- Opowiadanie: DanielKurowski1 - Dzieło umysłu

Dzieło umysłu

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Dzieło umysłu

 

Kaiserslautern, 8 listopada

Sygnał leżącego obok smartfona wybudził mnie ze snu. Przetarłem oczy i spojrzałem w stronę okna, gdzie padało i błyskało, a wiatr huczał i wył przeraźliwie.

Skrzywiłem się i niechętnie spojrzałem na jaskrawe światło telefonu, a moje oczy przeszył ból przypominający wbijanie igieł w ciało. Od razu zmniejszyłem jasność i spojrzałem na godzinę. Była równo trzecia w nocy. 

Dopiero po chwili zauważyłem wiadomość od mojego przyjaciela Oscara, który wyjechał w podróż do Hongkongu. Pewnie zapomniał o dzielącej nas różnicy czasowej. Miał słabą pamięć i zawsze mu to powtarzałem. Nic dziwnego, że zatrudnił mnie jako swego asystenta i księgowego w firmie odziedziczonej po dziadkach.

Otworzyłem wiadomość i oparłem się o poduszki, przecierając oko.

 

Cześć Arturze! Wybacz, że Cię tak męczę. Zapewne spałeś, jednak sprawa jest niezwykle pilna. Dzwonił do mnie dostawca i powiedział, że ostatni obraz dziadków przyjedzie z Monachium 8 listopada o czternastej (Twojego czasu), a nie, jak wcześniej ustalaliśmy. Jak dobrze wiesz, ja nie mogę go odebrać, wrócę dopiero na wystawę, a któż inny byłby bardziej odpowiedni, niż mój osobisty asystent i stary przyjaciel? Klucze do domu dziadków są pod trzecią doniczką od lewej, tam gdzie zawsze. Wszystkie obrazy wiszą na pierwszym i drugim piętrze. Parter będzie przeznaczony na bufet dla gości. Ach i jeszcze jedno. Nie oglądaj jeszcze obrazów, dziadkowie chcieli, by ludzie obejrzeli je dopiero podczas wystawy. Mam nadzieję, że mi to wybaczysz.

 

Wiadomość musiałem przeczytać dwa razy, ponieważ byłem ledwie przytomny. Przewróciłem oczami i westchnąłem. Czułem złość, że musiałem obudzić się w środku nocy, zwłaszcza że ostatnio mam problemy ze spaniem, jednak z drugiej strony po przeczytaniu byłem wielce podekscytowany. Po wielu latach odwiedzę rezydencję Stefanie i Fredrika Wagnerów, milionerów i niezwykle uzdolnionych artystów, mających spory wpływ na moje wychowanie. Dzieciństwo spędzone w ich domu było przeżyciem niezapomnianym.

Chwilę potem zarezerwowałem miejsce w pociągu jadącym do Lambrecht i znów położyłem się spać, lecz sen już nie nadszedł. Patrzyłem więc w sufit i słuchałem, jak deszcz uderza o blaszany parapet, a silny wiatr stara się wyrwać wszystkie okna w moim mieszkaniu.

 

***

Lambrecht, 8 listopada

Pociąg przyjechał z opóźnieniem, co było dosyć rzadkie. Miałem jeszcze sporo czasu do przyjazdu dostawcy, więc nie było to dla mnie problemem. Przeszkadzało mi jedynie to, że całą tę podróż musiałem odbyć z młodą kobietą i dwójką jej wrzeszczących bachorów, które ciągle biegały po całym wagonie, uprzykrzając życie wszystkim dookoła. Matka oczywiście miała je w głębokim poważaniu, wolała słuchać muzyki i patrzeć w telefon, niż nad nimi zapanować.

Nigdy nie lubiłem dzieci i wątpię, by to się kiedyś zmieniło. Nawet nie wiem, ile razy pomyślałem o wyrzuceniu ich obu z pędzącego pociągu. Później bym tego żałował, ale w tamtej chwili niewiele myślałem. Zabawne jest jednak to, że człowiek jest gotów ustąpić miejsca staruszce, a chwile potem myśli o roztrzaskaniu komuś głowy, kiedy tylko zostanie wyprowadzony z równowagi. Umysł człowieka jest dziełem nie tylko wielkiego geniusza, ale i szaleńca, który dał mu zdolność do wymyślania takich potworności.

W Lambrecht było pochmurno, choć wiatr wiał o wiele słabiej niż w nocy. Do tego trochę kropiło, ale od małego uwielbiałem taką pogodę. Było w niej coś niezwykłego i magicznego. Zawsze, gdy zbierały się ciemne chmury, siadałem na fotelu przy oknie i patrzyłem na spływające po szybie krople deszczu przypominające łzy. Za powierzchownym smutkiem i samotnością kryły się cisza i spokój, które w każdej chwili mogły być przerwane przez gwałtowne pojawienie się burzy i wichury. Zupełnie tak, jak z ludzkimi uczuciami. Jeden impuls potrafi zmienić punkt widzenia i rozumowania. 

Przeszedłem spory kawałek przez niemal całkowicie wyludnione, pozbawione życia miasto, gdzie ludzie albo pracowali, albo siedzieli w szkołach, a nieliczni starcy siedzieli w oknach lub na ławkach i patrzyli na ciemne chmury i pozbawione liści drzewa. Niektórzy rzucali mi nieprzyjemne spojrzenia, zupełnie jakbym naruszył ich prywatność lub jakbym był najciekawszym zjawiskiem w mieście. Słyszałem za sobą różne szepty, choć nie miałem pewności, czy mówią o mnie.

Zawsze zastanawiałem się, dlaczego Wagnerowie nie przeprowadzili się do większego Stuttgartu czy Monachium. Owszem, wiele podróżowali, mieszkania mieli w niemal całych Niemczech – w Berlinie, Hamburgu czy Kolonii, jednak Lambrecht było ich gniazdem, w którym spędzili większość swego życia. To właśnie tu powstała większość ich prac. Być może było tu coś, czego gołym okiem nie dostrzegałem?

Wkrótce potem znalazłem się przed posiadłością państwa Wagnerów, zbudowanej z dala od centrum miasta i jakiegokolwiek innego domostwa w pobliżu. Duża, dwupiętrowa, stara, lecz w bardzo dobrym stanie. Otoczona bezlistnymi drzewami, które w lecie zakrywały ją przed okiem nieproszonych gości, choć i tak bardzo rzadko ktoś tędy przejeżdżał. Nawet zwierzęta, bezdomne koty czy grasujące w lasach dziki omijały rezydencję szerokim łukiem. Bawiąc się na podwórku, nigdy nie słyszałem śpiewu ptaków, jedynie głuchą ciszę.

Stalowa brama wejściowa była zamknięta, więc wspiąłem się na nią i przeskoczyłem na drugą stronę, tak jak robiliśmy to z Oscarem w młodości, kiedy zapomnieliśmy wziąć kluczy.

Poszedłem spękanym chodnikiem do masywnych frontowych drzwi i spojrzałem w stronę lewego parapetu, na którym stały doniczki z martwymi kwiatami. Tak jak zawsze, klucze do domu i bramy znajdowały się pod trzecią od lewej. 

W końcu znalazłem odpowiedni i otworzyłem drzwi. W środku powitały mnie tumany kurzu i nieprzyjemny zapach starości, wilgoci i chyba formaliny, chociaż tego nie byłem pewien. Staroświeckie meble, fotele, poduszki, zegary naścienne i wiszące nad kominkiem poroże jelenia były dobrymi zbieraczami kurzu. Ekipa sprzątaczy, która przygotuje dom do wystawy, przyjedzie dopiero za tydzień, więc nic dziwnego, że jest tu tak brudno.

Wagnerowie zmarli ponad rok temu i od tego czasu nikt tu nie przyjeżdżał, z wyjątkiem jednego razu, kiedy Oscar spełnił ich ostatnią wolę, zawieszając obrazy. W testamencie zażyczyli sobie, by dom przerobiono na muzeum, gdzie będzie można podziwiać ich dzieła. 

W holu spostrzegłem autoportrety Stephanie i Frederika Wagnerów. Wyglądali jak typowi staruszkowie z filmów: pani Wagner była uśmiechniętą, pulchną kobietą o siwych włosach oraz z okrągłymi okularami na nosie. Pan Wagner zaś był wysoki, szczupły i jak zwykle dostojny. Miał podkręcone wąsy, szlachetne rysy twarzy i był bardzo elegancko ubrany.

Ich oboje łączyła wspólna cecha, a mianowicie oczy. Jasne, bystre i chłodne. Spoglądali i uśmiechali się jakby z politowaniem do każdego, kto na nich patrzy. Ich wzrok zdawał się wtedy rozbierać człowieka do naga, ukazując jego wady i ułomności. Ani ja, ani Oscar nigdy nie mogliśmy ich okłamać – zawsze wiedzieli, kiedy próbowaliśmy to zrobić.

Poza tym, na pierwszy rzut oka, w domu nic się nie zmieniło. Wszystko było jak dawnej. Moja mama, która pracowała w firmie Wagnerów, przywoziła mnie tu, gdy byłem mały. Oscar nie miał przyjaciół, a ja byłem w jego wieku, więc starsza pani Wagner wpadła na pomysł, bym się z nim zaprzyjaźnił. Przyjeżdżałem tu też na wszystkie wakacje i ferie. Później jednak mama znalazła lepszą pracę i musieliśmy wyjechać do Berlina. Pięć lat temu, po tragicznej śmierci mamy zostałem zupełnie sam i wróciłem do rodzinnego Kaiserslautern. Oscar od razu zatrudnił mnie w firmie dziadków i pomógł mi w znalezieniu nowego mieszkania, za co będę mu dozgonnie wdzięczny.

Usiadłem na skórzanej kanapie i głęboko westchnąłem. Nie wiedziałem za bardzo co mam robić przez ten cały czas oczekiwania na dostawcę. Wyciągnąłem telefon, przejrzałem portale społecznościowe, zagrałem w jedną grę, jednak szybko się znudziłem. Spojrzałem w stronę schodów i zamyśliłem się. Wiedziałem, że Oscar prosił mnie, bym tego nie robił, ale przecież nikt się nie dowie, a zmarłym nie będzie przykro. Nie miałem co tu robić, a moja ciekawość rosła z minuty na minutę. Zawsze byłem ciekawski i niecierpliwy.

Czułem się trochę tak, jakbym zrywał zakazany owoc. Zupełnie jak wtedy, gdy ze znajomymi podglądaliśmy przebierające się koleżanki w gimnazjum. Zrobiłem też kilka zdjęć, by nie nudzić się wieczorami. Nie powinienem był tego robić, później je wszystkie skasowałem, a wszystko tłumaczyłem sobie hormonami i dojrzewaniem. Nic takiego.

W końcu zdecydowałem się pójść na górę schodami, których nieprzyjemne skrzypienie przypominało dźwięk pękających kości. Na piętrze było ciemniej niż na parterze, więc włączyłem światło i właśnie wtedy je ujrzałem i… Poczułem, jak dziwny chłód przeszywa moje ciało. 

Obrazy, nie licząc sztuki współczesnej, zwykły pokazywać to, co piękne. Pięknych ludzi, piękne zjawiska, piękną przyrodę… Te obrazy były jednak inne. Brzydkie, wstrętne i odrażające. Wszechobecny turpizm. Szaro-czarne, ukazujące częściowo obdartych ze skóry ludzi, których nagie mięśnie były wykrzywione, porozrywane i zgniłe. Twarze zachowały szarą skórę, a ich uśmiechy i wytrzeszczone oczy, które wpatrywały się w oglądającego… były po prostu straszne. Widać było, że cierpią, lecz ekspresja ich twarzy wskazywała na to, iż sprawia im to… dziwną satysfakcję. Poza tym nie mieli policzków, przez co można było ujrzeć całe ich szczęki, z paskudnymi, czarnymi i dziurawymi zębami. 

Plakietki z tytułami głosiły: Kobieta w konwulsjachNaga prawdaUkryte piękno, czy Anatomia umysłu

Ogarnął mnie lęk, irracjonalne dzieło umysłu. Rzadko co wywoływało u mnie takie emocje, nigdy nie uchodziłem za strachliwą osobę, aczkolwiek teraz odczuwałem głęboki niepokój, który przeszywał mnie do szpiku kości. Nie mogłem uwierzyć, że namalowali to Wagnerowie. Ci sami, którzy spędzali ze mną i Oscarem wolne chwile, czytali nam książki o królu Arturze i przygotowywali pyszne obiady. Tylko chory umysł byłby w stanie namalować podobne okropności…

Szedłem dalej korytarzem, a moim krokom towarzyszyło nieprzyjemne skrzypienie. Oblał mnie zimny pot i czułem na sobie wzrok postaci z obrazów. Cierpiący mieli coraz mniej skóry, ich ciała były coraz bardziej powyginane i zgniłe. Zauważyłem jednak jedną rzecz: twarze zdawały się należeć do ludzi przystojnych, pozbawionych skaz. To co piękne na zewnątrz, zwykle jest zepsute w środku, mawiał pan Wagner.

Obrazy wydały się bardzo żywe, jak gdyby postacie zostały w nich zaklęte i skazane na wieczne cierpienie. Miało się wrażenie, że patrzy się na przerażającą pocztówkę z piekła…

Stanąłem przed obrazem młodej kobiety z twarzą pokrytą dziurami podobnymi do plastrów miodu, z których wychodziły małe, czarne, wijące się robaki. Do tej pory nie wiedziałem, że mam trypofobię… Spuściłem wzrok i wzdrygnąłem się. Nikt o zdrowych zmysłach nie mógł na to patrzeć, a tym bardziej podziwiać.

Znalazłem się na końcu korytarza, przy drzwiach sypialni jedynego syna państwa Wagnerów. Wiedziałem, że to jego pokój, gdyż pan Frederik zabraniał nam tam wchodzić. To właśnie tutaj, jego syn, Józef Wagner, powiesił się kilka miesięcy po przedwczesnej śmierci matki Oscara. Było to chyba w 1989 roku.

Nigdy go nie poznałem, a Wagnerowie unikali tego tematu jak ognia. Wiedziałem jedynie, że wpadł w alkoholizm i wybrał sznur, zamiast życia. 

Chwyciłem za klamkę i otworzyłem drzwi. Nie mogłem wyjaśnić, dlaczego to zrobiłem. Nie wiedziałem też, czego się spodziewałem. Sznura? Trupa? Pokój był bardzo zwyczajny: zaścielone łóżko, drewniane meble, podniszczone zasłony, stare biurko i kilka krzyży wiszących na ścianie. Miałem już wyjść, lecz dostrzegłem leżący na biurku notes oraz kilka grubych książek.

Coś mnie tknęło. Jakaś nieznana siła, która zmusiła mnie, by go podnieść i przeczytać. 

Na początku jego zawartość była zwyczajna, ot przemyślenia zwykłego człowieka na temat swojego życia. Jednak im więcej kartek przewróciłem, tym więcej dziwactw ujrzałem. Sentencje po łacinie wyglądające jak modlitwy, rysunki dziwnych, groteskowych postaci. Kilka akapitów długiego tekstu, było zapisanych w dziwnym alfabecie, którego nigdy nie widziałem na oczy. 

Dopiero później ujrzałem coś po niemiecku. Zaczynało się tak: 

Bo umysł człowieka jest najciemniejszym z miejsc… Wszystkie dziwy i potworności, wszystkie monstra, lęki i paranoje to jedynie dzieła umysłu, a nie sił nadprzyrodzonych. W każdym z nas kryje się pierwiastek potwora, mroczna skaza, która pojawiła się nie wiadomo skąd. A może była od zawsze?

Jednakże wszystkie monstra, nawet te najobrzydliwsze, są prawdziwe i ukrywają się pod płaszczykiem słabości, niewinności… Wojna, głód, zaraza. To one ujawniają nasze ukryte słabości, a wszelkie zło ograniczone jest jedynie ludzką wyobraźnią.

Myślałem, że to koniec, gdyż tekst się urwał, jednak na końcu notesu ujrzałem ostatnie zapiski:

… spytałem ich kiedyś, jaki to ma sens. Życie? – usłyszałem w odpowiedzi. Życie nie ma sensu, mój drogi. Życie nie jest harmonią ani ideałem. Jest absurdem, groteską, smutkiem, żalem, a niekiedy potwornością. Właśnie dlatego ludzie szukają piękna gdzie indziej. Budują, malują, kochają. Tworzą w umyśle dzieła, a potem je urzeczywistniają. Ale czy to wszystko ma sens? Tego nie wiem. Nikt nie wie… 

I jeszcze ostatnie, najbardziej niepokojące:

Rodzice nigdy mnie nie rozumieli. Ja też nigdy nie mogłem pojąć ich dziwacznego rozumowania. Bałem się zasnąć, kiedy ci rozstawiali sztalugi na parterze i malowali, wydając przy tym dziwne, niepokojące dźwięki, jakby dzikiej, okultystycznej orgii. Do tego ten ostry smród formaliny i rozkładu… W dzień jednak wszystko było zwyczajne, a ja bałem się pytać. […]

Widzę je wszędzie… już dłużej tak nie mogę. Czuję, jak po mnie łażą, jak we mnie pełzają. Widzę jedynie ciemność, a umysł traktuje ciemność jak wzrok: wkrótce się przyzwyczai, jednak im dłużej tak tkwi, tym większe prawdopodobieństwo zatracenia się…

Nie wiedziałem co o tym sądzić. Przerażające było wspomnienie o rodzicach, choć mogłaby to być jedynie wyobraźnia schorowanego i zmęczonego życiem człowieka. Ojciec Oscara ewidentnie miał ze sobą problemy i nikt mu nie pomógł, a może sam pomocy nie szukał. Przykre, że Oscar został sierotą w tak młodym wieku.

Spojrzałem na zegarek. Dostawca przyjedzie dopiero za półtorej godziny. Miałem jeszcze trochę czasu.

Wyszedłem z pokoju i uważnie się rozejrzałem. Była młoda godzina, środek dnia, paliło się światło, nie wierzyłem, że coś mnie zaatakuje, a mimo to… bałem się. Bałem się niesamowicie, choć do końca nie wiedziałem, czego. Wagnerów? Obrazów? Przecież to jedynie płótno i farba, wymysł fantazji malarzy. Nic nie mogą mi zrobić… Co nie zmienia faktu, że wciąż miałem dziwne uczucie, iż ktoś mnie obserwuje, choć w domu panowała głucha cisza.

Pobiegłem schodami na drugie piętro.

Ujrzałem tam kolejne obrazy, tym razem zupełnie inne. Postacie były bardziej ludzkie, aczkolwiek rozmazane i pozbawione oczu. W ich miejscu znajdowały się czarne dziury. Sama kolorystyka obrazów była niepokojąca: ciemne barwy ochlapane zaschłym szkarłatem… Do tego czułem zapach octu, choć nie wiedziałem skąd.

Obrazy były o wiele większe od poprzednich, a ich ramki wykonane z dziwnej kości, prawdopodobnie słoniowej. Daty na plakietkach wskazywały na to, iż Wagnerowie namalowali je w latach dziewięćdziesiątych.

Pierwsze dzieło, na które zwróciłem uwagę, przedstawiało małe dziecko, dziewczynkę z kokardką na głowie, która wbijała nóż w gardło swego psa. Widać było, że mięśnie jej ręki były napięte, a pozycja dłoni wskazywała na to, iż nóż musiał być przekręcany niejednokrotnie. Sama twarz dziecka była jednak pozbawiona emocji, dziewczynka patrzyła w nicość. Pies natomiast cierpiał i wił się z bólu. 

Obraz nazywał się Córka Dorfmannów i jej piesek.

Dzieło Wagnerów wywołało u mnie dziwne uczucie. Nie był to lęk ani strach, ale dziwna ciekawość. Nie mogłem oderwać od niego wzroku, mimo że obraz był niepokojący. Poczułem się zupełnie jak tamtego dnia, kiedy jechałem autobusem na uniwersytet w Berlinie. Dwaj chłopcy wpadli pod jadącą ciężarówkę, nastąpiła straszna masakra, śmierć na miejscu. Do dziś pamiętam krzyki kierowcy autobusu i staruszków, którzy jechali wraz ze mną. Jedni podeszli do okien, inni trzęśli się i odwracali wzrok. Ja siedziałem przy oknie i miałem widok na to wszystko… Spoglądałem na tę masakrę, do dziś nie wiem, dlaczego. Może, że wcześniej niczego takiego nie widziałem? Może przez swoją niezdrową ciekawość?

Wiedziałem, że to złe, a nawet chore, ale wciąż patrzyłem. Patrzyłem na połamany, wystający z ciała kręgosłup i rozgniecioną głowę, z której wypływał mózg, a po moim ciele przebiegały dreszcze. Straszny widok, było mnóstwo krwi, jednak ja patrzyłem, aż autobus odjechał i straciłem ich z oczu. Życie dwóch chłopców, którzy byli tak blisko mnie, znikło w ułamku sekundy, zostawiając jedynie groteskowe trupy i porozlewaną krew.

Na środku ściany znajdował się bardzo duży obraz, największy ze wszystkich. Przedstawiał on dużą karuzelę, na której jeździły nagie, zapłakane trupy dzieci. Było ich dwanaście. Sama karuzela wystarczająco mnie przerażała. Stanowił ją uśmiechnięty mężczyzna, którego mięśnie były rozerwane i uplecione w kształt karuzeli. Nie wiedziałem, co o tym myśleć i nie miałem pojęcia, co działo się w umysłach Wagnerów, kiedy malowali ten obraz… Nazywał się Mężczyzna i ferajna dzieciaków.

Słyszałem kiedyś historię o mężczyźnie, który zgwałcił i zamordował dwanaścioro dzieci. Było to chyba w latach osiemdziesiątych, dokładnie nie pamiętam. Przerażająca zbrodnia, mama mówiła mi, że trąbiły o tym wszystkie media w Niemczech, a ludzie odgrażali się, że obedrą skurwiela za skóry. Ten jednak zniknął i nikt nigdy go nie odnalazł. Nie trzeba być odrażającym mutantem, by nazwano cię obrzydliwym potworem. Ta zbrodnia była dziełem chorego umysłu człowieka.

Po raz kolejny można było zaobserwować zachowanie ludzi. Życzyli mu strasznej śmierci, nie dziwię im się, zbrodnia była odrażająca, jednak prosty człowiek uruchamiał wtedy swoje pierwotne instynkty. Do wrodzonego poczucia sprawiedliwości i zemsty, które kierują człowiekiem od zarania dziejów. Sami chcieli się dopuścić potworności, by ukarać zwyrodnialca. Pragnęli sprawiedliwości w świecie zupełnie jej pozbawionym.

Im dłużej patrzyłem na obrazy, tym gorzej się czułem. Nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Drapało mnie w gardle, a oczy łzawiły mi niemiłosiernie. Pewnie przez ten cholerny kurz. Żałowałem, że nie wziąłem chusteczek.

Chwilę potem usłyszałem pukanie do drzwi, choć mogło to być również dziwne stukanie w podłodze. Przynajmniej tak mi się wydawało. Dostawca nie powinien jeszcze przyjechać, było za wcześnie. Przenikliwy lęk nasilił się, serce biło jak oszalałe, a do tego zatkał mi się nos, a z oczu ciekły mi łzy. 

Gdy znalazłem się na parterze, skierowałem się do drzwi frontowych. Otworzyłem je, jednak nikogo tam nie zastałem. Żadnej żywej duszy, człowieka czy zwierzęcia. Podwórko było puste, a niebo ciemne. Kaszlałem coraz bardziej, moje płuca płonęły. To wszystko przez ten kurz i swąd? Zaczerpnąłem świeżego powietrza, lecz nic mi to nie dało. Przystawiłem dłoń do ust i ujrzałem krew. Plułem śliną zmieszaną z krwią. 

Zamknąłem drzwi i udałem się w stronę lustra, które znajdowało się obok portretów państwa Wagnerów. Czułem się coraz gorzej, moje serce biło jak oszalałe, nie mogłem złapać tchu. Spojrzałem na ich obraz i uznałem, że się ze mnie śmieją. Karzą mnie za to, że nie uszanowałem ich woli. Po dziś umysł podsuwa mi wizję ich uśmiechu i pełnego politowania wzroku…

W końcu spojrzałem na zakurzone lustro i zamarłem. Poczułem, jak moje ciało zmienia się w lód, a nogi uginają się. Skóra była trupio blada, zwisała ze mnie jak zbyt duże ubrania, a z moich oczu, po zapadniętych policzkach, spływały krwawe łzy.

 

***

Lambrecht, 23 listopada 

Nie pamiętam, co się potem stało. Nie wiem, kto mnie znalazł i jak to zrobił. Usłyszałem później głos kobiety, która mówiła mi, że wszystko będzie dobrze. Mówiła, że jest lekarką, i że jestem w dobrych rękach, nie mam się czego obawiać.

Chciałbym jej wierzyć.

Nadszedł dzień wystawy. Nie chciałem tu już więcej przychodzić, jednak zrobiłem to dla Oscara. Wystawa była dla niego bardzo ważna. Teraz i tak czułem się bezpieczniej…

Goście przyjechali z całych Niemiec, a nawet z Holandii, Anglii czy Francji. Milionerzy, artyści, burmistrzowie z Kaiserslautern i Lambrecht. Sama śmietanka. Byli zachwyceni obrazami, choć niektórzy zdawali się być przerażeni lub zniesmaczeni, tak, jak ja, dwa tygodnie temu. Aczkolwiek wszyscy byli zadowoleni, a Stephanie i Frederik Wagner mogli być dumni z dzieła swoich umysłów. 

Ludziom najbardziej przypadł do gustu obraz, który przywiózł dostawca z Monachium. Przedstawiał on młodego mężczyznę, który rozdzierał policzki nienaturalnymi pazurami i płakał krwawymi łzami. Nie wiedziałem co o tym sądzić, więc wolałem o tym nie myśleć.

Znajdowałem się teraz na parterze, wśród wszystkich gości. Po obejrzeniu prac udaliśmy się na poczęstunek. Potem siedziałem na starej sofie z kieliszkiem szampana w dłoni, w towarzystwie Oscara. Był na tyle dobry, że postanowił, iż przez jakiś czas zamieszkam u niego. Na początku nie chciałem się zgodzić, choć ten ciągle nalegał. W końcu zgodziłem się, ze względu na swój stan.

A jeśli chodzi o obrazy, to w dniu wystawy nie spojrzałem na nie. Właściwie nie mogłem na nie patrzeć, w końcu wydłubałem sobie oczy kluczami do domu… Noszę teraz okulary przeciwsłoneczne, a w poruszaniu pomaga mi Oscar. Jest mi ciężko, ale muszę się do tego przyzwyczaić.

Jednak te obrazy wciąż siedzą w moim umyśle… Czasem mam koszmary i majaki, w których przerażające istoty obdzierają mnie żywcem ze skóry, a ja krzyczę, nie mogąc nic zrobić. Choć to tylko dzieło mojej spaczonej i chorej wyobraźni, lękam się do dziś. Muszę brać różne leki, po których czuję spokój, ale i wielką pustkę.

Bo ludzki umysł jest najciemniejszym z miejsc… Tak pisał Józef Wagner, którego przestałem uważać za wariata. A może obaj jesteśmy szaleńcami?

Oscar pomógł mi wstać. Czas wznieść toast, za rodzinę Wagnerów i ich potworne dzieła!

Koniec

Komentarze

Być może narrator, który wbrew zaleceniom przyjaciela myszkował w zakurzonych pomieszczeniach opuszczonego domu i przy okazji obejrzał kolekcję nietypowych obrazów, przeżył horror, ale ja odebrałam opowiadanie jako dość beznamiętną relację ciekawskiego Artura, którego umysł nie był przygotowany na takie „atrakcje”.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Na tym poprzestanę, bo zauważyłam, Autorze, że moich komentarzy i tak nie dostrzegasz.  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Owszem, nie zauważam, jeżeli ktoś traktuje tekst z góry. 

Jeżeli moja praca jest tak odbierana, to proszę się nie dziwić moich reakcji. To jest moje drugie opowiadanie, jakie w życiu napisałem.

Co do całości opowiadania, to trudno. Jednemu się nie spodoba, innemu spodoba i może nie uzna tego za "beznamiętne", a może nawet postara się coś dostrzec.

Jeśli chodzi o wykonanie, to bez przykładu nic nie odpowiem. Ale cóż, nawet mój debiut nie był dla mnie miłym wspomnieniem, a patrząc na początki innych na tym portalu i ich taktowanie, czuję się niesprawiedliwie.

Pozdrawiam.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Owszem, nie zauważam, jeżeli ktoś traktuje tekst z góry. 

Byłabym wdzięczna, Danielu, gdybyś wyjaśnił mi, co odbierasz jako traktowanie z góry?

 

Jeżeli moja praca jest tak odbierana, to proszę się nie dziwić moich reakcji.

Owszem, Danielu, dziwię się Twojej reakcji.

Pod Twoim pierwszym opowiadaniem zgodziłam się ze zdaniami komentatorów, którzy wcześniej zostawili Ci mnóstwo rad jak pisać i jak nie pisać, więc nie widziałam sensu by powielać ich słów i od siebie dołączyłam łapankę. Nie skorzystałeś z niej, nie poprawiłeś choćby jednego błędu.

Podobnie było pod drugim opowiadaniem.

Przeczytałam też trzecie i zostawiłam pod nim komentarz, powstrzymując się od zrobienia łapanki, bo zorientowałam się, że i tak nie poprawiasz usterek.

Skoro nie uznałeś za stosowne skwitować choćby słowem mojej obecności pod wcześniejszymi tekstami, doszłam do wniosku, że moje zdanie, tudzież łapanka i tym razem na nic Ci się zdadzą. Ponieważ jednak Dzieło umysłu dodałeś w dzień mojego dyżuru, przeczytałam je i zostawiłam krótki komentarz, jak widać niezgodny z Twoimi oczekiwaniami.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak już powiedziałem wcześniej, fragmenty zostały uznane za złe i beznadziejne, więc je porzuciłem. Moje pierwsze opowiadanie również nie było pozytywnie przyjęte, więc również nie miałem na nic ochoty, a słowa "nie podoba mi się bo za mało fantastyki" też mnie nie zachęca. Patrząc na to opowiadanie, które wydawało mi się o wiele lepsze, również nie jest pozytywnie odebrane (o ile w ogóle jest przez kogoś odbierane), co odebrało mi reszktę chęci do pisania. Nie powinienem ignorować poprawek, ale taka było moja reakcja na "zjechanie" pracy. I tak nic już nie zrobię, widocznie pisanie nie jest dla mnie. Nie umiem się wpasować w tutejszą społeczność, gdzie znaczna większość ma na kącie pozycje w bibliotekach i masę pozytywnych komentarzy. Pozdrawiam i życzę spokojnych świąt, bo już raczej nie będę mięc okazji do złożenia życzeń. PS. Jeżeli ktoś od początku jest nie przychylny i patrzy pod kątem początków (które każdy miał) to wtedy uznaję, że patrzy z góry. Być może się mylę, ale jeszcze nie spotkałem się z pozytywnym odbiorem.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Mam wrażenie, Danielu, że problem polega na tym, że miałeś dość pozytywne wyobrażenie o własnej twórczości i spodziewałeś się, że czytelnicy podzielą Twój pogląd. Niestety, rzeczywistość okazała się nieco inna, czemu komentujący dali wyraz, krytykując pierwsze teksty, ale jednocześnie dając Ci mnóstwo rad i wskazówek, co robić, aby w przyszłości było lepiej. Raczej czarno widzę Twoją przyszłą twórczość, skoro konstruktywna krytyka jest dla Ciebie zjechanie pracyodbiera chęć do pisania.

Nie wiem, co – przy takim nastawieniu – mogłabym Ci poradzić… Owszem, możesz przestać pisać, ale możesz też zakasać rękawy i pracować – ulepszać pomysły i poprawiać warsztat, korzystając z rad bardziej doświadczonych autorów.

A może zastanowi Cię fakt, że na tę stronę trafiają tysiące opowiadań, a ledwie część z nich dostaje się do Biblioteki, a jeszcze mniej zostaje wyróżnionych piórkiem…  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, nie przypadło mi zbytnio do gustu, ale ja ogólnie nie przepadam za horrorami (zwłaszcza za Lovecraftem, który pisze zbyt rozwlekle, żeby do mnie trafić), więc to nic nie znaczy.

Spodobał mi się pomysł na wspólnie malujące małżeństwo.

Jak dla mnie – akcja rozkręca się zbyt wolno. Horror, więc z góry wiadomo – bohatera nic dobrego nie spotka, a tu trzeba jeszcze się z nim budzić w środku nocy, jechać pociągiem, patrzeć, jak robi, czego nie powinien…

Lubię, kiedy rozumiem, co się stało i dlaczego. W horrorach często tego nie dostaję, bo racjonalnie wytłumaczony strach przestaje straszyć. Złowrogi chrobot to nie to samo, co niegroźne myszki albo belki stygnące w nocy czy zepsuty kurant zegara.

Tutaj porozrywały się zależności przyczynowo-skutkowe. Bohater jedzie odebrać namalowany dawno temu obraz, na którym znajduje się on sam w chwili przyjazdu kuriera. No, ale ten gatunek tak ma.

Wykonanie niezłe, choć zdarzają się literówki i miejscami interpunkcja niedomaga.

Wkrótce potem znalazłem się przed posiadłością państwa Wagnerów, zbudowanej z dala od centrum miasta i jakiegokolwiek innego domostwa w pobliżu.

Gramatyka się rozjechawszy.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarz, sam starałem się szukać w czym czuję się dobrze (sci fi, fantasy, horror), i chyba jednak lepiej idzie mi sci fi, mimo że jestem wielkim fanem fantasy. Jeśli nie jest aż tak źle, to znaczy, że może coś kiedyś mi wyjdzie.

W każdym razie pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Jest tu pomysł, aczkolwiek akcji brakuje dynamizmu, bohater zanadto się snuje, żeby czytelnik miał szansę poczuć autentyczną grozę – na którą jest potencjał, mimo że horrorowo motyw niesamowitych obrazów jest dość wyeksploatowany.

No i nie kupuję tego, że po tych wszystkich przeżyciach on sobie tak po prostu mieszka z kumplem, krewnym malarzy, i nosi ciemne okulary. Albo czegoś nie dopowiedziałeś (jakaś głębsza przemiana w bohaterze? w sensie ontologicznym?), albo czegoś brakuje.

 

Taki drobiazg: rzecz dzieje się w Niemczech, wszyscy bohaterowie są ewidentnie Niemcami, choć po prawdzie nie gra to żadnej realnej roli. Ale dlaczego w takim razie angielska forma imienia Oscar? Po niemiecku pisze się ono tak jak po polsku: Oskar.

 

Wyrywkowe babole, bo nie warto robić szczegółowych łapanek, jeśli autor deklaruje, że poprawiać tekstów nie zamierza.

 

Sygnał leżącego obok smartfona wybudził mnie ze snu.

Obok czego? Ten przyimek wymaga dopełnienia. Poza tym w tej formie tak naprawdę zdanie jest dwuznaczne: może to być sygnał wydawany przez smartfon leżący obok bohatera/narratora, albo sygnał wydawany przez kogoś leżącego obok smartfona ;) Oczywiście domyślamy się, o co chodzi, ale jest to niezręcznie sformułowane.

 

W holu spostrzegłem autoportrety Stephanie i Frederika Wagnerów.

Znaczy oboje byli malarzami? Wcześniej są poszlaki w tekście, potem jest to wprost, ale w tym miejscu to bardzo zwraca uwagę, więc warto by doprecyzować.

 

Obrazy, nie licząc sztuki współczesnej, zwykły pokazywać to, co piękne.

W średniowieczu istniał np. prąd zwany doloryzmem, który lubował się w przesadnym wręcz pokazywaniu cierpienia (również w taki sposób, że masz podobne wrażenie do opisanej satysfakcji). Także dziewiętnastowieczny naturalizm jest daleki od konwencjonalnie rozumianego piękna. Nawet w starożytności da się znaleźć odstępstwo od klasycznych kanonów piękna: w hellenizmie mamy nurt związany z realistycznym ukazywaniem np. starości; rzymski (głównie republikański, ale nie tylko) portret werystyczny też nie ma nic wspólnego z ukazywaniem piękna. Jeżeli bohater zna się na sztuce, to masz potężnego babola.

 

“Bałem się zasnąć, kiedy ci rozstawiali sztalugi na parterze i malowali”

 

W dzień jednak wszystko było zwyczajne, a ja bałem się pytać. […]

W tekstach literackich zazwyczaj nie zaznaczamy w ten sposób opuszczenia fragmentu cytowanego tekstu. Trzy kropki wystarczą, można też dodać w narracji informację. Ale taki zapis jest z innego rejestru.

 

ramki wykonane z dziwnej kości, prawdopodobnie słoniowej

Skoro słoniowej, to nie dziwnej. Znowu: jeśli facet zna się na sztuce, rozpozna. Jeśli nie rozpoznaje, ale uważa nadal, że jest dziwna, nie powie, że prawdopodobnie słoniowej.

 

wbijała nóż w gardło swego psa

Na razie nie wiadomo, czyjego psa – wyjaśnia to dopiero uwaga o tytule. Zaimek zbędny zresztą także z powodów stylistycznych.

 

Po raz kolejny można było zaobserwować zachowanie ludzi.

Nie rozumiem.

 

Nie wiem, kto mnie znalazł i jak to zrobił.

Jak to zrobił? Znaczy znalazł? Czy np. dostał się do domu?

 

Ludziom najbardziej przypadł do gustu obraz, który przywiózł dostawca z Monachium. Przedstawiał on młodego mężczyznę

Dostawca przedstawiał mężczyznę?

 

Potem siedziałem na starej sofie z kieliszkiem szampana w dłoni, w towarzystwie Oscara. Był na tyle dobry,

Oscar czy szampan?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję za komentarz. Postaram się poprawić jakieś nieścisłości i rozwinąć fabułę, aby była bardziej dynamiczna. Nigdzie też nie deklarowałem, że nie poprawiam opowiadań, w becie zawsze poprawiałem błędy (stylistyczne i gramatyczne), ale to może wina uprzedzenia.

Pozdrawiam.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Chodziło mi o to wyznanie, skądinąd jakże charakterystyczne, wybacz, dla Twojego wieku ;)

Nie powinienem ignorować poprawek, ale taka było moja reakcja na "zjechanie" pracy. I tak nic już nie zrobię, widocznie pisanie nie jest dla mnie.

To, że Jacek Dukaj napisał “Złotą galerę” w wieku lat szesnastu, naprawdę nie jest normą. Wręcz przeciwnie – jest absolutnym ewenementem.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W takim razie nie widzę sensu dalszej publikacji, skoro mój wiek i czas pisania jest źródłem uprzedzeń. Proszę też zobaczyć podejście do mojego debiutu, a debiutów innych – w życiu napisałem jedynie dwa opowiadania, nie ćwiczę między nimi, nie robię czegoś na brudno, żadnych szkiców czy pomysłów. Zacząłem pisać od lutego tego roku, ale to nie znaczy, że piszę codziennie po kilka godzin. Nie zawsze mam tyle czasu. Mój debiut na tej stronie był faktycznym debiutem, bo wcześniej nic nigdy nie napisałem.

W ciągu tego czasu napisałem dwa opowiadania BłogosławieniDzieło umysłu, oraz dwa, nic nie znaczące fragmenty. Nie mam na koncie kilkudziesięciu opowiadań i setek szortów, więc mój warsztat nie jest jeszcze dopracowany. 

Na szczęście znalazłem tu kilka osób, które na prawdę chcą jakoś pomoc i za to im dziękuję, a nie z góry zakładają, że nic z tego nie wyciągnę. Dwa pierwsze fragmenty były tak słabe, że nawet poprawki nic by nie wniosły, więc postanowiłem, że napiszę je kiedyś znowu od zera, a teraz przejdę do opowiadań, choć krótka forma nie jest moją mocną stroną.

To, że Dukaj napisał opowiadanie w wieku szesnastu lat wcale nie oznacza, że wcześniej nic nie ćwiczył, ani nie czytał wielu książek, na pewno miał wtedy większą wiedzę, niż ja teraz. Gdybym pisaniem zainteresował się w wieku na przykład dwunastu lat, też byłbym teraz w o wiele lepszej pozycji.

Pozdrawiam i życzę spokojnych świąt.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

W takim razie nie widzę sensu dalszej publikacji, skoro mój wiek i czas pisania jest źródłem uprzedzeń.

Dobra, może trzeba z grubej rury ;) Nie bądź emo, na to akurat jesteś już za stary :P To nie są uprzedzenia – to jest statystyka. Byliśmy, widzieliśmy, pamiętamy nasze teksty. W swoim czasie nie mieliśmy tak doskonałych możliwości, żeby poddawać swoją młodzieńczą twórczość krytyce, żeby już wtedy się uczyć i mierzyć z krytycznymi uwagami – więc powinieneś czuć się szczęśliwy, że taką możliwość masz. Będąc niewiele od Ciebie starsza posłałam maszynopis powieści (pierwszy tom fantasy, a jakże) do wydawnictwa. I co? I nic, zero odpowiedzi, ale też zero miejsc, gdzie mogłabym wrzucić jakiś kawałek i zapytać ludzi, co o tym sądzą. A nie działo się to sto lat temu, zapewniam Cię, mimo że zdaniem stn jestem wampirzycą z dworu Ludwika XIV.

Naprawdę nie ma co się obrażać na świat, że nie daje Ci taryfy ulgowej z racji wieku, bo do tego się ta uraza o rzekome uprzedzenia sprowadza. Od głaskania po głowie nie nauczysz się pisać. Od czytania (będę to powtarzać do znudzenia) i krytyki – masz szanse. Nikt Ci nie mówi, żebyś dał sobie spokój, w większości opinii jest coś na zachętę, a wierz mi, to nie jest miejsce, gdzie ludzie tak piszą dla komfortu psychicznego adresata.

Ergo, bierz się w garść, czytaj jak najwięcej – jesteś na studiach filologicznych, więc wykorzystaj to! – i nie zniechęcaj się.

 

Skądinąd przytoczyłam przykład Jacka Dukaja jako pisarza debiutującego – znakomicie! – w bardzo młodym wieku. Pisarza, który następnie pisał rzeczy coraz lepsze. To naprawdę ewenement. Ale jest jeszcze jeden pisarz, który tak zaczął i o którym było swego czasu głośno (bo pewnie jest wielu, którzy coś opublikowali, ale nikt tego nie zauważył). Mianowicie Christopher Paolini, ten od Eragona. Kto go dziś pamięta, mimo że w przeciwieństwie do Dukaja ten debiut był stosunkowo niedawno (2003). Od tamtego czasu Paolini dopisał dalsze części – wydawane prawem serii, bo rozdmuchano debiut piętnastolatka. Teraz ponoć wydaje tomik z kilkoma opowiadaniami. Nie zrobił spektakularnej kariery. I być może cały ten hype wokół Eragona – książki w najlepszym razie przeciętnej, naiwnej, wtórnej, która by nie dostała się na listy bestsellerów i nie została sfilmowana, gdyby autor miał choćby i dwadzieścia lat – mu zaszkodził. Przemyśl sobie to i nie wymagaj od świata, żeby padł Ci do stóp (albo dał taryfę ulgową) tylko dlatego, że mając dziewiętnaście lat zacząłeś próbować coś pisać… Nie jesteś pierwszy ani ostatni i to powinno być źródłem ulgi, a nie cierpienia.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pamiętam Paoliniego. Ciągle leży mi gdzieś w chacie kolejny tom z zakładką bliżej początku niż końca. Może kiedyś jednak doczytam…

Babska logika rządzi!

Jeśli będziesz dalej zajmował się pisaniem, zorientujesz się, że problemem jest… brak komentarzy. Wysyłasz tekst na konkurs lub do wydawcy i nie dostajesz ani słowa wyjaśnienia, dlaczego się nie spodobało. Każdy komentarz to szansa na udoskonalenie warsztatu. Jeśli chodzi o tekst: jest jakiś pomysł, opowiadanie łatwo się czyta, ale nie ma w nim atmosfery horroru.

Miałam milczeć, ale co tam. Wydrukuj sobie ostatni post drakainy i powieś nad łóżkiem, serio. Gdybym w Twoim wieku się nie zniechęciła (z przyczyn różnych), teraz może bym coś już wydała.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tak naprawdę, pomocne komentarze dostaję jedynie w becie i to tam mam największą pomoc. Warsztatu nie poprawię dostając komentarze (lub w ogóle ich nie dostając) bez wskazania co szwankuje. Brak atmosfery, uczuć bohatera, czy klimatu, są zbyt ogólnikowe, ale dziękuję i za to. Może kiedyś komuś się coś spodoba.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Nie bądź emo, na to akurat jesteś już za stary

święte słowa

Brak atmosfery, uczuć bohatera, czy klimatu, są zbyt ogólnikowe

Wiesz, ja akurat czepiam się literek, a umykają mi rzeczy ogólne. Dobrze mieć różne opinie i samemu z nich wnioskować.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Wiem, Tarnino. Ty mi pomagasz najwięcej i za to Ci bardzo dziękuję.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Istota Twojego (i nie tylko, mojego też) problemu:

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Cudne. To bywał mój problem na egzaminach, zwłaszcza pisemnych – bardzo często pojawiał się problem niekompatybilności sposobu myślenia układającego pytania z moim, w związku z czym nawet znając teoretycznie odpowiedź, nie byłam pewna, czy o nią chodzi w pytaniu.

 

A co do klimatu i tak dalej. Tego niestety nie da się łatwo “skwantyfikować”, opisać i podać na talerzu. Nie dość, że jest do pewnego stopnia subiektywne, to jeszcze w refleksji nad literaturą już w starożytności ludzkość doszła do wniosku, że o odbiorze, powiedzmy, “chwytającym za serce” (czy też tym, że jedno dzieło uznamy za wybitne, a sto podobnych nie) decyduje czynnik nieuchwytny, tzw. nescio quid, jak to często określano.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wpuścić nosorożca?

[Zamieszanie przy wejściu, ktoś krzyczy: Powstrzymajcie nosorożca!!! To może zabić tego chłopaka! – Znów szarpanina, nosorożec zaczął czytać pierwszy akapit, już ma zaczynać swój komentarz, gdy Tarnina z Darkaniną rzucają mu się pod grube nogi! Finkla łapie go za ogon i próbuje wyciągnąć spod opowiadania! Tymczasem Regulatorzy zarzucają ręcznik na róg nosorożca! Ktoś znów krzyczy: Zabierzcie stąd tego gruboskórnego zwierza! Co za bydle! Kto na niego głosował?! Ja się pytam, kto na niego głosował!!!]

Niepocieszony nosorożec oddala się niespodziewanie lekkim truchtem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

*Kam staje w progu, cmoka na nosorożca i rzuca mu owocka w głąb pomieszczenia*

 

(co jedzą nosorożce?!)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Przeczytałem, ale nie za bardzo chwyciło. Przede wszystkim początek nie ma haczyka dla czytelnika, w zamian oferując sporo szczegółów, które może i później okazują się ważne, ale niestety na początku nużą czytelnika. Próbujesz już na wstępie ustawić tło i wszystkie potrzebne elementy fabuły, a to (jak sam często się przekonuję) mści się. Ponieważ niestety nikt na początku nie wie, co będzie ważne, a co nie i w efekcie zapamiętuje wybiórczo. Stąd lepiej kolejne elementy ujawniać wraz z rozwojem historii.

Potem mam wrażenie, że za bardzo rozwadniasz rozważania bohatera. Błądzi on i błądzi, ale na końcu nie za bardzo mam wrażenie, do czego właściwie dochodzi. Zwłaszcza, że koniec jest z gatunku tych bardziej otwartych na interpretacje i wnioski (co złe nie jest).

Podsumowując: jest pomysł na ten koncert fajerwerków, ale przy wykonaniu przydałoby mu się zagęszczenie treści.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo dziękuję za komentarz. Jeśli widać jakiś pomysł, to wystarczy popracować nad fabułą i klimatem.

Pozdrawiam ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Nietrudno mnie przestraszyć, ale Dzieło Umysłu nie wywołało u mnie nastroju grozy. W najlepszym razie lekkie poczucie niepokoju i odrzucenia, jakbym za długo wpatrywał się w obrazy Beksińskiego. Gdy bohater odnalazł notes leżący na biurku, odniosłem wrażenie, że znajdował się tam przede wszystkim z powodu kaprysu autora opowiadania, a nie pozostawiony tam przez członków rodziny Wagnerów. Tajemnicze alfabety i plucie krwią też wydawały się “doklejone”.

Wykonanie nie było idealne, ale nie utrudniało znacznie odbioru.

Najbardziej znaczącą sceną wydaje mi się opis wypadku, w którym dwaj chłopcy giną pod kołami ciężarówki. Mam wrażenie, że cały tekst miał pozostawać pod wpływem takich rozważań, ale wszystko ci się trochę, nomen omen, rozjechało.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Bardzo dziękuję za komentarz.

Nie ukrywam, że opowiadanie nie jest dobre. Próbowałem eksperymentować z gatunkami i teraz wiem, że groza to nie mój styl. 

Tekst miał być właśnie takimi rozważaniami, ale widocznie to też mi nie wyszło.

Jeśli chodzi o notes, to miało to wyglądać tak, jakby to dom lub rodzina, kierowała niektórymi sprawami z zaświatów i naprowadzała bohatera na niektóre rzeczy.

Plucie krwią i krwawe łzy były ze mną od początku, więc nie są doklejone na siłę. Najwidoczniej źle to zrobiłem. Kiedyś może jeszcze wrócę do opowiadania i poprawię je, by było na trochę lepszym poziomie.

W każdym razie jeszcze raz dziękuję za odwiedziny i poświęcenie czasu.

Szczęśliwego nowego roku ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Nawet nie wiem, ile razy pomyślałem o wyrzuceniu ich obu z pędzącego pociągu.

Jeśli dzieci – to nie oba, a oboje.

Zabawne jest jednak to, że człowiek jest gotów ustąpić miejsca staruszce, a chwile potem myśli o roztrzaskaniu komuś głowy, kiedy tylko zostanie wyprowadzony z równowagi.

Literówka.

Od samego początku wiadomo, że horror jest związany z tajemniczymi obrazami. Długo (dla mnie zbyt długo) musiałam czekać, aż bohater na nie spojrzy, a kiedy to się wreszcie stało, nie poczułam żadnej grozy. I to jest główny minus opowiadania.

Plus jest taki, że czytało się nieźle :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję za komentarz. Jeśli chodzi o grozę, to to było moje pierwsze podejście do tematu i raczej ostatnie. Nie przepadam za tą formą, chciałem jedynie spróbować.

Jeśli opowiadanie czytało się ok, to znaczy, że jest trochę lepiej.

Pozdrawiam :)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Nowa Fantastyka