zmusić mózg do znacznego zmniejszenia poziomu odczuwanego bólu oraz do tego, by przywrócić sobie jako taki stan przytomności.

Dopiero wtedy mógł stwierdzić, że jego możliwości ruchu zostały znacząco ograniczone przez wrzynający się w jego ciało sznurek do bielizny oraz, że przeraźliwy ból, który czuje, promieniuje z lewej nogi. Skórę podrażniała okrywająca go chropowata tkanina, co oznaczało, że ktoś lub coś pozbawiło go jego służbowego uniformu. Nie mógł więc nawet próbować wydobyć jednego z licznych podręcznych narzędzi, które pozwoliłoby mu się uwolnić lub wezwać pomoc.

Jak przez mgłę pamiętał, co wydarzyło się zanim całkiem stracił przytomność. Przed jego oczami przesuwały się obrazy obiektu QWE4872 w stanie, który nie nadawał się do badań, nagły wstrząs i pożar na pokładzie spodka, uderzenie o drzewo i płomienie otaczające go z każdej strony…

Otworzył oczy. Zobaczył czwórkę zajętych konwersacją autochtonów, trzech samców oraz jedną samicę. Po ilości zmarszczek na ich twarzach mógł stwierdzić z wysokim prawdopodobieństwem, że były to raczej niemłode już osobniki. Ich oczy świeciły dziwnym blaskiem, którego Xa nigdy wcześniej nie widział u tego gatunku. Musiały być pod wpływem jakiejś substancji psychoaktywnej, działającej pobudzająco na cały układ nerwowy. Trzy z nich siedziały przy stole, znajdującym się tuż obok legowiska, na którym leżał cierpiący Xa. Czwarty stał obok rozpalonego kominka. Nad ogniem przymocowano ruszt wraz z niabitą na nim… nogą Xa!

Wiedział, że to była jego noga, ponieważ zakończona była charakterystycznymi dla przedstawicieli jego gatunku trzema grubymi paluchami.

W jednej chwili wszystkie techniki samokontroli wypracowane przez jego cywilizację przestały działać. Poczuł wracające do niego przerażenie połączone z falami ogromnego bólu. Zaczął trząść się przeraźliwie, po czym zwymiotował brunatną mazią, która wypełniała jego przewód pokarmowy.

Minęłą dobra chwila nim znowu udało mu się wziąć w garść.

Zgromadzone w pomieszczeniu osobniki gatunku ludzkiego zajęte były w tym czasie wydawaniem z siebie szeleszczących serii dźwięków, których biedny Xa niestety nie był w stanie zrozumieć bez swojego podręcznego translatora. W przeciwnym wypadku mógłby dowiedzieć się wielu niezwykle istotnych rzeczy na temat swojego aktualnego, zdecydowanie niewesołego położenia.

‒ Ciekawe, czy ten jego giczoł będzie tak samo delikateśny jak ten kosmita z lasu ‒ powiedział, oblizując się Sławomir Niezgóła, z zawodu wulkanizator. Czuł jeszcze w ustach smak rozpływającej się gałki ocznej Qu.

‒ Może powinniśmy od razu spróbować, nim zleci się tutaj cała wieś, bo wtedy niewiele dla nas zostanie… ‒ odezwał się na to Marian Morszczuk, proboszcz miejscowej parafii.

To wyraźnie rozsierdziło siedzącą obok kobietę, Czesławę Bąk.

‒ Ależ ksiądz, niech mi Maryja zawsze Dziewica wybaczy, głupi! ‒ fuknęła. ‒ Przecież jeszcze surowy. Na tatara mi on nie wygląda. ‒ Mówiąc to oblizywała się i patrzyła na przerażonego Xa.

‒ Zgadza się, jeszcze się nawet nie zarumienił ‒ krzyknął mężczyzna stojący przy ruszcie. ‒ Ale jak zacznie pachnieć, to będzie za późno. Zaraz się domyślą, że go znaleźliśmy. Wszyscy się tu zlecą.

‒ No fakt ‒ przyznał ksiądz. ‒ To, co robimy?

‒ Nie ma rady ‒ Niezgóła podrapał się po głowie. ‒ Trza będzie się podzielić.

‒ A chuja tam! Przecież nie starczy dla wszystkich.

‒ Powiemy, że tylko tyle znaleźliśmy ‒ Niezgóła pokazał ręką na nogę. ‒ A resztę ogień spopielił.

Wszyscy przytaknęli.

‒ Taka chudzina… Same kości. Trzaby podtuczyć. ‒ Martwiła się Czesława.

‒ No, niech by toto przybrało trochę na wadze. Można by wtedy trochę więcej podjeść.

‒ Byłoby na spokojnie, a nie jak w tym lesie… Jakoś tak bardziej uroczyście… Ile to tam ludzi naginęło. Dalej gaszą…

‒ Dzicz. Prawdziwa dzicz.

‒ No dobra, byle tylko nam nie zszedł.

‒ Nie zejdzie, nie zejdzie. Porządnie mu ten kikut zszyłem i dezynfekcji tyle dałem, że na pewno żadne cholerstwo się mu nie napatoczy. ‒ Odezwał się Wiesław Mrugała, gminny weterynarz, który co jakiś czas obracał nogę Xa nad ogniem. ‒ A zresztą po co mu ta noga była. Taka połamana, że ledwo się trzymała już na skórze. Szkoda było, żeby się zmarnowała.

‒ Szkoda ‒ przyznali wszyscy zgodnie.

‒ Pytanie tylko brzmi, gdzie go damy, żeby sprawa nie wyszła na jaw?

‒ Na plebanii mam chlewik, a świnki dawno już pozjadane… Zamkniemy go tam, podtuczymy i na Wielkanoc będzie jak znalazł…

Xa, któremu jakoś udało się dojść do siebie, próbował zebrać myśli, ale w obliczu wszystkiego, czego doświadczył, było to nie lada wyzwanie. Przez głowę przelatywały mu różne, niepowiązane ze sobą myśli. Co z Qu? Czego chcą od niego te istoty? Dlaczego pozbawiły go nogi? Oraz jak to się stało, że w ogóle tutaj zawędrowali? Żałował też że nie słuchał, co Qu miał mu do powiedzenia.

Na szczęście te same techniki, które pozwalały mu sterować funkcjami swojego organizmu, pozwalały mu również na wydobywanie nieświadomych wspomnień. Być może on nie słuchał tego, co Qu miał do powiedzenia, ale przecież jego narząd słuchu oraz mózg były razem z nim na statku w tamtej chwili i świadomie czy nie, wiele z tego, co się tam działo, zostało przez nie zarejestrowane.

Całkiem fajnie jest być przedstawicielem cywilizacji poziomu V, co?

Xa udało się przywołać obraz Qu na pokładzie spodka. Zobaczył jak wpatruje się z uwagą w monitor i na głos czyta z niego informacje.

‒ …odkryto w momencie, gdy osiągnęli I poziom cywilizacyjny. Szalał wtedy kryzys ekonomiczny, więc zdecydowano o przyspieszonym podniesieniu ich na II i III poziom. Niestety z wielu powodów okazało się to być niewykonalne. Przez setki lat przekazywano tubylcom technologie budowlane, które jednak oni zamiast wykorzystywać do tego, by żyło się im lepiej i wygodniej, używali do wznoszenia bezsensownych, ogromnych piramidalnych grobowców dla swoich władców. Nie dało się im wytłumaczyć, że gdyby uzyskaną wiedzę użyto, by zbudować, na przykład, system nawadniania pól i odprowadzania nieczystości z miast, wszyscy mogliby żyć lepiej. Zawsze było tak, że całą przekazaną wiedzę przejmowała garstka ludzi, którzy najpierw wykorzystywali ją do zdobycia bezwzględnej władzy, a kiedy już podporządkowywali sobie swoich pobratymców, wymuszali na nich budowanie ogromnych grobowców. Stąd cała Ziemia usiana jest monumentalnymi kamiennymi budowlami,  piramidami, czy tam innymi megalitami. W wyniku fiaska polityki dzielenia się technologią, Zarząd Główny postanowił zastosować inną. Uznano, że miejscowy gatunek nie jest jeszcze całkiem gotowy, w związku z czym postanowiono go zmodyfikować genetycznie. Wyniki modyfikacji można jednak badać dopiero po dwóch do trzech tysięcy lat… ‒ Głos Qu brzmiał poważnie, budząc teraz w Xa tęsknotę za tym prostym, pozbawionym większych uniesień życiem, które prowadził jeszcze kilka godzin temu.

Wystarczyło to Xa, by poskładać wszystko w całość. Rosnąca ostatnio ilość wizyt i badań nad mieszkańcami tej planety zdawała się wskazywać, że modyfikacje genetyczne zakończyły się sukcesem. Postęp technologiczny, rozwój instytucji społecznych oraz zmniejszająca się ogólnie ilość przemocy przemawiały za tym, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, że jeszcze tylko krok dzieli tę planetę do tego, by stać się członkiem galaktycznego wolnego rynku. Zadowoleni z takiego obrotu spraw byliby wszyscy: i mieszkańcy Ziemi, którzy zyskaliby dostęp do technologii wytwarzanych przez wyżej rozwinięte cywilizacje, i galaktyczne korporacje, które nie tylko dostałyby nowy, całkiem spory rynek zbytu, ale również dostęp do taniej siły roboczej. A w tym układzie gwiezdnym jest jeszcze przynajmniej kilka cennych planet do wyeksploatowania.

Katastrofa ich spodka wszystko zmieniła. Modyfikacja miała przynajmniej jedną wielce niepożądaną konsekwencję, która sprawiała, że cała inwestycja stawała się nazbyt ryzykowna. Zwłaszcza biorąc pod uwagę niechybny skok cywilizacyjny związany z wejściem do wspólnego rynku… Xa wyobraził sobie tabuny Ziemian polujących na jego pobratymców po to, by przyrządzać z nich potrawki, które następnie spożywaliby z obłędem w oczach.

W tej sytuacji Xa nie mógł dać się zjeść. Złożenie odpowiedniego raportu stało się jego priorytetem. Kątem oka zauważył, że obok kominka, tam gdzie stał weterynarz, leżał jego uniform. Gdyby tylko udało mu się tam dostać, mógłby wezwać pomoc.

Kolejną z fajnych cech bycia przedstawicielem cywilizacji poziomu V jest to, że ma się pewne zdolności, które przez niższe cywilizacje zostałyby uznane za cudowne. Jest to na przykład możliwość wpływania na materię za pomocą myśli. Oczywiście nie ma w tym nic magicznego. Czysta fizyka.

Noga Xa zaczęła się rumienić, co wiązało się z wyzwoleniem cząsteczek zapachowych, które szybko zwabiły pod drzwi pomieszczenia kilku przypadkowych przechodniów. Niektórzy z nich siłą próbowali wedrzeć się do środka. W związku z tym Niezgóła i Mrugała stanęli obok drzwi i zapierali się o nie z całych sił.

‒ Nic się tutaj nie dzieje. Nic nie mamy. Idźcie do domów… ‒ krzyczeli na zmianę.

‒ Chcemy tylko pogadać. Wpuście nas na chwilę ‒ mówiły głosy zza drzwi.

Przy stole wciąż siedział proboszcz, Czesława zaś doglądała nogi.

Xa uznał, że to właściwy moment, by skorzystać ze swoich mocy. Skupił się na księdzu proboszczu, ponieważ miał na niego najlepszy widok. Wpatrywał się w niego, a on po kilku minutach zaczął zwiększać swoją objętość. Najpierw powoli, a potem coraz bardziej. Po chwili przypominał ogromnego, spalonego pączka. Jego sutanna napięła się na jego spuchniętym ciele do granic wytrzymałości, po czym rozerwała się w szwach i opadła na ziemię. Oczom zebranych ukazał się napompowany jak balon, goły proboszcz. Nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Jego policzki drgały, a z nozdrzy wydobywało się z głośnym świstem gorące powietrze.

Widząc co się dzieje, Czesława Bąk zaczęła krzyczeć. Niezgóła i Mrugała puścili drzwi. Patrzyli oniemieli. Do środka wdarło się kilka osób. Gdy tylko zorientowały się w sytuacji, również zastygły.

Przez chwilę nic się nie działo. Jak gdyby czas całkiem się zatrzymał, a potem nagle proboszcz pękł rozchlapując swoją zawartość na wszystkie strony. Wszystko zostało pokryte czerwoną, ciepłą mazią.

Przerażeni ludzie rzucili się do wyjścia.

Xa zaśmiał się złowrogo. Na szkoleniach zawsze mówiono mu, że ta sztuczka wyjątkowo dobrze działa na prymitywne gatunki. Doczołgał się do swojego skafandra, znalazł na nim odpowiednie miejsce i przyłożył do niego palec.

 

Kilka minut później był już na statku matce. Cały obszar w promieniu kilkunastu kilometrów został zrównany z ziemią. Nie przeżył nikt, łącznie z dzielnymi strażakami, którzy próbowali ugasić pożar, śledczymi, reporterami i całą resztą, która znalazła się zbyt blisko tego skandalicznego wydarzenia.

 

***

Zdaję sobię sprawę, że odlatujące spodki zostawiły po sobie ruiny, zgliszcza i trupy. Ale przyznacie sami, że nie mieliśmy innego wyjścia. Wieść o tym, co się wydarzyło nie mogła roznieść się po waszej planecie. Konsekwencje wiedzy o waszych krwiożerczych skłonnościach byłyby zbyt przerażające.

Zostały nam tylko dwie możliwości: zniszczenie Ziemi wraz z jej mieszkańcami albo jej całkowita izolacja. I choć zawzięcie agitowałem za opcją pierwszą, powołując się na to, co przytrafiło się Qu i mojej nodze, to jednak ostatecznie zwyciężyła ta druga opcja.

I tak zostaliście odcięci od reszty Galaktyki. Jesteście sami z waszym niezaspokojonym głodem. Nieszczęsna zwierzęta na samotnej planecie.

Więcej spotkań nie będzie. Nieważne jak bliskich.

Koniec

Komentarze

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Makabreska w stylu Topora?

Jako żarcik fajna, ale zdecydowanie za długa. Jako poważne opowiadanie – hmmm….

No i wypadałoby przeczytać swoje opko po wrzuceniu i choć część baboli usunąć:

– “przyczynia się to tego, by początkujące cywilizacje szybciej rozwinąć swój potencjał” – “do tego”; zabrakło słowa “mogły”;

– “przerwał my Xa” – literówka;

– “a lesie była polana” – zabrakło “w”;

– “retronasalnie” – jest takie słowo?;

– “napiął się jak strzała” – strzała się napina? raczej cięciwa łuku;

– “wraz z niabitą na nim… nog\a Xa!” – tu chyba widać niechlujstwo?;

– “Na plebani” – plebanii;

– “badać dopiero po dwóch do trzech tysięcy lat…” – plebanii;

– “tabuny ziemian” – Ziemian;

– “czerwoną, ciepłą mazię” – mazią.

 

No cóż, pomysł może i ciekawy, ale przegadany!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Przeczytałem.

Nie trafiło w mój gust (niekoniecznie kulinarny ;)). Sporo błędów językowych. Przykładowo można poprawić:

 

“Komputer, dlaczego wskazałeś tego osobnika?” – bardziej poprawny byłby wołacz „komputerze”, chyba, że to komenda, która „budzi komputer”. W takim wypadku postawiłbym tam kropkę.

 

“Nie podobało mu się to. Jego wrodzona potrzeba dokładności nie pozwalała mu na to” – powtórzenia „to”

 

“Kiedyś myślał, że przyczynia się to tego, by początkujące cywilizacje szybciej rozwinąć swój potencjał, ale prędko zdał sobie sprawę z tego, że tym, co tak naprawdę się w tym wszystkim liczy, jest tylko…” – znów tego, tego, to, tym… poza tym po „cywilizacje” chyba zgubiło się „mogły”. Może: „Kiedyś myślał, że przyczynia się do szybszego rozwoju potencjału początkujących cywilizacji, ale prędko zdał sobie sprawę, że jedynym co…”

 

„na imieninach swojej synowej” – bez „swojej”, to oczywiste, że jego, gdyby nie jego, to wtedy trzeba by to powiedzieć

 

„a lesie była polana” – zginęło „w”

 

„zahaczył więc swoją dolną częścią” – bez „swoją”, cudzą częścią by nie zahaczył

 

„Wszystko to sprowadziło się do tego” – to, tego, bez „to”

 

Podobało mi się jedno zdanie: “…zapach, który zapamiętał do końca życia, to znaczy przez następne czterdzieści pięć minut”, ale to niestety tyle.

Moja książka i artykuły naukowe (też o fantastyce), jakby ktoś miał ochotę zerknąć: https://uni-wroc.academia.edu/MarcinBorowski/Papers

Dziękuję za uwagi, choć jak wiadomo: de gustibus non est disputandum. Zwłaszcza jeżeli chodzi o kulinaria. :)

Tekst kończyłem w pośpiechu, stąd zabrakło trochę czasu na dokładne jego sprawdzanie i poprawki.

Zgadzam się ze Staruchem – jak na dowcip, to zbyt rozwlekły tekst. A poważnie też nie wygląda.

Absurdalny, ale to jest jakiś pomysł na kontakt. Ciekawam, jak reagowali wegetarianie. ;-)

Babska logika rządzi!

Opisane w opowiadaniu zdarzenie miało miejsce w prawdziwej, polskiej wsi. Tam wegetarian nie znajdziesz. :)

Tytułem wyjaśnienia (a nie, żeby strzelać fochy): w zamierzeniu “Gastrofaza” miała być groteską (nawet dałem taki tag). Nie rozumiem, dlaczego groteska nie może być traktowana jako “poważne opowiadanie”, a jedynie jako “żarcik”, najlepiej nie za długi (Staruch, Finkla). Ten gatunek literaci był przecież wykorzystywany przez największych twórców literatury rodzimej i obcej. No chyba, że przez “poważne” należy rozumieć jedynie opowiadanie pisane całkiem “na serio”. Taki tekst jednak, z samego założenia, groteską być nie może.

Tak, “poważnie” zapewne można rozumieć jako “pisane na serio”. Sama groteskowość to oczywiście nie wada, inny rodzaj humoru też nie. Tylko dowcip powinien być krótki i w punkt. A u Ciebie dużo się nie dzieje, ale trwa to wiele stron. Szczególnie początek mi się dłużył, w końcówce już wydarzenia toczyły się jakby szybciej.

Babska logika rządzi!

Jeśli opowiadanie miało bawić, powinno być bardziej skondensowane. Rozwleczona ponad miarę historyjka, nawet jeśli pisana z zamiarem stworzenia poważnej groteski, w dodatku pełna błędów, powtórzeń, literówek, nadmiaru zaimków, źle zapisanych dialogów, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę, okazała się lekturą niezbyt satysfakcjonującą. :(

 

To był mały, okrą­gły spodek z pi­lo­tem i małym la­bo­ra­to­rium… –> Powtórzenie.

 

wy­naj­dy­wa­nia od­po­wied­nich oka­zów, trans­por­to­wa­nia ich na po­kład, prze­pro­wa­dza­nia eks­pe­ry­men­tów oraz od­sta­wia­nia na miej­sce, z któ­re­go zo­sta­li za­bra­ni. –> Piszesz o okazie, który jest rodzaju męskorzeczowego, więc: …z któ­re­go zo­sta­ły za­bra­ne.

 

Tak po pro­stu nie przy­stoi się za­cho­wy­wać isto­tom… –> Raczej: Po prostu takie zachowanie nie przystoi istotom

 

wy­bra­li oczy­wi­ście tę drugą opcję. Czyn­ni­ki brane pod uwagę… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

‒ To musi być jakiś błąd. ‒ po­wie­dział bar­dziej do sie­bie… –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

‒ QWE­4872 speł­nia wszyst­kie wa­run­ki wy­szu­ki­wa­nia. Je­że­li mam wska­zać in­ne­go osob­ni­ka, pro­szę wy­brać wy­szu­ki­wa­nie do­kład­newresz­cie wy­krztu­sił z sie­bie sztucz­nie brzmią­cym gło­sem. –> ‒ QWE cztery osiem siedem dwa speł­nia wszyst­kie wa­run­ki wy­szu­ki­wa­nia. Je­że­li mam wska­zać in­ne­go osob­ni­ka, pro­szę wy­brać wy­szu­ki­wa­nie do­kład­ne.Wresz­cie wy­krztu­sił z sie­bie sztucz­nie brzmią­cym gło­sem.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Jego wro­dzo­na po­trze­ba do­kład­no­ści nie po­zwa­la­ła mu na, by badać byle co… –> Pewnie miało być: Jego wro­dzo­na po­trze­ba do­kład­no­ści nie po­zwa­la­ła mu na to, by badać byle co

 

Tym bar­dziej, że po wielu la­tach służ­by stra­cił po­czu­cie sensu. –> Pewnie miało być: Tym bar­dziej, że po wielu la­tach służ­by stra­cił po­czu­cie jej sensu.

 

Wy­so­ki , roz­ło­ży­sty na swoim szczy­cie ni­czym jakiś jeleń. –> Zbędna spacja przed przecinkiem. Zbędny zaimek; czy słup mógł być rozłożysty na cudzym szczycie? Jelenie chyba nie bywają rozłożyste.

Proponuję: Wy­so­ki, roz­ło­ży­sty na szczy­cie ni­czym poroże jelenia.

 

Wpa­try­wał się wprost w roz­ża­rzo­ne re­flek­to­ry… –> Pewnie miało być: Wpa­try­wał się wprost w rozjarzone re­flek­to­ry

 

a zatem nie spa­lił się na na po­piół… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

jego ust wy­su­nął się język. Od­ru­cho­wo po­li­zał Qu po po­licz­ku. Za­la­ła go fala jesz­cze bar­dziej nie­sa­mo­wi­tych do­znań. Jego kubki sma­ko­we eks­plo­do­wa­ły, a za­pa­chy, które do­sta­ły się do jego opusz­ki wę­cho­wej re­tro­na­sal­nie, oszo­ło­mi­ły go do tego stop­nia, że już w ogóle ani nie wie­dział gdzie jest, ani tym bar­dziej, co się z nim dzie­je. –> Zaimkoza!

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

czu­jąc jak za­le­wa­ją go fale nigdy nie spo­tka­nej wcze­śniej ku­li­nar­nej roz­ko­szy. Z lu­bo­ścią prze­żu­wał drob­ne ka­wał­ki mięsa, które uda­wa­ło mu się wy­szar­pać. Jego obłą­kań­cza uczta po­chła­nia­ła go tak bar­dzo, że cały ota­cza­ją­cy go świat… –> Jeszcze jeden przykład zaimkozy.

 

w od­po­wied­nio bli­skiej od­le­gło­ści od ciałą Qu… –> Literówka.

 

ukazał się Zadra, obgryzający z lubością rękę biednego Qu. Szczerzył przy tym swoją niemal pozbawioną zębów szczękę niczym jakiś wściekły kundel. Gdy któryś z mieszkańców zbliżał się do Zadry na odległość dwóch metrów, do jego nozdrzy docierał wspaniały, przenikający na wskroś zapach pieczonego delikatesu, którym raczył się Zadra. Z ust zaczynała się sączyć ślina. Generalizując, każdy przybyły, który znalazł się w odpowiednio bliskiej odległości od ciałą Qu, przeżywał podobne doznania do tych, które były wcześniej udziałem Zadry. Wszystko sprowadzało się do przemożnej chęci choćby nawet tylko polizania martwego kosmity. Na polizaniu jednak nigdy się nie kończyło.

Zadra jednak nie zamierzał wcale dzielić się swoim szczęściem. Nie po tym, jak został potraktowany wcześniej tego wieczora oraz jak rozsmakował się w zesłanej przez niebiosa pieczeni. Zobaczywszy swoich sąsiadów, napiął się jak struna… –> Siękoza

 

 

Chwi­lę póź­niej, po­śród ciem­ne­go lasu i roz­prze­strze­nia­ją­ce­go się ognia… –> Czy las był na pewno ciemny, skoro ogień się rozprzestrzeniał?

 

w któ­rym osza­la­łe z bólu zwie­rzę miota się z prze­ra­że­nia i bólu… –> Brzmi to fatalnie.

 

na wy­so­kim, V po­zio­mie roz­wo­ju. –> …na wy­so­kim, piatym po­zio­mie roz­wo­ju.

 

wie­dza o funk­cjo­no­wa­niu świa­ta i wła­sne­go or­ga­ni­zmu, po­zwa­la­ły Xa i jego po­bra­tym­com na nie­zwy­kle wy­daj­ną kon­tro­lę or­ga­ni­zmu. –> Brzmi to fatalnie.

 

od­po­wied­nich tech­nik me­dy­ta­cyj­no‒re­lak­sa­cyj­nych… –> …od­po­wied­nich tech­nik me­dy­ta­cyj­no-re­lak­sa­cyj­nych

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

obok le­go­wi­ska, na któ­rym leżał cier­pią­cy Xa. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

to była jego noga, po­nie­waż za­koń­czo­na była… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Mi­nę­łą dobra chwi­la… –> Literówka.

 

wy­da­wa­niem z sie­bie sze­lesz­czą­cych serii dźwię­ków… –> Przypuszczam, że szeleszczące były dźwięki, nie serie, więc: …wy­da­wa­niem z sie­bie serii sze­lesz­czą­cych dźwię­ków

 

Same kości. Trza­by pod­tu­czyć. –>  Same kości. Trza­ by pod­tu­czyć.

 

Skupił się na księdzu proboszczu, ponieważ miał na niego najlepszy widok. Wpatrywał się niego, a on po kilku minutach zaczął zwiększać swoją objętość. Najpierw powoli, a potem coraz bardziej. Po chwili przypominał ogromnego, spalonego pączka. Jego sutanna napięła się na jego spuchniętym ciele do granic wytrzymałości, po czym rozerwała się w szwach i opadła na ziemię. Oczom zebranych ukazał się napompowany jak balon, goły proboszcz. Nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Jego policzki drgały, a z nozdrzy wydobywało się z głośnym świstem gorące powietrze.

Widząc co się dzieje, Czesława Bąk zaczęła krzyczeć. Niezgóła i Mrugała puścili drzwi. Patrzyli oniemieli. Do środka wdarło się kilka osób. Gdy tylko zorientowały się w sytuacji, również zastygły.

Przez chwilę nic się nie działo. Jak gdyby czas całkiem się zatrzymał, a potem nagle proboszcz pękł rozchlapując swoją zawartość na wszystkie strony. Wszystko zostało pokryte czerwoną, ciepłą mazią.

Przerażeni ludzie rzucili się do wyjścia.

Xa zaśmiał się złowrogo. –> Przykład siękozy i zaimkozy.

 

Do­czoł­gał się do swo­je­go ska­fan­dra, zna­lazł na nim od­po­wied­nie miej­sce i przy­ło­żył do niego palec… –> Nadmiar zaimków.

 

Zdaję sobię spra­wę–> Literówka.

 

Nie­szczę­sna zwie­rzę­ta na sa­mot­nej pla­ne­cie. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytane.

Melduję przeczytanie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Fabuła: Dla mnie nieciekawa, tekst w zasadzie redukuje się do opisu wypadku i jedzenia kosmitów, a konkluzje w postaci izolacji Ziemi są podane na samym początku opowiadania. Humor i groteska raczej wymuszone, brakuje swobody, frywolności.

 

Oryginalność: Tekst wyróżnia odwrócenie motywu – tym razem to ludzie okazują się być pożeraczami kosmitów. Pozostałe pomysły wypadają jednak przeciętnie – eksperymenty, obcy uważający ludzkość za niegodnych ich wynalazków, i tak dalej… Nie rozumiem, dlaczego kosmici używają numeracji rzymskiej przy opisie stopni rozwoju cywilizacji – ten zapis jest właściwy skali Kardaszewa, która jest przecież ludzkim tworem.

 

Język: Do poprawy, w tekst wkradły się powtórzenia i nawet dość niechlujne literówki. Momentami zły zapis dialogów.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Nowa Fantastyka