- Opowiadanie: cobold - Elegia na śmierć ptaka dodo

Elegia na śmierć ptaka dodo

Opowiadanie zajęło pierwsze miejsce w konkursie Silmarisa “Nowy, ale czy wspaniały świat”.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Elegia na śmierć ptaka dodo

Pan Wu szukał rozwiązania od dwunastu lat. Od dwunastu lat poświęcał temu wszystkie noce, a także, co musiał przyznać z pewnym wstydem, znaczną część każdego dnia. Mniej więcej przed trzema laty uznał, że kluczowe dla jego przyszłości będzie spotkanie z tym oto człowiekiem. Kwestia, czy to w ogóle jest człowiek, nie miała jak dotąd większego znaczenia.

Po wejściu do sali audiencyjnej nie zdążył zresztą nawet spojrzeć na czcigodnego Shuiguo; brutalnie przywołany do porządku przez jednego z uzbrojonych drabów, musiał pochylić głowę w pokornym ukłonie. Resztę drogi pokonał, wpatrując się w wytarte deski podłogi. Nic dziwnego, że spotkanie nie układało się tak, jak sobie to zaplanował. Trudno walczyć o własną przyszłość bez możliwości spojrzenia w oczy rozmówcy. Stał więc przed tronem, nie śmiąc podnieść wzroku, i przyglądał się czubkom własnych butów, szczelinom w podłodze i leżącej u stóp czcigodnego dziewczynie. Piękność o porcelanowej twarzy i włosach czarnych jak skrzydło kruka trzymała w ręku długą, prostą fajkę z kanciastą gałką na końcu. Nie wydawała się specjalnie zainteresowana gościem swojego pana. Ani w ogóle otoczeniem. W powietrzu rozchodził się znajomy zapach.

– Widzę, że Wasza Czcigodność też korzysta… – Wu próbował jakoś przełamać lody. Zaraz jednak ugryzł się w język i pochylił głowę jeszcze niżej. W zasięgu jego wzroku zostały tylko bose stopy dziewczyny.

– Nie wierz we wszystko, co widzisz – usłyszał z góry spokojną odpowiedź.

„Jednak bot, ludzie nie używają takich frazesów” – pomyślał pan Wu. To zapewne coś zmieniało, nie był jednak pewien co. Wobec dzielącej ich przepaści prawdopodobnie niewiele.

– Jestem uczciwym faktorem, ciężko pracuję na swoje utrzymanie – kontynuował, próbując starannie dobierać słowa. Rozpraszał go widok małej stopy, to wyginającej się w łuk, to rozchylającej palce, a teraz leniwie wędrującej wzdłuż drugiej łydki. – Handluję tym, co ludzie chcą kupić: herbatą, jedwabiem, porcelaną, opium. Nikogo do niczego nie zmuszam.

– Przyszedłeś opowiedzieć mi o swoim życiu? – łagodny ton głosu pana Shuiguo, zamiast uspokajać, niepokoił. Stopa dziewczyny zatrzymała się i powędrowała z powrotem w dół. Odchylony jedwab pozostał na swoim miejscu.

– Wasza Czcigodność wybaczy. – Wu nie był pewien, jak powinien tytułować zwierzchnika wszystkich gangów w Kantonie. „Wasza Czcigodność” wydawało mu się odpowiednie. – Chciałbym tylko, żeby zostało tak, jak jest teraz. Pracuję uczciwie, opłacam twoich ludzi i składam daninę mandarynowi.

– Z tego, co słyszałem, zostaje ci całkiem sporo na własne potrzeby.

„Nie wierz we wszystko, co słyszysz” – przemknęło przez myśl panu Wu. Ale tylko przemknęło, Shuiguo nie mijał się z prawdą. Gdyby było inaczej, spotkanie z tym człowiekiem nie miałoby sensu. Bo może to jednak był człowiek.

Uniósł nieco wzrok. Dziewczyna przymknęła migdałowe oczy i zaciągnęła się dymem z fajki.

– Doszły mnie wieści, że mandaryn planuje zakazać Anglikom importu opium. – Wu przełknął ślinę i wydusił wreszcie z siebie to, co nie dawało mu spokoju od tylu lat. – Tylko ty, panie, możesz go powstrzymać.

– Mam swoich szpiegów. Na dworze i w biurach Kompanii. Nie potrzebuję niesprawdzonych informacji. – Głos pana Shuiguo brzmiał jak kołysanka węża. A może to unoszący się przed tronem dym powodował, że Wu miał momentami poczucie oderwania od rzeczywistości?

– To pewna wiadomość. Sprawdzona! – Choć bardzo się starał, w jego zapewnienia wdarł się ton paniki. Spróbował unieść głowę jeszcze o pół cala. Stojący obok strażnik jakoś to wyczuł i zdzielił go w potylicę bambusową pałką. Wu skulił się do samej podłogi. Usłyszał perlisty śmiech pana Shuiguo.

– Wybacz, człowieku pracy, obaj chyba musimy wrócić do swoich zajęć. Koniec audiencji.

Poczuł silne ręce, które wsunęły się pod jego pachy, dźwignęły go w górę i obróciły tyłem do tronu.

– Nie zapomnijcie o zapłacie! – usłyszał za plecami.

Zapłacił już dużo, żeby się tu dostać. Najpierw informatorom, potem niższym rangą żołnierzom, ich szefowi na całą dzielnicę, wreszcie strażnikom przy bramie. Miał jednak przy sobie jeszcze woreczek z kilkoma jadeitami nadzwyczajnej urody. Próbował po niego sięgnąć, ale jeden ze strażników wykręcił mu rękę, wrzeszcząc przy tym prosto do ucha:

– Otwórz dłoń!

Wu czuł jego gorący oddech i krople śliny na swoim policzku. Do tego smród zepsutych zębów. Ból głowy. Duszno.

– Otwórz, bo ci całą odrąbię!

Palce rozchyliły się same. Najpierw usłyszał dziwny trzask, potem dopiero poczuł ogień palący dłoń. Zawył, z bólu, z upokorzenia, i ze świadomości, że zmarnował ostatnie trzy lata swojego życia.

– To, żebyś zawsze pamiętał, jak cenny jest mój czas – dobiegły go jeszcze ostatnie słowa pana Shuiguo.

Spróbował obrócić się w stronę tronu. Zbiry trzymały go jednak mocno. Wykręcając głowę zobaczył tylko toczący się w kierunku szczeliny w podłodze ludzki palec.

Wleczony pod pachy w kierunku wyjścia z sali, pan Wu powtarzał w myślach: „Bot. Pieprzony bot. Z człowiekiem dałbym radę jakoś się dogadać”.

 

***

 

Stanley Wu otworzył oczy, sięgnął do złącza, wyjął wtyczkę z gniazda w karku i usiadł na brzegu kapsuły. Jego ręce jeszcze drżały, kiedy drzwi kabiny rozsunęły się i do środka weszła Gabi.

– Jak minęła kolejna noc twojego życia? – zapytała.

Stanley rozprostował palce prawej ręki.

– To była ważna noc, w pewnym sensie przełomowa – odpowiedział.

Gabi odgarnęła rude włosy za ucho i uśmiechnęła się.

– Ćśś, nie mów za dużo, bo cię odłączą. – Chyba zauważyła, że jeszcze nie doszedł do siebie, bo zaraz dodała: – Mnie czeka dzisiaj ważny dzień. Zajrzyj do pracowni, zanim wyjdziesz.

Wu gapił się ciągle na swoją prawą dłoń. Trzeba będzie wszystko zaczynać od początku. A może nie trzeba będzie? Może jego obawy nie mają sensu? Może to tak nie działa?

Przeszedł do kabiny higienicznej. Ustawił wodę na czwarty poziom i wyobraził sobie, że zmywa z ciała cały ten brud i fetor. Wysuszył się i założył kombinezon. Przeszedł do pracowni.

Gabi siedziała już przy pulpicie i pracowała nad hologramem. Stanley widział go wcześniej kilkakrotnie, ale zawsze reagował rozbawieniem. Lewitujące w powietrzu pokraczne ptaszydło wyglądało, jakby ktoś na siłę wcisnął je w zbyt mały kostium. Z szarego, pierzastego skafandra wystawały gruby dziób z czarnym końcem i krępe nogi. Kulisty korpus był dodatkowo ozdobiony przykrótkimi skrzydełkami i puszystą kępką ogona. Gabi poprawiała cyfrowym piórkiem jakieś szczegóły na szyi ptaka.

– Ludzie z Second Life chcą go dzisiaj zobaczyć. Widzieli inne moje rekonstrukcje, mówią, że są lepsze niż te od Apple’a. Bardziej żywe – powiedziała.

Podszedł do niej od tyłu. Położył dłonie na jej ramionach, przymknął oczy, wstrzymał oddech, zanurzył twarz w gęstwinie kręconych włosów.

Pokręciła głową jakby chciała go z siebie strząsnąć. Ugryzł ją w ucho.

– Co robisz, wariacie, przeszkadzasz mi!

– Mogłabyś rzeczywiście dać mu drugie życie – zauważył.

Odwróciła się. Kiedy patrzyła na coś z bliska, jak teraz, jej oczy trochę zezowały. Pocałowała go lekko.

Dodo, zawieszony między talerzami projektora, obracał się powoli.

– Kiedy one wyginęły? – zapytał Stanley.

Gabi spojrzała na swoje dzieło.

– Trudno powiedzieć. Nikt tego nie zauważył. Ostatnie egzemplarze na Mauritiusie wybili podobno holenderscy osadnicy pod koniec siedemnastego wieku.

– I nie zauważyli tego?

– Chyba nie wiedzieli, że to już ostatnie, że żyją tylko na tej wyspie. Zresztą, to stary problem: kiedy wymiera gatunek? Wraz z ostatnim przedstawicielem? Wcześniej, gdy ginie ostatnia para, zdolna do rozrodu? A może już wtedy, kiedy liczebność spada poniżej minimum, koniecznego do zachowania różnorodności genetycznej?

Zamiast odpowiedzi pokiwał tylko głową. Nie miał nastroju do takich rozważań, prysznic nie pomógł, myśli ciągle uciekały do nocnych problemów. Gabi, nie przerywając pracy, pogłaskała go po ręce. Końcówką pióra poprawiła detal na dziobie dodo.

– Myślisz, że go wezmą? – zapytała.

– Jeśli planują otwarcie lokacji na siedemnastowiecznym Mauritiusie…

– Pojedyncze egzemplarze mogły pojawiać się też w innych miejscach: w Amsterdamie, w oksfordzkim zwierzyńcu, na dworach azjatyckich monarchów, nie mówiąc o statkach Kompanii Wschodnioindyjskiej. Zawsze może się przydać… Poza tym, te bardziej rozpowszechnione gatunki mają już wszystkie zdigitalizowane.

Wu przyjrzał się jeszcze raz szarej kulce pierza.

– A gdybyś go trochę upiększyła, dodała na przykład koloru?

– Jestem poważnym paleobiologiem, dlatego chcą ze mną współpracować. To zresztą od razu widać, czy coś jest prawdziwe. – Gabi obróciła się w jego stronę. Zaczerwieniła się, wyraźnie widział piegi na jej policzkach. Przez chwilę pomyślał, że jest naprawdę zdenerwowana. Zmierzyła go wzrokiem, zmarszczyła nos i wybuchnęła śmiechem.

– Idź już, idź, bo jesteś spóźniony! Zjedz coś w pracy.

Poczochrał ją po rudej czuprynie i wyszedł.

W windzie nie spotkał nikogo, faktycznie było już późno. Dobrze, że nie miał dzisiaj żadnych nowych pacjentów. Właściwie mógłby zostać w domu, pouzupełniać dokumentację, pokonstruować sieci, sprawdzić konflikty. Wiedział jednak, że nic z tego nie będzie. Potrzebował czasu i prywatności. Nie chciał, żeby Gabi widziała, czym się zajmuje, zamiast pracować.

Na górnej platformie czekało kilka wolnych autonomów. Wsiadł do pierwszego z brzegu i wydał dyspozycje. Pojazd uniósł się, lekko szarpnął i popłynął w kierunku zachodniego tjubu. Wu z niesmakiem cofnął rękę z obdartego podłokietnika i położył ją na własnym udzie. O tej porze dostępne były tylko wybrakowane, starsze egzemplarze taksówek.

Ruch w tjubie już zelżał. Bez problemu włączyli się do głównego nurtu. Wu obserwował otaczające go miasto. Tysiące szklanych termitier, pospinanych przejrzystymi strunami, odbijało refleksy zimnego światła. Kolorowe koraliki autonomów przesuwały się wewnątrz szklanych rurek. Jak krwinki w naczyniach włosowatych. Albo jak impulsy w sieci neuronów gigantycznego, szalonego mózgu. Wszystkie miasta są takie same: miliony ludzi, którzy zamiast zająć się swoją pracą, gnają gdzieś na złamanie karku, obijając się o tych, którzy już tam byli. Chaos udający porządek. Codziennie trzeba się starać, żeby to wszystko nie runęło. Struktura rzeczywistości jest cienka i krucha. Tam i tu.

Kiedy, dwanaście lat temu, uzyskał wejście do drugiego życia, nie był zachwycony otrzymanym przydziałem. Nikt normalny nie marzy o tym, żeby być dziewiętnastowiecznym, chińskim handlarzem opium. Tym bardziej, że Wu pamiętał z historii, czym to się może skończyć – któregoś dnia cesarz przyśle ekipę interwencyjną, pogonią Europejczyków, skonfiskują i spalą towar. I wybuchnie wojna.

Ale co było robić, nikt nie wybiera, gdzie i kiedy pojawia się na świecie. Póki co, smakował więc otrzymane życie, korzystał z jego bogactwa, starał się osiągnąć szczęście i utrzymać równowagę. Każdej kolejnej nocy lepiej poznawał ten nowy, fascynujący świat; za dnia, gdy był sam i miał nieco wolnego czasu, studiował dane archiwalne i szukał sposobu, jak oszukać przeznaczenie. Dość szybko okazało się, że handel z Brytyjczykami to naprawdę dobry biznes. Wu odkrył w sobie zmysł do interesów, dar intuicji w stosunku do ludzi, umiejętność przewidywania posunięć innych uczestników gry. Czas mijał, handel kwitnął, a cesarz nie przysyłał Lin Zexu. Kalendarz pokazywał rok 1845, nic nie zapowiadało spóźnionych wojen opiumowych. Wu zorientował się, że uniwersum, w którym żyje nocami, wcale nie odtwarza sztywno zdarzeń historycznych, a cesarz w odległym Pekinie, choć ciągle obecny w rozmowach, prawdopodobnie jest tylko elementem settingu. Nieufność wobec władzy centralnej wydawała się jednak wpisana w reguły tamtego świata. Wu przelał wszystkie swoje obawy na postać naczelnego mandaryna Kantonu – dostojnego Zhen Xianga.

Lokalny satrapa też stanowił zagrożenie, mógł zaszkodzić stabilności jego interesów, ale był do ogrania, bo był tylko człowiekiem, a nie wyrokiem historii. Wu w końcu zrozumiał, że każdy z korzystających z tamtego świata współtworzy go po kawałku, dzień po dniu. System generował pewną sytuację bazową, ale dalszy scenariusz był dynamiczny i ograniczony tylko ogólnymi regułami. Można było zatem zagrać o dużą stawkę i zapewnić sobie spokój na długie lata. Ale do tego potrzebował znacznie więcej niż swoich pieniędzy. Potrzebował silnego sojusznika. Takiego jak Shuiguo.

Tak mu się przynajmniej do wczoraj wydawało.

Autonom, po lekkim łuku, skręcił w boczną odnogę. Wyhamował, nie bez kolejnego szarpnięcia, i opadł na platformę dachową. Stanley potwierdził transfer, wyskoczył z pojazdu, zatrzymał się na chwilę, żeby zapisać numer taksówki na swojej czarnej liście i ruszył w kierunku służbowej windy.

– Cześć, żółtku – powitał go system wewnętrzny. „Żółtkiem” nazywali go czasami koledzy z Oddziału. Wzięło się to z jakiegoś starego dowcipu, którego nikt już nie pamiętał. SI lubiły wychwytywać takie drobiazgi. – Do gabinetu?

– Najpierw do bazy danych. Muszę poszukać rozwiązania pewnego problemu – zwierzył się systemowi Wu.

 

* * *

 

Kanton wcale nie pachniał opium. Kanton śmierdział ludzkim potem i rybami. Prawdopodobnie nie różnił się pod tym względem od innych portowych miast, ale Wu znał tylko to jedno. Mógłby zamknąć oczy, zacisnąć dłonie na uszach, a i tak wiedziałby, gdzie się znajduje.

Wracał do biura drogą przy nabrzeżu. Pomimo wczesnej pory, w porcie panował już zwykły harmider. Co raz to z jednej, to z drugiej strony mijali go kulisi, biegnący z lektykami, pchający wózki albo riksze z towarem. Na poboczu swoje stragany rozstawiali handlarze pasztecików, sprzedawcy wróżb, pisarze listów. Po ołowianej tafli zatoki krążyły rybackie sampany i śmigłe dżonki z wymalowanymi na dziobach oczami. Przy pomostach cumowały większe lorsze. Błyszczały ryby z nocnego połowu, wysypywane z sieci do wiklinowych koszy. Dźwięczały dzwonki na pokładach, trzeszczał takielunek, marynarze nawoływali się w swoim slangu. Słońce wschodziło nad ujściem Perłowej Rzeki.

Dłoń wciąż bolała, choć opatrunek przestał już przemakać. Wu, lekko pochylony, z prawą ręką przygiętą do tułowia, parł naprzód, lawirując między nadchodzącymi z przeciwka. Z rosnącą irytacją obserwował gęstniejący na nabrzeżu tłum. Miał wrażenie, jakby złośliwy system generował wciąż kolejne ruchome przeszkody do ominięcia. Raziły go promienie nisko zawieszonego słońca, drażnił przejmujący jazgot mew.

Żałował, że nie skorzystał z lektyki. W obecnym stanie i przy swojej pozycji nie powinien przemierzać portu piechotą. Miał jednak ochotę na spacer, sądził, że w ten sposób będzie mu łatwiej zebrać myśli. Teraz jednak zmienił zdanie i rozglądał się za wolnymi tragarzami.

Poczuł nagłe szarpnięcie i zobaczył przed sobą wykrzywioną w grymasie twarz. Jakiś młody człowiek, o europejskich rysach, zatrzymał go, kładąc obie dłonie na jego barkach i teraz potrząsał nimi, krzycząc równocześnie:

– Rose! Znasz Rose? Widziałeś ją gdzieś tutaj?

Wu skulił się jeszcze bardziej, żeby ochronić rękę i nagłym skrętem tułowia wyrwał się z uchwytu nieznajomego. Odbiegł kilka kroków i obrócił się. Chłopak dorwał już kolejną ofiarę. „Wariat, czy błąd systemu?” – pomyślał Wu.

Ruszył dalej. Nigdzie nie widział wolnej lektyki. Alkohol wypity po wyjściu od Shuiguo powodował już tylko mdłości. Morze, z bezmyślnym uporem obijające się o nabrzeże, jeszcze nasilało zawroty głowy. Zatrzymał się obok kamiennego słupa do cumowania, wsadził palec lewej ręki do gardła i zwymiotował. Ulżyło mu.

Na ziemi, obok kałuży własnych wymiocin, zobaczył pasek kolorowego papieru. Wróżba z chińskiego ciasteczka. Sięgnął po karteczkę i bez czytania wsunął ją do kieszeni. Podszedł do straganu po drugiej stronie nabrzeża, kupił kubek wody i przepłukał usta. Mrużąc oczy, rozejrzał się wkoło, dostrzegł grupkę wolnych tragarzy z lektyką, skinął w ich stronę i kazał się zanieść do swojego biura.

Delikatne kołysanie uspokajało. Zasłony chroniły przed ostrym słońcem, wpuszczając do środka tylko ciepłe światło. Poduszki przyjemnie pachniały – czyżby ślad po poprzednim pasażerze? Wu ułożył się wygodnie i po raz pierwszy tego ranka pomyślał o swojej przyszłości z umiarkowanym optymizmem. Wyjął z kieszeni karteczkę z wróżbą, rozprostował i przeczytał:

Kto wierzy w sny, może przespać swoje życie.

„Właściwie, to nawet nie jest moja wróżba” – pomyślał.

 

Gabinet Wu był urządzony zgodnie z oczekiwaniami angielskich kontrahentów. Biurko, fotel, kanapa, stolik z alkoholami. Kilka cennych drobiazgów dodawało klimatu i potwierdzało status finansowy właściciela: ceramika, wachlarz na ścianie, czerwony parawan z wymalowanym smokiem. Było praktycznie, ale też orientalnie i luksusowo.

Dziewczyna siedząca na kanapie pasowała do tego wystroju. Ta sama dziewczyna, której stopom Wu przyglądał się poprzedniej nocy. Na widok wchodzącego gospodarza wstała, obróciła się i podeszła do ściany. Ciemnozielony jedwab, spływający z jej ramion, ledwie nadążał za ruchami bioder.

– Pan Shuiguo sprawdził twoje informacje. Uznał, że czas poświęcony na spotkanie z tobą nie był stracony. – Przejechała palcami po krawędzi porcelanowej wazy stojącej pod ścianą. – Przysyła mnie na znak przyjaźni – dodała, nadal nie patrząc na niego.

– Czemu nie wezwał mnie do siebie, żeby mi to powiedzieć?

Obróciła się gwałtownie. Waza, trącona fałdem materiału, lekko zadrżała.

– Chciałbyś stracić kolejny palec?

Wytrzymał jej spojrzenie. Zaskakująco ostre i przytomne.

Podszedł dwa kroki. Pachniała piżmem i paczulą.

– Zawsze ubierasz się na zielono? – zapytał, bo nic mądrzejszego nie przyszło mu do głowy.

– Pan Shuiguo nazywał mnie Liściem Jabłoni – odpowiedziała.

– A ja? Jak powinienem do ciebie mówić?

– Jak zechcesz. – W jej głosie nie było pokory, tylko wyzwanie.

Sięgnęła do nefrytowej klamry na ramieniu. Jedwab, wreszcie uwolniony, z westchnieniem ulgi spłynął falami do jej stóp. Nagie ciało perliło się w miękkim świetle jaśniej niż stojąca obok porcelana.

Wu zrobił ostatni krok. Pchnęła go na kanapę.

– Naprawdę tak lubisz ból? – zapytała.

 

* * *

 

Stanley sprawdził czas. Był umówiony z Gabi w porze lunchu. Chciał wcześniej skończyć wizytę, żeby popołudnie mieć tylko dla siebie.

Przełączył ekran na ostatnią salę. VIP-owską.

Czarnoskóry chłopak leżał już w swojej kapsule, podłączony do kabla. Oczy miał zamknięte, oddychał spokojnie. Odczyty parametrów wskazywały, że nie śpi.

– Dzień dobry, panie Black. Jak się pan dzisiaj czuje? – zapytał Stanley.

– Dziwnie – odparł pacjent, nie otwierając oczu.

– Widzi mnie pan dobrze?

– Trochę niewyraźnie.

– Ale lepiej niż wczoraj?

– Chyba tak.

Stanley wyciągnął przed siebie dłoń.

– Ile palców?

– Pięć.

– A teraz? – Wu schował lewą, a wyciągnął prawą dłoń.

– Cztery?

– Proszę nie myśleć, nie zgadywać. Niech pan po prostu spróbuje to poczuć.

Zbliżenie na twarz chłopca. Zaciśnięte powieki. Wykres wskazywał na przyspieszenie pracy serca.

– Pięć?

– Bardzo dobrze.

Coś jakby uśmiech? Serce zwolniło. Stanley powiększył jeszcze obraz. Twarz wypełniła całą ścianę pokoju.

– Długo to jeszcze potrwa? – zapytał pacjent.

– Nie ma reguły. Dwa, trzy tygodnie.

– I wtedy nie będę czuł różnicy?

– Z neurologicznego punktu widzenia nie ma różnicy. Bioelektrody wszczepione są na przebiegu tych samych szlaków, które przewodzą bodźce z pana narządów zmysłów. Impulsy mają identyczny charakter, jak te pochodzące z pana oczu, uszu, języka czy receptorów dotyku. Trafiają do tych samych obszarów mózgu odpowiadających za percepcję. Kiedy połączenia wgoją się na dobre, nie będzie pan odczuwał żadnej różnicy. Będzie pan wchodził i wychodził z drugiego życia, jakby to były sąsiednie pomieszczenia. Ojciec panu nie tłumaczył?

– Nie jesteśmy zbyt blisko ze sobą. Wychowywałem się w ośrodku. Rodzice byli bardzo zajęci. – Chłopiec mówił powoli, trochę jakby mechanicznie. Akcja serca, częstość oddechów bez zmian.

„Dobra, dobra” – pomyślał Stanley, sięgając po szklankę z wodą. Był pewien, że szef Second Life Inc. potrafił zadbać o swojego syna i dziedzica.

Chłopiec na ekranie nagle otworzył oczy. Stanley aż się zakrztusił. Krzywe funkcji życiowych nadal zachowywały się prawidłowo.

– Kiedy tak robię, wszystko się rozmazuje – zauważył spokojnie młody Black.

Stanley odetchnął z ulgą.

– To normalne, powstają zakłócenia. Kolizja na szlakach. Proszę po prostu zamknąć oczy.

– Jest pan pewien, że wszystko w porządku? Wiem, że nigdy jeszcze nie mieliście pacjenta w moim wieku.

– To prawda. Dokonaliśmy wszczepu na wyraźną prośbę pana ojca. Wybrał ten zespół, opierając się na analizie naszych dotychczasowych wyników. – Wu starał się, żeby jego glos brzmiał obojętnie, bez choćby śladu dumy.

Chłopiec przymknął powieki.

– Mogę jeszcze o coś zapytać? – dodał po chwili milczenia.

– Oczywiście.

– Mój ojciec… Myśli pan, że będzie miał wpływ na to, do jakiego świata trafię?

– Nie, to wykluczone – odparł szybko Stanley. – Procedura jest czysto losowa. Nikt nie ma na nią wpływu i nikt poza panem nie pozna jej wyniku. Jakikolwiek przeciek kończy się wyłączeniem dostępu. Takie są zasady.

– Te zasady ustalił mój ojciec – zauważył przytomnie chłopiec.

No właśnie. Stanley w skrytości ducha sam miał nadzieję, że udany zabieg wszczepienia łącza u najmłodszego w historii pacjenta przyniesie mu jakiś bonus ze strony Blacka seniora. Liczył na wyjątkowo udany interes albo nawet niespodziewane rozwiązanie problemów z mandarynem. W tej chwili pomyślał, że może to Liść Jabłoni była tym nadzwyczajnym bonusem.

Ikona komunikatora zajarzyła się w górnym, prawym rogu ekranu.

– Pani Gabriela O’Reilly oczekuje pana na Oddziale O.

 

Szli, obok siebie, długim, sterylnym korytarzem. Przed nimi panele w suficie rozjaśniały się kolejno zimnym blaskiem, by, już niepotrzebne, zgasnąć po chwili za ich plecami. W przedzie jeden z oddalonych kwadratów, najwyraźniej uszkodzony, zakłócał spokojny porządek tej fali, mrugając irytująco.

Gabi trąciła Stanleya biodrem.

– Cieszę się, że znalazłeś wolną chwilę. – Zmierzyła jeszcze krytycznym spojrzeniem jego szczupłą sylwetkę i dodała: – Szkoda, że kosztem przerwy na lunch.

– Wiesz, że to jedyna okazja, żebym mógł się wyrwać – skłamał.

– Przecież nawet nie musiałeś opuszczać swojego szpitala, to tylko kilka pięter – dodała z udawanym wyrzutem.

Zatrzymali się pod migoczącą lampą. Gabi zbliżyła twarz do skanera tęczówki. Urządzenie działało wolniej niż zwykle, prawdopodobnie źrenice reagowały nerwowo na nieregularne błyski światła, co utrudniało odczyt. Musieli poczekać dłuższą chwilę, nim zamrugała zielona dioda, a drzwi obok czytnika rozsunęły się bezgłośnie.

W środku, w niewielkim pomieszczeniu, nad sześciennym postumentem unosiło się w powietrzu srebrne jajo. Kilka elastycznych przewodów łączyło je z ramieniem wyrastającym ze stojącej obok kolumny. Jej czarny korpus pokrywały ruchome, świecące wykresy i rzędy zmieniających się cały czas, kolorowych cyfr. W pomieszczeniu panował półmrok; niewidoczne głośniki emitowały modulowany szum, przypominający odgłos oceanu.

Gabi podeszła do urządzenia, dotknęła palcem kombinacji sensorów. Cyfry na wyświetlaczach zamrugały żwawiej, postument rozłożył się, tworząc coś w rodzaju siedziska z oparciem. Gabi zasiadła wygodnie, a wiszące nad nią ramię wysięgnika obniżyło się, składając jajo na jej kolanach. Objęła je rękoma i skinęła na Stanleya.

– Chodź, spróbuj. To podobno ważne, żeby dziecko czuło bliskość obojga rodziców.

Wu zbliżył się do niej i położył rękę na jaju. Było zimne i nieruchome jak zawsze. Jedynie dwa spośród wyrastających z niego przewodów lekko tętniły; w trzecim widać było przesuwające się, jak autonomy w tjubie, światełka. Wydawało się, że poruszają się szybciej niż poprzednio.

– Urósł od ostatniego razu – powiedziała Gabi. – To już piętnasty miesiąc.

Stanley pokiwał głową.

– Jeszcze pół roku – dodała.

Niezdarnie pogłaskał błyszczącą skorupę womba.

– Na pewno chcesz, żebyśmy potem sami się nim zajmowali? – zapytał.

– A ty?

Spojrzał jej w oczy. Bardzo starał się być szczery w tej chwili.

– Wiesz, to czasochłonne. Myślałem o twojej pracy. Masz teraz ważny projekt.

– Zrezygnuję na jakiś czas z drugiego życia – odparła bez zastanowienia.

– I tak będziesz musiała w nocy trochę spać.

– Dam radę – powiedziała Gabi i przytuliła twarz do ręki Stanleya, wciąż spoczywającej na jaju. – Kiedyś kobiety nosiły je w brzuchu. I rodziły niegotowe, nie potrafiące mówić, chodzić. Teraz jest dużo łatwiej. Choć czasem mam wrażenie, że coś tracimy…

Pogłaskał ją po włosach. Ocean wokół zaszumiał głośniej.

– Kim chciałbyś, żeby został, gdy już się urodzi i dorośnie? – zapytała, nie podnosząc głowy.

– Nie wiem, jakimś wodzem, albo odkrywcą…

– Nie w drugim, w tym życiu! – zaśmiała się.

No właśnie, cóż z tego, że sam wychowa swojego syna, skoro i tak nigdy się nie dowie, o czym ten będzie śnił nocami.

– Lekarzem?

 

* * *

 

Nadal nazywał ją Liściem Jabłoni. Dzięki temu wydawała mu się prawdziwsza. Stanowiła przeciwieństwo i dopełnienie Gabi. Zieleń i pomarańcz. Noc i dzień. Yin i yang.

Shuiguo musiał naprawdę być botem, skoro wypuścił ją ze swojego pałacu.

Tego dnia leżeli na cedrowej podłodze, nadzy, spoceni i pijani, gdy usłyszał łomotanie do drzwi. Wcześniej zapowiedział służbie, że nie życzy sobie, aby mu przeszkadzano, nawet gdyby sama brytyjska królowa zechciała przybyć i zaoferować mu kontrakt handlowy. W pierwszej chwili skrzywił się tylko, przewrócił na bok i spojrzał na leżącą obok dziewczynę. Liść Jabłoni przeciągnęła się leniwie i przygryzła wargę. Przesunął palcem po krzywiźnie jej talii. Obróciła się na brzuch, eksponując pośladki. Uderzenia w drzwi powtórzyły się. Zerwał się na nogi, bardziej rozgniewany niż zaniepokojony. Podniósł z podłogi jakieś ubranie i osłaniając nim podbrzusze ruszył w kierunku drzwi. Droga była zbyt krótka, a on zbyt pijany i podniecony, aby zdążyć odczuć strach.

Za drzwiami stało dwóch miejskich gwardzistów. Jeden z nich trzymał w ręku proporzec mandaryna. Za nimi kilku kolejnych zbrojnych odpychało kijami tłoczące się w przedsionku sługi. Wu, w pierwszym odruchu, cofnął się do wnętrza biura, ale zderzył się z kimś stojącym za jego plecami. Odwrócił się. Liść Jabłoni, wyprostowana, bezwstydna w swojej nagości, patrzyła śmiało na przybyszów. Materiał, którym Wu próbował się zasłonić, wciąż wyślizgiwał mu się z rąk. Spojrzał w dół – ciemnozielony jedwab. Wyciągnął rękę z szatą w stronę dziewczyny i równocześnie poczuł ciężką dłoń na swoim ramieniu. Jedwab opadł do jego stóp.

– Pan Wu? – Padło pytanie.

Pokiwał głową, nie odwracając się.

– Człowieku, co ci się stało w plecy?

Dopiero teraz poczuł pieczenie w miejscach, nie tak dawno drapanych paznokciami kochanki.

– To… nic – odpowiedział.

– Ogarnij się lepiej i chodź z nami.

Wu, znowu skulony i wpatrzony w deski podłogi, minął dziewczynę, przeszedł na środek biura, pozbierał swoje szaty i ubrał się w milczeniu. Dopiero teraz podniósł wzrok. Liść Jabłoni, jak porcelanowa rzeźba, stała naga naprzeciw gwardzistów. Żołnierze, wyraźnie skrępowani, próbowali zajrzeć nad jej ramionami do wnętrza pomieszczenia.

– Jestem gotów – powiedział Wu. Był gotów od dwunastu lat. – Zabieracie mnie do yamenu?

– Rzekłeś – odparł starszy rangą gwardzista.

Wu podszedł do dziewczyny, schylił się, podniósł z podłogi zielony materiał i osłonił jej piersi. Spojrzała mu w oczy i powiedziała coś, czego najmniej się w tej chwili spodziewał.

– Będę na ciebie czekać.

Nie odpowiedział, bo odpowiedź nie zależała już od niego. Wyszedł na zewnątrz, żołnierze rozstąpili się na boki. Widział przerażenie i współczucie w oczach swoich służących. Dowódca gwardzistów wskazał mu drogę przodem. Wu w każdej chwili spodziewał się ciosu w plecy.

Przed budynkiem czekała na niego lektyka. Jeden z żołnierzy odsunął firanki, gestem zapraszając go do wejścia. Wu niezdarnie wgramolił się do środka.

Kulisi ruszyli szybkim truchtem. Słyszał ich przyspieszone oddechy i pobrzękiwania zbroi biegnących obok gwardzistów. Próbował liczyć zakręty, ale nie potrafił się skupić. Zresztą i tak wiedział, co jest celem ich podróży.

Yamen był siedzibą lokalnej administracji – naczelnego mandaryna i armii jego podwładnych. Rozległym kompleksem zaludnionym przez rzesze biurokratów. Miastem w mieście, do którego trudno było wejść, a jeszcze trudniej je opuścić.

Tragarze zatrzymali się i pochylili lektykę nieco w bok. Wu skulił się w jej wnętrzu. Między firankami pojawiła się dłoń w skórzanej rękawicy, a zaraz obok niej czerwona twarz dowódcy gwardzistów. Jedna z poduszek wypadła na zewnątrz i Wu poczuł, że chcąc nie chcąc zaraz pójdzie w jej ślady. Broniąc resztek godności, wystawił nogi z lektyki i, zwrócony cały czas przodem do obserwującego go żołnierza, wyskoczył na bruk.

Milczący gwardziści utworzyli szpaler wiodący do drewnianej bramy. Wu, przez nikogo nie popędzany, ruszył prosto przed siebie. Przeszedł pod wysokim łukiem, zostawił z tyłu żołnierzy i swoje dotychczasowe życie i po dwunastu schodach wspiął się do prostego pawilonu. Nie był tu nigdy wcześniej, ale wiedział, że za tym budynkiem jest następny, potem jeszcze jeden i jeszcze, a na samym końcu, nikt nie wie, jak daleko, pośrodku rajskiego ogrodu mieszka naczelny mandaryn.

Wszedł do pierwszego pawilonu. W środku, za biurkiem siedział cesarski urzędnik. Emblemat na piersi – biała czapla lecąca w kierunku wschodzącego słońca i mleczny kolor jadeitowej gałki wieńczącej rattanowy kapelusz wskazywały na szóstą rangę. Ozdobiona okularami, wciąż młoda, dziwnie bezpłciowa twarz, wróżyła szanse na dalszą karierę w państwowej administracji. Na razie jednak jej posiadacz siedział za tym biurkiem i przeglądał leżące przed nim papiery, czerpiąc duchową moc do rozwiązywania pomniejszych problemów cesarstwa ze skrytej pod błękitnym płaszczem smoczej szaty. Czterocalowej długości paznokcie potwierdzały przynależność do kasty niekalającej się pracą fizyczną, utrudniając zarazem żonglowanie dokumentami na biurku.

Wu czekał.

Urzędnik ułożył chyba wszystkie arkusze w odpowiednim porządku, bo podniósł wreszcie wzrok na swojego petenta i, szczerząc zęby, zapytał:

– Jesteś najlepszym handlarzem w Kantonie?

I właśnie w tym momencie Wu przestał się bać. Strach, czasem uświadamiany, czasem nie, towarzyszył mu bezustannie od dwunastu lat. Aż w końcu wypalił się. Bardziej się bać nie dało. Wu patrzył na tę groteskową postać i myślał o tym, że dalszy strach nie ma sensu. To wszystko tylko zabawa, przebieranka, gra komputerowa. Zawsze można po prostu się wyłączyć.

– Nie sądzę – odpowiedział.

– Ale ty jesteś ten Wu, który ma biuro w porcie i który handluje z Brytyjczykami? Pytam, bo Wu to popularne nazwisko. – Urzędnik zastukał paznokciami w blat biurka.

– Chyba, że twoi żołdacy zabrali z mojego domu kogoś innego.

Rozmówca nie dał się sprowokować. Lata studiowania konfucjańskich traktatów uodporniły go na podobne impertynencje. Reprezentował majestat i porządek. I najwyraźniej miał odgórne polecenie przekazania Wu wyroku swoich zwierzchników.

– Dostojny Zhen Xiang ma dla ciebie specjalne zlecenie. Masz zdobyć dla niego kwaggę.

– Co? – nie zrozumiał Wu.

Urzędnik zerknął na leżący przed nim arkusz papieru.

– Kwaggę. Taka zebra. Mają ją w zoo w Londynie.

– Nie handluję zwierzętami.

– Wiemy, czym handlujesz. – Oczy urzędnika, powiększone przez soczewki okularów, przestały się uśmiechać, choć usta wykrzywiał nadal ten sam grymas. – Gdyby to ode mnie zależało, już dawno gniłbyś w lochu. Ale mandaryn nie pozwolił cię tknąć. A teraz nadszedł czas, żebyś odwdzięczył się za tę opiekę.

Wu miał szczerze dosyć. Podszedł do biurka, oparł się o jego krawędź i powiedział:

– Przekaż dostojnemu Zhen Xiangowi, że dobrze wybrał. Jeśli zajdzie potrzeba, mogę mu tutaj sprowadzić nawet mamuta.

Ukłonił się nisko, obrócił i wyszedł z pomieszczenia.

Urzędnik patrzył za nim przez chwilę, po czym wrócił do przekładania swoich papierów.

– Sam możesz mu to powiedzieć, żółtku – dodał jeszcze pod nosem.

 

Kiedy Wu opuścił teren yamenu, żołnierze już gdzieś zniknęli. Postanowił wrócić do domu piechotą; tak jak po rozmowie z Shuiguo potrzebował zebrać myśli. Zmierzchało, w oknach mijanych domów zajarzyły się światła kaganków. Wu wiedział, że zaglądając do środka, mógłby zobaczyć postaci, które spotyka codziennie: innych kupców, drobnych handlarzy, właścicieli statków i prostych marynarzy, poborców podatkowych, złodziei, strażników, rzemieślników i kurtyzany. Zastanawiał się, ilu z nich to awatary prawdziwych ludzi leżących teraz w innym świecie w swoich kabinach, a ilu to zwykłe symulacje, tworzące tło. Kto z zaludniających to wirtualne miasto korzysta z neurołącza wykonanego przez takich jak on lekarzy, a kto jest w całości dziełem człowieka, jak ptak dodo generowany przez Gabi?

Myślał też o tym, jak ci wszyscy ludzie, prawdziwi i sztuczni, zareagują, jeśli któregoś wieczoru Stanley Wu nie podłączy się do swojego kabla, a pan Wu nie pojawi się w odpowiednim miejscu i czasie. Czy system zastąpi go botem? Czy może wprowadzi na to miejsce nowego użytkownika? A może pamięć o Wu zostanie wymazana ze wspomnień tych wszystkich, którzy mają tutaj prawdziwe wspomnienia?

W tle majaczyło pytanie ostatnie: czy to w ogóle ma jakieś znaczenie?

 

Liść Jabłoni czekała na niego w biurze. Stała w tym samym miejscu, co wtedy, gdy pojawiła się tutaj pierwszy raz. Zielony jedwab gdzieś zniknął, okryła się jedną z jego wierzchnich szat. Brzegi materiału rozchyliły się, odsłaniając dekolt, zagłębienie między piersiami, brzuch z widocznym pępkiem. Podszedł blisko i zajrzał jej w oczy. Czy tam w środku jest ktoś prawdziwy? Czy jakaś kobieta patrzy teraz w jego oczy?

Uciekła wzrokiem. Chwyciła za koszulę na jego piersi i rozdarła ją gwałtownym ruchem. Pochyliła głowę i ugryzła go w sutek.

– Jabłko, które gryzie! – zaśmiał się.

Zrzucił z siebie ubranie, odwrócił ją tyłem, zadarł jej szatę i wziął szybko, tak jak się bierze rzeczy, za które nie trzeba płacić.

A potem znowu leżał na drewnianej podłodze, spocony, przez chwilę wolny od wątpliwości, choć pewny jedynie swojego istnienia.

– Skąd wiedziałaś, że wrócę? – zapytał od niechcenia.

– Kobiety wiedzą takie rzeczy o swoich mężczyznach. Zwłaszcza kiedy noszą pod sercem ich dziecko – odpowiedziała.

To jednak nie była zwykła gra komputerowa.

 

* * *

 

Na piątą godzinę pracy Stanley zarezerwował sobie konsultację z osobistym doradcą Centrum Harmonijnego Rozwoju. Jego poprzedni konsultant był nieco staroświecki – zawsze spotykali się osobiście w siedzibie Centrum. Obecny oferował swoje usługi on-line, co było znacznie wygodniejsze. Z drugiej strony, Wu miał wątpliwości, czy spowiada się prawdziwemu człowiekowi. Choć, jeśli się dobrze zastanowić, to nawet poprzedni układ nie dawał takiej pewności.

Jedno musiał nowemu doradcy przyznać – kimkolwiek był, cechował się nieludzką punktualnością.

– Dzień dobry, panie Wu. Jestem do pana dyspozycji.

Twarz na ekranie wyglądała na prawdziwą. Ani przesadnie sympatyczna, ani przystojna, ani charakterystyczna. Jak na zwykłego urzędnika odrobinę zbyt zapadająca w pamięć, z małą brodawką na czole i lekko żółtymi zębami. Jak na fanatycznego kaznodzieję, za mało karykaturalna.

– Pogubiłem się – zaczął Wu.

– Ludzie się nie gubią. Ludzie szukają drogi – odpowiedział konsultant.

– Nie wiem, co jest ważniejsze…

– Wszystko jest ważne. Wszystko, co prowadzi do szczęścia.

– A jeśli pojawia się konflikt?

– Konflikt jest złudzeniem. Nie ma dla niego miejsca. Są dwa życia. Dwie drogi. Jeden cel – wyrecytował doradca.

– To są frazesy! – Wu nie wytrzymał. – Bełkot, który nic nie znaczy! Dziwicie się, że ludzie nazywają was Kościołem Janusa?

Konsultant sprawiał wrażenie, jakby doznał osobistej przykrości, ale poczucie profesjonalizmu kazało mu znieść krzywdę z godnością. Albo przynajmniej zagrał to wszystko tak przekonująco, że Stanleyowi natychmiast zrobiło się głupio.

– Przepraszam – wybąkał.

– Nie jesteśmy kościołem – tłumaczył spokojnie konsultant, składając dłonie w mały namiocik. – Nie stawiamy przed naszymi klientami żadnych wymagań. Służymy tylko radą, w miarę naszych możliwości.

Wytrzymał jeszcze chwilę, żeby uczucie wstydu wybrzmiało w Stanleyu do końca i dodał:

– Może gdyby przedstawił pan bliżej swój problem…

– No o to właśnie chodzi, że nie mogę! Nie mogę nikomu opowiedzieć, kim jestem nocami, co tam robię, jakie mam problemy. Nie mogę o tym porozmawiać nawet z moją Gabi!

– Panie Wu, widzę, że musimy wrócić do podstaw. – Namiocik pochylił się dwa razy do przodu i rozłożył jak kwiat lotosu. – Zarówno pan, jak i pana partnerka, otrzymując przywilej podwójnego życia, zdecydowaliście się kroczyć drogą harmonijnego rozwoju. Jak wielu rozsądnych ludzi, uznaliście, że osiągnięcie pełni szczęścia jest możliwe tylko przez podążanie dwiema niezależnymi ścieżkami. Połowę doby dzielicie ze sobą, w drugiej połowie jesteście niezależnym bytami realizującymi to, czego współczesny świat nie byłby wam w stanie zaoferować. Splątanie tych ścieżek oznaczałoby jedynie ograniczenie, odrzucenie możliwości, regres.

– To nie jest łatwe. – Pokręcił głową Wu.

– Myśli pan, że z jednym życiem byłoby łatwiej? – Żółte zęby wyszczerzyły się z ekranu.

– Ale skąd wiadomo, że to ma szansę się udać, skoro wybór świata i postaci jest losowy?

– A czemu los miałby się mylić? To tylko bardzo skomplikowany algorytm z ogromną liczbą danych wejściowych. Gdyby los się mylił, życie na każdym z tych światów byłoby nie do zniesienia.

Nowy doradca, kimkolwiek był, zasługiwał na sumę przelewaną regularnie przez Stanleya na konto Centrum.

 

* * *

 

Tym razem nie zatrzymali się w pierwszym pawilonie. Dowódca gwardii skłonił się przed Białą Czaplą, urzędnik odpowiedział ledwie dostrzegalnym skinieniem i wskazał im drzwi za swoimi plecami. Wysypana jasnym piaskiem ścieżka i kilkanaście kamiennych schodów prowadziły do następnego budynku. Wu, w asyście strażnika, przechodził przez kolejne pawilony, kłaniając się Srebrnemu Bażantowi, Dzikiej Gęsi, Pawiowi i wreszcie Bażantowi Złocistemu. Bliźniaczo podobne głowy, z podgolonymi wysoko czołami i resztą włosów zaplecionych w długi warkocz, podnosiły się na chwilę znad dokumentów, po czym wracały do swojej pracy, wyraźnie świadome celu jego wizyty.

– To tutaj – powiedział strażnik, gdy opuścili ostatni z budynków. – Jego dostojność życzy sobie, żebyś zwiedził ogród i ocenił, jakich zwierząt tu jeszcze brakuje.

Przed nimi rozciągał się wysoki, biały mur, kryty dachówką. Ścieżka, na której stali, prowadziła do jedynego przejścia na drugą stronę – bramy o tradycyjnym kształcie księżyca w pełni. Okrągły otwór kusił głębią jak wielka źrenica, migotał odcieniami zieleni, szarości i błękitu. Zza muru słychać było szczebiot ptaków, pluskanie wody, szelest liści.

Wu samotnie przekroczył księżycową bramę i znalazł się w ogrodzie.

Kręta ścieżka, ułożona z płaskich kamieni, prowadziła wzdłuż brzegu leniwego rozlewiska. Szkarłatne i złote klony chyliły swoje korony nad lekko pomarszczoną taflą wody. Na pobliskim kamieniu przysiadł rajski ptak i przyglądał się bez lęku nowemu przybyszowi. Wu ruszył ścieżką w prawo. Gdy mijał kępę fioletowych piwonii, coś błysnęło na środku drogi. Schylił się i podniósł małą, złotą żabkę. Odłożył ją delikatnie na trawę. Przeszedł pod powyginanym fantazyjnie pniem starej sosny i skierował się w stronę półokrągłego mostku. Tam znowu przystanął na chwilę. Oparł się o drewnianą balustradę i spojrzał w dół na kołyszące się leniwie gwiazdy wodnych lilii. Przez chwilę wydawało mu się, że pod powierzchnią wody przemyka szary, wydłużony kształt. Ruszył dalej.

Po drugiej stronie rzeki dróżka rozwidlała się – jedna odnoga prowadziła w stronę czerwonej altany na wzgórzu, druga towarzyszyła płynącej wodzie. Wu skierował się w górę, ale przeszedł tylko kilka kroków, gdy drogę zastąpiło mu nieznane zwierzę – ni to pies, ni lis o płowej sierści. Ciemne pręgi na grzbiecie wyglądały jak głębokie cienie między żebrami, nadając stworzeniu niepokojący wygląd. Zwierz zamerdał ogonem, po czym ziewnął, rozwierając szczękę na niezwykłą szerokość i prezentując, niby od niechcenia, komplet potężnych zębów. To wystarczyło, żeby człowiek zawrócił i wybrał drugą ścieżkę. Szedł dalej, droga wiła się pomiędzy malowniczymi skałami, na przemian zbliżając się i oddalając od wody. Kilka razy pośród drzew mignęły mu sylwetki kolejnych zwierząt, znów jednak nie był w stanie rozpoznać gatunku. W końcu, w oddali, między koronami kwitnących śliw, dostrzegł ponownie biel muru. Droga prowadziła do małej, drewnianej furty. Wu podszedł, spróbował pociągnąć za klamkę. Zamknięte. Szarpnął mocniej. Zerwał się lekki wiatr. Kilka białych płatków opadło z gałęzi na ziemię. Gdzieś z tyłu dobiegł głośniejszy szelest.

Odwrócił się. Na skrawku trawy, obok ścieżki, dojrzał znajomą sylwetkę. Garbaty dziób przekrzywiał się na boki, a małe czerwone oczka łypały w kierunku Wu. Korpus, krzywe łapy, przykrótkie skrzydełka i ogon nic nie straciły ze swojej groteskowej nieforemności. W przeciwieństwie jednak do rekonstrukcji wykonanej przez Gabi, pióra tego stworzenia mieniły się wszystkimi odcieniami błękitu, różu i pomarańczu.

Wu uśmiechnął się do ptaka dodo.

Jeżeli to był rajski ogród, to brakowało tylko kobiety i mężczyzny.

 

* * *

 

Gabi dłubała dalej przy swoim szarym modelu.

Stanley przyglądał się przez chwilę pierzastej kulce.

– A wiesz, tak sobie myślę – zagadnął – może te stare obrazy pokazują tylko samice? Może samce były inne, bardziej kolorowe?

– Może – odparła, nie odwracając się.

Dodo nie zmienił się specjalnie od poprzedniego razu, ale Gabi najwyraźniej wierzyła, że drzemią w nim jeszcze jakieś ukryte możliwości.

– Robiłaś kiedyś kwaggę? – Stanley zmienił temat, starając się brzmieć tak obojętnie, jak to tylko możliwe.

– Co?

– Taką zebrę…

– Wiem co to kwagga. Skąd ci tak nagle przyszła do głowy? – Gabi sprawiała wrażenie bardzo zajętej. Chyba nawet zdenerwowanej. Jej ręce, zwykle tak precyzyjne, teraz drżały, nie mogąc się zdecydować, gdzie postawić kolejną kropkę.

– Jak to skąd? Myślę o tobie. I interesuję się twoją pracą. Jak tam negocjacje z Second Life?

– Ciężko – westchnęła. – Apple kusi ich lepszą ceną.

Stanley pokiwał głową. Nie był w stanie zrozumieć uporu Gabi. Na jej miejscu oddałby projekt choćby za darmo, dla samej satysfakcji z tego, że zostanie wykorzystany. Mogli sobie na to pozwolić. Ale Gabriella O’Reilly ceniła efekty swojej pracy, powtarzając mądrości irlandzkich i włoskich przodków: „Rzeczy darmowe są nic nie warte”.

Odszedł w stronę drzwi.

– Będę dzisiaj w szpitalu… U dziecka. Przyjdziesz? – usłyszał za plecami.

Odwrócił się z uśmiechem.

– Dzisiaj nie dam rady. Mam ważne spotkanie. Bardzo ważne – dodał tajemniczo. – Ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, już niedługo będę miał dla ciebie więcej czasu.

 

Hologram przedstawiający starszego, drobnego mężczyznę pojawił się na środku pomieszczenia. Cyfrowe widmo zamrugało oczami, jakby ktoś nagle obudził je ze snu, poprawiło węzeł krawatu, zrobiło dwa kroki przed siebie i wyciągnęło rękę na powitanie. Energiczne ruchy sprawiały, że jego kontury lekko drżały na brzegach.

– Witaj Stanley! Stanley, prawda? Dobrze pamiętam?

Wu zerwał się zza biurka i uścisnął dłonią powietrze. Jego gość z zakłopotaniem cofnął swoją rękę.

– Wybacz, ciągle zapominam. Rozumiesz, wolałbym osobiście, ale czas… Czas jest cenny. Siadaj, siadaj, ja też usiądę. Gdzie to… – Rozejrzał się wokół. – O jest! – Sięgnął po coś na wysokości kolan, pociągnął, zrobił pół kroku do przodu i zasiadł w niewidzialnym fotelu.

Stanley też opadł na swoje miejsce.

– Dziękuję, panie Black. To dla mnie ogromny zaszczyt – wydukał.

– Daj spokój, Stanley. – Staruszek lekko kręcił się na boki, lewitując w powietrzu, ze stopami cal nad podłogą. – To ja jestem ci zobowiązany, odwaliłeś kawał dobrej roboty. Młody jest bardzo zadowolony.

– Tak? Wszystko dobrze funkcjonuje? Syn dostał już swój przydział do drugiego życia? – Stanley ucieszył się, że może zacząć rozmowę od spraw technicznych.

– Wiesz, że nie znam szczegółów. Ale wygląda na zadowolonego. Niech się młodość wyszaleje. – Black, nie bez trudu, założył nogę na nogę i wyglądał teraz jak medytujący hinduski bożek. – Poza tym, rozumiesz, on to kiedyś wszystko przejmie, niech zobaczy, jak to działa. – Zamyślił się przez chwilę. – Ja na przykład nigdy nie próbowałem i teraz myślę, że to był błąd.

– Nie rozumiem, panie Black – zdziwił się Stanley.

– Nawet nie mam gniazda. – Szef Second Life obrócił się w powietrzu wokół własnej osi, wskazując na gładko zaczesane włosy na potylicy. – Za stary jestem na to, żeby jeszcze dzielić pozostały mi czas na pół. Poza tym – zachichotał – moja żona by mi tego nie darowała. Jest o mnie strasznie zazdrosna.

– Rozumiem – odpowiedział, wcale nie przekonany, Stanley.

– Przy okazji – Black nadal uśmiechał się przyjaźnie – jak tam twoja dziewczyna? Poznałem ją przy okazji negocjacji. Wspaniała kobieta!

– Dziękuję, myślę, że wszystko dobrze.

Staruszek przybrał poważniejszy wyraz twarzy.

– Podobno spodziewacie się dziecka? Może mógłbym coś dla was zrobić?

Serce Stanleya zabiło szybciej.

– Nie… Dziękuję, proszę się nie kłopotać.

– Może jednak, śmiało!

– Właściwie… – Wu walczył ze swoim wstydem. – Mam pewne problemy w drugim życiu…

– Techniczne? – zdziwił się Black.

– Życiowe.

– A to już nie moja działka. – Rysy starej twarzy nagle utraciły swoją miękkość. – No cóż. Miło się z tobą gawędzi, Stanley, ale czas na mnie – powiedział pan Black i zniknął.

Zostało już zatem tylko jedno rozwiązanie. Trzeba było wrócić do punktu wyjścia.

 

* * *

 

Biała Czapla był uparty.

– Kiedy zdobędziesz to zwierzę? Mandaryn jest cierpliwy, ale nie sądzę, aby jego cierpliwość była nieograniczona.

– Nie doceniasz boskich przymiotów swojego zwierzchnika, przyjacielu. I nie doceniasz moich możliwości.

Spacerowali razem po ogrodzie. Urzędnik obserwował bacznie Wu, jakby obawiał się, że prostacki handlarz nieostrożnym krokiem lub gestem zaburzy doskonałą harmonię tego miejsca. Zbliżyli się do końca ścieżki.

– To wyjście, dokąd prowadzi? – zapytał Wu, wskazując na drewnianą furtkę w murze.

– Tędy wprowadzamy nowe zwierzęta. Nie myślałeś chyba, że przechodzą przez pięć pawilonów? – Biała Czapla na każdym kroku dawał do zrozumienia, że towarzystwo Wu jest dla niego przykrym obowiązkiem, który znosi jedynie w imię posłuszeństwa czcigodnemu Zhen Xiangowi.

– Jeśli wskażesz mi na planie miasta, dokąd dokładnie prowadzi ta furta, możesz być pewny, że jutro o tej porze stanie w niej twoja zebra. – Wu też miał już dosyć ciągłych pogróżek ze strony mandaryna i jego urzędników.

 

* * *

 

Leżeli obok siebie, na chwilę przed pójściem do kapsuł i patrzyli w sufit.

– I jak tam twoje ważne spotkanie? – zapytała Gabi.

– Odwiedził mnie w biurze sam pan Black. Wydawał się zauroczony twoją osobą. – Stanley przesuwał między palcami kosmyki jej włosów.

Dziewczyna obróciła się gwałtownie. Rude pasemko wyślizgnęło się z jego dłoni.

– Chyba nie namawiałeś go na zakup dodo?!

– Nie, skąd, wiem, że byś mi tego nie darowała.

Gabi patrzyła uważnie na jego twarz.

– Masz szczęście, Stanleyu Wu – powiedziała wreszcie i położyła się z powrotem na plecach.

Słyszał jej równy oddech, spokojny, ale szybszy niż jego własny.

– Wiesz, kiedy wracałam dzisiaj ze szpitala, miałam dziwne zdarzenie… – odezwała się po chwili.

– Tak?

– Czekałam na autonom, kręciło się tam kilkoro ludzi. Każdy zajmował się swoimi sprawami… – Gabi przerwała na chwilę, jakby próbując przypomnieć sobie wszystkie szczegóły. – Nagle pojawił się jakiś chłopak, wyraźnie wzburzony. Chodził szybko, rozglądał się, jakby kogoś szukał i kiedy mnie zobaczył, podszedł blisko, tak jak ty teraz. Rozumiesz, nigdy go wcześniej nie widziałam, ale wybrał właśnie mnie. Podszedł i zapytał o jakąś dziewczynę. Nie pamiętam imienia…

Stanley przełknął ślinę.

– Jesteś pewna, że to się wydarzyło tutaj, na dachu szpitala?

– Tak, mówiłam ci, że byłam u dziecka.

– Pewnie jakiś wariat. Wystraszyłaś się?

– Nie chodzi o to, co mówił. – Gabi podniosła się na łokciu i spojrzała w końcu na niego. – Ja… uzmysłowiłam sobie, że nie licząc ciebie, tak dawno nie rozmawiałam z żadnym człowiekiem.

– Przecież codziennie rozmawiamy z dziesiątkami ludzi… – Stanley nie rozumiał, co miała na myśli.

– Ale kiedy ostatnio robiłeś to tak naprawdę? Twarzą w twarz. Bez ekranów, łączy, tej całej techniki. Tak jak teraz ze mną?

Nie pamiętał. Nie wiedział. Nie był pewien.

– A może jesteśmy już tylko my? I nie ma nikogo innego? – zapytała wreszcie.

Patrzył jej w oczy. Nie odwracała wzroku.

 

* * *

 

– Boję się o ciebie – wyszeptała Liść Jabłoni.

Albo tak mu się wydawało. Już prawie zasypiał, przytulony do jej pleców.

– Dasz sobie radę? – usłyszał nieco wyraźniej.

– Będzie dobrze. – Objął ją prawą ręką i pogłaskał po nagim brzuchu. Nie otwierał oczu. – Mówiłaś, że pan Shuiguo obiecał wszystkim się zająć.

Przylgnęła do niego mocniej.

– Śpij dalej – szepnęła.

 

Biała Czapla zginął jako pierwszy. Zdążył zrobić trzy kroki do tyłu, kiedy włócznia pchnięta przez jednego z oprychów Shuiguo przebiła wschodzące słońce na jego emblemacie. Czerwona plama na piersi powiększała się, zalewając resztę haftowanego obrazu i odbierając jego właścicielowi szanse na dalszą wędrówkę po stopniach pałacowej hierarchii. Wyraz zdumienia nie opuszczał twarzy młodego urzędnika.

Reszta oddziału wpadła do wnętrza ogrodu przez otwartą furtkę. Minęli Wu i popędzili dalej ścieżką. Zerwał się przeciąg. Trzasnęły drzwiczki. Płatki kwiatów zaczęły opadać z gałęzi śliw, zamieniając świat we wnętrze śnieżnej kuli.

Wu podniósł się znad leżącego na ziemi ciała. Choć był lekarzem, nigdy jeszcze nie widział śmierci człowieka. Kwestia, czy to w ogóle był człowiek, nie miała w tej chwili większego znaczenia.

Ruszył powoli ścieżką w stronę strumienia. Białe płatki sypiące się z nieba odbierały realność całej scenie. Panowała całkowita cisza. Las po prawej stronie, dotychczas pełen cieni tajemniczych zwierząt, wydawał się teraz pustą dekoracją. Woda po lewej, początkowo biała od niesionego kwiecia, powoli nabierała intensywnego, różowego koloru. Między kamieniami, na czerwonym piasku, Wu dostrzegł ciemny, wrzecionowaty kształt, posiekany głębokim nacięciami. Odwrócił wzrok i poszedł dalej.

Przeszedł przez mostek na drugą stronę rzeczki, gdy natknął się na leżące na ziemi ciała kolejnych urzędników yamenu. Tak podobni do siebie za życia, teraz tworzyli jedną, splątaną bryłę, z której sterczały włócznie i strzały. Nigdzie nie było widać żołnierzy Shuiguo. Tknięty nową myślą Wu zawrócił, przeszedł przez strumyk i skierował się dróżką pod górę.

Tym razem zobaczył pręgowanego wilka już z daleka. Zwierzę, jakby uderzane z ogromną siłą podrywało się z ziemi, wykonywało w powietrzu pół salta do tyłu, wyginając przy tym grzbiet pod niemożliwym kątem, na chwilę przed ostatecznym upadkiem rozmywało się w postaci migoczących, równoległych pasów, by po chwili pojawić się znowu na ścieżce i rozpocząć całą sekwencję od nowa. Wu ostrożnie ominął zapętlony w niekończącym się cyklu umierania uszkodzony program i wspiął się do czerwonej altany.

Było już po wszystkim.

Mandaryn, pan ogrodu, leżał martwy pośrodku drewnianego podestu. Pomarańczowa, haftowana szata. Połamany wachlarz z kości słoniowej. Wszędzie te płatki kwiatów.

Wu odwrócił leżące na ziemi ciało i spojrzał w jego twarz.

 

* * *

 

Stanley wyrwał kabel z gniazdka. Wyskoczył nagi z kapsuły. Zmysły, ogłupiałe nagłą zmianą otoczenia, przez chwilę nie potrafiły dojść do siebie. Zatoczył się w kierunku drzwi, nie mógł trafić palcem w czytnik linii papilarnych. Panele wreszcie rozsunęły się, Stanley, opierając się o ścianę, dotarł do kabiny Gabi.

Siedziała na brzegu kapsuły. Opuściła głowę, rude włosy opadły na kolana. Szczupłe, piegowate ramiona drżały z zimna.

Odetchnął.

Podniosła na niego zapłakaną twarz. Tę samą twarz, którą przed chwilą widział martwą.

– Odłączyli mnie – powiedziała jak dziecko, które tłumaczy się ze swojego wypadku.

– To nic – odparł.

Podszedł, usiadł obok, objął ją ramieniem. Mylił się, jej ciało było takie ciepłe.

– Będziesz miała teraz więcej czasu na swoje projekty – powiedział bez przekonania.

– Nie rozumiesz. Zniszczyli wszystko. Ci z Apple’a. Jakoś złamali zabezpieczenia do podsieci i skasowali moje zwierzęta…

Nie odpowiedział. Zrozumiał. Chciał wytłumaczyć, ale dotarło do niego, że Gabi wie wszystko. Od dawna.

Siedział tak w milczeniu, gapiąc się na dół. Ich bose stopy dyndały obok siebie w powietrzu, nie sięgając podłogi.

Trąciła go nogą.

Podniósł wzrok.

Patrzyła na niego z bliska. Jej oczy lekko zezowały. Uśmiechnęła się.

– Szukałam cię. Przez te wszystkie lata.

– Przecież jestem.

Pokiwała tylko głową.

– Miałaś rację. Teraz jesteśmy już tylko my – dodał.

– Nieprawda.

 

Szli, jedno obok drugiego, długim, sterylnym korytarzem. Panele w suficie próbowały nadążyć za ich krokami, rozjaśniając się kolejno zimnym blaskiem. Z tyłu podążała ciemność, ale oni nie odwracali się. Mijali kolejne drzwi po obu stronach korytarza. W oddali, jeden z kwadratów mrugał niewypowiedzianą obietnicą.

Koniec

Komentarze

Czytałem w Silmarisie, komentarz też gdzieś już autorowi skrobnąłem, ale nie pamiętam gdzie. Jak odkopię to wkleję :-)

Mi się podobało, mogę z czystym sumieniem polecić.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

I to gdzieś już czytałam. ;-)

Babska logika rządzi!

Ja też :) I bardzo mi się podobało. To przenikanie się światów… Dla mnie to nie sci-fi, tylko rzeczywistość. Marzenia, sny i codzienność, kreacje umysłu, zbiorowa halucynacja. Pewnie nie wszystko do końca zrozumiałam, ale nie za bardzo się tym martwię, bo przeczytałam Twój tekst z przyjemnością :)

Mytrix – wklejaj, wklejaj, miłych słów nigdy za wiele ;)

Finkla – cieszę się, że pamiętasz ;)

Katia – jednak sporo osób czyta Silmarisa ;) Podoba mi się Twoja interpretacja, nie myślałem o snach, raczej o świadomej ucieczce od rzeczywistości (stąd spec od tej technologii jest w drugim wcieleniu handlarzem narkotyków), ale Twoja koncepcja tworzy nowe możliwości czytania tekstu. Dzięki!

Zastanawiałam się, czy napisać ten  komentarz, czy odpuścić.

Nie czytałam opowiadania w Silmarisie, gdyż jeszcze wtedy go nie znałam, nie wiedziałam, że istnieje. Zapóźnienie, nienadążanie. Tak.

Ciekawa jestem chronologii powstawania, które było pierwsze: “Elegia na śmierć ptaka dodo”, czy “Madonna z palimpsestem” oraz kiedy powstał “Na mój obraz i podobieństwo”?

Piszesz bardzo dobrze, nic nie przeszkadza lub haczy, więc odłóżmy to na bok. Każde z tych opowiadań jest zajmujące fabularnie, więc tę kwestię też odłóżmy na bok. Wspomnę tylko, że najbardziej podobał mi się “Na mój obraz i podobieństwo”, ponieważ był najpełniejszą opowieścią, nawet jeśli nie był takim w sensie bohaterów. 

Dla mnie zaczynasz powielać motywy, bohaterów, przestają być charakterystyczni. Remedium – skończ z opowiadaniami (chyba, że dla zabawy, ćwiczenia pióra, zapisywania reminiscencji), pojawia się niedostrzegalna jeszcze maniera (przeczucie). Moim zdaniem zniknie, kiedy uwolnisz tę książkę. Napisz ją i opowiedz historię bohatera/bohaterów od początku do końca! Nie urywaj. To tematy, które domagają się zamknięcia, a nie zawieszenia po jednej przygodzie. Myślę też, że wyzwanie będzie dla Ciebie wtedy większe, a i frajda też, o czytelnikach już nie wspomnę. 

 

Jeśli chodzi o “Elegię na śmierć ptaka Dodo” to z wielu względów interesujące opowiadanie. Biegłam po zdaniach niecierpliwie oczekując dalszego ciągu. Dwa plany, nieprzewidywalny twist na zakończenie [obstawiałam inne zakończenie lecz teraz już wiem, że lubisz zaskakiwać i będę w trójnasób czujna:)]. Jak zwykle wybrałeś niesamowicie ciekawy czas i miejsce – wojny opiumowe. Dobrze się w tym poruszasz, chociaż czytałam ciekawsze książki na tem temat – tam był dramat, a u Ciebie on ginie. Jednakże powiązanie z fantastyką ożywia opowiadanie. Lęki, wizje odnośnie przyszłości podzielam.

Tym razem znowu plan historyczny jest bogatszy (porównując do Madonny), natomiast mnie kręci bardziej przyszłość i to jajo trzymane przez Gabi. Podoba mi się zestawianie przez Ciebie czasów przeszłych i przyszłych i jednocześnie pożądam bardziej  rozbudowanej fabuły – więcej planów. W tym opowiadaniu cierpiałam przez brak scen spoza rzeczywistości par. Limit – wiem. Dlatego – książka.

Coboldzie, to bardzo subiektywna opinia. W dyskusji pod tekstem Starucha, podzielam jego opinię versus Dracona. Sharwark to czuje. Stare science fiction się nie skończyło i ma się dobrze, ponieważ człowiek jest najważniejszy. Odnoszę czasami wrażenie, że fantastyka (gros kategorii) ugrzęzła w postmodernizmie (ale po łebkach), w kwantowości (tylko po słowie), w fantasy – piszemy o magii i wampirach. Dużo złego zrobił Martin, pisząc swoją nieprawdopodobną sagę. Co do niej przyciąga? Jestem przed jej przeczytaniem i może nigdy tego nie zrobię. Filmowo – widziałam kilkanaście odcinków. 

Post za długi, jak zwykle, eh:).

Jeśli masz już za sobą książki napisz mi proszę na priv co – kupię. Jeśli nie to pisz i nie zastanawiaj się. 

Pozdrawiam srd:)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki, Asylum!

Chronologia powstawania opowiadań odpowiada deadlinom stosownych konkursów – “Na obraz” jest najstarsze, “Dodo” powstał prawie rok temu, a “Madonna” to świeżynka. Dwa ostatnie opowiadania mają ze sobą konstrukcyjnie dużo wspólnego – napisałem niedawno, że chciałbym odejść od takiego symetrycznego modelu i m.in. dlatego zdecydowałem się teraz wrzucić to opowiadanie, niejako na pożegnanie.

Piszesz o pewnej nierównowadze plastyczności obu planów – w tym opowiadaniu jest ona świadomie zaplanowana. Chodziło mi o to, żeby świat dzienny był sterylny, nudny i oswojony; to świat nocny jest miejscem silnych emocji, obrazów, zapachów, nawet bólu – dlatego jest tak pożądany, choć jest złudzeniem. Ale prawda i to co najważniejsze mieści się jednak gdzie indziej.

Po co opowiadać historię od początku do końca? Nie lepiej, żeby czytelnik sobie ją dokończył?

Książki nie potrafię napisać.

Coboldzie, przepraszam za niewyważony i niepoprawny komentarz. Usunęłam go. Mam nadzieję, że będziesz pisał dalej i rozwijał się literacko. Z przyjemnością będę czytała Twoje opowiadania i książki.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie czytałam opowiadania w Silmarisie i jest to moje pierwsze z nim zetknięcie. Coboldzie, masz niezwykłą umiejętność przenoszenia czytelnika nie tylko do innego, egzotycznego świata, ale do dwóch naraz, świetnie się przenikających. W dodatku oba ukazujesz w sposób na tyle zajmujący, że kiedy zaczęłam czytać, czułam się zmuszona śledzić losy bohaterów aż do samego końca.

Nie wiem czy słusznie, ale odniosłam wrażenie, że to opowiadanie sugeruje, że ważne jest tylko to, co dzieje się w tej chwili, w czasie rzeczywistym. Tak jak wyginęły ptaki dodo i już się nigdy nie odrodzą, tak sztuczne życie nigdy nie będzie w stanie zastąpić prawdziwego. Możemy położyć się spać i pięknie śnić, ale będzie to tylko sen, choć może się w nim pojawić dodo, w dodatku jak żywy.

 

trzy­ma­ła w ręku długą, pro­stą fajkę z kan­cia­stą gałką na końcu. –> O ile mi wiadomo, gałka jest obła z definicji i jako taka chyba nie ma kantów.

Za SJP PWN: gałka 1. «mały, kulisty przedmiot lub kuliste zakończenie przedmiotów» 2. «kulisty regulator w różnych aparatach» 3. «porcja lodów w kształcie kulki» 4. «kulka służąca dawniej do losowania i głosowania»

 

Prze­łą­czył ekran na ostat­nią salę. Vi­pow­ską. –> Prze­łą­czył ekran na ostat­nią salę. VIP-ow­ską.

 

Wu pod­szedł do dziew­czy­ny, schy­lił się, pod­niósł z pod­ło­gi zie­lo­ne sukno i osło­nił jej pier­si. –> Kiedy zielony jedwab zamienił się w zielone sukno? Sukno nijak nie przypomina jedwabiu.

 

utwo­rzy­li szpa­ler wio­dą­cy pro­sto do drew­nia­nej bramy. Wu, przez ni­ko­go nie po­pę­dza­ny, ru­szył pro­sto przed sie­bie. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

a małe czer­wo­ne oczka świ­dro­wa­ły w kie­run­ku Wu. –> Wzrokiem można kogoś przewiercać/ świdrować, ale czy można świdrować w czyimś kierunku?

Proponuję: …a małe czer­wo­ne oczka zerkały/ łypały w kie­run­ku Wu.

 

Jak tam ne­go­cja­cje z Se­cond Life?

Cięż­ko – wes­tchnę­ła. –> Raczej: Trudne – wes­tchnę­ła.

 

– Jeśli wska­żesz mi na pla­nie mia­sta, gdzie do­kład­nie pro­wa­dzi ta furta… –> Raczej: – Jeśli wska­żesz mi na pla­nie mia­sta, dokąd do­kład­nie pro­wa­dzi ta furta

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeklejam komentarz (z 17.09.2018) z wątku Slimarisowego:

 

Jestem po lekturze narazie tylko coboldowego tekstu z 10 numeru. I mogę z czystym sumieniem polecić, ale cobolda zwykle polecać nie trzeba :D

Elegia na śmierć ptaka dodo – podobało mi się, zarówno pomysł, jak i wykonanie. Opowiadanie napisane świetnym językiem i warsztatem. Nie będę tu spojlerować fabuły, ale nad zakończeniem muszę jeszcze pomyśleć. Bo niby wiem, co się wydarzyło i jakie są tego następstwa, ale czy na pewno? Z coboldem nigdy nie wiadomo, co tam jeszcze w tekście siedzi.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Symetryczna budowa tekstu jest jego największą zaletą. Konfrontacja poszczególnych żyć, a nawet scen (moja ulubiona to rozmowa z szefem Second Life’a zestawiona z rozmową z pracownikiem firmy) pokazuje przez kontrasty kolejne elementy świata i życia postaci.

Oprócz tego ilość scen odpowiednia, opowiadanie nie dłuży się, tempo rozłożone jest równomiernie.

Podsumowując: dobrze zaprojektowany i wykonany koncert fajerwerków. Zasłużenie doklikuję Bibliotekę :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jak u Belhaja – uświadomiłam sobie, że ja czytałam, ale Ty mojej opinii nie znasz.

To przeklejam większość swojego komcia jurorskiego:

Pomysł podwójnego życia interesujący, chociaż nie powala oryginalnością. Zabrakło mi elementu wpływu na społeczeństwo, skutków tego wszystkiego… No, socjo SF. Jasne, że jak grają pół doby, to mają mniej czasu dla siebie.

A końcówki nie zrozumiałam – kim w końcu Gabi była? Co bohater chciał osiągnąć? Pogubiłam się w jego pobudkach.

Fajne granie medycyną i wykorzystanie chińskiej egzotyki. Podobał mi się ten wschodni klimat.

Babska logika rządzi!

Asylum – ale za co? Twój poprzedni komentarz był i ciekawy, i budujący…

Reg – dzięki za miłe słowa i za łapankę. Większość poprawiłem, choć na gałkę nie mam lepszego pomysłu. One naprawdę były kanciaste:

Znalezione obrazy dla zapytania opium pipe

 

Mytrix – dzięki za opinię. Wymyśliłeś już, o co chodzi w zakończeniu? ;)

NoWhereMan – i Tobie dziękuję. To bardzo fajne, kiedy czytelnik odnajduje w tekście rzeczy, o których autor nie myślał, a które jednak pasują do jego koncepcji.

Finkla – dziękuję za uchylenie rąbka jurorskiej tajemnicy ;) Ale będę walczył:

Pomysł podwójnego życia interesujący, chociaż nie powala oryginalnością.

OK, rzeczywistość wirtualna, to nie mój wynalazek, choć akurat w takim wydaniu – pełnej równowagi real/wirtual w cyklu dobowym, osobiście się dotąd nie spotkałem. Co więcej, celowo zdecydowałem się na wykorzystanie pewnych kalek technicznych (np. to złącze na karku), żeby zostawić sobie więcej miejsca na psychologię postaci. Ale przecież temat konkursu dotyczył rozważań nad możliwym dalszym rozwojem już istniejących technologii.

Zabrakło mi elementu wpływu na społeczeństwo, skutków tego wszystkiego…

No to kiepsko, bo o tym jest to opowiadanie. Zauważ, że Stanley w życiu dziennym nie spotyka, poza Gabi, żadnego prawdziwego człowieka. Są tylko ekrany, hologramy. Żeby doświadczyć prawdziwej fizycznej obecności drugiej osoby i związanych z tym emocji ucieka do świata wirtualnego, wzorowanego na przeszłości. Bo w świecie przyszłości nie ma społeczeństwa. Nie ma go do tego stopnia, że bohaterów prześladuje pytanie: czy nie są aby ostatnimi prawdziwymi ludźmi na Ziemi, a wszystko pozostałe jest złudzeniem (tak jak świat nocny). Ten motyw pojawia się w rozmowach Stanleya i Gabi, to on jest symbolizowany przez dodo i zawarty w tytule.

Temat konkursu zakładał również próbę zanalizowania wpływu technologii na etykę i religię przyszłości – to próbowałem umieścić w rozmowie z doradcą.

A końcówki nie zrozumiałam – kim w końcu Gabi była?

Nie chciałbym spoilerować, może jeszcze ktoś przeczyta. Na razie mogę tylko powiedzieć, że w dzień była cyberpaleobiolożką freelancerką. Kim była w nocy, pokazuje ostatni akapit przedostatniego rozdziału i początek ostatniego. Dodam jeszcze, że istotną rolę odgrywają tu kolory przypisane bohaterkom.

Co bohater chciał osiągnąć?

To akurat proste. Obawiam się, że tak jak każdy, chciał zjeść ciastko i mieć ciastko ;)

OK, zmodyfikowałeś VR – jest zinstytucjonalizowana, nie można sobie wybrać dowolnie awataru, nie można nawet opowiedzieć znajomym, co się dostało. Ale zasadniczo to znana już VR.

Wpływ na społeczeństwo. Cóż, już wiele razy słyszałam, że dzisiaj dzieciaki nie haratają w gałę z kumplami, tylko siedzą przed kompami. W pewnym sensie to już się dzieje. I odczytałam tekst raczej jako pokazanie, co się dzieje z jedną parą, a nie z całym społeczeństwem. Zabrakło ujęcia makro, jest studium przypadku. Coś bardziej z działki psychologii niż socjologii.

Gabi. No, wiadomo, kim jest za dnia (chociaż ja widziałam w niej raczej graficzkę) i co się stało z jej awatarem. Ale nie wiedziałam, który to – tam jeszcze urzędnicy byli. Nie zwróciłam uwagi na kolory, a nawet gdybym zwróciła – kolor czyichś ubrań to jeszcze żaden dowód. Nie każdy, kto ma koszulę w tym samym kolorze, co ja, jest moim duchowym bratem. Szczególnie, jeśli to strój roboczy czy oficjalny. A może jestem za słaba w symbole.

Cele bohatera. To można powiedzieć o każdym. Nie rozumiem, dlaczego organizował zamach, zamiast zwyczajnie dostarczyć zamówienie. Liczył, że przejmie tron? Na to wydaje mi się zbyt cienki w uszach.

Babska logika rządzi!

Bohater nie organizował zamachu. Na początku szukał tylko patrona, który zapewni, że wszystko w jego nocnym życiu pozostanie tak, jak dotychczas. To, jakie są tego możliwe konsekwencje, przekraczało jego horyzonty. W końcowej akcji chciał tylko dostarczyć zamówienie, to Shuiguo (chiń. “Owoc”) wykorzystał jego zaufanie, włamując się do ogrodu i niszcząc prace konkurencji.

A teraz szczerze, Coboldzie – kto wymyślił ten tytuł?

Jest tak wspaniały, że już sam z siebie zasługuje na hrabiowskie błogosławieństwo! Nie uwierzę, że to Twoje dzieło <3

 

Opowiadanie przeczytałem i z ulgą przyznaję, że złe wspomnienia z Twoich tekstów należą już do przeszłości – szybko wkręciłem się w to opowiadanie i z zainteresowaniem czytałem do końca.

Z pewnością imponuje setting i rekwizyty – połączenie XIX-wiecznych Chin i futurystycznego miasta zdało mi się interesujące i odżywcze. Dodo, kwagga – o tym też rzadko można poczytać.

Pomysł na takie podłączanie się do komputera i prowadzenie drugiego życia trochę zdarty. Skojarzył mi się z Surogatami (miałeś zbliżony pomysł, jeśli chodzi o izolację), a także dylogia ‘Głębia’ Łukjanienki.

Różnica jest taka, że w powyższych dwóch znacznie klarowniejsze zdały mi się motywy tego systemu. Ludzie przechodzili do świata, w którym wybierali kim są i przez to żyło im się przyjemniej – logiczne. U Ciebie dobór jest losowy, można wtopić – po co więc w ogóle to robią w taki właśnie sposób?

Niby wyjaśniałeś w rozmowie z konsultantem, ale ja za bardzo nie kupuję tego harmonijnego rozwoju – już w XXI wieku ludzie mają coraz mniej czasu, zwiększa się też komfort życia i pokusa ze strony rozrywek, więc raczej niewielu chciałoby się tak mordować, jak biedny Stan. 

No i ta rozterka Stanleya Wu – co się stanie, jeśli się nie podłączę? Czy kontrolę nad panem Wu przejmie bot? Wydaje mi się, że podobna sytuacja może mieć miejsce często – nie powinien wiedzieć, jak dokładnie ten system działa?

Wątek z Liściem Jabłoni fajny. I, ogólnie, bohaterowie raczej Ci się udali. Nawet epizodycznego Shuiguo cechuje pewien charakterystyczny rys :)

Fabularnie pozostałem z niedosytem, bo trochę mało tych “handlarskich przygód pana Wu”, ale w końcu pisałeś opowiadanie, a nie mikropowieść – wszystko nie miało prawa się zmieścić, a skupiłeś się na innej tematyce.

Natomiast sama metafora z dodo bardzo fajna – wolę takiego Cobolda, niż tego nawiązującego do wydarzeń historycznych i postaci, o których nie mam bladego pojęcia ;D

Warsztatowo, jak zwykle, drukowalnie.

 

Trzymaj się ciepło ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzieki, Hrabio!

A widzisz – tutaj tytuł był pierwszy, przed opowiadaniem. Mam taki plik z fajnymi tytułami, które mi kiedyś przyszły do głowy i czasem do niego zaglądam i sprawdzam, czy by nie pasowały do historii na zadany temat.

Ludzie przechodzili do świata, w którym wybierali kim są i przez to żyło im się przyjemniej – logiczne. U Ciebie dobór jest losowy, można wtopić – po co więc w ogóle to robią w taki właśnie sposób?

Bo tak jest prawdziwiej, a oni są znudzeni mdłą i sterylną codziennością, szukają hazardu, emocji i tajemnicy. I chyba właśnie ta tajemnica, obok brudu, bólu i lęku jest tym co ich najbardziej kręci w nocnym życiu.

Mam taki plik z fajnymi tytułami, które mi kiedyś przyszły do głowy…

Hehe, dobra taktyka! Czasem tytuł potrafi zainspirować jak nic innego :)

 

…szukają hazardu, emocji i tajemnicy.

Ale niekoniecznie szukają sytuacji, w których ktoś im urywa paluchy na resztę nocnego życia ;p

Zawarłeś w tekście hyperloopa, a matrixowe złącza wydają mi się odległym potomkiem gogli VR.

Stąd wrażenie, że słaby, przyzwyczajony do wygody człowiek przyszłości będzie dążył do ciekawych, pełnych emocji i tajemnicy sytuacji, nad którymi będzie miał pełną kontrolę.

Ale to oczywiście kwestia naszych własnych rozważań i przypuszczeń – Twoje są tak samo dobre jak moje ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ale niekoniecznie szukają sytuacji, w których ktoś im urywa paluchy na resztę nocnego życia ;p

Ale dlaczego? Wtedy przynajmniej czują, że naprawdę żyją. To jest jak “Fight Club”!

 

Podobnie zresztą wygląda porównanie miłości i ciąży w obu tych światach – co jest fajniejsze (nie mówię, że lepsze): rutyna czy żywioł, pełna kontrola czy naturalny proces? Bohater woli przytulić się do brzucha swojej ciężarnej cyfrowej kochanki niż do stalowego jaja z prawdziwym potomkiem w środku.

Fajne to Chiny. To miasto przyszłości też.

Szkoda, że popularna rozrywka jest z definicji nastawiona na rozdzielanie jednostek i że wszyscy tak po prostu się zgodzili na nie rozmawianie o drugiej połowie swojego życia.

 

Mąż i żona w tym samym systemie i w tym samym czasie?

Fajnie, że im się udało tak trafić ;)

I to niezłe role, bo jakby ugrzęźli jako rolnicy na polach ryżowych, to przyszłość byłaby jeszcze mniej obiecująca niż przy zalosowaniu handlarza opium ;)

 

Co do rozważań, ‘co by było gdyby on zniknął’ to przez te wszystkie lata powinien poczynić chyba jakieś obserwacje w związku z innymi graczami, nie? Zauważyć, że ktoś znika – ale że nikt nigdy nie znika. No i sam przecież pewnie kiedyś się nie logował, bo przyczyny losowe, nie? 

 

Trochę zgrzytał mi też ten facet, który szukał Rose – taka łopata z niego wyszła.

 

I z niecierpliwością czekam na tekst, w którym będzie jakaś fajna, niezależna od mężczyzn kobieta.

 

I would prefer not to.

przez te wszystkie lata powinien poczynić chyba jakieś obserwacje w związku z innymi graczami, nie?

Cała zabawa polegała na tym, że nikt, nigdy nie wiedział, czy otaczające go postaci to, co do jednego boty, czy są między nimi awatary innych graczy.

 

Trochę zgrzytał mi też ten facet, który szukał Rose – taka łopata z niego wyszła.

A to już takie moje zabawy intertekstowe, ten facet jest z innego opowiadania ;)

 

I z niecierpliwością czekam na tekst, w którym będzie jakaś fajna, niezależna od mężczyzn kobieta.

Wiem, wiem, to jest dla mnie, jako faceta, wyzwanie. Już trochę próbowałem w “Madonnie”, ale mi kosmitka wyszła. Mam jednak w planach zaliczenie kiedyś testu Bechdel.

 

ale jak z kimś gra przez dziesięć lat to może zacząć się domyślać albo chociaż rozważać – tak jak zastanawiał się, czy Shuiguo jest botem, czy nie.

 

a, jak inna bajka, to może dlatego mi nie pasowało ;)

 

a z testem będę kibicować.

napisz człowieka, zamiast matki/kochanki ;)

I would prefer not to.

ale jak z kimś gra przez dziesięć lat to może zacząć się domyślać albo chociaż rozważać

Coś tam rozważał, ale to była bardzo ograniczona refleksja. Zobacz, że dla Stanleya drugie życie to przede wszystkim ucieczka od pierwszego, on nie szuka analogii, tylko barykaduje się w tamtym świecie. Przeciwnie Gabi – robi w obu życiach właściwie to samo, a przy tym cały czas szuka Stanleya. Ten pomysł na dwoje ludzi, którzy spotykają się w innych wcieleniach, ale tylko jedno ma tego świadomość i nie może się zdradzić, wydał mi się najciekawszy w całej grze.

 

A co do postaci kobiecych – nie chciałbym znowu prowokować genderowych przepychanek, ale wydaje mi się, że napisanie roli żeńskiej, akceptowanej przez Czytelniczki, jest dla mężczyzny (no dobra, przynajmniej dla mnie) trudniejsze niż stworzenie dobrego bohatera męskiego przez kobietę-autorkę. Co tylko zaostrza mój apetyt na takie wyzwanie ;)

 

 

wydaje mi się, że napisanie roli żeńskiej, akceptowanej przez Czytelniczki, jest dla mężczyzny (no dobra, przynajmniej dla mnie) trudniejsze niż stworzenie dobrego bohatera męskiego przez kobietę-autorkę.

dlaczego?

I would prefer not to.

I to jest pytanie!

Myślę, że to zależy od wielu rzeczy, przede wszystkim od dostępności wzorców w kanonie literatury – tych męskich jest więcej i są one prostsze… Mężczyzna może być tępym żołdakiem, naiwnym marzycielem czy pozbawionym słabości herosem, a choćby był w tej roli prosty jak konstrukcja cepa, zawsze wpisze się w jakąś tradycję. Pierwszoplanowe, ciekawe postaci żeńskie, kiedy już się pojawiają, są dalece bardziej skomplikowane.

Wciągnęło. Dlatego od razu wspomnę o jedynym poważniejszym zarzucie, jaki mam wobec opowiadania – ostatnie wydarzenia przyspieszyły gwałtownie i końcówka jest napisana jakby nieco oszczędniejszym stylem. Co wywołało u mnie cichy pomruk niezadowolenia, gdyż lektura wciągnęła i szczerze zainteresowała także poprzez apetyczną i soczystą kreację świata, obfity i wysokokaloryczny styl oraz smakowity język.

Kupiłeś mnie w momencie, gdy w świecie orientalnych i historycznych realiów padło określenie "bot". Liczyłeś zapewne na taki efekt i ja się dałem złapać z zadowoleniem.

Bo naprawdę bogaty i złożony (dwu)świat zaprezentowałeś nam w tym opowiadaniu. I stąd to wrażenie lekko uciętej historii, przyspieszonego finału. Zanurzyłem się w dziewiętnastowiecznych Chinach i interesującym świecie przyszłości i chciałbym, żeby opowieść trwała, światy dalej się przenikały, symbole kusiły domysłami, zależności plątały itd.

Niby rzeczywistość wirtualna nie jest czymś odkrywczym, a życie w niej intensywniejsze od realnego też nie jest Twoim pomysłem. Również życie sztuczne zamiast prawdziwego rozgrywano w kulturze na wiele sposobów. Ale skonstruowałeś swój świat zmyślnie i ciekawie, złożyłeś kilka znanych elementów na nowo, tworząc oryginalną wizję i stawiając kilka ważnych i interesujących pytań.

Warsztat coboldowy w górnych rejestrach, kompozycja, pomysł wyjściowy, intryga, bogactwo języka i świata przedstawionego, detale, powiązania fabularne, udane postacie, naturalne dialogi, umiejętnie dozowane opisy i wyjaśnienia świata itd., to wszystko sprawia, że to opowiadanie stawiam wyżej niż "Madonnę…" I "Na obraz…".

I tak jak w rzeczywistości literackiej, tak i podczas lektury to główne Second Life zaskoczył dbałością o szczegóły, klimatem, udanym przedstawieniem. Dawno (jeśli w ogóle) nie czytałem tutaj opowiadania, którego realia tak by pasowały, zagrały, urzeczywistniły się w wyobraźni czytelnika. Opisy gęste i kreślone wprawnym piórem. Literacko wszystko mi tu coboldzi.

Tak na marginesie, orientalny świat, który opisałeś w jakiś sposób przypominał mi klimatem ten ze wspomnianej niedawno na portalu "Księżycowej ćmy" Vance'a i bardzo do niej podobnego "Ponurego milczka" Piekary. Wiem, że tamte światy są nieziemskie, a Twój to "zwyczajne" Chiny w określonej epoce, ale poznawanie tego świata w opowiadaniu, było właśnie takim spacerem po fascynującym i niezwykłym miejscu.

Co jeszcze… Na pewno ciekawe myśli wywołujesz u czytelnika, o ważne rzeczy pytasz. Czy warto się zatracać w nierealnych rzeczywistościach, choćby nie wiem jak realne się zdawały? Czy to jeszcze zabawa, czy już coś więcej? I co z moralnością takiego drugiego życia? Czy świat ucieczki może zdać się nam ważniejszy od prawdziwego? Czy ludzie są samotni za fasadą sztucznych wcieleń i nakładanych na potrzebę nowoczesnego świata i technologii masek? Czy to, co odbiera nasz mózg i co czujemy wszystkim zmysłami to już rzeczywistość, czy nadal zwykła ułuda? I czy rzeczywistość to jednak coś więcej? I tak dalej. Jest tu trochę filozofii na marginesie i kilka pytań o naturę rzeczywistości, jej odbioru/kształtowania przez nasz umysł i zmysły, ale też trochę Dicka, Gibsona, Lema obok filmowego "Matrixa", a nawet "Surogatów". Jest tu pytanie o kondycję naszych współczesnych relacji społecznych, stosunków międzyludzkich, ale jest też chyba ponura diagnoza tego stanu i pytanie, dokąd ten proces zmierza. I jest też nuta romantyczna, miłość prawdziwa, szukanie bliskiej osoby w obcym i wrogim świecie. Ogólnie sporo tego wszystkiego.

I gdy walisz na koniec happy endem, to w niego lekko powątpiewam, bo zręcznie zasiałeś ziarno zwątpienia.

I pewnie wiesz także, że ten metatekstowy żart o facecie szukającym Rose, może spowodować zwątpieniem w realność tego pierwszego i prawdziwego świata opowiadania. Ale to jednak tylko takie mruganiem okiem, jak myślę.

Słabości? Może ten dodo trochę pretekstowy i niewykorzystany. Były też w tekście momenty lekkiego zagubienia. Może zbyt gwałtownie nastąpił zwrot akcji i finałowy atak na Yamen zaskoczył burząc mi nieco historię. Ale przy okazji wypłynęły na wierzch spiski, podskórne rywalizacje i działania (Apple) i chociaż mogę marudzić to jednak wszystko jakoś się ułożyło w naprawdę satysfakcjonującą całość.

Być może nie wszystkie zależności personalne i "kolorystyczne" ogarnąłem, może nie zadałem sobie wszystkich pytań, jakie planował autor i nie znalazłem wszystkich odpowiedzi. Ale nie zmienia to faktu, że to jak na razie imo najlepsze opowiadanie 2019 roku na portalu. Oczywiście z tych, które przeczytałem. Ale podejrzewam, że nie tylko z tych. W każdym razie masz mój głos na nominację.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki, Marasie.

No, nie potrafię się wyzbyć tego nawyku przyspieszania na finiszu. Może powinienem zaczynać od końca?

“Księżycową ćmę” przeczytałem 3 dni temu i mam teraz wielką ochotę na napisanie takiego antropologiczno-fantastycznego opowiadania. Trzeba będzie poczytać Malinowskiego ;)

Od dwu­na­stu lat po­świę­cał temu wszyst­kie noce, a także, co mu­siał przy­znać z pew­nym wsty­dem, znacz­ną część każ­de­go dnia. Mniej wię­cej trzy lata temu uznał, że klu­czo­we dla jego przy­szło­ści bę­dzie spo­tka­nie z tym oto czło­wie­kiem. Kwe­stia, czy to w ogóle jest czło­wiek, nie miała jak dotąd więk­sze­go zna­cze­nia.

 

Zapomniałem wcześniej wrzucić. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Szukałem jakiegoś mądrzejszego wstępniaka, ale że jestem bardzo nie w formie ostatnio, to pojadę klasyką:

Pieprzony windows sam mi się wczoraj zaktualizował i zresetował, tym samym odsyłając w niebyt poprzednią wersję niniejszego komentarza – w większości już ukończonego – i mocno demotywując mnie do pisania tej tutaj.

A szkoda, bo tam całkiem zgrabnie udało mi się wyprowadzić komentarz od twierdzenia, że ze wszystkich trzech ostatnio opublikowanych tu przez Ciebie opowiadań to jest najbardziej nijakie jak dla mnie – co nie znaczy, że jest nijakie czy złe w sensie ogólnym, bynajmniej – do uzasadnienia tego właśnie stanowiska.

Teraz jednak, mocno zniechęcony poprzednim fiaskiem, pominę lawirowanie wokół tego wniosku i przejdę od razu do uzasadnienia.

Przede wszystkim zabrakło mi tu jakiejś prawdziwej historii. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Z jednej strony mamy rzeczywistość, w gruncie rzeczy będącą dla mnie niespecjalnie ciekawą – przynajmniej jeśli chodzi o sztafaż – kalką groma innych, równie nieciekawych wizji przyszłości a’la Blade Runner czy Piąty Element (no nie odnajduję się wśród tych wszczepów, botów i latających piździków), choć pozytywnie mniej ekspansywną. A więc klimat sam w sobie zupełnie niezbyt porywający. Szczególnie, że nie broni się niczym nowym czy choćby specjalnie interesującym. Zasadniczo mamy tu tylko punkt wyjściowy do VR i tego bidnego ptaka dodo, będącego… zdaje się, że metaforą upadku ludzkości. Tyle, że do mnie ta metafora nie trafia, bo i tego upadku, prawdę mówiąc, nie widzę. Świat stoi, ma się dobrze, ludzkość prosperuje, rozwija się, funkcjonuje. A że jest samotna… Już teraz jesteśmy samotni, a mimo wszystko świat idzie do przodu.

Z drugiej strony mam VR, o wiele dla mnie ciekawszy – bliżej mi w tamte czasy i rejony, niż do pozbawionej kierowcy taksówki – a przy tym, jak mi się zdawało, ważniejszy dla samej opowieści niż real, w którym Wu zdaje się istnieć już tylko po to, by móc działać na rzecz swojego życia w nie-realu.

Po pierwsze, tutaj naprawdę dobrze, soczyście, oddałeś klimat Chin już zamierzchłych, po drugie, tutaj naprawdę coś się dzieje, i jest to opowieść zupełnie zajmująca. Niestety jej finał – w dużej mierze wpływający na moje poczucie miałkości tekstu – zupełnie rozczarowuje. Nie tylko dlatego, że jest, jak dla mnie, bardzo nagły i mocno oderwany od całej reszty, ale też dlatego, że nie wnosi zasadniczo nic, co nadawałoby całej opowieści jakiś prawdziwy sens, usprawiedliwiało jej napisanie. A historie spod egidy moralnego niepokoju powinny właśnie coś nam mówić.

Generalnie widzę – albo myślę, że widzę – do czego zmierzałeś i co chciałeś mi pokazać, ten przerost virtuala nad realem i konsekwencje tego zjawiska (fakt, że siedzę tu teraz i piszę ten komentarz zamiast posiedzieć z bliskimi, póki jeszcze mogę, również wpisuje się w ten schemat i jestem tego doskonale, boleśnie świadom; i w związku z tym kończę powoli), ale brak mi w tym przekazie siły. W innych tekstach, choć finał nie zawsze do mnie przemawiał, tej siły było jednak znacznie, znacznie więcej.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Odpowiem, Cieniu, krótko, nie tylko dlatego, że coś ostatnio nie potrafię Cię wciągnąć w dialog pod moimi opowiadaniami. Dotknąłeś bowiem istoty sprawy:

Generalnie widzę – albo myślę, że widzę – do czego zmierzałeś i co chciałeś mi pokazać, ten przerost virtuala nad realem i konsekwencje tego zjawiska (fakt, że siedzę tu teraz i piszę ten komentarz zamiast posiedzieć z bliskimi, póki jeszcze mogę, również wpisuje się w ten schemat i jestem tego doskonale, boleśnie świadom; i w związku z tym kończę powoli)

Niby banał, ale sam muszę to sobie często uświadamiać. I myślę, że jakkolwiek by to nie było oczywiste, lepiej się tą refleksją dzielić, niż tego nie robić.

 

Ech. Jak zwykle bardzo ładnie napisane, ale do mnie jednak zarówno Ludwik Bawarski jak i Neandertalczycy trafili zdecydowanie bardziej (mimo uwag krytycznych do szczegółów), w przeciwieństwie do Counta wolę więcej mięsistej historii (Madonna niestety ciągle czeka w kolejce). Tu miałam poczucie dysonansu: wszystko ładnie, ale też wszystkie elementy już skądś znam, jest to bardzo sprawnie zrobiona układanka z prefabrykatów. Może trochę podmalowanych na nowo, bo ten sztafaż wojen opiumowych. Prawdę mówiąc, fabuła – zwłaszcza ta chińska – momentami mnie wręcz nużyła.

Podpisuję się pod tym, co pisała Finka (brak tła społecznego, dla mnie to też kameralna opowieść o konkretnej parze w jakiejś ledwie zarysowanej społecznie przyszłości; to, że Stanley czy Gabi nie mają kontaktu z ludźmi nie oznacza automatycznie, że to powszechne…). A jeszcze bardziej podpisuję się pod większością tego, co napisała Asylum – czytając ten komentarz myślałam sobie “o, to zupełnie moje odczucia”. Mam też wrażenie pewnej powtarzalności schematów w tym, co piszesz – podkreślam: bardzo sprawnie! czyta się dobrze – do tego stopnia, że pewne elementy fabularne stają się niemalże przewidywalne. Umiesz budować nastrój, umiesz pisać bohaterów, świetnie operujesz językiem – ale w tym konkretnym tekście brakło mi, paradoksalnie, dramatyzmu, mimo że jest go sporo na powierzchni. Nie przeszkadza mi otwarte zakończenie, lubię niedopowiedzenia, ale to opowiadanie jest dla mnie na granicy pięknej, kolorowej, ale jednak tylko zabawki z pewną konwencją. I gdyby to było celowe i w pewnym sensie ekshibicjonistycznie pokazane przez narrację – łyknęłabym łatwiej.

 

PS. A propos przerostu wirtuala nad realem – może to jest największa słabość tego tekstu, bo to było już tyle razy, że sama atrakcyjna oprawa nie wystarcza, żeby pojawił się efekt wow.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Odpowiem, Cieniu, krótko, nie tylko dlatego, że coś ostatnio nie potrafię Cię wciągnąć w dialog pod moimi opowiadaniami.

Wiem i przepraszam. Nadrobimy jednak kiedyś przy jakimś piwie, w realu.^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki, Drakaino.

Mam też wrażenie pewnej powtarzalności schematów w tym, co piszesz

O, to ciekawe! Mogłabyś rozwinąć ten wątek? Bo widzisz, ja całkiem świadomie wracam do pewnych zagadnień – nieśmiertelność, podwójne życie, odpowiedzialność twórcy (i stwórcy) i ma to zwykle przełożenie też na formę opowiadania, ale akurat w tekstach, o których piszesz (i pod którymi czytałem Twoje komentarze) nie widzę tych powtarzalnych elementów. Wydaje mi się też, że bohaterowie się u mnie zmieniają, choć każdy z nich ma coś ze mnie ;)

 

bo to było już tyle razy, że sama atrakcyjna oprawa nie wystarcza, żeby pojawił się efekt wow.

a to jest z kolei kwestia odpowiedzi na pytanie, czy trzeba mieć coś nowego do powiedzenia, żeby pisać do nowych czytelników. Robię tu trochę za seniora i z tej pozycji uważam, że warto się dzielić osobistym, głębokim doświadczeniem faktu, że proste rzeczy są najważniejsze. Nawet jeśli to nie jest odkrywcze, to jest bardzo szczere. A to chyba więcej warte niż wow.

 

Cieniu – w Krakowie jestem zawsze do Twojej dyspozycji.

Coboldzie, pewnie, dobrze jest się dzielić z czytelnikami (dlaczego piszesz tylko o “nowych”?) sprawami ważnymi. Ale mój komentarz dotyczył między innymi nominacji do piórka. I oczywiście każdy tekst, który w sosie innym niż mdląco moralizatorski poda ważne przesłanie, jest jakoś tam cenny. Pytanie tylko, czy również zasługuje na wyróżnienie literackie.

To opowiadanie jest dla mnie jak bardzo dobrze skrojony garnitur – może nie od Hugo Bossa, bo to i owo w nim zgrzyta, ale prawie. I ja tę krawiecką robotę, a także dbałość o szczegóły, doceniam, choć np. nie posiadam narzędzi, żeby sprawdzić, jak dobrze oddane są chińskie realia. Co skądinąd, zważywszy, że to VR, a nie podróż w czasie, może nie mieć znaczenia. Ważne, że są napisane w ten sposób, że nie krzyczą absurdami. (To skądinąd kolejne opowiadanie z Chinami w tle – tak z ciekawości: bywałeś tam?)

Ale dobrze skrojone garnitury nie są chwalone za kreatywność, tylko za to, że wpasowują się w pewien model, szeroko akceptowalny, wręcz wzorcowy. I tak widzę to opowiadanie – realizuje pewien zestaw oczekiwań czytelniczych, ale o ile np. w Królu Rybaku (nie chce mi się umlautów wklejać) ograłeś coś nietypowego, a w “Na obraz…” postawiłeś w centrum ciekawy i ważny problem naukowy (czy naukowo-etyczny), co moim skromnym zdaniem było największą zaletą tamtego tekstu i usprawiedliwiało fabularne niedoskonałości, o tyle tu nie widzę nic aż tak oryginalnego, kreatywnego, zaskakującego itd., żeby zasługiwało na specjalne wyróżnienie.

Jest nowy sztafaż dla starego tematu, ale momentami miałam wrażenie, że Chiny wybrałeś dlatego, że są na tyle egzotyczne, żeby stworzyć pozór dużej nowości. (Choć, dalibóg, filmów o triadach było dość, żeby akurat półświatek chiński nie był już aż taką egzotyką – no dobrze, w takim razie zastąpimy go wojnami opiumowymi…) VR Stanleya mogłaby być czymkolwiek innym i nie zmieniłoby to wiele w fabule. Są fajne gadżety – zwłaszcza jajko. Sprawnie poprowadzona fabuła, poprawnie napisani bohaterowie, ładny ozdobnik z wymarłymi zwierzętami (choć po tym motywie spodziewałam się więcej). I właściwie tyle.

Nie zrozum mnie źle: to jest dobry tekst i to, co wymieniłam powyżej, to dużo zalet. To jest tekst niewątpliwie drukowalny, quod demonstratum est. Ale nie taki, który jak dla mnie wybijałby się nagrodowo.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Może robię błąd, ale zabiorę głos. Wobec takich argumentów muszę zaprotestować. Umówmy się może, że te wszystkie komentarze to taki dodatek, a tak naprawdę kierujemy się wyłącznie gustami i upodobaniami. To normalne, że nasze opinie i wybory są subiektywne, ale może przestańmy udawać, że staramy się oceniać obiektywnie.

O co chodzi? O to, że jak sama zauważyłaś, Drakaino, tekst Cobolda jest drukowalny i bardzo dobry warsztatowo. Jednocześnie odbierasz mu literackość pozwalającą w Twoich oczach na nominację. Gdzie tu sens? Nie widzisz w tekście wielkich pytań i niczego nowego. Ja widzę sporo pytań w nowym, interesującym ujęciu.

A teraz fragment, za który mogę zostać źle odebrany… Otóż Twoją pierwszą lożową nominacją, Drakaino, jest opowiadanie AC. Tekst nawet dobry, rozrywkowy, ciekawie wymyślony, ale moim zdaniem ani drukowalny w obecnej formie, a przy tym zgrzytający i trzeszczący w kilku miejscach warsztatowo. Nie stawiający żadnych ważnych pytań ani szczególnie odkrywczy. Po prostu sprawna i fajna opowiastka. Do pochwalenia. Ale czy pretendująca do piórka? Wybacz mi, AC, moim zdaniem niepretendująca. I tutaj wychodzi to, co mówiłem wcześniej. Kierujemy się własnymi gustami. I to jest dobre. Pewnie, Drakaino, dostrzegłaś w tekście AC coś więcej niż ja, coś więcej niż (zdaje się) XIX– wieczny entourage, który tak lubisz. Ale jednocześnie nie dostrzegłaś w opowiadaniu Cobolda wielu znacznie głębszych pokładów literackich. Ale to zapewne wynika z naszych odmiennych gustów i upodobań.

Jednakże, jak zauważam po powyższym przykładzie i porównując oba "zamieszane" teksty, próbując oceniać poziom literacki, warsztatowy, ideowy itd. łatwo możemy się sami zapędzić w ślepą uliczkę. Albo w kozi róg.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jednocześnie odbierasz mu literackość pozwalającą w Twoich oczach na nominację.

Nie, nie odbieram – nie każdy dobry tekst jest piórkowy… I jeśli już, to nie na nominację, tylko na mój głos.

 

Nie bardzo chciałabym dyskutować tu o tekście AC-a, bo nie miejsce. Nie miejsce też na dyskusję piórkową, ale jeśli się tu nie ustosunkuję do tego, co napisałeś, to gdzie indziej nie zostanie to dostrzeżone. Ergo z góry przepraszam za offtop.

Opowiadanie AC-a nominowałam, po długim wahaniu, ponieważ pokazuje, że w bardzo drastycznym limicie da się zawrzeć spójną i obszerną fabularnie historię (to akurat napiszę również tam, w komentarzu piórkowym). Możesz to nazwać pozytywną “zazdrością” o coś, czego sama nie zdołałabym zrobić – czyli zachwyt karkołomną, ale działającą formą literacką. Tak, zamierzam być enfant terrible Loży, żeby zwracać uwagę właśnie na czasem uwierającą i niewygodną do noszenia haute couture albo modę niezależną, by pozostać w krawieckich metaforach, a nie tylko garnitury od Bossa. Bo zakładam, że nawet jeśli te opowiadania nie dostaną piórek (nie łudzę się, że dostaną), to dzięki nominacji trochę więcej osób przeczyta teksty wykraczające poza znakomity skądinąd szablon, “dobre inaczej” oczywiście nie w sensie, jaki takim frazeologizmom nadaje obecnie nasz język. To oczywiście nie oznacza, że nie będę TAKować tekstów bardziej konwencjonalnych – TAKowałabym np. dwa wymienione przeze mnie wcześniej teksty Cobolda (Madonny wciąż nie czytałam, więc nie wiem). Po prostu ten uważam za znacznie słabszy pod każdym względem od tamtych dwóch.

Może jestem winna wytłumaczenie, co popchnęło mnie ostatecznie na tę drogę – była to totalna klęska opowiadania, które uważam za najciekawsze (niekoniecznie najlepsze w klasycznych kryteriach) w roku 2018 na portalu – “Kwantowego serca ostinato” stn-a. Po prostu postanowiłam nominacjami zwracać uwagę czytelników na teksty wymykające się łatwej ocenie i łatwej lekturze. Bo fantastyka polska oprócz tekstów sprawnych potrzebuje też tekstów dziwnych, nieszablonowych.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino – ależ tego, że korzystam (i to pewnie częściej niż sobie to uświadamiam) z cudzych pomysłów, które kiedyś zrobiły na mnie wrażenie, ani się nie wypieram, ani nie wstydzę. Zawsze jednak układam je po swojemu i dorzucam coś osobistego, tak, żebym również bez wstydu mógł się pod tym podpisać. Twierdzenie, że wszystko można zbudować samemu od podstaw byłoby wyrazem niezwykłej pychy twórczej; podejrzewam zresztą, że takie opowiadanie byłoby dla czytelnika zwyczajnie niestrawne.

Bardziej zastanowiły mnie te twoje słowa, które sygnalizują, że zaczynam powtarzać samego siebie i staję się przewidywalny – to o ich rozwinięcie prosiłem.

Co do piórka – mamy inne poglądy na temat tego czym ono jest, czym nie jest i czym ewentualnie powinno się stawać – o tym już dyskutowaliśmy. Tak, czy owak będę z zainteresowaniem śledził Twoje nominacje i piórkowe decyzje.

 

Marasie – napiłbym się kiedyś z Tobą.

Coboldzie, przeczytam jeszcze Madonnę i wtedy pokuszę się o rozwinięcie “przewidywalności”, bo może ona zburzy to wrażenie ;) To zresztą bardzo trudno tak naprawdę uchwycić – bo wrażenie lekturowe jest ulotne, nie zawsze wsparte wyraźnym “o, tu autor zrobił to i to”.

Oczywiście, od dawna literatura buduje z istniejących cegiełek – a w sumie to pewnie zawsze budowała, tylko ogólna preferencja co do zarówno cegiełek, jak i powstających z nich budynków była inna. Ongiś wręcz uczono się tworzyć te cegiełki, żeby następnie z nich budować coś tam mniej lub bardziej (zazwyczaj mniej) wyrazistego i swojego. W samym takim procesie nie ma nic złego ani tym bardziej nagannego. Ba, samoświadomość literacka takiego działania ma swoje plusy.

Niemniej piórkowo chciałabym czegoś bardziej zaskakującego pomysłem na dowolny element składowy ostatecznej całości – świeższego, nawet jeśli chropowatego w wykonaniu. Nie chcę głosować na coś, co się płynnie czyta i w czym nie da się nic zarzucić kompozycji i wykonaniu. Dla takich opowiadań widziałabym “górne półki” w bibliotece, która już ma liczebność nieogarnialną i przydałaby się dalsza selekcja tego, co w niej najlepsze.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Możemy się umówić na mały eksperyment:

Kiedy zabierzesz się za Madonnę, przerwij w połowie i zapisz na kartce, w jakim to w Twoim przeczuciu kierunku pójdzie. A potem sprawdź, czy mnie przejrzałaś ;)

OK, świetny pomysł :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ale bez podglądania komentarzy!

Komentarze zazwyczaj czytam po skończeniu lektury tekstu – chyba że tak totalnie nie wiem, o co w nim chodzi, że usiłuję tam znaleźć jakąś podpowiedź ;) Ale wątpię, żeby to był ten przypadek.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

To bardzo cenna i godna pochwały postawa, wyróżniać teksty oryginalne i "inne". Co prawda nie wiem, na czym na przykład polega ta wyjątkowość i inność w przypadku przywołanego przeze mnie opowiadania, ale widocznie coś mi umyka. No i czy ta inność to już wystarczający argument za głosem piórkowym? Moim zdaniem nie.

Ale nie o tym chciałem. Osobiście uważam, że na nominacje piórkowe zasługują zwyczajnie teksty najlepsze w danym miesiącu. Najlepsze pod względem pomysłu, warsztatu, literacko powyżej pewnego poziomu. Te dobre trafiają do biblioteki, te najlepsze walczą o piórko. Można oczywiście przymykać oko na pewne słabsze strony (ale w granicach rozsądku!), jeśli jakieś inne strony są zwyczajnie rewelacyjne. Jednak gdy mamy do czynienia z opowiadaniem napisanym na wysokim poziomie warsztatowym, bez zastrzeżeń pod względem językowym, dobrym także merytorycznie, głębszym i bogatszym w warstwie znaczeniowej i z ciekawym pomysłem itd. to na tle setek tekstów publikowanych na portalu, taki tekst na pewno zasługuje na wyróżnienie literackie. Bo piórko jest dla takich właśnie utworów. Najlepszych pod wieloma względami. Bardzo dobrze napisanych, a także skomponowanych, wymyślonych, nie słabujących na żadnej płaszczyźnie. A piórko nie jest nagrodą za sam pomysł. Wszyscy mamy mnóstwo fajnych pomysłów, ale żeby zasłużyć na piórko, musimy je jeszcze umieć przedstawić na odpowiednim poziomie literackim.

Nie znaczy to oczywiście, że uważam, iż musisz i powinnaś zgłaszać "Elegię…" do piórka. Masz swój gust, swoje upodobania i swoje pobudki. Szanuję to i rozumiem. Po prostu Twoja powyższa argumentacja i krytyka tekstu Cobolda, w obliczu Twojej niedawnej nominacji wydała mi się nieco dziwna i niesprawiedliwa.

I jeszcze uwaga na marginesie. Uważam, że polska fantastyka potrzebuje po prostu więcej dobrej fantastyki. Niekoniecznie tekstów dziwnych i nieszablonowych. Powiem więcej. Moim zdaniem tekstów dziwnych mamy aż nadto. Brakuje za to właśnie dobrej, rasowej fantastyki, czy chociażby prawdziwej science-fiction. W samej NF nie było miejsca np. dla "Szeptu pielgrzymów", a redaktorzy kręcą nosem np. na "Encephalodusa", jednocześnie puszczając jakieś alegoryczne, quasi-fantastyczne eksperymenty literackie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, robi się niezly offtop, więc Cobold może nas pogonić… Postaram się bardziej jeszcze szczegółowo niż zrobiłam to dotychczas, uzasadnić głos piórkowy pod “Porterem Geistem”, bo tam na to miejsce.

Być może inaczej zapatrujemy się na to, co to znaczy “wyróżniać się”. Dla mnie opowiadanie, które jest dobre i nic mu sie nie da zarzucić, niekoniecznie jest wyróżniającym się. Może być bardzo dobre w każdym składniku, ale zarazem “letnie” w wyrazie ogólnym…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Oj tam, oj tam, nie przeszkadzajcie sobie w offtopowaniu – to opowiadanie ma wciąż smutnie mało komentarzy ;)

Do dyskusji o roli piórek, dodam tylko, że w celu polecania innym czytelnikom opowiadań, które jednak nie kwalifikują się do wyróżnienia przez Lożę, istnieje stosowny wątek: https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/15579  

A i wątek o tym, czego potrzeba polskiej fantastyce można by założyć w hydeparku.

Fajne, dobrze się czyta :)

Znam tylko pięć liter ;)

Tu powinienem sobie przygotować stempelek – ładnie napisane, Coboldowe. Może i nienowe, ale Chiny ładnie tu wybrzmiewają. 

Miałbym tylko zastrzeżenia do dwóch rzeczy. 

Losowe przydzielanie “ról” w Second Life – czyli można zostać więźniem w gułagu albo marynarzem upieczonym żywcem na “Chrobrym”? To chyba hardkor ponad moje wyobrażenie.

 Dwa – co się dzieje, gdy awatar ginie w świecie gry? Człwiek zaczyna od nowa, logując się w nowe życie? Tzn. – byłeś już 40 lat tym wikingiem najeżdżającym Wessex, a teraz zostajesz karmiącą mamką Yanomani? Hm…

Dla mnie najlepszy jest gość szukający Rose. W obu światach. I to dopiero jest gwóźdź w mózg. Szkoda, że tylko mignął. To było super!

W każdym razie – znowu lektura godna polecenia! Czyta się :D!

 

Aha, czy pewne nawiązania są celowe, czy przypadkowe? Stanley Wu – Louis Wu (”Pierścień”), pan Black – Joe Black (tego filmu akurat nie oglądałem, ale coś tam słyszałem)?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki, Staruchu!

Może i nienowe

– powiedział facet, który przeczytał od deski do deski wszystkie numery Fantastyki i Nowej Fantastyki ;)

To chyba hardkor ponad moje wyobrażenie.

Będę się upierał przy koncepcji, że to właśnie nieprzewidywalność i ryzyko są tym, co pociąga bohaterów w drugim życiu, to dzięki temu jest ono tak… prawdziwe. Z naszej perspektywy budzi to sprzeciw, ale dla ludzi przyszłości, znudzonych bezpieczną, przewidywalną, sterylną egzystencją, taki dreszczyk emocji (z wciąż jednak dostępnym wentylem bezpieczeństwa) może być nie do pogardzenia.

 Dwa – co się dzieje, gdy awatar ginie w świecie gry?

Nie zastanawiałem się nad tym, ale chyba gra się kończy. Masz tylko jedno drugie życie.

 

Bardzo się cieszę, że chłopak od Rose wbił Ci gwoździa ;)

 

Stanley Wu w moim zamyśle był raczej literackim krewnym Józefa K.

 

chyba gra się kończy. Masz tylko jedno drugie życie.

No i to właśnie mi zgrzyta. Znasz kogoś, kto może pograć w coś kilka minut czy kilka dni, a potem już do gry nie może wrócić? Takich gier nie ma, nie zdobyłyby chyba rynku.

A to doświadczenie realności jest tu jeszcze gorsze – fajnie mi było być przez lata piratem na Karaibach, ale jakiś Hiszpan mnie ustrzelił. I do końca życia takie (lub podobne) doświadczenie jest mi odebrane.

Hmmm…

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Samo życie, nie?

No właśnie, cały czas miałem wrażenie, że na końcu okaże się, iż prawdziwe jest życie “chińskie”, a nieprawdziwe – “cybernetyczne”.

Ale gość od Rose upewnił mnie, że nieprawdziwe są oba ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

No! W końcu dotarłem. Jakiś ten początek roku zabiegany, tyle rzeczy na ostatnią chwilę… 

Ale do rzeczy, czas zagłosować i głos uzasadnić. 

Bardzo dobry tekst. Świetnie napisany, znakomicie wyważony językowo i kompozycyjnie. Może zakończenie nastąpiło zbyt szybko i zbyt gwałtowny przebieg miało, ale z drugiej strony to pasuje do włamu/ataku na system – normalnie rzecz nie tak miała się potoczyć. Dobrze oddany kontrast obu światów – żywy, bogaty w doznania i emocje wirtual kontra płaski, sztuczny (choć prawdziwy) real. 

Może to nie jest nowy i oryginalny pomysł taka ucieczka do wymyślonego życia (bo prawdziwe nie daje satysfakcji) i wprowadzanie pewnej rownoważności obu światów, ale pomysł bardzo ładnie rozegrany. Nawet gdybym miał nazwać to opowiadanie mało awangardowym, zachowawczym, czy jakim tam jeszcze, nie jest to wadą. Fantastyka nie musi być dziwna i na siłę oryginalna, żeby była dobra. Potrafię docenić rzeczy wyłamujące sie z pewnych ram (jak choćby tekst Lk) ale bliższa jest mi fantastyka (i literatura ogólnie) w bardziej klasycznej, czytelniejszej odmianie, nawet jeśli nie powala niepowtarzalnością wizji. 

Czego mi zabrakło? Może większego podkreślenia, że życie w prawdziwym świecie jest nudne, łatwe i bezpieczne. Mam wrażenie, że skupiłeś się na braku kontaktu z innymi (co prowadzi do poczucia pewnego odrealnienia) nieco zaniedbując (i każąc się tego czytelnikowi domyślać), że rzeczywistość, świat i poszatkowane społeczeństwo oferuje tylko przewidywlność, poczucie bezpieczeństwa i bezproblemowy dostęp do wszelakich wygód. Bez schodów, bez trudności i bez potrzeby wykazywania się nadmierną ambicją (kurde, jakaś koszmarna socjalistyczna utopia wychodzi :-)) To byłoby coś, co naprawdę mogło pchać ludzi w objęcia takiego Second Life, jakie przedstawiłeś. Z jego bezkompromisową losowością, realistycznymi doznaniami i brakiem możliwości restartu/rozpoczęcia od checkpointa. Na to ostatnie właśnie najbardziej kręcę nosem – czy ktoś placiłby za coś, co w każdej chwili może go wirtualnie ukatrupić i nie pozwolić na rozpoczęcie nowej gry? Czy nie byłoby dość powszechne to, że ludzie zatracaliby się w miksie obu światów, nie odróżniając rzeczywistości od fikcji, przenosząc wydarzenia z Second Life do realu, a tacy goście szukający Rose (znakomity motyw swoją drogą) nie byliby niczym nadzwyczajnym? I czy nie wpłynęłoby to bardzo negatywnie na wiarygodność i wyniki biznesowe firmy Second Life? 

Takich "czy" jest tam całkiem sporo, ale zdaję sobie sprawę, że opisanie mentalności ludzi z epoki tudzież przedstawienie wpływu Second Life na społeczeństwo (albo odwrotnie – społeczeństwa, które doprowadziło do powstania Second Life) wymagałoby powieści, nie opowiadania. Trudność w pisaniu opowiadań fantastycznych polega na tym, żeby czytelnik, który siłą rzeczy (z braku miejsca) wielu spraw musi się domyślać, nie czuł niedosytu. Ja leciutki niedosyt czułem, ale naprawdę nieznaczny :-) 

No i jeszcze związek Stanleya i Gabi – bardzo podoba mi się to, że oni w pewnym sensie, nieświadomie, szukają siebie nawzajem w wirtualnym świecie i, na przekór prawdopodobieństwu, znajdują się. Jednak ich realny związek wydaje się być bardzo nijaki, bezpłciowy. Rozumiem, że to celowy zabieg, ale wywołuje pewne lekkie poczucie… Jak by to nazwać… Rozwiązania siłowego. Autor mówi, że oni się kochają, więc trzeba mu wierzyć, ale siły ich uczucia zupełnie nie widać. 

Aha, byłbym zapomniał – dlaczego, u licha, życie w SL jest tajemnicą? Co powstrzymuje Stanleya przed opowiedzeniem Gabi kim tam jest i co robi? Poza, oczywiście, faktem, iż szlag trafiłby tłist na końcu? 

Na temat warsztatu nie ma co pisać. Klasa. 

I choć wydawać by się mogło, że sporo kręcę nosem, to są to raczej drobiazgi, które w oczach innych wcale nie muszą być wadą. Ba, nawet najlepszy tekst zeszłego roku nie jest pozbawiony mankamentów. Piórko zdecydowanie się należy, porządną fantastykę trzeba doceniać i nagradzać. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Wracam z komentarzem piórkowym.

Temat wziąłeś nienowy na warsztat, ale swoim podejściem konfrontacyjnym – życie w świecie wirtualnym, egzystencja w świecie rzeczywistym – wyszła z tego ciekawa wizja wiele mówiąca o postaciach oraz miejscu, gdzie żyją. Wierny zasadzie “teksty trzeba czytać dwa razy” umieściłeś sporo szczegółów nieuchwytnych na pierwszy rzut oka, a końcowa symboliczna scena dobrze domyka całość tekstu.

Jest to więc opowiadanie od początku do końca przemyślane, skonstruowane oraz dobrze napisane. Stąd też jestem na TAK.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Trochę się wahałam.

Z jednej strony fajna, chińska egzotyka. Ładnie oddałeś ten klimat. Z drugiej – bazujesz na raczej starych pomysłach.

Chyba największy problem sprawił mi zakaz opowiadania o jednym życiu w drugim. Wydaje mi się wprowadzony, bo Autor tak chciał. Nie widzę jego uzasadnienia w stworzonym świecie. Co gorsza, nie wyobrażam sobie, jak można go wyegzekwować. Naukowcy nie takie rzeczy rozgryzali. Sama pewnie spróbowałabym doprowadzić do awaryjnego wyłączenia jakiegoś większego serwera czy innego większego urządzenia, a potem sprawdziła, które postacie o określonej godzinie nagle zaczęły się zachowywać inaczej. Nie wierzę, że jeśli świetnie się zna jakąś osobę, to nie rozpozna się jej po gestach, mimice, poczuciu humoru, śmiechu, słownictwie… Człowiek to znacznie więcej niż twarz i reszta opakowania. Pamiętasz anonimowy konkurs? Po stężeniu przymiotników można rozpoznać autora, którego w życiu nie widziało się na oczy. No, ale dzięki temu zakazowi bohater mógł nieświadomie przyczynić się do zamordowania ukochanej. Jaka piękna katastrofa moralna!

Przez to mam wrażenie, że złożyłeś racjonalizm w konstrukcji świata na ołtarzu emocji. A pewnie nigdy nie uznam tego za właściwą ofiarę.

Nie przemawia do mnie również niejasność końcówki, ale o tym już było.

Za to ładna scena z jajem. Obrazowa, wiele mówi o społeczeństwie.

Ogólnie, byłam na TAK. Ale pewnie zauważyłeś. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki!

Thargone – masz rację, tej przewidywalności i nudy życia codziennego nie pokazałem w opowiadaniu. Jak sobie tak czytam z perspektywy, to widzę przede wszystkim brak kontaktu fizycznego z innymi ludźmi i troszkę tej sterylności. Rutyny nie ma.

NoWhereMan – ta zasada “czytania dwa razy” to nic celowego, tak mi samo wychodzi. Za dużo myślę, za wolno piszę ;)

Finkla – wiesz, to najbardziej wartościowy (z mojego punktu widzenia) komentarz jaki od Ciebie ostatnio dostałem. Dużo wyjaśnia i daje sporo do myślenia.

mam wrażenie, że złożyłeś racjonalizm w konstrukcji świata na ołtarzu emocji.

– masz rację. I obawiam się, że będę tak robił każdorazowo, gdy stanę przed podobnym wyborem ;) Choć samego wyboru będę się starał unikać.

A pewnie nigdy nie uznam tego za właściwą ofiarę.

i to też rozumiem, i szanuję.

To nie jest tak, że oni nie próbują sprawdzić, jak to działa i rozpoznać się po drugiej stronie. Robi to Gabi, ale w sposób bardzo subtelny, przy pomocy aluzji, nie wprost (wydało mi się to zarazem dalekowschodnie i kobiece). Osobiście zresztą, taki sposób pokonania systemu wydaje mi się bliższy niż zaproponowana przez Ciebie akcja z wyłączaniem serwera. Stanley, z kolei, to taki stereotypowy facet, uciekający od codzienności (w tym i nadchodzących ojcowskich obowiązków) w światy zastępcze – pracy i rozrywki.

 

Któryś musi być ten naj. ;-)

Babska logika rządzi!

A więc wirtualna rzeczywistość i odtwarzanie/kreowanie wspomnień. Cóż, zabrałeś się za temat przemaglowany już chyba we wszystkie strony, choćby przez serię Assassin’s Creed. Nie mówię, że w tej materii nie da się zrobić niczego spektakularnego – za przykład niech posłuży odcinek Czarnego Lustra pt. “San Junipero”, którego, choć oglądałem go z pół roku temu, nadal jestem pod wielkim wrażeniem i który Ci gorąco polecam – ale wydaje mi się, że zdecydowałeś się na znane, bezpieczne rozwiązania, chcąc opowiedzieć historię wcale nie aż tak zajmującą (chyba; o tym zaraz) i wyszło tak sobie.

Scena otwierająca wprawiła mnie w zakłopotanie. Narracja, scenografia, postaci – wszystko próbuje oddać klimat Chin, jednak główny bohater notorycznie wtrąca swoje rozmyślania o tym, czy jego rozmówca jest botem, czy może człowiekiem. I do znudzenia powtarza tę wątpliwość aż do samego końca. Mnie to szalenie wyrywało z immersji i przykro mi, ale nijak nie jestem w stanie docenić klimatu Chin. Przecież to tak orientalna lokacja, tak egzotyczny czas, że pan Wu powinien chłonąć każdym zmysłem prezentowaną mu rzeczywistość. Nawet jeśli ma jej już dość, to uważam, że w takim miejscu mnogość doznań i tak powinna atakować na każdym kroku, stając się udziałem nie tylko bohatera, ale też i czytelnika choćby w części. Ten element potraktowałeś po macoszemu, przez co wizja wypadła dość sterylnie.

Wątek współczesny jest ok, ale nic ponad to. Świat wygląda jak zapożyczony z Blade runnera i nie znalazłem w nim niczego oryginalnego, dodanego przez Ciebie. Najbardziej rozczarował mnie wątek snów. Widzisz, ogarniałem nie tak dawno fizjologię snu na egzamin i dowiedziałem się, że faza REM to maksymalnie 25% czasu snu, że odsetek ten maleje z wiekiem i że sen REM jest porcjonowany. Reszta czasu jest zużywana na odpoczynek mózgu i ciała, więc nie wiem, jak takie senne VR miałoby działać. Drugie życie odgrywane było w odcinkach, czy jak? Nie mówię, że każdy element świata przedstawionego powinno się w utworze wyjaśniać, ale uważam, że tłumaczeniem takich rzeczy, proponowaniem koncepcji buduje się świat lepiej niż wspomnieniem, że bohaterka przyjechała autobusem o zmienionej nazwie. A tutaj ten wynalazek VR jest, bądź co bądź, fundamentem całej historii. Czuję niedosyt, bo masz wiedzę i możliwości, by popłynąć w warstwie science, a została ona potraktowana bardzo pretekstowo.

Postać Wu wypadła dobrze, wielowymiarowo, soczyście. Podobały mi się jego sceny z udziałem kobiet – namiętne, pełne napięcia. Super. Tylko mam wrażenie, że Stanley jest uderzająco podobny do tego lekarza, który badał małpy.

I jeszcze zakończenie. Przejrzałem komentarze, bo nie ogarnąłem. Wiem, że lubisz symbolikę i niejednoznaczność, ale sądzę, że tutaj przesadziłeś.

Cierpki mi wyszedł ten komentarz i aż głupio mi go publikować, gdy tu tłum zachwyconych czytelników, tu się chwalisz, że opowiadanie wygrało konkurs… Ale co będę mówić, że mi się podobało, skoro tak niej jest. :c

Wracam z komentarzem piórkowym – najtrudniejszym nie dlatego, że miałam wahania, ale dlatego, że już bardzo dużo napisałam tu wcześniej i nie chciałam wyłącznie powtarzać argumentów, które zadecydowały na NIE.

Uratował mnie Mr.Brightside, który zdołał błyskotliwie wypunktować parę rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam zwerbalizować. Przede wszystkim coś, czego sobie do końca nie uświadamiałam, czyli powodów kłopotów z wczuciem się w tutejszą VR – czyli głównie te rozważania o botach, zawieszenie między świadomością bycia w sztucznym świecie a rzeczywiście wirtualem, życiem, które robi się tak samo ważne jak realne. W zasadzie pod analizą Mr.B mogę się w tym względzie podpisać, więc nie będę ciągnąć elaboratu.

Natomiast nadal gryzie mnie przede wszystkim pewnego rodzaju “sterylność” tego tekstu. Przypomina mi on filmy “robione pod Oscary” – to jest też taki na mur nagrodowy tekst, co zresztą życie i nagrody potwierdzają. Jest cholernie efektowny: ma tytuł, za który każdy autor dałby się pokroić (gigantyczny punkt na wejściu: coś, co ma taki tytuł nie może przecież być tylko przeciętne!), modny temat (co czasami pozwala zapomnieć, że zgrany do bólu), element sentymentalno-odhumanizowany w odpowiednich proporcjach (dziecko-jajko), no i wreszcie bardzo atrakcyjny, bo totalnie egzotyczny sztafaż. Już o samych Chinach niewielu czytelników ma duże pojęcie, a co dopiero o Chinach dziewiętnastowiecznych… Mogę się zawodowo tym stuleciem zajmować i co? I na Chiny okresu wojen opiumowych nie mam żadnego haczyka, żeby móc powiedzieć “sprawdzam” – do tego stopnia, że podczas lektury nie przyszło mi do głowy zastanawiać się, która to konkretnie wojna (mimo że przemyka data spomiędzy), choć z europejskiego punktu widzenia dzieją się one w bardzo różnych epokach. Jasne, sam dajesz do zrozumienia, że w VR jest nieco alternatywna historia, co zwalnia z takiego sprawdzania. Piszę to raczej, żeby uzmysłowić skalę obcości świata przedstawionego.(Skądinąd zapewne zajmę się tymi Chinami, bo przeczytałam taką historię, że chce ją przerobić na opowiadanie, a w tle muszą być Chiny…)

Z tą “nagrodowością” i “sterylnością” wiąże się jeszcze coś innego, co w moim przekonaniu jest większą wadą – paradoksalnie w tym naszpikowanym egzotyzmem opowiadaniu można by wymienić ten wirtualny sztafaż na dość dowolny (byle w miarę odległy od doświadczeń codziennych czytelnika i nasycony specyficzną hierarchicznością społeczeństwa) i nic to fabularnie nie zmieni. Czyli jakiejś brzytwy świat przedstawiony nie przechodzi. To też utrudnia mi immersję, bo cała ta egzotyczna i atrakcyjna otoczka okazuje się nie być niezbędna dla fabuły.

W rezultacie dostaję doskonale wykonany produkt, na który rzucam okiem, sprawia mi on estetyczną przyjemność, ale tak naprawdę pozostawia obojętną – zarówno dla warstwy fabularno-emocjonalnej, jak i literackiej. Wolałabym coś bardziej uwierającego, bo takie rzeczy się zapamiętuje…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za rozbudowane komentarze.

 

Mr Brightside – clue tego, że nie zrozumieliśmy się, widzę w tych Twoich słowach:

masz wiedzę i możliwości, by popłynąć w warstwie science, a została ona potraktowana bardzo pretekstowo.

Dla mnie nigdy fantastyka nie jest celem samym w sobie, a narzędziem do opowiedzenia czegoś o ludziach. Elementy sf traktuję jako motywy literackie pozwalający poddać moich bohaterów bardziej spektakularnej i ekstremalnej próbie. Nie chcę rozmywać przekazu rozważaniami technicznymi. Piszę zresztą zgodnie z zasadą: “coś starego, coś nowego, coś pożyczonego”, żeby czytelnik (który “lubi te piosenki, które już słyszał”) miał przyjemność z lektury, a ja abym mógł przemycić mu do głowy te kilka elementów, które uznaję za własne. Celowo użyłem zgranego obrazka złącza na karku, żeby nie odwracać uwagi czytającego od tego, co dla mnie ważniejsze, czyli od psychologii postaci. Opowiadanie z całkowicie autorskim światem, oryginalnymi bohaterami i nowatorskim problemem to jak dla mnie trzy grzyby w barszcz – niestrawne, chaotyczne i nieskuteczne.

To jest opowieść o mężczyźnie, który zapomina o tym co ważne. W zamyśle uniwersalna, ale ubrana w kostium sf, bo ten pozwala pokazać pewne rzeczy najostrzej. Virtual reality jest tu tylko rekwizytem, nie bez powodu jednak specjalista od VR jest w drugim życiu handlarzem narkotykami. W tym sensie technologia przyszłości stanowi pewną alegorię eskapizmu i jako taka, w moim przekonaniu, nie wymaga szczegółowego wyjaśnienia. Piszesz, że wzmianki o botach w pierwszym epizodzie wytrąciły Cię z immersji (ja traktowałem je raczej jako haczyk i sygnał dla Czytelnika, że to fantastyka, a nie historia). W mojej opinii, szczegółowe rozważania co do funkcjonowania VR podobnie wytrącałyby czytelnika z immersji, oszukując go, że to futurystyka naukowa, a nie opowiadanie o ludziach.

 

Drakaino – czy Ty, mówiąc w skrócie, zarzucasz mi komercję?

Uwaga to w ogóle dziwna w odniesieniu do literatury popularnej, w stosunku do opowiadania pisanego na konkurs tym bardziej niezrozumiała. Gubię się też w argumentacji tyczącej się tego, że Chiny nie są dobre, bo sprawdzają się w wymaganej roli (egzotyka i hierarchia, ja dodałbym zmysłowość), ale mogłyby też nie być Chinami.

Cieszę się natomiast z tego, ze nie widzisz w tych dekoracjach rażących baboli. Risercz w moim przypadku ograniczał się do przekartkowania “Taj Pana” Clavella i przeczytania dwóch artykułów z internetu – o starym Kantonie i o hierarchii mandaryńskiej.

 

czy Ty, mówiąc w skrócie, zarzucasz mi komercję?

Ech, obawiałam się, że tak to odbierzesz… Po pierwsze, nie Tobie, a jeżeli już, to temu konkretnemu tekstowi, bo – jak zaznaczyłam wyżej – nie miałabym problemu z takowaniem bardziej chropowatych Neandertalczyków i Ludwika Bawarskiego. Ten tekst, powtórzę to, jest dla mnie zbyt gładki, no i naprawdę ma te oskarowe cechy, więc pewnie tak, można go nazwać “komercyjnym”, choć nie byłoby to moje określenie z wyboru. Przez komercję rozumiem jednak coś nastawionego na wymierny zysk i produkowanego masowo.

Użyłam wcześniej metafory sartorialnej, więc może raczej: konfekcję. Doskonałą, ale jednak od metra, bez nuty szaleństwa. W przeciwieństwie do innych Twoich tekstów.

 

Chiny – nie widzę sprzeczności w mojej argumentacji, ale może wyraziłam się nie dość precyzyjnie. Po prostu chodziło mi o to, że gdybyś umieścił drugie życie bohatera w Chicago okresu prohibicji albo państwie Azteków, to dreszczyk dla niego mógłby być podobny, a efekt egzotyki (a w pierwszym przypadku na dodatek zmitologizowanego świata podobnie jak w przypadku Chin dowolnego okresu) dla czytelnika nie uległby zmianie. Te Chiny nijak nie wchodzą w interakcję z tym, co jest w realu. Po prostu ciekawy świat, w którym jest sporo zagrożeń i którego bohater, mimo swego ewidentnego pochodzenia, nie czuje do końca. Zmysłowość – do mnie nie przemówiła, ale może dlatego, że jednak jestem kobietą i te opisy średnio mnie kręciły… Ale zastąp ją femme fatale z międzywojnia i efekt masz podobny, tylko z innymi rekwizytami. Albo dekadenckim Rzymem z wiktoriańskich wyobrażeń. Zmiana scenografii nie zmieni wydźwięku opowiadania.

A baboli nie byłabym w stanie wyłapać, bo się nie znam :/

 

Rozumiem bardzo dobrze, że Cię uwiera to, że coś się w tym opowiadaniu nie podoba, ale to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jest ono jakoś tam (zapewne podświadomie) obliczone na efekt, jaki ma wywołać – i wywołuje. Sam przecież przyznajesz, że to “opowieść o mężczyźnie, który zapomina o tym co ważne” – dla mnie to określenie straszliwie wyświechtane i na dodatek spłycające nawet ten tekst…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przypomniało mi się, że pod moim szortem na konkurs Funa “Pierwszy raz” zarzuciłeś mi, że zbudowałem ogromne dekoracje i nijak z nich nie skorzystałem. Cóż, mogę chyba powtórzyć Twoje słowa tutaj. Też lubię stawiać człowieka w centrum opowieści, co, mam nadzieję, było tam widoczne, jednak wiesz, co różni mój tekst i Twój? “Elegia” jest pięć razy dłuższa. Dlatego też nie uważam, by wyjaśnienie kluczowego dla fabuły elementu fantastycznego miałoby wyrywać z immersji – dodałaby to kolorytu, dopełniło całości. Mój problem jest raczej taki, że użyłeś mnóstwa barw, ale każda jest pastelowa. I tak się zlały, że w efekcie żadna nie zachwyca.

Czy naprawdę nikt wczesniej nie mógł mi powiedzieć, że powinienem się wziąć za pisanie oskarowych scenariuszy? ;)

No dobra, moglibyśmy się tak przekomarzać z tymi Chinami – ja będę powtarzał, że skoro pasują nie gorzej niż inne dekoracje, to są dobre; Ty powiesz, że skoro nie są lepsze od innych, to nie są wystarczająco uzasadnione. Obawiam się, że oboje mamy rację.

Prawdę mówiąc, miałem w głowie (ale został tylko tam) taki motyw, że Wu jest w głębi duszy Chińczykiem, ale w zglajszachtowanym świecie przyszłości nic to nie znaczy (stąd nie wie, czemu AI nazywa go “żółtkiem”). Jest to zarazem jeden z powodów, dla których tak dobrze czuję się w chińskim virtualu.

“opowieść o mężczyźnie, który zapomina o tym co ważne” – dla mnie to określenie straszliwie wyświechtane i na dodatek spłycające nawet ten tekst

Szczerze? Banały są banalne, dopóki nie doświadczy się ich osobiście. Napisałem to opowiadanie między innymi dlatego, że zacząłem spędzać przy komputerze więcej czasu niż kiedykolwiek wcześniej.

I po prawdzie, moim skromnym zdaniem, gdybyś poszedł w zapomnianą być może czy odstawioną do kąta chińskość Wu – opowiadanie zyskałoby +10 do atrakcyjności. Szkoda, że ten element pozostał tylko w Twojej głowie. Zwłaszcza że mam wrażenie, że on mógłby też tej chłodnej relacji z realu dodać kulturowych znaczeń, nie mówiąc o tym, że uzasadniałby niezbywalność Chin ;)

 

A przy komputerze swego czasu spędziłam dużo za dużo czasu, ale dopiero teraz tego żałuję i między innymi dlatego trzymam się daleko od najbardziej nawet artystycznych i ciekawych gier komputerowych – więc to nie tak, że nie znam z autopsji. Po prostu na takie tagliny mam reakcję alergiczną ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

MrBrightside – nie do końca jestem pewien, czy nie brniemy w sztuczne metafory, ale ja wolę pastele od krzykliwych barw.

 

Drakaino – na alergie nie ma siły ;( Dobrze, że są tak indywidualne.

Mam pewien problem z tym opowiadaniem. Fakt fantastyka naukowa nie jest moim ulubionym gatunkiem, ale są opowiadania z tego nurtu, które potrafią mnie wciągnąć bez reszty. Tymczasem to czytałam przez trzy dni dosłownie na raty, wracając głównie dlatego, że skoro zaczęłam wypadałoby skończyć. I w sumie do końca nie wiem dlaczego tak jest. Kreowany przez ciebie świat jest bogaty i ciekawy, pełen interesujących rozwiązań i pomysłów, które fajnie ze sobą kontrastują (te boty w dziewiętnastowiecznych Chinach). Było tu wszystko, co powinno budować świetne opowiadanie, a jednak czytałam je z pewnym trudem. 

Chyba głównym powodem tego jest brak konkretnego celu bohaterów. W porządku Gabi chce zrobić swojego ptaka dodo, ale w sumie to jest raczej wątek poboczny. Czego chce Wu, jaki jest cel jego działań? Do samego końca nie jest to jasne, przez co mnie trudno było kibicować jego działaniom (tak w jednym jak i drugim świecie). W efekcie otrzymujemy opowiadanie, które wygląda raczej jak rozdział większej całości, niż samodzielna historia.

 

Pozdrawiam C.

 

Dziękuję, Cephiednomiko, za komentarz. Miło Cię poznać.

Gabi chce zrobić swojego ptaka dodo

Jeżeli to główny cel Gabi, to raczej w sensie metaforycznym – wskrzeszenia czegoś, co już umarło.

Czego chce Wu, jaki jest cel jego działań?

To proste (i dość powszechne): Wu chciałby mieć jabłko i zjeść jabłko ;)

 

 

Mnie również podoba się kreacja świata. Takie opowiadania wzbudzają w człowieku refleksje – zastanawiam się, czy gdyby istniała możliwość podłączenia się do VR za pomocą gniazda, skorzystałbym z niej, czy raczej byłbym jak szef Second Life, który nigdy nie tego spróbował. Czy nie jest tak, że wirtualna rzeczywistość zastępuje prawdziwą ludziom, którzy nie potrafią stawić czoła życiu – czy to nie eskapizm? Z drugiej strony, pasjami gram w gry fabularne – też niby inna rzeczywistość, ale poziom zanurzenia w nią jest nieporównywalnie mniejszy, a do interakcji dochodzi między realnymi ludźmi. I czy nie jest tak, że coraz trudniej odróżnić nam boty od ludzi nie dlatego, że boty coraz doskonalej naśladują człowieka, ale dlatego, że ludzkie emocje stają się coraz uboższe, zredukowane do emotikonek, lajków i tym podobnych? I jeszcze są japońscy hikikomori…

 

Ech, daleko popłynąłem z tymi myślami i refleksjami. Ale to dobrze świadczy o tekście. :)

 

Nowa Fantastyka