- Opowiadanie: Cezare Blu - Spadający liść

Spadający liść

Jest to mój debiut. To opowiadanie ma być w założeniu częścią zbioru historii osadzonych w wykreowanym przeze mnie świecie.

Oceny

Spadający liść

Spada, spada w otchłań bez czasu,

gdzie będzie trwać wiecznie.

 

Patrzył jak kołyszący się na wietrze liść wreszcie przeciął pępowinę i szybował zataczając się wokół gałęzi, na której rósł. Opadał wciąż niżej niespiesznie, jednostajnym tempem, jakby szukał dla siebie najlepszego miejsca, w którym mógłby spocząć. I w końcu łagodnie osiadł.

– Znowu patrzysz na spadające liście? – odezwał się nieco piskliwy głos. – Mladenie, widzę, że już odpocząłeś, w takim razie pora ruszać w drogę.

– Wiesz, Pavko, uciekamy już od tygodnia, a nikt za nami nie podąża. Jesteś pewien, że nas ścigają? – odpowiedział Mladen.

– Tak, musimy być nieuchwytni i unikać ludzi. Będą nas tropić, dopóki się nie ukryjemy w bezpiecznym miejscu – przekonywał go ten, który miał na imię Pavko.

Zapadła cisza, tylko gdzieś w koronach drzew słychać było śpiewy czyżyków. Mladen westchnął, po czym wstał i zaczął się pakować. W głębi duszy wiedział, że Pavko ma rację, że tylko intensywne działania prowadzą do celu, by uciec prześladowcom, by mieć wreszcie spokój.

Długo szli w milczeniu. Mladen lubił czasem pobyć sam z myślami. Miał 13 lat, ale nie był już dzieckiem. Życie go straszliwie doświadczyło. Urodził się w niewielkiej rolniczej miejscowości Utad w Królestwie Valandii. Jesienią, gdy skończył cztery lata, jego wioskę napadli Krylończycy*. Dziecko patrzyło na rozlew krwi, gwałty i bezprawie. Odtąd już na zawsze spadające liście kojarzyły mu się z krwią i śmiercią. Na szczęście jego rodzinie udało się uciec. Znaleźli schronienie we Wschodnich Rubieżach w Protektoracie Sled.

Tam ich życie płynęło leniwym torem, pełnym pracy, od żniw do żniw. W końcu rodzicom Mladena urodziło się drugie dziecko – prześliczna dziewczynka, którą nazwali Deviszka. Mały pomagał rodzicom jak tylko mógł, opiekował się siostrą, ale lubił też chodzić własnymi ścieżkami. Pewnego dnia, także jesienią, tułając się po okolicy usłyszał dziwny pisk dobiegający z pobliskich krzaków. Rozejrzał się odruchowo. Nikogo nie dostrzegł. Zawahał się czy odejść, ale postanowił sprawdzić źródło dźwięku. Odchylił bezlistne gałęzie i wtedy go zobaczył. Rudo-biała sierść, brązowe w strachu wybałuszone oczy i puchowa czupryna na maleńkiej główce. Kotek, mógł mieć co najwyżej miesiąc. Nigdzie nie było widać jego matki.

– Być może zgubiła się. Może powinienem się nim zaopiekować – Mladen się wahał. Ale spojrzał jeszcze raz na kociaka, który właśnie zwinął się w kłębek na jego bucie. Zrobiło mu się szkoda tego małego stworka. Postanowił go przygarnąć bez względu na konsekwencje. Nazwał go Pavko. Odtąd spędzali razem całe dnie. Zwierzę stało się najlepszym przyjacielem Mladena. To jemu się zwierzał ze wszystkich niepowodzeń i trosk. Byli nierozłączni.

Stworzenie tylko na pozór było kotem, bo gdy dorosło, widać było, że różni się od popularnych dachowców. Z każdym dniem rosło. W końcu osiągnęło rozmiary dużego psa, jego zęby stały się ostre jak brzytwy, a pazury były twarde jak stal. W tym też czasie dziwnym trafem w okolicy zaczęły znikać zwierzęta hodowlane. Ludzie różnie gadali. Rodzice chłopca, podejrzewając najgorsze, nie mogli dłużej ignorować tych sygnałów, tym bardziej że Deviszka już chodziła i często bawiła się na podwórzu. Wkrótce, u progu domostwa zjawił się lokalny mędrzec Vladof. Starzec obszedł gospodarstwo i dokładnie obejrzał Pavko. Mladen ukrył się w sieni i podsłuchiwał.

– Gospodarzu, zbliż się do mnie – mędrzec przywołał gestem głowę rodziny. Gdy ten pochylił się ku rozmówcy, starzec zaczął szeptać: – To nie jest wiadomość dla postronnych uszu.

Ojciec Mladena zbladł. Jego oczy się rozszerzyły, a na czole pojawiły się krople potu. Gospodarz gestem głowy nakazał żonie opuszczenie pomieszczenia. Kobieta posłusznie wyszła do sieni.

– O czym mówicie, panie? Co za nieszczęście się u nas skrywa? – zapytał z przestrachem.

– Ten kot to nie jest zwierzę, tylko ananako**, a macie przecież dzieci… – w tym momencie matka znalazła małego podsłuchiwacza i wykręcając mu ucho odprowadziła do jego pokoju…

 

– Stój, głupcze! – piskliwy głos zaszumiał mu w głowie. Mladen spojrzał pod nogi i natychmiast instynktownie się cofnął. Jeszcze krok, a spadłby z urwiska. Znajdowali się nad przepaścią. Chłopiec przez tak długi czas wspominał ostatnie wydarzenia, że nawet nie zauważył jak znalazł się na szlaku prowadzącym na północ przez góry Santaledji. Tu Mladen rozbił obóz. Był wycieńczony. Szybko usnął.

 

***

 

Liść pikował w dół jednostajnym tempem. Gdy opadł na dno, unurzał się w jeszcze ciepłej, lepkiej cieczy o intensywnej czerwonej barwie. I spoczął tam dopełniając swojego żywota. Zielone smutne oczy chłopca wpatrywały się w ciemność otaczającą rodzicielskie domostwo. W mroku było coś przerażającego i… tajemniczo pociągającego. Ale ta dziwna cisza. Coś było ewidentnie nie tak. Mladen wytężył wzrok i wpatrywał się w dal przez dobre kilka minut, ale niczego nie dostrzegł.

– Coś tu jest nie w porządku. Psy nie szczekają – zamyślił się przez chwilę.

Chciał odejść od okna, ale coś przyciągało jego uwagę. Spojrzał jeszcze raz. Jakiś cień przemknął w przydrożnych krzewach. Wybiegł z izby przerażony, minął sień i wbiegł do alkierza rodziców. Zamknął drzwi. W pomieszczeniu panowały nieprzeniknione ciemności. Mladen miał wciąż wrażenie, jakby ktoś go obserwował. Strasznie się bał, chciał krzyknąć, aby obudzić rodziców, jednak żaden dźwięk nie wydobył się z jego sparaliżowanej krtani. Podbiegł do łóżka, zsunął kołdrę i chwycił dłoń matki. Była zimna w dotyku i wiotka. Gdy ją opuścił, opadła na posłanie. Chłopiec obrócił ciało matki na wznak. Pochylił głowę nad jej twarzą chcąc poczuć oddech. Bez skutku. Kobieta nie oddychała.

– Mamo, nie! – zduszony szloch wyrwał się z młodej piersi, a na twarzy pojawiły się łzy. Mladen przemknął na drugą stronę łoża mając nadzieję, że obudzi ojca, a ten weźmie chłopca na ręce, przytuli dodając mu odwagi i powie ze śmiechem, że to tylko zły sen. Ale tak się nie stało. Bo ciało ojca również było wiotkie i martwe.

Wtedy tajemnicze światło mignęło za oknem. Mladen podbiegł do okiennicy i starał się zlokalizować jego źródło. Na próżno. Niczego nie dostrzegł. Gdy odwrócił się od szyby, blade światło znowu zaświeciło oświetlając pokój. Oczom chłopca ukazał się przerażający widok. Otóż jeszcze do niedawna nieżywi rodzice teraz stali przed nim. I wpatrywali się w niego w milczeniu czarnymi, upiornymi oczami. Ich usta były otwarte, jakby chcieli coś powiedzieć. Stali jednak w milczeniu. Mladen zauważył, że zamiast ludzkich zębów mieli ostre jak brzytwa kły. Gardła mieli podcięte. Nie, nie były podcięte, a wręcz rozdarte. Z ran ciekła krew i wylatywały liście, które powoli opadały na podłogę. Ale nie to najbardziej przeraziło chłopca. Usłyszał jak drzwi do izby się otwierają. A za sylwetkami rodziców wyrosło olbrzymie złowieszcze monstrum. I wtedy wielkie rudo-białe łapy z długimi pazurami chwyciły za ramiona mężczyznę i kobietę. Ludzkie kukły rozstąpiły się, a pośrodku ukazała się postać Pavko, tylko o wiele większa i paraliżująco złowroga. Czerwone niczym krew ślepia płonęły bezgraniczną nienawiścią. Z kłów skapywała ślina. Mladen nie mógł uwierzyć własnym oczom.

– Zdradziłeś mnie. To przez ciebie nie żyję – ananako z wściekłością skoczył ku chłopcu.

– Paaavkooo! – krzyk przerażenia mógłby zbudzić umarłego.

 

***

 

Zlany potem otworzył oczy. Przebudził się i ujrzał pogodną kobiecą twarz pochylającą się nad nim. Mogła mieć nie więcej niż 20 lat. Uśmiechnęła się, gdy zobaczyła, że się ocknął.

– Miałeś gorączkę i zły sen – zamoczyła ręce w zimnym naczyniu i wyjęła mokrą szmatkę, którą wykręciła. Gdy chciała ją położyć na czole chłopca, ten instynktownie się odsunął.

– Kim jesteś?

– Nazywam się Izarea – delikatnie położyła kompres na jego czole. – A ty?

– Jestem Mladen.

– A kim jest Pavko?

Chłopiec kątem oka spojrzał w lewo i lekko się zawahał, co nie uszło uwadze dziewczyny.

– To… to mój przyjaciel.

– Ale czy on cię skrzywdził?

– Nie, szukam go, bo moi rodzice nie żyją i mam tylko jego.

Izarea zdumiała się. Chłopiec był sierotą. Ile mógł mieć lat? 12, może 13.

– Pytam, bo znalazłam cię nieprzytomnego na przełęczy Vergacko, co znaczy że szedłeś przez góry i kierujesz się na północ. Czy podążasz jego śladem?

– Tak, ale to nie jest człowiek – Mladen znowu się zawahał, co ponownie nie uszło uwadze rozmówczyni.

– Zwierzęta raczej tak wysoko się nie zapuszczają.

– To nie jest zwykłe zwierzę. To ananako.

– Jesteś pewien? – dopytywała. Ananaki to istoty na półmityczne, występujące w starych baśniach dla dzieci. Czyli w mitach może być ziarnko prawdy – pomyślała.

– Tak.

– Nigdy tutaj nie spotkałam żadnego ananako, a mieszkam w tych okolicach. Jesteś pewien, że szedł na północ?

– Jestem pewien.

Dziewczyna wstała.

– Odpocznij jeszcze chwilę, a później razem ruszymy w dalszą drogę. Za górami zasięgnę języka w sprawie twojego, hmm… przyjaciela.

Nadzieja Mladena na to, że wraz z Pavkiem będą mogli w spokoju kontynuować dalszą wędrówkę okazała się płonna. I co więcej, wyglądało na to, że pod żadnym pretekstem nie pozbędzie się tej kobiety. Nie uszło też jego uwadze, że Izarea była uzbrojona – nosiła krótki miecz. Musiała więc być wojowniczką. Pomyślał, że nie będzie mu łatwo ją zostawić i odejść w swoją drogę. Ale gdzie się znajdowali? Teraz, gdy miał chwilę spokoju, mógł się wreszcie rozejrzeć. Jego posłanie położone było na kamiennej posadzce, sufit oraz ściany również wykonane były z kamienia. W jednej z nich umieszczone było niewielkie, łukowe okno. Po drugiej stronie były drzwi prowadzące na korytarz oraz schody wiodące na górę. Mladen nie był wojem, ale domyślał się, że znajduje się w strażnicy bądź wieży, a to by znaczyło, że nadal są w górach.

– Musimy się jej pozbyć – odezwał się dobrze znany mu głos.

– Dlaczego? Przecież mi pomogła.

– Wszyscy ludzie są źli i fałszywi.

 

Po krótkim pobycie w wieży Izarea i Mladen wyruszyli dalej na północ. Los sprawił, że chociaż mieli inne cele, to szli w jednym kierunku. Jak się okazało, kobieta wracała z wyprawy wraz ze swoim oddziałem. Podczas powrotu dopadła ich zamieć w górach, pobłądzili. Niestety, żaden z jej druhów nie przeżył.

– Sytuacja jest patowa – pomyślała. – Z jednej strony doszło do tragedii. Straciłam wszystkich towarzyszy. Z drugiej strony znalazłam tego zagubionego i trochę dziwnego chłopca. Nie wiem kim jest, ale mam nadzieję, że mój ojciec zaopiekuje się nim, w końcu to jeszcze dziecko. A co do jego przyjaciela, to nie wiem czy będziemy mieli możliwość go szukać.

Jeszcze tego samego dnia zeszli z gór. Minęło południe. Przed nimi rozpościerała się wyżyna Arrebada, żyzna ziemia należąca do Protektoratu Ekamu, najdalej na północ wysuniętego terenu Wschodnich Rubieży, zasiedlona w większości przez społeczności rolników.

– Widzisz te dymy w oddali? – zapytała Izarea. – To Alnagrod. Stąd pochodzę. To piękne miasto otoczone z każdej strony jeziorami. Mamy do przejścia jeszcze pięć stai. Jeżeli się pospieszymy, to dojdziemy przed zachodem słońca.

Popatrzyła na Mladena. Wydawał jej się nieobecny, jakby coś go dręczyło. Nagle wrzasnął.

– Au! Moja stopa – i złapał się za nią. – Może na chwilę przystaniemy?

Izarea podbiegła do niego. Przytrzymując go za ramiona powoli go usadziła na wilgotnej trawie. Podwinęła prawą nogawkę i zdjęła trzewik. Stopa w okolicach kostki była zaczerwieniona. Niedługo spuchnie. Kobieta wiedziała, że trzeba działać szybko. Położyła swoją torbę na ziemi i na niej wygodnie ułożyła nogę chłopca.

– Połóż się, a ja poszukam czegoś do uśmierzenia bólu – uśmiechnęła się pokrzepiająco, chłopiec mimo bólu również się uśmiechnął.

– Dziękuję – odpowiedział, gdy ta odchodziła poszukać leczniczych ziół. – Wiesz, kim jest mój przyjaciel?

Przystanęła zaciekawiona.

I chłopiec opowiedział jej historię, która dręczyła go od wielu dni. Nawet nie zauważyła, że jego spojrzenie powędrowało na liść, który właśnie spadł tuż obok niej.

 

***

 

Dzień po wizycie znachora Mladen poszedł do miasteczka na festyn, bowiem przyjechała osławiona trupa artystów. Już od wielu tygodni z utęsknieniem czekał na kuglarzy, którzy jeździli od wioski do wioski, od miasta do miasta i rozśmieszali miejscowych. To była jedna z niewielu rozrywek, dla chłopów i mieszczan. Przedtem poszedł się pożegnać z Pavkiem. Byli nierozłączni, dlatego ciężko mu było opuszczać przyjaciela. Pogłaskał go czule i przytulił się do wielkiej głowy smutnego stworzenia.

– Żałuję, że nie mogę ciebie tam zabrać, ale musisz na mnie poczekać. Nie smuć się, przecież niedługo wrócę.

Gdy odchodził, jeden liść zerwał się z gałązki i poszybował wprost do jego ręki. A jesienne liście zawsze wzbudzały jego niepokój.

– Ty, liściu, nie zepsujesz mi tego dnia – powiedział raczej do siebie.

Nie było go niemal cały dzień. Gdy wracał, już zmierzchało. Był zmęczony, ale i zadowolony. Dawno się tak dobrze nie bawił. Prawdę mówiąc nigdy. Kuglarze zabawiali widownię sztuczkami iluzjonistycznymi, śmiesznymi tańcami czy też strzelaniem do różnorodnych celów. Nawet Mladen pełnił rolę stojaka pod tarcze w jednej z konkurencji. Strzelec z zawiązanymi oczami celował do jabłek umieszczonych na głowie oraz w dłoniach chłopca. Mladen bardzo się bał. Na szczęście nie miał czego, bo sztukmistrz okazał się wybornym strzelcem. Chłopiec dostał na pamiątkę krótki łuk, z czego też był bardzo dumny.

Był już pod domem i wtedy coś go zaniepokoiło. Pavko nie wybiegł mu na spotkanie. A przecież zawsze tak było, gdy Mladen wracał do domu. Wyczuwał go z daleka. Teraz jednak kot się nie zjawił. Chłopiec wołał go po imieniu, gwizdał, klaskał, ale nic to nie dało. Zaniepokojony wbiegł do izby, gdzie siedzieli rodzice.

– Mamo! Tato! Gdzie jest Pavko?

– Uspokój się synu – zaczął ojciec. – Pavko uciekł.

– Jak to uciekł? – Na twarzy chłopca pojawiły się łzy. – To niemożliwe. Jest przecież moim przyjacielem.

– A jednak. Pamiętaj, że to tylko zwierzę, a zwierzęta kierują się instynktem – powiedziała matka.

– On by mnie nie zostawił – chłopiec wybuchnął płaczem. Wybiegł z domu i pobiegł tam, gdzie niegdyś znalazł swojego przyjaciela. Tam go też nie było. Szedł więc przed siebie dalej i dalej. Starał się myśleć racjonalnie, chociaż był zrozpaczony.

– Może tylko zostawił mnie na chwilę i niedługo wróci? – myślał, chociaż miał dziwne przeczucie, że jego nadzieje są płonne. Przecież ten liść…

A jednak poszukiwania prowadził całymi dniami. Na próżno. W końcu poddał się. Był zły na siebie, że poszedł się bawić i zostawił swojego przyjaciela. Był zły na rodziców i nawet swoją małą siostrę, że nie upilnowali kota. Za ich obojętność i brak pomocy w poszukiwaniach. I wtedy po raz pierwszy usłyszał głos:

– Idź prosto przed siebie, a ja ci coś pokażę – chłopiec się odwrócił, na trakcie, którym szedł, nie było nikogo. Rozejrzał się na boki, na polach również nikogo nie dostrzegł. Spojrzał w niebo – w oddali przeleciało tylko kilka czarnych ptaków.

– Kim jesteś?

– Jestem twoim przyjacielem Pavko – przedstawił się głos.

– Dlaczego cię nie widzę?

– Bo źli ludzie na mnie polują i muszę się ukrywać.

– Pavko, wróciłeś! – ucieszył się chłopiec. – Będę cię bronił.

– Zawsze i wszędzie?

– Tak.

– Obiecujesz?

– Obiecuję. Przysięgam na mamę i tatę i moją młodszą siostrę. Przysięgam na własną duszę – gdy wypowiedział ostatnie zdanie, miał wrażenie, że poczuł ucisk na szyi jakby ktoś właśnie nałożył mu niewidzialny łańcuch. Po chwili wszystko wróciło do normy.

Szli tak dalej rozmawiając. Pavko opowiedział, że w zasadzie nie jest kotem, tylko kimś w rodzaju opiekuna. Nie pokazuje się nikomu, bo się boi złych ludzi. Ukrywa się. Mijając łąki i las doszli w końcu do jeziora, nad brzegiem którego leżały trzy duże kamienie. Przyjaciel nakazał Mladenowi stanąć obok nich.

– A teraz zajrzyj pod nie – rozkazał.

Chłopiec zrobił tak, jak mówił głos. Dwoma rękami chwycił za kamień i ogromnym wysiłkiem przesunął go. Głos uwiązł mu w gardle, gdy zobaczył zmiażdżone ciało ukochanego kota.

Rozpadało się. Gęsty, beznadziejny deszcz. Wrócił cały przemoczony, chwiejnym krokiem, do domu. Zaniepokojona matka wybiegła mu na spotkanie. Odtrącił ją i wszedł do swojej izby. Cały się trząsł – nie z zimna, lecz z poczucia niesprawiedliwości i bezsilności.

– Dlaczego to się stało? Dlaczego? – miał nadzieję, że mama lub tata odpowiedzą na jego pytanie. Ale nie odezwał się nikt. No, prawie nikt.

– Bo ludzie byli zazdrośni o naszą przyjaźń. Musisz stąd uciekać, bo przyjdą i po ciebie. Spakuj najpotrzebniejsze rzeczy i poczekaj na mnie o północy przy stodole – usłyszał cichy spokojny głos Pavko.

Mladen poczekał do zmroku, następnie spakował się i poszedł we wskazane miejsce. Ale nie był sam. Za nim przydreptała jego siostra, Deviszka.

– Co ty tu robisz?

– A ty? – zapytała.

Mladen wziął ją na ręce i ucałował w czoło. Objęła go małymi rączkami.

– Wyruszam w podróż. Kiedyś wrócę. Pamiętaj, kocham cię, Deviszko.

Wtedy usłyszał przeraźliwy krzyk matki. Szybko wszedł do stodoły i położył siostrę na sianie. Kazał jej się nie ruszać. Zamknął drzwi i pobiegł do domostwa. Ujrzał przerażający widok. Ściany w sieni były umazane krwią, zupełnie jakby jakiś szalony malarz rzucał nią obficie na oślep. Pierwszą zauważył matkę.

– Deviszka… – szeptała ledwo słyszalnym głosem. Gdy go zobaczyła, wyciągnęła rękę i zacisnęła w pięść. Chwilę później odeszła, na zawsze. Miała rozpłatane gardło i leżała w kałuży krwi. Jej przestraszone oczy wpatrywały się w drzwi, ale niczego już nie widziały. Ojca znalazł po chwili. Już nie oddychał. Leżał bezwładnie na klepisku. Ślady zębów na jego ciele świadczyły o tym, że zabójcą było wielkie zwierzę. Mladen wiedział, że rodzicom już nie jest w stanie pomóc. Wybiegł w deszcz, na zewnątrz. Swoje kroki skierował ku stodole. Gdy wyszedł zza rogu, dostrzegł dym unoszący się znad słomianego dachu. Mimo ulewnego deszczu, płomienie objęły cały budynek, co znaczyło, że stodoła zaczęła palić się od środka.

– Deviszka! – wrzasnął Mladen. Pobiegł do palących się zabudowań, otworzył drzwi i poczuł potęgę żywiołu. Ogień parzył jego ciało, a gryzący dym wdzierał się do jego płuc, które z każdym oddechem coraz bardziej go piekły. Niewiele widział. Szukał swojej siostry, ale nie mógł jej nigdzie znaleźć. Poczuł, że czuje się coraz słabiej. Musiał się wycofać. Na zewnątrz z daleka usłyszał odgłosy sąsiadów. Przestraszył się, że ludzie oskarżą go o to, co się stało. Wziął szybko swoje rzeczy i uciekł na oślep. Gdy piorun rozjaśnił niebo, Mladen miał wrażenie, że na horyzoncie dostrzega sylwetkę wielkiego kota, który stał na wzgórzu. Po chwili zwierzę znikło mu z oczu, ale chłopiec wiedział, gdzie ma się kierować.

– Musimy stawić czoło przeznaczeniu – w jego głowie znowu zabrzmiał głos.

Szedł na północ w kierunku, w którym ujrzał kocie widziadło. Gdy już był daleko od swojej wioski, poczuł w sobie jakąś nieokreśloną ulgę i się uśmiechnął po raz pierwszy od bardzo dawna. Postanowił, że od tej pory nikt nie rozdzieli go z przyjacielem – ale o tym nie wspomniał Izarei.

 

***

 

Teraz w jej głowie kołatały się myśli o tym, co przeżył ten chłopiec. Próbowała sobie to poukładać. O ile na początku wydawał jej się skryty i pomagała mu ze względu na współczucie, o tyle teraz trochę się go obawiała. Słyszał jakiś tajemniczy głos. A może sobie go po prostu wymyślił? Tak czy inaczej chłopcu trzeba pomóc i jak najszybciej dotrzeć do miasta by wysłać go do znachorów.

Poszła szukać zbawiennych ziół. Padał rzęsisty deszcz, ale nie zwracała na to uwagi. Jej wzrok uważnie wodził po ziemi. W niewielkim zagajniku u stóp gór szukała czegoś, co chłopcu mogłoby przynieść ulgę. W końcu odnalazła niepozorny żółty kwiatuszek. Tak, arnika pomoże mu uśmierzyć ból. Co prawda padało, a tę rośliną należy zbierać w słoneczne dni, ale Izarea nie miała chwili do stracenia.

Zadowolona ze znaleziska szybko wróciła do obozowiska, ale chłopca w nim nie było. Była na niego zła. Ta myśl, że może gniewać się na kogoś, kogo właściwie nie zna, zaskoczyła ją. Może teraz, gdy opowiedział jej swoją smutną historię, zaczęła się zawiązywać między nimi nić porozumienia. Szybko odegnała swoje myśli, aby skoncentrować się na tropieniu. Przykucnęła przy ziemi. Zobaczyła, że jego ślady prowadzą na wschód. Poszła za nimi. Nie upłynęło dużo czasu, a w oddali za wzgórzem dostrzegła spadzisty dach nieznanej jej chaty.

– Może chłopiec zauważył chatę i postanowił poszukać schronienia – pomyślała kierując się w tamtą stronę. Nie zaufał jej, ale zaczęła go rozumieć. I złość jej powoli ustąpiła.

Chałupa chyliła się ku upadkowi. Już na pierwszy rzut oka było widać, że nikt w niej od dawna nie mieszkał. Dach się częściowo zapadł, nie było drzwi, a ze ścian zamiast okien ziały wielkie dziury. Izarea weszła ostrożnie. Rozejrzała się po izbie. Nie dostrzegła nikogo. Przez dziury wpadało nieco szarego światła. Belki były nadgniłe, w każdej chwili ściany mogły się zawalić. Zniszczone meble leżały w nieładzie. Wszystko przykrywał pył, który z każdym krokiem unosił się nad ziemią.

– Mladen – zawołała szeptem. Zamiast odpowiedzi usłyszała warczenie dobiegające z głębi chałupy. Nie zastanawiając się wbiegła do drugiego pokoju. W pośpiechu nie zauważyła pułapki. Zahaczyła o nisko rozpostartą metalową linkę we framudze drzwi. Ostra krawędź przecięła jej skórę. Izarea z jękiem upadła na podłogę. Krzyknęła z bólu. Poczuła jak cieknie krew.

– Możesz jęczeć i krzyczeć, ale pomoc nie nadejdzie – odezwał się piskliwy głos. Nie był to głos Mladena. Kobieta rozejrzała się, ale wśród starych, rozpadających się mebli, skąd jak się jej zdawało, dobiegał głos, nikogo nie dostrzegła. Wstała na chwiejnych nogach i wyciągnęła krótki miecz.

– Kim jesteś? Pokaż się.

– Ananaki są szybkie niczym wiatr. Wiesz, że lubią otaczać ofiarę z każdej strony i atakują w najmniej oczekiwanym momencie?

– Ananaki nie istnieją, to tylko mit.

– Czyżby? – nagle zza przewróconego bukowego fotela wyjrzała wielka, kudłata głowa. Jej czerwone ślepia wpatrywały się w dziewczynę. Nie wyrażały nienawiści, tylko jakąś diabelską satysfakcję. Izarea wiedziała, że nie ma szans na ucieczkę, a ta walka toczyć się będzie na śmierć i życie. Przybrała pozycję bojową, gotowa rzucić się do ataku lub skontrować uderzenie. Ananako zaryczał i zniknął. Choć go nie widziała, to czuła, że ją okrąża. Bawi go jej strach. Ale Izarea była niezgorszą szermierką. Mimo zaledwie 17 lat brała udział w kilku bitwach, z których wychodziła co najwyżej z lekkimi i niegroźnymi zranieniami. Teraz jednak stała oko w oko z przeciwnikiem, z którym do tej pory się nie mierzyła.

Ananako okrążył ją i natarł od tyłu. Dziewczyna na to czekała. Zręcznym ruchem obróciła się do tyłu jednocześnie zrobiła zamach mieczem od dołu. Nie chybiła. Stwór oberwał w dolną szczękę. Zaryczał i czmychnął. Wiedziała, że ranny jest również niebezpieczny. Następny cios Izarei chybił celu. Ananako wykonał unik i zaatakował ofiarę od drugiej strony. Kobieta nie zdążyła się obrócić i dostała cios w bok ostrym jak brzytwa pazurem. Po chwili poczuła na brzuchu kolejny. Zdołała jeszcze zadać pchnięcie w pierś napastnika, ale miecz zamiast w tors, trafił w łapę. Izarea upadła. Ananako wyczuł, że ma przewagę. Zaszarżował. Jego zęby chwyciły szyję kobiety i zgniotły krtań. W przedśmiertnym widzeniu zobaczyła, że oczy bestii są ludzkie, jak oczy dziecka… Przez dziurę w dachu wpadł liść, który spoczął na martwej piersi dziewczyny.

– Żaden człowiek nie może stanąć między nami – odezwał się głos Pavka.

Mladen otworzył oczy, przykucnął przy ciele kobiety. Była cała we krwi. Już nie żyła. I wtedy zrozumiał, że Pavko jest jego opiekunem i że dopóki są razem, nic mu nie grozi. Wtedy usłyszał czyjeś kroki.

 

Do chaty za wzgórzem wracała banda zbójów z łupami. Tego dnia na przełęczy w ich zasadzkę wpadł jadący ze wschodu bogaty kupiec. Błagał o życie zanim jeden z nich poderżnął mu gardło. Towarami wspaniałomyślnie się zaopiekowali. Zeszli już z gór i skręcili tuż przy zagajniku na znany tylko sobie szlak. Tym, co ich zaskoczyło były ludzkie ślady prowadzące do ich kryjówki, chaty za wzgórzem. Zdziwieni przyspieszyli, aby sprawdzić czy ktoś nie ukradł ich łupu. W końcu czasy były niepewne, a takich band jak oni, wrogim im, było więcej.

– Wygląda na to, że mamy nieproszonego gościa – syknął z ironią krępy łotr bez oka.

– Co z nim zrobimy?

– Jak to co? Wykastrujemy! – zaśmiał się w głos największy z nich drab, mający na sobie kolczugę i hełm garnczkowy z rogami.

Przywódca bandy wysłał jednego na przeszpiegi. Zbój z toporem w dłoni poszedł na tyły domu by sprawdzić kryjówkę. Wrócił i ruchem dłoni wskazał, że tajemniczy gość nadal jest w środku. Postanowili wejść z dwóch stron jednocześnie, aby przybysz nie miał drogi ucieczki. Gdy wkroczyli do drugiej izby, zauważyli, że na środku klepiska w kałuży krwi leży młoda kobieta. Martwa. Nad nią klęczał człowiek, a w zasadzie chłopiec unurzany we krwi. Co ciekawe miał na sobie skórę cudacznego kota… Ten niecodzienny widok przerwał herszt.

– Łotry, na co czekacie? Mamy tutaj małego przybłędę. Brać go!

Ci, którzy stali przodem do chłopca, ujrzeli jak ten uniósł wzrok i się nieznacznie uśmiechnął.

– Pavko, mamy gości – wyszeptał do siebie.

 

 

* Krylonia – południowy sąsiad Valandii ze stolicą w Grauch Tile. Częstym kłótniom między państwami towarzyszyły najazdy na przygraniczne terytoria. Później oba królestwa zostały podbite przez Lograna i wcielone do Cesarstwa Myth Rastad.

 

** Ananako (l. mn. Ananaki) – mistyczne stworzenie podobne do tygrysów czy lwów, lecz o wiele inteligentniejsze i zabójcze. Podobno potrafi opuszczać powłokę cielesną. Obecnie nie ma żadnych świadectw, informujących o tym jakoby ananaki rzeczywiście istniały.

Koniec

Komentarze

To opowiadanie ma być w założeniu częścią zbioru historii osadzonych w wykreowanym przeze mnie świecie.

Cezare, czy Spadający liść jest zamkniętym opowiadaniem, czy częścią czegoś większego? Jeśli częścią, bądź uprzejmy zmienię oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest to zamknięte opowiadanie.

OK. W takim razie niech oznaczenie zostanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wiem, czemu uważasz ten tekst za zamknięte opowiadanie, skoro najwyraźniej nim nie jest, ponieważ fabuła nagle się urywa, kiedy coś nowego ma się wydarzyć… Można dawać zakończenie otwarte, ale to jest otwarte na oścież :P Dość rozbudowane informacje o świecie, głównie jego geografii, też sprawiają wrażenie wyrwanych z większej całości.

 

Masz jakiś tam pomysł na świat, a może raczej głównie jakiś tam rodzaj magicznych stworzeń, ale zarówno fabuła, jak i wykonanie (zły zapis dialogów, sporo powtórzeń, zły zapis liczebnika – w literaturze zawsze słownie) nie oddają mu sprawiedliwości.

 

No i przede wszystkim dlaczego podajesz informacje w przypisach zamiast wpleść je zgrabnie w tekst? Na dodatek w pierwszym przypisie zawierasz sporo informacji zbędnych czytelnikowi tego “opowiadania”. Część da się wydedukować, a część jest kompletnie niepotrzebna, zwłaszcza kolejne nazwy krain… A to o ananakach bezwzględnie powinno znaleźć się w głównym tekście.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

OK, jest jakiś pomysł na potworo-opiekuna.

Ale przedstawiłeś go tak, że się pogubiłam. Pokazujesz te same zdarzenia w różnych wersjach i nie wiem, w którą wierzyć. Chłopiec znalazł martwych rodziców w łóżku czy widział, jak umierają? Dlaczego kot wymusza przysięgę, że chłopiec będzie go chronił, skoro już i tak nie żyje? Dlaczego zarzuca chłopcu, że go zdradził? Jeśli to takie wredne stworzenie zabijające wszystko w okolicy, czemu chłopiec wcześniej o nim nie słyszał? Dzieci niekiedy straszy się Babą Jagą, powtarza, czego nie wolno robić, a tu zero ostrzeżeń?

Czy matka z rozszarpanym gardłem mogłaby jeszcze wołać córeczkę przed śmiercią?

Miał 13 lat, ale nie był już dzieckiem.

W beletrystyce liczby raczej pisze się słownie.

Babska logika rządzi!

No niestety opowiadanie nie porywa :(. Jakoś Mladen i Pavko mnie do siebie nie przekonali. Niepotrzebnie aż tak rozbudowany świat przedstawiony, niektóre nazwy krain geograficznych można spokojnie pominąć. Niespójna fabuła, zaprzeczająca sobie w różnych miejscach. Kobieta z rozszarpanym gardłem raczej nie byłaby w stanie wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku, a co dopiero krzyku.

 

Dużo błędów w zapisie :(. Liczebniki rażą w oczy. Z błędów wyłapanych na szybko:

– Żaden człowiek nie może stanąć między nami – odezwał się głos Pavka.

Dziwne to to. Głos może brzmieć, może nieść się, ale odzywać raczej nie.

– Jestem twoim przyjacielem Pavko – przedstawił się głos.

To samo.

– Może chłopiec zauważył chatę i postanowił poszukać schronienia – pomyślała kierując się w tamtą stronę.

Jak pomyślała to skąd myślnik na początku wypowiedzi?

– Pavko, mamy gości – wyszeptał do siebie.

No nie do siebie, do Pavka :)

– Deviszka… – szeptała ledwo słyszalnym głosem.

Masło maślane, wywaliłabym drugą część. Jak szepnęła, to wiadomo, że ledwo słyszalnym głosem. Na tym polega właśnie szept.

– On by mnie nie zostawił – chłopiec wybuchnął płaczem.

Kropka po “zostawił”, “chłopiec” z dużej litery.

Wybiegł z domu i pobiegł tam, gdzie niegdyś znalazł swojego przyjaciela.

Nie trzeba opisywać każdego kroku bohatera. Wiadomo, że jak pobiegł to i musiał wcześniej skądś wybiec.

Mladen bardzo się bał. Na szczęście nie miał czego, bo sztukmistrz okazał się wybornym strzelcem.

Takich “uciążliwych chwastów”, jak to pisał Stephen King, które można by spokojnie wykreślić jest w twoim opowiadaniu mnóstwo :(. 

 

i niestety wiele innych błędów, przez które źle się czytało :(. Warsztat podszlifujesz i będzie okej :).

 

No i przypisy, jak dla wielu tutaj, dla mnie również są porażką. Pojęcie Ananako mógłbyś spokojnie wytłumaczyć na przykład poprzez jakąś historię wiejskiego bajarza, o braku której pisała Finkla.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Jest tu pomysł, zwłaszcza na magiczne istoty – ten strażnik zaciekawił mnie najbardziej. Niestety wykonanie nie czyni mu zadość. Jest mocno chropowate, a choćby informacje w przypisach nie poprawiają czytelności (na szczęście dużo tego nie ma).

Jednak spokojnie, kwestie techniczne są do opanowania. Chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za zwrócenie uwagi na mankamenty. Ze wszystkimi uwagami się zapoznałem. Zdaję sobie sprawę, że muszę jeszcze dużo poprawić. Sam teraz zwróciłem uwagę na to, że popełniłem wiele szkolnych błędów. 

Zwróciliście mi też uwagę na to, że to opowiadanie tak naprawdę nie oddaje do końca tego, co miałem na myśli i muszę je doszlifować.

@Drakaina – planowałem zostawić otwarte zakończenie, myślę że jeżeli zmienię nieco ostatni akapit, to wyjdzie lepiej. Mam już pomysł, jak to zrobić.

Przypisy także wplotę w tekst.

@Finkla – Za pierwszym razem Mladen śni o śmierci rodziców. A we śnie, fakty nie muszą się zgadzać z rzeczywistością. Chodziło mi tu o podkreślenie tego, że Pavko obwinia Mladena o swoją śmierć. W rzeczywistości Mladen czuje się winny śmierci swojego przyjaciela, mimo że nie on ją spowodował.

@Sy – dziękuję za uwagi. Mam nadzieję, że następne opowiadanie będzie dużo lepsze.

@NoWhereMan – dziękuję za linki, z pewnością się przydadzą!

 

P.S. Czy jeżeli poprawię opowiadanie, to da się je edytować tutaj na stronie?

Tak. Napis “edytuj” powinien być gdzieś w prawym górnym rogu.

Babska logika rządzi!

Najlepiej po prostu edytować na stronie :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Cezare, twoja opowieść jest bardzo chaotyczna i panuje w niej bałagan. Miejscami gubiłam się i przestawałam rozumieć co czytam, bo sprawy dziejące się aktualnie bez ostrzeżenia mieszały się z retrospekcjami, a i te, jak się okazuje, też okazywały się różne. Do tego dochodzi nie najlepsze wykonanie, również utrudniające śledzenie akcji – najbardziej przeszkadzały mi nie zawsze poprawnie skonstruowane zdania, źle zapisane liczebniki, nadmiar zaimków, czasami powtórzenia, że o źle zapisanych dialogach nie wspomnę. Interpunkcja mogłaby być lepsza.

Pozwolę sobie nalegać, abyś jednakowoż był uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT, albowiem Spadający liść, niestety, nie jest skończonym i zamkniętym opowiadaniem.

 

Opa­dał wciąż niżej nie­spiesz­nie… –> Masło maślane. Czy coś może opadać wyżej?

Może wystarczy: Opa­dał wciąż nie­spiesz­nie

 

– Znowu pa­trzysz na spa­da­ją­ce li­ście? – ode­zwał się nieco pi­skli­wy głos. –> Raczej: – Znowu pa­trzysz na spa­da­ją­ce li­ście? – zabrzmiał nieco pi­skli­wy głos.

 

Je­steś pe­wien, że nas ści­ga­ją? – od­po­wie­dział Mla­den. –> Skoro jest pytajnik, to chyba: Je­steś pe­wien, że nas ści­ga­ją? – zapytał Mla­den.

 

Tam ich życie pły­nę­ło le­ni­wym torem, peł­nym pracy, od żniw do żniw. –> Nie wydaje mi się, aby tor mógł być leniwy. Czy o życiu wypełnionym pracą można powiedzieć, że jest leniwe?

Proponuję: Tam ich życie pły­nę­ło spokojnie, peł­ne pracy, od żniw do żniw.

 

Ru­do-bia­ła sierść, brą­zo­we w stra­chu wy­ba­łu­szo­ne oczy pu­cho­wa czu­pry­na na ma­leń­kiej głów­ce. –> Ru­do-bia­ła sierść, wy­ba­łu­szo­ne ze strachu brązowe oczy puszysta czu­pry­na na ma­leń­kiej głów­ce.

 

na jego bucie. Zro­bi­ło mu się szko­da tego ma­łe­go stwor­ka. Po­sta­no­wił go przy­gar­nąć bez wzglę­du na kon­se­kwen­cje. Na­zwał go Pavko. –> Nadmiar zaimków.

 

Zwie­rzę stało się naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Mla­de­na. To jemu się zwie­rzał ze wszyst­kich nie­po­wo­dzeń i trosk. –> Nie brzmi to najlepiej. Może w drugim zdaniu: To jemu opowiadał o wszyst­kich nie­po­wo­dzeniach i troskach.

 

– Go­spo­da­rzu, zbliż się do mnie – mę­drzec przy­wo­łał ge­stem głowę ro­dzi­ny. –> – Go­spo­da­rzu, zbliż się do mnie.Mę­drzec przy­wo­łał ge­stem głowę ro­dzi­ny.

Nie zawsze poprawnie zapisuje dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Go­spo­darz ge­stem głowy na­ka­zał żonie opusz­cze­nie po­miesz­cze­nia. –> Go­spo­darz ruchem głowy na­ka­zał żonie opusz­cze­nie po­miesz­cze­nia.

Gesty wykonuje się rękami.

 

Co za nie­szczę­ście się u nas skry­wa? – za­py­tał z prze­stra­chem. –> Co za nie­szczę­ście się u nas skry­wa? – za­py­tał przestraszony.

 

Liść pi­ko­wał w dół jed­no­staj­nym tem­pem. –> Masło maślane. Czy mógł pikować w górę? A jako że pikowanie odbywa się dość szybko, proponuję: Liść opadał spokojnie.

 

blade świa­tło znowu za­świe­ci­ło oświe­tla­jąc pokój. –> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: …blade świa­tło znowu zamigotało, rozjaśniając pokój.

 

Mogła mieć nie wię­cej niż 20 lat. –> Mogła mieć nie wię­cej niż dwadzieścia lat.

Liczebniki zapisujemy słownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

za­mo­czy­ła ręce w zim­nym na­czy­niu i wy­ję­ła mokrą szmat­kę… –> Czy chłód naczynia moczył ręce?

Proponuję: …zanurzyła ręce w na­czy­niu z zimną wodą i wy­ję­ła mokrą szmat­kę

 

Na­zy­wam się Iza­rea – de­li­kat­nie po­ło­ży­ła kom­pres na jego czole. –> Raczej: Na imię mam Iza­rea.Delikatnie po­ło­ży­ła kom­pres na jego czole.

 

Czyli w mi­tach może być ziarn­ko praw­dy – po­my­śla­ła. –> Tu znajdziesz poradnik, jak należy zapisywać myśli postaci: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Mamy do przej­ścia jesz­cze pięć stai. –> Mamy do przej­ścia jesz­cze pięć staj.

 

pod­bie­gła do niego. Przy­trzy­mu­jąc go za ra­mio­na po­wo­li go usa­dzi­ła… –> Nadmiar zaimków.

 

Był zły na sie­bie, że po­szedł się bawić i zo­sta­wił swo­je­go przy­ja­cie­la. Był zły na ro­dzi­ców i nawet swoją małą sio­strę… –> Zbędne zaimki.

 

Dwoma rę­ka­mi chwy­cił za ka­mień… –> Dwoma rę­ka­mi chwy­cił ka­mień

 

Swoje kroki skie­ro­wał ku sto­do­le. –> Zbędny zaimek. Czy mógł skierować tam cudze kroki?

Proponuję: Ruszył ku stodole.

 

Ogień pa­rzył jego ciało, a gry­zą­cy dym wdzie­rał się do jego płuc, które z każ­dym od­de­chem coraz bar­dziej go pie­kły. Nie­wie­le wi­dział. Szu­kał swo­jej sio­stry, ale nie mógł jej ni­g­dzie zna­leźć. –> Nadmiar zaimków.

 

Po­czuł, że czuje się coraz sła­biej. –> Brzmi to fatalnie.

Może wystarczy: Po­czuł, że słabnie.

 

– Mla­den – za­wo­ła­ła szep­tem. –> Szept jest cichy z definicji, nie można krzyczeć szeptem.

 

z głębi cha­łu­py. Nie za­sta­na­wia­jąc się wbie­gła do dru­gie­go po­ko­ju. –> W chałupach nie ma pokoi.

Proponuję: Nie za­sta­na­wia­jąc się, wbie­gła do dru­gie­j izby.

 

Za­ha­czy­ła o nisko roz­po­star­tą me­ta­lo­wą linkę we fra­mu­dze drzwi. –> Raczej: Za­ha­czy­ła o metalową linkę, nisko roz­po­star­tą we fra­mu­dze drzwi.

 

Ostra kra­wędź prze­cię­ła jej skórę. –> Obawiam się, że linka nie ma krawędzi.

 

na­tarł od tyłu. Dziew­czy­na na to cze­ka­ła. Zręcz­nym ru­chem ob­ró­ci­ła się do tyłu… –> Nie brzmi to najlepiej.

W drugim zdaniu wystarczy: Zręcz­nym ru­chem ob­ró­ci­ła się

 

który spo­czął na mar­twej pier­si dziew­czy­ny. –> Raczej: …który spo­czął na piersi mar­twej dziew­czy­ny.

Przypuszczam, że martwa była cała dziewczyna, nie tylko pierś.

 

a ta­kich band jak oni, wro­gim im, było wię­cej. –> …a ta­kich band jak oni, wro­gich im, było wię­cej.

 

Ten nie­co­dzien­ny widok prze­rwał herszt. –> Obawiam się, że widoku nie można przerwać.

Proponuję: Ten nie­co­dzien­ny widok zastał herszt.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cezare, trzymam kciuki za pracę nad warsztatem :). Myślę, że poprawa ostatniego akapitu i wplecenie w fabułę przypisów będą zmianą na plus, powodzenia!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Znowu odkładałam na później skomentowanie tekstu :( Mam nadzieję, że się przyda.

 Spada, spada w otchłań bez czasu,/ gdzie będzie trwać wiecznie.

Epigraf. Podyskutujmy o nich. Zasadniczą funkcją epigrafu jest zapowiadanie czegoś ważnego. Cytat na początku może też przedstawiać świat lub wprowadzać czytelnika w nastrój – mam wrażenie, że chodzi Ci tutaj o to ostatnie. Czy cel osiągnąłeś – hmm. Niekoniecznie. Ten konkretny epigraf wydaje mi się cokolwiek kiczowaty.

 Patrzył jak kołyszący się na wietrze liść wreszcie przeciął pępowinę i szybował zataczając się wokół gałęzi, na której rósł.

Patrzył, jak. Metafory pomieszane – "przecięcie pępowiny" i "zataczanie się" ewokują bardzo różne rzeczy. Poza tym zdanie jest w ogóle wyłowione ze strumienia świadomości, jak zresztą cały akapit. Wydaje mi się, że sięgasz tu do języka filmu – to nic złego, ale nie zawsze się sprawdza (tu może być).

 odezwał się nieco piskliwy głos

No, właśnie – tu filmowość zaczyna przeszkadzać. W filmie bohater może mówić zza kadru, ale w tekście taki oderwany głos nie zawsze gra.

 a nikt za nami nie podąża

Anglicyzm (”follow” to niezupełnie “podążać”). Pamiętaj, że języki nie tłumaczą się 1:1 – nie możesz pisać z angielska po polsku (ani odwrotnie). To zdanie podrzędne wycięłabym po prostu.

 musimy być nieuchwytni i unikać ludzi

A także kryć się przed innymi istotami rozumnymi. Dialog jest stanowczo zbyt okrągły, zwłaszcza jak na trzynastolatka. Popodsłuchuj w tramwajach :)

 przekonywał go ten, który miał na imię Pavko.

Przekonywał go Pavko. Koniec, kropka, enter. Less is more.

 słychać było śpiewy czyżyków

Zwykle mówi się "śpiew czyżyków". Ponadto – rozpoznanie ptaka po głosie nie jest wcale łatwe.

zaczął się pakować

Zaraz – to był krótki popas (siądziemy i zjemy), czy nocowali tam? Hmm?

 że tylko intensywne działania prowadzą do celu, by uciec prześladowcom, by mieć wreszcie spokój.

To też bym skasowała – jest pretensjonalne i wali czytelnika po głowie informacją, którą powinien już sam wywnioskować. Nikt nie lubi, kiedy mu tłumaczą jak krowie.

Mladen lubił czasem pobyć sam z myślami.

A jak to się łączy z tym, co przed chwilą? Można iść w milczeniu z różnych powodów.

 Miał 13 lat, ale nie był już dzieckiem. Życie go straszliwie doświadczyło.

Uwaga, kicz. Takie rzeczy – bardzo ostrożnie. Lepiej je sugerować, niż nazywać, a już na pewno nie pisz wprost, że ktoś był nieszczęśliwy, bo to po prostu nie przekonuje. Tak, wiem, paradoks.

 Jesienią, gdy skończył cztery lata, jego wioskę napadli Krylończycy*.

To się parsuje, jakby chodziło o jesień zeszłego roku. Ponadto – przypisy. Podyskutujmy o nich. Funkcją przypisu jest przekazywanie informacji, która jest stosunkowo ważna, ale nie tak ważna, żeby ją kolanem upychać w głównym tekście. W literaturze pięknej lepiej jednak ograniczyć poboczne szczegóły – jeśli nie masz na coś miejsca, zastanów się, czy tego nie wyciąć (są pisarze, którzy potrafią zastosować przypisy, ale zwykle zawierają w nich jakiś poboczny żart). W tym konkretnym przypadku wyjaśnienie, kim są Krylończycy, mogłoby spokojnie poczekać na lepszą okazję, a na razie czytelnik wiedziałby o nich, że są, i że napadają wioski – to już sporo. Nie musisz wszystkiego wyjaśniać od razu.

 Dziecko patrzyło na rozlew krwi, gwałty i bezprawie. Odtąd już na zawsze spadające liście kojarzyły mu się z krwią i śmiercią.

… w takim razie mnie powinna się ze śmiercią kojarzyć lodówka. Nie, nie powiem, dlaczego. Widzisz, że nie wszystko trzeba wyjaśniać? (Nie, to nie jest zabawna historia.)

 życie płynęło leniwym torem

Primo – mieszana metafora. Torem jedzie pociąg. Płynie statek, albo nurt. Secundo – uchodźcom? To nieźli z nich szczęściarze, ale brzmi to nieprawdopodobnie. Może, gdyby mieli tam jakąś rodzinę…

 Mały pomagał rodzicom jak tylko mógł, opiekował się siostrą, ale lubił też chodzić własnymi ścieżkami.

Za dużo tych zastrzeżeń. Nie wiem, po co tak zapewniasz, że był dobrym dzieckiem – nie mamy (jak na razie) powodu w to wątpić. Wszyscy chłopcy trochę się włóczą (nie?).

 Pewnego dnia, także jesienią

Nie brzmi to. Może: Pewnego jesiennego dnia?

 Rozejrzał się odruchowo. Nikogo nie dostrzegł.

Co Wy wszyscy z tym "dostrzegł"? Używanie wymyślnych słów tam, gdzie to nie jest potrzebne, nie świadczy dobrze o warsztacie. Te dwa zdania skleiłabym: Rozejrzał się odruchowo, ale nie zauważył nikogo.

 Zawahał się czy odejść

Zawahał się, czy odejść. Skracalne.

postanowił sprawdzić źródło dźwięku

Bardzo niefantasy. Ja napisałabym tak: Przemógł wahanie i podszedł do miejsca, skąd usłyszał pisk.

 Odchylił bezlistne gałęzie i wtedy go zobaczył

Nie widział kotka przez nagie gałęzie? Mało prawdopodobne.

 brązowe w strachu wybałuszone oczy

A ja napisałabym: brązowe oczka, rozszerzone ze strachu. I co, który kotek bardziej kotkowaty? O tym trzeba myśleć. Ponadto miesięczny kotek jeszcze pije mleko, nie powinien być z dala od matki.

 Kotek, mógł mieć

Albo: Kotek. Mógł mieć…; albo Kotek mógł mieć…

 Być może zgubiła się.

Okropnie nienaturalne. Kto tak mówi?

 Może powinienem się nim zaopiekować – Mladen się wahał.

Nie musisz nam tego tłumaczyć, skoro widać z wypowiedzi.

 kociaka, który właśnie zwinął się w kłębek na jego bucie

Wątpię, czy miesięczny kotek by tak zrobił. Zwłaszcza z obcą osobą. Reszta akapitu dość nijaka, jak notatka.

 Stworzenie tylko na pozór było kotem, bo gdy dorosło, widać było, że różni się od popularnych dachowców

Źle to brzmi. Staraj się nie dawać wniosków przed przesłankami – lepiej opisać, jak "kicia" rośnie i wygląda coraz mniej kiciowato. Domyślimy się, zwłaszcza, że już wyżej była mało kiciowata.

 zęby stały się ostre jak brzytwy, a pazury były twarde jak stal

… skąd on to wie?

 W tym też czasie dziwnym trafem w okolicy zaczęły znikać zwierzęta hodowlane.

Niee, to chupacabra :) Zdanie tak poważne, że trochę śmieszne. Czemu nie zrobisz tego scenką? Np. rozmowy rodziców z chłopcem, który z oddaniem, ale nieporadnie broni pupila?

 nie mogli dłużej ignorować tych sygnałów

Znowu – bardzo telewizyjne i niefantasy, a "ignorować" to anglicyzm.

 Wkrótce, u progu domostwa

Bez przecinka i "na progu".

 obejrzał Pavko

Słowiańskopodobne imię chyba powinno się odmieniać.

 Gospodarzu, zbliż się do mnie – mędrzec przywołał gestem

Przywołał gospodarza słowem. Gest może je najwyżej uzupełniać.

 wiadomość dla postronnych uszu.

Dla uszu postronnych. To nie uszy są postronne, tylko ich właściciele.

 Ojciec Mladena zbladł

I to wystarczy, Nie opisuj jego przerażenia aż tak szczegółowo – less is more. Co zrobisz, kiedy moment będzie naprawdę dramatyczny, skoro przy takim drobiazgu już strzelasz z armaty? Gość wychodzi na histeryka.

 Gospodarz gestem głowy nakazał żonie opuszczenie pomieszczenia. Kobieta posłusznie wyszła do sieni.

W sieni już ktoś jest. Nie wpadnie na niego? Poza tym, to sztucznie przedłużone: Ruchem głowy gospodarz ponaglił żonę, która wyszła spiesznie.

 odprowadziła do jego pokoju…

W kurnej chacie?

 piskliwy głos zaszumiał mu w głowie

… hę?

instynktownie się cofnął. Jeszcze krok, a spadłby z urwiska

Nie. Nikt nie zatopi się w myślach na tyle, żeby wpaść w przepaść. Zwłaszcza, że teren raczej nie jest gładki jak stół, to przecież góry.

 Znajdowali się nad przepaścią.

A może: Stali na skraju przepaści?

 przez tak długi czas wspominał ostatnie wydarzenia

Niezgrabne. I coś z tym czasem podróży nie do końca działa. Piechur przejdzie dziennie ok. 30 km (to zależy od wytrenowania) po płaskim – w ciągu paru godzin rozmyślań (nie miał na tyle materiału, ale niech tam) nie wdrapie się na górę.

 Tu Mladen rozbił obóz.

Czyli gdzie? Szlaki są długie.

 Liść pikował w dół jednostajnym tempem.

Nawet, gdyby liście faktycznie tak robiły (nie robią ze względu na kształt), to brzmi zbyt patetycznie i niezręcznie. I nic nie leci tempem, czyli szybkością.

 Gdy opadł na dno, unurzał się w jeszcze ciepłej, lepkiej cieczy o intensywnej czerwonej barwie.

Jak wyżej – stajesz na uszach, żeby opisać krew, kiedy sama nazwa wywołuje znacznie straszniejsze konotacje. Ponadto – nie nazwałabym koloru krwi "intensywnie czerwonym" (cynobrowym?), a raczej ciemnoczerwonym. I – dno czego?

 Zielone smutne oczy

Nie dawaj oczom autonomii, to rozśmiesza czytelnika.

 Coś było ewidentnie nie tak.

Lepiej, żebyśmy się tego domyślili.

 Coś tu jest nie w porządku. Psy nie szczekają – zamyślił się przez chwilę.

Nie, no, naprawdę.

 cień przemknął w przydrożnych krzewach

Źle to brzmi. I widać to w ciemności?

 Wybiegł z izby przerażony

Ten cień?

Strasznie się bał (…) żaden dźwięk nie wydobył się z jego sparaliżowanej krtani

Za bardzo nas zapewniasz, zamiast opowiadać. Show, don't tell.

 Chłopiec obrócił ciało matki na wznak.

Silny.

 wyrwał się z młodej piersi,

To śmieszy, bo wywołuje jednoznaczne skojarzenie.

 przemknął na drugą stronę łoża

Znaczy, jak? I stawiaj przecinki przed imiesłowami: przytuli, dodając. Swoją drogą, to też anglicyzm – napisałabym raczej: przytuli, żeby dodać.

 Ale tak się nie stało. Bo ciało ojca również było wiotkie i martwe.

Nie mów.

 starał się zlokalizować jego źródło

Niefantasy. W science fiction by grało, ale w fantasy nie.

 światło znowu zaświeciło oświetlając

I zrobiło to świetliście. Nie powtarzaj tak intensywnie.

 Oczom chłopca ukazał się przerażający widok. Otóż jeszcze do niedawna nieżywi rodzice teraz stali przed nim.

Za przeproszeniem – wtf? Zamiast mnie na to przygotowywać, zaskocz. Coś takiego powinno być nagłe (jeśli już jest, bo w jego niezbędność wątpię). I opisz to oszczędniej – straszne jest to, czego nie widać.

 zauważył, że zamiast ludzkich zębów mieli ostre jak brzytwa kły

Consecutio temporum (anglicyzm składniowy): zauważył, że mają.

 Nie, nie były podcięte, a wręcz rozdarte

Nie odróżnił tego? Bardzo klinicznie to opisujesz. Spróbuj się skupić na samych wrażeniach zmysłowych, nie wyciągaj za nas wniosków (wiem, że to trudne).

Ale nie to najbardziej przeraziło chłopca.

Ale nagle stało się coś jeszcze straszniejszego… Zobacz:

 Usłyszał jak drzwi do izby się otwierają

To wniosek. Ale skąd on płynie? Może stąd: Usłyszał jęk zawiasów. Hmm?

 wyrosło olbrzymie złowieszcze monstrum

Jak wyżej.

 Ludzkie kukły rozstąpiły się

Hę?

 paraliżująco złowroga

… co to znaczy?

twarz pochylającą się nad nim

Sama twarz się pochylała?

 Mogła mieć nie więcej niż 20 lat.

Twarz? I – anglicyzm: Mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat.

 zamoczyła ręce w zimnym naczyniu

Zwykle moczy się ręce w wodzie. I – on "na oko" poznaje, że jest zimne? I gdzie stoi to naczynie? Wisi w powietrzu?

 kątem oka spojrzał w lewo i lekko się zawahał, co nie uszło uwadze dziewczyny.

Skoro to opisujesz z jej punktu widzenia, to oczywiście, że nie uszło. Tylko, że narracja nie jest z jej punktu widzenia. Prawda?

 Ale czy on cię skrzywdził?

Ale skąd ten wniosek?

 Izarea zdumiała się. Chłopiec był sierotą. Ile mógł mieć lat? 12, może 13.

Co w tym zdumiewającego? Zwłaszcza w czasach niespokojnych.

 znaczy że

Znaczy, że. I jak to – nieprzytomnego? Spał sobie. To nie jest niepokojące medycznie.

 Czy podążasz jego śladem?

Bardzo nienaturalne.

 Mladen znowu się zawahał, co ponownie nie uszło uwadze rozmówczyni.

Nie wiem, po co nas o tym zapewniasz.

na półmityczne

Na wpół mityczne.

 Czyli w mitach może być ziarnko prawdy – pomyślała.

Albo mały ma wyobraźnię. Ale nieee, nikt nigdy nie wyciąga błędnych wniosków.

w spokoju kontynuować dalszą wędrówkę

Wystarczy: w spokoju kontynuować wędrówkę. I gdzie oni są? Ciągle na przełęczy? Bo cała ta scenka to "gadające głowy", mogą być gdziekolwiek.

 Pomyślał, że nie będzie mu łatwo ją zostawić i odejść w swoją drogę.

Już to powiedziałeś. Raz wystarczy.

 posłanie położone było na kamiennej posadzce

Posłanie było raczej rozścielone.

 Mladen nie był wojem

Niemożliwe. A serio – to anglicyzm. Uważaj na nie.

 że znajduje się w strażnicy bądź wieży

I nikogo poza nimi tam nie ma? Strażnice służą do trzymania straży. Jeśli ta jest opuszczona, może lepiej to zaznacz.

 Wszyscy ludzie są źli i fałszywi.

To ma być argument?

 Los sprawił, że chociaż mieli inne cele, to szli w jednym kierunku.

Już o tym wiemy.

Sytuacja jest patowa

Ale dlaczego?

 Z jednej strony doszło do tragedii. Straciłam wszystkich towarzyszy.

Ale się tym nie przejmuję, bo po co. Przeszedłeś na jej punkt widzenia, w porządku. Ale czy ten monolog wewnętrzny pasuje do postaci? Jak na razie młoda dama jest doskonale nijaka.

 nie wiem czy

Nie wiem, czy.

 zasiedlona w większości przez społeczności rolników

Powtórzony dźwięk (ości-ości). "Społeczności" są mało fantasy.

 Stąd pochodzę.

Bardziej stamtąd, bo jeszcze tam nie dotarli.

 Mamy do przejścia jeszcze pięć stai.

Staj. Lepiej nie podawać odległości, jeśli nie masz przygotowanej mapy – pogubisz się.

 Wydawał jej się nieobecny, jakby coś go dręczyło.

Opisz to.

 Przytrzymując go za ramiona powoli go usadziła na wilgotnej trawie.

Niezgrabne. Przytrzymując chłopca za ramiona, posadziła go ostrożnie na wilgotnej trawie. (Nie ma tam żadnego kamienia?)

 Kobieta wiedziała, że trzeba działać szybko.

To tylko skręcona kostka (ex machina, swoją drogą), nie umrze od tego.

 gdy ta odchodziła poszukać leczniczych ziół.

Która "ta"? Zaimek wymaga, żeby to, do czego się odnosi, było blisko.

 spojrzenie powędrowało

Nie uosabiaj spojrzenia.

liść, który właśnie spadł tuż obok niej.

A z opisu (fakt, że skąpego jak bikini gwiazdy porno) wygląda, że to równina bez drzew. Hmm? Jeśli to zamierzone – musisz podkreślić bezdrzewność.

 bowiem przyjechała osławiona trupa artystów

"Bowiem" jest śmiesznie wysokie. "Osławiona" czy "słynna"?

 rozrywek, dla chłopów

Przecinek zbędny.

 Byli nierozłączni, dlatego ciężko mu było opuszczać przyjaciela.

Pokaż to, zamiast zapewniać. Zapewnienia nie zostają w pamięci.

liść zerwał się z gałązki

Liść to nie ptak i sam się nie zrywa.

 Ty, liściu, nie zepsujesz mi tego dnia – powiedział raczej do siebie.

To brzmi śmiesznie. Gdybyś chciał zmniejszyć napięcie, to OK, ale chyba nie chcesz.

 Dawno się tak dobrze nie bawił. Prawdę mówiąc nigdy.

To dawno – czy nigdy?

tańcami czy też strzelaniem

Czyli tylko jedną z tych rzeczy.

 w jednej z konkurencji

Konkurencja jest w zawodach, a to chyba jednak pokaz.

 Mladen bardzo się bał.

W ogóle nic nie pokazujesz. Mam wrażenie, że to Twoje notatki, nie wykończone opowiadanie.

 Wyczuwał go z daleka.

Kto kogo?

 Uspokój się synu

Uspokój się, synu.

 Jak to uciekł?

Jak to, uciekł?

 Na twarzy chłopca pojawiły się łzy.

Tak z powietrza?

 Starał się myśleć racjonalnie, chociaż był zrozpaczony.

Nie brzmi to wiarygodnie – nie sama treść, ale słowa, jakimi ją przekazujesz, nie pasują do fantasy.

 chłopiec się odwrócił, na trakcie

Dałabym kropkę zamiast przecinka.

 miał wrażenie, że poczuł

Może jednak po prostu "poczuł"?

 Szli tak dalej rozmawiając

Szli tak dalej, rozmawiając. Swoja drogą młody nawet tego nie kwestionuje, tylko od razu wierzy pierwszemu głosowi, jaki słyszy w głowie. Mało rozsądne.

 chwycił za kamień

Chwycił kamień.

 Wrócił cały przemoczony, chwiejnym krokiem, do domu.

Źle się to parsuje. Był przemoczony krokiem?

 Bo ludzie byli zazdrośni o naszą przyjaźń.

… że co? To może być kłamstwo, ale grubymi nićmi szyte.

 cichy spokojny głos

Cichy, spokojny głos – to dwie równorzędne cechy.

 Mladen wziął ją na ręce i ucałował w czoło.

Trzynastolatek?

 zupełnie jakby jakiś szalony malarz rzucał nią obficie na oślep. Pierwszą zauważył matkę.

Zupełny chaos. Opis rodziców – tak samo chaotyczny.

 Wybiegł w deszcz, na zewnątrz.

Wiadomo, że w domu nie pada.

 Swoje kroki skierował ku stodole

Bardzo okrągłe – nie na miejscu. Brzmi tak, jakby tam z godnością poszedł, a nie pobiegł.

 wyszedł zza rogu

Jakiego rogu?

 że stodoła zaczęła palić się od środka.

Nie znam się na tym, ale to chyba samozapłon bimbrowni.

Pobiegł do palących się zabudowań, otworzył drzwi i poczuł potęgę żywiołu.

Really…

 Poczuł, że czuje się

No, wiesz?

 Przestraszył się, że ludzie oskarżą go o to, co się stało.

Dlaczego niby? Na jakiej podstawie?

 gdzie ma się kierować.

Dokąd.

 stawić czoło

Czoła.

 i się uśmiechnął

Zwykle czepiam się "się" na końcu, ale tu akurat byłoby odpowiedniejsze.

 Teraz w jej głowie kołatały się myśli o tym, co przeżył ten chłopiec.

Rany julek. To brzmi strasznie wydumanie. Reszta akapitu też.

 pomagała mu ze względu na współczucie, o tyle teraz trochę się go obawiała.

Można komuś współczuć i bać się go.

Tak czy inaczej chłopcu

 Tak czy inaczej, chłopcu.

 dotrzeć do miasta by

Dotrzeć do miasta, by.

 zbawiennych ziół

Od czego one mają go zbawić? Skręcił kostkę. Odpoczynek, zimne okłady, trzymać nogę wysoko. Zioła są zbędne.

 Padał rzęsisty deszcz, ale nie zwracała na to uwagi.

Nie zbiera się ziół w taką pogodę.

 Jej wzrok uważnie wodził po ziemi.

Czym wodził? Albo co? https://sjp.pwn.pl/szukaj/wodzić.html

 Tak, arnika pomoże mu uśmierzyć ból.

Z arniki robi się nalewkę. Nie mają na to czasu. Poza tym z tego zdania wynika, że chłopiec sam uśmierza ból, a arnika mu pomaga. Jakoś.

 a tę rośliną

Tę roślinę.

znaleziska szybko wróciła do obozowiska

Ska-ska. I co to za obozowisko – siedział dzieciak na trawce i tyle. W deszczu. A ona się wkurza, że się schował przed deszczem?

 może gniewać się na kogoś, kogo właściwie nie zna, zaskoczyła ją

Rozumiem, że nikt Ci się nigdy nie wciął w kolejce?

 Szybko odegnała swoje myśli, aby skoncentrować się na tropieniu.

W czym myślenie przeszkadza?

 Przykucnęła przy ziemi.

Znaczy, jak?

 Zobaczyła, że jego ślady prowadzą na wschód.

Miała w głowie kompas?

 Może chłopiec zauważył chatę

Za wzgórzem?

 Dach się częściowo zapadł, nie było drzwi, a ze ścian zamiast okien ziały wielkie dziury.

I od tego zacznij, nie od abstrakcji "Chałupa chyliła się ku upadkowi."

 Przez dziury wpadało nieco szarego światła.

Toż tam więcej dziur, niż ścian.

 w każdej chwili ściany mogły się zawalić.

Składnia: ściany w każdej chwili mogły się zawalić. Nie widzę tej chałupy, ale reszty też nie widzę, więc trudno.

 Wszystko przykrywał pył, który z każdym krokiem unosił się nad ziemią.

Pada deszcz. Leci przez te dziury do środka. Pył w takich warunkach przechodzi w błotko.

 Nie zastanawiając się wbiegła

Nie zastanawiając się, wbiegła.

 Ostra krawędź przecięła jej skórę.

Linka ma krawędź? (Wyłącznie krawędź?)

 Izarea z jękiem upadła na podłogę. Krzyknęła z bólu. Poczuła jak cieknie krew.

I to jest zupełnie abstrakcyjne. Zresztą – cieczenia krwi raczej się nie czuje (czasami, ale nie zawsze).

 Nie był to głos Mladena.

Tylko Jokera na helu. Oczywiście, że nie Mladena, przecież konsekwentnie opisujesz w ten sposób głos konkretnej osoby. Czytelnik coś jednak pamięta.

 bukowego fotela

Skąd, u licha, ona wie, z czego jest ten fotel? I na co jej ta informacja?

 Nie wyrażały nienawiści, tylko jakąś diabelską satysfakcję.

Miały to wypisane dookoła tęczówek.

 Przybrała pozycję bojową, gotowa rzucić się do ataku lub skontrować uderzenie.

Znowu – łopata, łopata, łopata.

 była niezgorszą szermierką

Która jadała amerykanki. PWN twierdzi, że ta forma jest poprawna – ale jak ona brzmi? Czasami lepiej wykręcić, niż popaść w śmieszność.

 Mimo zaledwie 17 lat

Primo: Choć miała zaledwie siedemnaście lat. Tak, jak jest, to siedemnaście lat mogłoby się odnosić do czegokolwiek. I secundo – dlaczego wcześniej nie opisałeś jej wcale? Napisałeś, ile mniej więcej ma lat, a to wystarczy w kwestii wieku, za to mało mówi o wyglądzie.

 Teraz jednak stała oko w oko z przeciwnikiem, z którym do tej pory się nie mierzyła.

No, skoro go pierwszy raz spotkała…

 okrążył ją i natarł od tyłu.

Proszę zaczekać do dwudziestej drugiej.

 obróciła się do tyłu jednocześnie zrobiła zamach mieczem od dołu

??? Przecinek przed "jednocześnie". Nie znam się na tym, ale nie widzę tej walki.

 Nie chybiła.

Czyli trafiła. Nie pisz, czego nie zrobiła. Opis walki jest po prostu nudny – ot, zdanie po zdaniu, bez dynamiki. Gdyby mi zależało na bohaterce, może bym się przejęła, ale tak – niestety.

 dostała cios

Brzydkie sformułowanie.

 miecz zamiast w tors, trafił

Wtrącenie: miecz, zamiast w tors, trafił.

Izarea upadła. Ananako wyczuł, że ma przewagę.

Geniusz.

 Jego zęby chwyciły

Tak same z siebie?

W przedśmiertnym widzeniu

Nie możesz czegoś takiego zbywać jednym zdaniem, no, weź.

 na martwej piersi dziewczyny

Na piersi martwej dziewczyny. Ona cała jest martwa. Od stóp do głów.

 wtedy zrozumiał, że Pavko jest jego opiekunem i że dopóki są razem, nic mu nie grozi.

… ciekawa psychika.

 Błagał o życie zanim

Błagał o życie, zanim. Potem było mu trudno.

 na znany tylko sobie szlak

Składnia: na sobie tylko znany szlak.

 Tym, co ich zaskoczyło były

Tym, co ich zaskoczyło, były. Czemu od razu zakładasz, że coś ich zaskoczyło?

 aby sprawdzić czy ktoś nie ukradł ich łupu

A może to Śnieżka wpadła posprzątać? Naprawdę, takie oczywistości nastrajają czytelnika zgryźliwie.

 a takich band jak oni, wrogim im

Really.

syknął z ironią

Co w tym ironicznego?

 największy z nich drab

Wystarczy: największy z drabów.

 mający na sobie kolczugę i hełm garnczkowy z rogami.

Oraz papucie. Nie opisałeś dotąd żadnych strojów. Żadnych. Skąd ten zwrot?

 wysłał jednego na przeszpiegi

Raczej na zwiady…

 poszedł na tyły domu by sprawdzić kryjówkę

Po to bowiem był wysłany… Przecinek przed "by".

 przybysz nie miał drogi ucieczki

Nie po polsku.

 człowiek, a w zasadzie chłopiec

Bo chłopiec to nie człowiek?

 Co ciekawe miał

Co ciekawe, miał. To brzmi tak, jakby zbójcy opisywali okaz muzealny.

 Ten niecodzienny widok przerwał herszt.

Czyli nagle zrobiło się ciemno? Czy co?

 ujrzeli jak ten uniósł wzrok

Niedobrze. Zobaczyli, jak dziecko podnosi wzrok.

 

Kuleje rytm zdań, wszystko opisujesz tak samo rozwlekle, choć wcale nie podajesz dużo szczegółów. Fabuła się nie klei, postaci nie wydają mi się wiarygodne. Sceny w większości skrótowe, pisane pospiesznie, po łebkach. Strasznie dużo zapewniania o rzeczach, które powinny być jasne, podawania wniosków tam, gdzie powinny być wrażenia zmysłowe, wypisywania każdego kroku bohatera, chociaż jest oczywisty. Dużo pracy przed Tobą.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Nowa Fantastyka