- Opowiadanie: Herbina - Fan

Fan

 Wszechpotężna kosmitka przedstawia losowo wybranym Ziemianom interesującą propozycję znalezienia się w innym świecie.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Fan

W kolejce stało dziś mniej osób, niż kiedy Adam Bonarski ostatnio odwiedził Palo – statek należący do Valris. Miało to miejsce poprzedniej nocy bo i tylko we śnie mógł tu przybywać. Ludzi było mniej nawet, niż za pierwszym razem jego bytności tutaj, co zdarzyło się trzy miesiące temu, kiedy Valris, jego Kosmiczna Przyjaciółka, nawiązała z nim kontakt. Stojący w niekończącym się ogonku reprezentowali obie płcie (choć Adam zauważył, że mężczyźni zdecydowanie przeważali) i pełen przekrój wiekowy; od kilkulatków do tych, którzy zdecydowanie dawno przekroczyli już osiemdziesiątkę. Najwięcej znajdowało się jednak wśród nich nastolatków i dwudziestoparolatków, a więc osób znacznie młodszych od Bonarskiego, który przed kilkoma dniami wkroczył w pięćdziesiąty rok życia.

Pochodzili z różnych kultur. Najwidoczniej jego Kosmiczna Przyjaciółka – tak w każdym razie przedstawiła się Adamowi podczas pierwszego spotkania, dopiero później podając mu swoje prawdziwe imię – nie faworyzowała tylko Europejczyków. Podczas kilku swych pierwszych wizyt w na poły tylko istniejącym w realnym świecie statku kosmitki, mężczyzna zauważył inną śniącą – monstrualnie otyłą, czarnoskórą kobietę po czterdziestce, odzianą w długą kwiecistą szatę, którą nie bez zdziwienia zidentyfikował jako tradycyjne somalijskie guntiino. Pulchna dama, sapiąc ciężko i ocierając pot z czoła chusteczką, której jaskrawa biel żywo kontrastowała z odcieniem jej skóry, zawsze przystawała nieco z tyłu, jakby onieśmielona całą tą sytuacją. A może tylko zastanawiała się czy, kiedy nadejdzie jej kolej, przejść wreszcie przez portal. Bonarski na początku widział ją każdej nocy podczas wizyt na Palo, lecz grubaska skrywała się za plecami innych ludzi z tłumu, mężczyzna zatem nie miał sposobności zamienić z nią ani słowa. Fakt, że nie mówiła po polsku, nie znaczył nic w astralnym świecie. Wszyscy tu rozumieli się nawzajem doskonale, niezależnie od tego jakim językiem władali w świecie jawy. Zresztą Somalijka była tu tylko pięć czy sześć razy, zanim pewnej nocy Adam pojawił się na statku i więcej jej tam nie ujrzał. Nie miał pojęcia czy kobieta przestała tu przychodzić, czy po prostu podjęła ostateczną decyzję i wkroczyła do portalu wiodącego do prywatnych kwater Valris. Tych kilkoro ludzi, których o to nieśmiało zagadnął, również nie znało odpowiedzi na jego pytanie. Somalijska dama i jej los, na zawsze pozostały więc dla Bonarskiego kotem Schrödingera.

Palo odwiedzała także sędziwa Japonka z pomarszczoną jak suszona śliwka twarzą, zawsze nosząca tradycyjne zori i proste niebieskie kimono. Adam widywał ją tu niekiedy, w tej specyficznej, oślepiającej bielą poczekalni statku, jak leciwa dama rozglądała się z widoczną ciekawością, niemal jakby zastanawiała się co to za miejsce i co ona tutaj robi. W tłumie przemknął się też wysoki mężczyzna w stroju amisza, który pojawił się na tam raz czy dwa, ale to było przeszło miesiąc temu i Bonarski nie widział go od tamtego czasu.

Przeważająca większość tych, którzy oczekiwali w kolejce na statku panny Q, jak Adam, fan „Star Treka”, żartobliwie zaczął na własny użytek nazywać Valris, była jednak zwykłymi, pospolicie wyglądającymi białymi ludźmi, noszącymi zwyczajne europejskie ubrania. Ich oczy miały wyraz lęku. Niemal nikt nie rozmawiał z sąsiadami, po prostu stali tam, czekając. Na twarzach tych, którzy w swej astralnej postaci, odwiedzali statek, malował się nieodmiennie taki sam, delikatny, półprzytomny uśmiech. Najwyraźniej Ziemianie nie mogli uwierzyć gdzie się znajdowali, składając całe to doświadczenie na karb nadzwyczaj realistycznego snu. Niektórzy z tych, którzy czekali aż nadejdzie ich czas by porozmawiać z Kosmiczną Przyjaciółką, uśmiechali się znacznie szerzej, całkiem jakby oto miało się ziścić ich największe marzenie. Co zresztą w wielu przypadkach było szczerą prawdą. Rozpromienione twarze ludzi z tłumu, przypominały Adamowi widoczki z broszurek Świadków Jehowy, przedstawiające szczęśliwych zbawionych pośród szmaragdowozielonych pól niczym z rajskiego ogrodu. Istota, która wezwała tu ich wszystkich, zabierając ich na Palo, nie była oczywiście chrześcijańskim Bogiem, w którego istnienie Adam nawet nie wierzył. Był to ktoś niemal równie potężny i, co więcej, hojnie udzielający swych łask całkowicie za darmo. Żeby być bardziej precyzyjnym, pozwalający tym, których uznał – uznała – za wartych tego zaszczytu, na życie w zupełnie nowej, wybranej przez ich samych rzeczywistości.

Nie był to jednak ojczysty świat Valris; nie. Kosmitka bynajmniej nie proponowała wybranym przez siebie w różnych zakątkach świata Ziemianom przeniesienia się na swoją planetę. Nie byłoby to zresztą nawet możliwe ponieważ ojczysty świat panny Q, został zniszczony wiele lat temu w bezsensownej wojnie z istotami z innego układu gwiezdnego. To właśnie ta katastrofa zmusiła ją i innych niedobitków do poszukania bardziej odpowiedniego miejsca do zamieszkania. Jej wybór padł na Ziemię. Jak z dumą wyjaśniła Bonarskiemu podczas ich spotkania, cywilizacja, z której pochodziła, osiągnęła tak wysoki poziom rozwoju, że spełnianie życzeń zwykłych śmiertelników z planety Ziemia było dla niej zwykłą dziecinną igraszką. Mężczyzna był wtedy pogrążony w głębokim śnie i gdyby nie jego niesłychana realistyczność, z pewnością wziąłby go za zwyczajne marzenie senne. To właśnie zamierzała zrobić Kosmiczna Przyjaciółka Bonarskiego; zamierzała pobawić się w stwórcę, spełniając marzenia losowo wybranych Ziemian. To właśnie wtedy Adam zaczął nazywać Valris panną Q, jako że jej moc przypominała mu moce przedstawicieli Kontinuum Q ze „Star Treka”. Ziomkowie kosmitki byli istotami zbudowanymi z energii, wyzwolonymi z okowów materii, która wciąż więziła dusze mieszkańców planety Bonarskiego. Sfera duchowa nie miała przed nimi tajemnic; wprost przeciwnie, rasa właścicielki Palo mogła wedle swej woli kształtować delikatną materię astralną, tworząc z niej najbardziej niezwykłe światy. Valris mogła porywać mieszkańców Ziemi na swój niewidzialny, zbudowany z czystej energii tak jak i jej własne ciało, statek, gdy jej wybrańcy znajdowali się w stanie snu. Zabierała tam ich dusze, by jej Ziemscy Przyjaciele – tak zwracała się do nich kosmitka – mogli podjąć decyzję o wkroczeniu do krainy, która tak nieoczekiwanie i tak szczodrym gestem była im ofiarowywana.

Valris dobrze znała kulturę planety Adama. W końcu spędziła tu przeszło dwadzieścia ziemskich lat, jak wytłumaczyła mężczyźnie podczas swej wizyty w jego śnie. Będąc telepatką, mogła wchłaniać wiedzę Ziemian prosto z ich umysłów, była więc dobrze obeznana z ich twórczością, która fascynowała ją jako członkinię wyrafinowanej rasy o wysokiej kulturze. Dlatego też, tknięta nagłym kaprysem, postanowiła wyjść z propozycją, którą przedstawiła Bonarskiemu i jego towarzyszom z poczekalni na Palo. Każde z nich miało zostać mianowicie zabrane przez nią do wymyślonej krainy, którą wybrali. To było jedyne ograniczenie dotyczące życzeń oczekujących na spełnienie się swego marzenia Ziemskich Przyjaciół panny Q – musiał być to wybrany przez ich samych świat z książki lub filmu, w którym mieli spędzić odtąd resztę życia. Ta oferta, tak wielkodusznie przedstawiona Adamowi, umożliwiała mu wybranie rzeczywistości dowolnie wybranej przez niego ziemskiej powieści, filmu, komiksu, ba, nawet obrazu lub mitu, jeśli tylko sobie tego życzył. Taki był kaprys Kosmicznej Przyjaciółki Ziemian.

Mężczyzna nie miał pojęcia dlaczego tak właśnie było, wyglądało jednak na to, że ograniczenie to podyktowała Valris chimeryczna natura, jaka zdawała cechować kosmitkę. Kosmitkę? A może kosmitę? Bonarski nie wiedział bowiem również do której właściwie płci należała Valris i jak naprawdę wyglądali przedstawiciele jej rasy, jako że jej wygląd – rysy twarzy, kolor oczu, skóry i włosów – zmieniał się nieustannie. Gdy zapytał o to swą Przyjaciółkę, uśmiechnęła się tylko tajemniczym uśmiechem Sfinksa, który sprawił, że Adam poczuł nie całkiem nieprzyjemny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa i powiedziała, iż mógł określać ją jak mu się żywnie podobało. Kobieta, mężczyzna, hermafrodyta czy też ktoś nieposiadający płci – wszystko to zależało od tego w jaki sposób chciałeś postrzegać Valris, jako że ciała jej ziomków nie znały pod tym względem żadnych konwencjonalnie pojmowanych ograniczeń. Dla Bonarskiego jednak, panna Q wyglądała jak oszałamiająco piękna kobieta, bardziej zmysłowa niż jakakolwiek, którą miał okazję w życiu spotkać. Uznałby się za szczęściarza, gdyby ta zapierająca dech w piersiach, kapryśna piękność stała się jego drugą połówką. Wiedział jednak, że nigdy się to nie zdarzy, a nawet gdyby jakimś nadzwyczaj szczęśliwym zbiegiem okoliczności tak miało się stać, nie byłby nigdy szczęśliwy z tą tak zimną i okrutną kosmiczną damą.

Tak, Valris taka właśnie była, Adam nie mógł się łudzić. Rozmawiał z nią wprawdzie tylko raz, ale ten jeden raz mu wystarczył. Posągowa fascynująca piękność, bardziej urodziwa od najpiękniejszej ziemskiej kobiety, ale w tym samym czasie istota, w której piersi biło serce z lodu. Jeśli rzecz jasna współplemieńcy panny Q w ogóle posiadali serca w swych eterycznych ciałach. Możliwość zaspokajania pragnień Ziemian była dla niej czystą radością, jak wyjaśniła mężczyźnie kosmitka, uśmiechając się słodko i prężąc swe zmysłowe ciało w sposób, jaki sprawił, że Adamowi zaschło w gardle. Pięćdziesięciolatek nie był już naiwnym młodzikiem i dlatego też już od początku zaczął coś podejrzewać, aczkolwiek starał się wówczas blokować te myśli, by Valris ich nie odczytała. Nie mógł wyobrazić sobie tej olśniewającej kosmicznej damy sprawiającej przyjemność Ziemianom po prostu dlatego, że tego pragnęła; owa altruistyczna postawa w ogóle do niej nie pasowała. W ofercie właścicielki Palo musiał – po prostu musiał – być jakiś haczyk, którego Bonarski nie rozumiał, ale panna Q rzecz jasna nie wytłumaczyła mu tego, gdy poprosił o dodatkowe wyjaśnienia. Za całą odpowiedź musiał mężczyźnie wystarczyć enigmatyczny, czarujący, ale zarazem, jak zauważył, chłodny uśmiech, który przez moment rozjaśnił twarz jego Kosmicznej Przyjaciółki.

Podczas ich pierwszego, a zarazem ostatniego spotkania, mężczyzna został po raz pierwszy zabrany przez Valris na jej statek, który zdawał się istnieć tylko w świecie snów. Do swoistej poczekalni, składającej się z jednego wąskiego korytarza, tak długiego, że Adam nie mógł zobaczyć gdzie się kończył,. Był po brzegi wypełniony ludźmi, którzy, jak domyślił się Bonarski i, co później potwierdziły ukradkowe rozmowy z nimi, otrzymali tę samą ofertę. Kolejka nie była wszakże zwyczajnym ogonkiem, w którym ludzie stoją jeden za drugim; sprawiała po prostu takie wrażenie ze względu na wąskość korytarza z jego oślepiająco białymi ścianami, białą podłoga i białym portalem, mającym tak nieoczekiwany na statku kosmicznym pozór masywnych rzeźbionych wrót. To przed nimi wszyscy oni się tłoczyli. Stojąc tam, nie odczuwałeś żadnego zmęczenia, ostatecznie działo się to wszystko w astralnej krainie, a zatem niezależnie od tego jak wiele czasu spędzał tam mężczyzna, mógł stać tak całymi godzinami. Od czasu do czasu, ktoś przechodził przez portal, przeciskając się przez tłum, by przekroczyć wrota po to, by nigdy stamtąd nie powrócić.

Adam i inni wybrani przez pannę Q mieli tyle czasu ile tylko żywnie pragnęli na to, by dokonać wyboru rzeczywistości, w której mieli odtąd spędzić resztę swego życia. Wracali tu we śnie każdej nocy i czekali, aż przyjdzie ich kolej. A gdy tak się działo, nie byli bynajmniej zmuszani do przejścia przez portal, prowadzący do kwater Valris. Mogli tam stać tak długo, jak tylko chcieli, żeby rozważyć swój wybór raz jeszcze i powrócić tu następnej nocy. Bonarski zdecydował się używać tego przywileju tak wiele razy, jak to tylko możliwe. Miał w końcu tyle czasu, ile żywnie potrzebował na podjęcie decyzji.

I mógł to zrobić, rozmawiając szeptem – w tej olbrzymiej, ciągnącej się po horyzont sali nikt nie śmiał podnieść głosu – z innymi, którzy również oczekiwali. W ciągu tych trzech miesięcy poznał tu kilka osób, którym za każdym razem kiwał głową na powitanie, gdy tylko ich zobaczył. Nie wiedział wiele o swoich nowych znajomych, znał tylko ich imiona; widok tego sterylnie wyglądającego, nieprzyjaznego miejsca, pełnego obcych ludzi, bynajmniej nie nastrajał do zwierzeń.

Do tych osób należała mała Folami. Ta pochodząca z Nigerii dziewczynka miała dziewięć lat, choć wyglądała znacznie młodziej. Była bardzo dojrzała jak na swój wiek. Fascynowały ją mity jej kraju i zachwycała ją myśl, że mogłaby zobaczyć na własne oczy ich bohaterów – samego stwórcę Olódùmarè, duchy irunmole i cała resztę boskiej rodzinki. Małą, z którą Adam się zaprzyjaźnił mimo dzielącej ich różnicy wieku, bardzo ekscytowała ta perspektywa. Mężczyzna kwestionował wprawdzie etyczność postawienia kilkulatki przed takim wyborem, ale… jeśli Folami naprawdę chciała wkroczyć do świata mitów, o których mu opowiadała, niech i tak będzie. Adam nie sądził, że Valris zgodziłaby się zmienić swoją decyzję. Podobnie jak Q ze „Star Treka”, zdawała się wszechpotężna i szczodrze udzielała swoich darów kiedy tylko miała na to ochotę, niezależnie od tego czy były one dla niektórych odpowiednimi. Folami, jak dotąd, bała się jednak wkroczyć do wybranej przez nią krainy. Jak większość ludzi w tym miejscu, włączając w to samego Bonarskiego, odkładała chwilę przejścia na później. Młodziutka Nigeryjka twierdziła, że chce tylko przedłużyć radość oczekiwania, ale mężczyzna wiedział, że nie mówiła całej prawdy. Mogła co prawda przekonywać samą siebie że było właśnie tak jak twierdziła, ale pięćdziesięciolatek wiedział, że za wahaniem dziecka kryło się coś więcej. Dużo, dużo więcej.

Folami była przerażona. Mężczyzna mógł niemal namacalnie poczuć strach w jej słowach, gdy dziewczynka tłumaczyła mu, że po prostu nie chce opuścić rodziny. To proste oświadczenie nie było mimo wszystko tym, czym na pozór mogło się zdawać; mała, niezależnie od tego, na jak dzielną próbowała wyglądać, obawiała się oferty jej Kosmicznej Przyjaciółki równie mocno, jak sam Adam. To dlatego zwlekała. Miała tylko dziewięć lat, więc nie potrafiła ująć swych odczuć w słowa tak dobrze jak Bonarski, ale to właśnie czuł mężczyzna.

Strach. Lęk przed opuszczeniem rzeczywistości, w której żył przez pięćdziesiąt lat, na rzecz tej, którą sam miał wybrać, nawet jeśli miało się okazać, ze będzie to zmiana na lepsze. Życie Adama Bonarskiego było bardzo samotne. Był rencistą, nie pracował, a ze względu na nieśmiałość, nigdy nie miał zbyt wielu kolegów. Żywił wprawdzie cichą nadzieję na nagłą odmianę losu, teraz jednak gdy ten moment nadszedł, po prostu się go bał. Mógł zrozumieć swoją małą przyjaciółkę. O, jak dobrze ją rozumiał.

Nie zamierzał jednak pozwolić żeby ta obawa, która zdawała się przenikać każdą komórkę jego ciała, sprawiła, by odrzucił propozycję kosmitki. Mężczyzna zdecydował, że jego przejście do wybranej przezeń krainy, odbędzie się właśnie teraz. Stojąc w tłumie między nastoletnią fanką „Zmierzchu” a rudowłosym młodzieńcem, radosnym szeptem informującym każdego w zasięgu słuchu, że za chwilę poprosi ich Przyjaciółkę o życie w świecie „Gwiezdnych wojen”, Bonarski wiedział już, że ta noc przypieczętuje jego los.

Podczas ich spotkania, panna Q poinformowała Adama co się stanie, gdy ostatecznie podejmie decyzję. Jego duch przeniesie się do astralnego świata, podczas gdy pozbawione życia ciało zostanie odnalezione następnego dnia. Czy też raczej, podejrzewał mężczyzna, nie wcześniej niż za jakieś kilkanaście dni, kiedy, zaniepokojeni wydobywającym się z mieszkania Bonarskiego zapachem, sąsiedzi wezwą policję. Pięćdziesięciolatek mieszkał bowiem samotnie. Nie miał żony ani partnerki. Wszystkie kobiety, które znał, uważały go za przeraźliwie nudnego nerda.

Podczas kiedy tłum przerzedzał się, gdy oczekujący przechodzili kolejno przez portal, by już nie powrócić, przekonanie Adama, że musi się to zdarzyć tej nocy, tylko przybrało na sile. Szeroko uśmiechnięty, płomiennowłosy fan „Gwiezdnych wojen”, dość niepewnie zapukał do wrót, które z cichym szumem w jednej chwili otworzyły się, by go wpuścić, a jakąś minutę później podążyła za nim młodociana miłośniczka powieści o Belli Swan. Bonarski nie miał pojęcia, o czym mogła rozmawiać z nimi Valris, ale wiedział, że już wkrótce sam się o tym dowie. Jeszcze tylko chwila. Fanka dzieł pani Meyer, najwyżej piętnastoletnia i wyjątkowo ładna, o klasycznych rysach drobnej twarzyczki, zarumienionej teraz z podniecenia, szybko ruszyła do portalu, radośnie machając na pożegnanie Adamowi.

Małoletnia fanka opowieści o wampirach, przeszła przez wrota kwadrans temu i mężczyzna zaczął się już niecierpliwić. Co ta niemądra dziewczyna robiła tam tak długo? Inni ludzie, którzy weszli do kwatery Valris, spędzali z kosmitką najwyżej minutę, aż rzeźbione wrota otwierały się ponownie i dało się zza nich słyszeć słodki głos właścicielki Palo:”następny!”. Adam zacisnął pięści w kieszeniach spodni, oczekując na swoją kolej, dopóki portal nie otworzył się ponownie i panna Q zawołała:”proszę!”.

Mężczyzna już bez lęku przeszedł przez portal na statku Valris – jego Kosmicznej Przyjaciółki, wygnanki z nieistniejącej już planety. Splendor i niezwykłość pomieszczenia, które ujrzał, oszołomiły go na moment, zagłuszając w nim wszelki strach. Prywatne apartamenty panny Q były nienaturalnie wprost olbrzymie, rozciągając się po sam horyzont; mężczyzna nie widział gdzie się kończyły. Ich wyposażenie nie przypominało standardowego wyposażenia UFO, takiego jakim Bonarski je sobie wyobrażał, obejrzawszy wiele filmów science fiction. W niemal pustej kwaterze właścicielki Palo, jeśli nie liczyć dziwnie niematerialnie wyglądającej leżanki z nieznanego mężczyźnie, połyskliwego, półprzejrzystego materiału, na której spoczywała kosmiczna dama, wiła się błękitnawa mgiełka. Nareszcie, Adam stał teraz przed kosmitką, uśmiechającą się doń lekko.

Na jej twarzy malowało się uczucie, jakiego Bonarski nie potrafił w żaden sposób zidentyfikować. Niecierpliwe oczekiwanie? Radość z możliwości pomocy swym Ziemskim Przyjaciołom? Mężczyzna nie był pewien. Cokolwiek jednak mogła myśleć jego Przyjaciółka, nie miało to teraz znaczenia; za moment będzie już w innym świecie.

Było to naprawdę dziwne doświadczenie, ale nic dotyczącego przedstawicielki tak starej i rozwiniętej technicznie rasy, nie mogło być zwyczajne. Sprawiało to wrażenie prawdziwych czarów. Pięćdziesięciolatek przypomniał sobie słowa Arthura C. Clarke'a, że wystarczająco rozwinięta technologia jest nieodróżnialna od magii i najwyraźniej tak właśnie miała się rzecz w tym przypadku. Powoli zbliżył się do spoczywającej na leżance Valris..

Ta wstała. Adam poczuł w sercu dziwne ukłucie strachu. Uśmiechnął się nerwowo, jakby próbując dodać sobie otuchy przed zbliżającą się podrożą w nieznane, zanim wypowiedział pierwsze słowa, od kiedy tu przyszedł:

– Jestem gotowy.

Desperacko pragnął mieć to już za sobą, pragnął żeby się to skończyło, tak żeby nareszcie mógł cieszyć się życiem jako bohater fikcyjnej krainy.

– Czy już wybrałeś świat, do którego pragniesz się udać?

Nie były to prawdziwe słowa – to, jak za pierwszym razem, melodyjny głos Valris rozbrzmiał wewnątrz jego mózgu. W ten sposób kontaktowali się przedstawiciele jej rasy. Właścicielka Palo stała teraz obok Adama, trochę od niego wyższa, patrząc na mężczyznę porozumiewawczo.

Bonarski podniósł nieco głowę, by spojrzeć w zielone oczy kosmitki. Przełknął ślinę.

– Tak, już wybrałem. Proszę, zabierz mnie do świata z opowiadań Howarda Phillipsa Lovecrafta. Czy słyszałaś o nim kiedyś? To słynny amerykański pisarz. Od lat nie żyje.

Kosmitka zachichotała dźwięcznie, jakby jej interlokutor powiedział właśnie najśmieszniejszą rzecz na świecie. Klasnęła w dłonie, z których uniósł się rój nienaturalnie dużych, fioletowych motyli, jakich nigdy nie mogło być na Ziemi. Niespodziewanie, Adam poczuł się bardzo mały wobec potęgi Valris.

– Oczywiście, że wiem. – Słodki głos Valris rozbrzmiał ponownie w jego myślach. – Wiem wszystko, jestem przecież telepatką. Zdaję sobie sprawę, że się boisz, zapewniam jednak, że nie musisz. Wybrałeś mądrze. Nie może ci się tam stać nic złego bo nie jest to prawdziwa rzeczywistość. Po prostu astral. A ludzie tam mieszkający nie są realni. Wygląda to jak prawdziwy świat, ale to tylko wyobraźnia pisarza. To naprawdę niesamowite uczucie, pomagać Ziemianom zaspokajać ich najskrytsze marzenia. Są zwykle nudnymi, jak wy to mówicie, nerdami, a ich życie też jest przeraźliwie nudne. Dzięki mej szczodrości, może ono teraz zalśnić nowym blaskiem, jeśli wolno mi użyć tego poetyckiego określenia. Z pewnością jesteś mi wdzięczny za ten wspaniały dar.

W tym ostatnim zdaniu zabrzmiał taki ton, jakby panna Q oczekiwała, że Adam teraz jej podziękuje. Mężczyzna czuł jak nieludzki umysł sonduje jego własny.

– Ale nie będę marnowała twojego czasu – powiedziała kosmitka, wydymając usteczka i pieszczotliwie poklepując swego rozmówcę po ramieniu. – Ten płynie tu inaczej niż w poczekalni, ale jest tam tylu, którzy też pragną ze mną porozmawiać. Tak więc Adamie, mój drogi… – Głos w jego głowie nabrał uwodzicielskiego tonu, a kosmitka zamrugała teraz jaskrawofioletowymi oczami. – Jesteś pewien, że chcesz wkroczyć do świata Lovecrafta, czyż nie?

Spojrzenie Valris spoczęło na Adamie, który poczuł jak jego policzki robią się czerwone. Spuścił głowę, by ukryć rumieniec. Tak, do jego największych, najgłębiej skrywanych pragnień, należało ujrzenie na własne oczy krain wykreowanych przez dawno zmarłego amerykańskiego pisarza. Niektórzy ludzie byli fanami Harry'ego Pottera, inni, jak nastolatka, która wkroczyła przed nim do portalu, preferowali „Zmierzch”. Istnieli także fani Disneya, X-Menów i Stephena Kinga. W istocie Bonarski dumał przedtem nad możliwością odwiedzenia światów wymyślonych przez Kinga, ale ostatecznie doszedl do wniosku, ze niezależnie od tego, jak chciałby poznać Rolanda Deschain, Carrie White i Jacka Torrance'a, rzeczywistość, w której żyli, była przeraźliwie nudna – ot, zwykła amerykańska prowincja. Co prawda, Terytoria i świat Mrocznej Wieży wydawały się całkiem interesującymi miejscami, ale Adam ostatecznie zdecydował się na posępnego samotnika z Providence.

– Tak – powiedział. Zdecydowanie. To jest moja ostateczna decyzja.

– I jesteś na sto procent pewien? Wiesz, że z decyzji nie można się wycofać. Będziesz tam do końca swego życia, takim jak długo by ono trwało, gdybyś nie umarł w zwykłym świecie. Pozwól więc, że zapytam cię po raz ostatni: jesteś tego pewny? – Drażniła się z nim kosmitka.

Bonarski tylko kiwnął głową.

Valris przymknęła oczy. Ujęła jego chłodną dłoń w swoją własną. Teraz jej paznokcie, przedtem krótko obcięte i połyskujące metalicznym błękitem, były długie, pomalowane na czarno, a na smukłych palcach lśniły pierścionki z kamieniami przypominającymi ziemskie rubiny. Zatem oto życzenie mężczyzny miało się w końcu ziścić. Żegnaj, zwykły świecie.

Adam poczuł gwałtowny dreszcz. Sala, w której jeszcze przed chwilą przebywał, zniknęła sprzed jego oczu, zastąpiona przez inny widok. Znajdowali się teraz w nieznanym mu, zapuszczonym portowym miasteczku. Ludzie ubrani według mody z lat dwudziestych ubiegłego wieku, patrzyli obojętnym wzrokiem na oszałamiająco urodziwą kobietę o długich blond włosach i mężczyznę w średnim wieku, którzy pojawili się tam tak nieoczekiwanie, nikt jednak nie zdawał się zwracać na nich specjalnej uwagi.

– Nie przejmuj się nimi. – Usłyszał ponownie w swoim mózgu głos Valris. – Oni nie są przecież nawet prawdziwi, mówiłam ci przedtem. To świat ducha, pamiętaj. Mogę kształtować go jak chcę, wedle mej woli. Mam nadzieję, ze podoba ci się Innsmouth.

– To jest Innsmouth?

Bonarski rozejrzał się naokoło, tknięty nagłą ciekawością. Zauważył, że okna zaniedbanych budynków, były zabite deskami, a powietrze, co skonstatował z obrzydzeniem, przenikał odrażający odór ryb. Jakkolwiek to brudne miasteczko prezentowało się w istocie tak, jak naprawdę mogło wyglądać Innsmouth z opowiadań Lovecrafta.

– A co z innymi miejscami? Dunwich? Kingsport?

Uwodzicielski głos Valris, która puściła jego dłoń, ponownie rozbrzmiał w mózgu Adama:

– Wszystko, co potrzebujesz zrobić, by przenieść się gdzieś indziej, to wyrazić życzenie, by tam się znaleźć. Przebywasz teraz w Innsmouth, ale gdybyś chciał odwiedzić na przykład uniwersytet Miskatonic… chciałbyś przeczytać Necronomicon? – Kosmiczna dama uśmiechnęła się ponownie i tym razem jej uśmiech był szczery, ciepły. Niespodziewanie pstryknęła palcami, jak fryga obracając się wokół swojej osi. – Mógłbyś też wpaść do Dunwich, odwiedzić Whateley'ów – stwierdziła. – Założę się, że Lavinia jest miłą kobietą.

Tak, to było to co Adam planował zrobić. Innsmouth, Dunwich, nawet Kingsport z jego tajemniczym domem na klifie. Nudne dla niektórych? Być może, ale Adam Bonarski był w końcu geekiem. Nudnym nerdem, jak wszyscy o nim mówili. Cieszył się, że oto zostało spełnione jego największe życzenie. Odwrócił się do Valris.

– Nie wiem czemu to dla mnie robisz, ale dziękuję ci – powiedział z rozjaśnioną szczęściem twarzą. – Teraz złożę wizytę w miasteczku. Wezmę trochę ciepłych ubrań ze sklepu i wyruszę na Antarktydę. Chcę na własne oczy zobaczyć shoggoty. Później poszukam kogoś, kto będzie mógł mi opowiedzieć o Cthulhu. Wiem, że dla zwykłego człowieka wymiana prawdziwego świata na ten wymyślony byłaby czymś dziwnym, ale takie było moje życzenie i dziękuję ci z całego serca za spełnienie go. Może będę tęsknił za domem od czasu do czasu, ale… no cóż… To nieważne. Spędzę tu resztę mojego życia, powiadasz?

– Tak – śmiejąc się, odpowiedziała Valris, spoglądając z ukosa na mężczyznę, w oczach którego malowało się gorączkowe podniecenie. – Zostaniesz tu na zawsze.

– Tak. Na zawsze – powtórzył Adam, w lekkim oszołomieniu. Nie mógł się doczekać zwiedzenia tej fascynującej rzeczywistości, o której wiedział tylko z opowiadań pisarza. Grzeczność jednak – i czysta wdzięczność – zmusiły go do pozostania na miejscu i poczekania na ostatnie słowa Valris. Teraz już nie wierzył w to, że kosmitka coś knuła. Mogła w upiorny sposób przypominać Q ze „Star Treka” i obiektywnie rzecz biorąc, trudno by tak nie było, gdyż posiadała nieograniczoną władzę nad energią i materią, ale tym razem ten cudowny dar, jaki mu wręczyła tak hojną ręką, był naprawdę za darmo.

– Ten świat jest naprawdę wspaniały. Właśnie takim go sobie wyobrażałem. Nie sądzę, by kiedykolwiek miał mi się znudzić.

– Miło mi to słyszeć – ponownie rzekła Valris głosem – nie głosem, docierającym do mózgu Bonarskiego bez udziału jego nerwów słuchowych. – Jesteś szczęśliwym człowiekiem, mój drogi. – Pogładziła go po policzku. – Sekretne życzenie twego serca zostało spełnione. Jestem szczęśliwa, że nigdy nie poczujesz się znużony tą rzeczywistością.

– Nigdy, przenigdy – zapewnił swą rozmówczynię mężczyzna. Jego serce śpiewało melodię czystej radości i nie mógł się doczekać, aż ta zdumiewająca kobieta opuści go w końcu, choć starał się zagłuszyć te myśli, by nie okazać jej niewdzięczności. – Odwiedzę wszystkie miejsca opisywane przez Lovecrafta – powiedział. – Nawet Rlyeh. Do diaska, Cthulhu nie jest nawet prawdziwy, więc nie wyrządzi mi krzywdy. Ciekawe tylko co zrobię później – roześmiał się niepewnie – kiedy zobaczę już wszystko.

– Będziesz mógł złożyć tam wizytę jeszcze raz – zapewniła go panna Q, ponownie gładząc go po policzku, tym dziwnie poufałym gestem. – I jeszcze raz. Wiele, wiele razy, aż po sam kres wieczności.

– Wieczności?

– Tak. Odwiedzisz wszystkie miejsca, jakie chciałeś ujrzeć. A kiedy już nie pozostaną nowe do zwiedzania, będziesz mógł to zrobić raz jeszcze. I znowu. I ponownie. Po samą wieczność – zapewniła Adama Kosmiczna Przyjaciółka, przymykając przez moment fioletowe oczy; gdy je otworzyła były ponownie zielone. Piękna czy nie, wyglądała teraz jak zwykła Ziemianka.

Jej tajemniczy uśmiech Sfinksa zaczął nabierać teraz sensu dla Bonarskiego.

– W… wiecznosci? – To było wszystko, co mógł wyszeptać niespodziewanie pobladłymi ustami. – Powiedziałaś, że to tylko przez resztę mojego życia

– Nazywaj to jak chcesz, skarbie – słodko zapiała Valris, pomrugując pomalowanymi srebrno powiekami. – Kiedy zamierzasz tu żyć przez całe eony, to tak jakby było to przez resztę samego twego życia, czyż nie? Twoje ciało w realnym świecie jest martwe, ale umysł będzie żyć tu po koniec wszechświata. Aż wypalą się wszystkie gwiazdy i nastąpi Wielki Kolaps. Co dla tak krótko z natury żyjącej, zwykłej ludzkiej istoty, jaką jesteś, może być bezpiecznie nazwane nieskończonością. Och, daj spokój, Adamie. – Na pełnych, zmysłowych ustach kosmitki, uformował się psotny uśmieszek. – Miałam, przyznasz mi chyba rację, dobry pomysł z zaspokajaniem potrzeb Ziemian. W waszym świecie jest tylu fanów. Większość z nich oddałoby własną duszę, by spełniło się ich życzenie. – Valris mrugnęła do swego rozmówcy, po czym uśmiechnęła się uśmiechem pełnym samozadowolenia. Bonarski nie mógł uwierzyć własnym uszom.

– Nieskończoność… Nie… nie możesz… – Wiedział jednak, że jego słowa nic nie znaczyły dla tej niezwykłej istoty. Dokonał wyboru i nie mógł już się z niego wycofać. Valris pomachała mu beztrosko i zniknęła w deszczu złotych iskierek, pozostawiając Adama na brudnej ulicy Innsmouth z opowiadania pisarza, który nie wiedział, że po latach jego fan znajdzie do niej drogę tylko po to by nigdy już go nie opuścić. Życie w ześwirowanej fantazji ześwirowanego pisarza, aż nie wypalą się wszystkie gwiazdy. Co w praktyce oznaczało bycie tu do przez całą wieczność.

 Adam Bonarski raz jeszcze rozejrzał się dookoła dzikim spojrzeniem. Innsmouth nie wyglądało już tak zachęcająco, gdy wiedziałeś, że zamiast jakiegoś ćwierć wieku, miałeś cały czas we wszechświecie na jego eksplorację. Zwłaszcza, iż wszystkimi twoimi towarzyszami, na jakich posiadanie mogłeś tu liczyć, były shoggoty i Istoty z Głębin. To przeklęte miasteczko było takie brudne. I tak przeraźliwie cuchnęło. Adam skrzywił się. Przebywał tu zaledwie przez kilka minut, a już zaczynał nienawidzić tego miejsca.

Mężczyzna miał nadzieję, że jego towarzysze z poczekalni na Palo dokonali lepszych wyborów. Jeśli mieli spędzić tam tyle czasu, niech przynajmniej miejsca, dokąd zabrała ich Kosmiczna Przyjaciółka (którą teraz Adam był skłonny raczej nazywać ich Kosmicznym Wrogiem) będą przyjemniejsze niż cuchnące rybami pipidówki. Adam westchnął. Czas iść do miasta. Może w lokalnych sklepach znajdzie trochę ciepłych ubrań, które posłużą mu w podroży na Antarktydę, by w końcu ujrzeć shoggoty. Zastanawiał się, ile razy musiałby je oglądać, zanim mu się w końcu nie znudzą. Ale, zauważył jednak, przynajmniej jedna rzecz zmieniła się na lepsze. Nie dręczyło go już to okropne uczucie, że Valris coś knuła. Teraz przynajmniej Adam był wolny od strachu, jaki znalazł drogę do jego serca i kąsał je swymi jadowitymi kłami, podczas gdy mężczyzna zastanawiał się co wszechpotężna kosmitka przygotowała dla tych, którzy przyjęli jej ofertę. Teraz Adam Bonarski znał prawdę. Dar Valris nie był naprawdę za darmo. Teraz nareszcie wiedział, gdzie tkwił haczyk.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Pierwszy! No nieźle, konkurencji przybywa. Ale i tak będę miał pierwsze miejsce :D

Nie biorę narkotyków. Jestem narkotykiem - Salvador Dali

A jak Ci się spodobało? wink

Póki co jedna trzecia podoba mi się fest, najbardziej Azjatka, choć sędziwa, no i jest kosmitka… Hmmm… Jeszcze za wcześnie na werdykt :) 

Nie biorę narkotyków. Jestem narkotykiem - Salvador Dali

O rany…

Czuję się przytłoczony. Wybrałaś wyjątkowo trudną formę narracji, prawie pozbawioną dialogów. Czytało się wyjątkowo opornie. A szkoda, bo widać tu sporą erudycję (afrykańskie wierzenia, dużo popkultury), ale zdarzają się językowe potknięcia, akcja (o ile to można nazwać akcją) lawiruje i kluczy, sporo jest powtórzeń.

Nie do końca rozumiem, co chciałaś tym opkiem przekazać? Że życie w świecie marzeń może być piekłem? Dlaczego kosmici robią to, co robią? Po co? Itd itp.

Jednak odbiłem się od tego tekstu niestety :(.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Pierwszy akapit zniechęca niechlujnością językową. Nie “od kiedy”, ale “niż wtedy, gdy” – to tak na rozgrzewkę, dalej: z gramatyczno-składniowego punktu widzenia nie wiadomo, co odwiedził bohater: statek czy panny Q w liczbie mnogiej? A może statek należący do panny Q? Drugie i trzecie zdanie są do remontu. Przecinki nie istnieją. Sprawia to takie wrażenie, jakby autorka nawet nie przeczytała tego, co sama napisała, a to jest w moim odczuciu wyraz lekceważenia czytelnika. Ergo, nie czytam dalej, sorry, bo średnio mnie kręci rozkminianie, co autor miał na myśli w niepoprawnych zdaniach ciągnących się przez 39k.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo statyczne opowiadanie.

Mam wrażenie, że początek można spokojnie skrócić bez szkody dla treści – w kółko powtarzasz wiele informacji. Że panna Q piękna, że się zmienia, że można wybrać dowolny świat, że musi być jakiś haczyk, że ludzie w poczekalni…

Ale końcówką nadrabiasz. Spodobała mi się.

Nietypowy wybór. Ja na pewno nie zdecydowałabym się na taki świat.

Wykonanie. Interpunkcja kuleje. Większość odstępów między akapitami nie jest potrzebna. Ani tytuł i cudzysłów na początku. A kropka po tytule jest błędem.

Babska logika rządzi!

Słowo wstępu: Mój komentarz będzie długi. Nie zrobiłam rzetelnej łapanki przez cały tekst, bo jest on długi, a potknięć wiele. Mam nadzieję, że dzięki temu, co wypisałam, dostrzeżesz pewne tendencje i w przyszłości będzie Ci łatwiej uniknąć stosowania pewnych zabiegów (np. powtarzania tych samych konstrukcji zdań przez całe akapity).

W każdym razie z pewnością musisz popracować nad interpunkcją i nad zwalczaniem powtórzeń, bo stosujesz ich całą masę, nad literówkami (nader często uciekają Ci polskie znaki, np. ze zamiast że), nad czasem lekko niegramatycznymi zdaniami, nad niepowtarzaniem po wielokroć tych samych informacji, nad konstruowaniem za długich i przez to chaotycznych, niejasnych zdań.

 

Mam również nadzieję, że nie odbierzesz mojego komentarza jako niemiłego. Nie jest moim celem urażenie Cię, tylko próba wskazania, co w Twoim tekście można zrobić inaczej, by go poprawić.

 

Jeśli chodzi o treść, to pomysł przedstawiłaś nawet ciekawy – ale ubrałaś go w wiele niepotrzebnych słów, zdecydowanie opowiadaniu przydałoby się odchudzenie, rozjaśnienie, poprawa niedoróbek technicznych. Nawiasem mówiąc, kto normalny dokonałby takiego wyboru spośród tak wielu fantastycznych możliwości? O.o Kompletnie nie rozumiem bohatera…

 

„Fan.”

A) niepotrzebnie powtarzasz tytuł, b) zdecydowanie nie powinno być na końcu kropki, c) cudzysłów też nie jest potrzebny ;)

 

Przykład zdań zbudowanych nieprawidłowo, już na samym wstępie:

„W kolejce stało dziś mniej osób od niż kiedy Adam Bonarski ostatnio odwiedził statek Valris, panny Q. Od ostatniej nocy[+,] bo i tylko nocą mógł tu przybywać.”

Po przerobieniu pierwszego zdania na gramatyczne, drugie staje się nieco pozbawione sensu, a na dodatek ma brzydkie powtórzenie.

 

„…jego bytności w tym miejscu, co miało miejsce trzy miesiące temu…”

 

„Valris Adam– nie” – brak spacji przed półpauzą

 

„Niektórzy z tych, którzy oczekiwali na swoją kolej[+,] by porozmawiać z ich Kosmiczną Przyjaciółką…”

 

„Bogiem, w którego istnienie Adam zresztą nawet nie wierzył. (…)

Valris bynajmniej nie proponowała wybranym przez siebie w różnych zakątkach świata Ziemianom przeniesienia się na swoją planetę, która już zresztą nie istniała”

 

„…nie proponowała wybranym przez siebie w różnych zakątkach świata Ziemianom przeniesienia się na swoją planetę, która już zresztą nie istniała, zniszczona wiele lat temu w bezsensownej wojnie…” – to zdanie jest bez sensu. Skoro planeta nie istniała, to oczywiste, że nie można się na nią przenieść.

 

Ogromne bloki tekstu odstraszają czytelników. Nawet jeśli stosujesz długie opisy, dla estetyki/wygody warto podzielić je na mniejsze akapity. Wtedy oko i mózg czytającego mają gdzie odpocząć.

 

„Wybór Kosmicznej Przyjaciółki Adama – tak mu się w każdym razie beztrosko przedstawiła przy ich spotkaniu – padł na Ziemię. Jak wyjaśniła wówczas Bonarskiemu – mężczyzna był wtedy pogrążony w głębokim uśpieniu i gdyby nie niesamowita realistyczność tego snu – nie snu, niechybnie uznałby to spotkanie za zwyczajne marzenie senne – jej cywilizacja osiągnęła tak wysoki poziom rozwoju, że spełnianie życzeń zwykłych śmiertelników z planety Ziemia było dla niej samej i jej pobratymców zwykłą dziecinną igraszką. To właśnie dlatego mężczyzna zaczął nazywać Valris – potem dopiero zdradziła mu swoje imię – panną Q…”

Przytaczam ten fragment ze względu na nadmierną, o wiele za wysoką liczbę półpauz. Półpauzy stosowane w pewnych okolicznościach rozjaśniają zdania, wydzielają wtrącenia itp. Natomiast gdy jest ich za dużo, tekst staje się niezrozumiały i chaotyczny, bo nie wiadomo co odnosi się do czego. Półpauzy nie zstąpią kropek, znaczy dzielenia zdań na krótsze części, by były bardziej zrozumiałe.

 

„To właśnie zamierzała zrobić Kosmiczna Przyjaciółka Bonarskiego, której statek kosmiczny orbitował gdzieś w przestworzach nad błękitna kulą Ziemi…”

„Ziomkowie Valris, nazwa rasy których była zbyt długa i skomplikowana[+,] by Bonarski mógł ja zapamiętać…”

 

„Ziomkowie Valris, nazwa rasy których była zbyt długa i skomplikowana by Bonarski mógł ja zapamiętać, poprzestając na nazywaniu ich w skrócie po prostu Q, byli istotami zbudowanymi z czystej energii, wyzwolonymi z okowów materii, która wciąż więziła dusze mieszkańców Ziemi.”

– Już raz pisałaś, że są z czystej energii, powtarzanie tej informacji nie ma sensu.

 

„zbudowany z czystej energii” – znowu ten sam zwrot, po raz trzeci

 

„Każde z nich miało zostać mianowicie zabrane przez nią do wymyślonej krainy, który sami sobie wybrali.” – którą wybrali

 

„To było jedyne ograniczenie dotyczące życzeń oczekujących na spełnienie się swego marzenia Ziemskich Przyjaciół panny Q – musiał być to wybrany przezeń świat z książki lub filmu, w którym mieli spędzić odtąd resztę życia.” – Przez nich, a nie przezeń

To było jedyne ograniczenie dotyczące życzeń oczekujących na spełnienie się swego marzenia Ziemskich Przyjaciół panny Q – musiał być to wybrany przezeń świat z książki lub filmu, w którym mieli spędzić odtąd resztę życia. Ta hojna oferta tak wielkodusznie przedstawiona Adamowi, umożliwiała mu wybranie uniwersum dowolnie wybranej przez niego ziemskiej powieści, filmu, komiksu, ba, nawet obrazu lub mitu jeśli tylko sobie tego życzył – uniwersum, w którym spędzi oto resztę swego życia. To było jedyne ograniczenie jakie z jakichś tajemniczych przyczyn przedstawiła mu – i jemu podobnym – ich K.P. – świat musiał pochodzić z czyjejś innej, nie zaś z ich własnej wyobraźni. Nie miało znaczenia czy była to wyobraźnia pisarza, twórcy komiksu czy reżysera filmowego, tak długo jak wybrany świat pochodził z wyobraźni innego twórcy.”

Czemu sztucznie rozdmuchujesz tekst, pisząc raz po raz to samo? Raz, że Twoje opisy są dość ciężkie w odbiorze, niemiodne, dwa, że czytelnik ma wrażenie, że traktujesz go jak idiotę, któremu trzeba powtarzać informacje po trzy-cztery razy. A tak nie jest. Naprawdę, raz wystarczy.

 

„jakiej właściwie płci przedstawicielem była Valris i jak naprawdę wyglądali przedstawiciele jej rasy”

„Gdy ją o to zapytał, ta uśmiechnęła się tym tajemniczym uśmiechem”

 

„czy też ktoś w ogóle nie posiadający płci” – nieposiadający łącznie

 

„…wszystko to zależało od tego w jaki sposób chciałeś postrzegać Valris, jako że będące przecież czystą energią ciała jej ziomków nie znały pod tym względem żadnych konwencjonalnie pojmowanych ograniczeń. Wszystko zależało od tego w jaki sposób chciałeś ich widzieć.”

I znowu ta czysta energia!

 

„Uznałby się za szczęściarza[+,] gdyby ta zapierająca dech w piersiach”

 

„Wiedział jednak, ze nigdy się to nie zdarzy” – że

„ale w tym samym czasie kapryśna istota, w której piersi biło serce z lodu” – W całym tekście dziesięć razy piszesz w różnych wariacjach, że K.P. jest kapryśna. Dziesięć! Co najmniej o osiem za dużo.

 

„nie byli w końcu ludźmi jak sam Bonarski” – bardzo zbędna uwaga.

 

„Możliwość zaspokajania pragnień Ziemian było dla niej czystą radością” – Możliwość była

„…już od początku zaczął coś podejrzewać[+,] aczkolwiek starał się wówczas blokować te myśli[+,] by Valris ich nie odczytała.”

 

„…blokować te myśli by Valris ich nie odczytała. Nie mógł wyobrazić sobie tej olśniewającej kosmicznej damy sprawiającej przyjemność Ziemianom po prostu dlatego, że tego pragnęła; taka altruistyczna postawa w ogóle do niej nie pasowała. W tej tak hojnej ofercie musiał…”

„zdumienie, ze ta niezwykła istota” – że

 

„…po raz pierwszy zabrany przez Valris na jej na poły tylko materialny statek kosmiczny, który zdawał się istnieć również tylko w świecie snów. Do swoistej poczekalni, która zdawała się składać z jednego wąskiego korytarza, tak długiego, ze Adam nie mógł zobaczyć gdzie się kończył, po brzegi wypełnionego ludźmi, którzy, jak domyślił się Bonarski – i co później potwierdziły ukradkowe rozmowy z nimi – otrzymali tę samą ofertę. Kolejka, w której stali, nie była wszakże zwyczajną kolejką, w której stoi się (…) wrót przed którym wszyscy oni się tłoczyli.”

I tak, w następnym zdaniu również pojawia się słowo „który”.

„tak długiego, ze Adam nie mógł zobaczyć” – że

 

„pozór masywnych rzeźbionych wrót, przed którym wszyscy oni się tłoczyli” – przed którymi

 

Stojąc tam, nie odczuwałeś żadnego zmęczenia, ostatecznie działo się to wszystko w świecie snów, a zatem niezależnie od tego jak wiele czasu spędzał tam mężczyzna, nie odczuwał najmniejszego znużenia i mógł stać tam tak całymi godzinami…”

„Od czasu do czasu[-,] ktoś przechodził przez portal, przeciskając się przez tłum[+,] by przekroczyć wrota tylko po to, by nigdy stamtąd nie powrócić. Osoby te wybrały swój los.

 

Adam i inni wybrani przez pannę Q mieli tyle czasu ile tylko żywnie pragnęli na to[+,] by wybrać świat, w którym mieli odtąd spędzić resztę swego życia. Raz wybrani, mimowolnie wracali tu we śnie każdej nocy i czekali[+,] aż przyjdzie ich kolej. A gdy tak się działo, nie byli bynajmniej zmuszani[+,] by przejść przez portal prowadzący do kwater Valris. Mogli tam stać tak długo jak tylko chcieli[+,] by rozważyć swój wybór raz jeszcze i powrócić tu następnej nocy[+,] by dopełnił się ich los. Bonarski zdecydował się używać tego przywileju tak wiele razy[+,] jak to tylko możliwe. Miał w końcu tyle czasu[+,] ile potrzebował[+,] by dokonać wyboru. W zasadzie zdecydował się już na kilka światów, w których chciałby odtąd pędzić swój żywot, ale wciąż potrzebował czasu[+,] by zdecydować się na ostateczną decyzję.”

To jest ten moment, w którym postanowiłam nie wypisywać szczegółowo wszystkiego, co mi wpadnie w oko. Nie będę już zaznaczać przecinków i powtórzeń, chyba że coś szczególnie wpadnie mi w oko. Po prostu nie ma to sensu – chodzi tylko o to, byś wiedziała, nad czym musisz popracować ;)

 

„za każdym razem kiwał głową na powitanie gdy tylko złowił ich widok w korytarzu.” – Nie można złowić czyjegoś widoku, to niegramatyczne.

 

„Za parę dni dni znajdą w jego domu jego zwłoki”

„wygnanki z nie istniejącej już planety” – nieistniejącej łącznie

 

„oszołomiły go przez moment” – przez moment go oszałamiały w formie ciągłej, przez moment był oszołomiony; ale oszołomiły go na moment

 

nie nie ośmielając się przekroczyć wrót”

 

„Przerwał na moment i zapytał nieśmiało: – Czy słyszałaś kiedyś o nim.” – Skoro to pytanie, na jego końcu powinien znaleźć się znak zapytania.

„– Oczywiście, że wiem[+.]sSłodki głos Valris rozbrzmiał ponownie w jego mózgu.”

 

„Wiem, ze się boisz, zapewniam jednak, ze nie musisz. Adam zadrżał lekko. – Muszę powiedzieć, że wybrałeś mądrze.” – Kwestia dialogowa i opis nieprawidłowo oddzielone od siebie półpauzami.

 

„Próbował nie myśleć o niczym żeby nie dać Valris satysfakcji wiedzy o jego strachu.”

Przecież dopiero co sama powiedziała, że wie, że on się boi.

 

Jej spojrzenie spoczęło na jej rozmówcy, który poczuł jak jego policzki robią się czerwone.”

Unikaj nadużywania zaimków.

 

„Niektórzy ludzie byli fanami Harrymi Pottera” – Harry’ego

 

„Ludzie ubrani według mody z lat 20 patrzyli obojętnym wzrokiem” – Albo lat 20. (z kropką), albo słownie: dwudziestych

 

„Jakkolwiek to brudne miasteczko wyglądało w istocie tak jak mogło wyglądać Innsmouth, jakie znał z opowiadań Lovecrafta.” – To zdanie nie ma sensu

 

„Uwodzicielski głos Valris, która puściła jego dłoń, ponownie rozbrzmiał w mózgu Adama. – Wszystko co potrzebujesz zrobić…”

Raz, że kwestia mówiona powinna być od nowego wiersza, dwa, że po „Adama” dwukropek zamiast kropki.

 

„…by znaleźć się w innym miejscu to wyrazić życzenie by tam się znaleźć. Jesteś teraz w Innsmouth, ale gdybyś chciał znaleźć się…”

 

„gdybyś chciał znaleźć się na przykład na uniwersytecie Miskatonic – chciałbyś przeczytać Necronomicon? – ponownie uśmiechnęła się kosmiczna dama” – znowu niewłaściwie oddzielenie kwestii mówionej i opisu półpauzami, poza tym nieprawidłowy zapis dialogu. Powinno być: „Kosmiczna dama ponownie się uśmiechnęła/uśmiechnęła się ponownie”, od wielkiej litery.

 

„nawet Kingsport zjego tajemniczym domem” – z jego

 

„Jej tajemniczy uśmiech sfinksa zaczął nabierać teraz sensu dla Bonarskiego.” – Wcześniej był Sfinks wielką literą. Zachowaj konsekwencję.

 

„– W… wiecznosci? – tTo było wszystko co mógł wyszeptać niespodziewanie pobladłymi ustami.”

 

„– Och, daj spokój, Adamie[+.spacja]nNa pełnych zmysłowych ustach kosmitki, uformował się psotny uśmieszek.”

 

„Tak, jestem trochę jak Q – tak; potrafię odczytać twoje myśli – Valris mrugnęła do swego rozmówcy” – znów nieprawidłowa gra półpauzami oraz nieprawidłowy zapis dialogu.

 

Pozdrawiam!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, szczególnie Joseheim; postanowiłam, że wezmę się za poprawianie :) Pozdrawiam :)

Powodzenia ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo rozbudowany początek, dużo, a nawet multum, opisu, zero zajawki tajemnicy… Efekt taki, że tekst się ciągnie.

Często popełniany błąd. Opowiadanie chyba do jeszcze jednego szlifu, skrócenia i wyrazistego udramatyzowania. 

Pozdrówka.

No cóż, może i był tu jakiś pomysł, ale został zamordowany wykonaniem. Przykro mi to mówić, ale ta historia znużyła mnie straszliwie, bo ciągnie się w nieskończoność i bardzo mało przy tym opowiada. Kiedy zaczęłaś opisywać sytuację w sterylnie białym korytarzu, ciągnęła się ona chyba przez trzy czwarte opowiadania, z rzadka ożywiana wzmiankami o innych czekających, tudzież ich pragnieniach. Opowiadanie okazało się monotonne do tego stopnia, że nawet zakończenie, które w założeniu miało być chyba zaskakujące, nie zdołało mnie, niestety, zaskoczyć w żaden sposób.

Do nie najlepszego wrażenia wyniesionego z lektury z pewnością przyczyniło się wykonanie, pozostawiające, delikatnie mówiąc, bardzo wiele do życzenia.

 

kiedy na­dej­dzie wresz­cie jej kolej, przejść wresz­cie przez por­tal… –> Brzmi to nie najlepiej.

 

stała za każ­dym razem gdy Bo­nar­ski tu był. Wi­dział ją każ­dej nocy swo­jej wcze­snej byt­no­ści tutaj… –> Powtórzenia.

 

czy po pro­stu zde­cy­do­wa­ła się pod­jąć osta­tecz­ną de­cy­zję… –> Brzmi to fatalnie.

 

wy­so­ki męż­czy­zna w stro­ju Ami­sza… –> …wy­so­ki męż­czy­zna w stro­ju ami­sza

 

któ­rzy ocze­ki­wa­li w ko­lej­ce na na poły rze­czy­wi­stym… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

nikt nie roz­ma­wiał z są­sia­da­mi, przez tłum nie prze­bie­gał szmer roz­mów… –> Powtórzenia.

 

udzie­la­ją­cy swych hoj­nych łask cał­ko­wi­cie za darmo. –> …hojnie udzie­la­ją­cy swych łask cał­ko­wi­cie za darmo.

Łaski nie są hojne, hojne może być ich rozdawnictwo.

 

wy­bra­nym przez nich świe­cie.

Nie był to jed­nak jej oj­czy­sty świat; nie. Val­ris by­naj­mniej nie pro­po­no­wa­ła wy­bra­nym przez sie­bie w róż­nych za­kąt­kach świa­ta… –> Powtórzenia.

 

or­bi­to­wał gdzieś w prze­stwo­rzach nad błę­kit­na kulą Ziemi… –> Literówka.

 

umoż­li­wia­ła mu wy­bra­nie uni­wer­sum do­wol­nie wy­bra­nej… –> Brzmi to fatalnie.

 

jej ka­pry­śna na­tu­ra. Ko­smit­ka zda­wa­ła się bo­wiem być kimś o ta­kiej wła­śnie na­tu­rze. –> Powtórzenie.

 

Gdy to za­py­tał, ta uśmiech­nę­ła się tym ta­jem­ni­czym uśmie­chem Sfink­sa, który spra­wił, ze Bo­nar­ski po­czuł nie cał­kiem nie­przy­jem­ny dreszcz bie­gną­cy wzdłuż krę­go­słu­pa i po­wie­dzia­ła, śmie­jąc się per­li­ście, że Adam mógł okre­ślać jak tylko mu się żyw­nie po­do­ba. –> Powtórzenia. Nadmiar zaimków.

 

Ko­lej­ka, w któ­rej stali, nie była wszak­że zwy­czaj­ną ko­lej­ką, w któ­rej stoi się… –> Brzmi to fatalnie.

 

Osoby te wy­bra­ły swój los.

Adam i inni wy­bra­ni przez pannę Q mieli tyle czasu ile tylko żyw­nie pra­gnę­li na to by wy­brać świat, w któ­rym mieli odtąd spę­dzić resz­tę swego życia. Raz wy­bra­ni… –> Powtórzenia.

 

Miał w końcu tyle czasu ile po­trze­bo­wał by do­ko­nać wy­bo­ru. W za­sa­dzie zde­cy­do­wał się już na kilka świa­tów, w któ­rych chciał­by odtąd pę­dzić swój żywot, ale wciąż po­trze­bo­wał czasu by zde­cy­do­wać się na osta­tecz­ną de­cy­zję. –> To miał czas, czy go nie miał?

 

I mógł to zro­bić, roz­ma­wia­jąc ci­chym szep­tem… –> Masło maślane. Szept jest cichy z definicji.

 

gdy tylko zło­wił ich widok w ko­ry­ta­rzu. Roz­po­zna­wał ich, ale nie wie­dział o nich wiele wię­cej niż tylko ich imio­na… –> Nadmiar zaimków.

 

mogła mieć raz jesz­cze– wy­star­czy­ło tylko, ze wy­obra­zi­ła sobie, ze ma ją na sobie. –> Brak spacji przed półpauzą. Literówka. Powtórzenia.

 

Sa­bi­ne opo­wia­da­ła szep­tem swo­je­mu roz­mów­cy o swym ży­cze­niu… –> Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Adam nie sa­dził, ze Val­ris zgo­dzi­ła­by się… –> Literówka.

 

Mło­dziut­ka Ni­ge­ryj­ka twier­dzi­ła po pro­stu, że chce po pro­stu prze­dłu­żyć… –> Brzmi to fatalnie.

 

Fo­la­mi się bala. –> Literówka.

 

fakt, ze mała nie mó­wi­ła po pol­sku… –> Literówka.

 

oba­wia­ła się daru jej Ko­smicz­nej Przy­ja­ciół­ki rów­nie mocno co sam Adam. –> …rów­nie mocno jak sam Adam.

 

który sam miał wy­brać, nawet jeśli miała być… –> Powtórzenie.

 

by ten strach, który zda­wał się prze­ni­kać każdą ko­mór­kę jego ciała – strach przed nie­zna­nym i strach przez Val­ris… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

w mło­do­ści był o wiele zbyt nie­śmia­ły by uma­wiać się na rand­ki. –> …w mło­do­ści był zbyt nie­śmia­ły by uma­wiać się na rand­ki.

 

Za­mie­rzał zgo­dzić się na te ofer­tę… –> Literówka.

 

ra­do­sny głos ko­smit­ki:”na­stęp­ny!”. –> Brak spacji po dwukropku.

 

zza pół­otwar­tych drzwi:”na­stęp­ny pro­szę!”. –> Jak wyżej.

 

Za parę dni dni znaj­dą w jego domu jego zwło­ki… –> Zbyt wiele grzybków w barszczyku.

 

To było na­praw­dę dziw­ne do­świad­cze­nie, ale nic do­ty­czą­ce­go przed­sta­wi­ciel­ki tak sta­rej i roz­wi­nię­tej tech­nicz­nie rasy nie mogło być zwy­czaj­ne. To było jak magia […] tak wła­śnie było w tym… –> Byłoza.

 

po­sta­no­wi­ła za­grać w nową grę, która wy­cią­gnąw­szy ja z le­tar­gicz­nej apa­tii… –> pewnie miało być: …po­sta­no­wi­ła za­grać w nową grę, która wyciągnęłaby ja z le­tar­gicz­nej apa­tii

 

i dla­te­go tez zwle­kał tak długo… –> Literówka.

 

opusz­cza­li bez po­że­gna­nia swo­ich uko­cha­nych tylko po to by speł­nić swój ka­prys. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

dodać sobie otu­chy przed zbli­ża­ją­cą się po­dro­żą w nie­zna­ne… –> Literówka.

 

by spoj­rzeć w oczy jego K.P.. –> Zdanie kończymy jedną kropką.

 

Cięż­ko prze­łknął ślinę. –> Z trudem prze­łknął ślinę.

 

za­pew­niam jed­nak, ze nie mu­sisz. –> Literówka.

 

po­wie­dzia­ła ko­smicz­na dana… –> Literówka.

 

osta­tecz­nie do­szedl do wnio­sku, ze nie­za­leż­nie… –> Literówki.

 

Val­ris przy­mknę­ła swe nie­ludz­kie fio­le­to­we oczy. Ujęła jego chłod­ną dłoń w swoją wła­sną – teraz jej pa­znok­cie… –> Nadmiar zaimków.

 

każdą ko­mór­kę jego ciała, Sala, w któ­rej jesz­cze przed chwi­lą był… –> Dlaczego wielka litera?

 

Lu­dzie ubra­ni we­dług mody z lat 20 pa­trzy­li… –> Do uwagi Joseheim dodam jeszcze, że warto byłoby zaznaczyć, o lata dwudzieste którego wieku tu chodzi.

 

nie zrobi mi krzyw­dy. Cie­ka­we tylko co zro­bię póź­niej… –> Powtórzenie.

 

po czym uśmiech­nę­ła się uśmie­chem peł­nym sa­mo­za­do­wo­le­nia. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

nic nie zna­czy­ły dla tej nie­zwy­klej isto­ty. –> Literówka.

 

aż nie wy­pa­la się wszyst­kie gwiaz­dy. –> Literówka.

 

Zwłasz­cza ze wszy­scy twoi to­wa­rzy­sze… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Właściwie mogę podpisać się pod opinią Finkli. Początek do połowy – to infodump na infodumpie. Są tam naprawdę fajne pomysły (jak te afrykańskie wierzenia), ale zamiast wprowadzać je powoli, pokazywać w kontekście fantastycznego pomysłu, wrzucasz je na czytelnika od razu. To raz, że mocno nudzi (jak każdy wykład będący ścianą tekstu), dwa – zabija często napięcie, co na początku tekstu jest szczególnie ważne.

Końcówka faktycznie nadrabiająca, ale niestety nie jest w stanie zrekompensować początku. Bohater i jego relacja z kosmitką ma bowiem pewien potencjał.

Tak więc początek nie czyni zadość pomysłowi, a wykonanie od strony technicznej także kuleje. Zwłaszcza literówki – to jest coś, co w Wordzie da się łatwo wykryć.

Jednak głowa do góry, każdy kiedyś zaczynał. Chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Jest problem z interpunkcją, powtórzeniami, budową zdań.

Szczególnie irytowało mnie powtarzanie w kółko tych samych informacji – miałam wrażenie, że po prostu nie bardzo masz coś więcej do powiedzenia i rozciągasz te kilka zdań do granic możliwości. Coś w stylu szkolnego wypracowania, gdzie musisz zapełnić dwie strony, a informacji masz na trzy linijki, więc rozwlekasz, ile możesz.

To plus wykonanie sprawiło, że czytało się z trudem. I uważam to za główny problem, wadę tego tekstu. Bo sam pomysł nie jest zły, ale zanim do niego dotrzesz, zdążysz się zmęczyć i znudzić formą.

Cóż, bywa.

Nowa Fantastyka