- Opowiadanie: Kadah - Podarunek

Podarunek

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Podarunek

I

 

Muzyka dudniła w uszach, stopy waliły o nawierzchnię parkowej alei. Po dniu takim, jak dzisiejszy, można było albo urżnąć się w trupa albo biegać tak długo, póki człowiek nie padł. Alkohol jakoś nigdy mnie nie kusił. Wolałam gnać przed siebie, czując na skórze stygnący pot.

Poczułam mentalne szturchnięcie. Zatrzymałam się tak gwałtownie, że o mało nie upadłam. Zaklęłam pod nosem. W starych dobrych czasach, jeszcze zanim kryształy połączyły ludzkie umysły, mogłabym udawać, że mnie nie ma. Albo zwyczajnie nie odbierać połączenia. Cywile wciąż mieli taką możliwość, my byliśmy jej pozbawieni.

– Jestem po służbie. Niech pan pogada z kimś innym. Przez cały dzień byłam na Zakolu, choć Vitreus nie jest przecież wydziałem specjalnym. Nie powinni nas wysyłać do zamieszek!

Oprócz informacji, przekaz Ernesta Wisza zawierał emocjonalne echa, które większość z nas potrafiła zachować dla siebie. Szef był cholernie zmęczony ale zdeterminowany, by zrobić to, co konieczne. Jedynie niezłomne poczucie obowiązku mogło sprawić, że awansował tak wysoko, choć ledwo sobie radził z kontrolą kryształów.

– Taka już nasza rola. Jak nam każą przerzucać gówno, chwytamy za łopaty. 

– Byłam na nogach od piątej!

– Potrzebują kogoś z Vitreusa, a reszta wydziału kotłuje się na Zakolu. Rozporządzenie o sytuacji specjalnej pozwala mi powołać każdego funkcjonariusza, więc dobrze się zastanów. Wolisz dołączyć do kolegów czy zająć się przyjemnym, krwawym mordem w starym stylu? 

Westchnęłam ciężko.

– Robi się, szefie.

– NOSGORD zabrał ciała, skontaktujesz się z nimi później i odbierzesz wyniki sekcji. A na razie masz się zameldować na miejscu zbrodni. 

– Gdzie konkretnie?

– W siedzibie TERG-i. Ogarnij się i pojaw tam jak najszybciej. Podeślę ci droida.

Gdy tylko usłyszałam tę nazwę, krew zadudniła mi w uszach. Odetchnęłam głęboko. Wydawało mi się, że mam to za sobą, że minęły już czasy, gdy sama nazwa korporacji wzbudzała niekontrolowany gniew, a tu proszę. 

Życie jest jednak pełne niespodzianek.

– Postaraj się uporać z tym wszystkim jak najszybciej. Miasto wrze. Potrzebujemy cię na Zakolu. Potrzebujemy każdego. Jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli i trzeba będzie wezwać wojsko… 

Nie dokończył, ale wcale nie musiał. Dobrze pamiętałam, co się stało ostatnim razem.

– Mogę przynajmniej zapytać, o co chodzi?

– Powiedzą ci na miejscu. Z tego, co zrozumiałem, coś poszło cholernie nie tak podczas ceremonii zespalania. 

Połączenie zniknęło, a ja zaklęłam cicho. A potem jeszcze raz. Głośniej.

 

II

 

Stojąc przed wieżą TERG-i, z włosami wciąż wilgotnymi po pośpiesznie wziętym prysznicu, rozglądałam się dookoła za przydzieloną mi maszyną.

– Marta Korn?

Uwielbiam droidy. Nawet takie jeżące się od kryształów, poobijane metalowe puszki, jedyne, na jakie stać służby publiczne.

Droid wyświetlił emotikonę uśmiechu. Wysunął chwytnik, gdzie trzymał legitymację z chipem.

Od infekcji żywego kryształu dokumenty potwierdzające tożsamość przestały być potrzebne. Wystarczy sprawdzić podpiętą do mentalnej sieci osobę, by wiedzieć, z kim ma się do czynienia. Jednak by przeprowadzić podobną operację na droidzie, trzeba dysponować przynajmniej sześcioma kryształami. Niewielu zespolonych ma ich aż tyle.

Posłusznie odebrałam legitymację i ścisnęłam w dłoni obserwując, jak warstwa kryształu rozjaśnia się pod wpływem kontaktu ze skórą. W moim umyśle pojawiły się specyfikacje techniczne, profil możliwości i przebieg służby. Wyglądało na to, że podesłali mi nie tylko eksperta od medycyny sądowej, ale i komunikacji. Dobre i tyle. Viterus – oddział do rozwiązywania przestępstw popełnionych na i przez zespolonych – jakoś naturalnie przyciągał dziwaków z przerostem ego, czy to w cyfrowej czy białkowej postaci.

Uniosłam dłoń i pokazałam ją drzwiom siedziby korporacji. Musieli się mnie spodziewać, bo kryształ wejściowy od razu mrugnął fioletem.

Przestronny hol był elegancki, ale sprawiał wrażenie zimnego. Pierwszym, co rzucało się w oczy, był ogromny plakat, przedstawiający rozbitą kapsułę z ciałem obcego, niemal całkowicie oplecionego siecią kryształów, jaki TERG-a umieszczała we wszystkich siedzibach firmy. Pod nim, przy biurku wielkości domowego basenu siedziała recepcjonistka, której mój wygląd najwyraźniej nie przypadł do gustu.

Obok biurka czekał niski, pulchny mężczyzna, zbliżający się do sześćdziesiątki. Miał siwe włosy i oczy jak okruchy lodu. Wszczepiono mu sześć kryształów i nie trzeba było eksperta, by zauważyć, że świetnie się synchronizowały. 

Oprócz biegania, strzelania i przeżywania nocnych koszmarów, moją pasję stanowiło też zbieranie informacji na temat TERG-i. Wiedziałam, kim jest ten mężczyzna. To, że na mnie czekał, nie wróżyło niczego dobrego.

– Stefan Lambert, szef wydziału bezpieczeństwa na obszar Europy Wschodniej. Słyszałem o pani – powiedział, wyciągając dłoń.

Zignorowałam jego gest. Nie chciałam, by dotykał mnie ktoś z korporacji.

Nigdy więcej. 

– Marta Korn, funkcjonariusz wydziału Vitreus oraz droid D-239 klasy Gumshoe. Proszę nas zaprowadzić na miejsce.

Lambert spojrzał na dłoń, tkwiącą uparcie przy moim boku i posłał mi nieprzyjemne spojrzenie.

– Rozumiem, że nie zmieniła pani zdania? Nie będzie pani współpracować nad projektem Omnia?

Pokręciłam głową.

Mężczyzna przyglądał się, jakby nie był w stanie pojąć moich motywów. Wszystko to na pokaz, rzecz jasna. Byłam pewna, że dokładnie przestudiował mój profil psychologiczny. Pewnie wiedział o mnie więcej, niż ja sama. 

– Rozumiem, że miała pani przykre doświadczenia z naszymi naukowcami. Sąd najwyższy w swoim werdykcie potępił zaniedbania TERG-i i wytknął działania, które podjęliśmy pochopnie. Nigdy nie zgłaszaliśmy zastrzeżeń wobec wyroku, ale mieliśmy przecież jak najlepsze intencje. Musi pani zrozumieć, że…

– Wolałabym dać sobie odciąć rękę, niż pracować z którymkolwiek z was. Ba, wolałabym stracić obie dłonie. 

Lambert nie wyglądał na kogoś, kto pozwala sobie przerywać, ale miał pecha. Dawno temu nauczyłam się pokazywać środkowy palec członkom TERG-i. Ucieszyło mnie, że nie wyszłam z wprawy.

– Rozumiem, że suma odszkodowania może się wydawać imponująca, ale istnieją rzeczy, które pozostają poza pani zasięgiem, nawet biorąc pod uwagę budżet, jakim pani dysponuje. Jeśli chodzi o nas, nie posiadamy takich ograniczeń. Gdyby miało to pani pomóc zmienić zdanie, to zapewniam, że jesteśmy w stanie zapewnić wszystko, czego pani sobie zażyczy.

Chciałam poprosić, żeby oddali mi te sześć lat, które spędziłam zamknięta w laboratoriach, podczas gdy moje ciało poddawano kolejnym torturom. Nie, przepraszam. Badaniom medycznym.

Tak to przecież nazywano.

Koniec końców nic nie powiedziałam. Okradli mnie z czasu. Nie chciałam oddawać im ani sekundy więcej. 

Widząc, że nie doczeka się reakcji, mężczyzna westchnął ciężko i wskazał mi drogę.

– Proszę za mną.

Winda ruszyła w górę. Przyglądałam się kolejnym piętrom TERG-i mając wrażenie, jakbym odbywała podróż do przeszłości. Reprezentacyjne części lśniły od szkła i stali, rozjarzały się blaskiem ekranów. Im wyżej wędrowaliśmy, tym bardziej cofały się wskazówki zegara. Zamiast najnowszej technologii, trójwymiarowych projektorów i stonowanych barw, widać było rzędy identycznych biurek, gdzie pracownicy pocili się pod blaskiem jarzeniowego światła. Spodziewałam się, że na kolejnych piętrach świetlówki zastąpi światło gazowych latarni. 

Zespoleni pracowali wyłącznie na dolnych piętrach. Wyżej nie widać było nawet jednego kryształu.

Wnętrze Sali Zespoleniowej wyglądało, jakby przeszedł tam huragan. Sprzęty były potrzaskane, a metalowy stół zabiegowy pogięty i wykrzywiony.

– Są ofiary śmiertelne?

– Dwie. Lekarz prowadzący zabieg i jeden z naszych pracowników naukowych. 

– Rozumiem obecność lekarza, ale po co zjawił się tam ten drugi?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Mamy nadzieję, że zdoła pani to ustalić.

– Ile osób miało dostęp do miejsca zbrodni?

– Poinformowano nas, że w związku z zamieszkami mogą nastąpić trudności w płynności personelu i że trzeba będzie czekać na przyjazd policji. Dlatego zarządziłem izolację, jestem jednak przekonany, że przez salę przewinęło się więcej osób, niż było to absolutnie konieczne. Proszę przyjąć moje przeprosiny.

Byłam ciekawa, ile czasu minęło od samego zdarzenia do przybycia Lamberta. Ktoś o jego pozycji na pewno nie plątał się ot tak w prowincjonalnej siedzibie korporacji, poszukując wrażeń. Założę się, że wezwali go i przybiegł, korzystając z jednego z dziwacznych wynalazków, o których plotkowano na ulicach. 

A gdy się już pojawił, zabrał się do sprzątania.

– Proszę przekazać dane jednostce Gumshoe.

Droid wyświetlił zamkniętą kopertę, żeby dać mi do zrozumienia, że otrzymał informacje, a potem przystąpił do zbierania i badania śladów.

Przeprowadzenie analiz zabrało ponad godzinę. Przez większość czasu dostawałam tylko frustrujące komunikaty w rodzaju: ślady zanieczyszczone, odciski niekompletne, materiał biologiczny skażony ciałami obcymi. Gdyby ktoś planował popełnienie zbrodni, Sala Zespoleniowa byłaby ku temu idealnym miejscem. Za próbę zespolenia w prywatnej klinice trzeba było słono płacić. Korporacje przeprowadzały je za darmo, pod jednym warunkiem – w przypadku powodzenia każdy zespolony musiał przepracować przynajmniej pięć lat na rzecz firmy. Mimo perspektywy zniewolenia przez Salę przewijały się dziesiątki osób, często w towarzystwie podekscytowanej rodziny. Nic dziwnego, że droid tak długo analizował dane. Ślady nakładały się na siebie. Nie sposób było uzyskać wyraźnych odczytów.

Gumshoe pracował, a ja w tym czasie przesłuchiwałam personel. Zarówno kobieta odpowiedzialna za rejestrację ochotników jak i strażnik, pełniący służbę nieopodal Sali wydawali się wstrząśnięci całym zajściem. Upierali się jednak, że cokolwiek miało tu miejsce, na pewno nie było winą TERG-i. Domyśliłam się, że Lambert wydał im dokładne instrukcje.

Droid zakończył działania i wysłał do mojej świadomości raport. Jak się obawiałam, nie uzyskał wielu informacji. Poprosiłam o dokładniejsze przeanalizowanie próbek krwi i wzoru rozbryzgów, choć nie żywiłam wielkich nadziei odnośnie wyników.

Resztą personelu zajęliśmy się wspólnie. Zebrałam dane wszystkich, którzy byli w pobliżu, ale nikt nie miał mi do powiedzenia nic ciekawego.

Lambert przez cały czas nie odstępował mnie na krok. Na koniec oświadczył, że choć konsola, na której wprowadzano dane rejestracyjne, usmażyła się podczas ataku, zapis przesyłano w czasie rzeczywistym do centralnego serwera. Jeśli mam ochotę, mogę otrzymać kopię danych i obejrzeć zapis video.

Uśmiechnęłam się i dałam dyskretny znak droidowi. Byłam gotowa założyć się o całą pensję, że zapis spreparowano, ale gdyby Gumshoe przechwycił nagranie, zyskalibyśmy szansę, by je zbadać i stwierdzić, czego brakuje.

 Zaprowadzono nas do małej salki z piekielnie wygodnymi krzesłami.

Na ścianie wisiał ten sam plakat, który widziałam w holu, jedyne zachowane zdjęcie, na którym uchwycono statek kosmiczny obcych. Pojazd rozbił się w pobliżu Edgeworth David Base, stacji polarnej w Oazie Bungera na Antarktydzie, a jedyną osobą, której udało się przeżyć kontakt z żywym kryształem, był Sebastian Barrett. Późniejszy założyciel TERG-i.

Podobno to dzięki niemu kryształ przestał doprowadzać ludzi do szaleństwa i sprawiać, by atakowali się nawzajem. Jego psychika pozwoliła kryształowi lepiej nas zrozumieć. Umożliwiła adaptację. 

Zawsze mnie ciekawiło, jak wyglądałby cały proces, gdyby na miejscu Barretta znalazł się ktokolwiek inny. Czy dalej zaledwie dwanaście procent populacji byłoby w stanie przyjąć kryształ? Czy wciąż musielibyśmy kotłować się w bezsensownych, pełnych przemocy zmaganiach z ludźmi, którzy mieli za złe rzeczywistości, że jest taka, a nie inna?

Początek seansu sprawił, że oderwałam się od myśli o ludziach, których protest tym bardziej był gwałtowny, im bardziej brakowało mu sensu.

Obraz na ekranie był tak wyraźny, jakbym przyglądała się wydarzeniom, dziejącym się tuż obok. Miałam okazję dokładnie obejrzeć uczestników dramatu. 

Ceremonia przebiegała dość standardowo. Lekarz wyglądał na znudzonego, dwa dMedy krzątały się z celowością charakterystyczną dla droidów, pojemnik z surowym kryształem pulsował rytmicznie, jakby nie mógł się już doczekać zanurzenia w żywym organizmie. 

Jedno wydawało się niezwykłe. Kandydatka do przeszczepu była bardzo, ale to bardzo ciężarna. Towarzyszył jej ktoś w zielonym uniformie pracownika naukowego, kto otaczał ją troskliwie ramieniem.

Zatrzymałam obraz i odwróciłam się do Lamberta.

– Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek widziała kandydatkę do ceremonii w tak zaawansowanej ciąży.

Szef bezpieczeństwa wzruszył ramionami.

– Przedstawiła zaświadczenie z kliniki MedVista. Sądzę, że znajdzie pani kopię wśród przesłanych materiałów.

– Z MedVisty. – Uniosłam brew. – Z kliniki, do której trafiają studenci medycyny, pracujący na zaliczenie praktyk i pielęgniarki, odrabiające prace społeczne po wyrokach za nielegalny handel lekami? 

– Jestem pewien, że jest pani uprzedzona. Słyszałem, że teraz to całkiem szacowny przybytek.

Ciąg dalszy nagrania nie różnił się za bardzo od tego, co pokazywano w materiałach propagandowych. Kandydatkę ułożono na łóżku i dokładnie unieruchomiono pasami. Następnie przecięto skórę na czole i umieszczono tam mały kryształ, który od razu zaczął zmieniać barwę.

Dziewczyna dostała konwulsji. To normalny objaw w przypadku zaakceptowania kryształu. Wszystko, co nastąpiło później, z normalnością miało niewiele wspólnego.

Oczy kandydatki zaszły bielmem. 

Ze stolika z narzędziami oderwał się skalpel, poszybował w powietrzu i przeciął więzy na lewej dłoni.

Kobieta wygięła plecy w łuk w tak dziwaczny sposób, że jedynym, co wciąż dotykało powierzchni stołu, była jej głowa oraz pięty. Cały czas miała otwarte oczy, jednak teraz nie były dłużej białe. Wyświetlały się tam wszystkie barwy, jakie nauczyłam się kojarzyć z kryształami: od żółci przez fiolet do zieleni.

Zespolona zaczęła krzyczeć.

Do tej pory zaledwie pojękiwała, ale gdy kryształ zaczął zmieniać jej system nerwowy, jęki przeszły we wrzask. 

Wszystkie zespolone medyczne przybory i sprzęty uniosły się pod sufit. Wisiały tam przez chwilę, nim z hałasem opadły na ziemię.

Kobieta powiedziała tylko jedno słowo.

– Stop. 

Kamery przestały pracować. Od tej pory na ekranie widać było jedynie śnieg.

Przyglądałam się temu wszystkiemu, zaciskając dłonie tak mocno, że paznokcie wbiły się mi w dłoń. Wzięłam głęboki oddech i powoli wyprostowałam palce.

Zerknęłam w bok. Lambert nie spuszczał ze mnie spojrzenia. Musiał być ciekaw mojej reakcji, więc zmusiłam się do tego, by nic po sobie nie pokazać, co nie było łatwe. Widziałam wcześniej podobne objawy. Nakaz sądowy zmusił TERG-ę, by zapewniła mi dostęp do nagrań z eksperymentów nad superpodatnością. 

Wyglądałam dokładnie tak samo, kiedy zaszczepili mi kryształ. 

– Bardzo dziękuję za projekcję. Mam nadzieję, że Viterus będzie mógł liczyć na pańską pomoc.

Jeśli Lambert wyglądał na rozczarowanego brakiem reakcji, nie dał po sobie tego znać. Zapewnił mnie o najszczerszej chęci współpracy, i tak się rozstaliśmy. Wśród uprzejmych kłamstw.

 

III

 

Kiedy drzwi do siedziby korporacji zamknęły się za moimi plecami, połączyłam się z byłym partnerem. Przydzielili mi go, kiedy dopiero zaczynałam pracę w Viterusie, i choć z początku gwałtownie protestowałam przeciwko nadzorowi, z czasem nie tylko polubiłam Remigiusza, nauczyłam się mu ufać. Uratowałam mu życie. On ocalił mnie dwa razy i jako jedyny znał całą moją historię. Odszkodowanie TERG-i może nie oddało mi zabranego czasu ale pozwoliło zapłacić za operacje plastyczne i zachować anonimowość. Nie chciałam, by wszyscy wiedzieli, co mnie spotkało.

– Dwie godziny temu byłem na Zakolu. Usiłuję złapać trochę snu, zanim będę tam musiał wrócić jutro. Czego chcesz?

– Byłam w TERDZe.

Remigiusz dobrze wiedział, że nigdy nie poszłabym do siedziby korporacji ot, tak sobie. Z ech myśli odczytałam, że spodziewa się co najmniej przyznania do nielegalnego wkroczenia na zakazany teren, jeśli nie morderstwa. Na jego korzyść przemawiał fakt, że od razu zaczął się zastawiać, jak załatwić mi najlepszego obrońcę.

Otworzyłam umysł na tyle szeroko, by mógł zobaczyć wszystko, co się wydarzyło, moimi oczyma. Czułam, jak oddycha z ulgą. Na fali zwrotnej złapałam myśl, że cokolwiek się stało, nie było tak złe, jak się tego spodziewał.

– Ten naukowiec, który z nią był… myślisz, że to on kierował eksperymentem? 

Przytaknęłam zapominając, że nie może mnie widzieć.

– Tak to wyglądało w moim przypadku. „Samotny badacz, działający bez niczyjego wsparcia, korzystający z laboratoriów i sprzętu TERG-i, by przeprowadzać podejrzane eksperymenty”. Weber od samego początku działał z pełnym wsparciem szefów. Dopiero kiedy wszystko wyszło na jaw, zrobili z niego kozła ofiarnego. Czemu mieliby zmieniać metody, skoro ta okazała się skuteczna?

– Musiałaś się spodziewać, że będą kontynuować prace nad superpodatnością. W sytuacji, gdy zaledwie dwanaście procent populacji jest w stanie zespolić się z kryształem, każda metoda, która pozwoli zwiększyć tę liczbę, przyniesie miliony. Ludzie będą gotowi na wszystko, byle dostać choć jeden kryształ.

Zazwyczaj ceniłam u partnera chłodne, beznamiętne podejście do każdego zjawiska, jednak teraz, gdy rany wydawały się tak świeże, jakby zadano je wczoraj, nie wytrzymałam.

– To co? Chcesz mi powiedzieć, że to co robią, jest w porządku, bo zapewni większej ilości ludzi podłączenie do mentalnej sieci? 

Gniew, który czułam od chwili przekroczenia progu TERG-i, osiągnął intensywność supernowej, czarny i zdradliwy niczym serce wypalonej gwiazdy. Zaczęło mi łupać w skroniach. Mały droid, który do tej pory zajmował się usuwaniem liści z parkingu, uniósł się w powietrze. Na granicy świadomości pojawiły się mapy okolicznych skupisk kryształu. Ujrzałam te, które sterowały transportem, przyrządzały kawę w ulicznych automatach, odpowiadały za przesyłanie danych – widziałam ich małe, pulsujące, kolorowe serca i wiedziałam, że jeśli zechcę, będę mogła je zgasić jedno po drugim. Aż zdławię wszystkie.

A potem odwróciłam się w stronę TERG-i.

Obserwowałam dolne piętra, wszystkie te rozbłyski zespolonych, siedzących przy swoich biurkach niczym posłuszne drony w służbie monstrualnej królowej. Jak niewiele trzeba było, by…

Poczułam uderzenie. Nie fizyczne. Mentalne. Gdyby przyszło od kogokolwiek innego, nie zdołałoby przedrzeć się przez bariery, ale Remigiusz był moim partnerem. 

– Oddychaj. Powoli. Powoli i spokojnie. Pamiętasz? Tak, jak cię uczyli. 

Opadłam na asfalt, ściskając głowę w dłoniach. Świat powoli odzyskał normalny wygląd. 

– Muszę poszukać tej dziewczyny.

– Za chwilę. Jak już przestaniesz emitować na wszystkich kanałach chęć mordu.

– Dzięki – stwierdziłam po długiej chwili milczenia.

– Nie ma sprawy. Wiem, co ci chodzi po głowie, ale pamiętasz chyba, że to cholernie zły pomysł?

Mruknęłam coś w odpowiedzi. Pewnie, że pamiętałam. Zniszczenie takiej ilości kryształu mogło mieć apokaliptyczne konsekwencje. Impuls, emitowany przy unicestwieniu pojedynczego okazu nie był problemem, jednak ten, pochodzący z dużego skupiska, mógł przekroczyć wartość krytyczną. Nawet niezespolone kryształy, podłączone do maszyn i urządzeń, zachowywały coś na kształt uśpionej świadomości. Pozostawały w stałym kontakcie z resztą sieci. Odbierając potężny przekaz śmierci i zniszczenia, doznawały głębokiej traumy. Wyłączały się. Popełniały samobójstwo, a ich sygnał dołączał do pierwotnego impulsu, przynosząc zagładę kolejnym częściom sieci.

Zniszczenie wszystkich kryształów rozwiązałoby problem nierówności społecznej i uprzywilejowanych dwunastu procent. Jednak zespoleni także stanowili część tej samej sieci. Unicestwienie jej równało się lobotomii. Albo demencji. 

Jeśli, rzecz jasna, człowiekowi dopisało szczęście.

– Kiedy ostatni raz zdarzyło ci się tak przeciążyć?

Uśmiechnęłam się niewesoło.

– Dwa lata temu. Pracowałam wtedy nad sprawą tego chłopaka, którego nie chcieli zwolnić z kontraktu, pamiętasz? 

– Do dzisiaj mam koszmary.

Odetchnęłam głęboko i podniosłam się z rozgrzanego asfaltu.

– Myślę, że TERG-a wróciła do starych tricków. Znowu wykorzystuje naukowca, którego w razie czego będzie można rzucić na pożarcie lwom i dziewczynę z najgorszej dzielnicy, wartą mniej żywą, niż w częściach na przeszczepy. Miałeś rację. Mogłam się spodziewać, że będą próbowali indukować superpodatność. Nie przyszło mi do głowy, że wykorzystają ciężarne.

– A powinno. Okres, kiedy mózg noworodka jest na tyle rozwinięty, że może pomóc matce w zespoleniu to w zasadzie jedyna naturalna okazja, by spróbować wpłynąć na sposób, w jaki kryształ integruje się z układem nerwowym nosiciela.

Remigiusz miał oczywiście rację. Ale pomimo faktu, że sama padłam ofiarą korporacji, wciąż istniały dla mnie zbrodnie tak nieludzkie, że wręcz niewyobrażalne. Nie byłam w stanie zdecydować, czy świadczy to dobrze o moim człowieczeństwie, czy źle o zdolnościach detektywistycznych. Pewnie jedno i drugie.

– I jeszcze jedno. Jak ci się zdaje, czy to, co oglądaliśmy, stanowiło zapis udanego eksperymentu? Czy porażki?

Na to pytanie nie byłam w stanie odpowiedzieć. Ale jeśli dziewczyna naprawdę zyskała superpodatność, to cholernie jej współczułam. Pamiętałam, jak bardzo bolało zespolenie podczas tych pierwszych tygodni. Czasem jeszcze śnił mi się ten ból. 

Budziłam się z krzykiem.

 

IV

 

Instynkt kazał mi ruszać prosto za dziewczyną, ale zdawałam sobie sprawę, że dopóki prowadzę aktywne śledztwo, to cholernie zły pomysł. Podejrzewałam, że TERG-a może mieć u nas kreta. Mogłam zablokować bezpośrednie kanały nadzoru, ale żeby odłączyć się całkowicie, musiałabym sparaliżować jeden z hubów komunikacyjnych. To z kolei nie tylko wywołałoby potworne zamieszanie, ale mnie samej uniemożliwiło korzystanie z sieci. 

Nie miałam wyboru. Musiałam robić to, co do mnie należy.

W dawnych czasach przeprowadzaniem sekcji zajmowali się patomorfolodzy. Teraz i ta strefa przeszła w ręce korporacji. Jedynie oni dysponowali sprzętem i personelem, zdolnym do przeprowadzenia szczegółowych badań. Kontakty z działem medycznym NOSGORD-u nie należały jednak do łatwych. Służby publiczne dostawały zniżki, ale i tak stać nas było jedynie na opłacenie raportu z sekcji, który sam w sobie był bezużyteczny. Potrzeba było tłumacza, by przełożył informacje z naukowego żargonu na język bardziej dostępny przeciętnym obywatelom.

Mój wybór padał zawsze na Dominika.

Gdyby należał do zespolonych, pracowałby pewnie w klinice korporacji, ale nie był w stanie przyjąć nawet jednego kryształu. Pozbawiony zdolności do korzystania z wzmocnionych rejestrów mentalnych, zawierających miliony przypadków chorobowych, nie potrafiąc posługiwać się zespolonymi narzędziami, skazany był na siedzenie w piwnicy posterunku i objaśnianie medycyny głupszym od siebie. 

Zastanawiałam się, ile trzeba, by i on chwycił kamień do ręki. By wytatuował na czole przekreśloną dwunastkę. Bym i jego spotkała na Zakolu, szalonego z nienawiści, gotowego na wszystko, byle tylko zemścić się na świecie, który pozbawił go szans. 

Raport medyczny nie zawierał nic ciekawego. Lekarz zginął od ciosu ostrym narzędziem, którym musiał być skalpel z kryształami stabilizującymi ruchy dłoni, ten sam, który posłużył do przecięcia więzów. Jednak drugi mężczyzna, ten w uniformie naukowca, został najpierw pozbawiony przytomności, a potem uduszony.

Dominik głośno rozważał, czemu dziewczyna nie wybrała najprostszej metody popełnienia morderstwa, tej, którą zdążyła wypróbować na lekarzu.

Ja nie musiałam się nad tym zastanawiać. Gdybym zdołała dopaść tego, który przeprowadzał na mnie eksperymenty, też darowałabym sobie broń. Wolałabym bliższy kontakt. Coś osobistego. 

Chciałabym, żeby patrzył mi w oczy, czując na szyi dotyk moich dłoni. 

 

V

 

Odwiedziłam siedzibę MedVisty. Pozostała taką samą brudną, paskudną norą, jaką pamiętałam. W progu zderzyłam się z młodym mężczyzną. Na lewym ramieniu miał dziesiątki wypalonych, nieregularnych kręgów, jakie daje tylko aplikowanie icotanu bezpośrednio na skórę. Jego źrenice miały wielkość łebka od szpilki, w dziąsłach chwiały się nieliczne zęby.

W recepcji nie zastałam nikogo. Dopiero po kwadransie znalazłam pielęgniarkę, która pozwoliła mi skorzystać konsoli. 

Nie było sensu szukać dziewczyny pod jej adresem zamieszkania. Gdyby się tam znajdowała, TERG-a dawno by ją znalazła. Starałam się dyskretnie śledzić komunikację korporacji. Nie byłam w stanie odszyfrować wiadomości zastrzeżonych dla członków zarządu, ale odnalezienie kogoś z superpodatnością stanowiło zbyt wielką nowinę, by dało się ją zachować w tajemnicy nawet wśród niższych szczeblem pracowników.

Nie licząc zwykłego, korporacyjnego szumu, w kanałach panowała zupełna cisza.

Pośpiesznie przejrzałam pozostałe dane, zgromadzone przez klinikę. Były zupełnie nieprzydatne. Co więcej, niemal w całości pokrywały się z informacjami, przekazanymi przez Lamberta w siedzibie TERG-i.

Połączyłam się z hubem, żeby odnaleźć lekarza dziewczyny, ale próby kontaktu spełzły na niczym. W mojej głowie rozległ się dźwięk alarmu. W dzisiejszych czasach nie spotykało się już niezespolonych lekarzy. Kryształy nie tylko umożliwiały posługiwanie się specjalistycznym sprzętem i bezpośrednie połączenie zarówno z siecią mentalną, jak i hubem przechowującym informację. Oplecione kryształami neurony działały szybciej i lepiej. Przypuszczam, że nawet dwunastkowiec, protestujący przeciwko samemu istnieniu zespolonych, wahałby się przed wizytą u specjalisty, pozbawionego choć jednego kryształu.

Fakt, że z lekarzem dziewczyny nie można było nawiązać kontaktu, mógł oznaczać różne rzeczy. Żadnej przyjemnej.

Wizyta w klinice sprawiła, że zadałam sobie jeszcze jedno pytanie. Czemu dziewczynie założono kartotekę w miejscu, oferującym pomoc biednym i bezdomnym? Jeśli stanowiła obiekt eksperymentów TERG-i, powinna być objęta najlepszą opieką medyczną. 

Głowiłam się nad tym przez długą chwilę. Może to korporacja kazała jej skorzystać z MedVisty? Może chcieli się w ten sposób zabezpieczyć? Zamydlić oczy prasie i przedstawicielom prawa, nie mówiąc o bardziej praworządnych akcjonariuszach? 

Teoria wydawała się naciągana. Problem w tym, że nie miałam lepszej.

 

VI

 

Kolejny punkt programu stanowiło sprawdzenie naukowca, który jako drugi stał się ofiarą morderstwa w Sali Zespoleniowej.

Artur Sitarski nie pasował do dzielnicy, w której się urodził. W aktach były zapisy o wyróżnieniach, stypendiach i wygranych konkursach. Wyglądało na to, że harował jak wół, byle tylko zostawić za sobą widmo Zakola. Ceremonii Zespolenia poddał się w budynku TERG-i. Zdołał przyjąć trzy kryształy, a teraz zaledwie pięć miesięcy dzieliło go od końca kontraktu.

Nic tutaj nie miało sensu. 

Jeśli to był jego ostatni rok pracy dla korporacji, powinien za wszelka cenę unikać działań, wiążących go z TEGRą. Nawet gdyby chciał pracować dla nich w przyszłości, mógł się zgłosić po odsłużeniu kontaktu. Jako wolny człowiek miał lepszą pozycję przetargową.

Podłączyłam się do hubu i zaczęłam grzebać głębiej. Oficjalne zapisy transakcji bankowych nie zawierały podejrzanych przypływów i odpływów dużej ilości gotówki. Udało mi się odnaleźć ukryte konto, ale ono także nie notowało operacji, kojarzących się z hazardem albo nielegalnym handlem. 

Sprawdziłam rejestry medyczne i wyniki badań. TERG-a testowała pracowników regularnie. Ani krew ani mocz Sitarskiego nie zawierała metabolików powstałych po zażyciu icotanu i innych środków psychoaktywnych. 

Trzecim, co przyszło mi do głowy, była pornografia, ta najgorszego rodzaju. Nigdzie jednak nie natrafiłam na ślady po nielegalnie ściąganych plikach i musiałam przyznać, że znalazłam się w martwym punkcie.

Jakiego mieli na niego haka? Nie potrafiłam go odnaleźć, ale byłam przekonana, że istnieje. Jak inaczej mogliby skłonić Sitarskiego, by zaryzykował przyszłość dla podejrzanych eksperymentów TERG-i?

 

 

VII

 

Odhaczywszy wszystkie podstawowe punkty śledztwa zostawiłam mentalny zapis z podjętych działań w centralnym hubie Viterusa i odłączyłam się od aktywnego systemu. Zanim połączenie znikło zupełnie, zdążyłam zerknąć na grafik. Szef wprowadził nowe dane, przysługiwało mi dziesięć godzin odpoczynku, potem miałam znowu zameldować się na Zakolu. 

Westchnęłam ciężko. Dziesięć godzin to niewiele, ale w trakcie trwania zamieszek powinnam się cieszyć, że dostałam choć tyle.

W normalnych okolicznościach wróciłabym do domu i spróbowała odpocząć. Teraz sprawdziłam położenie najbliższego hotelu, wynajęłam pokój i zadzwoniłam do swojego dilera.

Od dawna mieliśmy układ. Ratowałam go, kiedy miał kłopoty z prawem, on w zamian zaopatrywał mnie w chemikalia, nie dociekając, po co są mi potrzebne. Myślę, że gdybym zamawiała icotan czy alloderal, spróbowałby mnie szantażować. Ale substancje, które mnie interesowały, nie miały nic wspólnego z narkotykami.

Wyrecytowałam przez telefon listę leków i już po pół godzinie otwierałam drzwi. Stał za progiem z głupią miną i papierową torbą w dłoni.

– Sprawdziłem ten solamax. Zażyty w takiej dawce, jaką tu mam, powoduje problemy z oddychaniem, konwulsje i w rezultacie śmierć. 

– Spokojnie. Przyjmuję go zgodnie ze wskazówkami lekarza.

To w zasadzie nie było kłamstwem. Kiedy kwestia mojego uwięzienia i ucieczki z laboratoriów TERG-i trafiła do prasy i telewizji, nie wspominając już o przesyconych paniką bezpośrednich przekazach, doktor Robert Weber popełnił samobójstwo. Ani przy nim ani nigdzie w laboratorium nie znaleziono zapisów z eksperymentów, jakimi mnie poddawał. Zniszczyłam wszystkie kopie.

Poza jedną. 

Tę ostatnią zagrzebałam najgłębiej, jak się dało. Sięgałam do niej rzadko. Opisana tam metoda budziła wspomnienia, które także powinny zostać pogrzebane. Ale nie mogłam jej odmówić skuteczności.

Zapłaciłam dilerowi, ile żądał, zamknęłam drzwi, przygotowałam miksturę i sięgnęłam po autostrzykawkę.

A potem usiadłam na fotelu. Zaczęłam czekać.

Po pięciu minutach ogarnął mnie znany chłód. Po kwadransie szczekałam zębami. 

Po godzinie kryształ w mojej głowie zaczął śpiewać.

Często mnie pytano, na czym polegały eksperymenty Webera. Zazwyczaj mówiłam tylko, że były bolesne, i odwracałam wzrok. Większość rozmówców chwytała aluzję. Fragment o bólu odpowiadał prawdzie, jednak Weber, choć był sadystą, miał prawdziwy talent. Usiłował zdefiniować prawa, rządzące zespoleniem kryształu z ludzkim umysłem. Poszerzenie umiejętności mentalnych wyszło mu mimochodem.

W czerni pod zamkniętymi powiekami pojawiły się pojedyncze rozbłyski światła, których stopniowo przybywało. Miałam przed sobą mapy sieci krystalicznych i neuronowych, które pokrywały się nawzajem, rozbłyskując co chwila. Skupiłam uwagę na sylwetce naukowca, bo to jego przypadek wydawał się na razie najciekawszy. Myślałam o nim i o dziewczynie, która powinna znaleźć się raczej na porodówce niż w Sali Zespoleniowej TERG-i. 

Kiedy wygasły wszystkie światła, poza trzema, poczułam ogromną ulgę. Sitarski nie żył, a jego kryształy powoli się wypalały, ale wciąż byłam w stanie je odczytać.

Wzmocniłam połączenie, czekając, aż mój umysł przetłumaczy impulsy i rozbłyski na język obrazów. Wkroczyłam w światło.

Wewnątrz czekała opancerzona sala bankowa z dziesiątkami skrytek. Patrzyłam  zdumiona. Kto by pomyślał, że Artur Sitarski miał tyle tajemnic?

 Nie miałam ochoty wgłębiać się w tajniki jego jaźni. Jedyne, czego szukałam, to punkty styczne między nim i dziewczyną. 

Rozświetliły się całe rzędy skrytek. O wiele więcej, niż wskazywałaby na to czysto profesjonalna relacja. Pomyślałam, że coś mi nie pasuje w tym obrazie, ale nie miałam czasu zgłębiać szczegółów. Dreszcze osiągnęły taki poziom, że czułam je nawet tutaj, wewnątrz sieci. Wiedziałam, że jeszcze chwila, a mój organizm się zbuntuje i spróbuje pozbyć chemikaliów, wspomagających działanie neuroprzekaźników. Musiałam się spieszyć.

Znowu skoncentrowałam się na dziewczynie i na miejscu, w którym mogła przebywać. Gdyby nie fakt, że miałam w głowie prawie tyle samo krzemu, co materii organicznej, nie zwróciłabym uwagi na skrytkę w rogu. Jej blask był bardzo delikatny. 

Prywatne wspomnienia Sitarskiego, zapisane w kryształach, były świetnie chronione przed niepowołanym dostępem. W normalnych okolicznościach nigdy bym ich nie złamała, ale mikstura doktora Webera dawała niezłego kopa. 

Otworzyłam drzwiczki sejfu, chwyciłam tkwiące wewnątrz informacje i zapisałam kopię. 

A potem mogłam już tylko krzyczeć czekając, aż ustąpią skurcze.

 

VIII

 

Choć minęło tyle lat, Zakole wciąż stanowiło dla mnie krajobraz dzieciństwa. Znałam tutaj każdy kąt. Pamiętałam wszystko. Zrujnowane, rozpadające się budynki, śmieci na ulicach, dzieciaki o otępiałych oczach. Wiatr, świszczący przez rozbite okna, stłumione głosy ludzi, kryjących się gdzieś w zaułkach, zgrzyt szkła i gruzu pod podeszwami butów. Zapach stęchlizny i odchodów. 

Hałas rozbijanej butelki, która uderzyła o ścianę tuż obok wymalowanej na czerwono, przekreślonej dwunastki zmusił mnie do porzucenia wspomnień. Odskoczyłam, żeby nie skaleczyły mnie okruchy szkła. 

– Wypierdalać stąd, kundle! To nie wasze miejsce – krzyknął ochrypnięty głos.

Byłam gotowa się z nim zgodzić.

Zanurkowałam w otwarte drzwi. Ruszyłam korytarzem. Pod stopami zatrzeszczała plastikowa strzykawka. Barbarzyństwo, ale mieszkańcy Zakola nie byli w stanie obsługiwać nowoczesnej, sterowanej kryształami technologii. Radzili sobie, jak mogli.

Na schodach siedziała młoda kobieta z dzieckiem na kolanach. Niemowlę ssało odsłoniętą pierś. Kobieta była chuda. Dziecko jeszcze bardziej. Zrobiło mi się cholernie żal obojga, ale spuściłam zasłonę. Musiałam.

To technika, jakiej uczą się wszyscy gliniarze, inaczej nie byliby w stanie wykonywać swojej pracy. Reguła jest prosta. Izolujesz uczucia i odkładasz na bok, żeby nie przeszkadzały ci robić tego, co powinnaś. Jednak wcześniej czy później metoda i tak zawodzi. U mnie wyparte wspomnienia wróciły pod postacią dziewczyny, przypiętej do metalowego stołu. Unieruchomionej, jak ja kiedyś. Zupełnie bezradnej.

Zauważyłam, że drżą mi dłonie. Zatrzymałam się na chwilę, żeby je rozetrzeć i wtedy go odebrałam.

Sygnał tak potężny, że wzbudził w mojej głowie echo.

Wiedziałam, skąd dochodzi. 

W zamkniętej szafce znalazłam wiele odpowiedzi. Były tam też kopie zeznań podatkowych. Sitarski płacił za jedną z nieruchomości na Zakolu, tę, w której przyszedł na świat. Właśnie do tego potrzebował ukrytego konta, by żaden z księgowych korporacji nie dowiedział się przypadkiem o jego skromnych początkach. Sądziłam, że zostawił przeszłość za sobą, ale i on był jej niewolnikiem.

Budynek Sitarskiego znajdował się w odległości trzech ulic od ostatniego znanego adresu ciężarnej dziewczyny.

 

IX

 

Czekała na mnie pośrodku małego placu, ze wszystkich stron otoczonego sypiącymi się budynkami. Na ścianie zrujnowanego bloku wymalowano olbrzymi mural, podobny do plakatów, zdobiących siedziby TERG-i. Artysta zmienił jednak kilka znaczących szczegółów. Obcy miał teraz dłonie otwarte w geście błogosławieństwa, a na głowie koronę z cierni. Pod spodem widniał napis: Zbawienie dla dwunastu procent.

Pośrodku malowidła widniała wielka, czerwona plama.

– Co się stało z dzieckiem? 

Do tej pory stała z opuszczoną głową. Dopiero teraz ją podniosła i zobaczyłam, że jej oczy wypełnia ciemność. 

Przyłożyła dłonie do skroni.

– Kryształy powiedziały mi, że go sobie nie życzą. Za dużo z nim problemów.

– To była ich decyzja? Czy może twoja własna?

Odpowiedziała szerokim uśmiechem. 

– Trzeba było wydrzeć Sitarskiemu jego kryształy i rozetrzeć na miazgę. Jakoś się do nich dobrałaś, co? I to pomimo faktu, że niemal wygasły. Czego się dowiedziałaś?

– Tak szybko rezygnujesz z odgrywania niepoczytalnej? Udawanie ofiary TERG-i, która postradała zmysły w wyniku nielegalnych eksperymentów, to całkiem sensowna linia obrony. 

– Nieźle to wymyśliłam, prawda? Wiesz, że byłaś moim natchnieniem? Jaka szkoda, że będę musiała cię zabić.

– Nawet gdybym umieściła nielegalnie zdobyte informacje w hubie Viterusa, nie uznałby ich żaden sąd. 

– Zdaje sobie z tego sprawę. Ale wiem też, na co cię stać. Potraktuj to jako komplement dla swoich kompetencji. Gdym pozwoliła ci żyć, znalazłabyś sposób, by mnie dopaść.

– Zanim… – odchrząknęłam, bo nagle zaschło mi w gardle – zanim przejdziemy do finału, powiedz mi jedno. Było warto? Zabić własne dziecko, żeby tylko dostać do ręki garść świecidełek? 

Przestała się uśmiechać i pierwszy raz zobaczyłam gniew w jej oczach. Brakowało jej wprawy w kontrolowaniu przekazu. Mój umysł zalała fala obrazów.

Zobaczyłam małą, ambitną dziewczynkę, znacznie zdolniejszą od swojego najlepszego przyjaciela. Pracowała nieustannie. Holowała Sitarskiego, motywowała do pracy, namawiała, żeby się nie poddawał. Kiedy w dniu osiemnastych urodzin zespolił się z trzema kryształami, była niesamowicie dumna. A potem nadszedł jej czas. Nie była w stanie przyjąć nawet jednego. 

Rozpoznałam jej gniew. Też nie mogłam znieść niesprawiedliwości, jaka mnie spotkała. Ale ona posłużyła się wściekłością niczym bronią. Znalazła sposób, by i tak zespolić się z kryształami, a jednocześnie zemścić na TERdze. I Sitarskim, który w jej oczach reprezentował korporację. 

Biedny facet. Musiał się czuć cholernie winny, jeśli zgodził się na jej plan.

W tej sprawie nieustannie popełniałam błędy. Gdybym nie upierała się przy winie korporacji, może wcześniej dostrzegłabym prawdę. 

Nie przyszło mi do głowy, jak daleko ktoś może się posunąć, żeby tylko dostać to, czego pragnie.

Może rzeczywiście kiepski ze mnie detektyw?

Dopiero teraz zrobiłam coś, czego podświadomie unikałam od chwili, gdy tylko zobaczyłam tamto nagranie. Czy już wtedy podejrzewałam, że dojdzie między nami do konfrontacji i dlatego nie chciałam wymawiać jej imienia?

– Bereniko Bazan. Aresztuję cię za morderstwo…

Nie zdołałam dokończyć.

Machnęła dłonią. Z ukrytej kieszeni kurtki wyskoczyły cztery zespolone ostrza, dokładnie takie, jakich użyła przy pierwszym morderstwie.

Ale ja przecież wiedziałam, z kim mam do czynienia. I w przeciwieństwie do Bereniki zdążyłam się oswoić zarówno z faktem posiadania kryształów, jak i ze świadomością, że nie w każdej sytuacji są najlepszym rozwiązaniem.

Huk wystrzału rozległ się echem między budynkami. Po ułamku sekundy dołączył do niego mój okrzyk bólu. Zdążyłam przechwycić trzy ostrza. Czwarte wbiło się pod obojczykiem.

Berenika leżała na ziemi, z niedowierzaniem przyglądając się krwi. 

– Nie chciałam… ich… zabić. Ani… – sięgnęła dłonią do brzucha – …ani jego.

Wzruszyłam ramionami na to oczywiste kłamstwo. Umierała. To nie była pora na wykłady o hipokryzji.

Leżała pod ścianą zrujnowanego wieżowca z malowidłem obcego w rozbitej kapsule. Berenika także stanowiła swego rodzaju kapsułę. Miała sprowadzić nowe, obce życie na nasz świat. 

Zawiodła. 

Podniosłam się z ziemi, przyciskając dłoń do rany. Podkoszulek przesiąkł krwią, ale wezwałam już pomoc i wiedziałam, że za chwilę nadejdzie, że muszę wytrzymać tylko trochę, a wszystko będzie w porządku.

Zrobiłam dwa chwiejne kroki. Ugięły się pode mną nogi i padłam na kolana. Przez chwilę skupiałam się jedynie na oddychaniu.

Kiedy przed oczyma przestały wirować czarne plamki, nachyliłam się nad dziewczyną i zamknęłam jej powieki. Potem przewróciłam się na bok i leżałyśmy razem. Ja i ona. Pod martwym spojrzeniem obcego, który przyniósł nam najwspanialszy dar, jaki tylko można sobie wyobrazić. 

Pomyślałam, że nie ma nic gorszego od cudu darowanego tym, którzy nie są gotowi go przyjąć. Potem moje myśli zaczęły się mieszać.

Odpłynęłam w nicość.

Koniec

Komentarze

Bardzo spodobał mi się świat, który wykreowałaś. Na początku trochę irytowało mnie to jaką tajemnicą otaczasz kryształy i zespolenie, nie mogłem się doczekać aż to wyjaśnisz. W pewnym momencie zrozumiałem ze ja czytam opowiadanie a Ty piszesz powieść, więc nie masz się gdzie śpieszyć. To niestety bardzo szybko się zemściło bo trzydzieści tysięcy znaków pękło i trzeba było zmierzać do zakończenia. No i utkałaś wszystko co miałaś w głowie w ostatniej ćwiartce i wyszedł chaos i niestety nie zrozumiałem dlaczego imię Berenika Bazan powinno mi coś mówić.

Świetnie mi się czytało, dobrze napisane, dobrze skonstruowane, świetnie wymyślony świat tylko zakończenie na łapu capu. Nie zamknęłaś sobie drogi do kontynuowania przygód Marty Korn, (swoją drogą bardzo mi się Twoja bohaterka podoba) czekam więc na dalsze opowiadania w tym uniwersum.

Masz rację. Ja w ogóle chyba kiepsko radzę sobie z opowiadaniami, jeśli zaczynam jakąś historię, to puchnie w mojej głowie do wielkich rozmiarów. Dlatego tak się to wszystko tak dziwnie urywa – historia tej dziewczyny to dopiero początek, dalsze śledztwo zaprowadzi Martę w bardzo odległe zakątki, a samo zespolenie i kryształy to też wielka tajemnica, którą ledwo nadgryzłam w tej historii. 

Dziękuję za komentarz.

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dobra lektura, choć liczne usterki nieco zaburzały jej płynność. Nic, czym trzeba by się martwić, bo w większości to literówki czy jakieś zbłąkane nadmiarowe słowa, ale do poprawienia koniecznie, bo wyglądają niechlujnie – poniżej wklejam to, co wyłapałam. Natomiast poza tym – bardzo fajnie, zgrabnie napisane, poza tymi babolami, nie znalazłam niczego poważnego w technikaliach, do czego mogłabym się przyczepić. 

Fabuła zainteresowała mnie, pomimo że klimat nie bardzo mój – czyli fajnie. Fakt, rozkręca się to wszystko dość spokojnie, przez co ekspozycja zżera nieco zbyt dużo miejsca, ale podobało mi się to, jak przeplatałaś informacje o bieżących wydarzeniach, przeszłości bohaterki i świecie – dzięki temu nie miałam wrażenia, żebyś serwowała jakieś niestrawne infodumpy. Przeciwnie – wszystko podane w spokojnych, przyswajalnych dawkach. Widać jednak dysproporcję w drugiej części – na rozwiązanie zagadki i główną konfrontację zostało już niewiele znaków. Podobnie jak Fizyk, miałam wrażenie, że coś mi tu umyka i również zawahałam się chwilę przy nazwisku dziewczyny – nie wiem, czy powinno coś znaczyć, czy po prostu wprowadziłaś je w taki sposób, że odnosi się wrażenie, że powinno. Natomiast sam pomysł na rozwiązanie zdecydowanie przypadł mi do gustu.

 

 

Obiecana łapanka baboli:

 

Pod dniu takim, jak dzisiejszy, – literówka

 

Jeśli sytuacja wymnie się spod kontroli – literówka

 

Wolałaby dać sobie odciąć rękę, niż pracować z którymkolwiek z was. Ba, wolałabym stracić obie dłonie. – literówka

 

Dawno temu nauczyłam się się pokazywać środkowy palec członkom TERGi.

 

jestem jednak przekonany, że przez salę przewinęło się więcej osób, niż to było to absolutnie konieczne.

 

Mimo perspektywy zniewolenia przez Sale przewijały się dziesiątki osób, – literówka

 

Usiłuję złapać trochę snu, zanim będę tam musiał tam wrócić jutro.

 

Na to pytanie nie byłam w stanie dopowiedzieć. – literówka

 

Nie licząc z zwykłego, korporacyjnego szumu, w kanałach panowała zupełna cisza.

 

Ani krew ani mocz Sitarskiego nie nie zawierała metabolików

 

jak inaczej mogliby go skłonić Sitarskiego, by zaryzykował przyszłość dla podejrzanych eksperymentów TERGi? – za dużo grzybków w barszczu

 

Otworzyłam drzwiczki sejfu. W środku czekały informacje, na które czekałam. Chwyciłam je i zapisałam kopię. 

A potem mogłam już tylko krzyczeć czekając, aż ustąpią skurcze.

Powtórzenia

 

Pośrodku malowidła widniał wielka, czerwona plama. – literówka

 

Wzruszyłam ramionami [+na] to oczywiste kłamstwo.

 

Przez chwilę skupiałam [+się] jedynie na oddychaniu.

 

 

A ten fragment bardzo mi się spodobał:

 

Podróż przez kolejne piętra TERGi przypominała cofanie się w czasie. Reprezentacyjne części lśniły od szkła i stali, rozjarzały się blaskiem ekranów. Im wyżej wędrowaliśmy, tym bardziej cofały się wskazówki zegara. Zamiast najnowszej technologii, trójwymiarowych projektorów i stonowanych barw, widać było rzędy identycznych biurek, gdzie pracownicy pocili się pod nieugiętym blaskiem jarzeniowego światła. Spodziewałam się, że na kolejnych piętrach świetlówki zastąpi światło gazowych latarni. 

 

Wierzę, że poprawisz usterki i klikam bibliotekę ;)

Babole poprawiłam, i przepraszam, że się w ogóle pojawiły. Zawsze mi się wydaje, że wyłapałam wszystkie przed publikacją i zawsze ktoś mi jakieś znajdzie. Arrrrgh! 

Co do samego opka – kurczę, rosło po prostu. Z początku to miała być prosta historia, ale w trakcie pisania objawiła mi się fabuła znacznie bardziej skomplikowana i pokręcona, niż to, co widać w treści. A licznik znaków pokazywał nieubłaganie, że czas kończyć.

Dziękuję za komentarz!

Fajna historia, niezły świat. Podobały mi się.

Ale zgadzam się z przedpiścami, że zakończenie wydaje się pospieszne i nie wyjaśniasz go tak spokojnie, jak początku.

Faktycznie, można w tym świecie jeszcze sporo historii stworzyć. Same zamieszki dają niezłe pole do popisu.

Jak to się stało, że Berenika najpierw nie mogła się zespolić, a potem okazała się superpodatna? Sama ciąża wystarczyła?

Babska logika rządzi!

Świetne! Mnie się bardzo bardzo…

Cyberpunk jak się patrzy. Ładnie napisany, ładnie nasycony techniką, ładnie wpleceni Obcy. A jest jeszcze szczypta filozofii. No super!

Kilka uwag:

– “działaliśmy przecież w najlepszych intencjach” – hm, to mi coś nie brzmi: działać w intencjach?:

– “plątał się ot, tak” – ten przecinek na pewno nie tu;

– “Nie przestawali jednak nalegać” – formalnie to poprawne, ale przesłuchiwani mogą na coś ”nalegać”?;

– “bardzo, ale to bardzo ciężarna” – można być “bardzo” albo “nie bardzo” ciężarną?;

– “wyrwała ją ze stuporu” – to raczej nie był stupor;

– “która powinna znaleść się” – znaleźć;

– “małą, ambitna dziewczynkę” – ogonek zjedzony.

 

Się mi bardzo! Idę klikać! Gdybyś jeszcze rozwinęła zakończenie, to zgłosiłbym do najlepszych opowiadań miesiąca. Ale ciut (maluśko) zabrakło.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

@ Finkla

Dziękuję za komentarz.

Sprawa z Bereniką jest ciut bardziej skomplikowana, ale żeby to wyjaśnić, trzeba by było pociągnąć tę historię dalej (co i tak planuję zrobić). Sitarski wykorzystał materiał, jaki pozostał po eksperymentach z Martą. Zniszczyła dokumentację, ale nie zdawała sobie sprawy, że Weber miał próbki jej tkanek. Sitarski je wykorzystał, ale choć pomogły, okazały się niewystarczające, by umożliwić pełną podatność. Wtedy Berenika wpadła na pomysł z ciążą. 

 

@ Staruch

Po pierwsze, gratulacje. Nie znam zbyt wielu stodwulatków, którzy zachowali tak żywy umysł :) Dziękuję, że w swoim sędziwym wielu nadal chce ci się czytać i komentować.

Błędy poprawiłam, z jednym zastrzeżeniem: Nie można, oczywiście, być ciut w ciąży, ale można chodzić z większym lub mniejszym brzuchem. Berenika na nagraniu wyglądała jak wieloryb wyrzucony na brzeg. To miała na myśli bohaterka.

Zgadam się, że zakończenie wymaga rozwinięcia, ale niestety, ograniczała mnie ilość znaków, bo to opko konkursowe. Jenak i tak planuję to opowiadanie “rozpisać” dalej.

Podobało mi się. Spójne i interesujące. I bardzo porządnie napisane. Czepiajac się nieco – dla mnie jest zbyt grzeczne na poziomie dialogów,mogłyby być mniej elegancko, wypowiedzi są takie zbyt… grzeczne? Dziękuję.

Bardzo fajne. 

Mnie usterki w czytaniu nie przeszkadzały, nie rzucały się w oczy. I rzeczywiście, ewentualne babolki wynikają raczej z nieuwagi, a nie braku umiejętności. Bo tekst jest dobrze napisany, z interesującym, całkiem bogatym światem i ciekawą bohaterką. Nie jest to nic szalenie odkrywczego, ale z pewnością warte przeczytania zwłaszcza, że ma duży potencjał i możliwości rozwinięcia. 

A rozwinięcie by się przydało, bo rzeczywiście, niezupełnie mieścisz się o ograniczeniach opowiadania. Fabuła cierpi w pewnym sensie przez to, że akcja opiera się na dochodzeniu, które ze względu na brak miejsca (bo i świat trzeba było przedstawić i bohaterkę zbudować) okazało sie szybkie, proste i mało wciągające.

Mimo to, jakie już wspomniałem, czytało się bardzo dobrze, opowiadanie sprawdzałoby się znakomicie jako wstęp od całej serii, może nawet powieści. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

thar­go­ne

Też mi się tak wydaje, że to raczej wstęp do książki, ale mam nadzieję, że samodzielnie też się da przeczytać. Samo śledztwo też jest bardziej pogmatwane – tzn. okaże się takie w rozwiniętej wersji.

Dziękuję za opinię. 

Bardzo, bardzo mi się podobało. Ciekawe i na poziomie świata przedstawionego, i fabuły. Bardzo wciąga. Miałem tylko jeden kłopot z tymi żywymi wszczepienymi kryształami. Czy jest możliwość, że czytałem wcześniej coś z tego Twojego uniwersum? Bo nie mogę się pozbyć wrażenia, że ten pomysł znam.

Moja książka i artykuły naukowe (też o fantastyce), jakby ktoś miał ochotę zerknąć: https://uni-wroc.academia.edu/MarcinBorowski/Papers

Oglądałam kiedyś film s-f. Nie wiem, o czym był, jaki miał tytuł, itp – włączyłam telewizor, bo nie mogłam spać, obejrzałam fragment i odpłynęłam. Tam właśnie byli ludzie, którzy mieli wszczepione kryształy, a jeden z bohaterów miał czarny i nikt go nie lubił. Pomysł z żywymi kryształami wziął się stamtąd, ale tam kryształy odpowiadały chyba za zgodność seksualną, bo pomagały w doborze partnerów. Więc jeśli nie mogłeś spać i natrafiłeś nocą na jakiś dziwaczny film, to znasz pomysł stamtąd :)

U McCaffrey były jakieś kryształy. Niby nie wszczepiane, ale modyfikowały ludzi, którzy się z nimi stykały…

Babska logika rządzi!

Coś mi się kojarzy, że rzeczywiście, ale bardzo dawno to czytałam. Więc kto wie, może to stamtąd :)

Myślałem tylko, że może już spotkałem się z innym Twoim tekstem :) A jeśli to tylko inspiracja, to mogła się wziąć nawet z "Tytusa, Romka i Atomka", tam też były jakieś gadające kryształy, tylko chyba się z niczym nie łączyły;) Nieważne, tak czy inaczej, opowiadanie bardzo mi się podobało.

Moja książka i artykuły naukowe (też o fantastyce), jakby ktoś miał ochotę zerknąć: https://uni-wroc.academia.edu/MarcinBorowski/Papers

Jeszcze raz dziękuję :) Nie ma innych opowiadań w tym uniwersum, bo moim wyzwaniem dla samej siebie jest pisać możliwie różnorodnie, i pod względem gatunku i tematyki. Staram się, żeby żadne opowiadanie nie było podobne do poprzedniego. Choć bardzo mnie ciągnie, żeby za niektóre historie zabrać się bardziej szczegółowo.

Przeczytane.

@Szandek Dzięki :)

No cóż, podzielam zdanie zadowolonych czytelników, bo mnie także podoba się i pomysł, i przedstawienie zdarzeń, a jednocześnie żałuję, że cała historia nie została lepiej rozplanowana, że limit zmusił Cię do dość raptownego zakończenia historii.

W dialogach brakło mi didaskaliów, skutkiem czego musiałam mocno natężać uwagę, aby śledzić, kto wypowiedział daną kwestię.

Z przykrością stwierdzam, że w Podarunku nadal jest sporo usterek. Mam nadzieję, że je poprawisz, bo chciałabym móc odesłać opowiadanie do Biblioteki.

 

Unio­słam dłoń i po­ka­za­łam drzwiom sie­dzi­by kor­po­ra­cji. –> Czy dobrze rozumiem, że bohaterka jednym ruchem dłoni pokazała drzwiom wszystkie siedziby korporacji?

 

jaki TERGa umiesz­cza­ła we wszyst­kich sie­dzi­bach firmy. –> …jaki TERG-a umiesz­cza­ła we wszyst­kich sie­dzi­bach firmy.

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu prawie trzydzieści razy.

 

Wi­dząc, że nie do­cze­ka sie re­ak­cji… –> Literówka.

 

pra­cow­ni­cy po­ci­li się pod nie­ugię­tym bla­skiem ja­rze­nio­we­go świa­tła. –> Co to znaczy, że blask był nieugięty?

 

A gdy się już po­ja­wił, za­brał się za sprzą­ta­nie. –> A gdy się już po­ja­wił, za­brał się do sprzątania.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

– Z Me­dVi­sty – unio­słam brew. –> – Z Me­dVi­sty.Unio­słam brew.

Tu znajdziesz informacje, jak poprawnie zapisywać dialogi:  http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii dialogowych;13842.html

 

Kon­tak­ty z dzia­łem me­dycz­nym NOS­GOR­Du… –> Kon­tak­ty z dzia­łem me­dycz­nym NOS­GOR­D-u

 

od­szu­kać przy­dat­ne mi in­for­ma­cje. 

Nie było sensu szu­kać dziew­czy­ny… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

po­kry­wa­ły się na­wza­jem, co i raz roz­ja­śnia­jąc się bły­ska­mi. Sku­pi­łam się na syl­wet­ce na­ukow­ca, bo to jego przy­pa­dek wydał mi się na razie naj­cie­kaw­szy. My­śla­łam o nim i o dziew­czy­nie, która po­win­na zna­leźć się ra­czej… –> Siękoza.

 

sala ban­ko­wa, kry­ją­ca dzie­siąt­ki skry­tek. –> Brzmi to fatalnie.

 

Pa­trzy­łam w zdu­mie­niu. –> Raczej: Pa­trzy­łam zdu­miona.

 

Za­nur­ko­wa­łam w otwar­te drzwi Ru­szy­łam ko­ry­ta­rzem. –> Brak kropki po pierwszym zdaniu.

 

– Tak szyb­ko re­zy­gnu­jesz z od­gry­wa­nia nie­po­czy­tal­nej? To by­ła­by cał­kiem nie­zła linia obro­ny – ofia­ra TERGi, która po­stra­da­ła zmy­sły w wy­ni­ku nie­le­gal­nych eks­pe­ry­men­tów. –> Dodatkowe półpauzy w wypowiedzi utrudniają jej właściwe odczytanie.

 

Be­re­ni­ka le­ża­ła na na ziemi… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Przez chwi­lę sku­pia­łam je­dy­nie na od­dy­cha­niu. –> Pewnie miało być: Przez chwi­lę sku­pia­łam się je­dy­nie na od­dy­cha­niu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuję nie tylko za odnalezienie błędów, ale i umożliwienie zrozumienia, dlaczego wybierane przez mnie wersje były błędne. Mój własny język czasem okazuje się bardziej obcy, niż można by przypuszczać.

Kadah, bardzo się cieszę, że mogłam pomóc i że uznałaś uwagi za przydatne. :)

Opowiadanie trafiło do Biblioteki. :D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuję :)

Bardzo proszę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podróż przez kolejne piętra TERG-i przypominała cofanie się w czasie. Reprezentacyjne części lśniły od szkła i stali, rozjarzały się blaskiem ekranów. Im wyżej wędrowaliśmy, tym bardziej cofały się wskazówki zegara.

Dobrze się czyta, fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki, Anet :)

Melduję przeczytanie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dziękuję :)

Fabuła: Opowieść bardzo mnie wciągnęła. Zaprezentowałaś ciekawą, dynamiczną historię detektywistyczną, w odpowiedni sposób miarkując ujawnianie kolejnych puzzli, które w finale stworzyły piękną układankę. Zakończenie jest bardzo wymowne, posiada głęboki przekaz. Niektóre wstawki w moim odczuciu nosiły znamiona nadmiernie prostolinijnej ekspozycji i w zasadzie to jedyny zarzut, jaki mam w tej części oceny.

 

Oryginalność: Tekst wyróżnia się na tle innych propozycji konkursowych tym, że UFO nie stanowi tutaj głównej osi fabularnej opowiadania, a jedynie element twórczy świata przedstawionego. Sama kreacja tegoż świata mogłaby być nieco bardziej dopracowana, niektóre cyberpunkowe klisze trochę rażą. Bardzo spodobał mi się pomysł na żyjące kryształy wchodzące w symbiozę z ludzkim organizmem oraz to, w jaki sposób ten fakt wpłynął na kształt społeczeństwa. Nie siliłaś się tutaj na rozbudowane teorie naukowe, i moim zdaniem dobrze, bo dzięki temu wykorzystaniu rule of cool zachował klimat klasycznych dzieł science-fiction. Uwaga na marginesie – przyjmowanie narkotyków przez skórę to raczej słaby pomysł. Ta droga podania z reguły skutkuje działaniem lokalnym a nie ogólnoustrojowym, i choć co prawda, o ile dobrze pamiętam, niektóre substancje psychoaktywne są w stanie wywołać odpowiednie efekty u człowieka przez sam kontakt ze skórą (na przykład plastry z fentanylem: https://www.therecoveryvillage.com/fentanyl-addiction/related-topics/fentanyl-patch-abuse/#gref, ale już na przykład historie o tym, że LSD działa przez kontakt ze skórą to już raczej mity: https://www.reddit.com/r/Drugs/comments/32uhm0/lsd_transdermal/), to ten sposób zażywania nie jest często stosowany, gdyż bardziej „bezpośrednie” drogi podania, chociażby doustna czy dożylna, są po prostu skuteczniejsze.

 

Język: Jest przystępny, opowiadanie nie odstraszało przed czytaniem, jednakże należy trochę popracować nad poprawnością zapisu. Interpunkcja czasem szwankuje, wkradła się też literówka: „wymnie” → „wymknie”. Niektóre zdania zgrzytały mi stylistycznie, na przykład: „Kandydatka do przeszczepu była bardzo, ale to bardzo ciężarna” – raczej nie da się być „trochę” ani „bardzo” w ciąży.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Wicked G, bardzo dziękuję za komentarze.

Świetny tekst, Kadah! Sprawnie podrzucasz kolejne okruchy informacji, dzięki czemu historia trzyma w napięciu. Podobało mi się wyważone prowadzenie fabuły, stopniowe rozbudowywanie uniwersum i narracja głównej bohaterki. Poszczególne elementy świata są nienachalnie wkomponowane w przebieg akcji. Mimo dość szybkiego rozwiązania śledztwa (myślę tu o samej scenie konfrontacji, nie całości opowiadania) lektura jest satysfakcjonująca, nie pozostawia niedosytu.

Jedyne, co czego mogłabym mieć pewne zastrzeżenia, to styl, który wydał mi się nieco zbyt “przezroczysty” i momentami trochę statyczny. Kluczowe sceny mają jednak bardzo dobry flow, a to najważniejsze.

Gratuluję podium!

 

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Bardzo dziękuję :)

Nowa Fantastyka