- Opowiadanie: Jacek_L - Nietypowe sprawy Dariusza Omena – Przygoda XIII

Nietypowe sprawy Dariusza Omena – Przygoda XIII

Opo­wia­da­nie pier­wot­nie uka­za­ło się w dar­mo­wej an­to­lo­gii “Fan­ta­stycz­nie Nie­obli­czal­ni – tom 1” wy­daw­nic­twa SQN, którą w ca­ło­ści można po­brać tutaj. Za­pra­szam Was ser­decz­nie do prze­czy­ta­nia i mam na­dzie­ję, że tekst bę­dzie Wam się po­do­bał.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

NoWhereMan

Oceny

Nietypowe sprawy Dariusza Omena – Przygoda XIII

To nie tak, że mi się nie chcia­ło. To zna­czy na po­cząt­ku ow­szem, ale potem już trak­to­wa­łem spra­wę bar­dzo po­waż­nie. Na­praw­dę wie­rzy­łem, że można to wszyst­ko na­pra­wić… Cho­le­ra!

Za­czę­ło się w so­bot­nią noc. Obu­dzi­ła mnie su­chość w ustach, jaka po­ja­wia się cza­sem po wy­pi­ciu jed­ne­go lub dwóch piw za dużo. Może czte­rech. Pa­mię­tam, że ostroż­nie wy­su­ną­łem się spod koł­dry, ale po dwóch kro­kach za­ha­czy­łem o tę nową szaf­kę, którą Zosia za­mó­wi­ła przez in­ter­net, i stłu­kłem wazon z fa­jan­su. Po­dwój­na ulga. Wa­zo­nu nie lu­bi­łem, a Zośka nic nie sły­sza­ła, bo była prze­cież na zjeź­dzie ro­dzin­nym na Łysej Górze. Osiem­dzie­sią­ta piąta peł­nia babci Ge­no­we­fy. Zosia tro­chę się dą­sa­ła, że nie chcę je­chać, ale jakoś udało mi się ją udo­bru­chać. Na szczę­ście! Ostat­nio wujek Ste­fan ugryzł mnie w łydkę, zła­pa­łem trzy klesz­cze, a od wycia do­sta­łem chryp­ki. Mówię wam, mieć żonę wil­ko­ła­czy­cę to nie prze­lew­ki. Ob­wą­chu­ją­ca się ro­dzi­na, wspól­ne bie­ga­nie po la­sach i te stany na­pię­cia, bo okres, bo peł­nia, bo kot są­sia­dów. Że o sier­ści na dy­wa­nie nie wspo­mnę. Oczy­wi­ście są i po­zy­ty­wy, ale to nie ta opo­wieść.

W lo­dów­ce była reszt­ka soku. Dość by za­spo­ko­ić pra­gnie­nie. Blada łuna wy­do­by­wa­ją­ca się z chłod­ne­go wnę­trza oświe­tla­ła moją syl­wet­kę. Rzu­ca­ła cień na ścia­nę. Jak w bli­skich spo­tka­niach trze­cie­go stop­nia – po­my­śla­łem zu­peł­nie nie w porę. W tej samej chwi­li, na bal­ko­nie roz­legł się rumor. Od­ru­cho­wo chwy­ci­łem wi­szą­cą na ścia­nie cho­chlę i ru­szy­łem bie­giem. Krót­ki ko­ry­tarz, duży pokój, okno. Ktoś roz­wa­lił nam an­te­nę cy­fro­we­go Pol­sa­tu! Po­pę­ka­na po­ło­wa ta­le­rza zwró­co­na była w kie­run­ku gwiazd pod tak ostrym kątem, że nie uchwy­ci­ła­by już nawet te­le­wi­zji Trwam. Kon­wer­ter dyn­dał na kablu. Nie nada­wał się do ni­cze­go.

Przy­zna­ję, że nie za­re­ago­wa­łem jak na­le­ży. Za­miast wy­ka­zać się czuj­no­ścią sta­łem w drzwiach bal­ko­no­wych jak ten osioł. Miesz­ka­my na ósmym pię­trze, więc atak z dołu nie wcho­dził w ra­chu­bę. Ra­chun­ki pła­ci­my re­gu­lar­nie, więc dy­wer­sja in­ka­sen­tów od­pa­da­ła, a są­sie­dzi z góry wy­je­cha­li ze ston­ką, to zna­czy z dzieć­mi, na wcza­sy do Wła­dy­sła­wo­wa, gdzie pa­ra­wa­nią się w naj­lep­sze. Już byłem gotów uznać, że to może me­te­oryt, ale oka­za­ło się, że jest znacz­nie go­rzej.

Ner­wo­we pu­ka­nie roz­le­gło się na dole. Po­ni­żej moich kolan.

– Bli­skie spo­tka­nie trze­cie­go stop­nia!

Pi­skli­wy głos na­le­żał do nie­wiel­kiej isto­ty ubra­nej w szary pro­cho­wiec i ciem­ne oku­la­ry. Na gło­wie miała sty­lo­wą fe­do­rę. W czte­ro­pal­cza­stej dłoni bły­snę­ła mała od­zna­ka, którą isto­ta unio­sła naj­wy­żej, jak po­tra­fi­ła, czyli na ja­kieś sześć­dzie­siąt cen­ty­me­trów, i przy­tknę­ła do szyby.

– Pro­szę mnie wpu­ścić, odło­żyć łyżkę i się ubrać, na li­tość boską!

Zdą­ży­łem jesz­cze za­uwa­żyć nie­wiel­ki, la­ta­ją­cy spodek, który wy­sta­wał spo­mię­dzy do­ni­czek po czym wy­ko­na­łem po­le­ce­nie. Co jak co, ale kiedy ktoś wam macha od­zna­ką przed… no macha po pro­stu, to le­piej robić, o co prosi.

Kilka minut póź­niej sie­dzie­li­śmy przy stole. Mój gość zdjął pro­cho­wiec, pod któ­rym miał lu­zac­ką ko­szul­kę z wi­ze­run­kiem Mi­cha­ela Jack­so­na, a ja za­ło­ży­łem spodnie.

– Dobra, panie Darek – za­czął bez ce­re­gie­li. – Spra­wy nie­ty­po­we to pan, tak? Ogło­sze­nia w anon­sach i na fo­rach dla świ­rów?

– Nie dla świ­rów – spro­sto­wa­łem.

– Przy­kry­te te­ra­pie? – Spoj­rzał kpią­co.

– No dobra… – Zro­bi­ło mi się wstyd. – To był przy­pa­dek. Na jed­nym dla świ­rów też.

Gość wy­raź­nie był za­do­wo­lo­ny. Po­ma­chał usza­mi. W sumie gdyby nie te uszy, to wy­glą­dał­by jak człe­ko­kształt­ny, ogo­lo­ny na łyso czi­ła­ła. No ale uszy to miał takie bar­dziej kró­li­cze.

– My wiemy wszyst­ko! – po­wie­dział z dumą.

Wy­pro­sto­wa­łem się i chrząk­ną­łem wy­mow­nie.

– Skoro tak – pod­ją­łem. – To wie­cie, że teraz czas się przed­sta­wić i po­wie­dzieć, po co za­wra­ca­cie mi tyłek w środ­ku nocy.

– Kon­kret! To mi się po­do­ba. Na­zy­wam się IXi­nxu­xxx, ale pro­szę do mnie mówić Iks. Agent spe­cjal­ny Agen­cji Se­kret­ny Sy­riusz. Je­stem tu, aby pana wy­na­jąć… – Po­pra­wił się na krze­śle, na któ­rym po­ło­ży­łem kilka ksią­żek, aby wy­sta­wał ponad blat stołu. – Spra­wa jest de­li­kat­na. Trze­ba od­na­leźć pewne urzą­dze­nie i je wy­łą­czyć. Od­zy­skać albo znisz­czyć, wedle uzna­nia. Naj­waż­niej­sze, żeby w końcu prze­sta­ło dzia­łać. Temat jest pilny więc za­pła­ci­my po­dwój­ną staw­kę. Może być w kryp­to­wa­lu­cie, do­wol­nej? – Spoj­rzał z na­dzie­ją, a gdy par­sk­ną­łem śmie­chem, spro­sto­wał. – Mogą być też zło­tów­ki, euro, marki, do­la­ry, funty. Co tylko pan chce.

– Pro­szę mówić dalej.

– No więc… – Wy­raź­nie sta­rał się od­po­wied­nio do­brać słowa. – Urzą­dze­nie dzia­ła od dawna, ale mu­sia­ło ulec uszko­dze­niu. Sta­cje po­mia­ro­we wska­zu­ją, że moc sy­gna­łu od pew­ne­go czasu za­czę­ła wzra­stać wy­kład­ni­czo, co grozi nie­wy­obra­żal­ną tra­ge­dią dla was wszyst­kich – pod­kre­ślił. – Ro­zu­mie pan, z za­ło­że­nia część przed­sta­wi­cie­li pana ga­tun­ku jest od­por­na na dzia­ła­nie fal emi­to­wa­nych przez urzą­dze­nie. Ale ta od­por­ność opie­ra się na sto­sun­ku licz­by po­łą­czeń neu­ro­no­wych do mocy sy­gna­łu. Duża licz­ba to duża od­por­ność… Od mo­men­tu awa­rii war­tość gra­nicz­na stale ro­śnie i oba­wia­my się, że… – Wier­cił się, szo­ru­jąc iry­tu­ją­co tył­kiem po ilu­stra­cji Josha Kirby’ego, która zdo­bi­ła okład­kę książ­ki ze zna­nej serii. – Oba­wia­my się, że wkrót­ce osią­gnie pułap, na któ­rym żaden przed­sta­wi­ciel pana ga­tun­ku nie bę­dzie w sta­nie oprzeć się mocy emi­te­ra. Oba­wia­my się też, że w póź­niej­szej fazie może za­gro­zić i nam.

W tam­tej chwi­li po­my­śla­łem, że naj­le­piej by­ło­by kop­nąć Iksa w tę jego za­du­fa­ną dupę i za­po­mnieć o spra­wie. Je­stem jed­nak za­wo­dow­cem i re­ali­stą. Kasa za­wsze się przy­da.

– Okej. – Po­ki­wa­łem głową. – Co to za urzą­dze­nie, jak wy­glą­da i gdzie się znaj­du­je?

– Wedle ar­chi­wal­nych ho­lo­gra­mów to po­win­na być nie­wiel­ka, jak dla pana, drew­nia­na skrzyn­ka. Może trzy­dzie­ści na trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów. We­wnątrz jest pul­pit z prze­łącz­ni­kiem włącz/wy­łącz, lamp­ką kon­tro­l­ną i wska­zów­ką mocy sy­gna­łu. Ma numer se­ryj­ny i… To wszyst­ko.

– Ja­kie­go ro­dza­ju fale emi­tu­je?

– Eee…

Ta wy­so­ce elo­kwent­na wy­po­wiedź nie była dla mnie za­do­wa­la­ją­ca. Spy­ta­łem więc po­now­nie i w końcu Iks wy­mam­ro­tał:

– Emi­ter upo­śle­dza funk­cjo­no­wa­nie me­dia­to­rów sy­nap­tycz­nych, na równi elek­trycz­nych i che­micz­nych, istot hu­ma­no­idal­nych. Emi­tu­je fale pro­de­bi­li­zu­ją­ce i an­ty­lo­gicz­ne, wy­ko­rzy­stu­jąc krzy­wą cham­do­dat­nią. Po pro­stu ogłu­pia.

– W po­rząd­ku. Gdzie się znaj­du­je?

– W piw­ni­cach na Wiej­skiej.

– Pod sej­mem?

– Czy to nie oczy­wi­ste? – Od­zy­skał ten iry­tu­ją­cy, cy­nicz­ny wyraz pyska.

W pierw­szej chwi­li chcia­łem za­pro­te­sto­wać, ale sami ro­zu­mie­cie, że to miało sens.

– Od jak dawna? – spy­ta­łem.

– Co naj­mniej od lat czter­dzie­stych. Pier­wot­nie uru­cha­mia­no go tylko na okre­ślo­ny czas, a potem dzia­łał już stale… – Łyp­nął na mnie i wes­tchnął. – To już od razu za­ła­tw­my ko­lej­ne kwe­stie: skąd się wziął? Oczy­wi­ście my go tam umie­ści­li­śmy. Po co? Wie pan, cicha in­wa­zja, przej­mo­wa­nie kon­tro­li nad świa­tem, po­trze­ba roz­ryw­ki. Stre­amo­wa­li­śmy live osiem se­zo­nów z obrad ple­nar­nych. Naj­śmiesz­niej­szy pro­gram stąd do Jo­wi­sza. Nie­któ­re od­cin­ki wzna­wia­my do dziś… – Od­chrząk­nął, wi­dząc moją minę. – Od tam­tej pory jed­nak wiele się zmie­ni­ło. Nasz ustrój opie­ra się na frak­cjach ro­do­wych. Ak­tu­al­na wła­dza uważa, że wasz ga­tu­nek po­wi­nien mieć więk­sze prawa. Dla­te­go wła­śnie za­le­ży nam tylko na tym, aby prze­sta­ło dzia­łać. Praw­dę mó­wiąc – ści­szył głos do kon­spi­ra­cyj­ne­go szep­tu – po­ja­wia­ją się nawet głosy, by ogra­ni­czyć znacz­nie licz­bę na­szych ziem­skich ko­lo­nii. Oso­bi­ście uwa­żam, że Pol­ska mo­gła­by zo­stać ob­ję­ta pro­gra­mem pi­lo­ta­żo­wym. Ro­zu­mie pan? Cał­ko­wi­ta wol­ność i brak ste­ro­wa­nia. Gra warta świecz­ki, praw­da?

– Być może – od­par­łem ostroż­nie. – A czemu sami nie pój­dzie­cie tego wy­łą­czyć?

– Emi­ter ma za­bez­pie­cze­nia, które nie po­zwa­la­ją nam się do niego zbli­żyć. – Mach­nął lek­ce­wa­żą­co ręką. Wy­cią­gnął z kie­sze­ni kart­kę i coś na niej na­pi­sał. – Musi pan zro­zu­mieć, że kiedy po­wstał, to były inne czasy. No! Skoro wszyst­ko jest już jasne, pro­szę o de­kla­ra­cję. – Prze­su­nął kar­tecz­kę tak, aby mógł ją od­czy­tać. – Po­dej­mu­je się pan za­da­nia?

– W czym ta kwota? – spy­ta­łem po­chy­la­jąc się nad cią­giem cyfr.

– Euro może być?

– W po­rząd­ku. Wcho­dzę! – po­wie­dzia­łem po­waż­nie.

– Świet­nie! – ucie­szył się – Zatem omów­my szcze­gó­ły.

Oka­za­ło się, że Iks miał do­kład­ny plan. Za­trosz­czył się o wszyst­ko, a moja rola ogra­ni­cza­ła się je­dy­nie do po­stę­po­wa­nia zgod­nie z wy­tycz­ny­mi. Wszyst­ko miało pójść jak po maśle. Uśmia­li­by­ście się, gdy­bym wam opo­wie­dział, ile razy coś po­dob­ne­go sły­sza­łem. Nawet na wła­snym ślu­bie z ust po­grom­cy wam­pi­rów, który nie­chcą­cy na­dział się na kołek… A zresz­tą nieważne.

Spra­wa była pilna, więc akcję za­pla­no­wa­li­śmy na po­nie­dzia­łek. Było mi to na rękę, bo Zośka miała wró­cić do­pie­ro w środę. Mia­łem więc cały wto­rek na wy­mia­nę an­te­ny, że o zwy­kłym od­po­czyn­ku nie wspo­mnę.

Iks sie­dział nie­mal do świtu. Po­wta­rza­li­śmy do znu­dze­nia każdy ele­ment planu, aż wresz­cie zde­cy­do­wał, że już wy­star­czy. Ponoć cof­nę­li mu li­cen­cję na loty dzien­ne i mu­siał wró­cić przed wscho­dem słoń­ca. Wy­cią­gną­łem po­obi­ja­ny spodek spo­mię­dzy kwiat­ków i usta­wi­łem ostroż­nie na nie­wiel­kich kół­kach. Za­licz­ka, jaką prze­lał mi już na konto, wy­zwo­li­ła we mnie chęć nie­sie­nia po­mo­cy.

– Czemu zgło­si­li­ście się aku­rat do mnie? – spy­ta­łem, gdy sa­do­wił się w fo­te­lu pi­lo­ta.

– Był pan drugi na li­ście naj­lep­szych.

– A co, pierw­szy zre­zy­gno­wał? – spy­ta­łem z prze­ką­sem. Moja duma otrzy­ma­ła wła­śnie so­lid­ny kop w tyłek.

Iks spoj­rzał na mnie z po­wa­gą i po­krę­cił głową.

– Nie­wiel­ka miej­sco­wość na wscho­dzie. Stara cha­łu­pa na od­lu­dziu. Wy­sła­li­śmy tam agen­ta Szy. Za­mel­do­wał, że nasz obiekt sie­dzi przy ogni­sku w to­wa­rzy­stwie dwóch miej­sco­wych. Pili bim­ber. Po­le­co­no Szy się ujaw­nić. Wy­szedł w blask ognia i za­czął re­fe­ro­wać spra­wę… – Iks za­mknął śle­pia i ode­tchnął głę­bo­ko. – Ostat­nie czy­tel­ne za­pi­sy brzmią: „Patrz świa­gier jaka fran­ca” i „za­gry­cha”. Potem tu­mult, krzy­ki i śpie­wy. Na chwi­lę przed osta­tecz­nym wy­łą­cze­niem na­daj­ni­ka, za­chryp­nię­ty głos po­wie­dział: „Dobry był, taki nie za kwa­śny”. Tak, panie Darku, wła­śnie tak. Można po­wie­dzieć, że teraz pan jest nu­me­rem jeden. Z oby­wa­te­lem Ja­ku­bem W. de­fi­ni­tyw­nie nie chce­my mieć już nic wspól­ne­go.

 

***

 

Po­nie­dzia­łek nie był upal­ny. Nie był też zimny. W nor­mal­nych wa­run­kach za­ry­zy­ko­wał­bym stwier­dze­nie, że jest ide­al­ny. Ale to nie były nor­mal­ne wa­run­ki. Ubra­ny w czer­wo­ną kurt­kę z od­po­wied­nim logo na ple­cach prze­ci­ska­łem się na czer­wo­nym sku­te­rze przez ulice War­sza­wy. Coraz bli­żej bu­dyn­ku sejmu i ota­cza­ją­cych go ba­rie­rek, w które od rana ko­pa­ła grupa ludzi sym­pa­ty­zu­ją­cych z po­przed­nią wła­dzą. Ro­bi­li to na tyle ryt­micz­nie, że prze­my­ka­jąc obok, mi­mo­wol­nie za­czą­łem nucić Joh­ne­go Lee Ho­oke­ra. Mi­ną­łem kor­don po­li­cji i za­je­cha­łem pod bramę, która wy­glą­da­ła o wiele groź­niej, niż kiedy byłem tu ostat­ni raz. Do pełni ob­ra­zu bra­ko­wa­ło tylko za­sie­ków i pola mi­no­we­go. Choć tego dru­gie­go nie mo­głem wy­klu­czyć.

Straż­ni­cy ob­rzu­ci­li mnie po­dejrz­li­wym spoj­rze­niem. Jeden z nich zbli­żył się ostroż­nie.

– Pizza dla panów po­słów. – Wska­za­łem torbę za­mo­co­wa­ną z tyłu. – Jesz­cze cie­pła – do­da­łem zgod­nie z po­le­ce­niem Iksa.

Straż­nik był chudy i miał wy­łu­pia­ste oczy. Tak wy­łu­pia­ste, że gdy po­chy­lił się do mnie, byłem pe­wien że pa­trzy nie tylko na wska­za­ną torbę, ale ma też na oku sto­ją­cych za szla­ba­nem ko­le­gów.

– Hasło! – szep­nął, co przy­ją­łem z ulgą. Do tej chwi­li nie byłem pe­wien, czy uda się do­stać na teren. Naj­wy­raź­niej jed­nak Iks na­praw­dę pa­no­wał nad sy­tu­acją.

– Jeden jest kot, co mru­czy na­le­ży­cie – od­szep­ną­łem, ledwo ru­sza­jąc usta­mi.

– Wiel­ka jest ręka, która go głasz­cze. – Ski­nął głową i od­wró­cił się do resz­ty. – W po­rząd­ku, puść­cie go!

Chwi­lę póź­niej pę­dzi­łem już z pełną mocą ma­leń­kie­go sil­nicz­ka pod dom po­sel­ski. Przy wej­ściu kiw­ną­łem por­tie­ro­wi i pew­nym kro­kiem ru­szy­łem scho­da­mi na pierw­sze pię­tro. To za­baw­ne, jak łatwo cha­rak­te­ry­stycz­ny strój i pu­deł­ka z cia­stem po­tra­fią uśpić ludz­ką czuj­ność. Zna­la­złem wła­ści­we drzwi, upew­ni­łem się, że nikt mnie nie widzi i wśli­zgną­łem do środ­ka.

Scho­wek przy­wi­tał mnie ciem­no­ścią i sto­ją­cym na środ­ku wóz­kiem, z któ­re­go sprzą­tacz­ka nie wy­la­ła wody. Do­sta­łem za­tę­chłym mopem w twarz i chlu­snę­ło mi na buty. Do­pie­ro wtedy wy­ma­ca­łem włącz­nik. Nie­wiel­ka, goła ża­rów­ka roz­ża­rzy­ła się tuż nad moją głową. Zna­la­złem ręcz­ni­ki i do­pro­wa­dzi­łem się do po­rząd­ku. Obok ręcz­ni­ków le­ża­ła słu­chaw­ka, taka z mi­kro­fo­nem i ka­blem zwi­nię­tym w sprę­żyn­kę, który po­wi­nien zni­kać pod koł­nie­rzem. Ta, którą miał dla mnie zo­sta­wić Iks. Po­ło­ży­łem kar­to­ny na wol­nej półce. Zdją­łem czer­wo­ną kurt­kę i po­pra­wi­łem znaj­du­ją­cą się pod nią ma­ry­nar­kę.

Prze­cze­sa­łem włosy, ode­tchną­łem i do­pie­ro wtedy za­in­sta­lo­wa­łem ze­staw.

– Je­steś! – przy­wi­tał mnie pi­skli­wy gło­sik Iksa.

– Zgod­nie z pla­nem – mruk­ną­łem. – Co dalej?

– Wi­dzisz pudło na buty? Po­win­no stać na naj­wyż­szej półce, na lewo od drzwi.

– Jest! – po­twier­dzi­łem, się­ga­jąc po nie.

– W środ­ku jest twoja broń.

Brzmia­ło to do­brze, ale wy­glą­da­ło zu­peł­nie ina­czej.

– To mi­kro­fon! – po­wie­dzia­łem roz­cza­ro­wa­ny.

– Zga­dza się – po­twier­dził za­do­wo­lo­ny głos Iksa w słu­chaw­ce. – Jest też iden­ty­fi­ka­tor. Przy­pnij go w wi­docz­nym miej­scu. Gdy wyj­dziesz na ko­ry­tarz, nieś mi­kro­fon w ręce, przed sobą. Jeśli ktoś zwró­ci na cie­bie uwagę wy­ce­luj w niego i przy­spiesz.

– Co to da?

– Sam zo­ba­czysz! Pa­mię­tasz, gdzie masz teraz iść? W drogę, panie Darek!

Ru­szy­łem więc. Zej­ście do pod­zie­mi, tych kon­kret­nych, gdzie we­dług in­for­ma­cji zdo­by­tych przez Iksa miał być za­in­sta­lo­wa­ny emi­ter, znaj­do­wa­ło się w zu­peł­nie innym bu­dyn­ku. To nie uła­twia­ło za­da­nia, ale cóż… do ła­twych zadań nikt mnie nigdy nie wy­naj­mu­je. Taka praca.

Sze­dłem pew­nym kro­kiem, cha­rak­te­ry­stycz­nym dla czło­wie­ka, który nie zna­lazł się w danym miej­scu przy­pad­ko­wo i do­brze wie, dokąd zmie­rza. Z pla­kiet­ką na pier­si i czar­nym, bez­prze­wo­do­wym prze­twor­ni­kiem z cha­rak­te­ry­stycz­ną ku­li­stą gąbką, po­ni­żej któ­rej za­mo­co­wa­ne było logo zna­nej sta­cji te­le­wi­zji in­for­ma­cyj­nej.

Skrę­ci­łem w od­no­gę ko­ry­ta­rza, gdzie kilku męż­czyzn w gar­ni­tu­rach stało po­grą­żo­nych w ci­chej roz­mo­wie. Moje nagłe po­ja­wie­nie się wy­raź­nie ich skon­ster­no­wa­ło. Naj­wyż­szy, któ­re­go męt­nie ko­ja­rzy­łem z prasy lub te­le­wi­zji, po­sta­no­wił w jakiś spo­sób za­re­ago­wać. Uniósł dłoń i otwo­rzył usta. Jego su­ro­wa, aro­ganc­ka mina su­ge­ro­wa­ła kło­po­ty.

– Zrób to! – pi­snął mi do ucha Iks.

Płyn­nie unio­słem dłoń z mi­kro­fo­nem i przy­spie­szy­łem, uśmie­cha­jąc się głup­ko­wa­to. Ten uśmiech był od­ru­cho­wy, ale naj­wy­raź­niej świet­nie pa­su­ją­cy do ca­ło­ści. Sy­tu­acja zmie­ni­ła się mo­men­tal­nie. Męż­czyź­ni spu­ści­li głowy i roz­pierz­chli się w po­pło­chu. Naj­wyż­szy wy­trzy­mał naj­dłu­żej. Mia­łem do niego ja­kieś dzie­sięć kro­ków, gdy jego twarz za­czę­ła się zmie­niać. Zbladł i prze­wró­cił ocza­mi, wy­raź­nie wal­cząc z ogar­nia­ją­cym go, ir­ra­cjo­nal­nym lę­kiem.

Osiem kro­ków. Za­mknął usta i opu­ścił dłoń.

Pękł przy sze­ściu. Od­wró­cił się na sztyw­nych no­gach i za­czął od­da­lać truch­tem w prze­ciw­nym kie­run­ku.

– Fa­scy­nu­ją­ce – szep­ną­łem pół­gęb­kiem. – Boją się mi­kro­fo­nu.

– Nie mi­kro­fo­nu, tylko pytań – wy­ja­śnił Iks. – To w końcu po­li­ty­cy. Zwy­kła proś­ba o po­da­nie na­zwi­ska może ich do­pro­wa­dzić do omdle­nia lub nie­kon­tro­lo­wa­ne­go sło­wo­to­ku.

– Oni tak wszy­scy?

– Nie. Mu­sisz uwa­żać na rzecz­ni­ków pra­so­wych.

– Ci są kom­pe­tent­ni?

– By­naj­mniej! – par­sk­nął jak­bym opo­wie­dział dow­cip. – Sta­ra­my się po pro­stu aby mi­kro­fon im się do­brze ko­ja­rzył… Wpro­wa­dzo­no nie­daw­no eks­pe­ry­men­tal­ną tresu… szko­le­nie eks­pe­ry­men­tal­ne. Mniej­sza o to! – Spo­waż­niał. – Kon­ty­nu­uj­my.

Kon­ty­nu­owa­li­śmy więc. Ko­ry­ta­rze, scho­dy, ścież­ka, ko­lej­ny bu­dy­nek. Co rusz na­tra­fia­łem na po­li­ty­ków. Po­je­dyn­czo, w pa­rach i gru­pach. Za każ­dym razem unie­sio­ny mi­kro­fon to­ro­wał mi drogę. To było nawet za­baw­ne. Do czasu. Od wej­ścia do pod­zie­mi dzie­li­ły mnie le­d­wie dwa po­zio­my, czte­ry za­krę­ty i kil­ka­dzie­siąt me­trów, gdy spra­wy nagle się skom­pli­ko­wa­ły.

– Tam jest! – Roz­le­gły się głosy w ko­ry­ta­rzu przede mną i zza win­kla wy­sko­czy­ło dwóch straż­ni­ków. Wy­ce­lo­wa­łem w nich mi­kro­fon, a oni się­gnę­li do kabur.

– Chodu! – ryk­nął mi do ucha Iks.

Zro­bi­łem w tył zwrot i po­pę­dzi­łem w kie­run­ku wind.

– Nie tędy! – za­pisz­cza­ła słu­chaw­ka. – W lewo!

Skrę­ci­łem więc w lewo. W samą porę, bo od wind biegł ko­lej­ny straż­nik w to­wa­rzy­stwie dwóch cy­wi­li w gar­ni­tu­rach.

– Od­kry­li nas! – go­rącz­ko­wał się Iks – Klę­ska, po­raż­ka. W prawo! Tra­ge­dia, ko­niec…

– Żaden ko­niec! – wark­ną­łem zdy­sza­ny. – Pro­wadź naokoło, od­cią­gnij­my ich. Potem wy­myśl jakiś skrót. Wy­ko­nam za­da­nie.

Niech nie zmyli was moja bo­ha­ter­ska po­sta­wa. Prze­ma­wia­ła prze­ze mnie nie­chęć do od­da­nia za­licz­ki i pra­gnie­nie zo­ba­cze­nia ko­lej­nych zer na moim kon­cie po wy­pła­ce­niu ca­łe­go ho­no­ra­rium. Ro­zu­mie­cie, upa­trzy­łem już sobie mo­to­cykl w mod­nym sa­lo­nie i na­praw­dę nie chcia­łem z niego re­zy­gno­wać.

– Panie Darek, idą po mnie! – Iks sta­rał się opa­no­wać, ale przy­cho­dzi­ło mu to z tru­dem. Po chwi­li pi­snął i gdy się ode­zwał, zda­wało się, że pa­nu­je nad sy­tu­acją. – Mam plan! Chwil­kę, muszę się tylko prze­mie­ścić… Po­trze­bu­ję kilku minut, pro­szę nie dać się zła­pać!

Za­milkł, gdy mi­ja­łem  grupę zdez­o­rien­to­wa­nych po­słów. To była świet­na oka­zja. Kil­ka­na­ście osób wy­cho­dzą­cych z ja­kie­goś ze­bra­nia. Męż­czyź­ni i ko­bie­ty. Stło­cze­ni w wą­skim ko­ry­ta­rzu przy wyj­ściu z nie­wiel­kiej sali. Unio­słem w górę mi­kro­fon i wrza­sną­łem:

– Mam kilka pytań o re­for­mę! – A potem za­czą­łem nim ce­lo­wać w przy­god­ne osoby.

Wy­bu­chła pa­ni­ka. Lu­dzie pró­bo­wa­li biec w kilku kie­run­kach naraz. Nie­któ­rzy się tra­to­wa­li. Inni od­bi­ja­li głu­cho od ścian. Ja­kiejś ko­bie­cie wy­trą­co­no z rąk po­jem­nik z sa­łat­ką. Ktoś wrzesz­czał o su­we­re­nach. Ktoś inny krzy­czał, że rząd ma rację, że to czy­jaś wina. Wresz­cie do­strze­gli, z któ­rej stro­ny jest za­gro­że­nie i rzu­ci­li się do uciecz­ki w kie­run­ku prze­ciw­nym. Jak fala przy­bo­ju, zwa­la­jąc przy tym z nóg po­dą­ża­ją­cą moim śla­dem pogoń. To mu­siał być pięk­ny widok, lecz nie dane mi było go oglą­dać. Bie­głem już bo­wiem od­no­gą ko­ry­ta­rza, od­da­la­jąc się od zgieł­ku i prze­kleństw.

Drzwi, scho­dy, ko­ry­ta­rze. Wkoło zro­bi­ło się pu­ściej. Wresz­cie nikt mnie nie gonił ani nikt przede mną nie ucie­kał. Mo­głem przy­sta­nąć, oprzeć się o ścia­nę, pró­bo­wać zła­pać od­dech… Wy­sze­dłem z wpra­wy. Stra­ci­łem formę. Sfla­cza­łem. Naj­chęt­niej zwa­lił­bym winę na pysz­ne obia­dy go­to­wa­ne przez żonę, ale nie byłem jesz­cze aż tak ża­ło­sny. Po­tra­fi­łem się przy­znać do zwy­kłe­go le­ni­stwa. „Le­ni­stwo po­żyw­ką pro­kra­sty­na­cji!” – taki cytat po­wi­nie­nem sobie po­wie­sić nad łóż­kiem. Kto wie, może by mnie do cze­goś zmo­ty­wo­wał, zanim za­czął­bym go igno­ro­wać?

– Panie Darek, panie Darek! – Sy­gnał był słaby i pełen za­kłó­ceń. Bez pro­ble­mu jed­nak roz­po­zna­łem głos Iksa.

– Je­stem – po­wie­dzia­łem, roz­glą­da­jąc się czuj­nie. Wciąż ni­ko­go nie było w po­bli­żu.

– Służ­by prze­cze­su­ją bu­dy­nek. Szu­ka­ją pana… – Za­milkł na chwi­lę, a potem, z wy­raź­nym wa­ha­niem po­wie­dział: – Mam pe­wien plan, ale…

Cze­kał, żebym się ode­zwał, albo po pro­stu wciąż nie był pe­wien, czy do­brze robi. Może roz­wa­żał jesz­cze wszyst­kie za i prze­ciw. W końcu pod­jął de­cy­zję.

– Będę mu­siał zła­mać wszyst­kie za­sa­dy i po­ka­zać panu coś, czego nikt z pana ga­tun­ku nie po­wi­nien wi­dzieć. Ro­zu­mie pan? Coś, o czym nigdy ni­ko­mu nie bę­dzie pan mógł po­wie­dzieć, nawet po­mi­mo obu­rze­nia, jakie nie­wąt­pli­wie to u pana wy­wo­ła.

– Czy to coś bar­dziej obu­rza­ją­ce­go niż roz­myśl­ne ogłu­pia­nie ludzi? – spy­ta­łem, ście­ra­jąc pot z czoła. Od­dech mi się po­wo­li uspo­ka­jał.

– Oba­wiam się, że tak.

– Czy­tał pan re­wers mojej wi­zy­tów­ki? – Sta­ra­łem się być po­waż­ny.

– Nie – przy­znał. – Zna­la­złem ogło­sze­nie w in­ter­ne­cie.

– Jest tam na­pi­sa­ne, że za­pew­niam bez­wa­run­ko­wą dys­kre­cję, o ile klient roz­li­czy się zgod­nie z umową.

– Aha. A czemu nie było tego w ogło­sze­niach w sieci?

– Limit zna­ków – mruk­ną­łem.

Nie chcia­łem przy­znać, że przez roz­tar­gnie­nie nie wkle­iłem ca­łe­go tek­stu. Komuś wy­glą­da­ją­ce­mu jak czi­ła­ła?

– Do­brze! – ode­tchnął. – Po­kie­ru­ję pana, ale pro­szę przy­go­to­wać się na szok. To może pana zdru­zgo­tać, ale jest nie­zbęd­ne byśmy przedar­li się do celu. Mu­si­my się po­śpie­szyć, bo wkrót­ce nawet ten for­tel na nic nam się nie zda. Go­to­wy?

– Od otrzy­ma­nia za­licz­ki!

– Zatem bie­giem pro­sto. To­a­le­ta po lewej stro­nie. Trze­cia ka­bi­na. Pro­szę za­blo­ko­wać drzwi.

Do­tar­łem tam po mi­nu­cie.

– Niech pan za­krę­ci rolką pa­pie­ru i na­ci­śnie dwa razy spłucz­kę – usły­sza­łem dal­sze in­struk­cje.

– Pod­nio­sła się klapa se­de­su. Mruga tam ja­kieś świa­teł­ko – za­mel­do­wa­łem.

– Świet­nie! – po­chwa­lił Iks. – Teraz pro­szę wy­re­cy­to­wać pierw­szą li­nij­kę hitu Zenka o oczach zie­lo­nych.

– Coś pan?

– Re­cy­tuj!

Po sło­wie „osza­la­łem” klapa opa­dła, a cała ka­bi­na wy­ko­na­ła ślizg i obrót. Nie byłem na to go­to­wy, więc po­le­cia­łem na ścia­nę, od­bi­łem się i wy­lą­do­wa­łem tył­kiem na musz­li.

– Pro­szę od­ry­glo­wać drzwi i pro­sto, potem pierw­sza w lewo. – Głos w słu­chaw­ce był wy­raź­niej­szy.

Ko­ry­tarz nie przy­po­mi­nał tych, któ­ry­mi prze­miesz­cza­łem się do tej pory. Gład­kie, po­ły­sku­ją­ce me­ta­licz­nie ścia­ny. Taka sama pod­ło­ga i sufit. Pod­wie­szo­ne pod nim ga­zo­we świe­tlów­ki da­wa­ły blade świa­tło. W jed­nej na­wa­lał star­ter i mru­ga­ła iry­tu­ją­co. Wbrew moim oba­wom kroki nie od­bi­ja­ły się echem. Nie mu­sia­łem się nawet wy­si­lać. Dziw­ne pod­ło­że wy­da­wa­ło się po­chła­niać dźwię­ki. Wkrót­ce skrę­ci­łem, jak kazał Iks i do­tar­łem do sze­ro­kich, sta­lo­wych drzwi. Nie miały żad­nej klam­ki ani zamka.

– Trzy­maj się panie Darek, otwie­ram!

Po jego sło­wach oba skrzy­dła roz­su­nę­ły się bez­sze­lest­nie, uka­zu­jąc pa­nu­ją­cą we­wnątrz ciem­ność. Prze­szedł mnie dreszcz nie­po­ko­ju, ale zaraz usły­sza­łem znów głos Iksa. Tym razem nie w słu­chaw­ce, a z mroku przed sobą.

– Niech pan wej­dzie i po­sta­ra się to jakoś przy­swo­ić.

Nie py­ta­łem już o nic, tylko po­stą­pi­łem do przo­du. Gdy tylko moja noga prze­kro­czy­ła próg, wy­so­ko w górze roz­pa­li­ły się ja­rze­niów­ki. Ko­lej­ne i ko­lej­ne, oświe­tla­jąc długi han­gar za­sta­wio­ny…

– Ożeż ty w mordę! – wy­rwa­ło mi się.

Po­miesz­cze­nie wy­peł­nio­ne było ku­kła­mi ludzi. Sto­ją­cy­mi na bacz­ność, nie­ru­cho­mo, w rów­nych rzę­dach. Po kilka eg­zem­pla­rzy tych sa­mych twa­rzy. Ko­bie­ty i męż­czyź­ni. W sek­to­rach opi­sa­nych jak dzia­ły w su­per­mar­ke­cie. „Byli mi­ni­stro­wie”, „człon­ko­wie niż­sze­go szcze­bla”, „człon­ko­wie wyż­sze­go szcze­bla”, „przy­szli mi­ni­stro­wie”, a nawet „kozły ofiar­ne”.

Z prze­ra­że­niem od­kry­łem, że część twa­rzy znam.

– To su­ro­ga­ci – wy­ja­śnił Iks. – Pro­szę się jed­nak nie stre­so­wać. Każdy z nich ma od­po­wied­nik w żywym czło­wie­ku. Wa­run­kiem ich ist­nie­nia jest ist­nie­nie pier­wo­wzo­ru.

– Ale…

– To kopie na uży­tek wła­sny, do­pusz­czal­ne przez ga­lak­tycz­ne prawo. Mo­że­my je po­sia­dać, jeśli ist­nie­je ory­gi­nał. W wy­pad­ku utra­ty ory­gi­na­łu kopie muszą zo­stać znisz­czo­ne. Jasne?

– Ale…

– Miał się pan trzy­mać za­da­nia – burk­nął z urazą. – Su­ro­ga­ci nie są au­to­no­micz­ni, nie mogą sami się po­ru­szać. Pro­szę na mnie spoj­rzeć. W tej for­mie nie mogę się prze­cież po­ka­zać pu­blicz­nie, praw­da? A ja jesz­cze je­stem przy­stoj­ny. – Mru­gnął do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo. – To dla nas bar­dzo ko­rzyst­ne. Ory­gi­nał wy­sy­ła­my na urlop, a sami sia­da­my za ste­ra­mi jego kopii. Po­zwa­la nam to le­piej kon­tro­lo­wać pewne kwe­stie, ale mniej­sza! To nasza szan­sa, by do­stać się do emi­te­ra.

– Prze­cież ja w to nie… – za­czą­łem wciąż sko­ło­wa­ny.

– Nie pan! – Ro­ze­śmiał się. – Ja pana prze­pro­wa­dzę, tylko mu­si­my przejść do dzia­łu pre­mium!

W rogu hali znaj­do­wa­ły się ko­lej­ne drzwi. Nad nimi, na skrom­nej ta­blicz­ce umiesz­czo­no napis VIP, a w środ­ku…

– Rany! – nie mo­głem się po­wstrzy­mać. – Prze­cież to Do­nald, a to An­drzej… Zbi­gniew i Grze­gorz obok sie­bie?

– Taki żar­cik.

– I Ry­szard…

– Wró­cił z Ma­de­ry.

– Beata prze­cież już nie­zbyt…

– To po­li­ty­ka, może się jesz­cze przy­dać. – Pod­szedł do ko­lej­nej, skry­tej nieco w cie­niu, chu­dej po­sta­ci. Zbyt cha­rak­te­ry­stycz­nej, by można mieć ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści.

– Żar­tu­jesz! – Po­krę­ci­łem głową.

– W żad­nym razie – Wy­cią­gnął z kie­sze­ni nie­wiel­kie­go pi­lo­ta i na­ci­snął przy­cisk. W ciem­no­ści za­mru­ga­ły zło­wro­gie oczy.

– Bib, bip! – po­wie­dział me­ta­licz­nie An­to­ni, po czym na jego szyi po­ja­wi­ła się cien­ka rysa.

Po chwi­li pusta głowa unio­sła się na za­wia­sie przy­twier­dzo­nym do krę­go­słu­pa, uka­zu­jąc oświe­tlo­ny fotel oto­czo­ny pul­pi­tem ste­row­ni­czym. Iks wdra­pał się tam zwin­nie i za­siadł za ste­ra­mi.

– Uru­cha­mia­ny na klu­czyk? – za­żar­to­wa­łem.

Iks jed­nak nie był w hu­mo­rze. Spoj­rzał na mnie psimi śle­pia­mi i przy­siągł­bym, że był w nich strach. A jeśli nie strach, to co naj­mniej nie­po­kój. Zro­zu­mia­łem wtedy, że Iks tylko stara się za­cho­wać po­zo­ry opa­no­wa­nia i zro­bi­ło mi się go żal.

– Niech pan nie żar­tu­je – po­wie­dział cicho. – Ak­ty­wa­cja na­stę­pu­je po wpro­wa­dze­niu ko­men­dy gło­so­wej. – Za­piął pasy, omiótł wzro­kiem ekra­ny i znów spoj­rzał na mnie – Go­to­wy?

– Go­to­wy – po­twier­dzi­łem.

– Brzo­za! – za­pisz­czał do pul­pi­tu.

An­to­ni drgnął. Za­te­le­pał się i za­mru­czał. Się­gnął rę­ka­mi i ostroż­nie umie­ścił głowę na wła­ści­wym miej­scu. Ślad łą­cze­nie znik­nął w ciągu kilku se­kund.

– Chodź­my! – po­wie­dział gło­sem zna­nym z te­le­wi­zji i ru­szył żwawo z po­wro­tem tam, skąd przy­szli­śmy.

Pierw­szych ochro­nia­rzy spo­tka­li­śmy tuż po wkro­cze­niu na głów­ny ko­ry­tarz. Na mój widok drgnę­li ner­wo­wo, ale cof­nę­li się pod zim­nym wzro­kiem An­to­nie­go. Żaden z nich nie zde­cy­do­wał się choć­by ode­zwać. Wkrót­ce ma­sze­ro­wa­li­śmy rów­nym kro­kiem, a lu­dzie scho­dzi­li nam z drogi. Nie po­trze­ba już było mi­kro­fo­nu ani pla­kiet­ki. Lekko prze­chy­lo­na głowa An­to­nie­go ob­ra­ca­ła się to w lewo, to w prawo jak radar sta­cji na­pro­wa­dza­nia ra­kiet da­le­kie­go za­się­gu. Nie było ni­ko­go, kto ośmie­lił­by się choć pod­nieść na nas wzrok. Mi­nę­li­śmy miej­sce, gdzie urzą­dzo­no na mnie za­sadz­kę i bez trudu po­ko­na­li­śmy ostat­ni od­ci­nek drogi.

Stare, za­rdze­wia­łe wrota pro­wa­dzą­ce do nie­uży­wa­ne­go schro­nu jęk­nę­ły, gdy An­to­ni na­parł na nie z całą siłą. Me­cha­nizm zgrzyt­nął i się po­ru­szył. Rdza po­sy­pa­ła się ze sko­ro­do­wa­nych za­wia­sów. Po­czu­łem za­pach stę­chli­zny i kurzu. Ty­po­wy dla nie od­wie­dza­nych od lat pod­zie­mi.

Wąski tunel o ni­skim skle­pie­niu pro­wa­dził w dół. Iks, dło­nią An­to­nie­go, prze­krę­cił ba­ke­li­to­we po­krę­tło na ścia­nie i po chwi­li stro­me scho­dy oświe­tli­ły ni­sko­wa­to­we ża­rów­ki w za­ku­rzo­nych, pan­cer­nych opra­wach. Za­czę­li­śmy scho­dzić ostroż­nie, trzy­ma­jąc się przy­twier­dzo­nej do ścia­ny po­rę­czy. Spod na­ru­szo­nych zębem czasu za­cze­pów osy­py­wał się tynk. Przy su­fi­cie bie­gły smo­ło­wa­ne kable i ja­kieś rury. To wszyst­ko spra­wia­ło, że czu­łem się nie­swo­jo. Ro­zu­mie­cie, dużo hor­ro­rów koń­czy się w ta­kich wła­śnie miej­scach. Zmu­to­wa­ne pa­ją­ki, hi­tle­row­skie zom­bie, małe, czar­no­wło­se dziew­czyn­ki w su­kie­necz­kach z lat sześć­dzie­sią­tych czy ruscy pa­sa­że­ro­wie cze­ka­ją­cy na swój wa­go­nik metra. Po­cie­sza­ją­ce było tylko to, że An­to­ni scho­dził pierw­szy. W razie pro­ble­mów da­wa­ło to tro­chę czasu na wy­ko­na­nie roz­sąd­ne­go ma­new­ru tak­tycz­ne­go.

Oczy­wi­ście wzią­łem się w garść. W samą porę, bo zaraz po­czu­łem się jak ten kot Schrödin­ge­ra. Na szczę­ście od­wrót nie był ko­niecz­ny. Na nie­szczę­ście nie był też moż­li­wy.

Po­miesz­cze­nie na dole miało osob­ny włącz­nik świa­tła. An­to­ni wy­ma­cał go, gdy sta­nę­li­śmy na nie­rów­nej, be­to­no­wej pod­ło­dze. Pstryk! Dwa­dzie­ścia pięć me­trów kwa­dra­to­wych o łu­ko­wa­tym skle­pie­niu. Chy­lą­ce się ze sta­ro­ści re­ga­ły za­sta­wio­ne wie­lo­let­nią ko­lek­cją kurzu i pa­ję­czyn. Sto­ją­ca w kącie skrzy­nia. Opar­te obok niej duże ramy, za­kry­te być może prze­ście­ra­dłem. Sa­mot­ne krze­sło na środ­ku i sto­ją­cy obok niego Lenin. Obaj z An­to­nim pod­sko­czy­li­śmy w tym samym mo­men­cie. Iks pod­sko­czył po­now­nie, gdy Lenin się ode­zwał:

– Sy­ru­sza­ni­nie IXi­nxu­xxx, do­pu­ści­łeś się ha­nieb­ne­go zła­ma­nia obo­wią­zu­ją­cych praw!

W tym samym mo­men­cie na scho­dach, za na­szy­mi ple­ca­mi, za­ło­mo­ta­ły czy­jeś kroki. Po­ja­wił się tam si­wo­wło­sy Sta­ni­sław, a zza jego ple­ców łypał młody Bar­tło­miej. Blo­ko­wa­li drogę uciecz­ki.

– W do­dat­ku wmie­sza­łeś w nasze spra­wy nie­win­ne­go czło­wie­ka! – kon­ty­nu­ował Lenin.

– Wasza eks­ce­len­cjo! – za­skom­lał Iks usta­mi An­to­nie­go, po czym padł na ko­la­na, wzno­sząc dło­nie w bła­gal­nym ge­ście. – Ja tylko…

– Ty tylko chcia­łeś skom­pro­mi­to­wać wła­dzę na­szej frak­cji i do­pro­wa­dzić do przed­wcze­snych wy­bo­rów. Na­praw­dę wie­rzy­łeś, że masz szan­sę mnie za­stą­pić?

– Mo­ment – chrząk­ną­łem. – Agent Iks wy­na­jął mnie w imie­niu Agen­cji Se­kret­ne­go Sy­riu­sza…

– ASS nie ist­nie­je, a Iks nie jest żad­nym agen­tem. – Po­krę­cił głową Lenin. – To tylko młody i am­bit­ny Sy­riu­sza­nin, który źle poj­mu­je swoją rolę we wszech­świe­cie i za­da­nia, jakie stoją przed frak­cja­mi.

– Ale… – bąk­nął Iks.

– Zbyt młody, aby po­sia­dać od­po­wied­nią wie­dzę, i zbyt am­bit­ny, aby jej brak do sie­bie do­pu­ścić. Po­dą­ża za mrzon­ką i opie­ra swoje plany na mrzon­kach.

– Trans­mi­ter nie ist­nie­je? – spy­ta­łem.

– Ist­nie­je – przy­tak­nął Lenin. – I nie widzę prze­ciw­wska­zań, abyś zro­bił z nim, co uznasz za sto­sow­ne. Naj­pierw jed­nak…

– Pro­szę o wy­ro­zu­mia­łość! – wy­ję­czał An­to­ni. – Ja na­praw­dę nic złego… To wszyst­ko dla dobra… Ja mam do­wo­dy!

– Za­milcz! – fuk­nął Lenin. – Chcia­łeś zająć moje miej­sce, a to po­waż­ne prze­wi­nie­nie. Za karę zo­sta­niesz ode­sła­ny na Sy­riu­sza i po­wtó­rzysz ostat­ni rok w ko­lo­nii ele­men­tar­nej! Na ko­niec zdasz eg­za­min i każę do­pil­no­wać, abyś tym razem nie miał moż­li­wo­ści oszu­ki­wać. Nasz świat po­trze­bu­je am­bit­nych Sy­riu­szan, nie głu­pich. Pro­gram prak­tyk na ziemi wy­ma­ga grun­tow­ne­go prze­my­śle­nia. Wy – wska­zał Iksa pal­cem – mło­dzi, macie uczyć się o zgub­nym wpły­wie igno­ran­cji, cwa­niac­twa i ego­izmu na spo­łe­czeń­stwo. Uczyć się na ludz­kich błę­dach, a nie brać z nich przy­kład. – Spoj­rzał na blo­ku­ją­cych scho­dy. – Wy­pro­wadź­cie go i ode­ślij­cie pierw­szym trans­por­tem!

– Wy­bacz! – An­to­ni spoj­rzał na mnie prze­pra­sza­ją­co. – To tylko takie nie­po­ro­zu­mie­nie. – Po chwi­li czła­pał już w górę w asy­ście mil­czą­cych su­ro­ga­tów.

Na szyi Le­ni­na po­ja­wi­ła się szpa­ra. Głowa unio­sła się z tru­dem. W sta­ro­mod­nym, wy­słu­żo­nym wnę­trzu za­sia­dał po­marsz­czo­ny jak mops ko­smi­ta w kre­mo­wym gar­ni­tu­rze i oku­la­rach.

– Przy­kro mi, panie Darku, że ta nie­for­tun­na sy­tu­acja do­pro­wa­dzi­ła do mar­no­tra­wie­nia pana czasu – po­wie­dział zmę­czo­nym, nieco skrze­kli­wym gło­sem. – Bar­dzo sza­nu­ję do­ro­bek pana ro­dzi­ny i cenię dys­kre­cję. – Ręka Le­ni­na się­gnę­ła do za­ku­rzo­nej kie­sze­ni i wy­cią­gnę­ła starą wi­zy­tów­kę. Aż mi się łza w oku za­krę­ci­ła, gdy roz­po­zna­łem na niej pięk­ne pismo dziad­ka. – Prze­pra­szam w imie­niu Iksa i swoim. – Po­stu­kał dło­nią w pul­pit. – Ten su­ro­gat był je­dy­nym, jaki jesz­cze dzia­łał w ma­ga­zy­nie od­rzu­tów, tu pod zie­mią. Nie mia­łem czasu, aby spro­wa­dzać no­we­go z góry.

– W po­rząd­ku. Lenin wiecz­nie żywy. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi. – Ro­zu­miem, że umowa…

– Oczy­wi­ście nie ist­nie­je. – Po­ki­wał głową. – Ale za­licz­kę pro­szę sobie zo­sta­wić. Niech to bę­dzie forma za­dość­uczy­nie­nia za to za­mie­sza­nie.

– A co z emi­te­rem?

– Iks czę­sto wa­ga­ro­wał i omi­jał wy­kła­dy. Szcze­gól­nie z hi­sto­rii…

– Mówił pan, że ist­nie­je – przy­po­mnia­łem.

– Na­tu­ral­nie. – Przy­tak­nął i pod­szedł do jed­ne­go z re­ga­łów.

Su­ro­gat drżał przy każ­dym ruchu, po­włó­czył no­ga­mi, przez co sie­dzą­cy w jego wnę­trzu ko­smi­ta bujał się, jakby do­sia­dał wiel­błą­da. Obaj wy­raź­nie się mę­czy­li. Od­chy­lo­na do tyłu głowa kukły spra­wia­ła upior­ne wra­że­nie. Me­cha­ni­zmy za­bu­cza­ły z wy­sił­kiem, gdy Lenin wy­cią­gał z re­ga­łu skrzy­nię. Jeden rzut oka wy­star­czył, by stwier­dzić, że le­ża­ła tu od dawna.

– Emi­ter był in­no­wa­cją. Wiele uła­twiał – po­wie­dział, prze­no­sząc urzą­dze­nie na śro­dek po­miesz­cze­nia.

Bu­cze­nie na­si­li­ło się, gdy usta­wiał ją na krze­śle. Potem cof­nął o krok i spró­bo­wał wy­pro­sto­wać. Zdo­łał do­pie­ro za dru­gim razem.

– Z bie­giem lat zre­zy­gno­wa­li­śmy jed­nak z tego pro­gra­mu. Su­ro­ga­ci oka­za­li się prak­tycz­niej­si. To chyba ostat­ni spraw­ny emi­ter na tej pla­ne­cie. – Ko­smi­ta się uśmiech­nął. – Jest pań­ski.

– Tak po pro­stu? – za­py­ta­łem z nie­do­wie­rza­niem.

– Chcę być wobec pana fair, szcze­gól­nie, że prze­su­nął się pan na pierw­sze miej­sce na­szej listy out­so­ur­cin­go­wej. Jest kilka pro­jek­tów, które za­pew­ne bę­dzie­my chcie­li zre­ali­zo­wać, ale o tym po­roz­ma­wia­my, kiedy za­rząd na­szej frak­cji za­twier­dzi je w bu­dże­cie. To może po­trwać… – Po­pu­kał w jeden z ekra­nów na pul­pi­cie – Teraz muszę pana opu­ścić, bo to tru­chło zaraz się roz­sy­pie. Trafi pan do wyj­ścia, panie Darku?

– Myślę, że tak – wy­mam­ro­ta­łem.

– Wspa­nia­le. Miło było pana zo­ba­czyć i raz jesz­cze prze­pra­szam za wszyst­ko. Mi­łe­go dnia. – Nie cze­ka­jąc na moją od­po­wiedź, od­wró­cił się i po­kuś­ty­kał chwiej­nie w kie­run­ku wą­skie­go, nie­oświe­tlo­ne­go otwo­ru pro­wa­dzą­ce­go za­pew­ne do ko­lej­nych po­miesz­czeń schro­nu.

Po­chy­li­łem się nad emi­te­rem i star­łem war­stwę kurzu. Za­rdze­wia­ły za­trzask ustą­pił po chwi­li szar­pa­nia. Pod­nio­słem wieko i sta­ną­łem jak wryty. We­wnątrz na­praw­dę był pul­pit z włącz­ni­kiem, lamp­ką kon­tro­l­ną i wskaź­ni­kiem po­zio­mu. Był też numer se­ryj­ny. Do­kład­nie tak, jak opi­sy­wał Iks. Nie zga­dza­ło się tylko jedno.

– On jest wy­łą­czo­ny! – krzyk­ną­łem w ślad za od­wró­co­ną do góry no­ga­mi łe­pe­ty­ną Le­ni­na, która ma­ja­czy­ła na gra­ni­cy mroku.

– Na­tu­ral­nie – zgo­dził się ko­smi­ta. – Od wielu lat.

– Iks mówił, że sta­cje po­mia­ro­we re­je­stru­ją…

– Ro­sną­ce zi­dio­ce­nie? – Za­trzy­mał się i od­wró­cił w moim kie­run­ku. – Igno­ran­cję, fru­stra­cję, nie­na­wiść?

Po­ki­wa­łem głową, a on się uśmiech­nął.

– To praw­da, panie Darku. Tak jest, ale prze­cież nie po­trze­bu­je pan na­szych sta­cji, aby to wie­dzieć. Wy­star­czy zaj­rzeć do wa­sze­go in­ter­ne­tu, praw­da?

– My­śla­łem, że to emi­ter… Ro­dzaj spi­sku… Ste­ro­wa­nie…

– Nie, panie Darku – wes­tchnął współ­czu­ją­co. – Nie po­trze­bu­je­cie ko­smi­tów, aby ro­bi­li z was głup­ców, świet­nie ra­dzi­cie sobie z tym sami. Do wi­dze­nia.

Za­nu­rzył się w mrok. Jesz­cze przez chwi­lę sły­chać było cich­ną­ce bu­cze­nie i szu­ra­nie nie­spraw­nych stóp, a potem za­pa­dła cisza.

Koniec

Komentarze

Czytało się nieźle, bo, nie licząc kilku błędów i usterek, opowiadanie jest napisane bardzo przyzwoicie, ale przedstawione wydarzenia ani mnie specjalnie nie zainteresowały, ani zbytnio nie rozbawiły. Surrealizmu w sejmie zdaje się być tyle, że mieszanie do tego istot z kosmosu wydaje się wrzuceniem do barszczu drugiego grzyba.

Rozumiem, że opisana sprawa jest jedną z wielu w dorobku Dariusza Omena i pewnie gdzieś są wyjaśnione jego stosunki z wilkołaczą rodziną żony, ale nie wydaje mi się, aby w tej historii, wzmianka podana na początku opowiadania czemuś służyła.

 

A zresz­tą nie ważne. –> A zresz­tą nieważne.

 

nie zna­lazł się w danym miej­scu przy­pad­ko­wo i do­brze wie, gdzie zmie­rza. –> …nie zna­lazł się w danym miej­scu przy­pad­ko­wo i do­brze wie, dokąd zmie­rza.

 

– Pro­wadź na około, od­cią­gnij­my ich. –> – Pro­wadź naokoło, od­cią­gnij­my ich.

 

Po chwi­li pi­snął i gdy się ode­zwał, zda­wał się, że pa­nu­je nad sy­tu­acją. –> Literówka.

 

Zamilkł, gdy mi­ja­łem zdez­o­rien­to­wa­ną grupę po­słów. –> Zdezorientowani byli chyba posłowie, nie grupa, więc: Zamilkł, gdy mi­ja­łem grupę zdez­o­rien­to­wa­nych po­słów.

 

Ożesz ty w mordę – wy­rwa­ł mi się. –> Ożeż ty, w mordę – wy­rwa­ło mi się.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mnie się nawet podobało. Sympatyczna przygodówka.

Lubię nabijanie się z polityków. Chociaż nie siedzę głęboko w temacie, bo wiele imion nic mi nie powiedziało.

To Jakub W. ma szwagra? ;-)

A zresztą nie ważne.

Nieważne.

dobrze wie, gdzie zmierza.

Dokąd.

Czemu nie poprawiasz błędów?

Babska logika rządzi!

Czemu nie poprawiasz błędów?

Dopiero dziś miałem czas to zrobić smiley

 

Regulatorzy, Finkla

Dziękuję i pozdrawiam!

Zapraszam: www.jacek-lukawski.pl

Dobry, polityczny surrealizm z mocnym dodatkiem fantastyki. Aluzja do Jakuba W. wyśmienita :) Choć z lekka żałuję, że to akurat humor bardziej do obecnej sytuacji niż coś z lekka ponadczasowego :)

Generalnie dobre czytadło, idealna “zagrycha” do czegoś większego.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan

Dziękuje i pozdrawiam :)

Zapraszam: www.jacek-lukawski.pl

Nowa Fantastyka