- Opowiadanie: Bolly - Czarownica

Czarownica

Dziękuję za betowanie Atalajszy i LAYV, Fajromowi za dobre chęci.

 

Szczególne podziękowania kieruję do mojej kochanej siostry, która wspiera mnie w moich pisarskich zapędach i zawsze uważnie czyta moje teksty.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Staruch, Użytkownicy V

Oceny

Czarownica

Popielate niebo ciążyło złowieszczo nad rozległą połacią nagich, bezlistnych drzew, kołyszących się i skrzypiących żałośnie przy gwałtownych podmuchach wiatru. Zwały brzemiennych deszczem chmur sunęły śpiesznie nad lasem, co rusz przesłaniając chylące się ku zachodowi blade słońce. Zadarłszy do góry głowę, Horst zmarszczył brew i także przyspieszył kroku, usiłując wyprzedzić nadciągający zmierzch.

Zdążał do młyna dobrze sobie znaną ścieżką, którą okoliczni chłopi zwykli wozić tam zboże na przemiał. Sucha trawa, wygnieciona kołami wozów, szeleściła głośno pod jego stopami. Droga dłużyła się chłopcu niemiłosiernie. Choć kroczył żwawo, łapczywie łykając chłodne jesienne powietrze i wydmuchując małe obłoczki pary, przypominająca tunel ścieżka, nad którą konary pobliskich drzew splatały się na kształt kościelnego sklepienia, wciąż nikła w oddali, a porozsiadane na gałęziach czarne ptactwo krakało szyderczo, drwiąc z jego wysiłków. Jeszcze trochę i zapadnie zmrok.

Horst wiedział, co to oznacza. „Po chłopców, którzy są niegrzeczni i nie słuchają rodziców, przychodzi w nocy stara czarownica” – karcący głos matki, który słyszał zawsze, ilekroć coś zbroił lub wykazał się synowskim nieposłuszeństwem, rozbrzmiewał w jego głowie jak echo. Dotąd traktował te przestrogi z przymrużeniem oka, lecz to, co dziś zobaczył, sprawiło, że zaczął je brać poważniej. Nagle zapragnął być grzecznym chłopcem, a już na pewno nie miał ochoty zostać sam w lesie po zmierzchu.

Ojciec wysłał go tego ranka na targ do miasteczka, by sprzedał tam parę koźląt, pod groźbą kary przykazując mu wrócić przed zachodem słońca. Wywiązawszy się sprawnie z powierzonego mu zadania, mały młynarczyk, który rzadko miał okazję bywać tak daleko od domu, postanowił rozejrzeć się jeszcze po targowisku, zanim wyruszy w drogę powrotną.

Traf chciał, że przy jednym z kramów wdał się w rozmowę z dwoma nieco starszymi od siebie chłopcami z pobliskich wsi, rudowłosym Cedrykiem, synem drwala, i Szymonem, zwanym Krzywusem z powodu koślawych pleców. Wszyscy trzej bardzo przypadli sobie do serca i wkrótce gawędzili ze sobą jak starzy znajomi, w dalszą przechadzkę po jarmarcznym placu udali się więc razem. Długo krążyli pośród barwnych straganów, oglądając z zainteresowaniem wystawione przez kupców towary i podziwiając występy wędrownej trupy kuglarzy, a Krzywusowi udało się nawet, za pomocą równie celnego, co dyskretnego rzutu zgniłym jabłkiem, ukrócić wokalne popisy pewnego nieszczególnie utalentowanego pieśniarza, który w złości roztrzaskał swą lutnię o ścianę najbliższego domu. Żaden z nich dawno nie bawił się tak dobrze.

Gdy już mieli dość wrażeń, Cedryk, który od jakiegoś czasu robił się coraz bardziej zamyślony i milczący, pociągnął nagle towarzyszy w boczny zaułek i konfidencjonalnym szeptem zaproponował, by poszli z nim na wzgórza na zachód od miasta, w kierunku jego rodzinnej wioski, a pokaże im coś niezwykłego. Horst, pamiętając o ojcowskim przykazie, wzbraniał się od udziału w tym przedsięwzięciu, wiedział bowiem, że wracając do młyna musiałby znacznie nadłożyć drogi, koniec końców uległ jednak namowom swych nowych przyjaciół.

Wyszli zachodnią bramą, odprowadzani podejrzliwym spojrzeniem wspartego na halabardzie strażnika, patrzącego na trzech małych urwisów jak na umykających chyłkiem złodziejaszków. Syn drwala poprowadził ich gościńcem, z którego niebawem zboczyli, kierując się na przełaj przez ścierniska. Maszerowali w milczeniu, jeden za drugim, to pod górę, to w dół, pośród wycia wiatru i donośnego chrupania deptanych kikutów zżętego zboża. Gdy pole ustąpiło miejsca świerkowemu zagajnikowi porastającemu podnóże najbliższego wzniesienia, Cedryk dał znać pozostałym, że są już blisko.

– To tutaj – powiedział, wskazując na piętrzący się przed nimi stok. – Za tym pagórkiem. Byłem tu dziś rano, w drodze na targ…

Niedługo trwało, a Szymon i Horst wdrapywali się już w ślad za kolegą na zbocze, pragnąc jak najszybciej ujrzeć to, co czekało na nich po drugiej stronie.

– Uważajcie pod nogi! – zagadkowym tonem przestrzegł ich rudzielec, który jako pierwszy stanął na szczycie. Towarzysze rychło do niego dołączyli, kierując swe spojrzenia w dół, gdzie i on zdążył utkwić oczy.

Ze wzgórza rozciągał się widok na płaską jak stół polanę, pośrodku której czerniał, szeroki na nieco ponad trzy łokcie i zamykający sobą obszar o średnicy co najmniej czterdziestu kroków, doskonale symetryczny pierścień spalonej na węgiel trawy. Ziemia wewnątrz dziwnego kręgu, i tylko wewnątrz niego, sprawiała wrażenie świeżo zaoranej i zdawała się parować niczym bagno.

Dobrą chwilę chłopcy spoglądali w zamyśleniu na szumiące pod nimi morze zeschłych traw, zastanawiając się, kto, jakim sposobem i, co najważniejsze, w jakim celu wykonał w nim ów tajemniczy rysunek.

Panującą ciszę ponownie przerwał Cedryk.

– To pojawiło się tutaj przed paroma dniami – wyjaśnił, nie odrywając wzroku od czarnego pierścienia na polanie. – Słyszałem, jak ojciec z matką o tym gadali. Wcześniej stała tam stara, opuszczona chałupa, a teraz śladu po niej nie ma. No, nie całkiem opuszczona, bo drwale używali jej jeszcze czasem jako drewutni, a ostatnio zagnieździło się tam ponoć paru włóczęgów. Nie wiadomo, skąd się wzięli i co ich tu przywiodło, ale dopóki siedzieli cicho, kur nie kradli po zagrodach i nie myśleli brać się za łupienie kupców na gościńcu, mało kogo to obchodziło. A teraz nie ma ani chałupy, ani onych przybłędów, zginęli, przepadli, jakby ich ziemia pochłonęła. I tylko to kółko zostało…

– Ja chyba wiem, co to jest – odezwał się nagle Krzywus. – To się nazywa czarci krąg. Babcia mi mówiła, że tak wyglądają miejsca, w których czarownice odprawiały nocą swoje wstrętne gusła.

Horst poczuł, jak cierpnie mu skóra na karku. Oczyma wyobraźni ujrzał bladą, zmęczoną twarz matki, jej drobne, wąskie usta, poruszające się w rytm słów, które od ciągłego powtarzania tak mocno wyryły mu się w pamięci.

Czarownica. Wiedźma z lasu. Straszak na krnąbrnych synów i córki. Sposób, do jakiego uciekali się oszczędzający rózgi rodzice, chcąc utrzymać w ryzach co bardziej niesfornych urwipołciów i nauczyć ich posłuchu. Jako czcza groźba, przeważnie nieskuteczny. Młynarczyk nie zliczyłby, ile razy słyszał te matczyne przestrogi, niezmiennie puszczając je mimo uszu. Aż wreszcie zobaczył ów bezbożny znak wypalony w trawie, widomy dowód działalności strasznego i tajemniczego zła, i po raz pierwszy zaczął się bać.

– Hexenring? A więc tutaj był sabat czarownic? Ładna historia! – odparł Cedryk, drapiąc się po rudej czuprynie. – One… te wiedźmy, znaczy się… latają na miotłach i ożogach, czy tak? A w nocy muszą chyba jakoś oświetlać sobie drogę? – dodał po chwili nieco ciszej, przyciągając zaciekawione spojrzenia pozostałych. Nie czekając odpowiedzi, wyjaśnił pospiesznie: – Bo jest u nas we wsi jeden szewc starowina, co spać nie może, i on mówi, że dwie noce temu widział na niebie dziwne światło. Leciało z południowego zachodu na wschód, zatrzymało się mniej więcej tutaj, nad tą polaną, rozbłysło jaśniej i zgasło.

– Spadająca gwiazda? – zasugerował bez przekonania Szymon.

Syn drwala pokręcił energicznie głową.

– Spadająca gwiazda to jest taka smużka, co się pojawia i zaraz znika, a to było dłużej widoczne i wcale nie spadało, tylko pruło jak strzała prosto na wschód. Tak przynajmniej gada szewc. Po prawdzie, mało kto chciał mu wierzyć, bo chłop stary, trochę już niedowidzi, a i po gorzałkę sięga dość często, ale tak mi się zdaje, że coś w tym musi być…

Horst przełknął z wysiłkiem ślinę.

– Myślicie, że to światło… – przemówił piskliwym szeptem – to coś na niebie… to była czarownica?

Odpowiedział mu jedynie głośny, rozwlekły jęk wzmagającego się wiatru.

Malec nigdy nie miał, rzecz jasna, wątpliwości, że wiedźmy istnieją. Wierzył w nie, tak jak wierzył w Boga i Najświętszą Panienkę, w anioły i diabły. Wiedział, że są ludzie – w szczególności kobiety, jako obdarzone pośledniejszym rozumem i przez to bardziej skłonne ulegać pokusom – którzy w zamian za możliwość uprawiania bluźnierczej magii zaprzedają duszę Szatanowi i na różne sposoby szkodzą swoim bliźnim. Oskarżano czarownice o zabieranie mleka krowom, niszczenie zbiorów, zsyłanie chorób oraz wiele innych, równie niecnych występków, z całą pewnością było więc czego się lękać, a jedyny powód, dla którego Horst nie zaprzątał sobie dotąd głowy wiedźmimi sprawkami, stanowiła szczęśliwa okoliczność, że jego rodzinne strony wydawały się pozostawać nietknięte plagą czarostwa. Dopóki czarownice były daleko, nie przerażały go bardziej niż groźni Maurowie z krzywymi szablami czy zamorskie plemię psiogłowców. Teraz wszystko się zmieniło.

O, gdyby jeszcze mógł powiedzieć o sobie, że jest grzecznym chłopcem! Niestety, uczyniwszy pospieszny rachunek sumienia, boleśnie przekonał się, że rodzice mieli rację – hultaj był z niego i nicpoń, jakich mało. Nigdy jeszcze nie uświadamiał sobie tego tak dobitnie, jak teraz, gdy jego grzeszki mogły ściągnąć mu na kark czarownicę, gotową wytoczyć z niego krew na nocnym sabacie, siłom nieczystym na ofiarę. Bo że taki właśnie los spotkał włóczęgów, którzy zajęli opuszczoną chałupę na polanie, jawiło mu się jako więcej niż pewne. Co, jeśli miał być następny?

„Spodobałaby się diabłu taka ofiara!” – pomyślał ze zgrozą, pomstując w duchu na swoje lenistwo i swawolę, przez które matka nieraz roniła gorzkie łzy, a ojciec dławił się ze złości. Ale od dziś będzie inaczej. Od dziś będzie dobrym dzieckiem, grzecznym, posłusznym i pracowitym…

Wtem trącił coś czubkiem trzewika i w mig zrozumiał, dlaczego syn drwala kazał im uważać, gdzie stawiają stopy.

Zesztywniały, z rozpostartymi szeroko skrzydełkami i wyciągniętymi nóżkami, leżał w trawie martwy wróbel. Nieopodal młynarczyk dostrzegł jeszcze jednego. I kolejnego. Cały stok upstrzony był mrowiem małych ciemnych kształtów, a wytężając wzrok można było dostrzec ich znacznie więcej w dole, rozsypanych bezładnie wokół czarciego koła. Mrużąc oczy, Horst przekonał się, że nie wszystko to były wróble. Z niewyjaśnionych przyczyn pomarło w tym miejscu ptactwo należące do wielu różnych gatunków, a także, o czym nie omieszkał wspomnieć mu Cedryk, inna drobna zwierzyna.

– Poprzednim razem schodziłem niżej, prawie pod sam krąg, to i myszę widziałem, i wiewiórkę – powiedział rudzielec, siląc się na swobodny ton. – Wszystko zdechnięte, nie wiadomo od czego.

Horst domyślał się, od czego, i gotów był iść o zakład, że jego towarzysze również.

Na szczycie wzgórza zapanowało przejmujące zimno. Wiatr przybierał na sile, ogołacając drzewa z resztek zeschłych liści, których tabuny wirowały dookoła w szalonym tańcu. Chłopiec zadrżał i wcisnął głowę w ramiona, zasępiony i nieswój, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że oto cała przyroda kipi gniewem Bożym na bluźniercze praktyki, które się tu odbywały.

Coraz trudniej mu było zawiesić na czymkolwiek rozbiegane spojrzenie. Czarny pierścień, martwe ptaki, gnące się do ziemi drzewa, wszystko to budziło w nim lęk i przemożne pragnienie ucieczki. Nieważne dokąd, byle daleko, jak najdalej od tego przeklętego miejsca, które – czuł to wyraźnie, czuł całym sobą – tchnęło aurą zła, śmierci i rozkładu. Dlaczego w ogóle dał się namówić, żeby tu przyjść? Co za diabeł podkusił go do tego?

– Wynośmy się stąd – mruknął na tyle donośnie, by być usłyszanym pomimo wycia wichru.

Szymon i Cedryk obrócili ku niemu głowy, mrugając gwałtownie, jakby nagle ocknęli się ze snu.

– Wynośmy się stąd! – powtórzył głośniej, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Nie dbał o to, co sobie pomyślą o nim jego nowi przyjaciele. Mogli go nazwać strachajłą, mogli się z niego natrząsać, ale on nie zostanie tutaj ani chwili dłużej.

O dziwo, obaj przytaknęli mu w milczeniu. Nie bez pewnej satysfakcji zauważył, że oni także miny mieli nietęgie.

Wszyscy trzej pospiesznie opuścili wzgórze, pozostawiając w tyle za sobą dowody wiedźmiej działalności. Na gościńcu pożegnali się z rudowłosym Cedrykiem, Krzywus zaś odprowadził Horsta aż do rozstajnych dróg, lecz dalej, niestety, młynarczyk musiał udać się w pojedynkę, sam na sam ze świeżym wspomnieniem, które teraz tak nieznośnie podsycało wyobraźnię. Maszerując niekończącą się ścieżką przez ciemniejący las, malec rozglądał się trwożliwie dookoła, w każdej plamie cienia gotów widzieć przyczajoną czarownicę. O każdy mijany przez niego pień skrobały czarne, szponiaste pazury, a tajemnicze szelesty, szepty i pomruki, dobiegające jego uszu, gdy wyjący wiatr przycichał, brzmiały jak rzucane z poduszczenia diabła przekleństwo.

„Po chłopców, którzy są niegrzeczni…”

Mimo usilnych starań nie był w stanie wyrzucić z pamięci tych słów, dotkliwie przypominających mu, jak bardzo jego strach był uzasadniony. Poprzysiągł sobie wprawdzie, że się zmieni, ale mocne postanowienie poprawy nie wystarczyło, by poczuł się bezpiecznie. Choćby nie wiem jak szczere, będzie ono zresztą nic niewarte, jeśli ten, który je powziął, nie wypełni ojcowskiego polecenia i nie wróci do domu, zanim zajdzie słońce. Horst wiedział, że musi się spieszyć.

Gdzieś za jego plecami głośno trzasnęła złamana gałąź, krzyknęły spłoszone wrony. Chłopiec zbladł, zaciął usta i puścił się biegiem, jakby go ścigał cały legion czarownic. Gnał na złamanie karku, nie patrząc przed siebie, aż wreszcie, ku swej niewypowiedzianej radości, usłyszał znajomy plusk wody i cichy terkot poruszanego przez nią młyńskiego koła. Choć słońce zdążyło tymczasem schować się za widnokręgiem i napierający zewsząd mrok zgęstniał raptownie, bezpieczna przystań była tuż-tuż.

Od strony wyłaniającej się z ciemności jasnej bryły młyna jak strzała pędził mu na spotkanie wierny Bastian. Uszczęśliwiony Horst przykucnął i pochwycił mocno w ramiona mały, kudłaty kształt. Gdy tylko poczuł na twarzy mokry psi język, wszystkie lęki natychmiast prysły, odeszły precz.

– No, upiekło ci się! – zagrzmiało nagle gdzieś z góry. – Zdążyłeś!

Na szeroko rozstawionych nogach stał nad nim młynarz, potężny, barczysty mężczyzna, którego twarz, oświetlona nikłym blaskiem płonącego wewnątrz izby ognia, wykrzywiała się teraz w ponurym grymasie. W rękach trzymał sękaty kij, najwyraźniej jednak nie zamierzał posłużyć się nim do ukarania Horsta. Chłopca wcale to nie zdziwiło – mimo groźnej powierzchowności i gwałtownego niekiedy usposobienia jego ojciec był człowiekiem gołębiego serca i kochał syna nad życie, widząc go z powrotem całym i zdrowym z pewnością przymknąłby więc oko i na większe spóźnienie. Ale młynarczyk nie ucieszył się zbytnio, że uniknął kary. Chętnie przyjąłby cięgi, które słusznie mu się należały, gdyby tylko tyle mu groziło za nieposłuszeństwo.

– Gdzieś ty był, gałganie? – warknął młynarz, wciąż patrząc na niego spode łba.

– Z przyjaciółmi – bąknął w odpowiedzi chłopiec, zdecydowany nie wspominać ani słowem o wiedźmach i czarcim kręgu.

– Z przyjaciółmi! A ojciec i matka to co, już się nie liczą? My tu odchodziliśmy od zmysłów!

Dawny Horst niechybnie sięgnąłby po tłumaczenia i wykręty, ale nowy, skruszony, zdołał wydusić z siebie tylko jedno słowo:

– Przepraszam.

Zza pleców zdumionego tą odmianą mężczyzny jak duch wychynęła wątła postać jego żony. Jej białe policzki świeciły się od zaschniętych łez.

– Nicponiu! Kiedyś doigrasz się, zobaczysz – powiedziała cicho. Malec wcisnął głowę w ramiona. – Po chłopców, którzy są niegrzeczni i nie słuchają rodziców, przychodzi w nocy stara czarownica!

Młynarczyk zadrżał i jeszcze bardziej skulił się w sobie. Słowa te, dotąd przez niego lekceważone, dziś sprawiały mu niemal fizyczny ból.

– Przepraszam – powtórzył ze wzrokiem wbitym w ziemię, głosem zniżonym prawie do szeptu.

Jego rodzice spojrzeli po sobie zdziwieni. Nie mieli jednak czasu roztrząsać, kto też podmienił im syna, z chmur zaczęły bowiem spadać pierwsze ciężkie, zimne krople i wszyscy troje, wraz z towarzyszącym im wiernym czworonogiem, czym prędzej schronili się we młynie.

Horst oddał ojcu zarobione pieniądze, zjadł posłusznie miskę ciepłej strawy i udał się na spoczynek do swojej izdebki na piętrze. Upadłszy na łóżko, długo leżał bez ruchu w absolutnych ciemnościach, wsłuchany w hulający za oknem wiatr i monotonny szmer jesiennego deszczu. Lękał się, że nie zaśnie tej nocy, lecz wrażenia całego dnia w końcu zrobiły swoje. Śniły mu się martwe wróble, w których oczach widać było zachmurzone niebo.

 

***

 

Ze snu wyrwały go dobiegające zza ściany podniesione, rozgorączkowane głosy młynarza i jego żony. W pierwszej chwili pomyślał, że jego rodzice kłócą się, od czasu do czasu dochodziło bowiem pomiędzy nimi do sprzeczek i awantur, nigdy jednak nie miały one miejsca w środku nocy, a to, co go tak nieoczekiwanie zbudziło, nie brzmiało bynajmniej jak ciskane w gniewie klątwy i pogróżki. Wydawało mu się, że słyszy tłumione okrzyki przestrachu; krzyczała matka, ojciec zaś usilnie starał się ją uspokoić. Wtem krzyknął i on, rozległo się głuche łupnięcie, jakby coś ciężkiego runęło na podłogę, i głosy raptownie umilkły.

Młynarczyk wstrzymał oddech, nasłuchując w zaległej ciszy, mąconej jedynie pluskiem padającego wciąż rzęsistego deszczu oraz rozbrzmiewającym po kątach chrobotaniem mysich pazurków. Niedługo trwało, a złowił uchem coś jeszcze – odległy, jednostajny dźwięk, bardzo osobliwy i niepodobny do niczego, co znał. Tajemniczy odgłos, dochodzący jak gdyby gdzieś z góry, wyraźnie wzmagał się, a w miarę jak przybierał na sile, łóżko i pozostałe stojące w izbie sprzęty zaczęły delikatnie drżeć. Horst odnosił wrażenie, że cały młyn dygocze lekko, pojękując drewnianymi ścianami.

Ze zdumieniem spostrzegł, że przez szparę pod drzwiami przesącza się do pokoju jaskrawe białe światło. Na widok mrocznego cienia sunącego wolno przez rozlewającą się po podłodze jasność poczuł, jak włos jeży mu się na karku. Ktoś chodził po korytarzu, i nie było to żadne z jego rodziców. Ów ktoś, kimkolwiek był, stąpał lekko, niemal bezszelestnie, jakby skradał się w niecnych zamiarach. Rabusie? A może…

„Kiedyś doigrasz się, zobaczysz. Po chłopców, którzy są niegrzeczni…”

Malec przełknął z wysiłkiem ślinę, z najwyższym trudem zmuszając się do zachowania zimnej krwi. Jeśli we młynie rzeczywiście znajdowali się nieproszeni goście, jego życie było w niebezpieczeństwie. Musiał działać, i to prędko.

Chciał wstać, lecz ku swemu przerażeniu stwierdził, że nie jest w stanie się poruszyć. Choć żadne więzy nie krępowały jego ciała, nagle i niespodziewanie odmówiło mu ono posłuszeństwa. Ręce i nogi stały się ciężkie jak z ołowiu, podobnie jak głowa, przy każdym rozpaczliwym szarpnięciu szyją zapadająca się głębiej i głębiej w poduszkę.

„To czary! – przemknęło mu przez myśl. – Wiedźmia sztuczka!”.

Nie, to nie mogła być prawda. Ciągle jeszcze śnił. To tylko zły sen, koszmar, z którego lada chwila się obudzi.

Wytężając wszystkie mięśnie, ogarnięty panicznym lękiem rzucił się kilka razy na łóżku jak ryba wyjęta z wody, zanim opadł z sił i na dobre zastygł w bezruchu. Pozostało mu jedynie przewracać bezradnie oczyma, z bijącym sercem oczekując tego, co miało się wydarzyć.

„Byłem dziś grzeczny! Naprawdę byłem! Ojciec mówił przecież, że wróciłem na czas. Nie zrobiłem nic złego. Nie ja cisnąłem jabłkiem w lutnistę…”

Wędrujący cień przystanął przed jego pokojem. Młynarczyk gwałtownie wciągnął powietrze.

Drzwi otworzyły się z hukiem i w czworokątnej plamie światła zamajaczyła czarna postać.

Horst miał ochotę krzyczeć, ale nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Głos uwiązł mu w gardle, jakby ścisnęły go za szyję czyjeś niewidzialne palce.

Od progu sunęła ku niemu niespiesznie stara czarownica. Była mała i przeraźliwie chuda, z nieproporcjonalnie wielką głową, kołyszącą się lekko na boki w rytm miarowego człapania. Jak na strachu na wróble wisiała na tej groteskowej sylwetce spowijająca ją szczelnie luźna, powłóczysta szata, rodzaj habitu czy opończy.

„Byłem grzeczny! Byłem grzeczny! Byłem…” – powtarzał w myślach malec, zdawał sobie jednak sprawę, że lista jego grzechów była długa, zbyt długa, by jeden dzień mógł przekreślić je wszystkie. Skrucha przyszła za późno. Oszalały z rozpaczy i zgrozy, raz jeszcze sprężył się cały w swych niewidocznych pętach, bezskutecznie próbując przezwyciężyć obezwładniający go czar.

Wiedźma nic sobie nie robiła z tych zmagań. Zbliżała się wolno, lecz nieubłaganie i niebawem stała już obok łóżka, pochylając się nad chłopcem w milczeniu. Gdy wreszcie odważył się podnieść na nią strwożone spojrzenie, jego usta ponownie złożyły się do niemego krzyku, wyglądająca spod kaptura mała, trójkątna, pomarszczona twarz przypominała bowiem bardziej oblicze samego diabła niż najszpetniejszego choćby człowieka. Brakowało w niej warg oraz nosa, zamiast którego był tylko ledwie zarysowany wzgórek z dwiema wąskimi szparami nozdrzy, ale największe wrażenie robiły oczy, a raczej ślepia – pozbawione źrenic, czarne i wyłupiaste jak u pszczoły.

Spod fałd opończy wynurzyło się kościste, zakończone pająkowatą dłonią ramię. Horst wzdrygnął się z obrzydzeniem, gdy należący do tej odrażającej istoty długi, sękaty palec musnął jego policzek.

Czarownica niespodziewanie cofnęła rękę i uniosła do góry głowę, jakby dostrzegłszy coś w zalegających pod sufitem ciemnościach. W tym samym momencie młyn zadrżał w posadach i solidny dębowy strop z ogłuszającym łoskotem rozprysnął się na tysiące kawałków. Malec zacisnął powieki w oczekiwaniu na śmierć pod sypiącymi się odłamkami drewna, lecz ta nie nadchodziła. Nie poczuł też na twarzy ani kropli deszczu, pokój zalała za to fala światła, od którego nagle zrobiło się jasno jak w dzień.

Wysoko w górze, ponad pozbawionym dachu młynem, wisiał ogromny stwór, przesłaniający sobą rozległą połać nocnego nieba. Czymkolwiek był – smokiem, bestią z piekła rodem, świetlistym demonem powołanym do życia dzięki bezbożnej magii – miał kształt olbrzymiego, połyskującego metalicznie talerza, mrugającego szeregiem rozmieszczonych na obwodzie różnobarwnych oczu. Pośrodku tkwiło jedno wielkie Oko, źródło owej zimnej, rażącej jasności, poprzednio wdzierającej się jedynie przez drzwi, teraz wszechobecnej i po stokroć intensywniejszej. Schwytane w słup nieziemskiego blasku potrzaskane belki powały, fragmenty ścian, domowe sprzęty, a nawet zwierzęta, których żałosne gdakanie i meczenie dolatywało uszu chłopca, zaczynały krążyć w powietrzu na podobieństwo tańczących z wiatrem jesiennych liści i unosić się coraz wyżej, stopniowo rozpływając się w bieli.

„Ojcze nasz, któryś jest w niebie – rozbrzmiały w głowie młynarczyka słowa modlitwy – święć się imię Twoje, przyjdź królestwo twoje…”

Serce podeszło mu do gardła, gdy na jego oczach, skowycząc rozpaczliwie, pomknął w górę stary, dobry Bastian. Wątłe, pokryte skołtunioną sierścią ciałko skręcało się w powietrzu w szalonych piruetach.

„…bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi…”

W ślad za biedną psiną wnet poszybowali jego ojciec i matka. Widział ich, a oni odwzajemniali jego pełne zgrozy spojrzenie, lecz żadne nie mogło zrobić nic, by zapobiec porwaniu. Krzyczeli do niego, krzyczeli co sił w płucach, on nie był w stanie im odpowiedzieć. Och, gdyby to było możliwe, wolałby ich zresztą nie słyszeć – nawet w takiej chwili, brutalnie uprowadzani w nieznane, bezwładni niczym marionetki z wędrownego teatrzyku, który około Bożego Narodzenia zawsze zjawiał się w miasteczku, na ustach mieli bowiem jedno imię. Jego imię.

Dwie duże łzy ściekły mu po twarzy na poduszkę.

„Co oni zawinili? To o mnie przecież chodzi! To ja byłem niegrzeczny, to po mnie przyszła czarownica…”

Jakby słysząc jego myśli, wiedźma rozciągnęła pozbawione warg usta w czymś na kształt wstrętnego, bezlitosnego uśmiechu i wykonała nieznaczny ruch chudą ręką.

Niewidzialna siła gwałtownie poderwała chłopca z łóżka. Jak nocny motyl pędził bezwolnie ku światłu, przyciągany przez Oko, aż oślepiająca jasność otuliła go niby grzebalne płótno.

 

***

 

Gdy nazajutrz wczesnym rankiem kmieć z jednej z pobliskich wiosek udał się ze zbożem do młyna, na miejscu czekała go nieprzyjemna niespodzianka. Zbudzony z drzemki na koźle nerwowym parskaniem swego gniadosza, w pierwszym odruchu pomyślał, że zmylił drogę, jednak mądra szkapa znała ją równie dobrze, jak jej pan. Nie mogło być mowy o pomyłce.

„Dalibóg, czyżbym przesadził z gorzałką?” – zaniepokoił się chłop, bo choć raz po raz przecierał z niedowierzaniem zaspane oczy, w znajomej scenerii wciąż czegoś brakowało.

Oszołomiony tym, co zobaczył, zeskoczył ociężale z wozu i ruszył w kierunku szemrzącego strumienia, nie zauważając w szarzyźnie wstającego świtu martwych wron, których truchełka spoczywały gdzieniegdzie pośród zeschłych liści. Obszedł dookoła polanę, rozglądając się bezradnie na wszystkie strony, wreszcie przystanął i z zakłopotaniem podrapał się w głowę, nie rozumiejąc z tego nic a nic. Tam, gdzie jeszcze wczoraj stał młyn, rozlewała się parująca kałuża błota, obwiedziona szerokim pierścieniem czarnej, zwęglonej trawy.

Koniec

Komentarze

Jest tu jakiś pomysł, wykonanie nie tragiczne, ale żeby mnie ta historia porwała, też nie powiem. Narracja jest rozwleczona, więc horrorowość średnio się sprawdza. Bohaterowie trochę mało wyraziści. Taki tekst do przeczytania bez bólu, ale i bez emocji. Trochę dynamizmu by tu nie zaszkodziło.

 

Pierwszy akapit aż boli stereotypem. Wróć, na dodatek zgrzyta to popielate niebo. Niebo raczej bywa szare w różnym natężeniu i jasności, ale popielate? To niby synonim, ale nie do wszystkiego pasuje.

 

“Zdążał do młyna dobrze sobie znaną ścieżką, którą okoliczni chłopi zwykli wozić tam zboże na przemiał.” – “tam” jest niepotrzebne, bo raczej nie wozili tego zboża gdzie indziej; “na przemiał” to się daje niechciane rzeczy, a nie zboże. Zboże raczej do zmielenia. Ale tak naprawdę ta informacja jest zbędna, bo zasadniczo do tego służy młyn.

 

“Zdążał do młyna dobrze sobie znaną ścieżką, którą okoliczni chłopi zwykli wozić tam zboże na przemiał. Sucha trawa, wygnieciona kołami wozów, szeleściła głośno pod jego stopami. Droga dłużyła się chłopcu niemiłosiernie. Choć kroczył żwawo, łapczywie łykając chłodne jesienne powietrze i wydmuchując małe obłoczki pary, przypominająca tunel ścieżka

 

“wykazał się synowskim nieposłuszeństwem” – przymiotnik potrzebny? To jakiś szczególny rodzaj nieposłuszeństwa? Skoro wobec matki, to raczej nie braterskie ani mężowskie…

 

Horst, Cedryk i Szymon – każde imię z innej bajki, a świat raczej nie wygląda na kosmpolityczny…

 

“konfidencjonalnym szeptem zaproponował” – przymiotnik z innej bajki w świecie, w którym są strażnicy z halabardami

 

“trzech małych obdartusów“ – dlaczego obdartusów? Na moje oko co najmniej dwaj mają jak na ten świat raczej zamożnych rodziców, ze stałą pracą, całkiem dochodową. To nie ulicznicy.

 

“zagadkowym tonem przestrzegł ich rudzielec” – jaki to jest zagadkowy ton?

 

“Ze wzgórza rozciągał się widok na płaską jak stół polanę” – tylko na polanę? Bo polana zazwyczaj jest w środku lasu. “Widać było polanę” byłoby ok

 

“przemówił piskliwym szeptem” – hmm, troszkę mi się to kłóci

 

“głośny, rozwlekły jęk” – rozwlekły?

 

“bluźnierczej magii” – powiało Lovecraftem. A serio: nadużywasz przymiotników. To nie jest dobre. W dodatku bluźniercze pojawia się ponownie trochę dalej

 

“zamorscy kynocefale” – jesteś pewny, że on jednak nie powie “psiogłowcy”? Greka nie jest tam raczej językiem używanym przez lud…

 

“i myszę widziałem” – nie masz stylizacji, więc to jedno słowo razi

 

“Na szczycie wzgórza zapanowało przejmujące zimno.” – nie jest to bardzo dobre zdanie. Niepotrzebnie udziwniasz styl.

 

“Na szeroko rozstawionych nogach stał nad nim młynarz, potężny, barczysty mężczyzna, którego twarz, oświetlona nikłym blaskiem płonącego wewnątrz izby ognia, wykrzywiała się teraz w ponurym grymasie.“ – narracja jest z perspektywy syna tego człowieka, więc taki obiektywny opis nieco razi

 

“Z przyjaciółmi! A ojciec i matka to co, już się nie liczą? My tu odchodziliśmy od zmysłów!” – nie jestem zwolenniczką ukazywania dawnych epok jako czasów ludzi pozbawionych serca i nieprzejmujących się dziećmi, ale jednak ten poziom dwudziestopierwszowiecznej nadopiekuńczości nie pasuje do świata, który kreujesz

 

“Malec przełknął z wysiłkiem ślinę“ – malec to dobre dla czterolatka, a bohater jest chyba sporo starszy…

 

“Oszalały z rozpaczy i zgrozy, raz jeszcze sprężył się cały w swych niewidocznych pętach” – zbędny zaimek

 

“największe wrażenie czyniły oczy” – robiły

 

Tak dla porządku kmieć to nie po prostu synonim chłopa, ale zamożny gospodarz.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

drakaina,

 

Narracja jest rozwleczona, więc horrorowość średnio się sprawdza.

Łiii, jak to jest rozwleczona narracja, to spróbuj przeczytać “Wierzby” Blackwooda. Tam interesujący pomysł rzeczywiście spalił na panewce z powodu wodolejstwa autora. Prawda, znaków wyszło mi ciut więcej, niż planowałem, ale właśnie tyle średnio mają moje teksty.

 

Trochę dynamizmu by tu nie zaszkodziło.

W sensie? Za cel postawiłem sobie raczej budowanie klimatu niż opisywanie sensacyjnej akcji.

 

Pierwszy akapit aż boli stereotypem.

Dobry stereotyp nie jest zły. Ja po prostu lubię takie klimaty. :-)

 

Niebo raczej bywa szare w różnym natężeniu i jasności, ale popielate? To niby synonim, ale nie do wszystkiego pasuje.

Niebo początkowo było “ołowiane”, ale zorientowałem się, że wyglądałoby ono jak przed burzą, a niezupełnie o to mi chodziło. “Popielaty” jest dla mnie synonimem szarego – jak popiół właśnie. A zresztą – wiesz, że mężczyźni odróżniają tylko trzy kolory? Nie będę wymieniał jakie, bo nie wypada. :-)

 

“Zdążał do młyna dobrze sobie znaną ścieżką, którą okoliczni chłopi zwykli wozić tam zboże na przemiał.” – “tam” jest niepotrzebne, bo raczej nie wozili tego zboża gdzie indziej; “na przemiał” to się daje niechciane rzeczy, a nie zboże. Zboże raczej do zmielenia. Ale tak naprawdę ta informacja jest zbędna, bo zasadniczo do tego służy młyn.

Owszem, można się było bez zaimka obyć, choć czasami jego wycięcie sprawia, że zdanie nie brzmi już tak naturalnie. Wypowiadając je na głos, czuję, że w takim miejscu jakby “potykam się”, czegoś mi brakuje. To jest oczywiście całkiem subiektywne odczucie. Fraza “zboże na przemiał” występuje dość powszechnie w literaturze – 157 wyników w GoogleBooks.

 

“Zdążał do młyna dobrze sobie znaną ścieżką, którą okoliczni chłopi zwykli wozić tam zboże na przemiał. Sucha trawa, wygnieciona kołami wozów, szeleściła głośno pod jego stopami. Droga dłużyła się chłopcu niemiłosiernie. Choć kroczył żwawo, łapczywie łykając chłodne jesienne powietrze i wydmuchując małe obłoczki pary, przypominająca tunel ścieżka

A dajcież spokój. Słowo powtórzyło się dwukrotnie w jednym akapicie, w dodatku nie w następnym zdaniu. Czym miałem je zastąpić? “Wąskim pasem ziemi wydeptanym przez ludzi lub zwierzęta albo specjalnie przygotowanym dla pieszych”?

 

Horst, Cedryk i Szymon – każde imię z innej bajki, a świat raczej nie wygląda na kosmpolityczny…

To są wszystko niemieckie imiona, tyle że dwa ostatnie w wersji spolszczonej.

 

“trzech małych obdartusów“ – dlaczego obdartusów? Na moje oko co najmniej dwaj mają jak na ten świat raczej zamożnych rodziców, ze stałą pracą, całkiem dochodową. To nie ulicznicy.

Uwaga słuszna, choć miałem raczej na myśli to, że ubrania są trochę sfatygowane i powycierane od zabaw na świeżym powietrzu. Może “urwipołciów” brzmiałoby lepiej.

 

“zagadkowym tonem przestrzegł ich rudzielec” – jaki to jest zagadkowy ton?

Zadzwoń do mnie, to powiem Ci coś zagadkowym tonem. :-) 37 wyników w GoogleBooks dla frazy “zagadkowym tonem”, 5 dla “zagadkowy ton”.

 

“Ze wzgórza rozciągał się widok na płaską jak stół polanę” – tylko na polanę? Bo polana zazwyczaj jest w środku lasu. “Widać było polanę” byłoby ok

Gdybym dopisał, że na polanę i otaczający ją las, to byś się przyczepiła, że polana – no właśnie – zazwyczaj jest w środku lasu, więc informacja zbędna. To trochę jak z tą słynną “wyspą otoczoną wodą” u Cervantesa. :-)

 

“przemówił piskliwym szeptem” – hmm, troszkę mi się to kłóci

Daj mi swój numer, to zadzwonię do Ciebie i powiem Ci też coś piskliwym szeptem. 7 wyników w GoogleBooks dla “piskliwym szeptem”, 23 dla “piskliwy szept”.

 

“głośny, rozwlekły jęk” – rozwlekły?

Każdy dźwięk może być rozwlekły. To znaczy, że długo rozbrzmiewa.

 

“bluźnierczej magii” – powiało Lovecraftem. A serio: nadużywasz przymiotników. To nie jest dobre. W dodatku bluźniercze pojawia się ponownie trochę dalej

Bo ja lubię Lovecrafta. I przymiotniki. :-)

 

“zamorscy kynocefale” – jesteś pewny, że on jednak nie powie “psiogłowcy”? Greka nie jest tam raczej językiem używanym przez lud…

Ale to ja mówię, nie on. No dobra, masz mnie. Chciałem się pochwalić, że zrobiłem risercz.

 

“Na szczycie wzgórza zapanowało przejmujące zimno.” – nie jest to bardzo dobre zdanie. Niepotrzebnie udziwniasz styl.

A co z tym zdaniem nie tak? Bo dla mnie ono jest proste jak konstrukcja pizzy.

 

“Na szeroko rozstawionych nogach stał nad nim młynarz, potężny, barczysty mężczyzna, którego twarz, oświetlona nikłym blaskiem płonącego wewnątrz izby ognia, wykrzywiała się teraz w ponurym grymasie.“ – narracja jest z perspektywy syna tego człowieka, więc taki obiektywny opis nieco razi

Wskazuje na pewien dystans pomiędzy rodzicem a dzieckiem.

 

“Z przyjaciółmi! A ojciec i matka to co, już się nie liczą? My tu odchodziliśmy od zmysłów!” – nie jestem zwolenniczką ukazywania dawnych epok jako czasów ludzi pozbawionych serca i nieprzejmujących się dziećmi, ale jednak ten poziom dwudziestopierwszowiecznej nadopiekuńczości nie pasuje do świata, który kreujesz

Mają jednego syna i trochę już w niego zainwestowali, więc nie dziwota, że na niego chuchają i dmuchają, a przypomnę, że to nie jest poziom dwudziestopierwszowiecznego bezpieczeństwa i włóczenie się po zmierzchu mogło się skończyć dla niego nieciekawie. Nie po to dają mu żryć, żeby jego wilki gdzieś w lesie zeżarły. A tak serio, ludzie są bardzo różni. Nawet teraz, w XXI wieku.

 

“Malec przełknął z wysiłkiem ślinę“ – malec to dobre dla czterolatka, a bohater jest chyba sporo starszy…

Jakiś lepszy pomysł na synonim? Bo mam jeszcze inny tekst, dużo dłuższy, w którym bohaterem jest chłopiec w wieku ~8 lat, i tam regularnie nazywam go właśnie “malcem”.

 

“największe wrażenie czyniły oczy” – robiły

Mam już w tym samym akapicie, na początku, słowo “robić”. To wtedy by było powtórzenie. Sama sobie zaprzeczasz.

 

Tak dla porządku kmieć to nie po prostu synonim chłopa, ale zamożny gospodarz.

Masz na myśli, że mógł wysłać parobka, zamiast fatygować się do młyna osobiście? Bo choć nie każdy chłop jest kmieciem, to jednak każdy kmieć jest chłopem, czyż nie?

W sensie? Za cel postawiłem sobie raczej budowanie klimatu niż opisywanie sensacyjnej akcji.

Cóż, dla mnie klimat też nie bardzo wyszedł, między innymi przez te kwestie językowe i narracyjne na których się potykałam. Co do technikaliów, widzę, że należysz do tej grupy autorów, którzy po prostu wiedzą lepiej, więc nie będę dyskutować ze wszystkim, quod scripsi, scripsi i tu moja rola komentatora się kończy. To Twój tekst, możesz w nim zostawić, co tylko chcesz. Musisz się jednak liczyć z uwagami krytycznymi, jeśli uprzesz się przy czymś, co jest wyraźnie niepoprawne lub niezgrabne.

 

Wskazuje na pewien dystans pomiędzy rodzicem a dzieckiem.

Może w autorskiej intencji. W narracji nie.

 

Mam już w tym samym akapicie, na początku, słowo “robić”. To wtedy by było powtórzenie. Sama sobie zaprzeczasz.

To jedno zamień to drugie, byle z sensem. “Czynić wrażenie” jest po prostu złym frazeologizmem.

 

A co z tym zdaniem nie tak? Bo dla mnie ono jest proste jak konstrukcja pizzy.

A dla mnie jest przedumane, bo tak naprawdę chcesz powiedzieć, że zrobiło się bardzo zimno.

 

Z kmieciem zaznaczyłam wyłącznie z powodów, powiedzmy, zawodowych. To słowo nie z głównego rejestru, w którym utrzymane jest Twoje opowiadanie, słowo nacechowane, a historycznie mające konkretne znaczenie. Dobrze, jeśli piszący jest wszelkich takich uwarunkowań świadomy.

 

Co do chuchania i dmuchania. Punkt pierwszy: w takim średniowieczu i w tych sferach jedynak to rzecz dziwna, wokół której mógłbyś zbudować całą intrygę – bo może po śmierci iluś tam braci i sióstr został się im jeden syn, a więcej już raczej mieć nie będą. A rozdmuchiwane niekiedy ponad miarę nieprzywiązywanie się do dzieci istniało – dzieci umierały na potęgę, więc inwestycja w nadmiar uczuć po prostu się nie opłacała społecznie.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Cóż, dla mnie klimat też nie bardzo wyszedł, między innymi przez te kwestie językowe i narracyjne na których się potykałam. Co do technikaliów, widzę, że należysz do tej grupy autorów, którzy po prostu wiedzą lepiej, więc nie będę dyskutować ze wszystkim, quod scripsi, scripsi i tu moja rola komentatora się kończy. To Twój tekst, możesz w nim zostawić, co tylko chcesz. Musisz się jednak liczyć z uwagami krytycznymi, jeśli uprzesz się przy czymś, co jest wyraźnie niepoprawne lub niezgrabne.

Przeciwnie, ja bardzo cenię sobie krytyczne uwagi, ale wtedy, gdy rzeczywiście są sensowne – w paru przypadkach przyznałem Ci przecież rację, z innymi uwagami nawet nie dyskutowałem. Nie czuję się jednak dobrze, gdy ktoś zarzuca mi błędy językowe tam, gdzie ich nie ma. A to, czy coś jest niezgrabne, to rzecz gustu. Staram się pisać tak, jak sam chciałbym czytać, i choć jeszcze długa droga przede mną, pewne cechy mojego stylu pozostaną niezmienione.

Co do krytyki, to po to właśnie zarejestrowałem się na portalu i wziąłem udział w konkursie. Nie po to, żeby wygrać, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że opowiadanie jest w najlepszym wypadku przeciętne, rzemieślnicze. Chciałem się przede wszystkim dowiedzieć, jak je ocenią jurorzy i użytkownicy. Jeśli będą przeważały głosy krytyczne, to cóż, dam sobie spokój, wrócę do pisania do szuflady albo znajdę sobie jakąś niszę. :-)

 

To jedno zamień to drugie, byle z sensem. “Czynić wrażenie” jest po prostu złym frazeologizmem.

Dla frazy “czyniły wrażenie” mamy 906 wyników w GoogleBooks, w tym Sienkiewicz, Orzeszkowa, Joseph Conrad. Brzmi to może nieco staroświecko, ale zestawienie wyrazów wydaje się być poprawne. Jeśli nie, to już naprawdę nie wiem, komu mam wierzyć.

 

Co do chuchania i dmuchania. Punkt pierwszy: w takim średniowieczu i w tych sferach jedynak to rzecz dziwna, wokół której mógłbyś zbudować całą intrygę – bo może po śmierci iluś tam braci i sióstr został się im jeden syn, a więcej już raczej mieć nie będą.

Istnieje całe mnóstwo przyczyn, dla których kobieta lub mężczyzna mogą mieć problemy z płodnością. Młynarzowa nie wydaje się być okazem zdrowia.

 

A rozdmuchiwane niekiedy ponad miarę nieprzywiązywanie się do dzieci istniało – dzieci umierały na potęgę, więc inwestycja w nadmiar uczuć po prostu się nie opłacała społecznie.

Wiem. Strata krowy była większą tragedią niż śmierć dziecka. A jednak podtrzymuję to, co powiedziałem wcześniej – ludzie są bardzo różni, w każdej epoce. To nie tak, że w średniowieczu chłop nie potrafił pokochać swojego dziecka. Wielu rzeczywiście traktowało dziecko tylko jako inwestycję, ale tak jest też współcześnie – np. w Chinach, ale w Polsce też. Ludzka natura jest zasadniczo niezmienna – człowiek potrafi kochać i przywiązać się, bo to go czyni człowiekiem, ale w społeczeństwie i tak zawsze znajdziemy cały wachlarz postaw.

 

Z kmieciem zaznaczyłam wyłącznie z powodów, powiedzmy, zawodowych. To słowo nie z głównego rejestru, w którym utrzymane jest Twoje opowiadanie, słowo nacechowane, a historycznie mające konkretne znaczenie. Dobrze, jeśli piszący jest wszelkich takich uwarunkowań świadomy.

Dla ciekawości – jesteś polonistką? A może historyczką? Jeśli to drugie, to doradź mi proszę, czy nie zmienić Maurów na Osmanów. Od wczoraj nad tym główkuję i nie mogę się zdecydować. Rekonkwista już niby dawno zakończona, za to Turcy panują na całych Bałkanach, ale czy Horst w ogóle odróżniłby jednych od drugich?

Okej, niech CI będzie. Czynić wrażenie może być staroświeckie, a nie niepoprawne. Co nie zmienia czytelniczego odczucia: coś, co być może w tekście wymienionych autorów łyknęłabym bez problemu, bo znajdowałoby się w kontekście podobnej staroświecczyzny, nadal razi w tekście napisanym przezroczystym współczesnym językiem. Argumenty z analogii mają sporą wartość, ale nie bezwzględną.

Doskonały przykład: słynna swego czasu “afera” z przekładem Johna Donne’a pióra Jerzego S. Sity. Otóż w wierszu, który zaczyna się od słów “Death, be not proud, though some have called thee | Mighty and dreadful, for thou art not so;” zastosował cytat z Kochanowskiego “Nie pusz się śmierci, za jaje twa groza” (JK, z pamięci: “Ale to wszystko za jaje, kiedy Hanny nie dostaje”). Wszystko niby w porządku, nawet chronologicznie dość blisko jedno drugiego, ale co z tego, skoro wyszło śmiesznie a nie staroświecko.

 

Dla ciekawości – jesteś polonistką? A może historyczką?

Formalnie jednym i drugim, i jeszcze archeologiem :/

 

Jak dla mnie Twój świat jest na tyle mało konkretny (zarówno chronologicznie jak i terytorialnie – to przemieszanie imion), że nie ma to większego znaczenia. (I to akurat w takim opowiadaniu na plus.) Nawet chyba bym unikała konkretów. Po co Ci pojedynczy konkret w tekście, który poza tym dzieje się “wszędzie i nigdzie”? Dla mnie to takie generic late Middle Ages (ale nie jestem mediewistką), więc im mniej konkretu, tym lepiej. Chyba że planujesz pisać więcej w tym świecie, ale wtedy też konkret możesz wprowadzić, jak będzie naprawdę potrzebny. Możesz też dać saracenów (teoretycznie nazwa historyczna, ale używana czasem ogólnie) czy w ogóle pohańców (do Turków pasuje jak ulał). Nic mi tu nie wskazywało na czasy po rekonkwiście, nie mam też tak naprawdę pojęcia, gdzie to się dzieje i czy rekonkwista ma w związku z tym jakiekolwiek znaczenie dla bohaterów ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

to przemieszanie imion

Imiona: Horst, Cedric i Simon znalazłem w spisie niemieckich imion męskich. Dwa ostatnie po prostu spolszczyłem.

 

Nic mi tu nie wskazywało na czasy po rekonkwiście, nie mam też tak naprawdę pojęcia, gdzie to się dzieje i czy rekonkwista ma w związku z tym jakiekolwiek znaczenie dla bohaterów ;)

Jak już wspomniałem na betaliście, jest tutaj jedno małe nawiązanie do “Malleusa”, który został wydany po raz pierwszy w 1487 roku, więc akcja dzieje się prawdopodobnie na początku XVI wieku, ale dokładny czas i miejsce akcji celowo pozostawiłem niedookreślone.

 

Formalnie jednym i drugim, i jeszcze archeologiem :/

Ooo, szacunek. A skąd ta niezadowolona emotka? Bo ja naprawdę zazdroszczę. Sam miałem być nauczycielem historii, ale skończyłem jako psycholog.

Z Cedrikiem jest ten problem, że obecnie kojarzy się raczej z kręgiem anglojęzycznym – na to też warto zwracać uwagę. No a jedno całkowite spolszczenie (Cedryk jest egzotyczny, nawet w polskim zapisie) sprawia wrażenie chaosu. Ale sama doskonale wiem, że posługiwanie się spolszczonymi imionami bywa kuszące i sama miewam w swoich tekstach ten problem.

 

Czyli dobrze strzelałam, że późne średniowiecze, bo jeśli to kraje północne, to tak właśnie.

 

A skąd ta niezadowolona emotka?

Stąd, że na polonistykę zmarnowałam trochę czasu dość niepotrzebnie, a archeologia też mi się w życiu mało przydaje ;) To akurat była realizacja marzeń z dzieciństwa i studiów nie żałuję, były fajne, ale niepraktyczne w moim przypadku, bo nigdy nie pracowałam w zawodzie. Skończyłam na historii, którą mi na jakiś czas obrzydzono w liceum. A gdyby nie to, mogłam od razu od niej zacząć ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Re: pawęże.

 

Są słowa mocniej i słabiej związane ze swoim pochodzeniem. Pawęż należy do tych najsłabiej w ten sposób odczytywanych. Można się zastanawiać nad mnóstwem innych: kolor bordowy (wielu ludzi zna wina bordoskie, więc ten związek jest nieco silniejszy), bajońskie sumy, czy adamaszek. Kiedy ten związek jest słaby, statystyczny czytelnik nie wyczuje fałszu. Ale jak widzę w przekładzie fantasy dziejącej się w generic fantasylandzie określenie, że ktoś “siedział po turecku”, to już jest nie okej.

 

A co do czepialstwa: zakładamy tu, że komentarze są podobne do redaktorskich, kiedy posyłasz tekst do wydawnictwa… Z wszystkim można dyskutować, z dobrym redaktorem też da się dojść do kompromisu. Ale to nie znaczy, że ten redaktor ma nie wytykać wszystkiego, co potencjalnie razi. Celem redakcji jest uczynienie tekstu jak najlepszym. Ciżmy mi umknęły, ale od pewnego momentu nie czytałam słowo po słowie, bo swoje życie też mam ;)

 

Nadużywanie przymiotników dość powszechnie uważane jest za literacką łatwiznę, choć oczywiście poradniki, które radzą wyrzucać wszystkie przymiotniki należy wyrzucić do kosza ;) A subiektywne odczucia są ważne – każdy potencjalny czytelnik ma swoje subiektywne odczucia. Autor może coś z tym zrobić lub nie, ale czasem warto zastanowić się nad kompromisem “mnie się podoba” a “chciałbym, żeby przede wszystkim podobało się innym”, bo skoro publikujemy, to piszemy jednak dla czytelników, nieprawdaż?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie mówimy o odbiorze przez specjalistów, ale przeciętnego użytkownika języka… Turecki jest jednak jasno związane z Turcją chyba dla każdego, a pozostałe wymieniane przez nas oboje słowa już nie są oczywiste. Od specjalistycznych kompetencji zależy ich połączenie z realiami, ale z komórki to dużo teraz nie popiszę ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

drakaina,

 

Poprawiłem “obdartusów” na “urwipołciów”, “kynocefali” na “psiogłowców”, a “czyniły” na “robiły”, poprzedniego “robienia” jednak nie ruszając.

 

Choć w jednym to już autor popłynął – ten młynarczyk biegający po lesie w ciżmach :D

Zastanowię się jeszcze nad tymi “ciżmami”, bo przyznaję się bez bicia, że kompletnie nie mam pojęcia, co mógł mieć na nogach średniowieczny chłop. Jesienią raczej bosy nie był, ale zarówno “buty” jak i “trzewiki” brzmiały dla mnie zbyt współcześnie. “Ciżmy” rzeczywiście kojarzą się z obuwiem z fantazyjnie podwiniętymi noskami, ale dam głowę, że w co najmniej jednej powieści fantasy autor używał tego słowa w znaczeniu “buty”.

 

Są słowa mocniej i słabiej związane ze swoim pochodzeniem. Pawęż należy do tych najsłabiej w ten sposób odczytywanych. Można się zastanawiać nad mnóstwem innych: kolor bordowy (wielu ludzi zna wina bordoskie, więc ten związek jest nieco silniejszy), bajońskie sumy, czy adamaszek. Kiedy ten związek jest słaby, statystyczny czytelnik nie wyczuje fałszu. Ale jak widzę w przekładzie fantasy dziejącej się w generic fantasylandzie określenie, że ktoś “siedział po turecku”, to już jest nie okej.

Ba, w jednym z tłumaczeń “Władcy Pierścieni” jest bodajże mowa o “mięsie armatnim”. :D

 

Nadużywanie przymiotników – i ogólnie styl tego tekstu – jest chyba oczywistym nawiązaniem do twórczości pisarzy grozy z początku ubiegłego wieku. Którym kiedyś zarzucano to samo, a teraz są już klasykami literatury. Problem w tym, że – w mojej subiektywnej ocenie – tutaj wyszło to siermiężnie i bez polotu.

Lovecraft, Algernon Blackwood, Mary Shelley, Stoker, Stefan Grabiński – to są moi mistrzowie. A że ich zawiodłem, to inna sprawa. :-(

 

Polecam następny tekst napisać normalnym dla Ciebie, niewymuszonym językiem, nawet gdyby to miał być tekst o zamierzchłej przeszłości. A czas poświęcony na wyszukiwanie słów w Google Books przeznaczyć na skonstruowanie bardziej rozbudowanej intrygi, bardziej wyrazistych bohaterów i inne takie :) Niestety opowiadanie na 25 tys znaków którego fabułę da się streścić w dwóch zdaniach, bohaterów opisać jednym, a i sam pomysł na kolana nie powala, to nie jest coś fajnego. Przynajmniej dla mnie.

Pierwszy raz próbowałem napisać horror, choć już wcześniej romansowałem trochę z tym gatunkiem. Budowanie ciekawej intrygi i tworzenie wyrazistych bohaterów nie było wcale moim zamiarem. Chciałem zbudować klimat, podziałać na wyobraźnię, pobawić się w swoisty impresjonizm. Horst miał być everymanem, z którym każdy mógłby się trochę utożsamić.

Sam w opowiadaniach na 25 tysięcy znaków nie szukam sensacyjnych fabuł i zapadających w pamięć bohaterów, bo po prostu nie ma w nich na to miejsca, tylko ciekawego pomysłu. Mój, czyli percepcja klasycznych, uprowadzających ludzi “szarych obcych” i ich wytworów przez średniowiecznego kmiotka, nie był zbyt oryginalny, przyznaję. Miałem nadzieję, że chociaż droga Horsta będzie Wam się dłużyć tak, jak to opowiadanie, i udzieli Wam się klimat, ale jeśli nie wyszło – przepraszam.

Średniowieczny chłop najpewniej miał na nogach łapcie, zwłaszcza że chyba nie jest zima. W niektórych rejonach Europy drewniane chodaki czy saboty. Nie buty. Buty były drogie i jeżeli miał, to na od święta.

 

Zgoda co do urwipołciów. Już prędzej urwisy, łobuziaki, choć to wszystko średnio mi pasuje do świata przedstawionego.

 

Re: impresjonizm… Jednym z najpiękniejszych jego przykładów jest taka scena w “Jądrze ciemności” Conrada, gdzie Marlow płynie rzeką na statku i zauważa, że coś mu przeleciało koło głowy – dopiero jakiś czas później orientuje się, że są to bodaj strzały czy jakieś podobne pociski, w każdym razie, że zostali zaatakowani przez tubylców. Impresjonizm to niedosłowność, to obserwacja tego, jak postrzegamy świat – nie od razu ze szczegółami, ale właśnie czasem taki rozmazany.

No i w kwestii horrorów King ma rację – im bardziej opiszesz potwora, tym mniej będziesz straszny. To akurat poniekąd zastosowałeś, bo porywacze ciał ;) są nieokreśleni i dobrze. Ale szczegóły zabijają efekt przerażenia znacznie bardziej niż niedopowiedzenie.

 

No i to nie jest tak, że to opowiadanie nie ma pozytywnych cech – naprawdę bywa znacznie gorzej, zwłaszcza u debiutantów. A ja zazwyczaj komentuję zgryźliwie, bo sporo czasu zmarnowałam również na forach w rodzaju NaNoWriMo, gdzie wszyscy sobie kadzą bez konkretów, a to niczego nie uczy. Wolę zimny prysznic ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

“Urwipołcie”? Przecież to brzmi komicznie. Naprawdę taki efekt chcesz wywołać u czytelnika?

Może i brzmi niezamierzenie zabawnie, ale każdego śmieszy trochę coś innego. Mnie na przykład zawsze rozśmiesza pojawiający się u Sapkowskiego “mutant”, bo zaraz sobie wyobrażam czarodziejów w spiczastych czapkach dokonujących sekwencji DNA.

 

Dlatego konstruowanie tekstu polecam zacząć od znalezienia MacGuffina, potem w oparciu o niego wykreować bohaterów, intrygę, a w subtelności typu budowa nastroju poprzez długie opisy, to można się ewentualnie bawić później :)

No cóż, ja nie zawsze szukam w krótkich formach ciekawych bohaterów i sensacyjnych fabuł. Przeważnie zresztą ich nie znajduję, bo – jak już wspomniałem wcześniej – najzwyczajniej w świecie nie ma na to miejsca. Prawdziwą sztuką jest właśnie napisanie opowiadania one-shota, w którym znajdziemy to wszystko, o czym piszesz.

Na upartego fabułę każdego tekstu, czy to opowiadania, czy opasłej powieści można streścić w kliku zdaniach. “Władca Pierścieni”? Proszę bardzo: “Kilku kolesi wyrusza zniszczyć magiczny pierścień. W końcu im się to udaje”. “Lalka”? “Bogaty właściciel sklepu zaleca się do zubożałej arystokratki. Ona go nie chce”.

Powtórzę jeszcze raz, bo chyba nie zostałem dobrze zrozumiany: moim zamiarem było tylko i wyłącznie stworzenie klimatu grozy, skupiłem się więc nie na CO, tylko na JAK. Horst miał być everymanem, równie ciekawym, co bezimienny chłopiec z “Króla Olch” Goethego. Przypomina mi to trochę sytuację z pewnego forum, gdzie inny mój tekst, stylizowany na baśń, został skrytykowany za baśniowość.

 

Re: impresjonizm… Jednym z najpiękniejszych jego przykładów jest taka scena w “Jądrze ciemności” Conrada, gdzie Marlow płynie rzeką na statku i zauważa, że coś mu przeleciało koło głowy – dopiero jakiś czas później orientuje się, że są to bodaj strzały czy jakieś podobne pociski, w każdym razie, że zostali zaatakowani przez tubylców. Impresjonizm to niedosłowność, to obserwacja tego, jak postrzegamy świat – nie od razu ze szczegółami, ale właśnie czasem taki rozmazany.

Miałem raczej na myśli apelowanie do zmysłów poprzez operowanie wizualiami i dźwiękiem. Zdaniem jednej z beta-czytelniczek właśnie to wyszło mi całkiem przyzwoicie.

Hmm, samodzielna wyprawa na jarmark to chyba jest taka większą okazja ????.

A BTW, fajnie się czyta waszą szermierkę na komentarze.

Miałem raczej na myśli apelowanie do zmysłów poprzez operowanie wizualiami i dźwiękiem.

Dla mnie to byłby sensualizm, skoro robisz to bezpośrednio ;)

 

Edyta: tak myślę o tym impresjonizmie (skądinąd uważając, że jest to wyjątkowo niepasująca do literatury kategoria) i chyba już wiem, w czym rzecz. W tej szkolnej polonistyce, co to ten kawałek Kasprowicza – impresjonizm, tamten – ekspresjonizm itd. i coś o zmysłach istotnie tam było. I coś na rzeczy jest, ale zarazem się wszystko bardzo upraszcza – ale to chyba cecha wszelkiej szkolnej wiedzy.

 

LAYV – komentarze i dyskusje pod tekstami to jedna z największych zalet tego portalu. Poza tym, oczywiście, że mamy mnóstwo świetnych tekstów :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dobra, przeczytałem i mi się spodobało. Nawet bardzo :)! 

Nie wiem, ile już zostało poprawione, ale mnie się czytało dosyć płynnie.

Jedyne, do czego mam uwagi, to zbyt współczesne słownictwo:

– “doskonale symetryczny” – średniowieczny młynarczyk zna takie słowa? no way;

– “z południowego zachodu na wschód” – o ile wschód łyknę, to z południowym zachodem mam jak wyżej: młynarczyk to nie żeglarz.

 

Jeśli to debiut, to naprawdę świetna robota! Przeczytałem z prawdziwą przyjemnością :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Zależy, co rozumieć przez debiut. To moje drugie ukończone opowiadanie, ale pierwsze, które wrzuciłem tutaj. Mam też na koncie kilka rozdziałów powieści, ale ten portal to chyba nie miejsce dla dłuższych form.

 

Co do tego południowego zachodu, to oczywiście masz rację. Wystarczyłby sam “zachód”.

 

Dzięki za pozytywny feedback. To budujące.

Mnie też tekst wydaje się nadmiernie rozwleczony. Ale ja pozostaję odporna na nastroje, a Lovecrafta nie bardzo trawię, więc może po prostu nie jestem targetem.

W historii przeszkadzało mi, że końcówka wcale nie wynika z wcześniejszych wydarzeń. Czy gdyby chłopcy nie poszli obejrzeć śladów albo w ogóle targu nie było, coś by się zmieniło w tej kwestii? Tyle tylko, że młynarczyk miał gotową interpretację zdarzeń, więc zobaczył czarownicę, a nie plugawego diabła.

Trochę dziwiło mnie, że mały chłopiec posyłany sam na targ w interesach (ewidentnie niewspółczesne zachowanie) ma własny pokój, a przynajmniej spał sam. No, ale może młynarz był na tyle bogaty, że chałupę miał zacną, z kilkoma izbami.

święć się imię Twoje, przyjdź królestwo twoje…

Dałeś jedną dużą literę, to i drugiej nie skąp.

Babska logika rządzi!

W historii przeszkadzało mi, że końcówka wcale nie wynika z wcześniejszych wydarzeń. Czy gdyby chłopcy nie poszli obejrzeć śladów albo w ogóle targu nie było, coś by się zmieniło w tej kwestii? Tyle tylko, że młynarczyk miał gotową interpretację zdarzeń, więc zobaczył czarownicę, a nie plugawego diabła.

O to właśnie chodziło. Do porwania przez obcych doszłoby tak czy siak. Młynarczykowi wydawało się, że spotkała go kara za jego złe zachowanie, i to jeszcze – o ironio! – w dniu, w którym poprzysiągł sobie poprawę, podczas gdy on się w tym wszystkim od początku do końca w ogóle nie liczył. Obcy zaatakowali młyn, bo – podobnie jak chata na polanie – stał na uboczu, a jego mieszkańcy byli łatwym celem. Choć jestem w stanie zrozumieć, dlaczego taki rodzaj twistu, jeśli można to nazwać twistem, nie przypadł Ci do gustu.

 

Dałeś jedną dużą literę, to i drugiej nie skąp.

Łał. Jak to się stało, że dopiero Ty to zauważyłaś? A parę osób przed Tobą przecież czytało tekst, no i sam sprawdzałem go tyle razy. 0_o

Nie przepadam za takimi bohaterami, od których nic nie zależy. Ale to pewnie w dużej części rzecz gustu, nie musisz się przejmować.

Babska logika rządzi!

No cóż, pomysł na UFO w średniowieczu niespecjalnie przypadł mi do gustu, a historia wyrostka trwożącego się na samą myśl o czarownicy znużyła. Opowiadanie, choć opisuje zaledwie jeden dzień i fragment nocy, zdało mi się przegadane, miejscami wręcz nudnawe.

Nie ukrywam, że bardziej zaciekawiłyby mnie dalsze losy rodziny uprowadzonej przez kosmitów.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia, a najbardziej przeszkadzały nazbyt liczne zaimki.

 

Za­darł­szy do góry głowę, Horst zmarsz­czył brew… –> Masło maślane. Czy można zadrzeć coś do dołu?

Wystarczy: Za­darł­szy głowę, Horst zmarsz­czył brew

 

Oj­ciec wy­słał go tego ranka na targ do mia­stecz­ka, by sprze­dał tam parę koź­ląt, pod groź­bą kary przy­ka­zu­jąc mu wró­cić przed za­cho­dem słoń­ca. Wy­wią­zaw­szy się spraw­nie z po­wie­rzo­ne­go mu za­da­nia… –> Nadmiar zaimków.

 

Nie­dłu­go trwa­ło, a Szy­mon i Horst wdra­py­wa­li się… –> Co trwało niedługo?

Raczej: Niebawem/ Po chwili Szy­mon i Horst wdra­py­wa­li się

 

Ze wzgó­rza roz­cią­gał się widok na pła­ską jak stół po­la­nę… –> czy chłopcy na pewno widzieli polanę? Skoro nie wspominasz o lesie, podejrzewam, że: Ze wzgó­rza roz­cią­gał się widok na pła­ską jak stół łąkę

 

Aż wresz­cie zo­ba­czył ów bez­boż­ny znak wy­pa­lo­ny w tra­wie… –> Czy znak może być bezbożny?

Za SJP PWN: bezbożny daw. «niewierzący w Boga lub bogów, występujący przeciw religii»

W dalszej części tekstu pojawia się jeszcze bezbożna magia.

 

od­parł Ce­dryk, dra­piąc się po rudej czu­pry­nie. –> Można drapać się po głowie, ale nie po włosach.

 

chłop stary, tro­chę już nie­do­wi­dzi, a i po go­rzał­kę sięga dość czę­sto… –> Obawiam się, że w czasach, kiedy dzieje się opowiadanie, chłopi nie pijali gorzałki.

 

Malec nigdy nie miał, rzecz jasna, wąt­pli­wo­ści, że wiedź­my ist­nie­ją. –> Chłopiec, któremu ojciec powierza zadanie sprzedania na targu koźląt, z pewnością nie jest malcem.

Może: Młodzik/ wyrostek/ podrostek/ niedorostek/ młokos/ chłopak/ gołowąs nigdy nie miał

Malec pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

Nigdy jesz­cze nie uświa­da­miał sobie tego tak do­bit­nie, jak teraz, gdy jego grzesz­ki mogły ścią­gnąć mu na kark cza­row­ni­cę, go­to­wą wy­to­czyć z niego krew… –> Nadmiar zaimków.

 

Wtem trą­cił coś czub­kiem trze­wi­ka… –> Czy chłopski syn na pewno nosił trzewiki na co dzień?

 

Chło­piec zbladł, za­ciął usta i pu­ścił się bie­giem… –> Raczej: Chło­piec zbladł, zacisnął usta i pu­ścił się bie­giem

 

Jej białe po­licz­ki świe­ci­ły się od za­schnię­tych łez. –> Skoro łzy wyschły, to policzki chyba nie mogły się od nich świecić.

 

jakby ści­snę­ły go za szyję czy­jeś nie­wi­dzial­ne palce. –> Raczej: …jakby ści­snę­ły mu szyję czy­jeś nie­wi­dzial­ne palce.

Można ścisnąć coś, nie za coś.

 

Cza­row­ni­ca nie­spo­dzie­wa­nie cof­nę­ła rękę i unio­sła do góry głowę… –> Masło maślane.

 

Po­środ­ku tkwi­ło jedno wiel­kie Oko… –> Dlaczego wielka litera?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pełna zgoda co do nadmiaru zaimków (zauważyłem, że z biegiem czasu coraz skuteczniej je w swoich tekstach wyłapuję), zadzierania/unoszenia głowy do góry oraz wódki, która faktycznie jest anachronizmem (sam nie piję i mam zerową wiedzę na temat alkoholi). Nad “malcem” i “trzewikami” jeszcze się zastanowię, gdy po zakończeniu konkursu będę poprawiał opowiadanie. Reszta to bzdury, mniejsze lub większe. Po czuprynie jak najbardziej można się podrapać, usta zaciąć, można ścisnąć kogoś (podobnie jak ująć lub złapać) za rękę/nogę/szyję/cokolwiek innego, znak może być bezbożny lub bluźnierczy – przynajmniej u Lovecrafta i jego naśladowców. ;) We fragmencie o polanie kilkakrotnie wspomniane są drzewa. Widziałem osoby, które miały na policzkach lśniące ślady po łzach. To konkretne Oko jest wielką literą, bo tak ma być.

 

Pisarzem jestem przeciętnym, może trochę mniej niż przeciętnym, ale rażących błędów językowych nie popełniam, więc na kolejne bezsensowne zarzuty podobne do tych drakainy i regulatorów po prostu nie będę już odpowiadał.

 

Styl jest, jaki jest. Nie każdemu musi się podobać i ja to szanuję. Jak już chyba wcześniej wspomniałem, staram się pisać tak, jak sam chciałbym czytać. Lubię, kiedy akcja rozkręca się powoli, na ogół czytam z przyjemnością teksty, które innych szybko nużą. Nie wiem, może takie mamy czasy, że wszyscy się spieszą, niecierpliwią i dążą do natychmiastowej gratyfikacji. W tym konkretnym tekście jego długość i rozwlekłość były też środkiem do celu, który, jak widzę, niestety nie został osiągnięty.

…ale ra­żą­cych błę­dów ję­zy­ko­wych nie po­peł­niam, więc na ko­lej­ne bez­sen­sow­ne za­rzu­ty po­dob­ne do tych dra­ka­iny i re­gu­la­to­rów po pro­stu nie będę już od­po­wia­dał.

Bolly, nigdzie nie zarzuciłam Ci, że popełniłeś rażące błędy, a tylko wyłapałam to, co wytrącało mnie z rytmu, co kazało się zastanowić nad danym słowem, zdaniem czy sformułowaniem. Jeśli czytelnik zwraca uwagę, że w tekście jest coś, co utrudnia jego płynne czytanie, autorowi, moim zdaniem, powinno dać to do myślenia.

Przyjmij też do wiadomości, że skoro ktoś poświęcił czas na przeczytanie Twojego dzieła i zechciał jeszcze podzielić się uwagami, nie zasługuje na podsumowanie, że to jest bezsensowne i bzdurne.

 

Jak już chyba wcze­śniej wspo­mnia­łem, sta­ram się pisać tak, jak sam chciał­bym czy­tać.

Owszem, Bolly, wspomniałeś. Rozumiem to, jednak wystaw sobie, że nie zawsze znajdziesz czytelników podzielających Twoje upodobania i może się zdarzyć, że pisząc tak jak lubisz czytać, będziesz pisał dla samego siebie.

 

Dodam jeszcze, czego może nie zauważyłeś, że wszystkie moje uwagi to zaledwie sugestie i propozycje, i tylko od Ciebie zależy, czy zechcesz z nich skorzystać. To przecież Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem bez zachwytu, ale i bez niechęci. Na mój gust za dużo w konkursie opowiadań z perspektywy dziecka. Nosz nie lubię… Tutaj czytało się całkiem przyjemnie, lecz po zakończeniu miałem lekkie poczucie straty czasu. Żadnego zaskoczenia, jakieś puenty, ot taka tam historyjka. Może być;) Z tego co mi zgrzytnęło: ile on miał lat? Bo jak "malec" to nie powinien sprzedawać koźląt. W ogóle dziecku nie powierzono by raczej takiej transakcji.

Całkiem nieźle :) 

Jeśli Twoim celem było zbudowanie klimatu, to według mnie wyszło w porządku. Może dlatego, że jestem mamą takiego właśnie niegrzecznego brzdąca, który za kilka lat zapewne zapoluje na czarownice/ufoki/duchy (jemu nic nie jest straszne i żadne groźby nie działają :D).

Natomiast zgadzam się z przedpiścami, że (chociaż gratyfikacja jest fajna) opowiadanie nieco się dłuży. Ja miałam problem już z pierwszym akapitem:

Popielate niebo ciążyło złowieszczo nad rozległą połacią nagich, bezlistnych drzew, kołyszących się i skrzypiących żałośnie przy gwałtownych podmuchach wiatru. Zwały brzemiennych deszczem chmur sunęły śpiesznie nad lasem, co rusz przesłaniając chylące się ku zachodowi blade słońce. Zadarłszy do góry głowę, Horst zmarszczył brew i także przyspieszył kroku, usiłując wyprzedzić nadciągający zmierzch. 

Ok, budujesz napięcie, ale sam spójrz, ile tu dałeś określeń… Przymiotniki i przyimki tylko czyhają, by uśpić uwagę czytelnika. I być może jest to jakiś sposób, by w finale zaskoczyć gwałtownym przyspieszeniem akcji, ale u mnie spowodowało, że momentami ledwie “skanowałam” tekst wzrokiem i czasem musiałam zmuszać się do skupienia uwagi.

Może gdyby nieco okroić tekst z przymiotników i przysłówków, nieco by zyskał? Przemyśl to sobie. Bo to trochę jak z makijażem u kobiety, wiesz, co za dużo, to niezdrowo i zakrywa to, co najpiękniejsze ;)

 

Pamiętaj też, że konstruktywna krytyka może tylko pomóc, a i tak ostateczna decyzja należy do autora :) Dlatego nie trza się wkurzać, ino cieszyć, że ktoś czyta, poświęca czas, niechby nawet krytykując :D Bo jak ktoś się złości i jest niegrzeczny, to przychodzi po niego Samwieszkto ;)

 

Mi się podobało, daję klika.

Pamiętaj też, że konstruktywna krytyka może tylko pomóc, a i tak ostateczna decyzja należy do autora :) Dlatego nie trza się wkurzać, ino cieszyć, że ktoś czyta, poświęca czas, niechby nawet krytykując :D

Lubię krytykę, ale gdy rzeczywiście jest konstruktywna. Tutaj dostałem jak dotąd kilka celnych uwag, ale zadziwiająco dużo było też czepiania się poprawnych zwrotów i sformułowań z języka polskiego, w których nie ma niczego niezwykłego i które znaleźć można w co drugiej książce. Bardzo mnie to zaskoczyło i pozostawiło pewien niesmak. Póki co odnoszę wrażenie, że na Weryfikatorium czy Artefaktach można otrzymać bardziej rzetelną i merytoryczną krytykę, ale może jeszcze zmienię zdanie.

 

Mi się podobało, daję klika.

A co to oznacza?

Na górze, po przedmowie, jest wskazanie kto “kliknął” na Bibliotekę. 

Do Biblioteki trafiają teksty, które przez użytkowników zostały uznane za fajne, warte uwagi.

Jeśli dodając swoje opowiadanie uzupełniłeś fragment reprezentatywny, to jeśli uzbierasz pięć takich klików, to Twój tekst trafi do Biblioteki i pojawi się też na stronie głównej, tej startowej.

 

Wiesz, to Twoja decyzja, które poprawki przyjmiesz. 

Nie znam innych portali, ale na fantastyka.pl siedzę już od kilku lat i zaprawdę, powiadam Ci, warto. 

 

Też trafiam w książkach na babole :D

Przeczytane.

Nowa Fantastyka