- Opowiadanie: JK.Locken - Kompania Straceńców - Utrata

Kompania Straceńców - Utrata

Jest to krótkie opowiadanie typu fanfiction w oparciu o twórczość Andrzeja Sapkowskiego oraz CD Project Red (Wiedźmin), umiejscowione w trakcie powstania w Wyzimie. Opowiada o losach postaci, stworzonej przeze mnie do Role-playa, Dorgama Burgona. 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Kompania Straceńców - Utrata

Cień niepokoju od dłuższego czasu spowijał Wyzimę. Nieobecność Foltesta, rosnący wpływ Wielkiego Mistrza, rozwój podziemnych rynków narkotykowych, a do tego bajzlu dochodziła zaraza, która zdążyła już wybić setki mieszkańców stolicy i okolic. Szpital Lebiody pękał w szwach do tej pory, a pielęgniarki uciekały ze strachu przed zarażeniem i przez pensje nieadekwatne do ryzyka.

Dorgam od kilku miesięcy nalegał, by wrócili do Mahakamu, dopóki sytuacja w mieście była jeszcze w miarę stabilna, lecz Helga wciąż nie zgadzała się na wyjazd. Zbyt zżyła się z przyjaciółkami z sąsiedztwa i czuła sentyment do tej okolicy, a on nie zamierzał jej do niczego przymuszać. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Jednak ogromne podatki, nałożone na nieludzi, bardzo utrudniały mu życie. Ponadto pojawiły się plotki, jakoby komando wiewiórek wyrżnęło całe Podgrodzie. Dorgamowi nie chciało się w to wierzyć, ale podczas ostatniego pokerowego wieczoru zauważył, że Vivaldi kręci na ten temat. Właściwie w ogóle unikał spotkań, odkąd wypuścili go z aresztu.

– Zdziwaczał ten Golan – postanowił przelać swe myśli w słowa. Obmywał się w bali po całym dniu pracy w pobliskiej kuźni. Jako młodzik praktykował u kowala w Mahakamie, zanim został najemnikiem, więc znał się trochę na tej profesji. Helga przerwała dzierganie na drutach, by zamieszać bigos nad paleniskiem, a potem odwróciła się do niego. Za każdym razem miał wrażenie, że widzi jej długie, brązowe włosy i łagodne, ciemne oczy, po raz pierwszy.

– Nie możesz mu się dziwić – zaprzeczyła spokojnie. – Jest już stary, urzędnicy ukradli mu bank, a potem powiesili jego siostrzeńca. Potem Golan jeszcze trafił do lochu…

– Ma chłop przesrane, to fakt – przyznał Dorgam, przekładając szczotkę do drugiej ręki. Z uporem zabrał się czyszczenie brody z czarnego smaru. Widząc jak nieudolnie mu to idzie, Helga odebrała mu szczotkę i nachyliła się nad nim, znacznie przyspieszając proces przywracania włosom koloru jasnego blondu. Dorgam syknął z bólu, gdy szczotka rozczepiła kilka włosów, zlepionych ze sobą z pomocą smaru. – Kobieto, nie ciągnij tak!

– Żebym częściej słyszała coś takiego od ciebie – burknęła, nie siląc się na delikatniejsze ruchy. – Mógłbyś zgolić tę brodę, jak Harpen.

– A tfu – splunął Dorgam do wody. – Nie porównuj mnie z tym gówniarzem. Nie ma poszanowania dla naszych tradycji, a ostatnio zaczął biegać z wiewiórczym ogonem przy dupie! Ojciec się w grobie przewraca!

– Mówię tylko, że może za bardzo się przywiązujesz do tych całych tradycji. Według nich też powinnam nosić brodę. Chciałbyś tego?

– Chyba nie – przyznał. Zawsze podobała mu się jej gładka twarz, chociaż niektórzy z krasnoludów patrzyli przez to na nią jak na dziwaczkę. Helga goliła się regularnie i zaczynała namawiać do tego również jego. – Ale nie porównuj nikogo z moim bratem, chyba że szukasz szybkiego sposobu na zmieszanie kogoś z błotem.

 

W końcu krasnoludka odłożyła szczotkę, względnie zadowolona z rezultatu, a on wstał i wytarł się, narzekając na temperaturę pomieszczenia. Założył ostatnie czyste ubranie i zabrał się za jedzenie kolacji.

Bigos nie był zbyt wyszukany, raczej stworzony z resztek, lecz żona Dorgama miała jakiś magiczny talent do operowania smakiem potraw. Zanim zdążył dojeść zawartość miski, rozległo się łomotanie do drzwi. Helga chciała otworzyć sama, lecz powstrzymał ją uniesieniem dłoni. Szybko pochłonął pozostałą kapustę, odłożył miskę na bok i chwycił topór w lewą dłoń. Prawą odryglował drzwi, z bronią gotową w razie potencjalnego ataku.

– No wreszcie! – rozległ się donośny, serdeczny głos znajomego krasnoluda. – Już myślałem, że leżysz pod stołem, Burgon! Heh!

– Zoltan Chivay, gnojcu! – Dorgam udał zaskoczonego i odłożył topór uspokojony. – Co robisz w środku nocy na moim progu?

– Co robię? – zdziwił się Zoltan. – Gorzałki się opiłeś? Umawialiśmy się na pokera i picie z Munrem! Czeka w „Misiu Kudłaczu”, a ty żeś nawet rzyci z domu nie wystawił.

– Nie pamiętam żadnych ustaleń – przyznał. Do tej pory był święcie przekonany, że spędzi trochę czasu z Helgą, ale nie mógł spławić przyjaciół tak po prostu…

– He he, pewnie, że nie pamiętasz, bo byłeś zalany w trupa!

Dorgam spojrzał na Helgę, szukając przyzwolenia w jej spojrzeniu. Zamiast tego wzruszyła tylko ramionami i podała mu płaszcz.

– Żebyś nie wychodził na miasto nieodziany – sapnęła. Założył płaszcz i pocałował krótko żonę w policzek.

– Żebyś nie mówiła, że się nie pożegnałem – odparł. Jeszcze wyszeptał jej coś do ucha, co spowodowało, że Zoltan niezręcznie wbił wzrok w ziemię, a obaj mężczyźni wyszli. 

 

Droga do „Misia Kudłacza” była krótka, ale niebezpieczna, więc krasnoludy trzymały się poza zasięgiem pochodni i wzroków. Przyzwyczajeni do okolicy, zignorowali płacz dzieci roznoszący się po nocy. Zignorowali jęki prostytutki zza rogu. Zignorowali krzyki umierających, dobiegające ze szpitala, a także szepty żebraków. Ludzie Baraniny, lidera miejscowych opryszków, nie robili im żadnych kłopotów. Chcąc czy nie chcąc, mieli wspólne interesy w tym mieście.

Noc przeszyły niepokojące okrzyki, dobiegające od strony klasztoru.

– Słyszysz to, Chivay? – burknął Dorgam, przystając na chwilę.

– Pewnie zakonnicy znowu urządzili sobie nocne ćwiczenia na placu – zasugerował Zoltan. Burgon nie drążył sprawy dalej, jako że wersja drugiego z krasnoludów była prawdopodobna.

Weszli do karczmy, przyciągając kilka czujnych spojrzeń, ale goście szybko stracili nimi zainteresowanie. Obaj byli już tu wystarczająco dobrze znani i uznani za niewartych zachodu.

Zoltan zaczepił krótko kelnerkę i zamówił trzy redańskie lagery oraz kawał sera.

Munro Bruys siedział na swoim stałym miejscu, obserwując dwóch osiłków, którzy okładali się pięściami. Postawił kilka orenów na większego, lecz walka nie układała się po jego myśli. Bruys przeoczył przybycie dwojga przyjaciół, aż usiedli przy stole obok niego. Mimowolnie podskoczył, kiedy Dorgam walnął pięścią w stół, tuż pod nosem siwego wykidajły.

– Żeż ty w kij pierdział! – krzyknął Munro i podskoczył. Zamrugał kilka razy i odwrócił się do towarzyszów. – Wy karłowate skurwysyny, o zawał mnie chcecie przyprawić?!

– Wojna cię nie zabiła, to i zawał nie da rady – oznajmił Dorgam.

– Chyba, że nudzie się uda – wtrącił Zoltan, po czym wyciągnął pudełko z kośćmi. Munro westchnął ponuro i wyciągnął swoje, a Dorgam swoje.

Z zajadłością zajęli się grą, aż kelnerka, chuda blondyneczka, przyniosła im trzy wielkie kufle piwa. Dorgam pociągnął długi łyk napoju i westchnął z lekkim rozczarowaniem.

– Marzy mi się jakiś mahakamski dwójniak, zamiast tych szczyn – burknął.

– Jak cię stać to leć i postaw – odparł Zoltan, przybierając urażony wyraz twarzy.

– Tia – chrząknął Munro. – Zaraz go od nieludzia złodzieja zwyzywają, jak zobaczą, że miód sobie kupuje!

– Najpierw bronisz skurwysynów przed czarnymi, a potem ci na brodę naplują, boś nieludź – warknął Dorgam. Jak wielu krasnoludów, bolał go fakt, jak szybko ludzie odwrócili się od ludu Mahakamu po bitwie pod Brenną. Nie spodziewał się podziękowań i wyróżnień, ale chociaż odrobiny szacunku.

– Noż kurwa twoja mać! – wrzasnął Munro Bruys, widząc jak zawodnik, któremu kibicował, padł na ziemię nieprzytomny.

– Napij się, bo ci żyłka pęknie – zaśmiał się Zoltan. – A ten, Dorgam, jak z Helgą?

– Dalej nie chce wyjeżdżać – mruknął ponuro. – Baba nie musi pracować, to i nie wie, jakie to życie ciężkie. Ten nasz kowal to swój chłop, ale płaci psi pieniądz. Ledwie na żarcie starcza…

– Tak to się kończy, jak się facet baby słucha – wtrącił Munro. – W biedzie, brudzie i choróbskach. Dlatego najlepsza opcja to żyć bez baby. Wtedy tylko w brudzie i choróbskach.

– Może tobie, Bruys – przerwał Chivay. – Pamiętaj, że ja też niebawem małżonkę mieć będę…

– Tia… Eunora chociaż tradycje nasze poważa i brodę ma, jak na prawdziwą krasnoludzką kobietę przystało! Nie to co Burgonowa…

Dorgam podniósł się gwałtownie i chlusnął zawartością kufla w twarz Bruysa.

– Ani słowa o mojej żonie! – warknął naprawdę zdenerwowany. Munro wstał równie gwałtownie.

– Kiedy taka prawda! W dupie macie nasze stare tradycje! Ciekawe co by Yarpen powiedział, gdyby zobaczył, co ze sobą robisz!

 

Zoltan zauważył, że krzyki na zewnątrz stawały się coraz głośniejsze, a w karczmie zakotłowało się.

– Panowie… – wtrącił, próbując przykuć ich uwagę, lecz nieskutecznie.

– Odszczekaj, chyba że znudziło ci się gryzienie wszystkimi zębami! – ryknął Burgon.

– Gówno! Pewnie ci się w kiszkach zablokowało, bo wszystko wskazuje na to, że masz wielki kij w dupie!

– Panowie! – wrzasnął Zoltan z odrobiną przerażenia w głosie. Dopiero zwrócili uwagę na wrzaski, dobiegające z miasta i na to, że karczma pogrążona była w chaosie. Jakiś przerażony żebrak wpadł do środka, trzaskając drzwiami o ścianę.

– Ludzie! – wrzasnął na cały głos. – Mordują! Miasto się pali! Stara Wyzima w ogniu! Zak…

 

Nie zdołał dokończyć zdania. Z jego ust wydobyło się jedynie charknięcie z krwią, gdy długi miecz przebił jego pierś. Opadł martwy na ziemię, a nad jego ciałem przestąpiło trzech zakonników. Dwóch knechtów i jeden ciężkozbrojny rycerz Płonącej Róży. Ciemnoczerwone pancerze odbijały światło płomieni, widocznych z zewnątrz. Od razu zauważyli trzech krasnoludów w rogu. Rycerz skierował zakrwawiony miecz w ich stronę.

– Burgon – odezwał się beznamiętnie. Hełm tłumił jego głos, nadając mu niższego tonu. – Wiemy, że masz konszachty ze Scoia’teal, a twój brat jest czynnym terrorystą. W imieniu praworządnych ludzi tego miasta, niniejszym kładę na tobie wyrok śmierci, wykonany natychmiast. Dotyczy również to twojej rodziny i przestających z tobą nieludzi.

– Jeśli tknąłeś Helgę, to ci dupę z nóg wyrwę! – warknął, chwytając za topór. Gniewnie podszedł do przodu, lecz rycerz właśnie na to czekał. Zwinnie uderzył Dorgama tarczą odepchnął go w tył. Munro powstrzymał go przed upadkiem, a Zoltan zablokował nadlatujące ostrze. Dorgam otrząsnął się po sekundzie i zanurkował pod gardą rycerza, rąbiąc toporem w słabszą część zbroi, przy zgięciu kolana. Świeżo naostrzona stal przeszła przez metal, mięso i kości, jak przez masło, a na ostrzu topora rozżarzyły się znaki runiczne. Ta broń była ostatnią pamiątką po jego ojcu, mistrzu cechu kowalskiego z Mahakamu.

Wrzask zakonnika rozdarł pomieszczenie, a krew z kikuta nogi trysnęła fontanną. Dwie halabardy pomknęły w jego stronę. Złapał drzewce jednej, a ostrzem topora zablokował drugą. Zoltan bezbłędnie rzucił swoim toporem, który rąbnął w twarz jednego z knechtów zakonnych. Dorgam wyrwał mu z bezwładnej ręki halabardę i przekazał ją Zoltanowi. Drugą ręką wciąż blokował ostrze drugiej halabardy. Knecht musiał wypuścić drzewce z dłoni, żeby uniknąć ciosu Zoltana. Nie widząc szans, odwrócił się i spróbował uciec, lecz przewrócił się na kałuży krwi. Dorgam nie czekał i dobił go jednym ciosem topora. Munro rzucił okiem na swoje kości, rozrzucone po stole.

– Cztery szóstki – oznajmił. Dorgam trząsł się ze wściekłości.

– Przynajmniej wiemy, co się dzieje na mieście – mruknął Zoltan. – Skurwysyny wreszcie zdjęły maski…

– Idę po nią – oznajmił Dorgam cicho. – Idę po nią i opuszczamy to bagno, zanim pochłonie nas do końca.

– Możesz na mnie liczyć – stwierdził Zoltan, kładąc dłoń na ramieniu Burgona. – Zabieramy Helgę i resztę, a potem do Starej Wyzimy. Trzeba wyprowadzić naszych z miasta. Munro?

– Za stary na to jestem – burknął. – Zbiorę swoje graty i się stąd zaraz wynoszę. Ale powodzenia!

 

Dorgam i Zoltan wymknęli się z karczmy, unikając niepotrzebnych spojrzeń. Duża grupa cywilów zgromadziła się w pobliżu i zdała się na kapłanów Wiecznego Ognia.

– Te cioły zwracają się do tych samych gnojów, którzy ich mordują – powiedział Dorgam ze złością.

– To jest właśnie ich polityka – odpowiedział Zoltan niemal spokojnie. – Po wszystkim i tak okaże się, że to elfy, niziołki i krasnoludy są wszystkiemu winne.

 

Smród dymu, unoszącego się nad miastem, był straszliwie dokuczliwy. Niemal bardziej od wszechobecnych wrzasków i szczęku stali. Nieludzie opierali się zakonnikom, aż do akcji wkroczyła straż miejska, by chronić zwykłych obywateli. Obaj zdecydowali się unikać obu stron, póki co. Przemknęli do getta nieludzi, z toporami w gotowości. Przed domem Dorgama zgromadziła się już grupa zakonników, a drzwi były wyważone. Zauważywszy Dorgama żywego, od razu przystąpili do ataku.

– Spar’le! – rozległ się krzyk zza pleców krasnoludów.

– Padnij! – wrzasnął Zoltan i obalił Dorgama na ziemię.

Salwa strzał przeleciała nad ich głowami i powaliła wszystkich zbrojnych. Dorgam podniósł się i obejrzał do tyłu. Scoia’teal… Nie mogli przegapić takiej okazji. Czarnowłosy elf wystąpił przed resztę grupy nieludzi i szybkim strzałem dobił jednego z rycerzy, który próbował się podnieść. Elf wyciągnął do Dorgama rękę.

– Stoimy w tym razem – rzekł. – Nasza walka będzie początkiem nowej przyszłości!

– Przyszłości na szubienicy – warknął Dorgam, po czym wstał sam i wbiegł do domu. Zoltan niechętnie chwycił dłoń elfa.

– Kiepsko ta przyszłość wygląda bez jasnego celu – stwierdził. – Pomyśl ile głów z nieludzkich karków spadnie przez twoją walkę…

Zoltan powoli ruszył za Dorgamem, zostawiając Scoia’teal na ulicy.

Zasapany krasnolud przedarł się przez resztę nieludzi i dobiegł do czarnowłosego elfa.

– Yaevinn! – wydusił, łapiąc rozpaczliwie powietrze. Oparł się o trzonek dwuręcznego topora. – Komando Toruviel zostało rozbite! Toruviel… – krasnoludowi przerwał napad kaszlu. – Toruviel nie żyje!

 

Wnętrze chaty było zdemolowane, a nieliczne meble roztrzaskane. Krew na podłodze wróżyła źle, bardzo źle. Podążył jej śladem do drugiego pokoju.

Widok był makabryczny. Dorgam chciał krzyczeć i wymiotować. Bliżej drzwi leżał zakonnik z młotkiem wbitym ostrym końcem w czaszkę, broniła się. Kawałek dalej ona. Jej szyja została głęboko rozcięta, jakby jednym cięciem. Cała była we krwi. Dorgam wrzasnął z rozpaczy i niemal go przeoczył. Zoltan osłonił go przed szybkim ciosem miecza.

To nie był zakonnik. Skóra stwora była blada, a mięśnie wyglądały nienaturalnie. Miał pionowe źrenice i cały był w bliznach. Do tego był niesamowicie szybki. Zablokowany miecz po chwili znów uderzył, celując w łuk brwiowy Zoltana. Ten znów sparował uderzenie, a Dorgam w tym samym czasie ciął potwora po rękach. Dłoń trzymająca miecz spadła na ziemię, lecz mutanta to nie ruszyło. Przeskoczył nad nimi, odbił się od ściany i uderzył Dorgama lewą pięścią w twarz. Rozległ się zgrzyt łamanej kości nosowej. Zoltan poniewczasie zatopił topór w piersi mutanta, przebijając serce stwora.

– Co za cholera?! – warknął, patrząc jak mutant z toporem w piersi próbuje się podnieść. Dorgam zakończył jego żywot ciosem w szyje, ucinając mu głowę. Zoltan wyrwał swój topór i odetchnął. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale zamknął je z powrotem, widząc jak jego przyjaciel klęczy nad ciałem żony. Ostrożnie położył dłoń na ramieniu Burgona. – Nie mogłeś nic zrobić, Dorgam…

– Nie mogłem? – sapnął przez łzy. Chwycił bezwładne ciało Helgi w ramiona i ścisnął mocno. – Mogłem… mogłem tu zostać… mogłem ją obronić… mogłem… Wywieźć ją z tego sparszywiałego miasta, kiedy jeszcze był czas… A teraz?!

– Nie obwiniaj się – poradził Zoltan. Wprawdzie sam poczuł ukłucie sumienia. Gdyby nie wyciągnął Dorgama do tej karczmy, Helga mogłaby wciąż żyć… lub oboje byliby teraz martwi… – Nie wygrasz ze skurwysyństwem…

– Ja… – westchnął Dorgam, próbując się chociaż trochę uspokoić. – Chcę ją pochować. Zabiorę ją na cmentarz…

– Będę ci towarzyszyć – oznajmił Zoltan.

– Nie – zaprzeczył Dorgam już spokojnie. – Chcę to zrobić sam. Zajmij się ewakuacją reszty nieludzi. Ratuj naszych, Zoltan. Ja… dołączę do was, gdy skończę.

– Tylko nie daj się zabić, Burgon! Spotkamy się w Starej Wyzimie.

Dorgam skinął głową i wyszedł z budynku, z Helgą na rękach. Zoltan wyszedł zaraz za nim, lecz na zewnątrz skierował się w drugą stronę.

Główna droga na cmentarz przebiegała obok siedziby Płonącej Róży, Dorgam wybrał więc dłuższą, przez Wyzimę Handlową. Rozważnie omijał ulice, na których toczyły się walki i używał wąskich, mało znanych przejść. W razie czego łatwiej będzie mu się bronić w ciasnym zaułku niż na szerokiej ulicy. Na szczęście znajdował się na terytorium, które utrzymywało Scoia’teal, a im zależało tylko na śmierci ludzi. Bez kłopotów dotarł na cmentarz, który niedawno zamknięty z powodu ghuli, teraz był w miarę bezpieczny. Potwory miały lepsze źródło pożywienia na ulicach.

Na miejscu zdał sobie sprawę, że nie ma większego pojęcia, co powinien zrobić. Nie mógł wykopać teraz dołu…

Zrozpaczony zszedł do krypty i szybko znalazł wolne miejsce w grobowcu.

– To tylko na chwilę – rzekł jakby chciał wytłumaczyć się Heldze. – Kiedy to wszystko się skończy, zorganizuję coś godniejszego…

Położył ją na kamiennej półce, niewiele zimniejszej od jej skóry. Delikatnie odgarnął jej włosy i złożył ostatni pocałunek na jej czole.

– Zawiodłem cię, cukiereczku – westchnął. – Postaram się nie zawieść już nikogo. Kiedy przyjdzie mój czas, dołączę tam do ciebie.

Osunął się po ścianie, łkając cicho. Zauważył, że jej chłodna dłoń wystaje spod płaszcza. Przycisnął ją do policzka, by dodać sobie otuchy. Po namyśle zsunął z jej przedramienia bransoletkę runiczną, którą sam jej kiedyś podarował.

– Pożyczę to tylko – szepnął, zakładając bransoletę na własną rękę. – Na pamiątkę… Czas zająć się resztą.

 

Droga w drugą stronę okazała cię trudniejsza. Zakonnicy zepchnęli Wiewiórki do dzielnicy nieludzi, więc Dorgam musiał przyłączyć się do walki. Kilku Scoia’teal broniło się przed nacierającymi zakonnikami. Dorgam przedarł się między nimi i z narastającą furią powalił pierwszego z zakonników. Zablokował uderzenie halabardy drugiego, a strzała elfa, wypuszczona zza pleców Dorgama, dokończyła robotę.

Burgon wpadł w szał bitewny i gładko przebijał się przez siły zakonu. Coraz więcej nieludzi dołączało się do gromadki, która szła za nim i powoli wypchnęli siły Płonącej Róży z pierwszej ulicy. Grupa Dorgama stawała się coraz większa i dołączali do niej również nieludzcy cywile, trzymając się bardziej z tyłu.

– Jak pod Brenną – sapnął Dorgam, przebijając następnego zakonnika. – Tylko kurewki zamieniły kolor z czarnego na czerwony!

Wkrótce dotarli do bramy, prowadzącej na groble. Odwrócił się i poczuł zaskoczenie. Kilka tuzinów par oczu wpatrywało się w niego w oczekiwaniu na dalszy ruch. Nieoczekiwanie znaleźli w nim przywódcę, który mógł pomóc im w przeżyciu tej nocy. Odetchnął głęboko, by przemówić i powiódł spojrzeniem po grupie. Elfy, krasnoludy i niziołki. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Scoia’teal oraz cywile. Wszyscy oczekiwali aż przemówi. Poczuł się odrobinę głupio, ale zebrał w sobie pozostałość odwagi.

– Wątpię, żebyście znaleźli we mnie pokrzepienie! – krzyknął, pilnując tonu swego głosu. – Wszyscy doznaliśmy dzisiaj ogromnych strat! Straciliśmy domy! Straciliśmy mężów i żony… Nie traćmy życia! Każdy, kto chce się wydostać z tego miasta, za mną!

Po ostatnim słowie z drugiej strony rozległy się okrzyki bojowe nadciągającego oddziału zakonników. Kilku Scoia’teal spojrzało po sobie, a potem na Dorgama.

– Idź – powiedział jeden z elfów, wyciągając miecz. – Poprowadź ich ku nowemu życiu.

Dorgam spojrzał mu w oczy i zauważył w nich pewien znajomy ogień. Skinął głową i wyszedł przez bramę, prowadząc grupę cywilów za sobą.

Nadciągający zbrojni mieli kilkukrotną przewagę liczebną, lecz Wiewiórki nie cofnęły się, aż do końca…

 

Grobla okazała się być w kontroli straży miejskiej i ludzi Foltesta. Sporo ludności postronnej zgromadziło się tu w nadziei, że kapitan straży zapewni im bezpieczeństwo. Dorgam zauważył również redańskie sztandary. Nie spodziewał się tutaj Redańczyków.

– Jeszcze bardziej przypomina to Brennę – szepnął ponuro. Zapach wody przyjemnie wypierał smród dymu i krwi, wszechobecny w reszcie miasta. Skinął dłonią na znak, by jego grupa poruszała się dalej.

Kawałek dalej nastąpiło to, czego się obawiał. Oddział strażników zastąpił im drogę.

– Stać! – krzyknął jeden z nich. Pierwszy szereg ustawiony był w formacji obronnej. – W imieniu króla, zatrzymać się!

– Nie jesteśmy Wiewiórkami! – wrzasnął Dorgam w odpowiedzi. – Wyprowadzam uchodźców z miasta!

– Rzuć broń, krasnoludzie!

– Chcę porozmawiać z kapitanem!

Niepewnie strażnik szepnął coś przez ramię i najmłodszy z nich zbiegł w dół. Po chwili wrócił prowadząc kapitana.

Starszy mężczyzna stanął przed oddziałem i luźno oparł rękę o rękojeść miecza, zwisającego u pasa.

– Kapitan Vincent Meis – przedstawił się ochrypłym głosem. Dorgam mimowolnie nieco się cofnął. Vincent bezproblemowo rozpoznał przywódce i wbił wzrok w Dorgama. – Mów.

– Jestem Dorgam Burgon – przedstawił się. – Chcemy tylko wydostać się z miasta, dopóki ten burdel się nie zakończy!

– Skąd mam wiedzieć, że nie jesteście kolejnymi terrorystami? Dość mam dziś kłopotów.

– Zastanów się – powiedział Dorgam. Odsunął się, by odsłonić na moment dzieci, kryjące się między nimi. – To wszystko cywile. Wśród nas są kobiety i dzieci!

Kapitan pokręcił się przez chwilę, rozważając w myślach możliwe opcje. W końcu odwrócił się do Dorgama.

– Nie mogę wam pomóc – powiedział ponuro. – Ale przepuszczę was. Musicie dostać się do muru od strony bagien, tak wydostaniecie się z miasta. I najlepiej będzie, jeśli już tu nie wrócicie.

– Dzięki, kapitanie – Dorgam skinął głową. Po krzykach, dobiegających z Dzielnicy Klasztornej, uznał, że zakonnicy zaraz przebiją się na groble. Straż zrobiła im miejsce, więc krasnolud poprowadził swoją grupę prosto do Starej Wyzimy.

Brama była wyłamana i częściowo spalona. Burgon ostrożnie rozejrzał się przed przejściem. Spodziewał się zasadzki, ale ta okolica była opuszczona. Walki trwały kawałek dalej. Z niesmakiem spojrzał na stosy umarłych z obu stron konfliktu oraz bezbronnych nieludzi.

Stara Wyzima stanowiła w praktyce większe getto dla starszych ras. Okropne warunki sprawiały, że nawet żebracy woleli spać w zaułkach Wyzimy Klasztornej, aniżeli mieszkać wśród nieludzi. Tu też panował największy chaos i skupiały się siły Scoia’teal. Krzyki znów przypomniały Dorgamowi o bitwie pod Brenną. Pożary zdążyły strawić sporą część drewnianych domów.

– Nie dajcie dzieciom patrzeć – polecił kobietom. Potem rozejrzał się po mężczyznach. – Broń w gotowości! Za mną!

 

Z miejsca odrzucił najszybszą drogę, ponieważ na głównej ulicy panowała straszliwa rzeź. Przemykali więc ciasnymi uliczkami, z których część była zablokowana przez barykady, bądź zniszczone budynki. Ale przez dłuższą chwilę udawało im się uniknąć wykrycia.

 

* * *

Chłopiec nie do końca rozumiał co się dzieje. Trak, starszy strażnik z prywatnej świty ojca, prowadził go i jego matkę między płonącymi budynkami. Nie dało się powstrzymać przykrych zapachów, ani przerażających krzyków. Miał wrażenie, że matka boi się jeszcze bardziej.

– Dh’oine! Spar’le! – rozległ się wrzask. Nawet nie wiedział skąd.

– Biegnij! – krzyknęła matka. Posłuchał, nie odwracał się. Paniczny strach zagonił go kilka ulic dalej, zanim zdał sobie sprawę, że zgubił mamę i Traka. Ponadto sam się zgubił. W pierwszym odruchu chciał zawołać mamę, ale zdał sobie sprawę, że w tym momencie nie jest to najlepszy pomysł. Kilku panów próbowało mu dzisiaj zrobić krzywdę, a Traka nie było w okolicy. Pan tata nie pozwolił mu zabrać mieczyka na wyjazd. Powiedział wtedy, że to nie zabawka i nie może go używać bez nadzoru.

Pobiegł w następną uliczkę, w nadziei na odnalezienie matki i niemal zderzył się z brodatym, jasnowłosym krasnoludem ze złamanym nosem. Odgrodził ich trzon topora. Krasnolud chciał uderzyć, ale powstrzymał się, widząc, że ma przed sobą dziecko. Najwyżej dziesięcioletniego chłopca.

Chłopiec zobaczył gromadę elfów i innych krasnoludów za jasnobrodym.

– Co tu robisz sam? – spytał krasnolud twardo. Jednak chłopak wyczuł, że nie musi się go obawiać.

– Zgubiłem… – wyszeptał, bardziej łamiącym się głosem niż zamierzał. – Zgubiłem mamę…

Krasnolud chciał odpowiedzieć, ale rozległ się odgłos dziesiątek kroków pancernych butów.

– Cholera – warknął krasnolud. Obejrzał się za siebie. – Wszyscy pod ścianę!

Chłopiec zdał sobie sprawę, że rycerze i tak tu trafią. Byli coraz bliżej. Bez zastanowienia wyskoczył zza ściany. Krasnolud próbował go złapać za rękę, ale nie zdołał i zaklął cicho.

Chłopak pobiegł w stronę nadciągającego zakonnika, który przybrał pozycję bojową, widząc nieznajomego. Kiedy zauważył, że to ludzkie dziecko, rozluźnił się. Odłożył broń i przyklęknął.

– Co tu robisz mały? – spytał wręcz łagodnie. – Tu nie jest bezpiecznie!

– Elfy zabrały moją mamę! – krzyknął, bezproblemowo wymuszając płacz.

– Gdzie ich widziałeś? – zapytał zakonnik. Łagodność w głosie zniknęła, zastąpiona chłodem.

Chłopiec wskazał palcem drogę przeciwną do kryjówki nieludzi.

– Tędy! – krzyknął i pobiegł w stronę, którą wskazał. Zakonnik dał rozkaz i oddział pobiegł za chłopcem, który biegł coraz szybciej.

Wkrótce skutecznie zniknął wśród zaułków i zgubił zakonników. Skręcił za następnym budynkiem i zderzył się z kolejnym mężczyzną. Ku jego szczęściu okazał się to być Trak. Z ramienia wystawała mu strzała, ale wyglądał na całego. Zaraz za Trakiem stała jego matka, która rozpłakała się, widząc syna.

– Aedan! – krzyknęła jego imię i ścisnęła go mocno.

 

* * *

Dorgam uśmiechnął się pod nosem. Ten szkrab dał im szansę na ucieczkę. Odczekał jeszcze, aż odgłos zbrojnych się oddalił i dał znak do dalszej drogi. Kiedy dostali się pod mur, westchnął z rozpaczą. Przed schodami, prowadzącymi na blanki ucztowało kilka wyrośniętych ghuli.

– Zawracać – szepnął. Nie chciał zwrócić na siebie ich uwagi. Z ust małej półelfki dobył się pisk, zanim jej matka zdążyła zasłonić jej buzię.

Ghule, jak jeden, odwróciły głowy w ich stronę, wytrzeszczając swoje zaczerwienione gałki oczne. Dorgam wiedział, że nie zdołają uciec. Ghule były tylko cztery, co dawało mu jakąś szansę. Wystąpił przed podopiecznych i warknął wyzywająco. Pierwsza z bestii dopadła do niego w kilku susach i Dorgam ciął ją jeszcze w powietrzu. Trzy pozostałe postanowiły go okrążyć. Uzbrojeni mężczyźni z jego grupy wysunęli się nieco naprzód, by potwory nie mogły go otoczyć, ale nadal trzymali się z tyłu.

Tym razem na stwory skoczyły na niego jednocześnie. Był w stanie obronić się tylko jednym. Walnął toporem potwora i spodziewał się, że zaraz poczuje, jak drugi wbije się w niego pazurami, lecz tak się nie stało. Toporek, rzucony z którejś uliczek, powalił trzeciego stwora w locie. Zoltan wyłonił się z mroku i we dwóch przycisnęli czwartego ghula, rąbiąc go na kawałki.

– Dobrze, że jesteś – westchnął Dorgam, kiedy wszystkie potwory leżały już martwe.

– Nie mogłem przegapić takiej zabawy – odparł Zoltan, wyciągając swój toporek z ciała martwego ghula. – Chodźcie za mną, wyjście jest blisko!

– A co z resztą?

– Część jest już poza miastem, a reszta zbiera się w miejscach zbiórki – odparł Zoltan. – Wyprowadzę was i wracam tu.

– Nie pójdziesz ze mną? – spytał Dorgam nieco zaskoczony.

– Nie mogę – westchnął Chivay. – Muszę znaleźć Geralta i Jaskra, a potem wrócić po resztę naszych. Weź tych, którzy są gotowi i zabierz daleko stąd.

– Chyba wrócę do Mahakamu – oznajmił Dorgam. Nie widział dla siebie lepszej opcji.

Wkrótce dotarli do sporej dziury w murze, która pozwoliła im wydostać się na zewnątrz. Nawet bagienne powietrze było przyjemniejszą odmianą po krztuszącym dymie.

– Czas się rozstać – zadecydował Zoltan, kiedy wszyscy przeszli przed rumowisko. Obaj uścisnęli się serdecznie na pożegnanie. – Twoje życie się nie skończyło, znajdziesz jeszcze w nim sens.

– Obyś ty nie stracił go po ślubie z twoją Eunorą – odparł Dorgam. – Powodzenia Zoltan!

– Bywaj Dorgam!

Zoltan odwrócił się i pobiegł z powrotem w głąb miasta. Dorgam zszedł do reszty grupy i z wyrazem ulgi zaprowadził ich dalej, ku nowemu życiu.

 

* * *

 

– Dolewka! – krzyknął niewyraźnie, wspierając się o stół.

– Stary, jesteś już totalnie schlany! – odparł Rendlin. Jego karczma była ulubionym miejscem Dorgama w Mahakamie. Jeszcze zanim wyjechał do Wyzimy, spędzał tu całkiem dużo czasu. – Masz w ogóle, jak za to zapłacić?

– Zap… Hyp! Płacić? – Dorgam wydawał się nie do końca kontaktować. Po chwili uśmiechnął się głupio. – Tak! Mam!

– Wiesz co? Siedzisz tu już któryś dzień – zaczął Rendlin, opierając się o ladę, – nic tylko chlejesz i chlejesz. Może czas wziąć się w garść?

– W garść? – podniósł zamglony wzrok na karczmarza. – Straciłem… żonę straciłem… dom straciłem… Jak się stąd ruszę to i… Hyp! Godność stracę…

– Już to zrobiłeś – oznajmił karczmarz. – Nie powinienem narzekać, dorobię się na tobie, ale jako stary kumpel dam ci radę. Wypieprzaj stąd i napraw swoje życie! Wiesz co, nawet nie musisz płacić za te redańskie pomyje, tylko zbierz się do kupy i przestań się nad sobą użalać!

Dorgam wbił wzrok w podłogę na dłuższą chwilę. Mimowolnie spojrzał na bransoletkę na swoim przedramieniu, a potem na prawie pusty kufel. Zacisnął dłonie w pięści. Rendlin miał rację i Dorgam zdawał sobie z tego sprawę. Do karczmy raźnym krokiem wpadł znajomy krasnolud.

– Siemasz Rendlin! – krzyknął już na progu. Zatrzymał się przed Burgonem zaskoczony. – O, Dorgam Burgon! A co ty tu robisz? Myślałem, że mieszkasz w Wyzimie!

– Aldrig – westchnął Dorgam, rozpoznawszy krasnoluda. – Długa historia, a ja nie mam ochoty mówić…

– Rendlin, przygotuj mi jakiś suchy prowiant na kilka dni drogi! I podaj coś do picia dla nas dwóch – dodał po chwili.

– Dla mnie wodę – burknął Dorgam. – I wiadro… A ty, Aldrig, gdzie się wybierasz?

– No wiesz, Yarpen ma dla nas robotę. Ochotników zbiera. Jakieś cuda się w Aedirn dzieją, jedziemy do Vergen bić Kaedweńczyków!

– Do Vergen powiadasz… – Dorgam znów spojrzał na bransoletę. – Kiedy wyjeżdżacie?

– Za kilka godzin – odparł Aldrig. Rendlin postawił przed nimi tacę z wodą i piwem. Aldrig pociągnął długi łyk i westchnął z przyjemnością. – Powiedz, że jedziesz z nami. Będzie jak za dawnych lat!

Dorgam przymknął oczy na chwilę, po czym wziął łyk wody i spojrzał na Rendlina, pakującego żywność.

– Rendlin! – krzyknął po namyśle. – Przygotuj dla mnie to samo!

 

 

* Koniec *

Koniec

Komentarze

urzędnicy ukradli mu bank, a potem powiesili jego siostrzeńca i zamknęli go w lochu. – lepiej by było: urzędnicy odebrali mu bank, zamknęli go w lochu, a potem powiesili jego siostrzeńca; w aktualnym brzmieniu można teoretycznie wysnuć wniosek, że siostrzeniec wpierw zawisł, a potem wylądował w lochu :) 

 

Ale nie bierz mojego brata na przykład niczego, chyba że szukasz szybkiego sposobu na zmieszanie kogoś z błotem. – nie porównuj nikogo z moim bratem… 

 

W tekście jest sporo podobnych nieporadnie skleconych zdań – musisz popatrzeć i poprawić. 

Jak dla mnie niezłe czytadło w wiedźminowym klimacie. Szału co prawda nie ma, jeżeli chodzi o fabułę, natomiast jest napięcie i dynamizm. Wydaje się, że warto by może trochę dopracować opis uczuć protagonisty, związanych z małżonką. 

 

I po co to było?

Mnie nie porwało, ale nie lubię naparzanek. Tutaj nie widzę humoru z “Wiedźmina”, różnych nawiązań do bajek i rzeczywistości… Została walka i brzydki rasizm. Ot, epizodzik wojenny.

Ale fabuła przynajmniej trzyma się kupy.

Z wykonaniem gorzej, chociaż nie ma tragedii. Czasami jakaś konstrukcja zgrzytnie.

dopóki sytuacja w mieście była jeszcze w miarę stabilna, lecz Helga wciąż była przeciwna wyjazdowi.

Byłoza.

Dorgamowi nie chciało się w to wierzyć, ale podczas ostatniego pokerowego wieczoru zauważył,

A krasnoludy z tego uniwersum nie grały w gwinta czy coś takiego? Aaa, później okazuje się, że oni w kości grali. Trochę ten poker mylący.

Bigos nie był zbyt bogaty, raczej sklecony z resztek,

Kleci się coś raczej przy użyciu młotka i podobnych narzędzi. Bogaty też słabo pasuje, ale chyba ujdzie.

Ubrał płaszcz i pocałował krótko żonę w policzek.

Ubrań się nie ubiera.

Babska logika rządzi!

Dobrze, poprawiłem miejsca, które wskazaliście. Zdaję sobie sprawę, że czasem moja składnia zdań wydaje się dziwna, pracuję nad tym. Jeśli chodzi o humor to uważam, że trochę udało mi się go zachować, jako że kluczowe są u mnie dialogi, ale to już kwestia indywidualna czytelnika.

Z tym pokerem to nie zwróciłem uwagi, że może być niejasne, ponieważ jest to mocno oparte w tym aspekcie na pierwszej części gry, gdzie określenia poker i kości były używane na przemian. 

W każdym razie dziękuję za uwagi, a jeśli są jakieś dalsze nieścisłości to proszę o podanie.

Dodam, żeby sobie samozadowolenie poprawić, że to pierwsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek ukończyłem wink

Dodam, żeby sobie samozadowolenie poprawić, że to pierwsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek ukończyłem

 

No to nieźle, pisanie opowiadań to jakby naturalne przedłużenie grania w rpgi 

I po co to było?

Ciekawe, jak Homer sobie radził. I paru innych. ;-)

Babska logika rządzi!

iHomer? :P

I po co to było?

iHomer to akurat mógł grać. ;-)

Babska logika rządzi!

Chyba nie wiem, o kogo chodzi :v

Nie przejmuj się, iHomer to taki tam użytkownik, od lat nieaktywny.

Babska logika rządzi!

Sympatyczny tekst, ale głównie naparzankowy – poza walką nie pociągają mnie ani postacie, ani ich problemy. Zdania bywają problematyczne.

Sama fabuła jednak fajna. Podoba mi się przedstawienie rasizmu wiedźminowego. Trochę jednak brakuje jakiegoś humoru trafiającego w punkt.

Podsumowując: nie jest źle, ale do ideału temu koncertowi fajerwerków trochę brakuje. Chwytaj przydane linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Całkiem całkiem. Fakt, unosi sie nad tym duch erpega, tu i ówdzie jakieś zdanie zgrzyta niezbyt zgrabną konstrukcją. Jest to jednak kwestia odrobiny doświadczenia i "opisania" – jeśli to rzeczywiście pierwszy pełnoprawny tekst jaki popełniłeś, to mogę pogratulować. Bo fabuła prosta, ale trzymająca się kupy (tu też pewnie wychodzi doświadczenie w tworzeniu erpegowych historii), bohaterowie porządnie wymyśleni (co prawda miałeś wiedźmińskie gotowce) i całe mnóstwo dobrze opisanej nawalanki. 

Nie jest to porywający tekst, ale zupełnie niezły. Masz solidne podstawy do tego, by tworzyć własne światy i własne, oryginalne historie. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Opowieści utrzymane w wiedźmińskich klimatach nie należą do moich ulubionych, ale widzę, że starałeś się należycie opisać losy dzielnego krasnoluda i mam wrażenie, że to Ci się poniekąd udało. Szkoda tylko, że Twoja historia zaczyna i kończy się na walce i piciu w karczmie.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Zbyt zżyła się z przy­ja­ciół­ka­mi z są­siedz­twa i czuła sen­ty­ment do tej oko­li­cy, a on nie za­mie­rzał jej do ni­cze­go przy­mu­szać. –> Ze zdania wynika, że sentyment nie za­mie­rzał jej do ni­cze­go przy­mu­szać.

 

Z upo­rem za­brał się czysz­cze­nie brody z czar­ne­go smaru. –> Pewnie miało być: Z upo­rem za­brał się do oczysz­cze­nia brody z czar­ne­go smaru.

 

pro­ces przy­wra­ca­nia wło­som ko­lo­ru ja­sne­go blon­du. –> …pro­ces przy­wra­ca­nia wło­som ko­lo­ru ja­sny blon­d.

Blond nie odmienia się.

 

szczot­ka roz­cze­pi­ła kilka wło­sów, zle­pio­nych ze sobą z po­mo­cą smaru. –> Raczej: …szczot­ka roz­dzieliła kilka wło­sów, zle­pio­nych smarem.

 

– A tfu – splu­nął Do­rgam do wody. –> – A tfu.Splu­nął Do­rgam do wody.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

i za­brał się za je­dze­nie ko­la­cji. –> …i za­brał się do je­dze­nia ko­la­cji.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Bigos nie był zbyt wy­szu­ka­ny, ra­czej stwo­rzo­ny z resz­tek, lecz żona Do­rga­ma miała jakiś ma­gicz­ny ta­lent do ope­ro­wa­nia sma­kiem po­traw. –> Nie wydaje mi się, aby można operować smakiem potraw.

Proponuję: Bigos nie był zbyt wy­szu­ka­ny, bo ugotowany z resz­tek, lecz żona Do­rga­ma miała jakiś ma­gicz­ny ta­lent do nadawania potrawom wybornego smaku.

 

Szyb­ko po­chło­nął po­zo­sta­łą ka­pu­stę, odło­żył miskę na bok… –> Raczej: Szyb­ko po­chło­nął po­zo­sta­łą ka­pu­stę, odsunął/ odstawił miskę na bok

 

co spo­wo­do­wa­ło, że Zol­tan nie­zręcz­nie wbił wzrok w zie­mię, a obaj męż­czyź­ni wy­szli. –> Zdanie sugeruje, że byli tam jeszcze jacyś dwaj mężczyźni, którzy wyszli, widząc zakłopotanie Zoltana.

Proponuję: …co spo­wo­do­wa­ło, że Zol­tan poczuł się nie­zręcz­nie i wbił wzrok w zie­mię, po czym obaj męż­czyź­ni wy­szli

 

We­szli do karcz­my, przy­cią­ga­jąc kilka czuj­nych spoj­rzeń, ale go­ście szyb­ko stra­ci­li nimi za­in­te­re­so­wa­nie. –> Czy dobrze rozumiem, że goście szybko przestali interesować się spojrzeniami?

 

Zol­tan za­cze­pił krót­ko kel­ner­kę i za­mó­wił… –> O ile mi wiadomo, w karczmach z opowieści fantasy, nie było kelnerek. Piwo roznosił karczmarz, jego żona/ dzieci, albo dziewki służebne/ pachołkowie.

Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania.

 

Bruys prze­oczył przy­by­cie dwoj­ga przy­ja­ciół… –> Bruys prze­oczył przy­by­cie dwóch przy­ja­ciół

Bruys mógłby oczekiwać dwojga przyjaciół, gdyby spodziewał się przybycia kobiety i mężczyzny.

 

Wy kar­ło­wa­te skur­wy­sy­ny, o zawał mnie chce­cie przy­pra­wić?! –> Czy w czasach Twojej opowieści na pewno wiedziano, co to zawał?

Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania.

 

Do­pie­ro zwró­ci­li uwagę na wrza­ski… –> Pewnie miało być: Do­pie­ro teraz zwró­ci­li uwagę na wrza­ski

 

twój brat jest czyn­nym ter­ro­ry­stą. –> Skąd to słowo w opowiadaniu fantasy?

 

ni­niej­szym kładę na tobie wyrok śmier­ci, wy­ko­na­ny na­tych­miast. –> Raczej: …ni­niej­szym kładę na tobie wyrok śmier­ci, do wy­ko­na­nia/ i wykonam go na­tych­miast.

 

Obaj zde­cy­do­wa­li się uni­kać obu stron… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Salwa strzał prze­le­cia­ła nad ich gło­wa­mi… –> Obawiam się, że z łuków nie można oddać salwy.

Za SJP PWN: salwa  «jednoczesny wystrzał na komendę z wielu karabinów lub armat»

 

To nie był za­kon­nik. Skóra stwo­ra była blada, a mię­śnie wy­glą­da­ły nie­na­tu­ral­nie. Miał pio­no­we źre­ni­ce i cały był w bli­znach. Do tego był nie­sa­mo­wi­cie szyb­ki. –> Objaw byłozy.

 

Do­rgam za­koń­czył jego żywot cio­sem w szyje… –> Literówka.

 

– Będę ci to­wa­rzy­szyć – oznaj­mił Zol­tan.

– Nie – za­prze­czył Do­rgam już spo­koj­nie. –> Raczej: – Nie – zaprotestował Do­rgam, już spo­koj­nie.

 

Do­rgam ski­nął głową i wy­szedł z bu­dyn­ku, z Helgą na rę­kach. Zol­tan wy­szedł zaraz za nim… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Po­ło­żył na ka­mien­nej półce, nie­wie­le zim­niej­szej od jej skóry. De­li­kat­nie od­gar­nął jej włosy i zło­żył ostat­ni po­ca­łu­nek na jej czole. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Za­uwa­żył, że jej chłod­na dłoń wy­sta­je spod płasz­cza. Przy­ci­snął do po­licz­ka, by dodać sobie otu­chy. Po na­my­śle zsu­nął z jej przed­ra­mie­nia bran­so­let­kę ru­nicz­ną, którą sam jej kie­dyś po­da­ro­wał. –> Jak wyżej,

 

Droga drugą stro­nę oka­za­ła cię trud­niej­sza. –> Brzmi to nie najlepiej.

Proponuję: Droga powrotna oka­za­ła cię trud­niej­sza.

 

na­cie­ra­ją­cy­mi za­kon­ni­ka­mi. Do­rgam przedarł się mię­dzy nimi i z na­ra­sta­ją­cą furią po­wa­lił pierw­sze­go z za­kon­ni­ków. –> Powtórzenie.

 

Wkrót­ce do­tar­li do bramy, pro­wa­dzą­cej na gro­ble. –> Literówka.

 

wpa­try­wa­ło się w niegoocze­ki­wa­niu na dal­szy ruch. Nie­ocze­ki­wa­nie zna­leź­li w nim przy­wód­cę… –> Powtórzenia.

Proponuję: …wpa­try­wa­ło się w niego, czekając na dal­szy ruch. Niespodziewanie uznali go za przy­wód­cę

 

Gro­bla oka­za­ła się być w kon­tro­li stra­ży… –> Gro­bla oka­za­ła się być pod kon­tro­lą stra­ży

 

Nie­pew­nie straż­nik szep­nął coś przez ramię… –> Raczej: Strażnik nie­pew­nie szep­nął coś przez ramię

 

Vin­cent bez­pro­ble­mo­wo roz­po­znał przy­wód­ce i wbił wzrok w Do­rga­ma. –> Raczej: Vin­cent natychmiast roz­po­znał przy­wód­cę i wbił wzrok w Do­rga­ma.

 

za­kon­ni­cy zaraz prze­bi­ją się na gro­ble. –> Literówka.

 

pro­wa­dził gojego matkę mię­dzy pło­ną­cy­mi bu­dyn­ka­mi. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …pro­wa­dził go wraz z matką mię­dzy pło­ną­cy­mi bu­dyn­ka­mi.

 

Obej­rzał się za sie­bie. –> Masło maślane. Czy mógł obejrzeć się przed siebie?

Wystarczy: Obej­rzał się. Lub: Spojrzał za sie­bie.

 

krzyk­nął, bez­pro­ble­mo­wo wy­mu­sza­jąc płacz. –> A nie można zwyczajnie: …krzyk­nął i zaczął płakać

 

krzyk­nę­ła jego imię i ści­snę­ła go mocno. –> Raczej:…krzyk­nę­ła imię synauści­snęa­ła go mocno.

 

Tym razem na stwo­ry sko­czy­ły na niego jed­no­cze­śnie. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Był w sta­nie obro­nić się tylko jed­nym. –> Chyba miało być: Był w sta­nie obro­nić się tylko przed jed­nym.

 

a resz­ta zbie­ra się w miej­scach zbiór­ki… –> W kilku miejscach jednej zbiórki?

 

Sie­masz Ren­dlin! – krzyk­nął już na progu. –> Czy to właściwe powitanie w tym opowiadaniu?

 

A ty, Al­drig, gdzie się wy­bie­rasz? –> A ty, Al­drig, dokąd się wy­bie­rasz?

 

po czym wziął łyk wody… –> …po czym wypił łyk wody

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oh, dziękuje za tak dogłębny feedback. Zapamiętam o tych radach, odnośnie konstrukcji zdań, zaimków i byłozy. Nie mogę się zgodzić natomiast z tymi wytykami odnośnie słownictwa w opowiadaniu (oprócz zawału, tu faktycznie pewności nie mam), ale przy reszcie to kwestia poczytania prozy Sapkowskiego. Także niespecjalnie zależy mi, by niechlujne krasnoludy odzywały się w pełni poprawnie, bo nie w tym rzecz. Jeśli robię błąd w narracji to inna sprawa i wezmę sobie do serca uwagi.

Nie mogę się zgo­dzić na­to­miast z tymi wy­ty­ka­mi od­no­śnie słow­nic­twa w opo­wia­da­niu (oprócz za­wa­łu, tu fak­tycz­nie pew­no­ści nie mam), ale przy resz­cie to kwe­stia po­czy­ta­nia prozy Sap­kow­skie­go.

No cóż, tak już mam i nic na to nie poradzę, że kiedy czytam opowiadanie fantasy, spodziewam się, że będzie napisane językiem przystającym do czasów, w których rzecz się dzieje. Słowa i wyrażenia zbyt współczesne, a także różne powiedzonka slangowe, rażą mnie i odbierają przyjemność czytania takiej opowieści, nawet jeśli jej autorem jest prozaik Sapkowski. Mam wtedy wrażenie, że autor, zamiast znaleźć jakieś zgrabne słowa pasujące do czasów i opisywanej sytuacji, poszedł na łatwiznę i zastosował słownictwo rodem z naszej rzeczywistości.

 

Jednocześnie miło mi, JK.Lockenie, że resztę uwag uznałeś za przydatne.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

pękał w szwach do tej pory

wiewiórek

A to nie z wielkiej?

w bali

Balii.

Salwa strzał przeleciała nad ich głowami i powaliła wszystkich zbrojnych

Jedna salwa powaliła grupę ciężkozbrojnych? Z czego to była salwa? CKM-u?

Rozległ się zgrzyt łamanej kości nosowej.

Zgrzyt? Chyba trzask, lub chrzęst.

zatopił topór w piersi mutanta, przebijając serce stwora.

– Co za cholera?! – warknął, patrząc jak mutant z toporem w piersi

Jako pierwsze całkiem nieźle. Lubię, nawet bardzo, wiedźmińskie klimaty, jednak tutaj w połowie wypadłeś z wiedźmińskich lokalnych problemów i nieoczywistych wyborów moralnych, a wpadłeś w osobistą krucjatę głównego bohatera, który z szaraczka staje się przywódcą natchnionego ruchu oporu. No fanem nie jestem. Ale miałeś kilka całkiem niezłych zdań. Jeśli będziesz tu jeszcze publikował postaram się śledzić.

Nowa Fantastyka