- Opowiadanie: PiotrSkowronek - CZASZKOBRAZY

CZASZKOBRAZY

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

CZASZKOBRAZY

 

 

 

Dzień pierwszy

Niebo zasnuły chmury brązowego koloru.

Spacerowałem Karmelicką aż wszedłem do dawnego sklepu spożywczego. W środku panowała niemal kompletna ciemność. Dotarłem do lady i spojrzałem za siebie. Od razu zobaczyłem mężczyznę. Stał przy oknie. Mógł być diabłem we własnej osobie. Uniósł ręce w górę.

– Nic mnie nie obchodzi, jak się nazywasz. Usiądź. Ale najpierw opuść tę cholerną lufę!

Skierowałem celownik w stronę drzwi, żeby zablokować mu drogę ucieczki, a on opuścił ręce.

– Dziękuję. A teraz porozmawiajmy. Spokojnie. – Wykonał taki śmieszny gest ręką. – Jakim cudem udało ci się przeżyć?

– Mój ojciec był płetwonurkiem – rzuciłem. – Przerobiłem maskę gazową, jak widzisz, żeby dało się ją podłączyć do butli. Gdy odór i mdłości stają się nie do zniesienia włączam czysty tlen i tyle. A teraz go odłączyłem i mogę z tobą rozmawiać.

– Chłopek roztropek. Skąd masz broń?

– Włamałem się do miejskiej strzelnicy. To strzelba. Shotgun, amerykański. Ładowany śrutem, więc żadnych nerwowych ruchów, proszę. Zabiję cię nawet, gdy skoczysz w stronę wyjścia. Już nic ci nie pomoże. Jak udało ci się przeżyć bez maski?

– Nie wiem, nie wiem. Po prostu jestem odporny. A ty… Ty jesteś kreatywny! – odparł.

– Nie spurtoj się!

– Ha ha, dobre… Przyszedłeś aż ze Śląska?

– Ja… To znaczy tak. Po tym, jak umarła moja żona i córka, wyemigrowałem. PRZYSZEDŁŻECH. Po torach. Jadłżech zapasy z marketów. Pracowałech na stacji benzynowej. A ty? Kieryś jest?

– Jo… Nikt. Żyłem jak kloszard, bezdomny, śmieć ludzki, zakała społeczeństwa. Dopiero teraz, gdy wymarli oni… Wszyscy… A reszta zmieniła się w to cholerne zombie… Dobrze, że masz broń. Ja muszę się ukrywać. Próbowałeś oddychać… Powietrzem?

– ONYM? Tym gównem?! Chyba kpisz! Czuję ten odór nawet przez maskę. I nie rozumiem czemu bezdomnemu jest lepiej teraz niż wtedy.

– Zbieram to i owo, wiesz. Teraz jest wszystkiego pod dostatkiem. Nikt nie zabroni mi brać co chcę. No i alkohol… Jest go pełno! Widzisz te butelki?!

– To dlatego zostałeś bezdomnym, tak?

– Tak. Praca przeszkadzała mi w piciu. A teraz i tak nie mam po co pić. Świat jest nienormalny. Jak widzisz, a raczej słyszysz, skończyłem studia.

– Mówisz, jak ktoś wyedukowany – rzekłem. – Ale świat przestał istnieć.

Wtedy nieznajomy skoczył w kierunku drzwi, a śrut poszatkował go i wyrzucił przez roztrzaskaną szybę na ulicę. Ciało upadło pośród innych, nadgniłych już zwłok.

CZASZKOBRAZY.

Ujrzałem je pierwszy raz kilka dni temu, gdy toksyczne deszcze zaczęły przyśpieszać rozkład i ukazywać kości. Miałem nadzieję, że wkrótce nadejdzie lepsza pogoda. Odległe grzmoty zwiastowały zmianę powietrza i chciałem, by zmiana była dobra!

Kończyły mi się pociski, zostało jeszcze kilka butli z tlenem. Kraków przypominał komorę gazową. Uwielbiałem zawsze te zaśnieżone kościoły, pożydowskie kamienice, pomnik Mickiewicza, jazz, piękne kobiety… Teraz wszystko to, każde wspomnienie, jest tylko płytą nagrobną, epitafium wyrytym nad mogiłą nieistnienia, przeszłości.

Przy odrobinie szczęścia przetrwam ten kryzys, no bo musi kiedyś dobiec końca, prawda? – myślałem sobie. A potem znowu wyszedłem na ulicę. W tramwaju, dawnej „dwójce” jeżdżącej z Salwatora do starego miasta odnalazłem rozszarpane zwłoki dziecka. Najwidoczniej zombie urządziło tu sobie ucztę. Czarne dziury oczu zionęły pustką. W tłuszczu odcisnęły się ludzkie zęby. Ujrzałem fotele zarzygane krwią. I nagle zawiał silny wiatr, a niebo poczęło się przejaśniać.

Oto nadchodziła burza, zmiana.

Zawsze jest nadzieja, pomyślałem. A potem zrozumiałem, że hałas, który słyszę nie jest trzaskaniem piorunów, a uderzeniami śmigieł helikoptera. Zdjąłem kaptur mej żółtej peleryny i zamarłem wpatrzony w coraz bardziej błękitne niebo. Nadlatywała wojskowa maszyna. Przeładowałem broń. Trzask w tył, trzask w przód. Łuska wypadła na zbrukane rozpuszczającymi się tkankami kocie łby. W dawnym świecie byłem fanem literatury i nauczyłem się książkowej mowy, lecz nigdy nie wyparłem się ślonskiej godki.

Kocham pisać, bo słowo jest ponoć silniejsze od miecza, lecz wtedy to, gdy z wnętrza maszyny zaczęli wybiegać zamaskowani komandosi wiedziałem, że nie mam szans ani z moją bronią, ani z elokwentnym czy potocznym językiem. Szukali czegoś albo kogoś. Obcięta lufa strzelby dawała większy rozrzut i pozwalała łatwiej sięgać celu, bo nie musiałem być precyzyjny w stu procentach. Niestety pozostał mi ostatni pocisk tego typu. W kieszeni tkwiły jeszcze trzy breneki – „slug sport”, lecz wiedziałem, że nie chcę walczyć, że nie mogę, bo nie zdążyłbym przeładować magazynka. Mógłbym teoretycznie skoczyć w otwarte drzwi kamienicy, ale… Nie miałem szans. Położyłem broń na drodze i ruszyłem w ich stronę z podniesionymi rękami. Odebraliście najwidoczniej komunikat, który nadawałem. Nie miałem nic innego poza walkie-talkie martwego policjanta, lecz czasami dopisuje mi szczęście. Tak było i w owej chwili. Wkrótce dziesięć czarnych, połyskujących luf karabinów maszynowych celowało prosto we mnie.

– Nazwisko! – Spod maski gazowej jedenastego żołnierza wybrzmiał lekko zdeformowany, tubalny głos. Sprawdzaliście moją kondycję psychiczną i fizyczną. Zombie z reguły nie jest gadatliwe. Moja żona, gdy żyła, produkowała ładunki wybuchowe by odeprzeć ataki zmutowanych ludzi. Niestety przedwczesna eksplozja pozbawiła ją kończyn i w efekcie życia. Uciekłem przez okno, gdy bestie pożerały ją żywcem. Wtedy postanowiłem zaopatrzyć się w broń palną. Uśmierciłem też naszego psa, bo nie chciałem, by cierpiał.

– Józek Porwoł! – przedstawiłem się, choć w pierwszej chwili chciałem wrzasnąć „jestżech riśtich glajcha!”. Wtedy na pewno uznalibyście mnie za zombie i zastrzelili. Teraz zaś przebywam w Waszej placówce badawczej i rozwiązuję przeróżne, durne testy, a także poddaję się pobieraniu krwi, kału i moczu. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, lecz gdy zamknę oczy widzę JE.

CZASZKOBRAZY.

Oto raport, o który mnie prosiłaś, doktor Z.

 

 

Dzień drugi

Nie planowałem kolejnego wpisu, pani doktor, ale musiałem zmienić zamiary z racji bardzo dziwnego snu, a przecież prosiłaś mnie abym wszystkie anomalie czy też, jak to elokwentnie ujęłaś, „anomalie” – zgłaszał. Szkoda, że jeszcze nie mogę zobaczyć Waszych twarzy, choć Wy od początku patrzycie na moją, ale do rzeczy.

Po pierwsze ów sen nosił znamiona wizji, bo był niezwykle wyrazisty. Nie od razu zorientowałem się kim „jestem”. Biła ode mnie światłość i nosiłem białe szaty. Szedłem pośród morza krwi i śmierci, lecz rozkład mnie nie brudził. Przybrałem więc postać, jeśli nie Jezusa, to na pewno wybrańca, mesjasza. Anglicy i amerykanie mawiają „the one”. Grałem tego jednego, jedynego, byłem – ONYM. Ślonski Pon Bócek, ja?

Podszedłem do człowieka, którego wcześniej zabiłem, nieopatrznie, nieświadom swej mocy. Leżał rozszarpany śrutem u mych stóp. Uklęknąłem nad nim i wysunąłem ręce. Poczułem moc. Kawałki szarych tkanek zaczęły wracać na miejsce, a skóra nabierać zdrowego, rumianego koloru. Mężczyzna usiadł.

– Zaraz, kim jesteś? – powiedział półprzytomny. – Czy ja cię znam? Tak, to ty! To ty mnie zabiłeś! Nie jesteś zbawcą! Jesteś ZDRAJCĄ!

Nieznajomy wstał.

– Skorożem jest Judasz, jak możesz żyć dalej?

Mężczyzna podniósł leżącą na drodze strzelbę i wycelował we mnie.

– Człowiek strzela, lecz Pan Bóg kule nosi – powiedziałem całkiem spokojnie. Ostatni pocisk śrutowy opuścił lufę. Ujrzałem mknące ku mnie kulki. Widziałem nawet odbicia światła na powierzchni ołowianych sfer. Jedna przeleciała tuż nad moim czołem, druga pod pachą, między ręką a torsem, reszta pomknęła na boki, w nieznanych mi kierunkach.

Mężczyzna przeładował, a łuska wypadła. Wcisnął cyngiel i dało się słyszeć pstryknięcie. Dalej próbował przeładowywać, lecz magazynek był pusty.

– A więc… – zająknął się. – To jednak TY!

Padł na kolana i wzniósł ręce, a wtedy pojawili się zamaskowani mężczyźni z karabinami i otworzyłem oczy we własnej pryczy, zlany potem.

Co Pani o tym sądzi, doktor Z.?

 

 

Dzień trzeci

Zamykam kartotekę i raport Józefa Porwoła.

Drodzy towarzysze i towarzyszki, musicie zrozumieć, dlaczego Józef P. nie miał racji bytu w naszej placówce militarno-badawczej.

Już wyjaśniam. Mężczyzna ów, urody europejskiej, wzrostu średniego, wykształcenia wyższego, choć, jak sam zeznał, pracował na stacji benzynowej, to jednak testy inteligencji wykazały, że posiadał wysokie IQ. Podejrzanym więc wydało mi się zaprzeczenie przez niego posiadania studiów wyższych. Był zwykłym szpiegiem siatki wroga, który pomimo naszych usilnych starań w jakiś sposób pokonał zarazę Gazu Bojowego Numer Cztery, do tej pory najskuteczniejszego na zwierzętach i ludziach.

Józef P. po zamknięciu w izolatce, najprawdopodobniej z powodu nie przyjmowania antidotum, zaczął przejawiać wszystkie symptomy obłędu. Roił, iż jest mesjaszem i zbawi ludzkość. Był wrogo nastawiony do personelu badawczego. Musieliśmy go uśmiercić z racji naszych obaw o bezpieczeństwo i morale zespołu.

Kończę raport, Antonina Z.

 

 

Dzień czwarty

Nie sądziłam, że wrócę do pisania tego raportu, jednak wyrzuty sumienia nie dają mi spać po nocach. Odkąd zamordowaliśmy Józefa P. i wielu, wielu innych minęło wiele czasu, a niebo przybrało błękitną barwę. Wyszliśmy na powierzchnię. Teraz, co noc, śnię w kółko ten sam sen. Przez morze krwi idzie ku mnie prorok. Mesjasz ma na twarzy maskę gazową. Gdy ją ściąga budzę się cała zlana potem, zesztywniała, zimna. Przeżyłam konflikt i kryzys, ale nie wiem, czy warto było zapłacić tak wysoką cenę, jak miliony niewinnych istnień.

Stalin mówił, że jedna śmierć to dramat, milion – statystyka. I gdyby nie skrupulatnie prowadzone przeze mnie raporty, może mogłabym spać spokojnie. Lecz widzę wciąż w myślach ich twarze. Mam też zdjęcia. Mam w końcu RAPORTY. Boże, zmiłuj się, ONI nadchodzą. Proszę, uwolnij mnie. Wiem, że nie żyją, ale czekają tam na mnie, za taflą błękitnego nieba.

Pogrzebaliśmy zmarłych i założyliśmy nowe ośrodki miejskie. Ziemia jednak nie jest już tym samym miejscem, którym była kiedyś. Nigdy nie będzie taka sama. Ludzkość nie istnieje. Jest tylko kilka plemion i obozów. Nie wiem, jak długo tu wytrzymam, bo choć powietrze jest czyste, moje sumienie nosi kolor czarny. A kto patrzy w czarną czeluść zbyt długo, musi zwariować.

Jeśli więc patrzycie na mnie, ludzie z epoki smogu… Nie, nie mogę tak zakończyć. Wszystko, co było wojną, opadło ze mnie. Nie trzeba już pisać raportów.

Niebo jest błękitne i niech to będzie pocieszeniem.

Antonina Z.

Koniec

Komentarze

hmmm…

Gdy odór i mdłości stają się nie do zniesienia włączam czysty tlen i tyle. – zdaje się, że człowiek nie lubi oddychać czystym tlenem.

a przecież prosiłaś mnie abym wszystkie anomalie czy też, jak to elokwentnie ujęłaś, „anomalie” – zgłaszał – to chyba jest bez sensu

 

Przyznam, że nie wiem, o co chodzi w tej historii. Niektóre opisy są ładne, ale sposób narracji, dziwne zmiany adresatów, szczątkowa i zmierzająca w niezbyt określonym kierunku fabuła, zdecydowanie utrudniają czytanie. Zasadniczo można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z fragmentem jakiejś większej opowieści, ale tekst nie jest oznaczony jako fragment :)

I po co to było?

Zombiaki to niezbyt świeży temat. OK, dodajesz do nich boski element. To na plus, ale jeszcze nie robi całego tekstu.

Bohater od dawna to ma? Jeśli tak, to dlaczego doszło do śmierci żony?

IMO, dobrze byłoby dodać trochę didaskaliów, bo czasami gubiłam się, kto co mówi.

Babska logika rządzi!

Syf. – dziękować i nie palić, proszę :) Co do czystego tlenu – tak, czasem lepszy i czysty tlen niż to dziadostwo, które leci na nas z nieba. Ale faktycznie, nurkowie używają mieszanki do oddychania, a nie czystego tlenu. W każdym razie bohater miał prawo do niejasnego wyrażania się, bo jest tylko bytem fikcyjnym, a i ci prawdziwi ludzie często wyrażają się niejasno.

Anomalie i “anomalie”. No właśnie. Może lepiej zapisać “anomalie i anomalie”?

Czy raport nie może być treścią opowiadania? I czy zombie może napisać raport? I gdy wyda się, że zombie udaje człowieka, nie zostanie zastrzelona poza “wizją”? I czy sny o Mesjaszu prowokują wojsko do oddawania strzałów? Czym jest władza? A może “władza”? Czy wojska różnych narodowości stosują różne techniki działania? Czy obserwacja zawsze jest psychiatryczna? 

 

Finklo – bardzo dziękuję za Twój rzeczowy komentarz i cieszę się, że według Ciebie tekst chociaż trochę na plus.

Dlaczego doszło do śmierci żony?

No cóż, nie chcę i nie lubię tłumaczyć własnych tekstów, a i nie lubię się wymądrzać, bo kto się wymądrza, ten się wygłupia, dlatego spróbuję zadać Twe pytanie nieco inaczej.

Dlaczego miało nie dojść do śmierci żony?

Też się tu pogubiłam. Można zrozumieć, że chciałeś uzyskać klimat rozpadającego się świata, ale przydałoby się czasem wiedzieć, kto, co i dlaczego ;)

Nie przepadam za zombiakami, choć sama popełniłam o nich opowiadanie, ale nawet masz na nie pomysł, tylko on ginie w pokrętności narracji i niepotrzebnych wtrętach, jak ten o śląskiej godce – no byłby fajny motyw w dłuższym w tekście (albo mniej infodumpowo i bardziej konsekwentnie wprowadzony), w tym tak średnio gra.

Zakończenie – hmm, pozostawia mnie z mieszanymi uczuciami. Jeśli to wszystko tylko sen wariata, to nie ma fantastyki ;)

Jak dla mnie – pomysł na rozwinięcie w nieco dłuższym tekście albo na skrócenie do mocnego szorta

 

Technicznie nieco szwankuje, w tym przecinki. Przykłady pierwsze z brzegu:

produkowała ładunki wybuchowe[+,] by odeprzeć ataki zmutowanych ludzi

rozwiązuję przeróżne[-,] durne testy

 

Anglicy i amerykanie – dlaczego Amerykanie małą literą?

 

slug sport” – dwa grzyby w barszcz: albo kursywa, albo cudzysłów, dopóki nie cytujesz cytatu w cytowanej wypowiedzi

 

otworzyłem oczy we własnej pryczy → na własnej pryczy

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dlaczego miało nie dojść do śmierci żony?

Bo mąż był Bogiem i chyba ją kochał?

Babska logika rządzi!

Drakaino - dziękuję za pochylenie się nad tekstem. Uwagi przemyślę i choć w większości się z nimi zgadzam, pozostawię opowiadanie, póki co, w formie obecnej, aby większa ilość czytelników mogła się wypowiedzieć. W dużej mierze błędy usprawiedliwia osoba pisząca ów raport. Nie musi ona znać bowiem gramatyki. Jeśli oczywiście raporty napisała osoba, która się za nią podaje. Ale to już zupełnie inna kwestia.

 

Finklo – hmmm… Jeśli uważasz bohatera za Boga, no to okej. I przy założeniu, że Józef faktycznie jest Bogiem i zabił żonę, mnie tylko jedno przychodzi do głowy – “niezbadane są wyroki Pana.”

Mój tekst, Twoja interpretacja.

I czy Bogu potrzebna jest żona?

Czasami jakaś matka dla syna się przydaje…

Babska logika rządzi!

Ha ha, dobre :3 Nie jestem jednak pewny czy jest to kanon Pism :P

W sensie, że matka jest potrzebna – wiadomo. Ale zawsze są kłopoty z ustaleniem ojcostwa.

 

Pragnę w tym miejscu podziękować wszystkim za feedback i zaznaczyć, iż dodałem do tekstu jeszcze jeden fragment, dzień trzeci, aby nieco wyjaśnić wizję z racji tego, iż skarżyliście się na jej nieprzejrzystość.

Nie rozumiem wielu rzeczy. Ani dlaczego ten mężczyzna nagle zapragnął uciec, skoro do tej pory bezpiecznie sobie rozmawiał, ani dlaczego narratorowi zależało, żeby nie dać mu uciec, i to na tyle, by poświęcić jeden z naboi, których miał tylko pięć. Nie rozumiem, czemu narrator stał i patrzył się na niebo w trakcie tego, jak helikopter lądował, by potem narzekać w myślach, że nie może uciec, gdy już helikopter i jego załoga znaleźli się na ziemi. Nie rozumiem też znaczenia etnolektu śląskiego w tekście, bo wydaje się, że takiego znaczenia nie ma, a sam etnolekt pojawia się, bo tak. Przyznam też, że nie rozumiem snu i zakończenia. 

Pierwsza rozmowa nie zachęca do lektury. Jest drętwa, służy tylko przekazaniu informacji czytelnikowi. Jako czytelnik w ogóle nie wiem, jakiego zachowania mogę się spodziewać w przedstawionej sytuacji, a scenę kończysz zupełnie niezrozumiałym rzuceniem się do drzwi i śmiercią (patrz poprzedni akapit). Potem jest nieco lepiej, ale nadal tekst jest mało zrozumiały, co jest jego główną wadą.

Tekst jest napisany stosunkowo poprawnie. Sugeruję popracować nad przecinkami oraz zajrzeć do poradni PWN, by dowiedzieć się, kiedy po wielokropku należy kontynuować wielką, a kiedy małą literą.

 

Spacerowałem Karmelicką(+,) aż wszedłem do dawnego sklepu spożywczego.

Gdy odór i mdłości stają się nie do zniesienia(+,) włączam czysty tlen i tyle.

– Włamałem się do miejskiej strzelnicy.

Miejska strzelnica, analogicznie do biblioteki miejskiej czy szpitala miejskiego oznaczałaby strzelnicę, którą zarządza miasto.

A ty… Ty jesteś kreatywny!

Mała litera.

Ha(+,) ha, dobre… Przyszedłeś aż ze Śląska?

Po tym, jak umarła umarły moja żona i córka, wyemigrowałem.

Dopiero teraz, gdy wymarli oni… Wszyscy… A reszta zmieniła się w to te cholerne zombie…

Małe litery.

Próbowałeś oddychać… Powietrzem?

Mała litera.

Nikt nie zabroni mi brać(+,) co chcę.

Mówisz, jak ktoś wyedukowany – rzekłem.

Niepotrzebny przecinek.

Kończyły mi się pociski,

W naboju może znajdować się jeden pocisk albo wiele (śrut). Teoretycznie pojedyncze kuleczki śrutu też są pociskami, ale przeważnie jak ktoś mówi pocisk, ma na myśli zwykłe naboje z jedną kulą. Sugeruję zamienić “pociski” na “naboje”.

W tramwaju, dawnej „dwójce” jeżdżącej z Salwatora do starego miasta(+,) odnalazłem rozszarpane zwłoki dziecka.

Czarne dziury oczu oczodołów zionęły pustką.

Ujrzałem fotele zarzygane spryskane krwią.

Czy narrator potrafi za pomocą wzroku rozpoznać, czy krew pojawiła się na fotelach akurat poprzez wymiotowanie?

I nagle zawiał silny wiatr, a niebo poczęło zaczęło się przejaśniać.

Nie pasuje do stylizacji.

hałas, który słyszę(+,) nie jest trzaskaniem piorunów

Zdjąłem kaptur mej żółtej peleryny

W dawnym świecie byłem fanem literatury i nauczyłem się książkowej mowy, lecz nigdy nie wyparłem się ślonskiej godki.

To zdanie nie jest powiązane z akapitem, na którego końcu się znajduje, tylko z następnym.

Kocham pisać, bo słowo jest ponoć silniejsze od miecza, lecz wtedy to, gdy z wnętrza maszyny zaczęli wybiegać zamaskowani komandosi(+,) wiedziałem, że nie mam szans ani z moją bronią, ani z elokwentnym czy potocznym językiem.

Obcięta lufa strzelby dawała większy rozrzut i pozwalała łatwiej sięgać celu, bo nie musiałem być precyzyjny w stu procentach. Niestety pozostał mi ostatni pocisk tego typu.

Pocisk jakiego typu? W poprzednim zdaniu opisujesz tylko lufę.

W kieszeni tkwiły jeszcze trzy breneki – „slug sport”, lecz wiedziałem, że nie chcę walczyć, że nie mogę, bo nie zdążyłbym przeładować magazynka.

Należy stosować interpunkcyjną konsekwencję i oddzielać wtrącenia z obu stron tym samym znakiem.

Mógłbym teoretycznie skoczyć w otwarte drzwi kamienicy, ale… Nie miałem szans.

Mała litera.

produkowała ładunki wybuchowe(+,) by odeprzeć ataki zmutowanych ludzi.

Niestety przedwczesna eksplozja pozbawiła ją kończyn i w efekcie życia. Uciekłem przez okno, gdy bestie pożerały ją żywcem.

Nonsens, skoro umarła od eksplozji, to jak zombie mogły ją pożreć żywcem?

Nie wiem, co przyniesie przyszłość, lecz gdy zamknę oczy(+,) widzę CZASZKOBRAZY.

Nie planowałem kolejnego wpisu, pani doktor, ale musiałem zmienić zamiary z racji bardzo dziwnego snu, a przecież prosiłaś mnie(+,) abym wszystkie anomalie (+–) czy też, jak to elokwentnie ujęłaś, „anomalie” – zgłaszał.

Nie od razu zorientowałem się(+,) kim „jestem”.

Anglicy i amerykanie

Wielka litera.

Ostatni pocisk śrutowy opuścił lufę

Znowu – śrut to wiele pocisków.

ironiczny podpis

Issanderze – dziękuję, że pochyliłeś się nad tekstem i uraczyłeś nas swymi uwagami.

Mogę napisać, co nieco więcej o tekście, tak dla wyjaśnienia albo po prostu pokazania, jak ja to widzę. Ludzie robią różne rzeczy z różnych pobudek. Emigracja za lepszym powietrzem to nienajgorszy pomysł, zdarza się i w realu.

Możliwe, że dywagacje narratora o chęci ucieczki podczas lądowania helikoptera nie mają sensu. Nadawał on przecież wiadomość, lecz czekał może nie na wojskowych. Nigdy nie wiemy, kto odbierze nasz przekaz. To największe ryzyko, ale nie ma zysku bez risku.

Póki co nie zamierzam wprowadzać zmian w tekście, niech jeszcze wisi w takiej formie, w jakiej go zamieściłem. Prowadzę tu walkę sam ze sobą, bo bardzo często moja kreatywność jest w konflikcie z cierpliwością. Próbuję nie popełniać starych błędów od nowa. Tym razem obrałem taktykę następującą. Wolę, żeby tekst wisiał w takiej formie, w jakiej jest. Miałem zwykle tendencję na portalu do kasowania tekstów, co pewnie całkiem głupie też nie było. Miałem swoje powody. Pragnę tu też przytoczyć słynną, nieżyjącą już noblistkę, Wisławę Szymborską. Zapytana dlaczego ma tak mało opublikowanych dzieł odparła, że ma w domu kosz. I ja przez większość życia wrzucałem większość moich tekstów do kosza. Koniec z tym. Jestżech riśtich glajcha!

Usuwanie tekstów a ich poprawianie to dwie zupełnie różne rzeczy. To pierwsze niczemu nie służy. To drugie pozwala przyswoić sobie nową wiedzę i pomaga w rozwoju. No i pomyśl, że kolejni czytelnicy przeczytają lepsze opowiadanie, bo już poprawione.

Każdy opublikowany tekst, który czytałeś – czy to powieść, opowiadanie, podręcznik, artykuł – przeszedł proces redakcji i korekty.

ironiczny podpis

Issanderze – niestety nie mogę zgodzić się z Tobą, że każdy tekst, który czytałem, przeszedł proces korekty i redakcji. W wielu przypadkach na portal trafiają surowe teksty. Bardzo cieszą mnie Twoje uwagi, ale póki co czekam, aż tekst nieco odleży. Może wprowadzę część zmian, może wszystkie, może żadnych, lecz pragnę, aby – póki co – wisiał sobie tu radośnie, bo co ma wisieć, nie utonie.

Swoje moce twórcze i nowonabytą wiedzę wolę, póki co, włożyć w pisanie nowego tekstu. Przetwarzam. Nie chcę wprowadzać zamieszania. Czas jest na wszystko, a pośpiech jest wrogiem zdrowego rozsądku. W tej chwili tekst jest autentyczny, nieretuszowany, ale nie jest też tekstem papierowym. Nie łudzę się, bynajmniej, że mogę opublikować świetny tekst bez redakcji i korekty, o nie, ale redaktor ze mnie żaden, nigdy nie pracowałem w tym zawodzie.

Nie można być lekarzem w swej sprawie i uważam, że analogicznie – redaktorem własnej twórczości. Moim skromnym zdaniem pisarz powinien posiadać motywację, chęć, potrzebę pisania i kreatywne myślenie, pomysły.

 

Każdy opublikowany tekst, który czytałeś – czy to powieść, opowiadanie, podręcznik, artykuł – przeszedł proces redakcji i korekty.

Issanderze, teoretycznie wg stopki tak, ale wierz mi, że są wydawnictwa (bo zakładam, że piszesz o realnych publikacjach, a nie portalowych), w których zwłaszcza ogranicza się to do tego, że ktoś zerknął do tekstu. I to nie tylko w wydawnictwach komercyjnych nastawionych wyłącznie na zysk. Miałam podręcznik na studiach, wydany przez wydawnictwo akademickie z górnej półki, nad którym płakałam rzewnymi łzami, czytając, bo co rozdział to kilka baboli składniowo-gramatycznych.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino - współczuję. Mnie na szczęście babololandia omija szerokim łukiem.

Chciałeś komentarze, luby Piotrze? :)

 chmury brązowego koloru

Hmm. To był kolor ukształtowany w chmury – czy chmury w kolorze brązowym? (Tak, czepiam się).

 Spacerowałem Karmelicką aż wszedłem

Spacerowałem Karmelicką, aż wszedłem. Coś mi tu nie ryksztosuje – niby jest dobrze, ale… sama nie wiem, zrzuć to na hormony czy coś.

 do dawnego sklepu spożywczego

A którym teraz jest…?

 W środku panowała niemal kompletna ciemność.

"Całkowita", "zupełna" – "kompletna" sugeruje, że mogłaby być niekompletna.

 Mógł być diabłem we własnej osobie.

… dlaczego?

 Uniósł ręce w górę.

Skoro uniósł, to chyba, że nie w dół.

 Ale najpierw opuść tę cholerną lufę!

Tough. Fajne.

 Skierowałem celownik

Może jednak: wycelowałem. To nie z celownika będzie strzelał.

 Wykonał taki śmieszny gest ręką.

Jaki?

 Przerobiłem maskę gazową

Takie zwykłe maski p-gaz nie mają podłączenia do butli, tylko filtr. Nie wiem, czy dałoby się to tak zrobić, żeby było szczelne. Poza tym od smrodu jeszcze nikt nie umarł :) a trującym gazem lepiej nie oddychać wcale (choć czystym tlenem też nie można za dużo).

 odór i mdłości

Mdłości to to, co się odczuwa w środku, czując węchem odór. Mam wrażenie skrótu myślowego.

 Shotgun, amerykański. Ładowany śrutem,

Shotgun to właśnie śrutówka. Ale może być, że facet to tłumaczy drugiemu.

 Zabiję cię nawet, gdy skoczysz w stronę wyjścia

Przecinek przed "nawet", bo tak wychodzi, że nawet go zabije, niezależnie od sytuacji.

 Ty jesteś kreatywny!

? To obelga, komplement, co?

 Nie spurtoj się!

Dobra, ale umie mówić polszczyzną literacką :P

 umarła moja żona i córka

Kolokwializm. Umarły moja żona i córka.

 w to cholerne zombie

Te zombie. Liczba mnoga.

 nie rozumiem czemu

Nie rozumiem, czemu. Ja napisałabym raczej: w jaki sposób (co dodatkowo usuwa rym).

 zabroni mi brać co chcę

Powtórzony dźwięk. Brać, co chcę.

 A teraz i tak nie mam po co pić. Świat jest nienormalny.

Nie widzę tu logiki.

 Mówisz, jak ktoś wyedukowany – rzekłem.

Naturalniej: mówisz jak ktoś wykształcony. "Rzekłem" zbyt książkowe.

 Ale świat przestał istnieć.

Polemizowałabym.

 a śrut poszatkował go i wyrzucił przez roztrzaskaną szybę na ulicę

Tak sam z siebie? (Dobry pomysł, buduje postać narratora.)

 Uwielbiałem zawsze

Zamieniłabym kolejność.

 starego miasta

Nie dużymi literami?

 zombie urządziło tu sobie ucztę

Ten zombie, nie to zombie. Albo te zombie.

 Czarne dziury oczu zionęły pustką.

A nie oczodołów? Oczu już nie ma…

 W tłuszczu odcisnęły się ludzkie zęby

Zombie zdrowo się odżywiają i nie chcą jeść tłuszczu? :)

niebo poczęło się przejaśniać

Zaczęło. Przejaśnienie zwiastuje raczej odejście burzy.

 hałas, który słyszę nie jest

Wtrącenie: hałas, który słyszę, nie jest.

 kaptur mej żółtej peleryny

Spokojnie może być "mojej". Jeśli już koniecznie musi być zaimek.

 rozpuszczającymi się tkankami

Rozpuszcza się cukier w wodzie. Roztapia – masło na patelni. Gnicie nie podpada pod żadną z tych kategorii.

 W dawnym świecie byłem fanem literatury i nauczyłem się książkowej mowy, lecz nigdy nie wyparłem się ślonskiej godki.

To chyba powinno być wyżej, przy rozmowie z tym zastrzelonym. Tu jest nie wiadomo, skąd.

 Kocham pisać, bo słowo jest ponoć silniejsze od miecza

OT: zła motywacja :P

 wtedy to, gdy

"To" jest zbędne i rozprasza.

 nie mam szans ani z moją bronią, ani z elokwentnym czy potocznym językiem

Nie miał szans z żołnierzami (idiom).

 pozwalała łatwiej sięgać celu, bo nie musiałem być precyzyjny w stu procentach

Coś tu się logika posypała. O co chodzi?

 Niestety pozostał mi ostatni pocisk tego typu.

Jakiego typu? Coś tu wypadło? I: Niestety, został mi ostatni…

 nic innego poza

Wystarczy: nic poza.

 w owej chwili

Może jednak: w tamtej.

 wybrzmiał lekko zdeformowany, tubalny głos

To źle brzmi. Głos nie ma formy (kształtu). Może: zabrzmiał głos, przytłumiony jak z dna beczki.

 produkowała ładunki wybuchowe by odeprzeć ataki zmutowanych ludzi

Produkowała ładunki wybuchowe, by odeprzeć ataki.

 Niestety przedwczesna eksplozja

Niestety, przedwczesna eksplozja. Mówi się raczej "wybuch w laboratorium".

w efekcie życia. Uciekłem przez okno, gdy bestie pożerały ją żywcem.

Trochę pospieszne. Rozumiem, że nie zdążyła się wykrwawić, a zombie już wlazły – którędy?

 Teraz zaś przebywam

Bardzo nienaturalne. Po prostu: Teraz jestem (siedzę, tkwię, sterczę – co Ci lepiej pasuje).

 w Waszej placówce

To list?

 także poddaję się pobieraniu

Dziwnie brzmi.

 gdy zamknę oczy widzę

Gdy zamknę oczy, widzę.

 raport, o który mnie prosiłaś, doktor Z.

Albo ty, albo doktor.

 musiałem zmienić zamiary z racji bardzo dziwnego snu

Facet wyraża się nienaturalnie – z drugiej strony, to nawet pasuje do zdecydowanej dziwaczności i surrealizmu tego kawałka, więc…

 prosiłaś mnie abym

Prosiłaś mnie, abym.

 „anomalie”

Ona wymawia cudzysłowy? :)

 Po pierwsze ów sen

Po pierwsze, ów sen.

 amerykanie

Dużą literą.

 Uklęknąłem nad nim i wysunąłem ręce

“Ukląkłem” brzmi lepiej, a ręce się wyciąga.

 Skorożem

A tu żem! A tu żem! XD

 odbicia światła na powierzchni ołowianych sfer

Lepiej po prostu: na ich powierzchni (na ich czubkach?). Ołów jest ciemnego koloru i matowy, nie błyszczy.

 pomknęła na boki, w nieznanych mi kierunkach.

Ja napisałabym prościej: reszta rozprysła się na boki.

we własnej pryczy,

Na pryczy.

 Józef P. nie miał racji bytu

Racji bytu nie miało przetrzymywanie go, jak już.

 urody europejskiej

Eee? Co to ma do czegokolwiek?

 Podejrzanym więc wydało mi się zaprzeczenie przez niego posiadania studiów wyższych

Nienaturalne. I nie posiada się studiów (no, kolokwialnie w urzędach), najwyżej dyplom.

 szpiegiem siatki wroga

Wystarczy: szpiegiem wroga.

 zarazę Gazu

E?

nie przyjmowania

Łącznie.

 Roił, iż

Roił sobie, że.

z racji naszych obaw o bezpieczeństwo

Nie bardzo. Z racji naszego własnego bezpieczeństwa. Albo lepiej: ze względu na własne bezpieczeństwo.

 Kończę raport, Antonina Z.

Bardzo nieformalne zakończenie. Ja dałabym sam podpis.

 

Szybkie, jakby narrator próbował powiedzieć jak najwięcej, zanim zamkną mu usta. Strumień świadomości wariata. Jeśli chodziło Ci o niepokojący, surrealistyczny efekt – cel osiągnąłeś. Ale trudno rozszyfrować, co chciałeś powiedzieć.

 bohater miał prawo do niejasnego wyrażania się, bo jest tylko bytem fikcyjnym

Oj, ostrożnie. Usprawiedliwiasz tu jego – czy siebie?

 Czy raport nie może być treścią opowiadania?

Nie – tylko formą ;)

 Dlaczego miało nie dojść do śmierci żony?

Za mało danych, żeby coś powiedzieć, przykro mi.

 Czy narrator potrafi za pomocą wzroku rozpoznać, czy krew pojawiła się na fotelach akurat poprzez wymiotowanie?

I jeśli to była krew poprzednio spożyta przez zombie, to nie wyglądałaby już raczej jak krew.

 Miałam podręcznik na studiach, wydany przez wydawnictwo akademickie z górnej półki, nad którym płakałam rzewnymi łzami, czytając, bo co rozdział to kilka baboli składniowo-gramatycznych.

Ano. Tylko się upić.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino – “Szybkie, jakby narrator próbował powiedzieć jak najwięcej, zanim zamkną mu usta. Strumień świadomości wariata. Jeśli chodziło Ci o niepokojący, surrealistyczny efekt – cel osiągnąłeś. Ale trudno rozszyfrować, co chciałeś powiedzieć.” – Czyli sukces! :D

 

Ale tak naprawdę to teraz stawiam komentarz na szybko, a Twój raport błędów (sic!) będę studiował chyba do końca miesiąca. Byłaś niemiłosiernie precyzyjna i za to Ci wielkie dzięki! :3

 

Po edycji komentarza:

Dodałem jeszcze jeden wpis, “dzień czwarty” i sądzę, że tym samym zamknąłem definitywnie rozrastanie się tekstu na długość. Chyba najbardziej zainspirowałaś mnie Ty, Drakaino, pisząc, iż tekst można albo skrócić albo rozwinąć, bo w wersji przez Ciebie komentowanej posiada niewystarczające do pełnej literackiej satysfakcji walory.

Tarnino – tak sobie czytam Twe zacne uwagi i sobie myślę. Ciekawa jest według mnie sprawa “zarzyganych foteli”. Nie uważam, że ten zwrot oznaczać musi zwracanie treści żołądkowej. Moim jakże skromnym zdaniem “zarzygane” to też “fest ubrudzone”, żeby nie powiedzieć dobitniej, używając języka pozbawionego eufemizmów.

 

***

 

 Spacerowałem Karmelicką aż wszedłem

Spacerowałem Karmelicką, aż wszedłem. Coś mi tu nie ryksztosuje – niby jest dobrze, ale… sama nie wiem, zrzuć to na hormony czy coś.

 

TU mnie rozwaliłaś :) Ryksztosuje – piękne słowo :) Prawie, jak rykoszetuje i w zasadzie oznacza to samo. Ach, te hormony :D

 

 

EDYTKA

Tekst odwiedziło 41 osób i trochę się boję. Nigdy nie wiadomo, kto jeszcze patrzy w Palantir.

 

Coś tu jest, ale jak reszta z lekka cierpię na brak pewnych detali dotyczących historii. Sam bohater trochę nijaki – ot, człek który przeżył tragedię i stara się zachowywać z początku twardo. Cała reszta postaci to raczej tło, nawet wspominana doktor Antonina Z.

Tak więc koniec końców tekst ni ziębi, ni grzeje. Źle nie jest, ale też i nie ma nic takiego w tym koncercie fajerwerków, co bym na długo zapamiętał.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereManie – dziękuję Ci za interesujące uwagi.

Dzień dobry!

Czy podoba się Wam ilustracja?

Chaos! Chaos widzę. Podobnie jak poprzedni czytelnicy, nie do końca rozumiem sens opowieści i sposób prowadzenia fabuły. W skrócie chodzi być może o faceta wędrującego w świecie postapokaliptycznym, w którym użyto jakiejś broni biologicznej. Facet spotyka innego, zabija go, przylatują wojskowi, zabierają go ze sobą, zostaje poddany testom, ma sen o tym, że jest zbawicielem, narracja przeskakuje na doktor testującą faceta, która zaczyna mieć wyrzuty sumienia. Koniec.

Na wstępie mamy spokojną narrację, jakby autor planował długie opowiadanie. Sporo niepotrzebnych detali, dialog z napotkanym kloszardem, który kończy się absurdalną próbą ucieczki i śmiercią żula. Autor na tym etapie sam prawdopodobnie nie wiedział, dokąd zmierza ta historia i ten stan musiał się utrzymać w procesie twórczym bardzo długo. Wrażenie braku równowagi, wyważenia akcentów i przemyślanej fabuły pogłębiły zapewne dopisane po czasie dni trzeci i czwarty.

No właśnie. Wspomniany dialog. Spotyka się przypadkiem dwóch kolesi, cudem ocalałych w świecie apokalipsy zombie. I nagle nie w pięć ni w dziewięć zaczynają opowiadać sobie swoje życiorysy… Do tego niespodziewanie i bez powodu bohater przeskakuje na śląską gadkę. I jest to nieco groteskowe. Tymczasem jego interlokutor gada normalnie, zupełnie bez sensu stwierdzając, że słychać w jego mowie, że jest człowiekiem wykształconym (a bohater też to stwierdza niespodziewanie). Otóż nie słychać tego moim zdaniem zupełnie.

Dalsza akcja i jej bezsensy zostały skutecznie wypunktowane przez poprzedników. Nie wyobrażam sobie wędrowca dźwigającego butle z tlenem (chyba wagon ciągnął), nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy żyjący w świecie zombi facet stwierdza, że potrzebuje broni palnej dopiero po tym, gdy jego żona wysadziła się podczas montowania ładunków wybuchowych. No i jak niezręcznie jej śmierć opisał wspominając oderwanie członków.

Dalej chaos się pogłębia. Narracja przeskakuje. Perspektywa się zmienia, czas narracji się zmienia, przestajemy zupełnie uczestniczyć w wydarzeniach, bo nagle opowiadanie przechodzi w monolog wewnętrzny/raport lekarza/sen i autor zaczyna opowiadać, zamiast pokazywać. O logice wydarzeń przedstawionych we śnie nie będę pisał. W końcu to sen.

W finale mamy rozmyślania pani doktor. Zupełnie oderwane od reszty historii. Bohater znika (ginie). Nie wiadomo po co był ten jego sen, o co chodzi autorowi, dlaczego fabuła tak przyspiesza, czemu "akcja" zmienia tor i kierunek. Jaki jest sens tego wszystkiego i po co w tym wszystkim śląska gadka (a przecież gdyby to było bardziej klasyczne i sensownie napisane opowiadanie o apokalipsie z bohaterem ze Śląska byłoby interesująco). I na cholerę te CZASZKOBRAZY, które nijak nie mają sensu i wpływu na opowieść i są całkiem "z dupy" w tytule (podejrzewam, że autorowi po prostu podoba się to słowo, bo je wymyślił).

No i całość, z dopisywanymi w formie przemyśleń/wspomnień/infodumpów wyjaśnień co się właściwie stało sprawia wrażenie historii wymyślanej na poczekaniu, w trakcie tworzenia.

Przyznam szczerze, że tekst jest zwyczajnie zmarnowany. Są tutaj przebłyski, przebija się czasem fajny klimat, ciekawe zadania, świat apokalipsy zombie niby oklepany, ale jednak przez swoją swojskość ciekawy.

Niedbałość, brak planu, niestaranne zdania, niezręczności stylistyczne, których można uniknąć, błędy konstrukcyjne, fatalna interpunkcja, absurdy fabularne i wiele innych zgrzytów, po części wypunktowanych przez innych komentujących itd. Wszystko to świadczy o tym, że autor nie popracował nad swoim dziełem. Nie przemyślał go, nie sprawdził.

Zmarnowany potencjał, Piotrze.

A szkoda.

Ps. I na cholerę jakieś porywanie i tyle testów żeby sprawdzić czy ktoś jest zarażony wirusem?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mr. Marasie – dziękuję Ci za soczysty kawał konstruktywnej krytyki! :)

 

Widzę, że edytowałeś jeszcze komentarz/recenzję dodając pytanie:

 

“Ps. I na cholerę jakieś porywanie i tyle testów żeby sprawdzić czy ktoś jest zarażony wirusem? “

 

Pragnę pozostać nieco tajemniczym.

Mr.Marasie – po przemyśleniach postanowiłem podzielić się z Tobą swoją wiedzą. Z racji mojego wydłużonego czasu dojrzewania nie potrafiłem na portalu konsekwentnie publikować, ale to się chyba zmieniło. W każdym razie pamiętam z przeszłości takie incydenty, chyba jeszcze była to stara strona Fantastyki, że pod moim tekstem szalała prawdziwa burza krytyki. A potem ktoś nagle napisał, że jednak jemu/jej tekst się podoba. Ale potem przedmówcy wstawiali komentarze w stylu “nie zachęcaj go”, więc przez lata byłem skonsternowany tutaj zarówno z przyczyn obiektywnych, jak i subiektywnych.

Tak więc, Mr.Marasie, nigdy nie wiemy, co nam pisane i jak nasze dzieła będą odbierana za czas jakiś.

Na pocieszenie, że nie przejąłem się jednak Twoją krytyką, a nawet z niej ucieszyłem, napiszę, że kiedyś udało Ci się mi dopiec. Było to w zeszłym roku, kiedy opublikowałem tekst “Psimyszur”. Tak, tak, był to demon z oddziału psychiatrycznego i miał już nawet bibliotekę, gry Finkla napisała, że przy zakończeniu miała raczej nerwowy chichot. Okej, jej prawo, nie mam jej tego za złe i Tobie Twej krytyki też. Teraz. Ale wtedy! Wtedy to mnie skonsternowało, bo biblioteka z jednej strony, a z drugiej Ty, Mr.Marasie, piszesz mi, że już na wstępie imię demona skojarzyło Ci się z psim k*tasem. Co zrobić, mózg nie sługa, serce zresztą też. Więc był dramat, ja ten tekst skasowałem. No, ale teraz wracam, ku zadowoleniu i niezadowoleniu pewnie różnych ludzi, ale najpewniej chyba jednak nikt mnie tu nie pamięta albo prawie nikt, bo jak powiadają, nie publikujesz, więc Cię nie ma. Oczywiście nie do końca się z tym zgadzam.

Osobiście bardzo lubię komentować teksty zapomniane.

Więc Twój komentarz brzmiał jakoś tak, że z racji tego skojarzenia nie mogłeś dalej czytać z należytą powagą. Więc sobie wymyśliłem demona, może już trochę straszniejszego, chociaż NoWhereMan twierdzi, że malutkiego, ale moim zdaniem o potędze, jak w przypadku mistrza Jedi, świadczy jednak nie rozmiar, lecz skuteczność.

Oczywiście mowa tu o Pieśni Beliara.

Pozdrawiam!

Chyba będę musiał zrezygnować z czytania komentarzy pod tekstem… 

Niezależnie od tego, jak autor odbierze tę uwagę i jakie wspomnienia ma z moimi wcześniejszymi opiniami, to całkowicie subiektywnie stwierdzam, że tekst bardziej “czułem” niż “rozumiałem” ;)

Fabuła mocno bezkierunkowa, logika wydarzeń nieco chwiejna… Tak musiałby wyglądać chaos w głowie człowieka, który przeżył koniec świata.

 

Pozdrawiam,

Czwartkowy Dyżurny

Blacktomie – dziękuję za Twe przymrużenie oka. Nie mam żadnych wyraźnych wspomnień związanych z Twym komentowaniem, lecz teraz nadrabiam tę dziurę, przeczytałem bowiem dosyć profesjonalny, w sumie neutralny komentarz.

Przypomniała mi się kwestia Jokera z “Batmana. Mrocznego rycerza”.

“– Chaos jest sprawiedliwy.”

Coś w tym jest, prawda?

 

Też Cię pozdrawiam!

Mistrz Chaosu.

Wybacz, Piotrze, być może rzeczywiście jestem nosorożcem w swoich komentarzach. Traktuję Autorów komentowanych tekstów jak osoby świadome celu w jakim umieszczają swoje dzieła na portalu krytycznoliterackim i uważam, że najlepsze co może je tutaj spotkać to proste, rzeczowe i konkretne opinie. Nie ma czasu i miejsca na sentymenty, głaskanie i poklepywanie. Wytykamy sobie błędy i korzystamy z tego ucząc się pisarskiego rzemiosła. Żaden redaktor nie będzie się z nami cackał i przyjmowanie krytyki i radzenie sobie z nią, to też jest jakaś nauka dla adeptów pióra. Oczywiście pamiętając, że wszystkie uwagi są subiektywne i autor może je zwyczajnie olać, co dzieje się tutaj dosyć często.

Inna sprawa to ten psi ku..s. Byłem wtedy szczery, naprawdę mi to zepsuło odbiór i skrzywiło dalszą percepcję. Może powinienem przeprosić, więc przepraszam. Zapewne merytoryczne to nie było. Nawet nie wiedziałem, że usunąłes tamten tekst. Myślisz się jednak, uważając, że komuś Twoja obecność i twórczość przeszkadza. Dobrze, że jesteś, fajnie że piszesz i ulepszasz swój warsztat.

A powyższy tekst krytykowałem głównie za zmarnowany potencjał. Za utracony klimat. I za brak rzetelnego przygotowania tekstu przed publikacją i prezentacją przyszłym czytelnikom.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przeprosiny przyjęte.

Czyli chyba ilustracja też Wam się nie podoba.

 

Mam już inny pomysł na zombie, może w końcu go zapiszę.

 

Macie tak czasami, że pomysł tkwi Wam w głowach przez, na przykład, dwa lata, a dopiero potem pojawia się okazja, pasuje jak ulał, i wtedy go wykorzystujecie?

Do tego służą notatniki.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Mogę zgodzić się z Tobą tylko w pięćdziesięciu procentach. Moim zdaniem niektóre pomysły są tak chwytliwe, że tkwią w głowie niezależnie od tego czy zapiszemy je czy nie.

Przeczytałem jakiś tydzień temu i tekst nie dał rady utrzymać mi się w głowie jakąś konkretniejszą myślą poza jedną: nie ogarnąłem się w przyczynach i skutkach następujących po sobie akapitów.

Nie mam wielu uwag, które różniłyby się tym, co zgłosili już poprzednicy, ale mam wrażenie, że tekst potrzebuje więcej znaków. Dużo więcej. Bo całość – a przynajmniej tak to zapamiętałem – zdaje się bardzo poszatkowana, miejscami pocięta i sklejona w dość chaotyczny dla czytelnika sposób. Problemem nie musi być enigmatyczność fabuły czy scenografii, ale własnie ten zachwiany ciąg przyczyna-skutek, który Ty, jako autor masz w głowie, a czytający… no tak nie bardzo.

Mojsza podpowiedź, bo mamy trochę w tym rwaniu narracji wspólnego, brzmi: nawet jak sądzisz, że napisałes opko, to je odłóż. Zajmij się czym innym, bylebyś zapomniał, co myslałeś podczas pisania. Po kilku dniach do tekstu wróć.

Z tych bardziej subiektywnych, to nie spodobała mi się gwara. Nie lubię gwar. Nie znalazłem uzasadnienia jej użycia poza chęcią autora. Jeśli już muszę, to wolałbym użyć (i napotykać) gwary jako dobudówki do kreacji postaci – choćby i podkreślenia jego pochodzenia. Tutaj czułem, że gwara jest tylko ozdobnikiem, który miał jakoś wyróżnić albo wzbogacić formę. I nie robię z tego problemu – każdy ma swoją wolność i tworzy co i jak sobie zechce, po prostu zgłaszam swoją wątpliwość, póki mam jeszcze Twoją uwagę.

Stn – dziękuję Ci za komentarz na chłodno, cenne uwagi na chłodno i ja też wracam na chłodno i faktycznie, muszę popracować nad cierpliwością przy pisaniu, a więc po napisaniu odkładać tekst i wracać dopiero po dwóch, trzech tygodniach, jak w książkach piszą.

Tego tu, póki co, kasował nie będę. Stworzę ewentualnie nowszą wersję tekstu albo napiszę coś nowego już bardziej na spokojnie.

Hmmm… Zastanawia mnie na przykład, czy znajdzie się tu ktokolwiek, komu opowiadanie jednak się spodoba. 

Postaram się odwdzięczyć czytając Twe teksty, aczkolwiek Święta i początek roku miałem tu ostre i sporo skomentowałem, więc może to chwilę potrwać, niemniej postaram się dać Ci feedback odnośnie Twej twórczości.

Nie umiem powiedzieć, czy mi się spodobało czy jednak nie. Po prostu kolaż myśli jest dla mnie zbyt abstrakcyjny, przez co wolałbym sie wstrzymać od odpowiedzi.

Nic się nie zmuszaj, skup się na pisaniu. ;)

<uśmiech skowronka>

Chciałem założyć tu komentarz redakcyjny/korekcyjny, gdzie zamieszczałbym wzmianki o poprawionych błędach, ale póki co, widzę, że tego jest tak wiele, że… chyba dam sobie spokój. Może za jakiś czas porwę się z motyką na to czarne słońce.

Mam wrażenie, że zostałam wrzucona w środek czegoś, w czym nie potrafiłam się znaleźć, stąd pewnie moje niezrozumienie wszelkich sytuacji o których mówią/ piszą/raportują jacyś ludzie.

Mam też wrażenie, Piotrze, że coraz trudniej pojąć mi Twoje opowiadania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Twój komentarz mnie uśmiechnął, nie wiem dlaczego :)))))

heart

Ja też nie wiem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładnie mrugasz :P

No cóż, staram się. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

yes

Regulatorzy, zwracam się do Ciebie, chociaż oczywiście komentarz może dotyczyć wszystkich – przeczytałem ten tekst po bardzo długiej przerwie, bo od publikacji minęły już, hmm, około dwa miesiące i stwierdzam, że osobiście nic bym w nim nie zmieniał, chociaż teraz postaram się pochylić nad Waszymi komentarzami, w których wytknęliście mi błędy.

 Dziękuję jeszcze raz wszystkim, którzy napocili się czytając i oceniając :)

 

Przyznam też szczerze, że podczas wyświetlania na komórce, sekcja komentarzy pod tekstem zaczyna się od czwartego wpisu, w zasadzie mojego. Ciekawe dlaczego.

Rozumiem, że zombiaki to efekt działania wcześniejszych gazów bojowych. Jak dla mnie ten świat jest wystarczająco przygnębiający i bez nich, ale to twój świat.

Zabicie ex-bezdomnego potrafię zrozumieć, bo skoro gość potrafi oddychać tam, gdzie inni nie mogą, to coś musi być z nim nie tak, więc lepiej go od razu odstrzelić.

Antonina zwraca się do czytelników raportu per towarzysze i towarzyszki, co sugeruje jakieś komunistyczne powiązania. Podobnie jak alergiczna reakcja na sen (wizję) masjasza.

Z drugiej strony ślónsko godka twojego bohatera i jego wyznanie, że był fanem literatury, ale nie wyrzekł się swojej śląskiej tożsamości, mogą sugeruwać kogoś konserwatywnego, głęboko wierzącego w Boga. A wówczas końcowe wątpliwości towarzyszki Antoniny i jej wyrzuty sumienia będą oznaczały zwycięstwo konserwatywnego nurtu, pomimo tego, że teoretycznie został on wytrzebiony.

 

Tak to mniej więcej widzę, ale zgadzam się z przedpiścami, że temat wymaga pogłębienia.

Oczywiście moje zrozumienie twojego tekstu może być całkowicie błędne i różniące się od twoich zamierzeń literackich.

 

Czepiam się:

 

Uwielbiałem zawsze te zaśnieżone kościoły, pożydowskie kamienice, pomnik Mickiewicza, jazz, piękne kobiety… Teraz wszystko to, każde wspomnienie, jest tylko płytą nagrobną, epitafium wyrytym nad mogiłą nieistnienia, przeszłości.

Przy odrobinie szczęścia przetrwam ten kryzys, no bo musi kiedyś dobiec końca, prawda? – myślałem sobie. A potem znowu wyszedłem na ulicę. W tramwaju, dawnej „dwójce” jeżdżącej z Salwatora do starego miasta

Ale przecież twój bohater przywędrował ze Śląska, już z butlami tlenu, więc po apokalipsie. Skąd znał Kraków?

 

Przeżyłam konflikt i kryzys, ale nie wiem, czy warto było zapłacić tak wysoką cenę, jak miliony niewinnych żyć.

Istnień zamiast żyć brzmiałoby lepiej.

Irko_Luz – zrozumiałaś tekst bardzo dobrze :)

Myślę, że bohater znał Kraków, bo tam studiował dziennikarstwo ;)

Chyba masz rację z “istnieniami” zamiast “żyć”.

Dziękuję za uwagę!

Pięćdziesiąt osób przetrwało apokalipsę ;)

Nowa Fantastyka