- Opowiadanie: wilk-zimowy - Sowi pakt

Sowi pakt

Pisząc ten tekst miałem w głowie scenerię jak z anime. Narzuciło to pewną konwencję. W sumie to nie bardzo wiem jaki gatunek tu przyporządkować.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Sowi pakt

Lecieli w równym tempie. Nie za wolno, ale też nie z pełną prędkością. W sam raz, by mimo kilku lądowań po drodze dotrzeć do celu dwie godziny przed świtem. Z przodu mrukliwy weteran, z tyłu ona, młoda kadetka, pierwszy raz na jakiejkolwiek misji. Aż dziw, że wybrano akurat ją. Nie zamierzała jednak protestować. Stres przepychał się z dumą, ambicja spychała na margines niepewność. Pierwszy raz była tak daleko od obozu!

Granice bezpieczeństwa wokół Sanktuarium były jasno ustalone. Nawet w ich obrębie latano w grupach. Poza nie? Tylko w zorganizowanych drużynach, złożonych z najlepiej wyszkolonych żołnierzy.

Gdzieś ponad nimi przesuwały się chmury po nocnym niebie, z boku powiewał lekki wietrzyk. Cel znajdował się może o jedną szóstą obrotu od ich frontu – lecieli bowiem lekkim łukiem, aby cały czas trzymać się nad gęstszą częścią lasu. Czubki drzew leciutko drgały, poruszane spokojnym ruchem powietrza.

Widoki nie różniły się aż tak bardzo od tych wokół ich domu, ale jeszcze nigdy aż tak nie czuła się wolna!

 

* * * *

 

– Gdzie stary?

– Pewnie znów przysypia w tej swojej kanciapie. Co innego ma robić?

Fakt. W bazie zazwyczaj panował spokój, nuda niemalże. Niżsi szarżą grali ze sobą w karty lub skupiali się na swoich smartfonach. Chyba tylko kapral Krzywy wyróżniał się z grupy czytając powieść. A porucznik? Nie wypadało mu zachowywać się tak w trakcie zmiany… Mógł za to do woli korzystać z pokoju oficerskiego. Mógł, więc czynił to bez skrępowania. W końcu był środek nocy.

Krzywy odłożył książkę na blat i spojrzał w stronę głównego ekranu zajmującego sporą część jednej ze ścian pomieszczenia kontrolnego. Wiązka radaru zakreślała koło, badając teren dookoła bazy. Z boku wyświetlały się raporty przekazywane z poszczególnych stanowisk. W kółko tych samych, stróżówki zwykle nie miały dużo do roboty. Wstał, żeby zaparzyć sobie kawę i właśnie w tym momencie zawyły sygnały alarmowe.

 

* * * *

 

Skrzydła, pióra, cienie przelatujące przez pole widzenia, chaos. Wielkie, świecące oczy, wpatrujące się gdzieś w głąb myśli. Hałas, trzepot i nagle dziecko widzi sufit swojej sypialni. Zrywa się do pozycji siedzącej, szybko łapiąc powietrze. Sen. Czy to był sen? Tak. I wtedy obraca się w stronę otwartego okna, na którego parapecie przycupnęła nastroszona sowa. Ogon rozłożyła niemal w wachlarz, pochyla się w przód, patrzy.

Dziecko w jeszcze tylko na wpół świadomym odruchu rzuca w jej stronę zagłówkiem. Nie trafia, nie potrafi jeszcze dobrze się zamachnąć, poduszka ląduje w połowie odległości. Sowa jednak rozkłada skrzydła i podrywa się w powietrze. Nie ma jej.

Resztki snu powoli spływają, maluch odgarnia kołdrę i powłócząc nogami kieruje się do okna, patrzy. Przez moment jeszcze nie kojarzy, czego szuka, aż w końcu resztki majaków uciekają na boki. Jest, siedzi tam, na drzewie rosnącym tuż za ogrodzeniem. Już nie nastroszona, teraz wyciąga się w górę, jakby chciała urosnąć, owija własnym skrzydłem jak płaszczem. Czuje, jakby coś czytało w głowie. Potem sowa odlatuje.

 

* * * *

 

Siedem sekund. Tyle trwało, nim wszyscy byli na swoich stanowiskach. Z wyjątkiem porucznika, ale ten wpadł do sali niewiele później, sądząc po minie faktycznie wyrwany z drzemki. Nikt nie zawracał sobie głowy podnoszeniem przewróconych w pośpiechu dwóch krzeseł, rozsypanych kart, czy upuszczonego, metalowego kubka. Po sali niosły się głosy.

– Ślad na radarze!

– Rozmywa się!

– Analiza w toku!

– Typ obiektu?! – krzyknął porucznik.

– Nie odpowiada na komunikaty, wiązka weryfikująca wysłana.

– Maszyna starego typu odpada.

– A skąd, do cholery, ktoś z kopalni albo tartaków miałby mieć nowe maszyny?

– Test wykluczający w toku.

Zapadła chwila ciszy. Teoretycznie któreś z mniejszych miast mogło wysłać helikoptery lub motolotnie, ale raczej by to zapowiedziały. Po wojnach energetycznych, gdy większość państw na świecie uległa rozpadowi w bratobójczych walkach, ośrodki, które przetrwały, zazwyczaj się izolowały. Pojawiły się zupełnie nowe problemy, a nadmiar surowców i paliwa zużywano w kompletnie innych celach. Wycieczki do sąsiadów? Po co one komu?

Same radary były zupełnie różne od tych, jakie funkcjonowały trzy dekady temu. Z technicznego punktu widzenia zostało z nich niewiele więcej niż nazwa. Ich nowa odmiana, którą rozumieli w zasadzie tylko ludzie biegli w fizyce, skupiała się na odkrywaniu materii organicznej i nieorganicznej, a także fal psi – czegoś, co kiedyś było czystą fantazją. Maszyneria z jednej strony bardzo zawodna, z drugiej zaś, zdążyła już oddać ludzkości sporo przysług.

– Ślad w zaniku. Test w fazie końcowej. Osiem sześć procent prawdopodobieństwa… – Szeregowy zawahał się.

Wszyscy widzieli dane na ekranie.

– UFO – powiedział pod nosem kapral Krzywy. W chwilowej ciszy usłyszała go cała sala. Unidentified Flying Owl. Niezidentyfikowana Sowa Latająca. W nagłym skojarzeniu pomyślał, że jeszcze w czasach jego dzieciństwa ten skrót oznaczał coś zupełnie innego, szybko jednak wrócił myślami do teraźniejszości.

– Ile? – zapytał krótko porucznik.

– Wynik niepewny, analiza daje dziewięć dwa procent, że jeden.

Chwilę później padła lista komend, a żołnierze rzucili się do uruchamiania systemów bojowych.

 

* * * *

 

Kadetka, choć zmęczona, na moment odpłynęła myślami. Misja misją, ale pozwoliła sobie zatonąć w odczuciu, że w tej konkretnej chwili może wszystko. Wzniosła się na wyższy pułap, niż ten, którego trzymali się przez ostatnią godzinę. Przymknęła oczy – ach, jak pięknie! Gdyby tak…

– Jasna cholera! – usłyszała krzyk weterana. Nagłe połączenie niemal ją ogłuszyło. – Na dół! Już!

Płomykówce nie trzeba było powtarzać, natychmiast obniżyła lot nad linię drzew, rugając się w myśli za beztroskę. Beształ ją również puchacz, w ciągu ledwie minuty wymyślając na czym świat stoi, żeby na koniec litanii porównać do durnowatych gołębi. Młoda sowa aż nastroszyła pióra. Dowódca tej dwuosobowej misji miał rację. Lecąc nisko, tuż nad poziomem drzew – w których przecież tętniło życie i emocje dziesiątek stworzeń – mieli sporą szansę pozostać niewykrytymi. Podniesienie wysokości, nawet na krótko, oznaczało ogromne ryzyko. Temperament robił jednak swoje i kadetka zbierała się do riposty. Weteran jednak znów się odezwał, tym razem innym tonem.

– Ląduj na dolnych gałęziach. Teraz!

Myśl została posłana z takim naciskiem, że płomykówka natychmiast zrezygnowała z jakiejkolwiek próby dyskusji i z miejsca wykonała polecenie. Kątem oka widziała, jak stary żołnierz odlatuje kawałek dalej i też przyczaja się wśród listowia. Potem było słychać już tylko delikatny szelest liści na wietrze. Telepatyczny zmysł odnotowywał pełne napięcia oczekiwanie.

Mijały chwile, minuty, kwadranse. Wiatr zdążył lekko osłabnąć. Nagle płomykówka zarejestrowała, jak puchacz zrywa się ze swojego miejsca.

– Czekaj! – usłyszała w głowie, nim zdążyła rozprostować skrzydła. Gdzieś z daleka, od strony miasta, zaczął dobiegać szum, momentami także brzęczenie. Chwilę później w jej głowie pojawiły się obrazy i dźwięki rejestrowane oczami i uszami weterana. Słabe, ledwie wyczuwalne, nakładające się na jej własną percepcję. Żołnierz musiał się skupiać na czymś innym.

„Co on do cholery widzi, co…” – płomykówka nie dokończyła. Teraz już wiedziała, co się dzieje. Nadlatywały dwa drony. Już chciała zerwać się do lotu, gdy znów dotarł do niej nakaz wstrzymania się, tym razem tylko jako bezsłowny nacisk. „Czemu nie uciekasz?” – rzuciła ku niemu myśl. Puchacz zignorował jej pytanie, zataczając w powietrzu szerokie kręgi. Od pojazdów oderwały się cztery rakiety i, wyprzedzając maszyny, ruszyły z dużą szybkością w stronę ptaka.

Gdy pociski były już blisko, puchacz zaczął niespodziewanie to wznosić się, to znów opadać. Niezbyt zgrabnie, ale i tak wystarczało to, by schodził z toru rakiet. Płomykówka obserwowała przekaz mentalny jak oczarowana. Pierwszy raz widziała, żeby jakakolwiek sowa – zwłaszcza z tak dużego gatunku, jak puchacz – była zdolna do tak szybkich ruchów. Rosło jednak i zmęczenie weterana, uniki wykonywał z narastającym opóźnieniem, a co gorsza coraz bardziej zbliżały się drony. Kadetce zdało się, że jej towarzysz zaczyna popełniać błędy, gdy nagle dwie rakiety, które omal nie trafiły celu z prawa i lewa jednocześnie, zderzyły się ze sobą – sam weteran na moment składając skrzydła, zszedł kilka metrów niżej, by ponowić swój powietrzny taniec. Chwilę później kolejny pocisk lecący jego śladem nie zawrócił wystarczająco szybko i uderzył w górną część pnia jednego z drzew. Wojownik raz jeszcze wykonał zwrot, wolniej niż poprzednio, zdecydowanie zaczynało brakować mu sił. Ostatnia z rakiet minęła się z jego korpusem dosłownie o długość lotki i wtedy czas jakby spowolnił.

Płomykówka usłyszała uszami puchacza, jak w tym zabójczym kawałku stali coś pika. Poczuła jak żołnierz rzuca się w dół, składając przy tym skrzydła dla przyspieszenia ruchu. Jakiś skrawek umysłu przypomniał, co mówiono na szkoleniach o detonacjach nie tylko przy trafieniu, ale i odpowiednim zbliżeniu. Wszystkie te odczucia nadeszły naraz – a już sekundę później przeszył ją ból, jakby ktoś cisnął w nią dziesiątkami kamieni.

Zamroczenie.

Szum.

Ledwo odnotowała, że weteran jakimś cudem zebrał jeszcze raz siły i ponownie poderwał się do lotu, co chwilę walcząc o utrzymanie się powyżej linii drzew. Coś było nie tak ze środkiem ciężkości. Piekący ból przenikał w głąb ciała. Dopiero po chwili sowa zorientowała się, że jej towarzysz próbuje manewrować z myślą o dronach. A te były już obok niego.

Pierwszy ciął powietrze i młoda sowa zrozumiała, że tym razem unik był udany nie dzięki doświadczeniu, a zwykłemu szczęściu. Na kolejny nie było szans, wirnik rozpłatał bok puchacza, odrzucając jednocześnie jego ciało do przodu. Pierwsza maszyna zawróciła i już po chwili stalowe ostrza podzieliły miękką tkankę na setki drobin.

Gdzieś nad kadetką opadła na górne partie listowia część skrzydła. Dopiero teraz poprzez szok dotarło do niej, że ostatnie chwile starcia odbyły się kilkanaście metrów od miejsca, gdzie siedziała skulona. Słyszała, jak oddala się dźwięk silników – maszyny wracały do miasta. Oczami wyobraźni widziała unoszące się w powietrzu zakrwawione pierze.

W prześwitach listowia dostrzegła, jak chmury na moment odsłaniają jaśniejący pełnią księżyc.

 

* * * *

 

Wojny energetyczne wyniszczyły ludzką cywilizację. Rozbiły struktury państwowe, doprowadziły do zniszczenia większość miast. Te, które przetrwały, miały dość zasobów, by się rozwijać, ale za mało, by utrzymać regularne linie transportowe z pozostałymi.

Kolejne wojny? To zbyt kosztowne. Jacyś wrogowie byli jednak potrzebni. Na jakiś czas stali się nimi outsiderzy, którzy próbowali tworzyć autonomiczne wioski w głuszy. Brak udogodnień sprawiał jednak, że niemal wszyscy po kilku latach ponownie wprowadzali się do miast.

Właśnie w tamtych latach powstały pierwsze detektory fal psi. W mniej więcej tym samym czasie skojarzono, że obecność sów w konkretnych kwartałach mieszkalnych często koreluje z dziwnie realistycznymi snami mieszkańców. Zaczęto sprawę badać dokładnie i uznano, że ptaki te w jakiś, nadal jeszcze niewyjaśniony, sposób potrafią zaglądać do ludzkich myśli.

Tego nikt nie mógł tolerować. I nieważne, że już w tym czasie w każdym domu były dziesiątki sprzętów wyposażonych w mikrofony i kamery, przesyłających wszystkie nagrania do centralnego serwera. Jak długo nikt nie wskazywał konkretnych jednostek, do których trafiała ludzka prywatność, było to wygodne. Bez znaczenia pozostawały cele, jakim to służyło. Podobnie jak nieistotne było czy sowy z uzyskaną wiedzą robiły cokolwiek. Choć pojawiały się i takie głosy, iż mogły mieszać w głowach. Może i było w tym ziarno prawdy, kto wie?

Tak czy inaczej rozpoczęto polowania. Najpierw wytrzebiono większość sów w miastach. Część schwytano w celu badań, wszczepiając czipy identyfikacyjne i poddając tresurze. Gdy oczyszczono miasta, rozpoczęto poszukiwania tych nocnych ptaków w otoczeniu terenów zabudowanych. Pilnowano, by nie zbliżyły się zanadto do ludzkich siedlisk i z czasem powiększano strefę, w której człowiekiem mógł władać tylko inny człowiek.

 

* * * *

 

Od czasu, gdy ludzie zaczęli Polowanie, sowy bardzo zmieniły swój tryb życia. Część z nich gromadziła się w Sanktuariach. Miejscach trudno dostępnych, położonych z dala od terenów cywilizowanych. Przede wszystkim jednak tak mocno zróżnicowanych pod względem biologicznym, że nowa generacja radarów, obliczona na wykrywanie fal psychicznych, nie była w stanie prawidłowo analizować tego terenu. To tutaj wymieniały swą wiedzę o metodach działania ludzi, tu się nawzajem szkoliły. Stąd organizowały wyprawy, by zakładać nowe siedliska.

Był tylko jeden problem. Czasami jakiś nadmiernie ambitny oficer, by się wykazać, zarządzał ostrzały i bombardowania losowych punktów. Tym razem trafił – w przenośni i dosłownie. Dziesiątki rakiet ziemia-ziemia uderzały jedna po drugiej w miejsce sowiego obozowiska. Wybuchy, echo myśli umierających osobników, kwilenia rannych, popiskiwania okaleczonych piskląt. Z życiem uszedł może co piętnasty ptak.

Mimo dziennej pory na pobojowisko zaczęły się zlatywać sowy z pozostałych siedlisk należących do Sanktuarium. Nim nadeszło południe ustaliły, że czas z tym skończyć. Dość już wiecznego ukrywania, trzeba znaleźć sposób, by zakończyć tę wojnę.

 

* * * *

 

Sowa wyleciała poza linię lasu i zmniejszyła pułap lotu jeszcze bardziej, klucząc tuż ponad poziomem gruntu. Księżyc znowu zaszedł, rozpościerające się przed nią miasto tkwiło w uśpieniu. Bliskość instalacji radarowych była niepokojąca, ale jej wiązki skierowane były nieco wyżej. Wiedziała o tym, a mimo wszystko poczuła ulgę, gdy dostrzegła głęboki rów, po którego dnie płynęła wąska strużka ścieków. Frunąc w jego obrębie miała pewność, że nawet gdyby w pobliżu pojawił się jakiś obserwator, pozostałaby dla niego niewidoczna. Jeszcze chwila lotu nad cuchnącym szlamem i była na miejscu. Przed sobą miała wylot kanałów, wyprowadzający nieczystości poza granicami schludnego miasta. Wnętrze było dość duże, by mogła latać – niekomfortowo, ale jednak. Po prawdzie nawet człowiek mógłby tam wejść, gdyby pogodził się z lekkim przygarbieniem.

Przycupnęła na krawędzi rury odpływowej, zaglądając do środka. Przez dłuższą chwilę nasłuchiwała – tak uszami, jak i swym telepatycznym zmysłem. Gdy uzyskała pewność, że w środku znajdzie swój cel, wleciała w głąb labiryntu.

 

* * * *

 

Przed wojnami energetycznymi ludzkość potrafiła narzekać na epidemię grypy. Dopiero po upadku dawnego porządku, gdy w miastach zaczęły rozprzestrzeniać się myszy, do szerokich mas dotarło, jak wiele chorób potrafi czynić szkody i jak szybko się one rozprzestrzeniają. Niezależnie od tego błyskawicznie narastały też straty w magazynowanej żywności.

Nie pomagały pułapki i trutki. Zadziałała za to sama natura. W miastach coraz częściej pojawiały się sowy, które rozsmakowały się w małych gryzoniach. Tak bardzo, że tym ostatnim nie pozostało nic innego, jak dostosować się do sytuacji i na stałe zejść do podziemia. Opuszczały je z rzadka, wędrując tylko do śmietnisk i wysypisk, po czym szybko chroniąc się z powrotem w bezpiecznym obrębie kanałów. Strach ten zakorzenił się w nich tak głęboko, iż przez lata nie zauważyły nawet, jak ich naturalny wróg został przetrzebiony i przepędzony.

 

* * * *

 

– To bezczelność, że się tu pojawiasz – powiedziała mysia królowa. Grono jej towarzyszy tłoczyło się na podłodze komory, podczas gdy sowa przycupnęła na biegnącej przy suficie rurze. Niewielka, ograniczona betonowymi ścianami przestrzeń, z której wybiegało kilka ciasnych rur – w tym ta, którą przybyła kadetka. Była przerażona. Gryzonie miały tu przewagę, jakiej zawsze im brakowało na otwartej przestrzeni. Na zewnątrz udawała jednak spokojną.

– Powiedziałam wam, po co przybyłam. Możemy podzielić miasta między siebie.

Podniósł się szmer pełen piszczących kpin.

– A potem sowy podzielą między siebie mysie plemiona? – zapytała monarchini unosząc głos ponad szmery poddanych.

– Nie. Zawrzemy z wami pakt.

W komorze zapadła cisza. Ludzie byli jedynym gatunkiem, który nie znał tego pradawnego zwyczaju. Gdy gatunki chciały zawrzeć ze sobą porozumienie, a bały się, czy jego warunki będą przestrzegane, wzywały sowy na sędziów. Bez znaczenia było, czy chodziło o symbiotyczną współpracę, czy o zawieszenie broni. Telepatyczny zmysł nocnych ptaków pozwalał wzajemnie poznać szczerość intencji paktujących stron i samych sędziów.

– Wy zajmijcie się ludźmi. My już nigdy nie będziemy na was polować – sprecyzowała płomykówka.

Królowa spojrzała na nią z ukosa.

– Jeśli szczury spróbują wejść do naszych miast, pomożecie nam bronić się przed nimi.

– Ale tylko na powierzchni.

– Zgoda – odparła mysz. – Czyń rytuał.

Sowa otworzyła umysł.

 

* * * *

 

W bazie panował spokój. Po poprzedniej nocy nikt nie oczekiwał jakichkolwiek incydentów. Kiedy z toalety dobiegł bolesny krzyk porucznika, wszyscy uznali, że przysnął na sedesie i spadł w jakiś dziwaczny sposób. Gdy zaraz potem z otworów wentylacyjnych zaczęły wysypywać się popielate myszy, nikomu już nie było do śmiechu.

 

* * * *

 

Myszy wchodziły do budynków w każdy możliwy sposób. Otaczały ludzi i rzucały się na nich. Kto miał szczęście – umierał zanim zdążył się obudzić. Wielu odzyskiwało przytomność, by z krzykiem miotać się, strącać z siebie napastników, a chwilę potem padać na kolana, gdy w końcu gryzonie dobierały się do ścięgien. Pechowcy zyskiwali chwilę nadziei, jeśli w momencie ataku akurat nie spali. Część z nich nawet zdołała wybiec na ulicę – tylko po to, by za rogiem trafić na kolejną falę szarego futra i ostrych zębów.

Wrzaski rozbrzmiewały zbiorowo lub pojedynczymi głosami. Mieszały w jedno strach, ból, agonię. I było ich coraz mniej. Płomykówka patrzyła na miasto, siedząc na szczycie wieży radarowej. Za chwilę ruszy do Sanktuarium, by zdać raport. Trzeba będzie wybrać sowy, które przybędą tu chronić nowego sojusznika przed zakusami szczurów. Teraz jednak kadetka rozkoszowała się poczuciem bezpieczeństwa. Po raz pierwszy w życiu.

 

* * * *

 

Na dachu jednego z magazynów przysiadł kot. Zawsze potrafił znaleźć spokojne miejsce, także dziś. Budynek, w którym w nocy nie było ludzi, żywności też nikt tutaj nie przechowywał. Mógł tu przeczekać, aż myszy się uspokoją.

Póki siedziały w kanałach, miasto było jego. Podobnie jak i gryzonie. Gdy wychodziły z podziemi małymi grupami, stanowiły łatwy łup, w dużym stadzie zaczynały być groźne. Do wczoraj wiadomo było, gdzie się na nie zaczaić i nigdy nie było kłopotu, by się nimi nasycić. No i ludzie zawsze czymś częstowali. Nigdy przy tym nie zauważyli, że koty wiedzą o nich równie wiele jak sowy. A teraz to wszystko nagle runęło.

– Trzeba coś z tym zrobić – mruknął i zaczął rozważać różne plany. Jeśli zajdzie taka konieczność, dogada się nawet z pozostałymi kotami. Albo zawrze sojusz z innym gatunkiem.

 

Koniec

Komentarze

Uprzedzając uwagi odnośnie sposobu latania w trakcie starcia – przyjąłem, że wspomniana w przedmowie konwencja daje możliwość odbiegnięcia od faktycznych możliwości manewrowych. 

Czuje, jakby coś czytało w głowę. – a ja czuję, że tu się coś posypało. 

 

Gdy oczyszczono miasta, zaczęto wyszukiwać tych nocnych ptaków w ich otoczeniu terenów zabudowanych. – nie za dużo tu czegoś? moim zdaniem, albo w ich otoczeniu, albo w otoczeniu terenów

 

Ha, i już wiem, na czym polega Twoje UFO :) Dobre. 

Ciekawy pomysł. I możecie mnie nazywać zdrajczynią gatunku, ale kibicowałam sowom. Fajny ten kot na końcu. Pokazuje, że mimo iż ta część historii się kończy, to jednak nic nie urywa się definitywnie i pokazuje, że woja może tylko przybrać na sile i rozprzestrzenić się, w tym na inne gatunki stworzeń.

Gorze jest z wykonaniem. Przede wszystkim nieco kuleje interpunkcja – brak przecinków i w którymś miejscu kropki na końcu zdania. Nie do końca jestem przekonana do fragmentu z dzieckiem. W sumie mogłoby go nie być i nie byłoby straty.

 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, te dwa fragmenty poprawiłem. Interpunkcja… chyba nadmiernie zaufałem Language Toolowi, choć to narzędzie powinno robić tylko za wsparcie.

 

Co do fragmentu z dzieckiem, to mocno się wahałem, czy go umieszczać w tekście. Faktycznie, jego wycięcie nie powodowałoby strat, przynajmniej nie w warstwie fabularnej. Obecność z kolei trochę miesza, zwłaszcza, że zaryzykowałem z czasem teraźniejszym. Dlaczego mimo to dodałem tę scenę? Chciałem wątek telepatii lekko zasugerować zanim pojawi się na dobre, a przy okazji przedzielić czymś scenę  w bazie wojskowej. No i w ten sposób wylądowały tam wspomnienia kaprala.

 

Pierwszy nadal nie poprawiony.

 

Zaraz, zaraz, ten fragment z dzieckiem to wspomnienia kaprala? Ja tego nie zauważyłam i może dlatego, że nie widzę żadnego nawiązania, to mi ten fragment nie za bardzo pasuje do reszty, jak obce wtrącenie.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jak dla mnie – nierówne. Bo fragmenty z sowami bardzo fajne, a za to cała ta opowieść o świecie, który “zszedł na psy” ;) jakoś taka niepotrzebna.

Czyli – więcej sów, mniej ludzi. A kot na końcu wzbudza niepokój – cóż tam się będzie działo dalej?

Parę uwag, oczywiście, mam ;):

– “doświadczony weteran” – wwteran nie jest z natury rzeczy doświadczony, nie?;

– “Wiązka radaru zakreślała okrąg” – okrąg to tylko brzeg koła, czyli raczej “zakreślała koło”;

– “coś czytało w głowę” – już Śniąca wyłapała, że coś nie ten teges;

– “większość państw na świecie uległo” – skoro “większość”, to “uległa”;

– “nadmiar surowców i paliwa zużywane były” – skoro “nadmiar”, to “zużywany”;

– “Uniosła się na wyższy pułap” – to takie moje wrażenie, że ładniej by brzmiało “wzniosła się”.

 

W każdym razie – czyta się miło i przyjemnie :).

PS. Aha, a gdzie się podziały szczury?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Śniąca, racja, poprawiłem przecinek, a nie poprawiłem głowy – już koryguję.

Wspomnienie należy do kaprala, ale fakt, mogłem – i pewnie powinienem – to jakkolwiek zaakceptować, zamiast zostawić jako niewidoczny element całej konstrukcji.

 

Staruchu, uwagi bardzo słuszne, nanoszę. Dzięki!

Fragmenty z sowami stanowią kwintesencję tekstu, ale czy bez pozostałych świat byłby czytelny? :-)

 

Szczury… Wiedziałem, ze ktoś zapyta, a odpowiedzi właściwie nie mam ;P Kombinowałem, myślałem i zostawiłem to jako świadomą lukę w scenariuszu (bo tego na karb konwencji zrzucić nie mogę. Ale może to niezły problem do rozwiązania w prequelu i sequelu? W końcu w negocjacjach pobrzękuje ślad jakiś dawnych sporów z myszami…

Ehh Wilku, nierówny ten Twój tekst. I błędy i pośpiech, przecie wszyscy krzyczeli na Arnubisa nie na Ciebie ;)

Lecieli w równym tempie. Nie za wolno, ale też nie z pełną prędkością.

To drugie zdanie zupełnie zbędne.

Poza nie? Tylko w zorganizowanych drużynach

Poza nie, tylko w zorganizowanych…

Osiem sześć procent prawdopodobieństwa…

Czemu nie normalnie osiemdziesiąt sześć ? I tam gdzieś dalej znowu.

Mijały chwile, minuty, kwadranse.

Kwadrans to 15 minut, na stanowisku byli w siedem sekund, kwadranse to więcej niż jeden, co najmniej dwa, to co oni tam przez pół godziny robili ;)))

I nieważne, że już w tym czasie w każdym domu były dziesiątki sprzętów wyposażonych w mikrofony i kamery, przesyłających wszystkie nagrania do centralnego serwera.

– przesyłające

Gdy oczyszczono miasta, zaczęto wyszukiwać tych nocnych ptaków w otoczeniu terenów zabudowanych.

Albo zaczęto wyszukiwanie, albo zaczęto wyszukiwać te nocne ptaki.

To tutaj wymieniały tutaj swą wiedzę o metodach działania ludzi, tu się nawzajem szkoliły

Jedno tutaj za dużo.

To tak z grubsza. Porozumienie sów i myszy? Gryzonie stanowią zdaje się główny pokarm dla sów, a jakoś nie widzę u nich przejścia na wegetarianizm ;) Ale tu się nie czepiam bo walka z wspólnym wrogiem prowadzić może do różnych sojuszy. A z kotami to masz rację.

No dobra, samo opowiadanie do przełknięcia (nawet widziałem to z płomykówkami “Strażnicy Ga’hool” zdaje się). Wątek ze śpiącym dzieckiem faktycznie raczej zbędny bo niewiele wnosi i nie łączy się z żołnierzami w żaden sposób. No i bidnego skowronka brak;)

 

 

Pośpiech i godzina Enderku ;-) Pewnie trochę błędów tam będzie, ale:

“Poza nie, tylko w zorganizowanych” → tu będę bronić wersji ze znakiem zapytania, bo to ma być ton pytający w wersji czytanej na głos.

“Czemu nie normalnie osiemdziesiąt sześć ?” → taka forma skrócona funkcjonuje w języku mówionym w niektórych strukturach organizacyjnych gdy trzeba wyrazić się szybko. Trochę jak z liczeniem szybkich powtórzeń ćwiczenia na treningach.

Kwadranse a 7 sekund → w bazie chciano reagować jak najszybciej, ale drony musiały jeszcze nadlecieć. W momencie zawycia alarmów też jeszcze nie wiedziano jak daleko jest wykryty sygnał, dopiero po dobiegnięciu do stanowisk można było ocenić, że gdzieś dalej.

“Dziesiątki sprzętów” → przesyłających vs przesyłające – przesyłające dziesiątki, ale przesyłających sprzętów :-)

 

Co do paktu – nigdzie nie wspomniano o zmianach diety w zakresie pozostałych sowich potraw ;-) A  już sama wojna ludzi z sowami i radarów psi, które wyszukują “nowego UFO” ma elementy surrealizmu ;-)

 

Oczywiście że zmienić możesz, a wcale nie musisz. Ja po prostu zasygnalizowałem które fragmenty mi nie zagrały, a potem tylko zajrzę kto Ci to jeszcze powytyka ;)))

Mimo dyskusji z większością punktów, jeden wdrożyłem bez szemrania ;-) 

Osobna sprawa, że z tymi sprzętami to muszę pomyśleć o innej formie zdania, bo najlepiej po prostu unikać sformułowań, w których odmianę poszczególnych słów można interpretować na dwa sposoby. Jeśli coś zaburza płynność czytania to jest złe, nawet jeśli poprawne. Zostawiam to sobie do modyfikacji “z opóźnieniem”.

 

Stres przepychał się z dumą, ambicja spychała na margines niepewność.

To źle brzmi.

Czuje[+,] jakby coś czytało w głowie.

Z poprzedniego zdania wynika, że podmiotem jest sowa. Na pewno o to chodziło?

Płomykówka obserwowała przekaz mentalny jak oczarowana.

Nie rozumiem tego zdania. Jaki tam był “przekaz mentalny”? I jak się go obserwuje?

Wojny energetyczne wyniszczyły ludzką cywilizację. Rozbiły struktury państwowe, doprowadziły do zniszczenia większość miast. Te, które przetrwały, miały dość zasobów, by się rozwijać, ale za mało, by utrzymać regularne linie transportowe z pozostałymi.

O tym chyba już było wcześniej.

– Powiedziałam wam[+,] po co przybyłam.

Nie porwało mnie :(

Przekaz mentalny – wcześniej w tekście pojawił się już przekaz telepatyczny, który obejmował nie tylko konkretne myśli. Jak można go obserwować? Tak jak obserwuje się obraz telewizyjny, który może być gdzieś w tle, a można się na nim skupić :) 

Spodobał mi się wielce pomysł na wyposażenie zwierząt w całkiem nowe cechy, a w następstwie tego i w myśl zawartych paktów, pokojowe współistnienie sów i myszy, w nowej, dość szczególnej dla nich, postapokaliptycznej rzeczywistości. Podoba mi się też, że na sowach i myszach świat się nie kończy, że o ewentualnych aliansach myśli także kot…

 

ma­luch od­gar­nia koł­drę i włó­cząc no­ga­mi… –> …ma­luch od­gar­nia koł­drę i powłó­cząc no­ga­mi

 

Osiem sześć pro­cent praw­do­po­do­bień­stwa… – sze­re­go­wy za­wa­hał się. –> Osiem sześć pro­cent praw­do­po­do­bień­stwa… – Sze­re­go­wy za­wa­hał się.

 

– Jasna cho­le­ra! – usły­sza­ła krzyk we­te­ra­na. –> – Jasna cho­le­ra! – Usły­sza­ła krzyk we­te­ra­na.

 

W mniej-wię­cej tym samym cza­sie… –> W mniej wię­cej tym samym cza­sie

 

roz­po­czę­to p[oszu­ki­wa­nia tych noc­nych pta­ków… –> Zaplątał się nawias kwadratowy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Reg. Jestem zszokowany, że nie znalazłaś więcej literówek. Ale to chyba dobrze :D

 

Przy okazji podziękowania dla Śniącej, która jeszcze wczoraj pomogła wyłapać kilka drobiazgów :-)

Mam nadzieję, Wilku-zimowy, że szok szybko minie i Święta powitasz już w dobrej kondycji. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O tak, w zimowe przesilenie musi przyjść moc kreacji :-)

A tak nawiasem, Reg, cieszę się, że padło słowo “postapokaliptyczna”. W trakcie pisania nie myślałem o tym kontekście, ale faktycznie mimowolnie takie coś powstało.

No popatrz, Wilku, a ja miałam obawy, czy aby właściwie spostrzegłam opisany przez Ciebie świat. No, ale skoro taki właśnie mi się wydał… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

większość państw na świecie uległa rozpadowi w bratobójczych walkach

Hm, jak dla mnie to czyste postapo. Wojna była, panie dziejku!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Reg, czasem mimochodem wychodzi coś z podświadomości i dopiero inni to wskażą :-)

 

Staruchu, masz rację. Ale wydaje mi się (Reg, popraw mnie jeśli się mylę), że Reg chodziło o postapo z perspektywy sów, nie ludzi :-) 

Wilku, sowy i myszy żyły w dziwnym świecie, ale zrozumiałam, że dziwność spowodowali ludzie. Utwierdziło mnie w tym to samo zdanie, które zacytował Staruch. Uznałam wtedy, że użycie określenia rzeczywistość postapokaliptyczna będzie uzasadnione. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aaaa… :) Tak czy inaczej efekt końcowy jest taki, że ludzie tu mają swoje postapo (a w końcu i apo), a sowy (i myszy) swoje :) 

No i koty też mają swoje, jak by na to nie patrzeć. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kołowroty historii poszły w ruch!

 

Ano, nie się ukryć. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczna opowieść, mimo walk i dramatycznej śmierci puchacza. W końcu zostaje zawarty pakt, a strony zaczynają żyć długo i szczęśliwie. ;-)

Też kibicowałam sowom. :-)

Osiem sześć procent. Hmmm. Ja to zinterpretowałam jako 8,6%. Tak że tego…

Byłyby zbyt kosztowne. Jacyś wrogowie byli jednak potrzebni. Przez jakiś czas byli nimi outsiderzy,

Byłoza.

Babska logika rządzi!

Dzięki za lekturę. Wygląda na to, że na portalu są sowy przebrane za ludzi ;-)

 

Finklo, Enderku, muszę przyznać, ze o ile będę bronić kwestii “takiej organizacji” przy podawaniu liczb, to wspomniana przez Finklę koma jest bardzo celnym argumentem. Z jednej strony pod względem dynamiki “osiem sześć” brzmi w głowie bardziej nerwowo, z drugiej jeśli obecna forma może być myląca… Na razie jeszcze zostawiam, ale już bardziej niepewny…

 

Byłoza poprawiona.

 

Wydaje mi się całkiem prawdopodobne, że dla ludzi, którzy znają te maszyny i normalne wyniki, “osiem sześć” będzie krótkie i jednoznaczne. Pewnie by tak powiedzieli. Ale jeśli chcesz, żeby ci z zewnątrz też zrozumieli…

Babska logika rządzi!

Właściwie nie dostrzegłem specjalnie owej nierówności, o której pisali inni, zapewne do tej pory wyszlifowałeś już to i owo. Fakt, jest kontrast między pełną napięcia sceną w bazie i dynamiczną walką, a momentami informacyjnymi, ale bez infodumpów trudno byłoby zrozumieć świat i pomysł. Wplecenie informacji w akcję i dialogi to oczywiście rozwiązanie, ale w przypadku tego tekstu znacznie zwiększyłoby objętość. 

I muszę przyznać, że początkowo nie było łatwo mi zaakceptować koncept – było takie "co do cholery?" Futurystyczno-postapokaliptyczne klimaty, a tu nagle wyskakują motyw jak z Króla Lwa, z tymi zwierzęcymi paktami, konfliktami, stronnictwami itd… Ale dość szybko uznałem to za całkiem fajną sprawę, zwłaszcza, że pamiętałem o Twoim naprowadzeniu na klimat anime.

Mam natomiast wrażenie, że pomysł nieco rozsadził limit. Zwłaszcza, że sporo uwagi poświęciłeś scenie z udziałem ludzi, walce powietrznej (co jest fajne, dość późno orientujemy się, że sowy to nie żadne myśliwce, czy co tam) i w efekcie opis świata i zależności tam panujących wyszedł raczej skrótowo i "informacyjnie". To jest materiał na co najmniej trzydzieści tysięcy znaków. I kompozycja wyszłaby lepiej. 

Tak czy owak, tekst jest zdecydowanie biblioteczny. 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Król Lew – dobre! :D Choć mam nadzieję, że były tu fragmenty, które prowadziły do bardziej ponurych skojarzeń ;-) Z tymi limitami to ciekawa rzecz. Bo ja ogólnie mam problem z wychodzeniem w dłuższe formy. Tu jednak rozważałem dopisanie opisów, które przez dłuższy czas mogłyby naprowadzać czytelnika bardziej na uzbrojone motolotnie niż na sowy. Hm, mam wyzwanie na wersję rozbudowaną.

 

Finklo, to już niestety są te próby kompromisów między “odzwierciedleniem” świata a “pokazaniem” świata…

 

Faktycznie, czuć ducha “chińskich bajek” ;)

Podobnie jak u Starucha – nierówne. Co ciekawe, obie te części średnio mi pasują. Sowie przygody czytało mi się fajnie, czuć w nich i napięcie i zagrożenie. Z tymi tłumaczącymi świat – już gorzej. Co więcej, dla mnie zostawiają więcej pytań niż odpowiedzi (przez co średnio mi te sowie zaczynają przystawać do reszty – nie, konwencja anime tego nie tłumaczy).

Sama fabuła jednak interesująca, a całość czytało nawet przyjemnie. Takie przyjemny tekst do obiadu. Stąd klik dla tego koncertu fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki NoWhereManie za opinię.

I, hm, sprowokowałeś mnie do gdybania :-) No bo zacząłem się zastanawiać (to nie jest ani obrona, ani “przyznanie do winy”, jedynie rozważania)… Większość osób powyżej pisze o nierówności fragmentów z sowami i z ludźmi/historią. Tylko teraz próbuje sobie wyobrazić ten tekst bez fragmentów “ludzkich”. Niby się da, świat byłby jednak bardziej niejasny (a przecież tu też nie wszystko zostało powiedziane).

To może część  ludzką bardziej udramatycznić? Można, choćby zwłaszcza przy wzmiankach o historii, relacjach miast z outsiderami itp. Ale dla odmiany użyta w tekście metoda sinusoidy mogła pokazać, że mimo wszystko w świecie ludzi, nawet w odizolowanych miastach, nadal jest dużo wygodniej. Gdyby uzupełnić całość o soundtrack, pod sceny z sowami podłożyłbym muzykę bardziej niepokojącą, a pod te z ludźmi coś łagodniejszego.

Możliwe, że jakimś problemem jest to, że w części o ludziach spróbowałem delikatnie wpleść  informacje o sprytnie zamiatanych pod dywan problemach społecznych. I znów, można to wywalić, ale czy nie rozpłaszczy to świata? Można to podkreślić, ale… tu nie dokończę zdania, bo własnie przyszedł mi do głowy pomysł na prequel, którego nie chciał bym spoilerować, w każdym razie w podkreśleniu tez widzę zagrożenie.

No i po tych wszystkich powyższych gdybaniach zastanawiam się – czy to problem świata przedstawionego, czy może jednak ustawienia suwaków na równowagę. I kurde – nie wiem. Serio.

 

A tak nawiasem to, że te fragmenty historyczne pozostawiają pytania… W sumie miały pozostawiać, ż eby czytelnik stopniowo odkrywał świat. A że to opowiadanie, a nie książka, to powstał zarys świata. dalsze jego opisywanie mogłoby naruszyć tę równowagę świat/sowy, o której powyżej, a już teraz pada zarzut, że sów za mało…

A może po prostu pominąć czynnik ludzki i wszystko przedstawić z perspektywy sów/myszy/kota…

Próbuję to sobie wyobrazić po raz któryś, w różnych wariantach. Samo wycięcie scen ludzkich nie tylko zaciemnia świat, ale pozbawia tekst punktu wyjścia (wyłapywanie sygnałów UFO). Można część informacji przenieść na rozmowy między sowami, ale w dialogach jestem słaby. można też zwiększyć zakres infodumpów, ale to też źle… Zmuszacie mnie do rozkminy. Teraz będę siedzieć i myśleć.

Teraz będę siedzieć i myśleć.

A mógłbyś sobie tylko siedzieć :P.

 

Ale tak poważnie – skrobnąłeś temat, który da się rozwinąć do rozmiarów co najmniej mikropowieści. To teraz kombinuj ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Najgorsze jest to, ze otwarłem już plik z notatkami…

Choć pewnie i tak po ich sporządzeniu trochę odleżą…

Osiem sześć procent

?

dziewięć dwa procent

Ok, czyli zapis celowy. To jest 92 czy 9.2? Zupełnie nieczytelne. :(

zatonąć w odczuciu

Niespecjalnie to brzmi.

To tutaj wymieniały tutaj swą wiedzę

Trochę za dużo skakania między sowami, dzieckiem, a ludźmi. Jakoś z nikim nie mogłem się utożsamić, imion sowom nie dałeś, więc czułem się jakbym czytał relację z interesujących zdarzeń i świata, ale sama opowieść jakoś nie potrafiła mnie porwać.

Warsztatowo jest w porządku, pomysł ciekawy i z potencjałem, ale formą przedstawienia tego pomysłu coś mi nie zagrało. Zakończenie z kotem na plus. :)

 

Dzięki AC za opinię.

 

Kwestia procentów i podziału na sowy i ludzi pojawiła się już wyżej, jak widać więcej osób ma te wątpliwości. Z procentami jak wspomniałem wcześniej, wyszedł problem między tym, "jak by się zachowywali", a "co jest czytelne" – i muszę przyznać, że jest to problem trudny do rozwiązania, ale wcześniejsza pewność w tym zakresie już zupełnie ze mnie uleciała. Chyba faktycznie wariant "standardowej" liczby byłby czytelniejszy, a z drugiej strony porównuję sobie w głowie różne sytuacje życiowe, w których zdarza się używanie skróconych form… "Tutaj" poprawiłem, ale te procenty zostawię do czasu wyników w konkursie i dopiero wtedy je zmodyfikuję (Enderek, jeśli to czytasz, to właśnie składam ukłon i przepraszam za zbagatelizowanie sugestii).

 

A z tym utożsamianiem… W sumie nawet jeśli ktoś opowie się po stronie sów, to jest wątek ze snami i niedopowiedzenia o tym, co to wchodzenie w głowę oznacza. Jeśli ktoś opowie się po stronie ludzi – jest wątek z pisklętami. Szczerze mówiąc chciałem doprowadzić do sytuacji, by nawet po opowiedzeniu się po którejś stronie gdzieś w głowie było, że "moja strona też coś ma za pasem". Hm, kiedyś za łatwo wchodziłem w moralizowanie, teraz widać za mało wskazuję. Widać muszę jeszcze poćwiczyć umiejętność balansowania :-)

 

Czy z tą formą coś jeszcze, czy tylko te dwa wątki?

 

"jak by się zachowywali", a "co jest czytelne"

W tej kwestii osobiście stawiam na czytelność. Przypomina mi to opowiadanie (chyba) Starucha, w którym zwróciłem uwagę, że redukcja przekleństw zrobiłaby tekstowi dobrze, natomiast Staruch stał właśnie po stronie, że w pracy ludzie tak ze sobą rozmawiają i że to i tak wersja light.

Domyślam się, że (np.) na budowie kurwy sypią się gęsto, ale w opowiadaniu wystarczy jedna, czy dwie i kumam, nie muszę dostawać nimi w twarz co drugie słowo.

I tak, domyślam się, że w rzeczywistości wypowiedzi różnią się od tych w tekście, dlatego nie wrzucamy tych wszystkich “eee”, “nooo…”, itp.

Zmierzając w końcu do brzegu po tym przy długim wstępie – zdecydowałbym się jednak na osiemdziesiąt sześć, na które nikt nie zwróci uwagi, niż na osiem sześć, które może konfundować (a plusów zbytnio nie ma). :)

Czy z tą formą coś jeszcze, czy tylko te dwa wątki?

Tutaj bardziej mam na myśli, że zabrakło mi żywych bohaterów, z którymi mógłbym się zżyć, życzyć im dobrze lub źle. Konflikt, który zarysowałeś, jest dobry i zbalansowany, i jak sam określiłeś, każdy ma coś za pasem (chociaż chyba za uszami ;)). Tylko, że jest to dla mnie konflikt odległy. Nie mam z kim w tym konflikcie się zżyć, by chcieć wygranej danej strony. Mogę jednym kibicować, ale jak przegrają, to wzruszę ramionami. No cóż, trudno. A dobrego bohatera, z którym nawiązałem więź, już byłoby mi szkoda. A bezimienna, beztroska sówka i porucznik Krzywy to jednak trochę za mało.

Mam nadzieję, że teraz rozumiesz o co mi chodzi. :)

zabrakło mi żywych bohaterów, z którymi mógłbym się zżyć, życzyć im dobrze lub źle

Czyli w sumie mamy wśród czytelników dwie frakcje: kibicujący sowom i neutralni. Zawsze to więcej niż jedna frakcja :-) Chociaż wychodzi na to, że próby pokazania jak bardzo emocjonalna była łomykówka spaliły na panewce :/

Tylko, że jest to dla mnie konflikt odległy.

A temat inwigilacji nie jest "codzienny", a jednak "odległy"? ;)

 

Ale ogólnie chyba widzę w czym rzecz. Spisuję z głowy sceny, które mam zobrazowane bardziej od strony percepcji i wrażeń, niż od postaci. Co ma i plusy i minusy. Rzecz pokrewna do mojego problemu z dialogami… Trzeba będzie kawałek po kawałku nad tym pracować. Dzięki!

 

devil

Pomieszanie z poplątaniem, które w sumie było przyjemną lekturą. Zgadzam się z poprzednimi uwagami na temat scen z ludźmi – trochę tłumaczą świat, ale o wiele przyjemniejsze są fragmenty ze zwierzętami i o ich przyszłych paktach. Naprawdę podziałało na moją wyobraźnię. Myślę, że gdyby tekst o wiele intensywniej podkreślał relacje zwierzęce, a kwestię ludzką pozostawił bardziej enigmatyczną, byłoby ciekawiej. 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za komentarz Deidriu. Cieszę się, że mimo zastrzeżeń udało mi się wpłynąć na wyobraźnie – w końcu to jest w opowiadaniach najważniejsze :) 

 

Drakaino, witaj :) 

 

Nie podeszło, Wilku. Jeszcze początek był całkiem, całkiem. Ten weteran i kadetka całkiem fajni, chociaż baza i żołnierze trącali stereotypami jak diabli. I walka sowy z dronami też niczego sobie, ale później jest już słabiej.

Zarzuciłeś spory infodump. Z jednej strony to zrozumiałe, jakoś trzeba wytłumaczyć pierwszy fragment i o co w tym wszystkich chodzi, ale fakty brzmią zbyt sucho i jednocześnie, zbyt niedorzecznie dla mnie. Wiem, wiem, jesteśmy na portalu fantastyki, ale jakoś nie składało mi się to wszystko do kupy. Dalej robi się coraz bardziej absurdalnie, może i ciekawie, ale zdziwiony wyraz twarzy pozostał ze mną do końca.

Końcówka jest dobra, ten kot i otwarte drzwi do kolejnej historii i kolejnego wroga dla wroga ludzi. :) Coś w tym jest na plus, ale sumarycznie na konkurs, trochę za mało.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki Darconie za opinię. Od absurdów się nie odżegnuję, bo nawet mocno zastanawiałem się czy do tagów nie dodać własnie “absurd” albo inny surrealizm ;-) Poniekąd była to też trochę zabawa względem hasła “Unidentified Flying Owl”, jakie padło w wątku konkursowym ;-)

Cieszę się natomiast, ze udało mi się rozbudować dwie postacie (weterana i kadetkę) do tego stopnia, ze budzą pozytywne emocje. Lepsze to niż nic.

Huh laugh Dzięki :-) 

Ahoj, Wilku! 

 

Nawet w ich obrębie latano w grupach. Poza nie?

To “Poza nie?” wygląda tutaj jak urwana kwestia.

 

wyróżniał się z grupy czytając powieść.

Przecinek przed “czytając”.

 

W kółko tych samych, stróżówki zwykle nie miały dużo do roboty.

Tutaj moim zdaniem przydałaby się raczej półpauza albo średnik zamiast przecinka.

 

Czuje, jakby coś czytało w głowie. Potem sowa odlatuje.

Sowa czuje czy dziecko czuje?

 

– Maszyna starego typu odpada.

Ejj, co to jest “maszyna starego typu”? Będąc fachowcem na takim miejscu rzuciłbyś “maszyną starego typu” czy nazwą? A jeszcze lepiej – jakimś określeniem potocznym? 

 

a także fal psi – czegoś, co kiedyś było czystą fantazją.

Moim zdaniem niepotrzebny zabieg z tłumaczeniem, że rzeczy niemożliwe są niemożliwe.

 

– UFO – powiedział pod nosem kapral Krzywy. W chwilowej ciszy usłyszała go cała sala. Unidentified Flying Owl.

O ty śmieszku. :D

 

przekaz mentalny jak oczarowana.

Zaczarowana?

 

Na jakiś czas stali się nimi outsiderzy, którzy próbowali tworzyć autonomiczne wioski w głuszy. Brak udogodnień sprawiał jednak, że niemal wszyscy po kilku latach ponownie wprowadzali się do miast.

Ale że jak? Na początku toczyli z nimi regularne mordobicia, a potem… wpuścili ich do swoich miast? Z n-tymi pokoleniami urazy, bo “zabiliście mojego dziadka”? Toż to by się skończyło wojną domową.

 

Miejscach trudno dostępnych, położonych z dala od terenów cywilizowanych. Przede wszystkim jednak tak mocno zróżnicowanych pod względem biologicznym,

Coś mi tu zgrzyta. Miejsce – biotop – nie może być biologicznie zróżnicowane. To, co zasiedla dane miejsce – biocenoza – już owszem.

 

Z kwestii technicznych to chyba tyle. Bardzo ładnie odmalowałeś wątek wojenny oraz, co całkiem przypadło mi do gustu, odniosłeś się do naturalnych zależności panujących między zwierzętami. Natomiast psychologiczne podłoże całej intrygi uważam za niestety ciut niedopracowane. 

Po pierwsze – sowy i ich fale psi. Nie przeszkadza mi to, że nie precyzujesz, czy sowy zawsze takowe posiadały, czy też dopiero co je nabyły. ALE. Z jakiego powodu, skoro sowy CZYTAJĄ LUDZIOM W MYŚLACH, ludzie są na pozycji wygranej, bombardują ich osiedla, mają środki zaradcze? Przecież te sowy powinny być zawsze kilka kroków naprzód, powinny być nieuchwytne i być może wkrótce podbić Ziemię. W opowiadaniu spychasz je do roli ofiar walczących o byt – dlaczego, skoro posiadają kluczową wartość: informację?

Po drugie – sama koncepcja nienawiści skierowanej przeciwko sowom. Wytłumaczyłeś ją, niemniej argumentacja jest w moim odczuciu nieco naciągana. Współcześnie wiemy, że małe dzieci i inteligentne psy potrafią ze zdumiewającą dokładnością analizować nasz stan emocjonalny i dopasowywać do niego własne zachowanie. Zaczniemy je zabijać za próby manipulacji? 

Po trzecie – lekko zazgrzytało mi określenie naszych bohaterów – żołnierzy-sówek mianem “weterana” i “kadetki”. To nie były postaci drugo/trzecio/szóstoplanowe, które pojawiły się na trzy linijki. Nie wydaje mi się też, by ich anonimowość była specjalnie zastosowanym zabiegiem. W związku z tym dobrze byłoby, gdybyśmy mogli je identyfikować z jakiegoś imienia. :) 

Tak czy siak – całkiem niezły tekst, gratuluję i powodzenia w konkursie. :)

Dzięki Wiktor za lekturę i uwagi.

Biorę się za wyjaśnienie, ale też i polemiki :-)

 

Sowy i fale psi. Ludzie nie wiedzą czy sowy zawsze je miały. I tak naprawdę nie ma to dla treści żadnego znaczenia. Dlaczego sowy nie są "zawsze krok do przodu"? Hm, czy gdziekolwiek w tekście jest wspomniane jak głęboko sowy mogą wnikać w umysły innych gatunków, czy robią to równie szybko jak między sobą, na jaki zasięg to robią, czy na jawie mogą czytać (a nie tylko nadawać) wbrew woli odbiorcy? Nie ma, to wszystko pozostaje w sferze niedopowiedzianej.

 

Jest wzmianka o ujawnianiu intencji w trakcie rytuału Paktu, ale już przy zaglądaniu w umysły ludzi mowa jest o sennych wizjach i o przypuszczeniach. W żadnym miejscu nie pojawia się sugestia, że to działa jak u Profesora X w X-Menach, że można w każdej chwili wejść, wszystko rpzecyztać, pozmieniać i wyjść.

 

Naciąganie argumentacji… Ha, tu cała opowieść jest przekolorowana. Jak kreskówka. Albo jak bajka, tylko z momentami bardziej strasznymi i z dodatkiem współczesnej techniki w tle. Niemniej nie zgodzę się z twierdzeniem, że naciągane jest akurat to, jak łatwo kierować emocjami tłumu w konkretnym kierunku. Akurat manipulacje medialne, zwłaszcza w połączeniu z bigdatą, doskonale pomagają w manipulacjach, a sprawa Cambridge Analityci jest tylko jedną z wielu (bardziej znaną, ale nie jedyną). Trochę siedzę w temacie mediów i marketingu i szczerze mówiąc nieraz przeraża mnie jak łatwo tworzy się "informacje" i jak ludzie są przekonani, ze temu nie ulegają.

 

"Nie wydaje mi się też, by ich anonimowość była specjalnie zastosowanym zabiegiem"

Nie były anonimowe, ale imion nie miały celowo. Kto powiedział, że w tym świecie sowy mają imiona? Może to unikalny zwyczaj ludzi? :> A jedncoześnie i tak dostały "zamienniki" w postaci Puchacza i Płomykówki.

 

Biotop – cenna uwaga. Rzecz do poprawy, choć już po wynikach.

 

"Ejj, co to jest “maszyna starego typu”? Będąc fachowcem na takim miejscu rzuciłbyś “maszyną starego typu” czy nazwą? A jeszcze lepiej – jakimś określeniem potocznym?"

– Gorzej gdyby istniały różne maszyny starego typu. Tak czy siak tu akurat w grę weszła stylistyka. W kreskókach lubią hasła typu "drugiej generacji", "piątego poziomu", "starego typu" itp. Nie będę teog nadmiernie bronić, bo to, co wcześniej pisałem o procentach przemawia też za określeniami sloganowymi, ale… Wydaje mi się, ze to sformułowanie jednak tu pasuje.

 

"UFO”

"O ty śmieszku. :D”

No dostałem w wątku konkursowym challenge :P

 

"przekaz mentalny jak oczarowana.”

"Zaczarowana?”

Oczarowana. Dostała wgląd w percepcje weterana w trakcie manewrów i zafascynowało ją to.

 

"Ale że jak? Na początku toczyli z nimi regularne mordobicia, a potem… wpuścili ich do swoich miast?"

Nigdzie w tekście nie jest powiedziane jak objawiała się wrogość względem outsiderów, w jaki sposób wrócili do miast, jak długo byli poza nimi (zdradzę zakulisowy fragment świata: byli tam tylko kilka lat), ani czy wracali wszyscy naraz :-)

 

No. Pewnie nie przekonuję powyższym, ale tak widzę od mojej strony ;-) I bardzo fajnie, że to napisałaś, bo choć mam inne odczucie względem tych argumentów, to udzielając odpowiedzi zobaczyłem w głowie jeszcze wyraźniej klocki, z których ten świat jest zbudowany – a to zwiększa szanse na napisanie w przyszłości innych epizodów w tym universum :-)

 

Dzięki raz jeszcze!

 

Witaj Bellatrix. Mam nadzieję, że wyłowiłaś w scenie ze snem obecność sowy w wersji Battle i w wersji Evil ;-)

 

Tak, miałam przed oczami ten filmik, gdy czytałam opis :)

I would prefer not to.

Dobry wieczór!

Wreszcie konkrety w miejsce pohukiwania :)

 

Nie ukrywam, że jest to jedno z moich ulubionych opowiadań w tym konkursie. Podobała mi się fabuła z lekkim przymrużeniem oka, a bardzo – przewrotne zakończenie. Ktoś tu pisał o kreskówkowości – dla mnie to jedna z zalet tego tekstu. Podobnie jak dość niespodziewane wykorzystanie w tej niemalże bajce zwierzęcej elementu sci-fi. Nie będąc nowy, zyskał tu bardzo interesujący wyraz. Napisałeś coś, co jest i fabularnie, i pod względem postaci, lekko przerysowane, takie pastiszowe, ale trzyma się kupy.

 

Gdyby były dwa wyróżnienia od każdej z jurorek – to byłoby moje drugie wyróżnienie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki Drakaino za komentarz. Oprócz sci-fi jest jeszcze jeden trop "innogatunkowy", na razie jeszcze chyba nikt tego nie wyłapał (oprócz osób testujących poza portalem), choć było bardzo blisko.

Kurde, myślałam, że skomentowałam wszystkie teksty =.= 

Trzeba było PMkę wysłać.

 

To był jeden z tych tekstów, które, jak dla mnie, ucierpiały na ograniczonym limicie.

Samo starcie sów z dronem bardzo fajne, ale potem zaczynasz opowiadać historię na zasadzie sprawozdania – że wojny energetyczne, że sanktuaria i polowanie a potem znowu powrót do akcji i zupełne odbijacie w bajkę z paktowaniem z królową myszy, zapowiedzią kolejnych paktów, a szybką i wygodną masakrą ludzi.

 

Ta historia świata z jednej strony była ciekawa, ale w tej skrótowej formie wygląda bardziej jak szkic i tak po prawdzie, to nie wiem, czy naprawdę była potrzebna – niewiarę i tak trzeba zawiesić od pierwszej sceny, a lekkie przesunięcie w alternatywny świat w którym wojna z sowami trwa od zawsze i można szaleć ze zwierzakami ;)

Ale, to może być kwestia tego, że czytam więcej nie-fantastyki, gdzie nie trzeba tłumaczyć, jak działa świat przedstawiony i dlatego takie opisy zwracają moją uwagę?

I would prefer not to.

Ciekawe wrażenie. Bo mojego raczej nie skomentowałaś;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki za komentarz, Wybrańtzyni. Z tymi “sprawozdaniami”… Cóż, byłem kiedyś dziennikarzem, czasem nadal bywam, co ma odbicie w tym, jak piszę :) W sumie o ile mógłbym mocniej rozciągnąć ten świat (o inne wątki, o inne historie w nim się odbywające, o przeszłość i przyszłość), to już tej konkretnej opowieści, ale mam mocne wrażenie, że to by się bardziej sprawdziło jako osobne teksty w jednym uniwersum, niż jako rozgałęzienia tego.

A jak zamówiony watek UFO? :P

Marasie, dzięki za obszerny i rozbudowany komentarz! XD

Jakby co, to ja poproszę te “osobne teksty w jednym uniwersum” :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ok :-) 

 

Nawiasem mówiąc to moje drugie uniwersum z sowami. To pierwsze też nadaje się do rozbudowy (i pewnie szybciej się jej doczeka). Osobna rzecz, że to pierwsze w samych swoich założeniach ma niepełna wiedzę o świecie, czyli na portalu by przepadło :D 

Wrócę, Wilku. Obiecuję.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wzywam reflektory!

Cóż, byłem kiedyś dziennikarzem, czasem nadal bywam, co ma odbicie w tym, jak piszę

Ale ja o tym nie wiem!

Tzn, teraz już wiem, ale nie wiem, jak czytam ;)

I nie chodziło mi tyle o rozciąganie tej opowieści, ile raczej o inne wyważenie wątków, bo ciekawe, a – jak dla mnie – zbyt ściśnięte.

 

A UFSów piękny ;3

I would prefer not to.

I tu już w grę wchodzi rzecz nie do przeskoczenia, bo jedni wolą rozbudowywać, inni kompresować :-) Trochę jak dyskusja o tym, czy lepsze są harleye, czy ścigacze :D 

 

Zakręcone. To jedna z takich wizji świata, w której odbiorze trzeba zawiesić niewiarę baaarddzo wysoko. To znaczy, że autor w celu uwiarygodnienia sytuacji wyjściowej swojej opowieści (myślące sowy i inne zwierzęta, wojna ludzi z sowami, świat zamkniętych miast) musi stworzyć naprawdę karkołomną i wydumaną historię. I teraz od innych atrakcji zawartych w tekście zależy, czy odbiorca to kupi i będzie się dobrze bawił. To bardzo cienka granica i ja na przykład balansowałem na niej podczas lektury przez cały czas. Wciągały sceny powietrznej potyczki czy w bazie ludzkich żołnierzy, a paradoksalnie wybijały ze świata infodumpy objaśniające ten świat kawa na ławę.

Ta karkołomna koncepcja świata rzeczywiście przypomina w pewien sposób japońskie anime. To właśnie Japończycy wymyślają takie rzeczywistości jak ta z "Ataku Tytanów" czy "Gantz: O". Logiki tam mało, ale gdy wyłączy się myślenie, rozrywka okazuje się niezła.

U Ciebie, Wilku, najciężej było uwierzyć, że to akurat sowy stają się takim wrogiem, z którym toczy się regularne wojny. Ok. Mają swoje moce (inne zwierzęta też, jak się okazuje), ale ile tych sów jestem na świecie i ile może być po wyniszczających ludzkich wojnach? Albo to, że myszy też myślą i nie radząc sobie wcześniej z jedynym kotem potrafią, niczym za Popiela, rozprawić się z ludźmi w trymiga na zawołanie swoich największych naturalnych wrogów – sów. No i kiedy te zwierzęta zaczęły tak kombinować i gadać między sobą? Zawsze to potrafiły czy to wynik jakichś mutacji powojennych??

Takich "absurdów" fabularnych jest jeszcze kilka.

Inna sprawa, bardziej techniczna – w żaden sposób nie powiązałem sceny z dzieckiem z jednym z żołnierzy. W życiu bym się nie domyślił, że to retrospekcja.

Za to masz u mnie wielki plus za scenę starcia z dronami i przewrotne/otwarte zakończenie z kotem.

Ogólnie to zakończenie było takie bajkowe nieco, podobnie jak Mysia Królowa i kilka innych akcentów. I to mi się jakby gryzło z konwencją reszty opowiadania. Niby wojny energetyczne, walki międzygatunkowe, wykańczanie ludzi w finale, a tu jakby bajka. Totalny miszmasz i sam nie wiem, czy to kupuję. Jednak, nie licząc zgrzytów infodumpowych lektura ogólnie nawet intrygująca.

 

Poniżej kilka momentów, w których coś moimi zdaniem nie zagrało:

 

 

Nawet w ich ob­rę­bie la­ta­no w gru­pach. Poza nie? Tylko w zor­ga­ni­zo­wa­nych dru­ży­nach (…).

 

– to "Poza nie?" strasznie wybija z lektury i jest totalnie nierytmiczne. Dziwna zagrywka narratora. 

 

Gdzieś ponad nimi prze­su­wa­ły się chmu­ry po noc­nym nie­bie, z boku po­wie­wał lekki wie­trzyk. Cel znaj­do­wał się może o jedną szó­stą ob­ro­tu od ich fron­tu – le­cie­li bo­wiem lek­kim łu­kiem, aby cały czas trzy­mać się nad gęst­szą czę­ścią lasu. Czub­ki drzew le­ciut­ko drga­ły, po­ru­sza­ne spo­koj­nym ru­chem po­wie­trza. 

 

– lekki, lekkim, leciutko – powinieneś wzbogacić słownictwo dotyczące lekkich kwestii ;)

 

Już nie na­stro­szo­na, teraz wy­cią­ga się w górę, jakby chcia­ła uro­snąć, owija wła­snym skrzy­dłem jak płasz­czem. Czuje, jakby coś czy­ta­ło w gło­wie. Potem sowa od­la­tu­je.

 

– rozumiem, że to chłopiec czuje. Ale z tekstu wynika, że sowa, bo zgubiłeś podmiot.

 

 

Nikt nie za­wra­cał sobie głowy pod­no­sze­niem prze­wró­co­nych w po­śpie­chu dwóch krze­seł…

 

– po co to "dwóch"? 

 

 

Pierw­szy raz wi­dzia­ła, żeby ja­ka­kol­wiek sowa – zwłasz­cza z tak du­że­go ga­tun­ku, jak pu­chacz – była zdol­na do tak szyb­kich ru­chów. 

 

– z tak dużego, do tak szybkich – można zgrabniej.

 

Była prze­ra­żo­na. Gry­zo­nie miały tu prze­wa­gę, ja­kiej za­wsze im bra­ko­wa­ło na otwar­tej prze­strze­ni. Na ze­wnątrz uda­wa­ła jed­nak spo­koj­ną.

 

– "na otwartej przestrzeni" i zaraz obok "na zewnątrz" – przez taką zbitkę można się pogubić w sensie zdań.

 

Myszy wcho­dzi­ły do bu­dyn­ków w każdy moż­li­wy spo­sób. Ota­cza­ły ludzi i rzu­ca­ły się na nich. Kto miał szczę­ście – umie­rał zanim zdą­żył się obu­dzić. Wielu od­zy­ski­wa­ło przy­tom­ność, by z krzy­kiem mio­tać się, strą­cać z sie­bie na­past­ni­ków, a chwi­lę potem padać na ko­la­na, gdy w końcu gry­zo­nie do­bie­ra­ły się do ścię­gien. Pe­chow­cy zy­ski­wa­li chwi­lę na­dziei, jeśli w mo­men­cie ataku aku­rat nie spali. Część z nich nawet zdo­ła­ła wy­biec na ulicę – tylko po to, by za ro­giem tra­fić na (…) 

 

– hmm. Przyznam, że cały ten opis jest nieco groteskowy. Wychodzenie na każdy możliwy sposób (na szczudłach też?), otaczanie i rzucaniem się na ludzi… No i najsłabsze z tego: wielu odzyskiwało przytomność (słabe określenie na wybudzenie ze snu), by z krzykiem miotać się, strącać z siebie napastników, a chwilę potem padać na kolana.

Kurcze. Opisując grupowe działania i stosując taką formę narażasz się na efekt komediowy. Czytelnik wyobraża sobie jak po kolei ludzie wykonują te same czynności i to wcale nie przypomina opisy chaotycznej walki o życie.

 

Dopiero po upadku dawnego porządku, gdy w miastach zaczęły rozprzestrzeniać się myszy, do szerokich mas dotarło, jak wiele chorób potrafi czynić szkody i jak szybko się one rozprzestrzeniają.

 

 – a tego zdania nie rozumiem na poziomie sensu i konstrukcji.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki Marasie za obszerny komentarz, zawierający zarówno plusy, jak i minusy :-)

 

Na wstępie: czy przy gadających zwierzakach poprzeczka niewiary zawsze musi być wysoko? Tutaj jest, ale są przykłady, gdzie nie :-) Księga Szerni ma gadające koty i sępy – i tam jest to w klimacie w klimacie low fantasy ;-) No, ale to jednak zupełnie inna liga, wiec tylko jako dygresję wspominam ;-)

 

Co do wątku surrealizmu – nie da się ukryć, z e jest on tu w samych założeniach, a we wstępie go nie wspomniałem, bo… wzmianka o samej animacji chyba wystarcza, dodatkowe naprowadzanie byłoby już czymś za dużo. Punktem wyjście opowiadania było rozwinięcie skrótu UFO, wiec wiadomo ;-)

Teraz co do niektórych kwestii przez Ciebie wymienionych:

Wstawki historyczne… Ciekawe, ze wspominasz o Ataku Tytanów, bo to jest własnie przykład animacji, w której sekcje informacyjne się pojawiają. Co prawda znacznie krótsze i mniej dokładne, ale zarazem znacznie mocniej wywołujące efekt sinusoidy w odbiorze (nagła zmiana tempa, kolorystyki, przerwa w dźwięku, zamrożenie ekranu, inna stylistyka obrazu). tutaj nie chciałem iść w aż tak dużą różnice, ale jakaś zmiana tempa musiała być. W głowie miałem zresztą własnie inną “muzykę pod background” dla scen głównych i scen historycznych.

Co jednak istotne w tych scenach historycznych… W niektórych animacjach (w Ataku Tytanów tylko częściowo, mocno np. w Neon Genesis Evangelion) są powstawiane elementy komentarza społecznego. Co ciekawe – w Evangelionie bardzo rzadko w recenzjach ktokolwiek o tym wspomina. Podobnie tu, wyszło na to, że do tej pory tylko jedna osoba (nie z portalu) wychwyciła pewne wkamuflowane elementy. Nie będę tego wskazywać palcem, bo spoilerowałbym ewentualne opowieści poboczne, ale są to elementy istotne. Z drugiej strony właśnie te elementy są w pewnym stopniu uzasadnieniem wrogości wobec sów. Ale mimo to nie będę tego ujawniać, bo niezależnie od tego uzasadnienia, ewentualny jego brak i tak wpisuje się w rozwiązania podobne do tych z “Ataku Tytanów”.

A ile sów musi być… Nagłe wykończenie wszystkich spowodowałoby konieczność szukania nowego przeciwnika. Myszy nieradzące sobie z kotem – gdy są w pojedynkę, nie gdy w stadzie – tu się przypomina historia kotów wręcz trenowanych do łapania szczurów, które wpuszczono po powodzi stulecia do kanałów na Śląsku. Uciekły przed szczurami. Kombinowanie zwierząt… oj, w etologii jest wiele przykładów kombinowania, ale nie o nich jest to opowiadanie. To wszystko to jednak już tylko racjonalizacje – bo jednak ten tekst “poza animację” wyjść nie miał.

 

Co do sceny z dzieckiem – wspomniałem jako ciekawostkę, że to postać Krzywego, ale co do braku powiązania – tutaj akurat fakt, ze to on kompletnie nie ma znaczenia dla fabuły. Po prostu tak to w głowie wymyśliłem, ale skoro dla realizacji nie miało znaczenia, to już nie ciągnąłem. Chociaż… może powinienem, np. wzmiankując, ze przysnął nad książką i przypomniało mu się coś takiego.

 

z faktycznych absurdów, to mi jako autorowi zgrzyta fragment jak najbardziej “z animacji”, jakim jest to, że dron po zderzeniu z innym obiektem nie spadł, ale o tym wspomniałem już w pierwszym komentarzu. W sumie tu musiałem mocno pokombinować jak w tej scenie zmieszać realizm, dynamikę i dramaturgię z tym, żeby to nie było “bum i koniec”.

 

Dużo tu zresztą rzeczy wmieszałem – od pseudobajki po wspomnianego “ukrytego komentarza w tle” dla bardzo dociekliwych. Od absurdów, po próby stworzenia czegoś nastrojowego (zupełnie pierwsza scena). Sceny realistyczne i jedna oniryczna. I do tego sąsiadujące ze sobą światy.

 

Groteska przy scenie z myszami… Scena w całości była pewnym eksperymentem literackim, rozumiem, ze nie do końca udanym. Bo nie ukrywam, ze element groteskowy miał być (czego sygnałem jest krzyk oficera, który siedział na kiblu), ale zaraz zmieniać się w grozę. Tu widać metamorfoza poszła nie tak jak planowałem, trudno :(

 

No, generalnie część rzeczy będę tu bronić, ale jednocześnie inną część wskazanych słabych punktów przyjmuję jako cenną naukę :-)

 

Ech, ci ludzie, zawsze muszą sobie znaleźć jakiegoś wroga. Sowy wymyślili, a kotów nie zauważyli ;)

Opowiadanie jest nierówne. Są fragmenty bardzo zgrabne, ale są i słabsze. Najlepiej wyszło starcie Puchacza z dronami, faktycznie miałam przed oczami sceny a’la anime. Tylko jeszcze powinien po zderzeniu pocisków zrobić się dym, a na koniec Puchacz powinien z niego wylecieć, z charakterystycznymi ‘krateczkami’ i wzrokiem mściciela. Zrobiło mi się smutno, że jego los potoczył się inaczej. Nie mogę też nie docenić “battle owl” i transformacji w “evil owl” :) choć ten fragment w kontekście fabuły nie był niezbędny, pokazanie zdolności sów lepiej było wpleść gdzieś w tekst, zamiast dawać scenę z dzieckiem (no i to mieszanie czasów… ten teraźniejszy mnie wybijał z rytmu czytania). Wykorzystanie “UFO” jako Niezidentyfikowanej Sowy Latającej też zauważyłam :)

Niestety, choć dotarłam z komentarzem dość późno, w tekście jest jeszcze trochę usterek technicznych. Literówki jak np. tu: “zmysł nocnych paków”, niezręczności gramatyczne: “analiza daje dziewięć dwa procent, że jeden.” – dłuższą chwilę musiałam zastanawiać się, o co chodzi w tym zdaniu, a “dziewięćdziesiąt dwa procent” zamiast “dziewięć dwa” znakomicie ułatwiłoby mi zrozumienie. “Opuszczały je z rzadka, wędrując tylko do śmietnisk i wysypisk, po czym szybko chroniąc się z powrotem w bezpiecznym obrębie kanałów. Strach ten zakorzenił się w nich tak głęboko” – wynika, że strach zakorzenił się w kanałach. I to nie są wszystkie zgrzyty, na których się potknęłam.

Najsłabiej moim zdaniem wypadły fragmenty z wyjaśnieniami. Miałam wrażenie, że zbyt dogłębnie starasz się wyjaśnić czytelnikowi co i dlaczego się stało. Zamiast dość obszernych odnarratorskich zrzutów informacyjnych, wolałabym mieć ten świat nakreślony niejako między wierszami, poskładać sobie historię sama.

Z rzeczy odnośnie logiki fabularnej, czemu kadetka pierwszy raz wystawiająca dziób z Sanktuarium dostała tak ważną misję i skąd w ogóle wiedziała jak rozmawiać z myszami?

Końcówka z kotem dobra. I to przesłanie, że “war must go on” brzmi boleśnie autentycznie.

Temat sów zrealizowany, sowy obecne dosłownie.

Dzięki Bella – komentarz późny, ale warto było czekać, skoro tak obszerny :-)

 

Z tymi procentami przekonaliście mnie ostatecznie, że jednak postawienie na żargon może być nieczytelne.

Co do wysłania kadetki… braki kadrowe po ostrzale rakietowym sowiego Sanktuarium, przy jednoczesnej niepewności  czy za chwilę nie pojawi się nowy problem (sowi dar nie działa na odległość wielu kilometrów).

Nowa Fantastyka