- Opowiadanie: El Lobo Muymalo - Ptasie Strofy

Ptasie Strofy

Czy sowy i skowronki mogą żyć w zgodzie? Jakie warunki (o których się ornitologom nie śniło) należy spełnić, by do tego doszło? Ile prawdy zawierają w sobie głupie wierszyki? Przeczytajcie sami.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ptasie Strofy

Są tu na tym świecie i skowronki, i sowy

Nie jest to, przyznacie, porządek wcale nowy.

Skowronki są ludźmi. W świetle dnia sobie żyją

Na noc spać się kładą, o świcie twarze myją.

 

Sowy natomiast, jak sama nazwa wskazuje,

To nocne stworzenia i latający zbóje,

Dziećmi nocy zwane, czy też ludźmi-sowami

I sowimi przeto trzepoczą skrzydłami.

 

Plemiona te trwają w wiecznej niezgodzie,

Na styku dnia i nocy drugiego jeden bodzie.

Jednak rozejm być może, tak się sprawa przedstawia,

Gdy w nocy z sowami skowronek porozmawia.

 

Nie próbujcie jednak, człeki, tego dokonać

I ten wiersz jest po to, żeby was przekonać.

Sowy zrobią wam, gdy was po zmroku spotkają

To, czego wszystkie ludy tak bardzo się lękają.

 

*

 

– Naprzód, skowronki! – wrzasnął nadworny komes i wzniósł miecz. Chrzęszcząc wojennym rynsztunkiem, pancerne szeregi wojów rozpoczęły natarcie.

 

*

 

Szczyt pobliskiego wzgórza zajął władca ludzi, czyli "skowronków", książę Arvensis. Otoczony rycerzami gwardii, obserwował potyczkę. Widok nacierającej armii sprawił, że oblicze wodza rozjaśnił szczery uśmiech.

 

*

 

Zagrały bojowe rogi. Ciężkie kopijnicze rumaki niosły pancernych. Za nimi, równym krokiem, maszerowała karna piechota. Ostrza spis, gizarm i berdyszów odbijały promienie zachodzącego słońca.

– Czy wasza miłość jest pewna, że chce na własne oczy oglądać starcie? Widok może być drastyczny – zauważył jeden z gwardzistów księcia.

– Iii tam! Popatrz tylko. – Arvensis szturchnął rycerza łokciem. – Przyuważ sobie. Zaraz ich przepędzą na cztery wiatry. Zmiażdżą. Na proch zetrą.

Jak gdyby na przekór oczekiwaniom księcia Arvensisa, na niebie pojawiło się nagle kilkadziesiąt osobliwych postaci. Były człekokształtne i uzbrojone w łuki, posiadały wielkie żółte oczy. Rozłożyste skrzydła, którymi machały wolno i majestatycznie, wyglądały jak, nie przymierzając, skrzydła sowie.

– Nic to! – odpowiedział książę Arvensis rycerzowi gwardziście, choć rycerz gwardzista o nic nie zapytał. – Nic się nie dzieje! Tym razem ich mamy.

Zaśpiewały cięciwy setek łuków – latający wojownicy zasypali armię skowronków gradem strzał.

Jakaż wtedy powstała wrzawa! Gdy tylko żelazne groty zastukały o zbroje atakujących, spłoszone konie zaczęły rżeć, gryząc się nawzajem, wierzgać, zrzucając jeźdźców, a odciążone umykać panicznie, przewracając tych wojowników, którym po upadku z siodła udało się jakoś stanąć na nogach.

Książę Arvensis zdał sobie sprawę, że obgryza paznokcie. Jego aparycja zdecydowanie ucierpiałaby przy tej czynności, gdyby władca nie miał na dłoniach pancernych rękawic.

Tymczasem rycerze wypadali z siodeł, spanikowany pieszy lud potykał się o drzewce własnych spis, gizarm i berdyszów, a sowie strzały nieprzerwanym deszczem sypały się z góry.

Książę zazgrzytał zębami tak głośno, że gwardzista spojrzał na niego zaniepokojony.

– Kusznicy! – Arvensis zaryczał jak ranny łoś.

Przyboczny natychmiast pocwałował przekazać rozkaz. Chwilę później, przeszywając powietrze, zagwizdały ciężkie bełty.

Wiele pocisków sięgnęło celu – z poszatkowanych skrzydeł sowoludzi posypały się pióra. Niejeden lotnik utracił siłę nośną i runął ku ziemi, kończąc lot w niegłębokiej rzeczułce lub nawet w pokrzywach.

Rozpoczęto wtenczas walkę wręcz. Zdolni jeszcze do lotu ludzie-sowy, pikując, rozpoczęli szturm szeregów skowronkowej armii. Zaczęła się jatka. Pardonu nie dawano. Miecze dzwoniły o stalowe hełmy, topory łomotały, krusząc tarcze.

Jeden z rycerzy, pan Rumyk Rolak, któremu sowia maczuga wgniotła hełm tak niefortunnie, że nic nie widział, kręcił się bezradnie w kółko. Zapamiętały we wściekłości, siekł mieczem równo tak wrogów, jak sprzymierzeńców.

Sowoludzie, dzięki zdolności latania, uderzyli na obóz skowronków od tyłu. Przepędzili kucharzy, zrabowali spanikowane świnie, pod namioty podłożyli ogień.

Książę Arvensis złapał się za serce.

Najgorsze jednak miało dopiero nastąpić. Wykorzystując zamieszanie, kilku sowoludzi dopadło wozu wyładowanego winem (przygotowanym na wypadek zwycięstwa). Książę Arvensis bezradnie patrzył, jak napastnicy rabują stągwie i antały pełne cudownego nektaru. Naczynia, których zabrać nie zdołali, rozbili o ziemię. Wóz wywrócili. Strugi czerwonego i białego wina jak jeden mąż wsiąkały w glebę, niczym krew w bitewne pole.

Miarka się przebrała.

– Doooooość!!! – wrzasnął książę Arvensis. – Dość! Pardonu! Trzeba zakończyć tę wojnę!

Potrząsnął za ramiona rycerza gwardzistę, jak gdyby pokój zależał od tego nieszczęsnego wojaka.

– Od tysiąca lat tłuczemy się po łbach, rozumiesz? – trajkotał władca. – A ja dopiero teraz zobaczyłem na własne oczy, jak to wygląda. Dość tej błazenady! Kto ukoi samotne wdowy, kto użyźni wypalone ziemie, kto wróci nam zmarnowane wino?

Po ostatnich słowach książę ukrył twarz w dłoniach.

 

*

 

Z pola bitwy dobiegały ostatnie już odgłosy siekaniny. Armia skowronków uciekała w popłochu, mając dość mordobicia.

Księcia Arvensisa nagle olśniło. Uniósł głowę.

– Zawrzemy pokój! – obwieścił.

Rycerz gwardzista wystraszył się, że hegemon znów zacznie zadawać dziwne pytania. Nie pomylił się.

– Weźmy nasze Ptasie Strofy – kontynuował władca. – Zawierają opis wojny między skowronkami a sowami, czy tak?

– Nie inaczej, panie.

– A czy jest też mowa o rozejmie?

– Tak, pan… Ale zaraz, co wasza miłość ma na myśli? Owszem wzmianka jest, a jakże, tylko że zaraz przed wzmianką o tym, co sowoludzie zrobią, jeśli spotkać ich w nocy. Jak to szło? Sowy zrobią wam, gdy was po zmroku spotkają, To, czego wszystkie ludy tak bardzo się lękają. Strach pomyśleć o jakich wymyślnych torturach jest tutaj mowa.

– Ech… – Książę Arvensis machnął ręką i spojrzał na splugawiony wóz z winem. – Muszę zaryzykować. Pokój jest najważniejszy. Ktoś winien położyć kres tym swarom. O co my w ogóle walczymy?

– Wasza miłość – Gwardzista nie uznał pytania za retoryczne – walczymy, aby sowy nie zrobiły nam tego, czego wszyscy się lękają. To chyba oczywist…

– Iii tam. – Arvensis machnął ręką. – Co takiego strasznego mogą nam uczynić? Zresztą muszę najpierw omówić ten plan z księżną Alaudą. Co, rycerzu, z czego to się śmiejecie? Mówcie otwarcie, co macie na myśli. Tak, właśnie tak, omówić z księżną Alaudą, nie prosić ją o pozwolenie, co to, to nie. Ależ skąd. Chcę zwyczajnie poznać różne punkty widzenia na sprawę. Nie odwracajcie twarzy, przywołuję was do porządku, jesteście książęcym gwardzistą! No, prowadźcie do zamku, mam dosyć tych bitew. Zimno się robi.

 

*

 

– Słucham?! – wrzasnęła księżna Alauda. – Że jakie słowa wierszyka?!

– Nie wierszyka, kochanie, lecz wiersza. Prawda zawarta w Ptasich Strofach pozwoliła mi…

– Prawda zawarta w rymowance do straszenia dzieci?!

– Moja droga, Ptasie Strofy mają lat bez mała tysiąc, to po pierwsze, nie jest to więc byle jakiś tam wierszyk. Po drugie – w okropności, które rzekomo mają wyczyniać ludzie-sowy, akurat wierzymy…

Alauda palnęła pięścią w stół, aż zabrzęczał świecznik, a płomienie świec zadrgały.

– Wierzymy w to – cedziła przez zaciśnięte zęby – co pozwala nam przetrwać.

– Ale jakim kosztem! – zawołał Arvensis – Przez tę wiarę od lat prowadzimy wojny! Ani chwili wytchnienia. Nie wychodzimy z domów po zmroku, bo obawiamy się sowoludzi. A jeśli one wcale nie są groźne, tylko rozjuszamy je naszymi podchodami, oblężeniami, szturmami? Nikt nie sprawdził, jak jest naprawdę.

– Nikt nie sprawdził jak jest naprawdę – przedrzeźniła księcia księżna, udając głos rozwydrzonego dziecka. – No tak. Oczywiście. Nikt nie sprawdził, co takiego okropnego zrobią mu sowy. Nikt nie poszedł dobrowolnie na śmierć w męczarniach, ale widzę, że chcesz być pierwszy. Czyś ty już do reszty zdurniał? Wyślij chociaż jakiegoś rycerza, niech zyska pośmiertną sławę. O, pan Errryk nie ma żony ani dzieci, a jego zameczek jest całkiem, całkiem.

– Nie mogę! – Arvensis padł przed żoną na kolana. – Nijak nie lza! W takiej sytuacji obowiązkiem przywódcy jest ryzykować tylko własnym życiem. Zresztą…

– Zresztą nikt inny nie uwierzyłby w te bzdury. – Alauda uśmiechnęła się ciepło jak żmija zygzakowata.

Książę odchrząknął.

– Małżonko – zaczął ze ściśniętym gardłem – ja…

– Musisz.

– Muszę. Dla dobra kraju.

– Ech, żebyś ty w alkowie był taki zdeterminowany. Nie potrzebowalibyśmy nadwornego komesa… – dodała pod nosem.

– Co powiedziałaś, kochanie?

– Nic, nic. Trudno, nie będę cię zatrzymywać. By tego dokonać, musiałabym zamknąć cię w wieży. Aha, Arvensis.

Zatrzymał się z ręką na klamce.

– Tak, moja pani?

– Mam nadzieję, że spisałeś już chociaż testament? Nie chcemy przecież, by tyle dobra się, hmm, zmarnowało.

 

*

 

Ze zgrzytem i chrzęstem łańcuchów, zwodzony most uniósł się i zatrzasnął. Brama miasta została zamknięta.

Książę Arvensis z trudem przełknął ślinę. Niepewnie ruszył przed siebie.

Aby spotkać sowoludzi, musiał oddalić się od murów poza zasięg strzału z łuku czy kuszy. Żadne z dzieci nocy nie podeszłoby do miasta na mniejszą odległość.

Robiło się ciemno, niebo szarzało i rozbłysły pierwsze gwiazdy. Arvensis szedł gościńcem. Rosa na trawie i liściach drzew skrzyła się w świetle księżyca.

Kiedy książę odszedł już wystarczająco daleko, zatrzymał się przy samotnym rozłożystym grabie, obok którego po zmroku widywano schadzki i spotkania sowoludzi.

Nagle Arvensis struchlał. Żołądek zawiązał mu się w węzeł szotowy, a włoski na karku stanęły dęba jak spłoszone konie.

Między rozłożystymi korzeniami grabu, wyglądającymi jak koścista, wysuszona łapa olbrzyma, leżały rozsypane kości. Kawał klatki piersiowej wraz z żebrami, kolekcja czaszek i wysyp pomniejszych kostek i kosteczek.

Książę mimowolnie krzyknął. Opanował się dopiero po chwili.

Co go w ogóle podkusiło, żeby spotykać się z sowami osobiście? "Obowiązkiem przywódcy jest ryzykować własnym życiem". Co za brednie. Mógł posłać pana Gnoryka, on się dobrze bije na miecze. O, albo nie, albo lepiej pana Hemoryka, ten jest tak ślepy, że niczego się nie boi, nigdy nie widzi przeszkód…

Przez krótką chwilę Arvensis chciał nawet zawrócić, ale kiedy spojrzał w górę, przekonał się, że na rezygnację z przedsięwzięcia było już za późno.

Na ciemnoszarym niebie pojawiło się kilkanaście czarnych kropek. Rosły bardzo szybko i po chwili książę dostrzegł już ich poruszające się skrzydła. Dodatkowo wokół jednego z punktów łopotało na wietrze coś przypominającego kawałek materiału.

Arvensis ani się obejrzał, a ludzie-sowy wylądowali wokół niego, nie wydając przy tym najmniejszego dźwięku.

Stwory nosiły srebrzyste hełmy błyszczące w świetle księżyca. Za broń służyły im smukłe miecze i krótkie łuki. Ich jasne ciała z brązowymi cętkami oraz długie, sterczące brwi upodabniały je do puchaczy w kolczugach.

Najwyższy człowiek-sowa, noszący czerwony płaszcz dziesiętnika, postąpił krok naprzód.

– Oho – zaskrzeczał nieprzyjemnie – a co tu robi skowronek?

Arvensis w zasadzie nie chciał tego mówić, ale jakoś tak samo mu się powiedziało:

– Czy płaszcz nie przeszkadza ci w lataniu?

Rysy dziesiętnika stężały, wielkie czarne źrenice zwęziły się złowrogo.

– Czego tu szukasz? – warknęło dziecię nocy. – Guza? Po coś przylazł, dniolubie?

– Zaprowadźcie mnie, proszę, do sowiego króla – odparł książę. – Mam dla niego propozycję. Otóż – Tu Arvensis uniósł palec wskazujący – w Ptasich Strofach napisano: Jednak rozejm być może, tak się sprawa przedstawia, Gdy w nocy z sowami skowronek porozmawia.

Sowy roześmiały się rubasznie, a śmiech ten był złośliwy.

– Chcecie rozejmu? – zapytał dziesiętnik. – A może jeszcze bratniej przyjaźni, co? To na pewno podpucha. Fortel, oszustwo i manipulacja w jednym. Mam dla ciebie lepszą propozycję. Chcesz, żeby było jak w Ptasich Strofach? No, to będzie!

– Co to znaczy? – zapytał Arvensis, czując jak żołądek podjeżdża mu do gardła i o mało nie wyskoczy ustami.

– To znaczy – człowiek-sowa wybałuszył żółte oczy – że cię zeżremy!

Dzieci nocy znów zarechotały.

– A co myślałeś? – jeszcze nie skończył dziesiętnik. – Że co niby oznacza zapis: Sowy zrobią wam, gdy was po zmroku spotkają, To, czego wszystkie ludy tak bardzo się lękają? My zjadamy inne rasy na kolację, a uwierz mi, że każdy, ale to każdy lęka się bycia zjedzonym na kolację!

Arvensisowi – książę sam nie wiedział, jakim cudem – wpadła do głowy absurdalna w tej sytuacji myśl, właściwie pytanie: czy stosunek zjadanego do bycia zjadanym zależny jest od pory spożywania go jako posiłku?

Sowi wojownicy zatrzepotali skrzydłami i wznieśli się w powietrze.

Jeden z wojowników spikował i złapał Arvensisa za ramiona wielkimi szponami. Poderwał go w powietrze. Ziemia zaczęła oddalać się, a wszystkie lasy, rzeki i domy zdawały się coraz mniejsze i mniejsze. W okamgnieniu książęca forteca była maleńka jak zamek z piasku.

Arvensisowi zawirowało w głowie.

Cała grupa sowich wojowników poleciała w kierunku półksiężyca, ku górom.

– Dajcie mi porozmawiać z waszym królem! – wrzasnął książę, aż jego głos przeszedł w falset. – Tylko tyle! Potem możecie mnie zjeść, ale zaprowadźcie mnie do niego!

Wzlecieli jeszcze wyżej i lodowaty wiatr łopotał płaszczem Arvensisa. Nagle księciu zrobiło się nieco cieplej, ale przy okazji też mokro i, co gorsza, jedynie w spodniach.

 

*

 

Po chwili lotu znaleźli się nad Sowim Grodem.

Sowi Gród wyrastał wprost ze skalistego zbocza góry. W niebo wystrzeliwało kilkanaście wieżyc połączonych kamiennymi murami. Ludzie-sowy mieszkają w wysokich budowlach i nie potrzebują bram, dlatego do fortecy nie można było dostać się inaczej, niż tylko przelatując nad fortyfikacjami albo robiąc w nich wyłom.

Niedobrze, pomyślał Arvensis. Fakt, że nie można tam wejść, oznacza również, że nie można stamtąd wyjść.

Lecący sowoludzie zbliżyli się do murów.

Pośrodku warowni stała wieża o płaskim, rozległym szczycie. Ludzie-sowy wylądowali tam, tuż obok wielkiego paleniska, na którym czerwone płomienie tańczyły po sczerniałych polanach. Nad paleniskiem na grubym łańcuchu wisiał wielki kocioł. Obok kotła ustawiono pień z wbitą w niego siekierą o szerokim żeleźcu.

Arvensisa niezbyt delikatnie rzucono na kamienną posadzkę. Od uderzenia rozbolały go nadgarstki i stłukł sobie kolano.

Większość ludzi-sów została na cokole, pilnując księcia, gdy jeden z nich odleciał i zniknął w czarnym oknie ogromnej baszty.

Po chwili przyfrunął stamtąd sowi król. Nosił złotą koronę wysadzaną rubinami i gronostajowy płaszcz.

Sowi król jednak ani miał w głowie zaszczycić Arvensisa rozmową. Przeciwnie – zerkał na księcia z wysoko uniesionymi ogromnymi brwiami, wyglądając jak snobistyczny profesor.

Arvensis leżał na zimnych kamieniach, samiuteńki, do tego otoczony kreaturami o świecących oczach, pohukującymi groźnie i wyśmiewającymi go swoimi dziwnymi skrzekliwymi głosami.

– Teraz cię zjemy! – wołali. – Zeżremy skowronka!

Stwory zbliżyły się do rycerza. Ptasie pióra furkotały na wietrze. Woda w kotle bulgotała.

Arvensis musiał coś zrobić.

Ale co?

Nie mógł już zrobić niczego.

Błąd! Nie mógł zrobić niczego mądrego. Mógł za to zachować się głupio, lekkomyślnie i zaprzepaścić szanse na rozejm, w dodatku samemu przy tym ginąc. Ale przynajmniej nie zostałby zjedzony. Przynajmniej nie sprzedałby skóry tanio, a przecież z rozejmu i tak nici.

Wrzasnął najgłośniej jak potrafił.

Ludzie nocy zatrzymali się.

Arvensis zerwał się gwałtownie i skoczył wprost na sowiego króla, który stał najbliżej kotła i paleniska. Wepchnął stwora wprost na wielki żeliwny gar.

Pchnięty kocioł odchylił się do tyłu, rozlewając wodę. Woda zasyczała i zamieniła się w obłok pary. Wytrącony z równowagi człowiek nocy upadł w żarzące się jeszcze polana. Arvensis skoczył na niego. Jakoś w momencie, gdy rycerz oderwał się już od posadzki, ale jeszcze nie upadł na przeciwnika i na rozżarzone polana, usłyszał za sobą "…żartowaliśm…" i "…żart…". Było już jednak za późno na cokolwiek.

Sowi król wpadł w rozżarzone węgle, a książę runął na niego, jeszcze bardziej wciskając przeciwnika w żar. Stwór zaryczał z bólu, a wokół rozniósł się swąd palonych piór.

Nagle ramiona pochwyciły Arvensisa i odciągnęły do tyłu.

Król-sowa miotał się na rozżarzonych węglach, wrzeszczał, a z piór jego skrzydeł i gronostajowego płaszcza unosił się śmierdzący szary dym.

Dwa stwory doskoczyły i wyciągnęły monarchę z ognia. Następnie ugasiły trawiące go płomienie. Osmalone pióra wciąż dymiły i Arvensis widział wśród nich maleńkie ogniki żaru.

Inne stwory przytrzymywały księcia długimi szponiastymi palcami.

Osmalony król-sowa zaskrzeczał wściekle.

– Zabiję go, zabiję! – Wybałuszył ślepia. – Żart! Żart! Po co w ogień?! Żart! Zabiję!

– Spokojnie, wasza wysokość… – rzucił niepewnie jeden z jego poddanych.

– Nic się nie stało – stwierdził bez przekonania drugi.

– Jak to… żart? – zapytał Arvensis.

– Coś ty myślał, co? – wrzeszczał król. – Myślałeś, że to, czego wszyscy się lękają, to niby czym jest?! To żarty! Wszyscy lękają się sowich żartów, ty durniu!

Wtedy osmalony król nocy poderwał się do lotu mimo poparzonych skrzydeł. Kiedy nimi poruszył, czerwone ogniki rozmazały się w cienkie czerwone kreski. Sowi monarcha złapał Arvensisa za ramiona wzbił się z nim ku niebu.

– Zabiję, zabiję! – skrzeczał. – Polecę wysoko, tam, gdzie człowiek-skowronek nie może oddychać! Nijak nie może! Ale człowiek-sowa może! Człowiek-sowa może jak nic! A skowronek się udusi, udusi!

Arvensis po raz kolejny zobaczył świat z wysokości i wiedział, że czeka go śmierć. Nawet gdyby się uwolnił, nie miał szans przeżyć upadku.

Tymczasem sowi monarcha trzepotał zaciekle skrzydłami i wzlatywał coraz wyżej.

 

*

 

Nagle książę zobaczył w dole osobliwy pochód. Długim szeregiem poruszały się jakieś maleńkie postacie ze skrzydłami. Mimo posiadania takowych szły pieszo. Po chwili Arvensis zdał sobie sprawę, że byli to ludzie-sowy, wracający po bitwie i tak pokiereszowani, zmarnowani i wyczerpani, że nie mieli siły fruwać!

Niosący księcia sowi król również musiał ich zauważyć. Wydał z siebie ryk tak nieszczęsny i przeraźliwy, że Arvensis poczuł, jakby ten dźwięk wbijał mu się przez uszy wprost do mózgu. Monarcha nocy zaskrzeczał znowu. I jeszcze raz. Każdy skrzek wydawał się głośniejszy od poprzedniego. Wyglądało na to, że, podobnie jak Arvensis, sowi król dopiero teraz na własne oczy zobaczył skutki prowadzonych wojen.

Nagle Arvensis poczuł, że ucisk ptasich szponów pod pachami zniknął. Spojrzał w górę i zobaczył, jak niosący go człowiek-sowa prędko maleje. Zdał sobie sprawę, że spada! Sowi król wypuścił księcia ze szponów, oszołomiony widokiem swojej armii, która była pochodem niedobitków.

Arvensis wiedział, że nie ma wiele czasu nim walnie o ziemię. Pomyślał o Alaudzie po raz ostatni.

 

*

 

Poczuł uderzenie i ból pod pachami. Szponiaste łapy znów go trzymały. W nozdrza wdarł się znajomy zapach ptasich piór.

Książę spojrzał w górę i spostrzegł sowiego monarchę. Stwór posadził go w miarę delikatnie na kamiennym cokole. Z przewróconego kotła wylała się większość parującej wody, a polana już ledwie się żarzyły.

– Dzięki ci – wysapał Arvensis – za ratunek, panie.

– A tam ratunek! – zaskrzeczał stwór. – Na twoje wyszło, chcemy rozejmu. Ja dopiero dziś zobaczyłem, co się dzieje. Jeśli ty będziesz martwy, nie będzie z kim prowadzić rozmów. – To rzekłszy sowi wódz zaskrzeczał przeciągle, a inni odpowiedzieli mu wspólnym pohukiwaniem.

 

*

 

– Alaudo, wróciłem.

– Aha – odparła księżna.

Z wielkiej tęsknoty i rozpaczy po mężu jej policzki i dekolt płonęły, a rozchełstane giezło świadczyło, że z boleści darła na sobie szaty.

Książę padł jej do stóp, przyciskając czoło do drewnianej podłogi.

– Alaudo, zawrzemy pokój z sowami. Nareszcie! Rozumiesz? Sowy i skowronki żyjące w przyjaźni, za pan brat!

– Jestem z ciebie taka dumna. Byłam pewna, że zginąłeś.

– Ale nie minęła jeszcze nawet doba i…

– Po prostu cieszmy się, że wróciłeś cały i zdrowy.

Z perspektywy podłogi Arvensis mógł zobaczyć wszystko, co znajdowało się pod książęcym łożem.

– Alaudo? – zapytał. – Co komes robi pod naszym łóżkiem? Jak to nikogo tam nie ma, przecież widzę, komes jak byk! Alaudo? Alaudo!

Koniec

Komentarze

To, czego wszystkie ludy tak bardzo się lękają.

Czyli co?

Były człekokształtne i uzbrojone w łuki, a ich głowy posiadały wielkie żółte oczy.

Głowy posiadały oczy?

Książę Arvensis zdał sobie sprawę, że obgryza paznokcie. Jego aparycja zdecydowanie ucierpiałaby przy tej czynności, gdyby władca nie miał na dłoniach pancernych rękawic.

Obgryza paznokcie przez pancerne rękawice?

Tymczasem rycerze wypadali z siodeł, spanikowany pieszy lud potykał się o drzewca własnych spis, gizarm i berdyszów, a sowie strzały nieprzerwanym deszczem sypały się z góry.

Te same trzy rodzaje broni wymieniłeś w tej samej kolejności chwilę przedtem. To się rzuca w oczy.

Hmmm…

Podejrzewam, że miało być zabawnie, ale jeśli chodzi o mnie, nie wyszło :/

Wybacz.

Niestety, nie kupił mnie Twój tekst. Próbowałeś, ale jest za mało rubasznie, za mało humorystycznie, za mało groteskowo. Założenia ludzie-skowronki, ludzie-sowy, jedne dzienne, drugie nocne, to walczyć by mogły tylko o zmierzchu, albo o świcie. Już nawet nie wnikam skąd skrzydła u sów i jakie to by musiały być skrzydła by unieść miecze, łuki czy topory, o uniesieniu księcia nie wspominając. Pomysł jakiś to jest, ale za bardzo mi konstrukcja szwankuje.

Dzięki za komentarze.

 

Anet:

To, czego wszystkie ludy tak bardzo się lękają.

Czyli co?

Ale właśnie na tym pytaniu zasadza się fabuła. Gdybym napisał od razu, zaspoilerowałbym cały tekst.

 

Głowy posiadały oczy?

Dzięki, poprawione.

 

Obgryza paznokcie przez pancerne rękawice?

To był taki żart. :)

 

Te same trzy rodzaje broni wymieniłeś w tej samej kolejności chwilę przedtem. To się rzuca w oczy.

To celowo.

 

Wybacz.

Wybaczam. ;)

 

Enderek:

 

Niestety, nie kupił mnie Twój tekst.

No trudno.

Założenia ludzie-skowronki, ludzie-sowy, jedne dzienne, drugie nocne, to walczyć by mogły tylko o zmierzchu, albo o świcie.

Dlatego właśnie walczą “na styku dnia i nocy”.

 

Już nawet nie wnikam skąd skrzydła u sów

Tak natura chciała. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Wymyśliłeś sobie, El Lobo, dość absurdalną i baśniową, ptasio-ludzką opowieść, a pod koniec udało Ci się w niej zmieścić także coś na kształt morału, kiedy to sowi król nagle dostrzegł rzeczywistość. Szczególny humor dodał Ptasim strofom lekkości i złagodził nieco dramatyczne przeżycia Arvensisa. Choć zdaje mi się, że prawdziwy dramat Arvensis dojrzał z perspektywy podłogi. ;)

 

niebo upstrzy­ło nagle kil­ka­dzie­siąt oso­bli­wych po­sta­ci. –> Dlaczego i w jaki sposób niebo upstrzyło kilkadziesiąt postaci?

 

lud po­ty­kał się o drzew­ca wła­snych spis… –> …lud po­ty­kał się o drzew­ce wła­snych spis

 

kilku so­wo­lu­dzi do­pa­dło wozu wy­ła­do­wa­ne­go winem (przy­go­to­wa­ne­go na wy­pa­dek zwy­cię­stwa). –> Zakładam, że na wypadek zwycięstwa przygotowane było wino, nie wóz, więc: …kilku so­wo­lu­dzi do­pa­dło wozu wy­ła­do­wa­ne­go winem (przy­go­to­wa­nym na wy­pa­dek zwy­cię­stwa).

 

kto wy­na­gro­dzi nam zmar­no­wa­ne wino? –> Można wynagrodzić kogoś winem, ale wina wynagrodzić nie można.

 

- A może jesz­cze przy­jaź­ni, co? –> Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

usły­szał za sobą …żar­tow­liśm…" –> Literówka.

 

po­sa­dził go w miarę de­li­kat­nie na ka­mien­nej po­sadz­ce co­ko­łu. –> Gdzie cokół ma posadzkę?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Misie. Fajna ta szczypta humoru, spojrzenie na dwóch władców, którym nagle otwierają się oczy. Bo i wojna prowadzi do strat – cały wóz wina zmarnowany…

Zaiste, straszna jest tajna broń sów.

Ciekawi mnie, jak sowi król mógł dogonić spadającego człowieka. Ale nie będę się nadmiernie czepiać, skoro to humoreska.

 

Babska logika rządzi!

Reg – cieszę się, że tak odebrałaś tekst. :) Dziękuję za uwagi, zmian już wprowadzić nie mogę, ale zapamiętam na przyszłość.

 

Finkla – fajnie, że Cisie. :) Dzięki za klika!

 

Ciekawi mnie, jak sowi król mógł dogonić spadającego człowieka.

Lotem nurkowym, oczywiście. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Jest tu ciekawa kombinacja humoru oraz pomysłu z lekkiego pogranicza groteski i fantastyki. Podoba mi się starcie na początku i późniejsza wizyta w mieście ludzi-sów. Trochę mniej niektóre oklepane żarty – na przykład komes pod łóżkiem. Jednak humor tego typu ma tendencje, że albo trafi, albo nie, więc ciężko mi to uznać za wadę.

Trochę chrzęści mi wiersz na początku, ale nie jestem poetą, więc nie wiem, czy cokolwiek z nim jest nie tak.

Podsumowując: osobliwy koncert fajerwerków, z fajnym pomysłem, ale też i chrzęszczącym gdzieniegdzie wykonaniem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mam wrażenia podobne jak enderek. Humor niezbyt trafił, a pozostałe elementy opowiadania go nie uratowały. No i wierszyk mocno częstochowski (choć nie twierdzę, że umiałbym napisać lepszy ;)).

Nie przypasowało mi poczucie humoru jakie gości w Twoim opowiadaniu. Obecność wiersza na samym początku też nie wprowadził odpowiedniej atmosfery – zachodziłam w głowę o co chodzi. Może gdybyś się zdecydował ten wiersz przedstawić inaczej? W tej formie nie przekonuje mnie całkowicie. Mogłeś się trochę pobawić motywem, stopniowo go przedstawić. 

Obrałeś drogę humoreski, nieco groteski, ale czytając nie wiedziałam czy to na pewno ma być zabawnie lub może na poważnie. Z tego też względu jednowymiarowe postacie rażą. A są elementy ciekawe – Ci ludzie-sowy kojarzą mi się z anime z lat 80-tych, czy nawet wcześniejsze. Ale coś po drodze nie wyszło w tym opowiadaniu. 

El Lobo Muy Chorizo de la Churros Tequila! 

Na początek się paru rzeczy (może niesłusznie) uczepię:

 

Szczyt pobliskiego wzgórza zajął władca ludzi, czyli "skowronków", książę Arvensis.

To brzmi trochę jak streszczenie tekstu, które w sposób błyskawiczny i łopatologiczny ma powiedzieć nam, o co chodzi. Ta informacja byłaby dużo strawna, gdyby wpleść ją gdzieś później.

 

– Kusznicy! – Arvensis zaryczał jak ranny łoś.

Wybacz, muszę: https://www.youtube.com/watch?v=_wPALYcpve0

 

– Mam nadzieję, że spisałeś już chociaż testament? Nie chcemy przecież, by tyle dobra się, hmm, zmarnowało.

Ale co by się zmarnowało? Bez testamentu dziedziczy ona i dzieci, czyli dobrze (jeśli w Twojej wizji świata stan prawny nie jest postawiony do góry nogami, ale nic o tym nie wspominasz, więc zakładam, że nie jest).

 

Mógł za to zachować się głupio, lekkomyślnie i zaprzepaścić szanse na rozejm, w dodatku samemu przy tym ginąc. Ale przynajmniej nie zostałby zjedzony.

Ale… gdyby zginął (głupio, bo głupio, w pysk dostawszy, na przykład), to nie zostałby już wtedy zjedzony? Jak to działa? Sowy mówiły, że zjadają na kolację, ale nie, że żywcem!

 

Pozwól, że zanim wycisnę z siebie jakiś sensowny, merytoryczny i poważny komentarz, najpierw zdobędę się na ten niepoważny (ale za to szczery): XDDDDDDDDDDDDDDDDD

Po pierwsze – proszę, proszę, ktoś tu zdradza uzdolnienia wierszotwórcze. ;) A po drugie – baardzo sympatyczna komedia, która od samego początku trzymała mi uśmiech na twarzy, a kilka razy skłoniła do parsknięcia śmiechem. Świetna kreacja księcia jako pantofla mężczyzny szanującego zdanie swojej żony. Na jego tle trochę traci postać sowiego króla – poświęciłeś mu mniej miejsca, więc przy Arvensisie (swoją drogą, to mi przypomina brzmieniem Toyotę Avensis) wypada blado. 

Zdarzyło się parę potknięć pisowni, głównie zbłąkane przecinki, ale wartkość narracji i humor odwróciła mi od nich skutecznie uwagę. Pod płaszczykiem śmieszków zdołałeś ukryć sympatyczne przesłanie o wadze uprzedzeń i znaczeniu zwykłego, ludzkiego dogadania się. Kompozycyjnie tekst jest prosty, ale dawka żartów – szczególnie paplanina naszego cudnego księcia – czyni go atrakcyjnym. 

masz fajny, lekki styl i tworzysz własne konstrukcje słowne, które brzmią zabawne, więc możesz w tekście spokojnie postawić na własny talent stand-upera i nie przytaczać żartów z brodą (np. “ślepy, to nie widzi przeszkód”). To taki wujkowy humor imieninowy, który nie bardzo kogokolwiek już śmieszy. ;) 

Podsumowując – bardzo mi się podobało, oby tak dalej. ;) Powodzenia w konkursie (nie znam jeszcze wszystkich tekstów, ale myślę, że jesteś groźnym zawodnikiem).

Podobało się, więc klika, jak widać, dałem dawno. Z komentarzem wrócę rano, teraz już nic mądrego nie napiszę. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Witam miłych gości :)

 

NoWhereMan – dziękuję za klika i cieszę się z takiej opinii mimo chrzęszczenia :)

 

Światowider – no cóż, szkoda

 

Deirdriu – cieszę się, że jakieś tam pozytywne akcenty odnalazłaś :)

 

Wiktor El Aguila Muy Vuelo Orłowski :)

 

To brzmi trochę jak streszczenie tekstu, które w sposób błyskawiczny i łopatologiczny ma powiedzieć nam, o co chodzi. Ta informacja byłaby dużo strawna, gdyby wpleść ją gdzieś później.

Jestem wdzięczny za to, ile wysiłku włożyłeś, żeby nie napisać “infodump” ;) Trochę tak było, przyznaję się bez bicia – obawiałem się, że bez takiego skrótu tekst nie będzie do końca zrozumiały

 

Wybacz, muszę: https://www.youtube.com/watch?v=_wPALYcpve0

Zobaczę później, na razie nie mam warunków. :)

 

Ale… gdyby zginął (głupio, bo głupio, w pysk dostawszy, na przykład), to nie zostałby już wtedy zjedzony? Jak to działa? Sowy mówiły, że zjadają na kolację, ale nie, że żywcem!

Iii tam! ;) A serio – no tak, tak, masz rację, mój błąd.

 

Ale co by się zmarnowało? Bez testamentu dziedziczy ona i dzieci, czyli dobrze (jeśli w Twojej wizji świata stan prawny nie jest postawiony do góry nogami, ale nic o tym nie wspominasz, więc zakładam, że nie jest).

Jak wyżej ;)

 

XDDDDDDDDDDDDDDDDD

Bardzo mnie to cieszy. :)

 

Co do reszty – bardzo mi miło, że tak uważasz!

Arvensis – nadmienię tylko, że zarówno to imię, jak i “Alauda” mają swoje znaczenie, ale na razie nie wyjawię tajemnicy.

 

Mr. Maras – dziękuję za klika i czekam zatem na komcia. ;)

 

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Lekko i zabawnie. Pozwolisz, że potraktuję tekst jako raczej długi fabularny żart lub ciąg gagów niż samodzielne opowiadanie. Bo w mojej interpretacji jest nieźle, ale jako opowiadanie już nieco gorzej.

Do mnie humor trafił, wypowiedzi księcia są zabawne, fajnie w dialogu pokazujesz, co robi druga postać (nie odwracaj głowy!, jak to nikogo nie ma?!), to mi się spodobało. To że nie można zrobić nic mądrego też. Pośmiałem się. ;)

 

Żartobliwe fantasy, w którym trudno czepiać się umowności świata i wiarygodności fabuły, skoro wszystko służy dobrej zabawie. A ja bawiłem się nie najgorzej. Może nie wszystkie żarty (np. ten o przyprawianiu rogów królowi) były odkrywcze, ale całość pisana z wielkim przymrużeniem oka może się podobać. Technicznie bez wzlotów i upadków. Czyli dobrze.

Po męskiej high fantasy, jaką prezentowałeś ostatnio, teraz pokazałeś inne oblicze i dystans do swojego ulubionego gatunku.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hej, El Lobo.

Tym razem jestem w grupie marudzących, nie podobało mi się. Groteski zbyt mało, humor nie za specjalnie śmieszny. Świat fajny, to prawda, dwa walczące ze sobą obozy brzmią ciekawie, nakreśliłeś im pewne ramy, kto lata, a kto nie, kto jak wygląda i jakiej broni używa, to na plus. Niestety fabuła mało ciekawa, gdyby tak było więcej groteski…

Zabrałeś się jednak za trudny gatunek, i chwała Ci za to, choć z bitwy zwycięsko nie wyszedłeś. ;)

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Słabe ma metrum wierszowanie Twoje,

za to zabawnie opisujesz boje.

Choć historyjki fajniejsze czytałam,

przecież i przy tej ze śmiechu prychałam.

"Siękasz" co nieco, a nie wszystkie związki

zgody u Ciebie pełnią obowiązki

jak trzeba. Nic to. Na przyszłość, jak tuszę,

nie będą potrzebne recenzji katusze.

 

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dzięki za komentarze!

 

Ac – cieszę się z takiego odbioru , choć, przyznam, szkoda, że jako opowiadanie gorzej. ;)

 

Mr. Maras – wiem, z tymi żartami to tak średnio wyszło. Fajne, że mimo wszystko podobało się.

 

Darcon – no szkoda, dobrze, że chociaż odnalazłeś pozytywy. :) Przyznam, że nie zastanawiałem się nad “stężeniem” groteski, po prostu jakoś tak samo wyszło.

 

Tarnina

Jako że jestem strudzony pracy wielką dozą,

pozwól, że na Twój wiersz odpowiem prozą.

 

Wiem, że średniówka nie wyszła wszędzie, ale – przyznaję się – uznałem, że to nie ma znaczenia, skoro to tylko głupawy wierszyk.

Fajnie, że prychałaś. ;)

 

a nie wszystkie związki

zgody u Ciebie pełnią obowiązki

jak trzeba.

A tego nie rozumiem. :)

 

Na przyszłość, jak tuszę,

nie będą potrzebne recenzji katusze.

Jakże ja bym bardzo chciał,

Żeby moje teksty był takie just wow. ;)

 

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przyznam, że niezbyt mi podszedł ten tekst. Zabrakło mi wyjaśnienia, dlaczego wszystkie ludy lękają się sowich żartów. Przydałby tu się jakiś foreshadowing. Myślałem jeszcze, że może jest tu jakiś dowcip językowy, że może "sowi żart" to jakiś idiom, ale niczego takiego nie kojarzę. Jasne, że przy takiej śmieszkowej konwencji nie wszystko musi mieć wyjaśnienie, ale tu mi to zgrzytnęło. Puenta ze zdradzającą żoną wyszła raczej banalnie. Ale to też nie jest tak, że nic mi się nie podobało. Fajnie wyszły na przykład opisy bitwy czy motyw z wierszem-przepowiednią. Choć rymy mogłyby być lepsze… ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Zabrakło mi wyjaśnienia, dlaczego wszystkie ludy lękają się sowich żartów.

Dlatego, że są one takie, jak żart opisany w opowiadaniu, tzn. przerażające, okrutne i w pierwszej chwili nijak nie wyglądające na żarty. :) Miało to być wyjaśnieniem samo w sobie.

 

Fajnie wyszły na przykład opisy bitwy czy motyw z wierszem-przepowiednią.

Dzięki, jestem z nich szczególnie dumny. ;)

 

Dzięki za odwiedziny, fajnie, że przynajmniej część rzeczy się podobała!

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

A tego nie rozumiem. :)

Gdybym jak zwykle wypisywała wszystkie znalezione błędy, tobym pamiętała. Damn. Ale gdzieś tam miałeś zepsuty związek zgody, jak go wyłowię, to dam znać.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dzięki, ale nie czuj się zobowiązana. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

I would prefer not to.

Hmm, zdawało mi się, że widziałem żółtą gwiazdkę, ale wchodzę i żadnych nowych komentarzy nie ma… Hmm…

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Pewnie ktoś edytował wcześniejszy i dlatego… ;-)

Babska logika rządzi!

Albo tak, albo była tu Ninjaowl. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Ninja nie zostawia gwiazdek, tylko je rzuca. ;-)

Babska logika rządzi!

Skończyło się pohukiwanie, zaczynają się schody ;)

 

To jest opowiadanie, w którym zdecydowanie spodobał mi się pomysł fabularny (nawet bez końcowego twista, choć twist zacny, mimo że ograny), zwłaszcza że niewiele tekstów realizowało “podwójność” tematu konkursu. Niestety nieco gorzej z wykonaniem – wiersz na początku trzeszczy w szwach, do warstwy techniczno-językowej można też się przyczepić. Z tego, co pamiętam (niestety z różnych niezależnych ode mnie powodów nie robiłam szczegółowych notatek) zgrzytnął mi “komes nadworny”, ponieważ komes to konkretny urzędnik o konkretnych kompetencjach w administracji państwowej, ale nie akurat dworski i w związku z tym nie może być “nadworny”.

Jest też troszeczkę dłużyzn, ale ogólnie odebrałam na plus, także za to, że w zasadzie cały czas jest to opowiastka z lekkim przymrużeniem oka.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, dziękuję za komentarz! Cieszę się bardzo, że tyle aspektów mojego opowiadania Ci się spodobało.

Szkoda, że ten wiersz mi słabo wyszedł, ale teraz wiem już na co zwracać uwagę. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Tak, pod względem samej fabuły to jedno z moich ulubionych :) Zwłaszcza że przymrużenie oka zaskakuje, a to rzadka cecha.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jako humoreska – nawet niezłe, choć zawiera specyficzny typ humoru. Mnie osobiście żarty alkowiane nie rozbawiły (zbyt stereotypowe), za to sowi żart – dobry. Ładnie to odmalowałeś, widzę te poważne, ponure sowy zapowiadające z kamiennymi twarzami “zeżremy cię” i jeszcze podstawiające biedakowi kocioł :) Poczucie humoru sów i skowronków zdecydowanie było inne ;) To, co mnie zastanowiło, to czemu sowy latają (i mają “sowie” cechy – oczy, szpony) a skowronki nie (praktycznie są zwykłymi ludźmi)? Trochę widzę tu pójście na łatwiznę. Fabularnie jest już gorzej – historia jest nieskomplikowana i bardziej stanowi pretekst do pokazania żartów. Wojna trwająca od tysiąca (?) lat też trochę nie przekonuje. Realizacja tematu konkursu jest ok. Opowiadanie uśmiechnęło, ale nie porwało.

Dzięki za komentarz. Cieszę się, że w sporej części się podobało. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Nowa Fantastyka