- Opowiadanie: AQQ - Dla dobra...

Dla dobra...

Dorzucam coś. Nie ukrywam, że dobrze się bawiłam przy pisaniu tego opowiadania i mam nadzieję, że wśród was znajdą się osoby, które będą równie dobrze bawiły się przy jego czytaniu.

Fakt, że powraca tu mój ulubiony mag Wezir, świadczyć może tylko o tym, że do tematu konkursu podeszłam niezbyt ambicjonalnie. :D

Jak zwykle piękny ukłon w stronę Majka, za wyłapanie baboli. Dziękuję. ;)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Dla dobra...

 Nadworny mag Wezir przewrócił się na drugi bok i szczelniej owinął w niedźwiedzią skórę, starając się ignorować natarczywe walenie w drzwi komnaty. Wiedział, że ktoś, kto w tej chwili próbował zakłócić jego sen, musiał mieć ku temu naprawdę ważny powód, jednak perspektywa wysunięcia choćby czubka nosa z ciepłego azylu, wydawała mu się mało zachęcająca, a co więcej, granicząca z narażeniem się na odmrożenie. Ogień w kominku już dawno przygasł, sprawiając, że temperatura w pomieszczeniu była niewiele wyższa od tej panującej na zewnątrz.

Zima tego roku była wyjątkowo sroga. Mróz, który już w połowie listopada ściął rzeki i jeziora, wciąż trzymał, a cała okolica stopniowo pogrążała się pod kolejnymi warstwami padającego śniegu. Jednak malowniczy, niemal baśniowy widok za oknem w żaden sposób nie był w stanie zrekompensować Wezirowi ataków reumatyzmu i przywrócić chęci do życia. Wezir był magiem ciepłolubnym.

– Panie! – Do dźwięku łomotania w drzwi dołączył głos. – Panie, otwórzcie! To pilne!

– Dajcie mi spokój! – warknął mag.

– Panie, musicie prędko pójść ze mną! Księżniczka Marra was wzywa! To coś bardzo ważnego!

Na dźwięk imienia Marra w Wezirze mimowolnie drgnęły głęboko uśpione, a może nawet zamrożone pokłady świadomości. Po tym, jak za sprawą magii udało mu się w znacznym stopniu poprawić dziwaczny wygląd księżniczki, jego pozycja na dworze wzrosła. Mimo wszystko wolał jednak nie narażać się na jej gniew.

– Powiedzcie księżniczce, że przybędę – wymamrotał w końcu.

– Ale to pilne! – Głos zza drzwi nie dawał za wygraną.

– Powiedzcie jej zatem, że przybędę… niebawem – warknął zniecierpliwiony mag.

– Ale…

– Już idę!

 

***

 

Mroźne powietrze zadziałało na maga, jak uderzenie obuchem, z tym jednak skutkiem, że zupełnie otrzeźwiło Wezira. Gdyby nie fakt, że musiał skupiać swoją uwagę na utrzymaniu równowagi, bo nogi w ciżmach z długimi noskami co rusz ślizgały się po lodzie, to od razu zauważyłby, że mimo środka nocy, na zewnątrz było jasno. Kiedy w końcu dotarła do niego niezwykłość tego zjawiska, spostrzegł, że zamkowy dziedziniec i zgromadzeni na nim ludzie skąpani byli w nienaturalnym, zimnym świetle.

– Jesteś wreszcie! – warknęła wyraźnie niezadowolona Marra.

Na widok skrzywionej twarzy księżniczki, oświetlonej bladoniebieskim światłem, uwypuklającym mankamenty jej urody, Wezir skulił się w sobie i zrobiło mu się gorąco.

– Tak, pani, wszak mnie wzywałaś – wymamrotał i spróbował zgiąć się w służalczym ukłonie. Lód był rzeczywiście śliski. Zabolało jak cholera.

– Przestań się wreszcie wygłupiać i powiedz nam, co to jest?! – Zniecierpliwiona Marra uniosła palec i wskazała na niebo.

Wzrok maga powędrował ku górze. Wysoko nad głowami zgromadzonych dostrzegł źródło owego dziwnego światła. Coś na kształt srebrnego talerza z królewskiej zastawy zawisło w powietrzu i kołysało się lekko, roztaczając wokół siebie migotliwy blask. Wezir momentalnie zapomniał o bolących pośladkach i osłupiały wpatrywał się w niezwykłe źródło mocy.

– Więc, co to jest twoim zdaniem?! – Natarczywy głos księżniczki wyrwał maga z zamyślenia, jednak ten nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa.

– Pani, to jasne jak słońce… – wtrącił się za to czcigodny kapłan Agaton, który nie wiadomo skąd pojawił się nagle obok.

– To akurat wszyscy widzimy – prychnęła Marra.

– Chodzi o to, pani, że oczywistym jest, iż to sama Raaz znów raczyła ukazać nam swe boskie oblicze – ciągnął kapłan w religijnym uniesieniu. – Zaprawdę powiadam wam, módlmy się! – To rzekłszy, padł na kolana i wzniósł ręce do nieba. Dwóch pachołków stojących najbliżej poszło za jego przykładem. Reszta wpatrywała się na przemian to w talerz zawieszony na niebie, to w maga.

– Głupstwa godo! – Kapitan straży, którego niechęć do świątobliwego męża była powszechnie znana, nie wytrzymał. – To żadno bogini.

– Wezirze, wszyscy cenimy twą niezwykłą mądrość i umiejętności magiczne, dlatego liczymy, że oświecisz nas, wyjaśniając zagadkę. – Milczący dotychczas książę Armir postanowił zachęcić maga.

– Panie, ja… ja… – jąkał się Wezir. – Ja myślę, że to jakiś bardzo silny magiczny artefakt, choć nie mam pojęcia, jak się tu znalazł, a przede wszystkim, po co się tu znalazł – stwierdził ostatecznie. – Czy ktokolwiek ze zgromadzonych ucierpiał w jakiś sposób za sprawą tego zjawiska? Są ofiary? – zwrócił się do tłumu.

Zebrani rozejrzeli się po sobie uważnie, jednak nikt niczego nie zauważył i zgodnie przecząco pokręcili głowami.

– Nic złego to cuś nie robi, ino loto, huśto się i błysko – przemówił kapitan straży, czując się zobligowany do zabrania głosu. – Wpierw nad cmentarzem długo stało, a jakeśmy się tu zebrali, to do nas przyleciało.

– Słyszeliście może jakieś dźwięki? Albo jakieś głosy dobiegające z tego magicznego artefaktu? – Wezir kontynuował dochodzenie.

– Niii… – Zebrani znów zgodnie pokręcili głowami.

– Nie nazywaj artefaktem cudu, z którym mamy do czynienia! – Agaton przerwał modły, wzburzony słowami maga. – Ślepi jesteście! I małej wiary! Ja ufam, iż to sama bogini Raaz ukazała nam swe oblicze!

– To ufojcie dalej – zarechotał kapitan straży, a zebrany tłum mu zawtórował. – To ufo… ufo… – chciał powtórzyć, ale nagły atak kaszlu skutecznie mu to uniemożliwił.

– To Ufo! – Marra klasnęła w dłonie, ciesząc się, że znalazła wreszcie odpowiednie określenie dla artefaktu. – Co zatem z tym… Ufem poczniemy? – zwróciła się do Wezira.

– Myślę, że powinniśmy poczekać – stwierdził niepewnie mag. – Może odleci, skąd przyleciał, albo zbliży się do nas i wtedy będziemy mogli sprawdzić, co to właściwie jest. Artefakt zwany… Ufo nie wydaje się być niebezpieczny, ale radziłbym, żeby oddział łuczników czekał w pogotowiu. Tak na wszelki wypadek – dodał.

– A magia? Czy nie mógłbyś użyć magii, żeby tego… Ufo sprowadzić na ziemię? – zamyśliła się Marra. – Jak się bliżej przyjrzeć, to to jest nawet ładne. A jakby to Ufo postawić w komnacie, to nie trzeba by pochodni ani świec wieczorami zapalać. – Marra znów klasnęła w dłonie, znalazłszy tym razem praktyczne zastosowanie dla świecącego obiektu.

– Nie w komnacie, a w świątyni, Pani – zaprotestował Agaton. – To tam jest miejsce bóstwa!

W odpowiedzi Marra zmiażdżyła kapłana wzrokiem, po czym poprawiła futrzaną czapę na swej olbrzymiej głowie i ruszyła w stronę zamku.

– Armirze, idziemy! – zakomunikowała swemu małżonkowi. – A ty, magu, czyń swoją powinność!

Kiedy tylko książęca para znalazła się w zamku, Ufo zmieniło swoje położenie. Zebrani obserwowali, jak zakołysało się lekko, zatoczyło kilka kręgów, zaświeciło mocniej i ustawiło się dokładnie nad zamkiem, w miejscu, gdzie znajdowała się komnata księżniczki.

 

***

 

Wezir jeszcze przez chwilę obserwował zawieszony nad zamkiem talerz, zwany już teraz Ufo, po czym szybko wrócił do swojej komnaty, chcąc w magicznych księgach znaleźć wyjaśnienie dziwnego zjawiska.

Ciężar zaufania, jakim księżniczka Marra obdarzyła maga, był przytłaczający. Nie, żeby wątpił w swe umiejętności, ale mimo wszystko dotkliwie odczuwał odpowiedzialność, którą go obarczono. Może nie tak dużą, jak wtedy gdy księżniczka zażądała od niego, aby z pomocą magii bardziej upodobnił ją do normalnej kobiety, a w razie niepowodzenia zagroziła nabiciem na pal, ale czuł, że nie może zawieść.

Księgi nie dały Wezirowi żadnej odpowiedzi. Choć wertował je z zapałem przez kilka godzin, to zupełnie nic w nich nie znalazł na interesujący go temat. W końcu uznał, że trzeba szukać gdzie indziej. Zaczął się nawet zastanawiać, czy przypadkiem Agaton nie miał racji, twierdząc, że to bogini Raaz zapragnęła zamanifestować swoją obecność. Maga zastanowiło również to, że kapłan użył stwierdzenia znów, co znaczyło, że podobne zdarzenie miało już kiedyś miejsce. Analizując wszystko jeszcze raz, doszedł do wniosku, że rozmowa z kapłanem będzie konieczna.

 

***

 

Agaton tkwił wciąż na dziedzińcu. Zapatrzony w Ufo, wyśpiewywał w religijnym uniesieniu pieśni ku czci bogini.

– Możecie przestać? Chciałbym z wami porozmawiać – przerwał mu Wezir, jednak kapłan sprawiał wrażenie, jakby zupełnie nic do niego nie docierało.

– Agatonie! – powtórzył mag nieco głośniej wprost do ucha kapłana. – Musimy porozmawiać!

– Módl się, Wezirze, ze mną, wszak koniec już bliski!

– Twój… zapewne bliski. Na tym mrozie długo nie wytrzymasz – przyznał mag. – Zdążymy się jeszcze pomodlić, a teraz chodź. – Pociągnął Agatona za rękaw. – Napijemy się czegoś ciepłego, to od razu lepiej nam będzie.

 

Wezir wiedział, że gorący miód rozgrzewa najlepiej, a pod jego wpływem człowiek staje się bardziej skory do rozmowy i szczery. Nawet magia nie jest potrzebna, żeby uzyskać potrzebne informacje.

– Powiadacie zatem, Agatonie, że coś podobnego miało już tutaj kiedyś miejsce? A kiedyż to? – zagadnął niby od niechcenia mag, nalewając trunek do kubków.

– Owszem – przyznał kapłan. – Dawno temu. Zanim jeszcze przybyliście tu z księciem Armirem, gdy miał poślubić księżniczkę Marrę… Zanim jeszcze przyszła na świat sama księżniczka, a jej matka, królowa Adelajda zmarła, wydając ją na świat… Zanim jeszcze stary król Rufus pojął za żonę Adelajdę… Zanim jeszcze…

Wezir zaczął się obawiać, że w ten sposób Agaton ma zamiar cofnąć się do momentu stworzenia świata.

– Możesz zwięźlej? – ponaglił.

– Zanim jeszcze ludzie stracili wiarę w Raaz… – ciągnął kapłan. – Wiele lat temu – stwierdził ostatecznie.

– I co się wtedy stało?

– Tak jak dziś okolona światłością postać bogini Raaz ukazała się na niebie, żeby ukarać nas za grzechy. – Agaton stłumił beknięcie. – I różne dziwne rzeczy zaczęły się wtedy dziać w królestwie.

– A jakież to?

– Jednorożce przestały dawać mleko, zboże na polach zmarniało, krowy i świnie padały, ludzie rozum tracili i w głowach im się mieszało. Byli tacy, co opowiadali niestworzone historie o tym, że przenieśli się do innego świata, w którym straszne demony znęcały się nad nimi. Sam król Rufus postradał wtedy zmysły, jak sądzili niektórzy.

– Ciekawe rzeczy prawicie. Kontynuujcie. – Wezir wykazywał coraz żywsze zainteresowanie. – Jakże to król postradał zmysły?

– Pojechał pewnego dnia na polowanie, z tego polowania przywiózł Adelajdę. Nie wiem, gdzie ją spotkał, i tym bardziej, co sprawiło, że zakochał się w niej bez pamięci i pojął za żonę, bo szpetna była okropnie. Długa jak tyczka, łeb ogromny, łysa jak kolano, zamiast rąk… cóż wam będę prawił, wiecie jak księżniczka Marra wyglądała i nadal wygląda. Matka była taka sama. Nawet mowy naszej nie znała i w nieznanym języku coś tam gadała, ale Rufus i tak świata poza nią nie widział. Ludzie byli początkowo nieufni, widząc w tym zauroczeniu króla działania jakowejś siły nieczystej albo i urok rzucony, ale jak zobaczyli, że w tej ich miłości niczego złego nie ma i krzywda się nikomu nie dzieje, to przekonali się do niej. Najważniejsze, że Rufus i Adelajda jakoś się tam między sobą dogadywali i ostatecznie się pobrali.

Mag zamyślił się na chwilę. Kiedy przybył tu z Armirem, w dniu wesela, dowiedział się, że matka księżniczki pochodziła z jakiegoś dalekiego kraju i nie grzeszyła urodą. Nikt jednak nie powiedział mu, że jej historia była tak tajemnicza. Ludzie raczej w ogóle o niej nie mówili.

– Kiedy po wielu latach Adelajda zaszła w ciążę, Rufus szalał z radości. – Agaton przerwał rozmyślania maga. – A kiedy zmarła zaraz po urodzeniu Marry, załamał się zupełnie, i pewnie nigdy by się nie pozbierał, gdyby nie to, że mała księżniczka była bardzo podobna do matki, i to na nią przelał całą swoją miłość. – Agaton pociągnął łyk miodu i wypluł goździk na podłogę. – Zawsze dużo czasu spędzał na cmentarzu, przy grobie Adelajdy, ale od kiedy podagra na stałe przykuła go do łóżka, to już nic go nie cieszy – zakończył swą opowieść kapłan.

– I nikt nigdy nie próbował dociec, skąd się wzięła owa Adelajda?

– Byli tacy, co próbowali. Byli tacy, co byli przeciwni temu małżeństwu. Byli też tacy, co mówili, że król nie powinien był płodzić dzieci z Adelajdą, bo tylko nieszczęście z tego wyniknie. – Agaton sięgnął po dzban z miodem i dolał do kubków. – Też mi się to nie podobało, ale młody wtedy byłem, bez prawa do głosu. Zresztą… wola króla, to wola króla. Z tym się nie dyskutuje.

– A co z tym… Ufem wtedy się stało?

– Żadne to Ufo! – zaprotestował kapłan. – Powiadam, że to bogini przybyła, by znów wystawić nas na próbę i ukarać za nasze niegodziwości.

– Więc jak skończyła się ostatnia wizyta Raaz na ziemi? – Wezir nie miał siły sprzeczać się z Agatonem.

– Zaszczyciła na swą obecnością i po kilku dniach oddaliła się do swej niebiańskiej krainy. A jakie były konsekwencje tego objawienia, to już wam mówiłem. – Agaton czknął głośno. – Przewiduję, że tym razem gniew Raaz może być jeszcze większy, a klęski mogą być jeszcze dotkliwsze, gdyż lud nasz niezmiernie grzeszny stał się ostatnimi czasy. Przeto jedyne, co nam pozostało, to modlitwa i skrucha. Chodźcie ze mną, magu, błagać o litość.

– Idźcie, idźcie sami. Dołączę do was… Niebawem – mruknął Wezir.

 

***

 

Próbować magii, czy też uwierzyć w boską moc? Wezir długo jeszcze zastanawiał się nad słowami kapłana. Nie byłby jednak nadwornym magiem, mistrzem w swym fachu, gdyby nie spróbował załatwić sprawy po swojemu. Nie mógł pozwolić, by zabobon zniweczył wszystko, co dotychczas osiągnął, a jego pozycja na dworze stała się zagrożona. Musiał działać opierając się na posiadanej wiedzy, mocy i umiejętnościach. Musiał pokazać, że z niejednym Ufem potrafi sobie poradzić.

Owinął się szczelnie płaszczem, wcisnął na uszy szpiczastą czapkę i ruszył na dziedziniec.

 

***

 

Agatona nie było na placu. Wezir domyślił się, że chęć gorącej modlitwy, została pokonana przez działanie równie gorącego miodu i kapłan najbliższe godziny spędzi w swoim łóżku. Dziedziniec opustoszał. Gdzieniegdzie tylko zmarznięci łucznicy, mający czekać w pogotowiu, grali w karty i raczyli się mocnymi trunkami. Kapitan straży drzemał pod murem owinięty w niedźwiedzią skórę. Ufo nadal wisiało nad zamkiem.

Wezir wyciągnął ręce w stronę artefaktu, skupił całą swoją moc, przywołał w pamięci najpotężniejsze zaklęcia i zaczął szeptać inkantacje. Nagle zamek i otaczające go mury zaczęły się stawać coraz mniej wyraźne, jakby rozpływały się w powietrzu. Kontury rozmywały się, a wszystko, co znajdowało się wokół, przestawało powoli istnieć. I wtedy niespodziewanie poczuł więź. Nigdy wcześniej nie dane mu było doświadczyć czegoś takiego. Potężna siła emanująca z Ufa przybrała postać świetlistego słupa, łączącego go z magiem. Czas jakby zatrzymał się w miejscu, a Wezir poczuł wszechogarniający spokój i ciepło.

Kiedy mag się ocknął, po Ufie nie było już śladu. Leżał na zimnym bruku, a wokół nie było ani płatka śniegu. Zdziwieni ludzie tłumnie wylegli na dziedziniec, zwabieni niezwykłością tego, co zaszło.

Wezir podniósł się powoli i zaskoczony spojrzał na dziwny przedmiot, leżący tuż obok niego. Coś, jakby podłużna, srebrna misa wypełniona była materiałem, jakiego wcześniej nie widział. Niepewnie zaglądnął do środka. Z głębi misy dochodził cichy głos, przypominający kwilenie dziecka, a spod warstwy materiału wystawała maleńka, różowiutka macka.

 

 

 

Koniec

Komentarze

UFO-kukułka? Ubawiłem się setnie :). Coraz bardziej podoba mi się dwór księżniczki Marry.

Pomysłowe, nieprzegadane, śmieszne. 

Kilka uwag wrzuconych do tego festiwalu pochwał:

– “zadziałało na maga z siłą obucha” – obuch siły nie posiada, tylko cios, nim zadany; “zadziałało jak cios obuchem”?;

– “Mroźne powietrze (…)” – to zdanie zajmuje cztery wersy! zlituj się ;);

– “i zgromadzeniu na nim ludzie” – literówka.

 

W każdym razie – opowiadanie jak kufel korzennego półtoraka. Się pij… znaczy czyta :D!

 

EDIT: Czy ta historia będzie miała ciąg dalszy? Ciekawym pochodzenia księżniczek.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

No to mi się udało, Staruchu. :D

Miało przede wszystkim bawić i jak widać – bawi, tedy bardzom rada i cieszę się niezmiernie!

Babole poprawię jeszcze dzisiaj, jak nie zasnę.

 

Czy ta historia będzie miała ciąg dalszy? Cekawym pochodzenia księżniczek.

To zależy od tematu następnego konkursu, w którym Wizyr wystąpi. ;)

Dzięki serdeczne.

 

Dobrze napisane, było kilka zgrabnie śmiesznych momentów, np.

Wezir zaczął się obawiać, że w ten sposób Agaton ma zamiar cofnąć się do momentu stworzenia świata.

– Możesz zwięźlej – ponaglił.

Ciżmy z długimi noskami kojarzą mi się z Bliskim Wschodem i przez chwilę zastanawiałam się, po kiego czorta on chodzi w nich zimą, ale w sumie przecież Wezir nie był “tutejszy”, więc chyba pasuje.

Trochę nieprzekonujące też to, że król mógł ożenić się z kim bądź, a poddanych to nie obchodzi “bo się kochali”, ale co tam. Miało być humorystycznie, więc się nie czepiam.

Sprawnie stworzony tekst. Korzystając ze swych nowonabytych przywilejów, klikam do biblioteki.

Zabawne, zgrabne, lekko się czyta – nie spłakałem się z zachwytu, ale podobało mi się.

Moja książka i artykuły naukowe (też o fantastyce), jakby ktoś miał ochotę zerknąć: https://uni-wroc.academia.edu/MarcinBorowski/Papers

Minuskuło, cieszę się, że ciebie również udało się rozbawić. :)

Jeśli chodzi o ciżmy z długimi noskami, to były one w średniowieczu powszechnym obuwiem noszonym w Europie.

Jeśli chodzi o decyzje króla, to nie doszukuj się tu jakiegokolwiek sensu. W tym uniwersum powstały już dwa opowiadania: Dla dobra krajuDla dobra Marry. Jeśli tam zaglądniesz, to zauważysz, że w tym śmiesznym państewku wszystko jest nieźle porąbane. :D

No i gratuluję nabytych mocy, zwłaszcza, że są one złote!

 

Marcinie, jeśli zabawne, zgrabne, lekko się czyta, a do tego spodobało ci się, to jest mi niezmiernie miło. Dziękuję. :)

Marudzenie mode on:

 

“…perspektywa wysunięcia choćby czubka nosa z ciepłego azylu[-,] wydawała mu się mało zachęcająca, a co więcej, granicząca z narażeniem się na odmrożenie, o ile nawet nie samobójstwem.”

To zdanie jest deczko niejasne. Zatrzymało mnie, bo samobójstwo odnosi się do graniczenia, a nie narażenia, co powoduje mały chaos w odmianach.

 

“Mróz, który już w połowie listopada ściął rzeki i jeziora, wciąż trzymał, a cała okolica stopniowo pogrążała się pod kolejnymi warstwami padającego śniegu.”

Nie wydaje mi się, by można było pogrążać się pod czymś.

 

“Wprawdzie po tym, jak za sprawą magii udało mu się w znacznym stopniu poprawić dziwaczny wygląd księżniczki, jego pozycja na dworze wzrosła. Mimo wszystko wolał jednak nie narażać się na jej gniew.” – Coś tu poszło nie tak. Albo te dwa zdania powinny być połączone, albo np. powinno zniknąć “wprawdzie”.

 

“Mroźne powietrze zadziałało na maga, jak uderzenie obuchem, z tym jednak skutkiem, że zupełnie otrzeźwiło Wezira.” – Jak na mój gust przeczysz sama sobie. Uderzenie przecież ogłusza, więc mróz, który maga otrzeźwił, zadziałał zupełnie przeciwnie do tego, do czego je porównujesz…

 

“Chodzi o to, Pani, że oczywistym jest…” – czemu “pani” wielką literą?

 

“Milczący dotychczas książę Armir[-,] postanowił zachęcić maga.”

 

“– Panie, ja… ja… – jąkał się Wezir. – Ja myślę, że to jakiś bardzo silny magiczny artefakt, choć nie mam pojęcia, jak się tu znalazł, a przede wszystkim, po co się tu znalazł – stwierdził ostatecznie Wezir.”

 

“– Nic złego to cuś nie robi, ino loto, huśto się i błysko – przemówił kapitan straży”

Pewnie się czepiam, ale przeszkadza mi, że to akurat kapitan straży tak wieśniaczy. Wydawałoby się, że ktoś, kto osiągnął takie stanowisko, ma jednak kwalifikacje/urodzenie wyższe niż chłop.

 

“– Niii[+.] – zZebrani znów zgodnie pokręcili głowami.”

 

“– To Ufo! – Klasnęła w dłonie Marra, ciesząc się, że znalazła wreszcie odpowiednie określenie dla artefaktu.” → Zły szyk. Marra klasnęła w dłonie… “Klasnęła w dłonie Marra” nie jest pełnoprawnym, samodzielnym zdaniem.

 

“– A magia? Czy nie mógłbyś użyć magii, żeby tego… Ufo sprowadzić na ziemię? – zamyśliła się Marra.” → Znów szyk. Marra zamyśliła się.

 

“A jakby to Ufo postawić w komnacie, to nie trzeba by pochodni[-,] ani świec wieczorami zapalać[+.]kKlasnęła w dłonie, znalazłszy praktyczne zastosowanie dla świecącego obiektu.

Nawiasem mówiąc, drugie “Klasnęła w dłonie” generuje powtórzenie.

 

“…szybko wrócił do swojej komnaty, chcąc w swych magicznych księgach…”

 

Ciężar zaufania, jakim księżniczka Marra obdarzyła maga, był przytłaczający. Nie, żeby wątpił w swe umiejętności, ale mimo wszystko odczuwał ciążącą na nim odpowiedzialność.”

 

“Zanim jeszcze przyszła na świat sama księżniczka, a jej matka – królowa Adelajda zmarła, wydając ją na świat… Zanim jeszcze stary król Rufus pojął za żonę Adelajdę… Zanim jeszcze…”

Wstawiając półpauzę w środek kwestii mówionej w dialogu wprowadzasz lekki chaos, bo półpauzy oddzielają kwestie mówione od opisów.

 

“– Możesz zwięźlej[+?] – ponaglił.” – To jest pytanie.

 

“– Wiele lat temu[-.] – stwierdził ostatecznie.”

 

“– Ciekawe rzeczy prawicie. Kontynuujcie[-.]Zzainteresował się Wezir.” – Tu znowu “Zainteresował się Wezir” nie stanowi samodzielnego zdania.

 

“Nie wiem, gdzie spotkał, i tym bardziej[-,] co sprawiło, że zakochał się w niej bez pamięci…”

 

“Ludzie początkowo nieufnie do niej podchodzili, widząc w tym zauroczeniu króla działania jakowejś siły nieczystej[-,] albo i urok rzucony…”

 

“Mag zamyślił się przez chwilę.” – Zamyślił się na chwilę. Przez chwilę ewentualnie mógł być zamyślony.

 

“– Zawsze dużo czasu spędzał na cmentarzu, przy grobie Adelajdy, ale od kiedy podagra na stałe przykuła go do łóżka, to już nic go nie cieszy[-.]Zzakończył swą opowieść kapłan.”

 

“– Byli tacy, co próbowali. Byli tacy, co byli przeciwni temu małżeństwu. Byli też tacy, co mówili, że król nie powinien był płodzić dzieci z Adelajdą, bo tylko nieszczęście z tego wyniknie.”

 

“Wezir domyślił się, że chęć gorącej modlitwy[-,] została pokonana przez działanie równie gorącego miodu i kapłan najbliższe godziny spędzi w swoim łóżku. Dziedziniec opustoszał. Gdzieniegdzie tylko zmarznięci łucznicy, mający czekać w pogotowiu, grali w karty i raczyli się rozgrzewającymi trunkami.”

 

Nagle zamek i otaczające go mury stawały się coraz mniej wyraźne, jakby rozpływały się w powietrzu.

(…)

Nagle czas jakby zatrzymał się w miejscu, a Wezir poczuł wszechogarniający spokój i ciepło.”

“Nagle stawały się” trąci brakiem gramatyki. Nagle zaczęły się stawać.

 

Opowiastka lekka i rozrywkowa. Może odrobinkę na siłę, ale i tak uśmiechnęło. Klikam Bibliotekę ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Łomatko, Jose, aleś tego wyłuskała. :D Dzięki, zaraz lecę poprawiać, przynajmniej część.

Dzięki za Bibliotekę i cieszę się, że ostatecznie i tak uśmiechnęło. :)

 

“– Byli tacy, co próbowali. Byli tacy, co byli przeciwni temu małżeństwu. Byli też tacy, co mówili, że król nie powinien był płodzić dzieci z Adelajdą, bo tylko nieszczęście z tego wyniknie.”

a to zostaje. To wypowiedź kapłana, a ja dałam mu prawo tak mówić. :P

“Mroźne powietrze zadziałało na maga, jak uderzenie obuchem, z tym jednak skutkiem, że zupełnie otrzeźwiło Wezira.” – Jak na mój gust przeczysz sama sobie. Uderzenie przecież ogłusza, więc mróz, który maga otrzeźwił, zadziałał zupełnie przeciwnie do tego, do czego je porównujesz…

Dlatego napisałam: z tym jednak skutkiem, że zupełnie otrzeźwiło maga. Uderzenie, które zamiast ogłuszyć , otrzeźwiło. Myślałam, że to jasne. 

 

AQQ – za samą odmienność opowiadania w relacji do innych tekstów na konkurs o UFO, wciągnęłabym Cię do grona zwycięzców. Bardzo mi się podobało. I moim zdaniem dwór księżniczki Marry to materiał na dobrą, lekką i bardzo przyjemną w odbiorze książkę :)

Katiu, właśnie przed chwilą byłam u Ciebie, a ty tutaj. :D

Cieszę się, że Ci się podobało i pięknie dziękuję za kliczka. :)

A co do książki, to jeszcze kilka konkursów i pewnie się tego trochę nazbiera. Pomyślę. ;)

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Fajnie :)

Z ogromnym zadowoleniem konstatuję, że dwór księżniczki Marry i księcia Armira ma się więcej niż dobrze, a po wizycie Ufa liczba osób stanu książęcego zapewne wzrośnie. AQQ, szalenie spodobał mi się Twój niekonwencjonalny pomysł na Ufo. ;D

 

wszy­scy zgod­nie po­krę­ci­li gło­wa­mi w ge­ście za­prze­cze­nia. –> Gesty wykonuje się rękami, nie głową.

Proponuję: …wszy­scy zgod­nie przecząco po­krę­ci­li gło­wa­mi.

 

Sam król Rufus po­stra­dał wtedy zmy­sły, jak są­dzi­li nie­kó­rzy. –> Literówka.

 

a wokół nie było ani grama śnie­gu. –> …a wokół nie było ani odrobiny/ płatka śnie­gu.

Nie wydaje mi się, aby w tej bajce wiedziano co to gram.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj wzrośnie, Reg, wzrośnie, bo z tym Ufem, to nigdy nic nie wiadomo. :D

Ja zaś szalenie się cieszę, że niekonwencjonalny pomysł na Ufo przypadł ci do gustu.

Babole poprawiłam, choć uważam, że kto jak kto, ale Wezir na pewno wiedział, co to jest gram ;P

Dzięki serdeczne. :)

Bardzo proszę. AQQ.

Mam nadzieję, że w Wezir i jego chlebodawcy zagoszczą jeszcze w Twoich opowiadaniach. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wezir pojawia się tam, gdzie nie mam zupełnie żadnego innego pomysłu. Na szczęście na Retrowizje już mam. :D

O, to Wezir jest taką dyżurną postacią, przeznaczoną do zadań kryzysowych. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wezir uratował już Armira, Marrę, a od czasu do czasu pomaga mnie. ;)

Życzę Wam długiej i owocnej współpracy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękujemy. :D

Sympatyczna historyjka.

Fajnie podeszłaś do tematu. Niby typowy spodek, a jednak, w połączeniu z Twoim światem, tworzy coś nowego. Ko(s)miczne Cthulhu z predylekcją do mieszkańców dworu.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finkla. :D A ten spodek, to właśnie miał być typowy do bólu, żeby nie było wątpliwości. Jeśli jednak wyszło "coś nowego", to cieszę się bardzo.

I jeszcze spodobało mi się pochodzenie słowa “ufo”. Takie dopasowane do epoki. :-)

Babska logika rządzi!

A jakoś tak wyszło z tym Ufem. :D

Dostrzegłam jeszcze takie zdanie:

– To ufo… ufo… – chciał powtórzyć, ale nagły atak kaszlu skutecznie mu o uniemożliwił. – > …nagły atak kaszlu skutecznie mu to uniemożliwił.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za czujność, Reg. :)

To nie czujność, to ciekawość – chciałam sprawdzić, jak oni tego Ufa Ufem nazwali. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawość, to pierwszy stopień do piekła. ;P

Piekło, do którego zawiodła mnie ciekawość, jest bardzo zacnym piekłem. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aż chciałoby się do niego przenieść. :)

Tak, od czasu do czasu, kiedy własne zaczyna się nudzić. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W takim razie postaram się jeszcze kiedyś coś na to zaradzić. ;)

Fajne :)

Dzięki, Anet :)

Fajnie wrócić na dwór księcia Armira. Zaczyna się z tego budować całkiem fajny cykl opowiastek. Kiedy dojedziesz do 400K znaków, mogłabyś uderzyć np. do Genius Creations, takie humorystyczne fantasy nieźle się sprzedaje…

Mroźne powietrze zadziałało na maga, jak uderzenie obuchem, z tym jednak skutkiem, że zupełnie otrzeźwiło Wezira.

to zdanie wydaje mi się pozbawione wewnętrznej logiki. Jak otrzeźwiło to nijak obuch, co najwyżej policzek.

 

Głupstwa godo!

wiem, że potrzebujesz gwary, żeby mogło powstać “ufo”, i że księstwo mocno prowincjonalne, ale żeby kapitan? Nie mogłabyś go zastąpić jakimś koniuszym czy dojarką?

Chyba rzeczywiście będę musiała poprawić to zdanie z obuchem. Poza tym pomysł z dojarką jest dużo lepszy, zwłaszcza że pojawiła się ona w poprzednim opowiadaniu. W tej chwili nie będę już poprawiać, ale po zakończeniu konkursu zrobię to na pewno. :)

Przyznam, że na serio zaczynam się zastanawiać nad tym, czy nie napisać jeszcze kilku historyjek w tym uniwersum, bo sprawia mi to ogromną frajdę.

Dzięki, Coboldzie. :)

 

Przyznam, że na serio zaczynam się zastanawiać nad tym, czy nie napisać jeszcze kilku historyjek w tym uniwersum, bo sprawia mi to ogromną frajdę.

Oooo, i to jest pomysł :)!

Czekam. Może się ponownie zmieści dojarka o smacznych (czy niesmacznych, bo nie pamiętam) dłoniach?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Ooooo, następny chętny!

Z tego co pamiętam, to kumys miał smak dłoni dojarki. Finkla ci powie, czy był smaczny czy nie. :D

Ja tymczasem biorę się do roboty i idę pomęczyć biednego Wezira. Może coś z tego wyniknie. ;)

 

Edit:

Jak macie jakieś pomysły na przygody maga, to chętnie przyjmę na priv. :)

W końcu znalazłem czas, żeby przeczytać (widziałem po komentarzach, że będzie warto).

Nie zawiodłem się ani trochę. Fajna, bardzo lekka historia. Jeden z tekstów, który pozwala poczuć autentyczną frajdę, jaką sprawiało autorowi (w tym przypadku autorce) jego napisanie.

Opowiadanie nie próbuje być (na szczęście) śmieszne na siłę. Pozostaje “tylko” zabawne. Z korzyścią dla czytelnika. Klimat skojarzył mi się trochę ze Światem Dysku Pratchetta. Jest coś na rzeczy czy poniosła mnie wyobraźnia ?

 

Dzięki, CM. :)

Cieszę się, że i ty miałeś frajdę.

Pratchetta męczyłam w czasach liceum, a zapewniam cię, że było to baaardzo dawno temu. Pamiętam, że odpowiadał mi humor Świata Dysku i być może miało to jakiś wpływ na moje pisanie. 

Mam jeszcze dwa opowiadania z tego uniwersum, więc jak masz ochotę, to możesz zerknąć. :)

Dla dobra kraju 

Dla dobra Marry 

 

 

Zerknął. Przeczytał. I stwierdził: ZDECYDOWANIE POSIADA POTENCJAŁ NA ZBIÓR OPOWIADAŃ.

Miło mi, CM.

Pomyślimy. :)

Przeczytane.

Fajnie. :)

Melduję przeczytanie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Fajnie. :)

.

Tylko nie "Tęcza"!

 Fabuła: Zgrabna i humorystyczna opowiastka, będąca próbą przeniesienia standardowej historii o UFO na kanwę standardowego fantasy. Zarówno historia, jak i informacje na temat postaci czy świata są podawane w miarowym tempie. Zakończenie… dość enigmatyczne, to dziecko było po prostu jakimś kosmicznym podrzutkiem, czy może raczej dzieckiem maga? Spodziewałem się czegoś więcej na koniec, jakiejś humorystycznej bomby.

 

Oryginalność: Stereotypowość postaci, historii i elementów świata przedstawionego i ich zachowań pełni tutaj funkcję prześmiewczą i dobrze się w tej roli sprawdza. Być może warto byłoby jednak pokusić się na jeszcze głębszą zabawę niektórymi motywami.

 

Język: Plus za stylizacje, lecz moim zdaniem niektóre słowa brzmią odrobinę zbyt nowocześnie jak na baśniowy setting. Bardzo ciekawa zabawa słowem przy wyjaśnianiu genezy słowa „UFO”. Trochę usterek, choćby zbędne entery na końcu opowiadania czy zbędne przecinki: „jednak perspektywa wysunięcia choćby czubka nosa z ciepłego azylu[-,] wydawała mu się mało zachęcająca”, „Mroźne powietrze zadziałało na maga[-,] jak uderzenie obuchem”, „Milczący dotychczas książę Armir[-,] postanowił zachęcić maga”.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dzięki, Wickedzie. :)

To już trzecia opowiastka z tymi bohaterami. Myślę, że sprawdza się jako samodzielna historia, ale żeby wyłapać wszystko, trzeba by sięgnąć do wcześniejszych. 

Owszem, dziecko było kosmicznym podrzutkiem, tak jak wcześniej księżniczka Marra. 

Stereotypowość jest zamierzona, a chodziło mi przede wszystkim o dobrą zabawę. Jeśli się udało, to bardzo się cieszę.

W wolnej chwili postaram się poprawić wskazane przez Ciebie błędy i pokuszę się o wprowadzenie poprawek zasugerowanych w komentarzach.

Jeszcze raz dziękuję. :)

Nowa Fantastyka