- Opowiadanie: Darcon - Las mi domem

Las mi domem

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Las mi domem

Sowa. Widział ją. Siedziała na wysokim dębie, schowana pomiędzy gałęziami. Dobrze ukryta, ale nie przed nim, tym się Budek wyróżniał, widział znacznie lepiej niźli inni. Długo jej pohladował, aż w końcu znalazł, przyglądał się teraz, zauroczony. To na pewno ta. Miała piękne, pstrokate pióra, pokraśnie ubarwione, we wszystkich odcieniach bieli i brązu, kilka sterczało na łbie w kształcie uszu. I te oczy, duże, koloru ognia. Widać od razu, że niezwyczajna była. Większej nigdy nie spotkał. Siedziała dostojnie, szponami silnie obejmując gałąź. Zahukała i odwróciła się w jego stronę. Przylgnął instynktownie do pnia dużorosłego świerku, na który się wdrapał. Wystraszył się, choć wiedział, że go nie widzi. Nikt nie był w stanie wypatrzeć Budka na drzewie. Ciemna karnacja i przypominające szczecinę owłosienie na plecach skutecznie go maskowały. Gdy tak tulił się do drzewa, czuł się bezpieczny. Nic z dołu nie mogło go dosięgnąć, ani zwierzę, ani nienawistne spojrzenia ludzi.

Czębira, jego matka, ciągle powtarzała, że nie jest niczemu winien, tak już wygląda i trzeba się z tym pogodzić. Brała go wtedy na kolana, a że rubsza była, ginął bezpiecznie w jej ramionach. Mawiała, że dorastał szybciej od reszty, to i dlatego gabają. A gabali i dokuczali mu w siole od zawsze. Chodził tedy w płóciennej kapocie, ale ściągali mu ją, gdy tylko dorwali gdzieś w lesie. Bo Budek las ukochał najbardziej, w nim czuł się bezpiecznie. Pomiędzy wiecznie zielonymi świerkami, gęsto rosnącymi dębami i zagajnikami lubnymi, czuł się jak w domu. Gdyby tylko nie te włosy i rozdziew, gęba wielka. Ryjek, tak najczęściej na niego wołali.

Ale niedługo miało się to zmienić, właśnie zrobił pierwszy krok. Znalazł wiedźmę.

 

 

Powoli cofnął głowę za pień. Sowa patrzyła tak przenikliwie, że zwątpił przez chwilę, czy aby na pewno go nie widzi. Musiała być wiedźmą jak nic, o takiej rozprawiali wieśniacy w siole. Teraz tylko jej nie zgubić, trafić do siedliska, zobaczyć, jak przybiera ludzką postać i będzie musiała spełnić życzenie. Jego życzenie, a miał tylko jedno, być normalnym chłopcem, od zawsze o niczym innym nie marzył.

– Widzę cię – wyszeptał ledwo słyszalnie, żeby dodać sobie animuszu.

Nagle usłyszał trzepot skrzydeł. Pomyślał, że go spostrzegła, ale ona otrzepała ostentacyjnie pióra i po chwili wzbiła się w powietrze.

Budek błyskawicznie ześlizgnął się z drzewa i ruszył za sową. Wiedział, że nie jest w stanie dotrzymać jej kroku, ale przez jakiś czas obserwował ją jeszcze. Migała mu co chwilę pomiędzy drzewami, biegł więc w tamtym kierunku, tak długo, aż ją zgubił. Zatrzymał się tedy, rozejrzał za rozłożystym drzewem i skrył się w konarach na resztę nocy.

Przez następne dwa dni ptaszysko się nie pojawiło. Chłopak popadł w panikę, że mu umknęło, ale zganił się zaraz, powinien być cierpliwy. Spał w ciągu dnia, nocami czuwał, nie mogła zniknąć niepostrzeżenie, nie jemu.

Po trzech dniach los się do niego uśmiechnął. W bezchmurną noc znowu usłyszał trzepot skrzydeł. Sowa przysiadła na gałęzi raptem dwie laski od niego. Wstrzymał oddech, była zbyt blisko, żeby sam mógł się wychylić, nie chciał ryzykować. Potrafił czekać w bezruchu. Jednak ptak nie zamierzał tu polować, już po chwili wzbił się i poleciał dalej.

Knysał się jeszcze po okolicy przez jakiś czas, a później wspiął się na najwyższe drzewo, by obserwować. Winna tędy wracać.

I tak wędrował przez kilka dni. Najpierw długie czekanie, by przebyć później kilka staj za ptakiem. Powoli zbliżał się do gór i nocami robiło się coraz chłodniej. Będąc tylko w portkach, Budek częściej marzł i nie pomagało mu krótkie owłosienie na plecach. Zaczynał się bać, czy aby nie przyjdzie mu pośladować do samych gór, a tam ziemia odkryta, skalista i zimno wszędzie. Znacznie lepiej czuł się w lesie.

Jednak Trzy Zorze były łaskawe i kolejnego dnia, gdy świtało, Budek zobaczył z daleka, jak sowa zatacza koła na niebie. Pewnikiem krążyła nad siadłem, szatrząc. Zadowolony zszedł niżej i ułożył się w pękniętym konarze. Będzie nysiać w ciągu dnia, przyda mu się rasztak, bo dały mu się te dni we znaki. Nocą, gdy sowa wyruszy, podstąpi bliżej, przyczai się do rana i upatrzy, jak się zmienia w wiedźmę.

 

 

Chata była cudna, na palikach postawiona, żeby wilgoć i zimno do środka nie właziły. Dzwyrzy nie miała, tylko wejście kotarą osłonięte. Słomiany dach prawie do samej ziemi sięgał. A jak w niej pachniało lasem, polem i łąkami, bo nie powstrzymał się Budek, żeby do środka nie zglądnąć. Powąchał zawartość kilku uchaczy i do kociołka nad żarem zerknął, ale bał się cokolwiek ruszyć. Chwycił tylko kawałek pieczonej cebuli, bo tak mu maminą strawą zapachniało.

Gdy pojaśniało, denerwować się zaczął. A jak wiedźma go wcześniej upatrzy i czar jaki rzuci? To już lepiej mieć szczecinę na plecach. Zaraz jednak zęby zacisnął, musiał zostać. Chciał być zwyczajnym chłopcem, matuli udręki odjąć.

Instynktownie wyczuł niebezpieczeństwo i skulił się w niekwiejach. Patrzył, jak sowa ląduje i się w białogłowę zmienia. Bo nijak ta przed nim wiedźmy nie przypominała, choć takich boleści na twarzy dostała, że przeląkł się Budek i strwożony wycofywać zaczął.

– Stój! – głos dźwięczny i silny był, przeciwu nie dopuszczał.

Chłopak zatrzymał się w pół kroku, zawahał.

– Podejdź bliżej, chłopcze – mówiła kobieta łagodniej. – Nie bój się.

Odwrócił się, niepewny. Zobaczył zachęcający gest. Ostrożnie zrobił kilka kroków, gotów do ucieczki na najmniejszy, nieprzyjazny znak.

– Jesteś głodny? – zapytała. – Kilka dni za mną szedłeś, ognia nie paliłeś. Coś mi mówi, że zjadłbyś gorącej strawy.

Chłopak wzdrygnął się. Wiedziała. Naści wiedźmą była, ino nie wyglądała, jak w siole bajali. Wysoka, wyższa od niejednego chłopa, a włosy jasne i długie miała. I oblicze cudne.

Poczuł, jak burczeć mu w brzuchu zaczęło. Gościny odmawiać nie wypada, tak mu matula prawiła.

 

Przyglądali się sobie w milczeniu, ona z uśmiechem na ustach, a on spod byka. Ciszy długo nie przerywali, kobieta wyraźnie chciała dać czas gościowi. W końcu chłopak przełamał się i zapytał:

– Jak cię zwą, pani?

– Tiva. – Zabrała mu pustą miskę i podała podpłomyk. – A ty? Jak cię wołają?

– Budziej – bąknął. – Dziwne masz imię, pani, nie nasze.

– Tak bym tego nie ujęła, nasze, ale inne. – Spojrzała bacznie na chłopca. – Nie słyszałeś go wcześniej.

– Ja chciałbym…

– Odpocznij teraz, czuwałeś pewnie całą noc. – Wskazała mu miejsce obok paleniska. – Zdążymy porozmawiać, bo sprawę masz pewnie ważną.

– Tak.

– Śpij spokojnie, nic ci u mnie nie grozi. – Znów się uśmiechnęła. – Bajania chłopów są mocno przesadzone.

 

 

Cały dzień mu zajęło, zanim wykrztusił z siebie, z czym przyszedł. Bał się, że wiedźma, Tiva, odprawi go. I nie pomylił się.

– Nie potrafię czarować, Budzieju – mówiła zatroskanym głosem. – Umiem czerpać z sił natury, to prawda, ale nie w sposób, o jakim myślisz.

– Pozostanę więc odmieńcem do końca życia? – Oczy nabiegły mu łzami. – Cóżem uczynił, że Trzy Zorze tak mnie pokarały? Odprawiasz mnie, pani?

– Tego nie powiedziałam. – Kobieta położyła mu rękę na ramieniu. – Pomóc ci umiem, boję się tylko, czy prawdę unieść zdołasz.

– W jaki sposób?! – Zerwał się, uradowany. – Mogę być zdrowym chłopcem?

– Byłeś i jesteś zdrowy. – Gestem wskazała mu stołek, by usiadł. – Zatrzymałeś się tylko w trakcie przemiany.

– Co zrobiłem, pani?

– Widzisz, Budzieju, nie jestem jedurna na tym świecie. Są jeszcze inni, którzy potrafią przybierać postać zwierzęcia. Wołamy się dziećmi natury i choć rodzimy się wśród ludzi, jesteśmy częścią lasu, a las jest częścią nas. Jesteśmy pomostem pomiędzy przyrodą a człowiekiem. Nicią splatającą dwa światy, by mogły żyć gromadnie bez wzajemnego niepożytku. Nie otwieramy się jednak, gdyż ludzie odrzucają to, czego nie pojmują. A wszystko, co inne, trwogą ich nagorszą ogarnia i strachem. Do nienawiści prowadzi i ku złu popycha.

Chłopak nic nie odpowiedział. Za dużo to było dla niego. Tiva mądrości prawiła, trudnych słów używała. Bał się, że nie wszystko zrozumiał, ale jedno snadź pochopił. Spojrzał tedy, pytająco.

– Tak, chłopcze, jesteś jednym z nas.

 

 

Uciekł do lasu, ale wrócił po jakimś czasie. Kręcił się przy chacie, chociaż nie wszedł do środka. Chciał wszystko poukładać, wyrozumieć w głowie, ale rozbolała go tylko i zaniechał. Widział, że piękna pani zerka ku niemu i ustąpił wreszcie.

– A ta przemiana, to czemu openiła się? Źle com zrobił?

– Nie jestem pewna, Budku, ale powód musiał być ważny. Nie słyszałam wcześniej o takiej przydczy. – Spojrzała na niego smutno. – Jeśli posmętkujesz, na pewno znajdziesz odpowiedź.

Chłopiec zmarszczył brwi, spuścił wzrok i po głowie się podrapał.

– Matula…

– Ważna dla ciebie?

Budkowi zakręciła się łza w oku, skinął tylko głową.

– Tak i ja pomyślałam.

– Co teraz będzie, piękna pani?

Tiva wstała i wyjrzała na zewnątrz.

– To zależy od ciebie, mój chłopcze. – Skinęła ręką. – Chodź pośladować w lesie. Dzisiaj będzie piękny dzień.

Tyle, ile zoglądał jednego dnia z Tivą, przez pół żywota nie uwidział. Niby wszystko znał, ale z nią wszystko było inne, rozeznane. Drzewa, trawy, zwierzęta, zwłaszcza one. Nie bały się, blisko pochadzały. Czuł ich zapach, aż włosy jeżyły mu się na plecach. Warknął mimowiestnie kilka razy, zawstydził się, ale Tiva tylko zaśmiała się cicho. Poczuł w końcu swobodę, spojrzał z wdzięcznością na kobietę.

– Las mi domem – wyszeptał. – Tu jest moje miejsce, niczego nie upragnąłem bardziej i gotów jestem na przemianę.

– Pewnyś, Budzieju?

– Tak, piękna pani.

– Wracajmy, za pierwszym razem lepiej będzie blisko domostwa spróbować.

 

 

Prawiła, że będzie bolało, ostrzegała, ale i tak przerosło to jego wyobrażenie. Prężył się na ziemi, spinał, czuł, jakby go kto nożami kroił, kawałki oddzielał. Kazała chcieć, tak z serca. I chciał, i poczuł, ale ból był pohany.

– Boli! – krzyczał w niebo. – Pani, boli!

Nie słyszał jej, nie czuł przy sobie. Przestraszył się, chciał być lasem, chciał być w domu, ale matula, ona tyle dla niego zrobiła.

Zwątpił i to wystarczyło. Opadł na ziemię wyczerpany i nieprzemieniony.

– Już dobrze, mój chłopcze. – Pogładziła go po twarzy. – Już dobrze, za pierwszym razem zawsze jest trudno.

– Nie jestem twoim chłopcem. – Zerwał się ze złością i zaraz upadł, wyczerpany. – A tyś nie moja matka.

Nie miał siły wstać, więc na czworakach ruszył do lasu.

– Budek!

– Ostaw mnie w spokoju, pani!

 

 

Został całą noc w lesie, najsampierw chciał do sioła wracać, do matuli, ale szybko zaniechał. Do Tivy chciał bardziej, przy niej czuł się dobrze. Źle mu było, że tak odparł. Przeczekał noc i gdy pewny był, że wróciła, ruszył z powrotem.

Czekała na niego i jakoś mu się tak cieplej zrobiło. Nie łajała go, morałów nie prawiła, strawę dała i siadła obok.

– Mówiłam ci, że nie będzie łatwo.

– Czemu to tak wybolało, pani? – westchnął ciężko. – Las mój dom, prawiłaś, to czemu ból sprawia?

– A widziałeś kiedy rodzącą kobietę?

– Nie, pani, ale słyszał nieraz, że ho ho! – uśmiechnął się półgębkiem.

– A myślałeś, czemu tak krzyczała?

– No z bólu przeca – odpowiedział zadowolony, że wie coś i on.

– A powiedz mi, czemu ból jej towarzyszył? Czemu natura w bólu życie powija? Czy to nie najpiękniejsza rzecz, jaka człowiekowi dana została?

– Nie wiem, pani. Zbyt mądrych mnie rzeczy pytacie. – Spuścił głowę, zawstydzony, ale Tiva uniosła mu brodę.

– By człek wiedział, jak ważna to chwila, by pokorę miał w sobie i szacunek dla nowego życia. Gdyby to było jak splunąć, kto by to wnimał, Budzieju?

Nic nie odpowiedział, bowiem prawda głosem Tivy przemawiać musiała. Mędrkował jeno, po co mu to wszystko prawiła. I dojrzewała w nim myśl, że naturze odporu dawać nie można. Nadal bał się bólu i strach go nie opuszczał, ale gdy już pochopił wszystko, pewniej się poczuł.

 

 

Ciało samo w łuk się wygięło, ból ten sam poczuł, ale strach uszedł. Darł ziemię rękoma i krzyczał jak poprzednio, choć to nie pomagało. Skulił się, jak dawniej czynił w ramionach matuli, ale siła, która przez ciało szła, znowu go wyprostowała. I gdy posmętkował, że nie wytrzyma już chyba, gdy łzy z bólu popłynęły, wszystko ustało.

Zamknął oczy, a gdy je znowu otworzył, sowę ujrzał nad sobą. Piękna pani głowę przekręciła, dziób otworzyła, ale dźwięku żadnego nie dała. Skrzydła rozłożyła i zatrzepotała hardo. Chciał zakrzyknąć, zapytać, warknął jeno tylko, zamiast słowa wydobyć. Zerwał się tedy, strachany. Ujrzał łapy niedźwiedzie, pazury i futro grube. Młodego jeszcze, nie większe niż u dużego psa, ale niedźwiedzia, jako żywo.

– Yyyy! – ryknął krótko.

Sowa patrzyła.

Usiadł na zadzie i przyglądał się wszystkiemu. Pomrukiwał raz po raz, drapał się za uchem, bo swędzieć go nagle zaczęło i spodziwić się nie mógł. Łapy lizał dokładnie, zupełnie nad tym nie panując. Pojął w głowie, że on to jest, ale inny jakiś. I nie chodziło, że zwierz, ale czuł się lepszy, przyrodny z naturą i zgodny ze samym sobą.

Podniósł łeb i zaryczał ponownie. Sowa poderwała się i w las uleciała. Ruszył tedy i on, ale nawoływał za nią, bo nadążyć nie mógł.

Wreszcie zoczył, jak ląduje na drzewie tuż przy stawie. Zasapany dopadł do wody i chłeptał tak długo, aż pragnienie ugasił. A wtedy łeb swój ujrzał w odbiciu. Nochal czarny, oczy ciemne i uszy sterczące, prawe jaśniejsze było, inne jakieś.

Powiódł wzrokiem po okolicy, zapachy w nozdrza łapał. Czuł tak samo, jak chłopcem będąc, ale intensywniej znacznie. Dym wyczuł, jednak wiedział, że to kilakroć dalej, niźli człek mógłby poczuć. I miód. Gdzieś blisko. W brzuchu zaburczało, ruszył więc szukać roju.

 

Gdy w końcu wrócili do chaty, zbieżały przed progiem padł. A gdy obudził się na odwieczerz, chłopcem był z powrotem. Tiva strawę gotować musiała, bo pachniało smakowicie.

– Jesteś głodny, Budzieju? Zać miodu silnie pojadłeś – zaśmiała się przy tym głośno.

– Pachnie szudamno – uśmiechnął się głupkowato, bo poczuł, jak się zaperzył. – To bym pojadł.

Siedzieli długo przed chatą, noc już dawno nastała, ale Tiva nigdzie nie poleciała. Opowiadała mu, jak baczyć ma na siebie niedźwiadkiem będąc. Jak łatwiej mu teraz przemianę przyjmować będzie. Co jadać wolno, a co omijać, jak instynktu się słuchać, bo on nigdy zwierząt nie zawodzi.

Słuchał tedy, bo mu łacno było wszytkiego dowiedzieć się, zanim…

– Piękna pani, ja… – Głos zawiesił, bo dokończyć nie umiał.

– Wiem, Budzieju, wiem. – Pogłaskała go po głowie. – Uważać tylko musisz na siebie, a najbardziej na ludzi. Nie zrozumieją, zadebić mogą.

– Muszę do matuli. To silniejsze ode mnie, pani.

– Dobrze cię pani matka wychowała. I miłować mocno musi, skoro pakośnie niebezpieczeństwu chcesz iść.

Milczał długo, szukając w głowie słów przysłuszniejszych.

– Wydziękować chciałem, pani. – Chwycił Tivę za ręce. – Za pomoc wielką do końca życia wdzięczny będę.

– Odwiedzaj mnie czasem. – Przytuliła go mocno do piersi. – My juże rodzina.

 

 

Czębira podniosła się z kucek, podparła rękami pod boki i wygięła plecy. Rozbolały ją całe, nieźle się musiała natrudzić, żeby kosz jagód nabargować. Przemknęło jej przez głowę, że latka powoli dają znać o sobie. Powiodła wzrokiem po kniei, zbyt daleko odbliżyła się od sioła. Jeszcze ją wieczór tu ostanie. Chwyciła dziarsko koszyk i megła w pół kroku. Raptem dwie laski przed nią zwierz dziki zza drzewa wychynął. I to nie byle jaki, niedźwiedź. Groza ją ogarnęła, choć miś młody był jeszcze. Stała strwożona, co ma dalej czynić, gdy jasne ucho u niego dojrzała.

Koszyk z jagodami upuściła na ziemię. Dobrze pamiętała, jak ten sam niedźwiadek, mniejszym znacznie będąc, mało jej chałupy przed laty nie rozniósł. Tak samo, jak teraz, do osiedła z jagód wróciła, a on po izbie broił, szelbaki poprzewracał… Jej Buduś. Przeraziła się wtedy, ale i szybko w garść wzięła. Synem jej był, chronić go musiała i basta. I choć szczyciła syna, miłości nie szczędziła, jak widać natura po swoje przyszła. Nie dziwiła się już, dlaczego na tyle dni z chałupy zniknął.

Budziej na tylne łapy się podniósł, ryknął cicho, nawołująco. Tęskno mu było do matuli, lecz powstrzymywało go coś i bliżej nie podstąpił. Węszył nerwowo, ale niczyjego zapachu nie połapił. Opadł na przednie łapy i łbem machnął, odwagi sobie dodając.

Chciał ruszyć, lecz matka dyskretnym, choć stanowczym gestem go powstrzymała. Ryknął ponownie, głośniej i tęskniej, ale matula gest powtórzyła. Później palcem głowę wskazała i dłoń na serce położyła.

Pomiarkował tedy Budek i nie zbliżył się bardziej. Patrzył długo na matulę, by zapamiętać dobrze. W końcu odwrócił się i powoli ruszył do lasu, do domu.

Czębirze łzy żywo popłynęły, nie musiała już się powściągać. I choć serce z bólu pękało, swojego synusia bronić chciała. Nie wiadomo, czy kto z daleka nie patrzył, a nie popuściliby chłopi w siole, na sowią wiedźmę od lat się zasadzali i jej Budka też ubić by mogli. Już mu sioło domem nie jest, on teraz inny dom znalazł.

Rozejrzała się, okolicę zapamiętując, będzie przychodzić tu czasem, może upatrzy go jeszcze kiedyś.

Koniec

Komentarze

Sympatyczna opowieść.

Nie powala fabularnie, ale niech Ci będzie.

Mam wrażenie, że przedobrzyłeś ze stylizacją. Z wieloma słowami w ogóle się nie zetknęłam. Aż nie wiadomo – literówki, neologizmy, ostre archaizmy… Niewygodnie się czyta taki tekst.

Warzył w głowie, że on to jest, ale inny jakiś.

Hmmm. Co on właściwie w tej głowie robił? Raczej się waży, ale może i warzył… Niemniej jednak unikałabym takiego słowa w niejednoznacznych okolicznościach, bo podejrzanie wygląda.

Babska logika rządzi!

Ciekawe opowiadanko. Na początku nie byłem przekonany do stylizacji, bo pierwszy akapit jest długi i masz w nim tylko jeden archaizm, więc zbytnio się wyróżnia, ale potem tych słów jest dużo więcej i czyta się już bez przeszkód.

Dodam jeszcze, że zasadniczo reszta stylu nie przystaje do słów, których używasz, więc nie jest to stylizacja idealna. Powiedziałbym, że są dwa poziomy archaizmów: takie, które są jeszcze w użyciu jako archaizmy właśnie i takie, które niemal zupełnie zostały zapomniane. Przykładem pierwszego jest “niźli”, przykłasem drugiego “pokraśny”. Po wpisaniu w google “niźli” zwraca trzysta sześćdziesiąt trzy tysiące wyników, a “pokraśny” dwadzieścia pięć (dzięki temu trafiłem do słownika staropolszczyzny z tysiąc dziewięćset dwudziestego roku, z którego zapewne korzystałeś). I gdy widzę właśnie takie słowa, to spodziewam się pasującego stylu rodem z “Bogurodzicy” czy “Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj”. W moim odczuciu natomiast trochę zbyt mało w tym tekście faktycznie pasuje do takich słów, zdania są zbyt nowoczesne. Dlatego w przeciwieństwie do Finkli nie uważam, że przedobrzyłeś, bo im więcej dałeś archaizmów, tym bardziej zaczynam się ich spodziewać. Fajnie by było, gdybyś jeszcze wzmocnił stylizację czymś innym, niż archaizmami. Natomiast gdy, tak jak w pierwszym akapicie, masz jeden archaizm nie wiadomo skąd, z którym większość czytelników w życiu się nie spotkała (dwadzieścia pięć wyników), to odstaje.

 

widział znacznie lepiej, niźli inni.

Niepotrzebny przecinek.

 

Widać od razu, że niezwyczajna była. Większej nigdy nie widział.

Ciemna karnacja i przypominające szczecinę owłosienie na plecach skutecznie go maskowało.

Maskowały.

 

Pomiędzy wiecznie zielonymi świerkami, gęsto rosnącymi dębami i zagajnikami lubnymi, czuł się jak w domu.

Niepotrzebny przecinek przed “czuł”.

 

Teraz tylko jej nie zgubić, trafić do siedliska, zobaczyć(+,) jak przybiera ludzką postać(+,) i będzie musiała spełnić życzenie.

Wiedział, że nie jest w stanie dotrzymać jej tempa,

Frazeologia. Można dotrzymać kroku bądź utrzymać (jakieś) tempo.

 

biegł więc w tamtym kierunku, tak długo, aż ją zgubił.

“Tak długo” i “aż” mają to samo znaczenie.

 

Zatrzymał się tędy,

tędy «zaimek odnoszący się do miejsca stanowiącego trasę ruchu, wskazanego w jakiś sposób przez mówiącego, np. gestem, albo wskazujący na miejsce, o którym była lub będzie mowa»

 

Nie wiem, czy to błąd. Zauważyłem, że dziwnie używasz tego zaimka w wielu miejscach. Co do reszty nietypowych słów nie mam wątpliwości, ponieważ znalazłem słownik, z którego najprawdopodobniej korzystałeś podczas pisania tego tekstu. Natomiast nie znalazłem tam nic, co sugerowałoby użycie “tędy” nie w odniesieniu do ruchu. Masz jakieś inne źródło?

 

Przez następne dwa dni ptak się nie pojawił. Chłopak popadł w panikę, że mu umknęła, ale zganił się zaraz, powinien być cierpliwy. Spał w ciągu dnia, nocami czuwał, nie mogła zniknąć niepostrzeżenie, nie jemu.

Skoro ptak, to “umknął” i “mógł”. Podejrzewam, że napisałeś w ten sposób, by było jasne, czy chodzi o chłopaka, czy o sowę. Możesz zamienić “ptaka” na “ptaszynę”, albo jakoś inaczej w rodzaju żeńskim.

 

Wstrzymał oddech, była zbyt blisko, żeby się wychylić, nie chciał ryzykować.

Z tego co napisałeś wynika, że sowa nie mogła się wychylić, bo była zbyt blisko chłopca, ale chyba nie o to ci chodziło. Moja sugestia:

była zbyt blisko, by ryzykował wychylenie się.

 

Jednak ptaszysko nie zamierzało tu polować, już po chwili wzbiła się i poleciała dalej.

Skoro “ptaszysko”, to “wzbiło się” i “poleciało”.

 

Chata była cudna, na palikach postawiona, żeby wilgoć i zimno do środka nie właziło. Dzwyrzy nie miała, tylko wejście kotarą osłonięte. Słomiany dach prawie do samej ziemi sięgał.

Drobna uwaga, w zasadzie się czepiam: skoro chatka byłana palikach, to żeby dach sięgał prawie do samej ziemi, musiałby sięgać niżej palików, co absolutnie nie dałoby żadnej korzyści mieszkańcom.

 

Patrzył, jak sowa ląduje i w białogłowę się zmienia.

– Stój! – głos dźwięczny i silny był, przeciwu nie dopuszczał.

Zatrzymał się w pół kroku, zawahał.

Głos się zatrzymał?

 

– Śpij spokojnie, nic ci u mnie nie grozi – znów się uśmiechnęła.

Poprawnie:

– Śpij spokojnie, nic ci u mnie nie grozi.Znów się uśmiechnęła.

Cóżem uczynił, że Trzy Zorze tak mnie pokarały??

Podwójny pytajnik zupełnie nie pasuje do stylizacji, ale być może to tylko moje odczucie.

 

Chciał w głowie wszystko poukładać, wyrozumieć, ale rozbolała go tylko i zaniechał.

Zapodziała ci się głowa.

 

I chciał(+,) i poczuł, ale ból był pohany.

Młodego jeszcze, nie większe niż u dużego psa, ale niedźwiedzie, jako żywo.

Skoro “młodego” to “niedźwiedzia”.

ironiczny podpis

Finklo, starałem się używać słów, które znam lub domyślam się, co oznaczają. To prawda, że przy pracy nad tekstem trafiłem na dwa, trzy słowa zupełnie mi nowe, ale spodobały mi się na tyle, że postanowiłem wykorzystać je w opowiadaniu.

Według słownika, którym się podpierałem:

Warzyć, 1) W. co na umyśle = knować; przemyśliwać; 2) W. co w sercu = chować, żywić, czuć (W. strach, gniew, zawziętość).

Jednak postanowiłem słowo zastąpić, bo rzeczywiście w moim fragmencie nie brzmiało zbyt naturalnie.

Bello. Hu, hu!

Issandrze, dziękuję za obszerny i wnikliwy komentarz. Większość uwag naniosłem, błędy przy odmianie czasowników wynikały z usuwania w tekście powtórzeń i zastępowania ich synonimami. Nie wszędzie jak widać sprawdziłem później resztę zdania. Stąd ptak (sowa) umknęła.

Co do słowa “tędy” masz rację, ja też, chociaż tylko częściowo. ;) Znałem je z czasów młodości, ale niedokładnie zapamiętałem. Chodzi o słowo tedy. Poprawiłem już literówki w tekście.

Dołożyłem też do pierwszego akapitu kilka archaizmów. Co do całości stylizacji, pozwolisz, że stanę przy swoim. Bogurodzica nie wchodziła w grę, umęczyłbym większość osób. Nie jestem zwolennikiem trzymania się całkowicie staropolszczyzny, przynajmniej w przypadku takich opowiadań. Weźmy za przykład film Piłsudski, w tamtych czas ludzie inaczej się wysławiali, nasz marszałek brzmiał bardziej jak Pawlak z “Samych swoich”, niż współczesny mężczyzna. Nie sposób stosować to we współczesnym filmie, Piłsudski brzmiałby komicznie, zamiast wiarygodnie.

Dziękuję za wizyty.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Baśń ładna, jednakowoż, jak na mój gust, zbyt wiele tu słów uniemożliwiających płynną lekturę. Skutek jest taki, że zamiast swobodnie czytać, co chwilę potykałam się na osobliwych słowach i z przykrością wyznaję, że większości z nich nie znałam i nie zrozumiałam. :(  

 

Sowa przy­sia­dła na ga­łę­zi rap­tem dwie laski od niego. –> Domyślam się, że laska to miara, chyba długości, ale pewności nie mam i nie wiem jaką wielkość oznacza.

 

żeby wil­goćzimno do środ­ka nie wła­zi­ło. –> …Piszesz o wilgocizimnie, więc: …żeby wil­goć i zimno do środ­ka nie wła­zi­ły.

 

Pa­trzył, jak sowa lą­du­je i w bia­ło­gło­wę zmie­nia. –> Kogo/ co sowa zmienia w białogłowę?

 

Naści wiedź­mą była… –> Wiem, że naści to tyle, co masz/ weź/ bierz, ale nie wiem, co to znaczy być naści wiedźmą?

 

–Boli! – krzy­czał w niebo. –> Brak spacji po półpauzie.

 

ale Tiva unio­sła mu brodę do góry. –> Masło maślane. Czy można coś unieść do dołu?

 

– Pięk­na pani, ja – głos zwie­sił, bo do­koń­czyć nie umiał. –> Czy można zwiesić głos? A może miało być: – Pięk­na pani, ja – głos zawie­sił, bo do­koń­czyć nie umiał.

 

I choć szczy­ci­ła syna… –> Czym jest szczycenie syna?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, Reg.

Laska to niecałe dziewięć metrów. Szczycić, 1) bronić, zasłaniać, chronić, zachowywać od czego.

Wydawało mi się, że tych słów nie jest tak wiele. Drobiazgi poprawiłem, dzięki.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Coś w tym jest. Kiedyś “szczyt” chyba oznaczał tarczę. Po rosyjsku chyba nadal oznacza…

Babska logika rządzi!

Darconie, dziękuję za wyjaśnienie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładny, ciepły tekst do przeczytania do obiadu. Rozrywkowy, bez szczególnie ukrytych morałów.

Stylizacja z początku mnie zaskoczyła. Nie wiem nawet czemu – może za mocno późniejsze zdania kontrastują z późniejszym ciągiem zdań. Stąd zbudowałem sobie jeden obraz, po czym szybko musiałem cofać się i budować inny. Nie był to silny szok, ale pewien dyskomfort czytelniczy wygenerował.

Reszta koncertu fajerwerków przyzwoita. Konwencja bardziej bajkowa, z happy endem, bohaterowie do polubienia, choć poza swe role nie wychodzą.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tjaaa, NWM, w sumie 22.52 to bardzo dobra pora na obiad. ;-) Sam piszesz coś na konkurs o sowach?

Babska logika rządzi!

Pierwsza sprawa: epickie te gwiazdki pomiędzy fragmentami.

Niezłe opowiadanie, podoba mi się oryginalny styl z tymi wszystkimi staropolskimi słowami, choć pewnie przy dłuższym tekście mogłoby mnie to zmęczyć. Tu miejsacami męczyło, ale jakoś dało się zrozumieć z kontekstu bądź googlując w ostateczności. Sama historia dosyć prosta, ale pasująca do baśniowej otoczki tekstu.

Także doklikuję.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Tjaaa, NWM, w sumie 22.52 to bardzo dobra pora na obiad. ;-) Sam piszesz coś na konkurs o sowach?

Jestem po dosyć sowitej uczcie tekstów na forum, doprawionych książką o programowaniu w ASP .NET Core 2.0 MVC. Pięć godzin podróży pociągiem robi swoje :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fajnie, że wpadliście, panowie. Dzięki za dobre słowo.

Pozdrawiam, dziewczyny.

Szyszkowy, epickie gwiazdki to dobrze, czy źle? :) Przyznaję, że świadomie je wyszukuję do opowiadań. To taka pozostałość niespełnionego snu bycia artystą malarzem, czy tudzież podobnym.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Epickie gwiazdki zawsze na propsie.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Jak ja Ci dziękuję za to opowiadanie. W końcu już wiem, czemu wszystkich ta moja inwersja tak wkurza. Człowiek czuje się nierozumiany, nie dowierza, idzie w zaparte, a to jednak wszystko prawda.

 

Teraz już nieco poważniej.

 

Stylizacja.

I dobra, i niedobra.

Dobra, bo konsekwentna. Bazuje na inwersji, która nie zaburza znaczenia słów, oraz na wplecionych gdzieniegdzie archaizmach. Najczęściej czasownikach. Przez większość lektury zastanawiałem się, czy są to rzeczywiste archaizmy, czy Twoje słowotwórstwo. Nie sprawdzałem w słowniku, więc dalej nie wiem. Brzmią wiarygodnie, ale bardzo wiele z nich widziałem pierwszy raz w życiu. Jeśli są prawdziwe, to dużo się postarałeś, by wygrzebać te już dawno zapomniane.

Niedobra, bo jednak drażni i przeszkadza w odbiorze tekstu. Przynajmniej na początku, później oko się już przyzwyczaja, i w drugiej części robi się przyswajalna.

Generalne wielki plus za ambitne podejście. Minus za ostateczny efekt, bo nie zagrało mi to.

 

Fabuła

Początek nie wciągnął. Kwiecisty, w unikalnym klimacie, ale jednak męczący. Nie wiadomo też za bardzo o co Budziwojowi chodzi. Śledzi sowę, która niby jest wiedźmą, ale może nie jest. Może lezie za nią bez sensu? I w ogóle ma jakiś problem, ale czy to realny problem, czy on go sobie wymyśla? Nie wczułem się w jego osobę. Nie miałem dylematów, takich jak on. Czytałem i patrzyłem na niego z boku, myśląc, o co mu w ogóle chodzi?

Druga połowa już lepsza. W końcu wiadomo kim ten misiek jest, czemu się miotał, i od razu jakoś łatwiej się z nim utożsamić. Dylemat też nagle robi się ciekawy. Czy zostać zwierzem, być sobą, ale porzucić matkę? Czy na odwrót? Ale czy jest już możliwość odwrotu? Może już jednak za późno? A co będzie, jak go chłopy ze wsi zatłuką, jak się przemieni nie w porę?

Tutaj zakończenie jest ewidentnie mocną stroną tego opowiadania. Rekompensuje mniej udany początek.

 

Oceny tego opowiadania się nie podejmę. Jest zbyt duży dysonans pomiędzy wartością tego opowiadania (która IMHO jest duża), a wrażeniami jakie we mnie wywołało (które tej wartości nie dorównują). 

Stylizacja sympatyczna i dodała uroku lekturze. Zdecydowanie widać baśniowość, łącznie z jednowymiarowymi postaciami, które jednak są na plus. Miła historia, z odrobiną smutku. Dobór słów dużo dał, można było się wczuć w klimat jakby się czytało baśń w starej książce. 

Przeczytałem i generalnie bardzo mi się podobało :) Bohater odpowiednio dotknięty przez życie, budzący sympatię. Historia sprawnie opowiedziana, z małym zaskoczeniem pod koniec. Obstawiałem raczej, że Budziej zmieni się w skowronka, a tu bach – niedźwiedź. ;) Zakończenie też sympatyczne.

Miałem jednak pewien problem ze stylizacją. Choć oczywiście doceniam i podziwiam bogaty zasób archaizmów to jednak niektóre z nich zaburzały mi nieco płynność czytania. Ale to może być tylko kwestia mojego dyletanctwa.

Super tekst :) 

Dzięki za obszerny komentarz, Chroscisko. Cóż mogę rzec, uwielbiam niedopowiedzenia, chociaż wolałbym wciągać czytelnika, niż wciągać. :) Dobrze, że dalej Ci się spodobało.

 

Deirdriu,

Dobór słów dużo dał, można było się wczuć w klimat jakby się czytało baśń w starej książce. 

bardzo się cieszę z takiego odbioru.

Pozdrawiam.

 

Ospały, fajnie, że się spodobało. Nic tak nie motywuje, jak zadowolony czytelnik.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

wiedział, że to kilakroć dalej

Literówka

Stylizacja momentami bardzo nierówna. Czasem od charakterystycznych słów i składni aż gęsto, a zaraz zupełnie zwyczajnie. Może dam przykład.

Mamy takie zdanie:

 

Nieco dalej Tiva mówi:

– Widzisz, Budzieju, nie jestem jedyna na tym świecie. Są jeszcze inni, którzy potrafią przybierać postać zwierzęcia. Nazywamy się dziećmi natury i choć rodzimy się wśród ludzi, jesteśmy częścią lasu, a las jest częścią nas. Jesteśmy pomostem pomiędzy przyrodą a człowiekiem. Nicią splatającą dwa światy, by mogły żyć razem bez wzajemnej szkody. Nie ujawniamy się jednak, gdyż ludzie odrzucają to, czego nie rozumieją. A wszystko, co inne, trwogą ich najgorszą ogarnia i strachem. Do nienawiści prowadzi i ku złu popycha.

I potem:

Bał się, że nie wszystko zrozumiał, ale jedno snadź pochopił.

Ale jeszcze do przykładu inne słowa Tivy:

– By człek wiedział, jak ważna to chwila, by pokorę miał w sobie i szacunek dla nowego życia. Gdyby to było, jak splunąć, kto by to wnimał, Budzieju?

Zwróć uwagę, że najdłuższa wypowiedź Tivy jest niemal bez stylizacji. Wygląda trochę jakbyś sobie pod koniec przypomniał i pozmieniał szyk. A w innej wypowiedzi znowu stylizujesz. Ten moment mocno mi nie pasował do baśniowej całości. Nie dość, że taki infodump to jeszcze zupełnie nie w klimacie.

Poczuł, jak burczeć mu w brzuchu zaczęło. Gościny odmawiać nie wypada, tak mu matula prawiła.

 

Przyglądali się sobie w milczeniu, ona z uśmiechem na ustach, a on spod byka. Ciszy długo nie przerywali, kobieta wyraźnie chciała dać czas gościowi.

Między tymi fragmentami nie ma gwiazdki. Tak ma być?

 

Ogólnie bardzo przyjemna i ciepła lektura. Stylizacje lubię i łatwo było mi się wciągnąć w tę prostą historię odmiennego chłopca, który chciał być normalny. Klimatycznie i baśniowo. Podobało mi się.

Hej, Ac. Miło, że wpadłeś.

Kilakroć to nie literówka, to po staropolsku.

Stylizacja, którą określasz jako bardzo nierówną, jest zamierzona, ale już wyjaśniam. Tiva jest tu osobą znacznie inteligentniejszą, która posiada dar znacznie dłużej niż Budek, jest bardziej samoświadoma itd. Stąd jej wypowiedzi są bardziej elokwentne, tak przynajmniej miały brzmieć. Budek zaś jest zwykłym wieśniakiem, albo prostym chłopcem, gdyby komuś wieśniak kojarzył się negatywnie. Daleko mu jeszcze do Tivy, ale wszystko przed nim. 

Tiva używa czasami “prostego” języka w rozmowie z Budkiem by mieć pewność, że jest dobrze zrozumiana. To typowe postępowanie osoby znacznie bardziej inteligentnej w czasie rozmowy. 

Z gwiazdką nie byłem pewny. :)

Mam nadzieję, że rozwiałem chociaż częściowo Twoje wątpliwości.

Pozdrawiam. mieć

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Kilakroć to nie literówka, to po staropolsku.

O, faktycznie. To zwracam honor. ;)

 

Z tą stylizacją rozumiem zamysł, ale jakoś nie jestem przekonany. Rozumiem gdyby posługiwała się językiem bez archaizmów w rozmowie z kimś na swoim poziomie o czymś skomplikowanym, ale zwraca się do Budka, tłumacząc mu coś, zupełnie inaczej niż wcześniej i niż on mówi, a chyba powinna mówić, tak, by zrozumiał? Gdy nauczyciel tłumaczy coś uczniom, to językiem jaki znają, a nie pojęciami, którymi nie posługują się biegle. Tak mi się wydaje. :)

Także wyczuwam niekonsekwencję w tym, że raz mówi do niego tak, a innym razem inaczej, choć rozumiem co chciałeś w ten sposób osiągnąć.

Przekonałeś mnie. :)

Poprawiłem delikatnie najdłuższą wypowiedź Tivy tak, żeby brzmiała bardziej gwarowo i jednocześnie utrzymała powagę wypowiedzi.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

No i superowo. :)

Tiva jest tu osobą znacznie inteligentniejszą, która posiada dar znacznie dłużej niż Budek, jest bardziej samoświadoma itd. Stąd jej wypowiedzi są bardziej elokwentne, tak przynajmniej miały brzmieć.

A gdzie, jeśli wolno zapytać, Tiva tę elokwencję i samoświadomość zdobyła? W lesie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To trochę tak, jak ze wszystkimi "superbohaterami", Reg. Są wyjątkowi, ponadprzeciętni, mają dar w sobie, który w założeniu przekłada się nie tylko na umiejętności, zdolności fizyczne, ale i umysłowe, na inteligencję. Są nieprzeciętni w wielu sferach. Gdyby Spiderman czy inny Batman umiał tylko chodzić po ścianach albo latać w kombinezonie, z nikim by nie wygrał. Myślę, że podobnie jest w literaturze. Gdyby dać takiemu bohaterowi tylko umiejętności fizyczne i zrobić ociemniałym, czy chociażby zwykłym na umyśle, byłby ułomny pod względem wyjątkowości. Powiem więcej, zauważ, że często stosuje się zabieg, gdzie bohater "przed przemianą" jest ułomny pod jakimś względem, a to aspołeczny, a to posiada jakieś fobie. Za to później, gdy już trochę działa, to już jest doskonały. ;) I większość z nas nie zastanawia się wtedy, a skąd on się zrobił nagle taki mądry i sprytny? Wiem, że nie wyłamuję się poza ten kanon, ale nie o tym miało być opowiadanie. To znaczy nie o złożonej psychice super bohaterów.

Z drugiej strony, to bardzo ciekawy pomysł, taki bohater z darem, który pozostaje ułomnym, albo nawet ułomność się pogłębia? Lubię iść na przekór, możliwe, że podsunęłaś mi nowy pomysł na opko, Reg. Tak, więc, dzięki. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, dziękuję tak za wyjaśnienia, jak i za otworzenie mi oczu. Wystaw sobie, że w życiu nie dopatrzyłabym się w Tivie, leśnej sowie-czarodziejce, postaci szczególnej, posiadającej wyjątkowe przymioty cechujące superbohaterów. ;)

A jeśli przy okazji zasiało się w Tobie ziarenko pomysłu na nowe opowiadanie, mam nadzieję, że myśl owa niebawem się skrystalizuje i przeistoczy w zacną opowieść. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na początek czepy drobne.

I oczy duże, ze źrenicami koloru ognia.

Kolor może mieć tęczówka. Źrenica to nic innego jak dziura w oku, pusta przestrzeń. 

Pomyślał, że go spostrzegła, ale ona otrzepała ostentacyjnie pióra i po chwili wzbiła się w powietrze.

Ostentacja jest działaniem na pokaz. A skoro sowa (jak sądzimy na tym etapie) nie wie o tym, że jest obserwowana, budzi to pewne zdziwienie.

Jego życzenie, a miał tylko jedno, być normalnym chłopcem, od zawsze o niczym innym nie marzył.

Temu zdaniu przydałaby się kropka. Albo dwie. Np.

Jego życzenie. A miał tylko jedno: być normalnym chłopcem. O niczym innym nie marzył.

Zdania na temat stylizacji są jak widzę podzielone. Mnie drażniła, bo ogólnie nie przepadam za tego typu zabiegami. Trzeba jednak przyznać, że jest ona wyróżnikiem tego tekstu. Gdyby ją zabrać… Cóż, nie zostaje wiele. 

Zwykle opowiadania próbują przyciągnąć uwagę czytelnika jakąś zagadką, interesującymi postaciami lub nietypowym światem. Tu nie mamy tak naprawdę nic z tego. Centralnym punktem w odbiorze jest więc nie fabuła, nie bohaterowie, nie ekspozycje, a estetyka, pod postacią stylizacji. To rzadki wybór, bo trudno zachować proporcje, łatwo odbiorcę znudzić, zmęczyć. Z tego co widzę w komentarzach, nie całkiem udało ci się tego uniknąć, choć i tak wynik jest lepszy, niż można by oczekiwać. 

Co do mnie… Mówiąc wprost – opowiadanie mnie nie zachwyciło. Nie wzbudziło we mnie żadnych emocji podczas lektury, może z wyjątkiem delikatnej irytacji wywołanej archaizmami. Nie byłem ciekaw, co będzie dalej, bo było to względnie oczywiste niemal od samego początku, pozostałem obojętny na ledwie zaznaczone rozterki głównego bohatera, podczas lektury tego niedługiego przecież utworu dwukrotnie sprawdzałem, czy dużo mi jeszcze zostało. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że tekst jest do niczego. Jest interesujący pod względem technicznym. Gdybyś trafił z estetyką w mój gust, pewnie odbiór byłby lepszy, może nawet entuzjastyczny (choć i tak pewnie bym marudził) – ale oczywiście wszystkim się nie dogodzi. 

Podsumowując – interesujący eksperyment z formą, ale trochę za mało treści jak na mój gust.

Ciężko jednoznacznie ocenić ten tekst. Z jednej strony stylizacja jest świetna, widać masę pracy i masę wiedzy. Ciężko byłoby swobodnie korzystać z takiej masy archaizmów posługując się słownikiem, widać, że faktycznie przynajmniej większość z nich znałeś wcześniej. Początkowo faktycznie czytanie idzie nieco opornie, ale potem, jak już człowiek wskoczy na właściwe tory, idzie znacznie lepiej. Z drugiej strony jestem strasznie szczęśliwy, że opowiadanie jest tak krótkie (dzięki za limity :D). Chociaż stylizacja podoba mi się jako ciekawostka, nie ma szans żebym przeczytał pisaną w taki sposób powieść, a pewnie i przy długim opowiadaniu strasznie bym się męczył. Do tego całość wygląda trochę tak, jakbyś głównie chciał się właśnie stylizacją i językiem popisać, a fabuła i bohaterowie zostali przez to trochę zepchnięci na dalszy plan, wyraźnie podporządkowani konwencji. Mimo wszystko, fabuła może i prosta, ale przynajmniej nie ma zbytnich dziur. Zgodzę się też z chrościskiem, że zakończenie mocno na plus. 

Witam nowego czytelnika.

Źrenice poprawiłem, chociaż tęczówki nie brzmią już tak złowróżbnie, jak źrenice. ;)

Tak, otrzepała się na pokaz, ale nie ze względu na Budka, tylko jako królowa nocy w lesie. :) Taki był zamysł. Wymienione zdanie zostawiłem tak, jak jest.

Cóż, nie każdemu trafiam w gust, rozumiem to, ale faktycznie kładłem nacisk na baśniową estetykę, przynajmniej próbowałem.

Pozdrawiam.

 

Hej, Arnubisie.

Tak, to prawda, mam na myśli stylizację, od razu wpadła mi do głowy, gdy tylko zobaczyłem konkurs. I masz rację, w powieści raczej tego nie widzę, a na pewno potrzebowałbym poświęcić więcej pracy, stosować te same archaizmy, żeby czytelnika oswoić i takie tam. Jak już pisałem, to próba baśniowej konwencji i na fabułę nie kładłem nacisku.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Źrenice poprawiłem, chociaż tęczówki nie brzmią już tak złowróżbnie, jak źrenice. ;)

Zawsze możesz zmienić na “I te oczy, duże, koloru ognia”.

Tak, otrzepała się na pokaz, ale nie ze względu na Budka, tylko jako królowa nocy w lesie.

Czyli taka ostentacja przed nikim konkretnym. Ciut dziwne, ale czemu nie. 

Cóż, nie każdemu trafiam w gust, rozumiem to, ale faktycznie kładłem nacisk na baśniową estetykę, przynajmniej próbowałem

Estetyka wyszła w porządku, po prostu nie trafia w mój gust. Moja rada (jeżeli zechcesz jej wysłuchać) – na przyszłość ciut więcej dramy. Dobrze komponuje się z baśniowymi klimatami. Tu aż się prosi o opisy tęsknoty bohatera za domem, o trochę więcej wątpliwości, zostać z wiedźmą czy już wracać, trochę więcej strachu, wątpliwości przed spotkaniem z matką. Nic długiego (żeby nie rozpychać tekstu, bo to dobrze, że był krótki), ale coś, żeby ciut pobudzić krążenie u czytelnika, wtedy lektura idzie płynniej.

Ale ja piszę same dramaty. :) Jak kiedyś do mnie zajrzysz, to się przekonasz. Tutaj świadomie obniżyłem dramaturgię do minimum. Marzył mi się taki czytelnik, który siada w głębokim fotelu, z kubkiem gorącej herbaty, z uśmiechem na twarzy i czyta sobie, ot tak, dla przyjemności.

Oczy poprawiłem, dobre. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Jak kiedyś do mnie zajrzysz, to się przekonasz.

Z przyjemnością. 

Marzył mi się taki czytelnik, który siada w głębokim fotelu, z kubkiem gorącej herbaty, z uśmiechem na twarzy i czyta sobie, ot tak, dla przyjemności.

Cóż, zapewne osiągnąłeś efekt w przypadku tych osób, w których gust się wstrzeliłeś, mną się nie zrażaj. Ja maruda jestem. Parafrazując, jak kiedyś jeszcze do ciebie zajrzę, to się przekonasz.

Ciekawe opowiadaniesmiley Wielkie brawa za język, musiało Cię to kosztować sporo pracy. Bardzo polubiłam panią sowę. Ciepła, sympatyczna postać. Niestety główny bohater trochę mnie irytował, choć zapewne dobrze go odmalowałeś. Zakończenie smutne, aczkolwiek spodziewane.

Dzięki za miłe słowa, Monigue.M. Powoli będę zabierał się za opowiadania “konkurencji” w konkursie, bo zawsze jestem ciekawy, co napisali inni, więc pewnie wpadnę i do Ciebie. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Zapraszam smiley

Brała go wtedy na kolana, a że rubsza była, ginął bezpiecznie w jej ramionach.

Jaka była?

Będzie nysiać w ciągu dnia, przyda mu się rasztak, bo dały mu się te dni we znaki.

No, dobra, zrozumiałam, że to taka stylizacja, ale jak mam czytać płynnie, skoro muszę się zatrzymywać i zastanawiać, o co chodzi?

Powiem tak: bajka przyjemna i w sumie ładna, z tym, że się zmęczyłam czytaniem.

Czyli nie wiem.

Fajne?

Szacunek za słowa stareńkie, zapomniane. Myślę, że zabawę miałeś z tym przednią:), a opowiadanie stało się przez to ciekawsze.

Tekst świadomy, panujesz nad piórem, widać pracę i korekty (tj. nie widzę ich, raczej domyślam się, inaczej nie „składałoby się” tak ładnie). Naturalnie podziękowania należą się też czytającym, za łapanki i inne spostrzeżenia, zwłaszcza Issanderowi, aby wprowadzić archaizmy jak najwcześniej. Moim zdaniem, jeszcze więcej można ich do pierwszej części wstawić, aby była równowaga z drugą.

 

Dla mnie to przypowieść o stawaniu się sobą, taki Geb. Szczególnie podobają mi się rozmowy z Sową i zakończenie.

 

W kilku miejscach “wybiły” mnie z czytania słowa/wyrażenia:

*otrzepała ostentacyjnie pióra – poszukałabym zamiennika na otrzepała

*zatacza koła po niebie – może “na” (?)

*„Słomiany dach prawie do samej ziemi sięgał. A jak w niej pachniało lasem, polem i łąkami. Bo nie powstrzymał się Budek, żeby do środka nie zglądnąć.” -połączyłabym zdania.

*cudne (chatka i oblicze) – któreś zmieniłabym, może oblicze na nadobne

*Bajania chłopów są mocno przesadzone – nad „przesadzone” deliberowałam lecz ostatecznie zostawiłabym, bo bajania są ok. Natomiast dzięki:), bo znalazłam nowe słówko (a jestem ich wielkim admiratorem, taki bzik) – egzagerować, czyli wyolbrzymiać, przejaskrawiać, przesadzać. Śliczności.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktuB. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tekst bardzo ambitny. Brawo!

O sprawie archaizacji pisali moi poprzednicy. W ten sposób dali mi bardzo do myślenia. Sam się niekiedy zastanawiam, czy warto jest stosować te zapomniane wyrażenia, kiedy i w jaki sposób? Dlaczego powrót do starodawnej polszczyzny czasem bardziej się udaje, a innym razem zwyczajnie zawodzi i jest… czy też bywa bolesny? Od czego to wszystko zależy? I jaki właściwie miał na to patent Schulz (bo niewątpliwie miał jakiś i to wcale chyba niezły)? Co o tym myślisz, Darcon? Pytam, bo naprawdę jestem cholernie ciekaw Twojej opinii.

Pozdrawiam! :)

Maćko

Anet, dzięki że wpadłaś, chociaż to było przecież do przewidzenia, prawda? :)

Tak, “rubsza”. :) Tekst nie jest łatwy w czytaniu, ale też nie piszę takich wiele. Czyli fajnie? ;)

Asylum, cieszy mnie, że się podobało. Dobre słowo zawsze jest miłe dla ucha. ;) Szczególnie za rozmowy Tivy z chłopcem, czasami dialogów nie mam najlepszych i zwracano mi na to uwagę. Część poprawek naniosłem. Egzagerować, mówisz. :)

Hej, Maćku. Myślę, że łatwiej stosować to w filmie (lubię kino i książki tak samo), akcentem, strojem. W książce chyba trudniej. Na pewno wpływ ma na to, o czym piszesz. Myślę, że część bajek, baśni, poruszających temat wsi, także powieści, które mocno zakorzenione są w starych zwyczajach, wsi, pańszczyźnie, mogą zawierać takie zwroty. Dodają uroku, tak mi się wydaje. 

Jednak to wszystko, gdy pisałbym o mało cywilizowanych rejonach, słabo rozwiniętych. Trudniej byłoby mi się odnaleźć w takim języku pisząc o dobrze rozwiniętej cywilizacji, nawet, jeśli starej. A wiadomo przecież, że mówiono kiedyś inaczej.

Można też tak, jak pisał Issander, pójść na całość. :) Ale to już dla twardzieli i zawężone grono czytelników.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

No, fajne ;)

Wywołałeś mnie do tablicy, więc jestem ;)

 

Sama fabuła jest prosta i nieskomplikowana, ale to nie zarzut. Przedstawiasz opowieść sprawnie, rysujesz początek, rozwijasz, ładnie kończysz. Natomiast zgaduję, że to nie treść miała mieć tu kluczowe znaczenie, a forma. I zgaduję też, że tu znajdziesz tyluż zwolenników, co przeciwników.

Z mojego punktu widzenia przedobrzyłeś. Stylizacja jest miejscami nierówna, szarpana, przesadzona. Tekstu nie czyta się przez to płynnie. Raz po raz potykałam się a to o zbyt ochoczo stosowany szyk przestawny, a to o niezrozumiałe słowo, a to o słowo, co do którego byłam przekonana, że jest zastosowane nieprawidłowo albo źle odmienione. Oczywiście za każdym razem zatrzymywałam się i zastanawiałam, co wpływało na to, że nie mogłam skupić się na opowieści, skupiałam się na języku. Nie wydaje mi się, by po prostu sięgnięcie do słownika staropolskiego załatwiało sprawę. Sporo ryzykujesz, szpikując tekst masą niezrozumiałych słów. Owszem, świadczy to o tym, że się napracowałeś, ale nie wpływa to na to, że tekst się czyta lepiej. Mnie się w każdym razie czytało niełatwo ;( W takich przypadkach utrzymanie równowagi jest niestety bardzo trudne. Oczywiście ze mnie żaden ekspert, przedstawiam tylko moje wrażenia ;)

 

Teraz łapanka:

 

„Dobrze ukryta, ale nie przed nim, tym się Budek wyróżniał, widział znacznie lepiej niźli inni.” – Dziwne to zdanie, imho powinno być podzielone na dwa, z kropką po „nim”.

 

„Pewnikiem krążyła nad siadłem, szatrzyć.” – Czy to na pewno gramatyczne? Bo nie brzmi, jeśli to bezokolicznik (baczyć), to podstaw dowolny synonim i będzie brzmieć źle. Szatrząc, prędzej.

 

„– Stój! – gGłos dźwięczny i silny był, przeciwu nie dopuszczał.”

 

„– Podejdź bliżej, chłopcze – kobieta łagodniej mówiła. – Nie bój się.” – Szyk przestawny w opisie w dialogu brzmi źle. Jeśli bez kropki po „chłopcze” i małą literą, powinno być „mówiła kobieta łagodniej”. A jeśli opis-opis, np. Kobieta mówiła łagodniej, to wielka literą i z kropką po „chłopcze”.

 

„Chłopak wzdrygnął się, wiedziała.” – Podobnie jak w pierwszym wynotowanym przeze mnie zdaniu, to wygląda na coś, co powinno być podzielone na dwa.

 

„W końcu chłopak przełamał się i zapytał[-.+:]

– Jak cię zwą, pani?”

 

„– Śpij spokojnie, nic ci u mnie nie grozi[+.]zZnów się uśmiechnęła.”

 

„– Nie, pani, ale słyszał nieraz, że ho ho! – uśmiechnął się półgębkiem.” – To sytuacja kontrowersyjna, ale jak dla mnie w tym kontekście „Uśmiechnął się półgębkiem” stanowi osobne zdanie i jako takie powinno zaczynać się wielką literą.

 

„Zbyt mądrych mnie rzeczy pytacie.” – Pytanie rzeczy czy o rzeczy? To brzmi niegramatycznie, a nie jak stylizacja.

 

„Gdyby to było[-,] jak splunąć”

 

„I dojrzewała w nim myśl, że naturze odpór dawać nie można.” – Nie można dawać odporu

 

„Piękna pani głowę przekręciła, dziób otworzyła, ale dźwięku żadnego nie dała. Skrzydła rozłożyła i zatrzepotała hardo. Chciał zakrzyknąć, zapytać, ale warknął tylko, zamiast słowa wydobyć. Zerwał się tedy, strachany. Ujrzał łapy niedźwiedzie, pazury i futro grube. Młodego jeszcze, nie większe niż u dużego psa, ale niedźwiedzia, jako żywo.”

Tutaj też przykład złego (moim zdaniem) użycia słowa – powinno być zestrachany, jak odpowiednik wystraszonego, a nie straszonego.

 

„Pomrukiwał raz po raz, drapał za uchem” – drapał się

 

Czuł tak samo, jak chłopcem będąc, ale intensywniej znacznie. Dym wyczuł, ale wiedział, że to kilakroć dalej, niźli człek mógłby poczuć.”

 

Może i kilakroć to nie literówka, ale słowo to do złudzenia przypomina słowo, które obecnie pisze się inaczej. Musisz liczyć się z tym, że każdy uważny czytelnik Ci to wypomni. Każdy. I w tym wypadku powtarzanie „tak miało być” niewiele pomoże, bo to nadal wygląda jak literówka. Zmierzam do tego, że celowe użycie słowa, które na pewno będzie wzbudzało kontrowersje, jest bez sensu. Każdy redaktor by Ci to odradził.

 

„– Jesteś głodny, Budzieju? Zać miodu silnie pojadłeś[+.]zZaśmiała się przy tym głośno.” – Tutaj zaśmianie nie stanowi odgłosu paszczą, skoro zaśmiała się „przy tym”. Najpierw powiedziała, potem się zaśmiała – a przynajmniej tak sugerujesz.

 

„– Piękna pani, ja[+…]gGłos zawiesił, bo dokończyć nie umiał.”

 

„Budziej na tyle łapy się podniósł” – tylne

 

„Tęskno mu było do matuli, ale powstrzymywało go coś i bliżej nie podstąpił. Węszył nerwowo, ale niczyjego zapachu nie połapił.

Chciał ruszyć, lecz matka dyskretnym, ale stanowczym gestem go powstrzymała. Ryknął ponownie, głośniej i tęskniej, ale matula gest powtórzyła.”

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Tak na szybko, Jose.

Sporo ryzykujesz, szpikując tekst masą niezrozumiałych słów.

A miałem uwagi, że za mało, że są zbyt długie fragmenty bez staropolszczyzny. :) No nie dogodzisz wszystkim i już. :) Co do nierównej stylizacji, możliwe, że masz na myśli inne wysławianie się Budka i Tivy, wyjaśniałem już komuś, że to zamierzone. Tiva miała brzmieć bardziej dostojnie i elokwentnie, a nie “po wieśniacku”, zapewne można było lepiej. Słowa starałem się wplatać tak, by czytało się przyjemnie i ze zrozumieniem. Z drugiej strony, gdy się zastanowić, zastosowanie tylko dwóch czy trzech wszystkim znanych słów mijałoby się z celem.

Oczywiście uwagi sprawdzę i skoryguję tekst. Dzięki!

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nie, nie chodziło mi o różnice w wysławianiu się, chodzi o różnice między różnymi zdaniami w ogóle ;) Kwestia ogólnego wrażenia, że dany fragment czyta się tak, a inny trochę inaczej.

Oczywiście, że wszystkim nie dogodzisz i oczywiście, ze każdy czytelnik ma inny zasób słów – może dla mnie było zrozumiałe coś, co dla kogoś innego nie, a za to nie pojęłam pięciu innych wyrazów, z którymi ktoś inny nie miał problemu.

Pewnie, że zastosowanie dwóch czy trzech słów by nie wystarczyło. Naprawdę trudno by tu utrzymać równowagę – tym bardziej, że masz akapity, gdzie tych słów jest pięć, ale również takie, gdzie nie ma ich wcale.

Z pewnością, niezależnie od stopnia zadowolenia czytelników, dobrze zrobiłeś decydując się na eksperyment. Na pewno wyciągniesz z niego sporo i następnym razem będzie Ci łatwiej ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

A, rozumiem, tak, czułem, że gdzieniegdzie czegoś brakuje, ale to bardzo trudno (mi) wychwycić, inaczej oczywiście bym to zrobił. :)

Ale ogólnie to jesteś na tak, czy na nie? Bo w sumie to nie wiem. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Czy to system zero-jedynkowy? ;p Marudna jestem, ale jak to, to niestety jestem na nie, bo jednak – mimo że tekst długi nie jest – trochę się męczyłam, potykając o stylizację.

Może jakby fabuła była bardziej odkrywcza, miała w sobie coś szczególnego, to rekompensowałoby to formę, która mnie nie do końca odpowiadała. Fabuła jednak jest prosta – choć sympatyczna – więc żadnego zaskoczenia ani bonusu nie było.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ech, trudno. :)

Nie, z fabułą nie dałbym rady, ja się wtedy strasznie rozpędzam w znakach. Jak pisałem ostatnio “na poważnie”, to ciąłem, żeby zmieścić się w 80k. :) Wiesz, niby pod piórko. :) No, ale szału to nie zrobiłem. :(

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ja myślę, że nie ma co pisać “niby pod piórko”. Pisz to, co uważasz za stosowne, tak, jak uważasz za stosowne. Zawsze jest ryzyko, że w ten czy inny sposób się ograniczysz, jeśli będziesz pisać pod kogoś lub pod coś. Oczywiście nie mówię o konkursach, które mają konkretne wytyczne, mam na myśli czyjeś gusta. Taki tam nic nie warty truizm ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Tak, wiem, nie pisałem pod kogoś, myślałem, że jest tak dobry. :)

 

Edit:

Zostawiłem bodajże dwa zdania, które uznałaś za złe gramatycznie. Pasują mi.

Z “ale” mnie złapałaś. :)

Zostawiłem też jeden czy dwa uśmiechy w didaskaliach z małej, według mnie to czynność gębowa. Nie można się uśmiechać bez użycia ust.

Strachany – przestraszony, strwożony.

Może i kilakroć to nie literówka, ale słowo to do złudzenia przypomina słowo, które obecnie pisze się inaczej. Musisz liczyć się z tym, że każdy uważny czytelnik Ci to wypomni. Każdy. I w tym wypadku powtarzanie „tak miało być” niewiele pomoże, bo to nadal wygląda jak literówka. Zmierzam do tego, że celowe użycie słowa, które na pewno będzie wzbudzało kontrowersje, jest bez sensu. Każdy redaktor by Ci to odradził.

Przypinasz do swojej opinii wszystkich, tylko Ty zwróciłaś uwagę na kilakroć, może jeszcze jedna osoba. ;)

Reszta poprawiona. :)

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Przepraszam za generalizowanie.

Chodziło mi jednak o zwrócenie uwagi na pewien mechanizm – jeśli celowo stosujesz słowo, które, jeśli ktoś zwróci na nie uwagę, będzie budzić kontrowersje, bo wygląda jakby miało literówkę, to wydaje mi się to grą nie wartą świeczki. Po co irytować czytelnika? Domyślam się, że większość osób, które to zauważą, pomyślą “o ja, potknięcie”, a nie popędzą do słownika by sprawdzić, że tak się kiedyś mówiło. Kiedyś tak, dzisiaj nie, a wygląda prawie jak inne słowo, które stosuje się dzisiaj ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jest w tym coś, to prawda, ale podoba mi się to słowo, tak po prostu. Zresztą, jak wszystkie, które zastosowałem. Stąd pewnie wybrałem te, a nie inne. Przemyślę na przyszłość.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Trochę zbyt miło i zbyt słitaśnie jak na mój wykwintny gust, Darconie. Szczególnie, gdy misiaczek szukał odpowiedniego drzewieńka by pojeść miodziku i gdy tak okropecznie tęsknił do matuli ;)

Niemniej, sama opowieść całkiem przyjemna. Na plus sceneria , klimat, bajkowy ton opowieści.

Na minus – ubóstwo fabularne, mało interesujący początek.

Sama stylizacja ciekawa i konsekwentna, choć entuzjastą nie jestem – moim zdaniem, gdybyś napisał to normalnie, klimatu byś nie utracił, a czytałoby się lepiej. No ale nie da się ukryć, że jest to jakiś czynnik wyróżniający opowiadanie.

Tytuł – neutralny. Pasuje do treści, banalny nie jest, ale i nie zwraca jakiejś szczególnej uwagi.

Zakończenie – szkoda, że w żaden sposób nie zaskoczyłeś. Liczyłem na jakieś efekty uboczne przemiany, jakieś dramaty (utrata kontroli i rozszarpanie matuli? Hmm…), a tu taki spokojny epilog.

No cóż.

Mam dla Ciebie jeszcze dwie uwagi warsztatowe:

 

Knysał się jeszcze po okolicy przez jakiś czas, a później wspiął na najwyższe drzewo, by obserwować.

Nie zawsze to pomijanie “się” wychodzi zdaniu na dobre. Chociażby w tym przypadku – brak rytmu :/

Powoli zbliżał się do gór i nocami robiło się coraz chłodniej. Będąc tylko w portkach, Budek marzł coraz częściej i nie pomagało mu krótkie owłosienie na plecach.

Powtórzenie

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Powyżej często pada określenie “baśń”. Moje skojarzenie było pokrewne, ale jednak inne: klechda.

Stylizacja trudna, ale bardzo wbijająca w wyobrażenie świata tysiąc lat temu. Sama opowieść  ładna, ale zostawia jednak pewne wrażenie, ze czegoś tu brakuje, jakby historia Budzeja i różnic między nim a Tivą nie została do końca opowiedziana. Może i celowo, żeby nie odwracać uwagi od wątku tolerancji i poświęcenia matki Budzeja, co tez samo w sobie jest tu istotnym elementem – ale jednak to wrażenie pominięcia czegoś istotnego jest (zaznaczam, ze ogólnie jestem zwolennikiem tego, że czasem warto zostawić jakieś informacje “za kulisami”, ale niekoniecznie w tym przypadku).

A, jeszcze jedno. Początek tekstu zinterpretowałem tak, jakby bł to opis z perspektywy zwierzęcia. Potem okazało się, ze jednak z punktu widzenia człowieka. A tu proszę, w dalszej części tekstu okazało się, że jednak coś było na rzeczy. Dobre! :) 

 

Liczyłem na jakieś efekty uboczne przemiany, jakieś dramaty (utrata kontroli i rozszarpanie matuli? Hmm…)

Ha, ha! Cały Count! Wiesz, nie przyszło mi to do głowy. :) Wiem, że dla Ciebie za słodko, ale miałem taki koncept – prosta fabuła, zabawa formą.

Uwagi naniosłem. Co do klimatu, myślę, że normalny tekst straciłby to coś.

 

Początek tekstu zinterpretowałem tak, jakby bł to opis z perspektywy zwierzęcia. Potem okazało się, ze jednak z punktu widzenia człowieka. A tu proszę, w dalszej części tekstu okazało się, że jednak coś było na rzeczy. Dobre! :) 

Bardzo się cieszę, że w końcu ktoś to zauważył. :) Mi też się wydaje, że “widać” to w tekście. Słowa potwierdzenia od czytelnika są istotne. :)

to wrażenie pominięcia czegoś istotnego jest

Pomyślę nad tym.

 

Dzięki za wizytę, panowie.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

yes

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Pięknie napisane, miejscami kojarzyło mi się z Gołubiewem. Nie wszystkie archaizmy znałem, ale z kontekstu można było domyślić się ich znaczenia. Ciekaw jestem ile czasu zajęło Ci stworzenie tego opowiadania?

Dziękuję za dobre słowo. Pisałem stosunkowo krótko, może dlatego, że miałem dużą przyjemność i jakoś wszystko w głowie od razu się ułożyło.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

I would prefer not to.

Ninjowl , yes

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Skończyło się pohukiwanie, zaczynają się schody ;)

 

Poczułam się w Twojej cervantesowskiej metaforze wiatrakiem, ale co tam ;) Dzięki temu dostaniesz recenzję wprawdzie impresyjną, bo z różnych powodów nie mogłam robić łapanek, ale za to długą.

 

Nie wiem, Don Kichocie, czy Cię to choć trochę pocieszy, ale oto cytat z tajnego wątku jurorskiego. Napisałam podczas obrad: “Z mniejszymi lub większymi zastrzeżeniami podobały mi się pomysły Szyszkowego, Darcona, wilka-zimowego, Chrościska, Orłowskiego. Ale nie na nagrodę.“

 

W Twoim opowiadaniu totalnie urzekła mnie fabuła, ponieważ porusza we mnie bardzo czułe struny, uderzasz w kilka motywów, które są mi wyjątkowo bliskie. Ale niestety, zabiłeś mnie jako czytelniczkę językiem. Nie jestem wielbicielką stylizacji w ogóle, toleruję bardzo delikatną, wolę teksty, które ducha epoki oddają poprzez “poetykę negatywną” czyli unikanie wszelkich elementów, w tym językowych, które są anachroniczne. Być może gębę stylizacji zrobił mi lata temu Jerzy S. Sito, który tłumacząc Johna Donne’a napisał – za Kochanowskim, a jakże! – “nie pusz się śmierci, za jaje twa groza”. No niestety, od kiedy poznałam ten babol, nie jestem w stanie na bujną purpurową stylizację, choćby i opartą w całości na słownikach wyrazów zapomnianych oraz innych Kolbergach i Brucknerach patrzeć z powagą. Nawet w sadze Sapkowskiego tym, co mnie najbardziej irytowało (obok piątego tomu w ogóle) była stylizacja językowa. W małych dawkach ASowi się udawało wyjść obronną ręką, w większych – stawało się nieznośne.

U Ciebie jest tak, że do szczegółów nie jestem w stanie się doczepić, bo na moje oko nie masz baboli, wszystko jest zgodne z tym, co o staropolszczyźnie wiemy, a to, co tam dofastrygowałeś po swojemu – bo tuszę, iż tak jednakowoż miejscami czyniłeś ;) – jest zgrabne. Ale całość mnie pokonała. Części słów (jak szelbaki) po prostu nie rozumiem, a kontekst na dodatek nie podpowiada mi, co to może być. Równie dobrze, jak dla mnie, może to być wymyślone ale nie wyjaśnione przez autora słowo. Że już o tym kawałku nie wspomnę (podkreślam słowa niezrozumiałe): “Pewnikiem krążyła nad siadłem, szatrząc. Zadowolony zszedł niżej i ułożył się w pękniętym konarze. Będzie nysiać w ciągu dnia, przyda mu się rasztak, bo dały mu się te dni we znaki.“

 

I to przeważyło, niestety, nad baśniową fabułą, która jest piękna, po prostu piękna, i która mnie zachwyciła. Gdybyś napisał ten tekst stylizując go tylko leciutko, pastiszowo (a nie groteskowo, jak trochę wyszło), byłby dla mnie na pograniczu piórkowej nominacji.

Wiem, zaraz powiesz, że dałam wyróżnienie tekstowi ze stylizacją. Ale tam proporcje są zachowane. Tu niestety zupa okazała się za słona, a raczej nadmiar soli zabił cudowny smak zupy, by trzymać się tej kulinarnej metafory. Wierzę nawet, że kucharz sypnął tej soli w dobrej wierze. Ale jak dla mnie zabił właściwy smak.

 

I jeszcze jedno: tak, masz sowę. Ale czy jest ona absolutnie – jako sowa – niezbędnym elementem? Bohaterem jest niedźwiedź czy też niedźwiedziołak, a sowa mogłaby być np. krukiem – żeby pozostać w gronie ptaków “mądrościowych” i magicznych – i fabularnie wiele by to nie zmieniło, bo te pory dnia też nie są nie do zmiany, takie mam w każdym razie wrażenie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie, Drakaino, to nie mógł być kruk czy inni ptak. To sowa lata nocą, a nie kruk.

I tak jak dziękuję Ci za miłe słowa, i doceniam tak długi komentarz, tak Twoje ostatnie dwa akapity w ogóle do mnie nie przemawiają.

Na polskim portalu, w polskim konkursie zmęczyła Cię staropolszczyzna? Co przychodzi Ci na myśl, gdy mówisz sowy i skowronki? Czy lasy, pola, chłopi, leśne wiedźmy nie są naturalnym skojarzeniem? Chcesz mi powiedzieć, że mówiąc hasło „sowa” i/lub „skowronek” to pierwszy odzew jaki masz to Grecja albo mitologia? A może Hades? Nie mam nic do mitologii, ale trzeba było ogłosić konkurs „wpasuj się w indywidualne gusta jurorek, temat jest bo jest i tyle”. A czemu indywidualne? Bo oprócz podium jeszcze każda z Was musiała wyróżnić „swoje” opowiadanie, bo „moje jest mojsze”, prawda? I nie chcę słuchać „to co, wszyscy mieli pisać o lesie, polach i chłopach”? Pewnie, że nie, ale jeśli dajesz temat konkursu, to po coś to robisz, prawda?

To, co zrobiłyście, to amatorszczyzna i pozostając poniekąd przy temacie konkursu, powiem tak. Wystrychnęłyście część uczestników na dudków.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, nie odwracaj kota ogonem z tą staropolszczyzną na polskim portalu. Pojęcia “polski konkurs” nie rozumiem. Konkurs jest na opowiadanie w języku polskim, ale nie są z niego wykluczone ani tematy niepolskie, ani autorzy niepolscy, a ja w ogóle nie lubię żadnych nacjonalistycznych podejść do czegokolwiek. Ale, proszę, ogłoś konkurs staropolski i dawaj w nim punkty za każde słówko wydobyte z pomroki dziejów. Mówię to bez ironii, taka hardkorowa wersja polskiego języka obcego.

Natomiast poza takim specjalistycznym konkursem, gdzie musiałabym zacisnąć zęby i czytać, stylizacja, w której nie rozumiem znaczącej liczby słów, a w rezultacie nie wiem, co bohater robi, zmęczy mnie absolutnie wszędzie i nie ma tu znaczenia, czy będzie to polszczyzna czy chińszczyzna… Jeśli ktoś mi napisze dziejącą się w Chinach sf, w której bez żadnych wyjaśnień będzie używał bardzo dużo słów chińskich i to w miejscach dla fabuły i narracji istotnych, będę dokładnie tam, gdzie z Twoim tekstem.

Skądinąd dopiero teraz zauważyłam, że organizatorka napisała, że “doceniłam stylizację” u Światowidera… Ups. To już nie moja wina. Ja w uzasadnieniu wyróżnienia napisałam: “Światowider to bardzo nie moja ulubiona epoka, ale napisał to błyskotliwie i bardzo ładnie…“ Doceniłam głównie obraz historii, o stylizacji nie wspominałam. Ale jak zaglądam na wątek, Twoja stylizacja spodobała się bardzo organizatorce właśnie (i jest to jedyna wzmianka o stylizacji jakiejkolwiek w wątku). Ergo, jak widzisz, z tymi gustami to różnie bywa, zapowiadając dalszy wątek.

 

Chcesz mi powiedzieć, że mówiąc hasło „sowa” i/lub „skowronek” to pierwszy odzew jaki masz to Grecja albo mitologia?

Gdybym miała wyraźny odzew, co to ma być, zapewne 1) nie zgodziłabym się jurkować, tylko startowała w konkursie (zrobiłam tak z innym konkursem), 2) nawet gdyby 1 jednak nie, to moja wizja odbiegałaby tak zasadniczo od wizji piszących, że nie dałabym nikomu nagrody ;) (To oczywiście żart)

A akurat trafiłeś: z sową moje pierwsze skojarzenie to Atena… Drugie, jedyne miejsce, gdzie widziałam w miarę z bliska żywą, dziką sowę – mała miejscowość w środkowych Włoszech z jej zapachami i ledwie zmierzchającym dniem w środku lata.

 

trzeba było ogłosić konkurs „wpasuj się w indywidualne gusta jurorek, temat jest bo jest i tyle”

 

Zadziwiające, jak bardzo jest to powszechny argument wszystkich, którzy nie dostają nagród w konkretnych konkursach ;) Tu moim najwcześniejszym wspomnieniem jest jakiś dawny Konkurs Chopinowski, gdzie komentatorzy ubolewali nad tym, że ich faworyt nie spodobał się jury. 

I, co więcej, jest to argument w jakimś tam stopniu prawdziwy. Ludzie są ludźmi, a nie automatami oceniającymi. Skądinąd zautomatyzowany system “algorytmowy”, gdzie ocena jest uzależniona od możliwych do przyznania punktów w różnych kategoriach, a te punkty są przyznawane za bardzo konkretnie opisane elementy, jest równie krzywdzący, bo zabija kreatywność.

 

A poza tym i to imho jest jedyna naprawdę sensowna odpowiedź na całe Twoje emo, bo wywraca na nice całą argumentację – napiszę to również na HP – gdyby rybak wrzucił swoje opowiadanie (klasyczna sf, zero mitologii) w terminie, dostałby absolutnie jednogłośnie pierwsze miejsce.

 

jeśli dajesz temat konkursu, to po coś to robisz, prawda?

Temat zaproponowany przez Wybranietz brzmiał “Sowy i skowronki” i we wszystkich opowiadaniach, które zajęły miejsca na podium, włącznie z nagrodą specjalną rybaka, występują jako istotny element fabularny oba te ptaki.

 

To, co zrobiłyście, to amatorszczyzna i pozostając poniekąd przy temacie konkursu, powiem tak. Wystrychnęłyście część uczestników na dudków.

Rozwiń, proszę, wątek 1) amatorszczyzny i 2) dudków, bo zakładam, że nie sprowadza się ona jednak do “mamuuuusiu, pani nie dała mi lizaaaaaka!” Ale na razie jest to bardzo nieładne bezpodstawne oskarżenie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo krótko, Drakaino.

Ja zaś nie uważam, że polskie anachronizmy są czymś gorszym, niż mitologia, a tak to zinterpretowałem.

Nie chciałem nagród, jak pisałem w innym wątku, owszem, początkowo na to liczyłem, ale po przeczytaniu wszystkich konkursowych opowiadań, pozbyłem się tych złudzeń.

Rozwijam wątek.

1) amatorszczyzna – gdy trzy jurorki uzgadniają wspólne zdanie, ale każda musi wstawić jeszcze własne “ja” i wybrać swoje opowiadanie. Chociaż na tym forum, które przepełnione jest indywidualistami, postrzegane to jest za rzecz normalną, więc może powinienem wycofać swoje słowo.

2)nie jadam lizaków. A kto jest dudkami? Issander, Monique M., Chroscisko, Arnubis, Wiktor, Światowider, Wilk i Wojtas. To moje subiektywne dudki.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nie wiem, czy poprawnie zinterpretowałam wszystkie stylizowane słowa, ale większość wynikała z kontekstu, nie był to dla mnie jakiś duży problem. Jednak miejscami miałam wrażenie, że trochę przedobrzyłeś, jakbyś nie przedstawiał historii z sową w tle, a używał fabuły by pobawić się językiem (i przy okazji pochwalić, że umiesz). Więc dobrze: umiesz posłużyć się archaiczną stylizacją, przyznaję (btw. skąd Tiva? zgrzytnęła mi trochę obok Budzieja i Czębiry). Po wyłuskaniu fabuły spod warstwy językowej została mi historia o niedopasowaniu do otoczenia i poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, które to miejsce zostało dość łatwo i stosunkowo bezboleśnie (mimo sceny z przemianą) odnalezione. Nie poczułam tego bólu egzystencjonalnego Budzieja – przyszedł do dobrej Pani, dowiedział się, że wszystko z nim ok, został poprowadzony za rączkę, każda jego wątpliwość została wyjaśniona (i bezkrytycznie przyjęta). Najlepszą sceną w opowiadaniu, imo jest scena końcowego spotkania z matką – tu wreszcie dało się poczuć dramat matki, która musi zrezygnować z widywania syna dla jego dobra.

W kwestii konkursowej – sowia wiedźma mogłaby być po prostu wiedźmą i na treść opowiadania nie miałoby to wpływu, opowiadanie było o Budzieju-niedźwiedziu. Skowronków nie odnotowałam w ogóle.

A w kwestii dyskusji okołokonkursowej – zdecydowałyśmy się przyznać dodatkowe wyróżnienia, żeby autorzy wiedzieli, że bardzo niewiele zabrakło im do podium. Niektórych to motywuje. Mylisz się, twierdząc, że “każda z nas musiała wstawić własne ja”, ale nie wiem czy przy takim oskarżycielskim tonie chcę Ci to dokładniej wyjaśniać.

Tak, Bello, przyznaję, że to była głównie zabawa słowem, ale absolutnie nie chciałem się chwalić, to mnie wciągnęło. :)

Tiva dlatego, że chciałem ją odróżnić od “zwykłych ludzi”. Budziej też o imię pytał, ale Tiva trochę odpowiedziała, a trochę go zbyła i chciałem tak zostawić.

Byłem bardzo zadowolony z tego opowiadania, ale gdy przeczytałem konkurencję, poznałem swoje miejsce. Byłem też “prawie” pewny, że wygra właśnie któreś z opowiadań przywołanych przeze mnie w komentarzu powyżej, a gdy zobaczyłem zwycięską mitologię… I po tym, co się działo po moim konkursie, gdzie było mi przykro z powodu Tenszy, Werweny i NWMa, to wiesz, zagotowałem się.

Liczę, że teraz Ty zrozumiesz.

Co do wyróżnień, nie powiem, że nie wolałbym, żebyście coś razem wspólnie wyróżniły, ale ok. Przyjmuję do wiadomości, Autorzy zapewne i tak się cieszą.

 

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Wspólnie i jednogłośnie wyróżniłyśmy nieregulaminowe opowiadanie Rybaka :) Szczerze, nie śledziłam, co się działo po Twoim konkursie, więc nie jestem w temacie i nie wiem, czemu Ci było przykro, musiałbyś przybliżyć sytuację.

Jestem w trakcie wstawiania komentarzy pokonkursowych, więc może znajdziesz w nich choć częściowo odpowiedzi na pytanie ‘czemu ten tekst, a nie inny’.

Zachwyciła mnie stylizacja językowa – coś, czemu nie dałam rady u Światowidra – bo wyszkuałeś pięknie brzmiące słowa, których nie trzeba do końca rozumieć, by śledzić akcję.

Sama fabuła jednak trochę zawiodła – znajduje misio sowę, ta go uczy jak żyć i ten, pogodzony ze sobą, odchodzi w las. Nie czuję ani tu ani zagrożenia, ani jego dramatu, ani dramatu matki, bo to się pojawia zaledwie jako epilog.

Niemniej, językowo wyszło to zachwycająco, szkoda tylko, że historia nie sprostała językowi.

I would prefer not to.

Dziękuję za komentarz i miłe słowa.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Cześć, Darconie, przeczytałam jakiś czas temu, ale nie naskrobałam komentarza, toteż nadrabiam :). 

 

Podobało mi się! Co prawda stylizacja językowa w niektórych momentach była ciężka, ale moim zdaniem, nie niestrawna. Dodała uroku twojej historii. Bohaterów dobrze przedstawiłeś, nie są szablonowi, jak to czasami jest w opowiadaniach inspirowanych baśniami. Czułam dramat bohatera i dobroć bijącą od leśnej sowio-czarodziejki. Zakończenie najbardziej uderzyło w moją czułą strunę.

Fajne.

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dziękuję bardzo za pozytywny komentarz. :) To krzepiące.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nowa Fantastyka