- Opowiadanie: Małolepsza - Tajemnica Spalonej

Tajemnica Spalonej

Witam wszystkich,

Jako mój debiut literacki przedstawiam Wam opowiadanie o tajemniczym obiekcie latającym, osadzonym w realiach XVI wieku.

Zgodnie z sugestiami poprawiłam tekst, który przyjął, mam nadzieję, postać ostateczną.

P.S. Udanego Sylwestra i szczęśliwego Nowego Roku dla Redakcji i użytkowników forum :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Tajemnica Spalonej

– Bartek! A kopnij się tam nad jezioro po kilka pijawek. – Ochmistrzyni krzątała się po kuchni, wydając wszystkim dyspozycje. – Pan choruje i trza juchy popuścić, jak medyk nakazał.

Wyrostek, na oko dwunastu lat, zerwał się szybko z ławy, wziął słoik i pognał czym prędzej nad jezioro. Nie chciał, by ochmistrzyni dwa razy powtarzała, bo ostatnio dostał od niej po grzbiecie za lenistwo.

Kiedy znalazł się nad wodą uwagę jego przykuło coś, czego dotąd nie widział. To „coś” wyglądało jak kula wielkości głowy dorosłego człowieka. Poruszała się kilka stóp nad powierzchnią jeziora. Nie wydawała żadnych dźwięków, jedynie w blasku słońca migotała różnymi odcieniami błękitu.

Cudeńko - pomyślał sobie. – Jeszcze żem takiego nie widział. Kiedy tak dziwował się owym „cudeńkiem” zauważył, że malutkie światełka, migocące niczym świetliki, zaczęły wydobywać się z niej i powoli wpadać do wody. Miały one także odcień niebieskawy.

Nieprzeparta chęć skłaniała chłopaka, by dotknąć tych ślicznie mieniących się na niebiesko światełek. Postanowił tak zrobić. Szybko wskoczył do wody i już po chwili znalazł się tuż obok tajemniczego zjawiska. Bartek wyciągnął rękę i podstawił ją pod spadające światełka. Nieoczekiwanie zaczęły rozpuszczać się na jego dłoni tworząc lepką maź. Co też to może być? – pomyślał sobie. Zdziwiony chłopak przystawił rękę do nosa, by to powąchać. Dziwne, ale zupełnie nie wyczuwał żadnego zapachu. Tymczasem kula przestała krążyć nad jeziorem i zaczęła unosić się w kierunku nieba aż w końcu zniknęła Bartkowi z oczu.

Szkoda, że już się skończyło - pomyślał sobie. – Może jeszcze kiedyś się to powtórzy. Zanurzył obie ręce w wodzie, by obmyć je z tej mazi, po czym zaczął dość gwałtownie mącić wodę, by pijawki powyłaziły z dna, chcąc ponownie się tam ukryć. Szybko więc nałapał kilka sztuk do słoika, nalał do niego wody i pognał co sił z powrotem, bo pewnie już tam ochmistrzyni niecierpliwiła się, gdzie przepadł.

 

 

Wóz toczył się wyboistą drogą przez co podróż wydłużała się Kacprowi, który właśnie powracał z Włoch do rodzinnego domu. Rodzicieli nie widział ze trzy lata, ale to właśnie były uroki studiowania poza granicami kraju. Akademia Krakowska nie bardzo przypadła mu do gustu, z uwagi na zbyt gorliwe stosowanie się profesorów do zaleceń Inkwizycji, co znaczyło, że za bardzo dbali, by poprawność myślenia zbytnio nie odbiegała od powszechnie przyjętych norm i aby „zło na dobre nie zagnieździło się w umysłach”, jak to zwykli mówić.

Wóz powoli zbliżał się do rodzinnej wsi. Mimo zapadającego już zmierzchu Kacper rozpoznawał zakątki. Nie mógł oderwać oczu od bujnej roślinności, której tak brakowało spalonej słońcem Italii. Za drzewami rozciągało się jezioro, przy którym bardzo lubił się bawić z kamratami w dzieciństwie. Księżyc odbijał się w jego tafli a lekko falująca woda załamywała raz po raz jego obraz.

Kacper postanowił przez krótką chwilę nacieszyć oczy tym widokiem.

– Zatrzymaj konie, Macieju – zwrócił się do woźnicy.

Zszedł z wozu, wziął mocny wdech, rozprostowując członki i zaczął delektować się zapachem drzew. Raz jeszcze spojrzał w stronę jeziora, po czym zapytał woźnicę, wsiadając do wozu:

– Chyba zdążymy jeszcze przed nocą?

– Zdążymy na pewno. – Maciej szarpnął za lejce i konie ruszyły przed siebie.

Ujechali może kilka wiorst kiedy w oddali ujrzeli zabudowania Spalonej.

Kacper odnosił wrażenie jakby wszyscy mieszkańcy już spali, bo nie widać było żadnych świateł w domach ani krzątających się wokół obejść, ludzi.

Pełnia lata, a wszyscy śpią – myślał, kiedy jechali dróżką wiodącą prosto do jego domu.

Nadjeżdżający wóz wywołał tylko niepokój u podwórkowych psów.

– Pogoń i Trela, moje kochane. Dawno żeśmy się nie widzieli – powiedział Kacper, zbliżając się powoli do psów. Widać, znajomy zapach pozwolił zwierzętom uspokoić się, bo po chwili dały głaskać się po karku i grzbiecie, a merdaniom ogonów po prostu końca nie było widać.

Kacper spojrzał na drzwi wejściowe lekko zdziwiony, czemu to rodzice go nie witają. Czyżby już spali? - pomyślał, pukając do drzwi. Nikt mu nie otworzył. Zasuwa u drzwi nie stawiała oporu. Wszedł więc do środka. W izbie panowały istne ciemności, wokół nie było widać żywego ducha. Gdzie się wszyscy podziali?- pomyślał, idąc w głąb domu. Otworzył kolejne drzwi do następnego pokoju. Przy dopalającej się świecy na stoliku ujrzał siedzących na krzesłach matkę i ojca. Nie zareagowali na przybycie syna. Wyglądali tak, jakby zapadli w jakiś letarg. Świeca dopalała się a oni wpatrzeni w jej płomień nie okazywali zainteresowania zbliżającymi się do nich krokami syna.

– Matko! Ojcze! – zawołał w nadziei, że wyrwie ich z tego półsnu. – Wróciłem. – Zbliżył się do matki, zamachał ręką przed jej oczami. Wreszcie jej oczy drgnęły. Popatrzyła na syna przez dłuższą chwilę, jakby próbując przypomnieć sobie, kim on jest. Siląc się na uśmiech powiedziała: Kacper.

– Tak, mamo, to ja – odpowiedział jej wesoło w nadziei , że wreszcie ujrzy uśmiech na jej twarzy po tylu latach nieobecności w domu. Szybko zerwała się z krzesła, by powitać syna, całując go w czoło.

Kacper był szczęśliwy kiedy mógł ponownie poczuć matczyny uścisk, jednak nie spodziewał się słów, jakie zaraz usłyszał:

– Uciekaj stąd, uciekaj. – Mówiąc to, rozglądała się niespokojnie dokoła, sprawdzając czy nikt poza Kacprem jej nie słyszy.

– Dlaczego? – zapytał zaniepokojony zachowaniem matki.

– Dzieją się tu dziwne rzeczy. Ta osada jest przeklęta. Przychodzą w nocy, kiedy widzą w domach światło.

– Kto?

– To wchodzi w ludzi zamieniając ich w dziwne bestie. Czekałam właśnie na księdza proboszcza, bo i z ojcem dzieje się też coś dziwnego. – Mówiąc to, wzięła świecę do ręki i zbliżyła ją do twarzy męża.

W jej blasku skóra jego wydawała się blado niebieska. Na ten widok Kacper aż krzyknął ze zdziwienia:

– Co z ojcem? – zawołał, wpatrując się w jego twarz. Potem zauważył też, że nie tylko twarz była sinego koloru, ale i szyja i ręce.

– Wielu ludzi się tak zachowuje – ciągnęła dalej. – Ten, kto normalny, siedzi w domu zamknięty, bo się boi.

– Czekaj, czekaj, po kolei. – Kacper zdjął wierzchnie odzienie, usiadł przy stole, prosząc matkę, by ta raz jeszcze opowiedziała, co tak naprawdę dzieje się w osadzie.

– Zaczęło się ze dwie niedziele temu nazad, może mniej. – Matka przysunęła krzesło do siebie, by usiąść blisko syna. – Po powrocie z Wrocławia ojciec trochę zaniemógł. Gorączka zaczęła go trawić, więc posłałam po medyka do Legnicy. Ten zobaczył ojca i kazał pijawki przystawić. Posłaliśmy więc pachołka nad jezioro.

– Medyk nie miał własnych pijawek? – zapytał zdziwiony Kacper.

Pokiwała przecząco głową, po czym kontynuowała.

– Po kilku dniach gorączka ustała i nawet wstawał trochę z łóżka, ale coś się pachołkowi stało w tym czasie. Skóra mu posiniała. Przed tym jeszcze gadał coś o niebieskich światełkach nad jeziorem. Po dwóch dniach zaczął rzucać się na wszystkich, jak opętany. Nie mogliśmy go powstrzymać, takie siły weń weszły.

– I co się z nim stało? – dopytywał Kacper.

– W tym szaleństwie dopadł ochmistrzynię i ugryzł ją a ta, po dwóch dniach zsiniała jak pachołek i pogryzła ludzi w czeladnej. Ksiądz jeno kazał modlić się za ich dusze, bo nic tylko szatan w nich wstąpił. Posłałam list do wuja Benedykta z prośbą, by przygarnął nas pod swój dach.

Kacper słuchał tych opowieści uszom nie wierząc. Próbował zebrać myśli. W Padwie studiował nauki przyrodnicze, ale o takiej chorobie, która powodowała siność a potem akty agresji nie słyszał.

– Matko, a gdzie się teraz podziewa ten pachołek i ochmistrzyni?

– Pachołek przepadł gdzieś bez śladu, a ochmistrzynię kazałam odprawić. Zresztą spora część służby odeszła do swoich domów w obawie, by nie zostać ugryzionym. Dobrze, żeś synu przyjechał, bo jestem tu zupełnie sama, poza kilkoma ludźmi w czeladnej. Nie uciekli, bo i tak nie mają dokąd pójść. Ksiądz proboszcz tylko mnie odwiedza. Bałagan we wsi się robi odkąd ojciec zaniemógł, a i hutą szkła nie ma kto zarządzać.

Kacper słuchał w milczeniu słów matki. Potem spojrzał na ojca.

– Długo już tak ojciec siedzi w takim bezruchu? – zapytał matkę.

– Zaraz po wieczerzy zapadł w taki stan. Boję się, bo zsiniał jak tamci a nie przypominam sobie, by ktoś go ugryzł. – Po chwili dodała. – Może ktoś to zrobił ukradkiem.

– Wygląda mi to na jakąś chorobę, choć nigdy o czymś takim nie słyszałem. – Próbował przypomnieć sobie coś szczególnego ze studiów odnośnie chorób, ale z niczym nie mógł powiązać oznak sinienia skóry. A do tego jeszcze dochodziły pogryzienia.

– Co ja zrobię teraz, nieszczęsna? – zaczęła szlochać matka.

Kacper podszedł do niej, by przytulić ją w swych ramionach. W myślach zastanawiał się nad całą tą historią i prawdę mówiąc, nie wiedział, co ma teraz zrobić. Opowieść matki wydała mu się nieco chaotyczna, ale może wynikało to z jej roztrzęsienia.

– Matko – zaczął po chwili – a czemu wcześniej mówiliście, że to „coś” nocą przychodzi?

– Bo nocami zdarza się to opętanie. Pachołek, ochmistrzyni i paru innych ze służby nocami tych ataków dostawali. Rzucali się na innych, gryźli a za dnia uspakajali się.

– Musimy ojca obadać, czy nie jest przypadkiem ugryziony. – Powiedziawszy to, Kacper zbliżył się do niego bacznie raz jeszcze przyglądając się jego twarzy.

Matka też dołączyła do syna pomagając mu w tych oględzinach. Zajęło im sporo czasu zanim rozpięli do połowy guziki od żupana. Pod spodem natrafili na kaftan. Rozchylili go, chcąc zobaczyć klatkę piersiową i szyję. Kacper dokładnie przyglądał się każdemu miejscu na ciele ojca, ale nic szczególnego nie przykuło jego uwagi.

Ojciec poddawał się tym zabiegom nie reagując na nic. Nawet oczy mu nie drgnęły, kiedy przesuwali jego ciałem to w prawo to w lewo.

– Musimy zobaczyć ramiona, ręce i plecy. – Powiedziawszy to, zabrał się do wyciągania jednej ręki z rękawa.

Matka w tym czasie próbowała wyciągnąć drugą. Oboje dokładnie badali miejsce koło miejsca. Kiedy Kacper przyglądał się ręce, spostrzegł w okolicy nadgarstka dziwny ślad wielkości może jednego cala. Na jego obwodzie widać było cztery nakłucia – dwa na górze i dwa na dole.

– Chyba znalazłem coś – powiedział, pokazując matce, jak przypuszczał, ślady pogryzienia.

– To znaczy, że ojca też to opętało? – Mówiąc to, matka złapała się dłońmi za twarz. W oczach jej było widać przerażenie.

Patrzyli na siebie w osłupieniu. Oczy matki zdradzały wyraźną obawę przed tym, co ich może czekać za dłuższą chwilę. U Kacpra z kolei widać było wielkie zakłopotanie i bezsilność w obliczu sytuacji, którą mogła wywołać nieznana dotąd choroba, a on nie bardzo umiał temu wszystkiemu zaradzić. Jedyna myśl, jaka krzątała się teraz w jego umyśle to wyjechać do Wrocławia , by sprowadzić lepszego medyka, nawet dwóch. Lękał się także o matkę. Nie chciał zostawiać jej teraz samej, kiedy już przyjechał na dłużej do domu.

Tymczasem lekkie pukanie do drzwi przerwało obojgu to zamyślenie.

– Kto to może być? – zapytał zaniepokojony Kacper.

– To pewnie ksiądz – uspokoiła go matka.

Drzwi otworzyły się i do środka weszli ksiądz z dwoma pachołkami.

– Pochwalony – rzekł ksiądz.

– Na wieki wieków. Amen – odpowiedzieli Kacper z matką.

– Niech ksiądz dobrodziej pozwolą. – Matka wskazała mu krzesło, które zaraz zajął, patrząc na młodzieńca, którego twarz nie była mu znana. Rok temu objął probostwo we wsi i słyszał tylko, że syn pana Pieczeńskiego studiuje w Italii. Czyżby to był on? – pomyślał sobie.

– Dziękuję dobrodziejowi za przybycie – rzekła matka. – A to mój syn Kacper. Dziś wrócił z Włoch, gdzie nauki studiuje.

– O, to pociechy ładnej z syna jejmość się dochowała. – Mówiąc to, spojrzał na jej męża, zdziwiony brakiem reakcji z jego strony. – A co to panu Michałowi się stało? Czyżby…? – spojrzał z trwogą na kobietę.

– Syn mój znalazł ślad ugryzienia. Obawiam się, że choroba także i jego dopadła.

– Księże proboszczu – zaczął Kacper. – Co ksiądz wiedzą w tej sprawie? Wieczorem do domu zjechałem i tyle się dowiedziałem, że ludzie się tu gryzą nocą. Jakaś choroba we wsi szaleje?

– Złe opętało osadę. Trza by egzorcyzmy odprawić. Ja sam nie dam rady. Posłałem już listy do kurii biskupiej w tej sprawie, by przysłano tu kogoś, kto złego już wcześniej wypędzał.

Kacper popatrzył na księdza z lekkim rozczarowaniem w oczach. Liczył bowiem na zgoła inną odpowiedź.

– Nie sądzi ksiądz, że może medyków należałoby sprowadzić do wsi? Może tych ludzi leczyć trzeba – zasugerował nieśmiało. Och, gdyby tu był teraz doktor Radlica – pomyślał. Pamiętał go jeszcze z Krakowa, kiedy to po zajęciach lubili sobie razem dyskutować o różnych sprawach. Jego wykłady były najciekawsze i wielce pouczające. Zawsze też nakazywał, by mieć otwarty umysł na nowe, bo nic do końca jeszcze nie zostało poznane. Niestety odmówiono mu prowadzenia dalej wykładów i Radlica przeniósł się do Wrocławia, gdzie prowadził swą praktykę medyczną.

– Kilka razy był tu medyk z Legnicy. Jejmość zdaje się też odwiedził. – Mówiąc to, ksiądz spojrzał na Michałową, po czym oczami powiódł na jej męża, który jak siedział nieruchomo tak siedział.

– Tak – potwierdziła matka. – Pijawki jeno kazał przystawić. A kiedy chciałam posłać po niego raz drugi, to pachołek wrócił z niczym mówiąc, że pono wyjechał gdzieś.

– Nie martw się – rzekł Kacper do matki. – Jutro z rana wyjadę do Wrocławia po innego medyka. A tymczasem połóżmy ojca do łóżka. Przecież nie będzie tak siedział. – Mówiąc to, podszedł próbując uchwycić go za ramiona, by dźwignąć z krzesła.

Ojciec był słusznej postury i widząc zmagania syna, matka czym prędzej pośpieszyła z pomocą. Chwycili ojca za obu stron, usiłując podnieść go, gdy ten nagle ocknął się z letargu i zaczął wyrywać się im. Oczy jego nabrały dzikiego wyrazu, białka posiniały. Dziwne dźwięki jakieś wydobywał z siebie. Wyglądał tak przerażająco, że Kacper z matką aż odskoczyli od niego. Oswobodzony zaczął nacierać na matkę szczerząc zębiska, jak by chciał ją ugryźć.

– Ojcze!, Michale! – krzyczeli oboje, chowając się po kątach.

Już miał dopaść matki, gdy nagle Kacper oprzytomniawszy ze strachu, chwycił świecznik stojący na komodzie i rąbnął ojca w głowę tak mocno aż ten zachwiał się i upadł nieprzytomny na podłogę.

– Coś ty zrobił, Kacper? – krzyknęła matka.

Syn patrzył wystraszonym wzrokiem to na matkę to na ojca, to znów na matkę i księdza. Serce waliło mu tak, że aż pod gardziel podchodziło. Przełknął ślinę, jakby to miało mu pomóc w wydobyciu z siebie głosu.

– A cóż miałem robić? – wykrztusił z siebie. Patrzył na leżącego ojca i prawdę mówiąc, bał się nachylić nad nim, by sprawdzić czy żyje. – Trzeba ojca związać, bo może się ocknąć i rzucić na nas ponownie.

Michałowa przeraziła się słów syna. Jak to ? Związać? – pomyślała. Szybko jednak zdała sobie sprawę z tego, co zaszło przed chwilą. Nie mogła tylko myśli zebrać, by przypomnieć sobie, gdzie ostatnio położyła sznur od bielizny.

– Nie wiem, gdzie sznurka szukać. W kuchni jest ciemno – powiedziała, patrząc na syna z rezygnacją w oczach.

– Hm… trudno – odrzekł Kacper. – Księże proboszczu, niech ksiądz mi pomoże. – Mówiąc to spojrzał na proboszcza, który już od dawna stał, jak słup soli, nie wiedząc, co począć w tej sytuacji.

Jedyne, co mu do głowy przychodziło, to zacząć się modlić. Ale skoro Kacper miał lepszy pomysł, ruszył w jego stronę, by zrobić to, o co go prosił.

– Niech ksiądz pomoże mi przenieść ojca do łóżka.

Chwycili obaj leżącego za ręce i nogi i dźwignęli z podłogi zanosząc na łóżko, które stało w kącie koło komody.

– Gdzie trzymasz ojcowskie kaftany? – zapytał matkę.

Maciejowa podeszła do komody. Po chwili wyjęła pierwszy z brzegu kaftan i podała synowi.

– Zwiążemy nim ojcu nogi – powiedział Kacper i przytrzymując sobie ręką ojcowskie kolana, zaczął wokół nich wiązać rękawy od kaftana.

Kiedy już upewnili się, że teraz są bezpieczni, zbliżyli się do twarzy ojca przyglądając się mu, czy żyje czy nie żyje.

– Czy abyś nie za mocno uderzył ojca? – zapytała zatroskana matka.

Kacper podszedł do stolika, chcąc wziąć świecę, potem usiadł na łóżku przy ojcu i podniósł mu najpierw jedną powiekę, potem drugą. Miał wrażenie, że źrenice reagowały na światło i nie były rozszerzone. Potem wziął jego palec i nacisnął go przy nasadzie. Skóra była sina, przez to nasada zsiniała jeszcze bardziej. Uczył się o tej metodzie na studiach. Kiedy palec u nasady czerwieniał, znaczyło, że człowiek żyje jeszcze. Jednak teraz, gdy widział ojca zsiniałego, zupełnie stracił orientację. Odetchnął z ulgą kiedy przyłożył ucho do klatki piersiowej i usłyszał powolne bicie serca. Potem zerknął na ranę na głowie. Krew już zastygła, a więc nie było potrzeby, by ją opatrzeć.

W tym czasie proboszcz klęknął przy łóżku i zaczął się modlić. Widząc to, Michałowa uklękła także, powtarzając za księdzem słowa modlitwy: „Ojcze nasz, który jesteś w niebiesiech…”.

Kacper patrzył tylko na twarz leżącego ojca. Nie w głowie mu były modły. Jedyną rzeczą, o której myślał było dotarcie do doktora Radlicy.

Skoro matka mówiła, że nocą są te ataki, to za dnia powinno się wszystko uspokoić – myślał. – I z rana bym ruszył na koniu do Wrocławia, tylko, czy zastanę tam Radlicę?

 

 

Nim dotarł do Wrocławia, słońce dopiero co zaczynało przedzierać się przez zabudowania, by swym blaskiem ogłosić nowy dzień.

Rynek wolno zapełniał się przeróżnymi towarami wystawianymi przez kupców z odległych krajów i rzemieślników wykonujących nawet drobne usługi na miejscu. Raz po raz jakieś dziewczę przemykało z koszem pełnym bielizny do prania.

Kacper zsiadł z konia. Prowadząc go za wodze, podszedł do pobliskiego kramu, przy którym mężczyzna układał trzewiki.

– Szukam doktora Radlicy.

Mężczyzna podniósł szybko wzrok mierząc Kacpra od stóp do głów, po czym spokojnie, pokazując palcem ulicę biegnącą od rynku, odpowiedział:

– Tędy, panie, drugi dom po prawej stronie.

Kacper skinął głową i ruszył we wskazanym mu kierunku.

Wysokie domy przylegały do siebie i można było zabłądzić, bo wyglądem mało co różniły się od siebie. Wreszcie trafił pod wskazany adres. Zapukał ze trzy razy. Drzwi uchyliły się i Kacper ujrzał w nich twarz młodzieńca nie wyglądającego na zwyczajnego parobka, bo ubrany był w nieźle skrojone pludry oraz zdobiony czarnym jedwabiem kaftan z bufiastymi rękawami.

– Szukam doktora Radlicę. Wskazano mi ten adres.

Młodzieniec popatrzył na przybysza lekko zdziwionym wzrokiem, dlatego Kacper wyjaśnił kim jest i po co przybywa.

– Jestem Kacper Pieczeński. Onegdaj byłem uczniem mistrza Radlicy.

Młodzieniec otworzył szeroko drzwi, zapraszając gościa do środka.

– Niech waszmość spoczną – powiedział, wskazując drewnianą ławę stojącą w przedsionku. – Zaraz powiem memu panu.

Trwało to może chwilę, kiedy inne drzwi otworzyły się z wielkim hukiem i stanął w nich sam doktor Radlica. Był to mężczyzna w średnim wieku, szczupłej postury. Dziwne, ale sporo lat upłynęło a Radlica, jakim go Kacper pamiętał, takim był. Twarz jego mało się zmieniła, tylko gdzieniegdzie między włosami wyłaniały się srebrne kosmyki. Mimo wczesnej jeszcze pory doktor miał na sobie żupan i nic nie wskazywało, że Kacper swym przybyciem obudził go.

– Oo… witaj mój chłopcze! – Radlica wyraźnie się ucieszył na widok Kacpra. Podszedł do przybysza, ściskając jego rękę. – Co cię do mnie sprowadza?

– Dobrze, że odnalazłem doktora. Potrzebuję pomocy.

Radlica spojrzał na Kacpra badawczym wzrokiem.

– Wejdź do środka. Opowiesz mi wszystko.

 

Przed południem dotarli do Spalonej. Ludność w większości zajęta była swoimi obowiązkami, tylko dzieciarnia szwendała się po podwórkach, szukając sobie zajęcia.

Zsiedli z koni, którymi natychmiast zaopiekował się stajenny. Kacper zaprosił Radlicę do domu. Matka widać oczekiwała syna, bo wybiegła naprzeciw.

– Matko, to jest mistrz Jan Radlica.

– Witamy! – odrzekła kobieta, zapraszając gościa do środka.

– Pozwolisz, matko, że zaoferujemy doktorowi naszą gościnę przez czas jakiś.

– Aa… i owszem – odrzekła kobieta. – Gość w dom, Bóg w dom.

– A co z ojcem? Księdza widzę też nie ma – zapytał zaniepokojony Kacper.

– Ojciec leży w łóżku, nieco mu się poprawiło, a proboszcz wrócił do siebie, kiedy zobaczył, że z ojcem wszystko w porządku – objaśniała Michałowa. – Kazał posłać po siebie, kiedy będzie znów potrzebny.

– Jeśli doktor chciałby odpocząć… – zapytał Kacper.

– Chodźmy do ojca – przerwał mu szybko Radlica. – Jestem ciekaw ogromnie tego, co mi naopowiadałeś.

Weszli do drugiego pokoju. Stary Pieczeński leżał w tym samym łóżku, w którym Kacper pozostawił go rano. Był przytomny, bo oczy miał otwarte. Zmieniono mu przyodziewek do spania. Nogi też były oswobodzone. Może to i lepiej, bo cóż pomyślałby sobie Radlica, gdyby zobaczył chorego związanego jak jakiegoś więźnia. Kiedy podeszli bliżej, zareagował odwracając głowę w stronę przybyszów.

– Ojcze! – krzyknął Kacper, wyraźnie ciesząc się na widok przytomnego rodziciela.

– Kacper, synu! – Pieczeński wsparł się na łokciach na widok syna. – Tak długo cię nie widziałem.

Chłopak podbiegł do łoża. Z radości łzy napłynęły mu do oczu, widząc ojca w pełni przytomnego. Ucałowawszy jego dłoń zapytał:

– Jak się czujesz, ojcze?

– Słabym bardzo, głowa mnie boli – odrzekł pan Michał. – A to kto? – mówiąc to, spojrzał na Radlicę.

– Dlatego, żeście chorzy przyprowadziłem medyka – wyjaśnił Kacper. – I to nie byle jakiego. To jest mistrz Jan Radlica z Wrocławia.

– Słyszałem, słyszałem – dumnie odrzekł Pieczeński, spoglądając na gościa. – Syn wiele opowiadał o waszmości, kiedy jeszcze studiował w Krakowie. Proszę mi wybaczyć, że do witania nie wstanę, alem słaby bardzo.

– Czy pozwolisz ojcze, by doktor cię zbadał?

Skinieniem głowy pan Michał oznajmił, że przybyły gość może czynić swą powinność.

Radlica usiadł na brzegu łoża. Popatrzył na chorego; przyglądał się oczom, skórze. Potem wziął jego rękę w swe dłonie i wpatrywał się w paznokcie. Następnie zbliżył swe palce do warg Pieczeńskiego, lekko odchylając je.

Kacper bacznie obserwował każdy ruch Radlicy. Wodził oczami za jego ręką i kiedy ujrzał posiniałe dziąsła u ojca, krzyknął lekko.

– Cóżeś tam zobaczył? Diabła? – z ironią w głosie odezwał się Pieczeński do syna.

– Hmm… – zamruczał Radlica. – Miałem już do czynienia z czymś takim, kiedym gościł w Tarnowicach i Olkuszu. Widziałem kilkanaście przypadków, gdzie mężczyźni pracujący w kopalni srebra tak posiniali. Ale nigdym nie słyszał o tym, by gryźli ludzi.

Radlica spojrzał raz jeszcze na Pieczeńskiego. Przypomniał sobie zeznania Kacpra o nocnych atakach rzekomo ukąszonych. Po chwili zapytał chorego:

– Pamiętacie, co działo się dzisiejszej nocy?

– Jak to dzisiejszej nocy? – powtórzył zdziwiony. – Pewnie spałem jak zawsze albo może gorączka mnie trawiła.

Pieczeński opuścił głowę, kierując wzrok na pierzynę, pod którą leżał, próbując przypomnieć sobie, co działo się tamtego wieczora, ale pamięć odeszła całkowicie.

– Dobrze – rzekł medyk. – Zostawmy chorego. Niech odpoczywa. A gospodyni niechaj dobrej strawy przygotuje dla małżonka! – krzyknął w stronę kuchni tak, by Michałowa słyszała.

– A juści! – zawołała, stanąwszy w progu drzwi do pokoju, w którym leżał chory.

Widać, oderwano ją od roboty, bo rękawy miała zakasane a ręce w mące upaprane. Odkąd znaczną część służby odprawiła sama musiała wszystkiego doglądać a i gotowanie teraz też było na jej głowie. Próbowała wejść do środka, ale zatrzymał ją Radlica, który pokręcił przecząco głową.

– Wyjdźmy teraz – zaproponował medyk Kacprowi i Michałowej. – Niech chory odpoczywa.

Wyszli przed dom i usiedli na przyzbie. Radlica patrzył zadumany na chodzący po podwórzu drób.

– Wygląda mi to na objawy, jakie czasem srebro powoduje, kiedy dostanie się go nadmiar do organizmu, ale cała reszta, którą mi opisałeś, nijak nie przystaje.

– Mistrzu! – zawołał lekko zawiedziony Kacper. – To, com rzekł ci dziś rano naprawdę się zdarzyło. Wpierw ojciec siedział nieruchomo, kiedym wszedł wieczorem, a potem rzucił się na matkę jak opętany.

– Kacper, ja ci wierzę, dlatego mówię, że to wszystko nie pasuje mi do tego, co wiedziałem do tej pory o tej chorobie. Myślę, że noc da nam więcej informacji.

 

 

Proboszcz siedział w konfesjonale. Głowę wspierał rękoma. Nie wiadomo, czy dumał nad czymś, czy modlił się. Minęły może ze trzy kwadranse, kiedy to ostatni spowiadający opuścił kościół. Swoją drogą długo nie ma wieści z kurii biskupiej – myślał. – Zawsze biskup Gerstmann zwykł był szybko załatwiać sprawy, jakie kierowano do niego a poza tym, powinien zainteresować się też nadzorowaniem pracy w kopalni, kiedy pan Pieczeński tak zaniemógł. A i często teraz słyszy się od spowiadających, że choroba, albo też co innego opętuje coraz więcej ludzi. Nic. Trza do domu iść, wieczerzać i pozamykać drzwi, bo nie wiadomo, ile już opętanych tej nocy się pojawi. A może by tę noc spędzić w domu Pieczeńskiego? We wsi mówili, że jakiś sławny doktor do nich przyjechał. Chyba tak zrobię.

Wyszedł z konfesjonału, zamknął drzwi kościoła na klucz i zaczął szybko podążać w kierunku domu Pieczeńskich.

Michałowa, Kacper i Radlica siedzieli przy stole. Stary Pieczeński drzemał w łóżku, toteż reszta rodziny wieczerzała w spokoju. Pojawienie się księdza sprawiło Michałowej wielką radość. Była bardzo religijna i obecność duchownego w trudnej sytuacji zawsze dodawała jej otuchy. Kiedy jakakolwiek choroba zawitała do domu, zawsze posyłała po księdza, bo, jak mówiła: „z duchowną osobą bliżej Boga”.

– Witamy, witamy dobrodzieja – rzekła, wstając od stołu. – Dziękuję, że proboszcz odwiedził nas.

Kacper z Radlicą także wstali od stołu, by przywitać się z gościem.

– Ksiądz dobrodziej pozwoli, to jest pan Jan Radlica, po którego Kacper dziś rano wyruszył.

Proboszcz skinął głową w kierunku Radlicy, po czym zapytał:

– Wiadomo już, co dolega choremu? – zapytał, zasiadając ze wszystkimi do stołu.

– Nie wszystko jest jeszcze jasne – zaczął lekarz, biorąc do ust kęs chleba. – Miałem do czynienia kiedyś z przypadkiem sinienia skóry, ale… nigdym nie słyszał o atakach pogryzienia.

Słysząc te słowa, ksiądz pokiwał głową, jak by to, co za chwilę powie jeszcze bardziej pogrąży wszystkich w niepewności.

– Muszę was zmartwić, ale pono coraz więcej we wsi pogryzionych. Przy spowiedzi ludzie pytają, co robić i ponieważ im więcej pyta, tym więcej wiem, że ich liczba wzrasta. Miałem dziś nadzieję, że prędko kogoś z kurii przyślą, by sprawę zbadał, ale…

– I myśli ksiądz, że kuria w tej sprawie coś pomoże? – przerwał mu lekarz.

– Liczę na to, że waszmość coś zaradzi temu. Jednak, gdyby i to zawiodło, wówczas jeno w Panu Bogu pozostaje nadzieja. – Mówiąc to, złożył ręce jak do modlitwy kierując głowę i oczy ku górze.

Wtem rozmowę ich przerwało szczekanie Pogonia i Treli. Psy nie mogły się uspokoić, co zaniepokoiło siedzących przy stole. Zerwali się od stołu i czym prędzej pognali do okien. Mimo wieczoru, widać było jeszcze w blasku księżyca, co się działo na podwórzu.

Kilkoro ludzi ze wsi wtargnęło na ich podwórze. Dziwnie się poruszali, jakby nie mieli sił na nic. Psy szczekały na nich panicznie i jeden z tych ludzi wziął siekierę wbitą w pieniek i ruszył do zwierząt. Kacper widząc to wybiegł do drzwi krzycząc: Wynocha stąd!

Radlica pognał za nim, powstrzymując go i zamykając drzwi. Potem wziął Kacpra do okna i przytrzymując mu twarz rękami, krzyknął:

– Zobacz tych ludzi! Oni są sini zupełnie jak twój ojciec. Upewnijcie się, że wszystkie drzwi i okna do domu są pozamykane – krzyknął do pozostałych, którzy stali przerażeni widokiem tego, co działo się na podwórzu.

– Pogaście część świec – zawołała Michałowa. – Ich wabi światło.

Każdy dopadł miejsca, gdzie zobaczył tlący się płomień.

– W ciemnościach też nie możemy siedzieć – powiedział Radlica kierując wzrok na chorego, obawiając się, że i tamten zacznie szaleć. Pieczeński jednak spał spokojnie i dziwne, że nie budziły go te hałasy.

Wszyscy patrzyli przez okna, nadsłuchując czujnie, czy któryś z tych opętanych, mimo pozamykanych wszędzie drzwi, nie wtargnął do środka.

Ze stajni i z obory dobiegały głosy zwierząt, pewnie mordowanych przez tych szaleńców.

– Co się z tymi ludźmi dzieje? – zapytał z przerażeniem w głosie ksiądz, nie czekając odpowiedzi, bo tyle wszyscy wiedzieli, co on.

Nagle w oknach pojawiło się kilku z nich. Chyba zorientowali się, że ktoś patrzy na nich, bo zaczęli napierać rękami, próbując dostać się do środka. Uderzenia nie były zbyt silne, tak że okiennice, póki co wytrzymywały.

Radlica patrzył na ich sine twarze z wyblakłymi oczami. Co, jeśli zaczną używać jakichś narzędzi, by dostać się tu do środka – myślał. – Przecież, by zabić zwierzęta też musieli czymś się posłużyć. O co im chodzi? Czemu się tak zachowują? Czy kiedykolwiek uda mi się znaleźć wyjaśnienie?

– Kiedy po raz pierwszy ci ludzie zaczęli się tak zachowywać? – zapytał medyk, próbując uzyskać jeszcze więcej informacji na temat tych agresywnych zachowań.

– U nas zaczęło się to od pachołka, który ze cztery dni temu nazad zaatakował w nocy naszą ochmistrzynię – wyjaśniała Michałowa, nie odrywając oczu od okna, które cały czas było szturmowane przez kilku opętanych.

– A ten parobek? Co o nim wcześniej wiedzieliście? – dopytywał Radlica.

– Sierota, przygarnęliśmy go, bo tułał się po wsi.

– I co się z nim dzieje teraz?

– Uciekł stąd po tym, jak pokąsał ochmistrzynię. Oczywiście wszyscy się dziwili, czemu przedtem tak posiniał. Kto wie, może tamtej nocy, kiedy uciekł, też kogoś innego pogryzł we wsi.

Radlica nie przestawał dopytywać. Sam już nie wiedział, czy lepiej obmyślać plan, jak tu noc z domownikami przeżyć i nie zostać pogryzionym czy kontynuować śledztwo.

– Wcześniej nikt we wsi nie słyszał o tym, że ktoś kogoś pogryzł albo zsiniał? – zapytał.

– Osada nieduża, każdy tu o wszystkim wie – wtrącił się ksiądz.

Nagle usłyszeli odgłos wyłamywanej okiennicy.

– O Matko Przenajświętsza, ratuj nas!- zawołała Michałowa, patrząc na Radlicę i Kacpra, którzy w tym czasie próbowali wypychać ręce opętanych.

– Uważaj, Kacper, bo mogą cię ugryźć! – krzyknął Radlica. Musimy czymś zasłonić to okno, bo gotowi jeszcze tu wtargnąć.

– Prędko! Komoda!

Radlica szybko zorientował się, co Kacper miał na myśli. Dopadł do mebla i z całych sił zaczął przepychać go w kierunku okna, przy którym młody Pieczeński walczył z opętanymi.

Mebel był dość duży i ciężki więc ksiądz ruszył medykowi z pomocą, by jak najszybciej zasłonić okno.

Mężczyźni, zajęci ratowaniem okna nie przypuszczali nawet, co działo się za ich plecami. W drzwiach sąsiedniego pokoju stał stary Pieczeński, który następnie rzucił się na żonę. Tamta, nim się zorientowała, już została ukąszona w szyję. Krzyknęła przeraźliwie z bólu, bo napastnik wbił mocno zębiska wyrywając znaczą część skóry.

Radlica, ksiądz i Kacper oniemieli na widok tego, co zobaczyli. Syn ruszył matce na pomoc, nie dbając o to, co działo się za oknem. Krzyknął tylko: „Zasłońcie!” i pochwycił krzesło, które miał akurat pod ręką. Walnął ojca z całej siły w grzbiet, ale tamtemu nic się tym razem nie stało. Kacper postanowił ponowić atak. Walnął tak silnie, że aż nogi od krzesła połamał. Ojciec zachwiał się, po czym padł na kolana. W tym czasie Radlica chwycił metalowy świecznik stojący na stole i uderzył Pieczeńskiego w skroń tak silnie, że aż krew prysnęła medykowi na twarz. Agresor padł nieprzytomny. Radlica dyszał ciężko, nie dlatego, że się tak zmęczył. Dyszał tak z przerażenia, bo oto zdał sobie sprawę, że przyjechał tu, by pomóc człowiekowi a nie ranić go albo co gorsza, zabić.

Kacper doskoczył do matki trzymającej się za szyję. W jej oczach ujrzał przerażenie.

– Synu – zajęczała szlochając. – Jej pokrwawiona ręka odsłoniła ślad po ukąszeniu.

– Pokaż mi, mamo.

W tym samym czasie Radlica z księdzem także dobiegli do Michałowej, ciekawi rany na szyi.

– Niech proboszcz pilnuje okien – powiedział Radlica do księdza w obawie, że znów mogą stracić czujność za plecami. – Obaj z Kacprem zajmiemy się matką.

Posadzili Michałową na krześle.

– Nie bój się, mamo, wszystko będzie dobrze – uspakajał ją syn. – Zaraz zagrzejemy olej, przyłożymy do rany, by wypalić truciznę.

– Nie robiłbym tego – przerwał Radlica. – Świeża tkanka jest na wierzchu. Byśmy tylko przysporzyli więcej bólu. Idź po chleb i… znajdź pajęczynę.

Jak Radlica powiedział, tak Kacper zrobił. Kawałki chleba leżały jeszcze na stole po wieczerzy. O pajęczynę też nie było trudno. Kacper znalazł ją pod sufitem, tak że szybko nawinął na palec nić, zmieszał ją następnie z chlebem. Trochę splunął na przyszłe lekarstwo, by pozyskać odpowiednią lepkość. Następnie podał Radlicy gotową masę. Tamten przyłożył ją do rany.

Obaj patrzyli na Michałową w milczeniu. Kobieta, jakby domyślała się ich myśli i patrząc na nich nieśmiało, zapytała, choć właściwie odpowiedź już znała.

– Czeka mnie to samo?

– Nie myślmy na razie o tym – odrzekł Kacper. Wtem odwrócił wzrok w kierunku ojca leżącego, od dłuższego czasu, na podłodze. – Ciekaw jestem , czy ojciec żyje.

– Żyje – uspokoił go medyk. Klatka piersiowa się rusza, a zatem żyje. Może też tę ranę zalepić chlebem?

– Najpierw przeniesiemy go do łóżka i zwiążemy tak jak poprzedniej nocy. Tak dla bezpieczeństwa.

Kacper podszedł do skrzyni, gdzie trzymano czystą bieliznę. Wyjął z niej prześcieradło, którym związano ojcu kolana. Potem zanieśli z Radlicą Pieczeńskiego do łóżka. Radlica w tym czasie przyglądał się ranie na skroni uderzonego.

– Kacper – zaczął medyk – Ta rana nie wygląda zbyt dobrze.

 

 

Powóz z wielebnym Lasockim i Bartą zmierzał w kierunku Spalonej. Podróż dłużyła im się, bo droga była wyboista i woźnica jechał wolno. Eskortowało ich dwóch rycerzy i kilku zbrojnych.

Lasocki drzemał. Widać wolna jazda a i też nocna pora wywoływała u niego senność. Przerwał mu tę drzemkę Barta.

– Co właściwie wydarzyło się tu kiedyś? Ksiądz biskup niewiele wyjaśnił mi w tej sprawie – zapytał Barta.

Był on najmłodszym, który służył w kurii i niedawno co biskup udzielił mu zgody na odprawianie egzorcyzmów.

Wielebny Lasocki popatrzył na niego sennym oczami.

– Podobno działy się tu dziwne rzeczy. Ludność we wsi została opętana – zaczął wielebny. – W dokumentacji kościelnej zapisano, że atakowali się nawzajem, gryząc. Odprawiono egzorcyzmy, ale nic to nie pomogło. Nawet medycy, którzy widzieli tych ludzi, nie byli w stanie wyjaśnić przyczyny takiego zachowania. Wpierw myśleli, że to Wielka zaraza nawiedziła wieś. Powiadali, że ktoś widział nad jeziorem dziwne światło, po którym zaczęło ogarniać ludzi to szaleństwo.

– I co się potem stało? – dopytywał Barta.

– Biskup kazał spalić wieś, bo nie było innej rady.

– Ale z dokumentacji wynika, że spłonęła w niewyjaśnionych okolicznościach – zauważył Barta.

– To była informacja oficjalna. Grzechem byłoby przecież, by papież i pozostali dowiedzieli się, że kuria spaliła ludzi żywcem. I mam nadzieję, że ksiądz również dochowa tej tajemnicy. – Mówiąc to, przeciągnął się. – Szkoda było wsi – dodał po chwili. – Przynosiła niezłe dochody z rudy żelaza. Teraz przyniesie następną stratę… z huty szkła.

Barta nie bardzo zrozumiał ostatnie słowa Lasockiego. Chciał zapytać, co wielebny miał na myśli, gdyby nie głos woźnicy informujący, że są już na miejscu.

– Ludzie we wsi nie śpią, tak jakby się coś działo.

Wielebny Lasocki kazał zatrzymać powóz. Obaj duchowni wysiedli z niego, po czym zaczęli rozglądać się po okolicy. Nagle zobaczyli kilka zbliżających się do nich postaci. Nie było dobrze widać ich twarzy w ciemnościach, ale dziwny sposób poruszania się zaniepokoił księży. Kiedy podeszli bliżej, wielebni przerazili się ich widokiem tak bardzo, że uciekli czym prędzej do powozu.

– Ruszaj stąd! – zawołał Lasocki do woźnicy. – To przeklęta wieś – syknął pod nosem. Potem zwrócił się do dowódcy straży wydając rozkaz: „Spalić”.

Barta spojrzał na Lasockiego zdziwionym wzrokiem, jednak w milczeniu wsiadł za nim do powozu.

Kilku opętanych chciało dopaść koni, ale woźnica szarpnął lejce i zwierzęta ruszyły z kopyta trącając napastników.

Kiedy ujechali kawałek drogi, Barta postanowił jednak zapytać Lasockiego o powód tak szybkiej decyzji.

– Rozkaz od biskupa był jasny – zaczął wyjaśniać Lasocki. – Miałem ocenić sytuację.

– Nawet nie zdążyliśmy jej ocenić – stanowczym głosem przerwał mu Barta.

– Mieliśmy tam zostać? I może dać się zabić przez tych szaleńców? – zapytał Lasocki. – Przecież oni są już tam wszyscy opętani.

– Skąd ksiądz o tym wie? – Barta miał wrażenie, że wielebny Lasocki coś jeszcze przed nim ukrywa.

– Proboszcz w liście do biskupa nader jasno przedstawił sytuację, tak że jechaliśmy tu już z prawie wyraźnym celem – oznajmił Lasocki, dając odczuć Barcie, że przecież wypełnili polecenie kurii i mogą spokojnie wracać.

 

 

Ogień trawił wieś. Mieszał się to z rykiem opętanych, to z krzykiem ludzi, którzy próbowali wydostać się z płonących domów. A kiedy niektórym się to udawało, nie mieli dokąd uciekać, bo wszędzie ogień odcinał im drogę a i zbrojni pilnowali, by nikt się nie przedostawał.

 

Kacper i Radlica z trudem wydostali się z płonącego domu. Mieli poparzone ciała. Rozglądając się w panice dokoła, szukali możliwości ucieczki. Wreszcie dostrzegli jedyną drogę wydostania się ze wsi niepilnowaną przez zbrojnych, która wiodła do jeziora. Zdyszani dotarli do wody, by ochłodzić skórę i napić się. Usiedli nad brzegiem i w milczeniu patrzyli na wielką pochodnię, w której płonęła Spalona.

Radlica spojrzał na Kacpra. Chłopak szlochał po cichu. Medyk podszedł do niego chcąc, jak ojciec syna, przytulić go czule. Objął Kacpra za szyję. Miał wrażenie, że jego palce natrafiły na coś lepkiego. Przyjrzał się temu w blasku księżyca. Na dłoni miał coś, co przypominało niebieską maź.

 

Koniec

Komentarze

Hm hm hm…

Jest pomysł. Może nienowy, bo to jakieś zombie w szlacheckiej Polsce, ale historia do pewnego moentu ciekawi. Niestety, zakńczenie zawodzi! Czy UFO przybyło również sto lat temu? Jaki jest koniec tej historii – ogólnopolska (ogólnoświatowa?) epidemia? Tu pokazujesz za mało.

No i wykonanie. Kuleje niestety. Nie poprawiłaś tekstu przed publikacją, bo zdarzają się spacje przed przecinkami, błędy w zapisach dialogów itp itd.

Wpadnie tu NoWhereMan, to podrzuci Ci kilka linków do przestudiowania.

A teraz parę przykładów (nie wszystkie, bo było tego sporo więcej) tego, co mi nie gra:

– “wziął szklany słoik” – ani szkło, ani słoiki nie były używane powszechnie (o ile w ogóle) w XV-wiecznej Polsce; to były raczej naczynia gliniane;

– “żadnych dźwięków prócz tego, że w blasku słońca migotało różnymi odcieniami błękitu” – dźwięk migotał błękitem?;

– “mocne przystawanie profesorów do zaleceń inkwizycji” – “przystawanie” to nie jest właściwe słowo;

– “poprawność myślenia zbytnio nie odbiegała od wyznaczników” – ani “wyznaczników”;

– “Kilkanaście metrów za drzewami” – w XV wieku nie używano pojęcia metra;

– “zabudowania przypominające jego rodzinną osadę – Spaloną” – przypominać może coś rzecz zupełnie inną; a skoro wioska była ta sama, to na pewno nie przypominała samej siebie, tylko nią była;

– “Szybko jednak przestały szczekać rozpoznając w Kacprze znajomą osobę” – po trzech latach nieobecności? no way!;

– “merdaniom ogona nie było końca” – jednego ogona? a psów było więcej;

– “głaszcząc je po plecach i karku” – psy mają plecy?;

– “ściągnęli z ojca kaftan pozostawiając go w samym kontuszu” – czyli (mówiąc po “współczesnemu”) zdjęli koszulę, a zostawili marynarkę? nielogiczne;

– “rękawy miała zakasane a ręce w mące upaprane” – skoro stać ich na ochmistrzynię (abstrahując od tego, że w tych czasach ta funkcja coś nie bardzo), to i na kucharkę też!;

– “ktoś patrzy na nich przez szyby” – szyby w tych czasach? nie bardzo; 

– “została mocno opętana” – a można być słabo opętanym?

To tylko parę przykładów z początku. Znaczy – narracja skrzypi. Ale nie przejmuj się – każdy tak zaczynał. Na razie mnóstwo czytaj, sporo pisz, skorzystaj też z betalisty. Sugeruję na początku krótkie kawałki, żeby podszlifować pióro.

Aha, i ten XV wiek to bardziej XVII-tym pachnie.

 

A tak w ogóle – Wesołych Świąt :)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Jeżu Kolczasty, Quecalkoatu Złotopióry! Toż tak chyba pisał pod moimi tekstami AdamKB. W każdym razie…

“– Bartek! A kopnij się tam nad jezioro po kilka pijawek. Ochmistrzyni krzątała się po kuchni wydając wszystkim dyspozycje. – Gospodarz mocno chorują i trza juchy popuścić, jak medyk nakazał.”

 

Zjadłaś pauzę po kropce a przed “Ochmistrzyni”. Mnóstwo literówek. Gospodarz na pewno? A nie gospodarze? 

 

W każdym razie Tobie też bardzo Wesołych Świąt i gratuluję przeuroczego avatara :3

Pisanie to zadawanie pytań, a czytelnik zawsze zna odpowiedź.

Bardzo dziękuję za uwagi :) 

Faktycznie z niektórymi się zgodzę. Pragnę jednak zauważyć, że szkło w XV w. w Polsce było znane i używane ( po pierwsze– import, po drugie– własna wytwórczosć):

http://otworzksiazke.pl/images/ksiazki/szklo_w_polsce_od_xiv_do_xvii_w/szklo_w_polsce_od_xiv_do_xvii_w.pdf

dalej w tekście jest mowa, że gospodyni odprawiła ochmistrzynię ( urząd znany w Polsce od 1366 r. ) a zatem sama musiała wykonywać większosć prac. Zwierzęta, zwłaszcza psy, konie, słonie mają dobrą pamięć :) 

Jeszczcze raz dziękuję za wnikliwe uwagi :)

To, że szkło było znane, nie znaczy, że każdego na nie było stać. Jak wynika z przytoczonego przez Ciebie źródła:

Liczba witraży nie świadczy jeszcze o powszechności użycia szkła okiennego. Nie mamy pewności, czy wymieniani w XIV w. szklarze zajmowali się w ogóle szkleniem okien

Jeśli więc w ogóle kogoś było stać na szklenie okien, to wielmożów, a nie chudopachołków z zabitej dechami wioski.

I dalej – ochmistrzyni. Proszę:

https://sjp.pwn.pl/sjp/ochmistrzyni;2492463.html 

Zwrócę uwagę na “w dużym majątku”. Jeśli w dużym, to nawet po odprawieniu ochmistrzyni jeszcze jakaś służba do pomocy w kuchni być powinna. Chyba, że służba to tylko ochmistrzyni, ale wtedy nazwa jest nieadekwatna.

Z tymi psami to polemizowałbym, ale niech Ci będzie :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

chciałam tylko zwrócić uwagę, że ojciec głównego bohatera to nie jakiś “chudopachołek” ale człowiek na urzędzie, co wynika z tekstu. Z tekstu też wynika, że służba uciekła . 

P.S. Dzięki raz jeszcze za uwagi :)

No, nie jest dobrze. XV w. jest czysto deklaratywny, realia nie mają z nim wiele wspólnego. Mam wrażenie, że wpychasz w trochę na chybił trafił wybranych szczegółów postaci i sytuacje z epok znacznie późniejszych, nie czuje się tu tego późnego średniowiecza za nic.

Wypisuję babole z mniej więcej pierwszej połowy tekstu, który niestety poza wszystkim jest przegadany, a akcji jak na lekarstwo, choć sam pomysł nawet niezły i zasługiwałby na zdecydowanie lepsze potraktowanie. Technicznie też jest niedobrze. Interpunkcja nie istnieje, styl nie porywa, dialogi drętwe.

 

Po pierwsze już w przedmowie. W XV w. nie funkcjonuje jeszcze polityczny byt zwany Rzeczpospolitą, ale Królestwo Korony Polskiej i Wielkie Księstwo Litewskie. Termin polski (kalka z łaciny) jest na pewno znany w XVI w. (Kochanowski), wcześniej – nie wiem, czy funkcjonuje.

 

Ochmistrzyni krzątała się po kuchni wydając wszystkim dyspozycje. – Gospodarz mocno chorują”. Gospodarz to chłop, zamożny, ale chłop. Chłopi nie mają ochmistrzów płci dowolnej. O szlachcicu, a zwłaszcza zamożnym, jak twierdzisz, nikt nie powie per “gospodarz”.

SJP PWN

ochmistrz

1. «oficer administracyjno-gospodarczy na statku»

2. «w dawnej Polsce: urzędnik zarządzający dworem panującego lub magnata; też: opiekun dzieci na takim dworze»

Nie trzyma się ten opis domu i rodziny kupy kompletnie. Tak nawiasem mówiąc, stan szlachecki w XV w. dopiero się kształtuje, więc te wszystkie argumenty o chudopachołkach nie mają zastosowania.

 

“Krakowski Uniwersytet” – w XV w. to jest Akademia Krakowska

 

“z uwagi na mocne przystawanie profesorów do zaleceń inkwizycji” – ? po pierwsze źle stylistycznie, po drugie akurat XV w. to okres największej świetności AK i relatywnej niezależności od kościoła

 

Powóz, osada, izba (Kacper). To do siebie nie przystaje. W XV w. ktoś, kto mieszka w domu, który ma izby, i jest jednym z domów w osadzie, nie ma własnego powozu ani też nie wynajmie go na własny użytek.

Medyk też raczej w takiej wiosce nie mieszka. Nie stać by jej było.

 

“Ojciec miał na sobie kontusz” W XV w. nie noszono jeszcze kontuszów, pojawiają się w XVI w. i są strojem paradnym, a nie takim, w którym by się siedziało na co dzień w domu.

 

“sakrament oczyszczenia” – a co to jest? sprawdź sobie listę sakramentów KK. Chyba miałaś na myśli rytuał

 

“Znaczyło to, że krążenie się nie zatrzymało.”

Krążenie krwi odkryto w XVII w. Wcześniej Arystoteles miał intuicję go dotyczącą, ale nigdy nie sformułował pełnej teorii. W XV w. nie było o tym zjawisku pojęcia.

 

“Nim dotarł do Wrocławia” – tak gwoli ścisłości, Wrocław w XV w. był pod panowaniem czeskim, co może nie mieć znaczenia, ale może mieć

 

“Onegdaj byłem studentem mistrza Radlicy.” – gdzie? W Krakowie? W Italii? Bo we Wrocławiu to jeszcze długo nie było uniwersytetu

 

PS. W kwestii szyb w oknach robiłam kiedyś risercz, ale dla epok późniejszych. Technika szklenia okien jest wcześniejsza niż się powszechnie wydaje, ale akurat w Polsce szyby w oknach nie były w pełni rozpowszechnione jeszcze w XIX w. W pałacach, dworach, zamożnych domach mieszczańskich – tak. Tyle że w XV w. raczej gomółki. Patrzenie przez “szyby” raczej odpada.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

“Po pierwsze już w przedmowie. W XV w. nie funkcjonuje jeszcze polityczny byt zwany Rzeczpospolitą, ale Królestwo Korony Polskiej i Wielkie Księstwo Litewskie. Termin polski (kalka z łaciny) jest na pewno znany w XVI w. (Kochanowski), wcześniej – nie wiem, czy funkcjonuje.vPo pierwsze już w przedmowie. W XV w. nie funkcjonuje jeszcze polityczny byt zwany Rzeczpospolitą, ale Królestwo Korony Polskiej i Wielkie Księstwo Litewskie. Termin polski (kalka z łaciny) jest na pewno znany w XVI w. (Kochanowski), wcześniej – nie wiem, czy funkcjonuje. “ ja o tym nie wspominam w tekście, mając całkowitą świadomość, że ziemie te należały do Korony Świętego Wacława a biskup wrocławski mógł dostać te ziemię ( wieś Spaloną) od króla.

P.S. Dziękuję za opinię :)

 

W tekście nie ma, w przedmowie jest. Błąd pozostaje błędem niezależnie od tego, gdzie się znajduje. I nie chodzi o to, czy Korona Polska, czy Św. Wacława, ale o to, że w XV w. nie ma “Rzeczpospolitej”. Z koroną czeską to też nie takie oczywiste, bo Legnica chyba akurat do niej nie należała, w przeciwieństwie do Wrocławia. A gdzie konkretnie leży Spalona nie precyzujesz, więc to akurat najmniejszy problem, można założyć, że na ziemiach polskich.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ale rozszalały ten zapis przecinków. Dialogi też są niepoprawnie zapisane. 

Jak przedpiścy, też mam wrażenie, że opisujesz epokę znacznie późniejszą niż sugerujesz we wstępie. A jeżeli już upierasz się na XV w. – jakakolwiek dziwna choroba, powodująca zarażenie całej populacji kojarzyłaby się z Czarną Śmiercią. Zresztą dżuma szalała dość długo i pojawiała się okresowo, także w XV w. Niestety, jeszcze nie robiłam researchu na temat pojawienia się choroby w XV w. na terenach Królestwa Polskiego (za późne te średniowiecze na mój gust i nie ten region). Zresztą, Królestwo Polskie skutecznie izolowało przed pandemią. W każdym razie, mocno nie autentyczne jest, że lekarze nie rozpoznaliby w tym epidemii Czarnej Śmierci – wystarczyłoby na bardzo porządną panikę. 

Szkoda, bo pomysł jest ze zmarnowanym potencjałem – tajemnicza epidemia zombie w XV w. Naprawdę byłoby to fajne i czytałabym, gdyby jednak research był większy na temat nie tylko tej epoki, ale też na temat epidemii w tamtym okresie i wcześniejszych. 

  1. Co masz na myśli mówiąc, że dialogi są niepoprawnie zapisane?
  2. Nie piszę o Czarnej Śmierci, a choroba jest wymyślona na potrzeby opowiadania. 

Nie piszę o Czarnej Śmierci, a choroba jest wymyślona na potrzeby opowiadania. 

Deirdriu ma na myśli raczej to, że akurat w XV w. czarna śmierć jest tematem tak bardzo aktualnym, że dziwne jest, że nikomu się nie przypomina, nie kojarzy, w ogóle się o niej nie wspomina. Jest to bardzo słuszna uwaga.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Proszę jednak o merytoryczne uwagi, A to, że czarna śmierć jest czy nie jest tematem aktualnym to chyba nie należy do meritum :) 

Zdefiniuj, jak rozumiesz “merytoryczne uwagi”. Jeśli piszesz opowiadanie, które ponoć osadzasz w konkretnych realiach, co jawnie deklarujesz, a tym realiom brakuje sensu, to gdzie tu niemerytoryczność? Spróbuj sobie wyobrazić to, o czym pisze Deirdriu, na przykładzie AIDS pod koniec XX wieku – dziwna, niewyjaśniona choroba natychmiast wywoływałaby skojarzenia*, więc tym bardziej w czasach, kiedy pamięć o czarnej śmierci jest bardzo żywa, a jej ogniska ciągle obecne w Europie, przynajmniej lekarze powinni takie skojarzenia mieć.

 

SJP PWN:

merytoryczny «dotyczący treści sprawy, a nie jej strony formalnej»

 

* PS. Np. “Dracula” Coppoli tak bywał interpretowany (jako metafora AIDS), niezależnie od tego, czy reżyser miał takie intencje, czy nie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Główny bohater studiował nauki medyczne i zwrócił uwagę, że nie słyszał nigdy o chorobie opisanej w tekście. Więc pewnie , gdyby nią była, zapewne skojarzył by z czarną śmiercią, tym bardziej, że akcja opowiadania rozgrywa się w XV w

Jest jakiś pomysł, ale skrzywdzony wykonaniem. Potrenujesz, to będzie lepiej.

Mnie też końcówka nie przypadła zbytnio do gustu. Dlaczego akurat równe sto lat? No i nic oprócz Twojej deklaracji nie wskazuje, że to UFO. Bardziej niezidentyfikowane światełka w jeziorze. ;-)

Zapis dialogu do remontu. Jeśli wypowiedź kończysz kropką, to następne słowo dużą literą. Dowiedz się, kiedy stawiamy kropkę, a kiedy nie. Trafiają się problemy z pisownią łączną/ rozdzielną. No i widać taki ogólny brak wprawy w pisaniu.

– Oh, nie – żachnęła się lekko.

To po angielsku. W polskim jest “och”.

tylko gdzie nie gdzie między włosami

Gdzieniegdzie.

Było jeszcze przed południem nim dotarli do Spalonej.

Nie rozumiem tego zdania. Jeśli na przykład wyjechali o 10 rano, to było jeszcze przed południem i nie dotarli do Spalonej. Piętnaście minut później – podobnie. Ale nie wiadomo, kiedy dojechali. Jeśli o 16 – zdanie wciąż jest prawdzie.

zaczął lekarz biorąc do ust zaczęty wcześniej kęs chleba.

To znaczy, że odgryzł kawałek chleba, wypluł, a potem znowu wziął do ust?

Babska logika rządzi!

Serdeczne dzięki, Finkla :)

Małolepszo, zaczynam mieć podejrzenie, że nie jestem Ci w stanie, nawet z wsparciem Deirdriu, wytłumaczyć, w czym rzecz, bo po prostu odmawiasz przyjęcia do wiadomości krytycznych uwag. A rzecz nie w tym, że choroba, która jest “bohaterką” opowiadania nie jest dżumą – to akurat wiemy i to dobrze, bo chcesz mieć element fantastyczny i masz. Wymyślona przez Ciebie choroba jest ok, jest głównym motywem opowiadania – tu nikt nie ma zastrzeżeń. Chodzi o to, że w świecie, który deklarujesz jako tło Twojej opowieści (”w realiach”), w którym na dodatek przeciętny człowiek nie ma pojęcia o medycynie, a i specjaliści nadal marne, jest nieprawdopodobne, że nikt nie wspomni przy tej okazji o epidemii, która dopiero co dziesiątkowała ludzkość. Już pomijam, że baboli w kontekście tego rzekomego XV w. nasadziłaś sporo i nawet nie próbujesz ich poprawiać…

 

PS. Definicji pytań merytorycznych też nie widać, a z lektury komentarzy wychodzi na to, że chcesz otrzymywać jedynie pochwały :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wszystkim serdecznie dziękuję za cenne uwagi, w szczególności Staruchowi i Finkli :) 

Może i był tu jakiś pomysł, ale umieszczenie akcji w XV wieku i opisywanie sytuacji do tych czasów kompletnie nieprzystających, moim zdaniem, mocno opowiadaniu zaszkodziło. UFO zdaje się być tu wciśnięte na siłę i równie niewytłumaczalne jak pojawiające się tu i ówdzie kręgi w zbożu. Całości złego wrażenia dopełnia bardzo złe, wręcz niechlujne wykonanie.

Przykro mi to pisać, ale Tajemnicy Spalonej nie mogę uznać za satysfakcjonującą lekturę. :(

 

wziął szkla­ny słoik, scho­wał go w por­t­ki… –> Czy ów słoik, kiedy Bartek schował go w portki, nie wyleciał aby nogawką? Ciekawi mnie też, czy chłopakowi dobrze się gnało ze słoikiem w portkach.

 

To „ coś” wy­glą­da­ło na świa­teł­ko… –> Zbędna spacja po otwarciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

– „Cu­deń­ko” – po­my­ślał sobie. „Jesz­cze ta­kie­go świe­tli­ka żem nie wi­dział”. –> Tu dowiesz się, jak poprawnie zapisywać myśli bohaterów: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

po­wie­trze nie pręd­ko po­zwa­la­ło im spa­dać do wody. –> …po­wie­trze niepręd­ko po­zwa­la­ło im spa­dać do wody.

 

by wsko­czyć do je­zio­ra i do­tknąć tych ślicz­nie mie­nią­cych się nie­bie­skich świe­tli­ków. Po­sta­no­wił tak zro­bić. Szyb­ko wsko­czył do je­zio­ra… –> Powtórzenie.

 

roz­sie­wa­ło mniej­sze, które wolno wpa­da­ły do wody. Bar­tek wy­cią­gnął rękę i pod­sta­wił ją tak, że kilka mniej­szych spa­dło… –> Powtórzenia.

 

Chło­pak po­tarł dłoń o dłoń i ta­jem­ni­cze świa­teł­ka za­czę­ły się roz­pusz­czać two­rząc coś w ro­dza­ju mazi. Zdzi­wio­ny chło­pak pod­niósł… –> Powtórzenie.

 

bo pew­nie już tam w och­mi­strzy­ni nie­cier­pli­wi­ła się… –> Kim była ta, która niecierpliwiła się w ochmistrzyni?

 

-Pa­mię­tam, że w oko­li­cy wilki gra­su­ją. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się także w dalszym ciągu opowiadania.

 

– Pogoń i Trela, moje ko­cha­ne. Dawno żeśmy się nie wi­dzie­li. – po­wie­dział Kac­per głasz­cząc je po ple­cach i karku. –> – Pogoń i Trela, moje ko­cha­ne. Dawno żeśmy się nie wi­dzie­li – po­wie­dział Kac­per, głasz­cząc je po grzbiecie i karku.

O ile wiem, psy mają grzbiet, nie plecy.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Zaraz jed­nak wzrok skie­ro­wał na drzwi wej­ścio­we… –> A może zwyczajnie: Zaraz jed­nak spojrzał na drzwi wej­ścio­we

 

nie za­sta­na­wia­jąc się długo za­pu­kał do drzwi po czym po­cią­gnął za klam­kę. –> Czy aby na pewno w piętnastowiecznej osadzie drzwi wiejskiego domu miały klamkę?

 

Przy do­pa­la­ją­cej się świe­cy na sto­li­ku… –> Czy w piętnastowiecznych wiejskich domach były stoliki?

 

jakby pró­bu­jąc przy­po­mnieć sobie , kim on jest. –> Zbędna spacja przed przecinkiem. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

– Ucie­kaj stąd, ucie­kaj – mó­wiąc to roz­glą­da­ła się ner­wo­wo do­ko­ła… –> Skoro to XV wiek, napisałabym raczej: – Ucie­kaj stąd, ucie­kaj – mó­wiąc to roz­glą­da­ła się niespokojnie/ wystraszona do­ko­ła

 

– Dla­cze­go? – za­py­tał za­nie­po­ko­jo­ny matki za­cho­wa­niem. –> Raczej: – Dla­cze­go? – za­py­tał, za­nie­po­ko­jo­ny za­cho­wa­niem matki.

 

wzię­ła do­ga­sa­ją­cą świe­cę do ręki i zbli­ży­ła ją do twa­rzy męża.

W bla­sku świe­cy… –> Powtórzenie.

 

jego skóra wy­da­wa­ła się blado nie­bie­ska. –> …jego skóra wy­da­wa­ła się bladonie­bie­ska.

 

– Za­czę­ło się ze dwie nie­dzie­le nazad, może mniej. –> – Za­czę­ło się ze dwie nie­dzie­le temu nazad, może mniej.

 

Z resz­tą część służ­by ode­szła do swo­ich domów… –> Zresz­tą część służ­by ode­szła do swo­ich domów

 

sie­dział w bez­ru­chu pa­trząc na bli­żej nie okre­ślo­ny punk na stole. –> …sie­dział w bez­ru­chu, pa­trząc na bli­żej nieokre­ślo­ny punkt na stole.

 

Kac­per pod­szedł do matki tuląc ją w swych ra­mio­nach. –> Jak Kacper to zrobił, że będąc jeszcze w drodze do matki, już ją tulił w ramionach?

Pewnie miało być: Kac­per pod­szedł do matki i utulił ją w swych ra­mio­nach.

 

za dnia jakby wszyst­ko do normy wra­ca­ło. –> Czy piętnastowieczna wieśniaczka miała pojęcie, czym jest norma?

 

Roz­chy­li­li go tak ,by zo­ba­czyć… –> Zbędna spacja przed przecinkiem, brak spacji po przecinku.

 

widać było czte­ry na­kłu­cia– dwa na górze… –> Brak spacji przed półpauzą.

A tak przy okazji – mam wrażenie, że kilkakrotnie wspomniana świeczka która dopalała się w chwili przyjazdu Kacpra, już dawno powinna zgasnąć, a ponieważ nikt nie zapalił nowej, zastanawiam się co i jak mogli dostrzec tak Kacper, jak i matka, skoro w izbie, moim zdaniem, jest zupełnie ciemno.

 

od­po­wie­dzie­li chó­rem Kac­per z matką. –> Dwie osoby to chyba jeszcze nie chór.

 

Rok temu objął pro­bo­stwo w osa­dzie i twarz jego była nie­zna­na. –> Czy dobrze rozumiem, że po roku proboszczowania, twarz księdza nie była znana?

 

może me­dy­ków na­le­ża­ło by spro­wa­dzić do wsi? –> …może me­dy­ków na­le­ża­łoby spro­wa­dzić do wsi?

 

„ Oh, gdyby tu był teraz dok­tor Ra­dli­ca” –> „Och, gdyby tu był teraz dok­tor Ra­dli­ca”

 

Pa­mię­tał go jesz­cze z Kra­ko­wa. Jego wy­kła­dy były naj­cie­kaw­sze i wiel­ce po­ucza­ją­ce i za­wsze na­ka­zy­wał stu­den­tom… –> Czy aby w XV wieku studentów nie nazywano raczej żakami?

 

Mówić to pod­szedł do niego pró­bu­jąc uchwy­cić go za ra­mio­na, by dźwi­gnąć go z krze­sła. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne? Literówka.

Proponuję: Mówiąc to pod­szedł i spróbował uchwy­cić go za ra­mio­na, by dźwi­gnąć z krze­sła.

 

Za­czął wy­do­by­wać ze sie­bie ja­kieś dziw­ne jęki. –> Raczej: Za­czął wydobywać z sie­bie ja­kieś dziw­ne jęki.

 

by za­pa­no­wać nad ojcem., po­wstrzy­mu­jąc go. –> Zbędna kropka przed przecinkiem.

 

Wresz­cie Kac­per zo­ba­czył na ko­mo­dzie… –> Szczerze wątpię w obecność komody w piętnastowiecznym wiejskiej domu. Jeśli już, to mogła tam stać skrzynia.

 

jak by to miało mu pomóc w wy­do­by­ciu z sie­bie głosu.

– A cóż mia­łem robić? – wy­do­był ze sie­bie… –> Powtórzenie. Winno być: – wy­do­był z sie­bie

 

– Hm…trud­no. -od­rzekł szyb­ko. –> Brak spacji po wielokropku. Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

ła­piąc męża za stopy za­czę­ła do­ci­skać je do ma­te­ra­ca. –> Raczej: …ła­piąc męża za stopy, za­czę­ła do­ci­skać je do siennika.

 

Kiedy już upew­ni­li się, że na chwi­lę obec­ną mogą być bez­piecz­ni… –> Raczej: Kiedy już upew­ni­li się, że teraz są bez­piecz­ni

 

zbli­ży­li się do twa­rzy ojca.

– Czy abyś nie za mocno ude­rzył ojca? – za­py­ta­ła za­tro­ska­na matka.

Kac­per pod­szedł do sto­li­ka chcąc wziąć świe­cę potem usiadł na łóżku przy ojcu i pod­niósł mu naj­pierw jedną po­wie­kę potem drugą. Miał wra­że­nie, że źre­ni­ce re­ago­wa­ły na świa­tło i nie były roz­sze­rzo­ne. Potem wziął oj­cow­ski palec… –> Powtórzenia.

 

W tym cza­sie pro­boszcz wyjął swój mo­dli­tew­nik i za­czął przy łóżku mo­dlić się. –> Czy w XV wieku wiejscy księża mieli modlitewniki?

 

Kac­per zsiadł z konia i pro­wa­dząc go na po­stron­ku… –> A nie za uzdę?

 

wska­zu­jąc pal­cem ulicę bie­gną­cą od rynku, od­po­wie­dział:

– Tędy, panie, drugi dom po pra­wej stro­nie.

Kac­per ski­nął głową i ru­szył we wska­za­nym mu kie­run­ku. –> Powtórzenie.

 

Mło­dzie­niec po­pa­trzył na przy­by­sza z lekko zdzi­wio­nym wzro­kiem… –> Jestem przekonana, że młodzieniec popatrzył sam: Mło­dzie­niec po­pa­trzył na przy­by­sza lekko zdzi­wio­nym wzro­kiem

 

Kac­per wy­ja­śnił kim jest i poco przy­by­wa. –> …Kac­per wy­ja­śnił kim jest i po co przy­by­wa.

 

– Zaraz po­wiem go­spo­da­rzo­wi. –> Medyk w mieście chyba nie był gospodarzem.

 

sta­nął w nich sam we wła­snej oso­bie dok­tor Ra­dli­ca. –> Masło maślane. Czy mógł stanąć sam w cudzej osobie?

Wystarczy: …sta­nął w nich sam dok­tor Ra­dli­ca.

 

– Oo..witaj mój chłop­cze! –> Jeśli miał być wielokropek, brakuje jednej kropki i spacji po nim.

Wielokropek ma zawsze trzy kropki!

 

Zsie­dli z koni, któ­ry­mi nie­chyb­nie sta­jen­ny za­opie­ko­wał się… –> Mam wrażenie, że miało być: Zsie­dli z koni, któ­ry­mi natychmiast  za­opie­ko­wał się stajenny

 

– Aa …i ow­szem – od­rze­kła ko­bie­ta. –> Zbędna spacja przed wielokropkiem, brak spacji po wielokropku.

 

Kazał przy­słać po niego, kiedy bę­dzie znów po­trzeb­ny. –> Kazał przy­słać po siebie, kiedy bę­dzie znów po­trzeb­ny.

 

Był przy­tom­ny, bo oczy miał otwar­te i widać było, że zmie­nio­no mu przy­odzie­wek do spa­nia. Nogi też były oswo­bo­dzo­ne. –> Lekka byłoza.

 

– Hmm…– za­mru­czał Ra­dli­ca.– Mia­łem… –> Brak spacji po wielokropku. Ten błąd pojawia się wielokrotnie. Brak spacji po kropce.

 

Stary Pie­czeń­ski drze­mał w łóżku, to też resz­ta ro­dzi­ny… –> Stary Pie­czeń­ski drze­mał w łóżku, toteż resz­ta ro­dzi­ny

 

obec­ność duchowej osoby w trud­nej sy­tu­acji, za­wsze da­wa­ła jej otu­chy. –>…obec­ność du­cho­wnej osoby w trud­nej sy­tu­acji, za­wsze da­wa­ła jej otu­chę. Lub: …obec­ność du­cho­wnej osoby w trud­nej sy­tu­acji, za­wsze doda­wa­ła jej otu­chy.

 

jak mó­wi­ła: „ z du­cho­wą osobą bli­żej Boga”. –> …jak mó­wi­ła: z du­cho­wną osobą bli­żej Boga”.

 

Pro­boszcz ski­nął głową w kie­run­ku Ra­dli­cy, po czym za­py­tał:

– I co? Wia­do­mo już, co do­le­ga cho­re­mu? – za­py­tał za­sia­da­jąc ze wszyst­ki­mi do stołu. –> Ile pytań zadał proboszcz?

 

Jed­nak, by i to za­wio­dło, wów­czas jeno w Panu Bogu po­zo­sta­je na­dzie­ja. –> Raczej: Jed­nak, gdyby i to za­wio­dło

 

czy ktoś z po­dwó­rza, mimo po­za­my­ka­nych wszę­dzie drzwi, nie wtar­gnął do środ­ka.

Z po­dwó­rza do­bie­ga­ły głosy… –> Powtórzenie.

 

Ude­rze­nia nie były zbyt silne także szyby… –> Ude­rze­nia nie były zbyt silne, tak że szyby

 

który ze czte­ry dni nazad za­ata­ko­wał… –> …który ze czte­ry dni temu nazad za­ata­ko­wał

 

za­py­tał upew­nia­ją się swych myśli. –> …za­py­tał, upew­nia­jąc się swych myśli.

Na czym polega upewnianie się własnych myśli?

 

że aż nogi od krze­sła po­ła­mał. Oj­ciec za­chwiał się na no­gach… –> Powtórzenie.

 

W tym cza­sie Ra­dli­ca chwy­cił za me­ta­lo­wy świecz­nik… –> W tym cza­sie Ra­dli­ca chwy­cił me­ta­lo­wy świecz­nik

 

Dy­szał tak z prze­ra­że­nia, bo o to zdał sobie spra­wę… –> Dy­szał tak z prze­ra­że­nia, bo oto zdał sobie spra­wę

 

– Synu – za­ję­cza­ła szlo­cha­jąc lekko. –> Obawiam się, że jeśli szlochała, to nie lekko, a wręcz przeciwnie.

 

Oj­ciec mnie ugryzł. –> Ugryzł ją mąż, nie ojciec.

 

– Nie robił bym tego – prze­rwał Ra­dli­ca. –> – Nie robiłbym tego – prze­rwał Ra­dli­ca.

 

Kac­per zna­lazł ją pod su­fi­tem także szyb­ko na­wi­nął na palec nić… –> Kac­per zna­lazł ją pod su­fi­tem, tak że szyb­ko na­wi­nął na palec nić

 

Kac­per pod­szedł do szaf­ki, gdzie trzy­ma­no czy­stą bie­li­znę. –> Mam wrażenie, że w XV wieku bieliznę trzymano w skrzyniach, nie w szafkach.

 

Ksiądz bi­skup nie wiele wy­ja­śnił… –> Ksiądz bi­skup niewiele wy­ja­śnił

 

Grze­chem było by prze­cież… –> Grze­chem byłoby prze­cież

 

– Lu­dzie we wsi nie śpią, tak jak by się coś dzia­ło. –> – Lu­dzie we wsi nie śpią, tak jakby się coś dzia­ło.

 

Nagle zo­ba­czy­li zbli­ża­ją­cych się do nich kilku osad­ni­ków. –> Jacy osadnicy? Cały czas była mowa o mieszkańcach wsi.

 

Nie było do­brze widać ich twa­rzy w ciem­no­ściach, ale ich dziw­ny spo­sób po­ru­sza­nia się mocno za­nie­po­ko­ił wie­leb­nych. Kiedy po­de­szli do nich na tyle bli­sko, by zo­ba­czyć ich dziw­ny wyraz twa­rzy… –> Nadmiar zaimków. Powtórzenia.

 

bo już kilku opę­ta­nych chcia­ło do­paść i jego i koni. Kiedy już uje­cha­li… –> Powtórzenie.

 

jasno przed­sta­wił sy­tu­ację, także je­cha­li­śmy tu już z pra­wie wy­raź­nym celem. –> …jasno przed­sta­wił sy­tu­ację, tak że je­cha­li­śmy tu już z pra­wie wy­raź­nym celem.

 

Mie­szał się z ludz­kim krzy­kiem pły­ną­cych z ciał tra­wio­nych przez pło­mie­nie. –> Mie­szał się z ludz­kim krzy­kiem, pły­ną­cym z ciał tra­wio­nych przez pło­mie­nie.

 

wy­do­sta­li się z pło­ną­ce­go domu. Mieli po­pa­rzo­ne ciała. Za pło­ną­cym domem… –> Powtórzenie.

 

Za pło­ną­cym domem do­strze­gli je­dy­ną drogę wy­do­sta­nia się ze wsi nie pil­no­wa­nych przez zbroj­nych… –> …drogę wy­do­sta­nia się ze wsi, niepil­no­wa­ną przez zbroj­nych

 

– Prze­cież wiesz, że i tak nie było by ra­tun­ku… –> – Prze­cież wiesz, że i tak nie byłoby ra­tun­ku

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki regulatorzy:) Oczywiście tekst cały czas poprawiam zgodnie z uwagami :)

Jest tu pomysł, ale skrzywdzony wykonaniem. Głównie brakiem napięcia – niby te zombiaki (czy aby na pewno? Na pewno pasują do ogólnego opisu) stanowią zagrożenie, niby bohaterowie uciekają, próbują uniknąć pogryzienia, ale opisujesz to w taki sposób, że ja groźby dla głównej postaci nie czułem. Brakuje też zarysowania szerszego kontekstu – jaki był wpływ tejże epidemii na okolicę, co ma z tym wspólnego UFO (ja też miałem odczucie, że wydaje się wciśnięte na siłę) itp.

Nie ma co jednak zwieszać głowy, każdy kiedyś zaczynał. Chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Czasami brakuje przecinków w zdaniach złożonych, na przykład tutaj: 

Kiedy znalazł się nad wodą[+,] uwagę jego przykuło coś, czego dotąd nie widział.

Tymczasem kula przestała krążyć nad jeziorem i zaczęła unosić się w kierunku nieba[+,] aż w końcu zniknęła Bartkowi z oczu.

Wóz toczył się wyboistą drogą[+,] przez co podróż wydłużała się Kacprowi, który właśnie powracał z Włoch do rodzinnego domu.

Kacper odnosił wrażenie[+,] jakby wszyscy mieszkańcy już spali, bo nie widać było żadnych świateł w domach ani krzątających się wokół obejść[-,] ludzi.

Jedyna myśl, jaka krzątała się teraz w jego umyśle to wyjechać do Wrocławia , by sprowadzić lepszego medyka, nawet dwóch.

Niepotrzebna spacja przed przecinkiem.

– Ojcze![-,] Michale!

Jak to ?

Niepotrzebna spacja.

– Szukam doktora Radlicy.

– Szukam doktora Radlicę.

Wpierw myśleli, że to Wielka zaraza nawiedziła wieś.

Po co ta duża litera?

 

To Twój debiut tutaj, więc gdy zobaczyłam poważniejsze potknięcia, zaczęłam je wypisywać, żeby wskazać Ci rodzaj błędów. Potem jednak zobaczyłam Twoją reakcję na komentarze i mam wrażenie, że zmarnowałam swój czas. 

Opowiadanie zostało opublikowane trzy tygodnie temu i nadal nie da się go płynnie czytać.

Jeśli chcesz słyszeć, że tekst jest dobry, to go dobrze napisz.

Dziękuję za merytoryczne uwagi i za subiektywną opninię co do komentarzy:) Pozdrawiam :)

Przeczytane. Jakoś mi nie przypadło do gustu. Nie do końca potrafię zdefiniować dlaczego. Pomysł całkiem-całkiem, podoba mi się próba stylizacji na język epoki, ale… kłopot w tym, że w ogóle nie czułem napięcia. To jest właściwie opowieść grozy i sporo w niej scen, które powinny straszyć, a mnie kompletnie nie przejęły. Jakby pomiędzy mną a bohaterami nie było żadnej więzi. Mało tego, miałem wrażenie, jakby więzi nie było też między nimi. Postacie z mojej perspektywy to kukły, które rzucają frazy bardziej w powietrze niż do siebie nawzajem (jak u Czechowa, ale on to robił specjalnie). Nie wiem z czego dokładnie to moje odczucie wynika, nie potrafię odnieść się do konkretnych fragmentów czy technikaliów, zatem potraktuj moją ocenę jako skrajnie subiektywną.

Przeczytane.

Nowa Fantastyka