- Opowiadanie: wonsz - Przybity weterynarz

Przybity weterynarz

Ktoś zabił lekarza od zwierzaków. Policja szuka winnego i pałuje materace. Bractwo rycerskie nie szuka nowych członków. Przynajmniej do pierwszego, poważniejszego wstrząsu mózgu.

Dużo sierści, trochę krwi i miasto z rybitwami.

 

Dziękuję enderkowi za betę!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

regulatorzy

Oceny

Przybity weterynarz

Inspektor Lipa siedział po drugiej stronie stołu i przyglądał się przesłuchiwanemu. Osoba wezwana na rozmowę, nosiła szarą, wytartą kamizelkę z doszytymi kieszeniami. Na głowie melonik. Jedna z łap obwiązana bandażem. Czuć było od niej mokrą sierścią, tanim alkoholem i czosnkiem. Wypisz, wymaluj, miejscowa klasa robotnicza. Pan Rybitwa nie wydawał się szczególnie przestraszony, choć trzeba było przyznać, że spokojny również nie był. Przerażony – nie, zestresowany – tak. Zupełnie jak podczas pierwszej, poważnej rozmowy o pracę.

Wodę w misce przyniesioną przez posterunkowego Tuńczyka, w większości rozchlapał jęzorem próbując się napić. Poczęstowany papierosem, wyciągnął go drżącym łapskiem z paczki, przy okazji lekko zahaczając pazurem rękaw płaszcza inspektora. Oderwany guzik z mankietu spadł na podłogę i potoczył się pod szafkę. Wilkołak rzucił się za zapięciem, jak za piłką rzuconą do aportu. Przyłożył głową w szafkę, a nogą szarpnął stolik. Na wykładzinę spadły stary czajnik, dokumenty i paczka papierosów. Wszystkie te klamoty oblała resztka wody z miski strąconej z blatu. Pan Rybitwa chciał posprzątać. Ze stresu zapomniał o pazurach i poszarpał gumoleum, a mokre papiery rozpadły mu się w łapach. Stan wyrobów tytoniowych mieścił się gdzieś pomiędzy „już na pewno nie zapalę”, a „wysuszę na kaloryferze i oddam Mareczkowi z drogówki, bo wisiałem mu kiedyś paczkę, to wilk będzie syty, i owca cała”. Lipa poprosił wilkołaka, aby ten zostawił śmieci i usiadł. Pan Rybitwa siadając, rozdeptał na koniec czajnik. Likantrop znał takie stare powiedzenie – „chcącemu nie dzieje się krzywda”. Nie rozumiał go. Im mocniej chciał, tym bardziej działa mu się krzywda.

Inspektor bez emocji przyglądał się przesłuchiwanemu. W sumie nie spodziewał się niczego innego. Pan Rybitwa przypominał labradora, zostawionego samego w mieszkaniu – po powrocie do domu wręcz należy oczekiwać wywróconych mebli, pobitych szklanek, oślinionej kanapy oraz stolca na dywanie. Policjant miał nadzieję, że „piesek” był już dzisiaj na spacerze.

– Panie Rybitwa – zaczął inspektor. – Był pan wczoraj wieczorem u pani Ząbeczek, prawda?

– Tak, byłem – odpowiedział wilkołak. Słyszał co się stało i wiedział z jakiego powodu został wezwany na policję. W zasadzie nawet nie wezwany. Do izby w której najmował łóżko, wpadło koło południa dwóch policjantów. Z przyzwyczajenia poprzewracali meble, tłukąc przy okazji pałkami materace. Zrabowanych kosztowności nie znaleźli, ale przynajmniej pozbyli się całej kolonii pluskiew. Opamiętali się dopiero przy kredensie, bo był za ciężki, a narzędzia pracy mogły się na nim połamać. Likantrop akurat wchodził po schodach na piętro, gdzie miał swój kawałek podłogi, gdy zauważył policjantów. Normalną reakcją byłaby ucieczka, ale wilkołak nie był aż tak głupi. Gdyby zaczął biec, byłby winien wszystkiemu, z czymkolwiek funkcjonariusze by nie przyszli. A tak, okazało się, że nadgorliwi mundurowi przyszli go zabrać na komendę, ale w charakterze świadka.

Panią Ząbeczek znaleziono rano martwą. Nie było to niczym niezwykłym, ponieważ technicznie była martwa mniej więcej od stu lat, więc nieżywą znajdowano ją codziennie, a w zasadzie co wieczór. Różnicę tym razem stanowił drewniany kołek wbity w pierś denatki. Dla wampirów, ze względu na nieumarły charakter ich bytowania, oznaczało to śmierć, tyle że, jakby na poważnie. Taką po której się nie wstaje, a trumna nie ma zawiasów i klamki po wewnętrznej stronie wieka.

Znalazła ją pokojówka, która przychodzi rano do pracy. Przez cały dzień ogarnia domostwo, robi pranie i szykuje pożywienie na noc. Wieczorem wychodzi, często nawet nie widząc się ze swoją szefową. Tym razem, zastała ją przybitą kołkiem do drewnianej podłogi w korytarzu. Leżała w kałuży krwi, w czerwonej, jedwabnej koszuli nocnej, pasującej kolorem do ust pomalowanych szminką. Pani Ząbeczek uważała, że zawsze trzeba dobrze wyglądać, a szczególnie w łóżku. Na wypadek, gdyby miał ją niespodziewanie odwiedzić jakiś przystojny dżentelmen.

Małe gabloty po obu stronach korytarza były pootwierane. Zniknęły z nich klejnoty, perły, i biżuteria ze złota. Nic więcej w domu nie zginęło, co znaczyłoby, że morderca wiedział czego szukać. Ewentualnie coś poszło bardzo nie tak i musiał brać nogi za pas.

– Proszę mi powiedzieć z jakiego powodu przyszedł pan do ofiary i dokładnie o której godzinie. – Inspektor uważnie obserwował psowatego. Nie chciał go naciskać. Wciąż nie był pewien, czy ze stresu nie sfajda mu się na gumoleum. – I mam jeszcze prośbę, gdy pan nie mówi, to proszę oddychać nosem a nie przez pysk. – Policjant poczuł już wcześniej, że od przesłuchiwanego strasznie śmierdziało czosnkiem. Nie świadczyło to na korzyść pana Rybitwy. Wampiry nie tolerują czosnku. Oczywiście nie giną od niego w płomieniach, ani nie turlają się po ziemi w agonii, jeśli go zjedzą. Dostają po nim rozwolnienia, jak koty po wypiciu mleka.

– Jakoś koło dziesiątej. Chyba nawet punkt dziesiąta – odparł Rybitwa. – Po poradę przyszedłem, pani Ząbeczek zaopatrywała mnie w proszki, mówiła co jeść i takie tam.

Policjant wiedział, że wampirzyca prowadziła nieoficjalną przychodnię weterynaryjną. Schodziły się do niej wilkołaki, chimery, harpie, gryfy oraz wszelkie towarzystwo, którego nie stać na hospitalizację, ani legalną opiekę lekarską. Robiła to pro bono, bo nie miała serca z biedaków wyciskać pieniędzy. Zarabiała na seansach spirytystycznych i wróżbach – schodziła się do niej żądna emocji i duchowych uniesień śmietanka z pieniędzmi i kontaktami. Fakt, że to czarne, nieumarłe serce, było teraz przebite drewnianym kołkiem, oburzał i zasmucał.

– Dziesiąta… – inspektor zapisał to w notatniku. – Tylko pan był wtedy u zamordowanej, czy widział pan kogoś jeszcze?

– Nie… Nikogo nie było, tylko ja.

– Jak długo?

– Ja wiem… – odparł wilkołak i podrapał się po głowie. – Może z dziesięć minut. Chwilę pomówiliśmy i tyle. Kupiłem lekarstwa i poszedłem.

– O czym rozmawialiście?

– O… O mojej chorobie – odpowiedział Rybitwa i stulił uszy. Gdyby inspektor spojrzał pod stół, zauważyłby również skulony ogon.

– Czyli? – Policjant był bezwzględny. Chory, czy nie, jeśli informacja była istotna dla śledztwa, musiał ją uzyskać.

– Wysypkę mam. Drapać nie mogę, bo tymi pazurami to se krzywdę zrobię. Starczy powiedzieć, że nogą w tamtym miejscu się nie podrapię…

– Masz pan wysypkę? – Inspektor myślał przez chwilę. Zastanawiał się w jakie miejsce psowaty nie może sięgnąć tylną kończyną. – Między nogami?

– Tak… – Pan Rybitwa wyglądał teraz jak zbity kundel, którego później przejechała dorożka, a na koniec inne psy wlekły za sobą po zaułkach. – Miałem smarować się spleśniałym chlebem i jeść czosnek.

Policjant zanotował sobie istotne informacje w kajeciku. Wypytał wilkołaka jeszcze o to, kiedy wrócił do domu, czy ktoś może to potwierdzić, o której wstał, poszedł do pracy, i tak dalej. Im więcej informacji, tym lepiej. Alibi zapewniało mu sześć osób z którymi spał w izbie i cieć na podwórku kamienicy. Z samego rana wyruszył do pracy na budowie torowiska przy ulicy Kościelnej, skąd przed południem wrócił, bo źle się poczuł. Na pytanie, co stało mu się w łapę, odpowiedział, że ganiał przedwczoraj w nocy po dachu za krukiem i przez nieuwagę wpadł na legowisko pijanego gargulca. Pokaleczył się o rozbite butelki, z których garłacz zrobił sobie materac. Pewnie przez to słabo się czuje, bo wdała się infekcja.  Na koniec inspektor zszedł na tematy mniej formalne i dowiedział się za jaką piłką pan Rybitwa lubi ganiać, w jakim parku obsikuje drzewa, i gdzie kupuje mięso. Wilkołak wychodząc nie dość, że nic nie zepsuł, to jeszcze merdał ogonem.

Lipie zostały jeszcze dwie osoby do przesłuchania. Ubiegłego wieczora na miejscu zbrodni widziano pana Rybitwę, doktora Końskiego oraz stolarza Pietruszkę. Każdy z nich byłby w stanie ubić wampira. Rybitwa był wilkołakiem – w dobrej kondycji fizycznej, mógłby machnięciem łapy strącić komuś głowę z karku. Doktor Koński jest lekarzem krwiopijczej proweniencji; silnym, szybkim i sprytnym. Stolarz Pietruszka to człowiek, ale z odpowiednimi narzędziami i sprawnymi rękoma.

Motyw rabunkowy pasował do Rybitwy – bo był biednym robolem; oraz Końskiego – bo był zadłużonym lekarzem. Stolarz miał roboty po pachy, więc i na brak pieniędzy nie narzekał. Ale według ciecia, przychodził do pani Ząbeczek dwa, trzy razy w tygodniu. Znaczyłoby to coś grubszego, o czym nie szeptała nawet ulica. Romans? Interesy? Może heblowanie po nocy? Lipa nie wiedział.

Wyszedł z biura, zawołał Tuńczyka i razem udali się do Pietruszki.

***

Rzemieślnik miał pełne ręce roboty. Mnóstwo belek budowlanych do obrobienia, trochę drzwi na zamówienie, a dzisiaj nawet, jakaś dama obstalowała rzeźbę chłopca z dużym i grubym nosem. Rzeźbiarska robota nie była jego konikiem, ale kobieta płaciła z góry, więc poczuwszy spory pieniądz, przyjął zlecenie.

Piłował właśnie kloc na chłopaka, gdy do warsztatu wkroczyło dwóch mężczyzn.

– Pan Pietruszka? – spytał jeden z nich. – Inspektor Lipa, chciałbym zadać panu kilka pytań. – Pozwoli pan, że kolega rozejrzy się po warsztacie, dobrze?

– No… Chyba dobrze… – odpowiedział stolarz. Nie wiedział czego szukają. Jego miejsce pracy odwiedzają klienci, uczniowie, mistrzowie cechowi, oraz czasami strażacy. Może drzwi chcieli kupić?

– O której godzinie był pan wczoraj u pani Ząbeczek?

– Ja wiem… Przed jedenastą chwilę… A czemu pan pytasz?

– Nie słyszał pan? Nie żyje. Została zamordowana, znaleźliśmy ją dziś rano.

Stolarz pobladł i sprawiał wrażenie szczerze zdziwionego. Usiadł na klocu drewna.

– Jak to nie żyje? Co się stało?

– Przebite serce panie Pietruszka. Klasyka. Mów pan, jak długo u niej byłeś i po co. – Lipa starał się streszczać. Jakoś niepewnie się czuł w warsztacie stolarskim.

– Tego… No… Przed północą wyszedłem… – Rzemieślnik nie bardzo miał ochotę opowiadać, co łączyło go z zamordowaną. Oprócz stawiania tarota, potrafiła postawić mu coś jeszcze, czego od dawna nie potrafiła już zrobić jego żona. A jakie miejsca Ząbeczek potrafiła nacisnąć palcem, to już się nie mieściło w… No, nie mieściło się po prostu. Od kiedy poznał się z panią weterynarz, zniknęły problemy w łóżku i przy oddawaniu moczu. Niechętnie wyjawił tajemnicę policjantowi. Ten nie wydawał się zaskoczony, wręcz domagał się szczegółowego opisu, ale ku jego zmartwieniu, stolarz, przy zabiegu zawsze był odwrócony twarzą do ściany.

– Dobra, ale dlaczego chodzisz pan do weterynarza? – spytał Lipa.

– Tak wyszło. Wpierw to na wywoływanie duchów do niej chodziłem, a potem na tarota. Karty pokazały co mnie męczy, a ona powiedziała żebym wpadł na badanie. No i się zaczęło. Pieniędzy brała mniej niż zwykły lekarz, a mnie nie robi różnicy, czy w kolejce przede mną jest pies, a za mną gargulec. Otwarty człowiek jestem.

– Widziałeś pan kogoś?

– Nie, sam byłem u niej.

– Lipa! Tu jest trochę kołków. – Tuńczyk kręcił się pod ścianą warsztatu i szperał między regałami. Wyszedł zza półek obsypany trocinami. W dłoni trzymał kołek, dokładnie takiej samej wielkości, jak narzędzie zbrodni.

– No kołek. Pod namioty taki, a co? – Stolarz wzruszył ramionami. Kawałek drewna nie wzbudzał w nim emocji. Ciekawy był, czy kubek z kawą potrafi być równie interesujący dla Tuńczyka, co ten kołek.

– Sprzedawałeś je komuś ostatnio? – Lipa wskazał trzymany przez młodego przedmiot.

– Tak, wszystkie na zamówienie robione. Bractwo rycerskie, w nazwie coś z poganinem, nie pamiętam już. Wysoki, łysy typ odbierał, mrużył oczy śmiesznie i był brzydki jak noc.

Inspektor zanotował wszystkie ważne informacje a Tuńczykowi kazał zabezpieczyć kołek jako materiał dowodowy. Chwilę później wyszli.

Stolarz Pietruszka siedział zasmucony na klocu z drewna, który miał się stać rzeźbą chłopca z dużym i grubym nosem. Bał się, że teraz bez pani Ząbeczek powrócą jego problemy.

Dużym i grubym… Pietruszce przyszło coś do głowy. Złapał kołek, położył na stole warsztatowym i rozpoczął realizację swojej wizji. Struganie, toczenie, heblowanie, ścieranie, trochę lakieru, a na koniec płat skóry i kilka rzemieni.

Wieczorem zaprezentował żonie swój wynalazek.

Danusi długo namawiać nie musiał, była otwartą kobietą.

***

Tuńczykowi szybko udało się namierzyć miejsce spotkań owego bractwa rycerskiego. Było to stowarzyszenie „Pogańskie chłopaki” i swoją siedzibę mieli przy ulicy Kościelnej, co samo w sobie było cichym rechotem pracowników ratusza, którzy udostępniali im lokal z zasobów miasta. Wieczorami członkowie spotykali się w salce gimnastycznej i okładali nawzajem po głowach różnymi sprzętami. Od mieczy, przez morgenszterny, na kosach bojowych i egzotycznych nunczakach kończąc. Oczywiście, wszystko odbywało się przy zachowaniu ostrożności i korzystaniu z odpowiednich środków ochrony. Przecież głównym celem stowarzyszenia była zabawa i popularyzacja rycerskiej kultury średniowiecza, a nie obcinanie kończyn i wstrząsy mózgu.

Lipa z Tuńczykiem podjechali dorożką pod kamienicę, gdzie na parterze ulokowane było bractwo. Inspektor zauważył, że kilkanaście metrów dalej twa budowa linii kolejowej. Wokół nasypu krzątali się robotnicy, wśród których ze względu na swoją siłę, znajdowało się wielu wilkołaków. Nosili szyny, podkłady, oraz pchali wózki z tłuczniem. Z racji tego, że w mieście panowała dosyć liberalna polityka „nie obchodzi mnie to”, zmiennokształtni często przybierali zwierzęce formy, aby nie niszczyć ubrań. A niektórzy – jak pan Rybitwa – przez całą dobę chadzali w psowatej formie, nadając sobie ludzki charakter jedynie przez korzystanie z garderoby.

Powoli zaczynało już zmierzchać, więc robotnicy odkładali narzędzia i zbierali się do domów, a do pogańskiego stowarzyszenia zaczynali schodzić się członkowie. Wkrótce rozpoczynali wieczorne zajęcia z okładania przeciwnika po głowie ćwiekowaną pałką.

Policjanci weszli do kamienicy i udali się z grupką pogan do sali gimnastycznej. Tam, ku zaskoczeniu Lipy, przywitał wszystkich doktor Koński. Wysoki, łysy wampir, który śmiesznie mrużył oczy.

Funkcjonariusze stanęli pod ścianą. Spokojnie czekali aż bractwo dostanie instrukcje i pobierze instrumenty. Gdy pierwsze czoło otrzymało cios pałką, do inspektora podszedł doktor.

– Dobry wieczór. Panowie policjanci w jakiej sprawie? – spytał Koński. – Chcecie zapisać się do bractwa? Niestety, do końca tego roku nie mamy już miejsc. – Doktor z żalem rozłożył ręce, dając wyraz temu, że naprawdę nic nie może zrobić, a nawet gdyby mógł, to i tak nie chciał.

– Nie panie doktorze – odpowiedział Lipa. – Inspektor Lipa, posterunkowy Tuńczyk. Jesteśmy tutaj w sprawie śmierci pani Ząbeczek. Chcę zadać parę pytań.

– Tak, rozumiem. – Trudno było stwierdzić, czy Końskim targały jakieś emocje. Całe życie był blady, mrużył oczy, a w bractwie dorobił się kilku blizn na twarzy, podbitego oka, i złamanego nosa. Dobry policjant po gębie pozna, kto kłamie, a kto mówi prawdę. Czyta z facjaty jak z książki. W wypadku doktora były to drzwi do wychodka, powyrzynane od wewnątrz nożykiem.

– Tragedia inspektorze. Jestem zbulwersowany, niewątpliwie to zbrodnia na tle rasowym. Przebić kołkiem! Średniowieczne, prymitywne metody! – Dwie lub trzy osoby z bractwa odwróciły się w kierunku doktora. Nie byli pewni, czy się przesłyszeli, czy ich przewodniczący właśnie bluźnił na „lepsze czasy”. Szybko o tym zapomnieli, bo chwila nieuwagi przy ćwiczeniach z ćwiekowaną pałką, kończyła się wyjątkowo paskudnym guzem, lub wyjątkowo nieprzyjemnym wstrząsem mózgu.

– Skąd panu wiadomo, jakie narzędzie zostało wykorzystane do morderstwa? – Lipa nie wierzył, że doktor wyłożył się w taki sposób. Nikt nie jest taki głupi.

– Takie wieści szybko się rozchodzą. Wampir zabity kołkiem, przecież to prawie jak szubienica dla murz…

– Dobra, dobra – przerwał mu Lipa. – Rozumiem analogię. Teraz mi pan powie o której godzinie był pan wczoraj u zamordowanej.

– Po północy bodajże. Spłacałem pożyczkę, której mi udzieliła. Ba! W podzięce oddałem nawet więcej niż musiałem. Z panią Ząbeczek byłem w dobrej komitywie. Wypiliśmy herbatę i koło pierwszej od niej wyszedłem, i udałem się do domu. Była zdrowa i wesoła. Nikogo też nie widziałem panie inspektorze, byłem tam sam.

– Rozumiem… Pan jest lekarzem z zawodu, prawda? Prowadzi pan również aptekę, tak?

– Tak. Do czego pan zmierza?

– Czyli teraz, skoro pani Ząbeczek nie prowadzi już przychodni, będzie pan jedynym medykiem w okolicy prawda? – spytał Lipa i obserwował Końskiego. Zdawał sobie sprawę ze stanu twarzy przesłuchiwanego, ale miał nadzieję, że uda mu się na tyle wyprowadzić wampira z równowagi, że ten, pod wpływem emocji, wyśpiewa policjantowi coś interesującego.

– Panie inspektorze… – Wbrew oczekiwaniom Lipy, doktor Koński z pobłażaniem pokręcił głową. – Inna branża. Ja się w syfie nie babrzę. Usypianie brudnych kundli i smarowanie cementem rannych gargulców zostawiam miłośnikom zwierząt. Jestem poważnym obywatelem.

Policjant odniósł wrażenie, że Koński należy do tej grupy społeczeństwa, która zarzutami o dyskryminację żongluje wedle swoich upodobań. Wampir przebity kołkiem to tragedia, a ustrzelony srebrną kulą wilkołak, to kontrola populacji.

Podczas rozmowy doktora z inspektorem, Tuńczyk kręcił się po sali. Zaglądał za kozły, obserwował ćwiczących, wyglądał przez okna. Zauważył, że płot oddzielający podwórze kamienicy od terenu budowy linii kolejowej, jest w jednym miejscu uszkodzony. Dwie deski zostały wyrwane, zapewniając akurat tyle miejsca, aby przecisnąć się bokiem między pozostałymi. Tuńczyk wyszedł z kamienicy na mały plac. Pod ścianą budynku leżały poskładane namioty turniejowe. Obok nich, przykryte brezentem, złożone były słupki podporowe, a kawałek dalej – kołki mocujące odciągi. Dokładnie te, o których wspominał stolarz. Takie jak narzędzie zbrodni.

Tuńczyk z łatwością przeszedł przez dziurę w płocie. Wyrwę musiał zrobić ktoś większy… Policjant zauważył, że grupka ostatnich robotników pakuje się na wóz i zaraz będzie odjeżdżać. Jeśli nie myliła go pamięć, to w tym miejscu powinien pracować Rybitwa, który dziś wziął wolne.

Podbiegł do budowniczych przeskakując po drodze podkłady. Z grupki zmęczonych robotników „wyłowił” brygadzistę i wziął go na bok, na rozmowę. Korzystając z okazji, chciał zweryfikować słowa wilkołaka o rzekomym chorobowym. Informacji nigdy za wiele.

Chwilę później, Tuńczyk wpadł do sali gimnastycznej i porwał inspektora.

***

Brygadzista powiedział policjantowi, że Rybitwa owszem, przyszedł, ale nie z chorobowym. Nawyzywał na kierownictwo, torowisko, kompanię kolejową, i kazał iść wszystkim w diabły. Potem się zreflektował i powiedział, że w sumie w diabły to on sam idzie, i żeby za nim nie łazić. Nikt się specjalnie nie przejął, bo na jego miejsce było kilku chętnych. Inne wilkołaki na budowie odetchnęły z ulgą, bo ich kolega swoim zachowaniem robił im złą opinię.

Inspektor z posterunkowym podjechali dorożką na komendę. Tam skrzyknęli paru policjantów. Obława na wilkołaka nie była robotą dla dwóch osób. Tuńczyk, oprócz standardowej pałki, zabrał ze sobą także małą, twardą, gumową piłkę, gdyby psowatemu trzeba było coś do pyska wsadzić. Rybitwa mógł mieć papiery, że nie może nosić kagańca, więc jakoś trzeba było poradzić sobie z tym problemem. Normalnie taka akcja wymaga innego zwierzęcego funkcjonariusza, ale niestety, żadnego nie było w tej chwili na komendzie. Jak na złość, żaden z nieludzi nie był dostępny. Wilkołak dyżurny był już w terenie, dwa wampiry na szkoleniu w innym mieście, a reszta „wyjątkowych” miała wolne lub była na chorobowym. Lipa musiał działać zgodnie ze starożytną maksymą – jakoś to będzie.

Więźniarka pognała pod kamienicę na Glinianej, gdzie Rybitwa nocował. Policjanci wdarli się na drugie piętro, tupiąc buciorami, krzycząc i wywracając łóżka w komunie do góry nogami. Z racji, że było już późno i dosyć ciemno, na podłodze lądowały często materace wraz z lokatorami. Pluskwy drugi raz w ciągu doby zostały wytrzepane ze swoich siedlisk. Zagroziły rebelią, ale nikt ich nie słyszał.

Rybitwy nie było. Opiekun budynku twierdził, że podejrzany zjawił się wczesnym wieczorem, zabrał swoje rzeczy i zapłacił zaległy czynsz. Likantrop mówił coś jeszcze o nowym początku i podróży za morze. Z tobołem przewieszonym przez ramię wyszedł z budynku i już nie wrócił.

Lipa był zły. Po południu miał podejrzanego na komendzie i dał mu wyjść. Łapa Rybitwy pewnie wcale nie była pocięta, tylko cała w drzazgach, a inspektor nawet tego nie zweryfikował! Gdy z Tuńczykiem odwiedzali bractwo, wilkołak był już w drodze do portu.

Ale nie wszystko było stracone. Lipa wiedział, że tylko jeden statek wypływa za morze i powinien odbijać od brzegu gdzieś za godzinę. Policjanci zbiegli na dół, tupiąc buciorami po drewnianych schodach, uderzając pałkami o balustradę, i przekrzykując robiony przez siebie hałas przeprosinami, za niepokojenie o tak późnej porze. Zapakowali się do więźniarki i ruszyli w kierunku portu.

***

Pan Rybitwa stał na brukowanej ulicy obok kapitanatu. Odpowiednie papiery już załatwił, bilet kupił, suszone żarcie też, teraz tylko zostało wejść na statek i odpłynąć z tego miasta w cholerę. Odetchnął głęboko, ciesząc się zapachem morza. Właściwie to w porcie śmierdziało śledziem i uryną, ale Rybitwie zapach ryb w ogóle nie przeszkadzał. Moczem zaś, śmierdziało całe miasto. Na brzegu nawet mniej, bo cały syf z brukowanej ulicy ściekał od razu do wody. Likantrop poklepał się po piersi, sprawdzając, czy sakwa z kamieniami szlachetnymi mocno siedzi w kamizelce. Drugą kabzę z pieniędzmi miał w kieszeni spodni roboczych. Trzymała się równie dobrze.

Cieszył się, że udało mu się opylić złotą biżuterię. Po kosztach, ale wykłócać się z paserem, kiedy czasu mało, aż prosi się o kłopoty. I tak ledwo się wyrobił. Z placu budowy do mieszkania, potem komenda, następnie wyciągnąć łup z kanału, no i jeszcze pogonić fanty. Przy kanale mu zeszło, bo się akurat kanalarzom zebrało na wyławianie martwych zwierząt ze ścieku. Rybitwa bał się, że znajdą worek. Na szczęście nic takiego się nie stało. Wyciągnęli parę kotów, kilka psów, jednego dzika, i poszli precz.

Trochę zżerało go sumienie. Nie chciał zabijać pani Ząbeczek. Był przekonany, że o tej porze będzie już spała. Specjalnie wybrał moment w którym cieć z bramy kończy wartę, a pokojówki jeszcze nie ma. Miał półgodzinne okno na szaber. Tylko ta durna wampirzyca musiała wyleźć z trumny, bo soku z buraków jej się zachciało. Soku z buraków! Przecież to prawie jak czosnek! Ząbeczek nakryła go, jak wyciągał klejnoty z małej wystawy w korytarzu. Nie zdążyła nic powiedzieć. Rybitwa błyskawicznie wyciągnął zza pasa spodni kołek, zabrany ludziom z bractwa i z całej siły uderzył ostrym końcem wampirzycę. Drewno przebiło mostek, rozerwało serce, a pani Ząbeczek została wręcz wbita w podłogę. Wilkołak otrząsnął się z szoku wywołanego tym, co zrobił, zagarnął resztę kamieni z otwartej gabloty i uciekł. Nie chciał mordować. Zadziałał instynktownie. Do końca życia będzie pamiętać zaskoczenie na twarzy wampirzycy i jej zielone oczy, które zgasły, jak latarnia gazowa nad ranem.

Syrena statku zawyła. Był to ostatni sygnał dla spóźnialskich. Wkrótce okręt będzie odbijał od brzegu. Rybitwa poprawił melonik i ruszył w kierunku przystani. Kilkanaście kroków dzieliło go od statku, gdy zza zakrętu wypadła obładowana policjantami więźniarka. Woźnica ledwo wyhamował konie, które podniecone akcją nie chciały się zatrzymać. Niedawno dostały nowe modele podków. Trzymały się lepiej mokrej nawierzchni, więc chłodny wieczór z lekką mżawką i szalony galop przez miasto, był najlepszą okazją do testów.

– Stój Rybitwa! – krzyknął Lipa i zeskoczył z kozła. Do niego dołączyli pozostali policjanci. Niektórzy dość zieloni na twarzy. Więźniarka zatrzymała się kilka metrów dalej. Z niej również wysiadło kilku funkcjonariuszy z Tuńczykiem na czele.

Wilkołak nie miał zamiaru słuchać. Rzucił się do ucieczki. Przebiegł parę metrów, ale ostrzegawcza salwa z rewolwerów ostudziła jego zapał. Beczki które właśnie chciał przeskoczyć, zostały wzbogacone o kilkanaście gramów ołowiu.

– Stój! – krzyknął ponownie Lipa. – Nigdzie nie uciekniesz. Jeśli się poddasz, obiecuję, że nie będziesz wisiał!

– Ta, jasne – odpowiedział Rybitwa. – Nie będziesz wisiał… Widziałeś kiedyś wilkołaka, który przeżył więzienie? Może do roboty mnie zaciągniecie? Gdybym chciał sobie plecy dalej łamać, to wciąż pracowałbym przy torach! Takiego wała! Puszczacie mnie na statek albo robię z was mielone, co wy na to?

– Nie uda ci się Rybitwa, mamy broń. Zastrzelimy cię zanim do któregoś z nas doskoczysz.

– Chyba nigdy nie walczyłeś z wilkołakiem kundlu. Urwę ci łeb i nawet tego nie zauważysz!

Likantrop zrzucił na ziemię torbę, zjeżył sierść na karku, uszy postawił na sztorc, obnażył kły i pazury. Ugiął tylne kończyny do skoku. Atmosfera była bardzo napięta. Gdyby w pobliżu przechodził jakiś kolejarz, stwierdziłby, że dokładnie taki niepokój odczuwa załoga lokomotywy parowej, sekundy przed jej eksplozją. Ale nie przechodził.

Niespodziewanie, powietrze gęste od napięcia, przeciął zaskakujący dźwięk. Ktoś gwizdał! I jeszcze klepał się po nodze!

– Piesku zobacz! – Tuńczyk w przypływie samobójczego geniuszu, pogwizdywał na Rybitwę i podrzucał małą, gumową piłkę. – Piesek! Zobacz co mam!

Rybitwa zgłupiał. Pierwotny morderca kłócił się z udomowionym mieszczuchem. Miał ochotę przegryźć gardło każdemu z obecnych, ale bardzo, ale to bardzo chciał też pobiegać za piłeczką. Nie wiedział co robić.

– Mordo, patrz! – Policjant odbił piłkę o ziemię i złapał ją w powietrzu. – Kto jest dobrym pieskiem? No? Kto jest dobrym pieskiem?

Szał zabijania przegrywał walkę z piłeczką. Rybitwa zaczynał merdać ogonem. I jeszcze ten dobry piesek… Przecież wiadomo kto jest dobrym pieskiem, po co pyta w ogóle?

Tuńczyk zdawał sobie sprawę, że w momencie w którym likantrop złapie rzucony przedmiot, czar pryśnie. Zapewne ją zaaportuje, wróci i urwie miotającemu łeb. Pewnie, można psowatego zastrzelić. Ale wilk w szale na pewno kogoś rozszarpie zanim padnie na bruk.

Dlatego Tuńczyk zagwizdał ostatni raz i rzucił piłkę w kierunku lodowatej wody.

– Aport! – krzyknął na Rybitwę. W duchu modlił się, aby trik zadziałał.

Wilkołak całkiem przegrał walkę sam ze sobą. Ludzka część istoty, widząc piłeczkę, lecącą w kierunku ciemnej, zimnej, morskiej wody pomyślała „ty gnoju podstępny”. Psowaty, we wnętrzu tego osobliwego gatunku, pomyślał zaś „tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, piłka, piłka, piłka, piłka, piłka, o ja cię, o ja cię, o ja cię, o ja cię, lecę!”. I likantrop rzucił się z przystani.

***

Jakiś czas później, policjanci wyłowili pana Rybitwę z wody. Lodowata kąpiel ostudziła jego zapał, a funkcjonariusze założyli mu kaganiec i osłony na łapy. Dwóch mundurowych korzystając z okazji, płukało w morzu ufajdane ze strachu spodnie. Trzej inni, mokre plamy w kroku tłumaczyli najpierw wyjątkowo złośliwym deszczem, ale widząc miny kolegów, przyznali się do niekontrolowanego luzowania zaworów podczas akcji.

Kwadrans później, pełna więźniarka wracała na komendę. Lipa siedział z woźnicą na koźle i ciągnął rum z piersiówki. W głowie układał raport z wydarzenia. Wszelkie zasługi, zgodnie z prawdą, zamierzał przypisać Tuńczykowi. Chłopak spisał się dzisiaj na medal. Należało mu się coś więcej, niż tradycyjny uścisk dłoni „komedianta”.

Bohater natomiast, siedział w środku wozu z zatrzymanym i kilkoma policjantami. Nie schodził mu uśmiech z twarzy. Nie dlatego, że zatrzymał mordercę i powstrzymał rozlew krwi. Tuńczyk śmiał się w duchu, bo Rybitwa ciągle pytał go o jedną rzecz. Chciał męczyć go z odpowiedzią aż do aresztu. A może pomęczy go do samego procesu?

A wilkołak, mimo kagańca pytał, bo musiał się dowiedzieć, no po prostu musiał!

– To kto w końcu, jest tym dobrym pieskiem!?

 

 

Koniec

Komentarze

Jak pojawiły się jakieś literówki czy inne błędy – nie zauważyłam, bo poleciałam z fabułą. Jak dla mnie – mistrzostwo świata! Wciągające, idealnie wyważone pod względem opisów i informacji no i coś, co cenię sobie bardzo – prosty humor, dzięki któremu chichotałam pod nosem. Obudziłam tym męża, ale trudno – przynajmniej usłyszał co ciekawsze fragmenty na dobranoc, chociaż jego spojrzenie nie sugerowało pełnego zrozumienia. 

Tak trzymaj! :) 

miała ubraną szarą

Była ubrana w szarą?

 

rozchlapał jęzorem próbując się napić

Przecinek pomiędzy jęzorem a próbując.

 

kilkanaście metrów dalej twa budowa linii kolejowej.

Trwa. ;)

 

Potem się zreflektował i powiedział, że w sumie w diabły to on sam idzie, i żeby za nim nie łazić.

A to jest bardzo ładne zdanie. Na tyle, że aż postanowiłem zacytować, żeby to podkreślić!

 

Czytało się nieźle. Co prawda nie parskałem śmiechem, ale ogólny wydźwięk jak najbardziej na plus i sympatyczny. Komediowo zdecydowanie bardziej podobała mi się dalsza część, kiedy zacząłeś się bawić humorem w inny sposób niż poprzez slapstick i potrącanie, wywracanie i wdeptywane w rzeczy. Mam wrażenie, że tego typu gagi są zabawne tylko w animacjach i to głównie wtedy, kiedy odbiorca ma 10 lat. Potem na szczęście żart wszedł już na wyższy poziom.

Gdzieniegdzie brakowało przecinka, tu i tam pojawił się nadmiarowy, ale fabuła wciągnęła na tyle, że nie chciałem się odrywać, żeby to wypunktowywać. A to dobrze świadczy o całości. Podsumowując – fajny kryminał z wyrazistymi postaciami. Nie żałuję lektury.

Firiel – cieszę się! :)

barniusz – hmm… nie miałem zamiaru robić żadnego slapsticka. Jeśli chodzi Ci o Rybitwę na przesłuchaniu, to bardziej chodziło mi o przedstawienie sytuacji, co się może stać, gdy zostawisz w kuchni niezbyt sprytnego labradora, który nagle zobaczy własny ogon. Sam kończę dziesięć lat w tym roku, to może dlatego ;)

Bardzo sympatyczne i wesołe opowiadanie. Podobało mi się. I fabuła, i ten świat spokojnie koegzystujących ras.

Niestety, zostały skrzywdzone wykonaniem. Nie tak ogólnie, ale dwa grube byki masz. Popraw natychmiast, bo za jeden Reg każe Ci klęczeć na grochu. Interpunkcja kuleje, ale to już nie taki straszny grzech.

Osoba wezwana na rozmowę, miała ubraną szarą, wytartą kamizelkę

Ubrań się nie ubiera ani nie można mieć ich ubranych.

schodziła się do niej rządna emocji i duchowych uniesień śmietanka

Sprawdź w słowniku, co znaczy “rządna” możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

Oj, dzięki ;)

Bardzo przyjemne opowiadanko. Ogólnie z zasady lubię historie dziejące się w świecie, gdzie ludzie żyją w jednym społeczeństwie z różnej maści nieludźmi. Coś w stylu “mój sąsiad jest wilkołakiem, to dobry chłopak, tylko jak jest pełnia, to spać nie daje”. Sama również bardzo chętnie tworzę w podobnych klimatach. 

Podobały mi się także nazwiska, jak również fakt, że tym razem to nie wampir był złoczyńcą, ale właśnie ofiarą całego zamieszania. 

Akcja rozwijała się w odpowiednim tempie, nie było dłużyzn, a i suspens nie dał od razu odpowiedzi na pytanie, kto zabił. 

W sumie trochę rozczarowało mnie tylko zakończenie, jakieś zbyt infantylne było w stosunku do reszty. Ale to nie zmienia faktu, że całość odebrałam bardzo pozytywnie i spędziłam przyjemnie czas, czytając twoje opowiadanie. 

 

Ps. 

Nie wiem czemu, ale jak przeczytałam tytuł, myślałam, że całość będzie o depresji jakiegoś małomiasteczkowego weterynarza ;)

 

Pozdrawiam C. 

 

Cephiednomiko

Bardzo mnie cieszy tak pozytywna opinia :) Dziękuję.

Lubię nieco infantylne historie, ale wiadomo – bez przesady ;)

I tak, tytuł miał być mylący!

Wonszu, ogromnie spodobało mi się to zacne opowiadanie, więc z wielką przyjemnością towarzyszyłam inspektorowi Lipie i posterunkowemu Tuńczykowi w dochodzeniu prawdy i poszukiwaniu sprawcy odrażającego morderstwa. Galeria niecodziennych postaci doskonale ubarwiła opowiadanie, a nienachalny i dobrej jakości humor dodał blasku całej historii. ;D

 

Sto­larz miał ro­bo­ty po pachy, więc i na pie­nią­dze nie na­rze­kał. –> Chyba miało być: Sto­larz miał ro­bo­ty po pachy, więc i na brak pie­niędzy nie na­rze­kał.

 

tro­chę drzwi na za­mó­wie­nie, a dzi­siaj nawet, jakaś dama, za­mó­wi­ła rzeź­bę… –> Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję: …tro­chę drzwi na za­mó­wie­nie, a dzi­siaj nawet jakaś dama obstalowała rzeź­bę

 

Zła­pał za kołek, po­ło­żył na stole warsz­ta­to­wym… –> Zła­pał kołek, po­ło­żył na stole warsz­ta­to­wym

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Cięż­ko było stwier­dzić… –> Trudno było stwier­dzić

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

A dziękuję bardzo! Aż mi się ciepło zrobiło ;)

To może, skoro poprawiłeś usterki, a także dla podgrzania ciepłej atmosfery – klik! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka