- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - NIEBO GWIAŹDZISTE NADE MNĄ

NIEBO GWIAŹDZISTE NADE MNĄ

Bohaterowi  dzieciństwa  mego , Erichowi  von  Dänikenowi, dzieło  niniejsze  dedykuję.

 

   Paleoastronautyka – nauka zajmująca się badaniem historii ludzkości w kontekście jej kontaktów z cywilizacjami pozaziemskimi.

 

Fikcyjne mity nie istnieją.

           Thelonious Monk

 

Poniższa opowieść osnuta została na kanwie rzeczywistych wydarzeń, aczkolwiek niektóre nazwiska, imiona i szczegóły zostały zmienione, zaś dialogi udramatyzowano zgodnie z przypuszczeniami mającymi podstawę w faktach. Jej napisanie było możliwe dzięki doświadczeniu przez jej autora bliskich spotkań czwartego stopnia. Historia ta jest istotnym uzupełnieniem spuścizny Hezjoda i Homera oraz przekazu biblijnego, a także stanowi wyjaśnienie zagadki Atlantydy oraz Trójkąta Bermudzkiego.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

NIEBO GWIAŹDZISTE NADE MNĄ

NIEBO GWIAŹDZISTE NADE MNĄ

 

Działo się to roku trzydziestego, dnia piątego czwartego miesiąca, gdy się znajdowałem wśród zesłańców nad rzeką Kebar. Otworzyły się niebiosa i doświadczyłem widzenia Bożego. Piątego dnia miesiąca – rok to był piąty od uprowadzenia do niewoli króla Jojakina - Pan skierował słowo do kapłana Ezechiela, syna Buziego, w ziemi Chaldejczyków nad rzeką Kebar; była tam nad nim ręka Pańska. 

Wizja rydwanu Bożego

 

Patrzyłem, a oto wiatr gwałtowny nadszedł od północy, wielki obłok i ogień płonący <oraz blask dokoła niego>, a z jego środka [promieniowało coś] jakby połysk stopu złota ze srebrem, <ze środka ognia>. Pośrodku było coś, co było podobne do czterech istot żyjących. Oto ich wygląd: miały one postać człowieka. Każda z nich miała po cztery twarze i po cztery skrzydła. Nogi ich były proste, stopy ich zaś były podobne do stóp cielca; lśniły jak brąz czysto wygładzony. Miały one pod skrzydłami ręce ludzkie po swych czterech bokach. Oblicza <i skrzydła> owych czterech istot - skrzydła ich mianowicie przylegały wzajemnie do siebie – nie odwracały się, gdy one szły; każda szła prosto przed siebie. 10 Oblicza ich miały taki wygląd: każda z czterech istot miała z prawej strony oblicze człowieka i oblicze lwa, z lewej zaś strony każda z czterech miała oblicze wołu i oblicze orła, 11 <oblicza ich> i skrzydła ich były rozwinięte ku górze; dwa przylegały wzajemnie do siebie, a dwa okrywały ich tułowie. 12 Każda posuwała się prosto przed siebie; szły tam, dokąd duch je prowadził; idąc nie odwracały się. 

13 W środku pomiędzy tymi istotami żyjącymi pojawiły się jakby żarzące się w ogniu węgle, podobne do pochodni, poruszające się między owymi istotami żyjącymi. Ogień rzucał jasny blask i z ognia wychodziły błyskawice. 14 Istoty żyjące biegały tam i z powrotem jak gdyby błyskawice. 

15 Przypatrzyłem się tym istotom żyjącym, a oto przy każdej z tych czterech istot żyjących znajdowało się na ziemi jedno koło. 16 Wygląd tych kół <i ich wykonanie> odznaczały się połyskiem tarsziszu, a wszystkie cztery miały ten sam wygląd i wydawało się, jakby były wykonane tak, że jedno koło było w drugim. 17 Mogły chodzić w czterech kierunkach; gdy zaś szły, nie odwracały się idąc. 18 Obręcz ich była ogromna; przypatrywałem się im i oto: obręcz u tych wszystkich czterech była pełna oczu wokoło. 19 A gdy te istoty żyjące się posuwały, także koła posuwały się razem z nimi, gdy zaś istoty podnosiły się z ziemi, podnosiły się również koła. 20 Dokądkolwiek poruszał je duch, tam szły także koła; równocześnie podnosiły się z nimi, ponieważ duch życia znajdował się w kołach. 21 Gdy się poruszały [te istoty], ruszały się i koła, a gdy przestawały, również i koła się zatrzymywały: gdy one podnosiły się z ziemi, koła podnosiły się również, ponieważ duch życia znajdował się w kołach. 22 Nad głowami tych istot żyjących było coś jakby sklepienie niebieskie, jakby kryształ lśniący, rozpostarty ponad ich głowami, ku górze.23 Pod sklepieniem skrzydła ich były wzniesione, jedno obok drugiego; każde miało ich po dwa, którymi pokrywały swoje tułowie. 24 Gdy szły, słyszałem poszum ich skrzydeł jak szum wielu wód, jak głos Wszechmogącego, odgłos ogłuszający jak zgiełk obozu żołnierskiego; natomiast gdy stały, skrzydła miały opuszczone. 25 Nad sklepieniem które było nad ich głowami, rozlegał się głos; gdy stały, skrzydła miały opuszczone. 

26 Ponad sklepieniem, które było nad ich głowami, było coś, o miało wygląd szafiru, a miało kształt tronu, a na nim jakby zarys postaci człowieka. 27 Następnie widziałem coś jakby połysk stopu złota ze srebrem, <który wyglądał jak ogień wokół niego>. Ku górze od tego, co wyglądało jak biodra, i w dół od tego, co wyglądało jak biodra, widziałem coś, co wyglądało jak ogień, a wokół niego promieniował blask. 28 Jak pojawienie się tęczy na obłokach w dzień deszczowy, tak przedstawiał się ów blask dokoła. Taki był widok tego, co było podobne do chwały Pańskiej. Oglądałem ją. Następnie upadłem na twarz i usłyszałem głos Mówiącego. 

Biblia Tysiąclecia Ez 1: 1-28

Przysłowie atlantydzkie prastare do historyji poniższej pasujące następująco się prezentuje: Książek wiele wady ludzkie okropne trafnie piętnuje; szkopuł w tem, iż ci, kerzy pod wpływem jech winni się zmienić, relacyje sportowe wolą oglądać, niźli teksty dłuższe czytać. Zapewne i z opowieścią niniejszą losu ofiary i kozły ofiarne prędzej się zapoznają aniżeli gnębiciele jech, lecz może to i lepiej.

 

 

PLANETA ZIEMIA, CZASY OBECNE

 

WARSZTAT SZKUTNICZY MIESZKA SZAŁABAJA

 

MIESZKO: Uważaj teraz, synek. Pokażę Ci prostą i pomysłową metodę ustalenia dokładnego kształtu krzywizny grodzi, aby ją wpasować do istniejącej skorupy kadłuba czy pływaka wielokadłubowca. Patrz, w miejscu grodzi ustawiam dość szeroki płat grubej sklejki lub podobnej sztywnej płyty, np. gipsowo – kartonowej, na której łatwo można rysować. Nanoszę na nią pionową linię bazową i umocowuję ją prowizorycznie, ale nieprzesuwnie. Pilnuję oczywiście prostopadłości płyty do płaszczyzny symetrii i KLW. Trzeba następnie przygotować kawałek drewnianej szkolnej linijki i zaostrzyć ją w szpic na początku centymetrowej podziałki. Teraz wystarczy do narysowanej uprzednio na płycie linii bazowej przyłożyć mniej więcej prostopadle do poszycia naszą zaostrzoną linijkę, wymierzyć odległość do poszycia, narysować linię domiaru i wpisać ją przy skrzyżowaniu owej linii z bazą. Im bardziej zakrzywione poszycie w danym miejscu, tym gęściej robimy nasze domiary. Wyjmujemy teraz płytę z wnętrza, kładziemy ją na materiale – zazwyczaj sklejce, i operację odwracamy: na linii domiaru kładziemy linijkę i wpisany domiar odmierzamy, robiąc wyraźny punkt na sklejce, a lepiej krzyżyk. Łączymy te krzyżyki płynną linią, wycinamy sklejkę wyrzynarką i… musi pasować do milimetra. Rozumiesz?

TOBIASZ: Nniee.

MIESZKO: Czego nie rozumiesz?

TOBIASZ: Wffszyysstkieeego.

MIESZKO: Jak wszystkiego? Przecież to są proste rzeczy. Coś musiałeś zrozumieć.

TOBIASZ: Nniee.

MIESZKO: Bo nie uważałeś! Skup się. Patrz, pokażę Ci jeszcze inną metodę. Zamiast linijki można też wziąć zwykłą prostą zaostrzoną listwę. O taką, widzisz? No podnieś głowę i popatrz przez chwilę. Na listwie oznaczamy liczbami kolejne domiary i te same liczby utrwalamy na płycie przy danej linii domiarowej. Ale trzeba pamiętać, aby domiarami objąć także oś symetrii jachtu, na której wisi pion, ażeby potem prawidłowo wykonać całą gródź, a nie tylko jej część. Teraz rozumiesz?

TOBIASZ: Nnnic.

MIESZKO: Jak to nic.

TOBIASZ: Dlaaczeegoo cci tataaak trruudno zrozrozuumieć, żże mmnnie tototo nnie iinteteereesuuje.

MIESZKO: A co ciebie interesuje?

TOBIASZ: Ppprzeecieeż wiewiesz.

MIESZKO: Chcesz być zaśpiewajłą?

TOBIASZ: Ppiooseenkaarzem.

MIESZKO: Ja cię próbuję nauczyć fachu praktycznego, dzięki któremu nigdy w życiu głodu nie zaznasz, a ty uparcie angażować się chcesz w coś, z czego chleba mieć nie będziesz.

TOBIASZ: Nnaajleepsi ppioossennkaarze zazaraaabbiaaają wwięcej nniż nnajjleepsi szkuszkuszkuszkuttnicy.

MIESZKO: Tylko ilu jest tych najlepszych piosenkarzy?

TOBIASZ: Kkoonkuureencja jejeest wszwszęędzie. W szku… w szkuutniictwie tteż lililiczczy ssię ttylko gagarssttka naajjjlleepszych.

MIESZKO: A o nielegalnym kopiowaniu muzyki z Internetu słyszałeś?

TOBIASZ: Nnaaajjleeppsi ppiossenkaaarze i taak wywychooodzą nnaa swoooje – czeerpią zyyyski z koonceertów, rororozzggłośnie raraddiowe wywypłaaacają im tatanntiemy…

MIESZKO: To dla kogo ja cały ten interes rozkręciłem? Kto ode mnie firmę przejmie? Mam ją obcemu sprzedać?

TOBIASZ: Mmooże Bbłaażej ssię nnaada?

MIESZKO: Obaj przecież możecie mieć spółkę. We dwóch łatwiej nawet interes prowadzić. A ja wam, dokąd tylko zdołam, będę pomagał. Nazwę zakładu możemy zmienić na Szabałaj i Synowie. Co ty na to?

TOBIASZ: Aale mmmnnie toto nniee iinnteereesuje.

 

Mieszko zdenerwowany rzuca na stół kreślarski narzędzia.

 

MIESZKO: W takim razie jedź. Mam nadzieję, że kiedy ci się tam noga powinie, wrócisz do mnie skruszony z podkulonym ogonem i przyznasz ojcu rację!

 

 

 

 

 

 

PLANETA ATLANTYDA, ANNO DOMINI 50’123

GABINET DYREKTORA SZKOŁY RYCERSKIEJ – PANI IRIS OMFALOS

POTEM KRONOSA I REI OLIMPOW KWATERA

 

DYREKTOR OMFALOS: Skoro w wątpliwość zarzuty nasze państwo podają, niech policjantow zapytać raczą, kerzy syna waszego zidentyfikowali. Oto kontakt do niech.

KRONOS: Założmy, iż to Zeus rzeczywiście e-maile te wysłał. Wszak nie od wczoraj uczy młodzież pani i raz niejeden końskie zaloty widziała. Wszytcyśmy kiedyś w wieku jego byli i głupstwa czynili. Chłopcy nie raz jeden wulgarnie dziewczęta zaczepiają, a dorosłszy, zachowań młodzieńczech się wstydzą. A i dziewczęta święte nie są, a niektore nawet i podryw wulgarny cieszy.

DYREKTOR OMFALOS: Dziewczyna spłakana do mnie przyszła, a rodziciele jej policyję powiadomili, iż od roku Zeus uporczywie nęka ją i molestuje. Na miejscu pana będąc, zachowania syna tak bym lekce sobie nie ważyła. Oto e-maile obraźliwe wielice, kere dziewczę inne odeń otrzymało.

 

Z treścią wydrukow kolejnech państwo Olimpowie się zapoznają.

 

REJA (zmieszana wielice): Coż w sytuacyji tej ordynuje nam pani?

DYREKTOR OMFALOS (wzdychając): Propozycyja, kerą teraz państwu złożę, nie moją jest jeno. My, ciało pedagogiczne Szkoły Rycerskiej, wespoł do wniosku doszlim, iż rozwiązaniem najlepszem Zeusa w domu poprawczem edukacyja dalsza będzie. 

REJA: A kerzy to preceptorzy takoż postanowili? Nie ci przypadkiem, kerym syn nasz pytań nazbyt wiele zadawał?

DYREKTOR OMFALOS: Azaliż sugeruje pani, iż to z Zeusa dociekliwości powodu pedagogow autorytet na proby ciężkie wystawiającej ofiarą uprzedzeń jech padł on?

REJA: Czyż nie na dużą nazbyt liczbę Zeusa pytań pani Beset narzekała?

DYREKTOR OMFALOS: Owszem, lecz pytań lekcyj tematow nie tyczącech. Szanowni państwo, rada pedagogiczna jednomyślna w Zeusa sprawie była.

REJA: Coż to znaczy?

DYREKTOR OMFALOS: Znaczy to, iż żaden preceptor za Zeusem się nie wstawił.

REJA: Przeto żaden szkoły tej preceptor do zawodu swego powołania nie ma. Miast wyzwania się podjąć, na innego kogoś przerzucić problem wolicie.

DYREKTOR OMFALOS (żachnąwszy się): Zeus zajęcia notorycznie dezorganizuje i do niesubordynacyji wypowiedziami impertynenckiemi klasę prowokuje! Nawet mnie nie respektuje! A słychana o rzecz do niewiast tak się odnosić?! Toż cała okolica języki sobie na niem ostrzy! My nade wszytko wiedzę uczniom wpoić mamy, zaś wychowaniem jech rodziciele przede wszytkiem zająć się winni! Zwykłe nauczania metody w Zeusa przypadku zawodzą! Jego drylowi wojskowemu trza poddać! Lecz niezgorszy ośrodek wychowawczy na ludzi zapewne go wyprowadzi.  

REJA: Gdzie jeno pisać i czytać go nauczą. I mowi to pani? Z wielikim doświadczeniem preceptor? Czyż nie uczyła pani już pradziadka jego?

DYREKTOR OMFALOS: Lat mi odjęła pani. Pokoleń dziesięć Olimpow uczyłam[1].

REJA: Ach tak, i takiż doświadczeń bagaż mając, tak łatwo poddaje się pani?

DYREKTOR OMFALOS: Coż, Zeus od dziadow jego rożni się bardzo.

REJA: Czyż nie tolerancyji wobec inności preceptorzy uczyć winni?

DYREKTOR OMFALOS (wzdychając raz drugi): Z przykrością bez ogródek rzeknę: nikt z familiji waszej tylu co Zeus kłopotow i zmartwień nam nie przysporzył. Wierzajcie mi, proszę, i uczniowie, i rodziciele, i preceptorzy stale skargi nań składają. W obliczu porażek pedagogicznech dwu stanąwszy, z kerych jedna na opuszczeniu szkoły naszej przez uczniow wielu zdolnych polegać może z Zeusa wybrykow powodu, druga zaś – na syna państwa domowi poprawczemu oddaniu, fiasko drugie wybierajem. 

REJA (zbulwersowana): Coż, myślę, iż do powiedzenia więcej to my już nic sobie nie mamy. Do widzenia pani.

KRONOS (zmieszany): Do widzenia.

 

Chwil kilka potem państwo Olimpowie w autolocie swem dyskusyję ożywioną prowadzą, w chmur drapaczy gąszczu pięknie zbudowanem i w ochędóstwo wprawionem lecąc, a żadne z niech na ruch powietrzny uwagi nie zwraca, jako że nawigacyją satelitarną jest on zawiadywan.  

 

KRONOS: Zapomniał wół, jak cielęciem buł! Czy z domu poprawczego preceptorami rozmowę imaginujesz sobie?! Dzień dobry, Kronosem Olimpem mnie zowią, pod opiekę państwa syna swego, Zeusa, oddać przyjechałem! Czy nazwisko swe raczy pan powtorzyć?! Olimp?! Z tech Olimpow?! Tak, oto Zeus, jenerała Uranosa Olimpa potomek! A dajcież gowniarzowi dobrze w kość, bo przed nikiem moresu nie czuje! Trza go drylowi wojskowemu poddać, by pyskować i molestować przestał, po południu skacowan sromotnie z łożka się nie zwlekał i sznurowki zawiązywać raczył!

REJA: To cię martwi najbardziej?! Iż Zeus rodzinę kompromituje?! 

KRONOS: A jakże nie przejmować się tem mogę?! Wszak przez kretyna tego kariera ojca mego ucierpi niezmiernie! Co tam ucierpi! Gnojek sprawi, iż dziadka jego dystynkcyj kapitańskiech pozbawią! Przecie o Zeusa wybrykach się dowiedziawszy, komisyja rekrutacyjna[2] ojca mego przed wyborem następującem postawi: albo bez wnuka polecisz, a tem samem i bez dzieci swojech, albo na Atlantydzie ostaniesz! Co wybierze, jak myślisz?! Do dymisyji się poda!

REJA: A dziewcząt tech uczucia urażone ciebie nie obchodzą?!

KRONOS: Za kogo mnie masz?!

REJA: Trza ci mu rzeczy pewne wyklarować!

KRONOS: Mnie jeno?! A na czem twoja rola ma polegać?!

REJA: Mężczyznami jesteśta!

KRONOS: I coż uczynić mogę, by do statku przyszedł?! Zali piękne maksymy mu do łba wtłoczyć, czy dyscyplinę na niem połamać?!

REJA: Na to, to już chyba za poźno!

KRONOS: Wiem, co mu rzeknę. Powiem: nicponiu, łapserdaku, drapichruście, andrusie ty jeden ty… Tuszę, iż po rozmowie naszej zmienisz się, basałyku, zbytniku… W młodości też taki bułem, toteż cię nie winuję…. To mu mam rzec?! Otoż nie mogę, gdyż taki nie bułem i wyrozumiałości ode mnie szczeniak niech nie oczekuje!!

REJA: Dla wybrykow chłopięcech u dyrektor Omfalos zrozumienia szukałeś!

KRONOS: Jak on nigdym się nie zachowywał!! Nigdy jako żywo!! (po milczenia chwili) Męska rozmowa, kurwa!!

 

Do kwatery jech na piętrze sto siodmem chmur drapacza się znajdującej Olimpowie przez drzwi balkonowe wchodzą, do kerych pojazd jech szczelnie i bezpiecznie zacumował. Gdy jeno wrota owe automatycznie się zamykają, pojazd pusty do garażu w budynku podnożu ulokowanego samodzielnie podąża, Olimpowie zaś przede drzwiami do syna pokoju stają, kere jak zazwyczaj, lubo Zeus w środku przebywa, na klucz elektroniczny zamknięte są.

 

KRONOS: Po rozmowie z panią Omfalos jestemy! O zachowaniu twojem słowo zamienić nam trza!

ZEUS: Gadać mi się z wami nie chce!

KRONOS: Synek, jeśli nam drzwi nie otworzysz, to je rozpierdolę!!!

ZEUS: Czyń przeto, jak rzekłeś!

KRONOS (do żony): Cofnij się!

REJA: Co czynisz?!

KRONOS: Nie widzisz?! Drzwi rozpierdalam.

REJA: Ani mi się waż!

KRONOS: Znasz go przecie! Nigdy z nami po ludzku się nie rozmowi!

REJA: Nie znaczy to, iż dom masz dewastować!

KRONOS: Inny pomysł zaproponuj! Cofnij się, niewiasto, bo ci drzazga do oka wleci!

 

Kronos szwungu szalonego dostaje i ku syna zaskoczeniu wielikiemu drzwi wyważa, po czem do połowicy się zwraca:

 

KRONOS: A teraz ostaw nas.

REJA: Ja rownież chcę z niem się rozmowić.

KRONOS: Jeszcze przed chwilą na mnie scedować to chciałaś!

 

Z kokpitu śmigacza symulatora Zeus wychodzi i między rodzicielami spor toczącemi przecisnąć się probuje, lecz Kronos korpusu syna pchnięciem zdecydowanem w pomieszczeniu go zatrzymuje. Na fototapety elektronicznej tle, iluzyje geometryczne wyświetlającej, Olimpowie stoją, a starszy młodszemu reprymendy surowej udziela.

 

KRONOS: A ty dokąd?! Męska teraz rozmowa będzie, zrozumiała osoba?! A ty ostaw nas samech wreszcie, niewiasto!

 

Do przedpokoju wrociwszy, Reja do drzwi rozprutech ucho swe przywiera.

 

KRONOS: No i coż tak stoisz? Siadaj!

ZEUS: Dziękuję, postoję.

KRONOS: Siadaj, kurwa, jak ojciec prosi!!!

 

Ociągając się, siada Zeus nadąsany.

 

KRONOS: Powiedz mi, synek, kto ciebie tak do dziewcząt zwracać się nauczył?!

ZEUS: A jakże niby?

KRONOS: Ty mi tu głupa nie rżnij!

ZEUS: Zaprawdę, nie wiem o czem prawisz.

KRONOS (przełamując się): Do cytowania ciebie nakłaniasz mnie, bezwstydniku?! (czyta głośno e-maile przez dyrektor Omfalos wydrukowane) Do dziewczęcia, kere ci w oko wpadło, lecz zalotow twojech chamskiech i natrętnech nie życzy sobie, napisałeś, iż, tu słowa twoje przytaczam: „w otwory wszytkie chuja jej wbijesz i pizdę jej jak boczek słony lizać będziesz”, zaś taką, kera ci do gustu nie przypadła, powiadomić raczyłeś, iż: „wolałbyś ciaptaka zdechłego[3] niż ją wyruchać i że gdyby nawet niewiastą ostatnią na świecie buła, palcem małem byś jej nie tknął, a co dopiero kutasem”! Czy kontynuować mam?! Wstyd, hańba, sromota!!!

ZEUS (niezawstydzon bynajmniej): Nie jam to uczynił!

KRONOS: Synek, znaszli o Tymitunie bajeczkę? Czy ty pojęcie masz, ileśmy się przez ciebie wstydu najedli? Coś ty się wczoraj urodził? Kryminałow nie oglądasz? Tyś chłop taki duży i tyś nie wiedział, iż policyja po nitce do kłębka trafić potrafi? Policjantow za głupkow masz? Mnie za głupiego? Matkę swoją? Powiedz mi, synek, czyś ty kiedykolwiek słyszał, żebym tak do matki twojej albo do niewiasty innej jakiejkolwiek się zwracał? Czyś ty słyszał tak do białogłowy odnoszącego się dziadka…, pradziadka…, prapradziadka…, praprapradziadka…? Coś tak zamilkł? W sieci takiś wygadany, a z ojcem własnem gadać nie chcesz? Posłuchaj mnie, pani Omfalos dom poprawczy ci znalazła, wszelako do niego cię nie odeślem. A wieszli dlaczego? Bo gdyby komisyja rekrutacyjna, iż w niem przebywasz, dowiedziała się, lecieć z nami na Arkadyję by ci nie pozwoliła. A gdy ty nie polecisz, nie polecę też ja. A zgadnij, ktoż jeszcze na Atlantydzie ostanie, jeśli i ja nie polecę?

ZEUS (naburmuszon): Ja wcale lecieć tam nie chcę! Mnie tu dobrze.

KRONOS: W takiem razie na Atlantydzie do życia kresu sam ostaniesz.

ZEUS: I bardzo dobrze. Ja was nie potrzebuję wcale.

KRONOS: I coż ty bredzisz, dzieciaku. Bez rodziny żyć chcesz?

ZEUS: Jak rzekłem, poradzę sobie i bez was.

KRONOS: I po kimże tak we łbie nasrane masz, ja się zastanawiam? No dobra, dość bzdur tech. Skoro w Rycerskiej cię nie chcą, do innej szkoły cię zapiszem, a jeśli i tam narozrabiasz, bezwzględnie do domu poprawczego cię oddamy i nie będzie zmiłuj. Nie zabierzem cię z niego, nawet jeśli błagał nas będziesz, bo cię tam gwałcą na przykład. Zrozumiała osoba?!!

 

 

 

 

 

 

PLANETA ATLANTYDA, ANNO DOMINI 50’123

KRONOSA I REI OLIMPOW KWATERA, DNI KILKA POTEM

REJA: Dziadek w telewizyji! Na żywo relacyja będzie! Babcia Gaja, Posejdon i Hades się z nami połączyli. Choćże nuże honory czynić!

ZEUS: W dupie to mam!!

 

Reja zawiedziona sprzede drzwi do syna pokoju prowizorycznie naprawionech do salonu wraca, gdzie Kronosa z krwi i kości zastaje, a także hologramy w jeden do jeden skali synow starszech swech dwu, Posejdona i Hadesa, oraz teściowej – Gai. Pokoleń trzech przedstawiciele z racyji genetycznech udoskonaleń, kerym ciała jech w zarodkowej fazie poddano, jak rowieśnicy wyglądają. Wtem ciaptaki dwa swawolące do salonu wpadają do irytacyji Reję przywodząc. Gospodyni klaśnięciem głośnem i krzykiem pupili nieswornech ucisza i do sieni wyprasza, wszelako sapiensy owe małe, a sympatyczne niezmiernie znakami języka migowego komunikują jej, iż zjadłyby coś. Wiedząc, iż się nie odczepią, póki jadła nie dostaną, Reja po owocu jem daje i do przedpokoju skutecznie tem razem wygania, gdzie nadal futrzaki figlują.

 

KRONOS: Nie przyjdzie?

REJA: Powiedział, iż, cytuję: „w dupie to ma”.

GAJA: Iż się obraziłam na niego, przekaż mu, Rejo, z łaski swojej!

POSEJDON: Głow sobie niem nie zaprzątajcie. Kiedym w wieku jego buł, takem samo się zachowywał. Z dąsow tech rychło wyrośnie.

HADES: Pojęcia nie miałem, Posejdonie, żeś dzierlatki molestował i stalkerem buł.

GAJA: Wypluj to słowo!!

POSEJDON: Na myśli mam to, Hadesie, iż takżem w strzelanki i zabijanki nałogowo grywał i niezmierniem się złościł, gdy mi czynność ową ktoś przerywał. A co do dzierlatek, gdy Zeus wreszcie animę[4] swą pozna, to się i uspokoi. Tak to już jest z nami samcami.

GAJA: Pewna taka bym tego nie buła. Mając wybor wieliki, żadna z niem dziewczyna długo nie wytrwa.

 

Plecakow antygrawitacyjnech reklama kończy się, akrobacyje powietrzne turystow gorskiech ukazująca, a na telewizora holograficznego ekranie, postaci w jeden do jeden skali wyświetlającego, ekipa telewizyjna autolotem lecąca pojawia się.

 

KRONOS: Cicho! Szkoda nań czas tracić. Zaczyna się.

REPORTERKA: Halo, halo, witajem was serdecznie wieczora dzisiejszego z Panteonu relacyję na żywo nadając, gdzie z okazyji rocznicy setnej Arkadyja programu stworzenia feta wielika się odbywa. Przed nami widok znajomy – do statkow kosmicznech, bliźniaczech, gigantycznech, zbliżajem się. Jak z was każden wielokrotniem na telewizora ekranie je widziała, lecz tu dopierom pojęła, jakże wielikie są one. Gigantow tech ujrzenie bez kamer i ekranow pośrednictwa wszytko pomniejszającech to jedyne w rodzaju swojem doznanie. Rożnica, proszę wiarę mi dać, przeogromna. Romulus i Remus to istne miasta dwa latające, każde z osobna dla mieszkańcow milijona zaprojektowane. Widok jech fantastyczny dech wprost w piersiach zapiera. Naukowej fantastyki spełnieniem naocznem i namacalnem są one. Patrzajcież jeno, promy te obok siebie ustawione nieboskłon cały przesłaniają, choć od obrysu jech bzur[5] kilka nas dzieli. Zaprawdę, powiadam wam, nie sposob tem milijonom turystow, kerzy ze wszech globu stron się tu zjechali, dziwić się. A teraz patrzajcież jeno na chmarę w powietrzu unoszącą się, ze wszech stron promy oblegającą. To nie owady, drodzy moi, lecz turyści z plecakami antygrawitacyjnemi na plecach. Już teraz lepiej jech widzim. Oblubieńcow pary za ręce się trzymającech w roju tem dostrzegać poczynam. Atrakcyj moc wielika dziś tu jest oferowana. Po lewej park naukowy widzę ogromny, po prawej – amfiteatr gigantyczny, z kerego muzykę dobiegającą państwo teraz słyszą. Na scenie obecnie Kukelroim, a po niem Mnewis wystąpi, i Wadżet, i Ruti, i uwaga, uwaga – gwiazda wieczoru… Neffertum! Energija wielika tu bardzo, bardzo. Atmosfera iście fantastyczna. Naprawdę warto być z nami. Ale, ale… teraz właśnie ku stacyji kosmicznej gospodarzowi zmierzajem, keren dziś nas po niej oprowadzi.

 

Przed lukiem otwartem z promow jednego ekipa telewizyjna z autolotu wysiada.

 

REPORTERKA: Dobry wieczor, panie jenerale.

URANOS: Dobry wieczor.

REPORTERKA: Pana jenerała Uranosa Olimpa państwu zaszczyt przedstawić mam, Romulusa kapitana, bardzo panu za osob naszech ugoszczenie dziękujem.

URANOS: Cała przyjemność po stronie mojej.

REPORTERKA: Panie jenerale, pytanie pierwsze moje: skąd w panu odwagi tyle, by w rejs międzygwiezdny, dwunastoletni udać się. Nie lepiej by panu na Atlantydzie starej poczciwej ostać się było?

URANOS: Wygodniej być może, wszelako na Romulusie służba do dumy zaiste powodem jest, nawet jeśli tu jeno kuchcika rolę się pełni.

REPORTERKA: Kiedy na spotkanie się umawialim, iż cudeńka techniczne nam pokaże, obiecał mi pan jenerał, kerych my, śmiertelnicy zwyczajni, używać nie możem.

URANOS: Owszem i parolu dotrzymam, do wehikułu zapraszam… tędy proszę…

 

Przez czas jakiś ekipa telewizyjna przez korytarze kręte za jenerałem podąża wycieczki inne mijając, aż w końcu, wrot mosiężnech prog przestąpiwszy, na łąkę autentyczną wchodzi, za kerą… pagorki leśne i łąki zielone szeroko nad błękitnem jeziorem rozciągnione, a bzur kilka dalej pola malowane zbożem rozmaitem, wyzłacane pszenicą, posrebrzane żytem. Ponad głowami ptak kolorowy i ważka wielika, lśniąca, a wyżej jeszcze gwiazda gorejąca. Goście skąpali się i zgrzali w światła jej powodzi, lecz zefir miły już jech ciała chłodzi.

 

REPORTERKA: Uuuaaa, mowiono nam, iż na pokładzie ekosystem funkcjonuje, lecz tego, iż tak wiernie odtworzon on został, nie spodziewałam się. Zaprawdę, trudno dostrzec rożnicę.

URANOS: Sprawić mogę wszelako, byście rożnicę poczuli. Pole grawitacyjne – wyłączyć!

 

Wszytcy lewitować poczynają, a do pomieszczenia futboliści atlantydzcy najlepsi wlatują i w nieważkości stanie pozostając bez plecakow antygrawitacyjnech na plecach w futbol atlantydzki grają. Gra rzeczona na przeciwnika pole piłki przeprowadzeniu polega i tam na ziemię jej upadku spowodowaniu, a piłką żonglować można ciała częściami wszytkiemi poza dłońmi. Zabawa przednia jest i rychło ekipy telewizyjnej członkowie z reporterką włącznie do niej włączają się. Ktoś kamerę przez operatora puszczoną i lewitującą bezwładnie w ruch wirowy dla żartu wprawia i przez sekund kilka obraz nieczytelnym czyni. 

 

REPORTERKA: O święty Ra! Ja tu oooszaaalleeejęęę! Ale jazda!

URANOS: Uwaga, kończym już, ku podłodze się zbliżcie i uchwyty z niej wystające złapcie. Pole grawitacyjne – włączyć!

REPORTERKA: Nigdym jeszcze takiego czegoś nie przeżyła, już wszytkiem emigrantom zazdroszczę.

URANOS: A teraz na księżyc wszytkiech porywam.

REPORTERKA: W scenariuszu tego nie było, panie jenerale.

URANOS: Niespodziewane przygody jest istotą. Na ziemię się kładźcie i znow uchwyty złapcie. Cała naprzod!

 

Mechanizmow wizg pasażerowie słyszą, po czem, iż unoszą się, czują, a po sekundach kilku w kosmicznej przestrzeni znajdują się i do Atlantydy satelity naturalnego zbliżają się. 

 

URANOS: Jakbym wam ciaptaka młodego podrzucił na mnie poglądacie.

 

Za promu ścianami pasażerow okalającemi, kere nagle przezroczyste się stają, krajobraz księżycowy roztacza się, a zza horyzontu Atlantyda wschodzi. Widokiem owem przecudnem goście urzeczeni minut kilka stoją osłupiali, a potem pod drzewem rozłożystem na murawie siadają, przed świetlowką piekącą osłonę stanowiącem.

 

REPORTERKA: Czy pozwoli pan jenerał, iż teraz temat poważniejszy poruszę?

URANOS: Oj, boję się już.

REPORTERKA: Jenerał bać się nie powinien.

URANOS: Refleksyja to coś, czego wojskowi boją się najbardziej.

REPORTERKA: Czyż nie da się pan jenerał na rozmowę poważniejszą namowić?

URANOS: Pytać proszę.

REPORTERKA: Jaki los autochtonom zgotujem?

URANOS: Iż właśnie o to pani zapyta, przeczuwałem. Coż, na temat ten dyskusyja się już w mediach przetoczyła, zatem ja jeno argumenty od dawna już przedstawiane powtorzę i to te oczywiście za kolonizacyją. Miliardow sto liczy populacyja nasza i przed wyborem następującem stanęlim: albo żywotność swoją ograniczem poprzez telomerazy zaniechanie, albo populacyji naszej część pokaźna na inną planetę się przesiedli. Czy jak przodkowie nasi zamierzchli chciałaby pani lat sto najwyżej żyć? Przecie nikt przy zmysłach zdrowech pozostający tego by nie chciał. Zetknąwszy się z nami, Arkadyjanie szoku wielikiego kulturowego doświadczą bezsprzecznie, lecz pierwsi nie będą – lat temu tysięcy pięćdziesiąt pięć procesy społeczne analogiczne rownież na Atlantydzie zachodziły – bardziej zaawansowanech cywilizacyj przedstawiciele ziemie kultur prymitywnech kolonizowali.

REPORTERKA: Kolonizacyję ową tubylcow wielu życiem przypłaciło.

URANOS: Prawda to, lecz przecie od przodkow naszech krwiożerczech rożnim się bardzo. Nie będziem przecie Arkadyjan cywilizować ogniem, mieczem i gwałtem, a i ziem jech nie zdewastujem, jak to niegdyś bywało.

REPORTERKA: Lecz czyż każda cywilizacyja mieć szansy nie winna na błędach własnech uczenia się i rozwoju samodzielnego?

URANOS: Do Satury filozofiji idealistycznej, naturalistycznej teraz pani redaktor nawiązuje? Coż, jeśli o mnie chodzi, bardzo bym chciał, by lat temu tysięcy sześćdziesiąt kosmici jakowyś pokojowo i życzliwie do nas nastawieni na tyle nas ucywilizowali, byśmy na przykład epidemij licznech, czystek etnicznech oraz wojen religijnech i nuklearnech uniknęli. Arkadyjan rozwoj przyspieszając, lat tysięcy w ciemnocie życia i w zagrożeń świecie pełnem jem zaoszczędzim. Sprawim, iż niemal od razu to wszytko osiągną, co my z trudem wielikim przez milenij dziesiątki wypracowywać musielim, bezsensowną rywalizację tocząc, kera do wojen okrutnech doprowadzała niejednokrotnie. Poza tem chyba nawet Satura pojmuje, iż jeśli część populacyji naszej na planetę inną się nie przesiedli, wkrotce resztki Atlantydy zasobow wyczerpiem i rownież dla Satury samej bogactw naturalnech i miejsca zabraknie. My po prostu musim przestrzeń swą życiową poszerzyć. Wyjścia innego nie mamy.

REPORTERKA: Lecz promow budowa wiek cały trwała, kere jeno milijony dwa spośrod milijardow stu zabrać mogą. Czy exodus tysiąclecia ma potrwać?

URANOS: Widzę, iż pani do rozmowy przygotowana.

REPORTERKA: To praca moja.

URANOS: Prawda to, iż lat sto z ogonkiem je budowalim, lecz czasu tego połowę projektow sporządzanie i technologij nowech wypracowywanie trwało. Teraz, od zera zaczynać nie musząc, na wzor pierwszech szybciej znacznie pojazdy kolejne konstruować będziem.

REPORTERKA: O samej Arkadyji jeszcze pomowmy. Pod względami kilkoma domem niegościnnem dla nas okazać się może, o czem jeszcze nie wszytcy widzowie nasi wiedzą być może.

URANOS: Oj, to już chyba wiedzą wszytcy, ale dobrze, raz jeszcze to powiem. Owszem, Arkadyja rajem nie jest bynajmniej. Roku pory na niej występują zrożnicowane bardzo, niestety.

REPORTERKA: Coż to znaczy?

URANOS: Na szerokościach geograficznech umiarkowanech w ciągu roku klimatu zmiany spore występują – ciepło jest przez miesięcy kilka ledwie, po czem pogoda do warunkow na szczytach gorskiech panującech dąży – śnieg pada, ziemia lodem skuta jest, drzewa liście zrzucają, wichry okrutne wieją…

REPORTERKA: Brrr, ja tam klimat nasz stateczniejszy wolę.

URANOS: Lecz chłody także jeno miesięcy kilka trwają i ciepłe dni powracają. Podkreślić chciałbym, iż oscylacyje rzeczone na całej planecie nie występują. W pasie międzyzwrotnikowem warunki zrownoważone, do naszech podobne panują i to w niem osiedlać się najpierw będziem.

REPORTERKA: A czy w strefach geograficznech wyższech mieszkać kiedykolwiek zdołajem?

URANOS: Oczywiście, przystosowania się to kwestia. Wszak i na Atlantydzie warunki surowe występują, w kerych część z nas żyje. Arkadyjanie umiarkowane szerokości zamieszkujący zapewne odzież swą do roku pór dostosowują. My także czynić to będziem.

REPORTERKA: A na jakimże cywilizacyjnem poziomie się oni teraz znajdują?

URANOS: Na niskim bardzo. Rolnictwo gdzieniegdzie jeno się praktykuje, zaś niewielikie kultury zbieracko – łowieckie po globie całem rozsiane przeważają. Na poziomie liliputow owech lat temu tysięcy sześćdziesiąt bylim.

REPORTERKA: Grodow tam nie ma?

URANOS: Nic nam o tem nie wiadomo. Koczownikami bądź rolnikami Arkadyjanie są raczej.

REPORTERKA: Dlaczegoż klimat arkadyjski tak waha się?

URANOS: O ile Atlantydy obrotu oś z orbity jej płaszczyzną kąt prosty tworzy, o tyle rotacyji oś Arkadyji pod kątem stopni dwudziestu czterech względem orbity jej płaszczyzny jest nachylona.

REPORTERKA: Czy technologiją, kera zmienić to zdoła, dysponujem?

URANOS: Owszem, lecz przedsięwzięcia takie długotrwałe są. Klimatu arkadyjskiego do atlantydzkiego upodobnienie lat setki nam zajmie.

REPORTERKA: I ponoć Jedności Święta[6] obchodzić tam nie sposob.

URANOS: Tak, wokoł Arkadyji jeden jeno księżyc krąży. Być może atoli nowe święta tam stworzym, zapewne z roku pór cyklem związane.

REPORTERKA: To ciekawe. O innem jeszcze życia na Arkadyji mankamencie pan jenerał nie wspomniał.

URANOS: Czy słone morza i oceany na myśli ma pani?

REPORTERKA: Mhm.

URANOS: Tak, przyznam, iż ta Arkadyji wada, przynajmniej z widzenia punktu mojego, dokuczliwa najbardziej jest, jako że żeglarstwa pasjonatem jestem. Otoż na morze pełne tam wypływając w wody pitnej zapas zaopatrzyć się trza, gdyż tamtejszej wody morskiej picie rychło do organizmu odwodnienia doprowadza paradoksalnie. Mowiąc krótko, żegluga komfortowa mniej znacznie tam jest niźli na Atlantydzie, lecz i do tego przyzwyczaić się zapewne można. To mnie pociesza, iż po morzu tamtejszem pływać się da co chwila łajby innej nie wymijając. 

REPORTERKA: Czyżby rejs samotny pośrod Arkadyji przyrody dziewiczej, surowej marzy się panu?

URANOS: A żeby pani wiedziała.

REPORTERKA: Coż, na Atlantydzie już od dawien dawna doświadczyć tego nie sposob. W takiem razie marzeń spełnienia życzę i serdecznie za prezentacyję interesującą dziękuję.

URANOS: Cała przyjemność po stronie mojej.

 

POSEJDON: Takim z dziadka dumny!

HADES: I ja jako żywo.

GAJA: Krawat poluzował mu się i nikt jemu słowa nie rzekł.

 

 

PLANETA ATLANTYDA, ANNO DOMINI 50’123

 

URANOSA I GAI OLIMPOW KWATERA, DNI KILKA PO WYWIADU UDZIELENIU

 

Uranos frasobliwy do salonu wchodzi, gdzie żona jego, Gaja, film ogląda. Nie uprzedziwszy niewiasty, telewizor holograficzny mężczyzna wyłącza, czem do irytacyji ją przywodzi. Na fototapety elektronicznej tle, wodospad przepastny wyświetlającej, małżonkowie kłócą się, a ktoś, kto by jem się z boku przyglądał, wrażenie by odniosł, iż w cudu natury niniejszego pobliżu mieszkają.

 

GAJA: Co czynisz?!

URANOS: Ważnego coś niezmiernie mam ci do powiedzenia.

GAJA (zlękniona): Ktoś wypadkowi uległ?

URANOS: Wszytcy zdrowi.

GAJA: No to godziny poł zaczekać nie możesz?

URANOS: Ktoren to „Pobratymcow” odcinek? Nie trzytysięczny przypadkiem?

GAJA: Trzytysięczny to był lat temu kilkadziesiąt.

URANOS: Lecz więcej nie będzie. Właśnieś ostatni obejrzała.

GAJA: A ktoż mi zabroni? Ty?

 

Białogłowa odbiornik pilotem włączyć probuje, lecz mąż skutecznie jej to uniemożliwia czujnik dłonią zasłaniając.

 

URANOS: Posłuchajże mnie, niewiasto! Nie czas na bzdury! Świata kres nadciąga!

GAJA: Nie prawże dyrdymałow, chłopie, i film dajże mi obejrzeć!

URANOS: Ja nie żartuję. Atlantydy dni policzone zostały.

GAJA: A coż się z tobą dzieje? Do profetow przystąpiłeś? Do nawrocenia ludzi nawoływać teraz będziesz?!

URANOS: O tem, czegom się dziś dowiedział, garść jeno ludzi wie.

GAJA: Coż ty za brednie wygadujesz, człowiecze, na Ra litość?!

URANOS: Od dawna to przed nami ukrywano.

GAJA: A jaśniej mowić potrafisz?!

URANOS: Nawet mnie aż do dziś nie wyjawili, iż Romulusa i Remusa zbudowano, by część wybraną rodzaju naszego z zagłady niechybnej wybawić. W tajemnicy przez wiek cały to utrzymywali. To nie serial! To życie prawdziwe!

GAJA: Skądże to wiesz?

URANOS: Do sztabu antykryzysowego mnie dziś powołano. Panice globalnej rychłej zapobiegać mam.

GAJA: Bredzisz!

URANOS: W sąsiedztwie naszem bliskiem bomba zegarowa tyka, kerą Pizetą zowią. Gwiazda to umierająca od Apisa cięższa znacznie. Od Atlantydy lat świetlnych pięć ledwie ją dzieli. W kosmicznej skali to rzut beretem jeno. Kiedy gwiazdy typu tego wybuchają, promieniowanie radioaktywne silne ogromnie emitują. Wprawdzie nie powierzchnią całą swoją, lecz jeno z biegunow magnetycznech swojech wiązki puszczają, wszelako na nieszczęście nasze Atlantyda na Pizety celowniku się znalazła. Ze wszech świata stron astrofizycy utrzymują, iż lat temu pięć do wybuchu jej doszło i dzień lada skutkow jego śmiercionośnech doświadczać zaczniem. Już lat temu sto obserwacyje poczynione dowodziły, iż Pizeta w życia swego fazie końcowej się znalazła i że Atlantyda na osi rotacyji jej przedłużeniu się mieści. Wszytkie asteroidy z sąsiedztwa Atlantydy odsunęlim, a zagłada i tak z kosmosu nadejdzie!

GAJA: Nie wierzę. Dlaczegoż nikt nas nie uprzedził?

URANOS: Wszak to oczywiste! Azaliż establishment sumptem własnem arki te by zbudował? Azaliż ludzie arki dwie by sfinansowali elity jeno ocalić mające, gdybyż bliską świata kresu datę poznali? A jakimż cudem w panice i dekadencyji ludzkość pogrążona gospodarkę przez lat sto należycie funkcjonującą by zachowała? W tajemnicy przez wiek cały to utrzymywali przed podatnikow milijardami, kerzy hojnie statkow budowę finansowali. Arkadyja program nigdy zrealizowan by nie został, gdyby cel jego prawdziwy ludzie poznali.

GAJA: Co jeszcze w sztabie ci rzekli?

URANOS: Minę dobrą do gry złej do końca samego robić zamierzają. Romulusa wyposażanie przyspieszyć mam. Z przerwą na sen godziny dwadzieścia cztery na dobę harować. Przez tygodni kilka najbliższech w domu mnie nie uświadczysz.

GAJA: Ile dokładnie nam czasu ostało?

URANOS: Do niedawna, że znacznie więcej, sądzono, dziś atoli szacują, iż miesiąc najwyżej, lecz właściwie w chwili każdej najgorszego się możem spodziewać.

GAJA (zapłakana): Jak to wyglądać będzie?

 

Uranos milczy czas jakiś wymownie.

 

URANOS: Wpierw impuls potężny, elektromagnetyczny satelity wszytkie i elektrownie uszkodzi, a radioaktywność powłokę ozonową zniszczy na ultrafioletu działanie nas wystawiając. Popromienna choroba i czerniaka epidemija populacyję dziesiątkować zaczną. W atmosfery warstwach gornech tlenkow azotu powłoka utworzy się, kera jak izolacyja termiczna działać będzie – od ciepła życiodajnego Atlantydę odetnie, planeta schłodzi się i ciemności na niej zapanują. Przez lat wiele plonow żadnech nie będzie i rychło żywności brakować zacznie. Zrazu ludzie do zombie podobni sklepy splądrują. Potem zwierzętami przy życiu ostałemi żywić się będą. Nawet ciaptaki zjedzą. A kiedy już wszelikie upolować się dające zwierzęta skonsumują, kanibalizm praktykować zaczną. Na grodow ulicach kanibali chorech, zdziczałech hordy grasować będą. Wielu w tem cywilizacyji upadku uczestniczyć nie będzie chciało – na dziennem porządku samobojstwa masowe będą. Pod ziemią jeno przeżyć można będzie, wszelako pod zapasow wielikich tam zgromadzenia warunkiem, przez lat wiele egzystować pozwalającech. Śmierć człowieka ostatniego zdziczenie wtorne rodzaju całego ludzkiego poprzedzi. A wszytko to gwiazda pięknie się jarząca, w dzień biały okiem gołem widoczna sprawi. Cudownem tem zjawiskiem astronomicznem, do fajerwerku tygodniami niegasnącego podobnem, przez czas krótki ludzie zachwycać się będą, świadomości nie mając, iż śmierć rychłą jem ono wieszczy.

 

Milkną i łzy ronić poczynają.

 

GAJA (zapłakana): A czy Arkadyja na Pizety celowniku się znalazła.

URANOS: Nie, ją wiązka radioaktywna o stopni trzydzieści ominie.

GAJA: Czy na upodlenie i w męczarniach śmierć pobratymcow naszech zostawim ze świadomością tego, iż zapobiec temu moglim?

URANOS: Coż sugerujesz, niewiasto?

GAJA: Znaszli wszytkie Romulusa zabezpieczenia?

URANOS: Nie myśmy go zbudowali.

GAJA: Podobnie jak rządzący prawdę rzewną przed nami skrywający. Oni na pokład jego wejdą bez skrupułow najmniejszech, choć rączek pracą ciężką nie skalali.

URANOS: Ja statku nie ukradnę, szalona!

GAJA: Azaliż rodzina wartością najwyższą nie była dla cię zawsze? Coż od niej masz cenniejszego, głupcze? Azaliż bez rodziny i przyjacioł życie warte by coś było?

URANOS: Ufają mi!

GAJA: I w tem cała nadzieja nasza.

 

 

 

 

PLANETA ZIEMIA, CZASY OBECNE

 

TALENT SHOW IDOL – ETAP CASTING

 

TOBIASZ: Dzieeeń dododooobry.

ELŻBIETA ZAPENDOWSKA: No i mamy chłopaka z gitarą. Przedstaw nam się.

TOBIASZ: Nanananananazyzyywam się Tototobiaszsz Szaszaszabałaj.

ELŻBIETA ZAPENDOWSKA: Schowałeś za plecami maskotkę, Tobiaszu?

TOBIASZ: Fufufuttrzaaną mumumuffkę momojej nieeeżyżyjącej maaamy. Tototo mómój tatatatalilizman.

EWA FARNA (wzruszona): Ooooooooo…

ELŻBIETA ZAPENDOWSKA: Ojej, przepraszam, ja ślepa jestem.

TOBIASZ: Nnniee szszkooodzi.

EWA FARNA: Skądś cię znam.

ELŻBIETA ZAPENDOWSKA: Też takie wrażenie odnoszę.

EWA FARNA: Wystąpiłeś już w jakimś programie telewizyjnym?

TOBIASZ: Tatak, aaaale nniee w Popooolsce, aaa w Nieeemczech.

EWA FARNA: Wiem, ale to kilka lat temu było, genialne dziecko – multiinstrumentalista z Polski, zagrałeś każdą melodię usłyszaną tylko jeden raz na kilku instrumentach?

ELŻBIETA ZAPENDOWSKA: Rzeczywiście, przypominam sobie. Rysy twarzy i ruchy masz teraz kanciaste i cudne, ale mimo to rozpoznałyśmy ciebie. Jesteś niezwykle muzykalny.

TOBIASZ: Dziędziękuję.

ELŻBIETA ZAPENDOWSKA: Masz śpiewnie i nieco egzotycznie brzmiące nazwisko. Badałeś jego genealogię?

TOBIASZ: Tataak, mamaaam dadaleeekie kokoorzeenie węęgieerskie. Momoje naaazwiiisko popochchchoodzi od węęgieerskieego ssłłoowa szszaaabó, coo znaaczy krakrakraaaawiec.

ELŻBIETA ZAPENDOWSKA: Czyli rdzennie polskim odpowiednikiem twojego nazwiska jest godność Krawczyk?

TOBIASZ: Aaa rdzerdzennnie aaannngieeelskim Teteejjjlooor.

ELŻBIETA ZAPENDOWSKA: No popatrz, a mnie się twoje nazwisko z bałałajką kojarzy i pomyślałam, że masz korzenie rosyjskie. A ktoś wie, jak jest po rosyjsku krawiec?

JANUSZ PANASEWICZ: Portnoj.

WOJCIECH ŁUSZCZYKIEWICZ: Jak? Portnoj?

JANUSZ PANASEWICZ: Tak, portnoj.

WOJCIECH ŁUSZCZYKIEWICZ: Łał, Janusz, chapeau bas! Skąd wiedziałeś?

JANUSZ PANASEWICZ: Bo ja jestem zakamuflowana opcja rosyjska, bracie.

WOJCIECH ŁUSZCZYKIEWICZ: A jak jest po czesku krawiec, Ewa?

EWA FARNA: Krejčí.

WOJCIECH ŁUSZCZYKIEWICZ: A to ciekawe, w Polsce kiedyś na krawca mówiło się krojczy. Ciekawe, dlaczego ta adekwatna nazwa zawodu kogoś, kto głównie kroi, wyszła z użycia.

EWA FARNA: No dobrze, co nam zaśpiewasz, Tobiaszu?

TOBIASZ: Łyłyłyski iinnn dee dżaarr zz rreepeeerrtuuaaaru Mememetaliki.

EWA FARNA: Prosimy.

 

Śpiewając Tobiasz bezbłędnie artykułuje każdą głoskę, ani razu się nie zająka i nie fałszuje. Gdy kończy, jury milczy osłupiałe.

 

EWA FARNA: Nie umiem tak od razu orzec, z czym miałam tu przed chwilą do czynienia. Może niech inni wpierw się wypowiedzą.

JANUSZ PANASEWICZ: Ech, Tobiasz, Tobiasz, no co ja ci mogę powiedzieć, dużo jeszcze pracy przed tobą, chłopie.

WOJCIECH ŁUSZCZYKIEWICZ: Ile masz lat, Tobiaszu?

TOBIASZ: Oosieemnaście.

WOJCIECH ŁUSZCZYKIEWICZ: Hmm, zgadzam się z Januszem, wiesz? Zastanawiam się, czy dla ciebie nie jest jeszcze za wcześnie na występy w tym programie.

ELŻBIETA ZAPENDOWSKA: W pełni się zgadzam z moimi przedmówcami.

EWA FARNA (poważnie): Słuchaj Tobiasz, ale ty wiesz, że z twoją artykulacją to nie wszystko jest w porządku? Próbujesz nad tym pracować?

TOBIASZ: Tatak, chchchoooodzę do lllooogogogopeeedy. Mmóówię wooolno, aaale śpieśpieśpiewaaam dododobrze. Śśśpieeew jjeesst momomomoją tteerraappią.

EWA FARNA: No dobra, głosujemy. Jestem na… taaaaaaaaaaaak!!! Ela. 

ELŻBIETA ZAPENDOWSKA: Oczywiście, tak.

JANUSZ PANASEWICZ: Tak.

WOJCIECH ŁUSZCZYKIEWICZ: Nie wierzę w to, co mówię, masz od nas… cztery razy tak.

TOBIASZ (zaskoczony): Taaak?

 

Tobiasz podskakuje i krzyczy z radości, a następnie podbiega do kamery.

 

TOBIASZ: Uudodowooodnię cci taaato, żeże jeestem aartystą!

 

Chłopak podaje wszystkim jurorom rękę i wychodzi ze studia.

 

CAŁE JURY (chórem): Cześć, Tobiasz!

EWA FARNA: Co to było?

WOJCIECH ŁUSZCZYKIEWICZ: Chyba ojciec w niego nie wierzy.

ELŻBIETA ZAPENDOWSKA: To smutne.

EWA FARNA: Nadal nie mogę uwierzyć, że zaśpiewał bezbłędnie. Kiedy zaczął się jąkać, pomyślałam, że jurorzy precastigowi na łby poupadali.

ELŻBIETA ZAPENDOWSKA: To samo sobie pomyślałam. Ale jak on ryczy, słuchajcie. Co za talent wokalny.

JANUSZ PANASEWICZ: Po raz pierwszy w całym swoim życiu spotkałem kogoś takiego. Nawet jeśli nie wygra tego programu, nigdy go nie zapomnę.

 

 

PLANETA ATLANTYDA, ANNO DOMINI 50’123

OAZA NA PUSTYNI HETEHEJ, DNI KILKA POTEM

Gaja o nadciągającem świata kresie zarowno wszytkiech krewnech bliższech i dalszech, jak i przyjacioł najlepszech powiadamia i na spotkanie się z niemi się umawia. Choć mało kto całkiem poważnie ją traktuje, wszytcy nieledwie zjeżdżają się. Chcąc działania swe w tajemnicy utrzymać, zjazdu miejsce Olimpowie na kempingu rzadko uczęszczanem wyznaczają, w oazie na pustyni Hetehej mieszczącem się, kera bazę lotow kosmicznech Panteon okala. Z oczyma roziskrzonemi Uranos zebranech przed rychłem supernowej wybuchem ostrzega, wszelako nieliczni jeno mu wierzają. 

 

HEKTOR: Niby kiedyż to ma się stać?

URANOS: Podzielone są zdania uczonech, wszelako większość z niech suponuje, iż za miesiąc najdalej Atlantyda w istne piekło zmieniać się zacznie.

HEKTOR: Azaliż słyszysz siebie samego, Uranosie? Czyż podobna w to uwierzyć, iż od lat stu państw wszytkiech rządy z astrofizykow grupą wespoł spisek jakowyś ciemny podtrzymują, celem kerego elity świata tego ze zagłady ocalenie jest? Jak większość z nas tu zgromadzonech, by tu przyjechać, urlop wziąłem, kery na wakacyje wspaniałe wykorzystać wolałbym albo choć na mieszkania remont nazbyt długo odkładan, niźli na rojeń twojech, Uranosie, z szacunkiem całem, wysłuchiwanie. Źle mnie nie zrozum, przyjacielu drogi. Ja nie sugeruję bynajmniej, iż zmysły całkiem postradałeś. Wszytcy wiemy, jak wiele teoryj spiskowech po świecie krąży i że jem nawet zdrowe psychicznie i rozsądne na pozor osoby wiarę dają. Wrażenie odnoszę, iż właśnie jedną z niech się stałeś. Gdzież dowody? Azaliż nie słyszym jeno słow twojech przeciwko słowom innech? Czyż mamy pozwolić tobie zamknąć nas w puszce na lat dwanaście bez dowodu, że ma to sens jakowyś? Przecie to by istnem szaleństwem było! Czyś i to pod uwagę wziął, iż wielu z nas do Arkadyji przybycia, gdzie jeno dzikusow kupa i liściem podcierać się trza, nie dożyć może?

URANOS: Hektorze drogi, obrażasz mnie, aliści ja się nie gniewam. Więcej powiem, serdecznie cię przepraszam, żem ci tech urlopu dni kilka zmarnował, mimo iż to w życiu twojem urlop ostatni. Jeśli mi wiary nie dajesz, droga wolna. Na Arkadyję gwałtem cię nie zabiorę. Zapewniam wszytkiech was, iż lubo drodzy mi jesteście, nie wezmę z sobą niedowiarkow i malkontentow, kerzy siać jeno ferment i defetyzm w podroży czasie będą. Sielanki obiecać wam nie mogę, jednakowoż oświadczam wam – jakiekolwiek przeżycia złe, kerych na Romulusa pokładzie doświadczycie, a potem na Arkadyji lądzie, milijonkroć lepsze będą od tego, co los zgotuje tem, kerzy na Atlantydzie pozostaną.

POLIKRATES: Założmy, że ci wiarę dajem. Jak na bazy teren przemycić nas zdołasz? Iluż nas tu być może, ze dwa tysiące pewnie?

URANOS: Dni otwarte onegdaj w bazie mielim. Turystow milijonow sześć ją zwiedziło. Z atrakcyj jedną gościom wyjątkowem świadczoną lot na księżyc buł.

MONIS: W telewizorze jam widział!

URANOS: W rzeczy samej. Dni otwarte skończone już wprawdzie, wszelako nałgać ochronie mogę, iż vipow wycieczkę nadprogramową stanowicie, dajmy na to senatorow krewnech i innech snobow, kerzy z pospolstwem mieszać się nie chcą. Nawet gdy od Atlantydy znacząco się oddalim, nikt alarmu wszczynał długo nie będzie, kiedy zaś, że statek ukradlim, zorientują się, nazbyt daleko już będziem, by nas pojazdem jakiemkolwiek dogoniono. Jedyna maszyna doścignąć nas zdolna, to jest Remus, długo jeszcze uziemiona pozostanie, jako że należycie wyposażona tymczasem nie została no i milijon jej pasażerow do lotu jeszcze nie gotow.

GLAUKOS: Przecie dostawy dobę całą trwają. Czyż mamy wejść tam i zażyczyć sobie, by roboty przerwano, bo pofruwać chcemy?

URANOS: Jutro Jedności Święto i prace całodobowe aż na doby dwie przerwane zostaną. Lepsza okazyja już się nam nie nadarzy.

GLAUKOS: A czyż Romulus należycie jest wyposażon?

URANOS: Ekwipunek techniczny już skompletowano, wszelako żywności dostawy o terminie do spożycia przydatności najkrótszem tydzień jeszcze trwać mają. Żywności na pokładzie dotąd zgromadzonej dla pasażerow milijona by nie starczyło, lecz dla tysięcy dwoch aż nadto jej jest.

HEKTOR: Tere fere, bla, bla, bla… Patrzajcież jeno na niebo ponad nami cudnie rozgwieżdżone. Czyż widok ów bajeczny i powietrze świeże na atrapy jech zamienicie, by przez lat długiech dwanaście do dziczy lecieć, gdzie nie ma nic poza bestiami krwiożerczemi i troglodytami ciemnemi, bo Uranos rzekł wam, iż świata kres rychły, a rządzący z uczonemi wespoł spisek lat temu sto uknuli i przez wiek cały bączka żaden nie puścił? Zaprawdę, powiadam wam, dowodow Uranos nie przedstawił nam nijakiech. Nie wiem jak wy, lecz ja do domu wracam.

KOBIETA Z DZIECKIEM NA RĘKU O IMIENIU MIRIAM (palcem niebo wskazując): Patrzajcież jeno!

 

Zgromadzonech oczom w słup postawionem za Uranosa plecami gwiazda mocniej niż pozostałe jaśniejąca się jawi. Ogląda się Uranos i rzecze:

 

URANOS: Oto żądany dowod masz, Hektorze!

STARSZA KOBIETA (na kolana upadłszy): O przenajświętszy Ra, sprawdziła się przepowiednia wieszczki twej dalekowidzącej, czcigodnej Erato, kera rzekła: „Biada tem, kerzy gwiazdę złowrogą w dzień biały oglądać będą, albowiem świata kres zwiastować ona będzie!”. Pomni proroctwa owego w obliczu omenu niniejszego na kolana padnijmy i o łaskę Ra pokornie błagajmy.

 

Jak zahipnotyzowana menażeria dwutysięczna klęka i z namaszczeniem wielikiem modlitwę pańską odmawia.

 

TŁUM:  Ojcze nasz wiedzą naszą nieosiągalny, lecz istniejący, niech imię twoje święci się, niech prawo twoje przyjdzie, gwiazd światu i życiu naszemu światło dające. Dnia tego ty chlebem nakarm nas i długi śmiertelne nam wybacz, jak i my przed niebem je wybaczajem, a od zła i pokusy chroń nas. Amen.

 

Gałązkę pojedynczą Uranos z ziemi podnosi i bez trudu przełamuje.

 

URANOS: Ta oto gałązka to ty, Hektorze, i ja, i każden z nas jeden!

 

Wiązkę gałązek Uranos tworzy i złamać ją bezskutecznie probuje.

 

URANOS: A tą oto wiązką wszytcy my jestemy!!! Rodzina to jest siła!!!

 

Audytorium struchlałe entuzjazmem wybucha i oratorowi jak mesjaszowi hołduje.

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 4’785 P.N.E.

ATLANTYDA NOWA

Uranosa plan znakomicie się spełnia. Nazajutrz ród wybrany odyseję kosmiczną dwunastoletnią poczyna, pupili swech animalnech na zatracenie bezlitośnie ostawiwszy. Podczas na Arkadyję lotu młodzi jak mopsy znudzeni, kerych prowodyrem Zeus jest, w statku częściach niezamieszkanech gromadzą się, by od starszyzny z dala, kontrolować jech probującej, swawolom szaleńczem się oddawać: alkohol pić, narkotyki zażywać, rui i porubstwu upust dawać oraz akrobacyje na motocyklach wyczyniać. Widząc to, Uranos tuszy, iż wyzwania, jakie planeta nowa przed niemi postawi, kres rozpuście i degrengoladzie położą, wszelako temczasem jeno na połajankach bezskutecznech pod adresem jech poprzestaje.

 

 Do Arkadyji dotarłszy, Atlantydzi plecaki antygrawitacyjne na plecy zarzucają i z wysokości metrow stu teren patrolują. W końcu roj jech dwutysięczny na tubylcow natyka się, lepianki z gliny, słomy i łajna krowiego zbudowane zamieszkującech. Dzikusy te nieochajne przed przybyszami trzymetrowemi w powietrzu się unoszącemi na twarze padają i przed Zeusowem laserem jak osiki drżą. Ujrzawszy go z laski błyskawice wypuszczającego, gromowładnem go zowią.

Obleciawszy Romulusem kilkakroć glob arkadyjski, w Gibraltaru pobliżu wyspę bezludną Atlantydzi znajdują, wyspie brytyjskiej wielikością dorównującą, źródłami gorącemi, niezliczonemi poprzetykaną, i Atlantydą Nową ją zowią. Ku zaskoczeniu wielikiemu zrzęd starych, lecz ze supozycjami Uranosa ukontentowanego zgodnie, dobra zmiana się urzeczywistnia – młodzi dziarsko zręby cywilizacyi technicznej budują: lasy karczują, budynki wznoszą, drogi utwardzają, rurociągi kładą, pola irygują, orzą i zasiewają, uprawy pielęgnują, plony zbierają, rolno – spożywczem przetworstwem się trudnią, rzemiosła i przemysł drobny rozwijają. Także handel wymienny w rozkwicie jest. Widokiem owem sielankowem Uranosa czujność uśpiona zostaje. Przygod głod i marzenie o szlakow morskiech na planecie dziewiczej przecieraniu na morze otwarte pcha go. W drugiem juże roku pobytu w świecie nowem w rejs połroczny samotny Uranos wypływa. Samodzielnie i bez nawigacyji satelitarnej wspomagania wprzod Europy wybrzeże zachodnie przemierza, dalej w strefie podbiegunowej połnocnej Atlantyk przecina i liniji brzegowej wschodniej Ameryk obu się trzymając na połkulę południową się przedostaje. Tam znowoż Atlantyk wszerz przepływa i wzdłuż wybrzeża afrykańskiego zachodniego wędrowkę kontynuuje, by koniec końcow na Atlantydę Nową powrocić.

Z zatoki, w kerej korab swoj zacumował, ku osadzie wokoł Romulusa uziemionego zbudowanej Uranos kroczy; wprawdzie wycieńczony, lecz szczęśliwy ogromnie. Duma wielika go rozpiera. Z pionierami lat tysięcy pięćdziesiąt pięć przed narodzinami jego lądy Atlantydy niezbadane kolonizującemi utożsamia się i rejs kolejny, dłuższy jeszcze juże planuje. W Atlantyku prądach dość dobrze się rozeznał i teraz oceanow pozostałech prądy poznać pragnie, by glob cały wokoł opłynąć. Chce, by podczas rejsu następnego Gaja mu towarzyszyła, a w wyprawach kolejnech, znacznie bezpieczniejszech dzięki szlakow przetarciu, dzieci i wnuki jego, wszelako im bliżej osady się znajduje, tem szybciej w sercu jego szczęścia uczucie miejsca konsternacji i złości ustępuje. Z Romulusa luku spodniego na oścież otwartego uszu Uranosa dźwięki wrzawy dzikiej dobiegają. Kilku ziomkow poza statku kadłubem przebywającech serdecznie go wita, lecz Uranos na pogawędkę dłuższą namowić się jem nie pozwala i ku gardzieli rozwartej promu wprost podąża. Wszedłszy doń, przez tłum w połmroku szaleńczo rozigran się przeciska, a nikt poza Zeusem przy szynkwasie siedzącem go nie rozpoznaje. Odurzon i przez ladacznice dwie lubieżnie lizan Uranosa wnuk pośrod wrzawy piekielnej ku dziadowi swemu puchar winem napełnion wznosi, wszelako z siedziska nie wstaje w rozkroku pogardliwem pozostając i rozpuście nadal się oddając. Gniewem uniesion Uranos salę bankietową opuszcza i do kwatery kapitańskiej się udaje, gdzie Gaję w nietrzeźwości stanie zastaje.

 

GAJA (otępiała): Witaj. Jakże wyprawa?

URANOS: Co tu się dzieje, na Ra litość?!

GAJA: Dyć dożynki obchodzim.

URANOS: Kiedym stąd wypływał, pracowali solidnie, a kiedym ledwie po miesiącach sześciu wrocił, w rozpuście się nurzają.

GAJA: Znaszli przysłowie: młodość wyszumieć się musi?

URANOS: Wszetecznice dwie Zeusa do granic najdalszych odurzonego wylizują, a przecie on żonaty! To tak młodość wyszumieć się musi?! Wstyd, hańba i sromota!!

GAJA: Trudno mi już zdziczeniu jech się dziwić. Na Atlantydzie chirurgami, inżenierami, prawnikami, ekonomistami i wykładowcami wszechnic zostać mieli, tu zaś nieliczni z niech jeno użyteczni być mogą. Czyż Zeus pilotem zostać tu może?[7]

URANOS: Stoły pod jadłem się uginają! Potraw wszakiech obficie. Skąd mięsiwa tyle?! Lasy okoliczne do cna wytrzebili?!

GAJA: Arkadyjanie nam je w darze przynieśli.

URANOS: W ofierze raczej! Utracjusze przy fantazyji niezgorszej, kerzy mitygować się nie potrafią w umysłu swawolnego zachciankach. Prace rozpoczęte porzucone zostały?! Życie prożniacze wieść chcą, tubylcow ciemnotę wykorzystując?! Oświaty kaganek nieść jem mielim, a nie bogami jech stać się! Atlantydow sort gorszy ocaliłem! Prawdę rzeczą ci, kerzy powiedzenie powtarzają, iż z familiją to jeno na fotografiji się dobrze wychodzi.

GAJA: Nie prożniactwo jech najgorsze.

URANOS: A coż gorszego być może?

GAJA: Zeus Monisa o śmierć przyprawił.

URANOS: Co powiadasz?! Nie może to być! Jakże to uczynił i za co?!

GAJA: Na oczach świadkow kilkudziesięciu sztylet mu w szyję wraził. W afekcie go wszelako zaszlachtował, gdyż Monis rogi mu przyprawił.

URANOS: To dlatego do kieliszka zaglądasz. I oni z mordercą wespoł beztrosko tak się zabawiają?! Zgorszenia nijakiego nie wywołał?! Toż Zeus kochanek wieńcem zawsze okolon, jakim więc prawem zazdrość tak wieliką przejawia?

GAJA: Rozpustny jest, lecz Herę za własność swą uważa.

URANOS: Wartko porządek z tem zrobię!

GAJA: Połowa podkomendnech twech bawi się z niem teraz, a pozostali za miesiąc najdalej do niech dołączą. Zepsucie pośrod nas w tempie wykładniczem się szerzy.

URANOS: Toteż bystro działać nam trza w tech czasiech zepsucia i przewrotności! 

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 4’785 P.N.E.

ATLANTYDA NOWA, NAZAJUTRZ

Zeusa śpiącego policzek jedna z nałożnic jego rozlicznech piorkiem pawim łechce, ten zasię poirytowan pieszczoty narzędzie od siebie odsuwa i kochankę karci. Niewiasta obrażona oddala się, lecz nagana skutku nie odnosi. Zeus szerzej powieki rozchyla i świerszcza przebrzydłego na nosie swem widzi, co skrzydłami furkocze twarz jego muskając, przeto z awersją owada strzepuje, mimo że wie, iż niejadowity jest i nie gryzie nawet. Przez chwilę krotką zdaje mu się, iż dyskomfortowi zaradził, lecz wnet znow łaskotanie nieprzyjemne czuje, zatem szerzej jeszcze powieki rozwiera i całkiem juże uprzytomnia sobie, iż to ni piorko, ni owad zielony lico jego drażni, jeno girlanda zerwana, na posadzce leżąca. Lecz coż głowa jego na podłodze robi? I coż za doznanie przedziwne – sen we śnie…

Żołdak jakowyś Zeusa ręce opaską zaciskową z tyłu krępuje i zamroczonego wodą zimną polewa. Ktoż to wnuka wybawiciela swego tak traktować się ośmiela? Ach tak… to sam ów wybawiciel! Oczyma kaprawemi Zeus się rozgląda i w pozach do jego własnej podobnech przyjacioł swech związanech widzi, zaś ponad niemi Uranos i podkomendni jego wyniośle się przechadzają. Z przyjacielem swem wespoł, nieledwie bratem, Glaukosem, ku gawiedzi przestrodze sąd polowy, tradycyjny, błyskawiczny nad oskarżonemi przeprowadza.

 

URANOS: Zadań przed nami siła, lecz robotnikow mało!

GLAUKOS: Gdzież się podziali?!  

URANOS: Leżą tu w wymiocinach swojech!

GLAUKOS: A czemoż to prace swe porzucili?!

URANOS: Żywot prożniaczy, pasożytniczy wieść chcą i na łatwiznę idą!

GLAUKOS: Ktoż im tę łatwiznę umożliwił?!

URANOS: Lud ciemny, co za bogow jech swech uznał!

GLAUKOS: Czyż będzie jeszcze pożytek z niech jaki?!

URANOS: To zależy, czy się rozumu nauczą!

GLAUKOS: Jak jech rozumu nauczyć?!

URANOS: Karą, kera za grzechy pokutą będzie?!

GLAUKOS: Jakiejże kary doświadczyć mają?!

URANOS: Sprawiedliwej!

GLAUKOS: Coż to znaczy?!

URANOS: Do odwołania infamiją okryci zostaną i banitami będą!

GLAUKOS: Gdzież miejsce odosobnienia jech karnego się znajduje?!

URANOS: Na wyspie skalistej, bezludnej, z dala od ludzi prawech i sprawiedliwech!

GLAUKOS: I coż robić tam mają?!

URANOS: Co tylko chcieć będą!

 

JEDEN Z MĘŻCZYZN SKRĘPOWANECH: Okrutnicy! Na śmierć pewną nas wysyłacie i za co?! Przecie zbrodniarzami nijakiemi nie jestemy! Litości, Uranosie! Wybawicielem nam byłeś, lecz teraz tyranem śmiercionośnem się stałeś! Ja nauczki twojej nie potrzebuję! Upiłem się wczoraj, w tem wina moja cała! Dzieci i wnuki na utrzymaniu mam! Uwolnij mnie, a służyć ci wiernie będę!

URANOS (opaskę zaciskową rozcinając): Przewinienia twoje odpuszczam ci.

MĘŻCZYZNA INNY: I ja pobłądziłem, uwolnij mnie proszę, a i we mnie towarzysza wiernego mieć będziesz!

URANOS (ponownie opaskę zaciskową rozcinając): Ktoż jeszcze się skruszy?

KOBIETA: Ni myśliwy, ni rybak, ni rolnik ze mnie, Uranosie! Śmierć głodowa na odosobnienia wyspie niechybnie mnie czeka! Wybacz, proszę!

 

Spośrod pojmanech kilkuset kilkudziesięciu ledwie się nie korzy. Zapiekłość jech widząc, do busolotow Uranos wrzucić jech każe i w stronę nieznaną nikomu wywieźć. Lecz Zeusa między niemi nie ma. Wybawcy wnuk na Atlantydzie Nowej pozostaje, na traktowanie specjalne licząc, temczasem Uranosa podkomendni na agorę skrępowanego go wiodą, kera gapiami się zaroiła.

 

URANOS: Z tobą, Zeusie, wnuku moj marnotrawny, osobno porachować się musim, bowiem winy twoje sroższe znacznie są od win banitow owech.  

 

Do audytorium Uranos się zwraca.

 

URANOS: Zastanawiacie się zapewne, czy Zeus sprawiedliwie sądzon będzie za uczynek swoj szpetny, prawu urągający, kerym sławę swą splamił, skoro wnukiem jest mojem. Pierwszy dowod bezstronności mojej w sprawie jego jużem wam dał – osobiściem Zeusa zatrzymał i w obliczu sprawiedliwości wymiaru go stawiam, lubo serce moje kraje się i krwawi, bowiem nigdy długo przekonywać mnie nie trza było, iż zasada, że nikt ponad prawem nie stoi, ostoją mocy i trwałości ładu społecznego jest. Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie! Przysięgłech dwunastu ławę przed procesami karnemi na Atlantydzie się powoływało, lecz społeczność nasza niewielika i każden z nas, ktoren pełnoletni jest i infamiją nieokryty, głos w sprawie tej zabrać może. Niechaj nie jednomyślność osob ledwie dwunastu, lecz głosow waszech większość razem tem o winie Zeusa przesądzi. O w afekcie morderstwo oskarżon jest, zazdrością męża zdradzonego motywowane, zasię karą ewentualną przez was mu przysądzoną infamija i banicyja samotna być może. Kamień czarny do urny wrzucasz, znaczy za winnego go uznajesz, jeśli zasię czyn jego za usprawiedliwion uważasz, kamień jasny wrzuć. Wedle cnoty go sądźcie, bo w niej jeno gotową miarę macie. Taki oto na Zeusa, wnuka mego zatraconego, parol zagiąłem. Ja w głosowaniu brać udziału nie będę. Za chwil kilka głos oskarżonemu i wam, sądzącem go, oddawszy, zamilknę całkowicie. Sędziego funkcyję Nestorowi powierzyć pragnę – człekowi estymą się cieszącemu, ktoren w sędziego roli lat wiele na Atlantydzie występował. Czy zgadzasz się, Nestorze?

NESTOR: Zgadzam się.

URANOS: By oskarżycielem Temida była bardzo chciałbym. Wprawdzie corą moją jest ona, a Zeusa – ciotką, lecz w społeczności naszej prawnika od niej wybitniejszego nie uświadczym i tuszę, iż Temida bezstronność iście profesjonalną w przewodzie sądowem zachowa. Czy zgadzasz się, Temido?

TEMIDA (niepewnie): Zgadzam się.

URANOS: Świetnie. Peleusie, czy Zeusa obrony jako przyjaciel jego wieloletni podejmiesz się?

ZEUS: Ja mecenasa nijakiego nie chcę!! Sam się bronić będę!!

URANOS (zaskoczon): Coś takiego! Wcale niepodobno. Wszytcy słyszeli? Zeus samodzielnie sumitować się będzie, z Peleusa rzecznictwa fachowego zrezygnowawszy. Głos tobie teraz oddaję, Nestorze szanowny.

TEMIDA (zmieszana): Wysoki sądzie, szanowny ojcze, szanowni zebrani. Odmowić wam jednak muszę w prokuratora roli wystąpienia.

URANOS (zaskoczon niezmiernie): Dlaczegoż to?

TEMIDA: Gdyż bezstronności w sprawie niniejszej zachować jednak bym nie umiała.

URANOS: Czy odmowę swoją lepiej uzasadnić możesz?

TEMIDA: Wolałabym tego nie czynić.

URANOS: Ze sprawą wagi nazbyt wielikiej do czynienia mamy, byś odpowiedzi wymijającech udzielać nam mogła, Temido. Czyś w Zeusa zbrodnię zamieszana może?

TEMIDA: Nie o to chodzi.

URANOS: A o coż to?

TEMIDA (ręce konwulsyjnie zaciera, wzrok spuszcza zawstydzona i cicho rzecze): Kochanką jegom była.

URANOS (zszokowany): Co takiego?!!

 

Uranos na wnuka spogląda i junaka buńczucznego, z miną pyszałkowatą brwiami wymownie ruszającego widzi.

 

URANOS: Dyć ciotką jego jesteś, przebrzydła!!!

 

Temida milczy wstydu rumieńcem oblana.

 

URANOS (do Zeusa): A ty coż masz do powiedzenia? Prawdali to?!

ZEUS (spokojnie): Z Temidą romansu się nie zaprę. Znam się niezgorzej i z krewniaczkami swemi.

URANOS (zniechęcony): W takiem razie prokuratora funkcyję Meleagerowi proponuję, ktoren lat temu kilkanaście przestępcow ściganiem się trudnił. Czy zgadzasz się, Meleagerze?

MELEAGER: Zgadzam się.

URANOS: Nestorze, czyńże powinność swoję.

NESTOR: Czy oskarżony Olimp Zeus treść oskarżenia pojmuje oraz wszem i wobec potwierdza, iż z obrońcy sukursu świadomie rezygnuje?

ZEUS: W afekcie morderstwo zazdrością męża zdradzonego motywowane się mi imputuje – treść oskarżenia pojmuję i z mecenasa rezygnacyję potwierdzam.

NESTOR: Czy oskarżony do Monisa Nikosa zabicia się przyznaje?

ZEUS: Świadkow czynu mego rzekomo niecnego wielu macie, a ja świadectwu jech przeczyć nie zamierzam, wszelako, iż jest on usprawiedliwion, dowodzić będę.

NESTOR: Czy oskarżony prawdę i jeno prawdę mowić przysięga?

ZEUS: Dalibog, tak mi dopomoż Ra i święty Anch.

NESTOR: Głos prokuratorowi oddaję.

MELEAGER: Wysoki sądzie, szanowni zebrani, pod lupę wprzod zbrodni motyw weźmijmy. Czy oskarżony usprawiedliwienie własne przedstawić nam raczy?

ZEUS: Monis rogi mi przyprawił, wszytcy to wiedzą, ot co.

MELEAGER: Zatem zazdrość niepohamowana o żonę do czynu zbrodniczego oskarżonego rzekomo popchnęła?

ZEUS: W rzeczy samej. Zazdrość i honor urażony, rzecz jasna.

MELEAGER: Czy oskarżony małżonce swej wiarołomnej, jak twierdzi, sam wierności dochowywał?

ZEUS: Nie.

MELEAGER: A ktoż pierwszy z was zdradził?

ZEUS: Ja zapewne.

HERA: Ajuści, nawet z jawnogrzesznicami się szlajał!!

NESTOR (uderzając młoteczkiem w podkładkę): Przywołuję powodkę do porządku!

MELEAGER: Coż za szczerość ujmująca.

ZEUS: Prawdę i jeno prawdę mowić przyrzekłem.

MELEAGER: A poza tem w społeczności naszej niedużej ukryć cokolwiek trudno.

ZEUS: Istotnie.

MELEAGER: A czyż sam oskarżony do żony swojej stosunku swego jako przedmiotowy nie określiłby?

ZEUS: Nigdym na nią ręki, bez zgody jej, nie podniosł.

MELEAGER: Inaczej zatem pytanie sformułuję: czy oskarżony małżonkę swoją za własność swą uważa?

ZEUS: Żona własnością męża jest i basta.

MELEAGER: Na jakiegoż prawa mocy?

ZEUS: Naturalnego, rzecz jasna.

MELEAGER: Jakże brzmi ono?

ZEUS: Jednostka mniejsza, słabsza i inteligentna mniej jednostce większej, silniejszej i inteligentniejszej posłuszną być musi.

MELEAGER: Azaliż oskarżonego zdaniem niewiasty od mężczyzn inteligentne mniej są?

ZEUS: To rzecz oczywista. Do stu szachistow najwybitniejszech na Atlantydzie jedna jeno białogłowa należała, zaś pośrod brydżystów dwustu najlepszech niewiasty nie było. Zarowno pod względem postury swej mikrej, jak i inteligencyji pomniejszej oraz infantylności z nią związanej białogłowy do dzieci podobnemi są, przeto od siebie silniejszem i inteligentniejszem mężczyznom posłusznymi być winny.

 

Szemranie zebranech po amfiteatrze przemyka.

 

MELEAGER: Zatem oskarżonego zdaniem małżonka jego głupszą i gorszą jest od niego, lubo to oskarżony pierwszy ją zdradził?

ZEUS: Jam nie stwierdził bynajmniej, iż Hera głupszą ode mnie jest, lecz – inteligentną mniej.

MELEAGER: Na czymże przeto między inteligencyją a mądrością różnica ma polegać?

ZEUS: Czyż widział kto niewiastę dla nog jego pięknech za mężczyzną się uganiającą? Przecie na to zbyt mądre są białogłowy.

MELEAGER: Innemi słowy, mężczyźni od niewiast inteligentniejsi są, zaś one od mężczyzn – mądrzejsze?

ZEUS: W rzeczy samej, lecz i mądrość jech pod względem pewnem ograniczona jest.

MELEAGER: Pod jakiemż to, jeśli wiedzieć nam wolno?

ZEUS: Gdy w ciała jech plemniki nie wnikają, pierdolca dostają.

 

Powtornie oburzenia szmer zgromadzonech słyszeć się daje.

 

MELEAGER: Czy oskarżony raczyłby pogląd swoj powtorzyć głośno tak, byśmy wszytcy usłyszeć go mogli?

ZEUS: Pierdolcus plemnicus!! Umysłu niewieściego zaburzenie, brakiem kontaktu ciała jej z plemnikami spowodowane!!

 

Śmiech gromki gawiedzi razem tem amfiteatr wypełnia.

 

MELEAGER: Założmy, iż oskarżonego winę zbagatelizujem i żyć pośrod nas nadal pozwolim. Jaką rolę przyszłą dla się w społeczności naszej widzi?

ZEUS: Chcę być krolem waszem!!

 

Śmiechu salwy od poprzedniech znacznie głośniejsze.

 

MELEAGER: Władcą absolutnem zapewne?

ZEUS: Demokratą to jam ci nie jest.

MELEAGER: Jakże to?

ZEUS: Demokracyja to większości rządy, a większość idioci stanowią!

MELEAGER: Myślę, iż dość już wiemy, by Zeusa sprawiedliwie osądzić! Wedle mego zdania, konwikcyji dokonałem.

ZEUS (po raz pierwszy od rozprawy początku rozsierdzon i palcem wskazującem w sędziow celujący): To Monis się skalał sromotnie, a admonicyja i ohyda na kogo pada?! I co?! Pozwolicie Meleagerowi się podbechtać?! Tem, kerzy języki sobie na mnie ostrzą, mowię z maksymalną pogardą: ja, wobec kerego macie się za sędziow, dnia pewnego osądzę was!!!

 

O syna zbrodni się dowiedziawszy, Kronos szoku wielikiego doznał. Do wniosku wtenczas doszedł, iż Zeus władzy po dziadku swem wybitnem za skarby żadne przejąć nie może, a samoobrony jego w sądzie ludowem wysłuchawszy, w przekonaniu swem jeno się utwierdza. W Kronosa głowie nawet myśl przez chwilę świta do nieświadomości natychmiast wyparta, iż Zeus to psychopata jest, keren sumienia wyrzutu i skruchy nigdy nie doświadczył i nawet przed dziadka oraz ojca swego zabiciem nie cofnie się, by władzy żądzę zaspokoić, toteż sam do ostracyzmu wobec syna oficjalnie się przyłącza.

 

PLANETA ZIEMIA, CZASY OBECNE

 

TALENT SHOW IDOL – ETAP LIVE

 

Tobiasz to niezwykle utalentowany muzycznie marzyciel. Kiedy miał jedenaście lat, wygrał w Niemczech program Genialny umysł dzięki umiejętności wprawnego zagrania na kilku instrumentach każdej melodii usłyszanej tylko jeden raz, a teraz chce sukces pomnożyć zwycięstwem w Idolu. Nietraktowany poważnie przez konkurentów z powodu jego ułomności, Tobiasz okazuje się istną cichą wodą – ku wykładniczo rosnącemu zaskoczeniu reszty uczestników talent show przechodzi przez etapy teatralny oraz klubowy i dzielnie rywalizuje podczas występów na żywo. Sympatyczny jąkała zjednuje sobie publiczność nie tylko nieprzeciętnymi talentami wokalnym i instrumentalnym, ale i poczuciem humoru oraz upartą walką z własnymi ograniczeniami. Na początku szóstego, ostatniego odcinka live, podczas którego o palmę pierwszeństwa ściera się już tylko z dwoma konkurentami, ma nad nimi nieznaczną przewagę. Większość widzów Idola sądzi wówczas, że Tobiasz będzie czarnym koniem tegorocznej edycji, jednak w trakcie programu szala zwycięstwa niespodziewanie przechyla się na stronę jego najgroźniejszego rywala, Goofy'ego, z którym od początku konkursu idzie łeb w łeb.

Pojedynek dwóch młodych utalentowanych chłopaków oceniany jest poniekąd przez pryzmat preferowanych przez nich gatunków muzycznych. O ile Tobiasz pokazuje wszystkim, że rock'n'roll nie umarł, o tyle Goofy jest przedstawicielem najmodniejszego trendu muzycznego – rapu. W zestawieniu z Goofym pietą Achillesową Tobiasza okazuje się brak zdolności kompozytorskich – Goofy w przeciwieństwie do Tobiasza prezentuje własne utwory. Jednak ostatecznym języczkiem u wagi staje się dopiero pewna wypowiedź Tobiasza – otóż opowiadając o wycieczce w góry ufundowanej przez głównego sponsora programu, producenta Hip Hop Coli, Tobiasz stwierdza, iż było mu tam zimno, w związku z czym: "musiał przywdziewać kalesoniki i ciepłe skarpetki". W uszach części jego fanów rzeczone zdrobnienia są niedopuszczalnym zgrzytem – zaczynają przypuszczać, że śpiewający hardrockowe numery Tobiasz, wśród których nie mogło zabraknąć piosenki castingowej, traktującej o żłopaniu whisky ze słoika, tylko twardziela udaje, a w głębi duszy jest mięczakiem. Widząc odpływ poparcia, Tobiasz zaczyna grać nieczysto – częstuje Goofy'ego Hip Hop Colą zawierającą końską dawkę środka nasennego. Podczas finałowego występu Goofy słania się z powodu senności, jednak na równe nogi stawia go Hip Hop Energy Cola. Odwrócenie się od Tobiasza stosunkowo niewielkiej części jego fanów przesądza o zwycięstwie Goofy'ego. Zgodnie z oczekiwaniami niezadowolonego z jego artystycznych ambicji ojca Tobiasz nie zdobywa kontraktu muzycznego.

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 4’785 P.N.E.

 

ATLANTYDA NOWA, MIESIĘCY KILKA POTEM

 

Głosow stosunkiem do dziewiętnastu jeden Zeus przez społeczność swą na banicyję samotną skazan zostaje i na wyspę mało komu znaną wywiezion. Dni i miesiące mijają, a Gaja Uranosa o kar kres natrętnie pyta. To na jej orędownictwo banici liczyć mogą, jako że z jej liniji rodowej przede wszytkim się wywodzą, ona zasię osobą ogromnie rodzinną jest. Uprzedzenia do rodu jej członkow Gaja Uranosowi zarzuca, lecz on ją zapewnia, iż utracjuszy pochodzenie znaczenia dlań nijakiego nie ma, aliści do przekonania małżonce nie trafia. Zatwardziałość męża swego widząc, syna niewiasta do ziomkow odnalezienia namawia. Matce posłuszny wielice Kronos Uranosa podkomendnech upija i wywiad skuteczny czyni. Za Gai namową busolotem po banitow się udaje, wszelako Zeusa pośrod niech nie uświadcza.

 

Naiwności wielikiej dowod Kronos dał sądząc, iż banitow gdzieś temczasem ukryć zdoła i do łask Uranosa rychło przywrocić. Juże po dniach kilku od jech przywiezienia spisek na jaw wychodzi. Srodze rozsierdzon Uranos podkomendnem syna pojmać każe i z banitami na dalszech jeszcze wyspach bezludnech umieścić, lecz Kronos ojca sankcyji poddać się nie zamierza i laserem swem grozi. Przed przemocą się cofając, Kronos o kamień się potyka, broń wbrew woli jego wypala i przyrodzenie, kere go spłodziło, odcina. Ranny śmiertelnie Uranos przekleństwo złowieszcze pod syna adresem wypowiada i ducha oddaje, a brzmi ono tak: „Obyś przeklęty jak ja z syna swego rąk zginął!”.

 

Gdy prawodawcy charyzmatycznego nie staje, podkomendni jego w sytuacyji rozeznanie tracą, od kary wymierzania dalszego odstępują i familiantow na banicyję skazanech do społeczności włączają. Co się zasię Kronosa tyczy, sumienia wyrzutami targan w domu się swem zaszywa i dniami całemi łzy roni o nastroj swoj podły matkę obwiniając. Rychło wszelako zagrożenie śmiertelne z letargu go wyrywa, keremu społeczność jego i on sam czoła stawić musi – na Arkadyji Remus się pojawia z pasażerow milijonem na pokładzie, kerzy o Romulusa zbrojno pokusić się postanowili. Jakże potędze takiejż oponować?! Familianci, kto żyw i z pacholęcia wyrosł, do bitwy straceńczej się gotowią bez taktyki nijakiej i strategiji. Wszytcy Uranosa zmyślnego brak we dwojnasob teraz odczuwają, bez końca deliberują i następcę jego w szeregach swech gorączkowo wyłonić probują. Remusa załoga Atlantydę Nową bez skrupułow bombarduje – uprawy pali i infrastrukturę burzy, lecz Romulusa bezcennego uszkodzenia unika. Widząc to, familianci w statku jeno przebywają i znow zapasami w niem zgromadzonemi się żywią. Policzywszy się, do wniosku dochodzą, iż ledwie tysiąca poł zbrojnech do bitwy śmiertelnej wyprawić mogą, co ułamek drobny wroga sił stanowi. W smutku dogłębnem pogrążon Kronos o sukcesyję po ojcu swem się nie dopomina i nawet Glaukos, Uranosa adiutant wierny i dzielny, do odpowiedzialności wzięcia za wspolnoty los się nie pali. Niesnaski i zawichrzenia raz po raz w gronie jech wybuchają, a wojowie domorośli coraz śmielej o to pytają, o co nikt wczoraj jeszcze pytać nie śmiał: „Gdzież Zeus być może, kerego niewinnie bezecnem ogłoszono, na Ra litość?! Bo tu panie siły trza teraz! Siły trza!!”, lecz Zeusa niepokornego ni widu, ni słychu – pewno z głodu w upodleniu całkowitem na wysepce jakiej skalistej, jałowej skonał.

 

Przez wroga bezlitośnie nękani osadnicy Atlantydę Nową opuszczają i w kanionach, jarach, rozpadlinach, głębinach i ostępach się chowają, lecz z powodu Romulusa gabarytow wielikich niełatwo go ukryć i raz po raz prześladowcy jem po piętach depczą. Stroną słabszą będąc, familianci bitwy rozstrzygającej unikają – wojnę podjazdową praktykują pięcioma ledwie setkami śmigaczy oddziały pomniejsze, tabory i zaplecze przeciwnika kąsając.

 

Razu pewnego zaprzańcy oddział wrogi beztrosko się bawiący otaczają i poźno nazbyt orientują się, iż przynętę na cel wzięli, a sami w ognie cztery wzięci są. Renegatow w zasadzkę zwabiwszy, najeźdźcy nigdy jeszcze do walki szarpanej kresu bardziej się nie zbliżyli. Juże resztki morale familianci tracą i poddać się chcą, gdy wtem niczem z nieba jasnego grom Zeus śmigaczem w sukurs jem przybywa i z biegłością niezwykłą gromom laserowem rozkazy wydaje. Wszytcy się wtenczas przekonują, iż zdolności jego na strzelankach i zabijankach trojwymiarowech latami doskonalone w las nie poszły. Strzałem jednem, a celnem Remusa dowodcow junak powala, panikę i defetyzm pośrod podkomendnech jech siejąc. W popłochu najeźdźcy pierzchają gdzie bądź, zaś Gromowładny z działa do niech pruje, zastępy jech dziesiątkując i pojazdy w puch roznosząc. Z zamieszania korzystając, familianci doń przyłączają się i straty wroga znacząco powiększają. Trup gęsto się ściele, zasię niedobitki przed ogniem zmasowanem ucieczką się salwują i hańbą okryci tchórzliwie do bazy swojej w Remusie powracają.

 

Jednakowoż w bitwach kolejnech pięciu familianci pokonani zostają i juże wrogom jech oraz jem samem – znękanem, pognębionem, zgłodzonem, rozprzężonem i strachem zdjętem – znow zdawać się poczyna, iż najeźdźcow wiktoryja ostateczna kwestią dni paru jest, lecz wtenczas Zeus książkę jedyną, jaką w życiu swem przeczytał, na pamięć przywołuje tyczącą wodza atlantydzkiego z najznamienitszech najprzedniejszego, Hellagara Wielikiego, kery wprawdzie w obliczu groźby klęski sromotnej stanął, wszelako nieprzyjacioł swech wybił w końcu doszczętnie. Hetman ów niezłomny tryumf niespodziewany krasomowstwu swemu nieprzeciętnemu głownie zawdzięczał, dzięki keremu w godzinie proby najwyższej żołnierzy na duchu podupadającech morale podtrzymać zdołał. W Romulusa wyszukiwarce pokładowej Rotę Rycerską przez Hellagara Wielikiego ułożoną Zeus odnajduje. Rzeczone do walki zawołanie nieznacznie jeno parafrazuje do sytuacyji własnej dopasowując i resztki kompanionow swojech do zaprzysiężenia uroczystego zobowiązuje.

 

 

ROTA RYCERSKA HELLAGARA WIELIKIEGO

PRZEZ ZEUSA PRZEROBIONA

 

Rycerzem w służbie Zeusa Olimpa zacnego i nieustraszonego jestem.

Celem mojem nadrzędnem tryumf chwalebny nad najeźdźcą nikczemnem i plugawem, na życie moje nastawającem.

Służba moja wojenna przez opor bezwzględny wobec wroga poczynań wszetecznech się spełnia.

Przy jej pełnieniu twardość i wierność niezłomną sprawie naszej przejawiam.

Najeźdźcy podłemu działaniami swemi wszelakiemi wrogość okazuję.

Życie moje wbrew nieprzyjaciela niecnego zakusom, wyjałowić i zmarnować je chcącego, ocalę.

Co dzień jestem prawy, szlachetny i silny.

Broni towarzyszom pomoc braterską, przyjaźń i serce niosę.

Dla sprawy dobrej naszej ducha swego kształtuję.

Umysł swoj ćwiczę, by myśl moja bogaciła się i rozwijała, bym w przyszłości dzięki rozumowi swemu dobru wspolnoty mej jak najlepiej służył.

Walczę nieugięcie o dzielność swą fizyczną, by wspolnota moja od śmierci, niewoli, cherlactwa i ślamazarności się uratowała, a przełomu godzina silnem i mężnem mnie zastała.

Na straży honoru stoję. Podłość wszelika, szalbierstwo i krętactwo obce mi są. Wobec przemocy się nie ugnę.

Ni groźba, ni sławy żądza, ni zysk jakowyś z drogi mej mnie nie sprowadzi.

Bogiem zbrojny prawom powyższem wierność zaprzysięgam i jech apostolstwo pośrod wszytkiech broni towarzyszy mojech.

Tak mi dopomoż Ra i święty Anch!

 

 

Wprawdzie najeźdźcy familiantow liczebnie przewyższają, wszelako żołnierzami są pośledniemi. Wększość z niech to wolentarze od wojen toczenia odwykli i do boju nieskorzy. Co się zasię familiantow tyczy, afektu braterskiego doznawszy, po bitwach odprawionech kilkudziesięciu zabijakowie ci, dla kerych wojna to jech być albo nie być, zwycięsko się z wrogami rozprawiają. Dzięki okolicznościom mu sprzyjającem Zeus rehabilituje się i do łask przez społeczność swą przywrocon zostaje, a Kronos ku syna marnotrawnego czci oraz by wiktoryję chwalebną nad napastnikami uczcić, ucztę sutą i przeogromną wyprawia. Bawią się goście pysznie, co się komu przygodziło, prawią; "Dobra nasza, mości panowie!!" – ktoś raz po raz krzyczy toast wznosząc, lecz coż to… gospodarz chorobliwie pokraśniał i z miną nietęgą od stołu wstaje, na pieczenie straszliwe w piersi krzykiem się skarży, po czem krztusi się i pianę z ust toczy, a chwilę poźniej już martwy leży. Konsternacyja wielika czeredę pijaną ogarnia, aliści kwadrans od Kronosa agoniji nie mija, a juże kum podpity jakowyś z oczyma w słup postawionemi wrzeszczy: „Umarł krol, niech żyje krol!”, na Zeusa wskazując, zasię ten ostatni, wrażenie ojcu wdzięcznego dotąd sprawiający, śmiało tak na zgromadzonech pogląda, jakby rodziciela śmiercią zaskoczon nie buł. Wielu podejrzewać się ośmiela, iż Zeusowa ducha pogoda wszem i wobec podczas uczty okazywana to pozor jeno i maska buła, pod kerą honor urażony i zemsty pragnienie on skrywał, i że z winem zatrutem puchar ojcu podał.

 

Czując w dniach kolejnech na karku swem nieprzyjacioł licznech oddech i zamachu się obawiając, Zeus ze świtą swoją Atlantydę Nową opuścić postanawia. Na Grecyji masyw gorski najwyższy udaje się, kery nazwiskiem swojem nazywa. Większość z tech, kerzy towarzyszyć mu się zdecydowali, szybko decyzyji swej żałuje. Dworzan jego sytuacyja pozazdroszczenia godna nie jest – kaprysy tyrana nieobliczalnego spełniają pewności nie mając, iż dzięki posłuszeństwu mu okazywanemu życie czy zdrowie swe zachowają. Lecz Zeusa wyprowadzka nawet antagonistow jego na Atlantydzie Nowej pozostałech nie całkiem cieszy, jako że on i akolici jego Romulusem z wyspy odlecieli. Wprawdzie bracia jego sprawę sobie zdawali z tego, iż władzę największą pośrod Atlantydow ten ma, kto promem dowodzi, wszelako protestować nie śmieli, gdy na Romulusa mostku kapitańskiem młodszy od niech Zeus stanął, by z Atlantydy Nowej na zawsze niem odlecieć.

 

Po świty Zeusa exodusie rodu występnego odgałęzienia poszczegolne coraz śmielej i chętniej Atlantydow wyspę bezpowrotnie opuszczają i w częściach świata rozmaitech się zakotwiczają początek mitologijom wszelakiem dając. Wydarzenia te gmin ciemny jako świata między bogow podział zapamiętuje. Nawiasem mowiąc, najwięcej religiji własnej elementow kulturze staroegipskiej Atlantydzi zaszczepiają – o ile greckiech i rzymskiech bogow pierwowzorami oni sami się stają, tj. z krwi i kości osoby, o tyle Egipcyjan starożytnech bogowie, jak Ra czy Set, imiona bostw atlantydzkiech noszą.

 

 

 

 

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 4’785 P.N.E.

POTEM PLANETA ATLANTYDA, ANNO DOMINI 57’123

POTEM PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 1915

 

Jeśli o Remusa pasażerow chodzi, po masakrze owej, kerą wojną bogow z tytanami pospolstwo ciemne zowie, juże się nie podnoszą. Od wojen odprawiania odwykli szoku wielikiego doznają, gdy setka ledwie z niech przez osadnikow ubita zostaje. Ziemia obiecana nazbyt małem światem się okazuje dla Atlantydow zwaśnionech, a pokonani do raju utraconego tęsknić poczynają i o powrocie na Atlantydę prawią. Obliczyli, iż na planecie jech rodzimej lat tysięcy siedem od Pizety wybuchu upłynie, gdy na nią powrocą za lat z jech perspektywy dwanaście, i skonkludowali, iż w czasie tak długiem ekosystem atlantydzki zregenerować się może, a cywilizacyja techniczna zrekonstruować. Zaryzykować postanawiają.

 

Na Atlantydę lecąc, nadzieję mają, iż choć odsetek drobny populacyji jech ocalał i z ruin cywilizacyję upadłą dźwignął, aliści u kresu wyprawy jeno glob jałowy, radioaktywny, mgłą spowity zastają, z kerego życia oznak najsłabszech stworzenie nijakie nie daje. Łzami zalani na Arkadyję zawracają, a gdy do niej powtornie docierają, wojna światowa pierwsza, wpierw wieliką zwana, trwa.  

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 4’788 P.N.E.

 

KOMNATA TRONOWA W ROMULUSA WNĘTRZU NA OLIMPIE OSADZONEGO

 

 Lat kilka Zeus na tronie krolewskiem zasiada, okazałością i niezwykłością siedziska swego zmechanizowanego majestat swoj podkreślając. Cuda takowego dla włodarza żadnego nigdy jeszcze nie stworzono. Lwow złotech dwanaście i tyleż samo złotech orłow naprzeciw siebie obok tronu stoi tak, że łapa prawa lwa naprzeciw łapy lewej orła się znajduje. Ponad tronem skrzydeł złotech dwadzieścia jeden przymocowano, cień Zeusowi dającech, a w oparcia części gornej kopuła okrągła jest, do kerej stopni złotech sześć prowadzi. Na stopniu pierwszem byk leży, a lew naprzeciw niego. Na stopniu drugiem – niedźwiedź, a jagnię naprzeciw niego. Na stopniu trzeciem – orzeł, a ptak atlantydzki naprzeciw niego. Na stopniu czwartem – znow orzeł, a paw naprzeciw niego. Na stopniu piątem – kot, a kogut naprzeciw niego. Na stopniu szostem – jastrząb, a gołąb naprzeciw niego, a wszytkie te zwierząt podobizny z kruszcu szlachetnego są wykonane. Gdy mechanizm rusza, lew i byk ryczą, niedźwiedź pomrukuje, jagnię beczy, kot miauczy, ptak atlantydzki zawodzi, paw krzyczy, kogut pieje, jastrząb kwili, a gołąb grucha. Kiedy krol na stopniu najniższem nogę stawia, wnet lew złoty na stopień drugi go podnosi, niedźwiedź ze stopnia drugiego – na trzeci i tak dalej. Potem orły dwa sfruwają, krola chwytają i na tronu gorę unoszą, a gdy Zeus juże na stolcu spoczywa, orzeł koronę bierze i na głowę mu wkłada. Lecz jeśli na mechanizm ów ktoś nieznający go wstępuje, lew naprzod prawe biodro mu przetrąca, potem – lewe, orły zaś oczy wydziobują ku Zeusa uciesze wielikiej. Tronu tego nieznającech, a perspektywy krolewskiej ciekawech Zeus często do jej przyjęcia podpuszcza, skromnego udając.

 

Krol ucztę za ucztą wyprawia, kaprysi, ale i sądzi. Przed oblicze jego wiarołomcę właśnie prowadzą, z Atlantydow jednego – Prometeusza.

 

PROMETEUSZ: Bądź pozdrowion, panie miłościwy.

ZEUS: Na kolana psie i stopę mą wprzod całuj!

 

Prometeusz rozkaz krola z obrzydzeniem, ociągając się spełnia, zaś Zeus z pogardą mu wyrzuca.

 

ZEUS: Doszły mnie słuchy, żeś metalurgiji dzikusow uczył. Prawda to?

PROMETEUSZ: Zaiste tak było.

ZEUS: Powiedz mi, gadzie przebrzydły, czy kiedy broni białej sztuk milijony wykują, bezpieczniejsi wtenczas będziem?

PROMETEUSZ: Nie po tom jech tego uczył.

ZEUS: Nie? A po coż to?

PROMETEUSZ: Radła jech drewniane co rusz się łamią, a jam chciał pługi żeleźne wytapiać jech nauczyć, by trudu jem zaoszczędzić.

ZEUS: I co? Wyrabiają te pługi?

PROMETEUSZ: A jakże, wyrabiają.

ZEUS: Lecz procz pługow i miecze, i topory? Prawda to?

PROMETEUSZ: To też, niestety?

ZEUS: A prawda to, iż dzikusy krwawsze niźli ongiś wojny teraz z sobą toczą?

PROMETEUSZ: I to prawda.

ZEUS: A jeśli przeciw nam je zwrocą, czyja to wina będzie?

PROMETEUSZ (skruszon, cicho): Moja poniekąd.

ZEUS: O, poniekąd. A jakże społeczność nasza dwutysięczna jeno przed dzikusow hordą kilkusettysięczną obronić się zdoła? Czyś o tem pomyślał?

PROMETEUSZ: Tegom nie przewidział.

ZEUS: Ach tak. I tegoś zapewne nie przewidział, iż tech z niech, kerych metalurgiji nauczyłeś, wytrzebić trza będzie, by nieszczęściu naszemu zapobiec.

PROMETEUSZ (przerażon): Nie czyń tego, panie miłościwy, pokornie cię błagam!

ZEUS: Mhm, jako że kmiotkom takiem jak ty wyobraźni brakuje, właśnie dlatego mnie, przewidującego i nieszczęściom zaradzić potrafiącego krola, macie. Lecz do posłuszeństwa poddanech skłonić łatwo nie jest. Czasem kary stosować trza i to srogie bardzo. Takąż też karę dla cię umyśliłem. Do skały Kaukaz przykuty zostaniesz aż do śmierci, kerą ci skwar słoneczny i ptactwo padlinożerne zgotują.

PROMETEUSZ: Panie miłościwy! Litości!!! Nigdym dotąd przeciw rozkazom twem nie wykroczył i wolim twej nie uchybił!!! Ja już nie będę!!!

ZEUS: Iż nie będziesz, tegom pewien, bo martwi nic nie mogą, lecz litości okazać nie mogę, bo śmierć twoja za przykład wychowawczy ma posłużyć. Brać go!!!

PROMETEUSZ: Zmiłuj się nade mną!!!

ZEUS: Spieprzaj dziadu!!!

 

Miota się w straży uścisku Prometeusz i na niesprawiedliwość niebiosom się skarży, lecz daremnie – niewzruszony Zeus pozostaje.

 

ZEUS: Pandorę mi tu wołać!!

 

W mig na Zeusa wezwanie agentka specjalna, Pandora, przed obliczem jego się stawia.

 

PANDORA: Słucham cię, najjaśniejszy panie.

ZEUS: Zadanie mam dla cię bojowe. Widzisz beczkę tamtą? Między Arkadyjan pójdź z nią i zawartość jej rozpyl na niech. A skafander szczelny na się wdziej, bo mikrobow wszelakiech śmiercionośnech i trucizn w niej pełno. No, czyń swoją powinność!

PANDORA: Oto ja, służebnica pańska, niech jem się stanie wedle słowa twego, panie miłościwy.

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 1917

 

OKOLICE PORTUGALSKIEJ WIOSKI O NAZWIE FATIMA

 

Czterdzieści osiem tysięcy lat przed świata ich kresem Atlantydzi byli na obecnym technicznym i mentalnym poziomie rozwoju Arkadian, a właściwie Ziemian – bo tak oni sami siebie nazywają. Obcy umieszczają Remusa na orbicie okołoziemskiej i stamtąd za pomocą teleskopów oraz kamer zainstalowanych na sztucznych satelitach i dronach przyglądają się Ziemianom. Szczególnie podobają się im Brazylijczycy, jako że huczny karnawał w Rio de Janeiro przywodzi im na myśl Święto Jedności. Z związku z tą fascynacją pierwszym opanowanym przez nich ziemskim językiem jest portugalski. Początkowo obcym się wydaje, że to Brazylia wiedzie na Ziemi prym w ekonomii, jednak dość szybko przekonują się, iż błędnie zdiagnozowali ziemską sytuację gospodarczą.

Naoglądawszy się okropności pierwszej wojny światowej, przerażeni i zbulwersowani Atlantydzi postanawiają interweniować. Czynią to jednak wtedy, kiedy nie są jeszcze świadomi tego, że to Amerykanie, a nie Brazylijczycy, są ziemskimi odpowiednikami Kaczynów, tj. narodu najznamienitszego pośród wszystkich atlantydzkich nacji. Nawiasem mówiąc, właśnie z nacji kaczyńskiej wywodzą się Olimpowie. Obcy przekazują Ziemianom przesłanie pokoju w języku portugalskim, jednak nie robią tego w nieogarniętej wojną Brazylii, lecz – w Portugalii.

Metoda komunikacji, którą wybierają jest dyskusyjna, postanawiają mianowicie odwołać się do uczuć religijnych pospólstwa za pośrednictwem trojga wytypowanych na chybił trafił pastuszków. Skąd taka decyzja? Atlantydzi dochodzą do wniosku, że każdy rząd utajni otrzymane od nich informacje, gdyż będzie żywił nadzieję, że dzięki pozyskanej od nich wiedzy, naród, na którego czele stoi, zdobędzie militarną, techniczną i ekonomiczną przewagę nad nacjami pozostałymi. Według Atlantydów, rządy nie mogą mieć najmniejszej szansy zastosowania jakiejkolwiek cenzury. Obcy przewidują też inne zagrożenia: pojawienie się istot pozaziemskich w statku kosmicznym wielkości milionowego miasta przed armiami zajadle walczącymi o przetrwanie w wojennej pożodze mogłoby przynieść nieobliczalne, katastrofalne skutki. Atlantydzi mogliby zostać uznani przez wszystkie zwaśnione strony za agresorów, którzy zamierzają Ziemię skolonizować, a wtedy cały ziemski arsenał mógłby zostać wykorzystany przeciw nim. Niebezpiecznie mogliby też zareagować wszelkiej maści religijni fanatycy – przekonawszy się, że wbrew zapewnieniom ich świętych ksiąg nie są koroną stworzenia, mogliby dopuścić się okrutnych aktów terroryzmu. Zamiast zachwiać wiarą ludu bożego, obcy wolą ją wzmocnić, a z najwyższymi szczeblami ziemskiej hierarchii społecznej postanawiają skontaktować się wtedy, kiedy ludzkość będzie wewnętrznie przygotowana do rezygnacji w wyścigu zbrojeń.Nie chcąc doprowadzić na Ziemi do szoku religijnego i kulturowego, postępują wobec ludzi bardzo taktownie. Postanawiają wspierać rozwój Ziemian dyskretnie, delikatnie, ostrożnie oraz stosownie do ich możliwości percepcyjnych.

13 października 1917 roku w okolicach portugalskiej wioski, Fatimy, około siedemdziesięciotysięczna ciżba czeka na cud. Leje rzęsisty deszcz, lecz nagle chmury rozstępują się i ukazuje się skrawek błękitnego nieba. Oślepiony nieziemskim blaskiem gmin nie widzi nadlatującego kulistego dronu do zadań specjalnych, który przesłania Słońce. Z punktu widzenia zgromadzonych to maszyna jest teraz gwiazdą. Dron zaczyna zataczać się i drżeć, wykonuje gwałtowne ruchy w prawo i w lewo – w końcu zaczyna obracać się z wielką prędkością wokół własnej osi. Strzelają zeń różnobarwne kaskady ognia, zalewające całą okolicę cudownym światłem. Potem pojazd zatrzymuje się na kilka minut, jakby sterująca nim osoba chciała dać zbiegowisku chwilę wytchnienia, lecz wkrótce znów zaczyna wykonywać fantastyczne ruchy i wypluwać olbrzymie fajerwerki. Cud trwa dwanaście minut i widać go w promieniu czterdziestu kilometrów.

Atlantydzka posłanniczka, pochopnie uznana przez wiernych Kościoła katolickiego za Najświętszą Panienkę, sześć razy objawia się trojgu pastuszkom – Franciszkowi i Hiacyncie Marto oraz Łucji dos Santos. Nadlatuje do dzieci w śmigaczu do zadań specjalnych w postaci świetlnej, czasem oślepiającej je kuli, której powierzchnia ma kameleonową zdolność upodabniania swego ubarwienia do koloru tła i czynienia obiektu niewidocznym. Śmigacz posłanniczki powoli i majestatycznie zstępuje z nieba i tak samo ku niemu się wznosi. Kobieta wygłasza maleństwom następujące orędzie:

 

W imieniu ducha, ktoren wszytko przenika, pozdrawiajem was, mieszkańcy planety Ziemia! Przekroczyliście technologiji prog, za kerym zmiany wielikie was czekają. Niepokoj ogromny ludzi ogarnie. Wojny i konflikty roliczne między narodami porozumienie zakłocą. Cokolwiek zrobić zamierzajecie, z uwagą i dla bliźniech szacunkiem to czyńcie. I ze skromnością oraz bojaźnią przed Duchem Wszechświata ponadczasowem. Nienawiści i waśni unikajcie, do wojen nie dopuszczajcie, wojna bowiem niszczycielem największem jest, a świat wasz przez wojny niszczon buł i jest. Świadomość tego mieć winniście, iż we wszechświecie sami nie żyjecie. Życia form wiele na galaktyk rodzinę przeogromną się składa. Na spotkanie form życia innech, inteligentnech, z kosmosu przybyłech się przygotujcie. Na posłania naszego prawdziwości dowod widowisko wspaniałe na firmamancie przedstawiajem wam. Zrozumiecie wtenczas, iż władza nasza z Ziemi nie pochodzi.

 

Podczas sześciu spotkań z pastuszkami posłanka stosuje metody poglądowe – wyświetla dzieciom między innymi kilka filmów ukazujących atlantydzkie wojny nuklearne i religijne.

 

Niestety, tuż po objawieniach rodzeństwo Franciszek i Hiacynta Marto umierają, a Łucja dos Santos, osiągnąwszy odpowiedni wiek, zostaje zakonnicą i przeinacza atlantydzkie orędzie na jedyną znaną jej modłę katolicką. Dodaje od siebie, że Matka Boża kazała jej przekazać ludziom, iż jest głęboko zatroskana z powodu ich bezbożności i demoralizacji oraz grozi im straszliwymi karami za brak nawrócenia i pokuty za grzechy, między innymi drugą wojną światową, głodem oraz prześladowaniami Kościoła i Ojca Świętego. Łucja napomyka też o przedstawionych im przez Maryję obrazach piekła w postaci morza ognia, w którym zanurzone były diabły i potępione dusze. Potem całymi latami obsesyjnie nakłania papieży i biskupów do konsekracji i zawierzenia ateistycznej, komunistycznej Rosji niepokalanemu sercu Maryi.

Najwięcej jednak szumu wywołuje utajnienie przez papieża, Jana XXIII, tak zwanej trzeciej tajemnicy fatimskiej – sekrety są, jak powszechnie wiadomo, wodą na medialny młyn. Dopiero po pięćdziesięciu sześciu latach od spisania jej przez siostrę Łucję ujawnia ją w imieniu Jana Pawła II kardynał Joseph Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI. Mówi ona o największym z możliwych świętokradztw – zabiciu papieża spowodowanym grzechami ludzkości. Przedstawioną w niej ponurą scenę egzekucji dokonanej przez żołnierzy na grupie osób świeckich oraz kapłanów, wśród których znajduje się odziany w biel mnich, wyświetlono Łucji na ekranie śmigacza do zadań specjalnych, gdy była ubogą, dziesięcioletnią, nic niewiedzącą o szerokim świecie i wszechświecie dziewczynką. Prefekt Kongregacji Nauki Wiary podkreśla, iż dwa nieudane zamachy na Jana Pawła II z lat 1981 i 1982 są dowodem tego, że otwierając się na wezwanie do pokuty i nawrócenia można wpływać na Boga, a przyszłość nie jest bynajmniej przez stwórcę nieodwołalnie przesądzona.

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 788 P.N.E.

 

ADONISA I AFRODYTY KAJUTA W ROMULUSA WNĘTRZU NA OLIMPIE OSADZONEGO, LAT TYSIĄCE CZTERY POTEM

 

Lat tysiące cztery Zeus władcą udzielnem juże jest, a pod rządami jego osadnikow degrengolada, warcholstwo i besserwisserstwo permanentnie postępują. Wiekami całemi przez Arkadyjan ciemnech żywieni, wylegują się jeno, ucztują i kopulują, a rozpusta i prożniactwo do zdziczenia jech wtornego prowadzi. Zeusa progenitura obecna do pokoleń licznech Atlantydow należy, kere z dobrodziejstw najważniejszech przez cywilizacyję jech upadłą wypracowanech nie skorzystały. Jako że pośrod tech, kerzy Romulusa ukradli, inżenierow genetycznech w telomerazie się specjalizującech nie ma, wszytcy potomkowie jech na Arkadyji spłodzeni jak przodkowie jech zamierzchli najdalej po latach stu życia w niebyt odchodzą.

Nie uświadczyłoby się także pośrod niech jednego nawet genetyka, keren by geny predyspozycyje partnerskie warunkujące namierzać potrafił. Wprawdzie Romulusa oprogramowanie w e-swatki algorytm wyposażone zostało, wszelako żaden z uciekinierow złodziejskiech biobanku zgromadzić nie umie, przeto Atlantydow pokolenia na Arkadyji zrodzone związki partnerskie prob i błędow metodą tworzą jak przodkowie jech dalecy. Z zażenowaniem wielikiem, a czasem i ze zgrozą, Atlantydzi wielowieczni krotkowiecznem się przypatrują. Niezdolni do połowek swech drugiech rozpoznania, krotkowieczni miłość wolną uprawiają i, lubo w związki małżeńskie czasem wchodzą, lat kilka od ślubu do gardeł się sobie rzucają, zdradzają, rozchodzą i na powrot schodzą. Jedni od opieki nad progeniturą się migają, inni zaś o opiekę nad potomkami bezpardonowo walczą, alkoholu i innech środkow uzależniającech nierzadko nadużywając. Wskutek niemocy odczucia teoryje rozmaite bzdurne krotkowieczni snują, różnic międzypłciowech, nieusuwalnech i porozumienie płciom odmiennem utrudniającech tyczące. Przysłowie atlantydzkie prastare do sytuacyji niniejszej pasujące następująco się prezentuje: Miłość do się wzajem pasującech wszelakie przeszkody pokonuje, lecz niedobranech miłość sama nie do pokonania przeszkodę stanowi.

Mariaż Zeusa i Hery – kuzynki jego dość bliskiej, lecz nie siostry rodzonej jak gmin ciemny i do kazirodztwa skłonny mniema – także udany nie jest, jako że z e-swatki skorzystać nie zdążyli, aliści oboje, w przeciwieństwie do latorośli swojech, przynajmniej inżynieryji genetycznej wielowieczność jem zapewniającej wytworami są.

Podobne, nerwowością nacechowane relacyje Adonis i Afrodyta nawiązali. U związku jech zarania Adonis – mizantrop łudził się, iż towarzyska nader Afrodyta kres jego samotności położy i na salony go wprowadzi, ona zasię mniemała, iż w sobie zamknięty i przemyśleń wiele mający Adonis mądrzejszą ją uczyni, wszelako do niczego podobnego nie doszło. Ona z gronem przyjaciołek swech nadal wiecznie przebywa, on zasię ciągle w samotności poluje, poluje, poluje…, jako że pośrod tech, kerzy Romulusa ukradli, inżynierow technologiji żywności w mięsa sztucznego wytwarzaniu się specjalizującech nie ma i wszytcy Atlantydzi na Arkadyji spłodzeni jak zamierzchli jech przodkowie bestyjami krwiożerczemi i polującemi są.

 

Przede drzwiami zamkniętemi do Adonisa pokoju Afrodyta staje i jak berbeć niemiłosiernie marudzi. Adonis partnerki do pokoju nie wpuszcza i przeze drzwi zamknięte z nią konwersuje.

 

AFRODYTA (delikatnie): Doni, jakże ci dzień minął?

ADONIS: Dobrze.

AFRODYTA: Coś stało się?

ADONIS: Nic ciekawego.

AFRODYTA: Jutro Jedności Święto. Coż robić będziem?

ADONIS: Wszytko mi jedno.

AFRODYTA: Chceszli zaprosić kogo?

ADONIS: Nie wiem… Pilot do kina domowego zginął. Nie widziałaś go gdzie?

AFRODYTA (poirytowana): Dlaczegoż ze mną nie rozmawiasz?

ADONIS: A z kimże niby teraz konwersujesz?

AFRODYTA: Czy ty kochasz mnie jeszcze?

ADONIS: I znow to samo… Dyć mieszkam z tobą.

AFRODYTA: To nie to samo. Jak mowić możesz, iż mnie kochasz, skoro nie rozmawiajem ze sobą zupełnie? Ja się nudzę, a ty znow się w swej jaskini zaszył! Jak mnie traktować tak możesz? Co się znow z tobą stało? Azaliż zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo mnie to rani, iż tak przede mną uciekasz? Na niczem ci juże nie zależy?

ADONIS: Oj Dytko, tylem razy ci mowił, byś pokój mi dała, gdy się tu zamykam. Potem do cię przyjdę, a teraz z koleżankami poplotkuj.

AFRODYTA: Każda z facetem swojem gdzieś wyszła!

ADONIS: To e-booka poczytaj.

AFRODYTA: Nie chce mi się!

ADONIS: Muzyki posłuchaj.

AFRODYTA: Posłuchałam!

ADONIS: Wideo pooglądaj.

AFRODYTA: Pooglądałam i nudzę się!

ADONIS: Na zakupy idź.

AFRODYTA: Byłam!

ADONIS: Pogimnastykuj się.

AFRODYTA: Jużem to zrobiła!

ADONIS: Na masaż idź.

AFRODYTA: Byłam!

ADONIS: No to na spacer.

AFRODYTA: Z tobą iść chcę!

ADONIS: Może poźniej, a teraz kąpiel z pianą weź.

AFRODYTA: Wzięłam!

ADONIS: Coś pysznego zjedz.

AFRODYTA: Zjadłam!

ADONIS: A dziennik swoj pisałaś?

AFRODYTA: Pisać nie mam o czem, bo nudno jest!

ADONIS: Pomedytuj albo pomodl się.

AFRODYTA: Nie będę!

ADONIS: W ogrodzie pracować lubisz, to tam idź.

AFRODYTA: Juże nie lubię!

ADONIS: A dom ochędożyłaś?

AFRODYTA: Żartować raczysz?! Sam go ochędoż! Mowię ci! Nigdy z domu nie wychodzim i uwagi na mnie nie zwracasz!

 

Z wolna Afrodyty marudzenie w zrzędzenie skrzekliwe i zawodzenie dojmujące przechodzi.

 

AFRODYTA: Ja mam dom chędożyć?! Dyć to przez ciebie bajzel w domu jest, obrzępało! Robię, co mogę, żeby wszytko w czystości utrzymać, lecz nim chędożyć skończę, ty od nowa bałaganisz! Jakże wiele rzeczy robić muszę, kerych robić wcale nie chcę! Zmęczona jestem taka! Niczego juże w stanie zrobić nie jestem! Pracować nie jestem w stanie tyle! Beznadziejnie się czuję! Rzucić to wszytko w cholerę bym chciała! W domu chlew jest zawsze! Robię wszytko, a ty nic! Nie robisz tego, co do cię należy! Nigdy mnie nie słuchasz! Pomagać mi więcej winieneś! Leniem obrzydliwem jesteś! Jeśli się nie zmienisz, mieszkać z tobą nie będę! Sprzątaj albo się wynoś! Słyszałeś?! Nic mi się nie udaje, a Ty mnie juże nie kochasz! Odrobiny romantyzmu potrzebuję! Takam nieszczęśliwa! Uwagi mi nie dajesz tyle, ile potrzebuję! Wszytko u nas beznadziejne jest! Nie zauważasz mnie! Wstydzić się winieneś, iż taki nieczuły jesteś! Nigdym cię tak nie ignorowała, jak ty mnie! Z mężczyzną prawdziwem mieszkać bym chciała! To, iż ciebie wybrałam, jedną wieliką pomyłką było! Rozczarowaniem wielikiem mojem jesteś! Niczego juże razem nie robim, bo leniwy jesteś, romantyczny mało, nudny po prostu! Związek z tobą unieszczęśliwia mnie bardzo! Lepsiejszego partnera potrzebuję, kery wypełnić by mi życie umiał! Tyś w kierunku tem nie zrobił nic! Ja ci uwagę poświęcam, lecz ty mnie nie słuchasz! Tak jużeś się przyzwyczaił! Nudnem bardzo partnerem się stałeś! Podniecającego kogoś i interesującego potrzebuję, a tyś taki nie jest z pewnością! Samolubnyś i nieczuły! Rozczarowałeś mnie! Nigdy niczego nie robisz dobrze! Zawierzyć ci nie mogę! Gdybym cię nie słuchała, kołomyi tej całej by nie było! Inny mężczyzna jakoś by to ogarnął, lecz ty jeno sytuacyję pogarszasz! Lata najlepsze życia swego ci oddałam, lecz tyś nic mi nie ofiarował! Wykorzystałeś mnie! Egoistą zimnem jesteś! Wszytko, co robisz, wyłącznie dla się robisz! Nikiem się nie przejmujesz! Idiotką byłam zakochując się w tobie! Juże mnie nie zadowalasz! Nie działasz na mnie! Zdolność uwodzenia twoja jakoś juże do mnie nie trafia! Żałuję, żeś do innech mężczyzn nie podobny! Przy tobie nigdy naprawdę usatysfakcjonowana nie jestem! Znaczniem szczęśliwsza, gdy cię w pobliżu nie ma!!! Wielicem rada, żem z tobą nie brzemienna!! Jakże my stadło uczynić mamy?!! Znow się zepsułeś i wiem, co zrobię!! Zamienię cię na lepszy model!! Słyszałeś?!!!

ADONIS: Mityguj się, niewiasto!! Aż nadto tego twego pieskiego ujadania!!

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 788 P.N.E.

 

ROMULUSA POBLIŻE NA OLIMPIE OSADZONEGO, DNI KILKA POTEM

 

AFRODYTA: Wiecznie się spieszym! Czyż tak juże zawsze być musi?! Czekaj, kamery nie wzięlim.

ADONIS: Pospiesz się! Nasz na Antypodach turnus krotszym będzie niźli do niego przygotowania!

AFRODYTA (kamerę do autolotu niosąc): To by było, gdybyśmy dopiero tam doleciawszy, zorientowali się, iż z gigantusami[8] sfilmować się nie możem. Oj, jak to dobrze, że wyjedziem stąd choć na dni parę. Wrażenie mam, iż życie moje trosk pasmem niekończącem się jest.

ADONIS: Trosk pasmem?! O czymże ty rzeczesz, niewiasto?! Dyć życie nasze wspaniałem jest! Winnaś wdzięczność losowi, iż na wakacyje piękne wyjechać możem! Wiecznieś niezadowolona! Co robię źle, żeś taka nieszczęśliwa?!

AFRODYTA: Ależ ja o nic do cię pretensyji nie mam.

ADONIS: Prawda była! No wyrzuć to z siebie wreszcie! Powiedz mi, czymże cię tak unieszczęśliwiam?!

AFRODYTA: Chceszli to wiedzieć?!

ADONIS: No powiedz!

AFRODYTA: A tem, że słuchać nie umiesz, ino wrzeszczysz na mnie!

ADONIS: No i masz ci los, pięknie się turnus zaczyna!

 

Adonis napęd antygrawitacyjny uruchamia, lecz autolot krztusi się i nie rusza.

 

AFRODYTA: I coż się znow dzieje?!

ADONIS: Nic!

AFRODYTA: Jak to nic! Dyć oczy i uszy mam chyba?!

 

Adonis kilkakroć jeszcze pojazd rozruszyć probuje, lecz bez skutku oczekiwanego.

 

ADONIS: Antygrawiton poszedł zapewne.

AFRODYTA: I coż w związku z tem?! Dyć jechać juże musim!

ADONIS: Niby jak?! Pod maskę zajrzeć muszę!

AFRODYTA: Ach ty! Na wakacyje wymarzone przez ciebie nie pojadę! Autolot na okrągło się psuje, lecz ty nieodpowiedzialny jesteś – ze wszytkiem do chwili ostatniej czekasz! Nigdy przy tobie spokojna nie jestem! Ciągle spieszyć się musim, inaczej wciąż byśmy się spoźniali! Wszytko zepsujesz zawsze! Po mechanika wreszcie zadzwoń!!! On wiedział będzie, jak to ochędożyć!!!

ADONIS: Sam to ochędożę!!

AFRODYTA: Prawda była!! Juże to widzę!! Marzenia ściętej głowy!!

 

Adonis mityguje się, lecz znać, iż mu to z trudem przychodzi.

 

ADONIS (na ziemię narzędzia rozsierdzon rzuca): I znow z igły widły robisz!! To, co cię tak z nerw wyprowadza, znaczenia żadnego nie ma!! Przewrażliwionaś i tyle!! Sprawę niepotrzebnie jeno rozdmuchujesz?!! Razy kilka jeno coś takiego zrobić możesz, lecz powtarzać tego nie probuj!! Tem razem afery nie zrobię, lecz wiedz, iż srodze zawiniłaś!!

 

Gdy Adonis od Aftrodyty w kajuty jech stronę oddalać się poczyna, obok niech Zeus zagniewan wielice przed Herą nań utyskującą umyka.

 

HERA (skrzekliwie): Za płodności boginię dzikusy ciemne Artemidę uznali i jądra bycze w ofierze jej składają, a to tobie przynosić je winni pizdrygancie jeden!! Zeus gromowładny!! Strzeżcież się gniewu jego!! Śmiechu warte!! Jajca bycze atrybutami twojemi być winny, nie zaś piorun, bo to tyś bogiem płodności, a nie cora twoja – dziewica! Ileś wczoraj dziwek wydymał?! Co?! Sześćset sześćdziesiąt sześć?![9] A matka moja przed tobą mnie ostrzegała. Jakam głupia była, żem jej nie posłuchała! O Ra przenajświętszy, jak długo upokorzenia męża mego niewiernego znosić mam jeszcze?!

ZEUS: Dość tej histerii!!! Miarkuj się, niewiasto, bo za się nie ręczę.

HERA (skrzekliwie): I co mi zrobisz, bydlaku jeden?!!

ZEUS: Do rękoczynu gadaniem swojem w końcu mnie przywiedziesz!! Wiedz, iż ręka mnie świerzbi!!

HERA: Uderzysz mnie?!! A uderz, uderz, niech wszytcy zobaczą krola krolowę bijącego!!

ZEUS: Zawrzyj pysk, suko!!!

REJA (nader sędziwa): Dość juże tego!! Was Ra nie połączuł!! Was połączuł Set!!

 

Na świadkow przypadkowech scysyji jech nienawistnie spojrzawszy, Zeus, Hera i Reja oddalają się, a Adonis i Afrodyta milczą chwilę dłuższą oszołomieni.

 

ADONIS (wielice zasroman): Jeszcze trochę i upodobniem się do niech całkowicie.

AFRODYTA: Powiadają, iż Pytia parom skłoconem dobrze radzi. Do niej udać się nam trza.

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 788 P.N.E.

 

APOLLA ŚWIĄTYNIA W DELFACH

 

Gnoti seauton[10]wezwanie głosi na epistylu Apollina świątyni w Delfach wyryte, do kerej początkowo Atlantydzi jeno się udają, by rad psychoterapeutki małżeńskiej, Pytii, wysłuchać, potem zasię gmin ciemny wyrocznią ją obwołuje i cześć jej bałwochwalczą przez milenijum oddaje.

 

PYTIA: Wielem w życiu swem widziała, jeszczem więcej słyszała, lecz nigdym się nie spodziewała, iż w progach świątyni mej skromnej miss Arkadyji powitam. Wielcem rada ze spotkania tego i że was poznać lepiej mogę. Coż was do mnie sprowadza, czcigodni Afrodyto i Adonisie?

AFRODYTA (skonfundowana): Po radę przyszlim.

PYTIA: Jakiejż to rady udzielić wam mogę?

AFRODYTA: Związek nasz rozluźnia się, oględnie mowiąc.

PYTIA: Jakże to? Związek pierwszej pod piękności względem i najprzystojniejszego z najprzystojniejszech się psuje? Czyż jedynka z jedynką gryźć się może?

AFRODYTA: Jako żywo.

PYTIA: W czem rzecz?

AFRODYTA I ADONIS (jednocześnie): Bo on nigdy mnie nie słucha…

Bo ona wiecznie się dąsa…

 

Gestem zdecydowanem Pytia słow potok obustronny powstrzymuje.

 

PYTIA: Naprzod Afrodyta.

AFRODYTA: Wieczorem lubość wieliką do się wzajem czujem, rano zasię zirytowani się budzim i niechęć odczuwajem. W dniu następnem rano kochający, cierpliwi, akceptujący jestemy, a potem nagle wymagający i niezadowoleni się stajem. W uniesienia chwili nastroj wspaniały mamy, aliści spostrzeżenie przykre moje lub jego sprawia, iż nagle uczuciowo odlegli, rozczarowani, zmęczeni sobą jestemy. Czasem zadowoleni z siebie i z życia swego, a chwilę poźniej niespodziewanie wydaje się nam, iż jacyś nie tacy, niewarci nic, opuszczeni. Zrazu lubością hojnie się darzym, a potem nagle w sobie zamknięci, krytyczni i źli się stajem. Jedno coś miłego dla drugiego robi, drugi zasię obrażony jest, iż wcześniej lekceważon buł. Spotkania doczekać się nie możem, lecz kiedy się schodzim, nic sobie do powiedzenia nie mamy. Niby szczęśliwi jestemy, lecz czasem do wniosku dochodzim, iż w związku naszem osiągnąć nie potrafim tego, na czem nam naprawdę zależy. Miłości swej pewni jestemy, a po chwili niepokoj niemały odczuwajem. Pociąg wieliki do się wzajem czujem, aliści nagle apatyczni się stajem. Kochać się chcemy, lecz zaraz nam się odechciewa. Zafascynowani sobą wzajem jestemy, a kiedy się angażujem, iż inni dla nas atrakcyjniejsi są, czujem. Wyobrazić sobie nie możem, iż byśmy nie kochać się mogli, a dnia następnego po kłotni poważnie o rozstaniu myśleć zaczynajem…

PYTIA: Przerwę ci na chwilę, Afrodyto droga. Czyś Afrodyty słowa słyszał i je potwierdzasz, Adonisie?

ADONIS (skonfundowany): Lepiej bym tego ujął. Już to lubo, już to przykro…

PYTIA: Teraz sytuacyję jaką z życia wziętą, ciebie wielice irytującą opowiedz, kochanieńka.

AFRODYTA: Dla przykładu wczoraj. Ja go pytam: dlaczegoś się znowu na ucztę spoźnił? A on mi na to: „By ucztować, trza polować”. To polowanie ważniejsze ode mnie?!

ADONIS: Czyż prawdy nie mowię? Dyć bez pracy nie ma kołaczy.

PYTIA: Ćśśśśś… znać dam, gdy kolej twoja będzie.

AFRODYTA: Miesiąc temu rocznica nasza piąta była. Zapomniał oczywiście! Nawet kwiatka nie przyniosł!

ADONIS: Zajęty bułem! To się zdarza czasem! Wszytkie zresztą te rocznice i ceregiele wcale ważne nie są. A to, żem ci kwiatka nie przyniosł, nie oznacza bynajmniej, iż o cię nie dbam! Zapomniałem, bom za jadłem się uganiał – dla ciebie rownież.

AFRODYTA: Nie o zapominanie jeno pretensyję mam do cię, lecz i o to, iż ze mną nie rozmawiasz, w sobie się zamykasz i ode mnie separujesz. Tyleż razy omowić z tobą problem jaki chciałam, a tyś jeno mnie zbywał, lekce sobie ważył i w samotni swej zamykał.

ADONIS: Dyć ja niekiedy czasu dla się potrzebuję. Toż chyba nic w tem złego nie ma. Co ciebie tak w tem denerwuje? Przewrażliwiona jesteś i tyle.

PYTIA: Dość, dość, dość! Teraz ciebie, Adonisie, o dłuższą wypowiedź proszę.

ADONIS: No to po kolei. Ona krzyczy, żem nieodpowiedzialny, bom się na ucztę spoźnił, a jam się spoźnił, bom byt nasz odpowiedzialnie zabezpieczał. Ona wrzeszczy, żem o duperelskiej rocznicy zapomniał, lecz tego nie dostrzega, żem o takiech ważniejszech rzeczach nie zapomniał, jak jadło i przyodzienie. Ona wydumuje, iż z nią nie rozmawiam, a mnie czasem gadać po prostu się nie chce, a już zwłaszcza o tem, iż jedna pani drugiej pani…

PYTIA: Dość, Adonisie. Teraz ja rzeknę swoje. Afrodyto, gdy Adonis znow się spoźni, powiedz mu kulturalnie: „Wdzięczną ci będę, jeśli o spoźnieniu swem razem następnem mnie uprzedzisz”. Kiedy Adonis o czem zapomni, rzeknij mu spokojnie: „Wdzięczną bym ci była, gdybyś o tem nie zapominał razem następnem”, zasię gdy się w sobie zamknie, powiedz: „Wiem, iż na czas jakiś odsunąć się musisz, lecz wiedz, iż rozłąka długa bądź milczenie jeno twoje przykrość mi sprawiają. Pragnę ino, iżbyś rozumiał, jak zachowanie twe odbieram”. Afrodyto, Adonis to facet jest. Jem mowić trza: "Słuchaj, to i to bym chciała; to i to mi się podoba; czuję się świetnie, kiedy to albo to robisz; potrzebuję, byś to czy tamto zrobił". Jasne, proste komunikaty! Nigdy o tem nie zapominaj, Afrodyto, iż mężczyzna to zwierzę takowe jest, kere dezaprobaty nie znosi i prędzej w sobie się zamknie i cię zignoruje, niźli cię krzyczącej posłucha. Bobu mu nie zadawaj i sprawy każdej najbłahszej na ostrzu noża nie stawiaj, a już chęci odosobnienia się zwłaszcza, jako że mężczyzna co czas jakiś zejść do samotni swej musi, by w niej problemy go nurtujące przemyśleć i samodzielnie rozwiązanie jech znaleźć. Jeśliś zachowaniem tem Adonisa zaniepokojona, to odpuść sobie, niepotrzebnie w domysłach nie toń i zamykaniem się jego w sobie nie przejmuj, a za ukochanem do azylu jego podążać nie probuj, gdyż smok grotę ową zamieszkujący pożreć cię może. Miast go wypytywać, co mu się przydarzyło, gdy w stan wyłączenia popada, winnaś z koleżankami poplotkować, w domu lub w ogrodzie popracować albo sobą się zająć: książkę poczytać, muzyki posłuchać, na zakupy iść, dziennik pisać, gimnastykować się, modlić się bądź medytować, na masaż czy spacer iść, kąpiel z pianą wziąć, coś pysznego zjeść, wideo pooglądać, dokształcać się lub do mnie przyść.

AFRODYTA: To on mnie tak radził właśnie.

PYTIA: I trza go słuchać było. A teraz do cię słowo, Adonisie. Akomoduj się lubej, admiruj, emabluj ją. Gdy Afrodyta pretensyje zgłaszać ci będzie, żeś się spoźnił bądź o czemś zapomniał, przeproś ją grzecznie i ładnie, a jeśli przeprosić ci trudno będzie, zamilcz chociaż i damę swą cierpliwie wysłuchaj ni razu jej nie przerywając. Do winy przyznawać się naucz, a na pretensyję jej każdą się nie złość. Zrozumieć usilnie się staraj, czego partnerka twa potrzebuje i co zrobić możesz, by kochana się czuła, zasię po dystansu chwilach lub dniach cichech całech rzeknij jej: „Rozumiem, iż bol ci sprawiam, gdy się oddalam czasem. Przykre być to dla cię musi, przeto o tem porozmawiajmy”. Od obrażania się na nią za jej osobą twoją zainteresowanie i troskę ci okazywaną czy wścibskość nawet powstrzymuj się. Gdy niewiasta czuje, iż mężczyzna jej słucha, łacniej jego odsuwanie się od niej znosi, a gdy on ją jeszcze na dokładkę przytuli i ucałuje, podwojny sukces odniesie. Nigdy o tem nie zapominaj, Adonisie, iż kobieta to zwierzę takowe jest, kere ciągłego troski mu okazywania pragnie i o uczuciach rozmawiać permanentnie chce. Nie obcesem, lecz karesem więcej zdziałasz.

AFRODYTA: O, brawo Pytio! Czyś słyszał?

ADONIS: Mamy się nie kłocić? Dyć tak się nie da…

PYTIA: Nie zrozumiałeś mnie, kochanieńki. Niekłocenie się taką samą patologiją jest, jak na się wzajem pieskie ujadanie. Kłoćcie się ajuści, lecz kulturalnie, wyrozumiale, nie-ner-wo-wo. Gdyś spokojny miast agresywny, niby to samo mowisz, a jakże inaczej.

AFRODYTA I ADONIS (jednocześnie z entuzjazmem): Achaaaa…!

PYTIA: Lecz to nie wszytko, co do powiedzenia mam wam dzisiaj. W domu listy miłosne do się wzajem napiszeta, w kerych emocyje swoje najskrytsze następujące przedstawita: złość, smutek, strach, żal i miłość, w kolejności takiej, w jakiej je wam podałam. Powtarzam, a wy notujta (notatniki i ołówki im wręczając): złość, smutek, strach, żal i miłość. Zanotowały osoby?

AFRODYTA I ADONIS (jednocześnie): Tak.

PYTIA (papirusy im wręczając): Czekajta. To listy są miłosne przez innech pacjentow mojech napisane. Na niech wzorować się mata. I nie robta min takiech sierioznech i wytwornech, na Ra litość! Frywolni być mata jak u związku waszego zarania! Azaliż jeszcze pamiętata?!

 

 

 

PLANETA ZIEMIA, CZASY OBECNE

 

OKOLICE BERMUDÓW. SAMOTNY KATAMARAN Z TRZEMA ŻEGLARZAMI NA POKŁADZIE W KSIĘŻYCOWEJ POŚWIACIE SKĄPANY. SCENERIA IŚCIE BAJECZNA, WRĘCZ NIEZIEMSKA

 

Chcąc osłodzić Tobiaszowi gorycz porażki, obłudnie i kiepsko żal udający Mieszko zabiera obu swych synów podczas wakacji w rejs dookoła Atlantyku podobny do tego, który odbył Uranos. Pewnie mało która kobieta pozwoliłaby swojemu mężowi wybrać się w dwumiesięczny rejs z dwoma jej nieletnimi dziećmi, jednak Mieszko jest wdowcem i żony o pozwolenie pytać nie musi. Trwa upalne lato i żadna dotąd okoliczność nie daje mu podstaw do choćby niewielkiej zmiany planu. Całkowity spokój. Rejs przebiega wręcz nadspodziewanie dobrze: wysokość fali i prędkość wiatru mają wartości zerowe, toteż katamaran – wybudowany w ich własnym warsztacie szkutniczym, który za małą fabrykę można już od jakiegoś czasu uważać – niemal bezszelestnie sunie po lustrzanej tafli wody, zaś dym z ćmionej przez brodatego Mieszka fajeczki unosi się pionowo. Ojciec i jego starszy syn siedzą na fordku nawiązując zerwane więzi, ponad nimi rozpościera się bezchmurne, gwiaździste niebo z widniejącą na jego tle księżycową pełnią, a biały żagiel ich jachtu lśni onirycznie w łunie naturalnego satelity Ziemi. Nie zważając na śpiącego w kajucie Błażeja, Mieszko jeszcze natrętniej niż wcześniej przekonuje Tobiasza do nauki sztuki szkutniczej. Rozentuzjazmowany rodzic udziela swemu pierworodnemu nader profesjonalnego wykładu starając się nie zauważać jego miny wyrażającej znudzenie i zniechęcenie. 

 

MIESZKO: Dzisiejsze szkutnictwo to kaszka z mlekiem. Gdy zaczynałem się tym fachem parać, wielokadłubowce były wykonywane ze sklejki. Nie jest wprawdzie kosztowna, jest łatwa w obróbce i naprawach, ale trzeba ją konserwować. No i samo wykonanie sklejkowego kadłuba jest czynnością pracochłonną i wymagającą dość długiej praktyki. Układanie arkuszy sklejki i wykonanie złącz nie jest ani łatwe, ani szybkie. Przygotowanie gęstej siatki wręgów i wzdłużników, dokładne ich ustawienie na stanowisku montażowym i wyrównanie, a potem dokładne zukosowanie wszystkich elementów szkieletu tak, aby sklejka wszędzie dobrze przylegała dając szczelną spoinę klejową ciągnąć się może nawet latami. A dzisiaj, kolego, mamy erę żywicy epoksydowej, włókna szklanego i laminatowej masówki. Typowa płyta składa się z żelkotu, szkła i pianki, a powierzchnia poniżej burt, czyli zaokrąglone dno, składa się tylko z zewnętrznego laminatu i pianki. Laminatowe, przekładkowe kadłuby wykonuje się teraz z półfabrykatów na płaskim stanowisku bez formy negatywowej. Są budowane bez typowego hellingu i bukszteli. Dwa boczne płaty burt stają się już kopytem. Zaokrąglone, przekładkowe dno kadłuba uzyskuje się z pomocą tylko kilku prostych szablonów wstawionych pomiędzy płaty burt. Wewnątrz kadłuba są tylko cztery szablony z prostego drewna w kształcie litery "T", pięć poprzecznych elementów i sporo wiązań. Biegną one wzdłuż między szablonami i wzdłuż linii kila i poprzeczek na linii pokładu. Szerokość pokładu ustalają drewniane klocki na poprzeczkach. Sukcesywnie napinamy wiązania i powstaje zaokrąglony kształt. To jest proste! Zauważ zaokrąglenie pod pawężą i dziobnicą. Wszystkie te powierzchnie są gładkie już ze stołu i nie potrzeba dodawać szkła. Musimy tylko żelkotem pokryć złącza i miejsca poniżej wierzchu burt. Powierzchnia, która jest zawiła, podlega przycinaniu jak w krawiectwie i wyżłabianiu w procesie kształtowania. Zgadnij, kolego, jak długo trwa zbudowanie katamarana z laminatu tą metodą?

TOBIASZ: Popopojjęęcia nniee mamamam.

MIESZKO: Dwa dni, kolego! Tylko dwa dni! I pomyśleć, że trzydzieści lat temu połowa moich pracowników spędzała czas jedynie na wykańczaniu łodzi. Niektórzy nowicjusze zbudują tą metodą katamaran lepiej niż doświadczeni fachowcy mający nawyki tradycyjnej budowy. Nie potrzeba specjalnego oprzyrządowania. Dla dobrego przylegania pianki do laminatu stosuje się worek próżniowy i jest to proste po zrobieniu pierwszych płyt próbnych. Nie ma ograniczeń w kształtach katamaranów – kilka lat temu zbudowano trzydziestoośmiostopniowy jacht balastowy ULDB. Mówiłem ci, kolego. Współczesne szkutnictwo to bułka z masłem.

TOBIASZ: Aaallee jajaja zz mamamattmy jejesstetetem ssłałaby.

MIESZKO: Za to Błażej jest dobry. Błażeja nauczę projektować jachty. Możesz o tym nie wiedzieć, bo byłeś zajęty robieniem kariery piosenkarskiej, że wykonaliśmy model jachtu, na podstawie którego obliczyliśmy wyporność prototypu w skali jeden do jeden. Wiesz co to jest wyporność? 

TOBIASZ: Popopojjęęcia nniee mamamam.

MIESZKO: Wyporność to jest objętość części podwodnej łodzi. Dla jej ustalenia wystarczy gotowy model ustawić na płaskiej powierzchni w pozycji poziomej linii wodnej i nalać do wnętrza wodę do poziomu KLW. Wiesz, co to jest KLW?

TOBIASZ: Nniee.

MIESZKO: Linia wodna, tak zwana wodnica. Krzywa wyznaczona na kadłubie przez poziom spokojnej wody przy określonym stopniu załadowania jednostki pływającej. Trzeba nalać wodę i potem wylać ją do kuchennej miarki, jakiej używa każda gospodyni przy odmierzaniu objętości cukru czy mąki. Taką samą operację należy przeprowadzić dla pływaka bocznego – jego całkowita wyporność powinna być o trzydzieści procent lub więcej wyższa od całkowitej masy jachtu równej jego wyporności do KLW. Pływak trzeba więc zalać wodą aż do pokładu i ta ilość wody powinna być co najmniej o trzydzieści procent większa od ilości wody mieszczącej się w pływaku głównym – do poziomu KLW. Dotyczy to oczywiście sytuacji, gdy chcemy zbudować trimaran typu współczesnego, a nie tu i ówdzie dawniej lansowanego – z zatapianymi pływakami. Objętość wzrasta proporcjonalnie do sześcianu wymiarów liniowych, a więc dla modelu w skali jeden do dziesięciu trzeba jego wyporność pomnożyć przez dziesięć do trzeciej czyli tysiąc. Rozumiesz?

TOBIASZ: Nniee bababarrdzo.

MIESZKO (protekcjonalnie klepiąc syna dłonią po ramieniu): Nie przejmuj się. Z czasem na wszystkim się poznasz. Nie od razu Rzym zbudowano. Ja też nie wszystko od razu umiałem.

 

Ziewający i przecierający oczy Błażej wychodzi z kajuty i dołącza do ojca i brata, siedzących na fordku.

 

MIESZKO: Masz chorobę morską?

BŁAŻEJ: Jaką chorobę morską? Przecież jest flauta. Wy mnie swoim gadaniem obudziliście.

MIESZKO: Ojej, przepraszamy. No ale rozejrzyj się, synek. Przespać taką noc to grzech. Znajdujemy się w strefie absolutnie czystego nieba. Nad miastem tak ugwieżdżonego nieba nie uświadczycie.

BŁAŻEJ (w niebo gwiaździste patrząc): Ciekawe, jak wygląda skraj wszechświata.

MIESZKO: O ile mi wiadomo, wszechświat nie ma krańca.

BŁAŻEJ: Niektórzy naukowcy twierdzą, że ma.

MIESZKO: I co niby miałoby być za nim?

BŁAŻEJ: Początek innego wszechświata.

MIESZKO: A za tym innym wszechświatem?

BŁAŻEJ: Jeszcze jeden wszechświat.

MIESZKO: I tak w nieskończoność?

BŁAŻEJ: Tak.

MIESZKO: Zatem miałem rację mówiąc, że wszechświat jest bezkresny. W starożytności sądzono, że Ziemię przykrywa wielki durszlak, przez dziury którego prześwituje wieczysty niebiański ogień. Minęło kilka tysięcy lat, a my nadal snujemy fantazje dotyczące kosmosu.

BŁAŻEJ: A ciekawe, co było przed wielkim wybuchem.

MIESZKO: Pewnie nieskończenie wiele wielkich wybuchów. Wszechświat zapewne jest bezkresny i wieczny.

BŁAŻEJ: Jak to możliwe? Przecież wszystko ma początek i koniec.

MIESZKO: Na pewno wszystko, co żyje, ale czy wszystko? Tego nie byłbym taki pewny.

BŁAŻEJ: A do gwiazd dolecimy kiedykolwiek?

MIESZKO: Mało prawdopodobne.

BŁAŻEJ: Dlaczego?

MIESZKO: Są za daleko. (do Tobiasza) A co ty taki smutny? Rozchmurz się człowieku. Rozejrzyj się wokół, takie widoki pamięta się do końca życia. Coś cię trapi?

Błażej milcząc wzrusza ramionami.

 

BŁAŻEJ: Z Beatą się rozstał.

TOBIASZ: Iii zznóów kłaakłaapiesz dziooobem!

MIESZKO: Rozstaliście się? Dlaczego?

TOBIASZ: Tototo momoja wiwina. Popopopo popopoporaaaaższce ststaaaałem ssię babarrrdzo zgryzgryźźźliwy.

MIESZKO: Nie możesz tak tego zostawić po tylu latach.

TOBIASZ: Nniee zazazammmierzam.

MIESZKO: Mam nadzieję. Beata to fajna dziewczyna. Warto o nią walczyć.

BŁAŻEJ: Jaki ten Atlantyk spokojny. Dlaczego Pacyfik nazwano spokojnym, skoro występują na nim najwyższe fale, tajfuny i tsunami?

MIESZKO: Nie wiesz? Nazwali go tak marynarze Ferdynanda Magellana, którym zwyczajnie sprzyjał los podczas ich rejsu dookoła świata.

BŁAŻEJ: A skąd pochodzi nazwa Atlantyk?

MIESZKO: Wiem, że starożytni Grecy nazywali Atlantyk Morzem Atlasa.

BŁAŻEJ: A ja daję sobie rękę uciąć, że nazwa Atlantyk pochodzi od Atlantydy.

MIESZKO: Być może. Starożytni przypuszczali, że Atlantyda leżała na Atlantyku w okolicy Gibraltaru.

BŁAŻEJ: Nadal chcesz samotnie opłynąć glob?

MIESZKO: Oczywiście, ale dopiero gdy dorośniecie i się usamodzielnicie. Pewnie już bym to zrobił, gdyby żyła wasza matka.

BŁAŻEJ: A kto pierwszy samotnie opłynął Ziemię?

MIESZKO: Dokonał tego już pod koniec dziewiętnastego wieku żeglarz kanadyjski – Joshua Slocum. Ciekawa postać. Nie ukrywał, że nie umie pływać. Zaginął podczas rejsu z rzeki Orinoko w kierunku Morza Karaibskiego. Nie da się wykluczyć, że po prostu potknął się lub pośliznął i wypadł za burtę.

BŁAŻEJ: Czytałem gdzieś o nim. Niektórzy jego śmierć wiążą z odziaływaniem Trójkąta Bermudzkiego.

MIESZKO (śmiejąc się i protekcjonalnie wichrząc włosy młodszego syna): Oj, Błażejku, Błażejku… Wciągnijcie to rześkie, morskie powietrze do płuc. No, do oporu. Takie powietrze to najlepsze ze wszystkich lekarstw. 

BŁAŻEJ: Czuję przede wszystkim dym z twojej fajki. Kiedy wreszcie rzucisz ten okropny nałóg, tato. Mamy tylko ciebie. Pomyślałeś o tym?

 

Zawstydzony Mieszko ostentacyjnie gasi fajkę wodą morską.

 

MIESZKO: Zadowolony? A ty głodny nie jesteś Błażejku? My kolację zjedliśmy, ale ty zasnąłeś przedwcześnie i już nie mieliśmy sumienia cię budzić.

BŁAŻEJ: Zjadłbym coś.

MIESZKO: Suchy czy mokry prowiant?

BŁAŻEJ: Zadowolę się suchym.

MIESZKO: Skoczysz do spiżarni?

BŁAŻEJ: Mhm.

 

Błażej wchodzi pod pokład i po chwili wraca z wiktuałami.

 

BŁAŻEJ: Prowiant się kończy. Musimy prędko gdzieś zacumować.

 

Błażej z Mieszkiem zaczynają przygotowywać kanapki.

 

MIESZKO: Bez obaw. Wszystko mam pod kontrolą. Rankiem zacumujemy w Hamilton.

TOBIASZ: Hahahammiltoon? Żeżegluujjeemy juższ wfff popobliiiżu Bebeberrmuudów?

MIESZKO: Brawo, widzę, że nie próżnowałeś na lekcjach geografii.

TOBIASZ: Aalle wff tytym rreeejjooonie gigiginą staastaatki i saamoolooty.

MIESZKO: Wierzysz w te miejskie legendy i teorie spiskowe?

TOBIASZ: Jajajassne, aa ty nie?

MIESZKO: Duży jak brzoza, a głupi jak koza. A ty, Błażeju, też w nie wierzysz?

BŁAŻEJ: No pewnie. Udokumentowano wiele tajemniczych zaginięć w obrębie Trójkąta Bermudzkiego. 

MIESZKO: Na przykład?

BŁAŻEJ: W tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym zaginęło tu sześć amerykańskich bombowców z czternastoma osobami na pokładach. Jak również jeden z ratowniczych samolotów z trzynastoosobową załogą, który wysłano na ich poszukiwanie. Zanim zniknęli, pilot nadał ostatni komunikat: Nie wiem, gdzie jest zachód. Wszystko jest nie tak. Nie jesteśmy pewni żadnego kierunku. Nawet ocean nie wygląda tak, jak powinien". Utknął tu statek Krzysztofa Kolumba. Jego marynarze zaobserwowali tajemniczą kulę ognia, która przeleciała obok statku. W ciągu ostatniego stulecia w Trójkącie Bermudzkim zaginęło aż tysiąc osób. Średnio każdego roku znika tu dwadzieścia jachtów i cztery samoloty. Piloci i marynarze, którym udaje się stąd powrócić, twierdzą, że ich jednostki znikają z radaru, a oni sami tracą poczucie upływu czasu.

MIESZKO: I co niby jest tego powodem?

BŁAŻEJ: Nie mówię, że są to obcy, ale są to obcy. Gdzieś tu niedaleko znajduje się amerykańska baza naukowa Autec, w okolicy której nieraz widywano UFO.

 

Mieszko kiwa przecząco z niedowierzaniem głową.

 

MIESZKO: Ale wy durni jesteście. Czym wy macie nabite te wasze łepetyny. Zamiast zająć się czymś pożytecznym, mitrężycie myśli takimi banialukami! Słuchajcie! Wierzchołki Trójkąta Bermudzkiego znajdują się na Bemudach, Karaibach i w Stanach Zjednoczonych. To ogromny obszar i wierzcie mi: według statystyk nie ginie w nim więcej jednostek pływających i latających niż w innych rejonach Atlantyku i świata w ogóle. Wiedzą to wszyscy żeglarze, piloci i inni racjonalni ludzie.

 

Gdy tylko Mieszko kończy powyższe zdanie, lustrzana tafla wody zaczyna falować osiągając czwarty stopień w skali Douglasa, a następnie w odległości około stu metrów od katamaranu Szałabajów z oceanicznej toni wynurza się jarzący się wielokolorowo spodek o dwustumetrowej średnicy, powodując wzrost prędkości wiatru do piątego stopnia w skali Beauforta. Na tafli pojawiają się gęste białe grzebienie, wiatr gwiżdże, a szum morza przywodzi na myśl pomruk. Chwilę później pojazd unosi się na wysokość około dziesięciu metrów i sunie ku katamaranowi, którego pokładowy kompas wariuje. Widząc to, przerażony Mieszko rzuca się ku silnikowi, uruchamia go i próbuje łodzią uciec, jednak jego desperacka rejterada prezentuje się nader komicznie. Obcy bez najmniejszego trudu nadążają za katamaranem, a gdy jego skatowany silnik krztusi się i jacht staje, z dolnej części kadłuba unoszącego się nad nim nieziemskiego pojazdu wydostaje się szeroki snop światła. Pasażerowie łodzi zostają tym światłem zahipnotyzowani, a ich katamaran z wolna zaczyna odrywać się od powierzchni wody, lewituje coraz wyżej i w końcu zostaje wciągnięty do wnętrza niezidentyfikowanego obiektu latającego przez otwierający się w jego spodzie luk. Następnie spodek zamyka się szczelnie, zanurza w wodzie i po kilku chwilach znika w morskiej toni.

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 788 P.N.E.

 

APOLLA ŚWIĄTYNIA W DELFACH, NAZAJUTRZ

 

PYTIA: Naprzod sprawdzę, jakeście pracę domową odrobili. Tem razem ty czytaj pierwszy, kochanieńki.

 

ADONIS (list swoj miłosny głośno czyta):

 

Dytko najmilejsza!

 

Złość: Gdy się złościsz, nie znoszę. Gdy mnie oskarżasz, nie cierpię. Żeś na widok moj się nie ucieszyła, gdym po dniach kilku z polowania wrocił, wściekły jestem. Iż taką wiecznie nieszczęśliwą jesteś, zły jestem. Iż wszytko, co robię, Cię nie zadowala z nerw mnie wyprowadza. I że nad sobą nie panujesz i spokojna być nie umiesz. I że taka przewrażliwiona jesteś i łatwo nazbyt Cię urazić. I że na niekorzyść moją nierzadko i uporczywie interpretujesz to, co mowię. I że mi nie ufasz i mi się sprzeciwiasz. Żebyś mnie doceniała i cieszyła się, gdy do domu wracam, chciałbym.

 

Smutek: Iż taka zmartwiona i rozczarowana jesteś, smutno mi bardzo. Iż ze mną nieszczęśliwa, iż się nie zgadzajem, iż się kłocim często nazbyt, iż nie doceniasz tego, co w życiu naszem dobre jest, boli mnie nader. Iż we mnie wątpisz, iż tracę miłość Twoją, rani mnie to wielice. Byś szczęśliwą była, z całego serca pragnę.

 

Strach: Iż robić tego, co chcę, nie mogę z rownowagi Cię nie wyprowadzając, boję się. Iż uszczęśliwić Cię nie potrafię, boję się także. Miłości Twej pragnienie i o uczuciach mojech rozmowa z Tobą bojaźń mą budzi. I że dość dobry dla Cię nie jestem, i że błąd jaki poważny popełnię na niekompetentnego wychodząc, i że znow ze mnie zadowolona nie będziesz, lękam się niezmiernie. I przed Tobą się otworzyć lub do Cię zbliżyć nawet i rozmawiać z Tobą, gdy taka poirytowana jesteś. Nawet iż przez wieczor cały najbliższy smutna będziesz.

 

Żal: Żeś smutna i znerwowana, gdy się z sobą nie zgadzajem, przykro mi. Żem nie wpadł na to, iż wciąż się Twojem pomysłom przeciwiam, przepraszam. Żem uczucia Twoje lekce sobie ważył i Cię zranił, rozumiem i przepraszam. Iż uczucia Twoje krytykuję i zimny taki się stałem, przepraszam także. I że zmartwień wielu Ci przysparzam. Irytować Cię nie chciałem. Czasem, co robić, nie wiem, i bezzasadnie krytykować Cię zaczynam. Żeś zła na mnie i czasu potrzebujesz trochę, by to uczucie minęło, rozumiem. Bym Cię tak traktował, nie zasługujesz. Na wakacyje niedługo jedziem i by to dni wyjątkowe były, niezmiernie pragnę.

 

Miłość: Kocham Cię, Dytko. Byś szczęśliwą ze mną była, pragnę. Iż współczucia oraz przytulenia potrzebujesz, wiem. Żeś drugą połową moją, stokroć dziękuję. Tak bardzo Cię kocham. Idealną, wciąż filuterną i zadowoloną wcale być nie musisz. Być sobą chcę i byś Ty sobą rownież buła, bardzo pragnę. Kocham Cię i porozumienia chcę. Iż teraz wysłuchać Cię mogłbym, pewien jestem. Byś mnie podziwiała, także bardzo pragnę. Podporą chcę być Twoją. Bohaterem Twojem. Teraz cierpliwy i wyrozumiały bardziej będę, gdy konwersować z sobą będziem. By Ci przyjemność sprawić, kolię Ci nową kupiłem. Zasługujesz na nią, najmilejsza.

 

Adonis do szaleństwa kochający

 

 

PS A taką odpowiedź usłyszeć od Ciebie chciałbym: "Doni, kocham Cię i że tak wiele dla mnie robisz, doceniam. Żeś mężem mojem, dziękuję. Naprawdę cenię Cię za to, iż taki opiekuńczy i wyrozumiały wobec mnie jesteś. Tuszę, iż do porozumienia dojdziem.

 

PYTIA: Pięknie, Adonisie. A teraz kolej twoja, kochanieńka.

AFRODYTA (list swoj miłosny głośno czyta):

 

Doni umiłowany!

 

Złość: Iż o rocznicy naszej zapomniałeś i żeś wielekroć zaspał, gdym Cię potrzebowała, zła jestem. Iż spać idziesz po prostu i o świecie całem zapominasz, tego bardzo nie cierpię. Iż za wszytko w domu odpowiedzialną być muszę, bo Ty na polowaniach wiecznie jesteś, wielice mnie to męczy. Bym to ja wszytko w domu robiła, ode mnie oczekujesz, a ja już znużona tem jestem. Lubo na polowanie kilkudniowe dnia następnego jedziesz, film wieczorem oglądasz, miast mną się zająć, co mnie do irytacyji niepohamowanej przywodzi. Iż czasu tego ze mną spędzić nie chcesz, zła na Cię jestem niezmiernie. I że częściej razem nie jestemy i zawsze ważniejszego coś ode mnie się znajdzie. Łkać przez Cię już nie chcę. Iż mnie kochasz, odczuwać pragnę. Wrażenny bardziej bądź, na potrzeby duchowe moje czulszy.

 

Smutek: Iż rozmawiać ze mną nie chcesz, czasu dla mnie nie masz i polegać na Tobie nie mogę, smutno mi bardzo. To, że na widok moj już się nie ożywiasz, bol w sercu mojem wywołuje. I kiedy o rzeczach wielu ważnech dla mnie zapominasz, boli mnie także. Iż kiemś szczególnem w życiu Twojem jestem, nie czuję, niestety. Wrażenie odnoszę, iż gdyby mnie tu nie było, nawet byś tego nie zauważył. Iż Ci już na mnie nie zależy i że ze mną żyć nie chcesz, sądzę nierzadko. Gdy trwam przy Tobie i chcę być z Tobą, a Ty o to nie dbasz, rozgoryczoną jestem.

 

Strach: Iż nigdy odpowiedzialnem już nie będziesz i w domu wszytko dosłownie robić sama będę, obawiam się. Pomocy Twej potrzebuję. Zaufać Tobie, boję się także. I że Ci na mnie już nie zależy, i że razem następnem o rocznicy naszej znow ja jeno pamiętać będę. Iż poirytowaną jestem, nie dbasz o to i nie wiesz nawet, dlaczegoż w stanie tem się znajduję, a ja o uczuciach swech opowiedzieć Ci się lękam. Bojaźń mą budzi oziębłość Twoja, kera do oddalania się nas doprowadza. Iż Cię nudzę jeno i już Ci się nie podobam i że poradzić na to nic się nie da, lękam się niezmiernie. I nawet tego, iż się do mnie nie odwrocisz, gdy imię Twoje wypowiem.

 

Żal: Kiedy o rocznicy naszej zapominasz i gdy się notorycznie spoźniasz, zmartwiona jestem. Kiedy czasu dla mnie nie masz, oschła i przykra bywam, lecz gdy błąd swoj naprawić chcesz, szansy Ci czasem nie daję, za co przepraszam. Być może nazbyt wymagającą jestem, przykro mi. Jeśli presyję zbytnią na Cię wywieram, przepraszam, przykro mi. Iż się tak na Cię irytuję z przyczyn błahech, żałuję. Czasem być może dość kochającą i wyrozumiałą nie jestem. Iż bardziej kochającą być nie potrafię, wstydzę się. Odrzucać Cię bynajmniej nie chcę. Iż akceptować Cię w pełni nie umiem i miłości Twej ufać przestaję, bardzo żałuję. Rada bym Ci wierzyć.

 

Miłość: Kocham Cię, Doni. Iż wszytko jak najlepiej robić się starasz, wiem dobrze. Iż obojętnem wobec mnie byłeś i o rocznicy naszej zapomniałeś, wybaczam Ci. Iż akurat wtenczas inne sprawy na głowie miałeś, rozumiem. Iż będziesz o niej pamiętał razem następnem, z góry Ci dziękuję. Iż naprawdę Ci na mnie zależy i kochasz mnie, sprawę sobie zdaję. Iż mam Cię przy sobie, szczęście mam wielikie. Życia resztę z Tobą spędzić pragnę. By Ci przyjemność sprawić, kuszę Ci nową kupiłam, lecz niem na polowanie kolejne się udasz, wieczor miły szczegolnie we dwoje spędźmy. Ciągle pragnę tego.

Całuję,

Afrodyta kochająca

 

PS W odpowiedzi usłyszeć bym chciała: "Kocham Cię, Dytko, i nawet podczas polowań za Tobą tęsknił będę. Ja także pragnę wieczor miły szczególnie z Tobą spędzić".

 

 

PYTIA: List wspaniały skreśliłaś, Afrodyto. Adonisie, tobie znow głos oddaję. Powiedz Afrodycie, proszę, jak rozumieć ma słowa twoje, gdy o pokoju chwilę ją prosisz.

ADONIS: Zauważyłem, iż milkliwość moja, Dytko kochana, wielice cię niepokoi. Reakcyji brak ze strony mojej opacznie pojmujesz – myślisz mianowicie, iż z tobą nie konwersuję, bo mi na tobie nie zależy i na cię uwagi nie zwracam. Mniemasz, iż to, co mi do powiedzenia masz, nieważne dla mnie jest i że ci odpowiadać nie zamierzam, temczasem właściwej interpretacyji zachowania mego nauczyć się winnaś. Gdy się w sobie zamykam, to tak, jakbym mowił tobie: jeszcze nie wiem, coż rzec mam, lecz przekoncypować to probuję.

PYTIA: Coż ty na to, Afrodyto?

AFRODYTA: Gdy mężczyzna milknie, niewiasta zaraz o najgorszem myśli; mniema, iż on jej nie znosi, nie kocha, iż na pewno ją opuści. Boi się, iż jeśli on ją porzuci, to nikt juże jej nie pokocha i że na miłość nie zasługuje. Lecz dzięki terapiji twojej, Pytio, pojmuję, iż Adonisa milkliwości przyczyna błahą całkiem być może i nie ma się czem przejmać.

PYTIA: Azaliż jeno milczenie twoje niewłaściwie Afrodyta odbiera, Adonisie?

ADONIS: Nie milczenie jeno, lecz rownież wypowiedzi moje niektore w odruchu pierwszem niesłusznie za lekce jej sobie ważenie i zbywanie Dytka uważa.

PYTIA: Przykłady podaj.

ADONIS: Gdy ja powiadam jej, iż u mnie wszytko dobrze, iż fajnie jest i nic nie stało się, ona komunikat moj tłumaczy sobie, iż uczuciami swemi dzielić się z nią nie zamierzam, że nie sądzę, by pomocna mi być mogła, i że mam ją tam, gdzie Słońce nie dochodzi, temczasem rozumieć mnie winna następująco: wszytko dobrze, bo sam z tem sobie poradzić potrafię; wszytko fajnie, bo ze zmartwieniem skutecznie radzę sobie; proszę cię, kochanie, więcej mi na temat ten pytań nie zadawaj. Jeśli mi pomoc potrzebna będzie jaka, sam o nią poproszę. Wprawdzie problem jest, wszelako na się go nie bierz, gdyż sam go rozwiązać mogę. Nie zakłocaj, proszę, pokoju mego pytając lub sugerując, co robić mam. Tak się zachowuj, jakby nic się nie stało, a ja temczasem wszytko sobie przedumam. Głowy tem sobie nie zaprzątaj i nie mow już o tem. Dopytywanie się twoje drażni mnie jeno dodatkowo. Dyć na się samego sprawę tę wziąć mogę. Radzić sobie z problemami sam bardzo lubię. A i dla cię z przyjemnością wieliką to zrobię.

PYTIA: Czyś Adonisa słyszała i zrozumiała, Afrodyto?

AFRODYTA: Jako żywo.

PYTIA: I coż ty na to? Twoja teraz kolej, kochanieńka.

AFRODYTA: Wielem słow cierpkiech pod Adonisa adresem rzekła, aliści sens jech dosłowny inny jest niźli sens właściwy. Nie wierz we wszytko to, Adonisie kochany, com ci nagadała. Narzekania moje rozumieć winieneś następująco: gdy za samotnictwo twe na cię się irytuję, mam jeno ochotę na wyjście wspolne. Tak dobrze czasem się razem bawim. Uwielbiam być z tobą. I co ty na to? Może na wieczerzę mnie gdzie zabierzesz? Tak rzadko gdzieś wychodzim. Czasem uczucie mam, iż niezauważaną i niedocenianą przez ciebie jestem. Wydaje mi się, iż mnie nie dostrzegasz. Wiem, oczywiście, iż mnie dostrzegasz, aliści wrażenie sprawiasz, jakbym ci obojętną była. Zdaje mi się, iż trochę rozczarowaną jestem, bo ostatnio taki zajęty byłeś. Wydawać mi się zaczyna, iż ważną dla cię nie jestem. Boję się, iż polowania są dla cię ode mnie ważniejsze. Przytul mnie i powiedz, iż niezwykłą jestem. Tak dużo pracuję. Naprawdę odpocząć muszę, zanim do czegoś jeszcze się zabiorę. Na szczęście w tobie czasem mam oparcie. Przytul mnie, pracę moją pochwal i powiedz, iż na chwilę odpoczynku zasłużyłam, dobrze? Chcę, byś wiedział, iż zadowoloną z pożycia naszego jestem i z życia w ogole, lecz czasem przepracowanam. Chciałabym dla się coś zrobić, zanim znow dla cię robić coś zacznę. Zapytaj mnie, proszę, o co mi dokładnie chodzi, i życzliwie posłuchaj. Żadnech rozwiązań nie proponuj. Poczuć chcę po prostu, iż rozumiesz, jakie napięcie przeżywam. To mi pomoże z pewnością. Lepiej się poczuję, gdy mnie wysłuchasz, a nazajutrz znow odpowiedzialną i samodzielną będę. Czasem na relaksu odrobinę wieliką ochotę mam, lecz w domu nieporządek panuje. Sfrustrowaną się wtenczas czuję. Odpocząć czasem muszę. Nadzieję mam, iż ode mnie nie oczekujesz, iż sama robotać będę. W domu ochędożaniu mi pomagaj.

PYTIA: Czyś Afrodyty prośby pieściwe słyszał i zrozumiał, Adonisie?

ADONIS: Jako żywo.

PYTIA: I coż ty na to? Twoja teraz kolej, kochanieńki.

ADONIS: O sprawy domowe spory to betka, aliści mnie te Afrodyty komunikaty ranią najbardziej, kerymi ona mnie informuje, iż nudzę ją niemiłosiernie i że mężczyźni inni lepiej by ją zadowolili.

PYTIA: Coż ty na to, Afrodyto?

AFRODYTA (skruszona): Owóż gadania mego serio nie traktuj. Wszytkie rzeczy te straszne mowię ci, gdyż sama się boję, iż cię nudzę i że już się mną nie interesujesz. Bardzo bym się ucieszyła, gdybyś na mnie uwagę szczegolną zwrocił. Wrażenie miewam, iż mnie nie lubisz. Boję się, iż możem cię czem uraziła. Wiem, iż tak naprawdę mnie kochasz, tyle przecież dla mnie robisz, czasem aliści jakoś niepewnie się czuję po prostu. Chciałabym, byś wtenczas mnie o miłości swojej zapewnił. Kiedy, że mnie kochasz, mowisz, zdecydowanie lepiej się czuję. Dni ciężkie miewam i wydaje mi się, iż nikt z tobą włącznie wysłuchać mnie nie chce. Chciałabym, żebyś mnie wtenczas wysłuchał i pytań kilka zachęcającech zadał, na przykład: „Jak ci dzień minął? Co się wydarzyło? Jak się czułaś? Czegoś chciała? Coż jeszcze czujesz?”. Gdy ci opowiadać coś będę, zdania wtrącaj o zainteresowaniu twojem świadczące, na przykład: „Powiedz coś więcej” albo „Słusznie”, albo „Wiem, o co ci chodzi”, albo „Rozumiem”. Możesz też po prostu słuchać i zachęcać mnie jeno pomrukami upewniającemi typu: „Och, mhm”. Sprawy sobie nie zdajesz z tego, jak bardzo się cieszę, że mogę ci się zwierzyć. Lepiej się czuję, gdy ci wszytko opowiadam. Niekiedy wrażenie mam, iż nic mi nie wychodzi. Wiem, że tak nie jest, lecz tak czuję, kiedy ciągle się staram, a jeszcze mi wiele do zrobienia zostaje. Przytul mnie wtenczas i pochwal. To mi na pewno pomoże. Chciałabym, by życie nasze spokojniejsze było. Sprawę sobie zdaję z tego, iż oboje temu nieporządkowi naszemu zawinilim i doceniam to, że bardzo się o wszytko troszczysz. Chciałabym jeno, byś mi wspołczucie okazywał i przyznawał czasem, iż rzeczywiście trudno być musi tak ciągle osamotnioną być i że sam też tego nie lubisz. Kochanie, może wygospodarowalibymy czasu odrobinę dla siebie jeno? Uwielbiam chwile, kiedy sami jestemy, odprężeni, wyciszeni. Taki romantyczny być potrafisz. Chciałabym, byś mnie dnia pewnego zaskoczył, choćby kwiaty przynosząc. Czuję, że już niedługo na randkę mnie zaprosisz. Uwielbiam, jak mnie uwodzisz.

PYTIA: Czyś Afrodytę słyszał i zrozumiał, Adonisie?

ADONIS: Słyszałem i zrozumiałem.

PYTIA: I coż ty na to, kochanieńki?

ADONIS: Wspolna nas konfuzyja spotkała, lecz tak sobie mniemam teraz, iż między nami wszytko ku lepszemu zmierzać będzie.

 

Przysłowie atlantydzkie prastare do sytuacyji poniższej pasujące następująco się prezentuje: Na złudzeniach da się jeno kolejne złudzenia budować.

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 788 P.N.E.

 

SALA BANKIETOWA W ROMULUSA WNĘTRZU NA OLIMPIE OSADZONEGO. UCZTA. STOŁY POD WOŁOWINY ZWAŁAMI Z HEKATOMBY UZYSKANEMI SIĘ UGINAJĄ, LECZ GOŚCIE POSPOŁU U STOŁU NIE SIEDZĄ, LECZ NA KOBIERCACH I MATACH LEŻĄ. MUZYKA, ŚPIEWY I TAŃCE FRENETYCZNE WOKOŁ OLIMPOW O CZEMŚ ZAWZIĘCIE ROZPRAWIAJĄCECH

 

Lat tysiące cztery w sile wieku Zeus juże kroluje i nudzi się niemiłosiernie, nudę zasię gladiatorow walk krwawech i zwierząt dzikiech rzezi oglądaniem zabija, a jem widowisko krwawsze, tem bardziej się w niem tyran lubuje. Ponadto w omnipotencyji poczuciu podwładnech oprymuje i złorzeczenia jech niezliczone na osobie swojej ogniskuje, karność jech nierzadko ku rozrywce swojej probom wymyślnem poddając – już to ożenić się wstręt do się wzajem czującem każe, już to do dziecka oddania obcemu na wychowanie zobowiązuje, już to malarza lub poetę do dzieła zniszczenia zmusza, już to mężczyznę w kobietę poprzez przyrodzenia odcięcie przerobić każe. Największe wszelako zgorszenie bog bogow wywołuje, gdy za przykładem plemienia dzikiego, ulubionego swego idzie, Spartanami zwanego, niemowlęta atlantydzkie z defektami genetycznemi na świat przybyłe ze skał w przepaść zrzucać każąc, by autochtoni krwi i kości w Atlantydach nie rozpoznali. A genow recesywnech, letalnech, do życia skrocenia przyczyniającech się w populacyji atlantydzkiej ujawnianie się coraz częstszem zjawiskiem jest w efekcie krewniaczego się kojarzenia, chowem wsobnem zwanego.

 

Zeusa poddani obficie łzy ronią, zębami zgrzytają i wieszają się, lecz na niem wrażenia nijakiego to nie robi. Nad wąskiem jeno gronem faworytow swech, do kerego nade wszytko latorośle jego należą, dyktator się nie znęca. Co dzień ucztuje z pokoleniem progenitury swej czterechsetnem, kere z Hezjoda i Homera przekazow znamy, a młodziej i zdrowiej znacznie od potomkow wszech wygląda, lecz miast bawić się dobrze, wyrzuty jem czyni i przestrasza.

 

ZEUS: Szachy i brydż to gry logiczne umysł wielice rozwijające! Ucząc grać w nie dzikusow, zagrożenie na nas wszech i siebie samą ściągasz!

ATENA (jak babka Zeusa wyglądająca): Jakież niby zagrożenie?

ZEUS: Naprawdę tłumaczyć ci muszę konsekwencyje tak oczywiste?! Żmiję na piersi własnej, corko, hodujesz! Póki gmin ciemny pozostanie za bogow nas uznając, póty służyć nam będzie, lecz gdy pały jech zakute wiedzą i logiką rozświetlim, iż żadni z nas bogowie rychło pojmą i bunt przeciw nam podniosą!

ATENA: Nie do walk krwawech podżeganie, lecz szachy i brydż do zguby przywieść nas mają?

ZEUS: Oświecenie jech milijonkroć groźniejsze jest dla nas niźli jech brutalność! Oni do walk krwawech nawykli byli, nim my tu przybyli! Toczyliby je i bez zachęty naszej! Póki ino siebie wzajem wyżynają, nic nam z jech strony nie grozi!

ATENA: Skąd pewność twa, ojcze, iż kwiożerczości swej do granic najdalszech przez nas rozbudzonej w końcu na nas, ciemiężycieli swech, nie skanalizują?

ZEUS: Tom ci już rzekł! Póki za bogow uznawać nas będą, bezpieczni będziem! Lecz nie o szachy i brydż jeno pretensyję mam do cię!

ATENA: A o coż jeszcze?

ZEUS: Azaliż garncarstwa, kowalstwa, mostow stawiania, a nawet statkow budowania także jech nie uczysz?! Coż tak milczysz?! Prawda to?!

ATENA (zmieszana): Prawda to.

ZEUS: To wiedz, coruś moja miła, iż lat temu tysiące cztery, jam niejakiego Prometeusza sępom na frykasy oddał za proceder do twego podobny, a ciebie los ten marny dlatego jeno nie spotkał, żeś krew z krwi mojej!

ATENA: Na w męczarniach śmierć jegoś skazał za to, iż Arkadyjan rzemiosła nauczał?

ZEUS: Jam to nie chwaląc się uczynił! Gdybym wtenczas go ze świata nie usunął, nie rozmawiali my by tu teraz! Zapewne żadnego z nas by juże tu nie było, bo dzikusy zbrojne dawno temu rodzaj nasz by wytrzebiły!

ATENA: Ozyrysa przykład pokazuje, iż obawy twoje, ojcze, podstawy nijakiej nie mają – jak ziemi płody uprawiać dzikim pokazał, prawa jem ustanowił i bogow atlantydzkiech czcić elegancko nauczył, a Afryki kawał przy tem przewędrował ludy jej wszytkie zjednując sobie. Czyś nie widział, ojcze, jakże przeogromnej świetności piramidy Egiptowi przydają? Nasi z Afryki krewniacy pokazują, iż można Arkadyjan inspirować statusu boskiego i dostojeństwa w oczach jech nie tracąc. Grecy przy Egipcjanach to barbarzyńcy, zwierzęta dzikie nieomal.

 

Nie w smak jest Zeusowi krytyka celna cory jego, przeto w stoł pięścią silnie uderza z winem puchary liczne wywracając, lecz nie na Atenie złość swą wyładowuje – Dionizosa głośno obok chrapiącego bez ceremoniji nogą trąca.

 

ZEUS: I tak pozostanie, bo taka jest wola moja! Ee! Znow śpi kiep i pijaczyna…

DIONIZOS (kopniakiem ojca obudzon): Co się dzieje, co się dzieje…?

ZEUS: A ty, pijaczyno, nic sobie do zarzucenia nie masz?!

DIONIZOS: Ja? Coż niby takiego?

ZEUS: Do ciebie także obiekcyję mam, iż dzikich rolnictwa z ciotką swoją wespoł uczysz!

DIONIZOS: Ja jeno wina uprawy jech uczę, by po pracy ciężkiej odprężenia choć przez chwilę doznali i od egzystencyji jech nędznej ucieczki krotkiej zaznali.

ZEUS: Wcale nie podobno! Patrzajcież jeno – empatyczny jaki! A iluż z niech w alkoholizm przez ciebie wpadło?! Czyś pijakow wszech policzył?! Niewiasty, wino i śpiew ci jeno w głowie, ot co!

DEMETER: Rolnictwo znali, nim jech ziemię zajęlim.

ZEUS: Aliści jej intensywnie jak teraz nie uprawiali!

DEMETER: Coż w tem złego, iż głodu klęsk doświadczać przestali?

ZEUS: A choćby to, że gniewu naszego bać się przestali i ofiar mniej nam składają! Ilekroć głod w oczy ciemniakom zaglądał, o pogody zmianę czołobitnie nas błagali i jadła więcej niźli zwykle w ofierze nam przynosili!

DEMETER: Dyć jadła ci u nas zawsze dostatek. Większość psuje się nawet.

ZEUS: Lecz gniewu naszego dostatecznie się nie boją!

DEMETER: Za to za wiedzę jem przekazaną wdzięczność nam okazują i szanują.

ZEUS (z pogardą siostrę przedrzeźnia): Wdzięczność i szacunek?! I to ma być do działania asumpt? Co ty świętą chcesz zostać?! Racz nas nie zanudzać natrętnem moralizatorstwem i zbędnem dydaktyzmem! A ty, Asklepiosie, czemoż to jak ojciec twoj urokami życia się nie cieszysz, jeno pośrod chorodupcow się włoczysz?! Jeszcze zarazę nam jaką tu przywleczesz!

ASKLEPIOS: Ojciec moj artystą jest, a jam talentu jego po niem nie odziedziczył, lecz leczenie powołaniem jest mojem.

ZEUS (z pogardą wnuka razem tem przedrzeźnia): Powołanie! Wy naprawdę potomki moje?! Wrażenie odnoszę takie, iż ojcostwa testy co innego by wykazały. Skrewiliście, bałwany! Skrewiliście! I po cholerę obowiązkami temi obciążacie głowy swoje?!! O! O wilku mowa! Dołączże do nas, Apollinie kochany, do ciebie jedynego obiekcyj nijakich nie mam, tyś syn moj umiłowany! W tobie jedynym mam upodobanie!

 

Efeb w ubiorze wykwintny groupies wianuszkiem otoczon, kere muzami zowią, i z muzykow zespołem krokiem sprężystem, lecz dostojnem do sali bankietowej wchodzi.

 

APOLLO (do ojca tonem nieco ironicznem): Wysławiajmy pana na wysokościach! Witajże ojcze ukochany. Witajcież mili moi. (do Asklepiosa) Cześć synek.

ZEUS: Cożeś się tak zaszył na tem Parnasie swojem, Apollinie drogi?! Dyć miesięcy kilka oczy moje osoby twej szlachetnej nie oglądały! 

APOLLO: Wybacz, ojcze, wena mię wzięła.

ZEUS: To pokażże nam efekty wzięcia tego! A zagrałbyś nam co skocznego; takiego coś, co by to towarzystwo drętwe rozruszało!

APOLLO: Życzenie twoje, ojcze, rozkazem jest dla mnie. Numer nowy, gorący jeszcze wam zagram. Spodobać się wam winiem.

 

Apollo gitarę elektryczną chwyta i wespoł w zespoł utwor rockowy, energiczny nader wygrywa, muzy swoje i Dionizosa bachantki do tańca szaleńczego pobudzając. Zeus kontent niezmiernie syna podekscytowany chwali.

 

ZEUS: Jeno co do ciebie wątpliwości nie mam, iż tyś krew z krwi mojej! (do pozostałych) Tak się życiem trza cieszyć, zrozumiały osoby?!

ATENA (o miłość ojca zazdrosna i brakiem docenienia rozgniewana): Każden robić winien to, co najlepij umi!

ZEUS: Żeby jasność buła, ja zdolności wykorzystywać dla publico bono wam nie bronię, lecz dla ogołu Atlantydow dobra jeno, wszelako działalności dobroczynnej waszej na Arkadyjan rzecz przychylnem nie jestem i nigdy nie będę! Jak rzekłem, u rządow mech zarania, to jest lat temu tysiące cztery, za metalurgiji tubylcow uczenie niejakiego Prometeusza przykładniem ukarał, byśmy dzikusow zbrojnech buntu nigdy nie doświadczyli! Na wasze wobec niech gesty przyjazne dotądem przez palce patrzył, wszelako koniec dobrego tego! Zaznaczam to ze stanowczością najsurowszą – jeśli z was ktokolwiek odruchy przyjazne względem autochtonow przejawiać nadal będzie, torturami albo i śmiercią go ukarzę na pokrewieństwo bliskie nie bacząc!

ATENA: Dyć i ty Homera poezyję pisać uczysz!

ZEUS: To akurat jeno korzyści przynieść nam może! Imiona nasze Homer w Arkadyjan poezyji i religiji uwieczni! Nawet za lat tysiące znać je będą wszytcy! To lepsze aniżeli konterfektow krasnech galeryja.

ATENA: I coż nam po tem utrwaleniu! Za lat tysiące ja bym żyć wolała! Bitwami przebytemi i tryumfem chwalebnem familiji naszej nad najeźdźcami wciąż się chełpisz, aliści to przecie pyrrusowe zwycięstwo było, kere życia wielowiecznego w zdrowiu i szczęściu nas pozbawiło?! Gdyby dziś przylecieli, wojnę bym jem wypowiedziała i natychmiast się poddała!

ZEUS (wściekły): Bacz, byś słow kilka za dużo nie rzekła, kere głową przypłacić możesz!! Nawet do latorośli rodzonech cierpliwość mam ograniczoną!!

ATENA (rozgoryczona): W żywocie nędznem, niewiele zresztą od naszego gorszem, tubylcom ulżyć jeno chcielim! Lecz coż o tem wiedzieć może ktoś, kto lat tysiące cztery z energiją niespożytą i w zdrowiu końskiem żyje i być może milenijum kolejne ma jeszcze przed sobą!

ZEUS: Ja swoje rzekłem i zdania nie zmienię!

POSEJDON: W milczeniu przysłuchiwałem się, bracie, rozmowie twojej z potomkami twemi, jak łajasz jech i ex cathedra pouczasz, lecz racyji nijakiej przyznać ci nie mogę. Ze zdumieniem zauważam, iż to nie ty wychowywać jech winieneś, lecz oni ciebie. Więcej niźli ty wspołczucia i prawości w sobie mają, lubo młodsze są od ciebie znacznie.  

ZEUS: Stosunki braterskie nasze na probę ciężką teraz wystawiasz, Posejdonie.

POSEJDON: Nie dbam o to.

ZEUS: Coś rzekł?!

POSEJDON: Powtorzę: nie dbam o to, odkąd skargę na cię mi i Hadesowi Agenor złożył. Kojarzysz? Agenor – krol fenicki miast Sydon i Tyr. Mowi ci to coś?

ZEUS: Nie wiem, o czem rzeczesz?!

POSEJDON: Czyżby? Ojciec to krolewny tyryjskiej – Europy. Czym teraz pamięć twą lepiej odświeżył?

ZEUS: Zaprawdę, nie wiem, o czem bredzisz!

POSEJDON: Wypuść Europę!

ZEUS: Pojęcia nie mam, kto zacz!

POSEJDON: Naprawdę chcesz, by potomki twe słuchały tego?!

ZEUS: Nic do ukrycia przed niemi nie mam!

POSEJDON: Czyżby?! No to się wreszcie dowiedzą, iż dzierlatkę rzeczoną gwałtem wziąłeś i w grocie kreteńskiej uwięziłeś!

 

Zeusowe latorośle, lubo dorosłe, wzrok wstydliwie spuszczają.

 

POSEJDON: Już ci Atlantydanek mało?!

ZEUS: Powiadam ci, nie wiem o czem mowa twoja! Krol ów… jak rzekłeś?! … Agenor?! … człekiem niespełna rozumu jest zapewne!

 

Cisza kłopotliwa pośrod Zeusa familiji zapada i wszytcy fraucymerom obok rozprawiającem, chędogiem i gładkiem krasawicom, przysłuchiwać się poczynają.

 

HIPOLITA: Jak go znajdujecie, kochanieńkie?

ARIADNA: A weź go czart. Ordynus to bez ogłady najmniejszej, Hipolito kochana, a tobie dżentelmena z galanteryją trza.

AFRODYTA: Miałaś racyję, kochanie, iż Pytia nam pomoże. Mądra niewiarygodnie to terapeutka. Wszytkie pary niezgodne po naukę do niej udać się winny.

ARIADNA: W rzeczy samej, kochanie, rożnic psychologicznech, międzypłciowech nikt lepiej od niej nie zgłębił. Gdyby nie ona, już dawno temu z Tezeuszem bym się rozstała.

AFRODYTA: Kto by pomyślał, iż choć niewiasty i mężczyźni słow tech samech używają, inne znaczenia jem nadają i inne uczucia oraz skojarzenia niemi wzbudzają.

HIPOLITA: I że dopiero dobry tłumacz zgodę między płciami zaprowadzić może.

ARIADNA (szeptem do przyjaciołek): A najlepszy koncept jej to listu miłosnego technika. Gdym list Tezeusza ostatni przeczytała, mokram się zrobiła.

AFRODYTA (zazdrosna): Ojej, dyć i my listy miłosne napisać znow mielim, lecz Adonis zapomniał chyba, a to już jutro do Delf na wizytę jedziem.

 

Afrodyta do Adonisa się zwraca z mężczyznami innemi opodal wino sączącego.

 

ADONIS (do mężczyzn mu towarzyszącech): Przyjdę wam w altany budowie pomoc, lecz uprzedzam, iż pożytku wielikiego ze mnie mieć nie będziecie. Ręce lewe obie mam. Wrażenie nader często odnoszę, iż na Atlantydzie maklerem bym został. Co dzień żałuję, iż jeno handlem wymiennem się trudnim. Pieniądze wynalazkiem najważniejszem byłyby dla mnie.

AFRODYTA: Doni, pamiętasz o wizycie u Pytii jutrzejszej?

ADONIS: To jutro już?

AFRODYTA: Jako żywo. A czyś o czemś nie zapomniał przypadkiem?

ADONIS: Może to być. Przypomnisz mi?

AFRODYTA: No najlepiej! List miłosny napisać omieszkałeś!

ADONIS: Ach tak. Dytko, a powiedz mi tedy, po co ja mam pisać to, co ci powiedzieć mogę po prostu?

AFRODYTA (nadąsana niezmiernie): Ach ty! A to dlatego, draniu, iż nigdy mi tego nie mowisz! Jakim ty facetem jesteś! Wstydziłbyś się!

ADONIS: Już koniec uprzejmości?! Znow na udry idziem?! Zastanow się dobrze niem znowu słow kilka za dużo powiesz!! Dość mam dąsow twojech!!

AFRODYTA: Między nami koniec!!!

 

Z niesmakiem kochankow kłotni się przysłuchujący, Zeus wtrąca się do niej nieproszony.

 

ZEUS: Afrodyto!!! Afrodyto!!! Podejdź tu do mnie, kochaniunia! Takem se właśnie wykoncypował, iżbyś żoną syna mego, Hefajstosa, zostać mogła.

AFRODYTA (przymilnie): Hefajstosa…? Panie miłościwy… Serce moje do Adonisa należy…

 

Afrodyta na Adonisa panicznie pogląda, aliści ten jeno ręce bezradnie rozkłada i milczy.

 

ZEUS: Co ty powiesz? Dyć z niem zerwałaś przed chwilą.

AFRODYTA: Ależ wcale nie zerwałam. To gadanie porywcze ino takie.

ZEUS: Porywcze gadanie?! Dyć ino mu jajca w koło podcinasz! Związek wasz toksycznym jest, a Hefajstos lepiej cię utemperuje!

AFRODYTA: Ale Hefajstos chromy i brzydki jest i jeno w kuźni swej siedzi!

ZEUS: Ale ja ciebie o zgodę, kochaniunia, nie pytam! I miej lepiej na to baczenie, co o synu mojem powiadasz!!

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 788 P.N.E.

 

ZEUSA ALKOWA W ROMULUSA WNĘTRZU NA OLIMPIE OSADZONEGO, NAZAJUTRZ

 

Porożniwszy się z braćmi swemi, postępkami jego niecnemi poruszonemi, nie zapraszać jech juże razy więcej na Olimp Gromowładny postanawia. Władza absolutna i kaprysow wszelakich jego zaspokajanie juże mu nie wystarczają – sławy wieczystej pragnie. Poeta wędrowny, nieledwie niewidomy, Homer, na rozkaz jego mitologiję pisze, boski jego status utwierdzającą. Jak zwykle po uczcie sutej skacowan okrutnie wprzod bog ponad bogami coś pod nosem mamrocze i bredzi, a potem Homera przed oblicze swoje wołać każe Ganimedesowi – służącemu swemu zaufanemu, z pomocą kerego z wyspy odosobnienia się wydostał.

 

ZEUS (dwakroć klasnąwszy): Homera mi tu dawaj!

 

Ganimedes wartko ku alkowy wrotom bieży i Homera woła. Do komnaty sypialnej przez Ganimedesa zaanonsowan chłopina cherlawy w łachmany nędzne przyodzian wchodzi, lecz w Zeusa stronę lica swego zwracać się nie ośmiela i z niedołężności starczej się chwiejąc wprzod przed niem klęka, a potem plackiem na brzuch pada. Po mikrej jego posturze znać, iż to nie Atlantydanin, lecz Arkadyjanin rdzenny. Zeus słowa jednego nie wypowiedziawszy, spojrzeniem nader surowem taksuje go i stopę swą do ucałowania mu wysuwa.

 

HOMER (stopy Zeusa obcałowując): Bądź pozdrowiony boże żywy, dźwigu ziemi, filarze nieba; panie trwania życia, kery dajesz tchnienie w każde nozdrza i kerego usta przeznaczenie nasze wypowiadają. Wieczność jest twoja i ty się z nią łączysz… Jesteś tem, kery okrywa horyzont. Wszytkie istoty żyją, gdy ty ponad niemi się wznosisz. Słońce z miłości do ciebie wstaje. Woda w rzekach pitna jest, bo ty tego chcesz. Z niebios powietrzem oddychać można, bo ty tak rozkazujesz. Bogowie i ludzie o świcie wstają, by cię z sercami miłością do cię gorejącemi wysławiać. Bogowie radością są przepełnieni, kiedy się zbliżasz. Niewiasty doskonałość twą wielbią i na twarz pokornie przed tobą padają. Cudzie wieliki, nie ma jak ty drugiego. Panie pokarmow w zboża bogaty, kery ziaren kiełkowanie umożliwiasz, kerego słowo pokarm tworzy, kery głod nasz i pragnienie nasze zaspokajasz. Gdy stopa twoja ziemi dotyka, żniw bogini się pojawia. O krolu wszech krolow, boże wszech bogow, miłościwie nam panujący, szczodrobliwy, szlachetny, chrobry, najwspanialszy włodarzu wszechczasow, dumo i opoko nasza, preceptorze czcigodny nasz, panie boże wszechmogący. Oto stoję przed tobą, byś życie mi nadał, kere szczodrze rozdajesz. Prawdy duch jest w ustach twojech. Siła jest w sercu twojem. Język twoj szkatułą prawa i sprawiedliwości. Sędzio, kerego prawa chronią nas, kery ład utrzymujesz, kery sprawiedliwość kochasz i z niej żyjesz. Życie, zdrowie, siło nasza…

 

Zeus z miną znudzenie wyrażającą apoteozy wysłuchuje, po czem do igraszki utartej poetyckiej z Homerem przystępuje.

 

ZEUS: No dość już, dość… Powiadają, żeś poeta, a ja widzę – głowa nie ta.

 

Homer duma chwilę i ripostuje.

 

HOMER: Powiadają, dar moj boski czyni znośniejszemi troski.

ZEUS: Słabe to. A co na to odpowiesz? Nie mieczem władasz, lecz piorem? Tyś jest onanistow krolem.

 

Homer niemal natychmiast freestyluje.

 

HOMER: Wolę onanistow dojnech, niźli pysznech krolow zbrojnech.

 

Zeus przez chwilę dłuższą w bezruchu trwa minę surową zachowując, po czem lico jego wypogadza się. Ganimedes, mimo jakiej takiej z Zeusem konfidencyji, struchlały bacznie się pryncypałowi przygląda, na sposobow wiele grymas jego każden interpretując. Ubawienie władcy swego widząc, sługa nieznacznie się rozluźnia.

 

ZEUS: Che, che, człek to zabawny, nieprawdaż? Che, che, che.

 

Śmiechem wymuszonem Zeusowi Ganimedes wtoruje, zasię bog o słusznej posturze do Homera filigranowego na brzuchu leżącego podchodzi, za tunikę zgrzebną gwałtownie go chwyta, ciało jego nietęgie ponad głowę własną podnosi i we wsze strony w gorze niem z impetem wywija. Wreszcie starca opuszcza i dusić poczyna, aż poety lico wprzod kraśnieje, potem sinieje, a w końcu śliną spienioną się pokrywa. 

 

ZEUS (krzycząc): Onanistow towarzystwo ponad moje przedkładasz, łachmyto i pokurczu?!!

HOMER (przez zęby z trudem wielikim cedząc): Dyć to riposta jeno taka…

 

Homera ledwie żywego Zeus puszcza wreszcie, a lirnik z Ganimedesem wespoł powietrze łapczywie połyka.

 

ZEUS (trybem rozkazującem): Pokażże mi efekt pracy swojej!!

 

Z trudem do się Homer dochodzący nędzny swoj tobołek rozwija, zwoje papirusowe zeń wyciąga i jeden z niech ze ślepoty postępującej powodu aż do nosa czubka przykłada.

 

ZEUS: Na czymże stanęlim?!

HOMER: Rzecz tyczy wojny Grekow z Trojanami.

ZEUS: Tyle to ja i bez pomocy twojej pamiętam. Konkretnie!

HOMER: Mowa była o tem, iż przenajświętszy pan tak raczył pomieszać zmysły sprzymierzonemu z Trojanami Glaukosowi, że ten swoją złotą zbroję wartą stu wołow wymienił na miedzianą zbroję Diomedesa wartą jeno dziewięciu wołow.  

ZEUS: W rzeczy samej. Czytaj zatem.

HOMER: Diomedes mowi do swojego wroga – Glaukosa:

 

Nie przystoi nam walczyć przeciw sobie bronią!

Teraz zamieńmy się zbrojami i tą umową,

Zatwierdźmy przyjaźń zawiązaną między naszemi dziadami”.

Tak się rozmowili i wyskoczyli z wozow,

Podali sobie ręce i stwierdzili przyjaźń.

A Zeus tyle przytomności zabrał Glaukowi,

Że dał z chęcią złotą zbroję wartą stu wołow

Za zbroję miedzianą wartą dziewięciu wołow.

 

ZEUS: I jakże ty piszesz?! Com ci mowił?! Cała nauka moja w las poszła! Gdzieś miał orzeczenie umieszczać?

HOMER (struchlały): Czy przenajświętszy pan mogłby mi przypomnieć, czem jest orzeczenie?

ZEUS: Ubiję cię zaraz! Z kimże mi tu przestawać przyszło?! Z idiotami, troglodytami samemi! Dyć orzeczenie czynność podmiotu wyraża, bałwanie! Gdzieś je miał umieszczać – w środku czy na końcu zdania?

HOMER: Teraz sobie przypominam – na końcu.

ZEUS: Daj ten papirus! Weźmy te zdania dwa na przykład:

 

Tak się rozmowili i wyskoczyli z wozow,

Podali sobie ręce i stwierdzili przyjaźń.

 

Czyż nie lepiej tak będzie?

 

Tak się rozmowiwszy, z wozow wyskoczyli,

Ręce sobie podali i przyjaźń stwierdzili.

 

I nawet rym powstał! Słaby, ale jest!

 

HOMER: Znacznie lepiej, podnioślej i lepiej po prostu, o boski.

ZEUS: A com ci o przydawkach rzekł?!

HOMER: Wybacz mi, panie przenajświętszy, przypomnieć sobie nie mogę.

ZEUS: Czem przydawka jest, nadal nie wiesz, głąbie?!

HOMER (strwożony nie lada): Pamięć mam dobrą, lecz krotką.

ZEUS: Trzymajże mnie Ganimedesie, bo żywot jego nędzny skrocę zaraz! Dyć przydawka to rzeczownika określenie! Za czy przed rzeczownikiem stawiać ją miałeś?

HOMER: Teraz sobie przypominam – za.

ZEUS: Nie „złotą zbroję”, lecz „zbroję złotą”. Nie „moje życie”, lecz „życie moje” pisać ci kazałem! A ty jak czynisz?!

HOMER: Kiedy my tak mowimy, panie przenajświętszy.

ZEUS: Aliści ty oduczyć się masz natychmiast tej składni chamskiej! A imiesłowow, dlaczegoż nie raczysz stosować?

HOMER: Bo o nich też zapomniałem.

ZEUS: Bom o nich także zapomniał, kretynie skończony!! Uprzedni imiesłow końcowki –wszy, -łszy zawiera. Jam go zastosował w zdaniu: „Tak się rozmowiwszy, z wozow wyskoczyli”, a tyś, cymbale, jak napisał?! Czytaj głośno!

HOMER (zawstydzony śmiertelnie): Tak się rozmowili i wyskoczyli z wozow.

ZEUS: I ciebie poetow krolem zowią? Miejsce twe nędzniku, nie w sław panteonie, lecz na śmietniku!!

HOMER: Wybacz, o boski.

ZEUS: Tak mowić masz, jak ci każę! Zrozumiała osoba?! Uprzedzam, jeśli cię mowy boskiej nauczyć nie zdołam, wnet jako żywo o głowę skrocić cię każę!  

HOMER: Jam sługa twoj pokorny, z wyrokiem twem bez przeciwu się zgodzę.

ZEUS: A teraz idź precz! Nie chce mi się wypocin twech czytać, bo całkiem mi humor popsują! Wszytko dosłownie poprawić musisz!

HOMER: Panie, czy mogę ci zadać pytanie? To bardzo ważne.

ZEUS (tonem ironicznem): Słucham, kochanie.

HOMER: W czemże tkwi źrodło witalności twej nieskończonej?

ZEUS: Pytasz mnie o genezę nieśmiertelności mojej?

HOMER: W rzeczy samej, przenajświętszy.

ZEUS: Czy widzisz puchar ów złoty?

HOMER: Acha.

ZEUS: Weź go i podejdź z nim do mnie.

HOMER: Nie ośmielę się.

ZEUS: To rozkaz.

HOMER: Oczywiście.

ZEUS: Jestże w niem płyn jeszcze?

HOMER: Na dnie resztka niewielika.

ZEUS: Wypijże ją.

HOMER: Gdzież bym śmiał, o boski, pić z puchara twego.

ZEUS: Pij, rozkaz kolejnym ci wydał. Jakże smakuje?

HOMER (delektując się): Jak sok owocowy.

ZEUS: Prawda to, smakuje zwyczajnie, lecz właściwość cudowną ów napój posiada.

HOMER: Tak?

ZEUS: To on nieśmiertelność mi daje.

HOMER: Łaał.

ZEUS: Właśniem o dekadę żywot twoj marny przedłużył, skosztować ci go pozwalając.

HOMER: Dzięki ci, panie łaskawy.

ZEUS: Miej coś ode mnie.

HOMER: A jakże napoj ów cudowny zowią?

ZEUS: Nektar to jest jako żywo. Lecz i pokarmem magicznem raczę się co dzień. Na stoł raz jeszcze spojrzyj. Widzisz tam resztki jakie?

HOMER: Sałakę niedojedzoną jakąś widzę.

ZEUS: Skosztuj jej. I coż teraz powiesz?

HOMER: Sałatka jak sałatka.

ZEUS: Nieprawda. To sałatka cudowna, ambrozyją zwana. Ona także nieśmiertelność zapewnia. O dekadę kolejną egzystencyja twa dłuższa będzie.

 

Homer drobinę każdą najmniejszą z talerza łapczywie wylizuje, lecz Zeus karci go.

 

ZEUS: Dość, nie dla psa kiełbasa! Lat dwadzieścia wystarczy!

HOMER: Łaskawość twa, panie, granic nie ma. Dzięki ci, przenajświętszy. Pozwol, panie łaskawy, iż jedno jeszcze na odchodne pytanie zadam.

ZEUS: Coż tam jeszcze?

HOMER: Chceszli naprawdę, by potomni się dowiedzieli, iż ojciec twoj, Kronos, z ręki twej zginął?

ZEUS: Ajuści, dlaczegoż by nie? Tak właśnie było przecie. Prawdę trza pisać.

HOMER: Lecz jakiż powod zabojstwa tego mam jem przekazać, wszak tegoś mi nie wyjawił.

ZEUS (namyśliwszy się chwilę): Napisz, iż dzieci swe pożerał.

 

 

PLANETA ZIEMIA, ORBITA OKOŁOZIEMSKA, ANNO DOMINI 1957

POTEM LABORATORIUM WEWNĄTRZ REMUSA, CZASY OBECNE

 

Wszystkie swoje odbiorniki radiowe i telewizyjne dostroili Atlantydzi do częstotliwości wykorzystywanych przez Ziemian, dzięki czemu dobrze poznali ich kultury, zimnowojenne rozgrywki oraz rosnący w zastraszającym tempie potencjał militarny. Obcy doszli do wniosku, że Ziemianie niechybnie doprowadzą do katastrof demograficznej i ekologicznej, które stały się udziałem ich zamierzchłych przodków czterdzieści osiem tysięcy lat przed końcem ich świata. Zaobserwowawszy wybuchy najpierw bomb atomowych, a potem wodorowym, którymi prymitywny ziemski ludzki gatunek bez większych trudności mógłby zdruzgotać Remusa, oraz poznawszy zamiar Rosjan umieszczenia na orbicie okołoziemskiej pierwszego sztucznego satelity Ziemi, dzięki któremu statek kosmiczny mógłby zostać odkryty, Atlantydanie postanawiają osiedlić się w morskich głębinach w pobliżu Bermudów. Ich ocaleńcza Arka, przez czterdzieści trzy lata będąca orbitalną stacją kosmiczną, staje się teraz podwodnym okrętem przycumowanym do dna morskiego. Co jakiś czas porywają łódź lub nisko lecący samolot z Ziemianami na pokładzie, by poddawać ich badaniom.

 

Tobiasz budzi się w laboratorium na pokładzie statku obcych i jako jedyny spośród trzech uprowadzonych Szałabajów przez dłuższy czas zachowuje przytomność. Udając brak świadomości, chłopak kątem oka, bardzo dyskretnie przygląda się krzątającym się nad nim kosmitom. Zauważa, że ich spopularyzowany przez media wizerunek jest kompletnie fałszywy: nie są niżsi od ludzi, lecz od nich wyżsi (średni ich wzrost wynosi około trzech metrów); ich sylwetki są podobne do ludzkich (osobniki płci męskiej nie są wątłymi karzełkami z wielkimi głowami, lecz muskularnymi atletami, przy których nawet amerykańscy futboliści wyglądają jak ułomki); a ich oczy nie są jak mysie jednolite, lecz jak ludzkie składają się z białej twardówki, barwnej tęczówki i czarnej źrenicy. Tobiasz omal otwiera oczy, kiedy prześliczna kosmitka pochyla się nad nim i czule muska jego policzek długopalcą, miękką, delikatną dłonią, która nigdy nie zaznała cięższej pracy fizycznej. Młody Ziemianin najwyraźniej wzbudza w niej instynkt opiekuńczy. Nagle Tobiasz zdaje sobie sprawę z tego, że jest pasażerem wielkiego, szczelnego akwarium – otaczające go ściany pojazdu są przezroczyste, a wypuszczane przez zewnętrzne reflektory wiązki niezwykle intensywnego białego światła penetrują toń w promieniu kilkuset metrów czyniąc widoczną przebogatą w tej okolicy morską florę i faunę.

Tobiasz zauważa też, że przybysze z obcej planety słuchają muzyki bardzo podobnej do tej, którą można usłyszeć na Ziemi. Półprzytomny chłopak odnosi nawet wrażenie, iż zna niektóre z odtwarzanych przez nich piosenek. Wprawdzie śpiewane są w nieznanych mu językach, które przywodzą mu na myśl łacinę i grekę, jednak ich melodie brzmią znajomo. Oprzytomniawszy już całkiem, Tobi rozpoznaje utwory między innymi Beatlesów, Michaela Jacksona, Stinga i Tupaca Shacura. "Obcy plagiują piosenki Ziemian?" – pyta samego siebie królik doświadczalny i chwilę później już rozumie, że fakty prezentują się diametralnie odwrotnie. "To ludzie plagiują kosmitów!!! Beatlesi, Michael Jackson, Sting, Tupac Shacur i inni muzycy zostali uprowadzeni przez kosmitów, dzięki czemu każdy z nich wydał co najmniej kilka płyt składających się z samych przebojów, tymczasem większość gwiazd musi się utrzymywać z tantiem za jeden czy dwa hity!" Poznawszy tajemnicę tych wszystkich muzycznych pseudogeniuszy, Tobiasz pojmuje, że podobnie jak oni dostał od losu niepowtarzalną szansę znalezienia się panteonie muzycznych megagwiazd. W ciągu kilkudniowego, jak mu się wydaje, pobytu na pokładzie statku kosmicznego zapamiętuje setki nieznanych mu piosenek, odtwarzanych przez poddających go badaniu obcych. W końcu bezbłędne odtwarzanie cudzych kompozycji już po jednokrotnym ich usłyszeniu to czynność, którą Tobiasz umie wykonywać najlepiej.

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 31

 

TYRU I SYDONU OKOLICE

 

Gdy Jeszua i uczniowie jego w Tyru i Sydonu okolicach przebywają, nieznana jem Kananejka ku niem się zbliża i mistrza usilnie błaga, by nad corą jej się ulitował, kera przez ducha złego jest dręczona, wszelako Dobrej Nowiny głosiciel milczy długo i uparcie, ignorując ją. Powściągliwość preceptora swego widząc, uczniowie namawiają go, by natrętkę odprawił, ona zasię pada przed niem i prosi: "Dopomoż mi, panie, synu Dawida!". Wtenczas Jeszua odpowiada jej: "Do owiec, kere jeno z Izraela domu poginęły, posłan zostałem. Niedobrze dzieciom chleb zabrać, a psom rzucić!", aliści niewiasta prosi go nadal niezłomnie: "Tak, panie, lecz i szczenięta okruszyny ze stołow pańskiech spadające jedzą". Wtenczas Jeszua rzecze jej: "O niewiasto, wielika jest wiara twoja; niech ci, jak chcesz, się stanie".

 

Jeszuy słowa, ludzkości całej zbawcy nieprzystojące, niełatwo zrozumieć, historyji tak zwanej Ziemi Świętej nie poznawszy. Odkąd Palestyna pod rzymskiem butem się znajduje, Izraelici kategoryji drugiej obywatelami są w ojczyźnie swojej, zaś Kananejczycy, ziemi tej mieszkańcy rdzenni i od Izraelitow starsi znacznie – obywatelami kategoryji trzeciej, wszelako ucisk wroga wspolnego nacyj tech od wiekow zwaśnionech nie solidaryzuje. Izraelitow przeświadczenie, iż Palestyna ziemią jem przez Jehowę obiecaną jest, Kananejczycy wiecznie kwestionują, najeźdźcami, intruzami i ciemiężycielami Hebrajczykow zowiąc, zasię Izraelici Kananejczykow za barbarzyńcow i prostakow mają oraz protekcjonalnie, a czasem poniżająco traktują. Nawiasem mowiąc, odkąd Jehowa Izraelitom ziemię Kananejczykow obiecał, rokrocznie aż po dziś dzień jest ona obficie krwią zraszana – coż za przewidujący bog z tegoż Jehowy!  

 

Świadkiem Jeszuy z niewiastą kananejską rozmowy jeden z apostołow jest – Juda Iskariota, jak białogłowa owa Kananejczyk. Do chwili niniejszej Judzie się zdaje, iż wzorem mu jest człek ze wszech miar najcnotliwszy, lecz wtenczas klapki mu z oczu spadają – pojmuje, iż przewodnika swego idealizował i czas nań jeno tracił. Szowinizm wobec rodaczki jego przejawion ujrzawszy, Juda na Jeszuę wściekły jest wielice, aliści gniew w sobie tłamsi i od apostołow grupy niepostrzeżenie się odłącza. Zatrzymawszy się, rozgoryczon przygląda się jem, przyjaciołom swojem od niego oddalającem się i za horyzontem niknącem.

 

Przysłowie atlantydzkie prastare do sytuacyji niniejszej pasujące następująco się prezentuje: Każden mistrza ma na rozumu swego miarę.

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 32

 

ROMULUSA POBLIŻE NA OLIMPIE OSADZONEGO

POTEM ZEUSA ALKOWA

POTEM GORA W ZIEMI ŚWIĘTEJ

 

Melodyją cudowną obudzon z doliny dalekiej, mgłą spowitej uszu jego dobiegającą, w noc czarowną starzec schorzały, zgrzybiały z Romulusa wychodzi, pałacem z metalu i szkła przez pospolstwo ciemne zwanego, i na niebo gwiaździste, bezkresne pogląda. Naprzod Apisa – gwiazdę rodzimą swą dostrzega. By ujrzeć ją, lornetki nawet nie potrzebuje – tak blisko Słońca jest ona położona – lecz Atlantydy, planety niegdyś życiem tętniącej, a martwej dziś, z racyji gabarytow jej niewielikich nie widzi. Do oporu płuca powietrzem rześkiem napełnia i urodzie świata mu podległego nadziwić się nie może. Lat tysięcy pięć go zamieszkuje i za swoj siłą rzeczy uważa, lubo nie urodził się tu i lat życia pierwszech dwudziestu siedmiu nie przeżył. Atlantydy wspomnienie mgliste jeno w pamięci zachował i czasem mu się zdawa, iż śnił ino o niej. Potomkow swech tysięcy, kerych przeżył, gdyż ciał jech modyfikacyji genetycznej nie poddano, rownież nie pamięta. Nawet lat temu tysiące cztery, pamięć lepszą niźli obecnie mając, imienia syna tysięcznego nie pamiętał, kery go wtenczas odumarł.

Olimpu szczyt mroczy się, lecz miriady w dolinie domostw pięknie się jarzą. Z dumą po włościach swech arkadyjskiech starzec schorzały, zgrzybiały się rozgląda i Atlantydę Nową wspomina, kera lat temu osiemset, dekady dwie po ostatniej wespoł z braćmi wyprawionej uczcie, przez lawę i fale spienione pochłonięta została. O gdybyż Atlantydzi wiedzieli na wyspie tej przeklętej się osiedlając, iż sam superwulkanu czubek zamieszkiwać będą! Niestety, geologa na tyle biegłego, by to dostrzec, pośrod niech nie było. Posejdon pechowy wraz z dworem całem swojem pod wodę i lawę się zapadł…

 I znow w gorę senior patrzy, lecz coż to… razem tem gwiazd nie widzi, a statek kosmiczny przeogromny, nieboskłon cały przesłaniający, zasię pod niem armadę pojazdow pomniejszech niezliczoną.

 

ZEUS: Skąd flotylla tak liczna? Dyć to niemożliwe! Sen to być musi… Ja śnię na pewno…. Czyżby Atlantydzi katastrofę przetrwali i inwazyję dokończyć postanowili? Nie może to być… Dyć nikt tam przetrwać nie mogł… Sen to czy jawa? A może to Remusa pasażerowie powrocili i rachunki wyrownać pragną? Lecz jakżeby pojazdow zmyślnech milijony wyprodukować zdołali, skoro fabryk nie mają? Nie, sen to jako żywo być musi… Z pewnością obudzę się zaraz… A może to inna cywilizacyja obca w Arkadyji dom sobie upatrzyła? Dyć rzeczy takie się zdarzają…

 

Widok ów, dech w Zeusa piersiach zapierający, niczego pomyślnego mu nie wroży. Chwilę potem bomb i pociskow grad już tyran słyszy….

 

ZEUS: O Ra przenajświętszy!!! Z koszmaru tego obudzić się chcę!!!

 

W niebogłosy panicznie bog wrzeszczy i ze snu krotkiego, lecz intensywnego się budzi. Uprzytomniwszy sobie dobitnie, iż znow jeno koszmar natrętny go nawiedził, Zeus rychło rezon odzyskuje i sługę woła.

 

ZEUS (dwakroć klasnąwszy): Judasza mi tu dawaj!

 

Wnet przed Zeusa obliczem żądany przezeń Judasz się stawia – Arkadyjanin, boga niedołężnego oko i ucho dodatkowe.

 

JUDASZ (obie Zeusa stopy wielekroć całując): Bonć pochwalon boze ponad bogami sytkimi! Krynico niłości. Zwzierciadło sproziedliwości. Stulico mundrości. Psycyno nosej rodości. Psybytku chwolybny. Ziezo z kości słoniowej! Domnie złoty. Bromo nibziesko. Gziozdo zoronno. Wspomozenie ziernych. Drogo, prowdo i zycie nose. Ponie boze nos, ojce wsychmogoncy…  

 

Zeus z miną znudzenie wyrażającą hołd uniżony Judasza przyjmuje, po czem do relacyji przystąpić mu każe.

 

ZEUS: No, i coż tam nowego w świecie szerokiem, kerego okiem nawet sokolim nie zmierzysz?

JUDASZ: Niedobze się dzieje, boze ojce nos.

ZEUS: Do rzeczy!

JUDASZ: Nadal młodych bałamuci i pseciw tobzie bluźni.

ZEUS: Tak…?

JUDASZ: Razu jednego jidziem, a za nani źbziegozisko. Łun sie do niech odwroco i poziodo: „Jeśli kto do mnie psychodzi, a w nienoziści łoćca swego, matki, zony, dzieciow, bratow i siostrow, nadto i siebzie samygo ni mo, łucniem mojem być nie moze!

ZEUS: Nie zmyślaszże mi?

JUDASZ: Jek bogo kochom!

ZEUS: Dyć on wartości rodzinne całkiem neguje!

JUDASZ: A taaa… Jinnym znowos rozom godo jek to łun: „Poziodom wom: nie troscto sie zbytnio ło zycie swoje, ło to, co jyść i psić moto, ani w co ciało psyłodzioć. Azaliz życie ziencyj niźli pokorm nie znocy, a ciało ziencyj niźli łodzinie? Ptokom w pozietsu sie psypotsto: ni siejo, ni zno i do spichsof ni zbzierajo, a łociec wos nibzieski zyzi je. Azalis ni jesteśta niźli łone wozniejse? I lilijom na polu sie psypotsto, jek rosno: ni pracujo, ni psendo, a poziodom wom: nowyt Solomon jek jydna z niech nie buł tak łubran. Nie troscta sie zienc zbytnio i nie mowta: co bedzim jyść? Co bedzim psić? Cym bedzim sie psyłodziewoć? Bo o to sytko pogani zabziegajo. Psecie łociec wos nibzieski zie, iz tygo sytkigo potsebujeta. Storojto sie najsampsot ło krolestwo i ło sproziedliwość jego, a to sytko done wom bedzie. Nie troscta sie pseto zbytnio ło jutro, bo dziń jutsejsy som ło sie troscyć bedzie” – tak jem we łbach monci.

ZEUS: I co dalej? Mowże jeszcze!

JUDASZ: Psychodzi doń chopina jakowyś zagniewan łokrutnie, babe swą w tłuscy zidzi i ksycy: „Irena, do dom ruć i rosoł mi ługotuj!” A łuna na to: „Sam se gotuj! Dyć dwi rynce mos i niezdrow nie jesteś!”, a chop za rynke jo chyto i ku domu ciongnie, lec baba wyrywo mu sie. Wtyncas łun do innej baby sie zroco: „To moze pani mnie rosoł ługotuje?”, a ta mu na to: „Ja nawyt wody przegotowoć nie łuniem!” Wtyncas łun do Jesuy podbigo i w pyscysko mu daje, ksyconc: "Dyć to sytko bez ciebzie, zichsycielu! Uksyzować cie zinni!

ZEUS: Che, che, che… A to dobre! I co on na to?

JUDASZ: "Weź sie łogornij" – doń mozi ji drugen policek mu do bzicio nodstozio!

ZEUS: Nie może to być!

JUDASZ: Jek bogo kochom!

ZEUS: I co? Dostał raz drugi?

JUDASZ: I drugi, i tsyci, i cworty. Z gymbo łobzito dwa tygodni chodziuł.

ZEUS: A to dobre, che, che, che… Dyć to baba, a nie chłop jako żywo! I oni go słuchają?!

JUDASZ: A jakze!

ZEUS: Dyć szaleni być muszą!

JUDASZ: Cimne to tałatajstwo, ponie, i na iluzyji sie nie wyznaje.

ZEUS: Iluzyji powiadasz?

JUDASZ: Jesua po wudzie chodzi, wude w zino zninio, chlib i ryby rozmnozo, a z niejakiem Łazazem tyatr toki wykoncypowoli, ze pospolstwo za zmarłech sksesiciela mo go tero. Stucki takowe tu jeno – w połocu twojem zem zidzioł, ponie.

ZEUS (zaniepokojony): Cwaniak to niezgorszy. Jam u pospolstwa onego laserem śmiercionośnem posłuch sobie zyskał, a on metody przemyślniejsze stosuje.

JUDASZ: Ale i scynście tys mo nisamozite. Na łodzi z ribakani podcas stormu bedonc, niebu rozkazał, by sie łuspokojiło i tak tys wnyt sie stało trafem dlań scyńśliwem. Jinnym razom ribakow z sieciani pustyni załamanech nad Genezaryt jeziorym spotyko i znow wipłinonć jem kaze; „Bo mnie” – mozi – „ryby posłusnyni so”.

ZEUS: Posłuchali go?

JUDASZ: A jakze.

ZEUS: I co?

JUDASZ: Traf ściał, iz wnyt z pyłnyni sieciani wracajo i do kulan mu psypatsy, by otset proso, bo łuni so ludzie gzysni – mozio. Wtyncos łun jem zece: odtont ludziow łozić bedzieta, a łuni połow swoj obfity i syćko jinne zostozili i za niem posli.

 

Zazdrości cierniem ukłuty z Jeszuy charyzmy i szczęścia powodu, Zeus przejęcie obłudne wyznawcow traconech losem wyraża.

 

ZEUS: Kmiotkow i chudopachołkow do krewnech nienawidzenia namawia, żony – do mężom nieposłuszeństwa, a ludzi pracy – do nierobstwa, sztuczki prestidigitatorskie i psychotechniki stosując. Cwaniak to niezgorszy, kuty na cztery nogi. Dyć on jech wszytkiech na manowce prowadzi!!

JUDASZ: To nie sytko, ponie boze łoskowy. Nojgorse zieści na som kuniec zem zostoziuł.

ZEUS (gniewem się unosząc): Gadaj!

JUDASZ: Pod Cyzarejo Silipowo jidziem, a łun nos pyto: za kogo go ludziska łuwozojo, zasię łuni mu iniona prorokow rozmajitech zmarłech wynieniajo. Wtyncas łun pyto: a za kogo wy mnie uwozoto, na co Psioter mu poziodo: tyś mesjas jest, a Jesua sepce: tylo nikomu ło tem nie godojto!  

ZEUS: Jak tak dalej pojdzie, zwierzchność mą i majestat moj boski podważać zacznie, a swołocz w ślad za niem pojdzie!

JUDASZ: A taaa… I nie twoj jeno, ponie boze moj łoskowy; wszistkiech bogow pozuco na jedinego rzec. Rzinianie głow niem sobzie nie zawracajo, lec łu Jizraelitow, ludu cimnego, posłoch ziskuje łacnij. Hibrajcycy to grunt podotny, bo łot ziekow niwolnikani jinnech so i wibaziciela ziecnie wiglondajo.

ZEUS (coraz bardziej rozsierdzon): Coż jeszcze mi powiesz?

JUDASZ: Jesua śnirć i zmartwichstanie swoje psepoziodo i ze go łuceni w psiśnie i arcikapłani odzuco i ze śfsiata krys bliski.

ZEUS: A kiedyż to niby świata kres nastąpić ma, wyjawił?

JUDASZ: Jak łun to pedzioł? "Zaprawdę, poziodom wom, ni pseninie to pokolynie"tak pedzioł.

ZEUS: Wcale nie podobno. O znaki świata kresu go nie pytają?

JUDASZ: A no… A to wojny psepoziedo, a to głod, a to zarazy, a to słunca zaćnienie, a to gziazd spadanie, a to prorocy fałsyzi, a to psyśladowania…

ZEUS: Jakby tego nigdy nie było…

JUDASZ: W rzeczy samej, ponie boze wsechmogoncy.

ZEUS: O gwieździe zapowiedniej za dnia tygodniami na niebie widniejącej nie wspomniał?

JUDASZ: Nie? A bo co?

ZEUS: Też mi prorok!! No szlag mnie trafi!!! Na oczy własne zobaczyć go muszę!!!

JUDASZ: Niłatwo nom bedzie w motłoch go ublegajoncy sie wtopić, boze ojce nos, z postury twej boskiej powodu.

ZEUS: Coś wymyślę.

JUDASZ: Cym dobze się spsisał?

ZEUS: Lepiej niż zwykle.

JUDASZ: Cy tedy na munsztułuk licyć mogę, ponie?

ZEUS: Srebrnikow trzydzieści dziś dostaniesz.

JUDASZ: O dźynki ci, hojny ponie, skłodom ci dźynki, o wsechmogoncy nos krolu w nibzie. Kroloj nam ziecnie, zowse i wsyndzie…

 

Paralityka udającego, skulonego i płotnem parcianem omotanego Zeusa sługi jego, spośrod Arkadyjan zrekrutowane, w Jeszuy pobliżu kładą, zasię prorok, tłumy nieprzebrane widząc, by je wzrokiem ogarnąć, na gorę wchodzi i nauczać temi oto słowy poczyna:

 

JESZUA:

 

Błogosławieni w duchu ubodzy, albowiem do niech krolestwo niebieskie należy.

Błogosławieni, kerzy się smucą, albowiem oni pocieszeni zostaną.

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność ziemię posiędą.

Błogosławieni, kerzy sprawiedliwości łakną, albowiem oni nasyceni będą.

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.

Błogosławieni, kerzy pokoj wprowadzają, albowiem oni synami bożemi nazwani zostaną.

Błogosławieni, kerzy prześladowanie dla niesprawiedliwości cierpią, albowiem do niech krolestwo niebieskie należy.

Błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i was prześladują, i gdy z powodu mego wszytko złe na was kłamliwie mowią. Cieszcie się i radujcie, albowiem nagroda wasza w niebie wielika jest. Tak bowiem prorokow prześladowali, kerzy przed wami byli.

 

Wysłuchawszy na gorze kazania, w grozę imienia swego ufny Zeus na nogi rowne się zrywa i krotko je komentuje, na otaczającech go wiernech nie zważając:

 

ZEUS: Banialuki! Brednie! Pierdoły! O odwadze, męstwu, sile, wytrzymałości i duchu bojowem słowem nawet nie wspomniał, a pokorę, ubogość, smutek, cichość, miłosierdzie, cherlactwo i ślamazarność na piedestale stawia! Dyć mąciwoda i wichrzyciel ów wartości system nasz na głowie stawia i niebezpieczniejszy znacznie jest, niżem przypuszczał! Poncjuszowi Piłatowi zgładzić go każę!!!

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 399

 

ZEUSA ALKOWA W ROMULUSA WNĘTRZU

 

Apopleksją rażon powieki Zeus podnosi i w kącie ciemnem alkowy swej postać stojącą widzi. W głowę bog ponad bogami zachodzi: "Sen to, czy jawa?".

 

ZEUS: Pani Omfalos? To pani żyje?

DYREKTOR OMFALOS: A jak myślisz?

ZEUS: Dyć jak wszytcy, co na Atlantydzie ostali, niechybnie pani zginęła.

DYREKTOR OMFALOS: Czyżby?

ZEUS: Skąd pani tutaj…? Ach tak… już pojmuję… a właściwie to nie całkiem… Jeśli pani umarła, to albo imaginacyji mojej jest wytworem, albo dusza pani nawiedza mnie, z umarłech krainy przybywszy… Ktoreż wyjaśnienie właściwe jest…?

DYREKTOR OMFALOS: A jak myślisz?

ZEUS: Czy ja umieram, pani Omfalos? Czy po duszę moję pani przyszła? Jakże to? Dyć my nie spokrewnieni wcale… Dlaczegoż to ni matka, ni ojciec, ni z latorośli mojech licznech żadne, jeno pani duszę moję na sąd ma prowadzić?

DYREKTOR OMFALOS: A jak myślisz?

ZEUS: Że ojciec po mnie nie przyszedł, to pojmuję, lecz czemoż matka moja mną wzgardziła? Bo chyba wzgarda właśnie powodem jest niestawienia się jej przy mnie w godzinie śmierci mojej! I żaden nawet z tysięcy potomkow mojech, kerzy mnie odumarli, nie przyszedł po duszę moję… Nie pojmuję, dlaczegoż to panią lepiej pamiętam niźli potomki moje? Wciąż pojęcia nie mam, czy z duszą pani do czynienia mam, czy z fantasmagoryją moją?

DYREKTOR OMFALOS: A jak myślisz?

ZEUS: Niechże pani przestanie ciągle to jedno pytanie mi zadawać, na Ra litość! I coż pani tak milczy? Wielokrotniem się zastanawiał, jakże pani, osoba kulturalna nader, głod śmiertelny miesiącami, a może i latami całemi znosiła. Czy z maczugą na ciaptaki po zakamarkach ulicznech kryjące się pani polowała? Gdy od Atlantydy się oddalalim, co rusz imaginowałem sobie panią do granic najdalszech wygłodzoną, na z ciaptaka wywar niby zwierz dziki się rzucającą. Azaliż zdawała sobie pani sprawę z tego, iż gdyby mnie ze Szkoły Rycerskiej nie wydaliła, wdzięczni rodziciele moi zapewne by i pani familiję całą z Atlantydy z sobą zabrali? Z żywności zapasem ogromnem na Arkadyję dotarlim. I dla was by starczyło. Ale się pani na mnie uwzięła! Jam tę dzierlatkę naprawdę miłował i nic pani do tego było! Być może gdybym na Arkadyję ją z sobą zabrał, inaczej by się życie moje potoczyło. Jam Hery nigdy szczerze nie miłował, ani żadnej z licznech kochanek mojech. Zabawkami erotycznemi dla mnie były jeno, ot co! A tamtej wierny byłbym, bom do szaleństwa ją miłował! Dla niej jednej charakter swoj mogłbym zmienić!

DYREKTOR OMFALOS: Czyżby?

ZEUS: A idź ty babo głupia! Słuchaj, czy prawdą to być może, iż my po śmierci żyć wiecznie będziem?

DYREKTOR OMFALOS: A jak myślisz?

ZEUS: Skończ już z tym „jak myślisz”, tępa babo.

DYREKTOR OMFALOS: Lat tysięcy pięć żywota ci mało?

ZEUS: Gdybym czas cofnąć mogł, inaczej bym je przeżył?

DYREKTOR OMFALOS: A jak?

ZEUS: Inaczej! Nie odpowiedziałaś, niewiasto, czy żyć po śmierci wiecznie będziem? To ważne bardzo!

DYREKTOR OMFALOS: Niby dlaczego?

ZEUS: Gdybyśmy żyć wiecznie mieli, troskami i cierpieniami naszemi tu doświadczanemi przejmować by się zbytnio nie należało. Ci, co w ład przez Ra ustanowion wierzą, powiadają, iż zło wszelakie, najgorsze nawet, charakteru probą jest jeno.

DYREKTOR OMFALOS: Przeto ty, zło innem wyrządzając, byłbyś jeno Ra narzędziem probom ludzi poddającego?

ZEUS: Otoż to! W rzeczy samej! Czyżem taką właśnie rolę pełnił?

DYREKTOR OMFALOS: A jak myślisz?

ZEUS: Zapewne tak było! Azaliż powinienem tedy do Tartaru wtrąconem zostać, skoro w Ra rękach narzędziem jeno bułem?

DYREKTOR OMFALOS: A jak myślisz?

ZEUS: Myślę, że nie!

DYREKTOR OMFALOS: Czy z przeświadczeniem takowem ducha oddać łacniej ci będzie?

ZEUS: Nie będzie. Ja żyć chcę.

DYREKTOR OMFALOS: A po coż to żyć ci nadal?

ZEUS: Zawszem życia buł głodny.

DYREKTOR OMFALOS: To dlaczegoż innech go pozbawiałeś?

ZEUS: Odpowiedzieć wyczerpująco nie zdołam. Gniewem się łatwo unoszę. Powściągnąć się nie umiem. Zapalczywem wielice.

DYREKTOR OMFALOS: I tyle?

ZEUS: I tyle.

 

Zeus milczy i namyśla się chwilę dłuższą.

 

ZEUS: Do wniosku takiegom kiedyś doszedł, iż lepiej aniołem niźli człekiem być. Aniołowie jak ludzie rozum i wolną wolę mają, lecz powłoka cielesna jech nie krępuje, a instynkty zwierzęce do grzechu nie przywodzą. I nie chorują nawet nigdy. Ni pokarmu nie spożywają, ni resztek jego niestrawionech nie wydalają. Tak, anioła przeznaczenie lepszem znacznie jest od człowieczego. Czyż istnieje powod jaki sensowny, dla kerego Ra aniołami nie mogł nas stworzyć, pani Omfalos? Gdzież tu sprawiedliwość? Azaliż Ra niesprawiedliwem jest?

PANI OMFALOS: Ciekawe pytania zadajesz, Zeusie drogi.

ZEUS: A widzi pani?! Jednak umiem celne pytanie zadać… Pani Omfalos?

PANI OMFALOS: Tak, Zeusie?

ZEUS: Gdy oni plany snuli, jam śpiączkę jeno udawał i oni mniemają, iż jam nie słyszał, że mnie na pospolstwa pastwę rzucić chcą i odlecieć stąd. 

DYREKTOR OMFALOS: Tak planują?

ZEUS: Tak planują.

DYREKTOR OMFALOS (tonem ironię wyrażającem): A to bydlęta! Szuje zdradzieckie!

ZEUS: Chociaż pani niech nie drwi ze mnie! Za świątyń nam postawionech zburzenie mnie winują. Zamachow z dzikusow strony się obawiają.

DYREKTOR OMFALOS: Czyż racyji nie mają?

ZEUS: Pani jeno do błędu własnego przyznać się mogę.

DYREKTOR OMFALOS (znow tonem ironię wyrażającem): Pochlebiasz mi. Zaszczycona jestem.

ZEUS: Męczennika z Jeszuy niepotrzebniem zrobił, tymczasem trza go było w pokoju ostawić. Niechby dalej za niem łazili. Prędzej czy poźniej jak każden inny kaznodzieja znudziłby jech. A tak, bohaterem jech stał się. Lecz oni nie jeno za śmierć jego mnie winują. Pretensyję do mnie wieliką mają za żywot swoj krotki i nędzny i za wszelakie niedole swoje.

DYREKTOR OMFALOS: Czegoż chcą?

ZEUS: Remusa załogę odszukać, o przebaczenie win pradziadow prosić i o życie wielowieczne dla potomkow przyszłech.

DYREKTOR OMFALOS: Czy w plan jech wierzysz?

ZEUS: Głowy ściętej są to marzenia.

DYREKTOR OMFALOS: Dlaczegoż niby?

ZEUS: Bo wszytcy przez Remusa załogę ubici zostaną.

DYREKTOR OMFALOS: Za coż niby ubici być mają? Dyć to nie oni statek skradli, lecz przodkowie jech zamierzchli.

ZEUS: Aliści pradziadow wina na niech spada.

DYREKTOR OMFALOS: Od rzeczy mowisz, starcze.

ZEUS: Tak właśnie będzie. Mowię pani… Pani Omfalos?

DYREKTOR OMFALOS: Tak, Zeusie?

ZEUS: Skoro Ra istoty każdej przyszłość zna i nawet własną, wszak sam ją ustanowił, to dlaczegoż bez sumienia osobnikow stwarza, kerzy potępieńcami stać się mają? Jeśli ów ojciec wszech ojcow a priori wie, iż z nasienia danego dobrego nic nie wyrośnie, to chyba nieskończona miłość jego odwodzić go winna od do życia powoływania potomstwa nieudanego, wszak lepiej się nie urodzić, niźli potępionem na wieczność zostać! Ponadto wszytcy przy zmysłach zdrowech pozostający rodziciele chronią łagodne latorośle swoje przed latoroślami agresywnemi! Czy Ra zły i złośliwy być może?

DYREKTOR OMFALOS: A jak myślisz?

ZEUS: Nie wiem. A pani wie?

DYREKTOR OMFALOS: A skąd ja bym to wiedzieć mogła?

ZEUS: Dyć jest pani nauczycielką…

 

Przysłowie atlantydzkie prastare do sytuacyji niniejszej pasujące następująco się prezentuje: Wszytcy głupimi się rodzim, a niektorzy głupimi rownież umierają.

 

 

PLANETA ZIEMIA, CZASY OBECNE

 

STUDIO NAGRANIOWE TOBIASZA

POTEM OCEANICZNE GŁĘBINY

 

W życiu Tobiasza zachodzi bardzo wiele zmian, odkąd budzi się z ojcem i bratem na piaszczystej plaży w Hamilton. Znalazłszy się poza statkiem kosmicznym z głową nabitą setkami piosenek, których żaden Ziemianin nie zna, znów nie chce słuchać pragmatycznego rodzica. Kiedy wydaje album składający się z samych megaprzebojów, Mieszko daje wreszcie za wygraną, a nawet zaczyna syna wspierać. Zapytany przez dziennikarzy, dlaczego nie wygrał Idola, Tobiasz odpowiada im, że jurorzy tego konkursu (którzy nawiasem mówiąc trafnie przewidzieli werdykt publiczności obstawiając wygraną Goofy'ego) nie odkryliby muzycznego talentu w samym Mozarcie.

 

Nie wszystkie piosenki kosmitów Tobiasz śpiewa samodzielnie – te, które mu nie odpowiadają, sprzedaje. Nawet największe gwiazdy muzyczne proszą go o „skomponowanie” dla nich hitu. Zjawiają się u niego między innymi jego ex-idole – członkowie zespołu Afromental

 

THOMSON: Gdybyś w The Voisie wystartował, wzięlibyśmy cię na pewno do swej drużyny i wygrałbyś ten program! Słowo ci daję.

BARON: Podpisuję się pod tym, co mówi Tomson, obiema rękami. Tobiaszu, potrzebujemy takiego hiciora, żeby laski rzucały w nas bielizną. Napiszesz nam coś?

TOBIASZ: Nnnie mumuszszę pipisać, boo mamam juższsz kakawałełełek, któóry dodo wawawass babaaardzo papapasuje.

CAŁY AFROMENTAL (jednocześnie): Tak?!!

 

Taką właśnie nieziemską genezę ma przebój pod tytułem Rock&Rollin'Love.

 

Jednak wielki sukces psuje Tobiasza. Wprawdzie odnawia związek z Beatą, zerwany z powodu jego kostyczności po fiasku w Idolu, wszelako nie dochowuje jej teraz wierności. Czyż może być jej wierny, kiedy cieszy się wziętością u milionów fanek?

 

Co się zaś tyczy relacji między Tobiaszem a Błażejem, jego młodszy brat bardzo mu zazdrości sukcesu i usilnie go prosi o chociaż kilka przebojów, na co pazerny Tobiasz się nie zgadza. Błażej postanawia więc zemścić się na bracie. Podczas jednego ze stadionowych koncertów Tobiasza Błażej przedostaje się na scenę, dopada mikrofonu i informuje publiczność, że piosenki jego brata są plagiatami piosenek kosmitów. Reakcją osłupiałego początkowo tłumu jest gromki śmiech. Ochroniarze ściągają Błażeja ze sceny i przekazują sanitariuszom wyposażonym w kaftan bezpieczeństwa. 

 

Żyjący w morskich głębinach Atlantydzi, odbierają sygnały nadawane przez Ziemian, rozpoznają melodie skomponowane przez atlantydzkich twórców i śmieją się z przebiegłości swoich królików doświadczalnych. Przebadawszy pokaźną liczbę homo sapiensów, odkrywają w ludzkim genomie między innymi geny warunkujące predyspozycje partnerskie oraz zawodowe. Ziemianie mogą więc żywić nadzieję, że kiedyś, rozpoznawszy te geny, zaprowadzą wreszcie pokój zarówno w szerokim świecie, jak i w swoich domostwach.

Znudzeni jak mopsy życiem w oceanicznych głębinach, Atlantydzi postanawiają powtórzyć kosmiczny manewr, który ma ich przenieść do ziemskiej przyszłości. Liczą na to, że okaże się ona ciekawsza od naszej współczesności i choć trochę podobna do świata, który utracili. Po raz drugi opuszczają Ziemię, narażając się na ponowne spotkanie podczas podróży w czasie ze swymi występnymi ziomkami przed wiekami uznanymi przez Ziemian za bogów.

 

 

 

PLANETA ZIEMIA, ANNO DOMINI 399

 

 ROMULUSA POBLIŻE NA OLIMPIE OSADZONEGO

 POTEM EFEZ

 

A jednak Ra istnieje!!! Zeus wżdy zdechł!!! – ta oto dobra nowina świat cały błyskawicy lotem obiega. Usłyszawszy ją, wszytcy Atlantydzi po globie rozsiani pojmują, iż tchnienie ostatnie tyrana przepustką do życia lepszego jest, bo pobytowi jech przymusowemu na Arkadyji kres kładzie. Żaden z Zeusowech paladynow w buty jego wejść się nie ośmiela, jako że nawet oni ochoty najmniejszej nie mają na planecie tej przeklętej pozostawać. Nic tu po niech, odkąd cesarz rzymski, Teodozjusz I Wieliki, w roku 380 ery naszej, w Arkadyjan mniemaniu przez Jeszuy narodziny zapoczątkowanej, Edykt tesaloński wydał, w myśl kerego chrześcijaństwo trynitarne, to jest kult boga nowego, Jezusa Chrystusa, jedyną religiją państwową Cesarstwa Rzymskiego być może. Co za tem idzie, kultow pogańskiech sprawowania zakazano, w tem ofiar bogom obalonem składania pod groźbą za herezyję ekskomuniki, a nawet śmierci kary. Mimo iż chrześcijaństwo przez sektę z trzynastu jeno mężczyzn złożoną zainicjowane zostaje, a po Jeszuy śmierci męczeńskiej około dwudziestu jeno procent żydow czcić go poczyna, nowa ta religija tak prężną jest, iż wkrotce chrześcijanie większą wspolnotę stanowią, aniżeli judaiści i politeiści razem wzięci. Z końcem wieku czwartego ery nowej istny bogow zmierzch się poczyna. Utraciwszy boskości nimby, Atlantydzi głodu doświadczać poczynają i coraz śmielej i głośniej o exodusie z Arkadyji prawią. Pod auspicjami złemi znaleźli się juże wiek wcześniej, kiedy to Goci Artemizjon zburzyli, kery nigdy juże potem odbudowan nie został. W kamieniołom Artemidy świątynię obroconą ujrzawszy i posągi bogini owej obalone, zasię na cokołach zwolnionech figury boginki nowej, Najświętszą Maryją Panną zwanej, zgorszenia tak wielikiego Atlantydzi doznają, iż o niczem innem aniżeli o ucieczce od niegdysiejszech wyznawcow swech myśleć nie mogą, a gdy wieść o Zeusa zgonie do wszech dociera, nikogo nie trza do odjazdu namawiać. Ze wszech globu stron bogowie obaleni na Olimp się zjeżdżają, gdzie Romulus spoczywa.

 

Pośrod krzątaniny gorączkowej, rychły statku odlot poprzedzającej, młodzieńcy dwaj, rzeczy swe żywiołowo pakują i spor o coś zawzięcie toczą.

 

JAKUB: Dyć to po kisielu woda dziesiąta.

SZYMON: Jednakże rodzina.  

JAKUB: Aliści taka, do kerej wstyd się przyznać?

SZYMON: Niby dlaczegoż?

JAKUB: Dyć to przez niech uciekać musim.

SZYMON: Nie przez niech, lecz przez Zeusa fanaberie, kery męczennikiem Jeszuę uczynił.

JAKUB: Gdyby Jeszua nie namącił, nadal by nas czczono.

SZYMON: Żal ci tego tu życia? Naprawdę ci żal?

JAKUB: Skąd możem wiedzieć, co nas w kosmosie czeka?

SZYMON: Cokolwiek to będzie, lepszem niźli tu wegetacyja się okaże?

JAKUB: Skądże wiedzieć to możesz?!

SZYMON: Naprawdę tkwić tu nadal chciałbyś?

JAKUB: A skąd wiesz, czy ona w ogole zechce z nami lecieć? Może ona z dzikusami na Arkadyji pozostać woli. Dyć jej jednej spośrod nas wszytkiech nadal cześć oddają.

SZYMON: Polecim do niej i ją spytajem. Nie możem jej tu samej ostawić na losu pastwę! Dyć to prababka nasza, a do tego niewiasta nader leciwa i opieki wymagająca! Opieka nad nią to obowiązek nasz i basta!

JAKUB: Słuchaj. Czy to prawdą być może, co o wieku jej ludzie powiadają?

SZYMON: A co mowią?

JAKUB: Iż ona jeszcze na Atlantydzie zrodzona i że lat tysięcy pięć ma.

SZYMON: Prawda to.

JAKUB: Jakże to? Dyć to naturze wbrew.

SZYMON: Azaliż drzewa lat tysięcy nie mają? Chyba mi nie powiesz, iż natury częścią nie są. Kiedyś wszytcy Atlantydzi tyle żyć mogli.

JAKUB: Jakże to możliwe było?

SZYMON: Tak całkiem to tego nie pojmuję. Wiem jeno, iż tak jakoś ciała swe modyfikować potrafili, że życie coraz to wydłużali.

JAKUB: A czy i my żyć będziem tyle, kiedy z wrogami naszemi się spospolitujem?

SZYMON: Ej, głupi ty. Dyć to embriony modyfikacyji poddawano. Przyszłe jeno pokolenia nasze lat tysiące żyć będą.

JAKUB: To niesprawiedliwe!

SZYMON: A gdzieś ty sprawiedliwość widział?

JAKUB: Ale jak nie zdążym, to bez nas odlecą.

SZYMON: Zdążym! Pakuj się do śmigacza!

 

Do pojazdu wsiadłszy, ku Efezowi młodzieńcy podążają, gdzie na Artemidy świątyni fundamentach kultu maryjnego sanktuarium wzniesiono, a im bliżej niego się znajdują, tem lepiej śpiewy liturgiczne słyszą nabożeństwo znamionujące. W powodzenie sprawy wątpiący Jakub za sterem śmigacza pozostaje, zasię do obowiązku wobec prababki się poczuwający Szymon progi świątynne przestępuje. Na budynku ścianie względem wrot przeciwległej ołtarz widzi, zasię przede niem kobietę w łachmany brudne przyodzianą, zębem czasu bezlitośnie draśniętą i obłąkaną widocznie, hołd od pospolstwa chętnie przyjmującą. Krokiem niepewnem, bacznie się rozlądając, Szymon ku niej zmierza.

 

SZYMON: Babcia Miriam?

 

Kobieta na młodzieńca łagodnie, lecz szaleńczo zarazem pogląda.

 

MIRIAM: Czyż nie są przemili?

SZYMON: Babciu, my z Arkadyji na Atlantydę odlatujem. Atlantydę pamiętasz?

MIRIAM (zadumana): Atlantyda… Raj nasz utracony…

SZYMON: Dyć po ciebie ja i Jakub przylecielim. My praprawnuki twoje. Spieszyć się nam trza, babciu, bo czekać na nas nie będą.

 

Staruszki oblicze zafrasowane rozpogadza się pięknie.

 

MIRIAM: Na Atlantydę polecim?!

SZYMON: Do domu wracajem, babciu.

 

Z radości niewiasta leciwa na nogi rowne się zrywa, jak dziewczynka mała skacze i radośnie krzyczy:

 

MIRIAM: Hurra!! Na Atlantydę polecim!!

SZYMON: Chodźmy stąd, babciu.

MIRIAM (szeroko uśmiechnięta): Chodźmy, wnusiu kochany!

 

Miriam i Szymon ją podtrzymujący ku wrotom świątynnem podążają, a za niemi korowod wyznawcow rozśpiewany sunie. Z pojazdu metr nad gruntem lewitującego Miriam tłum pozdrawia i ręką całusy mu wysyła.

 

MIRIAM (do praprawnukow): Czyż nie są przemili?!

 

Następnie naszyjniki dwa rzemienne z krzyżykami srebrnemi zza pazuchy staruszka wyjmuje i przez praprawnukow głowy je przewiesza.

 

JAKUB (na krzyżyk wskazując): Zali to w czem pomaga?

MIRIAM (nieco obłąkańczo uśmiechnięta): W razie każdem nie szkodzi…

 

Zawichrza się ponad chudopachołkow głowami i śmigacz z wizgiem napędowi jego właściwem ku niebu się wznosi. Wydarzenie niniejsze świętem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny katolicy upamiętniają.

 

Przysłowie atlantydzkie prastare do historyji całej powyższej pasujące następująco się prezentuje: Na poznania ludzkiego granicach Krolestwa Niebieskiego rogatki stoją – gdy to pierwsze się poszerza, drugie się kurczy i koniec końcow racyję bytu traci.

 

Oto dopełniło się od początku do końca, jak w pismach znaleziono. Opowiedziano to zgodnie z prawdą, by świat cały to poznał. Autor podkreślić pragnie, iż kłamstw opowiadaniem się brzydzi i stwierdzeń fałszywych tu nie ma!

 

 

 

Autor powieści pt. Niebo gwiaździste nade mną dokonał transpozycji fragmentów następujących utworów:

 

Modlitwa Echnatona, zwana też Modlitwą ślepca;

Hymn dworzan Ramzesa II;

Iliada w tłumaczeniu Jana Parandowskiego;

Targum do Księgi Estery;

Biblia Tysiąclecia;

Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny;

Katechizm Szarych Szeregów;

Pan Tadeusz autorstwa Adama Mickiewicza;

Mężczyźni są z Marsa, Kobiety z Wenus autorstwa Johna Graya;

Świat jachtów jedno– i wielokadłubowych autorstwa Norberta Patalasa;

Wszyscy jesteśmy dziećmi bogów autorstwa Ericha von Dänikena;

Szok po przybyciu bogów autorstwa Ericha von Dänikena.

 

 

1 Od lat tysięcy dwudziestu Atlantydow większość w zdrowiu roku pięciotysięcznego dożywa, jako że telomery zmodyfikowali i choroby wszelakie pokonali. Sukcesy jech medyczne sprawiły, iż pradziadek kilkusetletni na rówieśnika prawnuka swego wygląda, zaś populacyja jech stumiliardowa z przeludnieniem nadzwyczajnem się zmaga. By życia warunki komfortowe utrzymać, restrykcyje surowe prokreacyji tyczące na Atlantydzie wprowadzono – jedno jeno dziecko w ciągu lat stu spłodzić tam wolno. Co ciekawe, większość nawet do niniejszego limitu się nie zbliża, przyrost naturalny katastrofalny na uwadze mając.

[2] Do kolonizacyji planety dziewiczej Atlantydzi się gotowią, bliźniaczo niemal do Atlantydy podobnej, o lat świetlnech kilka ledwie od niej oddalonej. Nie cieszy jech wprawdzie to, iż oceany jej słone są i roku pory zróżnicowane bardzo na niej występują, wszelako spośrod kandydatek wielu ona właśnie celem optymalnem się okazała. O Ziemi mowa, rzecz jasna, Arkadyją przez niech zwaną.

Dzięki narodow wszech atlantydzkiech wspołpracy statki kosmiczne dwa kolosalne zbudowano i obecnie już jeno pieczołowicie się je wyposaża. Wehikułow tech obu ekwipunek identyczny ma być, co zmniejszyć ma ryzyko dorobku naukowego i kulturalnego do celu niedotarcia. Załog statkow rekrutacyja niemiłosiernie przeciąga się, jako że nader przemyślana i ostrożna być musi, by na Arkadyję z rodzinami swemi najznamienitsi jeno Atlantydzi polecieli.

 

[3] Ciaptaki – ssaki atlantydzkie do naczelnech tamtejszech zaliczane, udomowione całkowicie, rozmiary koali osiągające i wysoką inteligencyję przejawiające, a przy tem psa pekińczyka łagodność. Atlantydow i ciaptakow relacyje do więzi ludzi i psy łączącech podobne są, wszelako w czasach, o kerych mowa, ciaptaki prawami większemi znacznie się cieszą aniżeli te ziemskiem pupilom przynależne. Od milenijów trzydziestu medycznem eksperymentom ciaptakow poddawanie surowo wzbronione jest, a ciaptaka zabicie nawet okresem lat dwudziestu wolności pozbawienia karane bywa. Atlantydzi pupilom swem osobowość prawną przyznali z powodu inteligencyji jech niemałej, językiem migowem porozumiewanie się umożliwiającej w zakresie większem aniżeli ten, kery bonobo szympansy cechuje. 

[4] Anima – typ partnerki genetycznie i psychologicznie komplementarnej. Animus – typ partnera genetycznie i psychologicznie komplementarnego.

Ogromny w badaniach genetycznech na Atlantydzie prowadzonech przełom nie jeno na telomerazy stworzeniu polegał, lecz rownież na genow predyspozycyje partnerskie warunkującech odkryciu. Od lat tysięcy czterdziestu ośmiu partnerskiech predyspozycyj ustalanie tak powszechnem i rutynowem zabiegiem jest tam, jak na Ziemi we wspołczesności naszej ochronne szczepienia. Geny wspomniane odkrywszy, mogli Atlantydzi biuro matrymonialne, internetowe, stuprocentowo skuteczne zaprogramować. W pary małżeńskie od dawien dawna za swatki tej zmyślnej elektronicznej pośrednictwem wyłącznie się dobierają. Na planecie swej przeludnionej skrajnie Atlantydzi partnera życiowego spośrod setek komplementarnech z niemi genetycznie osób wybierają, w związku z czem zawodow miłosnech nie doznają, a miłość nieszczęśliwą jeno z literatury, dramaturgiji i kinematografiji zamierzchłej znają. Rzadko niezwykle na Atlantydzie z serca złamanego powodu ktoś samobójstwo popełnia, zabija kogo czy choćby rozwodzi się. Co więcej, szczęścia rodzinnego autentycznego, nieudawanego zaznawszy, Atlantydzi wojny ze sobą toczyć przestali, kere jem o lat tysiące życie szczęśliwe skrocić mogły. Wciąż wszelako i pośrod niech psychopaci się rodzą, to jest osoby z płatow czołowech niedowładem specyficznem, sprawiające, iż ścigania organa i sprawiedliwości wymiar potrzebne są nadal, aczkolwiek policyja atlantydzka dostęp do biobanku e-swatki mająca, niemal stuprocentową wykrywalnością przestępcow się chlubi. Mowiąc nawiasem, by miłości wolnej przez młodzież uprawianiu i ciążom niechcianem zapobiec, na Atlantydzie całej prog wiekowy do małżeństwa zawarcia uprawniający do roku życia szesnastego obniżono – piętnastoletni przeto Zeus ledwie rok jeszcze zaczekać musi na w e-swatce zarejestrowania się prawo i połowki drugiej znalezienia możliwość.

[5] Bzura – na Atlantydzie długości jednostka (1 bz – 1,123456789 km)

 

[6] Jedności Święto – Atlantydow święto najważniejsze w roku noc najjaśniejszą przez niech obchodzone, podczas kerej tarcze księżycow dwu wokoł Atlantydy krążącech, Romulusa i Remusa, na siebie zachodzą. Satelitow naturalnech łuny połączone noc do dnia czynią podobną. Firmament ognisk tysiące dodatkowo wtenczas oświetlają, wokoł kerych rodziny zbierają się, a także fajerwerki i ognie sztuczne pomniejsze wszędy rozniecane. Familije wszytkie w plener, na skwery i ulice w Jedności Święto wylegają, gdzie liczne i rozmaite nabożeństwa, koncerty, rajdy oraz inne sportowe imprezy i pomniejsze sprawnościowe konkurencyje się odbywają. Rodzinnej i narodowej uroczystości połączeniem Jedności Święto jest, jako że ze strony jednej rodzin członkow jednoczy, zasię ze strony drugiej – narody całe.

 

[7] Lat tysięcy czterdzieści osiem przed świata jech kresem geny predyspozycyje poznawczo – zawodowe warunkujące Atlantydzi odkryli i odtąd już żaden z niech profesyji dlań nieodpowiedniej nie wybrał. Od wiekow wielu dzieci atlantydzkiech nikt nie pytał, kiem w przyszłości zostaną, jako że od urodzenia to wiedziały. Po edukacyji ogolnej trzyletniej ledwie Atlantydzi młodzi do szkoł stopnia drugiego posyłani byli o profilach czterech zasadniczech: przyrodniczem, technicznem, medycznem oraz społecznem. Praca w szkołach atlantydzkiech łatwiejsza i satysfakcjonująca bardziej znacznie była niżli praca w szkołach ziemskiech nam wspołczesnech, gdyż uczniowie, kerzy od lat najmłodszech przede wszytkiem wiadomości jech interesujące przyswajali, frustracyj i kompleksow swech na preceptorach oraz kolegach nie wyładowywali.

Przeobrażeniu znacznemu rownież tamtejszy pracy rynek uległ. Bezrobocia zwalczania program skuteczny nader wdrożon został, o kerym filozofom i ekonomistom naszem się nie śniło. Algorytm pracy pośrednictwa biura internetowego napisano, keren z trafnością całkowitą pracodawcow z pracownikami łączył, co sprawiało, iż bezrobotnech odsetek mimo przeludnienia wielikiego zera bliski buł zawsze. Ponadto prace wszelakie zarowno trudne, jak i łatwe zautomatyzowane zostały, wszelako do robotow buntu nigdy nie doszło, bo po prostu wyłączyć je można było. Jako że wszytcy Atlantydzi w profesyjach swojech odnajdywać się jęli oraz niedopasowania partnerskiego doświadczać przestali, do zera spadła pośrod niech frustratow agresywnech i samobojcow liczba, zasię gdy globalizacyja kraje jech nawet zacofane najbardziej ogarnęła i nauki zdobycze wszelakie udziałem wszytkiech się stały, era pokoju globalnego, totalnego na Atlantydzie nastała. Z Ziemią w zestawieniu planeta ta nieomal rajem była. Atlantydzi z takiem pobłażaniem by na Ziemian poglądali, z jakiem Ziemianie na przodkow swech jaskiniowech patrzają.

Niestety, z aparatem swem poznawczem do zadań pilota go predysponującem Zeus na Arkadyji do większości bezużytecznej należy.

 

[8] Gigantusami Atlantydzi Moa ptaki z Nowej Zelandyji nazywają – nieloty trzymetrowe przez Maorysow w wieku czternastem całkowicie wytrzebione. W wieku ósmem przed erą naszą na Antypodach ośrodki rozliczne atlantydzkie wypoczynkowe się mieszczą, zasię gigantusy za atrakcyję turystyczną wieliką pośrod Atlantydow uchodzą, jako że wzrostem jem dorownują, a niektore nawet i przewyższają, a przy tem niepłochliwe zupełnie są. Z na Antypody wycieczek Atlantydzi filmy przywożą, głaszczącech jech i tulącech ptaki wielikie ukazujące.

[9] Sześćset sześćdziesiąt sześć (czegoś) – frazeologizm atlantydzki do oszacowania liczbę trudną oznaczający.

[10] Gnothi seauton[10] [gr.] – Poznaj samego siebie

Koniec

Komentarze

Anonimie, to jest strona, na której publikuje się opowiadania, a Ty zamieściłeś chyba powieść.

Musisz wiedzieć, że teksty powyżej 80000 znaków nie wchodzą do grafiku dyżurnych, a tym samym nie muszą być przez dyżurnych czytane. Takie teksty nie mogą też być nominowane do piórka. :(

 

No, doczytałam do 4’785 i na dzisiaj wystarczy.

Święto Jedności – jeśli księżyce zachodzą na siebie, to jest zaćmienie i trudno mówić o najjaśniejszej nocy.

Uff, przebrnąłem, muszę ochłonąć ;)

Dobra, spróbujmy podsumować. Do błędów nawet nie śmiem siadać bo całość napisana z premedytacją w języku pozorującym wczesnośredniowieczny, nieudolnie zresztą, bardzo utrudniającym zrozumienie treści. Szczególnie rozmowa Judasza z Zeusem – to koszmar jakiś, gdyby nie znajomość kanonów religijnych było by to nie do rozszyfrowania. 

Nie rozumiem dlaczego wątki współczesne są również napisane w tym samym języku co wątki starożytne. Sorry, ale żałośnie to brzmi w nawiązaniu do “Idola” i współcześnie dziejących się faktów. No ale autor chciał być oryginalny, ok Twoja wola. Tak właściwie cały ten współczesny wątek jest kompletnie zbędny. Rozumiem nawiązania – kosmici, porwania, sława dzięki obcym – ale i tak można było to pominąć, a ująć w jednym, mniej rozbudowanym rozdziale, pokazującym co się dzieje obecnie z Atlantami. Wygląda to jakbyś chciał na siłę wszystkie pomysły wcisnąć do jednego tekstu, a spokojnie można to było rozdzielić.

Nawiązania do Dänikena i jego “teorii spiskowych” boleśnie widoczne. Chociaż nie śmiem twierdzić że może on częściowo nie mieć racji, co pokazałeś we wstępnych cytatach z Biblii. Może coś w tym jest.

Romulus i Remus dwaj mityczni twórcy Rzymu jako super statki – coś z tego można było wpleść w historię. 

Z jednej strony zaczynasz od cytowania Biblii, a chwilę potem dyskredytujesz postać Syna Bożego – coś to nie tak, brak konsekwencji, no chyba że takie było Twoje zamierzenie i Däniken jest dla Ciebie większym autorytetem niż religia wyznawana przez miliony, ale to już pozostawię bez komentarza.

Gromowładny sprawujący władzę na Olimpie jeszcze na początku naszej ery (lata 300 n.e.) to już nie są tak odległe czasy i dosyć dokładnie znane z literatury starożytnej. Już cały okres panowania Cesarstwa Rzymskiego jest dosyć dokładnie opisany i skatalogowany – skucha kompletna. Kosmici mogli się uchować w antycznej Grecji, Egipcie, Mezopotamii, mogli przelecieć do Ameryk i rozbudować cywilizacje Inków, Azteków, i innych, ale nie Europa i lata 300 p.n.e. – 300 n.e. Sorry – zdecydowane nie .

Właśnie, a co na ten przykład z Dalekim Wschodem, tam też kultury się rozwijały, upadały … Albo lepiej nie, bo napiszesz następną część na kolejne 200tyś znaków ze “Slumdogiem. Milionerem z ulicy” tylko w wersji Bollywood ;)

Kolejny punkt – wiara Atlantów w Ra i inne Egipskie bóstwa. Ra to zdaje się Bóg Słońca, wysoko rozwinięta cywilizacja potrafiąca podróżować między gwiazdami, a nawet galaktykami która modli się do swojej gwiazdy? Swojego Słońca? 

Wątek Adonisa i Afrodyty kompletnie zbędny i nie pasujący do reszty.

Ehh, można by tak jeszcze długo, Najgorsze jest to, że naprawdę trzeba było mieć samozaparcie żeby to napisać i wrzucić na portal. 

Ale to jest, co muszę podkreślić tylko moje, osobiste zdanie, co wcale nie musi się przekładać na odczucia innych czytelników, tak że powodzenia. Jak dla mnie to potrzebujesz Anonimie jeszcze dużo doświadczeń, lat pracy, prób i błędów, oraz poszerzenia literatury którą czytasz, co w znaczący sposób poszerzy Twój krąg zainteresowań i wzbogaci język. 

 

Przez tekst usiłowałam przebrnąć z niezdrowej zawodowej ciekawości, aczkolwiek naiwna wiara w Daenikena już mnie bardziej rozczula niż szokuje, bo tyle lat, a facet nadal pobudza wyobraźnię… Niestety okropna stylizacyjna maniera mnie wykańcza, a fabuła raczej śmieszy niż intryguje.

Olimp w wieżowcu skądinąd zajeżdża raczej Rickiem Riordanem niż Daenikenem, tak btw.

Datowanie Anno Domini nie ma w tym tekście kompletnie sensu.

 

Natomiast przeczytałam ostatni komentarz i nie mogę się zgodzić z pewnymi tezami, choć dla tekstu ma to niewielkie znaczenie.

 

Kosmici mogli się uchować w antycznej Grecji, Egipcie, Mezopotamii, mogli przelecieć do Ameryk i rozbudować cywilizacje Inków, Azteków, i innych, ale nie Europa i lata 300 p.n.e. – 300 n.e.

W roku 300 n.e. w Rzymie panuje Dioklecjan, a konkretnie tetrarchia. W 300 p.n.e. masz początek królestw hellenistycznych, gdzie prawie co władca, to mógłby być ukrywający się kosmita. A nieco wcześniej Aleksander? Cudowny materiał na powieść o kosmitach.

Ale nawet na tym przełomie III i IV w. n.e. nic nie chwieje religijnym porządkiem antyku i dopiero edykt Teodozjusza (nie Konstantyna!) to zmieni, więc dlaczego kosmici mieliby mieć jakieś problemy? Co ma do tego nasza wiedza o Cesarstwie Rzymskim? Nie żeby, moim zdaniem, mieli mieć problemy z jakąkolwiek religią, ale to osobna sprawa. [Disclaimer: nie wierzę w kosmitów ani tyci, chodzi mi o kreację literacką.]

Tak do tematu podchodząc mogą tu siedzieć i teraz i się kamuflować, no przecież jest Roswell, itd. itp… Latami rzuciłem orientacyjnie bo historię miałem dosyć dawno i gdzie mi tam się równać z dyplomowaną historyczką ;) A z tekstu nie wynika że kosmici się ukrywali tylko realnie sprawowali władzę (patrz nauczanie Homera przez Zeusa). Tego typu rządzenie raczej gdzieś było by odnotowane w dokumentach z tego okresu. A, w sumie o co ja się spieram ;)

Zrobiłem tzw. wielkie oczy! Piszę to, bo chciałem się podzielić zjawiskiem, które rzadko mam okazję przeżywać podczas moich dyżurowych obchodów.

No. Potwierdzam. Definitywnie jestem zdziwiony ;)

 

Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny :)

Nowa Fantastyka