- Opowiadanie: rybak - Opowieści starego Nawigatora: Skowronki i sowy z Keplera 78b

Opowieści starego Nawigatora: Skowronki i sowy z Keplera 78b

Spóźniony, zaspany, ale jednak: pozakonkursowo (jeśli organizator się nie zgodzi), konkursowo – jeśli się zgodzi, a biorący udział w konkursie nie zaprotestują – owoc gwałtownego natchnienia, w tempie ekspresowym (dziś pomysł, dziś wykonanie)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Opowieści starego Nawigatora: Skowronki i sowy z Keplera 78b

Szliśmy nadświetlną Wielkim Szlakiem Transgalaktycznym, kiedy to się stało. Służyłem wtedy na Suśle XV – znacie ten typ masowców. W swoim czasie połowa frachtu na dalekich trasach chodziła właśnie nimi. Stocznie wypuszczały je jak parówki – taśmowo. Udana konstrukcja – ładowność piętnaście milionów ton netto, trochę ponad pół mili długości, reaktory na mezonach D, proste, praktyczne, niezawodne. I jedynie siedmiu członków załogi. Armatorzy zapisywali się na nie z wyprzedzeniem dekady. Teraz, gdy weszły Susły XXX a nawet Susły L, wiadomo – pieśń przeszłości.

Ale wracając do rzeczy. Odbębniałem właśnie wachtę, kiedy, gdzieś tak na pół parseka od skraju układu Keplera 78, odebrałem sygnał alarmowy. Starym, dobrym alfabetem Morse’a. Kiedy rozhulała się międzygwiezdna żegluga, wrócił do łask, jako najłatwiejszy i zarazem najtańszy sposób na nadświetlną łączność w sytuacjach nadzwyczajnych. Trzy krótkie, trzy długie, trzy krótkie na natychmiastowej. Pokładowa Ajka przepatrzyła przestrzeń w promieniu parseka i w końcu znalazła co trzeba, powiększyła i rzuciła na holoekran: po stycznej, kursem do nas zbieżnym, w płaszczyźnie ekliptyki, szła lichtuga ratunkowa. Stara, oblazła, wyraźnie rozklekotana, ale szła. I to wprost na Susła. Ale że była nieduża, wszystkiego może sto pięćdziesiąt tysięcy ton standardowych, Ajka złapała ją polem kierunkowym, dopasowała jej prędkość do naszej i przytrzymała piętnaście mil od kadłuba.

Nie budziłem kapitana. Sprawa w zasadzie normalna na dłuższych trasach. Wiadomo, zawsze ktoś się napatoczy. Jak nie rozbitek, to kurier. Jak nie kurier, to dostawca zieleniny. Jak nie dostawca, to… a zresztą, sami wiecie, kto. Jak to na szlaku. Na Wielkim Szlaku Transgalaktycznym w zasadzie nie było już wtedy piratów. Wystarczyło przeskanować zatrzymany stateczek. Nanoboty z czujki wysłanej przez Ajkę zrobiły swoje, po małej półgodzinie miałem już większość danych. Na pokładzie w anabiozerach  spoczywały  dwie osoby. Humanoidalne. Mało powiedziane humanoidalne – zwyczajni ludzie. Na oko. Mężczyzna i kobieta. Dość młodzi. Pobrane próbki wykluczyły znane nam zarazy, w tym oczywiście najgroźniejszą, Szarą Pleśń. Żadnych ran, uszkodzeń, wszystkie parametry w normie. Dla siedemnastolatków.

Poza tym lichtuga była pusta. Całkowicie. Na pokładzie, poza syntezatorem żarcia i podstawowymi układami właściwie nic nie rzucało się w oczy, a raczej w czujniki nanobotów. Pokładowa AI napełniła naszą własną Ajkę żywym niesmakiem. Była podwójna, pracująca w dwóch interwałach czasowych standardowego galaktycznego, czyli w istocie – ziemskiego. Pierwsza – od piętnastej do trzeciej w nocy. Druga – od trzeciej do piętnastej. W dodatku obie te AI najwyraźniej się nie znosiły i działały sobie wbrew. Cud, że stateczek doleciał aż tak daleko. Żałuję, że mnie to wtedy nie zastanowiło. Może udałoby się uniknąć naszych obecnych problemów. Ale cóż. Lichtugę Ajka wciągnęła na pokład lądowiska, potem hermetyzacja przejścia i już. Standardowa procedura w takich przypadkach.

Trajektorię udało się odczytać: wiodła wprost z jedynej planety układu, Keplera 78b. Śmieszna planetka.  O połowę masywniejsza od Ziemi, krąży wokół swojego żółtego karła w odległości czterdzieści razy mniejszej niż Merkury wokół Słońca, obiega gwiazdkę w ledwie osiem i pół godziny. I wiruje osiowo z prędkością niemal identyczną jak Ziemia – 24 godziny jak w pysk strzelił! Ale i tak jej aktualnie oświetlona strona rozgrzewa się powierzchniowo do temperatury prawie trzech tysięcy kelwinów. Za to po stronie zacienionej błyskawicznie stygnie do 35 K. I tak w koło Macieju.

 Sama planeta jest geologicznie martwa. Żadnego rozpalonego jądra w środku, zero magnetosfery. Ot, sprasowany konglomerat skał i metali. Po wierzchu złożony głównie z topiących się cyklicznie kruszców i minerałów, co chroni wnętrze przed nawałą promienistą z zewnątrz. Tyle że w środku, prawie sześćset mil pod powierzchnią, skrywa ogromną kolonię. Naszych, Ziemian.

Żyją już tam  od dobrych dwustu lat. A od stu pięćdziesięciu zerwali wszelkie więzi z resztą zamieszkanej Galaktyki. I nikt nie wie, dlaczego. Owszem, handlują nawet z nami, ale wyłącznie za pośrednictwem maszyn. Na krawędź układu, na automatyczne składowiska zawieszone w przestrzeni, cyklicznie dostarczają nam koncentrat zamawianych aktualnie rud metali, równie bezosobowo i automatycznie  odbierają dostawy wszystkiego, czego im potrzeba i tyle.

Kilka godzin później, dokładnie o 13.05 udało się wybudzić mężczyznę. Może lepiej jednak byłoby go nazwać nastolatkiem: chudy, niewysoki, z ledwie pojawiającym się meszkiem zarostu. Biomedy wyjęły go z anabiozera, wstrzyknęły mu stabilizatory, nakarmiły dożylnie na pierwszą dobę pobytu na Suśle, odziały w ciuchy znalezione w ichniej szalupie i przyprowadziły na mostek. Niechętnie, ale szedł, nawet nie trzeba było niczego mu tłumaczyć. Dziewczyna jednak wciąż spała jak zabita, nawet po wyłączeniu lichtugowej przetrwalnicy. I nic nie można z tym było zrobić. W końcu Ajka stanowczo odmówiła dalszych prób. Podobno jeszcze jedna porcja stymulantów i zamiast ratunku, dziewczę doczekałoby się nagłego zgonu z przedawkowania.

Chłopak trzeźwiał z każdą minutą spędzoną na mostku. Stał przede mną, w tym swoim zielonym kombinezonie, bez przerwy drobił w miejscu stopami, niekiedy wykonując silniejszy przytup, patrzył mi w oczy i nic nie mówił. Ani słowa. Przez pół godziny. Jak, kurczę, Fred Astaire skrzyżowany z Busterem Keatonem. Postanowiłem przejąć inicjatywę, nie zwracając dłużej uwagi ani na regulamin, ani na zasady dyplomacji:

– Nawigator drugiej klasy Żeglugi Wielkiej Snuff. Znajdujesz się na pokładzie masowca Trzeciej Kompanii Transportowej, z siedzibą na Deimosie. Odebrałem wasz sygnał z prośbą o pomoc. Czy coś się stało podróżującej z tobą dziewczynie? Jesteście rozbitkami? Proszę o identyfikację i opis problemu. W przeciwnym razie, zgodnie z regulaminem żeglugi międzygwiezdnej, zostaniesz zatrzymany w odosobnieniu i przekazany policji w pierwszym węźle przeładunkowym.

No, chyba dotarło. Opuścił wzrok, przestał tańczyć, odetchnął głęboko i czystym Galaktanto powiedział:

– Roman Kowalski-Wczesny, Kepler 78b. Jestem uchodźcą z mojej planety. Grozi mi na niej śmierć. Zgodnie z prawem Szlaku, proszę o azyl. Dla siebie i mojej towarzyszki. Za… – tu spojrzał na staromodny cyrkonowy zegarek na przegubie – za dokładnie czterdzieści pięć minut ona zwróci się do pana o to samo.

– A teraz nie może? Chora, kontuzjowana, coś jej dolega? Dlaczego nie jesteśmy w stanie jej ocucić?

– Jest Późna – odpowiedział krótko chłopak. – Wstaje dokładnie o piętnastej czasu galaktycznego.

– Nie rozumiem – przerwałem mu lekko obcesowo – dlaczego dopiero o piętnastej?

– Druga zmiana – odburknął Roman. – My tak mamy. Dlatego właśnie tu jesteśmy. Chcemy być razem, a nam nie pozwalają. I w ogóle u nas to nierealne. Rozumiecie – nasze zmiany niespecjalnie się lubią. Właściwie to się nienawidzą. Wcześni zabiliby najchętniej wszystkich Późnych, Późni wybiliby Wczesnych co do jednego, ale to niemożliwe. Nasza planeta wymaga stałego nadzoru stabilizującego. Żadna AI tego nie jest w stanie załatwić. Ani automaty. Miliard ludzi na każdej zmianie robi to osobiście, oczywiście poza standardowymi zajęciami. Każdy u siebie. Często własnoręcznie, a raczej własnonożnie. Przemieszczając się, kiedy to konieczne, na sygnał planetarnej AI, w promieniu mili od swego habitatu. I wyuczonym w szkołach dreptaniem, wy to nazywacie stepowaniem, wprowadzając solidnie już wydrążoną przez nas planetę w odpowiedni rezonans. Co przy okazji przywiązuje nas dożywotnio do miejsca. Na szczęście nie ma potrzeby wędrować nigdzie dalej, bo w zasadzie wszędzie pod powierzchnią żyje się podobnie. A każdy taki kwadrat – cztery mile kwadratowe – zawiera co tylko do szczęścia potrzebne: od miejsc pracy i centrów dystrybucji, po szkoły, medpunkty i rodzinne habitaty. Obie zmiany robią wszystko naprzemiennie. Kiedy Wcześni śpią – Późni drepczą po szlakach i na miejsca wskazywane im indywidualnie przez AI. I vice versa.

– Skoro robicie to samo i żyjecie tak samo, macie nawet wspólną ojczyznę, to skąd ta nienawiść?

– Wcześni z dawien dawna stepują z akcentem na lewą nogę, a Późni – na prawą. I są święcie przekonani, że tylko ich metoda jest słuszna. Oraz skuteczniejsza od tej drugiej – wyjaśnił przybysz. – Ale na szczęście wciąż boją się jednakowo.

– Niby czego?

– Tego, że jeśli jedna zmiana wytłucze drugą, to nie da się przecież w ogóle nie spać. W końcu więc nieuchronnie wkradnie się jeszcze większy bałagan i planeta się zdesynchronizuje. Zwolni za bardzo, zanadto się przegrzeje i będzie po wszystkich, niezależnie kto zacznie. A uciec z niej nie można. Z jednej strony, zbytnio ją już wydrążyliśmy, by kręciła się dalej z równą prędkością bez naszej pomocy. Z drugiej zaś, za bardzo się rozmnożyliśmy, by zdążyć ją opuścić w dwanaście godzin.

– Że co proszę? – zaczęło mnie ogarniać zdumienie. Przedstawione wiadomości przypominały majaczenie chorego umysłu. Lecz mój rozmówca nie wyglądał na obłąkanego.

– Przecież jasno mówię – czemuś się obraził. – Nie cierpimy się, ale jesteśmy od siebie w pełni zależni. I nic z tym u nas zrobić się nie da. Można tylko poza Keplerem. Dlatego tu jesteśmy. Chcąc nie chcąc.

Słowo do słowa i wreszcie zrozumiałem, chociaż nadal wydawało mi się to całkowicie absurdalne: kolonistów na Keplera 78b przybyło stosunkowo niewielu. Góra osiemdziesiąt milionów w kilkunastu konwojach. Transportowce ukryli w cieniu i zaczęli wiercić, pod osłoną pól siłowych i chłodzonych ciekłym helem geostacjonarnych zwierciadeł z wolframowych spieków. Kiedy już wydrążyli we wnętrzu co trzeba, przez niemal dwa stulecia eksploatowali i stabilizowali planetę (cokolwiek przez to rozumieć, potem okazało się, że chodzi nie tylko o geologię i tektonikę, obecnie to wręcz cały ustrój społeczny, i żeby tylko!) na dwóch równych zmianach. Ale wiadomo jak to z ludźmi bywa: każdemu nie dogodzisz. Jeden chce przydziału do tej zmiany, drugi wręcz odwrotnie. Temu pasuje od „rana” do „wieczora”, tamtemu z kolei lepiej pracuje się i żyje „w nocy”. Choć przecież i tak wszyscy funkcjonowali w gigantycznych sztucznych, podziemnych tunelach i komorach, oplatających niczym gęsta sieć cały rozdygotany od nieustannego pędu i tupotu glob. Z czasem nawet już nie podejrzewając, że można gdzieś żyć inaczej.

Tymczasem Kepler 78b, zgodnie z analizami fachowców z ich wszechwładnej policji, czyli Ochrony Dreptu,  wymagał bezustannej, koordynowanej odgórnie, coraz aktywniejszej  stabilizacji. I tym samym wewnętrznego, nomen omen,  spokoju. Na szczęście po półwieczu niesnasek ktoś mądry wymyślił antidotum na wieczne spory i przeprowadzki, konfliktujące cały podziemny świat, już nie tylko przyjaciół, ale nawet rodziny. Po ukończeniu przez młodzież miejscową szesnastego roku życia, każdemu absolwentowi szkół średnich losowo przydzielano odtąd numer. Następnie zaś poddawano skomplikowanej mikrochirurgii mózgu. Po zabiegu i indywidualnie dobieranym okresie rehabilitacji, delikwent dodaje do nazwiska dodatkowy element i już do końca życia przyporządkowany jest do swojej grupy. Ludu. Plemienia. Zmiany. Bez prawa do modyfikacji. Udało mu się – nie zrywa kontaktów z rodzicami i przyjaciółmi. Miał mniej szczęścia, cóż… A że dla zwyczajnych obywateli dostęp do automatów programujących jest niemożliwy…

– Wie pan, panie Snuff – ciągnął Romek, bo tak go na swój użytek nazwałem, po czym całkiem znienacka się zaczerwienił – Myśmy się z Giulką bardzo polubili, jeszcze w gimnazjum. Niestety, nie mieliśmy… – i tu nagle przerwał, osuwając się na elastyczną wykładzinę mostka. Spojrzałem najpierw na niego, potem na jego przegub, w końcu na zegar pokładowy. No tak, piętnasta standardowego galaktycznego obowiązuje przecież i na Keplerze 78b, i na każdym Suśle. Śpi martwym bykiem!

W tej samej jednak chwili Ajka odezwała się łagodnie z hologłośników:

– Nawigatorze, dziewczyna się ocknęła. Rewitalizować i przyprowadzić na mostek?

– Przyprowadź, przyprowadź – mruknąłem. Nie ma co, trzeba chyba jednak będzie obudzić kapitana. Sytuacja coś mi jakby zaczęła przypominać.

Kolejne pół godziny i na mostku pojawiła się dla odmiany Giulka. Równie szczupła jak Romek, ale zdecydowanie bardziej energiczna. Pewnie stymulanty zrobiły swoje. W międzyczasie ułożyłem jej partnera na wolnym fotelu, przypiąłem pasami i wypoziomowałem. A niech sobie chłopak pośpi. Tyle wrażeń w tak krótkim czasie.

Giulka miała szybszy start i już od wejścia do sterowni nadawała jak najęta:

– Nareszcie, nareszcie wolni! Nie ma pan pojęcia (nawet nie czekała aż się przedstawię, ewidentnie lekceważyła wszelkie przyjęte na Szlaku formy i regulaminy) jak się cieszę, że ktoś nas znalazł. Co prawda Roman obliczał, że to potrwa najwyżej kilkanaście standardowych lat, ale chyba zeszło krócej.

Przerwałem jej, dopełniłem formalności, w końcu Ajka i tak wszystko utrwalała, i zapytałem:

– Co wam konkretnie groziło? Proszę po kolei i dokładnie. Bez tego wasza prośba o azyl może zostać odrzucona. I radzę nie kręcić – Ajka ma wprogramowane doskonałe detektory kłamstwa.

Wtedy mi opowiedziała. Los im nie sprzyjał. Kiedy Giulka, a właściwie Lena Giuliescu dowiedziała się, że odtąd ma żyć jako Późna, wpadła w rozpacz. Ale potem, gdy łzy już obeschły, zastąpione przez nieugiętą wolę działania, zaczęła zostawiać Romkowi listy. Miała blisko, bo ich habitaty dzieliło może kilkadziesiąt kroków. Już wcześniej, przed losowaniem i przydziałem, umówili się, że jakby co, wiadomości do siebie będą ukrywać w łączącej ich kwatery komorze, przy dystrybutorze wody, w szczelinie między zbiornikiem a ścianą groty. Miejsce dobre, bo kamery planetarnej AI oraz Ochrony Dreptu akurat tego kawałka przestrzeni nie obejmowały. Trwało to ponad pół roku. Ich korespondencyjnie rozdmuchiwane uczucie płonęło równym ogniem.

Niestety, przypadek znów pokrzyżował im szyki. Któregoś dnia, kiedy AI nakazała zbiorowy drept całej prawie zmianie Romka, z powodu wywołanych tym rezonansowych drgań zwinięty rulonik wypadł ze skrytki. Ktoś podniósł, ktoś przeczytał, ktoś doniósł. To ostatnie jest na Keplerze 78b nadzwyczaj łatwe – wystarczy wejść do jednej z licznych komór zwierzeń i wypowiedzieć, co komu leży na wątrobie. AI zanotuje i przekaże gdzie trzeba. W ich przypadku a jakże – przekazała. O wszystkim dowiedziała się najpierw Ochrona Dreptu. Czyli tak zwane Dreptaki. Od niej – oburzeni rodzice. Potem rodziny i znajomi. W końcu zaś obie zmiany. Na całym, a raczej – w całym globie.

I pooszło! Ogólnoplanetarna niechęć do obcozmianowców zaczęła puchnąć, nabrzmiewać, w końcu doczekała się erupcji. Jego wyzywano od gwałcicieli nieletnich. Ją – najdelikatniej – od rozpasanych uwodzicielek. Zamieszki objęły większość komór i tuneli, przy czym, rzecz jasna, obie zmiany demonstrowały oraz niszczyły co się dało, a następnie brały zdrowy łomot od Dreptaków oddzielnie, każda od swoich, fizycznie niemal nie tykając zmienników. Hasła miały jednak identyczne, tyle że skierowane przeciw drugiej stronie. Wśród nich jedno z nielicznych wspólnych dla obu zmian: „Wyrzucić ich na powierzchnię!” wydawało się stosunkowo najłagodniejszym.

– Rozumie pan, że nie chcieliśmy, a nawet nie mogliśmy tam zostać ani chwili dłużej, zwłaszcza gdy demonstranci, nie mogąc inaczej wyrazić nienawiści do zmienników, kiedy nas już odizolowano, zaczęli uprzykrzać im życie na setki sposobów. Przy czym powszechne i nadzwyczaj popularne stały się masowe defekacje na aktualnie śpiących najbardziej nielubianych radykałów strony przeciwnej. I żeby tylko! Włos się na głowie jeży, co jedni drugim zaczęli robić – ciągnęła Giulka.  – Oczywiście, bez ranienia i poważnego uszkadzania. W końcu obie zmiany, choć się różniły, „jechały na jednej planecie”. Kiedy emocje doszły do apogeum, Dreptaki wkroczyły do akcji na całego.

Najpierw obie Ochrony Dreptu: i ta Wczesna, i Późna dogadały się i postawiły nam ultimatum: albo idziemy na współpracę, albo… Następnie, w obawie przed dezintegracją istniejącego porządku, zorganizowały ogólnoplanetarne referendum. Okazało się, iż nasze uczucie tak rozdrażniło zdecydowaną większość populacji, że wreszcie połączyło ją coś wspólnego: już nie tylko dwie służby Dreptaków, ale obie zmiany miały nas serdecznie dosyć! Niestety, wyrażały to w jedyny znany sobie od ponad wieku sposób, czyli niejako zaocznie. Wzajemnie się na siebie wściekając i oskarżając o wszystko, co najgorsze.

W końcu społeczne wzburzenie przekroczyło wszelkie bariery, co postawiło stabilność planety pod ogromnym znakiem zapytania. Kiedy Dreptaki szykowały anabiozery, by wywalić mnie i Romana w otwarty Kosmos, powiedziały nam, wiadomo – po kolei, że w referendum powszechnie żądano “dla zdrajców” najwyższego wymiaru kary, ale Ochrona humanitarna jest. Ludności pokazała, dla uspokojenia nastrojów, jak wyrzuca nas (w tym mnie śpiącą) w skafandrach na słoneczko. Naprawdę zaś wsadziła oboje, zahibernowanych, do godnej złomowiska lichtugi. Ostrzegła przy tym, że nie mamy po co wracać. Pod groźbą natychmiastowego spełnienia woli ludu. To wszystko. Jesteśmy. Proszę o azyl.

Długo jeszcze rozmawiałem to z jednym, to z drugą. Azyl oczywiście dostali oboje. Z tego co wiem, obecnie żyją sobie na spokojnej sztucznej planetce niedaleko Beta Centauri. Mają dobre zajęcia, ładny dom z ogródkiem, czwórkę świetnych dzieci a piąte w drodze. Nigdy się nie kłócą. Problem w tym, że nawet najlepsi galaktyczni naukowcy i chirurdzy nie zdołali w żaden sposób zlokalizować i tym samym odwrócić zmian, jakim poddano naszych gości w ich nieprzyjaznej, skłóconej wewnętrznie ojczyźnie. Roman nadal jest “skowronkiem”, Giulka zaś “sową”. Ale jakoś sobie radzą. Prawdziwa miłość nie zna przeszkód!

Pal więc licho, że wprowadzili resztę Galaktyki w błąd, prawdopodobnie zresztą całkiem nieświadomie. Ostatnio wykryto, że ich modyfikacja miała charakter biologiczny, nie zaś chirurgiczny. Jakiś cholerny wirus wymyślony przez tych podstępnych Keplerzan i ich piekielną Ochronę Dreptu! Uaktywnia się, bydlę, dopiero po osiągnięciu przez zarażonych szesnastego, siedemnastego roku życia. Na razie czynnik “3/15” dopadł trzecią część galaktycznej dorosłej populacji i szerzy się nadal. Dzieląc wszystkich po równo, bo losowo. Na dwie dwunastogodzinne zmiany.

W efekcie mej nierozważnej dobroci ja też, moi drodzy Wcześni, zaraz zasnę, bo, aaaaaa!, idzie, uaaaaach!, piętnasta.

 Ale niech nikt, chrrrr, nie traci, pfmmmm, nadziei…

Koniec

Komentarze

„Suśle XV”

Po co czasami chowasz Susła w cudzysłowie, a czasami nie?

 delikatnie dopasować

Ojoj.

 małej półgodzinie

Małej?

 w normie wieku

Wystarczy: w normie.

 Na pokładzie poza syntezatorem żarcia, i podstawowymi układami właściwie

Przecinek przeskoczył: Na pokładzie, poza syntezatorem żarcia i podstawowymi układami.

 obie wydawały się wzajemnie antagonistyczne.

Raczej: dwie AI wydawały się działać jako antagoniści.

 Trasę udało się jednak odczytać

Trasę?

 planeta jest jednak geologicznie martwa

Dlaczego "jednak"?

 handlują nawet z nami, ale niemal anonimowo

Nie anonimowo, bo wiadomo, kto to robi. Za pośrednictwem automatów.

 wykonując silniejszy przytup

Trochę śmiesznie brzmi.

 Wcześni z dawien dawna stepują z akcentem na lewą nogę, a Późni – na prawą. I są święcie przekonani, że tylko ich metoda jest słuszna.

Jesteś geniuszem. Normalnie geniuszem.

 na zegar pokładowy. No tak, piętnasta

Jest zsynchronizowany z zegarem planety?

 Czyli tak zwane Dreptaki.

Mówiłam, że jesteś geniuszem? :)

 biologiczny nie zaś chirurgiczny

Nooo… nie wiem, czy to tak można nazwać. I przecinek przed "nie".

 

Powtarzam po raz trzeci – jesteś geniuszem. Mój kciuk wędruje do góry. Geniuszu :D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Cudne! Lem i Szekspir i co tam jeszcze, bardzo smacznie zmieszane, przyprawione poczuciem humoru i bardzo ładnym pogrywaniem sobie z konwencją. Z ogromną przyjemnością, chichocząc pod nosem, przeczytałam dwa razy :)

Dziękuję Paniom:). Jutro rano ponanoszę.Pozdr.

 

Świetny pomysł, gładko się czyta, skojarzeń tysiące. A parze z rodów Kappuletich i Monteekich  gratuluję czwórki dzieci i ładnego domu (mam nadzieję, że  z ogródkiem), a dobrego zajęcia bezwstydnie zazdroszczę. ;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dziękuję, ot, nagły przypływ natchnienia. Jutro jeszcze powygładzam dropy…

O rany, jaki piękny oldskul :D! I Szekspir, i Lem (choć z tym Tirxem to lekko przeszarżowałeś), i Swift, i ciutkę Orwella nawet. No piękne!

Parę uwag:

– “Stara, oblazła” – z tak daleka mają optyczną?;

– “Humanoidalne,” – tu kropeczka być winna;

– “topiących się cyklicznie kruszców” – kruszców? A nie “minerałów”? krzemu tam nie ma, jeno same metale na powierzchni?;

– “koncentrat zamawianych aktualnie metali” – jak dla mnie koncentrat to rudy może być, bo metalu raczej skoncentrować się nie da ;);

– “regulaminem międzygwiezdnym” – to jakoś kwadratowo brzmi – może “regulaminem żeglugi międzygwiezdnej”?;

– “Za… tu spojrzał na” – a tu brak pólpauzy w dialogu.

– “Dreptaki wkroczyły do akcji, zorganizowały ogólnoplanetarne referendum i wywaliły nas w otwarty kosmos. Okazało się, że tak rozdrażniliśmy większość populacji, iż obie zmiany miały nas wśród siebie serdecznie dosyć. Kiedy nas szykowali do anabiozerów, powiedzieli nam tylko, po kolei, wiadomo, że w referendum powszechnie żądano dla nas najwyższego wymiaru kary” – mnie to tam nie przeszkadza, ale tą”naszość” to ci ktoś wytknie jeszcze ;).

 

Ależ się wzruszyłem i ucieszyłem. Jakbym wrócił do serii “Stało się jutro” normalnie :D! Git i w dechę!!!

Aha. Hejt w sprawie półpauz – 3… 2… 1…

 

@Tarnina“Jesteś geniuszem. Normalnie geniuszem.” – a o wojnie między obierającymi jajka od grubszego bądź cieńszego końca waćpanna czytała :P?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Fajne! 

Uroczo klasyczny to tekst, oldskulowy, ironicznie humorystyczny, zalatujący zupełnie poważną groteską w miejscach, że się tak wyrażę, antysystemowych. Coś takiego mógłby napisać środkowy Zajdel, może i nawet Lem (gdyby miał nieco słabszy wieczór ;-)), ewentualnie któryś z rosyjskich, fantastycznych klasyków. 

Rzeczy technicznych się nie czepiam, bo styl na tyle ciekawy, płynny i wciągający, że nic nie rzuca się w oczy, choć wiem, że pewnie kilka drobiazgów by się znalazło, choćby ze względu na ekspresowe tempo. 

Gratuluję bardzo udanego tekstu, napisanego tak szybko. To z pewnością wymaga nielichego talentu. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Łojezusicku, jazem siem spłonił:). Dziękuję, ale dyć za dużo tego, nieprzyzwyczajonym:D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję:)​

Naprawdę bardzo ładne i wdzięczne opowiadanie. Choć sam pomysł niezbyt ciekawy to narracja nadrabia. Czytałem z uśmiechem.

Poprawki naniosłem co tylko mogłem i dostrzegłem – poprawiłem, a nawet uzupełniłem. Niestety, mam trudności z pauzami, półpauzami oraz (bodajże jednym) cudzysłowem. Klawisze mi się zajączkują, proszę więc z góry o wybaczenie.

Klawisze mi się zajączkują

Winny zaś się sowić lub skowrończyć :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

OK, skowronią, spałem dziś dwie godziny :/

Ale i tak jej aktualnie oświetlona strona rozgrzewa się powierzchniowo do temperatury prawie trzech tysięcy stopni Kelwina.

A nie Kelwinów?

 

 Bardzo fajne, świetny pomysł i nawiązania do kilku znanych utworów. Faktycznie, trochę się kojarzy z lżejszymi tekstami Lema. Także kliczek. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Za klika dziękuję:). 20 stopni Celsjusza, 3000 stopni Kelvina.

 

Jest coś takiego jak “stopnie Kelwina”? Wikipedia twierdzi coś takiego:

W przeciwieństwie do skali Celsjusza, w skali Kelvina nie używa się pojęcia „stopień”, tj. temperatura 100 stopni Celsjusza to inaczej temperatura 373,15 kelwinów. Niepoprawne obecnie określenie „stopień Kelvina” zostało zastąpione nazwą „kelwin” na mocy 3. rezolucji XIII Generalnej Konferencji Miar i Wag[2].

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

O, dzięki, nie wiedziałem, już poprawiam :)

Bardzo zgrabnie, z pomysłem, motywy od różnych autorów świetnie połączone w całość. Wpadłam tylko na chwilę, zobaczyć, co nowego przed Świętami, ale mnie wciągnęło :) Czytało się gładko – podoba mi się Twój gawędziarski styl. Może tylko imiona nastolatków trochę mnie drażniły, tak bardzo są oczywiste, ale rozumiem i doceniam konwencję.

Fajne.

Spodobało mi się. Zgrabnie pożeniłeś różne klasyczne motywy. Romek i Giulka wspaniali. I tak doskonale niekompatybilni. Jak oni ślub wzięli? O spłodzenie dzieci wolę nie pytać, bo zalatuje nekrofilią…

Stepowanie w celu stabilizacji planety nieźle absurdalne.

Tylko Tirx mi jakoś nie przypasował. Jakby został doklejony na siłę.

Babska logika rządzi!

Ślub per procura, dzieci żaden problem :D, a nazwisko nawigatora?… Rozpisuję konkurs. Może Snuff?;)

O spłodzenie dzieci wolę nie pytać, bo zalatuje nekrofilią…

Skoro Śpiąca Królewna zdołała urodzić coś ze troje, zanim ją książę obudził…

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Stepowanie w celu stabilizacji planety nieźle absurdalne.

Tak, to chyba najbardziej mnie ujęło. Zupełnie jak z tym legendarnym płoszeniem wróbli w Chinach :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

O, nie znam tej legendy. Mógłbyś streścić?

Babska logika rządzi!

To w sumie nie jest legenda :-) 

Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zarządzono wielką kampanię walki ze szkodnikami, do których z jakichś powodów zostały zaliczone wróble. Wszyscy Chińczycy dostali polecenie straszenia wróbli, poprzez krzyki, machanie szmatami, tupanie i ogólne robienie hałasu, gdy tylko stadko wrobli się pojawi. Ptaki nie mogły odpocząć i padały z wyczerpania. Było to na tyle skuteczne, że szybko mocno ograniczono liczebność wróbli, co doprowadziło do gwałtownego wzrostu populacji owadów, przede wszystkim szarańczy, które zżerały plony i doprowadziły do jeszcze większej klęski głodu… 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki. :-)

Hmmm. Dałoby się namówić tutejszych Chińczyków, żeby straszyli gołębie? ;-)

Babska logika rządzi!

Wytępisz gołębie, a tu co się rozpleni? Wiesz? Ja bym nie ryzykował.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

A co żrą gołębie? Te moje na balkonie paskudzą jakimś fioletowym cholerstwem. Podejrzewam, że to z jagódek na okolicznych żywopłotach. Jagódki mi nie przeszkadzają.

Przepraszamy za offtop.

Babska logika rządzi!

Kończę offtop gołębi informacją, że one żrą głównie ziarenka. Ale zawsze możliwe, że na naszą planetę spadnie inwazja złych ziarenek z kosmosu, a wtedy co? Nie gub Ziemi, Finklo :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Jeśli wytępicie gołębie, ziarenka się rozplenią i całe miasto zarośnie drzewkami i krzakami. Zgroza. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

@finklo 

dołączam się do apelu @Tarniny. :) I w mojej okolicy pojawiają się mewy – nie mewy. Znaczy mewy lecz  wypierające rodzime gatunki. To nie ewolucja lecz spychanie do kąta, którego za chwilę już nie będzie. A, z ewolucja też bym dyskutowała. Kończę offtop. 

A opowiadanie cały czas mi się podoba, stary nawigator, ot co. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

:)​

Służyłem wtedy na Suśle XV – znacie ten typ masowców. W swoim czasie połowa frachtu na dalekich trasach chodziła właśnie nimi. Stocznie wypuszczały je jak parówki – taśmowo. Udana konstrukcja – ładowność piętnaście milionów ton netto, trochę ponad pół mili długości, reaktory na mezonach D, proste, praktyczne, niezawodne. I jedynie siedmiu członków załogi. Armatorzy zapisywali się na nie z wyprzedzeniem dekady. Teraz, gdy weszły Susły XXX a nawet Susły L, wiadomo – pieśń przeszłości.

Jak dla mnie nie wiadomo, do czego się odnosi ten fragment. W cytowanym akapicie poruszanych jest tyle kwestii, że co najmniej kilka mogłoby być tą pieśnią.

 

Kiedy rozhulała się międzygwiezdna żegluga wrócił do łask

Bez przecinka po słowie “żegluga” ten fragment wygląda, jakbyś nie potrafił dopasować rodzaju rzeczonego rzeczownika do czasownika. Przecinek magicznie sprawia, że podmiot domyślny z poprzedniego zdania staje się jasny. ;)

 

Rewelacyjny pomysł na wykorzystanie konkursowego hasła! Momentami na granicy, bo gdy wszedł motyw, że mieszkańcy Keplera utrzymują planetę w drganiach stepowaniem, pojawiła się u mnie doza sceptycyzmu, czy to aby nie idzie w kierunku parodii. Reszta jednak dawała radę, szybko więc zapomniałem o wyobrażeniu tych wszystkich ludzi podskakujących w lakierkach. ;)

Budujesz nastrój bardzo bogatymi opisami, pełnymi nierzadko zbędnych informacji, ale efekt końcowy, wydaje mi się, osiągnąłeś. Myślę, że dzisiaj pisze się trochę inaczej, zwięźlej, choć z pewnością znajdą się i amatorzy naukowych rozwlekłości. Sam się nie uważam za jednego z nich, ale w długości, na którą się zdecydowałeś, tekst był dla mnie do przełknięcia i nawet smakował dość egzotycznie.

Co do treści – Łajka, Pirx i z pewnością kilka innych elementów, których nie wyłapałem, bo nie siedzę w sf pokolenia Lema, to z pewnością ładne ozdobniki, ale naprawdę nie wiem, po co jest tutaj wprowadzona postać głównego bohatera. Pełni rolę wyłącznie kogoś, kto zadaje pytania tym, którzy są faktycznie interesujący. Oprócz tego z taką momentami nawet lekko rubaszną swadą opowiada o świecie, co jest całkiem przyjemne. W takim trochę stylu anegdot, którymi dzielisz się z nami czasem w shoutboxie. Historię bardzo dramatycznej miłości jak dla mnie spłyciłeś wyraźnym odcięciem się od niej murem ignorancji Tirxa. Widać, że dobrze się czujesz w takiej konwencji, ale gdyby wyjść ze strefy komfortu i opowiedzieć tę historię z perspektywy któregoś z tych nastolatków, byłaby ona dużo bardziej soczysta. Jednak to tylko moje gusta podpowiedziałyby mi, żeby to napisać w ten sposób. Twój też ma swoje walory.

Pozdrawiam!

Bardzo mi się podobało to opowiadanie. Jest pomysłowe, dowcipne i urocze. Przeczytałam z przyjemnością i podsyłam link chłopakowi, bo jemu też na pewno się spodoba. Nie mam się czego czepiać, to po prostu dobre opowiadanie i mam nadzieję, że zostanie przyjęte do konkursu i coś w nim zwojuje. 

Przywodzi mi na myśl “Red Dwarfa” – takie fajnie absurdalne s-f.

Początek nie jest jakoś szczególnie rzucający na kolana, ale snucie historii wychodzi interesująco, więc leci się dalej. Kiedy wkracza dwójka bohaterów, robi się ciekawie. Nie przesadzasz z absurdem, trzymasz się pewnych reguł, bohaterów tworzysz sympatycznych, a styl narracji dalej jest przystępny.

Cały tekst jest więc przyjemnym “obiadowcem”. Miłym do poczytania, z fajnie absurdalnym podejściem do powiedzenia “miłość nie zna granic”. Wykorzystanie hasła w ten ciekawy sposób definitywnie na plus.

Podsumowując: dobry koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Czy dobrze widzę, Rybaku, że w błyskawicznym tempie, ze składników znanych i ogólnie dostępnych, tyle że połączonych w dość nietypowy sposób, przyrządziłeś znakomite danie. Subtelnie nacechowane charakterystycznym aromatem poszczególnych produktów nie pozwala zapomnieć, co było bazą pomysłu, a jednocześnie jego niezaprzeczalnym walorem jest świeżość i oryginalność. Przyprawione z ogromnym wyczuciem, wydobywa smak tak wyborny, że nie wyobrażam sobie, aby komuś mogło nie przypaść do gustu.

Mam jeno obawę, że szczodrze dodany humor może wywołać kolkę. Ze śmiechu, rzecz jasna.

 

O po­ło­wę ma­syw­niej­sza od Ziemi, krąży wokół swo­je­go żół­te­go karła w od­le­gło­ści czter­dzie­ści razy mniej­szej niż Mer­ku­ry wokół Słoń­ca, obie­ga gwiazd­kę w le­d­wie osiem i pół go­dzi­ny. I wi­ru­je osio­wo z pręd­ko­ścią nie­mal iden­tycz­ną jak Zie­mia – 24 go­dzi­ny jak w pysk strze­lił! Ale i tak jej ak­tu­al­nie oświe­tlo­na stro­na roz­grze­wa się po­wierzch­nio­wo do tem­pe­ra­tu­ry pra­wie trzech ty­się­cy kel­wi­nów. Za to po stro­nie za­cie­nio­nej bły­ska­wicz­nie sty­gnie do 35 K. –> Dlaczego liczebniki zapisujesz raz słownie, a raz liczbami?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne, “Dziennikami gwiazdowymi” zapachniało ;)

No tak, a na pomysł wpadłeś obserwując rotację forumowiczów na SB. Ich “ćwir” i “uchuuu”. 

Ale ubrać to w opowieść – szacun ;)))

“Po wierzchu złożony głównie z topiących się cyklicznie kruszców i minerałów” – Po wierzchu?

 

“zamawianych aktualnie rud metali, równie bezosobowo i automatycznie  odbierają dostawy wszystkiego, czego im aktualnie potrzeba i tyle.” – poza powtórzeniem zbędna spacja przed “odbierają”

 

“Kilka godzin później, dokładnie o 13.05[+,] udało się wybudzić mężczyznę.”

 

“– Że co proszę? – zZaczęło mnie ogarniać zdumienie.”

 

“– Przecież jasno mówię[+.]cCzemuś się obraził.”

 

“– Wie pan, panie Tirx – ciągnął Romek, bo tak go na swój użytek nazwałem, po czym całkiem znienacka się zaczerwienił[+.] – Myśmy się z Giulką…”

 

“Niestety, nie mieliśmy… – iI tu nagle przerwał”

 

“I radzę nie kręcić[+.] – Ajka ma wprogramowane doskonałe detektory kłamstwa.”

Kropka, o ile zdanie o Ajce jest wyjaśnieniem dla czytelnika. A jeśli to część dialogu, to nie powinieneś stosować półpauzy w środku kwestii dialogowej, ponieważ w dialogu służy ona do oddzielania kwestii mówionych i opisów.

 

“To ostatnie jest na Keplerze 78b nadzwyczaj łatwe wystarczy wejść do jednej z licznych komór zwierzeń i wypowiedzieć, co komu leży na wątrobie. AI zanotuje i przekaże gdzie trzeba. W ich przypadku a jakże przekazała. O wszystkim dowiedziała się najpierw Ochrona Dreptu. Czyli tak zwane Dreptaki. Od niej oburzeni rodzice. Potem rodziny i znajomi. W końcu zaś obie zmiany. Na całym, a raczej w całym globie.”

Zdecydowanie za duże zagęszczenie półpauz jak na jeden krótki akapit. Dodatkowo “a jakże” jako wtrącenie winno być w ten czy inny sposób wydzielone z obu stron.

 

 

Treściowo – no, jest zabawnie. Odbieram to jako żart (całość), więc przymykam oko na dość chyba nieprawdopodobny pomysł na stepowanie celem osiągnięcia równowagi, nie wspominając już o płodzeniu dzieci na porannej zmianie ;)Ja nie z tych lemowych, ale przyjmuję do wiadomości istnienie nawiązań, dostrzegając też parę innych. Przyjemnie prowadzisz narrację, zakończenie też na plus, z pomysłem.

Gratuluję kreatywności i szybkości wykonania ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Łapanka:

(Nie jestem ekspertem od interpunkcji, więc sugestie przecinkowe traktuj z dystansem).

Kiedy rozhulała się międzygwiezdna żegluga (+,) wrócił do łask (-,) jako najłatwiejszy i zarazem najtańszy sposób na nadświetlną łączność w sytuacjach nadzwyczajnych.

Stara, oblazła, wyraźnie rozklekotana, ale szła.

Oblazła czym?

 

Na pokładzie w anabiozerach  spoczywały  dwie osoby.

Usuń podwójne spacje.

 

Na pokładzie, poza syntezatorem żarcia i podstawowymi układami (+,) właściwie nic nie rzucało się w oczy, a raczej w czujniki nanobotów.

Ot, sprasowany konglomerat skał i metali.

Dlaczego sprasowany?

 

automatycznie  odbierają

Usuń podwójną spację.

 

– Przecież jasno mówię – czemuś się obraził.

Nie rozumiem tego fragmentu. Z dialogu nie wynika, by się obraził.

 

Transportowce ukryli w cieniu i zaczęli wiercić (-,) pod osłoną pól siłowych i chłodzonych ciekłym helem geostacjonarnych zwierciadeł z wolframowych spieków.

Końcówka tego zdania przeładowana informacją. Ciężko się czyta.

 

 stabilizowali planetę (cokolwiek przez to rozumieć, potem okazało się, że chodzi nie tylko o geologię i tektonikę, obecnie to wręcz cały ustrój społeczny, i żeby tylko!) na dwóch równych zmianach

Tekst w nawiasie odstaje jakościowo od reszty.

 

Po ukończeniu przez młodzież miejscową szesnastego roku życia, każdemu absolwentowi tutejszych szkół średnich losowo przydzielano odtąd numer.

Jedno z tych słów bym wywalił. Powielają tę samą treść.

 

ciągnął Romek, bo tak go na swój użytek nazwałem, po czym całkiem znienacka się zaczerwienił

Troszkę się czepiam, ale w tym zdaniu coś mi nie gra.

 

– Rozumie pan, że nie chcieliśmy, a nawet nie mogliśmy tam zostać ani chwili dłużej, zwłaszcza gdy demonstranci, nie mogąc inaczej wyrazić nienawiści do zmienników, kiedy nas już odizolowano, zaczęli uprzykrzać im życie na setki sposobów, przy czym powszechne i nadzwyczaj popularne stały się masowe defekacje na aktualnie śpiących najbardziej nielubianych radykałów strony przeciwnej.

Tasiemiec

 

Podsumowanie:

 

Rybaku, jestem zawiedziony.

Najpierw zaserwowałeś apetizer, który ustawił poprzeczkę bardzo wysoko.

Później podałeś starter, który był równie wykwintny.

Kiedy zaś przyszedł czas na danie główne, moje oczekiwania były już rozdmuchane nad wyraz. Danie główne jednak, zamiast obiecywanego krwistego steka z sezonowanej argentyńskiej wołowiny, okazało się zwyczajnym sznyclem z mlecznej krowy, o do tego “very well done”.

Głodny od Ciebie nie wyszedłem, ale w pewnym momencie byłeś już bardzo blisko, bym wspominał tę ucztę przez lata.

 

Przechodząc do literackich konkretów, od samego początku urzekłeś mnie “morsko–żeglugowym” klimatem Twoich kosmicznych podróży. Przypadł mi do gustu i to bardzo. Pomysł na cywilizację Kelpera oraz cała historia, która się za tym kryje, jeszcze lepsza. Do tego zwiastun dramatycznego kosmicznego romansu, któremu stanęła naprzeciw inżynieria biologiczna.

Do tej pory radziłeś sobie wyśmienicie. “Piórkowo wyśmienicie”, żeby było jasne. O drobnych potknięciach wymienionych w łapance nawet nie wspominam, bo to wszystko kwestie drugorzędne.

Niestety, odniosłem wrażenie, że nie uniosłeś powagi sytuacji (wiem o czym mówię, bo często mi się to zdarza), i musiałeś dosypać do gara szczyptę ironii i groteski. No i niestety popsułeś to smakowite danie.

Już samo “dreptanie”, było bardzo na wyrost. W obliczu automatyzacji, AI i całej reszty technicznych wodotrysków, “stepowanie”, by wywołać rezonans, brzmi śmiesznie. Dalej reakcja całej społeczności na romans młodych kochanków, jest już skrajnie przerysowana. No nie kupiłem tego. Ostatecznie “humanitarne” potraktowanie wyrzutków, również mnie nie przekonało.

Twist z wirusem skutkował już jedynie wzruszeniem ramion.

 

Mimo wszystko gratuluję tekstu. Moje marudzenie jest wynikiem bardzo wysokich oczekiwań, które zdołałeś we mnie wzbudzić, a nie słabości opowiadania.

 

Bardzo chętnie przeczytałbym historię pana Tirxa i jego międzygwiezdnych wojaży, lecz napisaną już na poważnie, bez groteskowych wstawek. 

Dreptania bym nie lekceważył. Rządy totalitarne nie w takie absurdy każą wierzyć poddanym, by trzymać ich za twarz. Np. przymusowa zmiana czasu w celu oszczędzania(!) energii, efekt cieplarniany zależny od działalności człowieka a nie od cyklu życia Słońca i naszej planety, czy wszelakie wymuszane na miliardach bzdurne masowe zachowania, których nieprzestrzeganie jest coraz częściej nawet penalizowane (choćby nakaz poprawności politycznej, zakaz tym samym swobodnego mówienia tego co się naprawdę myśli etc.). W socjaliżmie kiedyś (i w socjaliżmie obecnie, ale to nie kwestia ustroju, tylko etapu rozwoju cywilizacji w ogóle) przymus określonych zachowań społecznych, narzucanych masom, nawet sporo głupszych niż dreptanie Keplerzan, był powszechny wyłącznie dlatego, by władza miała rządy absolutne, nie zaś po to, by te zachowania masowe cokolwiek zmieniały, poprawiały, ratowały itd…. Majowie czy Aztekowie wyrywali serca setkom tysięcy ludzi, bo byli przekonani, że w ten sposób ratują Wszechświat. Ale czy ich wodzowie i politycy też? Czy po prostu był to dla nich najlepszy i najskuteczniejszy wówczas sposób na zachowanie władzy?

Czyżbym naprawdę nie dość jasno zasugerował to w opowiadaniu? W takim razie mój błąd…

Zrezygnować z groteski i ironii? Nie ma mowy, chro! Z całym szacunkiem. Ironia i groteska to podstawa tej przypowiastki filozoficznej. W pełni świadomie. Uwagi wszystkich Czytelników uwzględnię na dniach. Teraz nie dam rady.

Pozdr.

Dla mnie to dreptanie jest trochę zbyt dziwaczne, ale czytało mi się dobrze :)

@Rybaku, dla mnie Twoje opowiadanie jest prześliczne (eufemizm – dzisiaj), a dreptanie zabawne, a wszystkim mądralińskim zaleciłabym przeczytanie “Poza mapą. Utracone przestrzenie, niewidzialne miasta, zapomniane wyspy, dzikie miejsca” Alastair Bonnett

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Rybaku,

Myślę, że problem tkwi gdzie indziej. Na początku opowiadania tej ironii nie było, był za to bardzo smakowity, niegroteskowy wstęp. I ten wstęp bardzo rozbudził mój apetyt. Być może gdybyś na początku zaserwował namiastkę późniejszego absurdu, niejako przygotował czytelnika na to co przyjdzie, ta groteska byłaby wówczas łatwiejsza do przełknięcia, albo nawet stała się wartością sama w sobie.

 

Groteska, jak mi się wydaje, nie maskuje w opowiadaniu jego głównej myśli, wręcz ją uwypukla. No cóż, język ezopowy łatwy nie jest;). Pozdr.

Rybaku, jak Ty to opowiadanie wymyśliłeś i napisałeś tego samego dnia, to po prostu jesteś genialny. Tekst niestety odrobinę mnie przerósł i z pewnością nie wyłapałam wszystkich smaczków, tak czy inaczej zdecydowanie popieram “piórko”.

Katiu, w nocy nie spałem, bo czas miałem smutny i nerwowy, myśl i pomysł przyszły, to żeby czymś zająć umysł, wziąłem i napisałem. A potem to już tylko/aż poprawki… Teraz będę pisać kolejne opka cyklu o starym Nawigatorze, bo chyba zassało;).

 

Teraz będę pisać kolejne opka cyklu o starym Nawigatorze, bo chyba zassało;).

I tego się, Rybaku, trzymaj.

Niestety, smutne i nerwowe czasy w pewien sposób sprzyjają pisaniu… Hmm, chyba pozostaje mi jedynie życzyć Ci pisania o starym Nawigatorze w tak dobrym stylu, jak udało Ci się stworzyć ten tekst, ale bez smutków :) Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku :)

Dziękuję. I wzajemnie:)

I would prefer not to.

Wreszcie mogę dać głos inny niż pohukiwanie i powiedzieć to, co chciałam od początku powiedzieć: rozbiłeś bank tym opowiadaniem. Gdyby było o czasie, głosowałabym twardo za pierwszym miejscem w konkursie!

 

Dawno się tak dobrze nie bawiłam, czytając opowiadanie. Nawiązania do klasyki – miodzio. Językowo bez zarzutu. Bohaterowie niby tylko naszkicowani, a jednak pełnokrwiści. No i fabuła całkowicie satysfakcjonująca. Nie robiłam niestety notatek czytając jurkowo, a bardzo źle mi się pisze szczegółowe recenzje tak długo po lekturze, ale mam nadzieję, że to wystarczy za komentarz okołonominacyjny :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję za wszystkie pozytywne recenzje, za nie do końca pozytywne też, większość uwag uwzględniłem, Tirx ostatecznie został Snuffem (z myslą o kontynuacji). Rzeczywiście zbytnio trącił Lemem (Tichy+Pirx). Za nagrodę specjalną bardzo dziękuję, w pełni rozumiejąc, iż Dura Lex sed Lex. Niestety – natchnienie rządzi się swoimi prawami ;). W dniu, gdy mnie dopadło, jeszcze kilka godzin wcześniej nawet nie zwracałem uwagi na konkurs, aż tu nagle masz Ci babo placek…:D

A ja poproszę na priv Twój adres w celu wysyłki nagrody specjalnej :)

Zastanawiam się, dlaczego nawiązanie do Lema jest nie ok? Chodzi mi o Tirx. Przecież ciągle obijamy się o podobne motywy i sytuacje, a nawiązania i skojarzenia je pogłębiają, są skrótem jak każdy kod kulturowy.

@ Rybaku, Snuff też ok, chociaż trochę miększy.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, przy opku x1 Tirx byłby ok, nawet bardzo, ale jestem już w połowie drugiego Nawigatora i uznałem, iż musi być bardziej samoswój:). A propos, czy ktoś mógłby ogłosić konkurs pt "AI to brzmi dumnie"? ;D

Autorze – ty decydujesz. Pisz opki o Nawigatorze. Ja kibicuję:) 

Do siego roku, tak się kiedyś mówiło. :)

 

Co to znaczyło? Nie wiem, ale niech Ci się pisze szybko, gładko i przyjemnie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Grasz tu znanymi motywami, ale zestawiasz je w świetny sposób, do tego łącząc wszystko samoczytającym się stylem charyzmatycznego narratora. Zawarty w tekście humor zdecydowanie do mnie przemawia, dodając kilka punktów do satysfakcji z lektury. Mnie generalnie z absurdem nie po drodze, ale tu dawka i sposób podania sprawiły, że uśmiechałam się i śledziłam losy bohaterów (i parki i Nawigatora) z zaciekawieniem. Nie mam się absolutnie do czego przyczepić i gratuluję fantastycznego opowiadania. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Super! Naprawdę śmieszne!

Właściwie już napisałem, co sądzę, ale z racji nominacji piórkowej wypada napisać więcej i uzasadnić swoją decyzję. Tylko, że nie bardzo wiem, co dodać.

Bo było naprawdę fajnie, sympatycznie, zręcznie, ale też, w moim odczuciu, tylko tyle.

Widzisz, jak dla mnie to pastisz (w oryginalnym, pozytywnym tego słowa znaczeniu) Lema, taki fanfik “Dzienników gwiazdowych”. Pokazałeś, że znasz klasykę, umiesz ją rozebrać na składowe i poskładać na nowo według swojego pomysłu. Szanuję, ale nie zazdraszczam.

Tak sobie myślę, co mógłbyś zrobić, żeby mnie poruszyć i przychodzą mi do głowy dwie ścieżki. Pierwsza – to zrobić to samo, tylko jeszcze bardziej – albo gęściej, albo w większej formie (wiem, wiem: limit). Druga droga – dorzucić wisienkę, coś przejmującego, wzruszającego, walącego przez łeb – najlepiej w relacji, czy dalszych losach, dwóch zakochanych. Bo wiesz, “Romeo i Julia” nie poruszają dlatego, że opisują miłość dwóch młodych z różnych światów, tylko z całkiem innego powodu…

Bardzo dobre. Wszystko w swojej konwencji tu zagrało. Dzięki formie opowieści/gawędy przez tekst się płynie. Tajemnica i groteskowość odsłaniane są w odpowiednim tempie. Opowiadanie nie trąci odtwórstwem, mimo że czerpie z Lema i Szekspira. Pomysł niby zabawny, ale jednocześnie dający do myślenia. Rzadko spotykam się z tak klasycznym i oldskulowym tekstem, który nie bazuje przede wszystkim na nostalgii. 

Dreptanie rzeczywiście genialne :D 

Myślę, że “Opowieści nawigatora” bronią się też pozakonkursowo. Czepiać się nie mam czego – w swoim gatunku opowiadanie jest moim zdaniem bez zarzutu. Nie będę się więc dłużej rozpisywał, ode mnie TAK. 

Funthe, nie ogarniam, to TAK coś specjalnego oznacza? Bo już kilka osób podobnie pisało.

Bar­dzo dzię­ku­ję za dobre słowa. Drugi na­wi­ga­tor się pisze, tym razem na spo­koj­nie, bo po­przecz­ka, jak widzę z pewną obawą, chyba rze­czy­wi­ście sa­mo­bój­czo wy­so­ko;).

Fajna planeta, choć z Keplerów, to nadal wolę 16b – te dwa słońca jednak działają na wyobraźnię ;)

 

Opowiadanie zaczęło się w starym, dobrym stylu. Przestrzeń kosmiczna i zbliżający się do naszych bohaterów statek kosmiczny, przechwycenie, tajemniczy ludzie, z których jednej nie można dobudzić. No, ciekawie!

Później jednak bywało różnie. Przede wszystkim stosując retrospekcję zwykle pozbawiasz tekst napięcia – tak, moim zdaniem, było i tutaj. Wątpliwość “czy dostaną azyl?” nie była na tyle silna, by obudzić w czytelniku jakąś nerwowość co do losów bohaterów.

Pomysł na ludzi-sowy i ludzi-skowronki nieszczególnie odkrywczy (w podobnym kierunku myślał Sergej, pisząc Patrole), ale przez wprawne zaprezentowanie i odniesienie do rzeczywistości, zyskuje blasku.

Setting ciekawy i niewymuszenie przedstawiony, choć przy tej długości trudno zatuszować wrażenie, że Twój “wszechświat” jest tylko drobnym rysunkiem w rogu pustej kartki. Reszta przestrzeni jest zbyt jednolita.

Bohaterowie – poprawni. Ich tragedia jakoś dogłębnie mnie nie poruszyła, zapewne przez ten kronikarski charakter opowieści. Za dużo faktów, za mało emocji – samo przekazywanie sobie liścików poza okiem kamer nie za mało.

Zakończenie poprawne, choć te ostatnie zdania zupełnie z czapy. Wiem, że zasypiał, ale całe opowiadanie byłeś konsekwentny w narracji, a tu nagle jakieś “uaaach!”, “chrrr”. Mnie nie przekonuje.

 

Cóż, wyszło zgryźliwie, ale opowieść nawigatora czytało mi się dobrze i z zainteresowaniem. Rzeczywiście, w fajny sposób wyszedłeś poza ramy konkursu, a świadomość, że opracowałeś to w tak krótkim czasie budzi szacunek.

Myślę, że kolejne przygody nawigatora zapowiadają się nader ciekawie, powodzenia!

 

Tyle ode mnie.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Bardzo ciekawy tekst. Zawsze z lekkim wahaniem sięgam po opowiadania science-fiction, bo po prostu obawiam się, że ich nie zrozumiem. Tutaj jednak jakoś się przemogłem i nie żałuję. Co prawda wiele użytych przez ciebie terminów wleciało do mojej głowy i natychmiast z niej wyleciało, ba, te wszystkie planety, galaktyki i co tam jeszcze jakoś nie chcą wyobrażać się w mojej głowie, ale ogólny sens tekstu pojąłem i stwierdzam, że historia doprawdy urzekająca. Pozdrawiam

Dziękuję. Kepler 78b rzeczywiście istnieje:). A nawet parametry obiegu i wielkość ma identyczne (jedynie długość doby, niemożliwą na razie naukowo do obliczenia, mu wymyśliłem;).

 

Wracam z komentarzem piórkowym.

W tym tekście najlepiej sprawdza się narracja – co prawda czasem kręciłem nosem na nadmierność niektórych wytłumaczeń technicznych, ale zapodajesz je tak fajnie, że im dalej w tekst, tym przyjemniej się je czyta. Fabuła poprzez lekkie przerysowanie problemów młodej pary i ich zachowań, jest całkiem sympatyczna.

I tu zaczyna się mój problem – to dobry tekst rozrywkowy, definitywnie wart uwagi. Jednak czy to wystarczy na piórko? Definitywnie jesteś blisko granicy, ale mam to samo, co u Cobolda – czegoś mi brakuje. Czegoś mocniejszego, od siebie, co pozwoli napisać, że to jest opowiadanie Rybaka, a nie poskładane elementy z Lema. Czegoś jak ta ekonomia z Twego tekstu na Legendy, gdzie widać pasję i znawstwo włożone w przemyślenia o świecie.

Tak więc było blisko, bardzo, wręcz ocierałeś się o piórko. Jednak teraz jestem jeszcze na NIE. Czekam jednak an kolejne Twoje teksty :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

A to, że to jedna wielka alegoria, zauważyłeś?:)

 

Mam pewną słabość do Szekspira, więc pod tym względem dobrze trafiłeś. I dobrze pograłeś motywami barda – imiona, sowy i słowiki, śmiertelna wrogość między obydwoma grupami…

I absurdalny humorek potrafię docenić, nawet jeśli nie końca współgra z resztą fabuły czy tonem tekstu w którejś tam części. To też na plus. Synchroniczne stepowanie w celu wpłynięcia na obrót planety jest tak głupie, że aż fajne.

Bohaterowie może odrobinę schematyczni i za mocno naśladujący literackie pierwowzory, ale hej, to w końcu humoreska.

Wystarczająco dużo nieoczekiwanych zwrotów akcji, żeby fabuła mnie satysfakcjonowała.

Jestem na TAK, znaczy, ale to już pewnie wszyscy od dawna wiedzą.

Babska logika rządzi!

Gratuluję piórka i postaram się przeczytać!

Generalnie tekst groteską stoi, a ta mi, niestety, nie podeszła. Albo raczej: podeszła, ale nie wzbudziła zachwytu. Owszem, jest to wszystko fajne, sympatyczne, na swój sposób bardzo ciekawe, ale chyba nie do końca rezonuje z moim poczuciem humoru. Choć oczywiście doceniam również wszystkie te (które wyłapałem) mrugnięcia okiem do czytelnika – to też zawsze cieszy.

Na swój sposób cieszy też, że nie muszę – a nawet nie powinienem – wdawać się w jakąkolwiek polemikę z fabułą i mogę poprzestać na tym, co powyżej. Zawsze jednak znajdzie się miejsce na kilka słów pochwały, bo sam pomysł, choć przedzierał się do mojej świadomości z pewnymi oporami i bez szczególnie entuzjastycznej aprobaty tkwiącego gdzieś we mnie przygłupiego błazna, docenić jednak trzeba, niezależnie od tego, czy współgra, czy nie.

Generalnie na swój sposób zrobił na mnie wrażenie także rozmach, z jakim wykreowałaś swoje uniwersum, mimo że wykreowałeś je po to li tylko, by było wesoło. Co szczególnie fajne, to uniwersum – choć niczym specjalnie się nie wyróżnia spośród miriadów innych równoległych mu literackich wszechświatów – może stanowić świetne podwaliny pod coś większego, bardziej zaawansowango i zaangażowanego, a przy tym ciekawszego (choć niekoniecznie poważniejszego;).*

Warsztatowo w porządku, natomiast warstwa literacka, choć przyzwoita, też mnie nie oczarowała; mogę jedynie docenić zgrabną, choć, niestety, nie do końca udaną próbę uniknięcia infodumpów i przyjemny, budzący faktyczne skojarzenia z marynarskimi gawędami styl opowieści.

 

Peace!

 

* – Jak widzę, zwęszyłem pismo nosem.^^

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No, no i no. Wszystko dobrze, wszystko ładnie. Klimacik jest, alegoria jest, ale nie ma tego co ma następny tekst z serii (mam nadzieję, że będzie więcej odsłon ) – zadziornego narratora, a raczej zwrócenie perspektywy rowniez na niego. Rozumiem, że postać się rozwija, nabiera pewności, pozwala sobie na więcej. Byle tak dalej :)

Podobało mi się :) Szczególnie kupiłeś mnie udaną formą gawędy, bo bardzo ją lubię, a jest dosyć rzadka. Stepowanie wydaje się być na pierwszy rzut oka absurdalne, ale z drugiej strony, jak sobie człowiek przypomni o wojnie ze stonką zrzucaną przez Amerykanów, to i w stepowanie może uwierzyć ;)

Zastanawia mnie tylko, czemu bezpieka też była podzielona na Wczesnych i Późnych? Czy w ramach przywilejów dla elity funkcjonariusze nie powinni mieć większego wyboru w sferze pór aktywności?

Co tu więcej pisać, zabieram się za kolejną opowieść Nawigatora Snuffa ;)

Światowiderze, toż to choroba była. Wirus czy cóś – to nie uwzględnia tytułów…

Babska logika rządzi!

Hmm, myślę, że skoro potrafili stworzyć wirusa, to mogli też zmajstrować jakieś antidotum na niego.

Aaaa, jeśli sami stworzyli, to faktycznie, powinni mieć jakieś szczepionki. To mi umknęło.

Babska logika rządzi!

Mieć mogli, ale dać innym nie musieli. Skoro świadomie i podstępnie rozsiali wirusa, więc tym samym swój model społeczny na całą galaktykę…

Fajne opowiadanie, zabawne. Aż tyle. Tylko tyle. Trochę przywodzi na myśl Lema, troszkę bardziej Douglasa Adamsa. Mam jednak wrażenie, że idziemy tu na pomyśle wyjściowym na absurdalnie drepczącą planetę (dobrym), brakuje jednak jeszcze czegoś, co wykręciłoby umysł w końcówce. Bo fabularnie mamy: jest planeta, jest taka a taka, jest dziwna, oto dwójka uciekinierów, którzy nam to objaśniają. Tu nie ma historii. I może nie trzeba by było, gdyby w finale wydarzyło się coś jeszcze (to zarażenie jest, ale nie ma odpowiedniej siły).

 

W skrócie: jest tu opowiadanie bez historii, czyli bez drogi skądś dokądś, dlatego opowiadanie trochę się urywa, nie czuje się zamknięcia, spełnienia. Tego brakuje.

 

Poza tym jednak docenię swobodę stylu, płynność, wizję.

Spełnienie jest. W drugiej części Nawigatora ;). Bowiem to cykl. Zamierzony na ok. 20 opowiadań (trzecie się tworzy). Pozdr.

Wizyta w ramach nadrabiania zaległości.

Przyjemne opowiadanie. Podobało mi się co prawda trochę mniej niż kolejne części (dziwnie się pisze taki komentarz), ale to pewnie wina właśnie “zachwianej” kolejności czytania. Nie mam do tego tekstu żadnych konkretnych zarzutów czy uwag (a zalet też już nie chcę powtarzać po przedpiścach). Zwyczajnie druga czy trzecia część cyklu była pewnie oparta o wnioski z pierwszej, a ja, czytając to opowiadanie na końcu, dostałem styl (albo raczej formę “rozłożenia” pewnych akcentów) delikatnie odmienny od tego, do którego się już przyzwyczaiłem.

Na koniec uwaga, której nie mogę sobie odpuścić. :)

owoc gwałtownego natchnienia, w tempie ekspresowym (dziś pomysł, dziś wykonanie)

I taki poziom!!!

Do uduszenia. :)

Nowa Fantastyka