- Opowiadanie: AngieL - W poszukiwaniu raju

W poszukiwaniu raju

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

W poszukiwaniu raju

Ziemia była mokra od deszczu. Ciemne chmury wisiały nad statkiem, przytłaczając marynarzy. Mimo niesprzyjającej pogody nic nie mogło go powstrzymać przed wyruszeniem w podróż. Zobaczył w dole swojego brata wchodzącego na pokład statku. Zawołał go. Kiedy podszedł, położył jedną dłoń na jego ramieniu, a drugą wskazał na ocean.

– Widzisz, bracie – odezwał się. – Tą drogą dotrzemy do naszego raju. Już niedługo będziemy mieli tyle złota, że nie pomieścimy go w naszych domach. Już niedługo nasze dzieci będą mogły żyć bezpiecznie.

Jego brat strącił dłoń ze swojego ramienia.

– Miejmy nadzieję, że nie będzie to trwało zbyt długo, drogi Oskarze.

Odszedł, pozostawiając kapitana statku w zaskoczeniu

Oskar spoglądał, jak jego brat kieruje się w stronę schodów prowadzących do spiżarni. Artur był zawsze przeciwny temu, co robił. Mimo że nie zgłosił żadnego sprzeciwu wobec podróży, wyraźnie widział złość w jego oczach. Oskar obrócił się w kierunku oceanu. Artur nie zniszczy jego marzenia. Nie tym razem.

Kapitan statku zwołał swoją załogę. Przywitał ich serdecznie i zaczął przemawiać. Mówił o poświęceniu, jakie niesie ze sobą ta podróż, o celu, który powinien stać ponad wszystkim. Przekonywał ich o tym, że podróż przysłuży się ich dzieciom. Widział zadowolenie i motywację na twarzach wszystkich marynarzy. Tylko jedna osoba kręciła głową. Oskar, rozczarowany, wykrzyczał rozkazy.

Statek ruszył powolnym tempem przy okrzykach, niosących się z lądu. Oskar ostatni raz spojrzał na swoje miasto. Zniszczone, niegdyś białe mury domów. Biedota chodząca od drzwi do drzwi. Ludzie próbujący z całych sił trzymać się razem. Nigdy nie lubił tego miejsca, ale przyzwyczajenie sprawiło, że już za nim tęsknił.

 

Pierwsze dni przyniosły ze sobą idealną pogodę na żeglugę. Kapitan statku uśmiechał się za każdym razem, kiedy spoglądał na wodę i widział, jak szybko płynie „Wojownik”. Im prędzej znajdą raj, tym lepiej dla nich. Mimo wszystko Oskar martwił się, czy w ogóle go znajdą, a jeśli tak, z czym się spotkają. Był przygotowany na wszystko. Wziął nawet na pokład wiedźmy, choć wiedział, że grozi to klątwą.

Znajdując się już w kajucie, ze skrzyni wyciągnął małą figurkę przedstawiającą mężczyznę trzymającego trójząb. Położył ją na stół, uklęknął i zaczął się modlić. Powtarzał w kółko te same słowa. Dziękował w ten sposób za spokojne wody i prosił, żeby takie pozostały aż do końca ich podróży. Raz po raz wypowiadał te same zwroty. Powtarzał je tak długo, aż wpadł w trans. Oczyma wyobraźni widział kwiaty wyrastające ze ścian pałacu. Z bursztynowych okien mógł zobaczyć przepływające obok trytony. Wyimaginowany widok był wciągający. Usłyszał, jak ktoś za plecami uderza czymś o podłogę i wypowiada jego imię. Oskar przerwał modlitwę. Kiedy się odwrócił, nie zobaczył nikogo. Stwierdził, że trans modlitewny miał na niego jeszcze wpływ.

Kiedy pakował figurkę z powrotem do skrzyni, usłyszał czyjeś głosy.

– … twój brat. Dlaczego jesteś mu tak bardzo przeciwny?

– Bo jest głupcem. Prowadzi nas w miejsce, z którego możemy nigdy nie wrócić. Tylko bogowie wiedzą, co się tam znajduje. Poza tym…

– Poza tym?

Cisza.

– Nic. Wracaj do swoich obowiązków.

Po chwili usłyszał odgłos skrzypiących schodów.

Oskar po krótkiej chwili wyszedł z kajuty. Zastał swojego brata otwierającego drzwi.

– Dlaczego tak mnie nienawidzisz? – zapytał, obserwując uważnie krewnego.

Artur, po tym jak otworzył drzwi, zastygł w bezruchu. Cały czas miał opuszczoną głowę.

– Wydaje mi się, że usłyszałeś wystarczająco dużo. – Wszedł do środka i zatrzasnął za sobą drzwi.

Kolejny raz słowa brata zraniły kapitana.  

Minęły dwa tygodnie, odkąd wyruszyli w poszukiwaniu raju. Pogoda sprzyjała im każdego dnia. Oskar, spoglądając w mapy, z zadowoleniem mógł ogłosić, że mają już połowę drogi za sobą. Wielu nie mogło uwierzyć w to, jak szybko i bez przeszkód płynęli. Podróż była zbyt idealna, by mogła być prawdziwa. Ciągle pytali siebie nawzajem, jak to możliwe. Odpowiedź nadeszła szybciej niż się tego spodziewali.

Wiedźma, szanowana nawet przez samych marynarzy, weszła do kajuty kapitana. Chciała prosić go o pomoc, ale słowa zamarły jej na ustach, kiedy spojrzała na Oskara. Jego oczy były wywrócone. Woda spływała po jego ciele, jakby stał pod strumieniem. Wiedziała, że kapitan ma wgląd do pałacu Posejdona. To świadczyło tylko o jednym…

Kiedy Oskar usłyszał własne imię, obudził się z transu. Zobaczył wiedźmę, która uklękła przed nim.

– Kapitanie, twój brat…

– Co z nim?

– Wybuchła kłótnia…

Wiedźma nie zdążyła dokończyć. Oskar wstał gwałtownie i wybiegł na górną część pokładu.

Zobaczył Artura, machającego marchewkami przed nosem młodego chłopaka. Krzyczał na niego, wymyślając przeróżne kary. Oskar wkroczył pomiędzy niego a chłopaka.

– Przestań! Nie ty ustalasz, kto powinien być ukarany, a kto nie!

– Ten chłopak okradł spiżarnię, żeby mieć wszystko dla siebie. Musi zostać ukarany!

– Oczywiście, że musi. Ale nie przez ciebie! Nie zapominaj, kto tu jest kapitanem.

Artur zamilkł. Nachylił się nad uchem Oskara.

– Mam nadzieję, że twoi ludzie w końcu przestaną patrzeć na ciebie jak na wielkiego przywódcy.  

W międzyczasie wiedźma, która widziała kapitana w transie, podeszła do swojej siostry.

– Powiedz reszcie, że nasz kapitan jest półbogiem.

Wiedźma napotkała zaskoczony wzrok swojej siostry.

– Jesteś pewna?

Skinęła głową.

Wystarczyła jedna niepozorna rozmowa pomiędzy wiedźmami, by wyczekiwana odpowiedź dotarła do wszystkich. 

 

Na początku jedynie szeptano o tym, kim naprawdę był kapitan. Większość nie wierzyła w żadne pogłoski o jego boskim pochodzeniu. Niektórzy obawiali się, że ześlą na siebie jego gniew. Nikt tak naprawdę nie wiedział, jaką karę mogliby ponieść za opowiadanie kłamstw o kapitanie.

Oskar wiedział, co o nim mówiono. Jednak z początku nie zwracał na to uwagi. Na jego statku znajdowało się wielu przesądnych marynarzy, którzy musieli szukać kogoś odpowiedzialnego za ich dobrą passę. Później zaczęła podobać mu się myśl o tym, że ludzie coraz bardziej wierzyli w jego boskie pochodzenie. Zaczął to wykorzystywać. Kiedy upewnił się, że wszyscy wiedzieli o tym, że jest półbogiem, zapoczątkował zebrania. Marynarze, nie sprzeciwiając się, zaczęli modlić się do niego.  

Oskar stał przy sterze, spoglądając na swoich ludzi z góry. Nie dostrzegał ich wyglądu ani twarzy. Jedyne, co widział, to ich klęczące postury. Słyszał ich modlitwy, którym towarzyszyły śpiewy wiedźm, tańczących wokół nich. Jak zawsze rozglądał się za swoim bratem. Artur nie pojawił się na żadnym zebraniu. I tym razem Oskar próbował sobie wmówić, że jego nieobecność nie ma znaczenia. Przecież miał tylu ludzi, którzy go doceniali.

Po ukończeniu rytuału zszedł do swojej kajuty. Tam zastał swojego brata, siedzącego przy stole. Miał spuszczony wzrok. Bawił się nożem.

– Widzę, że czerpiesz przyjemność z tych zebrań. – Powoli zwrócił wzrok na Oskara.

– Przeszkadza ci to?

– Oczywiście, że nie. Wszyscy są tobie tak oddani, że nie ma żadnych kłopotów na statku. Nikt… nie kradnie. Każdy pracuje. – Artur podszedł do kapitana, chowając nóż do pochwy.

– Więc w czym problem? Dlaczego tu jesteś?

– Przyszedłem cię ostrzec, bracie. Może teraz tego nie dostrzegasz… Wkrótce twoi ludzie zaczną odwracać się od ciebie.

– I ty będziesz za tym wszystkim stał?

– Mam nadzieję, że nie będę musiał. – Okrążył Oskara i podszedł do drzwi. – Pamiętaj. Każdy po pewnym czasie zaczyna pragnąć więcej i więcej. To, co dajesz swoim ludziom, może im już nie wystarczać. – Nacisnął klamkę drzwi i wyszedł.

Kapitan „Wojownika” uderzył pięścią w stół. Czuł się bezradny. Potrzebował wsparcia Artura, ale nienawidził go za każde wypowiedziane słowo.

 

Oskar obserwował, jak słońce zachodzi za linią horyzontu. Lubił ten widok, ale mimo wszystko wolał oglądać wschody słońca. Przypominały mu o tym, że noc ma swój koniec, a każdy nowy dzień przynosi nadzieję. I tym razem liczył na to, że kiedy księżyc zajdzie, wreszcie odnajdą swój wymarzony raj.

Z zamyślenia wyciągnęły go krzyki, niosące się z wnętrza statku. Kiedy zszedł na dół, napotkał dwóch chłopaków, bijących się o kawałek marchewki. Nie musiał nawet nic mówić, by stanęli na baczność.

– Moi panowie, który z was uderzył jako pierwszy? – Kapitan nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Na ich twarzach mógł zobaczyć wstyd i strach przed nim samym. – W takim razie zapytam inaczej. Dlaczego?

Po chwili ciszy jeden z nich szepnął:

– To ostatnia marchewka, jaką mamy, kapitanie. – Wskazał dłonią na warzywo.

– Jak to ostatnia?! – Zdziwiony Oskar podniósł głos, co przeraziło obu chłopaków jeszcze bardziej.

– Może powinieneś wreszcie zajrzeć do spiżarni, bracie. – Kapitan zza pleców usłyszał głos Artura.

W milczeniu otworzył drzwi spiżarni. Pierwsze półki, które zobaczył, były puste. Wszedł w głąb pomieszczenia. Jedynie ostanie trzy regały były wypełnione jedzeniem. Nie mógł uwierzyć w to, co widział. Jak długo już płynęli? Jak mógł być tak ślepy?

– Potrzebujemy twojej mocy, kapitanie – odezwał się cicho chłopiec, który wcześniej odważył się odpowiedzieć na pytanie Oskara. – Żeby zdobyć nowe jedzenie.

Kapitan spojrzał najpierw na chłopaka, a potem na resztę pustych regałów.

– Nie wydaje mi się, żebym potrafił stworzyć jedzenie z niczego.

 

– Modliliśmy się do ciebie! Składaliśmy ci ofiary! Wierzyliśmy, że nasz kapitan jest półbogiem! A teraz chcesz nam powiedzieć, że jesteś bezradny? – W imieniu wszystkich przemawiał jeden z najbardziej zaufanych ludzi Oskara.

Kapitan czuł, jak woda kołysze „Wojownikiem” coraz mocniej i mocniej. Spojrzał za siebie. Ciemne chmury zbliżały się nieubłagalnie. Nie słuchał słów marynarza. Czuł, że statek dziś zatonie. Tylko na tym potrafił się skupić. „Wojownik” płynął już za długo. Brakowało im jedzenia i wody pitnej. Ludzie chorowali z braku żywności lub odchodzili od zmysłów z pragnienia. Nieliczni wyskoczyli za burtę, bo nie chcieli umierać śmiercią głodową. Przeznaczeniem tej podróży była klęska.

Oskar zaczął rozglądać się za Arturem. Chciał z nim porozmawiać, przeprosić za wszystkie winy. Było już za późno. Gdzieś w oddali uderzył piorun. Kilka sekund później zagrzmiało. Kapitan poczuł, jak deszcz spływa po jego ramionach. Krzyknął do załogi, by każdy zajął swoje miejsce. Próbował się modlić, ale było już za późno. Fala wody wzniosła się prawie na wysokość statku.

– Artur. – To było ostatnie słowo, które zdążył wyszeptać, zanim fala uderzyła w „Wojownika”.

 

Koniec

Komentarze

Cześć! Pozwolę sobie zacząć od kilku uwag odnośnie błędów, które rzuciły mi się w oczy: 

 

Mimo niesprzyjającej pogody nic nie mogło go powstrzymać przed wyruszeniem w podróż.

Niesprzyjająca pogoda to znakomity powód, by odłożyć na później wyprawę w morze.

 

Oskar spoglądał, jak jego brat kieruje się w stronę schodów prowadzących do spiżarni.

Może niepotrzebnie się czepiam, ale akcja osadzona jest na statku, a statki mają to do siebie, że posiadają fajne nazwy na dosłownie wszystko, co się na nich znajduje. W tym przypadku “spiżarnię” warto byłoby zastąpić “pentrą”. 

 

Artur był zawsze przeciwny temu, co robił. Mimo że nie zgłosił żadnego sprzeciwu wobec podróży, wyraźnie widział złość w jego oczach.

Co kto robił? On sam? Czy jego brat? Coś się tutaj pomieszało z podmiotami.

 

Statek ruszył powolnym tempem przy okrzykach, niosących się z lądu.

Niepotrzebny przecinek.

 

Oskar martwił się, czy w ogóle go znajdą, a jeśli tak, z czym się spotkają.

Chyba zabrakło “tam”.

 

Mam nadzieję, że twoi ludzie w końcu przestaną patrzeć na ciebie jak na wielkiego przywódcy.

Przywódcę. 

 

Z zamyślenia wyciągnęły go krzyki, niosące się z wnętrza statku.

Bez przecinka.

 

 

Zamysł był całkiem interesujący i uważam, że wyszłoby dużo lepiej, gdyby opowiadanie zostało rozbudowane. Rzucasz nam na “dzień dobry” dramatyczną wizję wyprawy By Żyło Się Lepiej… ale nie wiemy, co tak naprawdę się dzieje. Ci ludzie szukają jakichś lądów obiecanych – ale po co? W domu jest aż tak źle? Dlaczego tak się spieszyli, że musieli ryzykować i płynąć w niepogodę (przynajmniej początkowo)?

Ładnie budujesz zdania i, z wyjątkami drobnych zgrzytów logicznych, całość napisana jest poprawnie. Momentami aż za poprawnie – w niektórych miejscach (szczególnie tam, gdzie mocno skaczesz czasowo) całość nabiera charakteru sprawozdawczego.

Zarysowałaś ciekawą sytuację psychologiczną, ale zupełnie jej nam nie przybliżyłaś. Mamy kapitana, który w kryzysowej sytuacji umacnia swoją pozycję przywódcy, oraz skłóconego z nim brata. Na statku kończą się zapasy żywności. Dlaczego kapitan wcześniej o tym nie wiedział? Stracił kontakt z rzeczywistością? Dlaczego załoga nie próbowała reagować? Przecież zapasy nie kurczą się NAGLE. 

Mamy też element fantastyczny – kapitan ma wizje. Bardzo spodobał mi się ten motyw fizycznego oddziaływania na jego ciało podczas modlitwy. A jeszcze bardziej zaintrygowała mnie rola wiedźm w tym wszystkim – to one kazały rozpowiedzieć marynarzom, że ich szefo jest półbogiem. To w końcu był nim, czy nie? Jeśli był, to dlaczego nic nie zrobił, by ocalić statek, a jeżeli nie był… To jaka była intencja wiedźm? Ładnie nawiązałaś (o ile było to Twoim zamysłem) do wcześniejszej wzmianki o “kłopotach z wiedźmami na morzu”, ale zabrakło mi jakiegoś motywu tłumaczącego ich postępowanie.

Podsumowując – nie jest źle, ale sądzę, że byłoby dużo lepiej, gdybyś rozbudowała to opowiadanie. Fabularnie niewiele się tu zadziało, co nie jest błędem, ale sugeruje inny charakter przedstawionej treści. Mam wrażenie, że bardziej niż o wyprawie chciałaś opowiedzieć nam o atmosferze panującej wśród ludzi na otwartym morzu, pozbawionych jedzenia, stłoczonych na ciasnej przestrzeni, a do tego manipulowanych wizją półboskiego kapitana. Moim zdaniem tekst znacznie zyskałby, gdybyś skupiła się na tych właśnie elementach. :) 

 

Powodzenia w przyszłości!

Rozumiem, że życie w mieście było trudne, ale nie wiem, dlaczego.

Rozumiem też, że Oskar postanowił wyruszyć w podróż, aby zdobyć środki na poprawę doli własnej rodziny i bliskich załogi, ale nie rozumiem, dlaczego zabrał ze sobą Artura, który go nienawidził.

Z tekstu wynika, że Oskar miał stosowne mapy i wiedział, dokąd płyną, więc nie pojmuję jak mogli zabrać niedostateczne zapasy jedzenia.

Wątły dość wydaje mi się wątek boskości Oskara, bo w końcu nic z tego nie wyniknęło.

Panie wiedźmy zdają mi się mało przydatne i tak po prawdzie to nie wiem, dlaczego biorą udział w wyprawie.

Do nie najlepszego odbioru tekstu z pewnością przyczyniło się też wykonanie, pozostawiające, delikatnie mówiąc, sporo do życzenia.

 

Mimo nie­sprzy­ja­ją­cej po­go­dy nic nie mogło go po­wstrzy­mać przed wy­ru­sze­niem w po­dróż. –> Kogo? O kim czytam?

 

Mimo nie­sprzy­ja­ją­cej po­go­dy nic nie mogło go po­wstrzy­mać przed wy­ru­sze­niem w po­dróż. Zo­ba­czył w dole swo­je­go brata wcho­dzą­ce­go na po­kład stat­ku. Za­wo­łał go. Kiedy pod­szedł, po­ło­żył jedną dłoń na jego ra­mie­niu… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Od­szedł, po­zo­sta­wia­jąc ka­pi­ta­na stat­ku w za­sko­cze­niu –> W jaki sposób można znaleźć się w zaskoczeniu? Brak kropki na końcu zdania.

Proponuję: Od­szedł, po­zo­sta­wia­jąc zaskoczonego ka­pi­ta­na.

 

Ka­pi­tan stat­ku zwo­łał swoją za­ło­gę. –> Zbędny zaimek. Czy istniała możliwość, aby kapitan statku zwoływał cudzą załogę?

 

Mimo wszyst­ko Oskar mar­twił się, czy w ogóle go znaj­dą, a jeśli tak, z czym się spo­tka­ją. Był przy­go­to­wa­ny na wszyst­ko. –> Powtórzenie.

 

Po­ło­żył ją na stół… –> Po­ło­żył ją na stole

 

– … twój brat. –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

Woda spły­wa­ła po jego ciele, jakby stał pod stru­mie­niem. –> Można stanąć pod wodospadem, ale jak można stanąć pod strumieniem?

 

Wy­star­czy­ła jedna nie­po­zor­na roz­mo­wa po­mię­dzy wiedź­ma­mi, by wy­cze­ki­wa­na od­po­wiedź do­tar­ła do wszyst­kich. –> Skoro nikt o niczym nie wiedział, nie zostało zadane żadne pytanie, to jak wszyscy mogli wyczekiwać odpowiedzi?

 

Na jego stat­ku znaj­do­wa­ło się wielu prze­sąd­nych ma­ry­na­rzy, któ­rzy mu­sie­li szu­kać kogoś od­po­wie­dzial­ne­go za ich dobrą passę. Póź­niej za­czę­ła po­do­bać mu się myśl o tym, że lu­dzie coraz bar­dziej wie­rzy­li w jego bo­skie po­cho­dze­nie. –> Kolejny przykład nadmiaru zaimków.

 

Je­dy­ne, co wi­dział, to ich klę­czą­ce po­stu­ry. –> Czy na pewno klęczały postury?

 

Sły­szał ich mo­dli­twy, któ­rym to­wa­rzy­szy­ły śpie­wy wiedźm, tań­czą­cych wokół nich. –> Czy dobrze rozumiem, że wiedźmy tańczyły wokół modlitw?

 

pró­bo­wał sobie wmó­wić, że jego nie­obec­ność nie ma zna­cze­nia. Prze­cież miał tylu ludzi, któ­rzy go do­ce­nia­li. Po ukoń­cze­niu ry­tu­ału zszedł do swo­jej ka­ju­ty. Tam za­stał swo­je­go brata… –>

Jeszcze jeden przykład nadmiaru zaimków.

 

Na­ci­snął klam­kę drzwi i wy­szedł. –> Zbędne dopowiedzenie. Czy było możliwe, aby, wychodząc, nacisnął klamkę inną niż tę u drzwi?

 

Z za­my­śle­nia wy­cią­gnę­ły go krzy­ki… – Z za­my­śle­nia wyrwały go krzy­ki

 

Ka­pi­tan zza ple­ców usły­szał głos Ar­tu­ra. –> Raczej: Ka­pi­tan usłyszał za ple­cami głos Ar­tu­ra.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja też mam pewne wątpliwości.

Po co w ogóle kapitan zabierał ze sobą brata, skoro on od początku nic, tylko się sprzeciwia? Zgadzam się, że lepsze umotywowanie całej wyprawy by nie zaszkodziło.

Właściwie, to w tekście nie ma zbyt wiele fantastyki. Z kapitanem dzieją się cuda podczas modlitwy, ale to wszystko.

Mnie też zaskoczyło, że kapitan stracił rachubę czasu. Przecież powinien prowadzić dziennik. No, musiał wiedzieć, jak długo płyną i na ile jeszcze starczy im zapasów. A te marchewki wyglądają mi na fetysz. A to ktoś je kradnie, a to ludzie się o nie biją…

Zbiorowe modły do kapitana dziwnie wyglądają. Kto w tym czasie dbał o statek, pilnował żagli, pichcił coś w kambuzie, siedział na bocianim gnieździe…?

A tak w ogóle, to bracia na statku kojarzyli mi się z braćmi Pizarro.

Babska logika rządzi!

Nie mam zbyt wiele do dodania. Poprzednicy zgrabnie ujęli i wychwycili wszystko, co mogłabym chcieć powiedzieć na temat tego tekstu. Na kolana mnie nie rzucił, ale nie sprawił mi też szczególnej przykrości. Jak na mój gust, trochę zbyt dużo tutaj niedomówień. Tekst sprawia wrażenie, jakby był posklejany z tego, co się wydawało najważniejsze, a całkowicie ograbiony z elementów, które rozwijałyby poszczególne wątki, przez co cierpi na ogólnym odbiorze. 

Przeciętny dla mnie tekst. Dużo pytań odnośnie fabuły, sporo niedomówień. Nie czytało się jednak źle. Przeczytaj uwagi poprzednich komentatorów, przemyśl je. Od siebie dodaję przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Po lekturze jestem całkowicie obojętna – po co była cała wyprawa? I kim byli bohaterowie? Wiedźma, Posejdon i utrata zapasów. Nic nie jest jasne, aby wciągnąć czytelnika. Dynamika braci też wypadła kiepsko – nie lubią się, ale dlaczego płyną na tym samym statku? Za dużo pytań. 

Przeczytałem i jak dla mnie za dużo w tej historii opisujesz a za mało pokazujesz. Miejscami przypomina to trochę notatkę policyjną ;) Na przykład fragment, gdy marynarze modlą się do kapitana. Zamknęło się w takim dość suchym akapicie, bez choćby jednej wypowiedzi. Ja jako czytelnik chętnie dowiedziałbym się więcej. Jak to wyglądało? O co marynarze wznosili modły? Jakimi słowami zwracali się do kapitan, itd. 

Fabularnie, zgadzam się z poprzednimi komentatorami, że trochę dużo tu niejasności i niedomówień. Potencjał jednak jest. Konflikt braterski to zawsze dobre źródło emocji i dramatyzmu, a pomysł z uznaniem kapitana za półboga też mi się podoba. 

Jak już przy kapitanie jestem to trochę raziło mnie sformowanie “Kapitan statku” – to jasne, że jest kapitanem statku, wystarczyłby sam kapitan. 

A tak naprawdę to ten statek jakiś taki niewyraźny w tej historii. Równie dobrze mogliby lecieć rakietą na księżyc (z kapitanem promu kosmicznego;) ), albo zdobywać biegun. Wiele by to w tej historii nie zmieniło. Nie jest to jakiś duży zarzut, bo sama wyprawa jest raczej tłem dla wydarzeń na statku, ale mogłabyś dorzucić trochę morskiego klimatu, opisać zmagania z żywiołem, użyć nieco żeglarskiej terminologii. A tymczasem ja miałem problem, by domyślić się jakim statkiem oni płyną. Żaglowym? Motorowym? Nie jest to oczywiście kluczowe dla tej historii, ale myślę, że mogłoby ją ciekawie wzbogacić. 

To są oczywiście tylko moje subiektywne spostrzeżenia, nie przejmuj się nimi za bardzo tylko pisz dalej. Może warto rozbudować to opowiadania? Zdania tworzysz całkiem ładne, czytało się w miarę płynnie, a sama historia ma w moim odczuciu potencjał do rozwinięcia. 

Powodzenia :) 

Najpierw plusy:

Podobał mi się pomysł na “marine fantasy” z Posejdonem w tle :) Motyw rzekomej półbogowatości głównego bohatera też całkiem przyjemny, bo czytelnik nie wie do końca, jak to z tym jest. No i wątek braterskiej więzi, a raczej jej braku mimo pokrewieństwa też miał spory potencjał. 

 

ALE.

 

No właśnie mam wrażenie, że całe opowiadanie jakoś nie wykorzystało licznych potencjałów, które w nim drzemały. Można było niektóre wątki fajnie rozwinąć, dodać trochę akcji, dramatyzmu, bo w sumie to niezbyt wiele się dzieje. “Popłynęli w siną dal i skończyły im się zapasy…” Hmmm… 

Ponadto ja, jako czytelnik, lubię, kiedy większość wątków na koniec opowiadania ładnie się zamyka, a u Ciebie pozostało sporo niedopowiedzeń, co sprawiło, że czułam się trochę, jakbyś mi pokazała przez szybę lizaka, a potem powiedziała “nu, nu, nu”.

Musisz też nieco popracować nad warsztatem, bo często nie było wiadomo, kto co robi, kto do kogo mówi, miałam wrażenie, że momentami sama się nieco gubiłaś i stąd to zagęszczenie zaimków (które niezbyt pomogło :P).

 

Generalnie – nie ma tragedii, ale troszkę pracy Cię na pewno czeka :)

Nowa Fantastyka