- Opowiadanie: Yuuki - Bal czerwcowy

Bal czerwcowy

Witam wszystkich,

 

To moje pierwsze opowiadanie tutaj i pierwsze z gatunku fantasy, które napisałam w ostatnim czasie. Jest dość krótkie, ale mam nadzieję, że opisana historia wyda się Wam ciekawa. Przyznam, że trochę się denerwuję, bo nie wiem czy moje opowiadanie jest wystarczająco dobre, ale cóż od czegoś trzeba zacząć. Zachęcam do komentowania, krytykowania, poprawiania i sugerowania, bo każdy Wasz komentarz będzie dla mnie wielką pomocą na przyszłość. 

Miłego czytania,

Yuuki

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Bal czerwcowy

***

Nadchodził wieczór. Ostatnie promienie słońca wpadały przez brudną szybę oświetlając pożółkłe karty starej książki, która leżała na wysłużonym dębowym biurku. W ciepłych czerwcowych promieniach tańczyły migotliwe pyłki kurzu, przypominające miniaturowe pary na starodawnym balu.

Jacek oparł się o niezbyt wygodne krzesło, założył ręce za głowę i wzdychając przypatrywał się widokowi za oknem biblioteki. Spędził tu już ponad tydzień, ale jego praca wciąż posuwała się w ślimaczym tempie. Przeczytał już chyba wszystkie ogólnodostępne książki w bibliotece, które albo były praktycznie identyczne, albo opracowane w formie dla dzieci, a do tych naprawdę starych, które mogły zawierać jakieś istotne informacje trudno było dotrzeć.

Jacek był na czwartym roku kulturoznawstwa i w swym geniuszu wpadł na pomysł by napisać pracę dotyczącą polskich legend, bo przecież to przyjemny i ciekawy temat. Szkoda tylko, że nie zdawał sobie sprawy jak trudno dotrzeć jest do jakiś wartościowych materiałów. Zastanawiał się co mu strzeliło do głowy by porywać się na tak dobrze opracowane zagadnienie.

Z zamyślenia wyrwała go bibliotekarka. Była wysoka i zasuszona, z okularami wiszącymi na czubku kościstego nosa i ciasno związanym kokiem zaczynających już siwieć włosów –  idealny przykład stereotypowego wyobrażenia o bibliotekarkach. Jednak w przeciwieństwie do swej aparycji, była naprawdę miłą i ciepłą kobietą, o głębokim, lekko usypiającym głosie, a nie wysokim i skrzekliwym jak to sobie Jacek wyobrażał, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy.

– Panie Jacku, za pół godziny będziemy zamykać. Prosiłabym o odłożenie wszystkich książek na półki, a tych ze zbiorów specjalnych lub starodruków do mnie na biurko – uśmiechnęła się jakby widziała swojego ulubionego siostrzeńca i odeszła gdzieś między półki.

 

Kto by się spodziewał – pomyślał chłopak – że w tak niewielkiej bibliotece znają się starodruki. Normalnie nawet na uczelni ciężko było zdobyć do nich dostęp, także polonistom i historykom, z którymi na ten temat rozmawiał. Kiedy zapytał o to panią Janinę, powiedziała, że zaraz po wojnie, jeden z potomków magnatów mających niedaleko swój pałacyk, postanowił go sprzedać i kiedy robił tam porządki w jednym z pomieszczeń na poddaszu znalazł ogromną ilość starych książek, które były tam gromadzone od kiedy jego rodzina sprowadziła się na te ziemie – czyli praktycznie czterysta lat z okładem. Książki zostały sprzedane wraz z posiadłością nowemu właścicielowi, który przekazał wszystko bibliotece, z zastrzeżeniem, że nie mogą zostać przeniesione nigdzie indziej, chyba że do renowacji.

Jacek z kolejnym westchnieniem zamknął rozłożoną przed nim książkę, zebrał pozostałe i poszedł je odłożyć na półki. Minął stojącą na drabinie drobną dziewczynę, która próbowała sięgnąć ostatniej półki i zaczął odkładać książki na miejsce.

 

Chłopak szedł powoli rozkoszując się lekkimi, ciepłymi powiewami wiatru, które niosły ze sobą słodki zapach kwitnących mirabelek. Park był nieduży, ale pełen drzew, krzewów i rabat, a między nimi stały zgrabne drewniane ławeczki. Na niektórych siedziały przytulone do siebie pary lub grupki młodzieży cieszącej się z nadchodzących wakacji. Jacek trochę im zazdrościł tej beztroski. Mimo, że sam nie miał bardzo ciężkiego życia, to nie było ono jednak usłane różami. Matki prawie wcale nie pamiętał, rodzice rozwiedli się gdy miał jakieś cztery, może pięć lat, a ojciec zginął dwa lata temu w wypadku samochodowym. Mimo tego, że został całkiem sam, jakoś sobie radził. W spadku po ojcu otrzymał mieszkanie i oszczędności, a na uczelni otrzymał stypendium socjalne i naukowe, więc o pieniądze nie musiał się na razie martwić. Jednak czasem i jemu bywało ciężko, zwłaszcza w takie dni jak Wigilia, gdy jego jedynym towarzyszem był telewizor i książki. Nie można jednak powiedzieć, że czuł się samotny. Wbrew pozorom, bycie samemu wcale mu nie przeszkadzało, może nawet sprawiało trochę przyjemności. To nie tak, że był antyspołeczny. Na uczelni miał sporo znajomych, z którymi czasem gdzieś wychodził, ale jednak największą radość sprawiały mu ciche, samotne wieczory, kiedy jedyne czym musiał się martwić to, jaką książkę przeczytać jako następną.

Jacek wyciągnął klucz z kieszeni i włożył go w lekko zardzewiały zamek. Wszedł do ciasnego przedpokoju stancji wynajętej na czas zbierania materiałów do pracy i zdjął znoszone trampki. Odłożył torbę z notatkami na krzesło, wyciągnął z lodówki zimne piwo i usiadł przed telewizorem. Bezmyślnie skakał z kanału na kanał, aż wreszcie znalazł coś co było warto obejrzeć. W międzyczasie zadzwonił jeden z jego lepszych kolegów pochwalić się, że w końcu udało mu się umówić z dziewczyną, która od dawna mu się podobała i oczywiście nie omieszkał zapytać kiedy Jacek sobie kogoś wreszcie znajdzie, bo przecież to nie uchodzi, żeby zdrowy i młody chłopak nie miał żadnej dziewczyny, choćby raz na jakiś czas.

Kiedy Jacek rozłączył połączenie, zrezygnowany pokręcił głową. To nawet nie tak, że nie mógł znaleźć żadnej dziewczyny, wręcz przeciwnie, gdyby tylko im pozwolił się do siebie zbliżyć, te zaraz by go obsiadły jak muchy. Był dość wysokim i szczupłym młodzieńcem o ładnej budowie i lekko zaznaczonych naturalnych mięśniach. Kruczoczarne włosy nosił lekko przydługie i założone często za ucho. Ich barwa była tak intensywna, że czasem lśniły w słońcu odcieniami fioletu i granatu. Podobno jego największym atutem były oczy – o jasnej szaro-zielonej barwie, przywodzące na myśl oczy dzikiego kota. Lubił te oczy, były identyczne jak jego ojca i dziadka.

Do tej pory miał kilka dziewczyn i jak na razie całe to “chodzenie z kimś” wydawało mu się przereklamowane. Kiedy pierwsze zauroczenie minęło, a tak zwane motylki w brzuchu przestawały szaleć, związki stawały się dla niego uciążliwe. Czasami zastanawiał się czy jest z nim coś nie tak, ale dochodził jednak do wniosku, że żaden normalny facet, nie jest w stanie znieść ciągłego gadania o ciuchach, koleżankach, ploteczkach i wysłuchiwać, że gdzieś jej nie zabrał, albo że spędza więcej czasu z książkami niż z nią i najgorsze co można zrobić – według dziewczyn oczywiście – to wyjście z chłopakami na piwo i to bez niej, choć sama oczywiście wychodzi na spotkania. Doszedł więc do wniosku, że bycie samemu jest o wiele wygodniejsze, a przynajmniej zdrowsze.

 

***

Jacek szedł brukowaną alejką w parku przysłuchując się porannym trelom ptaków. Dziś zapowiadał się kolejny dzień żmudnych poszukiwań, ale pani Janina powiedziała, że może uda jej się pokazać mu książkę, która może być dla niego interesująca. Szedł więc do biblioteki raźno z poczuciem lekkiej ekscytacji i zniecierpliwienia.

 

Książka faktycznie okazała się niezwykle pomocna i kiedy chłopak musiał ją oddać siedzącej za biurkiem bibliotekarce, odczuwał coś w rodzaju smutku, jakby żegnał się z ukochanym psem. Minął drabinę stojącą przy jednym z wyższych regałów, kiedy usłyszał krótki urywany pisk. Odwrócił się gwałtownie i spojrzał do góry. Drobniutka dziewczyna, którą widział tu już kilka razy, straciła równowagę próbując sięgnąć najwyższej półki  i zatoczyła się do tyłu. Jacek nie myśląc nawet o tym co robi, skoczył w kierunku drabiny w ostatniej chwili łapiąc spadającą blondynkę. Zaraz za nią poleciało kilka dość ciężkich książek, które przypadkiem chwyciła, gdy próbowała utrzymać równowagę. 

Oboje ciężko upadli na podłogę. Jacek podniósł się pierwszy.

– Nic ci się nie stało? – zapytał dziewczynę pomagając jej wstać.

– Dzięki tobie nic. Dziękuję. – odparła patrząc mu prosto w oczy.

Jacek pomyślał, że chyba jest w jego wieku. Dość niska, o filigranowej ale foremnej figurze. Miała długie złociste włosy związane w kucyk, drobny nosek i wielkie oczy koloru bursztynu. Kiedy padały na nie promienie słońca, mieniły się niczym płynne złoto.

– Jeszcze raz dziękuję, że mnie złapałeś, mam nadzieję, że nic ci się nie stało.

– Nie ma o czym mówić. I nie, nic mi się nie stało.

– Uff to dobrze – uśmiechnęła się radośnie – pozwól, jednak że w ramach podziękowań zaproszę cię na kawę, albo na obiad, bo w sumie nic nie jadłam od rana.

Jacek przez chwilę patrzył na nią zaskoczony, jednak po chwili namysłu zgodził się na jej propozycję, ostatecznie i on od rana nic nie jadł, a posiłek w towarzystwie mógł być całkiem miłą odmianą

Tak więc oboje zebrali swoje rzeczy i ruszyli do znajdującej się niedaleko niewielkiej restauracji. Okazało się, że wyjątkowo dobrze im się ze sobą rozmawia. Dziewczyna miała na imię Sylwia i była w jego wieku. Przyjechała tu z ramienia gazety, w której pracowała na pół etatu, by napisać sprawozdanie z bankietu, który miał się odbyć jutro wieczorem. Jacek początkowo był lekko zaskoczony, że gazeta wysłała praktykantkę, ale Sylwia powiedziała, że raz iż w tym momencie wszyscy byli zbyt zajęci, by tu przyjechać, a dwa od dawna zna się z redaktor naczelną, która prowadziła dla nich zajęcia na uczelni. I tak na rozmowie o różnych błahostkach spędzili cały wieczór i gdy przyszło im się żegnać była praktycznie północ.

– Cieszę się, że zgodziłeś się ze mną tu dziś przyjść – powiedziała Sylwia patrząc na Jacka z ukosa. – Powiedz, czy zgodziłbyś się pójść ze mną jutro na ten bankiet?

– Na bankiet? – zapytał zaskoczony nagłą propozycją Jacek. – Nie jestem pewien, czy powinienem, poza tym nie umiem tańczyć i nie jestem zbyt dobrym towarzyszem jeśli chodzi o bankiety, wesela i dyskoteki.

– Nie gadaj głupot – roześmiała się dziewczyna. – Nie ma nic złego w zabawie, a ja nie mam z kim pójść, więc chętnie bym cię widziała u mego boku, zwłaszcza, że naprawdę świetnie mi się z tobą rozmawia. Jesteś zabawnym facetem i do tego całkiem przystojnym. Więc jak? – zapytała patrząc intensywnie w oczy Jacka.

– Eee – zająknął się chłopak. – No dobrze, pójdę z tobą jutro, skoro ci to nie przeszkadza.

– Świetnie! W takim razie spotkajmy się jutro o dziewiętnastej na podjeździe niedaleko klasztoru. Wiesz gdzie to jest?

– Tak, znam to miejsce – odpowiedział chłopak.

– W takim razie do jutra.

– Do jutra.

Jacek wracał do domu lekko otumaniony ostatnimi wydarzeniami i cały czas zastanawiał się jakim cudem zgodził się z nią jutro iść na bankiet. I to tak łatwo! Normalnie znajomi musieli go męczyć przynajmniej godzinę by z nimi gdzieś wyszedł, a ta dziewczyna tylko raz zapytała i już się zgodził bez żadnego ale. Nie do końca był w stanie pojąć, co się właściwie stało, że tak łatwo dał się przekonać, ale skoro obiecał, że z nią pójdzie, to teraz nie ma już innego wyjścia, jak tylko dotrzymać obietnicy. Tylko skąd on weźmie jakiś garnitur?!

 

***

Zbliżała się dziewiętnasta i Jacek powolnym krokiem szedł w stronę miejsca spotkania. W końcu przystanął w umówionym miejscu i mając za plecami ścieżkę prowadzącą do klasztoru, spojrzał w dół na pogrążone w półmroku miasteczko. Było na swój sposób urocze, ale jak większość takich miejsc zaniedbane. Parę minut później, od strony parkingu, podeszła do niego Sylwia. Wyglądała naprawdę prześlicznie. Część długich blond włosów spięła misterną spinką z tyłu głowy, by reszta spływała falami na plecy. Suknia była czarna z wyszywanym srebrną nicią motywem roślinnym, a na dłoniach miała czarne balowe rękawiczki.

– Dzień dobry Sylwio, pięknie wyglądasz – powiedział Jacek szczerze.

– Dziękuję, ty też dobrze się prezentujesz w tym garniturze – odpowiedziała dziewczyna uśmiechając się przy tym. – Pójdziemy?

– Oczywiście, prowadź.

Para ruszyła lekko pod górę kierując się w stronę klasztoru, po czym skręciła w prawo w ocienioną drzewami alejkę. Przez całą jej długość powbijane były płonące pochodnie oświetlając gościom drogę.

Gdy dotarli na miejsce, Jackowi ukazał się ogromny, wręcz gargantuiczny, biały namiot. Jego wejście okolone było kwiatami, tworzącymi coś w rodzaju bramy, czy łuku. Sylwia zaprowadziła go do stojącego przy wejściu mężczyzny i pokazała zaproszenie, po czym chwyciła lekko za dłoń i pociągnęła za sobą do środka. W namiocie znajdowało się już sporo gości. Ku zaskoczeniu chłopaka były to praktycznie same znane osobistości – politycy, aktorzy, piosenkarze, celebryci. Jacek poczuł się dość nieswojo i po plecach przebiegł mu nieprzyjemny dreszcz. Jeszcze bardziej zdziwił się gdy Sylwia witała się z każdą napotkaną osobą, jakby każdy z tych sławnych ludzi był jej znajomym.

– Przepraszam cię na chwilę, ale będę musiała trochę popracować – powiedziała dziewczyna z lekko skrępowanym uśmiechem. – Gdybyś mógł chwilę się sobą zająć, byłabym bardzo wdzięczna.

– Nic się nie stało, w końcu po to tu przyszliśmy prawda? Żebyś mogła napisać swój artykuł.

– Dziękuję, w takim razie niedługo wracam – powiedziała Sylwia i odeszła w stronę coraz większego tłumu gości.

Jacek rozejrzał się dookoła lekko zdezorientowany i niepewny co ma teraz ze sobą zrobić. Kiedy przy jednej ze ścian namiotu zauważył długie stoły nakryte misternie drapowanymi obrusami ruszył w ich stronę. Na blatach poukładane były na srebrnych talerzach i tacach (kto teraz używa srebrnej zastawy?) najróżniejsze smakołyki. Połowy z nich Jacek nawet nie potrafił rozpoznać, a większości nazwać. Chwycił leżący obok mały talerzyk i nałożył sobie kilka co ciekawiej wyglądających potraw, po czym odwrócił się w stronę gości. Większość z nich spacerowała leniwie tworząc mniejsze i większe grupki, które po jakimś czasie rozpadały się, by chwilę później powstały całkiem nowe. Wszyscy byli ubrani w czarne eleganckie stroje i z jakiegoś powodu, wyglądali, jakby to był zjazd rodzinny, a nie oficjalny bankiet dla znanych osobistości.

– Czy napije się pan czegoś? – z zamyślenia wyrwał go wysoki kelner podstawiając mu tacę z kieliszkami.

Miał czarne zaczesane do tyłu włosy, przenikliwe spojrzenie i szpiczastą kozią bródkę. Był przystojny i wysoki, a gdyby nie taca Jacek nie odróżniłbyś go od pozostałych gości. Chłopak przyjął jeden z kieliszków i wrócił do obserwacji środka namiotu. Szkoda, że nie przyjrzał się pozostałym kelnerom, bo mogłoby go zaciekawić, że każdy z nich wygląda dokładnie tak samo, z takim samym uśmiechem, identycznym spojrzeniem i posturą, ale Jacek nie spojrzał na nich, bo któż przygląda się obsłudze? Chłopak starając się wypatrzyć wśród tłumu Sylwię, zauważył obecnego ministra edukacji, rozmawiającego z tegorocznym laureatem literackiej Nagrody Nobla oraz kilka co bardziej znanych aktorów i aktorek. Wszyscy wyglądali jakby naprawdę dobrze się bawili i cieszyli z tego, że mogli spotkać dawno niewidzianych znajomych. W pewnym momencie – Jacek nawet nie zauważył kiedy – na scenę znajdującą się po przeciwnej stronie namiotu, wszedł zespół muzyków i zaczął grać. Muzyka wypełniła cały namiot. Była piękna i… hipnotyzująca. Wnikała do głębi i wywoływała wrażenie błogości i spokoju, jakby nic złego nie mogło się stać, jakby życie było najpiękniejszym snem na świecie.

W pewnym momencie podeszła do niego Sylwia i chwytając za rękę pociągnęła w stronę wyjścia.

– To już koniec bankietu? – zapytał Jacek zaskoczony tłumem opuszczającym namiot.

– Nie, teraz idziemy na część nieoficjalną. Tylko niektórzy mogą w niej uczestniczyć, zobaczysz spodoba ci się.

Kiedy szli po mokrej trawie w stronę położonej na stoku polany, Jacek rozglądając się zauważył, że ci “niektórzy” wciąż stanowią sporą liczbę osób. Nagle do głowy przyszło mu pytanie, czy aby na pewno powinien tu być, ale po chwili wzruszył tylko ramionami i pomyślał, że teraz to i tak nie ma już znaczenia.

 

Na środku polany znajdował się ogromny stos drewna, a gdy Jacek rozejrzał się dokładnie, zauważył mniejsze porozkładane wszędzie dookoła. Goście zgodnie ustawili się w kręgu dookoła największego ogniska. Jacek chciał o coś zapytać stojącą obok niego Sylwię, ale ta tylko ścisnęła mocniej jego rękę i pokręciła głową. Stał więc w ciszy przyglądając się ledwo widocznym w świetle księżyca twarzom. Po jakimś czasie, którego Jacek nie potrafił określić, w kręgu nastąpiło jakieś poruszenie. Powstała niewielka przerwa i wszyscy zebrani skierowali spojrzenie w kierunku wyrwy. Od strony namiotu szła powoli para trzymając się pod ręce. Jackowi nawet nie przyszło do głowy zastanowić się dlaczego nadchodzący ludzie są całkowicie widoczni w otaczających ich ciemnościach. Zatrzymali się stając wraz z pozostałymi w kręgu, ale ani nic nie powiedzieli, ani nie zrobili. Jacek zauważył, że mężczyzna mimo lat, wciąż był bardzo przystojny. Długie, szpakowate włosy zaczesał do tyłu, a kozia bródka lśniła w świetle niczym naoliwiona. Miał na sobie jakąś starodawną wersję garnituru lub fraka i laskę ze srebrna gałką w wolnej lewej ręce. Towarzysząca mu kobieta w jakiś sposób przywodziła na myśl damy z XVIII-wiecznych obrazów. Spokojna i dystyngowana, z wianuszkiem srebrnych włosów upiętych w kok. Kobieta również ubrana była na czarno, ale jej suknia, tak jak i ona sama, wydawała się pochodzić nie z tej epoki.

W pewnym momencie nowoprzybyły mężczyzna wystąpił przed szereg i w kilku krokach znalazł się praktycznie przy samym stosie ogniska.

– Bracia, siostry, towarzysze. Witajcie na kolejnych obchodach Nocy Świętojańskiej. Sami dobrze wiecie, że wielokrotnie próbowano nas zniszczyć. Starano się by zapomniano o nas i o tym co rodzime, ale… choć minęły setki lat, my wciąż tu jesteśmy. – Mężczyzna przemówił donośnym i dźwięcznym głosem, który zdawał się wibrować w uszach i przenikać ciało aż do kości. – Dziś po raz kolejny zebraliśmy się tu by celebrować wszystko to co dla nas ważne. Naszą tradycję, naszą znajomość, naszą sztukę i magię. A więc niechaj się zacznie! – mężczyzna głośniej wymówił ostatnie słowa, a kiedy gwałtownie podniósł ręce do góry ze wszystkich ułożonych ognisk buchnęły słupy ognia.

W tym momencie jakby coś się zmieniło. Jacek miał nieodparte wrażenie, że coś jest nie tak, ale nie potrafił sobie uświadomić co. Sylwia gdzieś znikła, więc przechadzał się po polanie wśród tańczących i bawiących się ludzi i drewnianych ław przybranych mchem i powojem. Usiadł niedaleko jednego z ognisk z omszałą glinianą karafką w dłoni i pomyślał, że nie było potrzeby obawiać się tego wyjścia. Oficjalna część nie była aż tak przerażająca jak się spodziewał, a ta która właśnie trwała wydawała się być naprawdę interesująca, choć sam nie do końca wiedział dlaczego.

Jacek przez chwilę patrzył na dwie młode aktorki tańczące za rękę z satyrami dookoła małego ogniska i uśmiechnął się do siebie. Jakiś kozioł chodzący na dwóch nogach i łudząco podobny do obsługującego go wcześniej kelnera, podszedł do niego z nowym dzbanem miodu pitnego, po czym ruszył dalej między gości.

W pewnym momencie jakaś naga dziewczyna – wyglądająca jak nimfa z greckiej mitologii – podbiegła do niego i chwyciła go za rękę, by porwać go w wir zabawy. I Jacek bawił się aż do pierwszego brzasku. Tańczył, śpiewał, pił i przez tą krótką chwilę, zapomniał o całym świecie, o wszystkim co dobre i co złe, jakby życie było tylko snem.

 

***

Promienie jaskrawego słońca drażniły oczy, nawet przy zamkniętych powiekach. Jacek powoli podniósł się z wilgotnej ziemi na której leżał i rozejrzał się nieprzytomnie dookoła. Przez chwilę był w całkowitym szoku, kiedy odkrył, że leży wpółnagi na polanie niedaleko klasztoru. Nie był w stanie sobie przypomnieć skąd się tu wziął, dlaczego nie ma bluzki i dlaczego ma na sobie garnitur. Przecież wczoraj gdy pożegnał się z tamtą dziewczyną poszedł prosto do domu, więc co on tu robi?! Ponownie wyciągnął się na trawie i starał uspokoić. Słuchając śpiewu ptaków przypomniał sobie, że miał wyjątkowo dziwny i zabawny sen, w którym – wraz z poznaną wczoraj dziewczyną – brał udział w sabacie, czy czymś takim, gdzie uczestnikami byli sami sławni ludzie. Kiedy pomyślał jak bardzo ten sen był niedorzeczny roześmiał się na głos.

Po jakimś czasie wstał, otrzepał spodnie z trawy i założył wilgotną od rosy koszulę. Kiedy podnosił leżącą obok marynarkę, z jej fałdów wypadło coś błyszczącego. Jacek nachylił się i podniósł niewielką, srebrną spinkę do włosów, którą Sylwia ubrała w jego śnie. Pomiędzy elementami znajdowała się mała kartka złożona na pół. Chłopak wyjął ją ze spinki i rozłożył. Przez długą chwilę patrzył na równe, eleganckie pismo, nie wiedząc co powiedzieć i co myśleć. Po jakimś czasie uśmiechnął się pod nosem i rzucił kartkę przed siebie.

I tylko wiatr widział zapisane tam słowa:

“Dziękuję za wczorajszy wieczór.

Sylwia”

 

Koniec

Komentarze

brudną szybę oświetlając pożółkłe – brakuje przecinka 

dotrzeć jest do jakiś wartościowych – bez “jest” i jakichś

W spadku po ojcu otrzymał mieszkanie i oszczędności, a na uczelni otrzymał stypendium socjalne – powtórzenie otrzymał

Kiedy Jacek rozłączył połączenie – zakończył połączenie albo się rozłączył

Suknia była czarna z wyszywanym srebrną nicią motywem roślinnym, a na dłoniach miała czarne balowe rękawiczki. – można odnieść wrażenie, że suknia ma dłonie :) 

 

Interpunkcja w zasadzie leży i kwiczy, sporo zdań przyjęło konstrukcję z języka potocznego. Jeżeli chodzi o fabułę, to trzeba by zauważyć, że nic właściwie się nie wydarzyło : ) Gość pisze jakąś magisterkę, poznaje dziewczynę, idą na imprezę, jest gruba biba, potem gość się budzi gdzieś w krzakach. Jako taka wprawka pisarska – pewnie okej. Przy pisaniu kolejnego opowiadania warto jednak zadbać, by wpleść jakieś bardziej emocjonalne wydarzenia, wpływające na życie bohatera. Tu jest tak, że sporo objętości tekstu poświęcasz na wykreowanie bohatera i relacji z dziewczyną, ale finalnie nie korzystasz z tych elementów –  nie mają one większego znaczenia z punktu widzenia końcówki opowieści. To jest na swój sposób rozczarowujące dla czytelnika. 

Powodzenia w przyszłości :) 

I po co to było?

Tekst mnie niestety kompletnie nie przekonał. Nie mam pojęcia, jaką historię chciałaś opowiedzieć. Poszczególne części nie kleją się, rozwiązanie zagadki nie zostaje nawet zasugerowane, większość elementów fabularnych jest do bólu naiwna. Wszystko: biblioteka z jej zawartością, tłumaczenie Sylwii, dlaczego to ona idzie na imprezę, to tzw. narrative devices, czyli chwyty, które są wygodne dla autora, ale w fabule drażnią. No i po co i dlaczego te wszystkie persony na tej imprezie? Cały długaśny wstęp o pracy Jacka i bibliotece niczemu nie służy, tekst rozpada się na nieskładne kawałki.

Sposób, w jaki przedstawiasz realia, jest co najmniej dziwaczny. Nie wiem, ile masz lat i czym się zajmujesz, ale z tekstu odnoszę wrażenie, że nie masz pojęcia o realiach pisania pracy magisterskiej, a nawet o funkcjonowaniu zasobów bibliotecznych.

Wykonanie też nie najlepsze, poczynając od interpunkcji, a na nieporadnych zdaniach kończąc.

 

“Przeczytał już chyba wszystkie ogólnodostępne książki w bibliotece, które albo były praktycznie identyczne, albo opracowane w formie dla dzieci, a do tych naprawdę starych, które mogły zawierać jakieś istotne informacje trudno było dotrzeć.“

Identyczne? Dla dzieci? To jest biblioteka osiedlowa? Dalej wychodzi, że to prowincjonalna biblioteka, ale takie coś się zaznacza na początku.

 

“Szkoda tylko, że nie zdawał sobie sprawy jak trudno dotrzeć jest do jakiś wartościowych materiałów. Zastanawiał się co mu strzeliło do głowy by porywać się na tak dobrze opracowane zagadnienie.“

Jeśli zagadnienie jest dobrze opracowane, to do materiałów, także wartościowych, dotrzeć jest raczej łatwo. Kwestia biblioteki jest naciągana, ale do łyknięcia. To – kompletny babol.

Edit: na zasadzie in dubio pro reo zakładam, że chodziło Ci o materiały oryginalne, ale w przypadku magisterki to nie jest wymóg. Skądinąd żaden rozsądny promotor nie zgodzi się na tak ogólny i szeroki temat…

 

“Jednak w przeciwieństwie do swej aparycji, była naprawdę miłą i ciepłą kobietą,” Raczej: wbrew aparycji, bo aparycja w ogóle nie jest kobietą, więc nie może być inną kobietą niż bibliotekarka. Zaimek “swej” zbędny

 

“Prosiłabym o odłożenie wszystkich książek na półki, a tych ze zbiorów specjalnych lub starodruków do mnie na biurko”

Zbiory specjalne i starodruki mają zazwyczaj odrębne czytelnie. Nawet w opisanej sytuacji wydzielono by dla nich osobne pomieszczenie albo przynajmniej część sali.

 

“Kto by się spodziewał – pomyślał chłopak – że w tak niewielkiej bibliotece znają się starodruki.”

No właśnie. Wytłumaczenie podane dalej jest bardzo naiwne. Jeśli takie zbiory by się znajdowały z takich powodów w prowincjonalnej bibliotece, to nie byłoby to tajemnicą, do której przez przypadek dociera jakiś student.

 

“Normalnie nawet na uczelni ciężko było zdobyć do nich dostęp, także polonistom i historykom, z którymi na ten temat rozmawiał.”

Naprawdę? Jak ktoś pisze pracę na określony temat, to i rękopisy dostanie, a jeśli nie oryginały, to mikrofilmy, o ile są.

 

“Wszedł do ciasnego przedpokoju stancji wynajętej na czas zbierania materiałów do pracy” – stancja to raczej pokój/mieszkanie wynajmowane na długi czas. (SJP PWN: stancja «mieszkanie, często wraz z utrzymaniem, odnajmowane uczniom lub studentom».) Tu wystarczy pokój wynajęty…

 

damy z XVIII-wiecznych obrazów → osiemnastowiecznych

 

karafki raczej nie bywają gliniane

 

wpółnagi → półnagi

 

dlaczego nie ma bluzki – mężczyźni noszą koszule, więc to, że chłopak nie ma na sobie bluzki, jest raczej normalne

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za informacje, widzę, że jeszcze bardzo długa droga przede mną i następnym razem postaram się napisać coś wartego przeczytania.

Przyznam, że trochę się denerwuję, bo nie wiem czy moje opowiadanie jest wystarczająco dobre

Ej, jesteś wśród swoich. Na Writing Excuses mówili jakiś czas temu, że każdy ma wewnętrznego złośliwca ("jesteś do kitu i zawsze będziesz!"), wewnętrznego redaktora ("to jest do kitu, musisz poprawić tak i tak, wtedy wyjdzie dobre") i wewnętrzną czirliderkę ("yes! yes! yes!"). Sztuka w tym, żeby słuchać redaktora, a reszty nie. No, może czirliderki czasami.

 Ostatnie promienie słońca wpadały przez brudną szybę oświetlając pożółkłe karty starej książki, która leżała na wysłużonym dębowym biurku. W ciepłych czerwcowych promieniach tańczyły migotliwe pyłki kurzu, przypominające miniaturowe pary na starodawnym balu.

W tych dwóch zdaniach każdy rzeczownik ma określnik – ale niczego nie widać. Dlaczego? Bo przymiotniki to etykietki. Samo zaetykietowanie nic nie mówi o rzeczy, którą chcesz pokazać (widziałam ostatnio w drogerii płyn przeciw wszom z etykietą "nie zawiera środków owadobójczych" i doznałam zawieszenia mózgu). Twoje zdania nie są aż tak wewnętrznie sprzeczne (o tym za moment), ale są mało plastyczne. "Wysłużone" biurko – to jakie? Co świadczy o tym wysłużeniu? Podoba mi się porównanie pyłków do tańczących par – to krok w bardzo dobrym kierunku. Pożółkłe karty świadczą dobrze o starości książki. Natomiast "ciepłe czerwcowe promienie" (powtarzasz promienie!) nie grają z brudną szybą, która zwykle przepuszcza raczej mętne światło. Musisz zobaczyć to, co opisujesz, żeby się trzymało kupy.

 oparł się o niezbyt wygodne krzesło

Wygodę krzesła poznaje się, siadając na nim – patrz wyżej.

 wzdychając przypatrywał się widokowi za oknem biblioteki

Wzdychając, przypatrywał się. Przez brudną szybę?

 Przeczytał już chyba wszystkie ogólnodostępne książki w bibliotece, które albo były praktycznie identyczne, albo opracowane w formie dla dzieci, a do tych naprawdę starych, które mogły zawierać jakieś istotne informacje trudno było dotrzeć.

Trochę to zdanie poplątane. Ja bym je podzieliła, o, tak: Przeczytał już chyba wszystkie ogólnodostępne książki w bibliotece, nawet kilka popularnonaukowych książeczek dla dzieci. Wszystkie mówiły mniej więcej to samo. Do tych najstarszych, do prac źródłowych, w których mógłby wyczytać coś użytecznego, trudno było dotrzeć.

 w swym geniuszu

To bym wycięła – trochę za dużo ironii w tym miejscu.

nie zdawał sobie sprawy jak trudno dotrzeć jest

Nie zdawał sobie sprawy, jak trudno jest dotrzeć. Łącznik po orzeczniku brzmi strasznie pretensjonalnie.

 Zastanawiał się co mu strzeliło do głowy by

Zastanawiał się, co mu strzeliło do głowy, by. To praca licencjacka czy magisterska? Na tym poziomie nie oczekują od człowieka wielkiej oryginalności, tylko przyzwoitej metodologii (ja pisałam z chińskiego pokoju, który przemierzono już wzdłuż, wszerz i w poprzek).

 Jednak w przeciwieństwie do swej aparycji, była naprawdę miłą i ciepłą kobietą

Jej aparycja była niemiłą kobietą? Hmm?

 wysokim i skrzekliwym jak to sobie

Wysokim i skrzekliwym, jak to sobie…

 głębokim, lekko usypiającym głosie

"Lekko" i "ciężko" niosą określone skojarzenia. Lepiej ich nie nadużywać. Tu napisałabym raczej "trochę", albo porównała ten głos z czymś (może napisałabym, że jest dobry do kołysanek?)

 uśmiechnęła się jakby

Uśmiechnęła się, jakby.

 jakby widziała swojego ulubionego siostrzeńca

Widziała – czy zobaczyła?

 znają się

Literówka.

 zaraz po wojnie, jeden (…) pałacyk, postanowił go sprzedać

To nie wtrącenie, tylko podmiot zdania podrzędnego – nie oddzielaj go przecinkami.

 kiedy robił tam porządki w jednym

Ale tu wprowadzasz nowe zdanie podrzędne: kiedy robił tam porządki, w jednym.

 gromadzone od kiedy

Przed "kiedy" – przecinek: gromadzone, od kiedy.

 chyba że

Chyba, że.

 rozłożoną przed nim książkę

Raczej rozłożoną przed sobą, chociaż ja w ogóle nie dawałabym tego określenia – to widać z kontekstu.

 drabinie drobną dziewczynę

Aliteracja. Unikaj.

 próbowała sięgnąć

Sięgała do półki, albo próbowała dosięgnąć.

 szedł powoli rozkoszując się

Szedł powoli, rozkoszując się.

 kwitnących mirabelek

W czerwcu? Śliwa (i inne drzewa z rodziny różowatych) kwitnie wczesną wiosną.

 Mimo, że sam nie miał bardzo ciężkiego życia, to nie było ono jednak usłane różami.

Konkrety, konkrety! "Nie było dobrze, ale i nie było źle", to tylko rozmydla tekst. Niczego nie wnosi. Tragiczna historia bohatera – ma jakieś znaczenie dla tej przygody? Jeśli nie, lepiej ją pominąć. Nie widzę, czemu mnie tak przekonujesz, że Jackowi nie przeszkadza samotność – poza tym ten fragment jest rozwleczony, za długi i trochę nudny.

 rozwiedli się gdy

Rozwiedli się, gdy.

 Mimo tego, że został całkiem sam

Jakieś to nienaturalne – ja dałabym raczej "chociaż", ale może to moja idiosynkrazja.

 Wbrew pozorom, bycie samemu wcale mu nie przeszkadzało

"Wbrew pozorom" znaczy, że wydawało się, że było A (istniały pozory A), ale tak naprawdę nie było. Każdy zwrot coś znaczy. Pamiętaj o tym.

 To nie tak, że był antyspołeczny.

Brzydko to brzmi.

kiedy jedyne czym musiał się martwić to, jaką książkę przeczytać

Anglicyzmy składniowe, niedobór przecinków, i kto się o to martwi? Może: kiedy nie miał zmartwień poza wyborem książki do przeczytania.

 wyciągnął klucz z kieszeni i włożył go w lekko zardzewiały zamek

O "lekko" już mówiłam, więc tylko – czemu służy szczegółowy opis otwierania zamka? Co ważniejsze – czemu służy opis zamka jako zardzewiałego? Czy przekazuje coś o Jacku? Np. że nie chce mu się dbać o dom (więc samotność trochę go już jednak nagryzła)? Czy, że mieszkanie jest wynajęte, więc bezosobowe i zaniedbane? Hmm?

 Wszedł do ciasnego przedpokoju stancji wynajętej na czas zbierania materiałów do pracy

Trochę to sztywne. Ja napisałabym wcześniej o tym wynajmowaniu (i spadek musiał być naprawdę niezły, skoro go na to stać – tak przy okazji, stypendium socjalne dostaje się przy dochodzie poniżej określonego poziomu, więc nie wiem, czy by się kwalifikował jako dziedzic takiej fortuny). Zresztą jedzie się na prowincję po książki, których w uniwersyteckiej bibliotece nie ma, a nie tak, ot.

 usiadł przed telewizorem. Bezmyślnie skakał z kanału na kanał, aż wreszcie znalazł coś co było warto obejrzeć.

Coś, co warto. Tak się nie zachowuje człowiek szczęśliwy w swojej samotności.

 W międzyczasie…

I co to zdanie wnosi? Zwłaszcza, że chłopak mówi raczej jak stara babcia, której się ckni za prawnukami. Przed "kiedy" przecinek.

 rozłączył połączenie

Powtórzonych dźwięków trzeba unikać. Rozłączył się, albo odłożył telefon.

te zaraz by go obsiadły jak muchy

"Te" jest zbędne, kontekst wystarczy.

 Był dość wysokim i szczupłym…

Czemu nie opisałaś go wcześniej?

 naturalnych mięśniach

Niby wiem, o co chodzi, ale…

 nosił lekko przydługie i założone często za ucho.

Składnia: nosił przydługie, często zakładał je za ucho. "Przydługie" to tyle, co "trochę długie, nie bardzo, ale wyraźnie" – nie potrzeba dodatkowego modyfikatora.

 Ich barwa była tak intensywna, że czasem lśniły w słońcu odcieniami fioletu i granatu.

Ale to facet myśli o sobie? To nie są myśli jego wielbicielek?

 szaro-zielonej

To sugeruje, że były w paseczki. Może cętki, ale cętki (i podobno także obwódki wokół tęczówki) są sexy i skoro już opisujesz Benedicta Cumberbatcha, to idź na całość. O mieszaniu kolorów w języku zob. tutaj.

 oczy dzikiego kota

One mają żółte oczy. I takie określenie powinno coś mówić o bohaterze.

 Lubił te oczy, były identyczne jak jego ojca i dziadka.

Trochę niezręczne. Może: odziedziczył je po ojcu, a ten po swoim ojcu?

 zastanawiał się czy

Zastanawiał się, czy.

 normalny facet, nie jest w stanie

Nigdy nie oddzielaj podmiotu od orzeczenia przecinkiem. Nigdy.

 ciągłego gadania o ciuchach, koleżankach, ploteczkach

A normalna kobieta to jest w stanie znieść ględzenie o tramwajach? Przepraszam, stary uraz. Budujesz tu postać bohatera raczej jako mizogina, może nawet mizantropa, niż introwertyka.

z książkami niż z nią

Z książkami, niż z nią.

 najgorsze co

Najgorsze, co.

parku przysłuchując

Parku, przysłuchując. Uważaj na "się" – trochę ich dużo w tym akapicie.

 Dziś zapowiadał się kolejny dzień żmudnych poszukiwań, ale pani Janina powiedziała, że może uda jej się pokazać mu książkę, która może być dla niego interesująca.

Znowu niezdecydowanie – będą nudy, ale może nie. Ponadto – lepiej unikaj niekoniecznych "być": książkę, która może go zainteresować.

 raźno z poczuciem lekkiej ekscytacji i zniecierpliwienia

Nie wykładaj tego tak kawę na ławę. Wystarczy "raźno", dalej sami się domyślimy.

 odczuwał coś w rodzaju smutku, jakby żegnał się z ukochanym psem.

Jakiś słaby ten smutek (choć weź poprawkę na to, że ja i psy jesteśmy w stanie zimnej wojny).

 krótki urywany pisk

Tu coś się nareszcie dzieje, więc zdania powinny być krótsze i określników mniej. Ja dałabym: urywany pisk, może nawet sam pisk.

 Odwrócił się gwałtownie i spojrzał do góry.

W górę. I to zdanie rozmywa akcję. Skróciłabym: Odwrócił się.

 Jacek nie myśląc nawet o tym co robi,

Przecinek po Jacku, ale właściwie wycięłabym to wszystko. Rozmywa akcję.

 skoczył w kierunku drabiny w ostatniej chwili łapiąc spadającą blondynkę

Anglicyzm. Skok i łapanie nie są jednoczesne, jedno wynika z drugiego – lepiej dać: i w ostatniej chwili złapał.

 które przypadkiem chwyciła, gdy próbowała utrzymać równowagę.

To bym wyrzuciła, bo nie tylko spowalnia akcję, ale myli. Przez chwilę myślałam, że złapała książki już po upadku.

 Oboje ciężko upadli na podłogę.

Hmm. Jednak powinno jeszcze być dynamiczniej. Może: Oboje wylądowali na podłodze?

 dziewczynę pomagając

Dziewczynę, pomagając.

 odparła patrząc

Odparła, patrząc. Ale lepiej nie powtarzaj schematu w kolejnych zdaniach (xnął, yąc), jeśli to nie jest potrzebne.

 filigranowej ale foremnej figurze

Aliteracja. Filigranforemność nie wykluczają się nawzajem.

 Jeszcze raz dziękuję, że mnie złapałeś, mam nadzieję, że nic ci się nie stało.

Rozdzieliłabym na dwa, ludzie mówią raczej krótszymi zdaniami.

 Uff to dobrze

Uff, to dobrze.

 pozwól, jednak że

Pozwól jednak, że.

 Jacek przez chwilę…

Strasznie długie zdanie – ja bym je podzieliła. Zresztą nie kończyłabym jeszcze sceny, ale to Twój wybór.

 niedaleko niewielkiej

Powtórzony dźwięk.

 sprawozdanie z bankietu

Z bankietu? Po co komu sprawozdanie z bankietu?

 Jacek początkowo był lekko zaskoczony

Dwa przysłówki na -o, kiedy mogłoby nie być żadnego: Jacek był z początku trochę zaskoczony.

 raz iż w tym momencie

"Iż"? Skąd ono tutaj? Mógłby być dwukropek, ale "iż" wylądowało chyba z UFO.

 I tak na rozmowie…

A jak to się łączy z poprzednim zdaniem?

 żegnać była praktycznie północ.

Żegnać, była.

 zaskoczony nagłą propozycją

Wiemy, czym jest zaskoczony.

 Nie jestem pewien, czy powinienem, poza tym nie umiem tańczyć i nie jestem zbyt dobrym towarzyszem jeśli chodzi o bankiety, wesela i dyskoteki.

Te dialogi są bardzo nienaturalne. Za długie zdania, postacie mówią wszystko, co myślą i całość wypada bardzo… hmm. Mechanicznie. Jakby czytali z ogólnego skryptu, bez indywidualnego koloru.

 Nie ma nic złego w zabawie

Nie zasugerował tego.

 bym cię widziała u mego boku

Zbyt wysoki ton jak na codzienną rozmowę.

 patrząc intensywnie w oczy

Nie wiem, czy "intensywnie" to dobre słowo.

 Wiesz gdzie to jest?

Wiesz, gdzie to jest?

 Tak, znam to miejsce

Kalka prosto z angielskiego, u nas się tak nie mówi.

 lekko otumaniony ostatnimi wydarzeniami

Wiemy, czemu jest otumaniony.

 zastanawiał się jakim cudem zgodził się

Zastanawiał się, jakim cudem zgodził się. Za dużo "się". Może tak: zachodził w głowę, jakim cudem…

 Normalnie znajomi musieli go męczyć przynajmniej godzinę by z nimi gdzieś wyszedł, a ta dziewczyna tylko raz zapytała i już się zgodził bez żadnego ale.

To, że zwracasz naszą uwagę na nielogiczność, nie czyni jej logiczną. Godzinę, by (a lepiej "żeby").

 Nie do końca był w stanie pojąć, co się właściwie stało, że tak łatwo dał się przekonać,

Show. don't tell. Pokaż, jaki jest skonfundowany, zamiast pisać, że jest skonfundowany. Wiem, że trudne, ale starać się trzeba.

to teraz nie ma już innego wyjścia, jak tylko dotrzymać obietnicy

Mógłby niunię wystawić, ale wtedy nie byłoby tekstu, jak sądzę.

 Tylko skąd on weźmie jakiś garnitur?!

Zwielokrotnienie znaków interpunkcyjnych to zły objaw ;) Ja napisałabym: Tylko skąd teraz wziąć jakiś garnitur?

 mając za plecami ścieżkę prowadzącą do klasztoru, spojrzał w dół na pogrążone w półmroku miasteczko

To gdzie ten klasztor? Pod miastem? To podejrzane miejsce na spotkanie. I powtarzasz dźwięki.

 Było na swój sposób urocze, ale jak większość takich miejsc zaniedbane.

Ale biblioteczną salę opisywałaś tak szczegółowo, że gdyby tam mucha napstrzyła, uwzględniłabyś to. Oto są skutki wymęczenia od razu na początku całej swojej energii deskryptorskiej.

spięła misterną spinką z tyłu głowy

I on widzi spinkę, którą panna ma z tyłu głowy?

na dłoniach miała czarne balowe rękawiczki.

Na rękach. Zwłaszcza, że te rękawiczki sięgają do łokci.

 Dzień dobry Sylwio, pięknie wyglądasz – powiedział Jacek szczerze.

Ojejciu, strasznie to drewniane. To, co mówiłam wyżej o dialogach, pozostaje w mocy. Ponadto – powiedzenie, że wyglądała ładnie, w narracji, a potem jeszcze w dialogu, to gruba przesada. Możesz to zrobić w dialogu – ale tak, żeby świadczyło o mówiącym. Niech mu dech zaprze, albo niech to powie bez przekonania, albo coś. Rozumiesz? No i powinno być: Dobry wieczór, Sylwio – bo to już wieczór.

 uśmiechając się przy tym

Oczywiście, że przy tym. Imiesłów oznacza, że coś się działo równocześnie z czym innym. I ja napisałabym: z uśmiechem. Albo: uśmiechnięta słodko.

 ruszyła lekko pod górę

"Lekko" w odniesieniu do poruszania się oznacza tylko i wyłącznie, że ktoś szedł swobodnie, prawie frunął, może podskakiwał, podbiegał, żeby poczuć, jaki jest lekki i szczupły. O to chodzi? Bo jeśli tak, to nie w tej kiecce.

 Przez całą jej długość powbijane były płonące pochodnie oświetlając gościom drogę.

Pochodnie były wbite w ścieżkę, czy na całej długości obok ścieżki? I skoro oświetlają, to pewnie, że płoną – ja dałabym po prostu "oświetlające".

 Gdy dotarli na miejsce, Jackowi ukazał się ogromny, wręcz gargantuiczny, biały namiot.

Tak nagle wyskoczył z mroku? Wyobraź to sobie. Wielki namiot zupełnie niewidoczny ze ścieżki? Aż od bramy? I to trochę przesada z tą gargantuicznością, chyba.

 Jego wejście okolone było kwiatami, tworzącymi coś w rodzaju bramy, czy łuku.

Niezgrabny ten opis, lepiej zacząć od kształtu (najpierw widać kształt, potem szczegóły).

 chwyciła lekko za dłoń

A miała go złapać za tyłek? To oczywiste, że pociągnęła chłopaka za rękę, miej trochę wiary w czytelnika.

 Ku zaskoczeniu chłopaka były to praktycznie same znane osobistości

Ciągle jakoś rozmywasz akcję, wcale nie czuję tego zaskoczenia.

 Jacek poczuł się dość nieswojo i po plecach przebiegł mu nieprzyjemny dreszcz.

Dublujesz informację – jeśli już, to zostaw ten dreszcz. Przesłanki, nie wnioski.

 Jeszcze bardziej zdziwił się gdy Sylwia witała się

"Się-się". I nie trzeba go dawać na koniec.

 z lekko skrępowanym uśmiechem

Nie antropomorfizuj wyrazów twarzy. Z uśmiechem skrępowania.

 po to tu przyszliśmy prawda

Po to tu przyszliśmy, prawda?

 odeszła w stronę coraz większego tłumu gości.

Przecież oni są w tym tłumie?

 lekko zdezorientowany

Wycięłabym, "niepewny, co ma teraz ze sobą zrobić" spokojnie wystarczy.

 misternie drapowanymi obrusami ruszył w ich stronę

Wszystko musi być "misterne"? Przed "ruszył" przecinek.

 kto teraz używa srebrnej zastawy?

Bogaci ludzie.

 mały talerzyk i nałożył sobie kilka co ciekawiej wyglądających potraw

Na mały talerzyk?

 spacerowała leniwie tworząc

Potrzeba przecinka, żeby ujednoznacznić: spacerowała leniwie, tworząc.

 rozpadały się, by chwilę później powstały całkiem nowe

Hmm. Sennie trochę.

 jakiegoś powodu, wyglądali, jakby

Z jakiegoś powodu wyglądali, jakby. Nie oddzielaj słowa od jego określeń.

 podstawiając mu tacę z kieliszkami.

Podstawiając? Nie podsuwając?

 czarne zaczesane do tyłu włosy

Może jednak: czarne włosy zaczesane do tyłu. Albo zaczesane do tyłu czarne włosy. Ale może to kwestia mojego osobistego słuchu.

 odróżniłbyś

Literówka. O podobieństwie kelnerów do dżentelmenów p. tutaj :)

 pozostałych gości

Od gości – kelner nie jest gościem.

 wrócił do obserwacji środka namiotu

A co robił środek namiotu?

 mogłoby go zaciekawić, że każdy z nich wygląda dokładnie tak samo

Ale opisujesz z punktu widzenia Jacka, więc skoro nie zauważył, to nie możesz o tym pisać. Czy jednak narrator jest wszechwiedzący? Bo dotąd tak się nie zachowywał.

 któż przygląda się obsłudze

Za wysoki ton. Kto.

 Chłopak starając się

Chłopak, starając się.

 kilka co bardziej znanych aktorów i aktorek

Kilkoro aktorów i aktorek. Kilka aktorek, kilku aktorów.

 naprawdę dobrze się bawili

"Naprawdę" w tym kontekście jest anglicyzmem.

 cieszyli z tego, że mogli spotkać

Nie cofaj się w czasie – że mogą spotkać.

 na scenę znajdującą się po przeciwnej stronie namiotu, wszedł

Jeśli to wtrącenie: na scenę, znajdującą się po przeciwnej stronie namiotu, wszedł. Jeśli nie, to bez przecinków.

 Wnikała do głębi…

Pokaż to. Pokaż, jak Jacek na to reaguje.

 Jacek zaskoczony tłumem opuszczającym namiot.

Jacek, zaskoczony. I nie może być zaskoczony tłumem, tylko samym opuszczaniem.

 Tylko niektórzy mogą w niej uczestniczyć

Naturalniej i bardziej złowrogo byłoby: Dla wybranych.

 zobaczysz spodoba

Zobaczysz, spodoba.

 że ci “niektórzy” wciąż stanowią sporą liczbę osób

"Wciąż" tak użyte jest anglicyzmem. Może raczej: że tych wybranych jest całkiem wielu. Albo: są całkiem liczni.

 rozejrzał się dokładnie

Czyli jak?

 dookoła największego ogniska

To jeszcze nie ognisko. Hmm. Dotąd myślałam, że to wampiry, ale ogień wskazuje na co innego.

 stojącą obok niego Sylwię, ale ta tylko ścisnęła mocniej jego rękę

Nie musisz pisać, że stała obok, skoro ściska go za rękę – musi stać obok, żeby to zrobić.

 Stał więc w ciszy przyglądając

Stał więc w ciszy, przyglądając…

 Po jakimś czasie, którego Jacek nie potrafił określić

Większość ludzi nie ma zegarków w głowach. Daj spokój z tymi oczywistymi wtrętami.

 w kręgu nastąpiło jakieś poruszenie. Powstała niewielka przerwa i wszyscy zebrani skierowali spojrzenie w kierunku wyrwy.

A może: w kręgu powstała niewielka przerwa i wszyscy zebrani naraz spojrzeli w jej kierunku.

 powoli para trzymając się pod ręce

Powtórzone "po".

 Zatrzymali się stając wraz z pozostałymi w kręgu, ale ani nic nie powiedzieli, ani nie zrobili.

Coś zrobili – zatrzymali się.

 mężczyzna mimo lat, wciąż był

Mężczyzna, mimo swego wieku, nadal jest.

 naoliwiona

Oliwi się mechanizm.

 w jakiś sposób

Opisz ten sposób. "Jakiś" to skrót.

 z wianuszkiem srebrnych włosów upiętych w kok.

Wianuszek włosów zwykle otacza łysinkę…

 ale jej suknia, tak jak i ona sama, wydawała się pochodzić nie z tej epoki.

To chyba oczywiste? Zresztą możesz opisać tę suknię.

 W pewnym momencie

To bym wycięła, nie mógł tego zrobić nie w jakimś momencie.

 praktycznie przy samym stosie ogniska

Opisz to. Może stanął tak blisko, że niemal zawadzał nogą o drwa?

 Nocy Świętojańskiej

Starowiercy czy inne słowiańskie demony, a używają chrześcijańskiej nazwy?

 o tym co rodzime

O tym, co rodzime.

 przemówił donośnym i dźwięcznym głosem

To daj na początek, zanim czytelnik usłyszy ten głos w głowie.

 zebraliśmy się tu by

Zebraliśmy się tu, by.

to co dla nas ważne

To, co dla nas ważne.

 naszą znajomość

Znajomość? Jak na związki międzyludzkie – za słabe słowo.

 głośniej wymówił ostatnie słowa

Już to zaznaczyłaś, wykrzyknikiem. Po to jest.

 ognisk

Stosów. Dopiero, kiedy już płoną, to ogniska.

 W tym momencie jakby coś się zmieniło.

Really. Pokaż to, takimi zapewnieniami właśnie psujesz cały efekt.

 uświadomić co

Uświadomić, co.

 z omszałą glinianą karafką w dłoni

Nie rozmienia się na drobne, co? Karafka kojarzy się raczej ze szkłem kryształowym.

 tak przerażająca jak się spodziewał

Tak przerażająca, jak się spodziewał.

 ta która właśnie trwała wydawała się być naprawdę interesująca

Ta, która właśnie trwała, wydawała się naprawdę interesująca.

 Jakiś kozioł

Wystarczy "Kozioł".

 podszedł do niego z nowym dzbanem miodu pitnego

Lepiej "pitnego miodu", albo opisz trochę ten trunek. Nienajgorzej wychodzi Ci wrażenie naćpania bohatera (nic go już nie dziwi, bo jest zbyt otumaniony).

 wyglądająca jak nimfa z greckiej mitologii

Może: wyglądała jak nimfa?

 chwyciła go za rękę, by porwać go w wir zabawy

Można wyciąć drugie "go".

 przez tą krótką chwilę, zapomniał

Przez tę krótką chwilę zapomniał.

 Promienie jaskrawego słońca

To promienie są jaskrawe.

ziemi na której

Ziemi, na której.

 wpółnagi

Półnagi.

 dlaczego nie ma bluzki

Bo mężczyźni noszą koszule, nie bluzki.

 wczoraj gdy

Wczoraj, gdy.

 dziewczyną poszedł

Dziewczyną, poszedł.

 Ponownie wyciągnął się na trawie

Mokrej i zimnej, uch.

 Kiedy pomyślał jak bardzo ten sen był niedorzeczny roześmiał się na głos.

Kiedy pomyślał, jak bardzo ten sen był niedorzeczny, roześmiał się na głos.

 spinkę do włosów, którą Sylwia ubrała

W co ubrała? Spinki się wpina, nosi

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No, mnie też tekst nie rzucił na kolana.

Wiele miejsca poświęcasz kwestiom nieciekawym i nieistotnym dla fabuły – co bohater sądzi o samotności, z czego żyje… A o samej imprezie wiemy, że było ognisko. Wolałabym przeczytać więcej o tym, co odróżnia Twój tekst od setek innych.

Niektóre wyjaśnienia dość naiwne. Dziennikarka-stażystka szukała materiałów o nadchodzącym bankiecie w bibliotece? Musiało lasce bardzo zależeć na Jacku, skoro rzuciła się z drabiny. Bo nie wyobrażam sobie, jak młoda, sprawna i trzeźwa osoba może to zrobić przypadkiem.

Styl bardzo szkolny, jeszcze niewyrobiony.

Dlaczego nie poprawiasz wskazanych wcześniej błędów?

Kiedy Jacek rozłączył połączenie,

Źle to brzmi.

Nie był w stanie sobie przypomnieć skąd się tu wziął, dlaczego nie ma bluzki i dlaczego ma na sobie garnitur.

Mężczyźni nie noszą bluzek.

którą Sylwia ubrała w jego śnie.

Ubrań się nie ubiera. Spinek tym bardziej.

Babska logika rządzi!

Musiało lasce bardzo zależeć na Jacku, skoro rzuciła się z drabiny.

Poleciała na niego. Ba-dum-czing.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Rzeczywiście opowiadanie napisane jest stylem nieco szkolnym, starannym, poprawnym, a przez to jakby usztywnionym. To strasznie bezpieczna i zachowawcza jazda. Czytelnik podąża za narratorem i czeka na jakieś atrakcje i niestety główną atrakcją pozostaje bezpieczny i spokojny dojazd do celu trasą znaną i sprawdzoną.

Bo sama fabuła niestety niczym nie zaskakuje. Toczy się znanym i wytartym szlakiem. Nie odbierz tego źle, ale w tym tekście żaden pomysł, żadna postać i żaden motyw nie jest oryginalny.

Piszesz dosyć czysto, dobrze składasz zdania, brakuje w tym jednak pazura, emocji, czegokolwiek wybijającego się ponad przeciętność.

Jednak główny problem leży gdzie indziej. Jak zauważyli poprzednicy, zachwiane są proporcje i zaburzona kompozycja tekstu. Autor albo stracił cierpliwość do swojej opowieści i pod koniec poszedł na skróty, albo nie wie, jakie powinny być priorytety. W efekcie poznajemy zupełnie niepotrzebnie życie, sytuację materialną, przemyślenia bohatera itd. w pierwszej części opowieści, potem masę zbędnych szczegółów w połowie tekstu, a najważniejsze wydarzenia narrator streszcza w kilku zdaniach. A część z nich odbywa się nawet gdzieś obok.

W finale próbujesz "zaskoczyć" czytelnika chwytem "obudził się, myśląc, że to był tylko sen, ale zauważył jakiś motyw/element/przedmiot, który sugeruje, że wszystko wydarzyło się naprawdę". Sam przyznasz, że to motyw oklepany jak pośladki zawodnika sumo.

Podobnie jest z bohaterami tej historii. Bibliotekarka przez chwilę zdaje się skrywać jakąś tajemnicę, zwracasz na nią naszą uwagę, a potem znika i okazuje się tylko elementem dekoracji. Dziennikarka zostaje nam bliżej przedstawiona, ale w najważniejszych scenach po prostu przebywa gdzieś indziej bez wpływu na akcję, bez znaczenia.

A gdzie emocje? Napięcie? Zwroty akcji? Dramaty? Uczucia? Przygody? Dylematy? Tajemnice? Nie ma. Tekst jest letni, a nawet chłodny. Poukładany i grzeczny. A przez to, niestety, przynudza.

Interpunkcja kuleje. W kilku miejscach natrafiłem na brzydkie powtórzenia. Np.:

 

Kiedy zapytał o to panią Janinę, powiedziała, że zaraz po wojnie, jeden z potomków magnatów mających niedaleko swój pałacyk, postanowił go sprzedać i kiedy robił tam porządki w jednym z pomieszczeń na poddaszu znalazł ogromną ilość starych książek, które były tam gromadzone od kiedy jego rodzina sprowadziła się na te ziemie – czyli praktycznie czterysta lat z okładem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dopiero teraz zauważyłam, że mi obcięło komentarz :(, a nie mam już brudnopisu. Dodam tylko najważniejsze – Maras dyplomatycznie mówi o fabule, ale fabuły jako takiej tu nie ma. Wydarzenia niby są powiązane, ale bardzo słabo, wynikanie jest arbitralne. Mówisz tyle o samotności, że spodziewałam się tekstu o samotności (albo horroru, w którym wampirzyca uwodzi smacznie wyglądającego młodzieńca) – a tu nic. Ten tekst nie jest o niczym.

Nie zniechęcaj się, ale musisz więcej myśleć nad tekstami, zanim zaczniesz je pisać. Planuj.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Mr.Maras określił najlepiej, co należy poprawić i dał porządne wskazówki. Zgadzam się z nim w stu procentach. Stąd powtarzać za nim nie będę uwag, ale dorzucę garść przydatnych linków :)

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przykro mi to pisać, ale cóż, opowiadanie zupełnie nie przypadło mi do gustu. Zdało się nudne, nijakie i kompletnie pozbawione fantastyki. No bo co my tu mamy – młodzieńca ślęczącego nad książkami w bibliotece i dziewczynę przesiadującą na drabinie między bibliotecznymi regałami. Bal, który opisujesz też jest nudny i nic nie zdołało mnie przekonać, że goście dobrze się bawią. Poranne przebudzenie Jacka sugeruje, że wszystko było snem, a to, według mnie, najgorsze z możliwych rozwiązań.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia. Szkoda, Yuuki, że do dziś nie raczyłaś poprawić błędów i usterek wskazanych przez wcześniej komentujących. Poprawiając, uczysz się. :(

 

a do tych na­praw­dę sta­rych, które mogły za­wie­rać ja­kieś istot­ne in­for­ma­cje trud­no było do­trzeć. –> Dlaczego?

 

cia­sno zwią­za­nym ko­kiem za­czy­na­ją­cych już si­wieć wło­sów… –> Koka się nie związuje, kok się upina.

 

nawet na uczel­ni cięż­ko było zdo­być… –> …nawet na uczel­ni trudno było zdo­być

 

zaraz po woj­nie, jeden z po­tom­ków ma­gna­tów ma­ją­cych nie­da­le­ko swój pa­ła­cyk, po­sta­no­wił go sprze­dać i kiedy robił tam po­rząd­ki w jed­nym z po­miesz­czeń na pod­da­szu zna­lazł ogrom­ną ilość sta­rych ksią­żek, które były tam gro­ma­dzo­ne od kiedy jego ro­dzi­na spro­wa­dzi­ła się na te zie­mie – czyli prak­tycz­nie czte­ry­sta lat z okła­dem. Książ­ki zo­sta­ły sprze­da­ne wraz z po­sia­dło­ścią no­we­mu wła­ści­cie­lo­wi… –> Obawiam się, że po wojnie, potomek magnatów nie mógł sprzedać pałacyku, mógł co najwyżej patrzeć, jak pałacyk przechodzi w ręce władzy ludowej.

 

W cie­płych czerw­co­wych pro­mie­niach tań­czy­ły […] Chło­pak szedł po­wo­li roz­ko­szu­jąc się lek­ki­mi, cie­pły­mi po­wie­wa­mi wia­tru, które nio­sły ze sobą słod­ki za­pach kwit­ną­cych mi­ra­be­lek. –> To niemożliwe. Mirabelki kwitną w kwietniu.

 

Wszedł do cia­sne­go przed­po­ko­ju stan­cji wy­na­ję­tej na czas zbie­ra­nia ma­te­ria­łów do pracy… –> Skoro miał własne mieszkanie, to dlaczego wynajmował inne?

 

udało mu się umó­wić z dziew­czy­ną, która od dawna mu się po­do­ba­ła… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

były oczy – o ja­snej sza­ro-zie­lo­nej bar­wie, przy­wo­dzą­ce na myśl oczy dzi­kie­go kota. Lubił te oczy… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Szedł więc do bi­blio­te­ki raźno z po­czu­ciem lek­kiej eks­cy­ta­cji i znie­cier­pli­wie­nia. –> Czy na pewno był zniecierpliwiony?

 

wiel­kie oczy ko­lo­ru bursz­ty­nu. Kiedy pa­da­ły na nie pro­mie­nie słoń­ca, mie­ni­ły się ni­czym płyn­ne złoto. –> Jak to zobaczył? Czy w bibliotece, między regałami, świeciło słońce?

 

a po­si­łek w to­wa­rzy­stwie mógł być cał­kiem miłą od­mia­ną –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Jac­ko­wi uka­zał się ogrom­ny, wręcz gar­gan­tu­icz­ny, biały na­miot. –> Nie wydaje mi się, aby namiot mógł był gargantuiczny.

 

z za­my­śle­nia wy­rwał go wy­so­ki kel­ner pod­sta­wia­jąc mu tacę z kie­lisz­ka­mi. […] Był przy­stoj­ny i wy­so­ki… –> Po co powtarzasz tę informację?

 

ze­spół mu­zy­ków i za­czął grać. Mu­zy­ka wy­peł­ni­ła cały na­miot. –> Powtórzenie.

 

z wia­nusz­kiem srebr­nych wło­sów upię­tych w kok. –> Skoro włosy były upięte w kok, to nie mogły jednocześnie tworzyć wianuszka.

 

Wi­taj­cie na ko­lej­nych ob­cho­dach Nocy Świę­to­jań­skiej. –> Wi­taj­cie na ko­lej­nych ob­cho­dach nocy świę­to­jań­skiej.

 

gwał­tow­nie pod­niósł ręce do góry… –> Masło maślane. Czy można podnieść ręce do dołu?

 

Syl­wia gdzieś zni­kła… –> Syl­wia gdzieś zni­knęła

 

pod­bie­gła do niego i chwy­ci­ła go za rękę, by po­rwać go w wir za­ba­wy. –> Zaimkoza.

 

I Jacek bawił się aż do pierw­sze­go brza­sku. –> Czy bywa też drugi brzask?

 

Kiedy pod­no­sił le­żą­cą obok ma­ry­nar­kę, z jej fał­dów wy­pa­dło coś błysz­czą­ce­go. –> Marynarka z fałdami? Jeszcze nie miałam okazji widzieć takiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka