- Opowiadanie: stn - Karły stoją na ramionach gigantów

Karły stoją na ramionach gigantów

Dziękuję za wyśmietą betę Bellatrix (dziś się kapnąłem, że tak nazywa się przecież gwiazda w gwiazdozbiorze Oriona), Marasowi i NWM.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Karły stoją na ramionach gigantów

Ramiona

 

Za dwa tygodnie miała odwiedzić nas kalendarzowa jesień, ale już dziś zdążyłam zmarznąć. Wieczorna msza właśnie dobiegła końca, a zebrani wokół bracia kameduli żegnali nas zdawkowymi pozdrowieniami. Przerwały nam ptaki. Przerażone czymś kruki i wrony zerwały się z dachu kościoła. Podniosłam wzrok. Okno pokazywało północ, wypełniając się mdłą zielenią Lasu Wolskiego. Zza jej odcieni wyglądała wielka plama gorejącej bieli. Bracia wybiegli, zahaczając butami o fałdy zwalistych szat. Popędziłam za nimi. Minęłam się z drzwiami kruchty i wpadłam w objęcia mgły przytulonej do zabarwionych wrześniem drzew.

Na niebie, pośród chmur, materializowała się… kulistość. Nie umiałam określić jej dokładnego kształtu. Przypominała piłkę, później jajko i tak w kółko. Zawisnęła nad Mikołajem Kopernikiem. Początkowo przeźroczysta, jak w upalny dzień przedstawiła się wirami powietrza i fatamorganą. W końcu ciało wypełniła materią, a ja dostrzegałam każde ścięgno i każdą pracującą żyłę – to czarne smugi tańczyły na śnieżnobiałej powierzchni. Chmurne Imperium – zabrzmiała w mojej głowie.

Kraków nie przywitał gościa z uśmiechem – miejską przestrzeń przeszył jazgot syren i pisków opon.

Usłyszałam szept: zapamiętam cię i porwę. Daleko, daleko stąd.

Nie odpowiedziałam.

Chłód wieczornego powietrza i rosnące podniecenie spowodowały, że zarumieniły mi się policzki. Kościół w obrębie klasztoru szybko opustoszał. Kobiety nie były częstymi gośćmi i doskonale to wyczuwałam. Byłam tu kosmitką.

– Powinni to widzieć? – zapytał naszego lekarza jeden z braci.

– Niektórzy mogą oglądać telewizję, więc i tak się dowiedzą. Niech zaczerpną trochę powietrza.

Tomek ściskał mi dłoń. Próbowaliśmy nie pogubić się w gęstniejącym tłumie. Było tak ciasno, że czułam bicie przytulonych do mnie serc. Odwróciłam się od nich i stanęłam na palcach, próbując coś zobaczyć.

– Daj mi spojrzeć! – krzyknęłam. – Jak tam jest?

Z daleka widzieliśmy, że ludzie wypełnili drogi w lesie, tłumnie zbierając się wokół Kopca Niepodległości. Każdy walczył o skrawek przestrzeni.

– Weź mnie na ramiona – powtórzyłam.

– Dlaczego?

– Bo jestem mała. I tak nie poczujesz.

– Nie chce mi się. Przecież jeszcze się naoglądasz.

Westchnęłam głośno.

– Odmówisz kobiecie?

Numer stary jak świat, podły jak sam diabeł, ale ciągle skuteczny.

– Wskakuj – mruknął i westchnął, klękając na jedno kolano.

Moje sto sześćdziesiąt centymetrów dało nam razem prawie trzy i pół metra. Z ramion dryblasa dojrzałam o wiele więcej, niż bym mogła się spodziewać.

Kiedyś – bo jestem za młoda, żeby pamiętać – i ktoś – bo go nie znam – postanowił sprzeciwić się rządom biskupów i zamiast kolejnego wizerunku Boga nad miastem opiekę zaczął sprawować astronom, zajmując miejsce starego i wąsatego wodza z przeszłości. Spod pukli kamiennych włosów przyglądała się nam pociągła, szczupła twarz. Orli nos wskazywał na gwiazdę polarną. Zaciśnięte usta torturowały nas milczeniem.

Imperium, jak ostrze gilotyny, wisiało mu tuż nad głową.

– Wygląda jak księżyc z plasteliny!

– Wiesz, że w innych miastach też się pojawiły?

Spojrzałam w dół na twarz proksyka. Wypożyczone ciało nie służyło mu dobrze – Tomek zawsze był bardzo ekspresywny, a wynajęta twarz ledwie zdradzała emocje. Nie mieliśmy jednak innego wyjścia, ani nawet środków, by pomyśleć o czymś lepszym. Sparaliżowany Tomek chciał towarzyszyć mi w tym dniu, spędzić go ostatni raz w prawdziwej, fizycznej rzeczywistości – zanim lekarze zamkną go w hypnosie na kolejne dziesięć lat.

Dotyk obcego ciała, pomimo pewności, że zdalnie kontrolowanego przez mojego Tomka, wcale nie dodawał mi otuchy.

– To ile ich przyleciało? – zapytałam.

– W necie piszą, że sześćdziesiąt pięć tysięcy dwadzieścia pięć. Dwieście pięćdziesiąt pięć do kwadratu. Ale to nasza kula jest największa.

Przyglądałam się jej, białej i spokojnej, ignorującej rozlany wokół chaos. Prawdziwe oblicze Imperium.

– Myślisz, że po co tu jest? – podjął głosem, do którego nie mogłam się przyzwyczaić.

– Żeby cię obudzić – uśmiechnęłam się najszerzej, jak tylko potrafiłam.

– Nie wydaje mi się.

I wiedziałam, że ma rację. Nawet jeśli chcieliby, to nie sądzę, by zdążyli. Złośliwa neuroinfekcja zjadała układ nerwowy Tomka, niedługo miał stracić władzę we wszystkich mięśniach. Cztery miesiące od uszkodzenia pnia mózgu – tyle nam dawano. Zamrożenie było jedyną nadzieją.

Spojrzałam na Mikołaja. Astronom przyglądał się oddali, a ręce i nogi zakopane miał w ziemi. Wydawał się bezsilny, zupełnie jak ja.

 

Giganci

 

Wczorajsza przepychanki doprowadziły do tego, że tłum udekorował mnie mozaiką siniaków. Zdecydowałam więc, że dziś, co z entuzjazmem przyjęli też inni śpiący, nie poproszę lekarzy o kolejny spacer, i zrobimy to w serialu.

Starych kamienic, szczególnie tych leżących poza rynkiem, od dawna nie remontowano – bo w jakim celu? Za kilka lat, kiedy już zostaniemy wyleczeni i nas stąd wyrzucą, budynek zostanie zrównany z ziemią, a na jego miejscu pojawi się biurowiec albo kolejny hotel. Zapewne piękny, na pewno przestronny. A pokój w szpitalu to ciasnota kilku metrów kwadratowych. Rodzinka szpargałów rozweselała ascetyczny smutek tego miejsca; kolorowe kapcie pilnowały przykrytej gumolitem podłogi, rzucone niedbale ciuchy ogrzewały fotel, łańcuszek ułożony na blacie biurka mrugał do mnie odblaskami, a ramka ze zdjęciem przyglądała się konturem wyciętej z niego twarzy. W rogu od wejścia stało łóżko. Sterta rozrzuconych książek z fizyki uśmiechnęła się mądrościami z okładek, przypominając jakim paskudnym jestem leniem. Sesja dobiegała końca, a dobre wyniki były jedynym warunkiem otrzymania własnego pokoju.

Zza kopca notatek wystawał hełm hypnosa. Podniosłam go, papiery zrzuciłam i wyciągając się na łóżku, sięgnęłam do szufladki, szukając ulotki reklamowej nowego sezonu serialu.

Zdradziła mi, że zaraz przeniosę się tysiąc jednostek astronomicznych od domu. Tysiąc razy tyle jak z Ziemi do Słońca. Prawie cztery razy dalej, niż doleciał Voyager wystrzelony kilkadziesiąt lat temu. To będzie piękna, ale tylko wizualizacja.

Przyjęłam wygodną pozycję, założyłam hełm i pogrążyłam się w hypnosie. Zalogowałam się na prywatny serwer mojego szpitala. Nowa rzeczywistość wpłynęła elektromagnetyczną falą do synaps i tam zamarzła.

Obudziła mnie muzyka dobiegająca gdzieś z miasteczka. Wstałam natychmiast, bardzo polubiłam te odbywające się co wieczór zabawy, w których uczestniczyli prawie wszyscy myślonauci.

Chroniąca nas przed granicą symulacji kopuła, przestała ukrywać gwiazdy. Puściły pryzmaty, więc niebo rozjarzyło się chmarą kolorowych światełek. Podniosłam wzrok – szklany firmament sprawiał wrażenie, że weszliśmy w nieskończoność. Ukryty wewnątrz pochłonął nas horyzont zielonej łąki, poprzecinanej gdzieniegdzie zagajnikami i małymi stawami. Na samym środku wygenerowanego światka rozciągała się wybudowana dla nas wioska.

Podążam wątłym blaskiem ulicznych latarenek. Z daleka widzę już wielką świetlistą plamę, rozmazaną czasem przez czarny zarys sylwetki. Ze środka mieszkania dolatuje mnie zapach kolacji, a z towarzyszącej jej gwaru: śmiech i wrzawa pijanych ludzi.

Ciepło, radość i światło.

Czasami czułam się jak ćma.

 

– Jest ogromny!

– Cały dzień to powtarzasz.

– Ale weź się uśmiechnij.

Próbowałam uchwycić kadr, a pijany od cyfrowego wina Tomek, służył mi za oparcie.

– Po co robisz te zdjęcia?

– A co innego mam robić? Ładny jest. – Wzruszyłam ramionami i odłożyłam aparat. – Po co właściwie go tu wsadziliście?

– Chyba liczymy na to, że Imperium wkradnie się nam do wirtuala.

– A ja myślę, że lubicie z nim gadać.

Zaśmiał się.

– Wiesz, może jesteśmy jak warzywa, ale o mózgi musimy dbać. Mikołaj ma wtedy przyciągnąć uwagę wszystkich naszych psychoz. – Wskazał dłonią na niedalekie chatki. – Chodź, czas coś wszamać.

– Głodny jesteś?

– Pewnie!

– Przecież dostajesz dożylnie.

– Co z tego? No chodź już.

Tomek pomachał mi i poszedł w swoją stronę, po chwili chowając się w jednym z budynków. Nie chciałam zostawać tu sama. Długim spojrzeniem pożegnałam się z gigantem i poszłam śladami przyjaciela. Wrzawa nie chciała dziś ucichnąć.

– A ja wam mówię, że my to astronauci! Blok upadł jeszcze zanim moi dziadkowie umarli, a wy gadacie, jakby to ruskie was wystrzelili!

Dziadek Michał – najżywszy z ciągle śpiących – ględził pijacko. Nie miał brody ani siwych włosów, tylko czarny wąs wyrastał mu spod koniuszka nosa. Czasem targnęło nim sekundowe szaleństwo i całkowicie zmieniał swój awatar; przyglądała się mi twarz przystojnego Latynosa, bym za chwilę dała się podrywać uśmiechom rudej pieguski.

Hypnos sprawił, że fenotypy stały się problemem żyjących tylko w rzeczywistości.

– Jesteś w kosmosie, czy w astrosie, dziadu? – odezwał się ktoś z pokoju. Nie poznałam głosu.

Spoglądałam na nich, próbując skupić na którejś z twarzy wzrok. Cyfrowa symulacja alkoholowa rozlała mi się w żyłach i zmysły przestały się dogadywać. Oparta o ścianę, postanowiłam posłuchać. Byłam najmłodszą ze wszystkich, zdecydowanie jednak najmniejszą. Przez to ciągle łapałam się na myśleniu, że nikt mnie nie zauważy albo przypadkiem nadepnie.

Nie piłam żeby zapomnieć, byłam w tym dobra na trzeźwo. Zapisując w głowie jakiś obraz, chwilę, czy dźwięk, natychmiast to wrażenie psujemy. Za każdym razem, gdy wspominamy twarz jakiejś osoby, trochę ją zniekształcamy. Tak naprawdę, to kodujemy a nie postrzegamy. Ograniczona koncentracja uwagi zmusza nasze mózgi do nauki skrótów. Do wycinania drobnostek i uznawania za ważne tego, co chcemy zapamiętać. Co się stanie z twarzą dziadka, czy za dziesięć lat skojarzę barwę jego głosu, wspomnę jego posturę? Będzie dla mnie tylko połączonymi ze sobą etykietami: chudy, wąs, czarne włosy. Czy tak samo zniekształcę wspomnienia o Tomku?

– Po pijaku zawsze złapiesz doła, wiesz?

Zwęziłam oczy, by go dojrzeć. Szeroka, ogorzała twarz uśmiechała się do mnie tak szczerze, jak tylko wyglądać może pijany przyjaciel. Był wielkim klockiem dobrze wychowanego mięcha. Odpowiedziałam mu kilkoma leniwymi mrugnięciami.

– Pora już spać, chodź – podjął.

– Idź, idź maleńka! – krzyknął nagle Michał. – Prześpisz piosenkę Imperium!

Co trzeźwiejsi spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Tomek zaszczycił go nawet zmarszczonymi brwiami.

– Kto, ta kula? – zapytał.

– No mówię przecież. Ona drży, nie czujecie tego?

Wygonił wszystkich, a ja poprosiłam system o informacje ze świata. Chmurne Imperium dosłownie trzęsło się nad ramieniem prawdziwego Mikołaja! Dziadek przejął mój strumień danych i szepnął, że wszystko poleci potokiem do wspólnej wirtualki i mam skupić się na zabawie. Przytaknęłam. W końcu dotarliśmy do centrum symulacji.

Stanęliśmy, nasłuchując za pomrukami przybysza z innego świata. I nagle coś załomotało mi w głowie.

Płynęliśmy przez próżnię na statku, który był soczewką grawitacyjną. Chcieliśmy ujrzeć świat odległy od naszego o miliardy kilometrów, Ale jak się okazało, ta sama siła rozerwała naszą grupę na atomy. Miałam wrażenie, że wszyscy kłamali, choć nie miałam na to dowodu. Coś… indukowało we mnie wściekłość, przez którą zapragnęłam rzucić się na Tomka. To coś wywlekło z pamięci powód mojej nagłej choroby, potem przywaliło świadomością niedługiej rozłąki. Przypominało mi wszystko, jakby puszczając taśmę że wspomnieniami od tyłu.

Wylogowałam się i wstałam, zapaliłam światło i poszłam do łazienki, żeby umyć twarz.

W odbiciu lustra widziałam okno, przez nie dostrzegłam, że Imperium puchło i rosło do gigantycznych rozmiarów. Okłamywało Wszechświat, zjadając pobieraną nie wiadomo skąd materię. Stało się drugim księżycem, do którego odbijanego światła zaczęłam się przyzwyczajać.

Nie byłam szalona – powtarzałam sobie. Miałam przecież tabletki.

 

Dni zamarzania

 

Po kilkunastu dniach sytuacja na świecie zaczęła się uspokajać – ludzie znudzili się wyjątkowo leniwymi gośćmi i szybko wracano do trosk i szarej codzienności. Kule, w tym krakowska, drżały co prawda codziennie, ale tylko w późnych godzinach nocnych. Fala elektromagnetyczna zdawała się przynosić koszmary, dziwne sny… i natychmiast zanikała. Imperium połączyło wszystkie swoje ciała niejednorodnym płaszczem magnetycznym, zamykając ludzkość w więzieniu. Próby zestrzelenia kończyły się upokorzeniem – pociski były przechwytywane i zwieszane w polu obok właściwego celu. Imperium nie pozwoliło nam opuszczać planety, ale nie przeszkadzało w obserwacji kosmosu i używania satelitów. Nikt nie potrafił wyjaśnić czym jest, w jaki sposób tak ogromnym cielskom udaje się lewitować nad miastami, w końcu dlaczego nie daje się tej masy zmierzyć. Fizycy ze swoich katedr dowodzili, że – zgodnie z wynikami pomiarów – Chmurnego Imperium tak naprawdę tam nie było.

W drugim świecie czas płynął nam szybciej niż w tym właściwym. Terapia w hypnosie to w zasadzie ciągła gra komputerowa. Nie widzieliśmy się codziennie, bo dla każdej choroby generowano inny świat. Chodziło o pobudzenie innych bodźców. Kiedyś wstydziłam się moich ułomności, ale nauczyłam się na nowo rozmawiać z ludźmi. I podczas takiego spaceru w miasteczku poznałam Tomka. Ledwie go przyjęto i podłączono. Stanął, po czym jak oferma upadł, nie mogąc zrozumieć ruchu swoich kończyn. Już wtedy był sparaliżowany. Oprowadzałam go przez kilka tygodni. Przez ten czas wirtualna rzeczywistość pozwoliła zrozumieć naturę dręczących mnie halucynacji, pokazała które z doznań były prawdziwe. To właśnie bliskość drugiego człowieka, tak samo skrzywionego jak ja, dodawała mi otuchy. Zwłaszcza tej jesieni, kiedy powracająca twarz ojca doprowadzały mnie do drugiego szaleństwa.

Odwiedzałam Tomka i resztę pechowej ferajny, choć nasze spotkania stawały się coraz krótsze. Paskudne sny i ciągłe niewyspanie prowokowały do kolejnych kłótni. Nowe lekarstwa pomagały, ale i tak zdarzało się, że wątpiłam w to, czy myśl była moją, czy mi się to wszystko przyśniło.

Wkrótce świat spochmurniał i stacja – na wzór rzeczywistości – przeszła w stan zimowy. Temperatura spadła, a światła przygasły, zmuszając drzewa do zrzucenia resztek koron.

Dzisiejszy wieczór znów spędziliśmy razem, jak zresztą mieliśmy w zwyczaju. Pokazałam mu ukryte (bo wymyślone przeze mnie) schody na szczyt posągu, on w zamian powiedział mi dlaczego jutro zaśnie na dziesięć lat, a późniejsza drzemka zajmie już sto.

– Mamy głowy pełne logarytmów – szepnął mi do ucha i uśmiechnął się lekko.

Położyłam głowę na jego udzie i podkurczyłam nogi, w tej pozycji czułam się bezpiecznie.

– Co to znaczy?

– Lata mijają i zaczynamy dostrzegać nie czas, a proporcję lat, które przeżyliśmy. Gdy jesteśmy młodzi wydaje się nam, że rok to potwornie dużo, szczególnie kiedy czekamy na kolejne urodziny. Pamiętam, że mając dwudziestkę, to wspomnieć mogłem tylko połowę życia.

– A mi się wydaje, że po prostu za dużo wiesz.

Mruknął pytająco.

– Czas leciał szybko, bo wszystko było nowe, świeże, jeszcze ciekawe. Na Ziemi i już po wypadku tutaj. Wszystko zależy od pamięci, Tomku. Każdy kolejny dzień wydaje się być coraz krótszy, bo dla pamięci jest mniej istotny – takich fragmentów pamiętasz po prostu więcej.

– Myślę, że o to chodziło fartuchom.

– Komu?

– No, lekarzom. Dlatego codziennie opowiadamy im jak minął dzień, jak się czujemy, co tym razem sobie przyśniliśmy i czy chcemy znów się pokłócić.

– A tobie jak minął dzień?

Zaśmiał się i przykrył mi oczy swoją wielką dłonią.

– Zamknij się już.

Nie chciałam już o nic pytać, nie chciałam psuć spokoju tej chwili i miejsca. Siedzieliśmy tak jeszcze dwie godziny, potem musiałam się wylogować.

Zamarzł.

 

Postanowiłam dziś wybrać – czy zasnąć z uśmiechem, czy zobaczyć Tomka. Myślałam nad tym od wielu dni. W końcu się odważyłam – wyplułam tabletki, które schowałam wcześniej pod językiem, po czym wcisnęłam je w szparę między stelażem i materacem. Zajrzałam do szuflady i spojrzałam na łóżeczka zrobione z pudełek po zapałkach.

– Kto ma dziś ochotę na przygodę?

– My, my, my – odpowiedziały mi ćmy. Wzięłam ich ciałka w dłoń i wyszłam.

Pożegnał mnie kontur wyciętej ze zdjęcia twarzy.

Kilkanaście metrów i znajdę się na klatce schodowej. Po drodze wyminąć muszę pokoje pacjentów i kanciapę pielęgniarek. Pachniało ludzkim potem i starą farbą olejną, od której odbijało się skąpe światło księżyca. Zamknęłam za sobą drzwi. Pomimo panującego półmroku towarzyszyły mi cienie. Zjawa na ścianie poruszała skrzydłami z kurzu, na których błyszczały refleksy. Szłyśmy krok w krok. Gdzieś z głębi budynku dobiegał mnie znajomy głosy lekarzy i pielęgniarek. Chowałam się przed nimi w kątach i cieniach klatki schodowej. Na szczycie przywitał mnie zostawiony w zamku klucz.

W środku poznałam czym jest przepych biedy i ciasnoty. Kapsuły stały jedna przy drugiej, brakowało szafek – i tak by się nie zmieściły; odzież i kilka prywatnych szpargałów wciśnięto w szpary pod łóżkami. Śmierdziało starocią. Tych okien nigdy nie otwierano – pomyślałam. Zabite gwoździami ramy krzyczały o pacjentach, którzy kiedyś przez nie wyskakiwali.

– Nie wiem jak się tu dostałaś, ale możesz podejść.

Zamarłam w przerażeniu. Dzwony wybiły godzinę po północy.

 

Niebo jest granicą

 

– Wiem, że studiujesz fizykę – mówił do mnie półszeptem, popędzał dłonią. – No chodź, przyda mi się ktoś do rozmowy.

Siedział przy jednej z kapsuł, obok której ustawiono małe biurko. Zalegały na nim dziesiątki kartek, przysłaniając błyskający ekran i białą klawiaturę. Był łysy, choć rysy miał młode. Drapał się po rudej szczecinie. Na kitlu nie dostrzegłam plakietki, ale to musiał być lekarz. Może pracownik Instytutu Psychologii zaprzyjaźnionego z moim szpitalem Uniwersytetu Jagiellońskiego. To oni ufundowali nam kapsuły. Kto inny chciałby kręcić się tutaj w nocy?

Zaufałam mu. 

– Leki nie działają?

Pokiwałam głową.

– Oszukiwałaś – uśmiechnął się szeroko. – Ja też mam sposoby.

Sięgnął po kubek z parującym płynem i kazał powąchać. Wyczułam kawę i coś jeszcze. Połaskotało mnie w nosie.

– Mały dodatek, żeby pobudzić krążenie – wziął łyk, popijając wyjaśnienia.

– Co to za rysunki?

Zerknął na stos papierów. Zarysowane były niewyraźnymi kształtami, które przypominały mi jedno z badań, któremu jestem okresowo poddawana. Czerń i różne odcienie szarości. Nie dostrzegałam w nich nic konkretnego, ale skojarzenia pojawiały się same – po chwili widziałam ćmy, księżyc, niebo pokryte chmurami, no i jeszcze więcej ciem.

– To wyniki rezonansu magnetycznego twojego kolegi. – Chwycił za jeden z wydruków. – Sprawdzam, co też sobie dzisiaj przyśnił.

I wtedy przestałam rozumieć.

– To mój doktorat. – Drugi łyk, potem głęboki wydech. – Bo widzisz to, co sobie wyobrazisz, wiesz? 

Nie wiedziałam, choć coś i kiedyś o tym przeczytałam.

– To taka stara hipoteza – kontynuował – według której śniąc obrazy, posługujemy się tymi samymi fragmentami mózgu, jak podczas prawdziwego spoglądania na te rzeczy. Jeśli znamy bodźce, to sprawdzić możemy jak aktywują się neurony.

– Czyli mu pan powie, że coś widzi, to pomyśli, że naprawdę to zobaczył?

Pokiwał z aprobatą głową, kiedy sięgał po trzeci łyk.

– Spróbuj sama – powiedział.

– Ale co miałabym mu powiedzieć?

– Dobrze już wiesz, w końcu go znasz.

Za tajemniczym uśmiechem ukryło się coś, czego mogłam się domyślić. Spojrzałam na kartki, potem na kartę pacjenta przyczepioną do korpusu maszyny. Tomasz Jeziorski. Zajrzałam przez mały wizjer, ale w środku było ciemno. Wygasili mu nawet podświetlenie – pomyślałam.

– Wyobraź sobie, że jedziesz pociągiem – szepnęłam mu gdzieś koło ucha. Nie musiał odpowiadać, wystarczyło, że słuchał.

Spojrzeliśmy na ekran.

– A teraz pomyśl o tym, że grasz w szachy. Nie ważne, że nie umiesz.

Znów odczyt.

– Gdybym mogła, wzięłabym cię na wycieczkę w góry. Można tam dojechać pociągiem, wiesz?

Trafiłam w punkt. Tomek uwielbiał stare lokomotywy. Doktorant zapisywał coś w notatniku, kiedy jego pacjent marzył i palił glukozę jak szalony, podsłuchując i kojarząc rozmaite słowa. Kapsuła pobierała coraz więcej prądu, ze starych gniazdek trzasnęło. Spojrzałam na niego, ale nawet się nie przejął.

– Tak jest zawsze – skwitował. Wcale mnie to nie uspokajało, tym bardziej, że zapachniało palonym plastikiem.

Wkrótce w kubku skończył się napój, więc doktorant stał się mniej rozmowny. Po kilku chwilach ekscytacji zaczęliśmy przysypiać. Przedstawiłam go z moimi ćmami – o to Ania, Kasia, Zuzia i Molek, proszę pana – i wyjaśniłam, że dzisiejszej nocy są wyjątkowo złośliwe, bo nie chciały mu odpowiedzieć na żadne z zadanych pytań. Wyrecytowałam mu nawet fragment z pewnego artykułu, który bardzo mi się spodobał:

– Ćmy nie są motylami, proszę pana. Choć to one podążają eposem intuicji oraz wiedzy, rozwoju i transformacji. To nasza psyche, kiedy przeglądamy się w lustrze. Podąża za księżycem i jego fazami; przywiązanie do światła przepełnione jest symbolizmem – to chodzenie ścieżką oświecenia. Blask związany jest z ogniem, który może pochłaniać. Tak było tam napisane, przysięgam! Bo światło przyciąga ćmę, a jej oddanie kojarzy się z bezmyślnym i bezrefleksyjnym dążeniem do określonego celu, rzuceniem się w ogień.

– Powinnaś już pójść, maleńka – doktorant uśmiechnął się i mrugnął okiem, zupełnie ignorując mój wywód. 

– Dlaczego? – burknęłam.

– Bo ktoś idzie.

Usłyszałam kroki. Dobiegały z drugiego korytarza. Będzie draka jak mnie znajdą. Pożegnałam się i jak błyskawica wystrzeliłam na klatkę schodową.

Będąc już w łóżku, ważyłam w myślach ciężar nowego pomysłu. Dwuwymiarowy cień rzucany przez trójwymiarowy mózg.

Czułam, że jeszcze do niego wrócę.

 

Ostatnie przypomnienie

 

W telewizji leciał właśnie kolejny program poświęcony przybyszom, a za oknem wisiały dwa księżyce w pełni! Wspólnie z siostrą zakonną, których grupa nas czasem odwiedzała, oglądałyśmy transmisję.

– Imperium pokazało się nam, imitując kolejne fazy księżyca. Ludzie widzą w nich dzieciństwo, wiek dojrzały, śmierć i w końcu zmartwychwstanie starego lub nowego księżyca. – Spikerka słuchała uważnie, potakując tylko głową, kiedy jeden z zaproszonych gości rozsiewał popularne ostatnio plotki.

– Od wielu tygodni nic się nie zmieniło; politycy nic nie robią, wojsko nic nie robi, my też zaczęliśmy je ignorować. Czym to coś jest?

Siostra Urszulanka chwyciła wiszący na szyi różaniec. Uchylone okno i wkradający się przez nie podmuch zimna przeszkodziły mi w dalszym słuchaniu.

– A niech i będzie to cholerny statek obcych, niech mnie porwą – mruknęłam do pielęgniarki, która podawała mi lekarstwa.

Spojrzały na mnie jak na obłąkaną i poczułam, że od dawna nie traktowano mnie poważnie. Pewnie dlatego nikomu nie przyznałam się do małego dochodzenia, które – późnymi nocami – przeprowadzaliśmy z doktorantem.

 

Jak zwykle wieczór zaczęłam od wyplucia tabletek. Próbowałam uspokoić potyczkę strachów i myśli, ale wszystko mnie rozpraszało. Poza moją głową było tak dziwnie cicho i spokojnie. Coś we mnie krzyczało, że to wszystko jest ciszą przed burzą. Wszyscy, nawet lekarze i pielęgniarki, spali. Zamknęłam drzwi na klucz, żeby nikt nie przeszkadzał nam w rozmowie i podbiegłam do kapsuły z Tomkiem.

– Czy Imperium też jest rysunkiem?

Doktorant spojrzał na mnie sponad kubka.

– Co masz na myśli?

– Noo… widzimy trójwymiarowy przekrój czterowymiarowego… czegoś. No bo wydruk na kartce też jest lekki!

– Co jeśli to prawda?

Zachmurzyłam się.

– Nic. Boli mnie głowa, kiedy próbuję sobie to wyobrazić.

– A jeśli Imperium też jest mózgiem i widzimy jego szkic?

– Mówi pan, że przyleciało do nas zrobić sobie badania?

Uśmiechnął się i zasiorbał wymownie.

– No to nie rozumiem.

Załomotało jakby burza przyszła. 

– Ja też nie. – Nie zwracał uwagi na hałas. – Ale myśli to tylko sygnały elektryczne. Co za różnica, czy są w mózgu, czy płyną w gniazdku? Albo w obwodach komputera?

Przerwał nam drugi grzmot, po którym padło zasilanie – musiało wywalić bezpieczniki, ale kapsuły i podtrzymanie życia działały na własnych akumulatorach. Spod ścian błysnęły mniejsze światełka, w których dostrzegłam kłęby dymu.

 

Wypadek

 

Ogień płynął po plastikowym parkiecie. Złapałam za klamkę do drzwi. Zapomniałam, że przecież sama je zamykałam. Była gorąca. Klucz mi chyba gdzieś wypadł. Zauważyłam go kilka metrów dalej, leżał na podłodze. Pobiegłam po niego.

Minęłam się z gęstym dymem, który jak sznur, zaciskał pętlę wokół szyj mieszkańców. Na poczerniałych ścianach pękały tynki. Kraty w oknach, klamki i kapsuły – metalowe, stały się od żaru tak samo białe, jak twarze lekarzy i pielęgniarek przybiegających do pokoju. Ich oblicza stopniały i zastygły w strachu i przekleństwach.

Tym razem świrom przyśniła się prawda – umierali. Długo, boleśnie i paskudnie. Walczyli. Ustami łapali ostatnie hausty powierza, próbując zrobić wyłom w ścianie gorąca i smrodu. Deszcz iskier oblewał zroszone od potu czoła. Niektórzy z jeszcze żywych śmiali się jak obłąkani; kto był naprawdę szalony, a kto zdrowy?

Kapsuły hypnosa zamieniły się w ruszty. Boże, co za smród. 

Znalazłam łazienkę, w niej prysznic. Odkręciłam zimną wodę i zapłakałam. Niech to się już skończy!

 

Pierwsza myśl – bolało.

Druga – wolałam umrzeć.

Pamiętam strażaków przebijających się przez dym. Któryś z nich wyniósł mnie na plecach, dostrzegłam ludzkie sylwetki, które oblane żarem i pyłem, odbiły się na osmalonych ścianach. Zupełnie jak ćmy zabijane kapciami.

Na zewnątrz posmakowałam czystego powietrza. Ten młodzieniec w czerwonym hełmie, który się mi przyglądał, co musiał czuć? Kaszlnęłam i na dłoni wyrósł mi czarny kwiatek. Wymiotowałam sadzą i resztkami wspomnień.

 

Telewizor przyczepiony do ściany huczał gniewem rodzin pacjentów, którzy przeżyli. “Zaczęło się na trzecim piętrze” – informował pasek u dołu ekranu. Stop, nowa scena. Przystojny prezenter wypytywał przedstawiciela policji – Biegły powołany przez prokuraturę stwierdził, że bezpośrednią przyczyną pożaru było zwarcie. Wciąż wyjaśniamy okoliczności nieudanej ewakuacji.

– Przecież takiej nie było! – krzyknął mi ktoś nagle nad uchem. Z trudem otworzyłam oczy i dostrzegłam kozią brodę dyrektora. Zakonnica spoglądała na niego z gniewem.

Czekali aż się obudzę, czy dopiero weszli?

– Wyrzucali zwęglone ciała na jedną kupę – dyrektor sączył swój jad, szary wąsik nie przestawał podskakiwać. – A potem w dziecięce trumienki. Ogień sprawił, że ciała dorosłych mężczyzn się w nich zmieściły. 

Siostra pokiwała głową i wtrąciła:

– Zakopaliście, nawet nie postawiliście pomnika. Po pogrzebie ktoś zaproponował, by zrobić nagrobki, a na nich wyryć nazwiska ofiar. Odmówił pan. Pozwolił tylko na tabliczki “NN”.

– I tak ich nie znaliśmy, nawet ty.

– I tu się pan myli.

– Zresztą spłonęli tylko psychicznie chorzy – wtrąca się ktoś z telewizji. – Często bez rodzin, już wcześniej zepchnięci na margines.

– Trwa śledztwo – podejmuje dyrektor. – Ktoś musi być winny. Ja za to nie odpowiadam. Czeka mnie emerytura. Czy to dziewczyna, którą znaleźli na trzecim?

Zasłoniła mnie szara ściana habitu.

– Nie, ten chłopiec jest z parteru. Dlatego przeżył, bo zdążył uciec.

– Myślałem, że zajmujecie się tylko kobietami?

– Pomagamy wszystkim potrzebującym.

Dyrektor przyglądał mi się dłuższą chwilę, lecz w końcu wstał i założył płaszcz. Miał na tyle odwagi, by skinąć nam głową.

– Do widzenia. Myślę, że jeszcze się spotkamy.

Zakonnica poczekała, aż klamka przestanie drżeć i odwróciła się do mnie.

– Cześć, Tomku.

Chwyciła za drewniany różaniec i uśmiechnęła się grymasem, w którym nie było radości.

– Zostaniesz nim, dopóki nie ucichnie sprawa pożaru – wyjaśniła. – Dyrektor szpitala próbuje znaleźć kozła ofiarnego, a jak wiemy to nie ty nim powinieneś być. Przyzwyczaj się do tego imienia.

Zauważyłam, że na mojej karcie szpitalnej nie ma imienia i nazwiska. Zostałam NN.

 

Bunt emocji

 

Na parapecie została tylko ramka ze zdjęciem. Ktoś przykleił wyciętą wcześniej twarz. Jak ją znaleźli? Trzydziestokilkuletni łysolec słał do mnie szeroki uśmiech. Nigdy nie lubiłam jego rudej brody.

– Cześć, tato – mruknęłam. – Już mi lepiej.

To on był fizykiem, a nie ja. To on skończył w szpitalu i umarł na nowotwór, a nie ja. Spojrzałam na kilka kartek, które najwyraźniej uratowano z pożaru. Pełne były rozwiązanych zagadek Sudoku, a niedawno udawały przecież zadania domowe z wykładów. Prawdziwy był za to Tomek i nasza znajomość. Prawdziwa była też cholerna tęsknota, która pożerała mnie teraz czterema zimnymi ścianami z kamienia i martwą ciszą korytarza. Poznałam gdzie jestem. Leżałam w infirmerii sióstr Urszulanek.

Podeszłam do lustra. W odbiciu spojrzałam na chorą, łysą i okrutnie poparzoną miernotę, która nie przypominała tej małej blondynki z moich wspomnień.

 

Lunatykowałam, ale nie było mowy o chorobie. Silniejsze lekarstwa uciszyły wszystkie głosy, schowały cienie i odebrały moje ćmy. Czułam się lepiej, ale miałam wrażenie, że te paskudne kłamstwa nadal gdzieś tam są i czekają na moment, aż odstawię prochy.

Wstrząsnęły mną dreszcze. Obudziłam się w parku, w pierwszych cieniach leniwie wstającego słońca.

Chmurne Imperium odbijało ukradzione światła, a wokół niego tańczyła chmara zagubionych ciem. Część z nich zbliżała się nazbyt blisko jasnego cielska i natychmiast ginęła, porażona okalającym go polem. 

Coś buczało. Na ułamek sekundy odpłynęłam, zrobiło mi się bardzo gorąco… i zapragnęłam być taka jak śpiący w hypnosie. Oderwana od ziemskiej codzienności, wolna i pozbawiona trosk, choć z ludzkiej perspektywy upośledzona. W tej chwili poczułam się jak na kazaniu, bolesnej i przymusowej indoktrynacji. To prawda, że kiedyś pomyślałam o samobójstwie, ale dlaczego byłam do niego przyzwyczajana?

Potem Imperium przeszło kryzys.

Zaczęło się od budzącego obrzydzenie trzasku, potem sparaliżował mnie przeciągły jęk ogromnego cielska. Zawiał zimny podmuch, kula odpowiedziała ziewnięciem trupa, przesiąkniętym mieszanką metalu i ozonu. Biała pokrywa zaczęła pękać, jakby nadepnąć kałużę pokrytą cienkim lodem. Fontanna elektrycznych drzazg prysnęła między szparami, kłując moje oczy i skórę. Wtedy, o wschodzie słońca, Chmurne Imperium zrzuciło płaszcz.

W środku było czarne. Idealnie czarne. Pochłaniało światło, nie wypuszczając ani jednego fotonu.

Żołądek podszedł mi do gardła. Imperium zapytało mnie, a ja nie zrozumiałam: Dlaczego ćmy dokonywały aktu samospalenia. Jak to możliwe, że takie zachowanie umknęło Darwinowi, gdzie uciekła jego selekcja?

Nie zdążyłam odpowiedzieć. Imperium błysnęło złotem. Wykreśliło na sobie tatuaż, zaczęło w samym środku – od okręgu, którego lewa połowa wypełniła się szarością. Drugi okrąg rozciągnął się promieniem kilka metrów szerszym, a po kilkunastu sekundach wyrosło na nim – zupełnie jak korale w naszyjniku – osiem mniejszych, tak samo w połowie ciemniejszych. Kolejne osiem kształtów rozlało się wokół, a były nieco mniejsze od pierwszego, ukrytego w środku okręgu. To była Ziemia, a całość przedstawiała kolejne fazy księżyca.

Spoglądałam na ponadwymiarowe cielsko, przypomniałam sobie rozmowy z ojcem-doktorantem. Czy sny, wspomnienia i marzenia to chwilowe projekcje tych samych potrzeb, ale w różnych chwilach życia? Czy są przekrojem wyobraźni?

Przyglądałam się drżącemu majestatowi.

– Bo przybyłeś, żeby nas wszystkich zapamiętać, prawda?

Wtedy coś mnie uderzyło, zemdlałam. Przebudziłam się w klasztornym ogrodzie. Skóra na twarzy i dłoniach mnie piekła, ale dało się wytrzymać. Miasto się zmieniło – radio nie grało, samochody nie jeździły, nie działała sygnalizacja. Już w akademiku dowiedziałam się, że Imperium krzyczało – tak jak robiły to noworodki – ale siła jego elektromagnetycznego wrzasku unieruchomiła zachodnią część Krakowa.

Może śmierć to skutek uboczny? Dostrzegalny jedynie, gdy coś pójdzie nie tak?

 

Trwało kazanie i było tak nudne, że zapadłam się w myślach. Nawiedził mnie Tomek.

– Widziałaś kiedyś zorzę słoneczną?

Pochłonął mnie ocean wspomnień. Czy to jest właśnie ta druga strona? Zniekształcony, jakby odwrócony, festiwal świateł i sprasowanych widokówek z całego kosmosu przelał się po szklanej powierzchni witraży. Chwytałam oczami fontannę kolorów, machinalnie łapiąc wzrokiem wszystkie nagłe, pojawiające się znikąd błyski. 

Nadmiar światła sprawił, że zaczęło mi trochę ćmić. Czerń i światło – pociągają nas rzeczy, które błyszczą, ponieważ reagujemy na zmiany. To jedyny ruch, jaki jesteśmy w stanie ujrzeć – czy to w promieniach, czy w odbiciu.

Poczułam się dobrze z moim nowym, czarnym cielskiem. Zdziwiłam się, że powiedziałam to na głos:

– Chodzi o kontrast.

I wtedy fala elektromagnetyczna spaliła resztę miasta. A ja poczułam się jak iskra, która przeskoczyła z mojego ciała w inne. Jednym uchem słyszałam śpiew kamedułów, drugim miliony głosów opowiadających swoje historie – a te nie był moje, nie wymyśliłam ich. To my, mempleks – usłyszałam. Wiedziałam już, że w kosmiczny i niepojęty sposób, Imperium postanowiło spełnić złożoną kiedyś obietnicę. Uprowadziło mnie, przyjmując do rodziny miliardów myśli.

 Widziałam przeszłość. Czy tylko szaleniec jak ja mógł bezkarnie powiedzieć, że żył z głową w chmurach?

Spojrzałam na teraźniejszość i sponad koron drzew, przez okna z witrażami, ujrzałam jak mdleję i umieram. To samo spotkało kilku innych pacjentów i braci. To zabawne – pomyślałam – że wszystkie dusze postanowiły odlecieć właśnie w trakcie mszy.

Imperium. Z ramion tego giganta dostrzegałam o wiele więcej niż same chmury.

Koniec

Komentarze

W ramach komentarza, co cieplejsze fragmenty z bety:

 

Jest coś nie­po­ko­ją­ce­go, dziw­ne­go, ta­jem­ni­cze­go i za­ra­zem no­stal­gicz­ne­go w tej hi­sto­rii. Po­łą­czy­łeś kilka po­my­słów, ale po po­praw­kach i szli­fach opo­wieść jest bar­dziej sca­lo­na, jest ja­śniej, ale nadal wy­star­cza­ją­co nie­do­po­wie­dzia­ne. Niby s-f bli­skie­go za­się­gu, ale też fan­ta­sty­ka kon­tak­to­wa. A za­ra­zem moż­li­we jest też zu­peł­nie inne in­ter­pre­to­wa­nie. Może bo­ha­ter­ka, która prze­sta­ła brać ta­blet­ki to wszyst­ko widzi w swo­jej gło­wie? A może wszyst­ko dzie­je się w hyp­no­sie?

Chmur­ne Im­pe­rium in­te­re­su­ją­co obce i nie­zro­zu­mia­łe. Teraz to jego tkwie­nie i trwa­nie na nie­bie jest bar­dziej wro­śnię­te w tekst. Mo­że­ też bar­dziej uza­sad­nio­ne. To wy­gła­dze­nie i lek­kie uprosz­cze­nie opo­wia­da­nia wy­raź­nie się przy­słu­ży­ło.

Oczy­wi­ście nadal ktoś może po­wie­dzieć, że nie wia­do­mo o czym chcia­łeś na­pi­sać. Nie wiemy który wątek jest tym naj­waż­niej­szym i klu­czo­wym dla fa­bu­ły. Czy aku­rat ten dobór scen jest naj­wła­ściw­szy dla przed­sta­wie­nia wizji i za­my­słu Au­to­ra? Do­my­ślam się, że lu­bisz te sceny, dia­lo­gi i opisy i nie bę­dziesz się ich po­zby­wał. I spoko. Na pewno kli­mat opo­wie­ści znaj­dzie swo­ich ama­to­rów. Mnie pa­su­je. A takie nie­do­po­wie­dze­nie ma jakiś urok.

 

Daję klika premierowego.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Podniosłam wzrok – szklany horyzont sprawiał wrażenie, że weszliśmy w nieskończoność. Ukryty wewnątrz pochłonął nas horyzont zielonej łąki

– Głody jesteś?

Chyba był bardzo głodny, bo zjadł literkę.

 

Jestem w kropce. Zastanawiam się, czy opowiadanie jest bardzo wymagające, czy po prostu niezrozumiałe. Historia, która przeziera przez te nieukładające się w całość zdarzenia jest ciekawa i na swój sposób poruszająca. Podobał mi się pomysł z Chmurnym Imperium. Wszystko z perspektywy psychicznie chorej, leczonej w wirtualu. Bardzo dużo zawarłeś w tym tekście, ale odczuwam, jakbyś pisząc, za wszelką cenę nie chciał odsłonić wszystkich kart i dość niechętnie odkrywał swój świat. Dużo miejsca do interpretacji, ale zastanawia mnie, czy jednak nie za dużo.

Hmm… Zostawiam ten komentarz od razu po lekturze. Wrócę, gdy dojdę do jakichś nowych wniosków.

Intrygujące, choć trudne i pełne niejasności.

VRT zaintrygowało mnie już jakiś czas temu (obejrzałem dokument o wykorzystywaniu VR w terapii stresu pourazowego u weteranów). VR sprawdza się też całkiem nieźle w OBE, za to wykorzystywanie w leczeniu schizofrenii to dla mnie nowość, czyli dzięki za bibliografię!

I za opowiadanie.

Można się w nim zagubić (również i w pozytywnym znaczeniu słowa). Atmosfera niesamowitości, którą stworzyłeś, napędza lekturę. Jako czytelnik niekoniecznie wyczekiwałem odpowiedzi, co raczej podumałem nad pytaniami, a to przeciez wystarczy, żeby kliknąć bibliotekę.

Podoba mi się, jak piszesz. Pod względem technicznym obyło się bez drzazg w oczach. Fabularnie miałes mnie od początku, choć spory w tym udział podobnych zainteresowań, też tych literackich. Oniryczność, s-f, mrok (taki dziwny, bo płynący z ognia;)) – mieszanka wybuchowa, u Ciebie podana bez fajerwerków, w zasadzie na spokojnie, z zachowaniem odczucia odrealnienia. Szacun.

Pierwszy akapit trącił mi stacatto, że pozwole sobie na zamarudzenie. Nie płynął, cholercia, jak powinien.

Brawo.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Ładne, nastrojowe i zarazem pełne tajemnic.

To najprzystępniejszy Twój tekst, w którym może nie odlatujesz w tak cienione przez Ciebie abstrakcje Dukajowe, ale za to pozwalasz wyobraźni wejść w chmury, stąpając jednak nadal mocno na ziemi.

Od początku bety podobały mi się pomysły na hypnosa i Chmurne Imperium.

Otwarta interpretacja nie przypadnie wszystkim do gustu, ale mnie się podoba :)

Podsumowując: ładny koncert fajerwerków, wart klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Chyba nigdy nie wskazywałem Ci zdań czy potknięć, więc może teraz.

Zza jej odcieni wyglądała wielka plama gorejącej bieli.

Niby jasne, że “jej” to zieleń, ale dziwnie brzmi to zdanie, zresztą, jak cały akapit.

Okno pokazywało północ

Jak okno pokazuje północ?

Minęłam się z drzwiami kruchty i wpadłam w objęcia mgły przytulonej do zabarwionych wrześniem drzew.

To drzwi biegły z naprzeciwka? Minęłam drzwi kruchty.

Moje sto sześćdziesiąt centymetrów dało nam razem prawie trzy i pół metra.

Siedząc na barkach u mężczyzny mogła mieć wzrok co najwyżej na wysokości 2,5 metra, chyba, że byli cyrkowcami i stała mu na barkach.

Nie ważne, że nie umiesz.

Trochę za dużo, jak to u Ciebie, rzucasz zdań metaforycznych, często nie wiem, co nią jest, a co pokazujesz, jako rzeczywistość. Przykład:

Chroniąca nas przed granicą symulacji kopuła, przestała ukrywać gwiazdy. Puściły pryzmaty, więc niebo rozjarzyło się chmarą kolorowych światełek. Podniosłam wzrok – szklany firmament sprawiał wrażenie, że weszliśmy w nieskończoność. Ukryty wewnątrz pochłonął nas horyzont zielonej łąki, poprzecinanej gdzieniegdzie zagajnikami i małymi stawami. Na samym środku wygenerowanego światka rozciągała się wybudowana dla nas wioska.

Chociaż przeczytanie gdzieś słowo – myślonauci, brzmi bardzo fajnie.

Co do treści, to cóż… Mam mnóstwo nieprzeczytanych opowiadań, ale ostatnim opkiem, gdzie początkiem otarłeś się o geniusz, ściągnąłeś mnie tutaj. No, Mad Max to nie jest, a ja chyba ciągle będę tego od Ciebie oczekiwał.

Wiem już też, co mi nie leży w Twoich opowiadaniach. Fantastyczne, futurystyczne wizje i pomysły na światy, wplatasz w zupełnie, ale to zupełnie normalną rzeczywistość i normalnych ludzi. A uważam, że tak nie będzie. Już to gdzieś pisałem, człowiek inaczej się wypowiadał, miał inną mentalność nawet trzydzieści lat temu, a co dopiero w przyszłości. Owszem, ta z opowiadania nie brzmi może jakoś bardzo odlegle, ale i ta mi nie pasuje, nie mówiąc o bardziej oddalonych czasach. To dobre opowiadanie, ale nie tego oczekuję.

Czekam więc na Mad Stna. :)

 

Komentarz będzie długi, za co przepraszam, a recenzja surowa i jeśli możesz to wybacz mi, że miejscami może być bardzo trudna do przyjęcia. Ja tu nie widzę „targetu”. Dla kogo to jest – dla dzieci, młodzieży będzie dziwna, dla dorosłych naiwna .

1/ „…Złośliwa neuroinfekcja zjadała układ nerwowy Tomka, niedługo miał stracić władzę we wszystkich mięśniach. Cztery miesiące od uszkodzenia pnia mózgu – tyle nam dawano. Zamrożenie było jedyną nadzieją.”

Czy musi to być koniecznie pień mózgu? Przy uszkodzeniu pnia mózgu – cielesne funkcje ciała trzeba wspomagać od razu. Cztery miesiące – nie, stajemy się błyskawicznie warzywem. Neuroinfekcja nie może “zjadać” układu nerwowego. Przemyślałabym pień mózgu, wystarczyłby kręgosłup, jeśli chodzi o ciało i zmiany, albo po prostu wybierz sobie inną strukturę w OUN, bądź w rdzeniu kręgowym. Typową neuroinfekcją jest zapalenie opon mózgowych, też to od kleszczy.

 

Śródmózgowie razem z mostem i rdzeniem przedłużonym określa się zbiorczo jako pień mózgu. Pień mózgu odpowiada przede wszystkim za regulację funkcji życiowych, takich, jak: oddychanie czy praca serca oraz za sprawą rdzenia przedłużonego – czynności wegetatywnych. Znajduje się w nim także tzw. twór siatkowaty (lub układ siatkowaty) – zbiór jąder, współdziałających ze sobą i „filtrujących” informacje docierające do mózgu i z niego wychodzące, w tym regulujących zdolność do czuwania i wybudzania się ze snu. Podsumowując – byłabym ostrożna z pniem mózgu, zwłaszcza, że – i tu kolejny cytat – “Pień i podstawa neuronalna, zawierającą wszystkie układy regulacyjne i reproduktywne organizmu nazywany jest też "zespołem R" (od Reptilians, gady). Zespół R jest bardziej pierwotny niż obszary mózgu kontrolujące emocje, mają go już zwierzęta zimnokrwiste. Pień mózgu wpływa na pozostałe obszary zarówno przez bezpośrednią stymulację jak i regulację poziomu różnych neurotransmiterów…”

Dla mnie neuroinfekcja skojarzona z pniem mózgu to po prostu śmierć.

 

2/ Wiele opisów znajduję jako upraszczające i niefortunne:

„…Początkowo przeźroczysta, jak w upalny dzień przedstawiła się wirami powietrza i fatamorganą. W końcu ciało wypełniła materią, a ja dostrzegałam każde ścięgno i każdą pracującą żyłę – to czarne smugi tańczyły na śnieżnobiałej powierzchni. – jaką materią, jakie żyły – rozumiem, że próbujesz dopasować się do stanu chłopaka (metaforycznie), lecz pozostaje to cholernie niejasne, dlaczego tak postrzega, obcy , a taki sam jak jej chłopak.

„…Kraków nie przywitał gościa z uśmiechem – miejską przestrzeń przeszył jazgot syren i pisków opon…” – co to jest, dlaczego miał przywitać z uśmiechem? Jesteśmy otwarci????, pytanie na co i czy w ogóle?

„…Kobiety nie były częstymi gośćmi i doskonale to wyczuwałam. Byłam tu kosmitką…” – tłumaczenie niepotrzebne. Doskonale wyczuwać – „no way”, raczej zwyczajnieczujesz zmieszanie. Wyrzuciłabym “doskonale to wyczuwałam”, wystarczy kosmitka.

„…Powinni to widzieć? – zapytał naszego lekarza jeden z braci.

– Niektórzy mogą oglądać telewizję, więc i tak się dowiedzą. Niech zaczerpną trochę powietrza…” – gdzie dzieje się akcja, skąd lekarze i po co?

„…Próbowaliśmy nie pogubić się w gęstniejącym tłumie. Było tak ciasno, że czułam bicie przytulonych do mnie serc…” – niejasne, skąd euforia, przecież ludzie boją się nieznanego, raczej panika.

„…Weź mnie na ramiona – powtórzyłam.

– Dlaczego?

– Bo jestem mała. I tak nie poczujesz.

– Nie chce mi się. Przecież jeszcze się naoglądasz.

Westchnęłam głośno.

– Odmówisz kobiecie?

Numer stary jak świat, podły jak sam diabeł, ale ciągle skuteczny…”

 

Masz rację, że motyw stary jak świat w sensie oczekiwanej przez kobiety opieki. Natomiast odpowiedź – nie wydaje mi się wiarygodna. Dlaczego – przecież miał ciało i mógł to zrobić (potężna motywacja w tej konkretnej sytuacji). 

„…Kiedyś – bo jestem za młoda, żeby pamiętać – i ktoś – bo go nie znam – postanowił sprzeciwić się rządom biskupów i zamiast kolejnego wizerunku Boga nad miastem opiekę zaczął sprawować astronom, zajmując miejsce starego i wąsatego wodza z przeszłości. Spod pukli kamiennych włosów przyglądała się nam pociągła, szczupła twarz. Orli nos wskazywał na gwiazdę polarną. Zaciśnięte usta torturowały nas milczeniem…” – niejasne, albo idziemy na skróty. “Imperium jak ostrze gilotyny, wisiało mu tuż nad głową”  – stary i wąsaty to Słowacki, Mickiewicz, czy kto – Piłsudski, Wałęsa, Dmowski, Paderewski? Zaciśnięte usta torturowały – dlaczego???. Orli nos nie może wskazywać gwiazdy polarnej, czyli pozostaje informacja o jego orlim nosie. Co to za wizerunek Boga – ten wąsaty??? – jest myśl lecz nie obleczona w słowa, napisz wprost, o co Ci chodzi. Ostrze gilotyny i tyle ludzi przyszło, lecz kto komu chce uciąć ordynarnie łeb, bez powodu, a może powód istnieje.

 

Stop, nie będę dalej kontynuować moich zapytań i zatrzymań. Generalnie jest tu Tajemnicza Chmura, wątek obyczajowy (u Finkli zdaje się lepszy, bliższy życia – przeżycia bohaterów), tragedia – „lecisz" na niej.

Poszczególne sformułowania, zdania są piękne, lecz prowadzą do niczego tj. nie do osoby czującej obok, uciekasz od tego. Na przykład:

„…Przyglądałam się jej, białej i spokojnej, ignorującej rozlany wokół chaos. Prawdziwe oblicze Imperium. – powierzchowne, moim zdaniem, i dalej nic z tym nie robisz, czuję że może coś jest, lecz w tekście brakuje słowa o tym.

Separujesz się:

„…Rodzinka szpargałów rozweselała ascetyczny smutek tego miejsca; kolorowe kapcie pilnowały przykrytej gumolitem podłogi, rzucone niedbale ciuchy ogrzewały fotel, łańcuszek ułożony na blacie biurka mrugał do mnie odblaskami, a ramka ze zdjęciem przyglądała się konturem wyciętej z niego twarzy…” – przesadziłaś, czy to są uczucia, które przeżywa bohaterka? Podobnie dalej lecz nie będę zamieszczać, czujesz lecz piszesz o tym tak, jakby bohaterka wyszła z siebie i robiła wyliczankę.

 

Gdybym miała podsumować swoje wrażenia, to czujesz lecz opis wydarzeń jest nieadekwatny, jakbyś podążała linią równoległą, pytanie do czego? W zasadzie to historia o chorobie, nieuleczalnej, nawet nie wiem, czy o miłości, bo jej za mało, bardziej narcyzm i koncentracja na sobie. Pomysł z twarzą był niesamowity, przypomniał mi bajkę Kołakowskiego „Piękną twarz”. 

Dodatkowo muszę docenić sprawny język, pisanie, budowanie zdań. Zdecydowanie na minus jest UFO, kobieta i mężczyzna, ich relacja.

Przykro mi to pisać, Stnie, ale przez opowiadanie przebrnęłam z największym trudem i, niestety, nie udało mi się zorientować, o czym miałeś nadzieję opowiedzieć. Były tu zdania poświęcone chorobie, wspomnieniom, rozpatrywaniu aktualnych wydarzeń, wirtualnej rzeczywistości, rozmowom i przemyśleniom, tudzież różnym dziwnym zjawiskom i zdarzeniom, tyle że wszystko zostało tak dokładnie ze sobą wymieszane, że się w tym zwyczajnie pogubiłam. Zdaje mi się, że rozumiałam poszczególne zdania, ale już sens akapitów umykał mojej zdolności pojmowania.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia. :(

 

Okno po­ka­zy­wa­ło pół­noc… –> Środek nocy – jak zegar, czy może jak kompas – stronę świata? Czy okno może coś pokazywać?

 

Bra­cia wy­bie­gli, za­ha­cza­jąc bu­ta­mi o fałdy zwa­li­stych szat. –> Na czym polega zwalistość szat?

 

Mi­nę­łam się z drzwia­mi kruch­ty i wpa­dłam w ob­ję­cia mgły… –> Zdanie sugeruje, że przeszła obok drzwi, które szły w przeciwnym kierunku.

Proponuję: Mi­nę­łam drzwi kruch­ty i wpa­dłam w ob­ję­cia mgły

 

miej­ską prze­strzeń prze­szył ja­zgot syren i pi­sków opon. –> Raczej: …miej­ską prze­strzeń prze­szył ja­zgot syren i pi­ski opon.

 

Było tak cia­sno, że czu­łam bicie przy­tu­lo­nych do mnie serc. Od­wró­ci­łam się od nich i sta­nę­łam na pal­cach… –> Czy dobrze rozumiem, że odwróciła się do przytulonych do niej serc?

 

– Weź mnie na ra­mio­na – po­wtó­rzy­łam. –> Jak mogła powtórzyć, skoro wcześniej nikogo nie prosiła, aby wziął ja na ramiona?

 

W rogu od wej­ścia stało łóżko. –> Co to jest róg od wejścia?

 

Po­dą­żam wą­tłym bla­skiem ulicz­nych la­ta­re­nek. –> Można podążać w blasku, za blaskiem, ku blaskowi, ale nie wiem, jak można podążać blaskiem?

 

Ze środ­ka miesz­ka­nia do­la­tu­je mnie za­pach ko­la­cji, a z to­wa­rzy­szą­cej jej gwaru: śmiech i wrza­wa pi­ja­nych ludzi. –> Kim jest ta, której towarzyszy gwar rodzaju żeńskiego?

Podejrzewam, że miało być: Ze środ­ka miesz­ka­nia do­la­tu­je mnie za­pach ko­la­cji i to­wa­rzy­szą­cy jej gwar: śmiech i wrza­wa pi­ja­nych ludzi.

 

Spo­glą­da­łam na nich, pró­bu­jąc sku­pić na któ­rejś z twa­rzy wzrok. –> Raczej: Spo­glą­da­łam na nich, pró­bu­jąc sku­pić wzrok na któ­rejś z twa­rzy.

 

Zwę­zi­łam oczy, by go doj­rzeć. –> Obawiam się, że oczu nie można zwęzić.

Chyba miało być: Zmrużyłam oczy, by go doj­rzeć.

 

Sze­ro­ka, ogo­rza­ła twarz uśmie­cha­ła się do mnie tak szcze­rze, jak tylko wy­glą­dać może pi­ja­ny przy­ja­ciel. –> Jaki jest związek między szczerze uśmiechniętą twarzą, a wyglądem pijanego przyjaciela?

 

Tomek za­szczy­cił go nawet zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi. –> Raczej: Tomek za­szczy­cił go nawet zmarsz­czeniem brwi.

 

Sta­nę­li­śmy, na­słu­chu­jąc za po­mru­ka­mi przy­by­sza z in­ne­go świa­ta. –> Mogę nasłuchiwać, stojąc za czymś, ale nie wiem,  jak można nasłuchiwać za pomrukami?

Proponuję: Sta­nę­li­śmy, na­słu­chu­jąc po­mru­ków przy­by­sza z in­ne­go świa­ta.

 

ale nie prze­szka­dza­ło w ob­ser­wa­cji ko­smo­su i uży­wa­nia sa­te­li­tów. –> …ale nie prze­szka­dza­ło w ob­ser­wa­cji ko­smo­su i uży­wa­niu sa­te­li­tów.

 

Zwłasz­cza tej je­sie­ni, kiedy po­wra­ca­ją­ca twarz ojca do­pro­wa­dza­ły mnie do dru­gie­go sza­leń­stwa. –> Piszesz o jednej twarzy, więc: …po­wra­ca­ją­ca twarz ojca do­pro­wa­dza­ła mnie

 

Tem­pe­ra­tu­ra spa­dła, a świa­tła przy­ga­sły, zmu­sza­jąc drze­wa do zrzu­ce­nia resz­tek koron. –> W jaki sposób drzewa zrzucają korony? Czy tak jak jelenie poroże?

 

Po dro­dze wy­mi­nąć muszę po­ko­je pa­cjen­tów… –> Raczej: Po dro­dze ­mi­nąć muszę po­ko­je pa­cjen­tów

 

Śmier­dzia­ło sta­ro­cią. –> Jedną starocią?

A może miało być: Śmier­dzia­ło sta­ro­ścią.

 

Za­mar­łam w prze­ra­że­niu. –> Kiedy weszła w przerażenie?

Proponuję, Zamarłam przerażona.

 

Dra­pał się po rudej szcze­ci­nie. –> Można drapać się po głowie, po brodzie, po policzku, ale nie po szczecinie.

 

wziął łyk, po­pi­ja­jąc wy­ja­śnie­nia. –> Łyków się nie bierze.

Może: …przełknął/ łyknął haust, po­pi­ja­jąc wy­ja­śnie­nia.

 

Chwy­cił za jeden z wy­dru­ków. –> Chwy­cił jeden z wy­dru­ków.

 

Nie ważne, że nie umiesz. –> Nieważne, że nie umiesz.

 

Kap­su­ła po­bie­ra­ła coraz wię­cej prądu, ze sta­rych gniaz­dek trza­snę­ło. –> Raczej: Kap­su­ła po­bie­ra­ła coraz wię­cej prądu, w sta­rych gniaz­dkach trza­snę­ło. Lub: Kap­su­ła po­bie­ra­ła coraz wię­cej prądu, ze sta­rych gniaz­dek dobył się trzask.

 

Przed­sta­wi­łam go z moimi ćmami o to Ania, Kasia, Zuzia i Molek, pro­szę pana… –> Przed­sta­wi­łam mu moje ćmy oto Ania, Kasia, Zuzia i Molek, pro­szę pana

 

Sio­stra Ur­szu­lan­ka chwy­ci­ła wi­szą­cy na szyi ró­ża­niec. –> Sio­stra ur­szu­lan­ka chwy­ci­ła wi­szą­cy na szyi ró­ża­niec.

 

Zła­pa­łam za klam­kę do drzwi. –> Zła­pa­łam klam­kę drzwi.

 

Chwy­ci­ła za drew­nia­ny ró­ża­niec… –> Chwy­ci­ła drew­nia­ny ró­ża­niec

 

Pełne były roz­wią­za­nych za­ga­dek Su­do­ku… –> Pełne były roz­wią­za­nych za­ga­dek su­do­ku

 

Le­ża­łam w in­fir­me­rii sióstr Ur­szu­la­nek. –> Le­ża­łam w in­fir­me­rii sióstr ur­szu­la­nek.

 

Część z nich zbli­ża­ła się na­zbyt bli­sko ja­sne­go ciel­ska… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Część z nich podlatywała na­zbyt bli­sko ja­sne­go ciel­ska

 

Biała po­kry­wa za­czę­ła pękać, jakby na­dep­nąć ka­łu­żę po­kry­tą cien­kim lodem. –> Nie brzmi to najlepiej.

Biała po­kry­wa za­czę­ła pękać, niby na­dep­nięta ka­łu­ża powleczona cien­kim lodem.

 

Drugi okrąg roz­cią­gnął się pro­mie­niem kilka me­trów szer­szym… –> Promień okręgu ma określoną długość, ale czy promień może mieć szerokość?

 

To była Zie­mia, a ca­łość przed­sta­wia­ła ko­lej­ne fazy księ­ży­ca. –> To była Zie­mia, a ca­łość przed­sta­wia­ła ko­lej­ne fazy Księ­ży­ca.

 

Trwa­ło ka­za­nie i było tak nudne, że za­pa­dłam się w my­ślach. –> Czy można zapaść się w myślach?

Proponuję: Trwa­ło ka­za­nie i było tak nudne, że pogrążyłam się w my­ślach.

 

Nad­miar świa­tła spra­wił, że za­czę­ło mi tro­chę ćmić. –> Co ćmiło bohaterce?

 

Spojrzałam na teraźniejszość i sponad koron drzew, przez okna z witrażami, ujrzałam jak mdleję i umieram. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …przez okna z witrażami, zobaczyłam jak mdleję i umieram.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Matuchno. Się Was tu naroiło.

 

@ac

Poprawiłem i nakarmiłem.

 

Bardzo dużo zawarłeś w tym tekście, ale odczuwam, jakbyś pisząc, za wszelką cenę nie chciał odsłonić wszystkich kart i dość niechętnie odkrywał swój świat.

Tu nie ma niczego ukrytego, żadnego trzeciego dna. Akcję spowija lekka mgła, być może użyte rekwizyty zdają się ją potęgować, ale wszystko jest tutaj proste jak przysłowiowy drut. :)

 

@koik80

Bibliografia zawsze w cenie – a cieszę się, że komuś się przyda. ;)

Przyznam się, że pierwszy akapit napisałem wieczór przed opublikowaniem tekstu. Gdybym wrócił po tygodniu do opowiadania, to najpewniej znalazłbym sposób na wyszliowanie tego fragmentu. Gdybym mógł jeszcze kilka dni odkładać pozostałe obowiązki. Trudno. Uznaję tekst za skończony – teraz możemy tylko narzekać!

 

@Darcon

W podanym fragmencie nie ma ani krzty metafory. Ot, silący się na artyzm opis tego, co bohaterka zauważyła.

 

(…)ale to zupełnie normalną rzeczywistość i normalnych ludzi.

Ostinato było zdecydowanie oderwane od rzeczywistosci. Zostałem niemal przez to zjedzony. :D

Ten tekst jest oddechem od poprzedniego, ot wprawką przed kolejnym. A skoro wspominasz o Mad Maxie, to planuję zrobić lobotomię na cyberpunku. Taka rozszerzona wersja "Wzór do naśladowania" – ale na prawdziwych dragach i z większym bagnem zwanym "otoczeniem". ;)

 

Już to gdzieś pisałem, człowiek inaczej się wypowiadał, miał inną mentalność nawet trzydzieści lat temu, a co dopiero w przyszłości

I ja wiem to doskonale – ale nie umiem jeszcze tak kreować swojej wizji. Do tej pory zdecydowałem się na kreowanie światów, niedługo podejmę się i tego. 

Po nowym roku wezmę Cię na czytelniczą randkę. ;)

 

@Asylum

Opinia nawet koło "surowej" nie stała. Dostawałem mocniejszymi. Smiało, lubię posmak krwi. ;)

 

Czy musi to być koniecznie pień mózgu? Przy uszkodzeniu pnia mózgu – cielesne funkcje ciała trzeba wspomagać od razu. Cztery miesiące – nie, tajemy się błyskawicznie warzywem.

Nigdzie nie wspomniałem, że Tomek był jeszcze "na chodzie" zanim trafił do szpitala. Pojawia się wzmianka, że przyjęto go już uśpionego. Nie sprecyzowałem jaka to neuroinfekcja, więc nie ma co liczyć mu dni. To jest miecz Damoklesa, który nigdy nie miał w tym opowiadaniu spaść.

 

Dla mnie neuroinfekcja skojarzona z pniem mózgu to po prostu śmierć.

W świecie, w którym dostępne są wypożyczanie ciał ("proksyk") i jest "właściwa" hibernacja (pomijamy dzisiejsze próby zamaczania w azocie…), nie musi być to śmierć natychmiastowa.

 

rozumiem, że próbujesz dopasować się do stanu chłopaka ( metaforycznie), lecz pozostaje to cholernie niejasne, dlaczego tak postrzega, obcy , a tacy sami jak jej chłopak.

To postrzega dziewczyna, to pojawiające się Imperium. Materializująca się fatamorgana. Być może zgubiłem gdzieś tam narratora?

 

co to jest, dlaczego miał przywitać z uśmiechem? Jesteśmy otwarci????, pytanie na co i czy w ogóle?

Uwierz mi, że gdyby coś takiego zawisnęłoby z Krakowem, z ogromną chęcią pierdolnąłbym obowiązkami o stół i poszedł sobie to po prostu pooglądać. Nie wierzę w panikę. Poza początkowym chaosem szybko wróciłaby normalność. Na pewno pojawiłaby się ogromna ciekawość.

 

gdzie dzieje się akcja, skąd lekarze i po co?

Wystarczy doczytać do końca fragmentu i następujący po nim. Wyrywanie zdań z kontekstu, kiedy czyta się nieuważnie. jest podobne do kopania w krocze.

 

Natomiast odpowiedź – nie chce mi się zdaje mi się niewiarygodna.

Zwykła przekomarzanka dwójki przyjaciół. Nie szukaj drugiego dna.

 

miejsce starego i wąsatego wodza z przeszłości.

Kopiec Niepodległości zwany kopcem Piłsudskiego. 

 

(…) zajmując miejsce starego i wąsatego wodza z przeszłości.

To jedyna wzmianka o tym wąsatym człowieku. Reszta dotyczy posągu. Nie wiem, czy czytałaś to jednym okiem, czy chcesz po prostu się przyczepić i zrobić łapankę.

 

przesadziłaś, czy to są uczucia, które przeżywa bohaterka? Podobnie dalej lecz nie będę zamieszczać, czujesz lecz piszesz o tym tak, jakby bohaterka wyszła z siebie i robiła wyliczankę.

Nie. Opisywałem to, co widziała. Wprowadzałem czytelnika w jej świat. Tak działają opisy. Gdybym dopisał "ciągnęła wzrokiem po pokoju …" uznałabyś to?

 

@reg

Poprawię to! W najbliższym czasie.

 

Wybaczcie ten dość skurczony komentarz – jeszcze wrócę do dalszej dyskusji.

Nadal odlatujesz, ale chyba przynajmniej lecisz w dobrym kierunku, IMO. Więcej można z tekstu odgadnąć. Chociaż brodzenie w otchłaniach szaleństwa nic a nic mnie nie pociąga.

Mocno onirycznie, koniec końców nie wiem, co tam się naprawdę wydarzyło. No, szpital spłonął. Ale dlaczego nie ewakuowano chorych? W ramach zmniejszania deficytu budżetowego?

Masz tu kilka ciekawych pomysłów, trafiają się również niebanalne opisy. To wycięte zdjęcie robi wrażenie.

A z ćmami to niezupełnie tak, że chcą lecieć w stronę światła.

Moje sto sześćdziesiąt centymetrów dało nam razem prawie trzy i pół metra. Z ramion dryblasa dojrzałam o wiele więcej, niż bym mogła się spodziewać.

Znaczy co? Facet miał prawie dwa metry, a ona mu stanęła na głowie? Względnie w szpilkach – aua! – na ramionach? Akrobatka?

Orli nos wskazywał na gwiazdę polarną. […] Astronom przyglądał się oddali, a ręce i nogi zakopane miał w ziemi.

Nijak nie potrafię sobie wyobrazić tego pomnika. Pozycja wilka wyjącego do księżyca czy zwyczajnie na czworakach, ale ze skręconym karkiem? BTW, daj duże litery gwieździe. To nazwa własna.

Babska logika rządzi!

Ewakuowano. Ale dym i żar powstały z pożaru gumolitu jest o wiele bardziej groznu niż deficyt. Musiałaś też nie zauważyć strażaków. Ani wzmianek o tym, że budynek szpitala było stary i zaniedbany, a dyrektor czekał tylko na emeryturę. Doceniam chęć żartu, ale ta ironia jest bliższa chęci pokazania “ale jestem cięta!”, niż rzucenia merytorycznej uwagi.

Co jest ciekawe, bo dalszą opinia jest ciekawsza.

Utrzymanie drobnej blondynki na ramionach, jak się ma dwa metry, nie jest wcale wielkim wyzwaniem. Ale jak chcesz po facecie łazić w szpilkach, to ja się na Twoje dewiacje nie piszę. ;)

Ćmy – prawda, nawigują i układają trasę wobec pozycji księżyca. To nasza wina, że wlazimy im nocą z kolejnymi źródłami światła i rozpieprzamy ćmowego GPSa.

Pomnik muszę w paincie namalować – jutro z kompa podeślę. !)

Gwiazda – racja!

Asa, taki pożar miał miejsce – w szpitalu w Górnej Grupie. Paskudna historia.

No, byli strażacy. Ale co z personelem szpitala? Też musiała być jakaś nocna załoga. Na miejscu, nie musiała przyjeżdżać. I ani jednej osoby nie wyprowadzili? Nie ruszali gaśnic? Kurczę, mnie się to po prostu w głowie nie mieści.

Uniesienie blondynki to nie problem. Problem z utrzymaniem równowagi, kiedy stoi się na tak niepewnym podłożu jak człowiek. I to wysokim. Ja bym się za bardzo bała, żeby w ogóle spróbować.

Babska logika rządzi!

I ja wiem to doskonale – ale nie umiem jeszcze tak kreować swojej wizji.

I ja wiem i też nie umiem. Nie ma się jednak czym martwić, do tej pory tylko Frank Herbert, moim zdaniem, dał radę wykreować człowieka mentalnie wybiegającego w przyszłość, choć wykorzystał też stare, dobrze nam znane fundamentalne cechy takie jak honor czy lojalność. Niemniej, wszystkie części Diuny robią wrażenie. Czytałeś? 

Gdzie napisałem, że wszyscy spłonęli? Jest informacja o ofiarach, ale nie ma ani jednego zdania, że spłonęli wszyscy (poza kapsułami). To opowieść z (ograniczonej!) perspektywy jednej chorej dziewczyny – dym, żar, panika; nie widziała i nie słyszała wszystkiego, co dzieje się wokół. Czy naprawdę miałem rozpisać zachowanie ludzi jak pionków na szachownicy? Nie popadajmy w skrajności.

Pomyślę nad tymi trzema metrami.

 

Diuny nie czytałem. Jeszcze. Odsuwam to w czasie. Trochę za dużo pozycji w tej serii się ukazało i nie wiem, czy chce zanurzać się w oceanie. I tak mam uraz do wielu starych “klasyków". Hyperion (pierwsza część) był kiepski (poza kilkoma fragmentami). Jak doczytałem do końca, to prawie podarłem ten badziew na strzępy. Drugi tom nieco mi tę przygodę zrekompensował. A to nie jedyne stare dzieło, które zbudowało moją krytyczną opinię. :(

No, tak to zrozumiałam:

Wciąż wyjaśniamy okoliczności nieudanej ewakuacji.

– Przecież takiej nie było! –

Jeśli nie było, a chorzy spali otumanieni lekarstwami (bohaterka jest przytomna, bo ich nie połknęła), to raczej mieli niewielkie szanse.

Ktoś musi być winny. Ja za to nie odpowiadam. Czeka mnie emerytura. Czy to dziewczyna, którą znaleźli na trzecim?

Zasłoniła mnie szara ściana habitu.

– Nie, ten chłopiec jest z parteru. Dlatego przeżył, bo zdążył uciec.

A z tego zrozumiałam, że: a) oskarżają bohaterkę o podpalenie; b) uratowanych jest naprawdę niewielu. Jeśli ktoś przeżył, to cudem i trzeba się z tego tłumaczyć.

Babska logika rządzi!

Hm, to sam nie wiem, bo mi Hyperion bardzo się podobał. Diuna jest “delikatniejsza”, jeśli tak mogę to ująć, więc wychodzi mi, że nie w Twoim kierunku. To świetne studium człowieka, który staje się doskonalszy fizycznie, a co za tym idzie, także psychicznie, ale pewnie określiłbyś to jako obyczajówkę. Tyle, że tylko Herbert “stworzył” człowieka innego mentalnie, różniącego się od człowieka współczesnego. U reszty autorów czytam owszem, o innych światach, ale ludzie są w nich normalni (czytaj, myślą jak my), ile by to lat do przodu nie było.

Nie no, “Diuna” nie jest obyczajówką. Same wątki przewidywania przyszłości wystarczą. A tu jeszcze podróże międzyplanetarne, przyprawa, wielkie imperium, mentaci…

Babska logika rządzi!

Dla mnie to biblia w fantastyce, pisałem o przypuszczalnym odbiorze Mad Stn’a.

@stn Przepraszam i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Okazało się, że przeczytałam zaledwie trzy strony, a pomyślałam, że to koniec opowiadania. Jechałam kolejką, czytałam na telefonie, potem wpadłam w wir zawodowy i nie tylko, ale jak napisałam na początku, to nie może być usprawiedliwieniem. Przepraszam więc jeszcze raz.

Była mgła.

Przeczytam porządnie jeszcze raz i wrócę z krótkim komentarzem, nie na pośpiesznie. 

Finklo, mam wrażenie, że czas zawieszasz sobie poprzeczkę niewiary tak wysoko, że potem nie ważne jak się starając, nie możesz jej przeskoczyć. Pożar rozegrał się na trzecim piętrze, doświadczyliśmy go z perspektywy chorej dziewczyny. Co więcej możemy o nim wiedzieć? Być może krzyki jednak obudziły innych pacjentów, być może komuś udało się wyskoczyć oknem albo zbiec po schodach, być może. To nie jest clue opowiadania. Prujesz złą nitkę. ;)

 

@ac no właśnie nie wiedziałem, co myśleć o tym komentarzu. Nie byłem w jakikolwiek sposób zły, tylko zdziwiony, że właśnie tym opowiadaniem kogokolwiek wpuscilem w maliny. Przepraszaj mnie jak mi psa kopniesz – w komentarzach wyżyj się, to jest przecież sens dyskusji.

 

Darconie, Hyperion dla mnie jest zlepkiem opowiadań, sklejonych klejem wspólnej pielgrzymki, która w ogóle nie posuwa się do przodu. Poznajemy świat, dostajemy zagadki… I kończymy scena jak z teledysku Aquarius, z tym trzymaniem się za ręce. No po prostu… Książka to jeden potężny cliffhanger. Choć pełen świetnych pomysłów (kilka jest nadal świeżych).

Za Diunę się wezmę, ale boje się tej całej etykiety świetności, która została jej przypięta. To stara pozycja i boje się, że zapachnie formaliną. Ale… przynajmniej mam okazję srogo się zdziwić. ;)

Przez ten czas wirtualna rzeczywistość pozwoliła zrozumieć naturę dręczących mnie halucynacji, pokazała które z doznań były prawdziwe. To właśnie bliskość drugiego człowieka, tak samo skrzywionego jak ja, dodawała mi otuchy.

 

Tak w nawiasie (po kliknięciu w linki). Ciekawy temat wykorzystania VRT, ale przyznam szczerze – widzę to w leczeniu zaburzeń lękowych, ale psychoz? Nie przekonuje mnie totalnie. W twoim opowiadaniu widzę wadę tego podejścia – kreowanie drugiej rzeczywistości, kiedy człowiek i tak ma problem z ogarnięciem tego co jest “rzeczywiste”? Widziałam o wiele lepsze symulacje z gier, ale przedstawiały na odwrót – przeżycia schizofrenika z omamami słuchowymi. Tak czy siak, temat ciekawy i warty obserwacji. Ale w naszym kraju na pewno się pojawi jakieś trzydzieści lat później przy dobrych wiatrach. 

 

Jak na Ciebie stn, tekst przystępny, ale wciąż nie mogę ogarnąć co chciałeś powiedzieć. Jest coś sentymentalnego, a niektóry momenty były tak napisane, że aż mi ciarki przechodziły po plecach (ale przeżycie subiektywne i palcem nie wskażę w jakich momentach). Czytałam z ciekawością, ale nie wiedziałam czasem w jakim momencie historii jestem. Końcówka cudowna, ale kurczę… co się tak naprawdę wydarzyło? Może trochę za dużo niedopowiedzeń. 

Tyle, że tylko Herbert “stworzył” człowieka innego mentalnie, różniącego się od człowieka współczesnego.

Jak?

I would prefer not to.

To stara pozycja i boje się, że zapachnie formaliną

Zarzucasz Finkli, ale też nie czytasz uważnie. :) Napisałem, że Herbert stworzył człowieka (od strony mentalnej) przyszłości. Jako jedyny. Nie może więc trącać formaliną.

Zapewniam Cię, że bez względu na to, czy Ci się spodoba, czy nie. Nic takiego wcześniej nie czytałeś i szybko nie przeczytasz.

 

Czytałaś, Wybranietz?

Może źle się wyraziłam. To nie tylko problem niewiary, co odmowa zaakceptowania zjawiska. No, kurczę, pewnych rzeczy się nie robi. Bezbronnych się ratuje z pożaru, chorych psychicznie nie zostawia się bez opieki. Jeśli do czegoś takiego doszło, to ktoś tam jest wielkim s…ynem. Porównywalnym do tych podejmujących podłe decyzje w kwestii ochrony zdrowia. Stąd odruchowy żart na temat deficytu.

Ale to właściwie nie ma większego znaczenia, problem niepotrzebnie urósł w dyskusji. Po prostu drobny aspekt, który mnie odrzuca.

Babska logika rządzi!

Czytałam i dlatego pytam.

I would prefer not to.

W takim razie, czy to jest pytanie zaczepne?

Odpisywałem w kolejce, mając mocne postanowienie wypicia tego zimniutkiego piwa z siatki. Wybacz mi więc to roztrzepanie. ;)

 

Finklo – przeczytaj historię pożaru w Górnej Grupie. To się naprawdę wydarzyło (wiadomo, że trochę jednak wszystko zmieniłem).

I tylko spróbujcie mi spoilerować ksiazkę.

 

//połączyłem dwie wypowiedzi

Nie jest.

Jestem autentycznie ciekawa, co sprawia, że kreacja człowieka w Diunie jest tak wyjątkowa, bo ja tam widzę raczej archetypy.

Chyba, że odpowiedzią jest ‘wszystko’ no to wtedy rzeczywiście nie ma co dyskutować. 

I would prefer not to.

Wybranietz, poruszałem już to przy okazji innego cyklu z Bailoutem. Jeśli przeczytałaś i Ci się nie spodobało, nie przekona Cię również moje 5-10 tys. znaków, które raz – wymagają czasu, dwa – będą spolierować Stn’owi.

Oj, trudny tekst. Narracja z punktu widzenia chorej psychicznie bohaterki, obcy i do tego wirtual, łatwo się w tym pogubić. I ja się, niestety, pogubiłem. Doceniam, że bierzesz się za niełatwe i ambitne tematy. Są w tym opowiadaniu motywy, które bardzo mi się spodobały, jak trójwymiarowe ufo jako przekrój czterowymiarowych cosiów. Lubię takie płaszczakowo-wielowymiarowe zabawy. Podoba mi się także paranoiczny klimat tekstu. Ale jednak główny zamysł ominął moje zrozumienie.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

kreowanie drugiej rzeczywistości, kiedy człowiek i tak ma problem z ogarnięciem tego co jest “rzeczywiste”?

O ile dobrze pamiętam teraz teksty źródłowe, właśnie ta zmyślona rzeczywistość naprawdę pomaga. Też się nad tym zastanawiałem – sam pomysł przypomina podnoszenie schizy do kwadratu. Ale VR pozwala na prawie dowolne kreowanie i sterowanie bodźcami, które dostarczasz choremu.

Problem został zaadresowany w tym papierze:

https://academic.oup.com/schizophreniabulletin/article/34/4/605/1909397 

 

Narracja z punktu widzenia chorej psychicznie bohaterki

Tacy ludzie mają bardzo często lepszą perspektywę niż zdrowi. Nie mówię oczywiście o przypadkach skrajnych czy patologicznych. Mam chorą na to babcię, która doskonale rozpoznaje, co jest prawdą, a co wymyśliła (określa to jako “ciotowanie”) i bardzo często lubi (w ramach żartów) udawać, że znów coś widzi. Fakt, że zdarza się pogubić we “wspomnieniach” i mieć gorszy dzień, ale daje radę w zrozumieniu wszystkich zależności przyczynowo-skutkowych. 

Tutaj szaleństwo wyznaczały fragmenty beztabletkowe. ;)

 

Ale jednak główny zamysł ominął moje zrozumienie.

"Jesteśmy karłami, którzy wspięli się na ramiona olbrzymów. W ten sposób widzimy więcej i dalej niż oni, ale nie dlatego, ażeby wzrok nasz był bystrzejszy, lub wzrost słuszniejszy, ale dlatego, iż to oni dźwigają nas w górę i podnoszą o całą gigantyczną wysokość". Bernard z Chartres 

 

Nie powinienem się tłumaczyć, ale:

NN nie była nikim ważnym. Przez całe opowiadanie unikałem przedstawienia jej z imienia. Ciągłe uderzenia Imperium “indukowały” wizje, pomysły, uczucia. Przyszbysz czytał ludzi. Takie fMRI na koksie, ale bez kontrastu. W końcu, gdy przyszła pora, te same wspomnienia znalazły się w Imperium (”fenotyp to problem żyjących w rzeczywistości”, a myśli to “zwykłe sygnały elektryczne”). Ostatecznie więc, nikomu nie znana i niepotrzebna NNka znalazła się w mempleksie (wiem, że przez konotację słowa ta nazwa jest naciągana, ale najbardziej pasowała mi do całości obrazu). W końcu usłyszała “miliony głosów opowiadających swoje historie – a te nie był moje, nie wymyśliłam ich”.

Kiedyś uważano Księżyc za statek dla dusz, stąd mój pomysł na Imperium kolekcjonujące w “chmurze” swoich załogantów.

Nie potrzebujemy ciał (odniesieniem są ćmy), by “myśleć” po ludzku, ale to ludzkie sensorium ogranicza nasze postrzeganie i zniekształca pamięć oraz doświadczenia. W końcu i tak damy się zapisać na futurystycznym dysku twardym, w jakiejś ogromnej chmurze danych. 

Być może to wszystko jest grubymy nićmi szyte, ale pisanie takich wielomianów daje mi ogromnie dużą przyjemność.

 

Bardzo podobają mi się językowe obrazy, które tworzysz. Lubię ten klimat niepewności, paranoję, pomieszanie rzeczywistości i nieoczywistości.

Zarzuty mam dwa – pierwszy, mniejszy, to że watek szpitala i Imperium niekoniecznie się ze sobą łączą. Początek i koniec, tak, ale w środku Imperium pojawia się raczej na zasadzie “pamiętajcie, że to tam jeszcze jest”.

Drugi problem, większy, to język. Kiedy opisujesz niepewną rzeczywistość, w niepewnym świecie jedynym punktem odniesienia jaki mam, jest język – a ten mi nie ułatwia życia. Począwszy od niestaranności:

miliardy kilometrów, Ale jak się okazało

kiedy powracająca twarz ojca doprowadzały mnie

pijany od cyfrowego wina Tomek, służył mi za oparcie.

 

Przez niezgrabności:

tymi samymi fragmentami mózgu, jak podczas prawdziwego spoglądania na te rzeczy.

…Uniwersytetu Jagiellońskiego. To oni ufundowali nam kapsuły. (czy info fundowaniu jest do czegoś potrzebna?)

nauczyłam się na nowo rozmawiać z ludźmi. I podczas takiego spaceru

Nie widzieliśmy się codziennie, bo dla każdej choroby generowano inny świat. Chodziło o pobudzenie innych bodźców. (nie wykorzystanie innych bodźców?)

 

Może taka była idea – jest szalona, to niech mówi jak szalona, ale wydaje mi się, że tekst sporo by zyskał, gdyby był przedstawiony jaśniejszym językiem. Nic by nie stracił z dziwności, a ty przecież umiesz pisać cudne zdania.

i takie wolałabym czytać. 

 

Sama koncepcja obcych, którzy przybywają by sczytać w chmurę ludzkie umysły jest świetny.

Czy to się jakoś łączyło z VR i hypnosami? (bo jak tak, to mój pierwszy zarzut jest od czapy i wtedy będę się kajać)

I would prefer not to.

Zarzuty mam dwa – pierwszy, mniejszy, to że watek szpitala i Imperium niekoniecznie się ze sobą łączą. 

Imperium zastało NN jako pacjentkę w szpitalu. Fala EM przez nie generowana jest bezpośrednią przyczyną pożaru (pośrednią są wieloletnie zaniedbania). NN jest miernotą, tym "karłem" z tytułu.

 

Początek i koniec, tak, ale w środku Imperium pojawia się raczej na zasadzie “pamiętajcie, że to tam jeszcze jest”.

Hypnos. ;)

Potrzebowałem systemu, który bezpośrednio pozwoli czytelnikowi posmakować wizji pełnego VR, cyfryzacji zmysłów, bez odzierania pierwiastka UFO z jego tajemniczości. Imperium musi zostać tajemnicze, a poszlakami w zrozumieniu sensu jego działania miał być właśnie pomysł hypnosa i środek opowiadania (rezonans magnetyczny).

 

No, językowo mam wiele do poprawienia. Jeszcze więcej do nauczenia się. Przyjrzę się wskazanym fragmentom.

 

…Uniwersytetu Jagiellońskiego. To oni ufundowali nam kapsuły. (czy info fundowaniu jest do czegoś potrzebna?)

Owszem. Tak kosztowny system jak hypnos nie mógł pojawić się "z czapy" w szpitalu.

 

Czy to się jakoś łączyło z VR i hypnosami? (bo jak tak, to mój pierwszy zarzut jest od czapy i wtedy będę się kajać)

Nie bezpośrednio. Myślałem nad tym, ale nie chciałem umoczyć się w bezpośrednim wyjaśnieniu czym Imperium właściwie jest. Jego/jej natura ma pozostać tajemnicza i w pewnym stopniu niezrozumiała. Niewyobrażalna wręcz.

Dlatego ograniczyłem się do wprowadzenia czytelnika w pomysł przez zmuszenie hypnosowego VRa i Imperialnego do bycia równoległymi.

Fala EM przez nie generowana jest bezpośrednią przyczyną pożaru (pośrednią są wieloletnie zaniedbania).

Czy ta fala jest podana w tekście jako przyczyna? Bo ja się zatrzymałam na wieloletnich zaniedbaniach jako wystarczającym powodzie, ale mogło mi coś umknąć. 

 

Tak kosztowny system jak hypnos nie mógł pojawić się "z czapy" w szpitalu.

Czy to nie jest to co płonie przez wieloletnie zaniedbania? Jak taki drogi to powinni chyba bardziej o to dbać. 

---

Dlatego ograniczyłem się do wprowadzenia czytelnika w pomysł przez zmuszenie hypnosowego VRa i Imperialnego do bycia równoległymi.

Ja tam byłam bym wdzięczna za jakąś strzałeczkę – niech to zamiga w jednym rytmie, niech bohaterka zrobi jakieś bardziej łopatologiczne porównanie z ćmami (swoją drogą – ćmy! <3) to mniej ogarniętym czytelnikom będzie łatwiej.

Ale to już luźna uwaga ;)

I would prefer not to.

Czy to nie jest to co płonie przez wieloletnie zaniedbania? Jak taki drogi to powinni chyba bardziej o to dbać. 

Trzymam się jednak bardzo realistycznej wersji, że “komuś się nie chciało” albo “zrobimy to później”. To nie jest też przykład “polskości”. Tak jest wszędzie. Czy to w kopalni, w sklepie, w szpitalach, czy międzynarodowej “hi-tech company”, w której pracuję…

 

Co do EM – magiczny trick na trzaskające iskrami gniazdka. ;)

Wracam, przeczytałam, nawet wydrukowałam i trzy razy sprawdziłam, czy mam całość.

Idea/pomysł jest kapitalny, dla mnie potrójny. Nakłada się oddziaływanie Chmurnego Imperium, leczenie, nadużywanie hypnosa, a może istnieje tylko jedno z nich. Rozwiązania nie przyniesie nawet zakończenie. Kim są śniący, kim są ich lekarze, lekarz – doktorant – ojciec czy prawdziwy, czy kamedua, a może są jednym. Czy to szpital? Czym jest Chmurne Imperium – piękna nazwa:).

Co jest prawdą, a co wynikiem stymulacji;  co wytworem spontanicznych wyładowań neuronalnych, co rzeczywistym przeżyciem. Co zażywamy sami, a co jest nam zadawane jako zadanie do przerobienia, symulację, aby ustalić parametry początkowe lub końcowe? 

Zelektryzowało mnie zdanie „Wypożyczone ciało nie służyło mu dobrze…, a wynajęta twarz ledwie zdradzała emocje” (w ogóle cały ten akapit). Rozmarzyłam się, że pójdziesz w tę stronę.

 

Tekst jest zajmujący lecz zagmatwany, co nie przydaje mu walorów. Moją uwagę zwrócił sposób prowadzenia opowiadania jako ferii skojarzeń. Są dobre lecz nie w takiej liczbie, słowo przywołuje kolejne i tak bez końca. Jako czytelnik odpoczywałam w chwilach, gdy mogłam podążyć za jedną myślą, dialogiem, postacią. Utemperowałabym chęć przerzucania uwagi z kwiatka na kwiatek i poprowadziłabym scenę/sceny od początku do końca. To trudniejsze lecz bardziej satysfakcjonujące dla czytelnika, tak mi się zdaje.

Zauważyłam też pewną manierę, albo celowy zabieg – używanie zbitek słownych, które same w sobie są atrakcyjne (coś o tym wiem, ponieważ pasjami lubię zestawiać różne rzeczy) lecz stanowią zbiór pusty lub wewnętrznie sprzeczny tj. nic się za nimi nie kryje. Te “odjechane” wyrażenia wybijają (ze mną tak było) z czytania. Uspokoiłabym tekst pod tym względem, nie udziwniałabym, gdyż pomysły są wystarczająco nośne. Podam kilka przykładów: 

„eposem intuicji oraz wiedzy, rozwoju i transformacji”

„czarny wąs wyrastał mu spod koniuszka nosa”

„Zaciśnięte usta torturowały nas milczeniem”

„udekorował mnie mozaiką siniaków”

„klocem dobrze wychowanego mięcha”

„głowy mamy pełne logarytmów”

Ostatnia sprawa, związana z samym wykonaniem, to wprowadzenie bardzo dużej liczby postaci, zmian miejsca, czasu, dekoracji, czasami nie wiadomo, w czyjej skórze i gdzie jesteśmy. 

 

Merytorycznie jest moim zdaniem nieźle. Zatrzymał mnie jak już napisałam pień mózgu  i chyba zdecydowałbym się na jeden rodzaj zaburzeń pacjentów (poszłabym w psychiczne). Ćmy budzą skojarzenia z testem Rorschacha, jednak trudno, ponieważ szarości pasują do chmury oraz mieszają się rzeczywistości: gumoleum w starym szpitalu psychiatrycznym i hypnos.

Rezonans magnetyczny – tak, ale funkcjonalny fRMI, może PET, MEG, fNIRS. No właśnie, nie mam pewności, jak to rozumiesz lecz jest różnica pomiędzy lokalizacją struktur w mózgu aktywizujących się w trakcie jakiejś czynności, a zrozumieniem tego, co tak naprawdę zachodzi na synapsach, jaką drogę/ścieżkę „sygnał” musi przejść i ile struktur jest do tego potrzebnych. Innym sprawą jest stosunkowo dobrze już rozpoznane  zagadnienie interfejsu mózg-komputer lecz to trochę inaczej działa. Chodzi o wzmocnienie pola i ruch myszką, czyli wybieranie (projekty są już w stadium produkcyjnym vide Hawkins, taki joystick kierowany myślą). W drugą stronę to podobnie mechaniczne – karmienie zmysłów. 

No właśnie, to “cholernie” ciekawe skąd wiemy, że jesteśmy karmieni. Przypomniał mi się Matrix – naturalnie – a jak ten film to zaraz Platon ze swoją jaskinią i esej Nagela „Jak to jest być nietoperzem”, czy eksperyment myślowy z monochromatyczną Mary. W Twoim tekście znalazłam wiele ciekawych myśli i każda byłaby warta rozwinięcia, a nie skakania ruchem konika szachowego pozbawionego czytelnych reguł. 

 

Edit: Przeczytałam w komentarzach o wątpliwości, czy VR pomaga/może pomóc. Zdecydowanie Ty masz rację. Neurobrazowanie w psychiatrii bardzo dynamicznie się rozwija, można zaobserwować działanie leków, terapii. VR wykorzystuje się już obecnie przy leczeniu fobii, PTSD, dysfunkcji narządów ruchu po udarze.

Nowa Fantastyka