- Opowiadanie: mr.maras - Wczoraj będzie jutro

Wczoraj będzie jutro

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Wczoraj będzie jutro

Gdy Zulus zobaczył amarantową poświatę na końcu ciemnego korytarza, przywarł całym ciałem do wnęki, jaką tworzyły w ścianie drzwi do pokoju numer pięćset sześć i wstrzymał oddech.

Kacperek poruszał się niespiesznie. Zdawało się, że płynął w powietrzu, unosząc pół metra nad ciemną wykładziną. Zwalniał, delikatnie przyspieszał, a ruchy świetlistej chmury, w której wnętrzu wirowały srebrzyste wyładowania, zdawały się chaotyczne i nieskoordynowane. Od czasu do czasu istota zagłębiała się w ściany korytarza, przenikając bez trudu przez beton, płyty gipsowe czy boazerię, jakby wszelkie przeszkody były jedynie taflą wody.

Chłopiec obserwował intruza, zastygły w niewygodnej pozycji ze wciągniętym brzuchem. A im dłużej przyglądał się dziwacznym poczynaniom Kacperka, tym bardziej skłonny był uwierzyć w hipotezę Ptasznika.

 Czasem kusiło go, by podążyć śladem jednego z obcych, wytropić początek, czy może raczej koniec jego wędrówki. Znaleźć potwierdzenie i poznać prawdę. Jednak przy całej swojej ciekawości, która była niejako cechą pierwszorzędną Zulusa i przed kilkoma miesiącami przywiodła go w to miejsce razem z grupą wybrańców, a zapewne również ocaliła życie, czuł się przede wszystkim Sową. Dlatego, gdy świetlista istota kolejny raz zanurzyła się w ścianie, Zulus odkleił się od drzwi i jak szalony pobiegł do Gniazda ostrzec pozostałych.

Gdyby miał skrzydła, pewnie poleciałby wzdłuż długiego szeregu framug, a potem szeroką klatką schodową w dół, aż na parter. Z braku skrzydeł ograniczył się do długich skoków, którymi pokonywał po pięć – sześć stopni naraz.

 

Znał na pamięć wszystkie skróty i rozkład pięciu dolnych kondygnacji dwunastopiętrowego budynku i trasę do obozowiska mógłby pokonać z zamkniętymi oczami. Czasami nawet próbował, powolnym krokiem przemierzając dolne korytarze z rękami wysuniętymi do przodu. Jednak zanim budził się w nim strach przed uderzeniem w jakąś przeszkodę, otwierał oczy z powodu narastającego lęku przed napotkaniem Kacperka. Obcy już na dobre wsączyli się w nasze głowy – myślał wtedy, lecz z czasem wrodzona ciekawość przezwyciężyła nawet ten strach i Zulus jako jedyne dziecko z Gniazda zapuszczał się na wyższe poziomy.

Największym zaskoczeniem okazała się obecność Baksa na posterunku w tej części parteru. Zanim Zulus zdążył zareagować, postawny, ale niezbyt bystry nastolatek, który nie wiedzieć czemu uważał się za przywódcę Sów, chwycił go za kaptur bluzy, brutalnie wyhamowując bieg. Zulus omal nie wyrżnął jak długi.

– Nie teraz, Baks! Spotkałem Kacperka! Kręci się po czwartym piętrze wschodniego skrzydła i schodzi w dół!

Starszy chłopak nawet nie drgnął, więc Zulus spróbował wyszarpnąć się z uchwytu. Bezskutecznie.

– Jest całkiem blisko! Musimy przenieść Gniazdo do innej dziupli! – Stojący trzy kroki dalej drugi ze strażników, Korek, poruszył się niespokojnie.

– A co ty robiłeś na czwartym piętrze wschodniego skrzydła, Zulus? Do tego sam? – zapytał lodowatym głosem Baks.

Zulus westchnął zrezygnowany.

– Szukałem twojego mózgu. Puść mnie, bo powiem Ptasznikowi, że naraziłeś stado, bawiąc się w policjanta.

Korek zachichotał. Szybko jednak umilkł pod groźnym spojrzeniem Baksa.

– Pójdziesz teraz prosto do Ptasznika. O tych wypadach na górę pogadamy potem – zadecydował osiłek, wypuszczając kaptur Zulusa.

– Nie mamy o czym rozmawiać, ty nigdy tam nie byłeś! – Usłyszał w odpowiedzi, ale nie zdążył zareagować, bo wyswobodzonej Sowy już przy nim nie było.

 

Zulus rozejrzał się po obszernym hallu. Kilkudziesięcioosobowa grupa rozłożyła swoje graty naprzeciwko recepcji, wśród wielkich sof i stolików. Sflaczały, różowy namiot Ptasznika, wsparty jedynie na dwóch krzywych pałąkach, stał jak zwykle w samym centrum tego bałaganu. Bezpieczna dziupla musiała mieć co najmniej dwa wyjścia, dlatego wybierali sale konferencyjne, treningowe lub hotelowe restauracje. Na liście była też sala balowa, basen i właśnie hall, w którym założyli Gniazdo przed tygodniem, a z którego będą się musieli niezwłocznie wynieść.

Pamiętał doskonale, że obozowali w tym samym miejscu kilka miesięcy temu. To właśnie tutaj po kolejnej samotnej wyprawie Ptasznik zwołał niemal całe stado, by przedstawić swoją hipotezę na temat dziwnych istot, które opanowywały świat, przy okazji eliminując jego gospodarzy.

Rozłożyli się wówczas na podłodze i kanapach, szepcząc w wieczornym półmroku. Tylko trzy Sowy pilnowały korytarzy, reszta dzieci zebrała się w sali. Ptasznik wyglądał wtedy inaczej. Czesał się i często zmieniał odzież, wyszukując mniej lub bardziej pasujące ubrania w pustych pokojach, lub hotelowej pralni. Elegancki w obliczu cichej apokalipsy i audytorium złożonego z umorusanych dzieciaków. Samym swoim wyglądem przywracał nadzieję i przywoływał wspomnienia normalności. A tamtego dnia był wyraźnie ożywiony, jakby i jego własna nadzieja odzyskała chęć do życia.

Najpierw otarł usta wierzchem dłoni. Potem przemówił, a mówcą był raczej kiepskim.

– Możecie się bać. Strach jest naturalny i pomaga przetrwać. Jednak nie możecie być przerażeni. Jeśli te istoty przypominają wam duchy, to myślcie o nich jak o duchach, które nie przerażają. Widzieliście „Ghostbusters”?

Spojrzeli po sobie zdziwieni, a Ptasznik westchnął zrezygnowany.

– Tego się spodziewałem.

– To może Kacperki? Jak ten duszek z bajki? – zaproponowała nieśmiało Agrafka i wtedy Zulus po raz pierwszy skupił swoją uwagę na rudej dziewczynie. Podobno dziwaczce i do tego córce policjanta, która znalazła się tutaj w nagrodę za zwycięstwo w olimpiadzie nauk ścisłych. Przy okazji dostrzegł również maślane spojrzenie, jakie wlepiał w nią Baks. A Baks dostrzegł spojrzenie Zulusa.

Tymczasem Ptasznik rozglądał się po młodych twarzach. Większość słuchaczy najwyraźniej kojarzyła, o kim mowa, więc skinął z zadowoleniem.

– Świetnie. Niech będą Kacperki. A teraz wyobraźcie sobie… – Mężczyzna zawiesił głos. – …że te stworzenia pochodzą z całkiem innego wszechświata lub wymiaru. A ich czas, co stwierdzam po długich obserwacjach, płynie w przeciwnym kierunku niż nasz. Rozumiecie? Po tej samej linii, lecz w odwrotną stronę! – oznajmił podekscytowany.

Zaskoczony Zulus oderwał wzrok od Agrafki i skupił uwagę na przemawiającym mężczyźnie. Tego się zupełnie nie spodziewał. Wśród dzieciaków krążyły różne dziwne teorie na temat pochodzenia Kacperków, ale ta była najdziwniejsza.

– Dlatego powtarzam – kontynuował Ptasznik. – Nie wolno dać się przestraszyć. Wiem ile straciliście, wiem, że tęsknicie za rodzinami. Ale najważniejsze teraz, to nie tracić nadziei. To nasza planeta i nasz czas. Oni ze swoim muszą odejść. Tam, skąd przybyli. Gdziekolwiek to jest, do jasnej cholery!

Wszyscy zapamiętali to wystąpienie. Jednak nikt nie dawał wiary dziwnej hipotezie Ptasznika. Zulus uśmiechnął się pod nosem i pomaszerował w kierunku różowego namiotu, by poinformować przywódcę stada o napotkanym Kacperku.

Godzinę później przenieśli Gniazdo do kafejki w zachodnim skrzydle budynku.

 

Zulus był czujną Sową, dlatego, kiedy Ptasznik wymykał się na kolejną wyprawę, chłopak wypatrzył go w ciemnościach i wywołał z kpiną w głosie.

Przyłapany mężczyzna zatrzymał się przed kryjówką strażników i poczekał, aż młodszy z nich, Korek, włączy latarkę. Chłopiec postukał w plastikową obudowę, pomachał lampką, a gdy wreszcie zaświeciła, skierował słaby blask na chudą, rozczochraną postać w długim płaszczu.

– Oszczędzajcie baterie. Zostało niewiele, a zanim znajdziecie nowe, możecie zostać bez światła. Chyba, że znajdę jakieś podczas wypadu. – Ptasznik zmrużył podkrążone oczy i poprawił plecak.

Ukryty w mroku Zulus przyglądał mu się uważnie.

– Jesteśmy Sowami. Nie potrzebujemy światła.

Mężczyzna odwrócił głowę, by ukryć uśmiech. Zaraz jednak spoważniał.

– Jesteście Sowami, bo ja tak zdecydowałem. Jeśli zmienię zdanie, wylądujecie wśród Skowronków.

Zmieszany Zulus zmienił temat.

– Chcesz spróbować jeszcze raz? Przecież mówiłeś, że na zewnątrz nie ma już nikogo. Tylko Kacperki. I że jest ich coraz więcej.

Teraz to Ptasznik się zmieszał. Zaraz jednak odzyskał rezon i prychnął teatralnie.

– Pamiętasz pierwszą i najważniejszą zasadę? Nigdy nie wolno tracić nadziei, Zulus. Nigdy. Nadzieja umiera ostatnia. Pamiętaj o tym. Wróciłem, odpocząłem, przemyślałem kilka spraw i zaplanowałem inną trasę. Myślę, że wcześniej wybrałem zły kierunek. Jeśli w okolicy są jacyś ludzie, to raczej na wschodzie. I pewnie tym razem będę musiał zapuścić się nieco dalej.

– Tylko dlaczego opuszczasz nas w środku nocy, bez pożegnania? – Głos Korka zabrzmiał niepewnie. Rozmowa sam na sam z przywódcą ich małej społeczności onieśmielała dwunastolatka.

Na to pytanie Ptasznik miał najwidoczniej przygotowaną odpowiedź. Podszedł bliżej i wyszeptał:

– Sprawdzam waszą czujność. A przy okazji chciałem tobie coś dać, Zulus – rzekł nieco głośniej, wyszarpując zza pasa pistolet i wsuwając go w dłoń chłopaka. Zulus zaniemówił, a Korkowi opadła szczęka.

Tymczasem Ptasznik wyciągnął z kieszeni alarmowy gwizdek, a następnie zdjął z ręki zegarek. Mężczyzna zupełnie nie zwracał uwagi na szok, jaki jego postępowanie wywołało u dwójki strażników. Obaj doskonale wiedzieli, że Ptasznik nigdy nie rozstawał się z tymi przedmiotami.

– Zauważ, chłopcze, że to nie jest zwykły zegarek. Żadne badziewie na baterię. To orient. Ma balans i czerpie energię z ruchu twojej ręki. Można powiedzieć, że to idealny czasomierz w postapokaliptycznym świecie. Budziki w pokojach, zegary ścienne, wszystkie gówna na baterię już dawno stanęły…

– Więc dlaczego mi to oddajesz? – zapytał ostrożnie starszy z chłopców.

– Bo możecie tego potrzebować bardziej ode mnie, a ja pilnie muszę kogoś odnaleźć i przekazać, co odkryłem. Jest jeszcze szansa na wygranie tej wojny. Do tej pory poruszaliśmy się po omacku. Nie wiedząc, z czym i kim mamy do czynienia.

– Nadal nie wiemy – zauważył przytomnie Korek.

Ptasznik rzucił mu gniewne spojrzenie.

– Znając naturę tych stworzeń, a przede wszystkim wiedząc, jakie robią sztuczki z czasem, możemy znaleźć sposób na pokonanie Kacperków.

– Sam mówiłeś, że ich linia czasu biegnie w przeciwnym kierunku niż nasza. Tak po prostu jest, to chyba nie są niczyje sztuczki – odparł Zulus, ale Ptasznik już go nie słuchał, odchodząc w mrok spowijający korytarz.

Gdy mężczyzna zniknął, Zulus został z dziwnym przeczuciem, że gdyby tej nocy Ptasznik trafił na inny posterunek, niezwykłe dary powędrowałyby w zupełnie inne ręce. Poza tym czuł też niepokój, którego źródła nie potrafił określić. A gdy później dyskretnie sprawdził broń, odkrył, że magazynek jest pusty.

Ten sekret postanowił zachować dla siebie.

 

Kolejne doby mijały Zulusowi na sowim czuwaniu, przespanych dniach i wieczorach, podczas których obserwował lub zagadywał Agrafkę. Przez cały ten czas unikał Baksa. Aż pewnego dnia, gdy wyrośnięty futbolista wraz ze swoim partnerem nie wrócili do Gniazda po nocnej służbie, stwierdził, że to raczej Baks unika jego.

Ptasznika nie było już prawie tydzień. Jak twierdziła Agrafka, człowiek może przejść dziennie około czterdziestu kilometrów. Zatem chowając się i odpoczywając w nocy w trzy dni mógłby przejść sześćdziesiąt kilometrów tam i z powrotem. Wystarczy, żeby dotrzeć do kilku mniejszych miast w okolicy. Jednak Zulus pamiętał dłuższe wyprawy mężczyzny, który potrafił opuszczać Gniazdo nawet na kilkanaście dni.

Znacznie bardziej zaniepokoiła go przedłużająca się nieobecność Baksa i Korka. Obaj opuścili posterunek siedemnaście godzin temu, co Zulus sprawdził na zegarku Ptasznika. Pod nieobecność jedynej dorosłej osoby i przy niesubordynacji najstarszego z ich grona, poczuł się odpowiedzialny za Gniazdo i każdego członka grupy. Dlatego postanowił działać. Nie chciał ściągać pozostałych Sów z posterunków, więc dyskretnie obudził trzy Skowronki. Cała trójka była bardzo zaspana, ale i podekscytowana – dwa pozostawił na opuszczonej warcie, ostatniego zabrał ze sobą. Niepisana zasada mówiła, że zawsze należy poruszać się parami. Jeśli jednemu coś się przytrafi, drugi ma obowiązek wrócić do Gniazda i ostrzec pozostałych o niebezpieczeństwie.

Tym razem wyjątkowo nie zamierzał łamać tej reguły. Może dlatego, że Skowronkiem, którego zabrał ze sobą, była Agrafka.

 

Zajrzeli do wszystkich pokoi na parterze i pierwszym piętrze, gdy Zulusowi przyszła do głowy niepokojąca myśl.

– Musimy iść na piąte piętro – stwierdził.

Agrafka, która nigdy nie przekroczyła drugiej kondygnacji budynku, spojrzała na niego niepewnie, ale pokiwała głową ze zrozumieniem, najpewniej domyślając się, co było powodem niesubordynacji Baksa.

Na piątym piętrze odezwał się sowi instynkt Zulusa. Dziewczyna szła nieco z tyłu, oświetlając mijane pokoje latarką. Idący na przedzie chłopak wypatrywał w ciemnościach czerwonawej poświaty. Nagle przystanął przed zamkniętymi drzwiami jednego z apartamentów.

Było w tym miejscu coś niepokojącego. A może po prostu Zulus poczuł nieprzyjemny zapach, którego nie powinno tutaj być. Pchnął drzwi i wsunął głowę do środka. W słabym blasku księżyca rozjaśniającym pokój dostrzegł dziwny kształt zawieszony w progu łazienki. Po chwili zdał sobie sprawę, że patrzy na wisielca odzianego w długi płaszcz.

Znał ten płaszcz.

Ostrożnie wkroczył do pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi. Stał przez chwilę w mroku, bojąc się podnieść wzrok i zaciskając pięści.

– Na wschód, tak? Nigdy nie wolno tracić nadziei, tak? – Głos Zulusa lekko się łamał. Potem chłopak zacisnął usta i spojrzał hardo na martwego mężczyznę.

– Nadzieja umiera ostatnia, mówiłeś. A ty postanowiłeś umrzeć pierwszy, prawda? – wyszeptał. A potem uderzył pięścią w zwłoki Ptasznika. I jeszcze raz.

– Co tutaj robisz? – Nie zauważył, kiedy Agrafka weszła do pokoju. Dziewczyna poświeciła na bujające się ciało wisielca, na Zulusa, a potem w kąt pokoju, gdzie leżał plecak Ptasznika. Podeszła bliżej, zgarnęła plecak i usiadła na fotelu. Najwidoczniej trup nie zrobił na niej większego wrażenia. Córka policjanta – przypomniał sobie Zulus.

– Chyba się nie pogniewa? A to pewnie coś ważnego, skoro nosi przy sobie? – zapytała wyciągając z bagażu Ptasznika plastikową teczkę na dokumenty. – USB nie odczytam, ale są też jakieś papiery.

Zulus milczał. Usiadł na podłodze i oparł się plecami o ścianę. Było mu wszystko jedno.

 

Po długim okresie ciszy Agrafka poruszyła się na fotelu i zgasiła latarkę. Przez chwilę milczała, porządkując myśli.

– Ta hipoteza o czasie biegnącym w odwrotną stronę… – zaczęła. – To nie jest odkrycie Ptasznika. To wszystko jest tutaj, w tych papierach. Jakiś naukowiec przygotował je na konferencję, która miała się odbyć podczas festiwalu. Fizyk kwantowy czy ktoś taki. Jak wiesz, Kacperki pojawiały się pojedynczo już wcześniej, w kilku miejscach na Ziemi. Pierwszego napotkano w Moskwie. Zaatakował przechodniów, a potem zniknął. Aha. Jest coś jeszcze. Ten fizyk proponuje nazywać je metawymiarowymi tachionoidami.

– Tachio co? Bez sensu. To są Kacperki – wymamrotał Zulus, a Agrafka uśmiechnęła się w ciemnościach.

– I wiesz co? Wydaje mi się, że Ptasznik nie do końca zrozumiał, co czyta i dlatego… – Dziewczyna zamilkła zerkając na wisielca.

– Przecież był fizykiem.

– Nie był… Zawsze zastanawiał mnie język, jakim przedstawiał swoją hipotezę. Zupełnie nienaukowy. Gadał o tych wszystkich zagadnieniach, jak jakiś ignorant. Tyle że teraz już wiem dlaczego, bo w plecaku znalazłam to. – Agrafka ponownie włączyła latarkę i oświetliła plastykową kartę ze zdjęciem.

– Był ornitologiem, może nawet zwykłym miłośnikiem ptaków, który przyjechał na panel biologiczny. Był tylko gościem, tak jak my wszyscy – oznajmiła, a Zulusowi po raz pierwszy zrobiło się głupio, że jest Sową. Potem zapatrzył się w ciemny kąt pokoju i przywołał z pamięci tamten dzień.

Późny wieczór. Oświetlony parking hotelowy i autokar pełen dzieci, rozgadanych, podekscytowanych wycieczką do wielkiego miasta. To miała być nagroda dla najlepszych uczniów z kilku szkół. Festiwal Nauki i Kultury. Trzy noce w hotelu, dwuosobowe pokoje, cały program atrakcji. Pamiętał doskonale, kiedy po raz pierwszy zobaczył Ptasznika. Gdy TO się zaczęło, kierowca z wychowawcami poszli sprawdzić, co się dzieje. Zostali sami. Czterdzieścioro dziewięcioro dzieciaków. Mijały długie minuty i zrobiło się naprawdę dziwnie. A potem na zewnątrz pojawiły się czerwonawe chmury światła i biegający w panice ludzie, którzy rozpływali się w fioletowych obłokach. Ucichły śmiechy i rozmowy. Któreś z młodszych dzieci odezwało się płaczliwym głosem. I wtedy Zulus wypatrzył na parkingu szczupłego, wysokiego mężczyznę. Stał pośrodku całego zamieszania i wpatrywał się w autokar. Szepty dzieci przeszły w głośny gwar, potem krzyk, który wpadał w coraz wyższe tony. Ktoś zapłakał i po chwili wyło już pół autobusu. A facet wciąż tam tkwił bez ruchu. Długo tak stał, przypomniał sobie Zulus. Jakby się wahał. Wreszcie mężczyzna podjął decyzję i nie zważając na otaczające ich szaleństwo ruszył w kierunku pojazdu.

– Chodźcie ze mną! – zawołał, zaglądając do środka i dla Zulusa, podobnie jak dla reszty dzieciaków, z miejsca stał się przywódcą.

Gdy Zulus wrócił myślami do teraźniejszości, uświadomił sobie, że Agrafka wciąż coś mówi.

– …nie zastanawiałeś się, dlaczego Ptasznik zawsze rozkładał swój namiot na środku sali, otoczony przez resztę? A te jego wyprawy? Pewnie doszedł tylko do parkingu i znalazł te papiery w jakimś aucie. Chciał być bohaterem, który ocali ludzkość, a tak naprawdę był zwykłym tch…

– Nie! – krzyknął, przerywając jej gwałtownie. – Ocalił nas. Dla mnie zawsze będzie bohaterem!

Przez chwilę milczeli, oboje zaskoczeni tym wybuchem.

– Dobrze. – Agrafka wzruszyła ramionami. – Więc niech tak zostanie.

Nie zdążył odpowiedzieć, bo w tej samej chwili usłyszeli czyjeś głosy dobiegające z korytarza.

Natychmiast zerwali się z miejsc i wyszyli tym głosom naprzeciw.

 

Tuż za drzwiami natknęli się na zagubione Sowy. Zulus szczerze ucieszył się na ich widok, podobnie jak Korek na widok pary poszukiwaczy. Jednak Baks był najwyraźniej wściekły. Agrafka i najmłodszy z chłopców wycofali się pod przeciwległe ściany korytarza z latarkami skierowanymi na podłogę. Dwie starsze Sowy stanęły na wprost siebie, pusząc się i mierząc wzrokiem w półmroku. Ich cienie wyglądały równie złowieszczo. Baks był starszy o rok, wyższy i szerszy w barach. Za to Zulus żylasty i sprężysty. I w przeciwieństwie do innych dzieci, nie okazywał strachu, co musiało deprymować stojącego przed nim nastolatka. Jego niepokój wzrósł jeszcze bardziej, gdy dostrzegł rękojeść pistoletu zatkniętego za pasem rywala.

– Co jest w tym pokoju? – zapytał Baks, przerywając ciszę.

– Trup – odparł od niechcenia Zulus, a Agrafka spojrzała na niego zaskoczona. – Stary, wysuszony trup. Musi tu leżeć z pół roku. Szczury wyżarły mu twarz i obgryzły dłonie.

Baks drgnął na słowo szczury i skrzywił się z obrzydzenia.

Zulus pociągnął nosem i dodał:

– Śmierdzi niemiłosiernie. Nie czujesz? Lepiej wracajmy do Gniazda. Potem porozmawiamy o waszym wypadzie.

 

Tuż przed świtem Zulus zaciągnął Agrafkę do kawiarnianej damskiej toalety i przysiadł z nią na podłodze ciasnej kabiny.

– Wytłumacz mi dokładnie, czego nie zrozumiał Ptasznik – poprosił.

Skinęła głową, a potem przez chwilę zastanawiała się od czego zacząć.

– Zdaniem tego fizyka, czas Kacperków to tylko wektor na linii naszego czasu. Wektor, o tym samym kierunku, ale przeciwległym zwrocie.

– To już wiem.

– Niezupełnie. Jeśli to rzeczywiście wektor, to znaczy, że ma swój punkt zaczepienia na linii czasu i swój moduł. – Agrafka była najwidoczniej w swoim żywiole.

– Mów jaśniej. Zostałem zaproszony na festiwal, bo wygrałem olimpiadę humanistyczną.

– Naprawdę? – Jej brwi powędrowały do góry, a Zulus lekko się zaczerwienił.

– Nie chcę teraz o tym rozmawiać. Co z tym wektorem?

– Pomyśl, co to oznacza. Gdzieś w przyszłości istnieje punkt, w którym Kacperki pojawiają się w naszym świecie. A za tym punktem… – Agrafka aż uśmiechnęła się na tę myśl. – Za tym punktem ich nie ma.

Zulus nie podzielał jej radości.

– Jak to możliwe? Przecież jest ich coraz więcej. Tak mówił Ptasznik, sam też to widzę. Wygrywają tę wojnę.

Dziewczyna zaprzeczyła gwałtownym ruchem głowy.

– Nie. Popełniasz ten sam błąd, który pewnie pchnął Ptasznika do samobójstwa. Jeśli jest ich coraz więcej, a wędrują po wektorze o przeciwnym zwrocie na linii czasu, to znaczy, że przegrywają.

Zobaczyła niedowierzanie na jego twarzy i chwyciła go mocno za rękę.

– Nie rozumiesz? Gdzieś tam w przyszłości, czeka nas dzień, w którym się po raz pierwszy pojawiły według swojego czasu. Dzień, który nastąpi po nim, to z ich punktu widzenia dzień przed przybyciem na Ziemię. A dla nas będzie to dzień bez Kacperków. Dzień zwycięstwa…

Zulus wciąż próbował ogarnąć to myślami. Nie bardzo mu szło, więc spojrzał na nią marszcząc czoło.

– To jeszcze nie wszystko – dodała. – Dla nas jest ich coraz więcej, czyli z Kacperkowego punktu widzenia z każdym dniem jest ich coraz mniej. Zastanów się. A co jeśli już wygraliśmy tę wojnę, nawet o tym nie wiedząc? Może ktoś, gdzieś, znalazł sposób, by je pokonać? Co, jeśli pierwszy spotkany przez nas Kacperek był tak naprawdę ostatnim obcym na Ziemi? Jeśli reszta zginęła już w wyniszczającej wojnie z ludźmi? Dla nas ta wojna dopiero się zaczyna. Dla nich już się skończyła w naszej przeszłości. Nic dziwnego, że ten pierwszy – ostatni Kacperek nas zaatakował. Przecież miał w pamięci śmierć wszystkich swoich ziomków.

Zulusowi od tego wszystkiego kręciło się już w głowie, ale powoli docierał do niego mglisty sens jej wywodów.

– Czyli gdzieś tam w naszej przyszłości, która jednocześnie jest ich przeszłością, my spotykamy ich po raz ostatni, a zarazem będzie lub może było to pierwsze spotkanie z nami dla Kacperków? Na pewno nie było to serdeczne pożegnanie z naszej strony.

Przytaknęła ze smutkiem.

– Porozumienie nigdy nie było możliwe. Wszystkie wspólne chwile, które dzielimy z nimi wypełnia wojna.

Zamilkli.

– Chcę tylko odzyskać swój czas – odezwał się wreszcie Zulus.

Pomyślała o czymś innym.

– Tego, który straciliśmy, już nie odzyskamy.

– Wiem. Ale możemy chyba wyszarpać trochę czasu dla siebie? Przeszłość odeszła, teraźniejszość nam ukradli, musimy odzyskać swoją przyszłość. Jeśli to wszystko to prawda, a nie szalona hipoteza jakiegoś pseudonaukowca.

– Lepsza taka nadzieja, niż żadna – odparła, a jej dłoń wciąż ściskała jego rękę.

 

Kiedy wzeszło słońce i Sowy szykowały się do snu, a Skowronki rozpoczęły dzienną krzątaninę, Zulus stanął na środku Gniazda i dmuchnął ze wszystkich sił w gwizdek. Rozmowy natychmiast ucichły. Chrząknął i przemówił pewnym głosem.

– Jutro zejdziemy do podziemi. Na poziomie garaży jest klub nocny. To nowe miejsce. Sporo jedzenia za barem, kilka wyjść, duża sala z lożami, w których można się wygodnie wyspać. No i jest tam dosyć ciemno, Kacperki będzie widać z daleka.

Dzieci zaszemrały z niezadowolenia, ale żadne nie protestowało. Zulus spojrzał na Baksa.

– To nie znaczy, że nie będziemy wystawiać straży. A jeśli ktoś znów opuści stanowisko, nie będziemy czekali na powrót Ptasznika, tylko sami wymierzymy odpowiednią karę…

Baks ruszył w kierunku Zulusa, lecz w pół kroku zatrzymał się gwałtownie.

– Ty mały szczurku… – zaczął.

– Słyszałem, że boisz się szczurów. To prawda?

Baks zacisnął obie pięści, a Zulus zacisnął tylko prawą dłoń na rękojeści pistoletu zatkniętego za pasem. Lewą wyciągnął przed siebie. Na otwartej dłoni leżał gwizdek Ptasznika.

– Jest teraz twój.

Wyższy z chłopców skinął głową, a potem odwrócił się w kierunku reszty zgromadzonych.

– Za opuszczenie posterunku lub lekceważenie zasad czeka dotkliwa kara. Zapamiętajcie to wszyscy, nie tylko Sowy – oznajmił gniewnie.

Zulus przytaknął mu skinieniem głowy, a potem spojrzał w stronę Agrafki, która w odpowiedzi uniosła rękę, pokazując nadgarstek. Wielka tarcza orienta wydawała się jeszcze większa na chudym, piegowatym przedramieniu.

 

 

– Ptasznik odkrył wielką tajemnicę i wyruszył, aby przekazać ją innym ocalałym… Przetrwamy… Przeczekamy… Nadejdzie jeszcze nasz czas… Dzień, gdy Kacperki znikną… – Słowa wieczornej przemowy Baksa i Agrafki unosiły się nad głowami Skowronków i niosły długim hotelowym podziemiem za plecami Zulusa, gdy truchtem oddalał się od Gniazda.

Po chwili biegł już przez mroczne korytarze, a potem szerokimi schodami w górę. Wyżej i wyżej.

W ciemnościach czuł się bezpiecznie. To amarantowe światło było zagrożeniem. Zaśmiał się w duchu, gdy przypomniał sobie, że jeszcze niedawno bał się zejść do ciemnej piwnicy w domu babci.

Biegł dalej. W pełnym pędzie skręcił w rozwidlenie korytarza i kątem oka dostrzegł słaby blask, który mignął mu w uchylonych drzwiach apartamentu.

Zatrzymał się i ostrożnie wrócił do otwartego pokoju. Czerwonawe światło dochodziło z zewnątrz. Pochylił się i powoli podszedł do wielkiego okna zajmującego pół ściany.

Była noc. W ciemnościach, jakie skrywały miasto dostrzegł setki amarantowych punktów. A może były ich tysiące? Błyskały w czerni nocy jak żar dogasającego ogniska. Zulus nigdy nie widział aż tylu.

I gdy tak spoglądał na ten widok z wysokości dwunastego piętra, uśmiechnął się do siebie, bo czuł, jak rośnie w nim jego własna iskierka. Potem wyprostował plecy i odważniej wyjrzał przez okno.

Nadzieja umiera ostatnia. A my musimy żyć jeden dzień dłużej – pomyślał i pogroził pięścią upstrzonemu dziwną czerwienią horyzontowi.

Koniec

Komentarze

Przepraszam z góry, za wszelkie słabizny powyższego opowiadania. Ścigałem się z czasem przytłoczony nadmiarem obowiązków, ale skoro sie zadeklarowałem i nawet uprosiłem przedłużenie terminu, nie wypadało jednak odpuścić i całkiem dać plamy. Możecie mnie pożreć za wszystkie moje nosorożcowe szarże.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ojej, ale mi się podobało!

Bardzo przepraszam, że to nie będzie analityczna recenzja z wyliczeniem, co i za co, tylko dosłownie parę zdań – też jestem zabiegana wściekle. Ale szalenie mi się podoba interpretacja w tym tekście hasła konkursowego, jednocześnie bardzo bliska założeniom (sowy i skowronki = modele trybu życia), z których wyszedł konkurs, i szalenie twórcza. I fajny pomysł na SF. I happy end, którego się nie spodziewałam, bo oczekiwałam raczej nastroju a la “Władca much”.

Jestem oficjalnie zachwycona.

MrMarasie, tak źle nie jest. Postapokalipsa i dzieci – może nienowe, za to ładnie opowiedziane. I tylko Kacperki mnie nie przekonały – czego chcą? Jak z nimi walczymy? Wiem, że to jakiś wycinek, ale tu akurat – moim zdaniem – za dużo pytań, za mało odpowiedzi. I ile już trwa ta apokalipsa? Bo żarcia nawet w dużym hotelu na długo by nie starczyło.

Uwag i babolków trochę jest:

– “cechą pierwszorzędną” – “pierwszorzędna” mi tu nie brzmi: najważniejsza , dominująca?;

– “z rękami wysuniętymi do przodu” – a nie “przed siebie”?;

– “jedyne dziecko z Gniazda wypuszczał się na wyższe poziomy” – a nie “zapuszczał”?;

– “w olimpiadzie nauk ścisłych” – zdaje mi się, że takiej olimpiady nie ma; są z matematyki, fizyki czy chemii;

– “w tymi przedmiotami” – z tymi;

– “do kilku mniejszych miasta” – miast;

– “nie przekroczyła drugiej kondygnacji budynku” – też mi nie brzmi; piętra nie przekroczyła? jest taka konstrukcja? poziomu drugiego piętra może?;

– “w długim płaszcz” – płaszczu;

– “Czterdzieści dziewięć dzieciaków” – to też jakieś kwadratowe – czterdzieścioro dziewięcioro dzieciaków? dzieci w liczbie czterdzieści dziewięć? wybrałeś liczebność grupki trudno się odmieniającą – piećdziesiąt lepsze :);

– “odezwał się wreszcie Zulus,” – tu kropka zamiast przecinka;

– “Nadzieja umiera ostatnia, A my musimy żyć jeden dzień dłużej – pomyślał i pogroził pięścią upstrzonemu dziwną czerwienią horyzontowi.” – wielkie “A” zamiast małego; oraz – czemu horyzontowi, a nie niebu?

A to, jeśli świadome nawiązanie do “Seksmisji”, to mocno uśmiechnęło – “Jeśli w okolicy są jacyś ludzie, to raczej na wschodzie”

 

Niezłe, choć wiadomej części ciała nie urywa.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Będziesz mocno zmieniał, Marasie, czy można czytać? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Edit. Ninedin. Przepraszam, w pośpiechu nie zauważyłem tego komentarza. Ale mi miło. Tekst potrzebuje szlifierki i jeszcze przy nim kombinuję lekko. Po konkursie na pewno wrzucę dłuższą wersję z wyrzuconymi scenami. Cieszę się, że się spodobało, a zakończenie przypadło do gustu. Tymczasem dziękuję serdecznie za klika do biblioteki :)

 

 

Staruchu. No nie urywa pewnie. Dziękuję wielkie za łapankę :) . Po pracy poprawię. Tak naprawdę, to jedyny opowiadanie o nadziei. Takiej, która sama chwyta się ostaniej nadziei.

 

Thargone. Rewolucji już nie zrobię. Może coś wytnę i poprawie babole z łapanek. Trochę jest tego na pewno bo finiszowałem po nocach, tnąc i szarpiąc na strzępy tekst.

Po przeczytaniu spalić monitor.

No, nie jest tak źle, jak straszysz.

Ładne motywy z tą nadzieją. W kilku słowach zarysowujesz relacje między członkami grupy. Dobrze zrobione. Taka grupka utalentowanych dzieciaków to niezła nadzieja – tu humanista, tam laureatka nauk ścisłych…

Nie obraziłabym się za więcej informacji o kacperkach. Fajnie by było, gdyby ktoś podejrzał, w jakich okolicznościach się pojawiają…

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Finklo, za ciepłe słowa. Tekst jest lekko okrojony (a wciąż za długi na konkurs) i pewnych rzeczy nie zmieściłem, a pewne wyciąłem. Na spokojnie poprawiam babolki, a po konkursie podszlifuję całość i może przywrócę usunięte sceny.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo mi się podobało. Zdecydowany faworyt. Świetny pomysł. Dynamicznie i interesująco. Ale please, zrób korektę!!!

Rzeczywiście, jakoś tu pusto, a tekst bardzo jest dobry i z pewnością zasługujący na uwagę i komentarze. Na razie puknięcie, a merytorycznie będzie po pracy :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jako opowiastka o nadziei, bardzo fajne.

Jako pełnoprawne opowiadanie, też dobre, tylko limit znaków chyba trochę przeszkadza. NIe wiem, jak długie są te ‘usunięte sceny’, ani co się w nich znajduje, ale podejrzewam, że mogą zrobić tekstowi dobrze, choć istnieje też mała szansa, że zaszkodzą :)

Właściwie nie potrzebuję wiedzieć o Kacperkach, dlaczego są, skąd się biorą itd. ale np. scena z tym jak się pojawiają, albo na czym polega ta wojna? Czy chodzi tu tylko o przeczekanie?

Ten hotel, tu za Staruchem, jak długo tam siedzą? Skąd mają jedzenia i innych potrzebnych rzeczy? Wodę np. Pisząc postapo, musisz to obronić. Czas przenosin obozowiska też wydaje się dość krótki.

No i dlaczego na niższych piętrach jest bezpieczniej niż na tych górnych? Czy tu chodzi tylko o zapasy, czy Kacperków im wyżej, tym więcej?

 

Na plusy: Nazwa Kacperki, która nawet bez tłumaczenia, w odniesieniu do duchopodobnej istoty od razu budzi skojarzenia z bajką. Motyw nadziei, choć nienowy to ładny.

Czysty przejrzysty język.

 

Wszyscy zapamiętali to wystąpienie. Jednak nikt nie dawał wiary dziwnej hipotezie Ptasznika. Zulus uśmiechnął się pod nosem i pomaszerował w kierunku różowego namiotu, by poinformować przywódcę Stada o napotkanym Kacperku. Godzinę później przenieśli Gniazdo do kafejki w zachodnim skrzydle budynku.

przy tym przejściu z retrospekcji do tego co dzieje się teraz, na chwilę się pogubiłem. Zabrakło entera i jakiegoś "Zulus wyrwał się z zamyślenia, usmiechnał pod nosem i…".

 

cdn.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dziękuję, Rybaku. Cieszę się, że moja opowiastka o nadziei przypadła komuś do gustu. Oczywiście poprawiałem z pięć razy i nadal pewnie wymagana jest korekta. Ja już tych błędów nie widzę po prostu i bez pomocy Reg lub Tarniny chyba się nie obejdzie.

 

Thargone! Czekam na więcej po pracy! Dzięki za wizytę i klika!

 

Mytrixie! Dziekuję za lekturę i uwagi. Masz rację, trochę w tych wyciętych scenach ukryłem odpowiedzi. Założyłem sobie, że w ogromnym kompleksie hotelowym, w spiżarniach, automatach z jedzeniem, kuchniach, restauracjach, chłodniach itd. znajdzie sie sporo żarcia dla kilkudziesięciu dzieciaków, a poza tym wspominam, że Ptasznik wypuszczał się często poza kompleks. 

Ten fragment z retrospekcją, rzeczywiście mogę to lepiej odseparować, co pozwoli uniknąć efektu chwilowego zagubienia u czytelnika. Ale takie poprawki to chyba już po rozstrzygnięciu konkursu. W każdym razie uwaga celna i przydatna. Dzięki.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie (odgłos rozciągania knykci) mówisz, masz.

 przywarł całym ciałem do wnęki

Wnęka jest wklęsła. Mógł się w nią wcisnąć, ale przywrzeć? Chyba nie.

 wnęki, jaką tworzyły w ścianie drzwi do pokoju

Po pierwsze – którą (to konkretna wnęka), a po drugie – drzwi tworzyły wnękę? Hmm?

 płynął w powietrzu, unosząc pół metra

Po "unosząc" nie możesz jednak opuścić "się" – ale możesz opuścić "unosząc" i będzie grało.

 delikatnie przyspieszał

"Delikatnie". Znowu. Bezsensowne. Delikatnie. Na stare gacie świętego Hieronima, ludzie. Będę szczuła tezaurusem, ostrzegam.

 a ruchy świetlistej chmury

Primo – co to za chmura? "A" sugeruje, że jest czymś oddzielnym od Kacperka, ale mam wrażenie, że jednak nie – więc? Secundo – opis jest chaotyczny.

 zagłębiała się w ścianach

Zagłębiała się w ściany. Czy to na pewno czasownik, o który Ci chodziło?

 beton, płyty gipsowe czy boazerię

Bardzo rozmaity wystrój.

 zastygły w niewygodnej pozycji ze wciągniętym brzuchem

Show, don't tell.

 Znaleźć potwierdzenie i poznać prawdę

Potwierdzenie – czego?

 która była niejako cechą pierwszorzędną Zulusa

Pierwsze wrażenie – łoot? Uprość to zdanie, leci jak lawina. Co to w ogóle jest "cecha pierwszorzędna"? Bo raczej nie masz tu na myśli teorii poznania Locke'a?

 Z braku skrzydeł ograniczył się do długich skoków, którymi pokonywał po pięć – sześć stopni naraz.

Cała ta pierwsza scena jest jakaś powolna – nie senna, ale wydaje mi się, że powinna być szybsza i bardziej nerwowa.

 Znał na pamięć wszystkie skróty i rozkład (…) i trasę do obozowiska mógłby pokonać

Niejednoznaczność składniowa – mógłby pokonać rozkład i trasę?

 zanim budził się

Obudził. I don't make the rules here.

 otwierał oczy z powodu narastającego lęku

Kliniczne jakieś. Może wejdź chłopakowi do głowy?

 Obcy już na dobre wsączyli się w nasze głowy

Anglicyzm: Obcy już na dobre wsączyli nam się w głowy.

 pomyślał

Przed chwilą powiedziałeś, że zrobił to kilkukrotnie, więc "myślał".

 Największym zaskoczeniem okazała się obecność Baksa

Długie słowa spowalniają bieg opowieści. Przecież ten dzieciak gna jak szalony! Nie mógłby po prostu wpaść na Baksa? Wtedy będzie zaskoczenie, a nie będzie spowolnienia akcji. Show, don't tell.

 Zanim Zulus zdążył zareagować, postawny, ale niezbyt bystry nastolatek, który nie wiedzieć czemu uważał się za przywódcę Sów, chwycił go za kaptur bluzy, brutalnie wyhamowując bieg.

Za długie. Prosto ze strumienia świadomości. Oskrobać i podzielić na wygodniejsze do jedzenia dzwonka.

 wyszarpać się

Wyszarpnąć.

 Stojący trzy kroki dalej Korek

Nagle się zmaterializował, co?

 na wprost recepcji

Naprzeciwko. I znowu – zamiast opowiadać, że graty leżą, pokaż, jak młody się o nie potyka, lawiruje, wkurza, że przeszkadzają. Czujesz bluesa?

 Sflaczały, różowy namiot

Może być bez przecinka. Spróbuj skondensować ten opis (ucz się od thargone'a).

 przy okazji eliminując jego gospodarzy.

To już właściwie powiedziałeś. Nie powtarzaj.

 szepcząc w wieczornym półmroku

Od warunków oświetleniowych trzeba zacząć opis – jak w półmroku Zulus miał zobaczyć choćby różowość namiotu?

 Ptasznik wyglądał wtedy inaczej.

Nagły przeskok.

 mówcą był raczej kiepskim.

No, był. Ale skoro to pokazujesz, nie musisz nazywać.

 skupił swoją uwagę

A czyją mógł skupić? I skupienie uwagi jest trochę wyżej, niż zwrócenie – czy nie o to Ci chodziło?

 maślany wzrok, jaki wlepiał

Raczej spojrzenie.

kojarzyła o kim mowa

Kojarzyła, o kim mowa.

 A ich czas, co stwierdzam po długich obserwacjach, płynie w przeciwnym kierunku niż nasz.

W jaki sposób, u licha, on to wykombinował?

 Oni ze swoim muszą odejść.

Ciekawe, jak.

 Tam skąd przybyli.

Tam, skąd przybyli. Tu i w następnym akapicie – dziwnie poszatkowane zdania. Staccatto.

 wypatrzył go w ciemnościach i wywołał z kpiną w głosie.

A tu – sklejone dwie rzeczy. Chyba lepiej byłoby to rozwinąć.

 poczekał aż

Poczekał, aż.

chudą, rozczochraną postać

"Postać" to niewiadomoco. A tu wiadomo, co. Idź i nie grzesz więcej.

 Chyba że

Chyba, że.

 chciałem coś tobie dać

Albo: chciałem ci coś dać; albo: chciałem dać coś tobie (jeśli chcesz podkreślić, że właśnie jemu, a nie komu innemu).

 Mężczyzna zupełnie nie zwracał uwagi na szok, jaki jego postępowanie wywołało u dwójki strażników.

Show, don't tell.

 wiedzieli, że Ptasznik nigdy nie rozstawał się

Nie rozstaje się (c.t.).

nie słuchał odchodząc

Nie słuchał, odchodząc. Ja dałabym: nie słuchał. Odchodził…

 mrok spowijający korytarz

Spowija się coś od zewnątrz.

 dni mijały (…) przespanych dniach

Ekhm!

 stwierdził, że to raczej Baks unika jego

Na jakiej podstawie?

 Jednak Zulus pamiętał dłuższe wyprawy mężczyzny, który potrafił opuszczać Gniazdo nawet na kilkanaście dni.

Źle to brzmi.

 przy niesubordynacji

Matko, jakie wymyślne słowo. Baks też jest nieobecny, po prostu.

 nie przekroczyła drugiej kondygnacji

Można przekroczyć kondygnację?

 Dziewczyna szła nieco z tyłu oświetlając mijane pokoje latarką. Idący na przedzie chłopak

Dublujesz informację. I oświetlała raczej drzwi, niż pokoje (są pozamykane?).

 dziwny kształt zawieszony w progu łazienki

Raczej w drzwiach łazienki.

 bojąc się podnieść wzrok i zaciskając pięści.

To bym rozdzieliła.

 trup nie zrobił na niej większego wrażenia. Córka policjanta

Raczej psychopatka. Co potwierdza jej wypowiedź.

 A to pewnie coś ważnego skoro nosi przy sobie?

A to pewnie coś ważnego, skoro nosi przy sobie?

 milczała, jakby porządkując myśli.

Może to właśnie robiła.

 Agrafka uśmiechnęła się w ciemnościach.

Ale on tego nie widzi. Bo jest ciemno.

 zrozumiał co czyta

Zrozumiał, co czyta.

 Gadał o tych wszystkich zagadnieniach, jak jakiś ignorant.

Cała wypowiedź nienaturalna, zwłaszcza u dziecka. Powtarza się dźwięk (gad). Przecinek sugeruje, że tylko ignoranci mówią o zagadnieniach.

 sprawdzić co się dzieje

Sprawdzić, co się dzieje.

 Czterdzieści dziewięć dzieciaków

Czterdzieścioro dziewięcioro.

 naprawdę dziwnie

Czyli jak?

 biegający w panice ludzie

Ludzie się pojawili?

 Któreś z młodszych dzieci, odezwało się

Nie rozdzielaj podmiotu od orzeczenia. Biedny, mały, samotny podmiot, chlip.

 Szepty dzieci przeszły w głośny gwar, potem krzyk, który wpadał w coraz wyższe tony.

Źle to brzmi.

 otaczające ich szaleństwo

Nie hipostazuj szaleństwa.

 Więc niech tak zostanie.

Znaczy jak?

 Natychmiast zerwali się z miejsc i wyszyli tym głosom naprzeciw.

Pomijając literówkę – to zdanie jest dziwnie uładzone.

 nie okazywał strachu, co musiało zaniepokoić stojącego przed nim nastolatka. Jego niepokój wzrósł

Niepokój Zulusa? Hmm? Uporządkuj podmioty.

 przerywając ciszę

To tak oczywiste, że powiedzenie tego psuje zawieszenie niewiary.

 Przytaknęła głową

A czym innym?

 czas Kacperków to tylko wektor na linii naszego czasu

To się nie trzyma kupy. Jaki model czasu przyjąłeś? Wymiar? No, to wtedy Kacperki mogłyby w nim podróżować w przeciwną stronę, niż my, i tyle. Wszystkie wektory w jednowymiarowym świecie mają ten sam kierunek (ale nie zwrot). Punkt zaczepienia wektora jest umowny – w ogóle wektory są tylko sposobem opisu świata, jak pola i te inne fizyczne wariactwa – nie ma w przyrodzie czegoś takiego, jak wektor.

 Zostałem zaproszony na festiwal, bo wygrałem olimpiadę humanistyczną.

Dzieci tak mówią?

 Gdzieś w przyszłości istnieje punkt, w którym Kacperki pojawiają się w naszym świecie.

Logiczne, ale – patrz wyżej.

 Dziewczyna zaprzeczyła gwałtownym ruchem głowy,

Kropka, nie przecinek.

 Jeśli jest ich coraz więcej, a wędrują po wektorze o przeciwnym zwrocie na linie czasu, to znaczy, że przegrywają.

Linii czasu. Ale to nie wynika. Może wcale nie grają? I jak ich zabić, skoro idą wstecz w czasie? Wtedy “zabijając” ożywiałbyś Kacperka. Czy coś w ten deseń. Wibbly-wobbly.

 niedowierzanie na jego twarzy

Na mojej jest tylko nos :P

 Gdzieś tam w przyszłości, czeka nas dzień, w którym się po raz pierwszy pojawiły według swojego czasu.

Wtrącenie: Gdzieś tam, w przyszłości, czeka… Czyli pierwszy dzień z Kacperkami to ostatni dzień inwazji? OK. Tylko dlaczego robi się ich więcej? To by wskazywało, że w ich czasie jest ich coraz mniej – a przecież nie giną? Ludzie nic im nie robią?

 wciąż próbował ogarnąć to myślami.

Wystarczy: ciągle próbował to ogarnąć.

 sposób by

Sposób, by.

 Kacperek, był

Podmiot i orzeczenie – bez przecinka.

 miał w pamięci

A może: pamiętał?

 powoli docierał do niego mglisty sens jej wywodów.

Wywód jest całkiem jasny, a Ty powinieneś jednak pokazywać, zamiast zapewniać.

 wspólne chwile, które dzielimy z nimi wypełnia wojna.

Dzieci tak nie mówią. I nie wiem, po co Ci "wspólne" – to dublowanie informacji.

 Tego, który straciliśmy już nie odzyskamy.

Tego, który straciliśmy, już nie odzyskamy.

 Lepsza taka nadzieja niż żadna

Lepsza taka nadzieja, niż żadna.

 Sporo jedzenia za barem

Przetrwało?

 w pół

Łącznie.

 Za opuszczenie posterunku lub lekceważenie zasad, czeka

Bez przecinka. No, sprytnie Zulus zagrał, choć może mu to przynieść kłopoty w przyszłości.

 wyruszył aby

Wyruszył, aby.

 do wielkiego okna zajmującego pół ściany.

Wystarczy: do okna zajmującego pół ściany. Wtedy widać, że wielkie.

 W ciemnościach, jakie skrywały miasto dostrzegł

W ciemnościach, jakie skrywały miasto, dostrzegł. Lepiej "które".

 czuł jak rośnie w nim jego własna iskierka

Czuł, jak rośnie. Purpurowe.

 upstrzonemu dziwną czerwienią horyzontowi

Dziwnie to brzmi.

 

Zdania są poprawne, ale jakieś takie. Bez materii. Okrągłe. Psychologia nie wydaje mi się wiarygodna, papierowe dzieciaki mówią jak (książkowi) dorośli – nie twierdzę, że nie ma w tej historyjce podstaw, ale nic na nich nie wyrosło. Nie widzę też sowio-skowronkowatości – ot, postapokalipsa, jakich wiele. Frakcje mogłyby się inaczej nazywać bez wpływu na treść.

Nie ruszyłeś mnie.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dziękuję, Tarnino, za wizytę i wszystkie uwagi. Z wieloma się nie zgadzam, napisałem ten tekst własnymi słowami i tam, gdzie są one niepoprawne, poprawię (te najprostsze techniczne jak najszybciej, te poważniejsze oczywiście po werdykcie jury, bo teraz nie wolno), a tam, gdzie Ty byś napisała coś po swojemu, zostane przy własnej wersji.

Część Twoich uwag odnośnie fabuły wynika z tego, że poprawiałaś opowiadanie na bieżąco w trakcie czytania. Przykładem Twoje pytanie o to, jak Ptasznik wydedukował „odwrotny bieg czasu" Kacperków. Otóż nie wydedukował, tylko wyczytał to w opracowaniu martwego fizyka, jak już wiesz.

Co do wektora. Wektorowy bieg czasu to znaczne uproszczenie, obrazowe przedstawienie hipotezy, według której Kacperki pojawiają się w naszym świecie w określonym punkcie czasu, ale ich czas biegnie w "odwrotną stronę". Nie użyję słowa tutaj "kierunek", bo w obrazowym modelu kierunek dla wektora ma określone znaczenie.

Żal oczywiście rozczarowanego czytelnika, ale serdecznie dziękuję za wszelkie sugestie i czas poświęcony tekstowi.

 

Edit. W tym przypadku “w pół” zdecydownie oddzielnie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

tam, gdzie Ty byś napisała coś po swojemu, zostane przy własnej wersji.

Twoje prawo. Kiedy czynię takie uwagi, chodzi mi po prostu o to, że są subiektywne.

Część Twoich uwag odnośnie fabuły wynika z tego, że poprawiałaś opowiadanie na bieżąco w trakcie czytania

Owszem. Raz czy dwa się cofałam i wykasowywałam to, co wyjaśniłeś dalej, ale nie zawsze. Jak widać.

Wektorowy bieg czasu to znaczne uproszczenie

No, faktycznie. Wcale nie twierdzę, że powinieneś użyć słowa “kierunek”. Oto jest pingwin-motywator:

Trzymaj się.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

To ja kończę komentarz, bo mi się wcześniej przerwa skończyła :-)

 

Także tego, taką poprawkę z lepszym odseparowaniem retrospekcji od tekstu właściwego IMO można czynić śmiało jeszcze w trakcie konkursu. Gdybyś zdecydował się na wrzucenie pousuwanych scen, już pokonkursowo, daj znać ;-) Albo wrzuć drugą wersję opka bez konkursowego tagu.

Z tymi dodatkowymi scenami, możliwe że i piórkowa nominacja by się trafiła :)

Ale to już Twoja dobra wola.

 

Wcześniej nie wspomniałem też, że podobały mi się nazwy Agrafka, Zulus, Ptasznik, podział grupy na Sowy i Skowronki też zacny, no i nazywanie ich stadem.

Na samym początku opowiadania słowo zestawienie słowa Zulus i korytarza budzi sprzeczne wzje w mojej głowie i super. Dałem się zaskoczyć. Serio przez chwilę widziałem czarnoskórego członka plemienia z dzidą w ręku i spódniczce z trawy, chowającego się we wnęce drzwi w korytarzu, polującego na coś… Przemknęło mi przez myśl, że to będzie postapo, z jakimś plemimieniem tylko zamiast lasu z drzewami, miejskich las budynków :D

Podsumowując, z lektury jestem zadowolony :)

 

Tarnino, Maras zawsze podkreśla, że stara się pisać językiem czytelnym, przejrzystym, stąd pewnie wydaje ci się, że zdania są płaskie, a one mają być przystępne. Do poważniejszej literatury młodzieżowej, jak znalazł. Lub do bardzo trudnych tematów, gdzie nie chcemy nieporozumień, choć w wypadku tego opka, to raczej młodzieżowy charakter 

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dziękuję, Mytrixie, że dotrzymałeś słowa i wróciłeś. Ja do Twoich obu tekstów wrócę z komentarzami już wkrótce. Hurtem, jak obiecałem. I rzeczywiście, widzę, że moje starania i podkreślanie przejrzystości języka, podrzędnego wobec pomysłu na historię, zostało zauważone przez Ciebie. Tak właśnie staram się pisać. Poza tym próbuję się na tym portalu z różnymi gatunkami (fantasy, s-f, space opera, obyczajówka z elementami, humoreska), a teraz chciałem sprawdzić się w takim specyficznym "inwazyjnym" Young adult. A zaskoczenie Zulusem? Serio dałeś się podpuścić? Nie przewidziałem tego ;)

Serdecznie dziękuję za miłe słowa, Mytrixie. Wrzucę sceny usunięte zaraz po zakończeniu konkursu. Ale z tą nominacją, to chyba nieco popłynąłeś ;P

Po przeczytaniu spalić monitor.

Maras zawsze podkreśla, że stara się pisać językiem czytelnym, przejrzystym, stąd pewnie wydaje ci się, że zdania są płaskie, a one mają być przystępne.

I jak to ma wynikać z jego podkreślania? Ale serio, niekoniecznie. Przejrzysty i czytelny język jak najbardziej popieram, nie o to mi chodziło. Może spróbuję dać przykład:

Opis płaski: W paprociach stał dinozaur. Był bardzo duży, ale miał małe oczka. Żuł gałąź widłaka.

Opis trójwymiarowy: Paprocie szeleściły miarowo. Obróciłam się powoli i zobaczyłam, jak na ziemię upadają igiełki widłaka. Teraz, kiedy się przyjrzałam, zarys dinozaurowych nóg był w zieleni wyraźnie widoczny.

Idzie o to, żeby wszystko się łączyło ze sobą. Mnie też nie zawsze wychodzi.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

W paprociach stał dinozaur. Był bardzo duży, ale miał małe oczka. Żuł gałąź widłaka.

 

Nie no, uchowaj, Tarnino, chyba aż tak topornie nie piszę?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, posłyszałem głos wołającego na puszczy, i oto jestem.

 

Na początek łapanka:

Chłopiec obserwował intruza, zastygły w niewygodnej pozycji ze wciągniętym brzuchem.

szyk

Jednak przy całej swojej ciekawości, która była niejako cechą pierwszorzędną Zulusa i przed kilkoma miesiącami przywiodła go w to miejsce razem z grupą wybrańców, a zapewne również ocaliła życie, czuł się przede wszystkim Sową.

pomyśl nad tym zdaniem.

Znał na pamięć wszystkie skróty i rozkład pięciu dolnych kondygnacji dwunastopiętrowego budynku i trasę do obozowiska mógłby pokonać z zamkniętymi oczami.

nad tym też

Czasami nawet próbował, powolnym krokiem przemierzając dolne korytarze z rękami wysuniętymi do przodu.

i kolejne. 

 

Nie potrafię powiedzieć co jest źle. Wydają się poprawne, ale przycinam się co rusz. Brakuje im zwiewności i polotu. 

Nie pisz, Marasie, więcej w pośpiechu i na ostatnią chwilę. To nic dobrego. Marnotrawstwo talentu, ot co.

Jednak zanim budził się w nim strach przed uderzeniem w jakąś przeszkodę, otwierał oczy z powodu narastającego lęku przed napotkaniem Kacperka.

budził – raczej aspekt dokonany (zanim obudził się w nim strach) 

Obcy już na dobre wsączyli się w nasze głowy  pomyślał wtedy

myślał (tu z kolei prosi się o aspekt niedokonany) Skoro robił to “czasami” to robił to wielokrotnie.

Zulus rozejrzał się po rozległym hallu.

Dlaczego pisownia angielska, a nie polska?

Ptasznik zwołał niemal całe stado, by przedstawić swoją hipotezę na temat dziwnych istot, które opanowywały świat, przy okazji eliminując jego gospodarzy.

Czy ten zaimek jest potrzebny?

Rozłożyli się na podłodze i kanapach, szepcząc w wieczornym półmroku. Tylko trzy Sowy pilnowały korytarzy, reszta dzieci zebrała się w sali. Ptasznik wyglądał wtedy inaczej.

Dwa pierwsze zdania wskazują jakbyś opisywał sytuację, dziejącą się w danym momencie. “Wtedy” nie pasuje tutaj. Zaburza ten nastrój danej chwili. Tak to przynajmniej odebrałem. Spróbowałbym na Twoim miejscu wywalić to “wtedy” i utrzymać cały ten akapit w konwencji dwóch pierwszych zdań. To buduje nastrój i napięcie. Akcja dzieje się tu i teraz. Podczas gdy “wtedy”, “czasami”, “tamego dnia” to psują.

Potem przemówił, a mówcą był raczej kiepskim.

Wołałbym samemu wysnuć taki wniosek po przeczytaniu jego kwestii dialogowej, niż być o tym informowany ;) A z dialogów wynika, że radzi sobie nie najgorzej, szczególnie mówiąc do dzieci.

zaproponowała nieśmiało Agrafka i wtedy Zulus po raz pierwszy skupił na niej swoją uwagę. na rudej dziewczynie, Ruda dziewczyna, podobno dziwaczka i do tego córce policjanta, która znalazła się tutaj w nagrodę za zwycięstwo w olimpiadzie nauk ścisłych.

Zaciekawił mnie ten fragment.

Na początku miałem wrażenie chaosu i niewiele rozumiałem o co tu chodzi. Powoli zaczyna się jednak co nieco klarować. Choć dalej nie wiem.

Tymczasem Ptasznik rozglądał się po młodych twarzach.

Wynika z kontekstu, że działo się to tymczasem.

 

A ich czas, co stwierdzam po długich obserwacjach, płynie w przeciwnym kierunku niż nasz.

Znów mnie zaciekawiłeś.

 

Tymczasem Ptasznik wyciągnął z kieszeni alarmowy gwizdek, a następnie zdjął z ręki zegarek. Mężczyzna zupełnie nie zwracał uwagi na szok, jaki jego postępowanie wywołało u dwójki strażników. Obaj doskonale wiedzieli, że Ptasznik nigdy nie rozstawał się z tymi przedmiotami.

Wysłałbym to zdanie do fryzjera.

odparł Zulus, ale Ptasznik już go nie słuchał (+,) odchodząc w mrok spowijający korytarz.

Dużo tego Ptasznika w tym fragmencie. Jakiś synonim by się przydał.

Ptasznik trafił na inny posterunek, niezwykłe dary powędrowałyby w zupełnie inne ręce. Poza tym czuł też inny niepokój, którego źródła nie potrafił określić. A gdy później dyskretnie sprawdził broń, odkrył, że magazynek jest pusty.

Jednak ten sekret postanowił zachować dla siebie.

Powtórzenia i sugerowane strzyżenie

Kolejne dni mijały Zulusowi na sowim czuwaniu, przespanych dniach i wieczorach (+,) podczas których obserwował lub zagadywał Agrafkę.

. Przez cały ten czas unikał Baksa. Aż pewnego dnia, Jednak gdy pewnego dnia wyrośnięty futbolista wraz ze swoim partnerem nie wrócili do Gniazda po nocnej służbie, stwierdził, że to raczej Baks unika jego.

Pod nieobecność jedynej dorosłej osoby i przy niesubordynacji najstarszego z ich grona, poczuł się odpowiedzialny za Gniazdo i każdego członka grupy.

Pomyśl nad tym zdaniem. Wybiło mnie z rytmu. Najpierw jest żeńska “osoba” potem męski “najstarszy z ich grona”.

Dziewczyna szła nieco z tyłu (+,) oświetlając mijane pokoje latarką.

Zawsze zastanawiał mnie język, jakim przedstawiał swoją hipotezę. Zupełnie nienaukowy. Gadał o tych wszystkich zagadnieniach, jak jakiś ignorant.

Czy takim językiem mówi dwunastolatka? Nawet super mądra?

Któreś z młodszych dzieci (-,) odezwało się płaczliwym głosem.

Stał pośrodku całego zamieszania i wpatrywał się w ich autokar.

A był tam jakiś inny autokar?

Gdy Zulus wrócił myślami do teraźniejszości, stwierdził, że Agrafka wciąż coś mówi.

Raczej uświadomił sobie lub spostrzegł.

Za to Zulus żylasty i sprężysty. I w przeciwieństwie do innych dzieci, nie okazywał strachu, co musiało zaniepokoiło stojącego przed nim nastolatka.

– Mów jaśniej. Zostałem zaproszony na festiwal, bo wygrałem olimpiadę humanistyczną. Jestem humanistą.

– Pomyśl, co to oznacza. Gdzieś w przyszłości istnieje punkt, w którym Kacperki pojawiają się w naszym świecie. A za tym punktem… – Agrafka aż uśmiechnęła się na tę myśl. – Za tym punktem ich nie ma.

Po co ma myśleć, skoro ona i tak mu powie? ;)

Tego, który straciliśmy już nie odzyskamy.

Ten

– Wiem. Ale możemy chyba wyszarpać trochę czasu dla sobie?

sobie lub dla siebie

– Za opuszczenie posterunku lub lekceważenie zasad, czeka dotkliwa kara.

Jakiś konkret by się przydał.

 

KONIEC

 

Podsumowanie:

 

Minusy:

Początek. Chaotyczny, mnóstwo niedopowiedzeń, trudno wyobrazić sobie postaci i umiejscowić się w czasoprzestrzeni. Zabrakło opisu wskazującego na postapo.

W całym tekście jest według mnie dużo niepotrzebnych zdań, dużo zbędnych słów.

Nadużywasz słów: czasem, wtedy, w tym momencie, następnie… one niewiele wnoszą, bo zwykle kolejność zdań sugeruje kolejność zdarzeń, a do tego zaburzają wrażenie, że akcja dzieje się tu i teraz.

 

Plusy:

Pomysł, fabuła, środkowa część tekstu i końcówka. W momencie, gdy uświadomiłem sobie gdzie się znajduję w czasoprzestrzeni i że Sowy/Skowronki to dzieci, to opowiadanie zaczęło mi się podobać.

Świetny pomysł z odwróconym czasem, choć jakby tak zacząć wchodzić w szczegóły, to mogłoby się okazać nielogiczne. Bo sama walka z Kacperkami też powinna być czasowo odwrócona, a co za tym idzie kompletnie abstrakcyjna. W istocie nie byliby w stanie ze sobą walczyć… chyba.. Wszak atak byłby również odwrócony w czasie, więc nieskuteczny.

 

Wielka szkoda, że nie miałeś wystarczająco czasu, by ten tekst dopieścić. Byłaby perełka na 20k.

 

EDIT:

Pisałem swoje uwagi nie znając komentarza Tarniny, stąd też wiele się dubluje. 

Nie no, uchowaj, Tarnino, chyba aż tak topornie nie piszę?

Przykład celowo przerysowany. I ja też się nie popisałam (szeleściły miarowo? Wut? Pora spać.).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

To ja może zacznę od owych nieszczęsnych zdań, bo widzę, że sprawa poważna:-) 

Rzeczywiście, styl jest gładki, okrągły. Nie traktuję tego jako wady, bo wydaje się być efektem przyjętej konwencji. Nie wiem czy to Young adult, czy coś innego, ale tu liczy się historia, nie fajerwerki stylistyczne. A czy styl ów jest prosty? No, nie bardzo. Zdania są piętrowo poskładane, skomplikowane, wypełnione słowami, informacjami. 

I teraz:

Czy rację ma Chrościsko, że mnóstwo tam niepotrzebnych słów, że brak w zdaniach polotu? W przeciwieństwie do niego, nie zacinałem się, nie zatrzymywałem, czytało się gładko. Nie potrafiłbym znaleźć tych wszystkich niezręczności, nie mówiąc już o liście Tarniny. Więc chyba nie jest tak źle, albo czytałem pochłonięty historią (a to jeszcze lepiej) i nie zwracałem uwagi na babole. 

Z drugiej strony Twoim problemem w przypadku tego tekstu był limit. Gdybyś miał wystarczająco dużo czasu na wycięcie tego, bez czego można byłoby się obejść, na wygładzenie wszystkiego, zmieściłbyś się w limicie i jeszcze zostałoby miejsce na wyrzucone sceny. 

Podkreślam – nie mam nic do zarzucenia takiemu stylowi pisania – bez efekciarstwa, ale bogato, dużo słów i informacji, ale czytelnie (to takie szlachetne pisanie, znamionujące talent, ale i powściągliwość) – z tym, że w obliczu wiszącego nad głową limitu, rzecz raczej nietrafiona.

No dobrze, teraz pomysł – bardzo fajny. Ten przeciwny wektor czasu to w sumie nic nowego, ale rzecz jest tak nośna, tak fajna, że klękajcie narody. Ładnie rozwijasz akcję, ładnie budujesz klimat i napięcie, nie odkrywając od razu kart – tutaj do niczego nie mogę się przyczepić. Kacperki – kontrast między nazwą, wygladem, a demoniczną śmiercionośnością – super. Oczywiście zabawy z czasem są szalenie ryzykowne, rodzą miliony pytań, generują nieścisłości i pułapki logiczne – i w tym przypadku chyba nie jest inaczej. Pytanie tylko, czy mi to tak naprawdę przeszkadza w obliczu fajnego pomysłu i doskonałego klimatu. Cóż, nie bardzo :-) Aczkolwiek chętnie przeczytałbym Twoje wyjaśnienia dotyczące przebiegu wojny, takiego a nie innego obrazu zniszczeń itp. 

Odizolowana grupka młodzieży w postapokaliptycznej opowieści o nadziei to chwyt raczej typowy, ale jak najbardziej w porządku. Fajne jest to, że są tacy różni, fajne, że muszą sami stawić czoła rzeczywistości wobec niekompetencji (to dobre słowo?) przewodnika i opiekuna, fajny jest główny bohater, który okazuje się mieć łeb na karku (końcówka, gdy niemal salomonowym sądem zażegnuje konflikt, każdemu znajdując właściwe miejsce i zupełnie naturalnie zostając liderem – świetna). Być może zabrakło mi bardziej zaznaczonych relacji między postaciami (to w końcu młodzież, która kieruje się bardziej emocjami niż rozumem) ale co tam. Nie dało się wszystkiego wepchnąć do ograniczonej objętości. 

Aha – gdzieś umknęło mi ile oni mają lat. Chrościsko pisał coś o dwunastolatce, ale dla mnie wyglądają raczej na późnych nastolatków, w okolicach matury. Czasami zachowują się jak dzieci, czasami mówią jak dorośli. 

No dobrze, podsumujmy – to bardzo dobry tekst, ale pozostawia niedosyt. Doskonale widać, jaki potencjał się tu zmarnował z powodu pośpiechu i, może niezbyt dużego ale jednak, niedopracowania. Cóż, jesteś na tyle utalentowany, że nawet niedociągnięty tekst w Twoim wykonaniu jest bardzo dobry, ale gdyby był dociągnięty, to jak dla mnie piórkowy pewniak. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Chrościsko pisał coś o dwunastolatce, ale dla mnie wyglądają raczej na późnych nastolatków, w okolicach matury.

W tekście jest podane, że Korek miał 12 lat. Założyłem, że pozostałe dzieciaki są w podobnym wieku.

 

Czy rację ma Chrościsko, że mnóstwo tam niepotrzebnych słów, że brak w zdaniach polotu? W przeciwieństwie do niego, nie zacinałem się, nie zatrzymywałem, czytało się gładko.

Może sprecyzuję. Nie wszędzie zgrzytało. Były fragmenty gdzie czytało mi się dobrze i płynnie, zazgrzytało kilka akapitów na początku, o to ich dotyczyła uwaga o braku polotu. 

Szkoda, Marasie, że pisałeś opowiadanie w takim pospiechu. Jestem przekonana, że gdybyś całkiem wyzwolił się z poluzowanego nieco gorsetu konkursowych wymagań, stworzyłbyś rzecz równie zajmującą, ale dopracowaną i lepiej napisaną. Pewnie wtedy mógłbyś też wyłożyć dokładnie sprawę Kacperków, bo teraz ich obraz jest mocno niejasny.

 

Zulus ro­zej­rzał się po roz­le­głym hallu. Kil­ku­dzie­się­cio­oso­bo­wa grupa roz­ło­ży­ła swoje… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Świet­nie. Niech będą Kac­per­ki. A teraz wy­obraź­cie sobie… – męż­czy­zna za­wie­sił głos – … że te stwo­rze­nia… –> Źle zapisany dialog. Zbędna spacja po drugim wielokropku.

Winno być: – Świet­nie. Niech będą Kac­per­ki. A teraz wy­obraź­cie sobie… – Męż­czy­zna za­wie­sił głos. – …że te stwo­rze­nia

 

to nie jest zwy­kły ze­ga­rek. Żadne ba­dzie­wie na ba­te­rię. To „Orient”. –> To orient.

Nazwy produktów przemysłowych zapisujemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Jeśli jed­ne­mu coś się przy­tra­fi, drugi ma obo­wią­zek wró­cić do gniaz­da… –> Do tej pory była wielka litera.

 

spoj­rza­ła na niego nie­pew­nie, ale po­ki­wa­ła ze zro­zu­mie­niem… –> Zakładam, że pokiwała głową, nie np. ręką.

 

Gdy TO się za­czę­ło, kie­row­ca z wy­cho­waw­ca­mi po­szedł spraw­dzić co się dzie­je. Zo­sta­li sami. –> Gdy TO się za­czę­ło, kie­row­ca z wy­cho­waw­ca­mi po­szli spraw­dzić, co się dzie­je. Zostali sami.

Nie pojmuję, dlaczego żaden z wychowawców nie został z dziećmi!

 

Czter­dzie­ści dzie­więć dzie­cia­ków. –> Zo­sta­li sami. Czterdzieścioro dziewięcioro dzie­cia­ków.

 

– … nie za­sta­na­wia­łeś się, dla­cze­go Ptasz­nik… –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

co mu­sia­ło za­nie­po­ko­ić sto­ją­ce­go przed nim na­sto­lat­ka. Jego nie­po­kój wzrósł… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Dla nas jest ich coraz wię­cej, czyli z kac­per­ko­we­go punk­tu wi­dze­nia… –> – Dla nas jest ich coraz wię­cej, czyli z Kac­per­ko­we­go punk­tu wi­dze­nia…

 

Wiel­ka tar­cza „Orien­ta” wy­da­wa­ła się jesz­cze więk­sza… –> Wiel­ka tar­cza orien­ta wy­da­wa­ła się jesz­cze więk­sza

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To ja jeszcze dodam w temacie stylu – czytało się płynnie i kompletnie nie zwróciłem uwagi na to, co wytykają Tarnina i Chrościsko.

Składam to na karb preferencji czytelniczych: jeśli jest pomysł (a tu bezapelacyjnie jest), to reszta jest dla mnie mało istotna. Mogą być nawet równoważniki zdań ;)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Staruchu stoisz więc w opozycji do Cienia, który od dobrej historii woli dobrze opowiedzianą historię.

 

Ale serio, równoważniki zdań? Nie kuś…

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dobre równoważniki podstawą urozmaiconego stylu!

Babska logika rządzi!

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – dobrze opowiedziana historia to jest to!

Ale… Słabo opowiedziana dobra historia jest lepsza od słowotrysków mówiących o pierdołach!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dziękuję serdecznie, Chrościsko, za przybycie i wnikliwą lekturę i wszystkie uwagi i spostrzeżenia. Błędy techniczne wciąż poprawiam, wycinkę małą wciąż prowadzę. Nad zdaniami, które Tobie chroboczą, pochylę się jeszcze podczas poprawek po werdykcie. Drobne techniczne sugestie już uwzględniłem. Bardzo cieszę się, że aż tyle plusów znalazłeś w tekście. Początek jest taki, jak planowałem, zamiarem moim było stopniowe odkrywanie kart, co zauważył i docenił dla odmiany Thargone. A postapo w tagach nieco mylące jak widzę. To postapo nie jest w tym tekście aż takie istotne. 

Czy brak mi polotu? Trudno to ocenić samemu. Język i styl służą mi do opowiedzenia w miarę pomysłowej (mam nadzieję) opowieści. Co do natury Kacperków i pułapki mieszania z czasami. Jest wśród wyciętych scen taka, w której nieco więcej tłumaczę ten pomysł. Oczywiście zawsze jest ryzyko zgubienia logiki, ale tak do trzeciego stopnia wnikliwości daję radę, a dalej lepiej się nie zagłębiać ;)

 

Thargone. Piękny i wnikliwy komentarz godny przyszłego Lożanina :) Dzięki wielkie. No i dziękuje za wsparcie w obronie mojego polotu ;). Rzeczywiście limit jak zwykle uwierał i na pewno tekst wymaga doszlifowania tu i tam, co niezwłocznie uczynię po zakończeniu konkursu. Ten niedosyt mnie niepokoi. Mam nadzieję, że po poprawkach i uzupełnieniu (i wycięciu śmieci) ten niedosyt uda się zaspokoić. No i bardzo miło czytać takie wyliczanki plusów w swoim tekście. Chociaż mam świadomość, że istnieje także sporo minusów, o których wspomnieli już Tarnina i Chrościsko. A zabawy z czasem się podejmę, pomysł jest nieco przemyślany i troszkę informacji przemycę w dłuższej wersji.

Co do wieku głównych bohaterów. Dobrze dedukujesz, oczywiście, że Zulus jest starszy od Korka. Agrafka to jego rówieśnica. Baks jest rok starszy. Mają od 15 do 16 lat mniej więcej. Gdzieś w tekście pada określenie, że Korek jest najmłodszy i że ma 12 lat. Najbardziej się cieszę, że pomysł podoba się kolejnemu czytelnikowi. Na tym mi zależało. Wszystkie miłe słowa na koniec Twojego posta potraktuje jako kurtuazję wynikającą z tych dwóch klików ;)

 

Regulatorzy! Jak zawsze miło zobaczyć komentarz Reg pod tekstem. Nawet taki powściągliwy. Jeszcze kiedyś napiszę coś, co przypadnie Ci Reg bardziej do gustu. Za pośpiech utrudniający lekturę przepraszam, staram się to naprawić w tym tekście.

Dziękuję bardzo za uwagi i łapankę. O Kacperkach dopisze więcej, gdy przywrócę wycięte fragmenty. Jest tam nawet potyczka z jednym z nich. A gorset zawsze mnie uwierał. Niestety. I dzięki za nazwanie mojej opowiastki "zajmującą" :)

 

A Tobie, Staruchu, jeszcze dzięki wielkie drugą szarżę w mojej obronie!

 

Mytrix, Finkla. Ja tu zostalem już posądzony o brak polotu i płaskie zdania. A wy mnie jeszcze równo(d)ważnikami po głowie….

Po przeczytaniu spalić monitor.

Delikacik, psiakość… Równoważnik go boli. Pilnuj, żebyśmy nie sięgnęli po odważniki. ;-)

Babska logika rządzi!

No właśnie. A kto mi dał klikiem piątym przed chwilą po głowie?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Biedactwo… Wszystkim dostajesz akurat po głowie. ;-)

Babska logika rządzi!

Bo to wszystko się w jego głowie dzieje, to po czym ma dostawać? Po kolanach??

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

W głowie to krzyki z shoutboksa…

Babska logika rządzi!

Powiadasz, Marasie, że komentarz powściągliwy… Ano cóż, ostatnio dodano tyle opowiadań, że nie nadążam z czytaniem ich i tworzą mi się zaległości. Zważ jednak, że przyszłam do Ciebie niejako poza kolejnością, poruszona dobywającym się z pudełka krzykiem nosorożca.

A opowiadanie podoba mi się całkiem bardzo i mój gust w ogóle nie narzeka – wszak kliknęłam Bibliotekę. Skoro jednak odgrażasz się, że coś naprawdę super to dopiero napiszesz, nie pozostaje mi nic innego jak cierpliwie poczekać. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wszystkie miłe słowa na koniec Twojego posta potraktuje jako kurtuazję wynikającą z tych dwóch klików ;)

No, no. Choć podwójny klik to nie byle co, bezpodstawnie słodzić zwykłem tylko paniom. I to raczej nie na tym portalu. Z pewnością nie nosorożcom :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

A to Twoja sprawka, Reg, ten klik tajemniczy, finałowy. Dziękuję! I dziękuję również, za pozakolejkowy odzew na ryk nosorożca :). Ten tekst będzie lepszy, a następny będzie kolejnym na długiej drodze do napisania czegoś "super".

 

Thargone. Ja się tylko przekomarzam. Albo przenosorażam.

Po przeczytaniu spalić monitor.

zapytał Baks[+,] przerywając ciszę.

Przytaknęła głową, a potem

Głową chyba można kiwnąć, przytakuje się po prostu.

 

Początek był lekko chaotyczny i miałem mały problem, by się połapać kto jest Kacperkiem, a kto Zulusem i który z nich jest bohaterem.

Zdania bez specjalnych wodotrysków, ale nie bolało mnie to i na styl jakoś aż tak jak poprzednicy uwagi nie zwracałem. Nie odwracał uwagi od historii – może w ten sposób go określę. Ciężko mi coś więcej o nim powiedzieć poza tym, że był.

Ale historia – no, tu już jest znacznie lepiej. Fajnie pozszywałeś ze sobą pewne elementy, wykorzystałeś motyw konkursowy i wyszło Ci z tego bardzo ciekawe opowiadanie. Nastolatkowie opuszczeni przez dorosłego, który nie dał rady spełnić swojej roli, zakręcony jak świński ogon przeciwnik, postapo, zalążki młodzieńczej miłości, sowy i skowronki, zamknięci na małej przestrzeni. Mnóstwo elementów, które ze sobą naprawdę świetnie zagrały. Bardzo spodobał mi się finalny efekt tego pomysłu.

Moim ulubionym fragmentem jest przekazanie Baksowi gwizdka – zakończenie chłopięcej rywalizacji w najlepszym wydaniu. Pojednanie, ale wciąż nie jesteśmy przyjaciółmi, jedynie wspólny cel, przekazanie obowiązków. To wyszło naprawdę młodzieżowo i gdyby nie samobójstwo Ptasznika, sądziłbym, że właśnie do młodzieży powinieneś skierować ten tekst.

Opowiadanie na pewno zyskałoby na rozbudowaniu poszczególnych elementów (choćby wspomnianych Kacperków), ale i tak mi się podobało. Może na kolana nie powaliło, ale pomysł i fabuła naprawdę przypadły mi do gustu. Jest w tekście porządny powiew świeżości.

Pomysł bardzo fajny, czytało się dobrze, z chęcią poznania dalszego ciągu.

 

Natomiast popieram chyba wszystkie uwagi na temat dziur logicznych oraz natury Kacperków i dorzucę tu coś nowego. Ok, im więcej, tym lepiej, bo idziemy po odwrotnym wektorze, tak? Ale nie wiemy, skąd te Kacperki się wzięły, więc nie wiemy, czy rzeczywiście im więcej, tym lepiej. Bo to by musiało znaczyć, że one pokazały się masowo i ta ich masowość jest ich punktem początkowym. A to chyba tak nie bywa, o ile nie była to jakaś zaplanowana inwazja. A była? Może w sumie była, też nie wiem. Nie wiadomo, ile to ma trwać. Na razie jest dużo Kacperków, co właściwie, zważywszy na to, że wiele nie wiemy o ich naturze i pochodzeniu – niewiele nam mówi. Więc nawet jak na historię o nadziei nie do końca mi gra.

Wydaje mi się, że to jeden z tych tekstów, którym limit zrobił źle. Bo to materiał na fascynującą opowieść, a wyszedł taki trochę średniak.

Po namyśle, niestety uważam, że opowiadanie ma powazny bląd logiczny: Skoro im bliżej pojawienia się Kacperków, tym mniej ludzi, a tym więcej kacperków, może to także oznaczać, z ogromnym prawdopodobieństwem (po poprowadzeniu dwóch linii trendu) że NIE MA ŻADNYCH szans na przetrwanie ludzkości.

Np. – w dniu X (licząc wg naszej rachuby) pojawiło się na Ziemi 100 mln Kacperków. Zabiły WSZYSTKICH ludzi. Czyli np. NIKOGO, bo w dniu X już ludzi na Ziemi nie było w ogóle, zginęli WCZEŚNIEJ (dla nas), co do ostatniego. W tym sowy i skowronki z Twojego opka.

W dniu (dla nas) X+1 mogło być zresztą i tak, także z dużym prawdopodobieństwem, że kacperki JUŻ od niepamiętnych (dla siebie) czasów MIESZKAŁY na bezludnej Ziemi, a pewnego pięknego dnia, np dla nas X-5, spotkały PIERWSZEGO człowieka, tak jak my któregoś dnia, np. X – 1000 (dla nich zaś – x+1000) spotkalismy pierwszego kacperka. A wczesniej dla nas (później zaś dla nich) żadnego kacperka na Ziemi jeszcze (już) nie było.

Oznacza to, że zetknięcie się obu społeczności przeciwstawnych wektorem czasu mogło z dużą dozą pewności wykończyć je OBIE. Tym bardziej że w dniu dla nas x-1000 bardzo niewielu kacperków wystarczyło, by bić prawie całą ludzkość, miliardy istnień ludzkich. . W dniu zatem dla nas x, czy x-5 to (dla nas) nieprzebrane mrowie kacperków nagle widocznych dla ewentualnie pozostałych jeszcze resztek ludzi, nie będzie mieć najmniejszych problemów, by te resztki dopaść i w trymiga zneutralizować.

Ciekawą możliwością mogłaby być i taka, że w dniu X kacperki przybywają z daleka, pojawiają się na Ziemi i ją zasiedlają w pełni usprawiedliwiony moralnie sposób – tylko i właśnie dlatego, że dla nas JUŻ JEST – a dla nich – OD ZAWSZE JEST bezludna . Biedne kacperki – z wielkim nakładem sił i srodków przylatują zasiedlić Ziemię, a tu kilka dni po lądowaniu pojawiaą się jakieś wrogie im istoty i napadają na nich, pragnąc im wydrzeć to, co prawem pierwszeństwa uczciwie zasiedliły. No nic tylko w mordę takim dać ;).

Tak czy siak – dla ludzi w praktyce i zgodnie z krzywą prawdopodobieństwa – logicznie rzecz biorąc zero szans przetrwania w przyszłości. Podobnie jak dla (w ich przyszłości) kacperków.

Dziękuję, AC, za wizytę i opinię oraz uwagi. Bardzo się cieszy,, że pomysł i fabuła przypadły do gustu. Ja zawsze mam szerszy obraz, większe story i świat, a potem muszę ciąć na potęgę. Co do języka i stylu….

 

Powiem tak: moje ulubione opowiadania science-fiction, 

 

(tutaj przykładowa lista wybranych tekstów z mojego topu:

Alexander Jablokov – "Strażnik śmierci"

Ted Kosmatka – "Śmierciononauci"

Robert Silverberg – "Opowieść łaskawcy", 

George R.R. Martin – "Pieśń dla Lyanny", "Piaseczniki", "Wieża Popiołów", "Mgły odpływają o świcie"

Geoffrey A. Landis – "Fale na Morzu Diraca"

Roger Zelazny – "Róża dla Eklezjastesa", "Bramy jego twarzy, lampy jego ust", "Aleja potępienia"

Alastair Reynolds -"Diamentowe psy"

James Patrick Kelly – "Myśleć jak dinozaury", "Taniec z krzesłami"

Gene Wolfe – "Mapa"

Barrington J. Barley – "Rejs po promieniu"

Brian W. Aldiss – "Człowiek ze swoim czasem"

Ian Watson – "Powolne ptaki") 

 

pisane są prostym językiem. Stylem mniej wymyślnym i literackim. Przejrzyste w formie i bez ozdobników. Zachwycają głównie pomysłem, klimatem, fabułą, bohaterami. Ja chcę pisać takie historie. Daleko mi do wymienionych autorów i tekstów jak stąd do Proxima Centauri, ale taka tradycyjnie pisana fantastyka "bez wodotrysków" jest mi najbliższa.

Oczywiście cenię sobie wielce misterne zdania– perełki, które każde z osobna świecą inteligencją autora (np. Funa, Cobolda, Thargone, Cerlega czy Szyszkowego Dziadka), ale pisać jak oni nie będę, nie potrafię i nie chcę. Może zatem już na zawsze pozostanie dla mnie jakaś niższa półka w oczach czytelnika i portalowiczów. Nie drę szat z tego powodu.

Bardzo mnie cieszy natomiast fakt, że aż tyle rzeczy w tekście zaliczyłeś na plus. Oczywiście historia będzie uzupełniona po konkursie. Może wtedy znajdę więcej zadowolonych czytelników.

 

Ocha. Miło, że zajrzałaś. Ja na "Rozstaje" też niedługo zajrzę. Średniaczek, ale nie było źle, jak rozumiem. Ta historia rzeczywiście wymagać może poszerzenia. Głównie co do Kacperków. Zamieszczę zatem po konkursie fragmenty, które rozjaśnią sytuację. Mam nadzieję.

 

 

Rybaku. To nie jest błąd logiczny. To, co opisujesz, to całkiem możliwy scenariusz. Ale jednak było trochę inaczej i ja wiem, co się tam stało. Jednak w tej wersji tekstu, ma on przede wszystkim wybrzmiewać jako pieśń o nadziei na przekór beznadziei. I wiemy tylko tyle ile banda dzieciaków, które po śmierci Ptasznika musiały sobie znaleźć cel, wiarę i nadzieję właśnie, żeby spróbować przetrwać. Nikt też nie powiedział, że te nadzieje się spełnią. Zulus uwierzył, znalazł w sobie nadzieję za sprawą Agrafki. Nie odbieraj mu tej nadziei ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

To zrób tak, że kacperki lądują głównie w miastach. I skupiskach ludnosci. Bo im PUSTE przypasowały z jakichś tam względów. A poza nimi, na tak zwanym łonie natury, sporadycznie tylko.

Żeby dzieciaki miały gdzie w swojej przyszłości uciec. Wtedy średnie zagęszczenie kacperków na 1m kw zamiast dla dzieciaków z czasem rosnąć, pozostanie mniej więcej, nawet w okolicach dnia x constans i nadzieja rzeczywiście jakaś pozostanie wymierna . Inaczej nic z tego, niestety. Statystyka jest okrutna.

ale pisać jak oni nie będę, nie potrafię i nie chcę

No właśnie dlatego napisałem, że nie bolało mnie to i skupiłem raczej uwagę na historii. Nie uznałem prostego stylu za minus, tylko odnotowałem jaki jest moim odczuciu, ani na minus, ani na plus. W końcu to tylko narzędzie do przedstawienia historii, a nie wartość sama w sobie. :)

Zachwycają głównie pomysłem, klimatem, fabułą, bohaterami. Ja chcę pisać takie historie. (…)taka tradycyjnie pisana fantastyka "bez wodotrysków" jest mi najbliższa.

Yes, yes, yes!

#TeamNosorożec

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie, oczywiście że źle nie było. Taki solidny biblioteczny tekst. :)

Na Rozstajach już zdaje się byłeś. Wystarczy skrobnąć komentarz. ;)

 

Bardzo mnie cieszy, Rybaku, że opowiadanie skłoniło Ciebie do przemyśleń na temat pomysłu w nim zawartego. Będzie mi zależało na Twoje opinii, gdy przedstawię szerszą jego wersję pokonkursową.

 

AC. Rozumiem, co masz na myśli. Zauważ jednak, że na drugim biegunie są tacy, którzy stawiają formę nad treścią. I nie zapominajmy o tych pośrodku ;)

 

 

Staruchu? To co?

 

#starychnosorożcówteam?

 

 

Miło, że zajrzałaś, Drakaino.

 

 

Ocha. No oczywiście, żeby byłem na Rozstajach, tylko teraz błądzę trochę przed powrotem z komentarzem. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zauważ jednak, że na drugim biegunie są tacy, którzy stawiają formy nad treścią. I nie zapominajmy o tych pośrodku ;)

O, zdecydowanie. Ale wszystkim to się na pewno nie dogodzi. ;)

“#starychnosorożcówteam?

devilyes

O, zdecydowanie. Ale wszystkim to się na pewno nie dogodzi. ;)

Forum o tym dowodnie przekonuje. Nie ma tu tekstu, ktory bezkrytycznie lubią wszyscy. Nie ma tu lektur, pozycji kanonicznych, które lubią wszyscy. I dobrze, bo byłoby nudno ;)! 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

A “Żywot Lothara…”? A “Śnieżka”? A “Encephalodus…”?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Interesujące. Kacperki i ich wyjaśnienie kojarzą mi się z jedną powieścią s-f (za Chiny ludowe nie potrafię sobie teraz przypomnieć tytułu), gdzie też doszło do zderzenia cywilizacji i przeciwnym biegu czasu.

Jednak na pierwszy plan wyrasta tutaj grupa młodzieży, która chroni się w hotelu. I w stosunku do nich mam… mieszane uczucia. Pseudonimy, odzywki, zachowania przypomniały i mi pewne wspomnienia. Ale kiedy Agrafka zaczęła swój wywód raczej na poziomie raczej nie do końca licealnym (do tego na podstawie papierów fizyka z konferencji), trochę poczułem się niepewnie. Do tego nie do końca potrafiłem też ustalić, czy to liceum czy jeszcze gimnazjum (choć tu granica bywa płynna).

Stąd obraz grupy nie jest do końca dla mnie przekonujący. Zakończenie mocno otwarte, ale też nie zostawia poczucia głodu. Ogólna fabuła dotyczy odejścia Ptasznika i konsekwencji tegoż, więc jako taki wątek się zakończył, nawet jeśli apokalipsa póki co jeszcze trwa.

Podsumowując: ładny koncert fajerwerków, o pomysłowym tle, acz nie do końca przekonujących w swej roli głównych aktorach.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Idea wszechświatów, których czasy się krzyżują pojawiła się w Barringtona J Bayley’a w powieści “Kurs na zderzenie” . Tam jest jednak inaczej wykorzystana i sam pomysł jest odmienny.

Dziękuję, NWM, za wizytę i komentarz. Co do aktorów mojej historii, pamiętaj, że to grupa wybranej wybitnie uzdolnionej młodzieży na wycieczce naukowo-kulturalnej. Agrafka zaś jest wybitną młodzieżą na froncie nauk ścisłych. Poza tym wektory to w zasadzie poziom podstawówki, a hipoteza fizyka była podana przystępnie ponieważ miała być przedstawiona podczas owego festiwalu nauki.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czekaj, czekaj, to kacperki ledwo zaatakowały, a facet już miał gotową hipotezę, czy też jakiś geniusz wymyślił ściąganie uzdolnionych dzieciaków (i w ogóle festiwal) na zagrożony teren podczas wojny o przetrwanie ludzkości?

Babska logika rządzi!

Kacperki pojawiały się (a raczej resztki Kacperków) w różnych rejonach świata, publicznie, sporadycznie, poddane obserwacji, gdy świat wciąż jeszcze funkcjonował normalnie, życie toczyło się normalnym torem. Potem kilka zjawiło się niespodziewanie tam, gdzie miał się odbyć festiwal. Czy z jakiegoś powodu? Hmm. Nie powiem. To nie jest istotne dla tej historii o potrzebie nadziei.

A ich dziwne zachowanie doprowadziło do powstania hipotezy pewnego fizyka, zawartej w tej prezentacji. Czy to prawdziwa hipoteza? Przecież wiemy tylko tyle co dzieciaki i Ptasznik. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Panie Marasie, zgodnie z obietnicą jestem (ciut spóźniona, ale baba to się zawsze spóźni). Najpierw parę nieścisłości: 

 

Znał na pamięć wszystkie skróty i rozkład pięciu dolnych kondygnacji dwunastopiętrowego budynku i trasę do obozowiska mógłby pokonać z zamkniętymi oczami.

Tutaj drugie “i” warto byłoby zastąpić przecinkiem.

 

pokojach, lub hotelowej

A tutaj bez przecinka.

 

dlatego, kiedy

I tu chyba też bez.

 

zerkając na wisielca.

Przecinek poprzedzający ten fragment.

 

zagadnieniach, jak jakiś ignorant.

A tu bez przecinka.

 

i nie zważając na otaczające ich szaleństwo ruszył

Fragment “nie zważając na otaczające ich szaleństwo” powinien być wyodrębniony z reszty zdania przecinkami, ponieważ jest wtrąceniem.

 

słowo szczury

Szczury w cudzysłowie. ;)

 

Musi tu leżeć z pół roku. 

Zaraz – czy przed chwilą zwłoki Ptasznika nie wisiały?

Zulus pociągnął nosem i dodał:

– Śmierdzi niemiłosiernie. Nie czujesz? Lepiej wracajmy do Gniazda. Potem porozmawiamy o waszym wypadzie.

E tam, po pół roku, zwłaszcza przy wygryzieniu tkanek miękkich przez szczury, a do tego w zamkniętym pomieszczeniu hotelowym (czyli przy ograniczonym dostępie pleśni) aż tak by nie śmierdziało. ;) Świeże zwłoki paradoksalnie pachną gorzej. Poza tym bardzo mocno zgrzyta mi ten fragment – półroczny wisielec już dawno by sobie spadł, zapewne po drodze się dekapitując (przy postępującym zaniku tkanek miękkich szyi i rozkładzie stabilizujących ją więzadeł pętla zatrzymałaby się na czaszce, a cała reszta mogłaby się pod własnym ciężarem oberwać, gdy osłabły połączenia kręgów szyjnych). Piszesz o ugryzieniach szczurów – skoro wisiał, to chyba tam przecież nie doleciały? Ponadto u wisielca płyny, które przestały krążyć, grawitacyjnie opadają na dół… rozciągając go. Zależnie od warunków dobrze powieszony wisielec może się rozciągnąć jakiś metr (widziałam taki przypadek) i wygląda to naprawdę upiornie. 

 

zastanawiała się od czego zacząć.

Przecinek przed “od czego”.

 

z nimi wypełnia wojna.

Tutaj przecinek przed “wypełnia”.

 

Z kwestii językowych to chyba wszystko.

 

Gratulacje – teraz przez Ciebie nigdy już nie pojadę na konferencję, bo będę się bała, że utknę w hotelu, uwikłana w konflikt międzyczasowy! A na poważnie, doświadczyłam swego rodzaju deja vu: ostatnio trochę rozmawiałam na temat koncepcji “psychologicznej strzałki czasu o odwróconym zwrocie”, nawet w głowie postała mi wizja podobnej sytuacji. :) Rozumiesz więc zatem, że pomysł jak najbardziej mnie kupił. Bardzo spodobała mi się wizja hotelu jako pola bitwy i swego rodzaju atmosfera apokalipsy.

Nieco brakło mi w tym głębszego odniesienia do Sów i Skowronków – z tego, co rozumiem, w ten sposób podzielono grupę dzieci, ale nie zdradzasz nam, na czym opierał się ten podział. Trzymały odmienne warty, czy też ich funkcje były bardziej zróżnicowane? Ten wątek wydał mi się tak delikatny i nieprzystający do wytyczonej osi fabularnej opowiadania, jakby został umieszczony tam tylko po to, by tekst jakoś z tematyką konkursu korespondował.

Bardzo za to spodobała mi się koncepcja nazwania duchów Kacperkami – urocze i zabawne! Nieco zamieszania wprowadzasz w opisach samych dzieci. W pewnym momencie nie wiemy, czy to w ogóle są dzieci (padło kilka sformułowań “mężczyzna” – fakt, chłopiec także jest mężczyzną, no ale zwykle określa się go mianem chłopca właśnie). Wiemy, że w hotelu byli naukowcy oraz mądre dzieciaki, ale nie do końca zrozumiałam, czy naszymi bohaterami są wyłącznie dzieci (prócz jednego Ptasznika), czy też grupa dzieci i dorosłych. Miałabym zastrzeżenia do tej drugiej opcji – nadawanie sobie rozmaitych ksywek i posługiwanie się wyłącznie nimi, a także pewna logika podejścia do świata, którą przedstawiasz nam w tekście, sugerowałaby raczej bandę dzieciaków pozbawionych opieki dorosłych.

Lekki zgrzyt nastąpił też przy kwestii trupiej, ale mogłam na to zwrócić nadmierną uwagę z racji własnych zainteresowań. W razie W, gdybyś w przyszłości potrzebował poruszyć podobne wątki, jestem do Twojej dyspozycji (o ile dam radę). :D 

Podsumowując – mimo pewnych nieścisłości, było to bardzo solidne, płynnie napisane i wciągające warstwą naukową opowiadanie. Z przyjemnością przeczytam kolejne Twoje teksty.

 

 

Ale limitu znaków to się wuja nie trzyma, nu-nu! 

 

 

 

Witam, Wiktorze, dziękuję za wizytę i lekturę i za wszystkie cenne uwagi. Językowe potknięcia sprawdzę jak najszybciej i poprawię, jeśli trzeba. Odnośnie trupa… Otóż w pokoju wisiał Ptasznik, a Zulus jedynie okłamał Baksa co do starego trupa w pokoju. Śmierć Ptasznika zachował w tajemnicy przed innymi (poza Agrafką, która była na miejscu). Przykry zapach zaś mógł pochodzić z innego źródła u wisielca, jeśli wiesz, co mam na myśli. Cała ta wypowiedź o szczurach i smrodzie miała odstraszyć Baksa przed zajrzeniem do pokoju.

Druga sprawa. Nie było tam żadnych dorosłych tylko dzieci i Ptasznik. Jest to zaznaczone w tekście. Dorośli uciekli, zginęli, poszli szukać swoich rodzin itp. zostały tylko dzieci (wiek 12-17 lat) i Ptasznik. Pusty hotel gotowy na wielki festiwal stał się schronieniem grupki dzieci, które przyjechały ciut wcześniej.

Sama koncepcja, na której opiera się opowiadanie naszła mnie niespodziewanie – pomysł wpada, zostaje przeanalizowany i zabieram się do pisania. Jeśli Twoje przemyślenia podążały ostatnio akurat w podobnym kierunku, to mamy niezły zbieg okoliczności.

Motyw konkursowy potraktowałem zgodnie z pierwotną ideą leżącą u zarania konkursu – są ludzie żyjący trybem nocnym i tacy, żyjący trybem zdecydowanie dziennym.

Na koniec serdecznie dziękuję za wszystkie miłe słowa i cieszę się, że opowiadanie przypadło Tobie do gustu.

 

Ps. A za przekroczenie limitu i tak mnie wywalą z konkursu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dorośli uciekli, zginęli, poszli szukać swoich rodzin itp. zostały tylko dzieci (wiek 12-17 lat) i Ptasznik. Pusty hotel gotowy na wielki festiwal stał się schronieniem grupki dzieci, które przyjechały ciut wcześniej.

Tutaj zastanawiające jest, dlaczego żaden z dorosłych nie poczuł się odpowiedzialny za los, jakby nie patrzeć, dzieci? Ktoś odpowiedzialny powinien je chyba w takiej sytuacji otoczyć opieką. 

 

Bardzo dziękuję za wyjaśnienia, teraz trochę wyklarowały mi obraz sytuacji. :) Mam nadzieję, że moje uwagi okażą się przydatne. Konkurs konkursem, ale to był tak czy siak bardzo dobry i wart zapamiętania tekst. ;) 

Uwagi na pewno okazały się przydatne, Wiktorze, a z Twojej wiedzy specjalistycznej może kiedyś skorzystam przy pisaniu, dziękuję raz jeszcze.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Kupiłeś mnie na początku tymi imionami własnymi – Zulus, Kacperek – zaintrygowało, wciągnęło i trzymało do końca, nawet gdy część tajemnicy została odsłonięta. Podobał mi się klimat opuszczonego hotelu, dobrze czujesz się w takich długich korytarzach pokoi (vide “Druga śmierć Kewella”). Do stylu absolutnie nie mam zamiaru się przyczepiać, jest czytelnie i obrazowo. Pomysł na odwrotny zwrot wektora czasu Kacperków nośny, ale nie wyciśnięty do końca – obiecywałem sobie więcej po tej sugestii, że pierwszy kontakt (ten w przyszłości) wcale nie musiał mieć charakteru inwazji ze strony obcych. Faktycznie miałem dość długo skojarzenia z “Władcą much” i podoba mi się, że wybrałeś jednak drogę nadziei. Scena z podziałem artefaktów władzy ładnie pomyślana, ale jak dla mnie zbyt uboga psychologicznie – brakuje mi uzasadnienia przemiany Baksa (gdzie on w ogóle łaził z tym Korkiem), gdzieś zupełnie upada motyw rywalizacji o względy Agrafki.

Ogólnie podobało mi się.

Ale najpierw czepialstwo. :)

Początek miejscami był trudny w odbiorze, np. ten fragment 

Chłopiec obserwował intruza, zastygły w niewygodnej pozycji ze wciągniętym brzuchem. A im dłużej przyglądał się dziwacznym poczynaniom Kacperka, tym bardziej skłonny był uwierzyć w hipotezę Ptasznika.

Z perspektywy całości jest zrozumiały, ale na samym początku nie wiedziałem na przykład, do kogo odnosi się określenie “chłopiec”. Bo przecież Kacperek też brzmi jak jakiś chłopiec. A że unosił się nad podłogą? A czemu nie, to w końcu fantastyka ;).

Niektóre retrospekcje w pierwszych partiach tekstu też nie były od razu czytelne.

Trochę brakowało mi mało o Kacperkach, jakiegoś szerszego tła. Kacperki w ogóle sprawiały raczej wrażenie pretekstu dla fabuły. Z drugiej strony poświęciłeś całkiem sporo uwagi kwestii walki z nimi, więc pewnie nie miały być tylko pretekstem.

W ogóle nie jestem fanem retrospekcji, lubię, kiedy wydarzenia prezentowane są chronologicznie. No, ale to już nie wada Twojego tekstu, a kwestia gustu jedynie. :)

Trochę nie rozumiem, dlaczego Zulus oddał władzę tamtej dwójce, chyba nie było nic konkretnego, co by go motywowało(?). I co w związku z Agrafką? Końcówka sprawiała wrażenie, jak gdyby z niej Zulus zrezygnował również (nawet jeśli tak nie było, to wg mnie tak to wyglądało). 

Poza tym jednak czytało się przyjemnie, historia jest ciekawa i ma niezły klimat. Bardzo na plus także postać Ptasznika i jego rola w fabule.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Dzięki za lekturę i opinię, Coboldzie. Cieszy mnie, żeby ogólne wrażenia masz pozytywne. Imiona, klimat (tak, jest coś na rzeczy z tymi korytarzami u mnie), pomysł – fajnie, że przypadły do gustu.

Co do Twoich wątpliwości. Baks ruszył na wyższy piętra, bo jego dumą została urażona słowami Zulusa na ten temat. Dlatego Zulus potem domyśla się gdzie Baks polazł. A rywalizacja o Agrafkę zapewne będzie trwała dalej pomimo "zawieszenia broni".

Oczywiście kilka kwestii można pogłębić i rozwinąć, pomysł wycisnąć bardziej. Po konkursie dorzucę to, co już wyciąłem. Limit zawsze mnie uwiera i tutaj było podobnie. A i tak nawet nie udało mi się do niego zbliżyć.

Witam, El Lobo. Dziękuję za obszerny komentarz. Zamieszanie na początku było celowe, chciałem nieco zmylić i zaskoczyć czytelnika. Retrospekcje lubię, nie każdemu to pasuje, to normalne, ale ja stosuję często. Więcej o Kacperkach będzie po uzupełnieniu tekstu po konkursie. A Zulus oddał władzę, bo nadeszły nowe czasy w Gnieździe. Nie było już Ptasznika, nikt nie stanowił już władzy nadrzędnej. Nikt by go nie ochronił przed Baksem. A sam Zulus by nie podołał roli przywódcy stada.

Dzięki za miłe słowa i cieszę się, że mam kolejnego zadowolonego czytelnika. I jak pisałem Coboldowi, myślę, że z Agrafką dopiero wszystko się zaczyna…

Po przeczytaniu spalić monitor.

A Zulus oddał władzę, bo nadeszły nowe czasy w Gnieździe. Nie było już Ptasznika, nikt nie stanowił już władzy nadrzędnej. Nikt by go nie ochronił przed Baksem. A sam Zulus by nie podołał roli przywódcy stada.

Pokazuj takie rzeczy, Marasie, w tekście. Dla mnie takie rzeczy są najciekawsze. Bez nich scena podziału władzy wypadła szlachetnie, ale cokolwiek pusto.

I jeszcze w kwestii tych wektorów czasu u Obcych. Wiesz, że takie rozwiązania kierują czytelnika ku “Historii twojego życia” Chianga i to zawiesza poprzeczkę bardzo wysoko? ;)

Coboldzie! To tylko marasowy tekst na konkurs Sowy i Skowronki. Gdzie mi tu z genialnym opowiadaniem Chianga wyjeżdżasz. Poza tym jego koncepcja jest o wiele bardziej złożona. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ale mnie naprawdę wkręcił koncept, że pierwszy napotkany agresywny Kacperek był tak naprawdę ostatnim, który się bronił przed zagładą. Stąd ciekaw jestem, jacy byliby Ci pierwsi, spotkani na końcu. A właściwie bardziej, niż odpowiedzi na to pytanie, oczekiwałbym jego mocniejszego postawienia i kilku propozycji do wyboru. I gdyby jeszcze te propozycje jakoś subtelnie korespondowały z charakterami wypowiadających je postaci, to już w ogóle miałbyś mnie kupionego.

Z każdym podobnym komentarzem żałuję bardziej i bardziej, że wyciąłem pewne sceny. A w limicie i tak się przecież nie zmieściłem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Panie Maras, może warto w takim razie spróbować z rozbudowaniem tego opowiadania? :) Ostatecznie i tak w wymagania konkursowe się nie wpisuje, więc termin i “reguła nieingerencji” nie obowiązuje. 

Prowokacja: Maras zawsze obiecuje, że później rozbuduje. I co?

A widzisz, Coboldzie. Taką “Drugą stronę osobliwości” oddałem do remontu, “W Miesiącu Godów” jest rozbudowane ale nie wrzucałem już, bo nikt tam od roku nie zagląda. Ten tekst poszerzę natomiast zaraz po zakończeniu konkursu. Ty prowokatorze.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jeśli mogę coś radzić, bo wspominałeś, że nie możesz coś trafić w mój gust – najbardziej trafiłeś pierwszym opowiadaniem na portalu, bo tam było najwięcej psychologii w postaciach bohaterów. Potrafisz tak pisać – z głębią i subtelnością, a podobało się wtedy przecież nie tylko mnie. Pociągnąłbym w tym kierunku.

Mam na warsztacie takie opowiadanie, Coboldzie. Na nim sie skupiam. To klimatyczne science-fiction kosmiczne bliskiego zasięgu. Niby miała być na UFO ale raczej spróbuję w Silmarisie lub Białym Kruku. Bo nie wyrobię. Jeśli miałbyś czas i ochotę mogłbym wrzucić na “betę” (nie chcę robić bety normalnej). Podobną prośbę wystosowałem do STN.

Po przeczytaniu spalić monitor.

“Trzeba czekać”, tak? To Ci powiem, mr.marasie, że dla mnie to też jest wyznacznik Twoich możliwości. Czekam na podobne opowiadanie.

Dzięki :) Właśnie piszę znacznie lepsze ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Powoli zbliżam się do końca konkursowych opowiadań. I co mamy u Marasa, postapokalipsę. Lubię te klimaty, choć Twój pomysł nie leży do końca w moich upodobaniach. Może to ze względu na dzieci, może z braku typowych informacji o bytowaniu. To utwór typu dramat psychologiczny, bez wgłębiania się w potrzeby fizjologiczne, bo ciężko nazwać krótkie info o dawno zużytych bateriach jako coś zgłębiającego temat, dla mnie – szkoda. Jestem zwolennikiem modelu Abrahama Maslowa i jego piramidy potrzeb, nie ma mowy o spełnianiu innej potrzeby, nawet tak ważnej, jak bezpieczeństwo, jeśli nie ma się spełnionych najpierw potrzeb fizjologicznych. Wiem, to wszystko jakoś pewnie funkcjonuje, a Autor skupił się na czymś innym, i jest to rzecz gustów, ale właśnie – nie moich.

To także pomysł na coś więcej, niż tak krótkie opowiadanie. Swoją drogą przekroczyłeś limit, czyli nie spełniłeś warunku konkursowego. Wydaje się, że dla pełnej perspektywy potrzeba znacznie więcej znaków, pewnie można by to pociągnąć nawet w mini powieść.

Dobrze napisane, ale chyba przestanę o tym pisać pod opowiadaniami, bo coraz więcej osób na portalu pisze dobrze i przestaje to być jakimś specjalnym wyróżnikiem.

Fajny początek, podobał mi się, reszta już mniej.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki, Darconie za komentarz. Oczywiście postapo to jest tylko umownie. Nie było moim celem skupienie się na kwestiach logistycznych, ale nie jest to również, jak twierdzisz, opowiadanie skoncentrowane na psychologicznych aspektach (których brak niektórzy mi nawet zarzucili). To prosta opowieść o nadziei osnuta na dosyć karkołomnym pomyśle science-fiction.

Dziękuję za miłe słowa, a uwagi biorę do serca. Cieszę się, że chociaż początek przypadł do gustu. I masz rację, będzie z tego coś dłuższego.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Kolejne doby mijały Zulusowi na sowim czuwaniu, przespanych dniach i wieczorach[+,] podczas których obserwował lub zagadywał Agrafkę.

Mnie się podobało :)

W zasadzie Kacperki wyglądają całkiem niegroźnie, snują się po korytarzach i tyle. Niby rozumiem, że to jakaś inwazja i w ogóle, ale nie bardzo to widzę. I chyba przez tę nazwę cały czas miałam wrażenie, że zaraz okażą się przyjaznymi duszkami ;)

Czytało mi się bardzo dobrze.

Fajne :)

 

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję, Anet, za lekturę i komentarz :). No i cieszę się oczywiście, że się podobało. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo ciekawy pomysł. Jak zauważył ktoś w komentarzach powyżej, temat podróży w czasie zawsze jest ryzykowny. Przyznam szczerze, że sf nie jest moim ulubionym gatunkiem (na ogół gubię się w różnych technikaliach z zakresu fizyki), ale Twoje opowiadanie mnie wciągnęło. Zrozumiałem (chyba) ogólną zasadę przeciwstawnych wektorów, ale ciężko mi to sobie jednak wyobrazić w praktyce. Skoro czas Kacperków płynie odwrotnie, to jeżeli pierwszy spotkany przez ludzi Kacperek (który jest naprawdę ostatnim) atakuje ich i zabija, to w wektorze czasu Kacperków powinien ich zabić, a potem ożywionych zaatakować? 

Chętnie przeczytałbym pełną wersję.

Dziękuję za lekturę i opinię. Kolejny zadowolony czytelnik, to i autor zadowolony. Co do opisanej przez Ciebie sytuacji. Owszem, Kacperek zabija, potem jego przeciwnik (człowiek) “ożywa”… Ale na wektorze człowieka biegnącym w drugą stronę jest on już martwy. To jest cholernie ciężki do wyjaśnienia pomysł. Ale dzięki temu, sporo czytelników prowadzi rozważania nad tym pomysłem. I oczywiście w wersji poszerzonej informacji wyjaśniających mój koncept byłoby więcej.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ciekawe. Początkowo jakieś bajkowe, potem nabierające sensu. Ponure, choć "przygodowe". "Przygodowe", choć ponure. Daję cudzysłów, bo to słowo nie do końca pasujące do scenerii, ale wydaje się odzwierciedlać co trzeba.

Końcówka jest dobra – nie wszystko musi mieć "twarde" zakończenie, czasem opowiadanie jest wyrywkiem historii. Spodziewałem się jednak czegoś bardziej dramatycznego. Na przykład tego, że przyczyną wojny ze strony Kacprów będzie pomszczenie jakiejś straty ze strony ludzi. Albo że to ludzie są Kacprami. Albo… widzę jeszcze kilka możliwości. Mimo wszystko jest ok.

Sowy i skowronki wydawały się trochę sztuczne do momentu, aż wyszło na to, ze Ptasznik to prawdopodobnie ornitolog, który jakoś tam chciał nadać dzieciom poczucie bycia potrzebnymi w świecie opanowanych przez Kacpry.

Lukę widzę natomiast w sposobie wysławiania się Agrafki. Bardzo ponad wiek. Niby się zdarza, ale chyba mogłeś to jakoś dograć. Choć na dialogi nie powinienem marudzić, bo sam mam z nimi spore problemy.

 

"człowiek może przejść dziennie około czterdziestu kilometrów"

 

Nic nie powiem, ale wywrócę oczami :P

 

PS. Jest miejsce na prolog i na epilog w formie osobnych tekstów.

Dzięki, Wilku-Zimowy, za odwiedziny i fajny, obszerny komentarz. Pomysł jest nieco bardziej rozwinięty, tylko z ciekawości i przyzwoitości czekam na werdykt konkursowy, bo tekst i tak przekroczył limit, a wszyscy mówią, że jest za mało, więc jak tu ciąć.

Agrafka to piętnastoletnia prymuska z nauk ścisłych. Myślę, że jej zachowanie świadczy o tym, że jest nad wiek rozwinięta i gada jak tzw. stara-młoda.

Te 40 km to dystans w “postapokaliptycznym” świecie opanowanym przez obcych. Wilki przebiegają pewnie z trzy maratony dziennie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

A widzisz, na początku tekst miałem wrażenie, ze to grupa w wieku 10-12 lat. Potem padło w tekście owo 12. Teraz wspominasz o 15, ale 15-latkowie już niekoniecznie tak łatwo weszliby w podział na “ptasie drużyny”. Nie ta grupa wiekowa. to już lepiej trzymać się tego, że jednak nie aż taki wiek, ale jedna osoba “nad swój wiek”.

Co do przemieszczania się w świecie postapokaliptycznym. Nawet zakładając ostrożność, w mieście, w którym zanikła aktywność cywilizacyjna mamy płaskie, równe podłoże, brak przechodniów, których trzeba omijać, brak przejść , na których trzeba uważać, brak świateł, na które trzeba czekać…

Ale to już takie dyskusje akademickie. Tekstowi to nie szkodzi.

Tym bardziej, że tata-policjant brał dane z żyjącego miasta albo i terenu.

Babska logika rządzi!

Pisałem już wcześniej. Tam była grupa dzieci ok 11/12 (np. Korek)-16/17 (Baks) lat. Ci najstarsi stali na wyższych szczeblach drabiny w gnieździe. Co do podziały na ptasie drużyny… Hmm. Wystarczy spojrzeć w co “bawią się” harcerze, często nawet 18 letni i starsi.

 

Macie rację, te 40 km to średnia jaką wyciągnąłem z danych w necie. Normalny facet, kryjący się raczej niż maszerujący swobodnie. Pewnie ok. 10 h marszu maksymalnie. Średnia pewnie ok 4-6 km/h. Wychodzi te 40 km dziennie?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Harcerze nie biorą tych nazw tak dosłownie, a tu jest wrażenie jakby dzieci własnie tak do tego podchodziły.

Co do kilometrów: pytanie czy wychodzę czy mogę wychodzić? Bo jednym jest ile się zrobi w takim, a nie innym trybie życia, a ile gdy ten tryb gwałtownie się zmieni. Plus jaka była kondycja ornitologa. 6 na godzinę poza miastem, na terenie płaskim, powinno być średnią. 4 km/h to taki powolny spacerek, jaki ludzie uprawiają w galeriach handlowych.

I would prefer not to.

No ale w opowiadaniu młodzież poczuwa się do swojej roli. Bycie Sową w tamtej grupie, to w sumie wyróżnienie, prestiż, odpowiedzialność. Pokazałem, że to Sowy wczuwają się w swoje zadanie i rolę. Przyznasz, że chęć przynależności do grupy, bycie lepszym od reszty, to cecha częsta u nastolatków (harcerstwo, subkultury, kluby it.d.)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, przeczytałam na telefonie, więc nie miałam szansy niczego sobie zaznaczyć. Dlatego jednak postanowiłam czytać na telefonie, że założyłam, że nie będę miała dużo do łapania. I miałam rację – poza kilkoma przecinkami i brakującym wykrzyknikiem, o tu:

“– Chodźcie ze mną[+!] – zawołał, zaglądając do środka…”

…nic nie wpadło mi chyba w oko ;)

 

Przyszłam tu w nadziei, że znajdę ten szczególny klimat, który zaserwowałeś np. w “Trzeba czekać” czy “W Miesiącu Godów”. I tu niestety go nie znalazłam. Nie mówię, że opowiadanie jest złe, po prostu nie ma w nim tego czegoś, co mnie zauroczyło od pierwszego Twojego tekstu ;)

Trochę nie kupuję tych Kacperków, bo za mało o nich wiem. Fajny jest pomysł na ich cofanie się w czasie, ale co one właściwie robiły ludziom? Co takiego się stało, że aż wyszła z tego apokalipsa? Czemu cały autobus dzieci ocalał, a wszystkich dorosłych poza Ptasznikiem szlag trafił? No i właściwie co się z tymi dorosłymi stało? Parking i budynek nie są usłane trupami?

Druga kwestia – z kontekstu wynika, że oni trochę tam siedzieli. Przynajmniej kilka tygodni, prawda? No to co oni jedli w tym czasie? Bo jednak kilkadziesiąt gąb do wykarmienia swoje robi, nawet jeśli to dzieci…

Trochę też dziwi opanowanie i rozsądek dzieciaków, nawet jeśli to laureaci olimpiad. Nikt nie tęskni za rodzicami? Nikt nie oszalał ze strachu, nikt nie płacze po nocy? Agrafka serio nie boi się ani nie brzydzi trupa? Nawet osiłek okazuje się mieć sporą dawkę rozumu, a Zulus nader rozsądnie rozdziela dobra otrzymane od Ptasznika… No ale na swój sposób odświeżające też było poczytać jak dzieci właśnie sobie radzą, zamiast wpadać w histerię i się tłuc ;)

Przepraszam, jeśli czegoś nie zrozumiałam, czytałam o jakiejś trzeciej w nocy.

 

Ogólnie ciekawie się czytało, płynnie, relacje między bohaterami choć prosto oddane to wyszły ok, same postacie też dobrze zarysowane. Wszelkie rzeczy, które “mogłyby być lepsze” składam na karb limitu i terminów ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuje, Joseheim, za lekturę i obszerny komentarz. Oczywiście, opowiadanie może być lepsze i mam nadzieję, że po uzupełnieniu stanie się lepsze. Może już nie na portalu.

Oczywiście żal, że zabrakło “marasowego” klimatu. Ostatnio jednak poszedłem za bardzo w klimat ("Druga śmierć Kewella") i opowiadanie umiarkowanie się spodobało. Oczywiście ten tekst powstawał trochę na wariackich papierach i nie poradził sobie z limitem pomimo ostrych cięć. Jestem zaskoczony, że z powodu przekroczenia limitu nie wyleciał z konkursu.

Mam z tym opowiadaniem pewien problem. Wydawało mi się, że jest oparte na dosyć ciekawym pomyśle. Narracja i styl w sumie typowe dla mnie i zazwyczaj to w miarę funkcjonowało ku satysfakcji czytelnika i autora. Tym razem jednak tekst niby się podoba, niby zajął nawet trzecie miejsce w konkursie (chociaż organizatorzy wspominali, że z trzecim miejscem była ostra dyskusja i brak konsensusu, a gdyby Rybak zdążył, to by mnie z podium zrzucił), ale nikomu się nie podoba "za bardzo" i to podium jest zastanawiające.

O tym, co jedli, już pisałem. To ogromny kompleks hotelowy. Są kuchnie, chłodnie, spiżarnie, restauracje, bary, kawiarnie, automaty z jedzeniem, lodówki w pokojach, a Ptasznik robi jeszcze wypady poza kompleks.

Trochę czasu już upłynęło, dzieci się uspokoiły, wypłakały, trochę pogodziły z losem i koniecznością walki o własne życie.

O tym, jak zabijały Kacperki i dlaczego były groźne napisałem więcej w wyciętych fragmentach, tutaj ciężko było opisywać cały świat, zachowanie dzieci i życie codzienne w detalach. Wiadomo, termin, limit, tematyka. Miała to być prosta opowieść o nadziei.

Aha. Nie ma trupów. Ludzie w zetknięciu z Kacperkami "rozpływali się w fioletowych obłokach" jak wspomniałem w tekście.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tadam, dotarłam z kilkoma słowami recenzji zamiast zwykłego pohukiwania ;)

 

No więc jest tak: rany, jak mi się podobał ten koncept z odwróconym czasem… Ja go w ogóle bardzo lubię od tych pradawnych eonów, kiedy przeczytałam “Poniedziałek zaczyna się w sobotę” i się w tej książce zakochałam. Świetnie ten element światotwórstwa prowadzisz, a on jest szalenie ciekawym wykorzystaniem motywu luźno zadanego w temacie i właśnie dlatego bardzo bardzo lobbowałam za umieszczeniem tego tekstu na podium. A wybór nie był łatwy, bo poziom był zaskakująco wysoki.

Ale ten kawałek: “Gdzieś tam w przyszłości, czeka nas dzień, w którym się po raz pierwszy pojawiły według swojego czasu. Dzień, który nastąpi po nim, to z ich punktu widzenia dzień przed przybyciem na Ziemię. A dla nas będzie to dzień bez Kacperków. Dzień zwycięstwa…” jest jednym z najlepszych kawałków fantastyki, jakie ostatnio czytałam. To jest taki tekst, na którym mózg się troszkę zawiesza, a zarazem mam poczucie, że to nie tylko fantastyczny koncept, siedzący sobie na powierzchni, ale dotknięcie czegoś głębszego. Jakaś może nawet nie celowa metafora, ale wyszło właśnie tak. Jak przeczytałam te słowa, wiedziałam, że choćbyś napsuł dalej, i tak będę przynajmniej za wyróżnieniem :)

 

Udało Ci się też stworzyć ciekawych bohaterów i problem (zagrożenie), choć akurat to ostatnie jest najmniej dopracowane w tekście – ale po przeczytaniu komentarzy rozumiem, że zawinił okrutny limit. W każdym razie ja więcej o Kacperkach bym przeczytała i nie miałabym nic przeciwko temu, żebyś kiedyś wrzucił pełną wersję opowiadania.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Doczekałem :). Dziękuję za ten rozbudowany komentarz.

Cieszę się, że koncept przypadł Szanownej jurorce do gustu. Też bardzo lubię Strugackich, a "Poniedziałek…" czytałem niestety wieki temu. Kurczę, nawet nie pomyślałem o tej powieści pisząc swoje opowiadanie. Muszę sobie koniecznie powtórzyć klasykę.

No a ten fragment, który zrobił takie dobre wrażenie – powinienem być chyba zadowolony z siebie i dziękuję za bardzo miłe słowa.

Cieszę się również, że aż tak nie popsułem reszty i udało się wskoczyć na podium (wiem, wiem, gdyby Staruch zdążył i tak by mnie z niego strącił).

Powoli i spokojnie dopracowuję usunięte fragmenty i dopisuje kilka nowych. Bo pomysł i historia są rzeczywiście nieco szersze. A limit i tak przekroczyłem. Zazwyczaj mnie duszą limity.

Ale i tak pierwszeństwo mają teraz Retrospekcje i może konkurs Beryla. No i duże science-fiction do któregoś z magazynów, jeśli okaże się tak dobre, jak mi się wydaje, że jest ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

wiem, wiem, gdyby Staruch zdążył

Te laury zdecydowanie niezasłużone. Staruch nie mógł zdążyć, bo nawet literki nie skrobnął.

To Rybak, MrMarasie :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Wybacz, Staruchu, i wybacz, Rybaku. Oczywiście chodziło mi o tego starego Rybaka od korników i dzików ;p

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przepraszam za opóźnienie – byłam pewna, że wszystkie teksty skomentowałam…

 

Kacperki jako nazwa dla duchów są przeurocze, aż chciałoby się dowiedzieć czegoś więcej, choć zrozumiałe, że w ramach tego tekstu nie było na to miejsca i fajnie, że nie usiłowałeś tego wyjaśniać na siłę.

Bardzo podobał mi się koncept z wymijaniem się wektorów czasu – nie spotkałam się z tym wcześniej (a przynajmniej nie pamiętam ;)

 

W komentarzach przewija się wątek nadziei, ale w to akurat nie wierzę – nawet jak udało im się zadekowac w hotelu, to zapasy się prędzej czy później skończą i będzie Władca much.

 

Mam trochę kłopot z określeniem odbiorcy – młodzieżówka to czy nie?

Jak młodzieżówka, to chyba dość, ale jak nie – to zabrakło mi jakiegoś wgryzienia się w psychikę postaci, bo dzieci porzucone przez dorosłych, którzy mieli się nimi opiekować (Ptasznik) to temat wdzięczny i oferujący dużo możliwości.

I would prefer not to.

Wybacz, że tak naciskałem na te komentarze jury, ale czułem się lekko zapomniany (jak się okazało słusznie ;p).

Dziękuję za komentarz i cieszę się, że ogólne wrażenia są pozytywne. Chociaż zastanawiam się jakim cudem wskoczyłem na to podium.

Koncept wektorów czasu w takiej formie to moja koncepcja i cieszę się, że zaintrygowała. Odpowiednie staram się twórczo rozwinąć.

Odnośnie prowiantu – pisałem powyżej, jak to widzę. I nadzieja naprawdę była tu tematem przewodnim.

Czy to młodzieżówka? Średnio. Oczywiście wypadałoby pogłębić psychologię w dłuższej formie. Młodzież w tym tekście występuje chyba raczej na zasadach podobnych do tych z "Gry Endera". Oczywiście zachowując proporcje.

 

Ps. No to czekam już tylko na Bellatrix.

Po przeczytaniu spalić monitor.

No to się doczekałeś :)

Udało Ci się w dość wyeksploatowanym temacie pt. “najazd obcych na Ziemię” wykreować coś zupełnie nowego i zaskakującego. Tak, mówię o pomyśle z wektorem czasu o przeciwnym zwrocie. Nie tylko sam pomysł jest znakomity – również sposób jego przedstawienia. Zostawiasz fragmenty układanki w paru miejscach, a gdy wreszcie wyjaśniasz cały koncept ustami Agrafki, brzmi to naturalnie. Poruszająca jest również historia Ptasznika. Facet miał dobre intencje, pomógł tym dzieciakom w najgorszej chwili, ale udawał kogoś, kim nie był i to wszystko go w końcu przerosło. W dodatku udało Ci się mnie zaskoczyć sceną, gdy go znaleźli. Całość bardzo ładnie trzyma napięcie, a określenie “Kacperki” bardzo trafne. To, do czego się przyczepię, to podział na sowy i skowronki. Trochę widać pretekstowość i imo, lekką niekonsekwencję – humanista sową a ścisłowiec skowronkiem? Wszak to sowa bardziej kojarzy się z nauką, to ścisłowcy nie śpią po nocach, przeprowadzając eksperymenty a z kolei skowronek jest symbolem natchnienia (wszak pięknie śpiewa), nadziei. Nie widzę uzasadnienia, dlaczego u Ciebie jest odwrotnie i mam niejasne wrażenie, że nie przemyślałeś do końca tej symboliki. I czemu poszedłeś w stereotyp “inteligentna dziewczyna musi być ruda”?

Niemniej, opowiadanie jest bardzo dobre. Gratuluję :)

Udało Ci się w dość wyeksploatowanym temacie pt. “najazd obcych na Ziemię”

Czy na pewno kosmici? ;) 

nie napisałam, że kosmici, tylko “obcy” :) Tak, widzę tę furtkę, że równie dobrze obcy mogą być wygenerowani przez ludzi. Albo nawet i być ludźmi :)

Albo mogą to być przyszli gospodarze Ziemi :) 

No to się doczekałem. I warto było poczekać, żeby od Szanownej Jurorki "usłyszeć" tak miłe słowa.

Dziękuję, Bellatrix, za te uwagi i spostrzeżenia. I bardzo się cieszę, że koncept i jego realizację uznałaś za udane i interesujące.

Cieszy mnie również fakt, że dostrzegasz i słusznie rozpoznajesz dramat i dwie strony postaci Ptasznika. Miał w zamierzeniu być taki zwyczajnie ludzki: trochę dobry, trochę zły, trochę odważny i trochę tchórzliwy. Ze słabościami i ambicjami. Taki niespełniony bohater, szukający poklasku chociażby za cenę oszustwa. Wielki wśród dzieci. Ale przecież w ostatecznym rozrachunku postać pozytywna i tragiczna.

Co do podziału na sowy i skowronki. Nie dobierałem według Twojego klucza. Tzn. Ptasznik nie dobierał według humanistów czy ścisłowców. Po prostu (może to szowinistyczne trochę) dziewczyny jak Agrafka, zajmowały się młodszymi w grupie, czyli Skowronkami. A starsi chłopcy czuwali po nocach jako Sowy. Takie dosyć plemienne i "tradycyjne" podziały ról. I wiesz, mam fragment wycięty, gdy Agrafka chce, żeby Zulus przyjął ją do Sów, ale on odmawia i stwierdza, że takich jak ona bardziej potrzebuje wśród dziennej zmiany. Także jako członka triumwiratu pilnującego Skowronków.

A czemu była ruda? To nie miał być stereotyp. Chciałem nadać jej jakąś fizyczną cechę charakterystyczną.

Ps. Czy to byli kosmici? Na razie nie powiem nic więcej niż pewien fizyk, który nazwał Kacperki metawymiarowymi tachionoidami ;) 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nowa Fantastyka