- Opowiadanie: Crucis - Włosy Eurydyki

Włosy Eurydyki

Za­in­spi­ro­wa­ny “Or­fe­uszem” Mon­te­ver­die­go po­sta­no­wi­łem na­pi­sać al­ter­na­tyw­ną kon­ty­nu­ację mitu. Jak zwy­kle pro­szę o słowa kry­ty­ki i życzę miłej lek­tu­ry! :) 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Włosy Eurydyki

Wrota kra­iny zmar­łych za­mknę­ły się z hu­kiem za Or­fe­uszem. Śpie­wak za­to­czył się, zdru­zgo­ta­ny, wy­po­wia­da­jąc bez­gło­śnie imię na za­wsze utra­co­nej żony. Jesz­cze w jego gło­wie wid­niał obraz Eu­ry­dy­ki, tak nie­ziem­sko pięk­nej, jed­no­cze­śnie szczę­śli­wej na jego widok i prze­stra­szo­nej zła­ma­niem za­ka­zu Ha­de­sa. A potem roz­my­ła się w ciem­no­ściach bez­kre­snej kra­iny zmar­łych. Ode­bra­na. Wy­dar­ta. Utra­co­na.

Słoń­ce nad Tra­cją nie­śmia­ło zbli­ża­ło się do ho­ry­zon­tu. Cie­płe świa­tło wy­peł­nia­ło całą kra­inę: otu­la­ło gniaz­da pta­ków mię­dzy ga­łę­zia­mi drzew, śli­zga­ło się po łą­kach po­ro­śnię­tych gęstą trawą, prze­my­ka­ło mię­dzy po­ro­ża­mi je­le­ni, które teraz na­słu­chi­wa­ły ja­kie­goś za­wo­dze­nia nio­są­ce­go się po lesie.

Męż­czy­zna rzu­cił się na wrota, ci­snąw­szy lirę gdzieś w trawę. Tłukł pię­ścia­mi, bła­gał, gro­ził, krzy­czał, w końcu wziął z po­wro­tem in­stru­ment w na­dziei, że może śpiew jesz­cze raz skło­ni isto­ty z otchłani do bycia mu przy­chyl­ny­mi. A śpie­wał pięk­nie, tak smut­no, że z oczu bogów, gdyby pieśń sły­sze­li, nie­chyb­nie po­pły­nę­ły­by łzy. Wszyst­ko na próż­no.

Oparł się ple­ca­mi o wrota Ha­de­su i zła­pał za głowę, dy­sząc cięż­ko i płacząc.

– Prze­być Styks z Cha­ro­nem, oswo­ić Cer­be­ra, be­stię, na widok któ­rej każ­de­mu mę­żo­wi w świe­cie za­drża­ły­by nogi, po­skro­mić Ery­nie mu­zy­ką. Ha! Za­skar­bić sobie wzglę­dy sa­me­go wład­cy pod­zie­mi! I wszyst­ko na nic…! Na nic! Nic, tylko przez chwi­lo­wą sła­bość…! Jakże marny ze mnie mąż i czło­wiek, że po­zwo­li­łem, by moja uko­cha­na Eu­ry­dy­ka zo­sta­ła na za­wsze w kra­inie zmar­łych! Już żadna ko­bie­ta… żadna nie bę­dzie tym, czym ona była dla mnie! – opo­wia­dał w za­sa­dzie ni­ko­mu drżą­cym gło­sem. Wy­cią­gnął mały pu­kiel wło­sów swo­jej żony, któ­rym kie­dyś go ob­da­ro­wa­ła i który miał za­wsze przy sobie. Do­ty­kał go ostroż­nie, z czu­ło­ścią, jak gdyby bał się uszko­dzić.

– Och! – jęk­nął. – Gdy­bym miał setkę oczu Ar­gu­sa i wylał nimi morze łez, nie od­da­ło­by to tego cier­pie­nia, ta­kiej stra­ty…!

Nie­bio­sa nagle roz­stą­pi­ły się i jakby dru­gie słoń­ce po­czę­ło scho­dzić na zie­mię, w to­wa­rzy­stwie gło­śnej, pięk­nej mu­zy­ki. Or­fe­usz wzniósł głowę i spoj­rzał zlęk­nio­ny w ten nie­sa­mo­wi­ty blask. Mi­nę­ła chwi­la, zanim zro­zu­miał, że to jego oj­ciec – sam Apol­lo zstą­pił z Olim­pu. Świe­tli­sty wóz i to­wa­rzy­szą­cy mu nie­biań­ski or­szak w końcu sta­nęły przed zlęk­nio­nym śpie­wa­kiem.

Wstał.

Oj­ciec pa­trzył na niego mą­drym, spo­koj­nym wzro­kiem.

– Synu mój – ode­zwał się bóg pięk­nym gło­sem. – Za­sta­ję cię cier­pią­ce­go, spo­nie­wie­ra­ne­go na­mięt­no­ścia­mi, przez które stra­ci­łeś tak wiele. Gdzie twój śpiew, któ­rym cię ob­da­rzy­łem? Nie na za­wo­dze­nia, nie na próż­ne jęki twój ta­lent zo­stał dany tej kra­inie!

– Dobry ojcze! – od­po­wie­dział pełen na­dziei Or­fe­usz. – Przy­by­łeś w go­dzi­nie mo­je­go naj­więk­sze­go smut­ku. Eu­ry­dy­ka prze­pa­dła w bez­kre­snej kra­inie pod­zie­mi! Nie ma ta­kiej rze­czy na ziemi ani w nie­bio­sach, która zdol­na by­ła­by ukoić mój żal…!

– Or­fe­uszu! – rzekł Apol­lo. – Czy nie wiesz jesz­cze, że żadna roz­kosz na ziemi nie jest wiecz­ną? Pójdź ze mną synu, na Olimp, gdzie czeka cię chwa­ła i nie­skoń­czo­ne życie!

– I czy mam przez tę nie­skoń­czo­ność nie uj­rzeć uko­cha­nej Eu­ry­dy­ki? – jęk­nął. – To by­ło­by rów­nym naj­strasz­niej­szej tor­tu­rze Tar­ta­ru!

– I na to mo­że­my coś po­ra­dzić – od­parł bóg. – Pójdź ze mną, a od­zy­skasz swoją żonę. To prze­po­wie­dzia­ła mi wy­rocz­nia.

Śpie­wak mil­czał przez chwi­lę, nie do­wie­rza­jąc sło­wom Apol­la.

– Głup­cem i nie­god­nym zwać się twoim synem był­bym, gdy­bym nie usłu­chał tak mą­drej rady – po­wie­dział w końcu i wsiadł do ry­dwa­nu ojca.

Or­fe­usz zajął miej­sce obok Apol­la. Wóz wzniósł się w po­wie­trze i po­le­ciał nad ukła­da­ją­cą się do snu Tra­cją w stro­nę nie­bios, oto­czo­ny śpie­wem i mu­zy­ką.

 

Śpie­wak spę­dzał dni na umi­la­niu bogom czasu. Wszy­scy ce­ni­li jego rze­mio­sło. Nie my­ślał nigdy, że bę­dzie miał za­szczyt roz­ma­wiać z gro­mo­wład­nym Zeu­sem, po­znać pięk­ną Afro­dy­tę i jej męża He­faj­sto­sa. Nie my­ślał, że dane mu bę­dzie pić am­bro­zję z samym Are­sem, jeź­dzić ogni­stym ry­dwa­nem razem z He­lio­sem i wy­pró­bo­wać skrzy­dla­te san­da­ły Her­me­sa. Do­stą­pić za­szczy­tu słu­cha­nia mą­drej Ateny, ukło­nić się do­stoj­nej Herze i uczest­ni­czyć w bie­sia­dzie razem z Dio­ni­zo­sem. Wszyst­ko to prze­cho­dzi­ło naj­śmiel­sze oczekiwania śmier­tel­ni­ka. Lecz wciąż cier­piał z po­wo­du stra­ty Eu­ry­dy­ki.

Pew­ne­go razu, gdy snuł się po świe­tli­stych ko­ry­ta­rzach i kruż­gan­kach Olim­pu, na­tknął się na Apol­la.

– Ojcze – po­wie­dział smut­no – życie tutaj jest dla mnie naj­więk­szym za­szczy­tem, o któ­rym śmier­tel­ni­cy nie mo­gli­by nawet ma­rzyć. Lecz po­wie­dzia­łeś, że tutaj mogę od­zy­skać swoją żonę, a ja wciąż cier­pię z po­wo­du jej braku.

– Masz rację, Or­fe­uszu – przy­znał Apol­lo po chwi­li. – Obiet­ni­ca boska musi zo­stać do­trzy­ma­na, a po­nad­to nie chcę, by smu­tek miesz­kał w kra­inie bogów. Pójdź ze mną.

I po­szli razem, a Apol­lo roz­ma­wia­jąc z ko­lej­ny­mi bo­ga­mi gro­ma­dził po­trzeb­ną mu wie­dzę i pro­sił o pomoc tych, któ­rych umie­jęt­no­ści mo­gły­by się przy­dać w jego pla­nie.

W końcu razem z He­faj­sto­sem, Ateną, Zeu­sem i Afro­dy­tą ze­bra­li się, na gra­ni­cy Olim­pu, gdzie gwiezd­na ma­te­ria była na wy­cią­gnię­cie ręki.

– Synu – ode­zwał się Apol­lo – twoja żona nie­gdyś po­da­ro­wa­ła ci ko­smyk wło­sów, aby za­wsze była obec­na przy tobie.

– Stało się tak, jak po­wie­dzia­łeś – od­rzekł i się­gnął gdzieś mię­dzy fałdy chi­to­nu, z któ­rych wy­cią­gnął wspo­mnia­ne wcze­śniej włosy.

– Oddaj więc nam tę pa­miąt­kę, a twoja żona zo­sta­nie ci zwró­co­na.

Or­fe­usz wahał się przez chwi­lę, czu­jąc opór przed roz­sta­niem z tak cen­nym przed­mio­tem. W końcu jed­nak oddał pu­kiel wło­sów.

– Wróć tutaj za trzy dni. Eu­ry­dy­ka bę­dzie cię ocze­ki­wać – po­wie­dział Apol­lo, od­pra­wia­jąc śpie­wa­ka.

 

Wró­cił w to samo miej­sce do­kład­nie za trzy dni, pełen na­dziei, ale rów­nież obaw. Nie ro­zu­miał, co bo­go­wie mieli w pla­nie. Czy naprawdę byli w stanie zwró­cić mu Eu­ry­dy­kę?

Ale stało się tak, jak po­wie­dział Apol­lo. Gdy Or­fe­usz przy­stą­pił do bogów, spo­mię­dzy nich wy­szedł nie kto inny, tylko Eu­ry­dy­ka. Suk­nia z cien­kie­go, nie­biań­skie­go ma­te­ria­łu zdo­bi­ła jej młode ciało, które tak do­brze znał, któ­re­go tyle razy do­ty­kał. Jej oczy pełne były mi­ło­ści i ra­do­ści.

Wpa­dli sobie w ra­mio­na, pła­cząc ze szczę­ścia, nie wie­rząc w taki obrót spraw. Bo­go­wie stali obok i uśmie­cha­li się, za­do­wo­le­ni, że mogą uczest­ni­czyć w tak nie­ziem­skiej ra­do­ści.

 

He­faj­stos ufor­mo­wał ciało Eu­ry­dy­ki z gwiezd­nej ma­te­rii, Apol­lo dał jej śpiew, Afro­dy­ta czu­wa­ła nad wy­ko­na­niem pracy męża i za­pew­ni­ła jej naj­pięk­niej­sze suk­nie, Atena dała jej mą­drość, a Zeus tchnął w nią życie za po­mo­cą swo­je­go pio­ru­na. Wspól­ną pracą ich wszyst­kich było umiesz­cze­nie duszy i wspo­mnień żony Or­fe­usza, za­klę­tych w ko­smy­ku jej wło­sów, w for­mie, którą stwo­rzył He­faj­stos.

Nie­zli­czo­ną ilość czasu spę­dzi­li na śpie­wach, za­ba­wach i uczest­ni­cze­niu w chwa­le bogów. Or­fe­usz zy­skał sobie przy­chyl­ność wszyst­kich. Każdy ra­do­wał się szczę­ściem jego i Eu­ry­dy­ki, która mogła spę­dzać czas z bo­gi­nia­mi, zaś te wy­da­wa­ły się pałać do niej szcze­rą sym­pa­tią. Cza­sem to wszyst­ko wy­da­wa­ło się im zu­peł­nie nie­moż­li­we.

 

Oka­za­ło się jed­nak, że wbrew sło­wom Apol­la nawet w nie­bio­sach szczę­ście nie za­wsze trwa wiecz­nie. Gdy pew­ne­go razu Or­fe­usz śpie­wał w to­wa­rzy­stwie wszyst­kich bogów jedną ze swo­ich naj­pięk­niej­szych pie­śni, stało się coś, czego nie prze­wi­dział nikt.

Eu­ry­dy­ka, wtu­lo­na w bok swo­je­go męża słu­cha­ła mu­zy­ki. Nagle lira umil­kła, bo­go­wie wes­tchnę­li za­sko­cze­ni, a Or­fe­usz drgnął, jakby wy­stra­szo­ny. Otwo­rzy­ła oczy i skierowała je tam tam, gdzie kie­ro­wa­ły się spoj­rze­nia wszyst­kich.

Obok jed­nej ze świe­tli­stych, nie­biań­skich ko­lumn stała po­stać. Jej ciało ubra­ne było w suk­nie z nie­biań­skie­go ma­te­ria­łu, a wzrok wbi­jał się w umil­kłe­go przed chwi­lą śpie­wa­ka. Na Olim­pie po­ja­wi­ła się druga Eu­ry­dy­ka.

– Or­fe­uszu! – po­wie­dzia­ła, wzru­szo­na wi­do­kiem uko­cha­ne­go, nie za­uwa­ża­jąc z po­cząt­ku swo­je­go so­bo­wtó­ra. – Tak jak ty zstą­pi­łeś do kró­le­stwa Ha­de­sa, by wy­rwać mnie stam­tąd i po­łą­czyć się ze mną, tak ja prze­by­łam drogę z kra­iny umar­łych na zie­mię, i z ziemi na Olimp, by móc żyć z tobą! Pan kra­iny pod­zie­mia, wzru­szył się moją mi­ło­ścią i po­zwo­lił mi na wędrówkę, bym mogła zna­leźć cie­bie, mężu! Zwró­cił mi ciało. Nie ma teraz szczę­śliw­szej ko­bie­ty na świe­cie i w nie­bio­sach ode mnie, gdy widzę cie­bie po ta­kiej roz­łą­ce i ta­kiej tu­łacz­ce. Wcze­śniej roz­po­zna­ły mnie za­stę­py bo­skich sług, ob­my­ły mnie, wy­cze­sa­ły i dały tę pięk­ną suk­nie, bym mogła sta­nąć tutaj i z god­no­ścią, na nowo po­łą­czyć się z tobą…!

Śpie­wak po­bladł ze stra­chu. Bo­go­wie przy­pa­try­wa­li się wszyst­kie­mu za­nie­po­ko­je­ni, ale też z dozą cie­ka­wo­ści. Nikt nie spo­dzie­wał się, że ja­ki­kol­wiek śmier­tel­nik bę­dzie w sta­nie do­stać się na Olimp. Taka wy­pra­wa wcale nie była ła­twiej­sza niż po­dróż do Ha­de­su.

– Czemu mil­czysz, mężu? – za­py­ta­ła ze stra­chem. – Nie po­zna­jesz mnie? To ja, twoja żona, Eu­ry­dy­ka!

Druga, ta stwo­rzo­na przez bogów z ma­te­rii gwiezd­nej, wsta­ła.

– Jak śmiesz po­ka­zy­wać się tutaj, ob­łud­ni­co, w świę­tym miej­scu, w domu bogów! – krzyk­nę­ła z wy­rzu­tem. – Or­fe­uszu, to jakaś ułuda, pod­stęp złych sił, chcą­cych znisz­czyć nasze szczę­ście na Olim­pie!

Or­fe­usz mil­czał, wpa­tru­jąc się tępo w przy­by­łą.

– Bo­go­wie, wy­rzuć­cie ten ucie­le­śnio­ny fan­ta­zmat plu­ga­wych mocy, niech nie kala swoją obec­no­ścią świę­te­go miej­sca! – po­wie­dzia­ła po chwi­li, nie uzy­sku­jąc ani za po­przed­nim, ani za tym razem żad­nej od­po­wie­dzi.

– Or­fe­uszu – wtrą­ci­ła się nowo przy­by­ła – dla­cze­go obok cie­bie stoi ta ko­bie­ta, która wy­glą­da jak ja i mówi moim gło­sem? Co to zna­czy…? Prze­la­łeś swoją mi­łość do mnie na tę ułudę…?

– To nie ja je­stem ułudą! – krzyk­nę­ła, sto­ją­ca obok Or­fe­usza Eu­ry­dy­ka.

W obu ko­bie­tach nagle wez­brał gniew. Obie były świę­cie prze­ko­na­ne o swo­jej au­ten­tycz­no­ści. Żadna z nich nie chcia­ła, by fał­szy­wa wer­sja Eu­ry­dy­ki ode­bra­ła jej szczę­ście. Nagle obie rzu­ci­ły się na sie­bie i za­czę­ły okła­dać pię­ścia­mi, dra­pać i krzy­czeć. Or­fe­usz pró­bo­wał za­ła­go­dzić tę sy­tu­ację, lecz było już za późno. Zresz­tą nie­wie­le mógł zdzia­łać, w swoim ro­ze­dr­ga­nym sta­nie, nie wie­dząc, co w za­sa­dzie ma wła­śnie miej­sce.

Ko­bie­ty sko­tło­wa­ły się w jedną masę la­ta­ją­cych pię­ści, kop­nięć, krzy­ków i burzę splą­ta­nych wło­sów. Raz wy­da­wa­ło się, że ta z Eu­ry­dyk, która przy­by­ła, za­czy­na mieć prze­wa­gę, póź­niej druga, która jed­nak po chwi­li oka­za­ła się pierw­szą, potem ko­bie­ta stwo­rzo­na przez bogów za­czy­na­ła wy­gry­wać, ale zaraz roz­po­zna­no w niej prze­cież tę, która wspię­ła się na Olimp. Ko­tło­wa­ły się tak i wy­mie­nia­ły ciosy, aż nikt już nie wie­dział, która jest którą. Jedna z Eu­ry­dyk nagle zna­la­zła pod ręką szty­let, le­żą­cy przy misie z owo­ca­mi. Wy­swo­bo­dzi­ła się z uści­sku dru­giej i dźgnę­ła ją naj­pierw w plecy, potem w szyję, i kilka razy w pierś. Druga z nich, onie­mia­ła z prze­ra­że­nia przed nad­cho­dzą­cą śmier­cią, osu­nę­ła się na po­sadz­kę bo­skie­go pa­ła­cu. Bo­go­wie jęk­nę­li.

Eu­ry­dy­ka stała ze szty­le­tem nad drugą Eu­ry­dy­ką, a jej nie­biań­ską suk­nie zna­czy­ły czer­wo­ne plamy. Prze­ra­żo­na tym, co wła­śnie zro­bi­ła, z krwią we wło­sach i na twa­rzy spoj­rza­ła na swo­je­go uko­cha­ne­go męża. Ten pa­trzył na nią z lę­kiem i za­gu­bie­niem, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co wła­śnie się stało. Bo­go­wie mil­cze­li.

 

 

Koniec

Komentarze

Crucisie, przeczytałam twoje opowiadanie. Cóż mogę rzec?

Przede wszystkim – czy to nie jest aby fragment? Zakończenie to właściwie urwana scena, więc jak najbardziej wskazywałoby to na fragment.

Dialogi bardzo podniosłe, zaczynające się od wołaczy (Ojcze, Synu mój, Orfeuszu, i tak dalej), mocno kontrastują z opisem walki dwóch Eurydyk, który jest wręcz komiczny.

 

Łapanki robić nie będę, bo ekspertką nie jestem, aczkolwiek rzuca mi się w oczy parę powtórzeń i złych zapisów.

Nie jest źle, pomysł zacny, ale tyłka mi to nie urwało, niestety :).

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Jest jakiś pomysł na alternatywny mit. Wprawdzie zgrzytnęli mi greccy bogowie budujący androida/ klonujący Eurydykę (wydaje mi się, że to strasznie nie w ich stylu – męczyć się dla śmiertelnika i jeszcze robić wbrew Hadesowi), ale niech Ci będzie. Końcówka trochę nadrabia. No, to się nie mogło skończyć piękną, olimpijską sielanką.

Nikt nie zauważył kiedy, ale obie z nich rzuciły się na siebie

To czym byli zajęci wszyscy zebrani w tak niezwykłej sytuacji, że nie patrzyli na Eurydyki?

Babska logika rządzi!

Dziękuję za lekturę!

Zakończenie pomyślane było właśnie na takie “urwane”. :) Orfeusz otrzymawszy od Apolla obietnicę, że na Olimpie odzyska żonę (co jest poparte przepowiednią, o czym bóg wspomina), faktycznie odzyskuje ją. Problemem jednak okazuje się, że Eurydyk jest naddatek. Gdy jedna z nich ginie, nie wiadomo, czy ze starcia zwycięsko wychodzi oryginalna żona Orfeusza, ta po którą poszedł do Hadesu, czy zamiennik ulepiony przez bogów. Zakończenie miało być momentem, gdy zarówno bogowie i Orfeusz uświadamiają sobie drwinę fatum, mającego władzę nad wszystkimi. Przepowiednia się wypełniła, jednak nic nie pozostaje takie samo w świetle owych wydarzeń. Rozumiem jednak, że końcówka może sprawiać wrażenie urwanej.

Również pozdrawiam!

Taka pomoc śmiertelnikowi faktycznie nie jest w stylu greckich bogów, ale myślę, że należy pamiętać, że moc śpiewu Orfeusza mogła skłonić samego Hadesa, by ten wydał jej zmarłą żonę. Ewidentnie miał gość talent i zaskarbił sobie przyjaźń bogów.

Fragment, który wymieniłaś faktycznie zgrzyta. Poprawię go.

Dziękuję za lekturę i komentarz! :)

Miałeś, Crucisie, pomysł na autorską wersję mitu o Orfeuszu i Eurydyce i jakkolwiek bardzo lubię opowiadania inspirowane mitologią, to ta historia nie wywarła na mnie szczególnego wrażenia. Może dlatego, że zabrakło konceptu na jakieś sensowne zakończenie. Morderstwo jednej z Eurydyk zdaje mi się pójściem po linii najmniejszego oporu.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Śpie­wak za­to­czył się pi­ja­ny od roz­pa­czy… –> Można być pijanym szczęściem, jednak nie wydaje mi się, aby rozpacz upijała.

Może: Śpie­wak za­to­czył się, zdruzgotany/ zagnębiony/ załamany/ przybity rozpaczą

 

śli­zga­ło się po po­lach po­ro­śnię­tych gęstą trawą… –> Raczej: …śli­zga­ło się po łąkach po­ro­śnię­tych gęstą trawą

Na polach rosną zboża i inne uprawy.

 

że bo­go­wie, gdyby pieśń sły­sze­li, nie­chyb­nie z ich oczu po­pły­nę­ły­by łzy. –> Fatalnie skonstruowane zdanie.

Proponuję: …że bo­go­wie, gdyby pieśń sły­sze­li, nie­chyb­nie by zapłakali. Lub: …że z oczu bo­gów, gdyby pieśń sły­sze­li, nie­chyb­nie po­pły­nę­ły­by łzy.

 

Do­ty­kał go ostroż­nie, z czu­ło­ścią, jak gdyby bał się go uszko­dzić. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

– Och! – jęk­nął. – Gdy­bym miał setkę oczu Ar­gu­sa i wylał nimi morze łez ­– nie od­da­ło­by to tego cier­pie­nia, ta­kiej stra­ty…! –> Dodatkowe półpauzy w dialogach, tu ostatnia, zakłócają ich czytelność.

 

– Synu mój! – ode­zwał się bóg, pięk­nym gło­sem. –> Skoro Apollo tylko odezwał się, to po co wykrzyknik po wypowiedzi?

W dalszej części opowiadania też nadużywasz wykrzykników.

 

po­wie­dział w końcu i przy­stą­pił do ry­dwa­nu ojca. –> Raczej: …po­wie­dział w końcu i wstąpił/ wsiadł do ry­dwa­nu ojca.

 

– Stało się tak, jak po­wie­dzia­łeś – od­rzekł i się­gnął gdzieś mię­dzy fałdy togi… –> Togi nosili starożytni Rzymianie, nie Grecy.

Proponuję: …i się­gnął gdzieś mię­dzy fałdy chitonu/ chlamidy.

 

– Oddaj więc nam tę pa­miąt­kę, a twoja żona zo­sta­nie ci zwró­co­na.

Or­fe­usz wahał się przez chwi­lę, czu­jąc opór przed roz­sta­niem z tak cenną pa­miąt­ką. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

– Wróć tutaj za trzy dni. Eu­ry­dy­ka bę­dzie cię ocze­ki­wać. – po­wie­dział Apol­lo, od­pra­wia­jąc śpie­wa­ka. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Jak moż­li­wym mogło być, by mogli zwró­cić mu Eu­ry­dy­kę? –> Brzmi to nie najlepiej.

Proponuję: Czy moż­li­we, by mogli zwró­cić mu Eu­ry­dy­kę?

 

Suk­nia z cien­kie­go, nie­biań­skie­go ma­te­ria­łu opi­na­ła jej młode ciało… –> Starożytne Greczynki nosiły peplos i nie opinał on ich ciała, był bowiem luźny, układany w fałdy.

 

pła­cząc ze szczę­ścia, nie wie­rząc w tak szczę­śli­wy obrót spraw. –> Brzmi to fatalnie.

 

a Zeus tchnął weń życie za po­mo­cą swo­je­go pio­ru­na. –> …a Zeus tchnął w nią życie za po­mo­cą swo­je­go pio­ru­na.

Za SJP PWN: weń «w niego»

 

Cza­sem ich szczę­ście wy­da­wa­ło się im zu­peł­nie nie­moż­li­we.

Oka­za­ło się jed­nak, że, wbrew sło­wom Apol­la, nawet w nie­bio­sach szczę­ście nie za­wsze trwa wiecz­nie. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

naj­pięk­niej­szych pie­śni, stało się coś, czego nie prze­wi­dział nikt.

Eu­ry­dy­ka, wtu­lo­na w bok swo­je­go męża słu­cha­ła pie­śni. –> Jak wyżej.

 

bo­go­wie wes­tchnę­li z za­sko­cze­nia… –> …bo­go­wie wes­tchnę­li za­sko­cze­ni

 

Otwo­rzy­ła oczy i spoj­rza­ła tam, gdzie kie­ro­wa­ły się oczy wszyst­kich. –> Kolejne powtórzenie.

 

a spoj­rze­nie wbite było jej męża. –> Pewnie miało być: …a spoj­rze­nie wbite było w jej męża.

 

by móc żyć z Tobą! –> …by móc żyć z tobą!

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Nagle obie z nich rzu­ci­ły się na sie­bie… –> Nagle obie rzu­ci­ły się na sie­bie

 

Ko­tło­wa­ły się tak i wy­mie­nia­ły cio­sa­mi… –> Ko­tło­wa­ły się tak i wy­mie­nia­ły cio­sy

 

osu­nę­ła się na po­sadz­kę bo­skich pa­ła­ców Olim­pu. –> Osunęła się na posadzkę ilu pałaców?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za komentarz i wytknięcie błędów! Przyznaję, że opowiadanie zostało napisane dosyć szybko, stąd też pewnie niedoskonałość wykonania. Drugą kwestia, że błędów po prostu nie wyłapałem. Wprowadzę poprawki w wolnej chwili, a następnemu opowiadaniu przyjrzę się baaardzo dokładnie, zanim je opublikuję. :)

…a następnemu opowiadaniu przyjrzę się baaardzo dokładnie, zanim je opublikuję. :)

I to jest bardzo dobre postanowienie, Crucisie, bo opowiadania źle znoszą pośpiech, bo lubią być czytane i dopieszczone, nim pójdą w świat. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trochę offtop a propos wypowiedzi Finkli.

 

Bogowie w greckiej mitologii bez problemu tworzą kopie ludzi – numer trochę podobny do tego z Eurydyką w tym opowiadaniu zrobili Menelaosowi w alternatywnej (znanej np. z dramatu Eurypidesa “Helena”) wersji mitu o Helenie trojańskiej.

W tej wersji Helena nigdzie nie uciekła – po prostu pewnego dnia obudziła się w Egipcie zamiast w domu, przeniesiona we śnie przez bogów. Z Parysem zaś uciekła kopia, Helena zrobiona z chmury. Ona też przeżyła wojnę i wsiadła z mężem na okręt do domu. Kiedy burza morska zapędza ich do brzegów Egiptu, Menelaos nagle orientuje się, że ma nadmiar Helen…

Powodem tego “uroczego” pomysłu był fakt, że Helenie, jako córce Zeusa, żaden mężczyzna nie mógł się oprzeć. Bogowie chcieli zmniejszyć ilość ludzkości za pomocą wielkiej wojny, potrzebny był pretekst i użyto Heleny, a że prawdziwa córka Zeusa była zbyt uczciwa, by na to pójść, usunięto ją z drogi i wykorzystano kopię :)

Podobnie powstała z chmury kopia Hery – tym razem, żeby sprawdzić, czy Iksjon tylko bredzi po pijanemu i się przechwala, czy rzeczywiście odważy się ją porwać i zgwałcić. Za pierwsze by go nie ukarano, ale skoro porwał i zgwałcił Herę-Chmurę, poszedł na wieczność do Tartaru.

Oraz: bogowie robiący (anty-)androida dla dobra ludzkości – Afrodyta przemieniająca posąg Galatei w kobietę. Im się takie numery zdarzały, jeżeli akurat mieli na to ochotę (i głównie dlatego, że ją mieli :D ).

 

A fabularnie opowiadanie mi się podobało, uważam, że choć pewnie wymaga dopracowania, to ma pomysł i wychodzi od ciekawej inspiracji.

Moja prywatnie ulubiona reinterpretacja Orfeusza byłaby taka, że nie odzyskał Eurydyki, bo nie umiał jej zaufać na tyle, żeby uwierzyć, że da rade wyjść sama z Hadesu :D (wiem, a) nadinterpretacja, b) złośliwa i stronnicza). Oraz, nie wiem, czy wiecie, co Owidiusz pisze o dalszym życiu osobistym Orfeusza, po powrocie z zaświatów :D

Dzięki, Ninedin. Nie znałam wersji mitu, którą streściłaś.

Babska logika rządzi!

Również nie znałem przytoczonych przez Ciebie historii. Chyba czas odświeżyć sobie mity :) Oczywiście dziękuję za lekturę i komentarz!

Treść taka sobie. Z jednej strony pomysł jest, z drugiej mamy Apollo ex machina, który nagle zjawia się tam, gdzie jest potrzebny, mimo że wcześniej wyraźnie zaznaczyłeś, że żaden z bogów nie słyszy płaczu Orfeusza. Do tego martwa Eurydyka przecież znowu trafi do Hadesu, a jeśli raz pokonała drogę na Olimp, to przecież pewnie da radę kolejny. Tak więc trochę to się nie trzyma kupy.

Myślę, że kwestie związane z klonowaniem były poruszane już tyle razy i nieraz tak dogłębnie, że twoje umieszczenie ich w mitologicznej otoczce wydaje się płytkie i nic niewnoszące. A ponieważ nie pokazałeś nic nowego, tylko umieściłeś znany motyw w innym świecie, to mam wrażenie, że ten tekst mógłby być spokojnie o wiele krótszy.

Wykonanie również średnie. Masz problem głównie z przecinkami (ach, te przecinki pomiędzy podmiotem i orzeczeniem…!), oprócz tego zwróciłem uwagę na lekką byłozę i problem z jednoznacznością podmiotu domyślnego. Część zdań mogłaby stylistycznie prezentować się dużo lepiej.

To wszystko są standardowe problemy, które zanikają wraz z pisaniem i czytaniem, no i znowu tak fatalnie nie jest. Z pewnością twoje kolejne teksty zrobią na mnie większe wrażenie. Powodzenia :)

 

Mężczyzna rzucił się na wrota, cisnąwszy lirę gdzieś w trawę.

Hm. Wrota do krainy umarłych nie wydają mi się miejscem, które porasta trawa – ale to tylko kwestia wyobrażeń.

 

w końcu wziął z powrotem instrument, w nadziei

Przecinek tutaj nie jest błędem, ale nie jest też niezbędny i moim zdaniem byłoby lepiej bez niego.

 

że może śpiew jeszcze raz skłoni piekielne istoty do bycia mu przychylnymi.

Piekło to zupełnie inna mitologia, inaczej wartościowane słowo i nie do końca tu pasuje, sugestia: “istoty z otchłani”.

 

Oparł się plecami o wrota Hadesu i złapał za głowę, dysząc ciężko, wylewając z oczu łzy.

Frazeologia i pleonazm. Wiadomo, że łzy są z oczu, więc tak się nie mówi. Wylewa się łzy nad czymś, z jakiegoś powodu lub bez dodatkowych określeń. Tak samo się roni łzy albo po prostu płacze.

 

na widok której, każdemu mężowi w świecie zadrżałyby nogi

Przecinek do kosza.

 

żadna, nie będzie tym

Tu też.

 

opowiadał w zasadzie nikomu z drżącym głosem.

Opowiada się drżącym głosem.

 

– Och! – jęknął. – Gdybym miał setkę oczu Argusa i wylał nimi morze łez – nie oddałoby to tego cierpienia, takiej straty…!

Myślniki wewnątrz wypowiedzi w dialogu utrudniają zrozumienie, co jest kwestią mówioną, a co komentarzem dialogowym. Sugeruję zmianę na przecinek lub wielokropek.

 

Świetlisty wóz i towarzyszący mu niebiański orszak w końcu stanął stanęły przed zlęknionym śpiewakiem. Wstał.

Oprócz tego tak, jak to napisałeś, to wychodzi nie wiadomo, kto wstał – wóz, czy orszak. Bo na pewno nie Orfeusz.

 

Ojciec patrzył na niego mądrym, spokojnym wzrokiem. Z jego twarzy bił blask.

Drugie zdanie zupełnie niepotrzebne, bowiem już w poprzednim akapicie podkreślasz blask bijący od Apolla, więc jest to powtórzenie.

 

odezwał się bóg, pięknym głosem.

Niepotrzebny przecinek.

 

Zastaję cię cierpiącego, sponiewieranego własnymi namiętnościami

Można być sponiewieranym czyimiś namiętnościami?

 

Nie ma takiej rzeczy na ziemi, ani w niebiosach

Niepotrzebny przecinek.

 

– Głupcem i niegodnym zwać się twoim synem byłbym, ojcze, gdybym nie usłuchał tak mądrej rady – powiedział w końcu i wsiadł do rydwanu ojca.

Nie myślał nigdy, że będzie miał zaszczyt rozmawiać z gromowładnym Zeusem, poznać Piękną Afrodytę i jej męża Hefajstosa.

Dlaczego przydomki piszesz raz wielką, raz małą literą?

 

Wszystko to przechodziło najśmielsze pragnienia śmiertelnika

Frazeologia – najśmielsze są oczekiwania, a oprócz tego, skoro Orfeusz pił ambrozję, to chyba nie był już śmiertelnikiem, prawda?

 

a ponadto, nie chcę

Niepotrzebny przecinek.

 

W końcu, razem z Hefajstosem, Ateną, Zeusem i Afrodytą zebrali się,

Albo musisz wywalić pierwszy przecinek, albo postawić jeszcze jeden po “Afrodytą”.

 

– powiedział Apollo, odprawiając śpiewaka.

 

Wrócił w to samo miejsce dokładnie za trzy dni

Tak jak to napisałeś, to wynika, że Apollo wrócił, a nie Orfeusz.

 

Jak możliwym mogło być, by mogli zwrócić mu Eurydykę?

Uuu, brzydko :)

 

nie kto inny(+,) tylko Eurydyka.

 

Okazało się jednak, że, wbrew słowom Apolla, nawet w niebiosach szczęście nie zawsze trwa wiecznie.

Drugi i trzeci przecinek nie są niezbędne, usuwając je pozbędziesz się pojedynczego słowa otoczonego przecinkami.

 

Eurydyka, wtulona w bok swojego męża(+,) słuchała muzyki.

 

Otworzyła oczy i spojrzała tam, gdzie kierowały się spojrzenia wszystkich.

 

tak ja, przebyłam drogę z krainy umarłych na ziemię

Niepotrzebny przecinek.

 

Pan krainy podziemia, wzruszył się moją miłością i pozwolił mi na opuszczenie jej, bym mogła znaleźć ciebie, mężu!

Pierwszy przecinek zupełnie niepotrzebny. No i czemu pan krainy podziemia pozwolił Eurydyce na opuszczenie miłości?

 

Jak śmiesz, pokazywać się tutaj

Niepotrzebny przecinek.

 

wyrzućcie, ten ucieleśniony fantazmat plugawych mocy

Niepotrzebny przecinek.

 

dlaczego obok ciebie stoi, ta kobieta

Niepotrzebny przecinek.

 

krzyknęła, stojąca obok Orfeusza Eurydyka.

Niepotrzebny przecinek.

 

Zresztą niewiele mógł zdziałać, w swoim rozedrganym stanie, nie wiedząc(+,) co w zasadzie ma właśnie miejsce.

Pierwszy przecinek niepotrzebny.

ironiczny podpis

Dziękuję za komentarz!

Czeka mnie nieco dłubaniny z przecinkami, przy okazji się podszkolę. ;)

Co do Apollo ex machina. Zabieg ten wynikł bezpośrednio z inspiracji operą Monteverdiego, która właśnie kończy się zstąpieniem Apolla, więc w pewnym stopniu czuję się usprawiedliwiony zastosowaniem tego niecnego zabiegu. :)

Kolejne opowiadania są w drodze, ale pewnie minie trochę czasu, zanim się tutaj pojawią.

Właściwie mogę obiema rękami podpisać się pod komentarzem Issandera. Pomysł niezły, wplecenie motywu rodem z SF do mitów greckich z lekka przypomniało mi “Olimp” Dana Simmonsa.

Jednak jest tego tu za mało i za płytko. Czytam, że Apollo ex machina  zamierzony – więc tutaj trzeba wtedy mocniej skupić się na wykonaniu. Bo i ja odebrałem to raczej jako łatwe wyjście z sytuacji. Foreshadowing, delikatniejsze podejście – te elementy mogłyby pomóc złagodzić taki zwrot, nie dałyby wrażenia wyciągnięcia rozwiązania jak królika z kapelusza.

Wykonanie – czytało mi się okej, choć trafiały się grudy,

Podsumowując: koncert fajerwerków z pomysłem, lecz brak jeszcze wyrobionej techniki, by wszystkie zamierzenia odpowiednio ubrać w słowa. Tym niemniej mym zdaniem jesteś na dobrej drodze :)

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cóż, postaram się pracować dalej i następnym razem wpaść z czymś bardziej dopracowanym i kompletnym. :) I oczywiście po drodze poprawię trochę ten tekst.

Nowa Fantastyka