- Opowiadanie: Arnubis - Kołysanka

Kołysanka

W kolejności alfabetycznej: sy, SzyszkowyDziadek, Teyami i Wiktor Orłowski – wielkie dzięki za pomoc w trakcie bety. 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Kołysanka

Lodowate tchnienie zatęchłego powietrza powiało przez pogrążony w nocy las. Poruszone liście zaszemrały złowrogo, przekazując ponure wieści od drzewa do drzewa. Niepokój udzielił się zamieszkującym bór stworzeniom. Sowy rozpostarły skrzydła i łopocząc nimi zaczęły wykrzykiwać ostrzeżenia. Lisy, borsuki i gryzonie skuliły się na samym dnie swych nor i, drżąc ze strachu, naiwnie wtulały się w członków swych rodzin w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Stada jeleni i saren poderwały się płochliwie z płytkiego snu i rzuciły do panicznej ucieczki. Nawet stary basior, który od dekady prowadził swą watahę przez te lasy, zatrzymał się, zastrzygł uszami, nasłuchując poruszenia, po czym przerwał polowanie i poprowadził stado w poszukiwaniu schronienia. Tej nocy nikt nie był bezpieczny. Prawdziwy władca doliny opuścił swe leże.

 

***

 

Słońce świeciło radośnie, tak jak przez większość tego lata. To był dobry rok zakończony dobrymi żniwami, toteż i dożynki obchodzono hucznie. Wokół majdanu w centrum wsi ustawiono ławy, na nich zaś hojnie serwowano jadło i napitek. Roześmiane dziewczęta z kolorowymi wstążkami wplecionymi we włosy tańcowały do wygrywanej na gęślach melodii. Młodzieńcy, póki co, skupili się głównie przy beczkach z piwem, co rusz jednak któryś z nich pociągał z kufla i z coraz większą odwagą zerkał ku centrum placu.

Tylko przy jednej z ław, stojącej w cieniu rozłożystego dębu, nie panowała świąteczna atmosfera. Siedzący przy niej chłopi z zafrasowanymi obliczami słuchali w skupieniu przemawiającego młodziana. Gdy chłopak zamilkł, na długi czas zapadła ciężka cisza.

– Dzięki ci za wieści, Janko – odezwał się w końcu jeden z mężczyzn. – Możesz już iść, ale mądrze uczynisz, jeśli zachowasz wszystko dla siebie, póki nic nie uradzimy.

Młodzieniec kiwnął z powagą głową, po czym pospiesznie oddalił się, pozostawiając starszyznę samą sobie. Żaden z mężczyzn nie kwapił się jednak do rozpoczęcia rozmowy. Unikali się spojrzeniami, wzdychali ciężko, wbijali wzrok w zaciśnięte, drżące dłonie. Dobiegające z placu odgłosy zabawy zdawały im się obscenicznie wręcz nie na miejscu. Cisza nie mogła jednak trwać wiecznie.

– Wiecie, co to oznacza – zabrał głos potężnie zbudowany chłop o sumiastych, przyprószonych już siwizną wąsach. – Zły się obudził.

Reszta zgromadzonych trwożliwie się przeżegnała. Tylko jeden z nich, brodaty Żyd, zamiast tego pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Nie mamy pewności, Macieju – powiedział kolejny z mężczyzn, łysy chudzielec. – Myśliwca mogli napaść zbójcy, albo jakiś dziki zwierz. 

– Sam w to nie wierzysz, Koźma. – Maciej parsknął z kpiną. – Słyszałeś, co rzekł Janko. Znalazł myśliwca martwego, wysuszonego jak śliwka, jakby z niego krew całą kto spuścił. Żaden zwierz tak nie poluje. Tylko…

– Strzygoń – skończył za niego Koźma, krzywiąc się.

Maciej pokiwał ponuro głową.

– Zresztą przecież czuliśmy w kościach, że złe czasy idą. Widzieliśmy znaki. Doliną spływała mgła, która cuchnęła padliną. Zwierzęta bały się chodzić do lasu. Słyszeliśmy wśród skał dobiegające z jaskiń wycie, choć wmawialiśmy sobie, że to tylko wiatr. Wszystko jak w opowieściach dziadów.

– I jak w dziadowych bajaniach trzeba sobie z problemem poradzić? – Koźma wbił w niego wrogie spojrzenie.

– A jakże. Dla dobra wszystkich.

– Taki żal – odezwał się Żyd. – Taka strata. Nie godzi się to, żeby między dobre ludzie takie myśli krążyły! Inne są rozwiązania, prostsze, lepsze.

– Jakie to, niby? – Maciej zmarszczył krzaczaste brwi.

– Ano jeśli prawdę mówicie i rzeczywiście Złe jakieś się zalęgło, rada na to jedna. Pod Krakowem mieszka święty cadyk, co to nie raz cuda pokazywał. Moc ma taką, że samym jeno gadaniem dybuki wygania. Szwagier mój dobrze go zna, mogę…

– Na nic nam żydowskie gusła! – huknął Maciej. – Dobry z ciebie człek, Jakubie, aleś nietutejszy, więc ci niewiedzę darować trzeba. Wiemy jednak, tak jak dziadowie nasi i ich dziadowie od niezliczonych lat, że jeden jeno jest sposób na Złego z sąspowskich jaskiń.

– Wstyd! – odezwał się milczący dotąd stary Anzelm, gromiąc wzrokiem zgromadzonych. – Wstyd mi was słuchać. I dziwi mnie, że jedynie Żyd wśród was sprzeciw podnosi. I z was są chrześcijany? Cóż z tego, że dziadowie przed wiekami swoje plugawe gusła odprawiali? Czyż nie pokazał Chrystus, że silniejszy jest niż pogańskie bożki? Mądrze prawi Jakub, że nam tu świętego człeka trzeba. Jeno nie jakiegoś cadyka, a bożego kapłana, który wejdzie do jaskini, grotę wyświęci i Złego pogoni.

– Świętego człeka? – spytał Maciej, spoglądając na solidnie podchmielonego już proboszcza, który ochoczo dołączył do pląsów na placu.

– Moc Boga Trójjedynego niezależna jest od ludzkich słabości – odparł starzec. – Tak postąpimy, nijak inaczej się nie godzi.

– Trzeba więc nam z księdzem dobrodziejem porozmawiać – powiedział Koźma, podnosząc się z ławy.

Maciej ponuro kiwnął głową, nie odzywając się ani słowem.

 

***

 

Ksiądz Tadeusz, wciąż nieco zielony na twarzy po dożynkowych hulankach, spojrzał niepewnie na czerniący przed nim otwór jaskini. Nie podobało mu się to miejsce, wyrastający spod ziemi wapienny masyw przywodził mu na myśl szkielet biblijnego lewiatana. Nie podobała mu się także panująca w dolinie cisza. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek latem słyszał las pogrążony w tak absolutnej ciszy. Wciąż jednak, gdzieś głęboko, pozostały w nim resztki młodzieńczego idealizmu i powołania, które skłoniły go do przywdziania sutanny. Nigdy nie widział, by towarzyszący mu dziś ludzie, wszyscy co do jednego twardo stąpający po ziemi gospodarze, byli tak zaniepokojeni. Chciał więc czy nie, jako ich pasterz musiał zrobić wszystko, by niepokoje rozegnać.

– Jesteście pewni, że to tutaj? – spytał.

– Bez wątpienia, księże dobrodzieju – powiedział skwapliwie stary Anzelm.

– Dziadowie zawsze mawiali, że w tej jaskini strzygoń leże uwił, to i nikt się tu nie zapuszcza – odezwał się ponury Maciej.

– Zresztą – wtrącił Koźma – i tak wszystkie jaskinie pono się łączą i aż pod samą Jasną Górę bieżą.

– Cichaj! – syknął Anzelm. – Gdyby to prawda była, Matka Boska już dawno by Złego przegnała ze swej domeny.

– No już, spokój, spokój! – zawołał ksiądz Tadeusz. – Skoro to właściwe miejsce, to i nie ma na co czekać. Ruszajmy, zaraz się tego waszego Złego pozbędziemy.

Mężczyźni odpalili pochodnie i wkroczyli do jaskini. Wąski tunel po kilkunastu metrach rozszerzył się, tworząc obszerną grotę. Z chwilą, gdy postawili w niej pierwsze kroki, pozostawili za sobą skwar lata. W pieczarze panował przenikliwy ziąb. Mężczyźni poczuli, jak cierpnie im skóra, chociaż nie byli pewni, czy jedyną tego przyczyną był chłód. W powietrzu unosił się mocny zapach mułu, jednak wyróżnić dało się także inną, słabą woń, znacznie bardziej odrażającą, chociaż niemożliwą do określenia.

Ksiądz Tadeusz poczuł, jak mimo panującego chłodu grzbiet spływa mu potem. Stanął w centrum pieczary i zanurzył ciężkie kropidło w kociołku ze święconą wodą. Gwałtownymi machnięciami skropił nią cztery strony świata.

In nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti! – zaintonował.

Jego słowa w tym prastarym miejscu, w którym nigdy dotąd nie brzmiała łacina, wydały się chłopom dziwnie obce. Spoglądali na siebie niepewnie, gdy ksiądz kontynuował modlitwę. Atmosfera w grocie, przytłaczająca od chwili ich wejścia, zdawała się gęstnieć z każdym momentem. Mężczyźni mieli przeczucie, jakby coś złego i pradawnie obmierzłego czaiło się na rozedrganej granicy światła rzucanego przez pochodnie. Krótkie, świszczące oddechy wydobywały z ich ust kłęby pary.

Amen! – zakrzyknął w końcu sucho ksiądz.

Odpowiedziała mu głucha cisza, której zdawał się nie zakłócać nawet trzask płonących żagwi. Kapłan odetchnął głęboko i spojrzał na towarzyszących mu chłopów, ci jednak wyglądali na nieprzekonanych.

– Zły ma leże głębiej – powiedział ciężko Maciej.

Ksiądz Tadeusz zbladł.

– Ale w dzień śpi – dodał pospiesznie chłop.

– Może to wystarczy? – zapytał chrapliwym głosem Anzelm. – Zły nie przelezie przez poświęconą ziemię. Niechże gnije sobie w tej jamie.

– Tunele – wyszeptał Koźma. – Tunele się łączą. Znajdzie drogę.

Kapłan czuł ciężkie, wyczekujące spojrzenia mężczyzn niemal fizycznie wbijające się w niego. Rozkołatane serce prawie tłukło o żebra w szaleńczym galopie. Starał się wmówić sobie, że lęk, który odczuwa, jest zupełnie irracjonalny. Że to tylko stara, pełna przesądów i chłopskiego bajania jaskinia. Nie dał rady. Teraz jednak było zbyt późno, by się wycofać. Zamknął oczy i westchnął.

– Chodźmy – powiedział cicho.

Ruszył przed siebie, ku wąskiemu otworowi niewyraźnie zarysowanemu na końcu jaskini. Żaden z chłopów się jednak nie poruszył. W ich spojrzeniach majaczył wstyd, lecz strach był znacznie silniejszy.

– To tacyście? – wychrypiał ksiądz. – Najpierw przybiegliście błagać, coby jaskinię wyświęcić, a teraz żaden nie ma odwagi wejść głębiej?

Mężczyźni unikali jego wzroku. Kapłan obrzucił ich ostatnim, pełnym wzgardy spojrzeniem, po czym zacisnął mocno dłonie na kropidle i wszedł w głąb tunelu.

 

***

 

Chłopi w milczeniu, wciąż stojąc bez ruchu niczym kamienne figury, obserwowali, jak powoli znika światło niesionego przez księdza łuczywa. Nie poruszyli się, gdy zupełnie zgasło. Czekali, za jedyną rachubę czasu mając własne płytkie oddechy. I dopiero gdy ciszę groty przeszył mrożący krew, pełen śmiertelnej zgrozy krzyk, cisnęli pochodnie na ziemię i rzucili się do panicznej ucieczki.

 

***

 

Przestali biec, dopiero gdy minęli połowę odległości od wsi. Resztę drogi pokonali nie oglądając się na siebie, w milczeniu, każdy pogrążony głęboko we własnych, ponurych myślach. Po dotarciu do Sąspowa rozeszli się bez słowa do domów.

Następnego ranka zgromadzili się pod tym samym drzewem, pod którym zasiadali podczas dożynek, chociaż nie umawiali się przecież na to w żaden sposób. Blada cera i głębokie cienie pod oczami znaczyły na ich twarzach nieprzespaną noc.

– Dzisiaj? – zapytał Koźma.

– Nie ma czasu do stracenia – odparł Maciej.

– Kto? – wychrypiał Anzelm.

– Ludka – odpowiedział szybko Maciej, zawczasu przygotowany na pytanie.

Pozostali pokiwali głowami.

– Trza rozmówić się z Wojciechem – rzekł Anzelm.

– Zrozumie – rzekł Maciej.

Rodzice dziewczynki, a także trójka jej rodzeństwa, sczeźli zimą na zarazę. Od tej pory dziecko pomieszkiwało u Miły, siostry swej matki, i jej męża Wojciecha. Sami mając piątkę dziatwy niezbyt skorzy byli przyjąć pod dach sierotę, nie mieli jednak zbytniego wyboru.

Tylko Jakub, który nie brał udziału w wyprawie do leża strzygonia, lecz słyszał już o całej sprawie, kręcił brodatą głową i powtarzał: „Taki żal!”. Nikt jednak nie słuchał już jego słów.

 

***

 

Tym razem przybyli do jaskini w liczniejszym gronie. Tuzin milczących mężczyzn z pochodniami w dłoniach stało w kręgu, w którego centrum tkwiła dziewczynka. Nie mogła liczyć więcej niż dziesięć lat. Odziana była w schludną sukienkę, a w długie warkocze koloru pszenicy wpleciono jej ptasie pióra. Dziecko chwiało się i toczyło dookoła nieprzytomnym spojrzeniem. Przed wejściem do groty mężczyźni napoili ją przepalanką.

Z kręgu wystąpił Maciej. Nie miał pochodni, zamiast niej trzymał w dłoniach kawał cienkiego, mocnego powrozu. Stanął za dziewczynką, która poruszyła się niespokojnie.

– Wybacz nam, dziecinko – wyszeptał mężczyzna i zarzucił sznur na szyję Ludki.

Dziewczynka próbowała walczyć. Chude rączki zacisnęły się na miażdżącym jej krtań powrozie niczym ptasie szpony, a obleczone w zgrabne trzewiki stopy kopały rozpaczliwie w klepisko. Otworzyła usta do krzyku, lecz zdołał je opuścić jedynie cichy charkot. Nie miała najmniejszych szans, napastnik był silnym, nawykłym do ciężkiej pracy mężczyzną, ona zaś tylko wychudzonym podrostkiem. Po kilku chwilach dramatycznej walki jej drobne ciałko zwiotczało i zawisło bezwładnie w rękach oprawcy.

Maciej ostrożnie ułożył Ludkę na ziemi. U jego boku pojawili się Anzelm oraz Koźma, jeden trzymający w dłoni stalowy nóż, drugi zaś wiklinową klatkę, w której zamknięty był mały, rozćwierkany ptaszek. Zwierzę, jakby wyczuwając swój los, rozświergotało się jeszcze bardziej. Jego śpiew, na co dzień przyjemny dla ucha, w tym miejscu napawał serca zgromadzonych mężczyzn niewysłowioną grozą. Maciej wyciągnął ptaka z klatki, a następnie wziął nóż i pewnym ruchem poderżnął mu gardło.

Pochylił się nad nieruchomym ciałem Ludki i skropił krwią jej bladą twarz. Potem znowu użył noża i całkowicie oddzielił głowę skowronka od karku. Siłą rozchylił usta martwej dziewczynki i wepchnął do nich ptasi łebek. 

– Śpij, póki możesz – wyszeptał, gładząc ją czule po policzku.

Miał nadzieję, że kiedykolwiek zdoła zapomnieć pełne przerażenia spojrzenie nieruchomych, wytrzeszczonych oczu.

 

***

 

Ludka poruszyła się. Dookoła panowała nieprzenikniona ciemność. Jak przez mgłę zaczęła przypominać sobie wydarzenia z jaskini, nie mogła się jednak na tym skupić. Miała dziwne wrażenie, że w okalającym ją mroku coś się czai. Coś starego, obrzydliwego i bardzo, bardzo głodnego. Ogarnął ją przenikliwy chłód. W nozdrza uderzył zapach – zatęchły, duszny, dziwnie lepki. Usłyszała też dźwięk, mlaszczący i wilgotny. Zdecydowanie zbyt blisko.

Nagle w mroku tuż przednią zapłonęła para ogromnych, okrągłych oczu. Ludka chciała krzyczeć, lecz z jej gardła wydobył się tylko ptasi świergot.

 

***

 

Wataha wilków pędziła przez skąpaną w blasku księżyca dolinę. Wyraźny zapach zdobyczy wypełniał im nozdrza. Prowadzący rodzinę stary basior szczeknął, zachęcając resztę do zwiększenia tempa. Przeskoczył nad borsuczą norą, nie zwrócił uwagi na czujną sowę siedzącą na czubku drzewa, buszującej wśród ściółki myszy nie zaszczycił nawet spojrzeniem. W końcu zobaczył swoją ofiarę. Potężny jeleń uniósł przyozdobioną porożem głowę, zastrzygł uszami i rzucił się do ucieczki. Wilki z głuchym warkotem pomknęły za nim. Żadne ze zwierząt nie zauważyło nawet, że minęły grotę, która jeszcze niedawno napawała je przerażeniem.

Głęboko w czeluści jaskini, pogrążony w absolutnych ciemnościach, śpiewał skowronek. Przycupnął na ostrym kamieniu i śpiewał, niepomny na nic, co działo się świecie wykraczającym poza mroczne pieczary. Pod głazem, zwinięty w kłębek, spał kołysany ptasią pieśnią władca doliny. 

Koniec

Komentarze

Krótkie posłowie:

 

Przedstawione w tekście wydarzenia są oczywiście wymysłem fikcji literackiej, bazują jednak na prawdziwym znalezisku archeologicznym odkrytym w jednej z jaskiń Doliny Sąspowskiej:

http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,31790,malopolskie-w-ustach-dziecka-pochowanego-w-jaskini-znaleziono-czaszke-ptaka 

Pozwoliłem sobie jednak na małą zmianę faktów w celu dostosowania znaleziska do ram naszego konkursu i tak zamiast zięby wykorzystałem skowronka.

W rejonie nie wierzono, przynajmniej z tego co wiem, w żadnego Złego z sąspowskich jaskiń, który jest moim wymysłem. Wiara w strzygonie, chociaż w nieco innej postaci niż w moim tekście, była jednak żywa na terenie jury krakowsko-częstochowskiej do czasów całkiem nam bliskich. 

Uprzedzając potencjalne zarzuty dotyczące niedostatecznej reprezentacji sów w utworze: strzygoń (tak jak i strzyga) wywodzi się od łacińskiego strix, czyli sowy (poprzez rzymskie sowie demony – striges). Zresztą same strzygi i strzygonie według niektórych, chyba pierwotniejszych, wersji są właśnie mocno łączone z sowami – mogą się w nie zmieniać lub posiadają niektóre ich cechy. 

Jako że na becie nikt nie wywracał tekstu do góry nogami, przybywam z czystym sumieniem kliknąć :)

Fajny pomysł na historię i rozwiązanie problemu. Spodziewałam się raczej prostego złożenia dziewczynki w ofierze, a tu proszę – całkiem inna opcja.

IMO, nie zaszkodziłoby, gdybyś pokazał jakieś skutki przebudzenia Złego. A tu tylko mgła, złowroga cisza i już chłopy wpadają w panikę.

Prowadzący rodzinę stary basior szczeknął, zachęcając resztę do zwiększenia tępa.

Sprawdź w słowniku, co znaczy “tępa”. Możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

Teyami:

Dzięki! :) 

 

Finkla:

Kurde, co za wstyd! Ale hej, 4 bety też tego nie zauważyły ;) Faktycznie rozbudowanie przebudzenia Złego pewnie by nie zaszkodziło. Na swoją obronę może powiem, że chłopi dość szybko poradzili sobie z zagrożeniem, zanim strzygoń zdołał więcej zła narobić? Bo wiesz, jak nocą na łowy wychodził, to za każdym razem zapuszczał się dalej od jaskini. Gdy natknął się na pierwszego człowieka i się nim pożywił, chłopi zaczęli działać, zanim dotarł do wioski. No i w panikę chłopy wpadli dopiero jak znaleźli wyssanego trupa :) Miło, że sam pomysł i wykonanie się spodobał. Dzięki za klika!

 

No fakt, był jeszcze wyssany trup. Niech Ci będzie. ;-)

Babska logika rządzi!

Tylko… dlaczego? Zadałam sobie to pytanie po przeczytaniu i nadal nie wiem. Czemu skowronki i ptasie skrzydła w warkoczach, co za magia przywróciła ją do życia? Ten Zły też mało straszny, powarczał, pomlaskał i tyle go widzieli.

Za to chłopi ze wsi udani, księdza wepchnęli do jaskini, a sami na niego czekali ;)

Poza tym ładne opowiadanko, w sam raz do biblioteki, choć nie zostanie ze mną na dłużej.

To nie było przywrócenie do życia jako takie. Chodziło bardziej o poświęcenie jej duszy, która pod postacią skowronka miała śpiewem usypiać strzygonia. W wierzeniach Słowian dość często pojawiało się kojarzenie dusz ludzkich z ptakami ,m.in. po śmierci pod postacią ptaka dusze miały wędrować Wyraju. Sam rytuał więc miał na celu raczej związanie po śmierci duszy dziecka (pod postacią skowronka) z jaskinią, żeby usypiając potwora zapewniła bezpieczeństwo reszcie wioski. Czemu skowronek? No cóż, to już było drobne nagięcie rzeczywistości do ram konkursu – w opisywanym w artykule znalezisku w ustach dziecka znajdowała się czaszka zięby. To i to mały ptaszek, uznałem że mogę sobie pozwolić na taką drobną zmianę bez straty wymowy całości. 

Zły faktycznie może nieco mało straszny, bo w zasadzie więcej o nim mówią niż go widzą. Ale tutaj skłaniam się nieco ku bardziej lovecraftowskiemu podejściu, gdzie koszmar jest najstraszniejszy, gdy nie jest dokładnie opisany i bazuje raczej na ogólnych wyobrażeniach czytelnika. Dlatego też unikałem tu szczegółowych opisów, trzymając Złego zawsze gdzieś z boku. Dokładne opisy odzierają potwora z grozy, a zostawiają tylko gore. Inna sprawa, że nie koniecznie znam się na literaturze grozy, niewiele jej czytam a to chyba pierwszy mój tekst który można jakkolwiek pod nią podciągnąć. A że nie za wiele Zły zdążył zdziałać, to w sumie pisałem Finkli. Chłopi zareagowali od razu po pierwszej ofierze, strzygoń nie zdążył zapuścić się w gęściej zamieszkane tereny :) 

Hej, przynajmniej próbowali bardziej cywilizowanych metod niż składanie ofiar z dziecka! Nie musieli od razu własnego karku nadstawiać :)

Dzięki za komentarz i klika.

A mnie się bardzo podobało. Uważam, że opowiadanie jest oryginalne i udało Ci się stworzyć w nim fajny klimat. Zgadzam się z tymi, którzy mówią, że niewiele pokazałeś z potwora, ale jakoś mi to nie przeszkadzało, bo wizja dziewczynki z głową skowronka w ustach była bardziej niepokojąca niż jakikolwiek potwór. Dodatkowy plus za udostępnienie ciekawego artykułu i przedstawienie zaskakującej oraz mrocznej historii nim zainspirowanej. Ode mnie głos do biblioteki. Powodzenia w konkursie. 

Fajnie że wpadłaś i jeszcze fajniej, że ci się podobało :) I to tak bardzo, że wysłałaś mnie do biblioteki! Dzięki. Zasadniczo jest dokładnie tak jak piszesz – sama scena z dziewczynką (i źródło które ją zainspirowało) wydawała mi się znacznie bardziej interesująca niż kolejny potwór, więc chociaż to potwór jest motorem napędowym tekstu, to nie na nim się skupiam.

Mi też się podobało. :) W moim odczuciu takie przedstawienie Złego jest zdecydowanie na plus. Do końca nie byłem w 100% pewien czy potwór faktycznie istnieje, czy też może na końcu zafundujesz jakieś inne wytłumaczenie tych wydarzeń. Fajny klimat, świetna kreacja chłopów jako bohatera zbiorowego no i to zakończenie. Wizja martwej dziewczynki z odciętą głową skowronka w ustach chyba zostanie ze mną na dłużej.

Super tekst. :) 

Obłaskawienie odwiecznego zła, które się obudziło. Były znaki. Ciekawiłoby mnie dlaczego stało się to właśnie teraz, choć mógł to być po prostu przypadek. Kto tam wie, co ściąga nieszczęście?

Mocne, ten skowronek po nocach będzie mi się śnił. Pięknie opisałeś, tę okrutność, bezwzględność tego, co się mogło zdarzyć. Wybór padł na najsłabszego, niepotrzebnego już nikomu, zawadzającego. Sierotę – Ludkę. Uff! 

 

Wyraźne zatrzymania miałam dwa:

Lisy, borsuki i gryzonie skuliły się na samym dnie swych nor i, drżąc ze strachu, naiwnie wtulały się w członków swych rodzin w poszukiwaniu bezpieczeństwa.

Zdanie wydaje mi się niezręczne. Opisujesz wprost, więc sformułowanie „naiwnie wtulały” wyskakuje mi ze zdania i czuję jakieś powielanie: strach, a wiemy, że się kuliły i poczucie bezpieczeństwa. Słowem przeformułowałabym na przykład na „gromadziły się, zbijały”, albo szyk drugiej części zdania zmieniłabym zaczynając od „i w poszukiwaniu bezpieczeństwa…”. Zastanawiam się też nad czasownikami, czy mają być dokonane (zaszemrały, skuliły), czy nie.

odgłosy zabawy zdawały im się obscenicznie wręcz nie na miejscu

Słowo “obsceniczne”, wymieniłabym na inne ( w tym przypadku, bo słówko niczego sobie;D).

 

„Kapłan obrzucił ich ostatnim…, rozeszli się bez słowa do domów.”

Jeszcze jedno przyszło mi do głowy. Wątpliwość dotyczy rozdzielania powyższego fragmentu tekstu. Dla mnie naturalne zakończenie byłoby na „rozeszli się do domów”, więc zrezygnowałabym z wcześniejszych wyróżnień.

 

Leniwiec:

Tworzenie takiego bohatera zbiorowego jest naprawdę fajne, ale trzeba dość mocno uważać. Z jednej strony faktycznie musi być zbiorowość, z drugiej bohaterów nie może jednak być za dużo i muszą przynajmniej trochę się od siebie różnić, a nie być zupełnie jednolitą masą. Trzeba to ładnie wyważyć. Cieszę się więc, że efekt przypadł ci do gustu. Zakończenie faktycznie jest najmocniejszym punktem całego tekstu, ale jeszcze ciężej się robi jak pomyślisz o tym, jakie wydarzenia naprawdę stały za znaleziskiem, które mnie zainspirowało. 

 

Asylum:

Cóż, nie chciałem za bardzo określać takich szczegółów, żeby dać trochę pola do własnych rozważań czytelnikowi. Z delikatnie zostawionych wskazówek to skoro chłopi wiedzą jak mają poradzić sobie ze Złym z opowieści przekazywanych od przodków, to znaczy że kiedyś już takie ofiary musiano składać. Sposób jest więc skuteczny, ale nie działa wiecznie – po jakimś czasie rytuał wiążący duszę dziecka z jaskinią zaczyna tracić swą moc i w końcu dusza może ulecieć, a strzygoń pozbawiony kołysanki w końcu się obudzi. Ale to tylko takie luźne omawianie dookoła tekstu, żaden ścisły kanon. Tekst musi bronić to, co jest w nim napisane, a nie moje komentarze :) 

Jeśli chodzi o uwagi:

Lisy, borsuki i gryzonie skuliły się na samym dnie swych nor i, drżąc ze strachu, naiwnie wtulały się w członków swych rodzin w poszukiwaniu bezpieczeństwa

Muszę to przemyśleć. Może faktycznie odrobinę to uproszczę, np. wyrzucając “drżąc ze strachu”.

 

odgłosy zabawy zdawały im się obscenicznie wręcz nie na miejscu

Nad tym zdaniem już wcześniej myślałem, ale zdecydowałem się jednak je zostawić. Mam nadzieję, że nie zgrzyta za mocno (bo właśnie samo słówko bardzo mi się podoba :D)

 

„Kapłan obrzucił ich ostatnim…, rozeszli się bez słowa do domów.”

Tutaj się nie zgodzę. Znaczy jasne, można by było rozdzielić to tak jak mówisz, albo może i na jeszcze inne sposoby. Ja jednak celowo porozdzielałem fragmenty w taki sposób, żeby odpowiednio położyć akcenty. 

 

Dzięki za odwiedziny i komentarz. 

Jasne, przecież to moje preferencje :-). 

Tutaj się nie zgodzę. Znaczy jasne, można by było rozdzielić to tak jak mówisz, albo może i na jeszcze inne sposoby. Ja jednak celowo porozdzielałem fragmenty w taki sposób, żeby odpowiednio położyć akcenty. 

Dodam tylko, abyśmy się dobrze zrozumieli. Myślałam o tym, aby te dwa  fragmenty scalić wraz z początkiem kolejnego. :-). Dla mnie, naturalne cięcie jest po “…rozeszli się do domów.” 

Tak, tak, rozumiem jak to chciałaś połączyć, ale zostaję przy swoim :) Po rozejściu się do domów wystarczy mi nowy akapit.

Mhm, czyli zrozumiale (bo o to się najbardziej martwię).  W takim razie ok :-)

Ciekawy pomysł, ładnie wykonany. Popieram opinie przedpiśców, że fajnie stwrzyłeś wiejski klimat. :)

Ksiądz – może się czepiam, ale wydawał mi się odrobinę niespójny. Najpierw kazałeś o nim myśleć jako o hulace, a później on okazał się najodważniejszy i najbardziej sumienny z “ekipy”. Ja wiem, że w prawdziwym życiu jedno nie przeczy drugiemu i pewnie są na to tysiące przykładów, ale tutaj zwróć uwagę na to, co o nim przekazałeś (ale może się czepiam ;)).

Jeśli chodzi o fabułę, to trochę mało się działo, wszystko było zbyt proste. Niemniej, jak już wspominałem, ciekawy pomysł.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Lubię takie krótkie teksty. I nie podzielam opinii, że “za mało” albo “mogłeś bardziej rozwinąć to i to”.

Dla mnie trzyma się kupy.

Nie wszystkie opowiadania muszą mieć plot twisty rodem z Dynastii, i nie wszystkie muszą walić w ryj morałami.

A wieśniaków składających w ofierze sieroty kopać prądem.

El Lobo:

Fabuła nie jest skomplikowana, ale i limit srogi, więc tekst jest krótki. Starałem się więc wykorzystać krótką formę łapiąc równowagę między samą fabułą, a tworzeniem klimatu, większe tempo akcji niestety by się na tym negatywnie odbiło. Dlatego uważam, że krótki tekst napisać trudniej niż długi, gdzie do woli można sobie nad fabułą pracować :) 

Ksiądz… no cóż, miał trochę kontrastować zachowaniem z resztą. Ci na co dzień uczciwi, pracowici chłopi, w chwili kryzysu bez wahania (nawet jeśli nie jakoś chętnie) składają sierotę w ofierze. Z kolei ksiądz z pozoru hulaka, gdy przyszło zagrożenie gotowy był zaryzykować własnym życiem, żeby ochronić swoich parafian. Może nie do końca to dobrze wybrzmiało? 

W każdym razie fajnie że wpadłeś i chociaż nie wszystko zagrało, to ogólne wrażenia są pozytywne :)

 

wonsz:

Może nam się to nie podobać, ale jednak w zamkniętych środowiskach poświęcenie najsłabszej osoby dla przetrwania grupy to dość naturalne zjawisko. Co oczywiście nie zabrania nam oceniać takie postawy, więc śmiało kop prądem :D 

Fajne, podobało mi się :)

Bardzo się cieszę :) 

Może nie do końca to dobrze wybrzmiało? 

Jak by nie było, to tylko szczegół. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Wiem, wiem. W świecie zwierząt to naturalne zjawisko, a przecież ludzie to też zwierzęta :)

Lodowate tchnienie zatęchłego powietrza powiało przez pogrążony w nocy las. Poruszone liście zaszemrały złowrogo, przekazując ponure wieści od drzewa do drzewa.

Cóż to za epitetowy kataklizm naciera od pierwszego akapitu?

 

hojnie podano jadło i napitek

Hojne podawanie brzmi dziwnie. Może: hojnie częstowano?

 

Roześmiane dziewczęta z kolorowymi wstążkami wplecionymi we włosy tańcowały do skocznej melodii wygrywanej na gęślach.

Młodzieńcy[+,] póki co[+,] skupili się głównie przy beczkach z piwem

 

Tylko przy jednej z ław, stojącej nieco na uboczu, w cieniu rozłożystego dębu, nie panowała świąteczna atmosfera.

Dziwny szyk tego zdania zaburza płynność czytania. Przede wszystkim jest przeładowane informacjami. Wywaliłbym fakt, że rzecz się dzieje pod rozłożystym dębem (albo że na uboczu, choć to może mieć akurat znaczenie dalej). Jeśli jednak koniecznie ta informacja jest tu potrzebna, to pozmieniałbym kolejność, np. “Tylko w cieniu rozłożystego dębu, przy jednej z ław na uboczu, nie panowała świąteczna atmosfera”.

 

Mężczyźni zapalili przyniesione pochodnie

Bardzo naokoło i nieporadnie. Może: Mężczyźni dobyli pochodni?

 

W powietrzu unosił się mocny zapach mułu, jednak wyróżnić dało się także inną, słabą woń, znacznie bardziej odrażającą, chociaż niemożliwą do określenia.

No to dało się, czy się jednak nie dało?

 

Bardzo klasycznie poprowadziłeś tę historię i przez brak zaskoczeń obawiam się, że może mi to opowiadanie szybko ulecieć z głowy. Fajnie nakreśliłeś postaci, a dialogi wypadły naturalnie. Z drugiej strony fragmenty narracyjne dałoby radę podrasować. Nadużywasz przymiotników i przysłówków, do tego często budujesz przesadnie złożone zdania, które nie prezentują się tak dobrze, jak mogłyby. Zachęcam dobierać słowa ilościowo – skromniej, ale jakościowo – celniej.

Jak dla mnie średniak, choć z widokami na coś dobrego. ;)

Dzięki za uwagi i poprawki. Zdecydowanie zgadzam się, że dialogi wychodzą mi znacznie lepiej niż narracja, ale i nad nią pracuję. Szczerze mówiąc, wydaje mi się że zazwyczaj nie jest ona u mnie aż tak kwiecista jak w tym opowiadaniu. Tutaj celowo chciałem napisać trochę bardziej na bogato, może faktycznie nieco przesadziłem. Może podświadomie miałem wyobrażenie, że w taki sposób pisze się literaturę grozy, a jako że jej zbytnio nie czytam, to i ciężki mi było wyobrażenie skonfrontować. I tak z jednej strony rozumiem zupełnie zastrzeżenia, z drugiej jeszcze nie jestem pewny co z nimi zrobić. Muszę to przemyśleć. I zdaję sobie też sprawę z faktu, że mam niestety tendencję do plątania złożonych zdań.

Z konkretniejszych odniesień do poszczególnych uwag:

 

Mężczyźni zapalili przyniesione pochodnie

Bardzo naokoło i nieporadnie. Może: Mężczyźni dobyli pochodni?

Z kolei “dobyli pochodni” brzmi dla mnie dość słabo, “dobyli” zbyt mocno już wrosło się z bronią. Ale jakoś inaczej to poprawię.

 

W powietrzu unosił się mocny zapach mułu, jednak wyróżnić dało się także inną, słabą woń, znacznie bardziej odrażającą, chociaż niemożliwą do określenia.

No to dało się, czy się jednak nie dało?

Dało się wyróżnić, nie dało się jej konkretnie określić i scharakteryzować. Wbrew pozorom to nie jest takie nieprawdopodobne. Zmysł powonienia ma to do siebie, że często bardzo trudno jest dopasować konkretny aromat do źródła, jeśli nie mamy jakichkolwiek wskazówek co to może być i nie jest to zapach, z którym mamy bardzo częsty kontakt. Tak przynajmniej twierdził jeden pracownik laboratorium sensorycznego, z którym kiedyś rozmawiałem. Większość osób niewyszkolonych w rozpoznawaniu zapachów kiedy miało określać jakiś aromat rzucało bardzo różnymi skojarzeniami, ale kiedy dostawali listę kilkudziesięciu zapachów to dość sprawnie określali z czym mają do czynienia. 

 

Pozostaje mi podziękować za wizytę i komentarz i cieszyć się, że chociaż średniak, to z dobrymi rokowaniami :D 

 

Bardzo fajny tekst, choć poprowadzony bez jakichś większych zwrotów fabularnych. Sama legenda i postać potwora prowadzona jest ciekawie, bo tajemniczo. Dialogi bardzo dobre. Trochę zagłostkę miałem w końcówce. Czemu dziewczynka zamieniła się w skowronka – czy na nią inaczej działał potwór niż na dorosłych, czy coś jeszcze innego?

Podobnie jak Jasnej Stronie, zabrakło mi tutaj czegoś bardziej skręcającego w niewiadomą stronę. Co, gdyby to chrześcijańskie albo żydowskie rytuały się udały, a nie pogańska ofiara? To mogłoby być ciekawe ;)

Koncert fajerwerków więc przyjemny, ale jakoś szczególnie też nie wbił mi się w pamięć. Ot, taki przyjemny tekst do obiadu (Finklo, gdy jechałem pociągiem, była akurat pora obiadowa) :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przemiana w skowronka nie była zasługą potwora, tylko przeprowadzonego rytuału. No i nie była to przemiana jako taka, w sensie zupełnie fizyczna. Dziewczynka umarła, uduszona przez Macieja. Jak wspominałem w którymś komentarzu wyżej, wśród Słowian dość powszechna było łączenie duszy z ptakami – m.in. pod postaciami ptaków dusze miały ulatywać do Wyraju. Sam rytuał więc miał na celu raczej związanie ulatującej duszy dziewczynki z danym miejscem, by pod postacią ptaka kołysała śpiewem Złego do snu. Taka jest przynajmniej moja wersja, co kto wyczyta z tekstu i jak to zinterpretuje to już nie koniecznie ode mnie zależy. 

Żydowskie czy chrześcijańskie rytuały może i byłyby ciekawym zwrotem, ale ten konkretnie tekst oparłem na znalezisku, które w żadnej sposób do chrześcijańskich rytuałów nie pasuje :D Dlatego też wydarzenia poszły w ten sposób, by początkowa próba chrześcijańska zawiodła i zrobiła miejsce pogańskim rytuałom. Jasne, fabuła przez to jest prosta, ale w tym tekście nie chciałem fabułą kręcić. 

Cieszę się, że dostarczyłem ci zadowalającego koncertu do obiadu :D 

Bardzo ładny tekst, Arnubisie. Podoba mi się stare, wiejsko-leśne zło. Dobrze wprowadzasz w klimat, zawieszasz siekierkę nad czytelnikiem, a później dynda ona i dynda. :)

Na początku dobrze przemyślana i skonstruowana reakcja zwierząt. Myślę też, że dobrym zabiegiem było nie ujawnianie zła, znacznie lepiej działa na wyobraźnie, gdy nie wiemy jak dokładnie wygląda. Charaktery wieśniaków wiarygodne, dialogi czytałem z przyjemnością. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to zbyt słabo uwypuklony temat przewodni konkursu. Sam głos słowika, gusła i obrządek są w porządku, ale wolałbym to mocniej zasygnalizowane, żebyś więcej miejsca na to poświęcił. Niemniej jednak, to na pewno udany tekst. :)  

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki, że wpadłeś! I ogromnie mi miło, że się podobało, fajnie że te zabiegi i elementy które miały zagrać, dla ciebie zagrały. Szczerze mówiąc, po twoim popisie archaizacji w “Las mi domem” obawiałem się, że moje dialogi z drobną tylko stylizacją wypadną nieco nieporadnie, cieszę się więc, że się udały (co w sumie potwierdzają też inni, więc w ogóle super). Jeśli chodzi do jedynego zastrzeżenia: skowronek na koniec jako kluczowy element jest oczywisty (skowronek nie słowik, też ciągle to myliłem :D). A jeśli chodzi o sowę, to ją tutaj reprezentuje strzygoń, o czym pisałem w posłowiu. Czy mało tego? Nie wiem, wydawało mi się że wystarczy. 

To jeszcze ja wpadnę z krótkim komentarzem na widoku publicznym. ;) Szczegóły mojego marudzenia znasz, teraz parę dobrych rzeczy: 

Opowiadanie podobało mi się pod względem językowym – ładnie uchwyciłeś klimat wiejski, bez popadania w przaśną manierę. Z koncepcją samego skowronkowego rytuału było trochę zamieszania, ale ogromnym plusem dla mnie było skorzystanie z naukowej ciekawostki. Ten smaczek już zresztą Ci zaprocentował, fuksiarzu. ;)

Powodzenia!

Z pisaniem o procentowaniu jeszcze się trochę wstrzymam, zanim wszystko nie zostanie klepnięte. W każdym razie polecam pisanie na podstawie naukowych ciekawostek :) A ze skowronkowym rytuałem, to niestety przypadek tej sytuacji, gdy autor ma wszystko ułożone w głowie i się dziwi, że wszyscy nie mają do tego dostępu. Ale i tak publiczna wersja jest już trochę jaśniejsza! :D 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sowy rozpostarły skrzydła i łopocząc nimi[+,] zaczęły wykrzykiwać ostrzeżenia.

Nagle w mroku tuż przednią

Zgubiłeś spację.

 

Pomarudzę tylko na początku, czego mi zabrakło bym uznał opowiadanie za bardzo dobre.

Jakiejś ciekawej zagrywki czemu to zło obudziło się właśnie teraz i żeby to zło trochę więcej namieszało. A tak chłopi jakoś niespodziewanie sprawni i zorganizowani. Dla nich i wioski dobrze. Dla tekstu trochę gorzej, bo mogłeś podbudować napięcie.

Pomysł zacny, bardzo podoba mi się, że wykorzystałeś prawdziwy motyw. Jest klimat, ładny język, czytało się sprawnie. Szkoda, że postać Żyda poza jojczeniem nie odgrywa większej roli. :( Mógł cichaczem sprowadzić cadyka, ale wiem, wiem. Limit. Nie dało rady wszystkiego upchnąć. :)

Miło się czytało, dobre wykorzystanie motywu skowronka i napisane ładnie i fabularnie całkiem, całkiem.

Co to za sowy, co komentują o 10 zamiast spać :D 

 

ac

Te drobne poprawki wprowadzę po ogłoszeniu wyników, bo już po terminie i nie można, bo mnie jury zadziobie :) No i niestety jeśli chodzi o twoje uwagi, to na większość sam odpowiedziałeś, niestety limity. 20k to dość skromna objętość i bałem się wprowadzać za dużo dodatkowych motywów. Postanowiłem raczej całą fabułę utrzymać dość prostą, a skupić się na budowaniu klimatu itd, niż rozbudować kilka wątków, które potem ucierpiałyby podczas cięcia. Żyd więc pozostał głównie jako urozmaicenie wiejskiego kolorytu :) Cieszę się jednak, że opowiadanie ci się podobało. Może następnym razem uda się wskoczyć przynajmniej do zakładki “bardzo dobre” :D 

Dziwne opowiadanie, trochę jakby bajkowe, ale bajką bym go nie nazwała, choć z drugiej strony zdarzało mi się czytać bajki zawierające treści znacznie straszniejsze i przedstawione bardziej dramatyczne.

Podoba mi się, Arnubisie, że wykorzystałeś odkrycia archeologiczne i dobudowaleś do niego całą opowieści, ale jednocześnie brakło paru słów o Złym – w jaki sposób czyn chłopów wpłynął na jego unieszkodliwienie…

No i Ludki żal.

 

Lo­do­wa­te tchnie­nie za­tę­chłe­go po­wie­trza po­wia­ło przez po­grą­żo­ny w nocy las. –> Masło maślane.

Za SJP PWN: tchnienie «powiew, podmuch»

 

usta­wio­no ławy, na nich zaś hoj­nie ser­wo­wa­no jadło i na­pi­tek. –> To słowo, choć poprawne, tutaj mi zupełnie nie pasuje.

Proponuję: …usta­wio­no ławy, a na nich obfitość jadła i na­pi­tków.

 

stary An­zelm, gro­miąc wzro­kiem zgro­ma­dzo­nych. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …stary An­zelm, gro­miąc wzro­kiem zebranych.

 

spoj­rzał nie­pew­nie na czer­nią­cy przed nim otwór ja­ski­ni. –> Co czernił otwór przed księdzem?

Pewnie miało być: …spoj­rzał nie­pew­nie na czer­nieją­cy przed nim otwór ja­ski­ni.

 

Męż­czyź­ni od­pa­li­li po­chod­nie i wkro­czy­li do ja­ski­ni. –> Można odpalić jedną pochodnię od drugiej, ale skoro wszyscy stoją przed jaskinią, to pochodnie jeszcze nie płoną, więc: Męż­czyź­ni za­pa­li­li po­chod­nie i wkro­czy­li do ja­ski­ni.

 

Z chwi­lą, gdy po­sta­wi­li w niej pierw­sze kroki, po­zo­sta­wi­li za sobą skwar lata. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Z chwi­lą, gdy do niej wkroczyli, po­zo­sta­wi­li za sobą skwar lata.

 

Krót­kie, świsz­czą­ce od­de­chy wy­do­by­wa­ły z ich ust kłęby pary. –> Czy to znaczy, że chłopi mieli w sobie parę, a oddechy ją wydobywały? ;)

Proponuję: Krót­kie, świsz­czą­ce od­de­chy dobywały się z ich ust i zmieniały w kłęby pary.

 

Nagle w mroku tuż przed­nią za­pło­nę­ła para ogrom­nych, okrą­głych oczu. –> Nagle w mroku tuż przed ­nią za­pło­nę­ła para ogrom­nych, okrą­głych oczu.

 

nie­po­mny na nic, co dzia­ło się świe­cie wy­kra­cza­ją­cym poza mrocz­ne pie­cza­ry. –> …nie­po­mny na nic, co dzia­ło się w świe­cie wy­kra­cza­ją­cym poza mrocz­ne pie­cza­ry.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bo to i nie miała być bajka, więc dobrze, że do końca za nią tego tekstu nie uważasz. Ale odrobina bajkowego klimatu nigdy nie zaszkodzi :) A jeśli chodzi o wytłumaczenie jak czyn chłopów unieszkodliwił Złego, to wydawało mi się, że jest to dostatecznie przedstawione. Rytuał związał ducha Ludki pod postacią skowronka z jaskinią, gdzie ta śpiewem kołysze Złego do snu. Tak długo jak śpiewa, Zły śpi i nie terroryzuje okolicy. Jeszcze bardziej łopatologicznie nie chciałem tego przedstawiać, wychodziłem z założenia że jest dość zostawionych wskazówek, a jednocześnie odrobina miejsca do interpretacji. Nie lubię zbytniego wykładania wszystkiego przez autora. 

Jeśli chodzi o poprawki to oczywiście uwzględnię je po wynikach, wielkie dzięki. Odniosę się w sumie tylko do: 

Mężczyźni odpalili pochodnie i wkroczyli do jaskini. –> Można odpalić jedną pochodnię od drugiej, ale skoro wszyscy stoją przed jaskinią, to pochodnie jeszcze nie płoną, więc: Mężczyźni zapalili pochodnie i wkroczyli do jaskini.

Wedle SJP: 

odpalić – odpalać

1. «zapalić coś, zwykle papierosa, przez przytknięcie ognia»

Pisząc więc uznałem, że jeśli mieli ze sobą jakieś źródło ognia, to i odpalić pochodnie mogli. Ale jeśli jest to na tyle wprowadzające w błąd, to i to poprawię. 

Arnubisie, dziękuję za wyjaśnienia. Ostatni chyba nazbyt wiele czytam, skutkiem czego uwaga stępiła mi się nieco.

A w sprawie odpalenia, no cóż, gdybym umiała, to pewnie odpaliłabym samochód, ale pochodnię raczej bym zapaliła. Jednakowoż pamiętaj, że moje uwagi to tylko sugestie i propozycje, a opowiadanie jest Twoje i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zdaję sobie z tego sprawę i jestem za te sugestie bardzo wdzięczny :) No i cóż, może to twoja uwaga nieco się stępiła, a może to znak dla autora, że jednak nie zostawił dostatecznie dużo dość jasnych wskazówek. To też cenna informacja. Mam nadzieję, że pomimo wspomnianej dziwności, lektura dostarczyła ci chociaż odrobinę przyjemności :D 

A i owszem, Arnubisie, czytałam z przyjemnością i wcale się nie dziwię, ze wszystkie kliki zostały już wykorzystane. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytanie tych słów to miód na moje oczy :D 

Rzęsy Ci się posklejają. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bogaty, żywy język, udana, lekka stylizacja, plastyczne opisy, dobre dialogi, żywe postaci – kibicuje Tobie na tym portalu Arnubisie i zawsze dajesz radę. Masz swój, ciekawy styl, fajne pomysły, wyrobiony warsztat i wyższą kulturę pisania patrząc całościowo. Tym razem napisałeś interesującą opowieść krótkodystansową, która nieco gwałtownie się skończyła. Niby historia zatoczyła koło, ma finał i jest kompletna, a jednak wkręciłem się w nią i nagłe zakończenie nieco mnie zaskoczyło. Zabrakło jakiegoś twista, zaskoczenia. Ale nie można mieć widać wszystkiego w takim limicie.

Z uwag technicznych, kilka słów bym wyrzucił. Np. "już" w zdaniu: "…zabrał głos potężnie zbudowany chłop o sumiastych, przyprószonych już siwizną wąsach."

No i tych sów ze skowronkami rzeczywiście jak na lekarstwo.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czuję się zaszczycony mając takiego kibica :D Ale tak poważniej, naprawdę strasznie miło mi czytać twoje słowa, dużo dla mnie znaczą. Teraz tylko trzeba walczyć, żeby utrzymać ten poziom i go rozwijać. Jeśli chodzi o dość nagłe urwanie akcji, to mogę tylko zasłonić się limitem, o czym już pisałem. Wybrałem prostą historię którą byłem w stanie dobrze domknąć, zamiast rozbudowywać coś, co potem będę musiał przycinać pod wymiar. No i jednak smuci mnie, że widzę głos z kolejną uwagą o braku sów i skowronków. Byłem pewny, że zabieg ze strzygoniem – sową jest arcysprytny i będzie pasował. 

Dzięki za przeczytanie i miłe słowa! 

Ponure mocno. Końcówka niejasna, ale w moim odbiorze wygląda ona nie jak brak czegoś, a jak takie “tu jest jakaś tajemnica”. W którymś momencie spodziewałem się innego zakończenia, chociaż… wspomniana niejasność dopuszcza wiele możliwych interpretacji.

 

Możesz rozwinąć kwestię powiązań strzyg z sowami?

Ej, a w regulaminie konkursu nie stało, że muszą się pojawiać sowy i/ lub skowronki?

Babska logika rządzi!

Wybranietz pisała “byle gdzieś nawiązywało do sów i/lub skowronków – nie muszą być ptaki, mogą być senne preferencje”. Więc było. Jest bezpośrednio skowronek, jest też nawiązanie do sów w postaci strzygonia, więc chyba nie jest tak źle :D 

 

Wilku, dzięki że wpadłeś. Jeśli spytać można, to jakiego zakończenia się spodziewałeś? 

Arnubisie – wysyłam na PW.

Uwagi do tekstu:

Sowy rozpostarły skrzydła  i (+,) łopocząc nimi (+,) zaczęły wykrzykiwać ostrzeżenia.

Lisy, borsuki i gryzonie skuliły się na samym dnie swych nor i, drżąc ze strachu, naiwnie wtulały się w członków swych rodzin w poszukiwaniu bezpieczeństwa.

Dwa kolejne zdania o zbliżonej strukturze (wtrącenie imiesłowu po “i”).

Cały ten prolog, choć ładny i nastrojowy, nieco cierpi przez nadmiar spójnika “i”.

 

Wokół majdanu w centrum wsi ustawiono ławy, na nich zaś hojnie serwowano jadło i napitek.

Słowo łacińskie niepasujące do wiejsko-sielankowego klimatu. Lepiej by brzmiał bardziej swojski/archaiczny odpowiednik: “w środku, pośrodku, w sercu”).

 

I dopiero gdy ciszę groty przeszył mrożący krew, pełen śmiertelnej zgrozy krzyk, cisnęli pochodnie na ziemię i rzucili się do panicznej ucieczki.

***

Przestali biec, dopiero gdy minęli połowę odległości od wsi.

Powtórzenie. Co prawda między gwiazdkami, ale zakłuło w oczy.

Inna sprawa, to czy te gwiazdki są tutaj potrzebne? Zarówno przed, jak i po akcja koncentruje się na chłopach. Nie ma tu zamiany ani czasu, ani punktu widzenia narratora. Zmiana miejsca zaś następuje stopniowo.

 

Podsumowanie:

 

Pozytywy

Bardzo dobra stylizacja. Dosłownie w jednym lub dwóch miejscach coś mi nie pasowało, a poza tym było świetnie. Dobrze oddany klimat XVIII-wiecznej wsi. Tekst ogólnie już ładnie wymuskany i pozbawiony technicznych wad. 

Bardzo mi było szkoda Ludki, co znaczy, że udało Ci się wciągnąć mnie w przedstawioną historię.

 

Negatywy? Niewiele. Może nieco zbyt szybkie to zakończenie. Nie dałeś mi zbyt wiele czasu bym ubolewał nad losem Ludki, bo wszystko skończyło się nagle. Ale to już takie moje osobiste odczucie.

 

Ogólnie ładne opowiadanie. Dobrze wplecione z odkryciem, które wspominasz w przedmowie.

Dzięki za uwagi :) Szczerze, to kolejny raz muszę sobie przypominać o tym, że śmierć bohatera, zwłaszcza dziecka, może na czytelniku wywrzeć głębsze wrażenie i może warto dać czas na oswojenie się z tym. Nie zrozum mnie źle, przecież po to to napisałem, żeby wywołać emocje. Po prostu Ludka pojawiła się w zasadzie dopiero w scenie w której umarła, więc nie było za wiele czasu na poznanie czy polubienie jej. Zostaje tylko ogólny żal nad losem biednego dziecka. No cóż, tutaj chodziło o bezwzględne, zasadniczo stadne działanie chłopów, poświęcających słabego dla dobra ogółu. Ale będę miał na uwadze tę opinię, bo kiedyś już z podobną się spotkałem. Dzięki raz jeszcze! 

I would prefer not to.

Cieszę się, że dostałeś wyróżnienie. To bardzo dobre opowiadanie. Gratulacje.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Lubię wiejskie klimaty i nie przeszkadzał mi brak strzygi w wiosce i brak ekspozycji małolaty. Fajna ta próba z księdzem.

Bardzo ładnie za to udało ci się wykorzystać znalezisko archeologiczne do stworzenia historii, która ma w sobie niepokojące piękno – i ta końcówka naprawdę mnie urzekła.

I would prefer not to.

“…tak jak przez większość tego lata.” – Niezgrabne. Przez większą część lata?

 

“Dobiegające z placu odgłosy zabawy zdawały im się obscenicznie wręcz nie na miejscu.” – A mnie się słowo “obscenicznie” zdaje tu nie na miejscu, jako za mocne i kojarzące się raczej ze sprośnością niż nieprzyzwoitością…

 

“Myśliwca mogli napaść zbójcy[-,] albo jakiś dziki zwierz.”

 

“– I jak w dziadowych bajaniach trzeba sobie z problemem poradzić? – Koźma wbił w niego wrogie spojrzenie.

– A jakże. Dla dobra wszystkich.”

Subiektywny zgrzyt: W pierwszej chwili zrozumiała pytanie Koźmy jako mające taki sens: A co bajania radzą? Co według bajań trzeba zrobić, by zażegnać niebezpieczeństwo?

 

“Tuzin milczących mężczyzn z pochodniami w dłoniach stało w kręgu…” – Tuzin stał

 

„…obleczone w zgrabne trzewiki stopy kopały rozpaczliwie w klepisko…” – raz, że mam wątpliwości, czy stopy można „oblec” w trzewiki, dwa – klepisko w jaskini?

 

„ona zaś tylko wychudzonym podrostkiem” – podrostek to określenie nastolatka płci męskiej

 

Opowieść spodobała mi się. Myk ze skowronkiem i dziwny rytuał na plus. Widać było, że użaliłeś się nad losami dzieciaczków ze wsi, bo w każdy możliwy sposób pokazałeś, że Ludka była do odstrzału (jej rodzina zmarła, a ciotka miała pięcioro własnych dzieci i nie potrzebowała następnego ;p), ileż dramatyzmu by było, gdyby trzeba było wybrać spośród dzieci chcianych? Może gdyby dramatyzm tego rodzaju, jakiś dodatkowy konflikt się pojawił, nominowałabym opowiadanie, bo poza tym i pomysł i klimat mi się spodobały, i warstwa językowa. Ale jednak opowieść jest troszkę za prosta, pozostawia niedosyt. Tak czy owak – bardzo dobry tekst ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Darcon:

Dzięki. Też się cieszę :)

 

wybranietz:

A skoro o wyróżnieniu mowa, to serdecznie witam Panią Główną Jurorkę. Takie osobiste wyróżnienie to prawie jak szczyt podium :) Strasznie mi miło, że mój tekst tak ci przypadł do gustu. Strasznie mi też miło, że spodobała ci się sama końcówka, która była jednak różnie odbierana.

 

joseheim:

Dzięki za uwagi, w wolnej chwili powprowadzam. I biję się w pierś z podrostkiem – miał być podlotek, ale w trakcie pisania zdania coś nie wyszło, a potem umknęło zarówno mi, jak i betaczytaczom. 

Kurczę, pierwszy raz ocieram się o nominację, więc nie tylko ty, ale ja też mam uczucie niedosytu :D No ale nie liczyłem na nią, a twoje słowa i tak bardzo mile łechcą mi ego. Faktycznie, opisywana przez ciebie zmiana dodałaby więcej dramatyzmu. Zamiast tego chciałem jednak pokazać inny aspekt, pewnego rodzaju stadne zachowanie wieśniaków, którzy w godzinie zagrożenia zbijają się w gromadę i rzucają najsłabszego na pożarcie dla dobra reszty. Gdyby wprowadzić tu dramat rodzica, to zmieniłby się trochę ten odbiór – zamiast odtrącenia niechcianego i trochę obcego, byłoby poświęcenie w obrębie stada (bo i Ludka trochę na doczepkę była, nie mając najbliższej rodziny). Też dobre, ale poszedłem w innym kierunku. Mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się wykazać się odrobinę bardziej i na nominację zasłużyć :D 

Piszesz fajnie, mam nadzieję, że nominacja to tylko kwestia czasu ;) A ja staram się nadrobić to i owo, bo to ostatnia chwila, w której mogłabym coś nominować, więc szukam ;p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Też mam taką nadzieję :) 

Dotarłam ze słowami zamiast pohukiwania.

 

Bardzo, bardzo pochwalam takie wykorzystywanie newsów naukowych i innych tym podobnych :) Ale jest jeden problem: sowów i skowronków to tu ani dudu. No niby sowa w pierwszym akapicie i w ostatnim, ale obie na ozdobę, równie dobrze lelki by mogły być, jeszcze bardziej przerażające… A co do skowronka sam się przyznałeś, że oryginalnie był inny ptak – kto wie, może mający jakieś znaczenie symboliczne? (A może nie, pewnie nie)

 

Opowiadanie kuleje też trochę językowo, stylizacja nie zawsze wychodzi, ale jak nie miałam czasu na łapanki w grudniu, tak i teraz nie mam, więc w tej chwili konkretów nie wskażę.

 

Fabularnie też bym ponarzekała, ale głównie powtórzę po kimś wcześniejszym, że najbardziej żal zaniedbanego wątku Żyda.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No i się doczekałem :D 

Najwyraźniej nie jesteś sama w pochwalaniu takiego wykorzystania newsów, wspiera cię z tym pani dr Kot odpowiedzialna za opis tego znaleziska, bo po przeczytaniu opowiadania zaprosiła mnie na wykopaliska latem :D

Na obronę tekstu dodam tylko to, co już wcześniej wspominałem. Za sowę miał tu odpowiadać przede wszystkim strzygoń, ozdobniki w pierwszej i ostatniej scenie dodałem tylko na wszelki wypadek :D No i tak, w oryginalnym znalezisku była czaszka zięby, a nie skowronka. Z tego co jednak udało mi się znaleźć, w niektórych wierzeniach Słowian skowronki właśnie były łączone z ludzkimi duszami, o ziębach nic takiego nie widziałem. Więc skowronek pasował nie tylko do nazwy konkursu, ale też do samej fabuły. Zabieg zamiany nie był aż tak prymitywny jak się wydaje :D

Marzy mi się kiedyś napisanie czegoś bardziej eksploatującego tematykę polskich Żydów, ale póki co się trochę za to boję zabrać, bo to łatwe nie będzie. Ale pamiętam, że widziałem gdzieś u dziadka mojej dziewczyny książki z humorem żydowskim, zebrane przez jakiegoś rabina w dwudziestoleciu. Wtedy tylko rzuciłem okiem, ale muszę jeszcze je kiedyś złapać.

Dzięki za komentarz (nie ważne że jako jurorka byłaś do niego zobowiązana :D)

Najwyraźniej nie jesteś sama w pochwalaniu takiego wykorzystania newsów, wspiera cię z tym pani dr Kot odpowiedzialna za opis tego znaleziska, bo po przeczytaniu opowiadania zaprosiła mnie na wykopaliska latem :D

Z wykształcenia też jestem m.in. archeologiem, więc może oni tak mają ;) Trochę nawet zazdrość, choć archeo nie jest dla sów i m.in. dlatego zrezygnowałam… Ale jak już będziesz w te okolice Krakowa się udawał, to dawaj znać, może się jakieś piwo zorganizuje, choć w wakacje może być tak sobie…

 

A i właśnie doczytałam, że tam kopie mój kolega :D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Też strzelam, że na dłuższą metę to by mogło nie być dla mnie, ale hej, jako biolog molekularny raczej nie będę miał zbyt wielu innych okazji, zawsze fajnie coś nowego spróbować. No ale póki co nic pewnego ani ustalonego, do lata jeszcze kupa czasu. No ale jakbym już tam się wybrał, to do Krakowa nie zajechać wstyd, więc będę pamiętał! 

Widzisz jaki ten świat mały? Pewnie nawet czytał moje opowiadanie, bo ponoć rozeszło się po całym zespole, i nie miał pojęcia że powstało na twój konkurs :D

Doceniam inspirację archeologicznym znaleziskiem. Scena, gdzie chłopi wzywają księdza, każą mu iść w głąb jaskini, po czym uciekają – rewelacyjna. Podobał mi się też sposób przedstawienia potwora – w stylu japońskich horrorów, nie widać, ale po oznakach działalności trzeba się bać. Czysto subiektywnie, nie lubię pokazywania bezsensownego okrucieństwa na zwierzętach i słabszych – tu zafundowałeś mi jedno i drugie obok siebie. Żałowałam, że nie skończyło się to tak, że stwór ocali dziewczynkę i skowronka a zeżre tych chłopów ;) Moim czytelniczym zdaniem, nie zasłużyli na to, by zostać uratowanymi. Ale, jak pisałam, to tylko moja subiektywna opinia i nie miała wpływu na decyzję konkursową. Odpowiedź na pytanie “czemu Arnubis nie znalazł się na pudle” tkwi w realizacji tematu konkursu – temat ów pojawia się na sam koniec, nie sprawia wrażenia motywu przewodniego, a zastąpienie skowronka dowolnym innym śpiewającym ptakiem (ani wplecenie we włosy innych piór) nijak by treści nie zmieniło.

Serio solidnie sowowałaś z tymi komentarzami :D Bardzo się cieszę, że generalnie podobało ci się opowiadanie. To była chyba moja pierwsze próba poważniejszego podejścia do czegoś na kształt literatury grozy, więc tym bardziej raduję się, że wyszła. A że chłopi nie zasłużyli na uratowanie? No cóż, życie nie jest sprawiedliwe, czy nam się to podoba czy nie. No i nie zostali uratowani w gruncie rzeczy, uratowali się sami, poświęcając innych. Co w żadnym wypadku nie stawia ich wyżej z moralnego punktu widzenia. 

Jeśli chodzi o realizację konkursowego tematu, to kolejny raz nie chcę się rozpisywać nad tym, o czym już wspominałem. Główną osią opowiadania był strzygoń, będący sowim demonem i od sowy pochodzący. Sądziłem, że to dobry punkt wyjście bez trudu łapiący się w ramy konkursu. Przeliczyłem się, trudno :D 

A widzisz, nie czytałam szczegółowo komentarzy i nie zauważyłam, że już wyjaśniałeś. Niemniej, strzygi i pochodne nie kojarzą się z sowami (przynajmniej mi, nie wiem, powinny?) a nigdzie nie wspomniałeś, że strzygoń jest powiązany z sową. Sowa jest jedynie w zakończeniu.

Ano powinny :D Faktycznie nie wspominałem bezpośrednio w samym tekście, napisałem za to specjalnie w posłowiu, właśnie braku sów się obawiając: “Uprzedzając potencjalne zarzuty dotyczące niedostatecznej reprezentacji sów w utworze: strzygoń (tak jak i strzyga) wywodzi się od łacińskiego strix, czyli sowy (poprzez rzymskie sowie demony – striges). Zresztą same strzygi i strzygonie według niektórych, chyba pierwotniejszych, wersji są właśnie mocno łączone z sowami – mogą się w nie zmieniać lub posiadają niektóre ich cechy. “

A jeśli chodzi o skowronka – w wierzeniach Słowian generalnie dusze ludzkie były łączone z ptakami, pod postacią ptaków miały ulatywać do Nawii i takie tam. Część z tych wierzeń łączyła dusze właśnie ze skowronkami, więc ten ptaszek pasował idealnie i do samego opowiadania, i do tematu konkursu :) 

Widzisz, trzeba brać poprawkę na niedomyślność niektórych jurków ;)

Sam jestem sobie winien. Zwłaszcza, że kilka razy już zwracać uwagę na sytuacje, gdzie autor zakładał z góry, że czytelnik ma taką wiedzę jak on, a tutaj zrobiłem dokładnie to samo. Lekcja na przyszłość :) 

Nowa Fantastyka