- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Tonąc w mrocznym zwierciadle duszy

Tonąc w mrocznym zwierciadle duszy

Lubią łączyć w swoich tekstach pozornie kompletnie niepasujące do siebie tematy. W tym przypadku UFO i słowiańską mitologię. Nie da się? A może jednak...

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Tonąc w mrocznym zwierciadle duszy

Tego dnia Adam biegł parkowymi alejkami trzymając się za głowę i wyjąc jak szaleniec. To wtedy uznał, że nie obędzie się bez pomocy specjalisty, że owszem, tym razem najadł się tylko wstydu, ale następnym razem mogą przyjechać po niego smutni panowie ze środkiem uspokajającym i białym kaftanem o wyjątkowo długich rękawach.

Kulił się w gęstych krzakach dysząc ciężko i ocierając pot z twarzy. Miał nadzieję, że nie widział go nikt ze znajomych. I bardzo chciał być teraz sam. Choć bał się tego.

A wszystko zaczęło się od tej cholernej sowy…

 

***

 

Marek drżał na całym ciele. Raz po raz odsłuchiwał nagrania i był coraz bardziej przerażony. Dotarło do niego, że i on kiedyś przeżył coś takiego. Do tej pory wspomnienia ukryte były w sekretnej szufladce w mózgu i zamaskowane tak, że gdyby nie dzisiejszy seans, pewnie nigdy by nie wypłynęły z głębin podświadomości.

A teraz odczuwał pierwotny, zwierzęcy strach.

 

***

 

Data seansu: 15 kwietnia 2018 roku

Pacjent: Adam Horn

Psychiatra: Marek Berger

 

 – Powiedz mi co widzisz?

 – Jestem w lesie zmierzcha. Jadę na koniu. Czuję niepokój. Mam miecz, ale nie czuję się bezpiecznie. Mam wrażenie, że jestem obserwowany, ale niczego nie dostrzegam.

 – Gdzie jedziesz i po co?

 – Jestem gońcem. Mam wieści dla księcia gnieźnieńskiego.

 – I to wtedy się to wydarzyło?

 – Tak. Wtedy.

 – Od czego się zaczęło?

 – Widzę w oddali ogniki.

 – Ktoś coś palił?

 – Nie, to nie to. To ogniki.

 – Czym są te ogniki?

 – To istoty.

 – Co to za istoty? Możesz je dokładniej opisać?

 – Nie chcę. Nie mogę. Nie chcę na nie patrzyć. Boję się. Boję…

 

***

 

Dla Adama był to zwyczajny spacer. Szedł sobie parkowymi alejami, rozkoszował się spokojem jaki go tu ogarniał, dającą poczucie bezpieczeństwa obecnością innych ludzi.

(Jest bezpiecznie, wśród ludzi jest bezpiecznie. Wtedy to się nie dzieje, jest bezpiecznie!)

Dzieciaki z dzikim piskiem uciekały swoim rodzicom i płatały im psikusy. Zakochane pary chodziły trzymając się za ręce lub siedziały na ławkach i widać było, że świat wkoło mógłby nie istnieć.

Adam im zazdrościł. U niego kiedyś też tak było. Kiedyś, kiedy było spokojnie.

Od pewnego czasu budziły go po nocach koszmary – miotał się, krzyczał i budził Alicję.

Zaczął spóźniać się do pracy, przysypiać przy biurku, podpadać szefowi. W końcu go zwolnili. AAlicja dzielnie zaciskała zęby, choć chodziła nieprzytomna ze zmęczenia.

Lecz on, jak to on, zamiast od razu iść do specjalisty – choć mu to sugerowała – faszerował się środkami uspokajającymi. Za każdym razem, gdy pomyślał o wizycie u psychiatry, jego ciało zalewały fale duszącego lęku.

(Nie wolno o tym mówić! Nie wolno! To zakazane! To sekret! Nie wolno!)

Ale wszystko ma swoje granice, w końcu odeszła…

A on, choć załamany, czuł przymus by wychodzić do ludzi. Bał się być sam w domu

 

***

 

Marek po raz pierwszy zyskał potwierdzenie na to, że reinkarnacja jest czymś prawdziwym.

To, co mówił ten niepozorny człowieczek, było tak zaskakujące, że aż zakrawało na obłęd.

A jednak nie był chory psychicznie, a jedynie skrajnie wyczerpany nerwowo.

Adam Horn, gdy przyszedł na seans, wyglądał jak kłębek nerwów z szeroko wytrzeszczonym rozbieganym spojrzeniu i rozedrganym głosem. Był to człowiek na krawędzi. Dni, godziny, lub już tylko minuty oddzielały go od bezkresnej otchłani zwanej szaleństwem.

 

***

 

Data seansu: 15 kwietnia 2018 roku

Pacjent: Adam Horn

Psychiatra: Marek Berger

 

 – Co to za istoty? Możesz mówić. Jesteś silny. Jesteś bezpieczny.

 – Dobrze. Dobrze.

 – Skąd ten lęk?

 – To zmarli. Pokutują. Nie są życzliwi.

 – Co dalej? Kontynuuj.

 – Jadę starając się tam nie patrzeć. To przynosi pecha. Jest niebezpieczne. Coś się… (Długa przerwa.) O panie, chroń mnie! (Marszczy brwi.) Chroń mnie! Nie! Nie chcę!

 – Spokojnie. Jesteś bezpieczny. Obserwuj to jakby z ukrycia.

(Oddycha głęboko, cały jest zlany potem. Powoli się uspokaja.)

 – Co zobaczyłeś?

 – Smok. Ogromny. Nie zauważył mnie. Leci z przodu. Ma błyszczące łuski. Cały mieni się kolorami. Oślepiającymi kolorami. Zawraca… Nie!

(Tężeje. Wygina się w pałąk.)

 – Jesteś spokojny. Tylko obserwujesz.

 – Tak.

 – Co cię tak przeraziło?

 – On zawrócił i… i…

(Cisza przez dłuższy czas.)

 – I?

 – Nie chcę… Nie wiem… Nie powinienem o tym mówić… To straszne! Przerażające!

 – Dlaczego?

 – Coś mi każe… coś każe milczeć.

 – Co?

 – Głos.

 – Czyj?

 – Ona… ona…

 – Kto?

 – Wiedźma. Zła. Bardzo zła. Bardzo się boję.

 

***

 

Adam zmęczył się w końcu dreptaniem alejkami i postanowił usiąść na ławce, w zacienionym miejscu. Czuł się jak starzec, choć miał dopiero czterdzieści lat. Rozregulowany zegar biologiczny i wrażenie, że z nieznanego mu powodu jego życie przemieniło się w porażkę, przygniatało jak wielki głaz, który codziennie dźwiga się na plecach.

Usiadł. Wyciągnął z kieszeni wymiętą paczkę papierosów. Zapalniczka kilka razy odmówiła posłuszeństwa.

 – Kurwa! Ja pierdolę! Działaj ty pizdo – syknął przez zęby trzęsąc się ze wściekłości, bo ostatnio nawet najmniejszy drobiazg potrafił wyprowadzić go z równowagi.

Jakaś staruszka z wnuczkiem obrzuciła go oburzonym spojrzeniem, a gdy odwzajemnił spojrzenie, oddaliła się czym prędzej ciągnąc berbecia za sobą.

Musiał wyglądać jak wariat, bo oburzenie momentalnie przeszło w strach. Od razu to poznał. Wiedział, że w przeciwnym wypadku kobiecina zapewne pouczyłaby go nie przebierając w słowach. Tym bardziej, że wyglądała mu na taką, co to nie potrafi sobie odpuścić.

Jeszcze raz zawalczył z oporną zapalniczką i tym razem się udało.

Nie lubił palenia, ale teraz przynosiło mu to ulgę, uspokajało. Wiedział, że jak tak dalej pójdzie, to pewnie wpadnie w nałóg. Ale najbardziej bał się tego, że zacznie pić na umór, byle odłączyć umysł od rzeczywistości.

Rozparł się na ławce, odchylił głowę do tyłu i wtedy zobaczył sowę…

 

***

 

Marek kazał pacjentowi położyć się na kozetce.  

Śmiertelnie znudzony, oczekując kolejnego przewidywalnego do bólu seansu, zaczął odliczać monotonnym głosem od dziesięciu do zera, co jakiś czas wplatając sugestie dotyczące tego, co Adam powinien odczuwać w danym momencie w ciele.

Robił to już tak automatycznie, że mógł sobie pozwolić na to by na parę chwil zanurzyć się myślami we wspomnieniach. A wiązały się one z Patrycją. Dobrą koleżanką, która przechodząc kryzys małżeński namówiła go tydzień temu na przyjacielską rozmowę przy drinku. Tak bardzo wczuł się w rolę pocieszyciela, że koniec końców wylądowali w łóżku, a na dziś wieczór umówieni byli na kolejną kojącą nerwy "rozmowę".

Oczyma wyobraźni znowu widział diablo zgrabną Patrycję. Jej sterczące piersi, które tak ochoczo ocierały się o jego klatę. Kruczoczarne włosy, lekko kręcone, opadające kaskadami na twarz. Pełne biodra, w które rozkosznie wgłębiały się jego palce. I ta jędrność, sprężystość, którą wyczuwał przy każdym dotyku jej ciała.

Niestety odliczanie dobiegło do końca i trzeba było skupić się na ucieleśnieniu histerii zanurzonym teraz w hipnotycznej rozlazłości.

 

***

 

Data seansu: 15 kwietnia 2018 roku

Pacjent: Adam Horn

Psychiatra: Marek Berger

 

 – Pamiętaj, że jesteś obserwatorem. Jej zakazy ciebie nie dotyczą.

 – Tak.

 – Czy to ta sama wiedźma, którą widziałeś niedawno? Ta sama istota?

 – Tak.

 – I wtedy widziałeś ją po raz pierwszy?

 – Tak.

 – Skąd się tam wzięła?

 – Mieszka w brzuchu smoka.

 – Skąd to wiesz?

 – Smok. On mnie… On zawraca. Zieje białym ogniem. Oślepiający ogień. Koń pada na bok, a ja się unoszę. I potem… jestem tam, w brzuchu smoka. Jestem przerażony. Ona tam jest. Oni tam są. One? Nie wiem. Boję się. Boję się.

 – Czym są one lub oni?

 – Kikimory. Myślę, że to one. Ale nie jestem pewien. Są dziwne i mają przerażające oczy. Ona też. Ona… ona…

 – Zwalcz strach. Co się dzieje?

 – Ona mi grzebie w głowie… Nie chcę! Nie! Nie! Nie!  

 – Spokój. Jesteś silny. Jesteś obserwatorem.

 – Ona przegląda moje wspomnienia. Mówi do mnie nie poruszając ustami. Patrzy i słyszę. Te oczy… Ma okropne oczy…

 – Opisz je.

 – Boję się, tak bardzo się boję.

 – Policzę do trzech. Strach osłabnie.

 – Tak.

 – Raz… Dwa… Trzy… Jak się czujesz?

 – Jest dobrze. Już jest dobrze. Mogę mówić.

 – Jakie są jej oczy?

(Pacjent milczy przez dłuższą chwilę głęboko oddychając.)

 – Jej oczy… jej oczy są…

 – Możesz mówić. Teraz możesz o tym mówić.

 – Kiedy patrzy na mnie, przestaję istnieć. Rozpadam się na kawałki. Może przeglądać wspomnienia. I nic nie jestem w stanie zrobić. Zapadam się i rozpływam. To takie… takie dziwne… czuję się taki nagi… Ona… ona ogląda moją duszę! To wiedźma, bardzo zła. Tak nie wolno robić! Ona mnie… Ona…

 

***

 

To była tylko sowa przesypiająca na gałęzi.

(Oczy! Ma okropne oczy! Kiedy patrzy na mnie, przestaję istnieć!)

Ale gdy ją zobaczył, wróciło do niego uczucie przerażenia. Wspomnienie czegoś nieokreślonego, ale przerażającego…

Zerwał się gwałtownie. Jęcząc i opędzając się od niewidzialnych mar biegł przed siebie zmuszając wystraszonych spacerowiczów do pospiesznego schodzenia z drogi.

Zatrzymał się za zakrętem, kilkadziesiąt metrów dalej. Zniknął z oczu ludziom, których niemal staranował i dyszał ciężko obserwując otoczenie, drżąc jak w gorączce i nerwowo wypatrując zagrożenia. Jednak nikt, ani nic go nie goniło.

Ale widział ludzi i zastanawiał się czy oni wiedzą i widzą w jakim jest stanie?

Wziął głęboki oddech, wyprostował się i ruszył przed siebie. Ale paliły go uszy. Cały czas czuł się obserwowany. I już sam nie wiedział czy to oznacza zagrożenie czy raczej, że ludzie odwracają się będąc za jego plecami i śmieją się po cichu wytykając go palcami.

Chciał sprawdzić, a jednak nie miał odwagi, bojąc się, że mógłby zobaczyć coś innego…

Szedł. Przyspieszał. Łapał się na tym, że za szybko idzie i pewnie przyciąga tym uwagę, więc zwalniał, za chwilę znowu przyspieszał bojąc się, że coś za nim idzie i go obserwuje.

Dziecko. Czyjeś dziecko. Ledwie spojrzało mu w oczy, a już się berbeciowi usteczka w podkówkę wygięły. A przecież chciał być miły i się do malca uśmiechnął.

Czy jest ze mną coś nie tak? Czy siedzi we mnie coś przerażającego? – zadawał sobie pytanie.

Spuścił głowę patrząc pod nogi i unikając ludzkich spojrzeń.

Rozwiązane sznurówki lewego buta miotały się jak podłączone do prądu dżdżownice.

Czy ludzie widzą, że ze mną coś się dzieje?

Nie chciał tego, chciał być sam, złapać oddech, uspokoić się kryjąc się przed ciekawskimi spojrzeniami, a z drugiej strony bał się zostać sam, bez świadków bo gdyby…

Ale co? Co by się miało wydarzyć?

Może to wszystko, to przerażenie, przeczulenie, te dziwne odczucia, może to tylko monodram wystawiany przez jego podświadomość?

Ale jaka jest tego przyczyna? Przecież jeszcze parę tygodni temu wiódł normalne życie.

Fakt, faktem, że jako dziecko, a potem nastolatek, miewał podobne epizody lęku i koszmarów sennych ale… ale potem to mijało, zapominał i przechodziło. A teraz trwa już tak długo i rujnuje życie…

 

***

 

Pacjent zwiotczał w charakterystyczny sposób. Wyglądał teraz jak wielki rozlazły ślimak, a jego głos był leniwy i trochę bezpłciowy.

Marek zadawał standardowe pytania, dostając niestandardowe odpowiedzi. A im bardziej zagłębiał się w temat, tym większy czuł lęk. Nie miał pojęcia, co jest tego przyczyną.

Owszem, słysząc odpowiedzi Adama był zszokowany, ale jednocześnie zaczął sobie zdawać sprawę, że nie jest to jedynie strach wywołany tym, że właśnie dowiedział się, że coś, co nie ma prawa istnieć, jednak istnieje. Był to też gęstniejący i coraz bardziej oblepiający go niepokój uświadamiający, że to, o czym słyszy, nie jest mu obce, że w pewien sposób jest z nim powiązane.

(Teraz zapominasz, zapominasz. Nie masz prawa nas pamiętać. Zapominasz.)

 

***

 

Data seansu: 15 kwietnia 2018 roku

Pacjent: Adam Horn

Psychiatra: Marek Berger

 

 – Krzywdzi cię? Czy ta wiedźma cię krzywdzi?

 – Nie, ale… tak nie wolno!

 – Już dobrze. Wzmacniam twój spokój. Raz. Dwa. Trzy. Mów dalej.

 – Małe demony wokół niej, one patrzą i mnie trzymają. Niosą gdzieś. Ona tam została, a oni mnie niosą. Mają bardzo drobne dłonie. Wcześniej tego nie czułem, to przez te jej oczy, ale odjęła mi władzę nad ciałem. Nie mogę się ruszyć. O panie! Co oni mi uczynili? Co mi zrobili?

 – Wszystko w porządku. Tylko obserwujesz. Kontynuuj.

 – Leżę. Pochyla się nade mną szara istota. Robi to. To mi się bardzo nie podoba. Bardzo. To strzyga. Czuję ukłucie. Pochyla się. A ja czuję ukłucie w rękę. Musi krew ze mnie… A te małe tylko stoją i się patrzą. Mają takie wielkie głowy…

 – Jak wygląda brzuch smoka?

 – Jest bardzo biało. Bardzo. Oślepia chwilami.

 – Coś jeszcze zwraca twoją uwagę?

 – Tracę chwile. Gubi się czas. Coś się dzieje, zaraz potem jestem w innym miejscu. Potem w innym.

 – Jak to się dzieje?

 – Jechałem na koniu i ogień smoka zaczął mnie unosić. Nagle znalazłem się przed wiedźmą. Potem zaczęły mnie nieść te małe demony i pojawiłem się przed strzygą, co mi krew… Czas się rwie i gubi…

 – Co się dzieje po strzydze?

 – Urwał się czas. A potem… Nie… Nie chcę… Robią to by miała ze mną potomka… Nie chcę tego widzieć…

 – Mów. Jesteś obserwatorem. Tylko patrzysz i relacjonujesz. Mów dalej.

 – Leżę. A na mnie dziwna kobieta, sukub. Jest naga. Ma szare ciało. Wygląda jak ludzkie. Piękne kształty, tylko ten okropny kolor skóry i kwaśny odór. Tam w ogóle dziwnie śmierdzi.

 – Czym?

 – Jakby coś nieświeżego. Jakby się w tym brzuchu coś psuło.

 – Co się dzieje?

 – Ona mnie… ona mnie… Robi to ze mną. Nie chcę tego, jest szkaradna.

 – Mówiłeś, że ma piękne ciało.

 – Tak, ciało jest piękne. Ale dziwnie pachnie i…

 – I?

 – To nie jest człowiek, to nie kobieta. To sukub.

 – Kontynuuj.

 – Ma straszną twarz. Trupią. Nieruchomą. I oczy, przerażające jak u wiedźmy. Staram się nie patrzyć w jej oczy. Są prastare. Jest przerażająco stara. Ale ma młode ciało.

 – Co dalej?

 – Znowu jestem się na koniu. Jadę. Nade mną sowa na gałęzi. Pohukuje. Dziwne…

 – Co jest dziwnego?

 – Przed chwilą zmierzchało, a teraz jest noc. Czarno wszędzie. Powinienem już dawno siedzieć przy ognisku i czekać brzasku.

 – Czemu to jest dziwne?

 – Bo zginął gdzieś czas.

 – Jak to, nie pamiętasz smoka, wiedźmy?

 – Teraz pamiętam. Ale jak jadę… jechałem… jadę…

 – Tak, jedziesz. Bądź tam. Relacjonuj co się dzieje.

 – Jadę i nie pamiętam co się stało z czasem. Tylko ta dziwna sowa. Przeraża mnie. Zaraz… jej tu nie ma. To nie sowa… Ale nie pamiętam… Nie, to sowa… To jednak sowa… Nic nie rozumiem. Co się ze mną dzieje? Musi być, że jakowaś zła istota mnie obserwuje i myli tropy. Boję się.

 – Jadąc lasem nie pamiętasz, co miało miejsce, czy później ci się przypomni?

 – Tak. Teraz spoczywam w grodzie, ale to wracało. Gdym dojechałem, wracało. Po trochu.

 – Czy twoi współplemieńcy widywali to, co ty?

 – Tak. Smok. Wiedźma. Czasami strzyga i sukub. Czasami inne złe. Też tracili pamięć, a potem wracało to do nich. Wracało.

 – Czyli wtedy po raz pierwszy się zetknąłeś z tymi istotami.

 – Tak. Z tymi tak. Wcześniej, przez wiele narodzin i śmierci wcześniej, były inne. A teraz te.

 – Dobrze, wyjdź teraz z tego życia i niech twoja dusza wróci do aktualnego wcielenia, do chwili, gdy zdarzyło ci się to po raz ostatni.

 – Tak, to miało miejsce tydzień temu.

 

 ***

 

Gdy się uspokoił, Adam postanowił, że tym razem zaszło to wszystko za daleko.

Cokolwiek się z nim nie działo, wymagało to pomocy specjalisty.

Usiadł na ławce i zapalił papierosa. Ocierając ściekający z czoła pot, z oczyma łzawiącymi od szczypiącego dymu, zaczął szukać w smartfonie kontaktu do kogoś, kto mógłby mu pomóc.

Tym kimś mógł być jedynie psychiatra.

Znalazł. Wybrał numer.

 

***

 

Mimo rozstrojonych nerwów, Marek starał zachować profesjonalnie. Chwycił szklankę zimnej wody, wypił zawartość, wziął głęboki oddech i kontynuował seans.

Choć nie było to łatwe musiał zdusić w sobie narastający strach. Zapanować nad głosem zbaczającym w lekkie rozedrganie. Powstrzymać się od nerwowego pochrząkiwania, którego tak bardzo się wstydził w latach szkolnych, a zwłaszcza przed ważnymi egzaminami.

A jednak ostrze rozdygotania wwiercało się w głąb jego duszy krusząc latami ugruntowywane struktury spokoju. Choć z tym walczył, to w jego analitycznym, stonowanym umyśle pojawiały się małe pęknięcia, które z każdą kolejną wypowiedzią pacjenta, pogłębiały się tworząc pajęczynę – jego umysł był teraz jak człowiek stojący na cienkim lodzie, który trzeszcząc i coraz bardziej pękając utwierdza w przekonaniu, że za moment wpadnie się w lodowatą otchłań, i że stamtąd nie będzie już powrotu…

 

 ***

 

Data seansu: 15 kwietnia 2018 roku

Pacjent: Adam Horn

Psychiatra: Marek Berger

 

 – Wejdź w te wspomnienia. Jesteś tam teraz.

 – Jadę samochodem. W odwiedziny do mamy. Jest piękna pogoda. Słońce. Bezchmurne niebo. Błękitne. Jest pięknie. Jadę, słucham muzyki, mam dobry humor i…

 – I?

 – Widzę te świetliste kulki. One lecą równo ze mną. Wyglądają jak małe ogniki, jak z filmu fantasy, wiesz, te co nimi czarownice miotają. Boję się. Czuję, że będzie działo się coś, czego nie chcę. Zawsze jak je widzę, to dzieje się coś czego nie chcę. Ale nie pamiętam co. Boję się.

 – Zachowaj spokój. Opowiadaj o tym jakbyś oglądał film. Jesteś widzem i jesteś bezpieczny.

 – Tak.

 – Co dalej?

 – Widzę wielki cień. I robi się tak strasznie jaskrawo. Takie oślepiające światło. I… O Boże!… Ja się wznoszę. To światło unosi mnie do góry. I… zginął mi czas! Jestem teraz w tym, co było nade mną. Jestem tego pewien, że w tym jestem.

 – Co było nad tobą?

 – Źródło światła.

 – Czym było?

 – To pojazd.

 – Pojazd?

 – Tak, w tym do nas przybywają.

 – Jak jest w środku?

 – Biało. Przeraźliwie biało i chwilami oślepiająco. W środku czuć czymś nieświeżym, trochę jakby zjełczałym serem. I taki kwaskowaty odór. Ale to od nich i od niej.

 – Kogo widzisz?

 – To obcy. Porwali mnie. Stoją wkoło i się patrzą. A ja nie mogę się ruszyć. I teraz ona. Jest znacznie wyższa. I ma takie oczy… Czyta we mnie… Przerażające pradawne spojrzenie i tam jest wszechwiedza… Słyszę jej głos w głowie. Uspokaja. Mówi, że to tylko badania i żebym się nie bał. Ale ja się boję.

 

***

 

Oglądając w domu kopię nagrania, Adamem aż trzęsło z przerażenia, ale nie mógł go wyłączyć, nie chciał, choć przypominał sobie, co się działo. Bolesne wspomnienia wracały napływając odzierającymi z godności falami. Panika brutalnie pozbawiała go człowieczeństwa przemieniając w rozdygotane, robiące pod siebie zwierzątko. Już nie był sobą, był atawistyczną wolą przetrwania w najczystszej postaci. Zupełnie jakby on, Adam Horn, umarł na chwilę jako człowiek. Jakby przestał istnieć.

Myśl, która go wtedy dopadła, że być może zabierają go stąd na zawsze i że na wieczność będzie ich sparaliżowanym obiektem laboratoryjnych badań (pewnie bolesnych…), sprawiła, że zalała go otępiająca fala smutku. Już nic nie miało sensu. Wszystko, co dobre odeszło.

To takie poniżające by być w kleszczach tych dziwnych stworzeń, być spętanym ich wolą, niezdolnym by się poruszyć i wiedzieć, że dalszy los zależy tylko i wyłącznie od nich.

A przecież powinien decydować o sobie. Nie mieli prawa mu tego robić.

(Mamy prawo. Prawo jest nasze.)

 

***

 

Data seansu: 15 kwietnia 2018 roku

Pacjent: Adam Horn

Psychiatra: Marek Berger

 

 – To ta, co w dawnych czasach była wiedźmą?

 – Tak, ta sama. Dlatego wiem, że skądś ją znam. Nawet jak mi się pierwszy raz w dzieciństwie objawiła. Wtedy też wiedziałem, że ją znam, choć to było takie dziwne, bo przecież pierwszy raz… pierwszy raz widziałem…

 – Wróć do tego, co się dzieje, gdy ją widzisz.

 – Ona mi rozbiera tym wzrokiem… ona mi duszę na kawałki… ogląda moje wspomnienia, uczucia, wszystko… To takie bezduszne, nawet najintymniejsze chwile i przeżycia. Tak bezdusznie sobie bierze i ogląda… To takie okropne! Nie ma prawa! Krzyczę jej to. Ale słyszę tylko w głowie rozbawioną odpowiedź: 'Mam prawo'. To jest poniżające! Przerażające!

 

 ***

 

Kiedy Marek słyszał te słowa, dreszcze przerażenia jak szalone przebiegały mu po plecach, lecz najgorsze było wtedy jeszcze przed nim. W pewnym momencie zadał pytanie o to, kiedy po raz pierwszy dusza obecnego Adama Horna spotkała te istoty – w odpowiedzi uzyskał informację, że w jednym z pierwszych wcieleń pacjent był kapłanką w starożytnym Egipcie. Było to tuż po tym jak odkrył, że w przeciągu wielu różnych wcieleń dusza badanego wcielała się w ciała ludzi, którzy regularnie mieli styczność z przybyszami. Podczas badania wspomnień z dzieciństwa, dowiedział się od Adama, że choć po raz pierwszy widział istotę pozaziemską rodzaju żeńskiego, którą w jednym z wcieleń nazwał "wiedźmą", to mimo wszystko wiedział, że skądś ją zna. A na logikę biorąc, nie miał prawa. Marka zaintrygował ten paradoks i dopytując się o to wrażenie, usłyszał o poprzednich życiach badanego.

Pierwszym wcieleniem, w którym ów spotkał tę istotę, były czasy, gdy był gońcem wysłanym z ważnymi wieściami do księcia gnieźnieńskiego. A były to czasy, gdy chrześcijaństwo nie zdołało jeszcze zagarnąć tych ziem we władanie.

Jednakże, ku jego zdziwieniu, okazało się, że styczność z różnego rodzaju obcymi, dusza badanego miała jeszcze w wielu wcześniejszych wcieleniach.

Gdy pod koniec sesji zaczął drążyć wątki z życia egipskiej kapłanki, dowiedział się czegoś, co całkowicie zburzyło jego światopogląd i podejście do wszystkich religii i bóstw jakie ludzie kiedykolwiek czcili. Prawda była tak przerażająca, że wyprowadzał pacjenta z transu w stanie mocnego roztrzęsienia. Dygotał, pocił się i głos mu drżał z przejęcia.

Gdy później chciał odtworzyć tę część nagrań, by jeszcze raz to wszystko usłyszeć, by upewnić się, że nie były to jakieś chore urojenia, okazało się, że dziwnym trafem sprzęt rejestrujący przestał działać i egipski wątek się nie nagrał…

(Tajemnica. Zakazane. Nie wolno. Zakazane! Zakazane!)

 

 ***

 

Data seansu: 15 kwietnia 2018 roku

Pacjent: Adam Horn

Psychiatra: Marek Berger

 

 – Uspokój się. Jesteś widzem. I tak się czując opowiedz, co dalej.

 – Znika. Czas się urywa. Gubi. Jestem nagle na… na czymś leżę i pochyla się nade mną inny obcy. Podobny do niej, ale inny. Pochyla się. Pobiera krew. Potem… wsuwa mi coś przez nos. Boli. Krzyczę. Czas się urywa. Nie ma już badania. Jestem teraz bardzo podniecony, choć nie chcę być, bo to wbrew mojej woli. Tak naprawdę to jestem przerażony i czuję obrzydzenia, ale moje ciało wbrew mnie jest podniecone jak nigdy. I… Boże… ona mnie gwałci… To gwałt, rozumiesz? Gwałt! Nie mają prawa!

 – Spokojnie. To obraz w twojej głowie. Niech będzie ci obojętny. Czemu to robią?

 – Tworzą hybrydy. Mieszają geny. Nie wiem czemu, ale to dla nich cholernie ważne, aby do zapłodnienia dochodziło w sposób naturalny. To coś związane z duszą, układem gwiazd, energiami kosmosu. Takie myśli mi wciskają do głowy, kiedy chcę wiedzieć dlaczego mi to robią. A ona… ma boskie ciało, jak modelka, ale jest szare i ma kwaskowaty zapach. Drażni mi nos. I ta jej twarz. Dziwna. Przerażająca. Po części ludzka, a po części taka, jaką oni mają. Ale najgorsze są oczy…

 – Czy to taka sama istota jak ta, o której mówiłeś w innym życiu, że jest sukubem?

 – Tak, ta sama. Oni mi wyjawili przy innym uprowadzeniu, że podróżują między wymiarami oraz w czasie. Pielęgnują nas. Kształtują. Oni nas… o mój Boże, teraz pamiętam, oni nas…

 – Powiedz.

 – Nie mogę. To zabronione! To zabronione! Nie mogę!

(Pacjent wygina się w łuk i dostaje drgawek. Przez dłuższy czas go uspokajam.)

 – A teraz znowu jesteś bardzo spokojny. Powiedz dlaczego nie możesz?

 – Nie. Skończ ten temat. Nie mogę. Zabronione!

 – Hm, dobrze, zostawmy to na razie. To teraz cofnij się do najwcześniejszego wcielenia. Wróć do chwil, gdy byłeś kapłanką w starożytnym Egipcie i opowiedz co się działo.

 – Spotkałam wtedy bogów i poznałam prawdę o naszym stworzeniu. Było to…

(W tym miejscu z niewyjaśnionych przyczyn nagranie się urywa)

 

***

 

(Tajemnica. Zakazane. Nie wolno. Zakazane! Zakazane!)

Koniec

Komentarze

Zgodnie z wymogami konkursu opowiadania nie mogą być publikowane anonimowo. Konieczne jest ujawnienie nicku.

Jest jakiś pomysł. Reinkarnacja to wprawdzie nic nowego, ale niech Ci będzie.

Jednak tekst nic nie wyjaśnia. Powtarzasz iterację za iteracją. OK, poznajemy coraz więcej szczegółów, ale ostatecznie zostajemy z niczym. Miałam nadzieję, że zatoczysz jakąś pętlę i wrócisz do biegania po parku na początku, że psychiatra też będzie miał prawdziwe kłopoty, ale nic z tego.

Jak dla mnie, przydałoby się łupnięcie w finale.

Z wykonaniem średnio na jeża. Interpunkcja kuleje, niekiedy coś jeszcze się posypie. To niby drobiazgi, ale w większym stężeniu rzutują na odbiór całości.

Tego dnia Adam biegł parkowymi alejkami trzymając się za głowę i wyjąc jak szaleniec.

Przecinek po “alejkami”. Zawsze w konstrukcji z imiesłowem współczesnym.

 – Jestem w lesie zmierzcha.

Tu coś trzeba wstawić, najlepiej kropkę. Bo na razy wygląda, że zmierzch jest właścicielem lasu.

Dla Adama był to zwyczajny spacer. Szedł sobie parkowymi alejami,

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego spacer?

Oglądając w domu kopię nagrania, Adamem aż trzęsło z przerażenia,

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu.

Pierwszym wcieleniem, w którym ów spotkał tę istotę, były czasy, gdy był gońcem wysłanym z ważnymi wieściami do księcia gnieźnieńskiego.

Byłoza. I wychodzi, że czasy były wcieleniem.

Niestety nie zachwyciło. “Archiwum X” to to nie jest. Nawiązanie do średniowiecza i starożytności też nie pomaga. Ani reinkarnacja. Ani wymieszanie tego wszystkiego. 

Jeszcze nie przeczytałem opowiadania, ale rzucił mi się w oczy tytuł rodem z bloga emo-nastolatki… :)

Pomysł tu jest – sęk w tym, że po całkiem obiecującym początku serwujesz wciąż to samo o poczuciu przerażenia – tylko że ja, czytelnik, tego nie czuję. Bo przedstawiona prawda nie jest ani przerażająca, ani też rozwiązanie nie wzbudziło we mnie żadnych refleksji. Ot, na końcu Marek odnajduje straszą prawdę (w którą najpewniej nikt nie uwierzy) i w sumie nic z nią nie robi w kadrach opowiadania. Finkla ma rację, przydałoby się mocniejsze łupnięcie na koniec.

Tak więc pomysł na koncert fajerwerków był, ale dużo z tego nie wynikło. Mimo obiecującego początku.

Tego dnia Adam biegł parkowymi alejkami trzymając się za głowę i wyjąc jak szaleniec. To wtedy uznał, że nie obędzie się bez pomocy specjalisty

To jest tak, Autorze: kiedy człowiek biegnie i wyje, to nie nachodzą go refleksje o bieganiu, wyciu i swoim zdrowiu psychicznym. W czasie ataku paniki – tak (refrain from asking how I know), ale na pewno nie przy tego rodzaju epizodzie. Zatem – jeśli coś takiego w Twoim opowiadaniu zajdzie, a Ty nie rozdzielisz tego chociażby informacją, że delikwent się uspokoił, to strącasz zawieszoną nad przepaścią niewiarę.

 I bardzo chciał być teraz sam. Choć bał się tego.

To "i" strasznie mi zgrzyta, nie do końca wiem, dlaczego. Ponadto coś jest nie tak z rytmem zdań – nie dawałabym "tego" na końcu, jak już, to raczej jawnym tekstem "bał się samotności".

 był coraz bardziej przerażony

Jeśli pokazujesz, to nie musisz już nazywać.

 kiedyś przeżył coś takiego

Konkretnie. Nie zapowiadaj, że zaraz stanie się coś jeszcze straszniejszego, tylko to pokaż.

 odczuwał pierwotny, zwierzęcy strach

Purpura. Purpura i brak konkretów w całym akapicie.

 Jestem w lesie zmierzcha.

XD Mamy jakąś nagrodę za błędy interpunkcyjne? Bo zmierzch, który ma własny las, zasłużył.

 Mam miecz, ale nie czuję się bezpiecznie.

Czy z mieczem człowiek automatycznie czuje się bezpiecznie? Skoro go potrzebuje, to okolica raczej zakazana.

 niczego nie dostrzegam

Ludzie naprawdę tak mówią? Bo "dostrzegać" dotychczas było raczej książkowe.

 spokojem jaki

Spokojem, jaki. Ja dałabym "który", ale to kwestia indywidualnego smaku (chyba).

 że świat wkoło mógłby nie istnieć.

Hmm. Mógłby dla nich nie istnieć. Bardzo skrótowy ten opis sielanki, można się nad nim prześliznąć.

 U niego kiedyś też tak było.

Kolokwializm.

 AAlicja

Literówka.

 jego ciało zalewały fale duszącego lęku.

Kurczę, dobre (bo jak raz obrazowe, i to realistycznie) i jakieś niedobre. Sama nie wiem, no.

 Ale wszystko ma swoje granice, w końcu odeszła…

Rozdzieliłabym: Ale wszystko ma swoje granice. W końcu Alicja odeszła…

 czuł przymus by wychodzić

Czuł przymus wychodzenia.

 potwierdzenie na to, że reinkarnacja jest czymś prawdziwym.

Potwierdzenie tego. Zdanie rozwleczone, zastąpiłabym zacytowany fragment: dowód na reinkarnację.

 zaskakujące, że aż zakrawało na obłęd.

Sama niecodzienność to jeszcze nie wariactwo. I takie wizje, to ludzie miewają. To nie jest dowód na reinkarnację – nawet, gdybyś to dogłębnie zbadał (co jest trudne) zawsze znajdzie się inne możliwe wyjaśnienie.

przyszedł na seans

Na wizytę (u psychiatry, może hipnotyzera, bo wydaje mi się, że ich nie rozróżniasz). "Seans" kojarzy się już właściwie jednoznacznie z wywoływaniem duchów – może o to Ci chodziło, ale wyszło niezręcznie.

z szeroko wytrzeszczonym rozbieganym spojrzeniu i rozedrganym głosem

Z rozbieganym spojrzeniem wytrzeszczonych oczu. Spojrzenie nie może być wytrzeszczone, a wytrzeszcz nie jest szeroki. Nie ta oś.

 bezkresnej otchłani zwanej szaleństwem.

Girlandy! Ach, jakże purpurowe są owe girlandy! Jakimiż festonami spływają ku lśniącej nizinie parkietu! Widzisz? Nadmiar patosu śmieszy czytelnika, a na pewno go nie wystraszy.

 Smok. Ogromny.

… i to ma być wspomnienie?

że z nieznanego mu powodu jego życie przemieniło się w porażkę

Bardzo dziwne. Nie wiem, jak to poprawić, ale jest purpurowe.

przygniatało jak wielki głaz, który codziennie dźwiga się na plecach

Jeśli się go dźwiga, to on nie przygniata. Zderzasz dwa obrazy – wytrwałego dźwigania i bezsilnego przygniatania.

trzęsąc się ze wściekłości

Przecinek przed imiesłowem. O ile ludzie w takim stanie psychicznym mogą być wiecznie wkurzeni (to też zaobserwowałam), ten nagły atak wulgaryzmów źle wygląda.

 oburzonym spojrzeniem

Pełnym oburzenia. I powtarzasz "spojrzenie".

 Wiedział, że w przeciwnym wypadku kobiecina zapewne pouczyłaby

To wiedział – czy zapewne? Męska decyzja.

zawalczył z oporną zapalniczką

Skrótowe i kolokwialne.

 Rozparł się na ławce, odchylił głowę do tyłu

To nie jest język ciała człowieka zaszczutego (nawet przez własny umysł) – taki się nie odsłania.

 w danym momencie w ciele.

Spokojnie wystarczy "w danym momencie". To ciało to przesada.

 pozwolić na to by

Pozwolić na to, by.

 A wiązały się one z Patrycją…

Co ma seks z Patrycją do wiatraka? Scenki tego typu muszą być (jak wszystkie) osadzone w fabule, inaczej precz z nimi.

 Niestety odliczanie dobiegło do końca

Niestety, odliczanie dobiegło końca

 trzeba było skupić się na ucieleśnieniu histerii zanurzonym teraz w hipnotycznej rozlazłości.

Taki z niego profesjonalista, jak ze mnie widelec. Ponadto – purpura.

 Mówi do mnie nie poruszając ustami.

Mówi do mnie, nie poruszając ustami.

sowa przesypiająca

Co przesypiająca?

 biegł przed siebie zmuszając wystraszonych spacerowiczów do pospiesznego schodzenia z drogi.

Strasznie to bieganie powolne. Może: roztrącając spacerowiczów?

 dyszał ciężko obserwując otoczenie

Dyszał ciężko, obserwując otoczenie.

 Jednak nikt, ani nic go nie goniło

Przecinek zbędny.

 zastanawiał się czy

Zastanawiał się, czy.

 odwracają się będąc za jego plecami i śmieją się po cichu wytykając go palcami.

"Będąc" jest zbędne. Powtórzony dźwięk (ami).

nie miał odwagi, bojąc się, że mógłby zobaczyć

Ja dałabym "bał się" jako wtrącenie.

przyspieszał bojąc się

Przyspieszał, bojąc się. Ten akapit niezły (psychologicznie wiarygodny), ale można by go zdynamizować.

 patrząc pod nogi i unikając ludzkich spojrzeń.

Nadmiar. Wycięłabym "patrząc pod nogi", bo słabsze.

 podłączone do prądu dżdżownice

To nie jest spójny obraz.

 Ale jaka jest tego przyczyna?

Większość ludzi powiedziałaby: Ale dlaczego?

rujnuje życie…

Za blisko poprzedniego "życia" – może zamiast "wiódł normalne życie" (pretensjonalnego) daj "żył normalnie"?

 zwiotczał w charakterystyczny sposób

Znaczy się?

 jego głos był leniwy

Mój głos też mało pracowity.

 zadawał standardowe pytania, dostając niestandardowe odpowiedzi

Raczej zadawał pytania i dostawał odpowiedzi – imiesłów sugeruje jednoczesność, która tu nie ma sensu.

 dowiedział się, że coś, co nie ma prawa istnieć, jednak istnieje

To zdanie jest przedłużone na siłę. Co do epistemologii, już wyjaśniłam, co jest nie tak.

 gęstniejący i coraz bardziej oblepiający go niepokój uświadamiający

Trzy razy jeden dźwięk (ący) – to źle.

 Wzmacniam twój spokój.

Naprawdę tak się mówi?

 odjęła mi władzę nad ciałem

To też bardzo książkowe.

 Pochyla się nade mną szara istota.

A, i wszystko jasne. Kosmici i filtr percepcji. OK. Tylko, że kosmici mają prawo istnieć, jakby co.

 Tracę chwile. Gubi się czas.

Jak to we śnie, nie? (W krytyce, jak i w nauce, potrzeba adwokata diabła, który podrzuci możliwe wyjaśnienia – i oto jestem).

Robią to by

Robią to, by.

 Tak, to miało miejsce tydzień temu.

Ale od początku problemów do telefonu do psychiatry minęło parę tygodni?

 zaczął szukać w smartfonie kontaktu do kogoś

"Kontakt do kogoś" to kolokwializm. I on ma tam całą książkę telefoniczną? Czy po prostu Internet?

 Mimo rozstrojonych nerwów, Marek

Nie dawałabym przecinka.

 wypił zawartość

No, chyba, że nie szkło.

 Choć nie było to łatwe musiał

Choć nie było to łatwe, musiał. Rozgadujesz się.

 głosem zbaczającym w lekkie rozedrganie

Yyy… nie. Stanowczo nie. "Wpadającym" uszłoby, ale ledwo.

 ostrze rozdygotania wwiercało się w głąb jego duszy krusząc latami ugruntowywane struktury spokoju

To zakrawa na parodię. Patos wylewa się po prostu dziurkami w nosie.

 analitycznym, stonowanym umyśle

Jak, u licha, umysł może być "stonowany"? Dlaczego używasz słowa, którego nie rozumiesz?

 pojawiały się małe pęknięcia, które z każdą kolejną wypowiedzią pacjenta, pogłębiały się tworząc pajęczynę

Drugi przecinek błędny. Przed "tworząc" powinien być. Pękający umysł nawet mi się podoba, ale to nie pogłębianie pęknięć tworzy pajęczynę. Wyobraź to sobie, potem opisz.

 jak człowiek stojący na cienkim lodzie, który trzeszcząc

Ten człowiek trzeszczy? Wystarczyłaby jedna metafora – pękający umysł też może się załamać, nie?

 wiesz, te co nimi

Wiesz, te, co nimi. Nie mówi się do psychiatry tak familiarnie. Nie u nas.

 Boję się. Czuję, że będzie działo się

Nienaturalna składnia.

 coś czego

Coś, czego.

nie pamiętam co

Nie pamiętam, co.

 Oglądając w domu kopię nagrania, Adamem aż trzęsło

Co oglądało i trzęsło? (I przed chwilą nagranie było tylko audio) Zapamiętaj na całe życie – imiesłowy na -ąc potrzebują podmiotu. Goląc się, gwizdał arie. Zmywając naczynia, obmyślała opowiadanie.

 Panika brutalnie pozbawiała go człowieczeństwa

Nadal purpura.

 fala smutku

Tylko smutku?

 Wszystko, co dobre odeszło.

Wszystko, co dobre, odeszło.

 To takie poniżające by być…

Po co Ci to "by"? I nie musisz nam tego wszystkiego tłumaczyć jak ostatnim głupkom.

 A przecież powinien decydować o sobie.

Really.

 To takie bezduszne, nawet najintymniejsze chwile i przeżycia.

To jest bardzo sztuczne, jak te programy "z życia" w telewizji.

 lecz najgorsze było wtedy jeszcze przed nim

Już mówiłam – nie rób tak.

 zadał pytanie o to, kiedy

Dlaczego nie mógł po prostu spytać?

 w jednym z pierwszych wcieleń pacjent był kapłanką w starożytnym Egipcie

Skądś to znam…

 w przeciągu wielu różnych wcieleń dusza badanego wcielała się w ciała ludzi

W przeciągu? I – powtórzenia!

 Podczas badania wspomnień z dzieciństwa, dowiedział się

Bez przecinka.

 wcieleniem, w którym ów spotkał tę istotę, były czasy,

Czasy nie są wcieleniem.

 chrześcijaństwo nie zdołało jeszcze zagarnąć tych ziem we władanie.

Kulawe to to.

 styczność z różnego rodzaju obcymi, dusza badanego miała

Bez przecinka.

 dowiedział się czegoś, co całkowicie zburzyło jego światopogląd i podejście do wszystkich religii i bóstw jakie ludzie kiedykolwiek czcili. Prawda była tak przerażająca

Już mówiłam. Nie rób tak. O ile wiele rzeczy dobrze jest zostawić niedopowiedzianych, to nie możesz nam tak machać informacją przed nosem.

 okazało się, że dziwnym trafem sprzęt rejestrujący przestał działać

Nie może być.

 I tak się czując

Dziwnie to brzmi.

 czuję obrzydzenia

Czuję obrzydzenie.

 wiedzieć dlaczego

Wiedzieć, dlaczego.

 (W tym miejscu z niewyjaśnionych przyczyn nagranie się urywa)

Szarzy to ludzie z przyszłości, zgadłam?

 

Przed imiesłowami stawiamy przecinki. Tekst jest jednocześnie skrótowy i przegadany – za to nieźle przedstawiasz pewien stan psychiczny (nie w scenach hipnozy, te są pełne klisz). Purpurę wyszczególniłam. Sam motyw porwania przez obcych mało oryginalny, odhaczone zostały chyba wszystkie klisze, włącznie ze "średniowieczną" interpretacją UFO. Słowiańskiej mitologii nie stwierdziłam (tylko ogólnofantastyczną). Jak powiedziała Finkla – niczego nie wyjaśniasz. Jakbyś pokazywał fajerwerki i nie podpalił lontu. No, i cóż.

 – Powiedz mi[+,] co widzisz?

 – Jestem w lesie[+, albo +.] zmierzcha.

Szedł sobie parkowymi alejami, rozkoszował się spokojem jaki go tu ogarniał, dającą poczucie bezpieczeństwa obecnością innych ludzi.

Tu skończyłam, bo widzę, że nie reagujesz

Lubią łączyć w swoich tekstach pozornie kompletnie niepasujące do siebie tematy. W tym przypadku UFO i słowiańską mitologię. Nie da się? A może jednak…

Może się i da, ale w przypadku tego opowiadania to raczej chyba tak nie za bardzo. No, może gdyby Autor zechciał cokolwiek wyjaśnić, bo przydługa rozmowa Marka z czegoś bojącym się Adamem, to dla mnie zdecydowanie za mało. 

Nowa Fantastyka