- Opowiadanie: Libra - Przepowiednia Weylanda

Przepowiednia Weylanda

Gdy na twoim niebie zajaśnieje jej gwiazda, wszystko się odmieni… - ostatnie słowa matki mieszkały w sercu maga przez całe jego życie. Czy wystarczy czekać na spełnienie losu? Nie wiedział. A jeśli przepowiednia jest tylko wskazówką, za którą ma podążać, aby nie ominąć tego, co najważniejsze?

Oceny

Przepowiednia Weylanda

Tam, gdzie rubinowe słońce tonęło w Czarnym Morzu, na ostatnich rubieżach Krainy Dziewięciu Królestw, wznosiła się do nieba odwieczna twierdza – Biały Avalon – mieszkanie Pierwszego Maga. W noc Święta Zbiorów pan grodu wyprawiał ucztę dla swych gości i poddanych. Dziś nie było inaczej, dźwięki radosnej zabawy unosiły się z pałacu nad kwitnącymi łąkami, sadami i ogrodami, ale czarodziej dawno już odłączył się od biesiadników i zapadł w głęboki sen. Śnił o przepowiedni z przed wieków, której słowa wybrzmiewały w jego duszy:

 

Gdy na twoim niebie zajaśnieje jej gwiazda,

Wszystko się odmieni,

Los się wypełni,

Powstanie nowy porządek,

A ty dostaniesz skarb, którego szukasz.

Broń niewinności swej wybranki,

A zaznasz wielkiego szczęścia.

 

– powiedziała Miriam Czernyhora, z ludu Wogel, zanim błękit jej oczu zgasł na zawsze. Mały chłopiec przytulił się ostatni raz do piersi matki i żałośnie zapłakał. Nie miał jeszcze dziesięciu lat, kiedy został sam na świecie i chociaż minęły całe stulecia, wizja ta prześladowała maga każdego roku od nowa, chociaż dokładał wszelkich starań, aby nie zasnąć w pierwszą wiosenną pełnię. Miriam jednak pilnowała, żeby zmorzył go sen i powracała, jakby bała się, że jedyny syn zapomni ostatnie chwile przy łożu rodzicielki i pójdzie złą drogą. We śnie czarodziej widział tonącą w ciemnościach zmierzchu komnatę z łukowatym oknem, otwartym na oścież, zakrwawione łoże i białą niczym papier twarz matki. Czuł zapach kadzidła oraz wody różanej do przemywania ran, słyszał krzyk dzikich gęsi powracających po zimie. Znów stawał się małym, zagubionym chłopcem, drżącym ze strachu i przejęcia, lecz to nie było wszystko. W realistycznej scenerii wspomnienia pojawiał się nowy akcent, jakby uzupełnienie dawnej przepowiedni, nowa wskazówka. Miriam wskazywała na okno, a Weyland spoglądając na nie dostrzegał za mgłą niewyraźny zarys przybliżającej postaci. Bardzo starał się zobaczyć szczegóły, ale nie mógł rozproszyć dziwnej zasłony. Ukazywały mu się tylko onyksowe, lśniące oczy o czułym a jednocześnie raniącym spojrzeniu oraz szesnastoramienna gwiazda na czerwonym tle. Mag znał ten symbol, jednak z jakiegoś powodu nie umiał sobie przypomnieć skąd. Walczył sam ze sobą i wołał pomocy.

– Kto to jest? Matko! Kogo mi pokazujesz? – krzyczał i niespokojny miotał się na posłaniu. Zalewały go krople zimnego potu, jak marznąca na skórze mżawka. W końcu budził się wycieńczony, nie poznając odpowiedz. Tajemnica rozdzierała jego serce. Przez tyle lat szukał wytrwale nowej gwiazdy na niebie, lecz nie znalazł, podobnie jak onyksowych oczu, bo do kogóż mogłyby one należeć? W realnym świecie nigdy nie spotkał osoby o tak przenikliwym spojrzeniu, zresztą nie spodziewał się tego. Dawno już uznał nocną marę za zwykły miraż, fantazję, wynaturzenie przemęczonego umysłu, które miało tylko zburzyć spokój, który Czernyhora starannie pielęgnował, izolując się od kłopotów i starannie dobierając towarzystwo. Przez całe długie życie nie poznał kobiety, która miałaby swoją gwiazdę i nie spodziewał się, że to kiedykolwiek nastąpi. 

-To tylko sen… marzenie, które nie ma się spełnić, bo przecież takie oczy nie istnieją – przekonywał sam siebie. – Trzeba oddzielać fikcję od rzeczywistości. Trzeba być racjonalistą, poważnym człowiekiem. Nocą mogę marzyć, ale po przebudzeniu już nie, już nie…

Mężczyzna odrzucił z twarzy długie, jasne włosy, zsuwając się z łóżka na podłogę. Chciał poczuć kojące zimno kamiennej posadzki i pozbyć się gorączki. Nalał chłodnego wina, po czym upił od razu pół kielicha. Czerwony, słodkawy napój ugasił pożar, który zwęglał jego serce. Pragnął zapomnienia, zmęczony niejasnymi symbolami, znakami, przepowiedniami oraz odwiecznym oczekiwaniem na niewytłumaczalne i nieznane. Delektując się ulubionym trunkiem, powtarzał: – Zapomnieć, zapomnieć, zapomnieć…. Karminowy napój koił zmysły. Czarodziej przesuwał chłodny kieliszek po twarzy i nagich piersiach. Nabierał w usta kolejne łyki i zatrzymywał na podniebieniu. Powoli wracał do siebie. Minęła trzecia w nocy. Jeśli przetrzyma do czwartej, sen nie wróci. Czernyhora nie zobaczy palącego spojrzenia aż do przyszłego roku. Tak, widzenie zawsze przychodziło w tę samą noc i dlatego Weyland obiecywał sobie, że nie zaśnie. Przerwie łańcuch dręczącego proroctwa, ale gdy zaczynała się zbliżać data widzenia, coraz bardziej tęsknił za ognistym spojrzeniem. Czekał na nie. Modlił się, aby przyszło. Karmił się nadzieją, że być może zobaczy coś więcej – choćby zarys twarzy, albo usłyszy głos, poczuje dotyk i odkryje tajemnice. Pragnął wiedzieć. Sekret zgniatał maga od środka, ciemiężył, przytłaczał i fascynował jednocześnie. Niespełnienie i zagadka niszczyły jego najgłębszą istotę. Czuł jakby umierała w nim dusza. Poddawał się niszczycielskiej mocy wizji. Dlatego nie mógł nigdy wytrwać do końca balu z okazji pierwszych zbiorów, który organizował tylko po to, aby nie zasnąć tej nocy i ominąć sen. Zawsze przegrywał z pragnieniem, z niewytłumaczalną rządzą. Dziś stało się tak samo. Wyszedł z przyjęcia jeszcze przed północą, choć przecież był gospodarzem i to dobrym, znanym z gościnności, gustu oraz otwartym na radości życia. Nawet nie pożegnał gości, po prostu wymknął się. Zza okna dobiegły czarodzieja ich głosy. Wracali z przyjęcia weseli i pijani. Krzyczeli, flirtowali, rozbijali się po alejkach. Weyland wyjrzał dyskretnie i ujrzał panią Welmę z brzydkimi córkami, jak tupała szerokimi obcasami, gdy te podtrzymywały swą dorodną matronę. Gerly – chuderlawy kawaler w średnim wieku -zachęcał panny swym piskliwym głosem, aby szły prosto, jednak ani myślał im pomagać. Z tyłu korowodu zataczali się nadęci lordowie Terlly oraz Dafford, nie przerywając przy tym zaciekłego sporu, choć prawdopodobnie nie pamiętali nawet, o co się pokłócili. W krzakach wiła się para, odurzona afrodyzjakiem. Cichy obserwator rozpoznał lady Brazz, która uwiodła kolejnego, naiwnego dżentelmena z niemałą fortuną, dzięki czemu sama czuła się przez chwilę bogata. Wszyscy ci ludzie, za dnia zapięci ciasno w wyszukane stroje, zapomnieli zupełnie o swym pochodzeniu, funkcjach oraz kardynalnych zasadach dobrego wychowania.

Mag zaśmiał się, patrząc na gości, co pomogło mu odsunąć myśl o sennej marze. Poczuł ulgę. Minęła czwarta, co oznaczało, że może spokojnie zasnąć. Odpocząć po spotkaniu z demonem, czy aniołem, sam nie wiedział… Z żalem popatrzył na szkło, po którym spływała ostatnia kropla alkoholu.

– Szkoda, wino i radość zawsze zbyt szybko się kończą – stwierdził i położył się na miękkim posłaniu. Białe, jedwabiste płótno nosiło ślad zaschłej krwi. Mężczyzna nie zauważył wcześniej, że krwawił z nosa. Zdarzało mu się to, gdy był przemęczony. „To nic groźnego.” – pomyślał i zamknął spokojnie oczy. Przeciągnął się i wziął głęboki oddech, napełniając płuca rześkim, mokrym od rosy powietrzem. Zasnął. Nie poruszały go już hałasy z ogrodu, zimny powiew zbliżającego się świtu, ani ostre promienie słońca, które skradały się świetlistymi refleksami na pościeli. Znów był panem swego losu – Pierwszym Magiem, margrabią Avalonu, strażnikiem Śnieżnego Przejścia. Nie zależał od nikogo i niczego, ale też nikt i nic nie przełamywało jego głębokiej samotności. Tylko z matką miał prawdziwą głęboką więź, wszyscy inni pozostali mu obcy, nawet rodzina. Przyrodni bracia traktowali go jak intruza, zaś ojciec widział w chłopcu odbicie utraconej miłości swego życia. Wlad, pogrążony w smutku i rozpaczy, mścił się srodze za śmierć żony, zaprzepaszczając rodzinny majątek na wojnie domowej, o której dziś nikt już nie pamiętał. Sam zginął w boju, dzięki czaku jego dzieci mogły wreszcie podpisać upragniony pokój.  

 

***

 

Wojowniczka obudziła się jak zwykle, gdy tylko poczuła na skórze chłód poranka. Zimna wilgoć przesiąkła przez płaszcz, którym była przykryta. Walkirii to nie przeszkadzało, ale tęskniła do południowego słońca, do wschodów słońca, pachnących barwnymi kwiatami i ciepłej wody w strumieniu. Na północy rzeki zawsze były zimne, nawet latem, ale dostatek tej krainy rekompensował całkowicie drobne mankamenty klimatu. Rozległe sady owocowe nabrzmiały właśnie dojrzewającymi owocami. W powietrzu unosił się zapach złocistych zbóż, gotowych na żniwa. Winnice na południowych stokach tryskały bogatą zielenią, obiecując udane zbiory jesienią. Spokój, obfitość i równowaga panowały tu od wieków. Front wojny póki co ominął ziemie pogranicza. Trudno się dziwić. Dalej rozciągało się wysokie, srebrzyste Pasmo Górskie Nivarius, a za nim kłębiły się odmęty ciemnego, nieprzebytego morza Negre. Nie było czego zdobywać. Zresztą któżby ośmielił się konfrontować z władcą tych ziem? Bali się go wszyscy; trzymał w garści Radę Dziewięciu Królestw, przewodniczył Loży Magów, władał tą bogatą marchią, a wszyscy jego wrogowie od dawna nie żyli. Dziewczyna miała dziś spotkać ekscentrycznego, przebiegłego półczłowieka, a nie wiedziała nawet jak ów wiekowy jegomość wygląda. Kogokolwiek zapytała w stolicy o czarodzieja, rozmówca zmieniał temat, wychodził lub w najlepszym wypadku udzielał wymijającej odpowiedzi. Nie czuła się więc przygotowana do spotkania, a przecież od powodzenia jej misji zależały losy wojny. Patrzyła na wschodzące słońce, leżąc na trawie. Pastelowe kolory stawały się coraz jaskrawsze. Róż, błękit, złoto, liliowy fiolet i zieleń prześwietlały snującą się mgłę. Tarcza słoneczna, skryta jeszcze za horyzontem, ogrzewała powietrze, a czyste, bezchmurne niebo zapowiadało piękny dzień.

Wojowniczka przeciągnęła się i zerwała z ziemi, zrzucając mokrą tkaninę płaszcza. Szybkimi, zręcznymi ruchami założyła na sfatygowaną tunikę lekko podrdzewiały półpancerz oraz osłony na ręce. Przy pasie zawiesiła miecz, a przez ramię zarzuciła stalowy łuk. Kędzierzawe, czarne włosy, które niesfornie plątały się przy ubieraniu, przeczesała palcami. Pozostało tylko odprawić rytuał przy ogniu i będzie gotowa. Rozpalenie ogniska zajęło dziewczynie dłuższą chwilę, jako że drewno zawilgotniało. Wrzuciła zioła do kadzenia na żar, a obok na kamieniu położyła mały podpłomyk zagnieciony z resztki mąki i miodu. Uklękła i rozpoczęła poranną modlitwę:

 

Witaj świcie!

Zaśpiewaj na cześć Stwórcy zastępem dzikiego ptactwa.

Witaj ziemio!

Matko nasza nakarm do syta dzieci swoje.

Witaj wodo!

Oczyszczająca iskro Bożego Ducha, płyń jak czas.

Witacie ogniu i wietrze

Oddaję waszą moc Najwyższemu, który porusza kołem życia.

Amen.

 

Złożyła ręce na piersiach na zakończenie. Była gotowa.

Samotna podróż Walkirii dobiegała końca. Czas bardzo naglił. Wiedziała o tym, dlatego nie zwlekając, chwyciła niedopieczony jeszcze, lecz bardzo gorący podpłomyk i ruszyła bez zwłoki. Przed południem chciała stanąć przed panem ziem, które przemierzała od dwóch dni, licząc, że nakłoni dostojnego dygnitarza do szybkiej decyzji na korzyść królestwa. W odległych stepach czekała armia, której sukces lub porażka miały zależeć w dużej mierze od decyzji maga.

 

***

 

Weyland obudził się w złym humorze. Wszystko go bolało, a w dodatku zaspał. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Jego goście z całą pewnością, tak jak on, zalegli pola. Mężczyzna usiadł w łóżku i wezwał sługę, pociągając za sznurek z dzwonkiem, który miał pod ręką. Gram – bardzo mały, krępy i ruchliwy człowieczek o szpiczastym nosie i lekko wyłupiastych oczkach, przyszedł niemal natychmiast, wnosząc tacę ze śniadaniem. Postawił ją na niewielkim stoliku przy łożu, odczekał chwilę, czy nie dostanie przypadkiem jakiegoś zadania, a po dłuższym momencie totalnej ignorancji ze strony maga, zwrócił się w stronę drzwi.

– Gram – odezwał się w ostatniej chwili pan, niskim mrukliwym tonem. Sługa zawrócił, czekając na rozkazy.

– Jak się miewają nasi biesiadnicy? – zapytał.

– Wypili trzydzieści cztery beczki wina, więc jutro będą się mieli doskonale, o ile zarządzisz turniej mój panie. – zasugerował tęgi jegomość. Weyland uśmiechnął się na te słowa. Lubił Grama, choć był brzydki, niezgrabny i nie pasował do dworskich klimatów, jednak inteligencją błyszczał niczym brylant. Zawsze na miejscu, zorganizowanym, zaradny oraz całkowicie niezawodny, grał rolę szarej eminencji na dworze Pierwszego Maga. Wszyscy liczyli się ze zdaniem karła, choć oczywiście jego homoseksualizm, pozostawał obiektem drwin w kuluarach, zwłaszcza, że czarodziej wpuszczał go do sypialni. Weyland uwielbiał takie plotki, ale sam nigdy nie dokuczał wiernemu poddanemu, ani za wygląd, ani za orientację seksualną.

Dziś jak zawsze obydwaj darzyli się nawzajem daleko idącą wyrozumiałością. Gram nie patrzył na zmęczonego nocnymi wizjami pana i cierpliwie czekał, czy ten zaakceptuje jego pomysł. Zaspany jegomość nie wylewał tymczasem goryczy na służącego, jak to mieli w zwyczaju arystokraci. 

– Dobrze – wymamrotał po długim czasie głuchej ciszy Czernyhora. – Przygotuj turniej. Same klasyczne konkurencje: łucznictwo, szermierka, jazda konna… zresztą sam wiesz… a i nie chcę nikogo widzieć aż do audiencji… ach i przygotuj mi Atlanta do przejażdżki. Muszę się jakoś rozruszać – wyznał.

Gram uznał, że to już koniec instrukcji na dziś i skłoniwszy się, wyszedł, a Weyland odpłynął myślami do swojego ukochanego jednorożca – białego wierzchowca szybkiego jak północny wiatr. Tak, jednorożce zawsze pomagały. Czernyhora odzyskiwał przy nich witalność, radość życia i świeżość umysłu. Atlant, którego wybrał na dzisiejszą jazdę, pozostawał wiernym towarzyszem maga w odpędzaniu smutków. Zresztą czarodziej był przekonany, że matka przekazała w testamencie magiczne, białe konie z cennym rogiem na głowie wyłącznie dla niego, aby pomagały przetrwać jedynemu synowi w obcym i okrutnym świecie, do którego trafił. Zwierzęta te pozostawały oczywiście obiektem zazdrości ze strony przyrodnich braci, którzy chcieli je dla siebie. Kiedy Weyland był dzieckiem używali rozmaitych wybiegów, żeby najmłodszy z Czernyhorów sprezentował choć sztukę tego cennego zwierzęcia jednemu z nich, ale na próżno. Chłopak strzegł jednorożców jak oka w głowie i chociaż był mały, zdradzał pierwsze talenty przyszłej profesji. Używając zaklęć z czerwonej księgi matki, terroryzował starszych krewnych, wzbudzając gniew i rosnącą niechęć rodziny. Mimo to ojciec – Wlad Czernyhora sprzeciwiał się odesłaniu najmłodszego syna do Merlina, czego życzyła sobie jego żona w ostatniej woli. Stary przyjaciel Miriam pełnił funkcję Pierwszego Maga Dziewięciu Królestw. Jego opieka zagwarantowałaby chłopcu odpowiednie wykształcenie oraz obiecującą przyszłość. Wlad nie miał w tym względzie zrozumienia. Uważał, że jego dzieci powinny wychowywać się w domu, wśród krewnych, w tradycyjnych wartościach i poszanowaniu rodzimych obyczajów. Życzył sobie, aby synowie znali się na uprawie ziemi oraz wojaczce, a nie siedzieli w książkach. Senior rodu doceniał walory intelektualne Weylanda, które ten odziedziczył po matce, lecz miał zamiar wykorzystać talenty drogiego potomka do budowania fortuny rodziny, a nie oddawać go na usługi magów. Wszystko jednak sprzysięgło się, aby młody Czernyhora trafił do szacownego groma najbardziej wykształconych ludzi tej części świata. W niecałe pół roku po śmierci matki skończył dziesięć lat i zgodnie ze zwyczajem pojechał do stolicy, wysłuchać Wyroczni. To była starożytna tradycja. Nikt nie ośmielił się zaniedbać tego obowiązku. Dzieci arystokratów stawały w Asheronie, aby dostać wróżbę na całe życie. Weyland znalazł się więc w Wielkiej Sali Katedry, u stóp źródła w dniu dziesiątych urodzin razem z ojcem oraz czterema braćmi. Kapłan wróżby podał chłopcu do wypicia Eliksir Przyszłej Prawdy i słuchał przepowiedni, którą wypowiadał ten, kogo dotyczyła. Większość dzieci drżała lub drętwiała po zażyciu środka, ale jasnowłosy potomek Miriam, choć wątłej budowy i delikatny, zareagował wręcz odwrotnie. Jego łagodne gołębie spojrzenie przepełniło się ciemnogranatową barwą burzowego nieba, a postać wyprostowała się i wyprężyła, gdy wszedł w trans i wypowiedział proroctwo:

 

-Magia moją drogą,

domem – Biały Avalon,

a przeznaczeniem gwiazda,

nigdy niezmienna.

Za jej sprawą powstanie nowy porządek.

 

Kapłan wróżby spisał słowa proroctwa i przekazał dziecku do rąk własnych, kiedy doszło do siebie. Oczywiście co do gwiazdy sprawa wydawał się mocno niejasna, lecz kwestia wykształcenia, jakie miał otrzymać chłopak, nie podlegała dyskusji. Wlad nie mógł sprzeciwić się Wyroczni. Wiadomo było powszechnie, że wykroczenie wobec przepowiedni oznaczało klątwę i rychłą śmierć dla tego, kto próbował zmienić wyznaczony los.

Ojciec Weylanda odwiózł najmłodszego syna do Białego Avalonu pod eskortą straży Katedry. Kształcenie magów podlegało ścisłej kontroli królestwa. Merlin – Pierwszy Mag Dziewięciu Królestw – przyjął młodzika jak prawdziwy dar od losu. Od dawna czekał na godnego następcę, który właśnie stanął na jego progu. Tak dopełniła się wola Miriam. Wlad pożegnał się z Weylandem, jakby miał go już nie zobaczyć. Ukląkł na progu bramy wjazdowej, przycisnął do serca i ten jeden raz zapłakał, po czym ruszył na kampanię wojenną przeciwko rodzinie Giaurów, których chyba nie do końca słusznie obwiniał za śmierć żony. Wraz z synami rozpętał długotrwałą wojnę domową, w której obydwie strony poniosły tylko straty. Po piętnastu latach stary Czernyhora zginął w boju, a jego następcy nareszcie mogli podpisać upragniony pokój. W traktacie uznali iż rany, których doznała macocha podczas misji, jaką pełniła w służbie Sojuszu Dziewięciu Królestw, nie spotkały jej z winy zdrady Giaurów. Uznano, iż sojusznicy nie mieli wyboru, gdy porzucili bądź co bądź obcą im kobietę w zasadzce, wystawiając na deszcz strzał przeciwników. Jednorożec, na którym jechała doniósł ranną do Czernicy – rodzinnego zamku jej męża i zdechł poraniony. Miriam konała cztery długie dni. Zakażone od zatrutych grotów rozcięcia nie zabliźniały się, a krew stawała się coraz ciemniejsza. Nie było ratunku. Senior rodu wpadł w rozpacz i szukał zemsty, ale gdy go zabrakło, adoptowani synowie kobiety z gwiazd uznali całą historię za niefortunny zbieg okoliczności. Podpisali wieczysty pokój z Giaurami, po czym wypłacili im odszkodowanie, mające stanowić rękojmię dobrej woli Czernyhorów. Młodzi panowie próbowali odbudować swe zrujnowane dziedzictwo, jednak bez większych sukcesów. 

Weyland tymczasem zadomowił się w Avalonie. Doświadczył ze strony Merlina prawdziwie ojcowskiej opieki. Stary mag przekazał młodzieńcowi całą teoretyczną wiedzę, jaką posiadał. Na praktykę miał jeszcze przyjść czas, ale … nestor Czernyhory zmarł zanim chłopak skończył osiemnaście lat. Mocno zagubiony w tej sytuacji młodzieniec musiał udać się do stolicy, aby otrzymać nominację na funkcję Pierwszego Maga po swoim nauczycielu. Tam poznał Asherę, która niechcący dokończyła szkolenie młodego maga i o zgrozo naznaczyła go strasznym piętnem, którego ciężar dźwigał po dziś dzień. Sam był sobie winien. Głód wiedzy i fizyczna fascynacja bywają groźniejsze niż gorączka złota. Konfrontacja z rudowłosą pięknością skończyła się jednak dla czarodzieja można by rzec szczęśliwie, to znaczy uszedł z życiem i osiadł na dobre w Białym Avalonie.

 

***

 

Granitowe Góry Tarratu tonęły w gęstej mgle poranka, pośrodku nich stal czarny zamek Ashery, ukryty w rozpadlinie skał. Tylko jego ostre wieże wynurzały się ponad gęste chmury, połyskując metalicznie w bladym słońcu. Nie wiele istot chciało zamieszkać w tej niesprzyjającej krainie z własne woli. Nieliczni, którzy zostali, byli tu tylko dlatego, że nie mieli innego wyjścia. Potężna czarownica trzymała swe sługi w twardych okowach i pozwalała im wieść nędzne życie w niewoli, żądając w zamian bezwzględnego posłuszeństwa. Jej ponure zamczysko, niemal zupełnie puste, chętnie omijano, chociaż leżało na szlaku do stolicy i obejście go zabierało podróżnym często nawet tydzień. Powszechnie jednak uważano, iż lepiej trzymać się z dala od nieprzyjaznej krainy oraz Czerwonej Wiedźmy.

Tego ranka pani tych ziem wstała po nieprzespanej nocy i udała się wprost do komnaty czarów, aby zajrzeć w Palamkir. Czarownica ujęła w dłonie kryształową kulę i zajrzała do wnętrza wytrzeszczając zielone źrenice. Agresywne, jaskrawe światło rozjaśniło ciemny pokój, a na ścianach zamigotały hologramy spodziewanych wydarzeń. Ashera zatapiała się w nierealnym świecie przewidywań, wróżb i znaków. Chciała wiedzieć wszystko bardzo dokładnie. Zanurzała się więc w projekcjach, aby dostrzec istotne szczegóły, które mogłaby wykorzystać dla własnej korzyści. Stało przed nią trudne zadanie, zwłaszcza, że spodziewała się ingerencji maga.

– Weylandzie, nie jesteś przecież tak głupi, aby dać się wmieszać w nic dla ciebie nie znaczące rozgrywki nędznych śmiertelników, nieprawdaż? – stwierdziła, przesuwając palcem po gładkiej powierzchni kryształowego szkła, gdzie ukazała się postać jej dawnego przyjaciela. – To byłoby ze wszech miar niepożądane i niebezpieczne – zasugerowała. Wiedziała dobrze, że Czernyhora umie czytać myśli, a takiej wypowiedzianej specjalnie do niego i przekazanej za pomocą kryształu na pewno nie przegapi. Mówiła, wpatrując się w Palamkir. – Uważaj na posłańca mój drogi, to podejrzana osoba – tymi słowami zakończyła sesję i zakryła kulę.

– Jeśli podejmiesz wyzwanie, czeka nas konfrontacja kochanie – uświadomiła sobie Ashera, czując dreszcz emocji. Spotkanie z Pierwszym Magiem pozostawało obciążone pewnym ryzykiem, biorąc pod uwagę nastawienie arystokraty do czarownicy, ale gwarantowało również mocne wrażenia, których szukała z wielką determinacją. 

– Dawno się nie widzieliśmy – przyznała sama przed sobą, uśmiechając się na wspomnienie ich pierwszego spotkania na dworze mandriagoriańskiej stolicy. Świeży, uroczy, niewiarygodnie przystojny, jasnowłosy czarodziej liczył sobie wtedy nie więcej niż dziewiętnaście wiosen. Pławił się w przepychu i luksusie, pośród rozlicznych zabaw oraz nieskromnych gierek miłosnych z kokietującymi go dwórkami. Zachwycał wyrafinowanym wdziękiem i stanowił przyjemną odmianę w gronie starszych kolegów po fachu, których większość osiągnęła słuszny wiek, a także nazwijmy to delikatnie dostojny wygląd. Wśród nich wysoki blondyn, inteligentny i czarujący, lśnił niczym prawdziwa perła. Uświetniał wieczorne bankiety pięknym śpiewem, a także barwnymi opowieściami. Urzekał, oczarowywał i bawił wszystkie panie, ale Asherę upodobał sobie szczególnie.

Zaintrygowała młodzieńca od pierwszego wejrzenia. Tamtego pamiętnego wieczoru spoglądał pełen zachwytu na rudowłosą piękność, wnoszoną w otwartej lektyce do Głównej Sali Gier. Przystrojona klejnotami z szafirów, w purpurowej sukni z głębokim dekoltem, wyglądała zjawiskowo. Przyćmiewała swym blaskiem wszystkie damy. Nie znalazł się na przyjęciu nawet jeden mężczyzna, który nie spojrzałby oszołomiony widokiem tak zachwycająco doskonałej kobiety. Czernyhora przedstawił się, gdy tylko lektyka damy dotknęła ziemi. Od tej pory czarownica i młodzieniec stali się nierozłączni, a gdy wizyta obydwojga w Ashelonie dobiegała końca, rudowłosa nie omieszkała zaprosić nowego ulubieńca do twierdzy w Górach Tarratu. Weyland z radością przyjął zaproszenie, licząc na przełamanie dzielącego ich dystansu. Piękna pani okazywała wprawdzie zainteresowanie koledze po fachu, lecz nie pozwalała na żadne poufałości. Poza tym znała magię, której czarodziej jeszcze nie spróbował – wyjątkowo niebezpieczną magię. Rządza ciała i wiedzy połączone razem sprawiły, że młody szlachcic bez zastanowienia przyjął zaproszenie do odległej warowni, gdzie bezwątpienia wiele się nauczył, ale i poznał strach.

Zamek wiedźmy wznosił się nad rozległym pustkowiem, które nawiedzały huraganowe wiatry oraz monsuny przeplatające się z suszą. Nieurodzajna i zniszczona przez żywioły kraina stanowiła idealne mieszkanie dla Ashery, lubującej się w okrucieństwie, ale też dbającej o zachowanie w tajemnicy pradawnych rytuałów, odprawianych w jej domu.  Pierwszego wieczora po podróży ze stolicy wiedźma poczęstowała swego gościa sutą kolacją, której większość Weyland pozostawił na talerzu. Intuicja nie zawiodła czarodzieja skrzętnie oddzielił dania nasączone podejrzanymi substancjami od jedzenia nie naznaczonego czarami lub eliksirami. W tamtym momencie wiedźma pomyślała, że być może lepiej byłoby działać szybko i nie bawić się w gierki, bo zdobycz może umknąć, ale rozgrywka już się zaczęła, więc nie było wyjścia. Czarownica kusiła młodzieńca spojrzeniami, przesuwała ukośnie po ziemi długimi nogami, odsłaniając ich nagość, a na zakończenie kolacji ofiarowała Czernyhorze pierwszy, soczysty pocałunek, siadając na jego kolanach, po czym kazała odprowadzić gościa do komnaty, gdzie rezydował. Sama poszła do siebie, do wieży, której światła widać było z pokoju Weylanda.

Mężczyzna położył się do łóżka, czując winny smak ust wymarzonej kobiety. Tamtego wieczoru pierwszy raz zapomniał o przepowiedni matki, myślał tylko o rudowłosej piękności. Wokoło zaległy głębokie ciemności, nie świeciły gwiazdy i zanosiło się na potężną burzę. Wiatr świstał w szerokich, kamiennych korytarzach, a od północy zacinał gruby deszcz. Uderzał miarowo w szyby. W komnacie chłopaka panował nieprzyjemny chłód. Nikt nie napalił w kominku. Tymczasem od strony wieży rozchodziły się niepokojące dźwięki szczęku żelaza oraz jakiegoś cichego jęku. Z korytarza dobiegały coraz wyraźniejsze i częstsze piski zwierzęcych ofiar. Czarodziej starał się ignorować te złowrogie odgłosy, ponieważ budziły w nim lęk, a jednocześnie paradoksalnie wzmagały niepohamowaną żądzę. Zakrył twarz ręką, ogarnięty rosnącą gorączką pożądania. Wił się i miotał na posłaniu, kiedy coraz wyraźniej słyszał w myślach głos wiedźmy, która wykorzystywała telepatyczne umiejętności maga, wysyłając usilne, nakazujące wezwanie:

– Weylandzie…Weylandzie, przyjdź do mnie… Weylandzie czekam, Weylandzie… dlaczego zwlekasz? Weylandzie! – rozbrzmiewały słowa natarczywej prośby. Jasnowłosy nie mógł się oprzeć wołaniu. Serce uderzało coraz szybciej w jego piersi, aż w końcu zerwał się i wybiegł na korytarz wypełniony słodkawym, lepkim zapachem zastygającej krwi. Po czarnych ścianach spływały krople złożonej ofiary. Wiedział doskonale, co to oznacza – czarownica zbierała oddział demonów, aby pojmać swego gościa i przejąć siły witalne oraz dopiero co rozbudzoną magiczną moc. Czytał nie tylko myśli, ale także intencje, jakie są za nimi skryte. Znał starą dewizę: Czarownice się nie zakochują. Mimo to nie zatrzymywał się. Szedł korytarzem skropionym purpurową posoką. Pragnął spełnienia z kobietą, przy której gasły wszystkie gwiazdy, chociaż rozumiał, że zmierza prostą drogą w pułapkę i być może nie doczeka świtu.

Zamczysko trzeszczało w posadach, gdy wezwane rytuałem ofiar duchy przybywały na swój wieczorny żer. Jakiś cień przemknął obok Czernyhory, później kolejny. Poczuł mocne ukłucie w żołądku i mdłości, kiedy wszedł na nieprzyjazne, kręte schody. Pod bosymi stopami pluskała woda z deszczu, zacinającego przez łukowate okna bez szyb. Ostre krople rozbijały się o twarz i nagie piersi mężczyzny, w którym igrały żarłoczne płomienie niespełnionej miłości. Nie wahał się. Nie zwalniał kroku. Był wezwany i szedł na spotkanie przeznaczenia. Długie, jasne, potargane włosy opadały na tors, oczy patrzyły daleko przed siebie, mocno rozszerzonymi źrenicami, a zapach śmierci przytłaczał i mieszał się z ostrą, lecz kuszącą wonią orientalnych pachnideł. 

Weyland stanął w otwartych na oścież drzwiach pokoju na wieży, twarzą w twarz z wybranką. W sali panowało przyjemne ciepło, bijące od ognia, płonącego na dużym kominku. Na środku został ustawiony okrągły stół, przeznaczony do magicznych obrzędów. Ashera, ubrana w satynową czerwień sukni, spojrzała na wezwanego uwodzicielsko i dziko. Na blacie przed nią znajdowała się inkrustacja, przedstawiająca drzewo życia. Gałęzie zdawały się oplatać czarki ustawione w krąg. Rudowłosa zanurzyła palce w pierwszym z naczyń i przeciągnęła lepką zawartość po stole aż do drugiej misy, a później kolejnej i kolejnej, aż zatoczyła pełny krąg. Nad stołem zapłonął fioletowo, rdzawy płomień. Zawisł w powietrzu, aby na skinienie kobiecej dłoni popłynąć w stronę maga. Ognik rozprysł się na piersiach mężczyzny, sprawiając ból. Rozgniewany tą sztuczką czarodziej, w mgnieniu oka znalazł się przy pani, pochwycił ją w pasie i przycisnął do siebie, żądając odnowienia pocałunku, ale rubinowe klejnoty warg umknęły przed nim, gdy kobieta odwróciła twarz. Nie zrażony tym, świeżo przybyły gość musnął ustami szyję wybranki. Przyjęła tę subtelną czułość zaskoczona delikatnością, z jaką młodzieniec chciał rozpalić jej zmysły. Chociaż odmówiła pocałunku, on swoich nie żałował i składał jeden przy drugim na jedwabiście gładkiej skórze odsłoniętego dekoltu. Czuł przyjemną satysfakcję, gdy przyszła kochanka odwzajemniła czułość, obejmując jego nagie ramiona. Weyland zanurzył język w wymarzonych ustach, próbując się nimi nasycić, ale wciąż pragnął więcej słodkiego smaku. Zaplótł palce w ognistym kolorze włosów, przeczesywał, gładził, cieszył się bujnością. Powoli zsunął z ramion Ashery zwiewną suknię, obrysowując dłońmi miękkie łuki pięknego ciała. Napawał się widokiem brzoskwiniowo-złotej skóry, lśniącej w blasku płonącego ognia. Pragnął stać się częścią przepełnionego życiem cudu, który wtulał w siebie. Przylgnął do ukochanej w nadziei na ostateczne zaproszenie do jej ciepłego wnętrza, lecz czarownica gwałtownie odepchnęła mężczyznę, a gdy chciał powtórnie ją pochwycić, złapała jego nadgarstki. Była jednak zbyt wątła, żeby go zatrzymać. Młodzieniec roześmiał się i wyrwał się z uścisku. Patrząc prosto w zielone oczy, uwięził wiedźmę w kolejnym gorącym pocałunku, w przenikliwym dotyku, w coraz bliższym zespoleniu dotykających się ciał. Zawładnął wszystkimi zmysłami kochanej, kiedy zatonęli razem w morzu puchowych poduszek na rozścielonym łóżku. Niepohamowanie zachłanny Weyland zaznawał piękna kobiecego ciała pierwszy raz w życiu, nie umiał się zatrzymać przed niczym. Płynął na fali rozkoszy, spijał z ust westchnienia, zanurzał się w bliskości jej rozgrzanego ciała. Kochankowie stawali się jednym istnieniem, jednym oddechem. Przypominali ogień na kominku, który oświetlał komnatę miłości. Obydwoje wili się, przemykali po sobie, w rosnącym tempie nadciągającego spełnienia. Fale namiętności niosły ich w łodzi zbliżonych ciał. Cały świat zniknął, rozpadł się wśród błysków niewytłumaczalnego światła pod powiekami, w krzykach rozkoszy, w drapieżności pożądania i w niemal raniącej chwili, gdy dwa serca uderzały jednocześnie, a ciała zatopiły się w sobie do końca. Na moment zastygli na wpół świadomi, połączeni na skraju światów – pomiędzy istnieniem a nieistnieniem – tam gdzie rodzi się nowe życie. Dokonało się. 

Wokół wieży szalała nawałnica. Błyskawice przecinały niebo, a zaraz po nich grzmiało tak, że fundamenty zamczyska zdawały się obsuwać. Kolejne fale ulewy budziły kochanków z krótkiego snu, aby mogli zaznać kolejnego uniesienia. Weyland, już spokojniejszy i cichszy, wtulał się w ukochaną, która przyjmowała jego pieszczoty, wychodząc naprzeciw w miłości. Obydwoje zostali przemienieni w nowe istoty. Łączyli się coraz doskonalej, głębiej i pełniej. Po twarzy Ashery spływały kryształowe łzy szczęścia. Nie walczyła, nie żądała, nie złościła się i… poczuła ten jeden jedyny raz w swoim życiu, że nie jest sama.

Miłosna para ucichła wraz z burzą, nad ranem. Oddychali głęboko i równo, niczym małe dzieci, ogarnięte świętym, spokojnym snem. Czerń nocy przepełniła komnatę, kiedy wygasło w kominku, a świt przychodził późno w tej krainie, więc spokojny mrok zapadł na wiele godzin.  

Czarownicę obudziły głosy dzikich gęsi, przelatujących nad wieżą. Zerwała się gwałtownie z łóżka i zdała sobie sprawę, że została sama. Młody gość zniknął, a wcześniej założył na panią swego serca czerwoną suknię, w którą była ubrana zeszłego wieczoru. Na poduszce leżała mała niezapominajka – uroczy dowód wdzięczności kochanka za upojną noc. Wiedźma wydała z siebie przeraźliwy krzyk harpii, aby ulżyć narastającej wściekłości. Zdemolowała pokój, po czym opadła bez sił na podłogę. Przed nią stało duże, kryształowe zwierciadło.

– Gdzie Czernyhora?! – zapytała lustro. Na szklanej powierzchni pojawił się obraz jej kochanka w Avalonie. – Jak to możliwe? – próbowała dociec. W odpowiedzi zobaczyła dwa oblicza maga – jedno na tle Gór Tarratu, drugie w białym grodzie czarodzieja.

– Bilokacja – stwierdziła oczywisty fakt.

Czarodziej przewidział zasadzkę i wykorzystał umiejętność bycia w dwóch miejscach na raz. Gdy Ashera poznała prawdę przed lustrem, on opatrywał rany, zadane przez demony, gdy umykał z gościny. Uszedł z życiem, ale od pamiętnej nocy nosił stygmaty walki z najokrutniejszymi łowcami dusz, jakich spotkał w życiu. A czarownica? Jej serce skamieniało. Dziś widziała w Weylandzie już tylko rywala.

 

***

 

 

Czernyhora miał w Białym Avalonie piękną rezydencję – Wielki Dom. Do tradycji należało odwiedzanie tego miejsca przez arystokratów. Nawet stolica nie mogła się poszczycić podobnym powodzeniem. Szczególnie cenione były zaproszenia na doroczny bal z okazji pierwszych zbiorów. Mag, zawsze dystyngowany, elegancji i gościnny zapewniał biesiadnikom przyjemny pobyt i niezapomniane wrażenia. Urządzał widowiska, bale, turnieje i znajomości. Kto pragnął uznania w towarzystwie, wpierw szukał protekcji Czernyhory. Tak więc wszyscy interesowali się nim, a on okazywał z reguły obojętność wobec niższych szczeblem arystokratów i pogardę dla pochlebców. Z nikim nie musiał się liczyć i dobrze o tym wiedział. Jego marchię wypełniały rozległe winnice, sady, żyzne pola i kwitnące łąki. Intratne układy z władcami, sojusze dyplomatyczne oraz funkcja Pierwszego Maga zapewniały Weylandowi spokojne i dostatnie życie. Lata swej długowieczności, którą zawdzięczał pospołu urodzeniu, bliskości jednorożców oraz profesji, spędzał w luksusie godnym króla. W Avalonie dysponował obszerną biblioteką, prowadził dwór i konserwatorium dla młodej szlachty, skonstruował także wielkie teleskopy z kryształowymi soczewkami do obserwatorium astronomicznego, gdzie od trzystu pięćdziesięciu dwóch lat wypatrywał swej gwiazdy, obiecanej przez matkę i Wyrocznie z Asheronu.Miał więc wszystko, czego potrzebował do szczęścia, ale pomimo sukcesu zawodowego, finansowego i prestiżu jakim cieszył się w towarzystwie, ciągle czuł się niespełniony, a rutynowe obowiązki maga, znacznie ciążyły znudzonemu arystokracie. Kiedy zaczynał drogę czarodzieja, marzył o fascynujących przygodach, chwale, pokrytej patyną zwycięstw nad wrogiem oraz wiekopomnych czynach, o których powstaną niezliczone pieśni – tyle teorii. Fakty przedstawiały się inaczej. Weylanda przygniatała prosta, niczym nie zmącona, prozaiczna nuda. Kiedy kolejni goście przybywali do niego po porady, słuchał z grzeczności losów ich życia. Przepowiadał przyszłość, sporządzał magiczne mikstury, amulety i leczył choroby, spowodowane przez uroki. W swoim kolegium uczył młodzież nauk politycznych, sztuki wojny oraz retoryki, czyli dyplomatycznego oszustwa. Poza tym władca na tronie Białego Avelonu –zachodniej marchii Mandragorii -zarządzał twierdzą oraz podległymi ziemiami, wśród piękna przyrody, pod nigdy nie gasnącym słońcem wiedzy, zamkniętej w księgach, powierzonych mu w opiekę.

Tego ranka pan na włościach szukał powodu, żeby wstać. Musiał mieć motyw – zachętę do zrobienia wszystkiego tego co zwykle – do wykonania swoich normalnych obowiązków.

„Może znajdę jakąś nową wskazówkę do przepowiedni w układzie gwiazd, albo w kryształach?” – pomyślał. Ciągle jednak leżał w łóżku. Westchnął ciężko, popatrzył na tace z jedzeniem i zmusił się do wypicia szklanki zimnej wody oraz zjedzenia jabłko. Uwielbiał owoce. Później ubrał się w szatę maga, czyli w obszerną tunikę, z metalowymi zapinkami w kształcie zwiniętych węży i wolnym, posuwistym krokiem ruszył wolonym, posuwistym krokiem do obserwatorium. Przeszedłszy wewnętrzny dziedziniec, wdrapał się na rusztowanie, usiadł przed teleskopem i powoli śledził kolejne gwiazdozbiory. Oglądał orbity księżyców, szukał meteorytów, anomalii w torach ruchu ciał niebieskich oraz nietypowych ustawień planet. Nie spostrzegł jednak niczego oryginalnego. Niebo wyglądało tak jak zwykle o tej porze roku, więc mężczyzna przeciągnął się, ziewnął i przysłonił soczewkę, przez którą patrzył. Zresztą czas na tę pracę minął. Żeby zdążyć na popołudniowe audiencje, musiał się mocno sprężyć, a przecież po obowiązkowych, umówionych spotkaniach do wieczora miał jeszcze do zrobienia wiele innych rzeczy: śledził bieg prądów morskich, czytając raporty gońców z wybrzeża, obserwował emisję fal w przestrzeni, śledził zakłócenia i zgodności przepływu światła słonecznego i księżycowego, kontrolował migrację ptactwa, zmiany pogody, korespondował z innymi magami, prowadził badania skuteczności ziół, mikstur, eliksirów noi oczywiście oceniał wpływ magii na poszczególne nacje oraz gatunki.

„ Nie” – pomyślał z obrzydzeniem. – „ Dziś ograniczę zadania do minimum. Nie spędzę całego dnia nad papierami albo w towarzystwie nudziarzy z odległych księstw. Zasługuję chyba na odrobinę wytchnienia” – stwierdził i przeszedł do Sali Kryształów, jako że oglądanie wróżebnych kamieni naprawdę lubił. Zawsze dowiadywał się czegoś nowego, nieoczekiwanego. Rozpoczął jak zwykle odsłonięciem szklanej kopuły. Wielki, czarny baldachim, osłaniający pomieszczenie przed promieniami słońca rozchylił się, gdy Weyland wciągnął odpowiednią linę. Powierzchnie kamieni oraz szkieł, ustawionych w Sali, zalśniły. Z załamujących się na kryształach świateł mag czytał przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Minerały – jedne oszlifowane inne surowe – dawały swojemu właścicielowi wiedzę o rzeczywistości, zdradzając nie tylko przebieg wydarzeń, lecz również tajemnice serc ich uczestników. Czarodziej widział obrazy – całe sekwencje historii, możliwości lub symbole, które zwiastowały, co miało nastąpić.

– Przepowiedzcie mi przyszłość – zażądał stanowczo, ujmując w dłonie pierwsze kamienie, które zabrał ze specjalnie przygotowanych dla nich otwartych gablot. Obracał drogocenne przedmioty między palcami, odkładał, po czym podnosił ponownie: szmaragd, szafir, rubin, dalej różnobarwne opale, karneole, hematyt, onyks, diament, beryl. Kamienie zalśniły mocniejszym blaskiem.

– Przybędzie nowy gość – stwierdził mag, przystając zaintrygowany. Zaczął wpatrywać się w beryl, aby odkryć, kto go odwiedzi, ale coś zaczęło szwankować. Kolejne kryształy, których dotykał, jeden po drugim mętniały i traciły blask, jakby zamierały. Niczego nie mógł wyraźnie zobaczyć. Wreszcie sięgnął po minerał granatu. Uniósł wysoko nad głowę czerwony, jajowaty kamień i zajrzał przez niego w przyszłość:

– Przybędzie poseł z obleganego miasta, uzbrojony, dostał misję…– mówił do siebie. Wtedy nagle spostrzegł rozbłysk światła z kryształu górskiego – bardzo czystego i przejrzystego kamienia, z ostrymi krawędziami. Mag pochylił się nad nim.

Ostrzeżenie! – spostrzegł. Starał się odnaleźć jakieś dodatkowe informację, ale niczego więcej nie widział. – Że też zawsze trzeba się domyślać o co chodzi, analizować, doszukiwać. Nie znoszę tego! – narzekał.

Odwrócił się i zaczął główkować.

– To będzie goniec ze stolicy Mandragorian. Przybędzie przesiąknięty zapachem trupów i biedy. Oznajmi, że Ilirowie w końcu podbili miasto po trzyletnim warowaniu pod murami. Mogliby od razu podpisać ugodę, ale nie. Musi się toczyć kolejna bezsensowna wojna. Skończy się jedna, to zaraz zaczną następną, gdzieś na pograniczu – wygłosił proroczą mowę.

Rzeczywiście relacje pomiędzy Ilirami a Mandragorianami od stuleci pozostawiały wiele do życzenia. Wynikało to zapewne z faktu, iż te dwa ludy miały zupełnie inną mentalność a ich przekonania, tradycje i wierzenia wzajemnie się wykluczały. Ilirowie pochodzili z kamienistej i zimnej północy. Byli wojownikami. Żyli z niewolników oraz danin od podbitych ludów. Przez całe wieki ich rządza krwi szła w parze z kompletną niegospodarnością. Grabili, po czym trwonili swe dobra. Przechodzili niczym szarańcza, zostawiając za sobą zgliszcza, na których budowali swe wymyślne fortyfikacje. Od mieszkańców podbitych krain zawsze domagali się szacunku i pieniędzy. Mandragorianie zupełnie tego nie rozumieli. Wznosili swoje królestwo na mocnym fundamencie wiedzy oraz obfitych plonów. Zasadniczo nie mieli armii. Ich urokliwe, wioski w kotlinach, na równinach i w naturalnych sadach owocowych stanowiły łatwy łup dla najeźdźców. Wyjątek stanowiła oczywiście stolica, która dzięki Ilirom stała się prawdziwą warownią. Pierwotnie znajdowały się tam tylko Wyrocznia oraz Dom Wiedzy, gdzie kształcono elitę królestwa, lecz ilirscy królowie stworzyli w tym miejscu fort obrony z murem wysokim na dwadzieścia trzy metry, z dwunastoma wieżami oraz ogromnym arsenałem. 

Od trzystu lat w Asheronie – stolicy dawnej Mandragorii zasiadał król – Ilir, którego jednak każdorazowo wojownicy z północy umieszczali na tronie siłą. Władcy tradycyjnie wysyłali swego następcę do głównego miasta swych przodków – Tulii – na nauki. Gdy umierał stary władca, Mandragorianie nie wpuszczali spadkobiercy za mury, jako że według ich zwyczaju, władzę powinna pełnić królowa, wybierana z kasty kapłanek Wyroczni. Przyszły król, aby dostać się do fortu, musiał go podbić, co robił z radością, dostępując zaszczytu triumfu wojennego. Kapitulację wieńczyło małżeństwo obojga królestwa. Ilirscy wojownicy wracali tymczasem na swe rodzinne ziemie, zostawiając podbite miasto własnemu losowi. Kolejne pokolenie zaś nie miało już prawa wstępu do twierdzy, którą ludzie wiedzy zgodnie z prawem i tradycją uważali za swoje. I tak zabawa zaczynała się od nowa. Wojowie oblegali zbuntowane miasto, zdobywali i plądrują. Kolejna królowa wychodziła za mąż za wodza najeźdźców. A przecież Ilirowie mogliby po prostu skorzystać z prawa gościnności i wejść do stolicy, zeżreć zapasy, nacieszyć się cudzym dobrobytem, po czym wrócić do siebie. Lecz oni nie proszą. Oni żądają, a gdy podbici wasale się opierają, biorą siłą. Tacy już zawsze byli i są Ilirowie. Mandragorianie zaś pomagają wszystkim z bezgraniczną hojnością, jednak nigdy nie odpowiadają na żądania, ponieważ są dumni i nikt im nie będzie rozkazywał. Obecnie wytrzymali trzyletnie oblężenie, a gdy obliczyli, że niedługo skończy im się prowiant, zaczęli zapewne pertraktacje ugody na starych warunkach i zakończenie wojny. Na kilka dziesięcioleci sprawa zostanie zamknięta.

Weyland znał dobrze obecną mandragorską królową, która w przeciwieństwie do swoich poprzedniczek nie była ani młoda, ani szlachetna, ani też specjalnie urodziwa, podobnie jak jej ewentualny małżonek – zaprzeczenie Ilirskiego wojownika – mizerota z łysiną na czubku głowy. Gdy mag zobaczył ich obydwoje oczyma wyobraźni, skrzywił się z niesmakiem i stwierdził, że rasa ludzi karleje, a dobre czasy dawno się skończyły. Przeżył już ośmiu ilirskich królów na tronie Mandragorii, ale dobrze wspominał tylko Erma i jego małżonkę Meę.

– Dość tego! – krzyknął Weylnad, zasłaniając kopułę z kryształami ciemną tkaniną. – Posłaniec ze stolicy! Też mi coś. Żałosny, głupi mięśniak! Co on mnie obchodzi? Odbiorę wiadomość i spławię tego idiotę pod strażą. Ostrzeżenie! Przed zaplutym żołnierzyną? Kpina! Kolejna głupia wróżba! Kolejny policzek na twarz! Mam dość! Dość! – wrzeszczał, miotając się po sali. W końcu wyszedł, trzaskając drzwiami. Zbiegł po schodach, próbując się uspokoić. Znów mówił do siebie, co go deprymowało. Do tego magowi trzęsły się ręce, niczym w delirium. Zawsze tak było po nocy przepowiedni – rozpadał się psychicznie i fizycznie. Mimo to podświadomie wciąż czekał na spełnienie, jeszcze żyła w nim nadzieja, wbrew wszystkiemu. Z resztą czuł, iż nie miał innego wyboru. Pamiętał dobrze, co go spotkało, kiedy pierwszy raz zwątpił w słowa matki oraz wyroczni. Nie zamierzał kusić losu i ponownie spotkać kogoś podobnego do Ashery.

Weyland wszedł do stajni, gdzie czekał na niego osiodłany i przytroczony Atlant. Biały wierzchowiec przywitał pana rżeniem, szarpnął za uwiąż i uwolniony zaraz znalazł się blisko opiekuna, trącając go nosem. Maga rozbawiła ta sztuczka. Żeby nie wiem jak przywiązać tego konia, on i tak się wyswobadzał. Uciekał przy każdej nadarzającej się okazji, dlatego jego boks zamykano na kłódkę. Kopał i gryzł chłopców stajennych, gdy próbowali czyścić jednorożca po samowolnej wyprawie na łąki, dostawał się do Sali Uczt, do kuchni, do ogrodu– gdzie tylko chciał, ale na swego pana czekał wiernie, dla niego był posłuszny i oddany. Czernyhora uwielbiał Atlanta pasjami, jak zresztą wszystkie swoje jednorożce. Płochliwe i odważne, delikatne i silne, wytrwałe i nieposkromione – wszystko to odnajdywał jednocześnie w przyjemnie sprężystym ciele szlachetnych zwierząt. Skąd pochodziły białe konie o łagodnym spojrzeniu, zawsze czyste, niewinne i piękne? Krążyły o nich legendy, bardziej przypominające baśnie dla dzieci niż możliwe odpowiedzi, na to pytanie. Tam gdzie przebywały rzekomo panowała wieczna wiosna – pierwszy mit do obalenia – nad Avalonem przez dwa miesiące w roku wisiały szarogranatowe chmury pełne gradu, deszczu oraz ciężkich płatków śniegu. Twierdza sąsiadowała ze stokami Świętych Gór Nivariusa. Dalej zaś rozciągało się Czarne Morze Olafidów. Położenie geograficzne wykluczało wiec zaistnienie wiecznej wiosny w tej części świata. Prawdą było natomiast, że kto dosiadał jednorożca, cieszył się dobrym zdrowiem i witalnością, czego Weyland stanowił najlepszy przykład. Prowadził hodowlę tych zwierząt i nigdy nie chorował, poza oczywiście wypadkami, gdy dosięgła go cudza magia. Najbardziej kochał te spośród koni, które nie chciały, aby na nich jeździć. Z radością układał je całymi latami. Trenował, aby móc zaznać satysfakcji dosiadania najbardziej nieprzewidywalnych istot na ziemi. Pielęgnował i wychowywał jednorożce, niczym własne dzieci. Oczywiście przypominały mu o matce, ale także dlatego, że pragnął przełamać samotność. Płynęła w nim krew ludu Wogel – istot, które przybyły z gwiazd. Dlatego kochał niebo, a jednorogie konie koiły jego duszę. Leczyły smutek. Patrzył na nie i na gwiazdy z czułością, a na ludzi z częściowym obrzydzeniem.  Głupota, chciwość, zawiść, zazdrość, zdrada i rządza mordu – oto czym potraktował Weylanda świat. Cieszył się, gdy mógł być z dala. Wytrwale też budował fortyfikacje Avalonu oraz mury we własnym sercu, aby pozbyć się jakichkolwiek zależności, łączących go z upadłym gatunkiem ludzi, którzy zniszczyli wszystko, co kiedykolwiek uważał za piękne. Niestety sam był półczłowiekiem i pewnie również dlatego odczuwał często niechęć i odrazę do siebie samego, widząc te same słabości we własnym charakterze. Tęsknił za nieosiągalnym kosmosem, skąd przybyła jego matka, tęsknił za nieuchwytną doskonałością.

Miriam przybyła na tę planetę razem z dwunastoma towarzyszami, którzy przynieśli nowe światło – energię, mającą zmienić oblicze Ziemi. Jakże niewdzięczni okazali się obdarowani. Nieustająca wojna niszczyła ludzi oraz przybyszów, którzy nie rozumieli zaciekłości oraz głupoty istot tak zdawałoby się do nich podobnych. Wszyscy zginęli. Długowieczna Miriam była ostatnia z pośród gatunku Wogel i tylko ona nieoczekiwanie doczekała się potomka ze zwykłym śmiertelnikiem. Odnalazła pociechę w maleństwie, lecz za pewne marzyła o powrocie do swojej dawnej ojczyzny, gdy godzinami przyglądała się odległym gwiazdozbiorom. Można powiedzieć, że Weyland poszedł w tym względzie jej w ślady. Obserwował niebo każdego dnia i dla niego, tak jak dla niej, ciemna przestrzeń porozcinana blaskiem ciał niebieskich pozostawała nieosiągalna, utracona oraz tajemnicza. Znów myślał o matce, a już dzisiaj nie chciał. Postarał się skupić na Atlancie, dosiadł wierzchowca, po czym wyjechał na główny dziedziniec, dalej wzdłuż murów do głównej bramy i na prawo na gościniec. Wjechał na rozległą, kwiecistą łąkę. Przyspieszał z radością. Słyszał oddech konia, bicie dwóch serc, lekkość z jaką zwierze przemierzało bujną zieleń. Galopował, łapiąc we włosy ciepły wiatr poranka. Atlant galopował do chwili, gdy Weyland zebrał wodze tuż przed aleją starych dębów. Zwolnili. Mężczyzna pozwolił zwierzęciu podążać luzem, a sam wystawił twarz do słońca. Przymknął oczy, a młody jednorożec stąpał powoli miedzy drzewami, zatrzymując się od czasu do czasu, aby skubnąć odrobinę świeżej kończyny. Mag nie popędzał go. Delektował się zapachem czystego powietrza, kwiatów i żywicy z pobliskiego lasu. Śpiew ptaków w zaroślach, szmer pobliskiego strumienia oraz ciche brzęczenie pracujących pszczół koiły zmysły. Nagle błogość przejażdżki przerwało brzmienie stanowczego kobiecego głosu:

– Hej, ty tam!

Weyland spojrzał w stronę postaci, która stała na gościńcu, machając do niego ręką. Powiał ciepły letni wiatr – chyba pierwszy tego roku i poruszył bujnymi, czarnymi włosami przybyłej. Maga przeszyło uczucie dziwnego niepokoju. Biały jednorożec bryknął nagle i niespodziewanie ruszył z miejsca. Jeździec spadł na ziemię na wznak, a upadek wypchnął powietrze z jego płuc. Zakręciło mu się w głowie. Zaskoczony usiadł po chwili i rozejrzał się oszołomiony. Ku niemu zmierzała piękna, młoda, brunetka w stroju gwardzistki stolicy. Wysoka i smukła szła lekkim krokiem, nie spiesząc się z pomocą. Widać uznała, iż nie warto przejmować się tak nieznaczącym incydentem jak upadek z konia. Sam poszkodowany nie pamiętał, kiedy ostatnio spotkało go coś podobnie niefortunnego. Uderzył o ziemię jak worek kartofli. Zawsze zręczny i sprawny poczuł się niczym kompletny laik bez doświadczenia. Musiało to wyglądać co najmniej komicznie, gdy runął na ziemię, nie wykazując najmniejszej woli asekuracji upadku.

„A oto i poseł ze stolicy.” – pomyślał przyjemnie zaskoczony i prawie żałował, że nie poświęcił w Sali Kryształów więcej czasu, aby dowiedzieć się szczegółów o spodziewanym gościu. Zgrabna piękność zbliżała się do Weylanda, który uśmiechnął się sam do siebie z przekąsem. Zapomniał o bólu obitych pleców oraz spłoszonym jednorożcu. Myślał o niej. Do gwardii przyjmowano tylko najlepszych i najtwardszych. Czy młoda, około dwudziestoletnia wojowniczka wyglądała na twardą? Atletyczna lecz smukła, i raczej wiotka sylwetka dziewczyny obiecywała mocne wrażenia każdemu, kto chciałby ją mieć, ale jak na rycerza wydała się nieco za delikatna. Dopiero blask dzikich, czarnych oczu dziewczyny zdradził magowi z kim ma do czynienia. Wzrok ten nie stawiał jednak wyzwania. Przebijała przez niego prawdziwa bezczelność i niestety również drwina. Mężczyźnie przebiegł po plecach dreszcz, kiedy ciemnooki anioł pochylił się nad jego postacią. Uśmiechnął się pogodnie, czując łakomy kąsek w zasięgu ręki. Co z tego, że miał trzysta siedemdziesiąt lat, wyglądał na nie więcej niż trzydzieści. Brunetka odrzuciła na plecy potargane, gęste włosy i powiedziała:

– Jestem Walkiria Galahad. Przybywam ze stolicy i chcę widzieć maga Czernyhorę. Zaprowadzisz mnie do niego?  

„Nie poznała mnie”– zrozumiał natychmiast czarodziej –„Typowy żołnierz, zero ogłady i logicznego myślenia”– stwierdził i postanowił zabawić się tą sytuacją, więc zapytał:

– A po cóż chcesz się nim widzieć?

– Nie twoja rzecz. Pilnuj lepiej swego kucyka – odpowiedziała bezczelnie dziewczyna, pochylając się głębiej nad magiem i zagłębiając w nim spojrzenie z rosnącą intensywnością.

– Pomóc ci wstać? Czy sam się ruszysz lebiego? – zadrwiła. Jeździec podźwignął się, nieco urażony tą nieczułością i chciał przywołać jednorożca, lecz tu spotkała go niemiła niespodzianka. Koń podszedł do młodej kobiety i zaczął ją czule trącać, domagając się pogłaskania. Walkiria uśmiechnęła się do zwierzęcia i spełniła milczącą prośbę zwierzęcia, z czułością zanurzyła dłoń w gęstej grzywie.

– Piękny– powiedziała.

Po plecach mężczyzny przebiegł kolejny niepokojący dreszcz. Atlant był jego ulubieńcem. Mag wychował go, ujeździł i uważał za przyjaciela, a ogier od pierwszego wejrzenia potraktował nieznajomą jak swą panią. „Zdrajca” – pomyślał mężczyzna, poirytowany obrotem spraw i zażądał:

– Oddaj konia.

– Nie – odpowiedziała butnie wojowniczka, odwracając się do niego tyłem. W pierwszej chwili zamierzał zmusić ją do zwrotu zwierzęcia, zatrzymał się jednak. „Być może powinienem postąpić tak jak Atlant i się zaprzyjaźnić. Co jak co, ale on zna się na ludziach” – uznał w myśli, patrząc jak wierzchowiec spoufala się z dziewczyną. – Dobrze, jeśli chcesz, możesz się przejechać– zgodził się mag, chowając ręce w rękawy tuniki i ruszył pieszo w stronę grodu.– Jedź za mną. Wprowadzę cię. – oznajmił.

– Do samej sali audiencyjnej? – zapytała brunetka, dosiadając konia.

– Do samej sali nie, ale kawałek cię odprowadzę. Chyba że chcesz sobie pogalopować, skoro jednorożec woli nosić ciebie – zaproponował ciągle trochę obrażony. 

– Nie spieszy mi się aż tak bardzo, a jak sądzę, ty możesz mi dużo opowiedzieć o czarodzieju, zanim przed nim stanę.

– A dlaczego miałbym ci o nim opowiadać, czy oddawać inną przysługę? – odburknął.

– A co boli cię tyłek od upadku? A może bardziej duma? – zapytała Walkiria, drwiąc sobie.

– Być może jedno i drugie – odpowiedział Czernyhora, idąc przodem, tak by nie widzieć już natarczywych oczu towarzyszki. Dlaczego jej spojrzenie tak go niepokoiło? Podejrzewał, że nie jest zwykłą gwardzistką. Mogła należeć do Czarnej Straży, czyli tajnej policji Asheronu lub pełni jakąś funkcję, którą chciała zamaskować zielonym strojem gwardii, aby móc swobodnie działać w Avalonie. Na szpiega wydała się Weylandowi zbyt prostolinijna, czuł jednak, że coś ukrywa. Nie mógł wprost zapytać: „Hej, mała, powiedz, co tam knujesz?”, ale pocieszał się, iż ta bezczelna młódka nie nosiła znamion magii. „Dzięki Bogu nie jest kolejną nawiedzoną czarownicą” – pomyślał z ulgą i znowu przypomniał sobie Asherę, co wywołało na jego twarzy grymas niezadowolenia. Wzdrygnął się. Dziewczyna od razu to wychwyciła, ale nie zapytała w czym rzecz. Ciągnęła temat jednorożca.

– To nie moja wina, że spadłeś. Powinieneś wiedzieć, że rogate konie są płochliwe. Poza tym są głupie. Łatwo im coś zasugerować – stwierdziła. Weyland nie mógł się z tym nie zgodzić.

– Tak, rzeczywiście bywają naiwne – przyznał. – Ale jeśli chodzi o głupotę, to kolejne nadużycie z twojej strony. – Nie chciał jej za bardzo ustępować w dyskusji.

– No dobrze niech ci będzie… To co mi powiesz o magu? – zagadnęła.

– A co chcesz wiedzieć? – podchwycił temat czarodziej, wyczuwając w rozmowie podatny grunt dla doskonałej zabawy.

– Powiedz mi, jak wygląda – poprosiła Walkiria.

– No cóż. Sądzę, że będziesz zaskoczona – stwierdził z przekąsem i odwrócił głowę, aby się nie zdradzić ze zduszonym w gardle śmiechem.

– Z pewnością, nie umiem sobie wyobrazić trzystuletniego mężczyzny. Jak może wyglądać tak stary człowiek? On w ogóle rusza się z wieży, czy już tak zgrzybiał, że trzeba go podpierać poduszkami, żeby się nie przewrócił? – dopytywała. Tu mag nie wytrzymał i zaczął się zanosić ze śmiechu.

– Być może uznasz go za wątłego, ale rusza się z wieży. O to możesz być spokojna – odpowiedział i popatrzył na brunetkę z pobłażaniem, niczym na małe, kapryśne dziecko.

– Dobrze. Już się martwiłam, że będę go musiała podtrzymywać, żeby się staruszek nie przewrócił – drwiła sobie. – Nie za gorąco ci w tej kapocie? – spytała rozmówcę.

– To szata, a nie jakaś tam kapota– wyjaśnił.

– Wszystko jedno. Jest gruba, a mamy początek lata – stwierdziła dziewczyna.

– To wygodny strój. A tobie nie za ciężko w zbroi? W Avalonie nie ma wojny. Nie musisz jej nosić – zasugerował mag, porównując sytuację.

– Jestem gwardzistką i posłem. Nie mam wyboru. Poza tym przywykłam do rynsztunku – wytłumaczyła się. Czernyhora był w podobnej sytuacji. Po prostu przywykł. Uwaga o „kapocie” naprawdę go rozbawiła i uznał od razu, że przecenił inteligencję swojej rozmówczyni. Może i coś ukrywała, lecz stwierdził w tym momencie, że nie warto się tym przejmować, skoro dziewczyna nawet nie rozpoznaje szaty maga.

– Co jeszcze chcesz wiedzieć o władcy tych ziem? – zapytał.

– Sama nie wiem. Cokolwiek. No wiesz, jestem żołnierzem, a nie chciałabym go jakoś obrazić swoim zachowaniem… – wyznała nieświadoma sytuacji.

Weyland zaczął się w glos śmiać, co trochę zirytowało wojowniczkę.

– Jesteś ładną kobietą. Masz swój urok, więc nie martw się aż tak – pocieszył ją.

– Słuchaj, a kim ty właściwie jesteś? Jakimś zarządcą?

– Tak… powiedzmy, że zarządcą – zgodził się i nie miał zamiaru mówić nic więcej, aby się nie zdemaskować. Powinien się był przedstawić, ale skoro konwenanse od pierwszej chwili znajomości poszły w odstawkę, uznał, że nie ma takiej konieczności i będzie się dalej droczył ze swym nowym gościem.

 – Pochodzisz ze sławnego rodu – zamienił temat, uznając, iż wystarczająco się już zabawił.

– Tak. Jestem z tego dumna – przyznała Walkiria.

Galahadczycy nigdy się nie poddają – wypowiedział starą dewizę rodziny. – Znałem kilku Galahadczyków. Bardzo dzielni ludzie, dzielni do szaleństwa i bezkompromisowi – zauważył i ugryzł się w język, bo zdał siebie sprawę z tego, że jego towarzyszka zaraz zacznie dociekać, kogo i w jakich okolicznościach poznał, a przecież nie mógł opowiedzieć o przodkach sprzed dwustu, czy trzystu lat, dlatego próbował zdryfować swoją rozmówczynię komplementem – Wyglądasz na sprawną wojowniczkę. Przestrzegasz rodowej dewizy?

– Oczywiście. A których Galahadczyków znałeś? – zapytała mimo sztuczki, jaką próbował zastosować mężczyzna.

– Greenwooda – odpowiedział.

– Mojego ojca? Hm – mruknęła z niedowierzaniem , ale nie ciągnęła tematu. Utkwiła wzrok w odległych, ośnieżonych szczytach gór. Zatrzymała konia zachwycona widokiem.

– To Góry Nivarius? – zapytała.

– Nivarius to ich najwyższy szczyt – wyjaśnił czarodziej.

– Wiem, że tutaj nazywacie je Górami Jastrzębia. Negre też nazywacie inaczej, prawda?

– Morze Olafidów. To legendarne nazwy.

– Wprowadzają tylko zamęt – stwierdziła.

– Nawiązują do tradycji – bronił swoich racji mag.

– Kim byli Olafidzi?

– No cóż, tak do końca nie wiadomo skąd przybyli…

– Pewnie zza morza – przerwała dziewczyna żartując sobie. Nie chciała słuchać starych baśni.– Szczyty wyglądają przepięknie w słońcu. Nigdy nie byłam w górach – wyznała.

– Nic nie stoi na przeszkodzie, abyś zrobiła sobie wspinaczkową wycieczkę – zaproponował Czernyhora.

– Nie mam czasu. Muszę wracać do swoich oddziałów – powiedziała z żalem.

– Gdzie stacjonują?

– Pod Gordem – odparła i zaczęła przyglądać się fortyfikacjom, które właśnie mijali.

Chociaż Biały Avalon zdawał się być najbardziej bezpiecznym miejscem na ziemi i omijały go nawałnice wojenne, Weyland zainwestował w obronność. Znał dobrze historię Mandragoriam. Nie posiadali grodów obronnych, dlatego najeźdźcy zmasakrowali ich, kiedy nadeszli. Wprawdzie mag nie miał licznej armii, lecz dbał o wizerunek, więc ufortyfikował swoją siedzibę w iście imponujący sposób.

Avalon otaczało siedem kondygnacji murów obronnych, wykonanych z dużych bloków pożółkłego piaskowca, zwieńczonych wysokimi wieżami strzelniczymi oraz stanicami z uzbrojeniem. Poszczególne segment umocnień usytuowano nierównomiernie i zdawały się wystawać jedne z drugich, schodziły się ukosami niczym podziemne jaskinie. Wielopoziomowe, kamienne ściany nie przypominały konstrukcją żadnego ze standardowych rozwiązań architektonicznych. Całość robiła wrażenie chaotycznie pozlepianych kawałków spłaszczonego labiryntu. Dodatkowo w mury wbudowany został system śluz i zapór, które uwięziły wodę, spływającą z gór akweduktem. Kaskady oraz koła obrotowe, poruszane nurtem strumieni, stanowiły źródło energii dla licznych urządzeń mechanicznych, znajdujących się wewnątrz grodu.

Dziewczyna zmarszczyła brwi, zastanawiając się, jak wojsko mogłoby sprawnie poruszać się po tak dziwacznej konstrukcji. Czernyhora tymczasem, będąc architektem tego karkołomnego przedsięwzięcia budowlanego, poczuł nieskrywaną dumę z faktu, iż dla zawodowego żołnierza jego pomysł umocnień stanowi trudną do rozpracowania zagadkę. Na murach mogło stacjonować osiem tysięcy ludzi, mobilnych dzięki wrotom, umieszczonych z tyłu i niewidocznych od tej zewnętrznej strony konstrukcji. Maga kusiło, aby zdradzić sekret, gdyby to jednak zrobił, prawdopodobnie identyczne rozwiązanie fortyfikacyjne pojawiłoby się za jakiś czas w konstrukcji innej twierdzy, a za następne kilka lat ich opis trafiłby do podręczników dla dowódców. Milczał więc, obserwując żołnierkę z uwagą, lecz im wnikliwiej to czynił, tym bardziej czuł się uwiedziony naturalną urodą przybyszki. Puścił uzdę i szedł chwilę przy koniu, mając doskonały widok na zgrabne nogi kobiety, na biodra, smukłą talię, podkreśloną szerokim pasem, na zręczne dłonie bez rękawiczek. Z pewnością miała za sobą długą drogę, przebytą w dużej części na piechotę, ale nie wyglądała na zmęczoną. Podróż odbiła się niekorzystnie tylko na brudnym, powycieranym ubraniu , ona sama wyglądała zaskakująco świeżo, jakby dopiero się narodziła. Pełna życia, uważna i odprężona przypominała tygrysa, który w każdej chwili jest gotów do skoku. Czarodziej pozwolił, żeby nieco go wyprzedziła. Obserwował towarzyszkę jeszcze przez moment, jakby tropił jelenia podczas polowania, zastanawiając się, czy ustrzelić zwierza, czy pozostawić w spokoju z szacunku dla darów natury. Powoli wycofywał się w stronę przydrożnych drzew, aż zniknął u bram grodu. To była jedna z jego ulubionych sztuczek. Potrafił przenieść się w inne miejsce, lecz niestety na niewielką odległość, co deprymowało maga. Tyle lat ćwiczeń i takie mizerne efekty, ale nie można zostać mistrzem we wszystkim. Przeszedł wąską dróżką między starodrzewem do pałacu, gdzie czekano już na niego w sali audiencyjnej.

Wojowniczka obejrzała się gwałtownie za siebie, kiedy odczuła, że została sama. Podejrzewała, że młody mężczyzna zechce ją opuścić, ale spodziewa się raczej normalnego pożegnania.

„ Obiecał, że mnie odprowadzi – pomyślała zawiedziona – Pewnie jest jednym z młodych adeptów Czernyhory? Wyglądał na czarodzieja. A może jest sługą… przyznał się, że ma tu jakąś funkcję, ale pozostał tajemniczy. Typowy dworzanin. Gadał przez pół godziny i niczego konkretnego nie powiedział…. Ale był przystojny… i sympatyczny– przyznała sama przed sobą – może trochę za chudy, ale przystojny. Ciekawe, czy go jeszcze spotkam?” – Przejechała łuk kamiennej bramy, za którym stał Biały Avalon. Wyniosła twierdza górowała ponad malowniczym pasmem górskim, lśniła w słońcu strzelistymi wieżami, jaśniała jak lustro, odbijające gorące słońce. Marmurowe ściany, mocne i nigdy nie zdobyte, stawiały opór zarówno najeźdźcom jak i czasowi. Chociaż Walkiria widziała wieże grodu od wczoraj, nie sądziła, że całość budowli to taki ogromny kompleks obronno-pałacowy. Szpalery starodawnych dębów osłaniały szeroki, kamienny gościniec. Wyglądały, jak rzędy uśpionych strażników i stanowiły część okazałego parku. Liściaste giganty rozpościerały swoje korony nad zielenią łąk, której końca próżno było szukać. Dziewczyna poczuła się bardzo mała i odsłonięta na rozświetlonej słońcem białej drodze.

Frontem do gościńca, pomiędzy kolegium, biblioteką, a pałacem dla gości, stał główny budynek grodu zwany Wielkim Domem. Walkiria podjeżdżała powoli, a gmach wydawał się coraz wyższy. Wrażenie potęgowały szeregi strzelistych kolumn, wspierających pięć wysokich kondygnacji budowli. Łukowate drzwi i okna wypełnione zostały kryształowym szkłem, a na wyższych piętrach witrażami. Bardzo równomierna bryła budynku ustawiona została na postumencie wykutym w schody. Pałac dokładnie odzwierciedlał charakter właściciela, zakochanego w przepychu. Weyland zaprojektował i wybudował najpiękniejszy marmurowy dom w dziejach Mandragorii. Secesyjne zdobienia łuków, ażurowe wzmocnienia okien, rzeźbione drzwi, posągi magicznych zwierząt, wyłaniające się ze ścian, kolumn, balustrad i przęseł urzekały baśniowym widokiem.

Walkiria zachwycona przepychem domostwa, zsiadła z jednorożca i podziękowała zwierzęciu za przejażdżkę, głaszcząc delikatnie po pysku. Jakiś młody sługa podszedł zaskoczony, że zamiast swego pana koń przyniósł na grzbiecie wysoką brunetkę. Chwycił zwierzę za uzdę i uśmiechając się, odprowadził do stajni. Gwardzista weszła na kamienne schody, kierując się prosto do głównych wrót, gdzie napotkała kolejnego młodzika, łudząco podobnego do tego, który zabrał Atlanta. 

– Jestem posłem z Ashelonu – powiedziała – mam pilną wiadomość dla Weylanda Czernyhory od mojego króla Erma XI.

Strażnik skłonił się nisko na powitanie.

– No co tak stoisz? Prowadź do maga! – zażądała.

– Nie mogę – wyjaśnił krótko, trochę przestraszony. Wtedy podszedł do obydwojga mężczyzna w błękitnym kaftanie z herbem Avalonu na piersi. Ośmioramienna gwiazda zdobiła ciemnogranatowe tło.

 – Pani, mam cię odprowadzić do apartamentu – oświadczył przybyły.

– Chcę się widzieć z magiem – zakomunikowała stanowczo gwardzistka ze stolicy.

– Mag Czernyhora przyjmie cię jutro. Dziś możesz odpocząć po podróży i przygotować do audiencji – poinformował zgodnie z instrukcją, jaką dostał od swego pana.

– Ach czyli staruszek już wie, że tu jestem – domyśliła się. -W dupie mam przygotowania! Jestem posłem i nie będę czekać! Prowadź mnie do Sali Spotkań – zażądała dziewczyna, zwracając się do strażnika wrót.

– Nie mogę, nie mam wstępu – zaczął się tłumaczyć mężczyzna.

– A kto ma? – zapytała krótko.

– Klucznik, na przykład… – wytłumaczył sługa. 

Walkiria zmierzyła wzrokiem obydwu panów, po czym ruszyła przed siebie, rozchylając przymknięte wrota. Przeszła krótki korytarz i stanęła w ogromnym holu. Prowadziły z niego rozliczne schody na wszystkie kondygnacje – klasyczne rozwiązanie, stosowane w mandragoriańskich domach. Wyszykowani arystokraci, którzy znajdowali się w tym reprezentacyjnym pomieszczeniu, zamilkli na widok brudnej wojowniczki w półpancerzu.

– Który to klucznik? – zapytała, otrzepując poszarzały od kurzu kaftan. Niski jegomość w długiej szacie, z wielkim medalionem na piesiach podszedł wolnym krokiem i oznajmił, kłaniając się niezbyt nisko, pewnie ze względu na wiek i bolące plecy:

– Jestem klucznikiem. Czym mogę służyć?

Po holu przebiegł nieprzyjemny szmer drwiących śmiechów.

– Chcę widzieć maga. – oświadczyła żołnierka.

– Wybacz pani, ale nie ma cię na liście odwiedzających. – poinformował klucznik zgodnie z dworskim protokołem. 

– To jakaś bzdura! Co, w długich butach tu nie wpuszczają? Jestem posłańcem z oblężonego miasta. Nie będę czekać! Sprawa jest pilna i załatwię ją od razu. Później zajmę się głupotami w stylu toaleta. O ile zostanę do wieczora – postawiła sprawę jasno ciemnooka żołnierka i wyciągnęła długi nóż, który przystawiła do szyi staruszka.  

– Jak sobie życzysz – wyksztusił mężczyzna przez zaciśnięte strachem gardło. Obrócił się powoli, czując na karku nieprzyjemny chłód ostrza i podreptał w stronę Sali Spotkań. Dworzanie trwali w milczeniu, oczekując dalszego obrotu wydarzeń. Strażnicy zamarli. Wszyscy, totalnie zaskoczeni impulsywnym zachowaniem przybyłego gościa, znieruchomieli niby figury woskowe. Zapadła absolutna cisza, słychać było tylko uderzenia podkówek butów wojowniczki, uderzające o kamiennej posadzce.

Dziewczyna ze staruszkiem przeszli wolnym krokiem do drzwi sali audiencyjnej, które skrzypnęły przy otwieraniu, po tym jak klucznik zastukał zgodnie ze zwyczajem we wrota. Obydwoje wkroczyli do komnaty ku ogólnemu zdziwieniu licznie zgromadzonych osobistości. Podobnie jak uprzednio w holu, zapadła głucha cisza. 

„Co ona tu robi?” – pomyślał zaskoczony Czernyhora, siedząc na swoim tronie i popijając ziołowy wywar przeciwko depresji.

– No zapowiedz mnie idioto – zażądała od klucznika gwardzistka.

– Nie wiem jak się pani nazywa – stropił się staruszek.

– Bezużyteczny kretyn – stwierdziła, odpychając niepotrzebnego więźnia i śmiało zbliżyła się do tronu, gdzie ujrzała… młodego przewodnika, napotkanego przed grodem. Znieruchomiała, zaczynając rozumieć swój kardynalny błąd. Złamała zasadę numer jeden swego najstarszego brata: patrz z kim i o czym rozmawiasz. Kron wpajał tę dewizę siostrze od dziecka, lecz niestety jak widać bezskutecznie. Wlepiła wzrok w maga i zacisnęła usta, jak niegrzeczne, zawstydzone dziecko. Odważnej wojowniczki nie zatrzymały straże, służba, ani żaden z gości, ale zbladła i zesztywniała, gdy zdała sobie sprawę, jak niefortunnie zawarła znajomość z człowiekiem, na którego autorytecie oraz wsparciu tak jej zależało. Tymczasem Weyland był wściekły. Siedział nadąsany na postumencie, kipiąc z gniewu. Przyczyną jego złości nie stało się jednak uprzednie zachowanie dziewczyny. Incydent na przedpolu uznawał za dobry żart. Do szewskiej pasji doprowadziła pana Avalonu totalna niekompetencja podwładnych.

– Powiedz mi moja droga, kto cię tu wpuścił? – zagadnął spokojnie rozmowę.

– Zasadniczo… nikt – odpowiedziała, w dalszym ciągu trzymając w dłoni ostry nóż.

– Dobrze, a wiec może powiesz mi kto próbował cię zatrzymać? – kontynuował czarodziej.

– Właściwie… nikt – oznajmiła krótko.

– Utrzymuję trzystu służebnych tylko w Wielkim Domu, mam podobno elitarną gwardię żołnierzy, strażników w liczbie hm… przeszło siedmiuset ludzi, a ta tutaj uzbrojona w myśliwski nóż, miecz oraz łuk niewiasta weszła sobie do Sali Spotkań, jak gdyby nigdy nic! – Rozgniewał się nie na żarty. – Wygląda na to, że nie mamy tu, drodzy goście, żadnej ochrony poza moją magią, ponieważ pierwszą osobą, która zauważyła nadciągającego posła stolicy byłem ja sam! – Zacisnął pięść, pałając dzikim gniewem. – Zarządziłem także, aby przybyła dama została zakwaterowana i przygotowana do jutrzejszej audiencji! I co?!- przerwał na chwilę, aby wziąć głęboki oddech. – Panu Gryfowi von Der, mojemu wieloletniemu klucznikowi również dziękuję za pokaz niekompetencji. Szkoda, że ta młoda dama nie ucięła ci bezużytecznego łba… – mag znów zamilkł na chwilę opierając głowę o rękę, po czym zwrócił się do gwardzistki w zupełnie innym, uprzejmym, ale oficjalnym tonie – Podejdź bliżej.

Walkiria, otrząsnąwszy się, szybkim krokiem wskoczyła na schody postumentu, gdzie stał tron. Ubrana w skórzane spodnie i długie buty z otarciami od jazdy konnej, z potarganymi, falującymi włosami, mocno kontrastowała z paniami, obwieszonymi biżuterią, z wymalowanymi twarzami, które patrzyły na dziewczynę, zbulwersowane niestosownym wyglądem podróżniczki. Gwardzistka zrozumiała teraz doskonale sugestię dotyczące przygotowania się do audiencji. Uświadomiła sobie, że wszyscy – bez względu na wiek i stanowisko– gapią się na nią, zadając w myślach pytanie, co tu robi ta barbarzynka? Świeczniki oraz lustra oświetlały przestrzeń mocnym blaskiem. Gęsty kurz opadł ze stroju brunetki na lśniącą posadzkę. Wiedziała o tym, dlatego starała się myśleć o zadaniu, a nie o kolejnych gapiach, wlepiających w nią osądzające i drwiące spojrzenia. Nawet muzykanci przestali grac, chociaż nie było takiego rozkazu. Walkiria wyjęła z torby zwój z pieczęcią królewską i podała władcy Avalonu, mówiąc:

– Pierwszy Magu! Przynoszę ci pozdrowienie od króla Erma oraz jego prośbę o pomoc– zaczęła oficjalnie, a przekazując dokument, skłoniła głowę i wycofała się o krok. Czernyhora wstał ze swojego miejsca i wziął od niej list. 

– Co się dzieje w stolicy? Opowiadaj – zażądał.

– Stolica podpisała układ z Ilirami na pięćdziesiąt lat. Mangragorianie uznali władzę króla i królowej. Jednakże na wschodzie granica została przekroczona i znaczne tereny zajęło wojsko Jetry, zagarnęło trzy marchie. Nasze wojska, wraz z Achajami oraz Pustynni zbierają siły przeciw najeźdźcy – przedstawiła relację wojowniczka, podczas kiedy czarodziej czytał wiadomość od króla, gdzie w ostatnim wierszu stało napisane:

 

…usilnie proszę, abyś zechciał dołączyć Swoją Osobą do wojsk Naszych, zmierzających na stepy, celem powstrzymania wrogiej ekspansji…

 

– Król żąda mojej osobistej obecności. Nie prosi o wsparcie militarne. Dziwi mnie ta prośba. Czymże jest jeden człowiek na polu bitwy? – stwierdził Weyland.

– Może być dowódcą… lub magiem – zauważyła Walkiria. Czarodziej uśmiechnął się na te słowa. Czuł, że dziewczyna nie mówi wszystkiego, że coś ukrywa, lecz nie umiał powiedzieć, co chce tym osiągnąć. Informacja o ataku Jetry zmartwiła go. Znał dobrze tego ambitnego i niebezpiecznego człowieka, stojącego na czele Gildii Kupieckiej, który liczył się tylko z silnymi, a słabych deptał bez litości. Wykorzystał zamęt w Mandragorii, aby zyskać terytoria. Chciał mieć monopole handlowe. Mag westchnął ciężko, zaczynając rozumieć, co go czeka. Będzie musiał udzielić wsparcia jako sojusznik Dziewięciu Królestw. Sytuacja ekonomiczna oraz bezpieczeństwo avalońskiej marchii zależały od utrzymania względnego spokoju na pograniczach. 

– Drodzy przyjaciele! – zwrócił się do zebranych w Sali, wstając z tronu. – Mamy wojnę! – oświadczył i pozostawił gościom czas na to, aby ta druzgocąca informacja dotarła do ich świadomości, po czym kontynuował – Sądzę, że podjazdy wroga będą się zapuszczać coraz dalej w głąb kraju, więc z każdym dniem drogi staną coraz mniej bezpieczne. Król Erm wzywa mnie na pomoc w kampanii wojennej. Dlatego sugeruję, abyście zachowali rozsadek w obliczu niebezpieczeństwa i ruszyli do swoich domostw. Waszym nadrzędnym obowiązkiem jest dziś ochrona rodzin oraz mienia przed grabieżą. – Czarodziej zakończył mowę i usiadł.

 Nadęci dygnitarze, wypudrowane damy, słuchacze kolegium i inni dworzanie – dosłownie wszyscy szturmem ruszyli do bocznych wyjść, nie czekając na zakończenie audiencji.

Walkiria w życiu nie widziała, żeby ktoś z taką finezją pozbył się gości i z trudem powstrzymała drwiący uśmiech. Weyland tymczasem, nie zważając na otoczenie, pozostał na miejscu i poczekał spokojnie aż tłum się rozejdzie. Gdy dworzanie zniknęli, skinął na sługi, aby podali posłowi krzesło i przystawili stół z posiłkiem. Wilczo głodna dziewczyna czekała jednak na wyraźne zaproszenie do biesiady.

– Wszyscy wyjść! – rozkazał czarodziej. Służba i straż opuściła komnatę, a mag rozciągnął się na fotelu i oparł głowę o rękę. Jego twarz nabrała przyjaznego wyglądu, takiego jak na gościńcu, co wojowniczka przyjęła z ulgą, rozumiejąc, że arystokrata nie żywi do niej urazy. 

– Częstuj się – powiedział, a wojowniczka z ochotą rzuciła się na jedzenie, czym nieco rozbawiła gospodarza.

– Kiedy ostatnio jadłaś? – zaczął rozmowę.

– Na pewno o to chcesz zapytać mój Panie?– zwróciła uwagę Walkiria, nieprzyzwyczajona do gierek słownych oraz rozmów o niczym.

– Tak, chyba rzeczywiście mamy do omówienia ważniejsze sprawy niż twój apetyt. Król wzywa mnie na pole walki. Co niby mam robić na wschodzie? – zapytał, nawiązując do listu, z który przed chwilą się zapoznał.

– Nie mam pojęcia – odpowiedziała beztrosko młoda kobieta, opychając się.

– Świetnie, czyli spędzę najbliższe trzy tygodnie w siodle niewiadomo po co… O ile w ogóle się wybiorę w tę bezsensowną podróż – podsumował Czernyhora, wzdychając ciężko.

– Jak to jeśli? Jesteś sojusznikiem króla, masz obowiązek… – stwierdziła gwardzistka, lecz oblicze maga nabrało surowszego wyglądu, dlatego przerwała. – Mam cię ochraniać podczas drogi – wyjaśniła.

– Nie obraź się, ale jakim cudem dziewczyna, choćby i najdzielniejsza, mogłaby mnie ochronić? Może król chciał, żebym ja chronił ciebie? – zasugerował.

– Nie, wyraźnie powierzył mi pieczę nad tobą, Panie.

– I co niby zrobisz, jak nas ktoś zaatakuje? – spytał drwiąco czarodziej.

– Sądzę, że mnie nie doceniasz w tym względzie. Jak widziałeś weszłam do twego grodu w pełni uzbrojona bez najmniejszego problemu. Co prawda trochę mnie zaskoczył brak staży przy murach obronnych, ale w końcu jesteś magiem, wiec uznałam, że jakoś zabezpieczyłeś przejścia. Tymczasem weszłam tu, a twoi podwładni grzecznie i potulnie odprowadzili mnie przed twoje oblicze. Jaki jest wniosek? Liczby oraz wygląd to pozory. Okazałam się skuteczniejsza niż setki twoich sług. Dlatego król mnie przysłał. Obronię cię. Z resztą możesz mnie wypróbować– zaproponowała wojowniczka. Weyland pomyślał, że owszem wypróbowałby tę ślicznotkę, ale w łóżku, a nie w walce. Długo nie odpowiadał, czym zirytował rozmówczynię.

– Słyszałam, że jesteś dobrym fechmistrzem. Sprawdź mnie – zaczęła nalegać.

– Wyzywasz na pojedynek Pierwszego Maga Dziewięciu Królestw. Zdajesz sobie z tego sprawę? – upewniał się Czernyhora.

– Tak i liczę na to, że nie będziesz oszukiwał – odpowiedziała bezczelnie dziewczyna.

– Co masz na myśli?

– Magię oczywiście. Jesteś gotów na pojedynek bez użycia magii? – rzuciła wyzwanie brunetka.

– To tak jakbyś zabroniła sroce latać, ale dobrze, niech będzie bez magii – zgodził się mężczyzna, podając Walkirii dłoń.

„Wreszcie koniec nudy. Słodka dzikuska. Przy niej aż chce się żyć. Może faktycznie trochę ruchu mi nie zaszkodzi?” – Pomyślał z ochotą i zerwał się z miejsca. Żołnierka jednym haustem dopiła wino i wytarła usta w rękaw, po czym ruszyła za czarodziejem.

 

Koniec

Komentarze

Bardzo przyjemnie się czytało, ślicznie napisane! Czekam na ciąg dalszy z niecierpliwością!

 

Jak dla mnie Mag i Walkiria są bardzo dobrze napisanymi postaciami. Podobały mi się te małe elementy fabularne, jak przedstawienie rudowłosej czarodziejki albo przejażdżka jednorożcem i samo spotkanie głównych bohaterów. Nie za dużo opisu, nie za mało – dobry styl :) Z początku trochę jest snucie opowieści niż akcja, ale ja tam lubię takie opowiadania. 

 

Jedyna rzecz do której mogłabym się przyczepić to brak konsekwencji jeśli chodzi o zapisywanie żeńskich odmian np. Walkiria mówi o sobie: No wiesz, jestem żołnierzemale potem jest napisane: oświadczyła żołnierka

Nie zrozum mnie źle, wręcz uwielbiam jak ktoś używa żeńskiej formy, ale dobrze jest trzymać jedną formę w tekście.


 

zjedzenia jabłko.

zjedzenia jabłka.

zapinkami w kształcie zwiniętych węży i wolnym, posuwistym krokiem ruszył wolonym, posuwistym krokiem do obserwatorium

Powtórzenie. 

Nie spostrzegł jednak niczego oryginalnego.

Te słowo dziwnie brzmi, dla mnie lesze by było: niczego nowego.

eliksirów noi oczywiście oceniał

no i

Przeżył już ośmiu ilirskich królów

podkreślenie w tekście

Kopał i gryzł chłopców stajennych, gdy próbowali czyścić jednorożca po samowolnej wyprawie na łąki, dostawał się do Sali Uczt, do kuchni, do ogrodu– gdzie tylko chciał, ale na swego pana czekał wiernie, dla niego był posłuszny i oddany.

Nowe zdanie po “ wyprawie na łąki,”? 

Czernyhora uwielbiał Atlanta pasjami, jak zresztą wszystkie swoje jednorożce.

Co oznacza pasjami w tym kontekście?

 

opał i gryzł chłopców stajennych, gdy próbowali czyścić jednorożca (…) zawsze czyste

Nit pick: zawsze czyste, ale kopią ludzi, którzy chcą ich wyczyścić? ;)

 

Wszyscy zginęli. Długowieczna Miriam była ostatnia z pośród gatunku

Czy można by dodać, że wszyscy oprócz jednej zginęli? Bo jedna przeżyła. 

 

Weyland zaczął się w glos śmiać,

głos

Dziękuję za uwagi. Wszystkie są konkretne i budujące. Dostałam też materiał do pracy! Naprawdę super. Pozdrawiam.  

Libra, wspaniały tekst. Wysmakowany i taki… baśniowy :)

Jestem po pierwszej lekturze i przyznam, że tak mnie wciągnął, że nie zwracałam większej uwagi na ewentualne usterki. Póki co mam pytania do pierwszego akapitu.

 

“– powiedziała Miriam Czernyhora, z ludu Wogel, zanim błękit jej oczu zgasł na zawsze.”

 

Może warto zrezygnować z tego myślnika i małej litery? Rozpocząć np. “Takie były ostatnie słowa…”

To o błękicie gasnących oczu… jak dla mnie perełka :)

 

“za mgłą niewyraźny zarys przybliżającej postaci.” przybliżającej się postaci?

 

dobrywilk

Przykro mi, ale nie podzielam zachwytów przedpiśczyń. Purpurowość stylu, wielkie bloki tekstu, które utrudniają lekturę, długie opisy quasi-erotycznych przeżyć, imiona i nazwiska wymieszane z różnych bajek (Avalon i Merlin nie wiadomo po co i dlaczego, Walkiria jako imię własne, do tego Miriam i Wlad), czyli nieskładna mieszanka światotwórcza, mimo że nie jest to tekst postmodernistyczny… O świecie zresztą tak naprawdę niewiele czytelnikowi mówisz, mimo że napisałaś kawał tekstu.

Fabuły to na tych prawie dwóch arkuszach wydawniczych tyle co kot napłakał. Bohaterowie raczej przewidywalni i mało oryginalni. Na dodatek odkąd pojawia się bohaterka, wiadomo, że będzie ważna dla bohatera. Zero zaskoczenia.

W sumie: nie jest tragicznie, ale mnie przede wszystkim znudziło, ponieważ jest to dość sztampowa fantasy w świecie, o którym właściwie nic nie wiem, więc nawet ten element nie ma szans mnie zaintrygować.

Za dużo pary poszło w pretensjonalny styl, za mało w to, żeby bohaterowie byli ciekawi, fabuła wciągająca, a świat intrygujący.

 

 

Technicznie też bez rewelacji, przecinki kuleją, styl – cóż, de gustibus, ale są też literówki i większe wpadki składniowe.

 

Ten “Biały Avalon” to twierdza czy gród? I naprawdę nie dało się mniej oryginalnej nazwy?

 

Śnił o przepowiedni z przed wieków → sprzed wieków (ort.)

 

“ie miał jeszcze dziesięciu lat, kiedy został sam na świecie i chociaż minęły całe stulecia, wizja ta prześladowała maga każdego roku od nowa, chociaż dokładał wszelkich starań, aby nie zasnąć w pierwszą wiosenną pełnię.“ – nie dość, że zdanie nieznośnie długie, to jeszcze zmieniasz w nim podmioty jak rękawiczki, co nie wychodzi mu na dobre

 

“We śnie czarodziej widział tonącą w ciemnościach zmierzchu komnatę z łukowatym oknem, otwartym na oścież” – wątpię, żeby w tym świecie otwierano przy chorych okna, zwłaszcza że jeszcze chyba jest zimno

 

“niewyraźny zarys przybliżającej postaci” – czegoś tu brakło

 

“Dawno już uznał nocną marę za zwykły miraż, fantazję, wynaturzenie przemęczonego umysłu, które miało tylko zburzyć spokój, który Czernyhora starannie pielęgnował, izolując się od kłopotów i starannie dobierając towarzystwo. Przez całe długie życie nie poznał kobiety, która miałaby swoją gwiazdę i nie spodziewał się, że to kiedykolwiek nastąpi.”

 

“W końcu budził się wycieńczony, nie poznając odpowiedz.” → literówka: odpowiedzi

 

“izolując się od kłopotów” jakoś to zgrzyta w tym podniosłym języku high fantasy

“Trzeba oddzielać fikcję od rzeczywistości. Trzeba być racjonalistą, poważnym człowiekiem.” – to też

 

“Mężczyzna odrzucił z twarzy długie, jasne włosy, zsuwając się z łóżka na podłogę.” – jak dla mnie coś tu na logikę zgrzyta, te dwie czynności są jakoś odrębne i robi się trochę non sequitur

 

“Nalał chłodnego wina, po czym upił od razu pół kielicha.” – brak dopełnienia: nalał do czego albo komu

 

“Czarodziej przesuwał chłodny kieliszek po twarzy i nagich piersiach.” – jak dla mnie brzmi to jak proza masturbacyjna

 

“Jeśli przetrzyma do czwartej” – nie ten rejestr

 

“Przerwie łańcuch dręczącego proroctwa, ale gdy zaczynała się zbliżać data widzenia, coraz bardziej tęsknił za ognistym spojrzeniem.” – stylistycznie to jakieś takieś poplątane; widzenie to nie to samo co wizja, w każdym razie w tym kontekście sprawia wrażenie wizyty w więzieniu

 

“ujrzał panią Welmę z brzydkimi córkami, jak tupała szerokimi obcasami, gdy te podtrzymywały swą dorodną matronę” – kto ją podtrzymywał, córki czy obcasy? Składania wskazuje na te ostatnie

 

„To nic groźnego[-.]” – pomyślał

 

“lekko podrdzewiały półpancerz” (dobrze, że nie półpancerz praktyczny) – zawodowa wojowniczka i podrdzewiałe uzbrojenie? Korozja oznacza, że zbroja może pęknąć od nawet lekkiego uderzenia i zawodowiec raczej o tym wie. Nie kreujesz jej na kogoś bez grosza przy duszy, a dla wojownika broń i uzbrojenie to podstawa bytu. Prędzej ubrań będzie miała mniej albo cerowane, niż podrdzewiałą zbroję. I te wszystkie rytuały, modlitwy w półpancerzu?

 

Stalowy łuk w fantasy? Pewnie, możesz mieć wszystko, co zechcesz, ale musisz się liczyć z odwieszaniem niewiary przez czytelników.

 

Dalej nie robię łapanki, bo niestety opowiadanie nie wciągnęło mnie na tyle, żebym czytała słowo po słowie.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Niestety, wymiękłem w połowie. Drakaina ma jednakowoż całkowicie rację i podpisuję się pod wszystkimi jej uwagami do Twojego tekstu.

W pewnym momencie najzwyczajniej w świecie zaczął mnie męczyć. Także z powodu przefatalnej interpunkcji, która działała niczym tor przeszkód na poligonie dla specjalsów. Normalni ludzie nie mają szans by taki tor pokonać.

 

A teraz fragment sceny miłosnej:

“Chociaż odmówiła pocałunku, on swoich nie żałował i składał jeden przy drugim na jedwabiście gładkiej skórze odsłoniętego dekoltu. Czuł przyjemną satysfakcję, gdy przyszła kochanka odwzajemniła czułość”

Znaczy co, zaczęła obcałowywać jego dekolt? Przypomniałem sobie natychmiast cmokanie Stuhra w Seksmisji. Bardzo podobne…

Mam nieśmiałą sugestię – na razie NIE PISZ scen miłosnych. Znaczną część czytelników przekonasz jedynie, że absorbują tekst satyryczny. ;)

pozdr.

 

Rybaku, uświadomiłeś mi, że się kardynalnie pomyliłam w ocenie tego tekstu. Nie ma sensu go oceniać jako fantasy, ponieważ jest to po prostu paranormal romance udający, że jest w nim jakaś akcja fantasy. Wczoraj wieczorem czułam, że coś w purpurowości stylu domaga się mojej uwagi, ale instynkt samozachowawczy kazał się nad tym prześlizgiwać ;) A chodziło oczywiście o te opisy w rodzaju “Świeży, uroczy, niewiarygodnie przystojny, jasnowłosy czarodziej“ i tak dalej oraz ogólny marysuizm.

A że paranormal romance to całkiem nie moja bajka, nie wiem, może jest to arcydzieło gatunku.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z trudem przebrnęłam przez tekst. Mogłabym podpisać się pod pierwszym postem drakainy.

Proponuję zacząć od uwzględnienia wskazówek Stephena Kinga dla pisarzy, zwłaszcza z porady, by wycinać przysłówki. Jest też za dużo nazw własnych, czytelnik zaczyna się gubić. Ogólnie, proponuję uprościć styl. Zbyt rozbudowane, kwieciste zdania utrudniają lekturę.

Masz jakiś pomysł na fabułę i na bohaterów. Możliwe, że akcja ciekawie się rozwinie po spotkaniu czarodzieja z Walkirią. Szkoda, że tekst został urwany przed sceną pojedynku.

Przeczytałam i w sumie mogłabym się podpisać pod pierwszym komentarzem Drakainy. No, niestety, nie zainteresowało mnie :(

Znam tylko pięć liter ;)

Witajcie!

Sporo się dowiedziałam, a taki był mój cel, kiedy wrzucałam tekst. Komentarze Drakainy są dla mnie chyba równie nieznośne, co dla niej moje pisanie. Nie chodzi jednak o krytykę, lecz o długą i zawiłą formę językową komentarza, ukwieconego “pradawną” łaciną. Hm… Uwagi na temat zderzenia rzeczywistości z fantazją nie wezmę pod uwagę. Natomiast wątpliwości, jeśli chodzi o fabułę ( czy raczej jej brak) są zasadne. Próbowałam już skrócić opisy na rzecz wydarzeń, ale obraz całości stawał się mglisty. Szukam pomysłu w tej kwestii.

Pozdrawiam  

Nowa Fantastyka