- Opowiadanie: Żongler - Siewcy szklanych kwiatów

Siewcy szklanych kwiatów

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Siewcy szklanych kwiatów

 

Nagranie trzecie z wizyty w wiosce Janakesho, dwadzieścia kilometrów od Berua, nad rzeką Benue. Prowadzący: doktor Nabata Elenya. Rozmowa ze starszą wioski, lat sto sześćdziesiąt (wiek do zweryfikowania), zwaną "Kesho".

 

– Jest bardzo zimno. Dlaczego siedzisz w takiej ciemności? Wpuśćmy tutaj trochę słońca.

– Nie. Oczy.

– Światło im szkodzi?

– Tak. Jak ze szkła. Stłuką się. Hmm. Tr-aaach. Trrach.

– Twoje oczy stłuką się w świetle?

– Mmm.

– Są niezwykłe. Już niebieskie oczy u czarnoskórego człowieka są rzadkością, a twoje… Ktoś z twojej rodziny takie miał? Matka albo ojciec?

– Matki, tak. Tam.

– Ludzie w wiosce mówili, że masz sto sześćdziesiąt lat. Czy to prawda?

– Mmmm. Nie.

– Nie?

– Ja stara. Sto i osiemdziesiąt i dwa.

– Sto osiemdziesiąt dwa lata? Kesho, rozumiesz, że to niemożliwe, by człowiek żył tak długo?

– Ja prawda. Zawsze prawda.

– Masz jakiś dokument, który może to potwierdzić? Akt urodzenia?

– Kesho nie urodzona tutaj. Gdzie indziej. Nie ma nic, z tam.

– Ktoś cię już badał, Kesho?

– Byli inni. Marefu. Tacy, o. Pokazywali szkło. Kazali patrzeć.

– W lustro? Inni ludzie kazali ci patrzeć w lustro?

– Mmm.

– Po co, Kesho? Ze względu na twoje oczy?

– Wtedy lustro pokazywać, co będzie. Pokazywać kesho. Jutro.

 

***

 

Nabata szarpnęła głową, obracając krzesłem, które poruszyło się z przeraźliwym skrzypieniem. Wyciągnęła gwałtownie ramiona i trąciła wierzchem dłoni kubek na skraju biurka. Zdążyła zobaczyć, jak spada.

"Trach", powiedziała stara kobieta o szeroko rozwartych, szklistych oczach. "Tr-aaach. Trrach".

Kubek z napisem "DUMNA Z POCHODZENIA :)" roztrzaskał się głośno w rytm ochrypłych powtórzeń staruchy. Nabata słyszała echo tłukącego się naczynia, które cichło i nabierało głośności, jakby ktoś bawił się mikserem dźwięków. Dziwna, zapętlona muzyka łomotała jej w głowie. Elenya wstała, mocno ściskając palcami nasadę nosa. Zobaczyła migoczącą diodę na wyświetlaczu komórki, krwistoczerwoną w ciemności mieszkania o zaciągniętych żaluzjach i wygasłym ekranie laptopa. Dłoń jej drżała, kiedy sięgnęła po telefon.

Omal nie oślepła od wybuchu kolorów. Między pospiesznymi mrugnięciami dostrzegła wydłużający się pasek kolejnych wiadomości. Ledwo rejestrowała, czego dotyczyły. Na górze tkwiły nieodebrane połączenia, pilne i żądające uwagi, wielkimi literami wdzierając się Nabacie pod szczypiące powieki. Tylko te najważniejsze kontakty zapisywała wielkimi literami.

Wiadomości przewijały się jak szalone, niczym wijący się w agonii wąż o jaskrawych łuskach, jeden po drugim kąsając ją informacjami. Ich urywki tworzyły kalejdoskop paniki.

 

23:05 – NESSIE: "halo Nab odbierz to ważne!!"

 

23:05 – NESSIE: "oddzwoń do mnie asap"

 

23:05 – DOKTOR NESS: "Nabata nie żartuję, odezwij się, jestem w…"

 

23:06 – SZEF: "Doktor Elenyo, wysłałem współrzędne na pani maila, niech pani skasuje wiadomość po przeczytaniu"

 

23:06 – AUTOMATYCZNY ALERT BEZPIECZEŃSTWA: "W związku z niebezpieczeństwem wybuchu epidemii, komunikacja miejska zostaje wstrzymana. Władze zalecają pozostanie w domu. Kobiety w zaawansowanej ciąży prosimy o niezwłoczny kontakt pod numer…"

 

23:07 – DOKTOR NESS: "kurwa"

 

23:08 – NESSIE: "Jadę do szpitala, błagamoddzwoń"

 

23:17 – NESSIE: "WŁĄCZ TELEWIZOR"

 

Nabata wpatrywała się w ostatnią wiadomość, lśniącą w obrębie zielonego dymku wyłaniającego się ze zdjęcia Alana. Głupio uśmiechnięty, rozcapierzoną dłonią nieporadnie usiłował zasłonić się przed fleszem. Spojrzała na czas. Za kwadrans północ. Przydusiła pilota, wciskając wiele przycisków naraz. Zbyt mocno się trzęsła, żeby trafić w jeden konkretny. Czekała pośród szumów budzącego się telewizora. Serce bolało ją tak, że z trudem oddychała. Lekarze nalegali, żeby w końcu potraktowała swoje zdrowie poważnie, wzmacniając karcący ton głosu, kiedy wzruszała ramionami na słowa: „trzeci zawał” i śmiała się, że trudno, nic nie poradzi, każdego coś w końcu wykończy.

Teraz, z ręką przyciśniętą do piersi, Nabata błagała serce, by jeszcze nie umierało.

Telewizor włączył się na kanale informacyjnym, tam, gdzie go zostawiła.

 

"TO ZNOWU SIĘ STAŁO", oznajmiał gigantyczny nagłówek. "ŚWIAT W SZOKU WITA KOLEJNEGO POTWORA".

 

Telefon zawibrował raz jeszcze.

Nabata spojrzała na wysłane przez Nessiego rozmazane zdjęcie. Było na nim nowo narodzone dziecko, wciąż połączone pępowiną z łożyskiem. Noworodek miał grafitową, lśniącą skórę i srebrzystobłękitne, niemal przezroczyste oczy bez źrenic, wpatrujące się ze spokojem w obiektyw.

 

***

 

Dziewiętnastego listopada dwa tysiące dziewiętnastego roku na świat przyszło dziewiętnaścioro noworodków nieznanej rasy, płci oraz o niewyczuwalnym pulsie. Jego brak wcale nie klasyfikował dziecka jako martwego. Wręcz przeciwnie, wszystkie noworodki były wyjątkowo żywe, reagowały na bodźce i ruszały kończynami. Mimo pobudzenia, żadne nie wydało z siebie głosu, nie mrugnęło ani nie wykrzywiło twarzy do płaczu. Z szeroko rozwartymi oczami pozbawionymi soczewek wpatrywało się w oszołomionych, naradzających się ludzi, spoglądało w milczeniu w mnożące się kamery oraz słuchało płaczu matek, jeszcze parę chwil temu wyczekujących chwili, gdy wezmą swoje dzieci w objęcia. Dowiedziawszy się prawdy, kobiety reagowały różnie. Najwrażliwsza z nich nie przeżyła, zmarła niedługo po tym, jak powiedziano jej, że urodziła grafitowe, bladookie bliźnięta. Ta, która otrząsnęła się najszybciej, udzielała wywiadu, którego można było posłuchać na żywo na kanale drugim, czwartym, piątym i dziewiątym.

Nabata słuchała go w pokoju ochroniarza, z podkrążonymi oczami wpatrującego się w mały, syczący telewizorek, który dawno temu utracił zdolność wyświetlania kolorów.

– …mój mąż również jest biały, tak samo jak jego rodzice i dziadkowie, przysięgam, jesteśmy najbardziej białą rodziną, jaką znam. To okropne, ale mój pradziadek miał kiedyś w posiadaniu dwanaście pól tytoniu. Joshua miał być aniołkiem, sam Bóg sprawił, że przyśnił mi się przed porodem, cały różowiutki, z blond loczkami, taki uroczy! Bawił się drewnianym konikiem…

– Może pan to ściszyć? – spytała Nabata ochroniarza, który raz za razem pstrykał długopisem, całkowicie pochłonięty bełkotem kobiety. – Białe dziecko, rozumiemy.

– Pewnie – mruknął wyłysiały mężczyzna, poruszając spierzchniętymi wargami jak dusząca się ryba. – Pewnie, że przeszkadza to komuś takiemu. Wy… – urwał i zerknął na Nabatę z pogardą. – Kiedyś krew się nie mieszała.

Elenya drgnęła.

– Co to niby ma znaczyć?

Drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wpadł Alan, w pospiechu zapinając garnitur.

– Nab, teraz my. Widziałaś gdzieś moją przepustkę? Była na takiej smyczy z…

– …układem słonecznym? Tak, dałeś mi ją do ręki, zanim poszedłeś się przebrać.

– Tak? Och. – Potarł siwiejące skronie. – Jest tak późno, to przez to. Która jest właściwie godzina? Jak wyglądam?

Wyglądał jak zwyczajny Alan Ness, rozczochrany i zbytnio wszystkim przejęty, teraz dodatkowo w odsłonie człowieka, który założył wymagający precyzji strój w bardzo krótkim czasie. Nabata poprawiła mu odstający kołnierzyk i przełożyła przez głowę smycz z przepustką. Wyglądasz tragicznie, pomyślała.

– Wyglądasz świetnie. Jest czwarta trzydzieści. Chodź już, ja rano wstaję do pracy.

– Już jest rano. Co mówią w telewizji?

Że Bóg chciał białych dzieci.

– Nic nie mówią. Sugerują, że to choroba genetyczna. Genewa porównała to do srebrzycy, ale to chyba słaby żart. Ludzie panikują i nikomu nie jest do śmiechu.

– Oni myślą, że to pandemia. – Nessie potrząsnął głową. – Dzieci są w izolatce, chociaż nie są na nic chore. Słyszałem parę rzeczy od doktora prowadzącego nasz zespół. Niemowlak z Dubaju spadł z blatu i czołgał się do cienia, żeby schować się przed lampą. Przez całą salę, w drugiej dobie życia! Fernandez mówi, że lada chwila będą je kroić.

Nabata podejrzewała, że tak będzie. Noworodki nie miały pulsu ani nie oddychały, teoretycznie były więc martwe. Tak przynajmniej twierdzili ci, którzy ściskali w dłoniach skalpele. Ani jedna z matek nie chciała kontaktu z dziećmi, część była w zbyt wielkim szoku, by rozmawiać. Elenya słyszała także, że tą, która umarła chwilę po porodzie, zajmowano się już w laboratorium. Z jednej strony Nabata pojmowała, dlaczego kobiety wyrzekły się noworodków. Z drugiej nie potrafiła zrozumieć matki, która odrzuca własne dziecko. Bez znaczenia, jak wyglądało, tej bezbronnej istocie należała się czułość i bliskość. Na tym właśnie polega człowieczeństwo, myślała Nab, idąc szpitalnym korytarzem. Czyż nie?

Miała przed oczami stworzenie z rozmazanego zdjęcia. Nim zdrowie jej tego zabroniło, długo podróżowała, przemierzając najuboższe zakątki świata. Widziała różne okropności, ale w żaden sposób nie mogła połączyć zdjęcia Nessiego z nowo narodzonym ludzkim dzieckiem. Choćby i zdeformowanym, chorym lub martwym, ze szczątkami pozostawionymi w wodzie, kwasie albo czymkolwiek innym. Jedyne logiczne wytłumaczenie nie chciało opuścić jej obolałej głowy.

Spojrzała na Nessiego, lecz on wydawał się jeszcze bardziej zdezorientowany.

– Ten nasz… – zaczęła. – Ma jakieś imię?

– Numer dziesięć – odparł grobowym głosem Ness. – Ma na imię Dziesięć.

To nie jest imię, pomyślała Nabata. „Magugu”, usłyszała w myślach pogardliwy głos. „To tylko magugu, biały człowieku, trzeba je wyrwać z korzeniami, bo inaczej odrosną, ty nie zrozumiesz jak głęboko sięgają”. Te słowa zawsze przychodziły niesione przez echo rytmicznych, siarczystych uderzeń oraz cichego dziecięcego płaczu.

– Gotowa? – zapytał Ness. Nerwowo roztarł knykcie.

– Tak. – Musiała być gotowa za nich oboje.

Z naprzeciwka wyszedł człowiek w białym stroju ochronnym, z twarzą całkowicie skrytą za maską. Wskazał urękawiczoną dłonią na dwuskrzydłowe drzwi. Nabata wyciągnęła stary, poobijany dyktafon, w towarzystwie którego dwukrotnie okrążyła Ziemię. Czuła to samo podniecenie, to samo znajome ukłucie z tyłu głowy. Kolejne niezbadane przypadłości nigdy nie przestały jej ekscytować.

– Coś na uspokojenie? – spytał spocony lekarz czekający w drzwiach, drżącymi dłońmi wyciągając ku nim drobne plastikowe kubeczki. – Radzę wypić do dna.

Nessie pospiesznie opróżnił swój, ale Nabata pokręciła sztywno głową.

– Jak pani chce – odparł krótko mężczyzna, unosząc do ust jej porcję.

Dziecko było nagie. Na pierwszy rzut oka wygląd jego skóry przywołał Nabacie na myśl arlekinową łuskę, z tym wyjątkiem, że ta była szara, miejscami granatowa, a w zgięciach i zmarszczkach całkowicie czarna. Wszędzie rozbłyskiwały drobiny skrzącego się pyłku, jakby ktoś obsypał noworodka srebrzystym brokatem. Skóra zdawała się być obwisła, a jednocześnie elastyczna, przypominając gumę albo lycrę. Nie miało genitaliów, między nogami było zupełnie gładkie. Drobna twarz o wąskich wargach i idealnie okrągłych oczach. Oczy bez soczewek. Przypatrującej się Nabacie wydawało się, że dziecko nie ma także powiek. Płyn wypełniający oczodoły zdawał się wirować, srebrzysto-błękitny, płynna rtęć skraplająca się w całość przy każdym obrocie, po czym ponownie rozpadająca się na drobiny. Kłujące, blade szpitalne światło bezlitośnie oświetlało noworodka. Lekarze złapali go za ramiona i nogi, a następnie obrócili, pokazując kamerom jego plecy. Na sam koniec skierowali dziecko głową w dół. Nie protestowało, nie wydawało z siebie głosu, wiotkie i uległe. Gdy posadzono je na zimnym metalowym blacie, samodzielnie podkurczyło kolana i objęło je rączkami, opierając podbródek o skrzyżowane przedramiona. Wyglądało, jakby czekało na werdykt oceniających.

Nabata jako jedyna nie robiła notatek. Pośród skrobania długopisów, szelestu przewracanych kartek i pikania urządzeń rejestrujących, doktor Elenya patrzyła na dziecko, zastygłe w oczekiwaniu. Miała wrażenie, że widziała już tę małą, skupioną buzię, kształt srebrzystych oczu i ten niesamowity kolor, jakby grafitowy rysik roztarty palcem na gazecie. Czuła, że stworzenie, czymkolwiek było, jest całkowicie świadome sytuacji. Wśród świateł wywołujących mdłości, za wystawą ze szkła, Nabata widziała odbicie swojej twarzy. Wychudzona, o podkrążonych oczach i bliznach od razów na policzkach. Mała, czarnoskóra dziewczynka lękliwie zerkająca na wysokie, smukłe sylwetki mamroczących nieskładne słowa ludzi. Jak dawno to było? Trzydzieści lat temu? Czterdzieści?

– Nab? – Nessie szturchnął ją łagodnie łokciem. – Słuchasz mnie? Mówiłem, że lepiej to nagrać, to ważne.

– Jasne. – Dyktafon ciążył w dłoni, napęczniały od wspomnień. Nabacie zawirowało w głowie. Uspokój się, nakazała sobie. Wcisnęła przycisk rozpoczynający nagranie.

– …tak właśnie sugerujemy to nazwać, Homo argenteus​, chociaż Hiszpanie z prawem pierwszeństwa wprowadzili już nazwę „silar”, a więc widzą panowie… – mówiący urwał, spojrzał na Nabatę i odchrząknął. – …oraz panie, że zespoły, choć niewspółpracujące, wciąż skupiają się na tym samym aspekcie, a więc kolorze skóry… Proszę zwrócić uwagę, że płód rozwijał się prawidłowo. Do szokującej różnicy doszło dopiero dzień przed planowanym porodem, kiedy matka przestała czuć dziecko, a aparatura nie podjęła bicia se…

– Kim jest? – wtrąciła Nabata, zasiewając ciszę.

– Słucham? – spytał lekarz, zdziwiony nie tyle pytaniem, lecz tym, że mu przerwano.

– Matka. Kim jest matka.

– Och, to… – „nieważne”, sugerował ton jego głosu. Odchrząknął raz jeszcze. – Czarna… czarnoskóra kobieta, Zambijka. Dziewiętnastolatka. Spodziewała się syna.

Nabata poczuła nagły uścisk w piersi.

– Imię? – naciskała.

– Nie jestem pewien, czy… – Prowadzący zmarszczył czoło. – Możemy kontynuować oświadczenie?

– Na nazwisko miała Ama – wtrącił młodszy lekarz stojący obok. Wszyscy na niego spojrzeli. – Chłopiec dostał imię Zambezi. Jak ta rzeka.

– Miała? – wyłapała Nabata. – Kobieta nie żyje?

– Zmarła godzinę temu. Krwotok wewnętrzny.

– Czy mogę prosić o uwagę, drodzy państwo? – Lekarz prowadzący podniósł głos. Wydął policzki, jakby rozważał, czy nie przyciągnąć uwagi głośnym gwizdem. – Dziękuję. Noworodek, jeśli możemy go tak nazwać, niedługo po porodzie przestał reagować na bodźce. Nie mruga ani nie wydziela śliny, odruch ssania został sklasyfikowany jako negatywny, gdyż nie byliśmy w stanie skłonić go do przyjęcia pokarmu. Jedyne, co u niego zaobserwowaliśmy, to nadmierna ruchliwość. Porusza się, zaciska pięści i stopy, chwyta. Sam podciąga się do pozycji krocznej. Przeszedł nawet po prostej linii w pozycji wyprostowanej. Poza tym jest najprawdopodobniej ślepy i głuchy…

Nagle Nabata przypomniała sobie, dlaczego buzia granitowego niemowlęcia wydała jej się tak bardzo znajoma.

– Wyłączcie to światło.

Lekarz kłapnął zębami.

– Co ona tu robi? – spytał ktoś z tłumu ważnych ludzi.

– Feministka – dodał inny.

– Pani Elenyo, jeśli nie przestanie pani przerywać oświadczenia, będę zmuszony wyprosić panią ze szpitala.

– Przepraszamy, doktorze – powiedział szybko Nessie. Złapał Nabatę mocno za przedramię. – Proszę kontynuować.

– Nie, proszę przestać. Wyłączcie światło. – Elenya zbliżyła się o krok do szyby. Wydawało jej się, że dziecko podniosło lekko głowę, ale to mogło być tylko światło. – Gdzie jest wyłącznik?

– Doktor Elenyo…

– Wyłączcie to!

Nie dbała o to, że kierowano na nią kamery, dźwiękowcy wyciągali ramiona, żeby sięgnąć ku niej puchatymi mikrofonami, ktoś zaczął mówić o skandalu, inna osoba rozglądała się, szukając ochrony. Lekarz prowadzący otworzył usta, ale uprzedził go jego młodszy kolega, szybkim ruchem przesuwając właściwy suwak w dół.

Przeciągły odgłos brzmiał jak kamień wrzucony do pustego blaszanego wiadra. Wibrował, narastając za szkłem. Ludzie zamilkli. W ciemności dało się dostrzec jedynie szare kombinezony dwóch lekarzy, odsuniętych od ledwo widocznego szarego ciałka niemowlęcia. Dziecko poruszyło się powoli, kwiat lekko potrząsający płatkami. Jego skóra rozbłysła srebrzystym światłem, zamigotała, a potem zbladła. Szklana figurka.

Na powierzchnię idealnie okrągłych oczu niespiesznie wpłynęły soczewki, niebieskie, cętkowane przezroczystymi, bladymi kryształami o hipnotyzującym blasku. Rozciągliwa błona opadła z mlaśnięciem, gdy stworzenie mrugnęło powoli. Przekrzywiło głowę, a potem rozciągnęło wąskie, nieprzypominające ust wargi.

– Cześć, Zambezi – powiedziała cicho Nabata, odwzajemniając uśmiech.

 

***

 

Bladym świtem popiła zimną kawą trzy tabletki z kofeiną, a mimo tego i tak zasnęła.

We śnie czekał na nią dom.

Inny człowiek na jej miejscu nigdy nie nazwałby tak tego miejsca. Choć nie zasługiwał na to miano, wciąż nim był – smakujący wymiocinami i cuchnący mułem stojącym w szczelinach popękanej od słońca ziemi. Zielona woda była tak blisko, że dało się zobaczyć jej wykwity, a jednocześnie zbyt daleko, by dosięgnęła jej krótka dziecięca ręka. Nabata pamiętała tę rękę, upiornie chudą, rozcapierzoną rozpaczliwie czarną dłoń bez paznokci. Była tak inna od wszystkich, które widziała później, smukłych, zadbanych, długopalcych dłoni białych ludzi. Ich zimny, porcelanowy dotyk Nabata przypominała sobie każdej nocy. Stanowczy uścisk przytrzymujący w górze dziecięce ręce, kciuk wodzący wzdłuż kręgosłupa, palce siłą rozwierające szczęki, żeby policzyć zęby. Później białe dłonie zabrały ją do domu, ale nie, to nie był dom Nabaty, jej dom przepadł wraz z cuchnącym mułem na dnie szczelin. Sama się o tym przekonała, gdy wróciła tam wiele lat później. Stanęła nad pustymi pęknięciami w twardej skorupie, ale kiedy w końcu mogła dosięgnąć wody, studnia wyschła na zawsze.

– To tylko magugu – mówił ochrypły głos, rozbawiony pytaniem białego człowieka. – Magugu trzeba wyrwać z korzeniami, bo inaczej odrosną. Nie zrozumiesz jak głęboko sięgają, ta ziemia jest czarna, a ty jesteś biały, to nie jest twoje miejsce.

– Oddaj mi je, zamiast wyrywać – odpowiedział spokojny głos białego pana. – Chwasty też mogą zakwitnąć.

Stało się, jak powiedział, a Nabata rozkwitła w piękny, rozłożysty kwiat, kończąc właściwe szkoły, żeby w chłodnych akademickich salach zakonserwować swoje piękno. Jakimś cudem podejmowała dobre wybory, a łodyga pięła się coraz wyżej, oddalając od ziemi, z której wyrosła. Nawet trzęsienia nie zdołały jej zatrzymać. Pamiętała, jak mały był świat w dole. Bardzo bała się spaść, jakby była ze szkła, krucha i wątła. Zawodna.

Trach. Trrr-aach.

Stara kobieta powiedziała, że ma na imię Jana Anaona Kesho, co znaczyło "wczoraj widzi jutro", a wioskę nazwano "Janakesho" na cześć jej niezwykłych zdolności. W głosie staruchy nie było władczego tonu dumy. Pozostawała nieufna wobec załogi badawczej, trzech białych mężczyzn i jednej czarnoskórej kobiety. Wydawało się, że zgodziła się rozmawiać tylko ze względu na Nabatę. To pytania ją niepokoiły, nie sprzęt, który przywieźli ze sobą badacze, brzęczący, rozbłyskujący bielą glinki i czerwienią ochry, kolorami chroniącymi przed demonami. Reszta przerażonej wioski ukryła się w lepiankach, węglem i kredą szykując twarze do walki z przybyszami. W każdej chwili goście mogli zmienić się w najeźdźców. Wszystko zależało od słowa Wczoraj, które Widzi Jutro.

Jej skóra była pełna precyzyjnie ułożonych blizn zaprószonych popiołem, by uwypuklić nacięcia. Wargę miała przebitą kolcami i odgiętą do dołu, ukazujący tym samym wyszczerzone zęby, między którymi zatknięto liście idwabe. Śledziła Nabatę swoimi ogromnymi, jasnoniebieskimi oczami, tak bladymi, że niemal zupełnie przezroczystymi, kontrastującymi z jej brunatną skórą, która w półmroku namiotu wydawała się być sina.

Wśród splecionych warkoczy, piór, korali i suchych owoców, głowa staruchy wydawała się ogromna.

– Wraca – wychrypiała. – Poszła po wody i wraca.

Nabata pomyślała, że stara myli ją z kimś, kto był tu wcześniej, jedną z wielu usługujących jej kobiet.

– Nazywam się Nabata Elenya, jestem…

– Wraca – nalegała tamta. Jej niemrugające oczy lśniły w ciemności, ale nie był to błysk ślepiów kocura ani odbicie czegoś metalowego w oddali. To te oczy świeciły, to na ich powierzchni pływała łuna blasku. – Wraca tam, gdzie woda.

– Mam iść po wodę? Kesho, wasza rzeka wyschła. Koryto jest suche.

Kesho przypominała wysuszone na wiór, przesadnie udekorowane zwłoki bardzo starej kobiety. 

– Nie. – Stara kobieta była zła. Potrząsnęła głową, ale jej oczy się nie poruszyły. – Rzeka sucha, ale woda w dłoniach. Tu. – Odwróciła własne i złączyła je. Ich wnętrze było równie szare jak reszta jej skóry. – Krople spada i ziemia dać łodyga, co wraca do góry. Woda wraca. Nie suche. Nabata wraca z woda. Magugu pije woda Nabaty. Kesho też piła, ale już dość. Kesho stara. Nie kwitnie.

Gliniane naczynia były odwrócone, a na ich denkach kwitły biało-żółte żywe kamienie, w kącie palił się korzeń ibogi o gorzkim zapachu. Dym poruszał kostkami zaplecionymi w liany, zwisającymi z sufitu. Klekotały cicho, klek, klek, klek

Nabata poczuła ukłucie w sercu, gdzie jakiś czas temu wykryto zator tętnicy. Zdziwiła się, dlaczego reaguje tak dopiero teraz. Jeden człowiek zginął, próbując doprowadzić jej załogę bezpiecznie do celu, z trzema pozostałymi straciła kontakt, nie miała paszportu i prawdopodobnie była poszukiwana przez co najmniej cztery państwa.

Rozpoczęła nagranie.

– Jest bardzo zimno. Dlaczego siedzisz w takiej ciemności? Wpuśćmy tutaj trochę słońca.

 

***

 

Strzeżony przed światłem Zambezi rósł błyskawicznie. W ciągu miesiąca jego przedramiona i łydki płynnie się wydłużyły, zmieniając w chude, patyczkowate kończyny. Uda i ramiona rozciągnęły się jak rozwałkowane ciasto. Wydawał się plastyczny, gibki i zręczny, a jednocześnie bardzo kruchy. Jego walcowata głowa balansowała na wąskiej szyi złożonej z trzech wyraźnie zarysowanych kręgów. Z czasem nabrał stabilności, przestał się chwiać i kołysać. W końcu w ogóle przestał się poruszać. Zastygł w cienistej komorze, wysoki i chudy, o grafitowym gładkim ciele oraz mocno naciągniętej skórze twarzy.

Nie zmieniły się jedynie jego oczy. Były takiej samej wielkości jak wtedy, kiedy otworzył je po raz pierwszy, tak samo błękitno-białe, momentami zupełnie przezroczyste, kiedy indziej gęste i srebrzyste niczym rtęć.

„Oczy Wczoraj”, napisała Nabata w swoim dzienniku, a potem przeczytała na głos wysłużonemu dyktafonowi. „Oczy Jutra. Jedno ogląda się na wczoraj, a drugie wypatruje jutra. Tak mówili o starej Kesho ludzie z wioski. To nie ona osiedliła się pośród czerwonokrzewów i niskich gałęzi akacji. To wioska powstała wokół niej, jak krąg, jak znak. Kesho mówiła, że wyschła. Ona, nie rzeka. Czy sama powstrzymywała się od picia, żeby napoić innych? Chciałabym z nią porozmawiać, lecz nie mogę opuścić Zambeziego, nie mogę odejść”.

„Styczeń. Dlaczego Zambezi wybrał świat, w którym wszystko już istnieje, zamiast zbudować wokół siebie swój własny, jak Kesho zrobiła z ludźmi w wiosce? Co takiego wie, o czym nie mamy pojęcia? On i inne dzieci, które również wykiełkowały tutaj… jak ziarno, które spadło z nieba na jałową ziemię i przetrwało wbrew wszelkim przeszkodom? Skoro są od nas lepsi, dlaczego tu przybyli?”

„Luty. Świat płonie. Kolumbia zniszczyła swoje ziarno. Było długo wyczekiwaną córką celebrytki, miała urodzić się z ciężką chorobą nerek, lekarze byli pewni, że nie przeżyje pierwszych godzin życia. Numer Trzy walczył miesiąc, tak podają media. Ja mówię, że Maria Kiara, bo tak miała mieć na imię, została zniszczona przez ludzi. Wyrwana jak chwast przez tych, którzy oczekiwali dobrej sadzonki. Kolumbijski lekarz powiedział telewizji, że Maria po prostu się rozsypała. Został z niej czarny pył, zmielone ziarna czarnej mąki, którą już nikt nigdy się nie pożywi. Czy one umierają? Te istoty, czymkolwiek są? Czy mają gdzie pójść, czy wręcz przeciwnie, przybyły do nas, bo nigdzie indziej nie było dla nich miejsca?”

“Marzec. Dlaczego wciąż milczysz, Zambezi?”

 

19:15 – DOKTOR NESS: „Jest nazwa. Homo vitreus. Szklany człowiek”.

 

***

 

Serce bolało ją każdym razem, gdy informowano ją o postępach prac nad Zambezim, a raczej nad próbą ich posunięcia. Za wszelką cenę usiłowano opracować formę komunikacji z – jak podejrzewał zastęp biologów, embriologów, audiologów i okulistów – dorosłym, poprawnie rozwiniętym osobnikiem, który był w stanie wydawać i modulować dźwięki.

Skoro mógł, dlaczego nic nie mówił? Czemu nie próbował się porozumieć? Nabata codziennie patrzyła, jak zespół lingwistów wychodzi ze zwieszonymi głowami z komory Zambeziego. Kiedy ludzie mówili, że nie, znowu nic, Elenya czuła ulgę. Potem, gdy wracała pustą obwodnicą do domu, było jej wstyd. Dlaczego nie chciała, żeby Zambezi zaczął mówić, żeby w końcu mogli zrozumieć, czym jest? Czuła się okropnie, nie siedząc przy nim, ale Nessie nieustannie przypominał jej, że każdy musi jeść i spać. Nabata niekoniecznie się z nim zgadzała. Zgodziła się pojechać do domu tylko po to, by Nessie przestał narzekać.

– Raportuj co pięć minut, nie żartuję – poleciła mu przed wyjściem ze szpitala. – Nawet jeśli nic nie będzie się działo. Jeżeli nie dostanę żadnej wiadomości po pięciu minutach, zawrócę samochód.

W oczach doktora narastał niepokój.

– Czy ty odrobinę nie przesadzasz, Nab? – zaśmiał się nerwowo. Odchrząknął, widząc minę Elenyi. – Nabata. Wszyscy tutaj to specjali…

– Obiecaj mi, że będziesz pisał.

– A jak będę akurat w toalecie?

– Możesz pisać jedną ręką.

– Nab…

– Obiecaj.

Nessie obiecał, ale był przy tym bardzo blady. Kiedy wychodziła z budynku, widziała, że rozmawiał z kardiologiem, mrukliwym Polakiem, który przyłapał ją kiedyś na rozpuszczaniu chinaprylu w piwie.

– Czy mama nie mówiła pani, że nie popija się lekarstw alkoholem? – spytał wtedy.

– Nie znałam swojej mamy – odpowiedziała mu Nabata, jednym haustem opróżniając szklankę. – Jestem adoptowana. Całą moją wioskę zabił wybuch Nyiragongo.

– Wulkanu?

– Nie – zaprzeczyła z kamienną twarzą. – Statku kosmicznego.

Mężczyzna patrzył na nią podejrzliwie. Nie roześmiał się, ale nie wyglądał, jakby potrafił to robić.

– Przykro mi – powiedział w końcu. – Jeśli nie chce pani osierocić dzieci, radzę zacząć o siebie dbać.

Nabata pożałowała wtedy, że wypiła resztki piwa, gdyż z wielką chęcią oblałaby chinaprylem wykrochmalony lekarski kitel. Jednak człowiek odszedł, lata minęły, a gniew przetopił się w przepracowanie. Teraz miała dziecko, miała Zambeziego. Zostawiła go w szczelnie zamkniętej komorze, wygłuszonej, zaciemnionej i nieustannie monitorowanej. Jaka matka by na to pozwoliła?

Jadąc, jednym uchem słuchała w radiu audycji.

– …i tak nurzyki nawiązują kontakt głosowy z rodzicami, przebywając jeszcze w jaju, a potem muszą nauczyć się języka swojego gatunku od matki lub ojca, bo inaczej przez całe życie pozostaną nieme…

 

NESSIE: "Nic się nie dzieje. Idę po piątą kawę. Do Zambeziego będą wchodzić jacyś nowi neurolodzy".

 

Nabata poczuła nagły ból głowy, jakby ukłucie strachu. Co za neurolodzy? Możliwe, że o nich słyszała, ale była zbyt zajęta czuwaniem. Nakazała sobie spokój. Zorientowała się, że przekracza dozwoloną prędkość i zwolniła, hamując nieco zbyt gwałtownie. Uspokój się. Oddychała ciężko, jakby przebiegła maraton, chociaż ostatni raz biegała w Zimbabwe, z głową wtuloną w ramiona uciekając przed strzałami. Wolną ręką otworzyła torebkę w poszukiwaniu tabletek.

– …pisklęta muszą powtarzać śpiew dorosłych, jeśli chcą przedłużyć gatunek, jak na przykład wśród australijskich zeberek…

 

NESSIE: "Mają pozwolenie na użycie jakiegoś sprzętu, chyba elektrowstrząsowego. Wygląda jak szmelc. Rozstawiają, ale pewnie i tak nic z tego nie będzie. Zazdroszczę Ci, że możesz się już położyć. dojechałaś już?"

 

Nabata zjechała na pobocze. Jakieś auto minęło ją, trąbiąc przeciągle, przewieszone przez okna dzieciaki wymachiwały w jej stronę puszkami z piwem. Odgłos krzyków i trąbienia oddalił się powoli w ciemność. Cisza była nie do zniesienia, jak ta w komorze Zambeziego. Nabata miała wrażenie, że słyszy odległe metaliczne odgłosy, jakby ktoś rozstawiał aparaturę, podłączał kable, regulował przekaźniki.

– …doskonale rozróżniają melodię i rozpoznają niebezpieczeństwo. Inne ptaki, koty, człowiek. Nie wspominając o dźwięku, jaki wydają pisklęta wołające matkę…

W głos mówiącego wplótł się trzask, potem audycja ucichła. Nabata uniosła pięść, żeby łupnąć bezużyteczne radio, po czym zatrzymała uniesioną rękę w powietrzu. Poczuła niesamowicie silny, przeszywający całe ciało ból, który wygiął jej plecy w pałąk, jakby miał złamać kręgosłup. Wyrżnęła czołem w kierownicę i zawisła bezwładnie na napiętym pasie. Myśli galopowały bez opamiętania. Atak? Kolejny zawał? Jej zęby zadrżały, obiły o siebie jak butelki w podskakującej skrzynce. Przycisnęła dłoń mocno do ust, czując krew wypływającą przez stulone wargi.

Co się…?

Krew była zimna.

Drżącą ręką odpięła pas i otworzyła drzwi samochodu, wypadając na jezdnię. Oddychając płytko, położyła się plecami na ziemi. Niebo wyglądało jak ogromny wir, obracający się powoli. Boże, nie, nie teraz, jeszcze nie… Słyszała, jak na siedzeniu pasażera dzwoni telefon, raz za razem, kolejne połączenia ludzi wrzeszczących do głuchej słuchawki, żeby Nabata Elenya odebrała cholerną komórkę.

Łuna srebrzysto-błękitnego światła utworzyła kopułę ze smug gęstej, skrzącej się mgły. W czeluści rozbłyskiwały rosnące kształty.

Obcy przylecieli po swoje dzieci.

 

***

 

Nabata słuchała wiadomości, wpatrując się w Zambeziego.

Nie zostało im wiele czasu. Ani jemu, ani jej. To przynajmniej powiedział lekarz, kiedy wczoraj zasłabła w korytarzu. Nessie nalegał, że odwiezie ją do domu. Musiała go obrazić, żeby dał jej spokój. W jego oczach było niedowierzanie i ból, ale Nabata zniosła wszystko. Liczył się tylko Zambezi.

– …brak zawartości węgla sugeruje materię nieorganiczną, jednak eksperci pracują nad rozpoznaniem składu. Rozmawiamy ze świadkiem, który w wybuchu został powierzchownie ranny…

– To nie był wybuch – mruknęła Nabata, gniotąc w dłoni styropianowy kubeczek po kroplach walerianowych. – To niemożliwe.

– …i który musi pozostać anonimowy ze względów bezpieczeństwa. Proszę o tym opowiedzieć.

Zambezi poruszył powoli obłą głową. Z boku czaszki i na długiej, gładkiej szyi zalśniły białe, poprzecinane niebieskimi żyłkami plamy po badaniach. Według Nabaty były to rany, ale nikt, z kim rozmawiała, nie podzielał jej oburzenia.

– Tak, to okrucieństwo – oświadczył z westchnięciem doktor Siama, jedyny człowiek, który traktował ją jeszcze jak część zespołu. Był niski, przygarbiony i rzadko się odzywał, ale odpowiedział Nabacie, kiedy rano powiedziała wszystkim „dzień dobry”. Reszta pracujących zachowywała się tak, jakby nie istniała. – Każde stworzenie zbadano za pomocą okrucieństwa. Nauka to ból, nie zawsze nasz. Zarażamy zwierzęta wirusami, manipulujemy ich DNA, zapładniamy, by później zabić ciężarną matkę i móc pracować na płodach. Jeżeli nie my, podejmą się tego ludzie, którzy będą po nas. Nie możemy nic zrobić, doktor Elenyo. Taka już nasza natura.

– Wasza natura – odpowiedziała wtedy Nabata. – Są na świecie ludzie, którzy nigdy w życiu nie skrzywdziliby żywej istoty.

Westchnął.

– Obawiam się, że z perspektywy kosmologicznej wszyscy jesteśmy jednym organizmem. Ludzie to całość, bez wyjątków.

I dlatego dzieje się teraz to, co się dzieje, zdawał się mówić ton jego głosu. Nabata widziała w jego oczach, że pogodził się z końcem. W inny sposób niż miliony innych, ludzi nakręconych jak katarynki echem mediów, męczennicy, ludzie odchodzący z godnością, wściekli wojownicy i łagodnie uśmiechnięci pacyfiści. Doktor Siama nie widział ani kary, ani nagrody, widział kontynuację. I był na nią gotowy.

– To było straszne – relacjonował świadek. – Ktoś krzyczał, że wraca Chrystus, ale ja wiedziałem, że nie ma w tym dobra, że nadchodzi coś złego, co chce nas skrzywdzić. Oślepiło nas światło, a potem było okropnie zimno, jakby nagle wszystko zamarzło. Pamiętam, jak para buchała mi z ust… To światło było zimne, ono… opadło, tak myślę, uderzyło między nas, gęste…

– Jak mgła? – naciskała reporterka.

– Nie, jak… woda. Zimna, gęsta woda. Potem mój brat po prostu stanął w płomieniach, spłonął w jednej chwili, inni ludzie też płonęli, wszędzie był dym i światło, a później na ziemi pojawiły się te wypalone ślady… Przepraszam, to dla mnie trudne, ja…

Reporterka nie zwracała na niego uwagi.

– Eksperci twierdzą, że było to światło badawcze, które miało przeskanować teren w poszukiwaniu miejsca do lądowania. Nic jednak nie tłumaczy samozapłonu substancji. Możliwe, że był to skoordynowany atak obcej rasy. Raporty są jasne, piętnaście osób zginęło, kolejne dwadzieścia osiem zostało ranne. Trwa szczegółowa analiza szczątek, która ma za cel zidentyfikować substancję skupioną w „promieniu”. Broń czy próba komunikacji? Czy eliminacja czterech z dziewiętnastu obcych była konieczna? Przenosimy się do studia, aby odpowiedzieć na te pytania…

Nabata nagle coś usłyszała.

 

KONIEC

 

– Co? – spytała. Nie było odpowiedzi.

 

KO

NI

EC

 

Usłyszała to ponownie. Nie, nie usłyszała. Zobaczyła. Słowo pojawiło się na powierzchni jej oczu, a ona przeczytała je w głowie, pomyślała, sprawiła, że ktoś je wypowiedział.

Zambezi mrugnął od środka do zewnątrz, przezroczyste błony bezdźwięcznie otoczyły jego szklane oczy. Mówił, rysując myśli w głowie Nabaty, sprawiając, że je czuła, widziała ich kolor, słyszała ich dźwięk.

Poczuła uciekający czas, bezradność i rozpacz istnienia nieruchomego pośród pędzącego świata. Słyszała swoje własne przerażenie. Nie, proszę, niech ktoś coś zrobi, ratunku, oni umierają, oni cierpią, niech to się skończy, błagam…

Cudem odepchnęła od siebie cudze wspomnienia. Spojrzała na Zambeziego, który stał tuż za szybą, kierując na nią oczy zasłonięte błonami. Mówił głośno, wyraźnie. Nabata walczyła, usiłując usłyszeć swoje własne myśli. Opór był bolesny. Czuła, że musi coś zrobić. Zorientowała się, że w komorze było ciemno. Telewizor zawył i wyłączył się. Słyszała swój własny oddech. Poczuła się jak w lepiance Kesho, wieki temu.

„Skąd jesteś?”, pomyślała. „Skąd przybywasz?”

Odpowiedział, pozbawiając ją energii. Poczuła się tak zmęczona, jakby szła nieprzerwanie przez wiele dni. Myślała, niemal mdlejąc z wycieńczenia.

 

DALEKO BARDZO DALEKO JESTEM Z

TAK BARDZO DALEKA

 

„Co to za miejsce? Ma jakąś nazwę? Jak wygląda?”

Zambezi otworzył oczy.

Pustka. Nie wiedział. Nie mógł wiedzieć. Nigdy tam nie był. Urodził się tutaj, na Ziemi. Jeśli istniało jakieś wyobrażenie o miejscu, skąd przybywał, nie pokazał go Nabacie.

„Dlaczego nic nie mówisz?”

Spojrzał na nią.

Myślała jego słowami:

 

NIE ISTNIEJE MIEJSCE MOICH PRZODKÓW

MIEJSCE BRAK 

 

„Co się z nim stało?”

Chciał oszczędzić jej bólu. Odpowiedział, lecz tym razem poskąpił smaku, zapachu i obrazu. Nabata poczuła jedynie strach. Świadomość, że było go dużo więcej, przeszła ją dreszczem.

 

KONIEC RUINY ZGLISZCZA ŚMIERĆ

 

„Dlaczego jesteście tutaj, skoro wasza rasa wymarła?”

Wyjaśnił, używając jej własnego wspomnienia. 

 

MAGUGU WYRWAĆ

ZAMBEZI MAGUGU

NABATA MAGUGU

 

– Chwasty? – spytała na głos, ledwo zdając sobie z tego sprawę. – Jesteś chwastem? Nie rozumiem, Zambezi, nie rozumiem, ja…

Poczuła odtrącenie, usłyszała kwilenie dziecka i wykrzywioną twarz matki, która odwraca wzrok, poczuła śliskie, obrzydliwe spojrzenie, które oceniało i wybierało jedynie najlepszych. Potem upokorzenie, klęskę… Zobaczyła białą rękę o długich palcach, która chwyciła ją za ramię i poprowadziła ku strumieniowi światła.

 

CHWASTY NIE TAKIE JAK KWIATY

WYSTARCZĄ

PRZEŻYĆ

POROSNĄĆ MIEJSCE

 

Światło było oczami Kesho, która wpatrywała się w milczeniu w Elenyę.

 

NOWE MIEJSCE

ZASIAĆ

NOWE MIEJSCE

ZAPEŁNIĆ POLA

 

Spojrzała na niego, uwięzionego za szkłem, granitowego w półmroku.

– Dlaczego? – zapytała na głos. – Dlaczego wybraliście akurat ludzi?

 

PLAN ZAPOBIEGAĆ UBEZPIECZENIE W RAZIE

 

– W razie czego?

Zambezi nie odzywał się. Przez chwilę Nabata widziała wszechświat, jedną planetę za drugą, olbrzymy, karły, gwiazdy i komety, mijała wszystko, dryfując bez ciała, jakby Zambezi pokazywał jej nieskończoność pól pod kolejne chwasty. Lecz w końcu wybrał inną odpowiedź.

 

KONIEC RUINY ZGLISZCZA ŚMIERĆ

 

„Ludzi czeka taka sama zagłada? Kiedy? Jak to się stanie?”

Nie odpowiadał. Możliwe, że nie znał odpowiedzi.

 

CHWASTY KWITNĄ TERAZ

 

Szum telewizora na ścianie przeszedł w pisk, po czym wrócił rozchwiany obraz. Stabilizował się w rytm drżącego głosu dziennikarza.

– …ląduje, tak, na moich oczach, kapsuły? Tak! Docierają do mnie informacje z Japonii, gdzie właśnie pojawił się identyczny obiekt! Proszę państwa, możemy potwierdzić, że takie same kapsuły lądują teraz na całym świecie! Sto dwa… Nie, sto czternaście? Sto czternaście identycznych kapsuł!

„Sto czternaście?”, pomyślała zdumiona Nabata.

Zambezi słyszał wszystko. Pokazał jej sto szesnaścioro swoich pobratymców, posługując się imionami nadanym im przez ludzi. Troje z nich było cieniami na śnieżnobiałej podłodze. Migawki cudzych wspomnień pokazywały kobiety tulące zawoalowane szare niemowlęta, kołyszące je do snu pośród owiec, szamanów pokrywających małe twarzyczki białą gliną.

 

CHWASTY PRZETRWAŁY ZAWSZE PRZETRWAJĄ

CZAS ZBIORÓW

KOSZT KONIECZNY

 

– …otwiera się! Proszę państwa, na naszych oczach dzieje się historia! – Dziennikarz trzymał się za głowę, żeby osłonić twarz przed wiatrem. Szumy i piski potęgowały panikę. – Jest pusta! Powtarzam, kapsuła jest pusta!

Nabata patrzyła na Zambeziego, on patrzył na nią.

 

CZAS

POZWÓLCIE TERAZ

W ZAMIAN

 

Nie zmuszał jej. Mógł, miał wszystkie narzędzia świata. On milczał, nieruchomy.

– W duńskim mieście Kolding do kapsuły wsiadł właśnie jeden mężczyzna! Boże, czy to prawda? Dwie kapsuły w Tokio również przyjęły ludzi! Na całym świecie pojedynczy ludzie wchodzą do środka obcych kapsuł! W Dubaju otworzono ogień! Co się dzieje, proszę państwa! Przed szpitalem w Cape Coast wciąż wisi pusta kapsuła… Nie zmierza do lądowania? Czyżby nie miała kogo ze sobą zabrać?

 

NIE WYBUCH

POMÓC

RATOWAĆ UMIERAJĄCE ROŚLINY

 

Więc tym byli dla nich ludzie? Sadzonkami?

„Co się stanie, jeśli z tobą pójdę?”

Zobaczyła szczelinę w suchej ziemi, chudą dziecięcą dłoń, bezradnie wyciągniętą, by dosięgnąć zielonego mułu. Ręka rozcapierzyła palce i dotknęła wody, zamoczyła ją aż po nadgarstek. Ulga, spełnienie, radość, rozkosz.

„A co, jeżeli zostanę?”

Poczuła nagły ból w klatce piersiowej. Zambezi wiedział, co ją czeka, i powiedział Nabacie całą prawdę. Zawał, pomyślała. To była jej myśl i jej ból. Upadła. Zambezi stał za szybą, wyprostowany, gładki i granitowy, z niebieskimi oczami w srebrzystej otoczce. Były naglące, skrzące. Wczoraj i jutro.

 

WYBÓR TERAZ

 

– myślała Nabata głosem nie Zambeziego, ale echem wszystkich połączonych głosów. Nie była sama, inni również się wahali.

 

TERAZ TYLKO TERAZ

KWITNĄCY CHWAST ALBO USCHNIĘTY KWIAT

CZEKA WAS KONIEC

WYBIERAJ MASZ WIEDZĘ

USYCHASZ

RATUJ NAS RATUJ SIEBIE

 

– To tylko magugu – mówił ochrypły głos, rozbawiony pytaniem białego człowieka. – Magugu trzeba wyrwać z korzeniami, bo inaczej odrosną.

Nabata czuła, jak odrastają, jakby wypełnione kapsuły były zapylonymi kwiatami, których łodygi wzbiją się ku niebu. Kesho mówiła, że to właśnie ją czeka. Była chwastem, który miał wrócić do słońca. Nabata była chwastem całe swoje życie, Zambezi o tym wiedział, przemówił do niej jej wspomnieniami.

 

WRACAMY

TAM

GDZIE SZKŁO 

 

Nabata czuła, że umiera. Zdołała doczołgać się do ściany i oprzeć na niej, charcząc, czując okropne, lodowate zimno.

 

POMÓC

TERAZ

?

 

***

 

– …eksperci spierają się, czy faktycznie odlecieli na dobre, jak sugeruje uprowadzenie stu czternastu ludzi, którzy zamknięci w kapsułach niezidentyfikowanego pochodzenia opuścili ziemską atmosferę. Przypomnijmy, że milczenie przybyszy trwa już blisko osiem miesięcy. Jedyna osoba, której udało się oprzeć perswazji Homo vitreus, pozostaje anonimowa ze względów bezpieczeństwa. Możemy jedynie zdradzić, że kobieta opuściła kwarantannę w świetnym zdrowiu. Obecnie mieszka za miastem i planuje poświęcić cały swój czas swojemu dziecku, które już wkrótce ma przyjść na świat.

 

_____________________________________________________________________

 

Z kiswahili:

marefu – “wysocy”

magugu – “chwasty”

 

Z igbo:

nabata – “powitać, przyjąć, zaakceptować”

Koniec

Komentarze

Bardzo obrazowe. Bardzo nastrojowe. Z pomysłem. Który chyba nie do końca załapałem. Najpierw myślałem, że to inwazja, potem, że misja ratunkowa dla ludzkości. Ale kto i po co? Obcy-Samarytanie, którzy zniszczyli swój świat, a teraz niosą pomoc innym? Po co rodzą się na Ziemi “chwasty” obcych? Jako źródło komunikacji?

Ktoś mi to wytłumaczy?

Trochę (jak dla mnie) za dużo politpoprawności. Feminizm, antyrasizm, antyksenofobia. Modne, ale czy wszystko to jest potrzebne? Na szczęście te wątki nie są nachalne, podano je ze smakiem, to nie będę marudził :).

Uwag mam kilka:

– “noworodków o nieznanej rasie” – jak dla mnie, to “nieznanej rasy”;

– “drżącym dłońmi” – “i” zjedzone;

– “jakby rysik roztarty palcem na gazecie” – na pewno rysik tu miał być? a nie grafit?;

– “za wystawą z lodowatego szkła” – skąd wiedziała, że to szkło jest lodowate? dotykała go? i po co miało być zimne? tu pewnie miało być “szkło lodowe” czy “kryształowe” może;

– “homo argentus, (…) wciąż skupiają się na tym samym aspekcie, a więc kolorze skóry” – ale skóra był szara czy czarna; to oczy były srebrne;

– “jak podejrzewał zastęp biologów, embriologów i optyków” – a po co ci optycy tutaj? oni co badają?;

– “nie koniecznie się z nim zgadzała” – niekoniecznie;

– “żadnej wiadomości od pięciu minut” – wolałbym “po pięciu minutach”;

– “położyć. dojechałaś już?" – “Dojechałaś”;

– “Słowo pojawiło się na powierzchni jej oczu, a ona przeczytała go w głowie” – jeśli “słowo”, to przeczytała “je”;

– “Odpowiedział, pozbywając ją energii” – raczej “pozbawiając”;

– “Myślała, niemal nie mdlejąc z wycieńczenia” – a to “nie” jest tu potrzebne?

 

Reasumując – bardzo ładne. Wciągnąłem się i łyknąłem jak pelikan. Jedyny zgrzycik, że nie całkiem zrozumiałem, ale to już moja wina!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Optycy ze względu na oczy bez soczewek, oczywiście! A “dojechałaś?” to część smsa przejętego człowieka, błąd zamierzony. Resztę już zamiatam. 

 

Dzięki Staruchu za dziewiczą wizytę (Wiktor się nie liczy) i taką ładną opinię, cieszę się :) Co do samego wytłumaczenia to będę na razie zwyczajowo milczeć – miejmy nadzieję, że czegoś się doczekam. Trop masz dobry, tyle że ci Obcy to nie Samarytanie. No, może z małym wyjątkiem.

Optycy ze względu na oczy bez soczewek

No właśnie, to mi nie pasowało. Bo to powinni być raczej okuliści albo oftalmolodzy. 

Bo optyk to albo uczony zajmujący się własnościami rozchodzenia się światła, albo taki – http://www.seo.serwisoptyczny.pl/index.php/2010/05/optyk-okulista-optometrysta/ 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

W gruncie rzeczy to chyba wszyscy trzej by się tam przydali. Ale jeśli zgrzyta, to zamienię na coś bardziej ogólnego (w oryginalnym oryginale był audiolog, więc jeszcze zupełnie inaczej, wolałam podkreślić narząd mowy niż oczy).

Spytaj MrB albo Cobolda, oni będą wiedzieć, jaki lekarz jest tam potrzebny :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Aż tak bardzo się nie pali, żeby ludzi zadręczać… poczekam, aż sami przyjdą :)

Hej, mój komentarz nie będzie jakiś wartościowy, ale lepsze to niż nic.

Podobało mi się i czytałem z przyjemnością, choć zostało wiele pytań jak zauważył Staruch, ale to nic. Lekturę czytało się dobrze. Jest klimat i ziarno ciekawości, które kiełkuje.

Osobiście uważam, że nie wszystko musi być dokładnie wyjaśnione, czytelnik może wtedy rozumować jak chce, więc tym się nie przejmuj. 

Podobał mi się motyw ‘dzieci obcych’ (może dlatego, że myślałem kiedyś o czymś podobnym).

To tyle. Błędów gramatycznych i stylistycznych Ci nie podam, bo nie zawsze umiem je wyłapać. Mi czytało się płynnie i bez problemów. (Choć co do kubka, to znam napisy typu ‘Dumny/dumna z pochodzenia, a ‘nie skąd pochodzę’, ale to bezwartościowy szczegół)

W każdym razie pozdrawiam i trzymam kciuki w konkursie ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Danielu, każdy komentarz jest wartościowy :) Dziękuję za przeczytanie i cieszę się, że sprawiło Ci to przyjemność. Podpowiem, że motywacje obcych są wyjaśnione przez afrykańską szamankę Kesho, a końcówkę starałam się jednak nieco przymknąć, choć i tak leży w niej klucz do motywacji Obcych (wiem, że sporo osób nie lubi literackiego przeciągu, jak każdy wątek jest otwarty; postanowiłam nakarmić wilka i uratować owcę, bo interpretować po swojemu wciąż można). Zależało mi na tym, żeby lektura nie była pełna naukowego bełkotu, bo to mnie osobiście bardzo nuży. Co do kubka to miał jedynie zwracać uwagę na pochodzenie, które w tym opowiadaniu jest właściwie motywem przewodnim ;)

Czytałam mocno zaciekawiona, bo pomysł wydał mi się interesujący, ale im bardziej starałam się  pojąć, o co chodzi w opowiadaniu, tym mniej udawało mi się zrozumieć. Przeczytałam bez przykrości, ale okazało się, że, niestety, nie była to lektura satysfakcjonująca.

 

czło­wie­ka, który ubrał wy­ma­ga­ją­cy pre­cy­zji strój w bar­dzo krót­kim cza­sie. –> W co człowiek ubrał strój???

Stroju, nawet wymagającego precyzji, tak jak i żadnej inne odzieży, nie ubiera się!!! Strój można włożyć, założyć, przywdziać, ubrać się weń, wystroić, ale nigdy, przenigdy nie można stroju ubrać!!!

Za ubieranie stroju grozi surowa kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kącie, z twarzą zwróconą ku ścianie i z rękami w górze!

 

Kłu­ją­ce, blade szpi­tal­ne świa­tło pa­da­ło cięż­ko na no­wo­rod­ka. –> Na czy polega ciężkość padania bladego światła?

 

ob­ję­ło je rącz­ka­mi, za­ty­ka­jąc pod­bró­dek o skrzy­żo­wa­ne przed­ra­mio­na. –> Raczej: …ob­ję­ło je rącz­ka­mi, opierając pod­bró­dek o skrzy­żo­wa­ne przed­ra­mio­na.

Za SJP PWN: zatykać «umocować coś w czymś, na czymś lub za czymś»

 

Zie­lo­na woda była tak bli­sko, że dało się zo­ba­czyć jej wy­kwi­ty, a jed­no­cze­śnie zbyt da­le­ko, by do­się­gnę­ła go krót­ka dzie­cię­ca ręka. –> Piszesz o wodzie, a ta jest rodzaju żeńskiego, więc: …a jed­no­cze­śnie zbyt da­le­ko, by do­się­gnę­ła jej krót­ka dzie­cię­ca ręka.

 

– Na­zy­wam się dok­tor Na­ba­ta Ele­nya, je­stem… –> Chyba nie można nazywać się doktor.

 

Nie mogę opu­ścić Za­mbe­zie­go, nie mogę odejść.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

Ko­lum­bij­ski le­karz po­wie­dział te­le­wi­zji, że Maria pro­stu się roz­sy­pa­ła. –> Chyba miało być:  …że Maria po pro­stu się roz­sy­pa­ła.

 

Nie wspo­mi­na­jąc o pła­czu, jakie wy­da­ją pi­sklę­ta wo­ła­ją­ce matkę… –> Literówka.

Czy płacz się wydaje?

 

pięt­na­ście osób zgi­nę­ło, ko­lej­ne dwa­dzie­ścia osiem zo­sta­ło ranne. –> …pięt­na­ście osób zgi­nę­ło, ko­lej­nych dwa­dzie­ścia osiem zo­sta­ło rannych.

 

„Dla­cze­go je­ste­ście tutaj, skoro wasza rasa wy­mar­ła?’ –> Brak połowy cudzysłowu po pytajniku.

 

chwy­ci­ła ją za ramię i po­pro­wa­dzi­ła ku stru­mie­niu świa­tła. –> …chwy­ci­ła ją za ramię i po­pro­wa­dzi­ła ku stru­mie­niowi świa­tła.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Za ubieranie stroju grozi surowa kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kacie, z twarzą zwróconą ku ścianie i z rękami w górze!

D:

 

*posłusznie idzie klęczeć na grochu*

 

Dziękuję, że wracasz do moich tekstów, reg, mimo regularnego braku satysfakcji :) Poprawki naniosę podczas klęczenia, na szczęście kara nie ogranicza dostępu do internetu!

Owszem, nie ogranicza, ale zauważ, że należy klęczeć z rękami w górze, więc jeśli chcesz aby kara była szczególnie dokuczliwa… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, skoro z rękami w górze, to z rękami w górze… Dodatkowa kara, jeśli telefon rozbije mi nos, spadając podczas pisania! W takim razie dzisiaj tylko poklęczę, a jutro poprawię :)

Jeśli obiecasz, że już nigdy nie będziesz ubierać ubrań, kara zostanie Ci darowana. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Obiecuję!

Cholerka, beta chyba ze mnie mocno kiepska, skoro w komentarzach tak groźno i czarno, i ludzie na grochu klęczą… Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że tekst był dla mnie tak ciekawy i wchodził tak płynnie, że usterki językowe, które wskazali Pan Starszy i Regulatorzy (a które, cholibka, rozumiem :<) zniknęły sprzed ócz moich. 

Pi razy drzwi powtórzę z bety: moim zdaniem widać tu dobry warsztat, jeszcze lepszy risercz kulturowy, niebanalny pomysł oraz pewien rys filozoficzny, który nie pozwala temu opowiadaniu zginąć w tłumie. Z przyjemnością do niego wrócę za jakiś czas. Wydaje mi się też, że rozumiem idee, które chciałaś tu przekazać.

Pokornie proszę pozwolić tej biednej dziewczynie wstać z grochu. Ewentualnie poklęczę razem z nią, bo i moja w tym “ubieraniu ubrań” wina. :c

No cóż, wobec szczerej skruchy Żonglerki i wstawiennictwa Wiktora, który częścią winy szlachetnie obciążył własne sumienie, kara zostaje darowana. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ubieranie stroju to już przeszłość!

Hurra! Będziecie chodzić na golasa! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Słowo się rzekło! Śladem pewnego monarchy, goli będziemy jedynie dla oczu ludzi o małej inteligencji!

Żongler, coś Ty narobiła…

Nie rozumiem, co się tu stało. Kasta kosmicznych przegrywów emigruje na Ziemię i oferuje wybranym ocalenie od śmierci. Główna bohaterka nie korzysta z propozycji, zamiast tego chyba godzi się na śmierć i bierze pod opiekę jednego z przegrywów, którego uważa za swoje dziecko. Jaka jest wymowa i waga tej decyzji, trudno mi było wywnioskować.

Jak się do tego ma anihilacja niektórych ludzi promieniem śmierci – nie bardzo wiem.

Na czym polega przeistoczenie się człowieka w chwast po wejściu do kapsuły – nie bardzo wiem.

Nie rozumiem, też, czemu akurat szkło.

Fajny afrykański folklor, wydarzenia trochę jak powidok Arrival. Pierwsza scena interesująca, zachęciła do czytania.

– Nie znałam swojej mamy – odpowiedziała mu Nabata, jednym haustem opróżniając szklankę. – Jestem adoptowana. Całą moją wioskę zabił wybuch Nyiragongo.

– Wulkanu?

– Nie – zaprzeczyła z kamienną twarzą. – Statku kosmicznego.

To śmieszne :D

lodowate zimno.

Orly? Lodowate zimno?

Zgadzam się z Reg, że opowiadanie obiecywało więcej, niż ostatecznie dostarczyło.

Nie dramatyzuj, Wiktorze, Red Hoci wystąpili kiedyś w skarpetkach. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wisielcu najdroższy, Ty nie rozumiesz? Czytam, że przecież rozumiesz. Tylko nikt się w chwasty nie zmienił, to Obcy byli chwastami.

Hmmm. Zdaje się, że zrezygnowałaś z chronologii i to mnie zgubiło.

Nie zorientowałam się, co tu właściwie zaszło. Nabata nie wsiadła do kapsuły i zmarła na zawał? Wsiadła i żyła długo i szczęśliwie na innej planecie jako chwast? Nie wsiadła, ale zaszła w ciążę, a ufok kłamał? Wsiadła i wróciła w ciąży (poszła po wody i wraca)?

Sama bohaterka też jakaś dziwna i nie wiadomo, skąd pochodzi, bo jej wioskę szlag trafił. A może to było o tej starej wieszczce… No właśnie – miejscami brakowało mi podmiotów i gubiłam się jeszcze bardziej.

Kim była, że dopuszczono ją do tego dziwacznego noworodka? Czy każdą feministkę po kilku zawałach wpuszczają?

Dlaczego ufoki się nie porozumiewały? Dziwna strategia.

Czemu brakowało węgla – ufokom czy kapsułom (ktoś zdołał je zbadać)?

O co chodzi z doprowadzeniem załogi do celu? Miała zawał za sterem samolotu? I z tego powodu ucierpiał paszport i poszukiwały jej cztery państwa? :-O

Z szeroko rozwartymi oczami pozbawionymi soczewek wpatrywało się w oszołomionych, naradzających się ludzi,

Po czym poznać, że oko jest pozbawione soczewek? One (u nas) są przecież schowane za tęczówką, a do tego chyba przezroczyste. Tak od razu ktoś rozkroił noworodkom oczy?

Babska logika rządzi!

Wisielcu najdroższy, Ty nie rozumiesz? Czytam, że przecież rozumiesz. Tylko nikt się w chwasty nie zmienił, to Obcy byli chwastami.

Obcy byli chwastami, ale zastanawiam się, co stanie się z ludźmi, którzy wykorzystają propozycję kosmitów. Czy upodobnią się do nich?

Promień śmierci, o którym mówił świadek w telewizji, trochę zbił mnie z tropu i nie wiem, jak się ma do reszty treści. Czy to nieszczęśliwy wypadek związany z przybyciem chwastów, czy jakiś odwet ze strony marefu, którzy ścigają pariasów, czy też chwasty z jakiegoś powodu atakują Ziemian?

Nie wsiadła, ale zaszła w ciążę, a ufok kłamał? Wsiadła i wróciła w ciąży (poszła po wody i wraca)?

Chyba nie wsiadła, a ufoka adoptowała.

Żonglerko, zmień to lodowate zimno. Może niech będzie “przejmujące”?

planuje poświęcić cały swój czas swojemu dziecku, które już wkrótce ma przyjść na świat.

Dla mnie to sugeruje ciążę…

Babska logika rządzi!

Telewizja kłamie :D

"– Po co, Kesho? Ze względu na twoje oczy?

– Wtedy lustro pokazywać, co będzie. Pokazywać kesho. Jutro.”

– Mamy zamieszanie z małą/dużą literą.

 

"– Kim jest? – wtrąciła Nabata, zasiewając ciszę.”

– niezłe nawiązanie do tytułu. Zresztą nie jedyne w tym tekście.

 

"ta ziemia jest czarna, a ty jesteś biały”

– mocna metafora i nawiązanie do kwestii kulturowych.

 

"…doskonale rozróżniają melodię i rozpoznają niebezpieczeństwo. Inne ptaki, koty, człowiek.”

– "człowieka"?

 

"Trwa szczegółowa analiza szczątek”

– szczątków

 

"Świadomość, że było go dużo więcej, przeszła ją dreszczem.”

– to zdanie bardzo mi się spodobało. Zapada w pamięć.

 

Zdziwiło mnie, że akcja dzieje się w Kongo – wstawki o białych sugerowały trochę bardziej południe. Z drugiej strony wstawki mogły być skądkolwiek, skoro dzieci rodziły się w różnych częściach świata.

 

Całość? Niesamowity klimat. Bardzo… afrykańskie. Niby science-fiction, ale cały czas pobrzmiewa w tym sporo mistycyzmu. I spokój, powolne tempo, mimo akcji. Afrykańskie jest też to, że nawet przy małej liczbie pytań tajemnice przerastają te pytania skalą.

Kim jest Kesha? Mam mocne wrażenie, że w pewnym sensie Nabatą. Tylko dlaczego Nabata nie kojarzy jej z "szklanymi ludźmi"? I jaki jest prawdziwy cel obcych (którzy faktycznie są obcy)? Bo do końca nie jest jasne, czy to było ratowanie ludzi, wymiana "ludzie za obcych", czy do końca eksperyment. Wreszcie – jedna ze scen sugeruje, że "szklani ludzie" sami też zostali zabrani ze swojego świata. Naukowy mistycyzm. Mocne, ponure, pesymistyczne. I pokazujące jak niewiele znaczymy i jak mało rozumiemy w skali wszechświata.

 

Czy trafnie doszukuję się tu ukłonów w stronę Arthura C. Clarke'a? Jeżeli nie, bardzo polecam “Koniec dzieciństwa" (miniserial na podstawie jednego z tekstów Clarke’a, książki nie czytałem, więc nie wiem czy w niej jest podobny nastrój).

 

Do biblioteki na pewno – zgłaszam.

A swoją drogą to kolejny tekst, pod jakim ostatnio widzę, jak kolejne osoby narzekają, ze nie wszystko jest podane na tacy. Znaczy – infodump źle, brak infodumpu źle, częściowy infodump źle. Tylko wiecie co? Tutaj jest opowiadanie o czymś, czego ludzie nie rozumieją i nie mogą zrozumieć. Ingerencja obcej inteligencji, która najwyraźniej wyprzedza ludzi. To nie może być elegancko wyjaśnione w samym tekscie (w komentarzu do tekstu lub w posłowiu może, choć nie musi – zależy od autora), bo właśnie wtedy byłoby źle. W innych tekstach zdarza się założenie niepełnej wiedzy o świecie, co pozwala lepiej zrozumieć bohaterów i bardziej wczuć się w klimat. Od dokładnego opisu wszystkiego to są almanachy typu Silmarilion, czy inny "przewodnik po świcie dysku".

No dobrze, nie muszę rozumieć obcych. Ale ludzi by się przydało. A tutaj nawet nie potrafię naszkicować osi czasu. Co bohaterka oglądała w TV? Program o narodzinach dziwnych dzieci? O zabicie kogoś dziwnymi promieniami? O lądowaniu kapsuł? Kiedy rozmawiała z wieszczką – przed, po, w trakcie? Jak dla mnie, tu jest za dużo niewiadomych, żeby brać się za rozwiązywanie równania. Jeden X nie jest zły, ale pół alfabetu…

Babska logika rządzi!

Fragment z TV jest dla mnie dość jasny. Co do rozmowy z Keshą – tu jest jakaś pozaczasowość, która tworzy w tekście "afrykańską tajemnicę". Jest niejasne. Tak jak i wiele niejasności jest w filmach typu "Pi" lub "Zaginiona autostrada". Można to rozumieć jak prawdziwe wydarzenie (z przeszłości lub z przyszłości), ale można też rozumieć jako wizję w głowie, podsuwaną przez obcego. Ten konkretny element można było podać trochę jaśniej, ale pełne jego wyjaśnienie wyłączałoby z tekstu element mistycyzmu – a ten zdaje się miał być tutaj integralną częścią opowiadania (choć może się mylę? Żonglerko?).

 

EDIT: Na dobrą sprawę Kesha i główna bohaterka mogą być jedną osobą – Wczoraj Widzi Jutro).

Też popieram bibliotekę, bo tekst w przeciwieństwie do niektórych naprawdę na nią zasługuje.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Dobrze, już dobrze, lodowate zimno zaraz przestanie być lodowate. Ale mnie jest zimno, czytając komentarze, brrr.

 

Wszystkim czytającym, tym bardziej i mniej zadowolonym z lektury, serdecznie dziękuję za poświęcony czas.

 

Tak, ludzie nie rozumieją, co się dzieje – część świata natychmiast zaczyna eksperymentować na Obcych, kolumbijskie dziecko “zmarło” – zbiło się, zmieniło w pył, zawiodło. Ziemscy Obcy to plan B, chwasty po wymarłej rasie, która zabezpieczyła się w razie przewidzianej klęski, rozsiewając zarodniki po innych planetach. Widzą jutro, wiedzą, co się stanie – podobnie jak Kesho, wieszczka, która jest jednym z wykiełkowanych na Ziemi ziaren (posiada cześć zdolności Obcych). Swoją drogą problem “statku kosmicznego”, który pod postacią wulkanu zdziesiątkował wioskę protagonistki jest tam nie bez powodu :)

 

Podczas niezbyt humanitarnych eksperymentów, Zambezi podświadomie przyzywa “matkę” – stąd te ptasie wtrącenia z audycji, której słucha Nabata wracając autem do domu – na Ziemię przylatują puste kapsuły, by odebrać gotowe, wykiełkowane sadzonki, które ponownie zaludniłyby martwą planetę Obcych. Niektórzy z nich pozornie szczodrze oferują miejsce ludziom w kapsułach – ludzie są w stanie nosić obce potomstwo – część Obcych próbuje przyspieszyć “żniwa”, widząc, że wielu ludzi zwyczajnie waha się, żeby ich posłuchać. Obcy dbają tylko o własną rasę, nie są samarytanami. “RATUJ NAS, RATUJ SIEBIE” – najpierw nas, potem siebie. Zambezi, doceniwszy fakt, że Nabata chce go chronić, ostrzega ją przed tym, co czeka Ziemię (”czeka was to samo, co nas”) i oferuje, że jej pomoże; reszta Obcych bezceremonialnie rekrutuje ludzi, więc Zambezi jest w tym wypadku pacyfistą.

 

Koniec jest dokładnie taki, jak napisała Finkla – Nabata jest w ciąży. Można to interpretować dwojako: albo skazaną na klęskę Ziemię można ocalić tylko zaludniając ją obcymi (nowy etap ewolucji: homo sapiens –> homo speculo) i Zambezi sprezentował Nabacie hybrydę; lub też zwyczajne Nabata “przeszła kwarantannę” i nic absolutnie jej nie jest (dobre zakończenie, nie lubię, ale rozważyć można). Pojawia się problem, czy Zambezi jest autentycznie wdzięczny Nabacie za pomoc i szczerze chce pomóc ludziom, czy instynktownie działa na korzyść swojej rasy.

 

Pomysł, że Kesho i Nabata to te same osoby łączyłby się wtedy z zakończeniem numer jeden, ale to wprowadza fabularną pętlę, czego po Łzach Skarabeusza nie chciałam wam robić :) Ale cieszę się, żeś na to wpadł, Wilku.

 

Aha, “kesho” jest tam małą literą, bo Kesho (imię postaci) użyła tego jak zwykłego rzeczownika: “jutro”.

Wiesz, jak wszystko wyjaśniłaś, to to jest fajna historia. Ale w tekście jej nie znalazłam. Dla mnie – za mało podpowiedzi. Choćby z tym wulkanem.

Aha, zapomniałam wcześniej. IMO, w nazwach gatunków Homo powinno być dużą literą.

Babska logika rządzi!

Popieram Finklę – za dużo zostawiłaś w domyśle (ale to tylko moje subiektywne odczucie).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Będę się bronić. Moim zdaniem kolejne sceny są wystarczająco wyraźnie napisane, szczególnie, że regularnie podkreślam klucz, czyli “chwasty”.

 

  1. Kesho zaznacza, że widzi jutro → posiada zdolność przewidywania przeszłości;
  2. kobiety rodzą dzieci Obcych → wskazówka, że Obcy są w stanie krzyżować się genetycznie z inną rasą;
  3. Nabata bezinteresownie pomaga Zambeziemu;
  4. Nabata wspomina o swojej przeszłości, pamięta pomoc białych ludzi i drogę do kariery, ale słabo kojarzy dzieciństwo; wielokrotnie nazywa siebie chwastem, jak przezywano ją, kiedy była małą dziewczynką;
  5. Kesho wielokrotnie podkreśla, że chwasty ponownie wykiełkują dzięki “wodzie, która wraca”. Plus słowniczek, “nabata” znaczy powracać, powitać;
  6. Ludzie eksterminują część obcych, są wrogo nastawieni. Ostatni eksperyment na Zambezim sprowadza na ziemię kapsuły, które mają odebrać gotowe sadzonki;
  7. Konflikt narasta, obcy “atakują”, próbują przekonać ludzi, żeby podążyli z nimi i odbudowali wymarłą rasę.
  8. Zambezi tłumaczy przylot obcych, przewiduje koniec ludzkości i oferuje swoją pomoc;
  9. Nabata z dzieckiem zostaje na Ziemi, Obcy odlatują.

Możliwe, że powinnam jeszcze bardziej podkreślić zakończenie, ale zwyczajnie nie lubię tego robić. Piszę o tym, o czym sama chciałabym czytać. Profesjonalistą nie jestem, wciąż eksperymentuję i uczę się właściwie budować fabułę, ale zwyczajnie czuję się źle z jednoznaczną, liniową historią. Co do forum, za każdym razem powtarzam sobie, że następny tekst będzie prostszy, a moje założenia czytelniejsze, i serio myślałam, że ten jest już stosunkowo prostolinijny. Cóż, przynajmniej jest napisany prozą :)

Wspomniałem wyżej o “Pi”. Cóż, filmy takie jak “Pi”, “Królestwo” czy “Kontrolerzy” mają wśród swoich widzów dwa skrajne obozy. Tych, którzy uwielbiają i tych, co odrzucają. Właśnie przez liczbę zagadek. I to zagadek tak naprawdę mocniejszych niż tutaj.

Większość rzeczy, które zostały wyjaśnione powyżej mniej lub bardziej widać w tekście, tyle że w formie “jednej z opcji” i trzeba się tęgo zastanawiać, która opcja jest tą właściwą. Nie wiem czy to kwestia tego, że lubię wspomniane filmy, czy może w grę wchodzi to, że mam w sobie coś z paranoika, ale efekt jest taki, że widzę tekst tajemniczy, mistyczny, niejasny, zagadkowy, a jednak logiczny i spójny. Swego rodzaju grę między autorem a czytelnikiem.

Nie jest łatwo uchwycić afrykański mistycyzm. Jeszcze trudniej jest oddać  “obcość obcych” – i to jeszcze w sposób nie skleślający dialogu między kosmitami, a ludźmi. Umieszczenie w tekście obu tych czynników w sposób nie burzący tej tajemniczości to już sztuka wyższego levelu – i to wyszło. Ale to jest taka konstrukcja, do której po dodaniu paru klocków nagle może się okazać, że z misternej konstrukcji zostanie tylko coś  średniego. Cała metafizyka wyparuje, wrażenie obcowania z “bytem poziom wyższym” zmieni się na wrażenie kontaktu z “istotami o technologii poziom wyższej” (różnica bardzo znacząca). Owszem, w warstwie treści dalej byłoby o dokładnie tym samym, ale w formie bardziej lekkiej lektury, niż pokazania, że dzieje się coś kompletnie niezrozumiałego.

 

Tak nawiasem ja jako jedną z ważniejszych wskazówek odebrałem już sam tytuł.

Pieśń Mgieł była pierwszym opowiadaniem Żonglerki, które przeczytałem. Opowieść zaczarowała mnie i kazała stawiać bardzo wysokie wymagania wobec autorki.

Kolejne teksty, w tym Siewcy szklanych kwiatów, okazały się w mojej opinii zanadto rozemglone. Brakowało im tej siły przekazu, którą posiadała Pieśń Mgieł.

W miarę ogarniam, co działo się w powyższym opowiadaniu, a fabularne luki potrafię uzupełnić indywidualną interpretacją.

Pozostaje jednak pytanie:

Co z tego wynika?

Jaki jest sens opowiedzianej historii, poza jej warstwą literalną?

Jaką postawę prezentuje bohaterka? Z czym się zmaga? Czy zwycięża? Czy ponosi porażkę? Jaką lekcję wynosi z doświadczeń, które zawarto w tekście?

Na powyższe pytania, niestety, nie potrafię odpowiedzieć, wobec czego tak naprawdę nie wiem, o czym traktuje opowiadanie. :(

Nie oczekuję morału wyłożonego na sposób pedagogiczny, lecz jakiegoś konfliktu racji lub rozwoju postaci, które dadzą opowiadaniu duszę.

W tym względzie opowiadanie nie spełniło moich oczekiwań; być może rozminąłem się z przekazem.

Że język jest w porządku to szkoda mi pisać; od Żonglerki, jak powiedziałem, oczekuję bardzo dużo.

Żonglerki, jak powiedziałem, oczekuję bardzo dużo.

D:

 

W takim razie przykro mi, wisielcu, że Cię rozczarowałam.

 

Cóż, konflikt jest w postaci Nabaty (buntowniczej jednostki) versus reszta świata. A jeżeli ciążę interpretujemy jak ciążę – przedłużenie życia, nadzieję, itp; to obawiam się, protagonistka właśnie uratowała ludzkość. Ona pomogła Obcym, Obcy jej.

Żonglerko dla mnie opowiadanie ma tylko jedną wadę – jest za krótkie, rozszerzyłabym je, jeśli konkurs to umożliwia, naturalnie. Może o sceny z wioski, relacji z Nessem, lądowania Obcych i wchodzenia ludzi na pokład, eksterminację jednego z Obcych.

Jeśli chodzi o zrozumiałość opowiadania – dla mnie historia jest jasna i niepotrzebne są dopowiedzenia – przeczytałam komentarze. Koncept piękny, idee i wykonanie też.:) Siewcy, szklane kwiaty, chwasty, biali i czarni. Pięknie to połączyłaś w dodatku z dźwiękami (wrzuciłam sobie na spotify’a).

 

Dzięki, Asylum, miło mi ;) Może w przyszłości będzie miejsce na kontynuację, w końcu właśnie dla ludzi otworzył się cały wszechświat, grzech zmarnować taką literacką okazję.

Klik będzie. Bo przez plastyczne opisy, odpowiednie rzucanie języka afrykańskiego (podanego tak, że te przypisy na końcu są właściwie zbyteczne) i samą postać Nabaty nakreśliłaś egzotyczny klimat. Trochę dorzuciłaś tutaj problemów z naszego świata (widocznych tak w otoczeniu, jak i samej bohaterce), a całość okrasiłaś fabułą rodem z “Nowego Początku” czy “Wioski przeklętych”. Powstały przez to tekst czyta się płynnie, ja sam byłem ciekawy każdej kolejnej sceny.

Uderzyłaś też w tony, które kocham – bardzo obcych obcych :) To definitywnie na plus.

Ale jest też w tym łyżka dziegciu. Bo na końcu i ja sam miałem pewną zagłostkę – o co chodzi, kim są ci obcy, co planują. Z tym, że nie chodzi tutaj o wytłumaczenie. Raczej o pewien efekt, gdy zdradzasz czytelnikowi dużo informacji i gdy masz powiedzieć coś kulminacyjnego (w tym wypadku “dlaczego to robicie”) – robisz unik. To zagrywka, która potrafi zdenerwować, często też stwarza (tutaj niesłuszny) pozór, że autor tak naprawdę nie miał pomysłu na koniec.

Odnosząc to do wspomnianych filmów – w “Nowym Początku” wszystko zostaje nam wyjaśnione (czym jest broń, czemu obcy przybyli, czemu teraz) w sposób kompletny. Ty natomiast wcelowałaś w rozwiązanie rodem z “Wioski przeklętych”, gdzie o pochodzeniu niezwykłych dzieci wiemy tylko tyle, że nie są ludźmi, poczęto je w niezwykłych okolicznościach, mają niezwykłą budowę wewnętrzną i raczej niefajne zamiary. O reszcie film milczy, kierując napięcie na konfrontację i horror. U Ciebie nie nastąpiło to przekierowanie, wręcz jak w “Nowym Początku” wysunęłaś problem na pierwszy plan. I zaczęłaś udzielać odpowiedzi, wiążąc nimi czytelnika. Dlatego, gdy pod koniec zostawiasz sporo niedomówień, ja czułem się lekko zawiedziony. Obiecano mi więcej, niż dano. A opcji do wyboru tak mnogo – kto bowiem powiedział, że Zambezi nie kłamie, a sadzonki nie mają posłużyć za jadalne rośliny ;) Że tak wspomnę motyw z jednego z odcinków z legendarnego serialu TV “Twilight Zone” :)

Jednak mimo tej czkawki w zakończeniu, jest to bardzo ładny tekst ze świetnym klimatem. Stąd ma ode mnie solidnego klika :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@NWM – “Wioska przeklętych” to ten film, gdzie (napisze zawile, by nie spoilerować) małe miasto zostało oddzielone od świata barierą  energetyczną, a po jej zniknięciu okazało się, że dzieci, były “inne”?

 

Mniej więcej. Miasteczko zostaje oddzielona od świata niewidzialną barierą (nie energetyczną), a każdy, kto ją przekroczy, pada nieprzytomny. Po pewnym czasie wszyscy odzyskują przytomność, a kobiety w wieku rozrodczym zostały zapłodnione. Urodzone przez nie dzieci miały nadprzyrodzone zdolności i wredny charakter.

Są dwa filmy, starszy (rocznik 1960) i młodszy (rocznik 1995, reżyseria Johna Carpentera, główna rola: Christopher Reeve). Swoją drogą oba oparte na książce Johna Wyndhama “Kukułcze jaja z Midwich”, ale jej nie czytałem, więc się odwoływać nie będę.

Filmy średnie, ale napięcie w nich potrafi trzymać. Odwołałem się natomiast do motywu skupienia uwagi widza nie na pochodzeniu dzieci (to jest ledwo zaznaczone w obu wersjach, do tego podane z dużą dozą niepewności), a konfrontacji z nimi i wynikłym z tego horrorem oraz konfliktem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No to chyba widziałem. Kino na poziomie typowych filmów lat 90-tych, ale z poczuciem tajemnicy. Niemniej jeśli mówimy o tym samym, to choć też w którymś momencie przypomniał mi się ten film (tytułu nie pamiętałem), to tylko z powodu motywu dzieci. Na tym koniec, bo klimat tekstu inny, inna forma, inny sposób budowania emocji u czytelnika.

Na tym koniec, bo klimat tekstu inny, inna forma, inny sposób budowania emocji u czytelnika.

Zgadzam się – klimat tekstu jest dużo bliżej “Nowego Początku”. Jednak zastanawiając się, czemu wyjaśnienia podane w tekście do końca do mnie nie przemówiły, porównałem sobie tekst do podejścia do tajemnicy w obu skojarzonych filmach i dlaczego tam tego nie czułem. Przemyślenia w pierwszym komentarzu :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ja z wyliczonych przez Pana Znikąd widziałam tylko Nowy Początek, głównie przez muzykę Johanssona (faktycznie, tekst czymś na pewno przesiąkł)… Dzięki za wizytę, opinię i klika, NWM :) Teraz rzeczywiście rozważam, co by było, gdybym pokusiła się o nieco dłuższe opowiadanie i pociągnęła dalej kilka wątków – choć może jedynie bym tym tekstowi zaszkodziła, bo piszę raczej emocjonalnie i zwykle mam konkretną wizję, jak coś ma pod koniec wyglądać. Tutaj wydaje mi się, że to osiągnęłam, i choć nie każdemu opowiadanie wydaje się zakończone lub dopowiedziane, to czuję, że powiedziałam wszystko, co chciałam. Co do wyglądu i tajemnicy dzieci, to chyba nie inspirowałam się niczym szczególnym, może tylko łuską arlekina (jak coś aktualnie jecie, to absolutnie tego hasła nie goglujcie).

 

Bez znaczenia, jak wyglądało, tej bezbronnej istocie należała się czułość i bliskość. Na tym właśnie polega człowieczeństwo

Ładne.

– Nie – zaprzeczyła z kamienną twarzą. – Statku kosmicznego

To też.

Dobry dzień. Drugi tekst, który zrobił na mnie wrażenie. I to duże.

Odpaliłem sobie zaproponowany soundtrack – nadał się.

Warsztat – naprawdę nie ma już sensu komentować. Zacny.

Klimatyczny mix kulturowo-naukowy – rewelacja. Afryka, mistycyzm, nauka, obcy, komunikacja. Bardzo sprawnie poruszałaś się po tych zagadnieniach, budując fantastyczną historię i ciekawych bohaterów. Bardzo ładnie.

Niestety przedstawiona wizja historii i moim zdaniem nie dosięgła Twoim wyobrażeniom i zabrakło nieco ekspozycji. To nie jest tak, że całość jest nieczytelna, czy niezrozumiała. Większość można spokojnie zrozumieć, a część sobie dopowiedzieć, ale ładnie ujął to NWM. Zaczęłaś udzielać odpowiedzi, a gdy doszłaś do momentu, w którym powinno paść coś konkretnego ucięłaś, a w zamian dałaś mgliste obietnice.

I tak, masz rację skoro chcesz pisać w ten sposób to pisz. Jednak wydaje mi się, że nieco przeceniasz nas (mnie?) w odczytywaniu pozostawionych przez Ciebie znaków. ;) Co by nie mówić, po przeczytaniu chciałoby się, żeby wszystko wskoczyło na swoje miejsce, u Ciebie natomiast wskakuje trochę niepewnie, a w kolejce stoją kolejne części, którą chcą już zajęte miejsce dla siebie.

Kończąc: masz prawo pisać niezrozumiale, a my mamy prawo nie rozumieć. :) Ale napisane ładnie i klimatycznie!

 

PS.

Kasta kosmicznych przegrywów emigruje na Ziemię i oferuje wybranym ocalenie od śmierci. Główna bohaterka nie korzysta z propozycji, zamiast tego chyba godzi się na śmierć i bierze pod opiekę jednego z przegrywów, którego uważa za swoje dziecko.

wisielcze, byłbym wiernym czytelnikiem, gdybyś hurtowo pisał streszczenia filmów i seriali.

Z tym mam zawsze zagwozdkę, z równowagą. Co dla innych absolutnie konieczne, dla następnych zupełnie zbędne. Jak żyć? Po swojemu ;)

 

Dziękuję za opinię, Ac, cieszę, że się podobało. Fajnie, że ktoś zagląda do Johanssona. A wisielca to wgl trzeba czytać, nie ze względu na streszczenia!

Bardzo ciekawy pomysł, aczkolwiek cały czas miałam w pamięci “Poczwarki” Wyndhama, ale po lekturze całości trochę nie wiem, co sądzić. Opowiadanie rozpada mi się na kilka części, z których jedne bardzo mi się podobają (te afrykańskie klimaty, historia z Kesho), a inne mniej (ta część lekarska, w której w dodatku się gubię). Napisane sugestywnie, aczkolwiek na koniec zostałam z niedosytem np. w kwestii głównych bohaterów. Niby sporo mówisz o Nabacie, ale ja nie do końca chwytam, co ona wie od początku, czego się domyśla, czego dowiaduje od Kesho, i co w związku z tym od razu wie o Zambezim.

Jak dla mnie to opowiadanie dzieli jeden krok od wielkości, ale brakuje mi w nim jakiegoś rodzaju konsekwencji narracyjnej i większej klarowności fabularnej. Pomimo zastrzeżeń na bibliotekę oczywiście zasługuje.

 

Poważny błąd to łacińska nazwa.

“Homo speculo“ – to nijak nie znaczy “szklany człowiek” i w ogóle jest niepoprawne (to co najwyżej dwa przypadki, dat. i ab. rzeczownika speculum – lustro, zwierciadło). Powinien być przymiotnik łaciński, czyli np. speculosus, ale to by znaczyło zwierciadlany. Szkło to vitrum, a od tego przymiotnik: vitreus. Czyli Homo vitreus.

I pytanie, czy na pewno dadzą nazwę gatunkową Homo, ale to osobna sprawa.

 

Reszta to w sumie drobiazgi.

 

“Bez znaczenia, jak wyglądało, tej bezbronnej istocie należała się czułość i bliskość.” – czy nie było tak, że nie postrzegano ich jako bezbronnych, skoro wyglądały totalnie obco i czołgały się w drugim dniu po porodzie? Potem dzięki historii Nabaty trochę tłumaczysz tę jej reakcję, ale jednak ludzie są ludźmi i warto może, żeby ktoś zauważył, że ta reakcja jest dość naturalna.

 

Pytanie dotyczące świata: to nie wychodzi na usg? Bo na tym się moja niewiara odwieszała…

 

DUMNA SKĄD POCHODZĘ – to jest tłumaczenie jakiegoś autentycznego napisu kubkowo-koszulkowo-motywacyjnego? Bo po polsku niestety fatalnie brzmi. Dumna z miejsca pochodzenia?

 

“Lekarze grozili, żeby w końcu potraktowała swoje zdrowie poważnie” – mam wrażenie, że czasownik grozić nie może wprowadzać takiego zdanie podrzędnego (grozili, że coś się stanie)

 

“granitowe, bladookie bliźnięta“ – a nie grafitowe?

 

“Nabata wyciągnęła swój stary, poobijany dyktafon“ – zaimek zbędny

 

“Wargę miała przebitą kolcami i odgiętą do dołu, szczerząc krzywe, białe zęby” – coś tu ze składnią nie tak na moje oko

 

“zastęp biologów, embriologów i optyków“ – dlaczego optyków?

(Doczytałam komentarze, ale to mnie nie przekonuje – jednak chyba okuliści, a dopiero potem ewentualnie optycy, którzy produkowaliby jakieś protezy)

 

“Jesteśmy w epicentrum nauki!” – imho nietrafiona metafora

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

O, błędy. W sumie, skoro już mówimy o klęczeniu na grochu, to spodziewałam się tej kary właśnie za łacinę. Wiedząc, że jest pewnie nietrafna, miałam napisany nawet kawałek, że obcy sami się tak nazwali, używając łamanego ludzkiego języka – ale później uznałam, że tylko niepotrzebnie mieszam. Oczywiście poprawię. Tych optyków też, skoro kolejna osoba zwraca na to uwagę.

 

Myślę, że z tą bezbronnością był silnie powiązany fakt, że Obcy wyglądał jednak jak ludzki noworodek, no i koniec końców urodziła go ludzka kobieta, ciężko więc było pozbyć się wrażenia, że taka istotka nie jest bezbronna. Szczególnie dla protagonistki, która bardzo chciała być matką.

 

Dziękuję za przeczytanie, wskazanie zgrzytów i ogólnie za wizytę – wyobrażam sobie, jak kręcisz głową na widok łacińskiej nazwy :) “Poczwarek”, nie czytałam, wgl nie znam nic, coście tutaj przywołali (prócz Arrival), muszę uzupełnić.

Wg “Poczwarek” były dwa filmy, oba pt. “Wioska przeklętych” (Village of the Damned), starszy nieco lepszy od nowszego, ale oba to już dość stara klasyka…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z klasykami to akurat mam problem. Moja znajoma średnio raz w tygodniu załamuje się, że jeszcze nie widziałam Mechanicznej Pomarańczy.

To “Mechaniczna pomarańcza” nie jest do czytania? Stiller zrobił kawał wspaniałej roboty z tłumaczeniem. Co z tego zostało w filmie?

Babska logika rządzi!

Widzisz Żonglerko co narobiłaś? Finkla się załamała i od teraz będzie się załamywać raz w tygodniu!

Finkla jest daleka od załamania. Co więcej – okopuje się na starych pozycjach.

A “Pomarańczy” nie oglądałam. Ale jestem ciekawa – dało się uratować coś z tego języka w filmie? Horror show…

Babska logika rządzi!

Nie wiem, widziałem tylko film :P

Ale podejrzewam, ze w filmie poszli jeszcze inną  drogą. Skoro w książce wersja angielska i rosyjska potrafiły różnić się tak znacznie, że o obu krążą legendy i ścierają się  opinie co do tego, która lepsza… A jest zdaje się jeszcze trzecia, późniejsza, niemiecka?

Dziękuję Czaszce Yoricka za czujność.

Nimfo, pomnij w modłach swoich na wszystkie grzechy me :) szczególnie na grzech lenistwa.

 szarpnęła głową, obracając krzesłem

Znaczy tylko jednocześnie, czy jest związek przyczynowo-skutkowy?

 poruszyło się z przeraźliwym skrzypieniem

Myślę, że przydałby się tu ściślejszy czasownik. Może "odjechało w tył"?

 Wyciągnęła gwałtownie ramiona

Słaby czasownik wzmacniasz przysłówkiem – chyba dałoby się znaleźć mocniejszy. I wyobraziłam sobie, że ona wyciąga ręce w górę, więc ten kubek trochę mi nie zagrał – ale to może tylko ja.

roztrzaskał się głośno w rytm ochrypłych powtórzeń staruchy

Roztrzaskał się raz, a rytm z definicji jest powtarzany. Ponadto: nie starucha się powtarza (tylko słowa są powtarzane przez nią, albo nagranie jest zapętlone), i powtórzenia nie są ochrypłe, tylko głos.

 Nabata słyszała echo tłukącego się naczynia

To chyba błąd w matriksie?

 diodę na wyświetlaczu komórki

Wyświetlacz LCD nie zawiera diod. Znaczy, pewnie zawiera, ale nie świecące.

 w ciemności mieszkania o zaciągniętych żaluzjach

Nie wiem, czy konstrukcja z "o" jest tu odpowiednia – wydaje mi się, że nie.

 wydłużający się pasek kolejnych wiadomości

Hmm.

 szczypiące powieki

Powieki czasem swędzą, ale z wierzchu. Pod powiekami szczypią oczy.

 niczym wijący się w agonii wąż o jaskrawych łuskach, jeden po drugim kąsając ją informacjami

Ta metafora jest jednak przesadna.

 zielonego dymku

Jeśli to taki komiksowy, to "dymka".

 Przydusiła pilota

Pilot przysiągł, że o niczym nie wie :D

 Czekała pośród szumów budzącego się telewizora

Hmm. Trochę to czekanie za cierpliwe w stosunku do otoczenia.

 wzmacniając karcący ton głosu

Oj, nie.

 włączył się na kanale informacyjnym, tam, gdzie go zostawiła.

Tak się mówi?

 niemal przezroczyste oczy

Czyli tzw. "przejrzyste" (w sensie nie mętne – p. David Tennant) czy widać przez nie nerw wzrokowy?

 Jego brak wcale nie klasyfikował dziecka jako martwego.

Strasznie nienaturalne – wycięłabym całkiem.

 Mimo pobudzenia

Używasz tu terminu technicznego, czy codziennego? Bo czytałam z nastawieniem na ten drugi i się potknęłam.

 nie wykrzywiło twarzy do płaczu.

No, nie wiem.

 oczami pozbawionymi soczewek

Do kitu takie oczy. Zresztą soczewki nie widać z zewnątrz, tylko przysłonę (którą nazywamy tęczówką) z otworkiem (czyli źrenicą). Zob. tu. Ponadto – mówisz tu o wielu dzieciach i powinnaś użyć liczby mnogiej. Nie szkodzi, że w poprzednim zdaniu była pojedyncza, tam miałaś przeczenie.

 całkowicie pochłonięty bełkotem kobiety

Coś tu nie ryksztosuje. Pochłonięty bełkotem?

 Wyglądał jak zwyczajny Alan Ness

A ilu ich jest?

 w odsłonie człowieka

Dziwnie brzmi.

 wymagający precyzji strój

Hmm.

 nie chciała kontaktu z dziećmi

Nienaturalne jakieś.

 Z jednej strony Nabata pojmowała, dlaczego kobiety wyrzekły się noworodków. Z drugiej nie potrafiła zrozumieć matki, która odrzuca własne dziecko.

To tak – czy nie?

 Bez znaczenia, jak wyglądało, tej bezbronnej istocie należała się

C.t.: Nieważne, jak wygląda, tej bezbronnej istocie należy się…

 Nim zdrowie jej tego zabroniło

"Nim" nie jest tu odpowiednie (uzus), a zdrowie nie może zabraniać, bo nie jest osobą.

 wytłumaczenie nie chciało opuścić jej obolałej głowy

Rozumiem, o co chodzi, ale dziwne to trochę.

 Kolejne niezbadane przypadłości nigdy nie przestały jej ekscytować.

Jakaś nierówna ta charakterystyka bohaterki – to przerażona, to podniecona. Niby to ma sens, ale… hmm.

Coś na uspokojenie?

Mają prowadzić obserwacje naukowe, nie powinni brać niczego, co może im zaburzyć percepcję.

 spytał spocony lekarz

Widać, że jest spocony?

 drobne plastikowe kubeczki

Kubeczki raczej małe – zresztą zdrobnienie wystarczy.

 Przypatrującej się Nabacie wydawało się,

Dwa razy "się" – wystarczyłoby: Nabacie wydawało się… bo wiemy, że ona patrzy.

 rtęć skraplająca się w całość

"Skraplać się" to termin techniczny. Nie bardzo tu pasuje – może rtęć łączyła się w kroplę?

 Kłujące, blade szpitalne światło bezlitośnie oświetlało

Hmm.

 grafitowy rysik roztarty palcem

Chyba zgrabniejszy byłby "grafit roztarty palcem".

 za wystawą ze szkła

Proponowałabym raczej "za wystawową szybą".

 o podkrążonych oczach i bliznach od razów na policzkach

Tutaj konstrukcja z "o" nie udźwignie całości: o podkrążonych oczach i z bliznami. Blizny nie są integralną częścią twarzy.

 Homo argentus

Czyli zakładają, że to nowy gatunek.

 Hiszpanie z prawem pierwszeństwa

Wszyscy Hiszpanie mają to prawo, czy tylko niektórzy?

 zespoły, choć niewspółpracujące,

Może raczej "pracujące niezależnie od siebie" bo to brzmi tak, jakby zespoły czynnie odmawiały współpracy.

 Do szokującej różnicy doszło

Jeśli już, to różnica pojawiła się. Dochodzi do jakiegoś zjawiska.

 kiedy matka przestała czuć dziecko

To trochę kolokwialne, jak na przemowę nadętego bubka, którego mi pokazałaś.

 a aparatura nie podjęła bicia se…

Aparatura może wykryć bicie serca, ale nie może go podjąć.

zasiewając ciszę.

Metafora jest dość dalekosiężna, ale co ważniejsze – to wtrąceniem Nabata "zasiała" tę ciszę, więc połączyłabym to ściślej.

 nagły uścisk w piersi.

A nie "ucisk"?

 odruch ssania został sklasyfikowany jako negatywny

To znaczy? Chyba po prostu brak odruchu?

 podniosło lekko głowę

Lepiej "nieznacznie" albo "trochę". "Lekko" sugeruje łatwość, której tu chyba nie ma.

 uprzedził go jego młodszy kolega

"Jego" możesz wyciąć, to jasne i powtarza dźwięk.

odgłos brzmiał jak kamień

Kamień nie brzmi – za duży skrót myślowy.

 W ciemności dało się dostrzec jedynie

Hmm.

 Rozciągliwa błona opadła z mlaśnięciem

Yyy? Trzecia powieka? Nie do końca widzę, jak to wygląda?

 a mimo tego i tak zasnęła

Skracalne: ale i tak zasnęła.

 Inny człowiek na jej miejscu nigdy nie nazwałby tak tego miejsca.

Powtórzenie.

 Choć nie zasługiwał na to miano, wciąż nim był

Ten człowiek? I "wciąż" tutaj jest anglicyzmem. Powinno być "i tak", albo "mimo wszystko".

 cuchnący mułem stojącym

Ąc-ąc.

 dało się zobaczyć jej wykwity

Wykwity?

 zakonserwować swoje piękno

To konserwowanie niekoniecznie dobrze się kojarzy – może masz w nim cel, ale jeszcze go nie widzę.

 nie było władczego tonu dumy. Pozostawała nieufna

To się wcale nie wyklucza.

 załogi badawczej

Żargon?

 sprzęt, który przywieźli ze sobą badacze, brzęczący, rozbłyskujący bielą glinki i czerwienią ochry

Sprzęt – z gliny?

 Reszta przerażonej wioski

To mieszkańcy są przerażeni.

 węglem i kredą szykując twarze

Hmm.

 skóra była pełna precyzyjnie ułożonych blizn

Nie wiem, czy blizny można ułożyć.

 ukazujący tym samym

"Ukazując" spokojnie wystarczy.

 zęby, między którymi zatknięto

Między które.

 wydawała się być sina

"Być" możesz wyciąć.

 owoców, głowa

Zbędny przecinek.

 niemrugające oczy

Jakoś dziwnie to brzmi.

 Kolumbijski lekarz powiedział telewizji

Może jednak: w telewizji.

 próbą ich posunięcia

To brzmi trochę śmiesznie.

 formę komunikacji

Raczej sposób. Metodę.

 Nabata niekoniecznie się z nim zgadzała.

Hmm.

 widziała, że rozmawiał

Że rozmawia (c.t.).

 odpowiedziała mu Nabata, jednym haustem opróżniając szklankę

Jednocześnie?

 nie wyglądał, jakby potrafił to robić

Jakieś to angielskie w składni.

 wypiła resztki piwa

Nie miała resztek, wypiła wszystko.

 gniew przetopił się w przepracowanie

… yy?

 Odgłos krzyków i trąbienia

Krzyki i trąbienie są odgłosami. Metaodgłosy? ;)

 W głos mówiącego wplótł się trzask

Czy trzask się harmonijnie wplata – czy wtrynia jak coś obcego? Hmm?

 zatrzymała uniesioną rękę w powietrzu

"Uniesioną" rozbija rytm i powtarza informację. Wytnij.

 Poczuła niesamowicie silny, przeszywający całe ciało ból

Rozmyte. Ja napisałabym: Ból przeszył całe jej ciało, wygiął plecy w pałąk…

Kolejny zawał?

Zawał tak nie wygląda.

 Krew była zimna.

O?

 otworzyła drzwi samochodu, wypadając na jezdnię

Jednocześnie?

 W jego oczach było niedowierzanie i ból

No, nie wiem.

 rozpoznaniem składu

Raczej ustaleniem.

 Reszta pracujących

Może jednak pracowników.

 zachowywała się tak, jakby nie istniała

Jakby nie istniała reszta, czy Nabata?

 Każde stworzenie zbadano za pomocą okrucieństwa.

Polemizowałabym. I stylistycznie to też nieładne.

 Jeżeli nie my, podejmą się tego ludzie, którzy będą po nas.

Argument z brudnych rąk? Gdyby to powiedział narrator, czepiałabym się, ale postać może.

 z perspektywy kosmologicznej wszyscy jesteśmy jednym organizmem

To jest założenie filozoficzne. Nieweryfikowalne.

 inny sposób niż miliony innych

Powtórzenie.

 światło badawcze

Hę?

 zostało ranne

Zostało rannych.

 analiza szczątek

Szczątków.

 przezroczyste błony bezdźwięcznie otoczyły jego szklane oczy

Coś tu jest nie tak z rytmem. I czemu miałyby to zrobić dźwięcznie?

 Cudem odepchnęła od siebie cudze

Powtórzony dźwięk.

 za szybą, kierując na nią oczy

Na szybę?

 że w komorze było ciemno

Jest ciemno (c.t.).

 było go dużo więcej

Strachu?

 zawoalowane szare niemowlęta

Zawoalowane?

 trzymał się za głowę, żeby osłonić twarz przed wiatrem

Znaczy się?

 Szumy i piski potęgowały panikę

Show, don't tell.

 oczami w srebrzystej otoczce

Powtórzony dźwięk.

 Obecnie mieszka za miastem i planuje poświęcić cały swój czas swojemu dziecku, które już wkrótce ma przyjść na świat.

Ładny akcent na koniec.

 

Dobrze skomponowane, spójne i emocjonalnie nośne. Rozłożyłaś skrzydła. Przyda Ci się trochę szlifowania stylu, ale ogólnie jest dobrze.

 Hurra! Będziecie chodzić na golasa! ;D

To Wasze stroje będą chodzić na golasa XD A, fe!

Kim była, że dopuszczono ją do tego dziwacznego noworodka?

Wydaje mi się, że badaczką (antropologiem?) lub może dziennikarką. Jedno i drugie tłumaczy wtrącalstwo, przeprowadzanie wywiadów i wkurzanie rządów.

Swoją drogą problem “statku kosmicznego”, który pod postacią wulkanu zdziesiątkował wioskę protagonistki jest tam nie bez powodu :)

Zaraz problem. Pasujący, zgrabny żarcik.

 Możliwe, że powinnam jeszcze bardziej podkreślić zakończenie, ale zwyczajnie nie lubię tego robić.

Trochę by się przydało, ale skoro nie lubisz, to trudno. Przeżyjemy.

 Cała metafizyka wyparuje, wrażenie obcowania z “bytem poziom wyższym” zmieni się na wrażenie kontaktu z “istotami o technologii poziom wyższej”

Hmm. Tylko dlaczego kosmici mieliby być wyżsi ontycznie? U Lewisa byli lepsi etycznie/eschatologicznie, ale ontycznie chyba nie. Jednorożce, może. Anioły – jak najbardziej. Ale obcy?

 konflikt jest w postaci Nabaty (buntowniczej jednostki) versus reszta świata

To bardziej świat ją oprymuje (tak to przedstawiłaś) niż ona walczy ze światem.

 Z tym mam zawsze zagwozdkę, z równowagą. Co dla innych absolutnie konieczne, dla następnych zupełnie zbędne.

Chyba wszyscy mają.

 czy nie było tak, że nie postrzegano ich jako bezbronnych, skoro wyglądały totalnie obco i czołgały się w drugim dniu po porodzie?

Ale ona chyba jeszcze tego dziecka nie widziała, tylko myśli ogólnie.

 spodziewałam się tej kary właśnie za łacinę

Zawsze konsultuj z kimś łacinę. Ze mną nie, bo pozostaję na poziomie agricola puellam amat, ale z kimś kompetentnym. Serio.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

W kwestii łaciny, właśnie zauważyłam, że umknęło mojej uwadze “argentus” – jeśli to ma być “srebrny”, to “argenteus” :/

 

Umknęło, bo zawiesiłam się na “silar”, które mi się z niczym po hiszpańsku nie kojarzy, ale że sporo zapomniałam, więc się nie czepiałam. Niemniej nadal nie wiem, od czego by to miało być…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tarnina zajrzała, nastukała post na pół kilometra i poszła. Pani kochana, jeśli ja to wszystko zdążę poprawić, zanim skończy się termin konkursu… Cóż, no rest for the wicked, zabieram się. Dzięki, że Ci się chciało.

 

Rozłożyłaś skrzydła.

Za dużo Red Bulla! :< Mówisz jak mój promotor, choć on zawsze dodawał, że same skrzydła nie wystarczą, trzeba jeszcze nauczyć się latać…

 

I dobrze, następnym razem napiszę o jednorożcach :) (nie)

 

Drakaino, silar to stąd, język illiryjski.

 

Języki iliryjskie ok, bardzo ładne słowo, ale w takim razie dlaczego Hiszpanie :O Iliria kojarzyła mi się wyłącznie z dzisiejszą plus minus Albanią, wiem co nieco o starożytnych Ilirach, doczytałam, że zasięg języków obejmował południową Italię – więc dlaczego wymyślili to akurat Hiszpanie?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

 

Bo to Hiszpanie pierwsi dorwali swojego Obcego:

 

Hiszpanie z prawem pierwszeństwa wprowadzili już nazwę „silar”, a więc widzą panowie…

To zrozumiałam, ale gdzie Iliria, a gdzie Hiszpania? Zazwyczaj wymyśla się nazwy, które jakoś są zahaczone we własnej kulturze, o to mi raczej chodzi. Ta “hiszpańska” nazwa kompletnie się nie tłumaczy w opowiadaniu, w świecie przedstawionym.

 

I został Ci nadal argentus.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No tak, tyle że sięgali do korzeni językowych (zależało mi na tym, żeby wyłowić jakiś wymarły), by podkreślić te kontinuum ewolucyjne i zaznaczyć, że przeszłość miesza się z przyszłością – coś wymarło, a mimo to wraca, coś wymrze w przyszłości, a mimo to interweniuje, itd.

 

Zostało mi sporo do poprawy, wiem – postaram się zasiąść do tego wszystkiego wieczorem i zacząć porządkować.

No, idea super, ale kompletnie niezrozumiała… Obawiam się, że powinnaś jakoś wpleść w tekst choć część tych informacji, bo przy tym to wszystkie moje jazdy historyczne to pikuś. Tego silar nawet wyguglać normalnie się nie da ;) Skądinąd w Hiszpanii mogliby sięgnąć do języków celtiberyjskich, oni teraz tę kulturę dość celebrują, są książki, są stanowiska do zwiedzania, a jest to jak najbardziej rodzime. Ewentualnie do Wizygotów, też lokalni.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

I dobrze, następnym razem napiszę o jednorożcach :) (nie)

Muahahaha, trzymam za słowo XD

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Ale koniecznie o Tęczowych Jednorożcach!

Przeczytałem i choć nie wszystko zrozumiałem to podobało się :) Bardzo fajny klimat. Połączenie obcych i Afryki bombowe. Motyw chwastów, postać Nabaty czy język też super. 

Początek wciągający (zabieg z smsami wyszedł świetnie), później napięcie trochę siadło, a ja nieco się zagubiłem. Ale, co ciekawe, jakoś bardzo mi to nie przeszkadzało ;) 

 

Reasumując – bardzo ładne. Wciągnąłem się i łyknąłem jak pelikan. Jedyny zgrzycik, że nie całkiem zrozumiałem, ale to już moja wina!

Zdecydowanie mogę się podpisać pod tym komentarzem Starucha. 

Troszkę tutaj niedomówień i odrobinę się pogubiłam w niektórych wątkach, ale urzekły mnie afrykańskie klimaty, plastyczne opisy, pomysł na obcych i ogólny koncept opowiadania. Czy dałoby się ten tekst napisać lepiej, pewnie tak, ale zawsze się da. Tak czy inaczej przeczytałam z przyjemnością i zaciekawieniem, więc daję brakującego kliczka i życzę powodzenia w konkursie.

Dzięki wam za wizytę i dociągnięcie tekstu do biblioteki ;) Cieszę się, że mimo zgrzytów się podobało!

I ja się cieszę ogromnie, że Twój tekst wylądował w bibliotece. Jest tego zdecydowanie wart – dla mnie. Tak odmienny i taka wizja.

No, bo już się bałem, że jak ja coś zgłaszam w wątku bibliotecznym, to działa jak przekleństwo :P 

Czasami mam podobne wrażenie…

Babska logika rządzi!

Czyli lepiej, żebym trzymał się od wątku bibliotecznego z dala? xD

:-D

Można i tak interpretować, chociaż nie to miałam na myśli.

Babska logika rządzi!

Klątwy są fajne.

 

Dzięki, Asylum :)

Przyznam, że byłam zachwycona tym tekstem, a potem doszłam do końca i okazało się, że nie rozumiem, co się właściwie wydarzyło.

Dobrze mi się czytało :)

Bardzo cieszę się, że wpadłaś, Anet :)

 

Aha, chcę tylko zaznaczyć, że jeśli 19stego listopada 2019 jacyś dziwaczni kosmici pojawią się na naszej planecie, to powiedziałam wam o tym z rocznym wyprzedzeniem. Tak więc tego, ostrzegałam.

Hm, sugerujesz, że część czytelników jest ostrożna w odbiorze tekstu ze względu na podświadome wypieranie?

Raczej umywam ręce w obliczu potencjalnego armagedonu… Jeszcze się tego dnia coś faktycznie stanie i mnie porwą dla informacji.

I podobnie jak dzisiaj to tez będzie wtorek. Przypadek? Nie sądzę…

Przyznaję, że przybyłem tu pchany ciekawością. Masz fankę na portalu, która tu i tam szepce o Twoim bardzo dobrym opowiadaniu. :) Dodatkowo wspomniałaś w przedmowie o Johanssonie, i utworze, którego słuchałem już dziesiątki razy, więc nie mogłem nie przeczytać.

Zgadzam się, że to bardzo dobry tekst. Bez dwóch zdań umiesz pisać, to utwór swobodny, pisany lekką ręką, choć gdzieś tam zgrzyt się trafił.

Zobaczyła migoczącą diodę na wyświetlaczu komórki, krwistoczerwoną w ciemności mieszkania o zaciągniętych żaluzjach i wygasłym ekranie laptopa.

Nie bardzo składa mi się to zdanie, ale to drobiazg.

Opowiadanie stoi klimatem i osobą głównej bohaterki, no i wstępem, bo wstęp jest chyba z tego wszystkiego najlepszy. :) Mocno nim zaintrygowałaś. Dalej były już raczej znane zabiegi (chociaż wieszczka staruszka ze wstępu to też nie jest coś nad wyraz oryginalnego ;) ): obcy, gładka skóra, dziwne oczy (tak, oczy są ważne :) ), i w końcu lądujący kosmici i chaotyczne komunikaty. W sumie, nic nowego, ale bardzo ładnie podane, tekst kipi emocjami, uczuciami, a to zawsze mnie kupuje.

Bardzo ładnie wpisujesz się z opowiadaniem w temat konkursu, to jest UFO, bez dwóch zdań.

Zabrakło mi czegoś, co mocniej by mnie zaskoczyło, czegoś nowego, ale nie narzekam, sam zlepiam na ogół różne, znane klisze. ;)

Warto było przeczytać, podobało mi się.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

tu i tam szepce o Twoim bardzo dobrym opowiadaniu

O, czyli jednak nie tylko ja próbowałem w innych komentarzach zaganiać do tego tekstu?  :)

Dobrze,  dobrze. Jak już w innym miejscu wspomniałem, “Siewcy” w moim odczuciu byli najlepszym opowiadaniem, z jakim się spotkałem w 2018 (nie tylko na portalu, ogółem w 2018). 

Za dużo klisz… Czyli nie zaskoczyło, że kapsuły były puste? :d A tarłam rączki jak mucha, kiedy to pisałam. Dziękuję za wizytę i miłe słowa, Darconie, fajnie zobaczyć kogoś przybyłego tutaj z czystą ciekawością, nie przez obowiązek. Fanka na portalu… Czy mam się bać? :D Niezmiernie mi miło, a fance, kimkolwiek jest, gratuluję takich silnych płuc – rozdmuchała sprawę pierwszorzędnie! ♥

 

Wilku, chyba ciut przesadzasz, bo opko ma jednak wady, ale tak czy siak: psiaku kochany, zrobiłeś mi wieczór :)

Oczywiście, ze ma. Mówię o naj w 2018, nie ever :P 

A poza tym patrz punkt o klątwie XD

Kiedy pisałam ten komentarz, wysiadły mi w domu korki. Opowiadanie przeklęte jak nic.

Za dużo wiesz o obcych!

Żonglerze, pewnie że ma wady i mogłoby być lepsze. Wszystko może być lepsze. Ale, ale takie jakim jest – dobre, zgadzam się z Wilkiem-zimowym. 

E, tam zaraz przeklęte, korki zwyczajna rzecz, przecież powszechnie wiadomo, że prąd to małe ludziki  biegające w tę i we wtę. Ufo jak nic, ujawniające się w polu elektromagnetycznym. :D

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Coś miałam napisać, ale zapomniałam…

Przyszła Tarnina przebrana za Wiktora i wysadziło u mnie korki!

U mnie na szczęście wszystko działa, lecz założyłam potężny czar. Zaklęcie ledwo dało radę, bo Tarnina dysponuje potężnymi  mocami, lecz w ostatnim momencie w sukurs przyszedł mi prószący śnieg.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Zauważyliście, że na avatarze Tarnina ma zamknięte oczy, jakby nie chciała, żebyśmy zauważyli, że…

Nowa Fantastyka