- Opowiadanie: chroscisko - Sztolnie Klattensteigu

Sztolnie Klattensteigu

Krótka i lekka opowieść high fantasy, napasana na konkurs „Sowy i Skowronki”.

Prequel niepublikowanego jeszcze tekstu „Szósty kręg szyjny”. 

 

Tekst betowali Minuskuła i Wiktor Orłowski, za co im bardzo dziękuję.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Sztolnie Klattensteigu

Furkot błoniastych skrzydeł, świst sowich piór, wilgoć i ciemność.

Woda skapywała leniwie ze stalaktytów, których barwy nie sposób było rozpoznać. Sophiora dostrzegała tylko ich kontury, wyrastające ze stropu soplowate kształty, które sprytnie omijała. Widziała też przed sobą zwinną plamkę. To Ogyopt, rękoskrzydły tak samo, jak i ona, lawirował w dole pomiędzy skalnymi słupami, wznosił się, opadał, a teraz omal nie zatonął wśród kipieli podziemnej rzeki.

Mknęła za nim, co rusz wysyłając krótkotrwały pisk, który pozwalał latać w całkowitym mroku. Echo wysłanego dźwięku powracało do niej, odwzorowując kształt wąskich korytarzy bądź wielkich przestronnych hal. Wapienne ściany ukazywały się wyraźnie, podczas gdy zwrotna postać lecąca przed nią objawiała się bardziej subtelnie.

Ogyopt podfrunął do góry i zawisnął w powietrzu, łopocząc naprzemiennie skrzydłami. Z zakrzywionego dzioba zwisał pokaźnych rozmiarów odmieniec jaskiniowy. Długi, obły płaz nie walczył już o życie, a jego rachityczne odnóża zwisały martwo.

Sowiołak przysiadł na skalnym występie, a gdy Sophiora zrobiła to samo, ułożył przed nią białe truchło. Jej zakrzywiony ptasi dziób rozszarpał ofiarę. Ogyopt przyglądał się uczcie swej wybranki, a wzdłuż kręgosłupa przemykały mu dreszcze. Przyjemne uczucie zwiastowało porę godów.

W tym roku mi się uda – myślał, spoglądając na samicę. Sowie pióra pokrywające jej brzuszek były niemal tak jasne, jak pozbawione barwy ciało jaskiniowej salamandry. Delikatna powłoka nietoperzowych skrzydeł Sophiory zdawała się niesamowicie miękka. Nie odważył się ich dotknąć. Jeszcze nie teraz.

Kropelka krwi skapnęła z jej dzioba, niwecząc śnieżną biel piór. Grzebyk na głowie Ogyopta uniósł się mimowolnie, a samiec, speszony nieco, znów zanurkował ku mokrej kipieli. Chwilę później kolejne dwa obłe truchła wzbogaciły ucztę. Tym razem jedli oboje, spoglądając na siebie ukradkiem.

Jest taka młoda. Nigdy jeszcze nie składała jaj. Moja samiczka, moja, moja, moja… – Sowiołak przerwał swe rozmyślania, w obawie przed tym, że jego ciało znów zbyt wiele zdradzi.

– Lećmy ku górze, ku sztolniom – zaproponował skrzekliwym głosem, gdy ich żołądki stały się pełne.

– Ale przecież tam nie wolno. Starszyzna zabrania – odpowiedziała Sophiora z obawą.

– Przecież jesteśmy dorośli, a wojną zajęte człeki nie wchodzą do wnętrza góry. Nie ma się czego bać. – Wzbił się, nie czekając na odpowiedź. Sophiora zaś, mimo obaw, podążyła za nim. Wszak gody były tuż, tuż.

 

 

Szaleńczy lot, wysoko, wyżej, jeszcze wyżej.

Przestronne wapienne sale z kaskadowymi draperiami stworzonymi ręką natury ustąpiły miejsca wąskim, ciasnym korytarzom, wykonanym przez człeków. Ślady oskardów na ścianach, drewniane belki podtrzymujące strop, równe, proste chodniki oraz zabite deskami wejścia sztolni. Tyle zostało po niskich, przysadzistych istotach, które kiedyś kuły tę górę swymi krótkimi, silnymi rękami.

– Ogyoptcie, nie lećmy już dalej! – Rozsądek Sophiory wziął górę nad emocjami, kiedy poczuła delikatne przewiewy, wskazujące bliskość powierzchni.

– Dlaczego? Tak dawno nie byłem na zewnątrz, a dzisiaj podobno jest nów. Ileż można kryć się w trzewiach góry? Zasługujesz na wielką, tłustą mysz.

– Jestem najedzona, a na powierzchni czeka na nas dwunożna śmierć. Boję się. – Czarne sowie oczy patrzyły błagalnie. – Zostańmy tutaj – dodała ciszej.

Ogyopt sfrunął na gzyms w niewielkiej wnęce. Sophiora przysiadła obok, uświadamiając sobie, co właśnie zaproponowała. Serce skryte w jej ptasiej piersi zakołatało. Grzebyk Ogyopta po raz kolejny uniósł się bezwiednie.

Szum podziemnej rzeki już dawno ucichł. Nie było słychać też kapiących ze stropu kropel. Przeraźliwa cisza stała się jeszcze bardziej głucha niż na dole, w bezpiecznych, nieodkrytych przez człeków jaskiniach Klattensteigu, matni sowiołaków.

Samiec zbliżył się, nastroszył piórka, rozpostarł swe błoniaste skrzydła w pełnej okazałości, a czubek jego głowy wyraźnie nabrzmiał. Nie była jeszcze na to gotowa. Zadrżała ze strachu przed wybrankiem, a zarazem przed jego utratą. Siedziała w bezruchu, świadoma, że jakikolwiek jej gest może go równie dobrze sprowokować, co zniechęcić. Nie życzyła sobie tego pierwszego, bo było jeszcze za wcześnie. Wszak gody miały dopiero nadejść. Drugiego zaś nigdy by sobie nie wybaczyła.

Rozczapierzone skrzydła zastygły nieruchomo. Wypięta ptasia pierś trwała w bezdechu. Wielka źrenica oka, zdolna dostrzec ruch w największych ciemnościach, patrzyła na zlęknioną samiczkę. Ogyopt ostatkiem woli powstrzymał rozbuchaną żądzę i rozluźnił mięśnie. Przeciągły charkot uwolnił się z jego gardzieli, a miękka powłoka skrzydeł oplotła Sophiorę. Otulił ją szczelnie, odcinając od całego świata, po czym szepnął do jej sowiego ucha.

– Śpijmy.

 

 

Uścisk szorstkiego płótna, szamotanie Ogyopta i zapach nadgniłego lnu.

Skrzydła Sophiory biły niezdarnie, próbując wyzwolić się z worka, który ktoś na nich narzucił. Chwilę później poczuła ostry szpikulec przystawiony do jej ciała i usłyszała niski szepczący głos:

– Spokój tam, bo zabiję.

Znieruchomieli.

– Tak lepiej. A teraz słuchajcie, sówki. Za chwilę włożę rękę do środka i jedną z was wyciągnę. Jeśli któraś mnie dziabnie, to zaciukam na miejscu. Rozumiecie?

Sowiołaki milczały w bezruchu.

– Dajcie głos, że rozumiecie. Wiem, że umiecie gadać.

Szpic nacisnął mocniej. Sophiora pisnęła. Chwilę później owłosiona dłoń zanurzyła się w worku i chwyciła Ogyopta za kark. Konopny sznur oplótł mu skrzydła i nogi, a złowrogi głos zabrzmiał ponownie.

– Będziesz współpracować?

Sowiołak zaskrzeczał nienawistnie w odpowiedzi.

– O, jaki hardy. Jak prycha. Życie ci niemiłe, koguciku?

Ogyopt zaszamotał się w pętach.

– Chyba się nie dogadamy – stwierdziła tajemnicza istota.

Włochata łapa cisnęła sowiołaka z powrotem do wora. Dziób, nogi i skrzydła Ogyopta były obwiązane sznurem.

Grube, szorstkie paluchy tym razem chwyciły Sophiorę. Ujrzała przed sobą dwunożną istotę z długą brodą i wąsami zaplecionymi w warkocze.

Człek – pomyślała lękliwie.

– A kogóż my tu mamy? Samiczka? Jaka śliczna. To dlatego kogucik tak się złościł. – Szeleszczący głos przypominał wszystkie mroczne historie, które słyszała od starszych. Teraz zaś, stała przed nią jedna z tych na wskroś złych istot, jakby wyjęta z dawnych opowieści. Serce zatrzepotało jej w piersi.

– No już, maleństwo. Już. Nie ma się czego bać. Wujcio Rajmund nie skrzywdzi, o ile panna będzie dla niego miła. Rozumiemy się? No, pokiwaj główką, że rozumiesz.

Sophiora pokiwała.

– A niech to szlag. Nie łgał stary Hartwig, że wy mowę naszą znacie. Długoście, psie juchy, musieli podsłuchiwać, nim żeście górników przegnali.

Szorstki konopny sznur oplótł jej nogi.

– Panna wybaczy, żem niedelikatny. Jednak póki mi życie miłe, mus mi być ostrożnym.

Z każdym jego słowem bała się coraz bardziej. Najgorszy wydawał się ten pozornie przyjazny ton. Jakby człek chciał ją uśpić, omamić.

– Teraz słuchaj uważnie. Zrób co mówię, a cię nie ukrzywdzę i wrócę wolność. Chcę wyjść na powierzchnię, bezpiecznie, tam, gdzie nie ma elfickich wojsk. Twoich kompanów też nie chcę spotkać. Jak wpędzisz mnie w zasadzkę, to zginiemy razem. Później kogucik sczeźnie, bo nikt go nie znajdzie. Chcesz go ratować? To prowadź. Bylem wyszedł z tej dziury.

 

 

Mozolny marsz, konopny powróz i kwaśny zapach potu.

Człek szedł przeraźliwie wolno. Korytarz, który Sophiora przemierzyłaby na swych skrzydłach w kilka chwil, wydawał się tak bardzo długi. Brodacz niósł ją na ramieniu, a w dłoni trzymał przegniłe polano porośnięte świecącą zielonkawą pleśnią. W oczach Sophiory jaskiniowe grzyby rozjaśniały całą sztolnię, a mimo to człek wlókł się małymi kroczkami.

Prawdę mówiła starszyzna, że te bezskrzydłe istoty są ślepe pod ziemią.

Milczał. Nie rozpalił ognia, jego najstraszniejszej broni, która w jednej chwili mogła pochłonąć pióra i delikatną powłokę skrzydeł. Żelazny topór, kolejny osławiony oręż, wisiał mu za pasem, a drewniane stylisko obijało się o nogę, stukając złowrogo. Gdzieś tam, daleko, ciasno spętany Ogyopt szamotał się bezsilnie.

Sztolnie wykuto w czerwonawych skałach. Tu i ówdzie czerniały wstęgi żelazistych rud. Ślady po człeczych kilofach, znak czasów minionych, zostały już pokryte smugami rudych nacieków. Przegniłe drewniane belki wspierające strop zdołały już popękać. W kilku miejscach usypane kopce kamieni wskazywały, że czas starych sztolni już mija.

Dotarli do rozwidlenia. Człek zatrzymał się, poświecił pleśniowym polanem, obejrzał wejścia trzech różnych tuneli i spojrzał na Sophiorę.

– Którędy? – zapytał.

Znała to rozdroże. Kiedyś, jeszcze nim wybuchła wojna, często tędy latała. To właśnie tu zabierali ją rodzice, by uczyć polować.

Trzy drogi. Ta z lewej prowadziła do matni. Tam Sophiora mogła liczyć na ratunek. Skrzydlaci strażnicy wypatrzyliby ich z daleka, a ich ostre dzioby pokonałyby człeka. Ale czy na pewno? Tam jednak, z woli starszyzny, nie wolno jej było udać się pod żadnym pozorem. Nie w pobliże gniazd, gdzie dziesiątki samic szykowały się, by złożyć jaja. Miejsce to miało pozostać człekom nieznane. Na zawsze. Dla dobra stada.

Droga na wprost wiodła na powierzchnię. Tam, gdzie brodacz chciał się udać. Czy mogła jednak ufać, że ta podła istota dotrzyma słowa? Co będzie, gdy wróci z armią jemu podobnych?

Trzecia sztolnia prowadziła do labiryntu, z którego nie było wyjścia. Zdechliby tam w oparach trujących gazów. Potem zdechłby porzucony Ogyopt, z pragnienia. Śmierć w zamian za bezpieczeństwo stada. Tego od niej oczekiwano.

– Wybierz mądrze, panienko – szepnął człek, jakby znając jej myśli. – Ja chcę tylko wrócić do domu, do żony. Tak samo, jak ty do swego kogucika.

Ryzyko, naiwna nadzieja czy śmierć?

Wybrała.

 

 

Zapach jagnięciny, mlaskanie i strzykanie śliną.

Człek siedział na okapie skalnym i żuł strzępek suszonego mięsa. W ręku trzymał bukłak, który dopiero co napełnił ciurkającą po ścianie wodą. Sophiora dostrzegła jak wyjmuje z sakwy kolejny ususzony kawałek i podsuwa jej pod nos.

– Chcesz? – zapytał. – Żeby nie było, żem gbur co sam je, a z drugim się nie dzieli.

Sophiora pokręciła głową, przecząc.

– Powiem ci, że dość mam już tego jadła. Suchary i baranina przez cały rok. Rzygać się od tego chce. Aż żałuję, żem kogucika twego ostawił. Jak o nim myślę, to rosół mi się marzy. – Spojrzał na nią chytrze, po czym się roześmiał. – No, już, już. Żartowałem. Panienka się nie złości.

Przeżuł kolejny kęs i popił.

– Powiem panience, że jeszcze na początku dało się jakoś wytrzymać. To na rybkę się poszło, to jelonka ktoś w lesie ustrzelił, ale jak elfy pierścień domknęły, to nawet tego nie było. Aleśmy twierdzy im nie oddali, wieprzom parchatym. Dopiero teraz, kiedy wiadomo było, że król posiłków nie przyśle, hejtman nas odesłał, sztolniami, a nuż któryś drogę odnajdzie. Bo lepiej ginąć od sowich dziobów, niż od elfickiej stali. Tylko samopas iść każdemu kazał, by hałasu nie czynić, to może larum u was nikt nie wzniesie – spojrzał w jej sowie oczy. – Miał hejtman rację? Jak panienka sądzi?

Sophiora nie odpowiedziała. Słuchała jednak uważnie, choć nie wszystko udawało jej się zrozumieć.

A więc człeki też się nas boją.

 

 

Mrok, przeciągła cisza, po czym znów odgłos głuchych kroków.

Człek zdawał się bardzo nieufny. Szedł powoli, czasem się zatrzymywał i nadsłuchiwał. Bezgłos i ciemność. Nie odważyła się rzec do niego ani słowa. Gdy pytał o drogę, wskazywała ją ruchem głowy. Sztolnie, tutaj już bardziej kręte, gdzieniegdzie się rozdwajały, by zejść się kawałek dalej. Czasem jej czułe sowie uszy wyłapywały chrobotanie szczurów, które przybywszy wraz z górnikami, nigdy już nie odeszły. Brodacz zdawał się ich nie słyszeć lub nie zwracał na nie uwagi.

Doszli do przedostatniego zakrętu. Sophiora wiedziała, że to już tu. Jedna chwila i wszystko się rozstrzygnie. Mężczyzna zatrzymał się, jakby przeczuwał najgorsze. Stał długo, jakby gdzieś tam w oddali dostrzegł niebezpieczeństwo. Spojrzał na nią. Widok czarnych źrenic kontrastujących z białkami jego oczu przejął ją strachem. Czyżby źle wybrała?

Człek wznowił marsz. Za załomem zrobiło się jaśniej, a za kolejnym poraziło ją słoneczne światło, a uszu dobiegł irytujący świergot.

– Skowronki – wyszeptał człek.

Przez całe życie słyszała legendy, że te wyzute z wszelkiego dobra istoty potrafią tylko nieść śmierć i ból. Tymczasem na twarzy brodacza ujrzała uśmiech. Nie drwiący, cyniczny grymas, ale szczere, przyjazne oblicze.

W dalszym ciągu ostrożny podszedł do wylotu sztolni i rozejrzał się wokół. Słońce raziło ją tak mocno, że nie potrafiła nic dostrzec wśród wszechobecnej bieli. Poczuła jedynie, że człek znów na nią patrzy.

Z jakiegoś powodu cofnął się kilka kroków w mrok korytarza, częściowo przywracając jej wzrok.

– Teraz pewnie dumasz, czy dotrzymam słowa, młoda panno? – zapytał. – Krasnoludy zawsze dotrzymują słowa.

Ostry sztylet przeciął sznur krępujący jej dziób.

– Panienka wybaczy, żem był nieokrzesany. – Powróz na nogach również puścił. – Bał żem się o swe życie, ot co, tedym musiał groźnego udawać. Nie żywcie urazy, panienko.

Ostatnim ruchem uwolnił jej skrzydła i pozwolił odlecieć.

– Pozdrów kogucika. Gdyby zaś krasnoludy cię kiedy dopadły, rzeknij im, żeś druhną Rajmunda Towrina z Pierwszej Dragensborskiej, a krzywdy nie zaznasz. Jeno nie bój się mówić.

 

 

Furkot skrzydeł, pęd, poczucie ulgi i niedowierzania. Wolność.

Leciała co sił. Te same chodniki, których przejście na człeczych… krasnoludzich – poprawiła się w myślach – nogach trwało tak długo, teraz mijała w mgnieniu oka.

Wypuścił mnie. Ot tak, bez przyczyny – nie mogła uwierzyć. A jak się uśmiechał, to wcale nie był straszny.

Wnękę, w której spali z Ogyoptem, odnalazła bez trudu. Szarobrązowy worek leżał tak, jak go brodacz porzucił.

– Ogyopt, to ja – zaskrzeczała i rozcięła sznur ostrym dziobem. Potem przegryzła kolejne pęta.

Samiec leżał w bezruchu. Na jego grzbiecie widziała pręgi wytartych piór i krwiste pasma. Otrząsnął się nieco zamroczony i spojrzał na nią. Hardość i pewność siebie, którą dotychczas tryskał, zmieniła się w rozczarowanie.

– Jak go zabiłaś? – zapytał bez cienia radości.

– Nie zabiłam. Wypuścił mnie, tak jak obiecał. Wszystko się dobrze skończyło – opowiadała z przejęciem.

– Pokazałaś mu drogę do wyjścia? – Rozczarowanie Ogyopta zmieniło się w niedowierzanie. – Zaraz przywiedzie tu całą armię.

– Nie, on chciał tylko wrócić do domu. Naprawdę. Bał się tak samo jak my.

– Aleś ty głupia. – Niedowierzanie przeszło w pogardę. – I pomyśleć, że chciałem wysiadywać z tobą pisklęta. Miałaś go zaprowadzić do gorących źródeł. Zadusić w trującej parze.

– Wtedy zginęlibyśmy wszyscy. Ty też.

Ogyopt pokręcił głową, patrząc chłodno jak nigdy dotąd. Rozpostarł skrzydła i machnął dwa razy na próbę, jakby chciał przegnać upokorzenie.

– I właśnie tak miało być – rzekł i odfrunął.

Sophiora nie śmiała za nim polecieć. Stała pośród mroku, samotna, porzucona, pełna żalu. Wokół niej unosił się zapach przegniłego lnu oraz czegoś jeszcze, ulotnego i ściskającego serce. 

Koniec

Komentarze

Opowiadanie przeczytałam z dużą przyjemnością :). Zgrabnie napisane, fabuła wciągająca.

 

Szczerze mówiąc myślałam, że Sophiora wybierze inną ścieżkę, a tu proszę, taki zdarzył się smakomyk :). Właściwie nie do końca wiadomo czy jej decyzja była dobra, podjęła spore ryzyko. Ale takie moje rozmyślania tylko świadczą o jakości twojej historii, która mimowolnie skłoniła mnie do refleksji :).

 

Super, życzę powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Hm… zastanawiam się czy psychologia postaci samczyka nie jest przypadkiem jakąś kpiną z męskiej logiki – najpierw zabrał ją na randkę w najniebezpieczniesze miejsce jakie mógł wybrać, a potem ma pretensję, że mu życie uratowała… Oby to było zamierzone, bo jako wróg krasnoludków i gadajacych "nietoperzy " nie znalazłem niczego interesującego w tym opowiadaniu ;) Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny:)

Jest fajny klimat, ciekawie wykreowany świat, powoli dawkujesz informację co jest siłą tekstu. Co do postaci to też mam lekkie zastrzeżenia co do samca i jego zachowania na końcu. No ale pewnie właśnie w tej sposób chciałeś przedstawić rasę sowiołaków. Ogólnie pomysł mi się podobał, trochę zgrzytnęło zakończenia, ale wrażenia z całości jak najbardziej na plus.

Ależ czekałem na ten tekst! Na szybko przed samym czytaniem: świetny tytuł. Jest prosty, ale tą prostotą i klimatem chyba właśnie mnie kupił.

nią objawiała

Ten myślnik ma tu zostać?

Zapach nadgniłego lnu, szamotanie Ogyopta i dezorientacja.

To zdanie zupełnie nie oddaje dynamizmu tego, że ktoś narzucił na nich worek. Może potrzebne jest jeszcze jedno zdanie wstępu? Zauważyłem, że otwierasz rozdziały w podobnym tonie.

jakby wyjęta dawnych opowieści.

Zgubiłeś z.

Sztolnie wykuto w czerwonawych piaskowcach.

A skąd sowiołak ma taką wiedzę? ;)

Czasem jej czułe sowie uszy wyłapywały chrobotanie szczurów, które przybywszy wraz z górnikami, nigdy już nie odeszły.

Bardzo ładne.

Czegoś na kształt urażonej samczej dumy.

To zdanie jest zupełnie niepotrzebne. Zakończenie jest wystarczająco wymowne i bez tego, tak to trochę łopatologia. Wyrzuciłbym.

 

No i mamy to. ;) Marudziłem pod Twoimi dwoma poprzednimi opowiadaniami, ale w końcu jestem kontent.

Z uwag na nie (miejmy to za sobą): miałem problem z wyobrażeniem sobie bohaterów. Sophiora najpierw posługuje się echolokacją (plus błoniaste skrzydła), co powoduje, że mam ją przed oczami jako nietoperza, Ogyopt natomiast już ma pióra i dziób, więc kojarzy się jednoznacznie z ptakiem, a jak w pierwszym zdaniu mam sowie pióra, to z sową. A potem opisujesz ich relację, czyli szykowanie się do godów. Nietoperz i sowa? No tu momentami się gubiłem zanim zrozumiałem czym są.

Ale jak już załapałem to poszło z górki.

Masz łatwość (i widać, że ciągnie Cię do tego) do opisywania silnych relacji, opartych na miłości, takich czystych i niewinnych. Tutaj ładnie skontrastowałeś to z uczuciami Ogyopta. Podobało mi się, że sowiołaki mylą ludzi i krasnoludów, to świetnie pokazuje, jak daleko im do świata na powierzchni. Wybór Sophiory i zawieszenie na kilka chwil, którą drogę wybrała (plus oczekiwania jej ludu, powinność) też idealnie się komponuje z całością. Przemiana, którą musi przejść i weryfikacja własnych poglądów jest dopiero po zakończeniu tak naprawdę, ale pasuje rewelacyjnie.

Stylizacja wypowiedzi Rajmunda jest w punkt. Taka jak lubię.

Zarys konfliktu w tle tła (elfy – krasnoludy), jako zaciskający się pierścień – miodzio.

No i zakończenie jest śliczne. Euforia Sophiory po pomyślnym rozstrzygnięciu, nadzieje, ale nie do końca rozwiane obawy zderzają się z chłodną, cyniczną postawą urażonego niedoszłego kochanka. Tylko wyrzuć te ostatnie zdanie! :) Choć tu pewnie będzie jak u Szyszkowego i fragmentem o śnie. Jednym się spodoba, drudzy będą kręcić nosem. Moje zdanie znasz. ;)

Pomijając wstępny, lekki chaos, to bardzo, bardzo. Oby więcej.

Moje zdanie i uwagi już znasz (cieszę się, że do czegoś Ci się przydały), ale pozostawię też krótki komentarz na widoku publicznym. ;) 

Bardzo ujęła mnie koncepcja sowiołaków jako istot wykazujących półludzkie-półzwierzęce zachowania i strategie (m.in. rozrodcze). Umiejętnie wyważyłeś to opowiadanie tak, by zmieścić się w krótkiej formie, nie pozostawiając wrażenia niedosytu. Mimo że nie naszpikowałeś tego tekstu akcją, zdołałeś umieścić tu drobny rys filozoficzny i rozważanie na temat uprzedzeń oraz zwykłej przyzwoitości. Fajne! 

Raz jeszcze gratuluję i cieszę się, że moje uwagi okazały się pomocne. :)

Blacktom, nie pomyliłeś się wiele. Wszak to opowiadanie to psychologiczne studium nad męskim ego, jeno skryte pod płaszczykiem banalnej opowiastki.

 

Belhaj, samiec zachowuje się jak …samiec w obliczu nadmiaru testosteronu. Gody to czas niełatwy ;)

 

Sy, dzięki za miłe słowa.

 

Ac, to ostatnie zdanie usunąłem, masz rację. Poprawki też już naniesione. Dzięki za łapankę. Co do sowiołaków to oboje mają i cechy sowie i nietoperze i ludzkie. Cieszę się, że w końcu trafiłem w Twój gust. O Rajmundzie jeszcze usłyszysz.

Wiktorze Orłowski,

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie uwagi.

Nie ma sprawy, polecam się!

Ładna bajka. Nie jakoś nadzwyczajnie porywająca, ale ładna. Spodobała mi się zmyłka z krasnoludem. Końcówka w sumie też. Ciekawe, czy człek też by dotrzymał słowa… Koncepcja sowiołaków też zacna. A samiec bardzo samczykowaty. Wciągnąć w niebezpieczeństwo, a potem zostawić samą z kłopotem. ;-)

Mknęła za nim, co rusz wysyłając niesłyszalny dla uszu pisk, który pozwalał latać w całkowitym mroku.

Hmmm. Jeśli niesłyszalny, to po co wysyłała? Niesłyszalny dla ludzkich uszu, ale co to sowiołaka obchodzi?

Babska logika rządzi!

Chroscisko, znalazłam tu wszystko, co powinno być w zajmującej opowieści – jest wątek miłosny i dramat związany z uprowadzeniem, jest szantaż, wojna w tle, konieczność podjęcia trudnej decyzji i osobliwi bohaterowie. A choć akcja toczy się powoli, nie można powiedzieć, że historia na tym traci. Zakończenie smutne, ale satysfakcjonujące.

I podoba mi się, że tu także pokazałeś podziemie. ;)

 

Szpi­cza­sty kolec na­ci­snął moc­niej. –> Masło maślane. Kolec jest szpiczasty z definicji.

Proponuję: Szpi­c kolca na­ci­snął moc­niej.

 

Sowia głowa po­ki­wa­ła w za­prze­cze­niu. –> Raczej: Sowia głowa po­ki­wa­ła, przecząc.

Czy sowiołaki, inaczej niż człeki, przecząc, kiwają głowami, a nie kręcą nimi?

 

hejt­man nas ode­słał, sztol­nia­mi, a nóż któ­ryś drogę od­naj­dzie. –> …hejt­man nas ode­słał, sztol­nia­mi, a nuż któ­ryś drogę od­naj­dzie.

 

Wnękę, w któ­rej spali Ogy­op­tem… –> Wnękę, w któ­rej spali z Ogy­op­tem

 

ulot­ne­go i ści­ska­ją­ce­go za serce. –> …ulot­ne­go i ści­ska­ją­ce­go serce.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem i bardzo mi się podobało :) Ciekawe to połączenie sów z nietoperzami, super pomysł na rasę i zachowania. Historia też niczego sobie. Jest w niej pewien dramatyzm (jaką decyzję podejmie Sophiora? Jak zachowa się Rajmund? Co się stanie z Ogyoptem?), jest fajna zmyłka człek – krasnolud, ciekawy świat w tle, no i to zakończenie. Moim zdaniem w punkt. (Czy samiec, próbujący zdobyć samicę musi zachowywać się racjonalnie? ;) ) 

Super napisane, czytało się przyjemnie i szybko. Z zaciekawieniem czekam na “Szósty kręg szyjny” (świetny tytuł btw) 

Chroscisko, ponownie udało Ci się stworzyć magiczną i wciągającą opowieść, dodatkowo urozmaiconą oryginalnym pomysłem na bohaterów i dbałością nie tylko o pierwszy plan, ale też o to, co rozgrywa się w tle. Dodatkowo porządny warsztat, dramatyzm historii i smutne, aczkolwiek pasujące do całości zakończenie, sprawiły, że przeczytałam Twoje opowiadanie z zaciekawieniem i jestem w pełni usatysfakcjonowana lekturą. Powodzenia w konkursie :)

FInklo,

Hmmm. Jeśli niesłyszalny, to po co wysyłała? Niesłyszalny dla ludzkich uszu, ale co to sowiołaka obchodzi?

Przyszło mi to na myśl w trakcie pisania, ale zignorowałem ten głos rozsądku w mojej głowie. Zbyt pochopnie, bo masz w pełni rację. Pomyślę nad tym.

 

Reg,

Dziękuję za wyłapanie błędów. Poprawki już naniosłem. Te podziemia pewnie zawsze będą się za mną ciągnąć gdzieś w tle.

 

Ospały Leniwcze, 

Cieszę się, że Ci się spodobało. Z “Szóstym kręgiem szyjnym” wiążę duże nadzieje, stąd też będzie trzeba na to opowiadanie nieco poczekać, bo marzy mi się ono na papierze :). Życie zweryfikuje, czy to nie mrzonki.

 

Katio,

Cały czas jeszcze chodzi mi po głowie nasza pogawędka przy okazji “Oczu zalanych atramentem”, w głowie zaś powoli coś kiełkuje. Może kiedyś i z mojej strony coś się z tego urodzi. Lęk to ciekawy temat.

Tekst bardzo udany. Jeszcze raz napiszę, że podobał mi się zarówno świat, emocje, jak i bohaterowie.

 

Ale zostawienie tego kiwania w zaprzeczeniu… Na szczęście regulatorzy mnie wyręczyła w zwróceniu uwagi ;)

Bardzo proszę, Chroscisko i PSNP. ;)

 

Te podziemia pewnie zawsze będą się za mną ciągnąć gdzieś w tle.

Jakże to w tle? Przecież one, jak zdążyłam zauważyć, w dużej części wypełniają Ci życie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Z chęcią przeczytam, kiedy już coś powstanie :)

Reg,

Jakże to w tle? Przecież one, jak zdążyłam zauważyć, w dużej części wypełniają Ci życie. ;)

Jednak tak nie jest. Podziemia to jedynie podświadome echo ścieżki życiowej, po której nie było dane mi stąpać. W istocie to życie wypełnia mi woda, zdaje się, że w nadmiarze, skoro o niej nie piszę. Choć przyznam, że jak betowałem “Inne Pieśni” Wiktora Orłowskiego (polecam, ostatni numer “Histerii”), to “łezka” zakręciła mi się w oku, więc pewnie z wodą też się kiedyś zmierzę.

O rany, co to za reklama podprogowa! Ale potwierdzam, ten człowiek zna się na wodzie i jeśli kiedykolwiek ruszy ten temat literacko, z pewnością będzie to warte uwagi.

Żadna tam podprogowa. Tak było naprawdę. Poza tym o bety trzeba dbać ;)

Chroscisko, w takim razie poczekam na opowiadanie zanurzone w wodzie i jestem pewna, że wody w nim lać nie będziesz. ;)

Mam nadzieję, że Inne Pieśni Wiktora trafią kiedyś do tutejszej poczekalni, bo, niestety, nie odwiedzam innych stron, bywam tylko na NF.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trafi, trafi, czekam tylko, aż się po publikacji trochę uleży. ;)

To mocno trzyma kciuki, Chroscisko :) A i opowiadanie Wiktora z chęcią przeczytam jak się tylko pojawi na NF :)

Wiktorze, poczekam, bo wiem, że się doczekam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładne to, a i świat przedstawiony jest na swój sposób pomysłowy. Jasne, główne tło standardowe (elfy, ludzie, krasnoludy), ale motyw podziemnych i inteligentnych sów mi się spodobał. Podobnie cała historia – Sophiora nie idzie w stronę walki i w sumie osiąga to, o czym na początku poniekąd marzy Ogyopt. A słodkogorzkie zakończenie tylko tę różnicę dla mnie podkreśla :)

Dlatego miły mi ten koncert fajerwerków. Daję za niego klika :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Piękne i krok po kroku, postępuje. Opowieść o miłości i jej utracie. Lepiej zginąć niż żyć.

Sowy to czy nietoperze (błoniaste skrzydła?)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

NoWhereMan, Asylum,

Z pewnym opóźnieniem (nocne przygody zakończone porannym bólem głowy) dziękuję Wam za uwagi.

Jurorce zaś za ładną sowę spoglądającą z ukosa.

Przede wszystkim pięknie napisane, to od razu rzuca się w oczy, powiedziałbym nawet – profesjonalnie. Sama historia też niezła, choć decyzja bohaterki była do przewidzenia. Mimo to pewności nie miałem, co znaczy, że udało Ci się utrzymać napięcie.

Wydaje mi się, że prawdziwy twist nastąpiłby, gdyby bohaterka, mając do wyboru trzy możliwości, wybrała czwartą. Ale to takie moje gdybanie. ;)

Zaskoczyło natomiast zakończenie związane z “kogutem”.

Wydaje mi się, że trochę niespójna była kreacja sowiołaków, bo niby sowy, a posługiwały się echolokacją i miały błoniaste skrzydła jak nietoperze (chyba że jest to coś, czegoś nie wiem o sowach??).

Poza tym widać, że wiesz jak konstruować fabułę i robisz to świadomie.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

El Lobo, dzięki za uwagi. Niespójność sowiołaków? Może nazwa nieco myląca, bo nie nawiązuje do nietoperzy. Co do samych stworzeń, chciałem im dać optymalne cechy do życia w jaskiniach. Stąd też połączenie akurat tych dwóch gatunków. Czwarta opcja? Hmm. Czytelnik mógłby się poczuć oszukany, że ukryłem przed nim takową.

Czytelnik mógłby się poczuć oszukany, że ukryłem przed nim takową.

Może źle się wyraziłem. Mogłaby to być np. jedna z tych trzech opcji, ale wykonana w zaskakujący dla czytelnika sposób, bohaterka mogłaby dodać coś od siebie itp.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Może źle się wyraziłem. Mogłaby to być np. jedna z tych trzech opcji, ale wykonana w zaskakujący dla czytelnika sposób, bohaterka mogłaby dodać coś od siebie itp.

Pewnie tak mogłoby być. Przyznam się, że w tym tekście zależało mi na prostocie i lekkości. Zaskoczeniem miał być właśnie brak wyrafinowanego twista tam, gdzie go czytelnik oczekuje.

Widziała przed sobą również zwinną plamkę.

Nie chodziło o to, że plamka była równie zwinna jak bohaterka?

Na początku miałam problem z określeniem gatunku (te sowy i nietoperze), ale potem jakoś udało mi się to połączyć i było świetnie.

Bardzo fajne opowiadanie, które rzeczywiście można przełożyć na “ludzkie” – i emocje, i zachowania. Wszystko płynie, jest pięknie.

Podobało mi się :)

Anet,

Nie chodziło o to, że plamka była równie zwinna jak bohaterka?

Zmieniłem szyk w tym zdaniu, by nie było niejasności.

Pomyślę jeszcze nad początkiem, by lepiej opisać te istoty.

Cieszę się, że się podobało. 

Nie przejmuję się wykorzystaniem elfów i krasnoludów za takie zakończenie. Ciekawe są te sowiołaki i bardzo autentycznie przedstawiłeś ich dramat. Podczas lektury miałam moment taki, że obawiałam się kierunku akcji, bo wyglądało banalnie. Ale wyśmienicie to udźwignąłeś. Tradycyjnie, wszystko opisane w bardzo przyjemnym, subtelnym stylu, a na tak małej przestrzeni tekstu pokazałeś pełnię bohaterów konieczną, aby mieć zadowolonych czytelników. 

Nie ukrywam, że uwielbiam tak dramatyczne zakończenia. Wiem, pewnie dla niektórych może to być odbierane jako przesadzone, ale dobra historia powinna być nieco “większa od życia”. 

Deirdriu,

Dziękuję za komentarz. 

dobra historia powinna być nieco “większa od życia”. 

zapamiętam :)

Czytałam z zaciekawieniem. Przyłączam się do pozytywów, wymienianych we wcześniejszych komentarzach: pomysł na rasę, relacja przyszłych kochanków, przygoda, niełatwy wybór (nie od razu znany czytelnikowi), ciekawa postać krasnoluda i samo zakończenie. Na początku czułam się trochę zagubiona, ale dość szybko akcja nabiera tępa, i przychodzą odpowiedzi.

Krasnolud wzbudził moją sympatię i zachęcił do poznania jego dalszych losów. Lubię klasykę – elfy, krasnoludy, magię itp. :)

Monique,

Dziękuję za komentarz.

Krasnolud wzbudził moją sympatię i zachęcił do poznania jego dalszych losów.

Bardzo mnie to cieszy, bo to właśnie on jest głównym bohaterem kolejnego opowiadania. 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzień dobry, pani jurorko :)

Musiałem chwilę zastanowić się nad opowiadaniem. Miałem mieszane uczucia po przeczytaniu, jednak sumarycznie wszystko poukładało się w całość, ale po kolei.

Nie wiem, czy zastanawiałeś się na grupą docelową baśni? Już przy Kumari miałem pewne obawy, co potwierdziła część komentujących. W przypadku Sztolni zarzuty są większe. Wszak ta seksualność na początku przekreśla utwór dla małych dzieci, dla młodzieży i dorosłych brzmi zbyt naiwnie. Pozostaje wąska grupa, dziewcząt raczej, w trakcie dojrzewania. Możesz się oczywiście ze mną nie zgodzić.

Przez zawężoną grupę odbiorów utwór stracił swój urok, stylizacja myślenia i wypowiedzi sów na idealistycznych i naiwnych nastolatków, lub wręcz starszych dzieci, nie jest czymś, czego oczekiwałem. Najlepiej wypada przy tym krasnolud. Trzy drogi, trzy wybory, znak rozpoznawczy baśni, jest bez wyboru. Co może wybrać bowiem zakochana, młoda sowa? Śmierć stada, śmierć wybranka? Raczej nie. Dlatego czekałem na wybór, ale zaskoczony nie byłem. Finał i reakcja samca (piszę tak z powodu trudnych do zapamiętania imion, skanowałem je wzrokiem i już po przeczytaniu pamiętam tylko imię samicy coś jak Sephora – perfumy chyba, a to źle, po co te utrudnienie?) rekompensuje wiadomy wybór, ale całość pozostawia niedosyt.

Na plus wymienić muszę płynny i ciekawy język, ładny i dobrze opisany obraz kopalni, i kilka pięknie brzmiących słów: rękoskrzydły, sowiołaki, człek, czy bezskrzydłe istoty.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie,

Bardzo interesujące spostrzeżenia.

Nie wiem, czy zastanawiałeś się na grupą docelową baśni? Już przy Kumari miałem pewne obawy, co potwierdziła część komentujących. W przypadku Sztolni zarzuty są większe. Wszak ta seksualność na początku przekreśla utwór dla małych dzieci, dla młodzieży i dorosłych brzmi zbyt naiwnie. Pozostaje wąska grupa, dziewcząt raczej, w trakcie dojrzewania. Możesz się oczywiście ze mną nie zgodzić.

Nie zastanawiałem się, ale teraz, skoro zwróciłeś na to uwagę, to na pewno zacznę.

Zawsze pisałem z myślą o dorosłych, choć teraz widzę wyraźnie co masz na myśli i na pewno wezmę to pod uwagę w przyszłości.

Ta naiwność jest tutaj tylko skupiona na sowiołakach. Ma pokazywać z jednej strony ich niedojrzałość, wszak to ich pierwsze gody i mają jeszcze “mleko pod nosem”. Z drugiej strony odmienność gatunkową. Tak jak wierność psa względem pana, który nie jest dla niego dobry, jest swojego rodzaju naiwnością, tak tutaj, mamy gatunek istot, nieco mniej rozwiniętych emocjonalnie od ludzi, co się właśnie przez naiwność przejawia.

Ciesze się, że krasnolud nie wyszedł naiwnie, bo na tym bardzo mi zależało. On jest głównym bohaterem kolejnego opowiadania, które już bezsprzecznie celuje w dorosłych.

Sephora

Obawiałem się takich skojarzeń. Same imiona nawiązują do łacińskich nazw rodzin paleosów (już wymarłych):

Sophiornithidae

Ogygoptyngidae

 

Dziękuje bardzo za uwagi. 

Przy okazji pozwolę sobie na wycieczkę ad personam.

Przypatrując się forumowym dyskusjom oraz temu, co piszesz, przyznam się, że Twoja osoba mnie intryguje. Wydajesz się takim Don Kichotem walczącym samemu przeciw wszystkim, dla idei, w którą wierzysz. I choć czasem się nie zgadzam z tym, co piszesz, to mimo to gdzieś w środku, kibicuję by udało Ci się wygrać tę samotną batalię. Bije z Ciebie taki szlachetny idealizm. Święcie wierzysz w to co piszesz. Czasem krytykujesz wiele osób, może nie zawsze w taki sposób jak należy, ale nawet wówczas trudno mieć Ci to za złe, bo czuć, że intencje, które Ci przyświecają, są dobre.

Tak więc, powodzenia, Dar Kichocie.

Podejrzewałem, że tak właśnie sobie wyobrażałeś sowiołaków.

Tak jak wierność psa względem pana, który nie jest dla niego dobry, jest swojego rodzaju naiwnością, tak tutaj, mamy gatunek istot, nieco mniej rozwiniętych emocjonalnie od ludzi,

Trochę szkoda, to dosyć popularne, jeśli nie stereotypowe myślenie, że gadające zwierzęta powinny być mniej inteligentniejsze od ludzi. Chętnie poczytałbym odwrotny wizerunek.

Tak, krasnolud zdecydowanie na tak. W niewielkiej ilości znaków pokazałeś dwa (jego) różne wizerunki i wyszyły rzeczywiście wiarygodnie.

Same imiona nawiązują do łacińskich nazw rodzin paleosów (już wymarłych):

Sophiornithidae

Ogygoptyngidae

Ech, kto to wie?

Pozdrawiam.

Ps. Czy Don Kichote nie był postacią tragiczną? ;) Tak… Zbyt często w pracy słucham stand uperów i czasem w emocjach udzielają mi się ich bezczelne odzywki, sam się później nie poznaję. ;) Na szczęście, na razie, jeszcze nikt mnie nie chciał walnąć ani zaciągnąć do sądu. :)

Dziękuję za miłe słowa.

 

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ładne, trochę klasyczne fantasy, choć fabuła w sumie prościutka. Ciekawe przedstawienie tych sowiołakiów. Spodobało mi się zakończenie. Trochę smutne, trochę gorzkie i trochę niedopowiedziane.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Szyszkowy Dziadku, dzięki za odwiedziny.

Przyjemne, bardzo solidnie napisane opowiadanie. Zgrabny styl sprawiał, że czytało się płynnie, w sumie bez nawet jednego mocniejszego zgrzytu.

Podoba mi się kreacja sowiołaków, jako, jak powiedział Wiktor, pół-ludzkich i pół-zwierzęcych istot. Całkiem nieźle to wyszło, bo nie widać po nich infantylności jak to bywa przy mówiących zwierzętach, a zamiast tego jest pokazana trochę odmienność od ludzi i ludzkiego sposobu myślenia. I chociaż podoba mi się rasa inteligentnych, jaskiniowych sowo-nietoperzy, to trochę zgrzyta mi nazwa “sowiołaki”. No bo w zasadzie kto ją nadał? Kto jej używa? Same sowiołaki względem siebie? Trochę mało prawdopodobne. Jeśli nazwę nadali ludzie albo inne rasy naziemne, to też niezbyt mi pasuje. Człon “łak” zwyczajowo raczej powiązany jest z różnymi odmianami likantropów, więc początkowo czytelnik może odnieść wrażenie, że chodzi o jakiegoś człowieka pod postacią sowy. Dodatkowo wydaje mi się, że ludzie nazywając taką rasę albo nadaliby zupełnie odrębną nazwę własną, albo nazwę która odzwierciedla nie tylko sowę, ale też nietoperza. Bo bądźmy szczerzy, widząc takiego lecącego sowiołaka pierwsze co by się rzucało w oczy to nietoperze skrzydła.

Zgodzę się też z Darconem, że wybór na rozwidleniu dróg jest mocno iluzoryczny. Przez chwilę nawet nie miałem wątpliwości co do tego, jaką decyzję podejmie bohaterka. I o ile inna decyzja pewnie by zaskoczyła, tak poszedłeś tutaj najprostszym, oczywistym rozwiązaniem (co jest jednak zrozumiałe, jeśli krasnolud ma występować w innych tekstach). Nie mam nic przeciwko prostym i klarownym fabułom, nie każde opowiadanie musi opierać się na zwrotach akcji. Niezbyt mi jednak podoba się rozwiązanie, w którym próbujesz zaskoczyć czytelnika, a wybierasz najprostsze rozwiązanie.

Całościowo jednak opowiadanie całkiem i się podobało. Zakończenie też zdecydowanie na plus. 

 

Dzięki za uwagi, Arnubisie.

Odnośnie do nazwy sowiołaków, to być może jest nieco myląca. Jednak zależało mi na podkreśleniu ich sowiowatości w większym stopniu niż nietoperzowatości. Choć również stosowałem alternatywną nazwę “rękoskrzydłe”, która podkreśla tę drugą cechę.

Niezbyt mi jednak podoba się rozwiązanie, w którym próbujesz zaskoczyć czytelnika, a wybierasz najprostsze rozwiązanie.

Rozumiem. Uznałem, że najprostsze rozwiązanie będzie najbardziej zaskakujące, wszak zwykle oczekujemy od autora właśnie twistów i wyborów nieoczywistych. :)

 

Ładnie napisana, prosta historia bez wielkich zaskoczeń. Jest jakaś rzucająca się w oczy maniera językowa w twoich opowiadaniach, pewnie to indywidualny styl, a może poszukiwania tego stylu? Czuć Chrościskiem.

Od strony technicznej nie będę się niczego czepiał. Bo i chyba nie ma czego. Czytało się płynnie i nie zwróciłem uwagi na żadne zgrzyty.

Sama fabuła zaskoczyła mnie (lekko) dopiero w finale, dziwną i całkowitą przemianą Ogyopta. Troszkę niespodziewaną i nie całkiem wiarygodną. To, że krasnolud okaże się jednak poczciwy, podejrzewałem wcześniej. Tak samo to, że jest krasnoludem.

Konstrukcyjnie wszystko na swoim miejscu – Twoja opowieść ma wciągający czytelnika wstęp, konsekwentne rozwinięcie i zakończenie z gorzkim finałem. Jako zgrabna, chociaż prosta fabularnie opowiastka, skomponowana jest zręcznie i zapewne sprawdzi się również jako przystawka przed daniem (opowiadaniem) głównym. Jak rozumiem, to będzie klasyczne fantasy z wrogimi sobie elfami i krasnoludami?

No i właśnie. Sowiołaki. Jestem chyba tradycjonalistą i nie lubię, gdy do klasycznego "bestiariusza" dopisuje się jakieś nowe rasy i gatunki. Jeśli mamy więc elfy i krasnoludy, to sowiołaki mi nie pasują. Coś jak vranowie (vrani?) u Sapkowskiego (sam z nich szybko zrezygnował). Gdybyś darował sobie te elfy i krasnoludy, i wymyślił własne rasy, sowiołaki by mi pewnie bardziej zagrały. A tak, jakoś do tych sów z błoniastymi skrzydłami nie mogłem się przekonać. Ale to oczywiście subiektywne odczucia i moje osobiste odchylenie.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję, Marasie, za komentarz.

Tradycyjnie bardzo merytoryczny. 

 

Jak rozumiem, to będzie klasyczne fantasy z wrogimi sobie elfami i krasnoludami?

I tak, i nie. Owszem, jest to klasyczne fantasy z krasnoludami w roku głównej, natomiast konflikt z elfami dzieje się gdzieś tam, dlatego w tle, a nie jest istotą samą w sobie. Istotą jest sama krasnoludzka społeczność, jej specyfika, obyczajowość i relacje między poszczególnymi osobnikami.

 

Jestem chyba tradycjonalistą i nie lubię, gdy do klasycznego "bestiariusza" dopisuje się jakieś nowe rasy i gatunki. Jeśli mamy więc elfy i krasnoludy, to sowiołaki mi nie pasują. Coś jak vranowie (vrani?) u Sapkowskiego (sam z nich szybko zrezygnował). Gdybyś darował sobie te elfy i krasnoludy, i wymyślił własne rasy, sowiołaki by mi pewnie bardziej zagrały

Kolejna uwaga warta tego, by się nad nią głębiej pochylić. Nie myślałem wcześniej o tym w ten sposób. Choć “klasyczny” bestiariusz jest zbiorem tego, co do tej pory zostało napisane i przyjęło się w literaturze fantasy. Nie jest to przecież zbiór zamknięty.

Tekst nie przypadł mi koniec końców do gustu – czytało się dobrze, ale główni bohaterowie okazali się zbyt irytujący i schematyczni, żebym była usatysfakcjonowana lekturą. Ona – “chcę, ale się boję”, robi, co jej każą, taka trochę sierotka, on chojrak, który szafuje sądami, ale sam żadnych działań nie podejmuje (chociażby koniec nie sugeruje, że np. leci do swoich pobratymców ostrzec ich przed niebezpieczeństwem; rzucił jej, że jest głupia i sprawa załatwiona…). Przez skupienie akcji wokół głównej bohaterki nie poczułam żadnego napięcia w związku z decyzją, jaką przyszło jej podjąć. Zdziwiłabym się, gdyby wybrała inną drogę niż uratowanie ukochanego/ nieposłuchanie się krasnoluda.

Podobały mi się opisy samych jaskiń i kopalń – obrazowe, tworzące przyjemny klimat chłodu.

 

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Dosgs, dziękuję za spostrzeżenia i poświęcony czas.

Będę miał je w przyszłości na uwadze.

Klasyczny bestiariusz to nie jest to, co zostało wymyślone i napisane w fantasy, tylko to, co fantasy zaczerpnęło z mitologii germańskiej, greckiej, celtyckiej, rzymskiej, pewnie też chińskiej czy arabskiej itd.. Jest zamknięty moim zdaniem, tylko nie wszystko zostało z niego "wyciągnięte" przez autorów piszących taką literaturę. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

I would prefer not to.

Dobry Wieczór, pani jurorko :)

Ciekawy pomysł na autorską rasę zamieszkującą podziemia/kopalnie, choć z początkowego opisu bardziej wyłaniał się nietoperz z piórami, niż sowy ze zdolnością echolokacji (głównie z winy błoniastych skrzydeł). W temacie konkursu, chętniej widziałabym bardziej podkreśloną “sowiość” (tylko jeśli chodzi o pierwsze wrażenie, dalej już jest ładnie – Rajmund mówi o “koguciku” i “samiczce”, są pióra, wysiadywanie jaj itd.). Mimo iż wiedziałam, do czego opowiadanie zmierza, reakcja Ogyopta w końcówce była zaskoczeniem. Zirytował mnie kogucik, ale zaskoczenie w sensie czytelniczym – pozytywne :) Sam spartolił sprawę i jeszcze się wyżył na biednej sówce. No typowy samiec ;)

Z rzeczy technicznych – każdy akapit rozpoczynałeś równoważnikiem zdania, określającym okoliczności towarzyszące wydarzeniom (furkot skrzydeł, zapach płótna, mrok, odgłos kroków itd.) – to świadomy zabieg na stworzenie swoistych “tytułów podrozdziałów” i ułatwienie sobie opisywania, czy tak po prostu wyszło w trakcie pisania? Nie mówię, że to źle – po prostu rzuciło mi się w oczy.

Lektura była przyjemna i dostarczyła odpowiedzi na parę pytań dotyczących “Szóstego kręgu”, miło było ponownie spotkać Rajmunda. Z wyróżnieniem musiałam się wstrzymać ze względu na brak obiektywizmu (znając treść sequelu miałam szerszą perspektywę niż pozostali jurorzy i czytelnicy), ale ostatni klik biblioteczny był ode mnie :)

Dziękuję, Bellatrix, za komentarz.

 

Zirytował mnie kogucik, ale zaskoczenie w sensie czytelniczym – pozytywne :) Sam spartolił sprawę i jeszcze się wyżył na biednej sówce. No typowy samiec ;)

:)

 

Z rzeczy technicznych – każdy akapit rozpoczynałeś równoważnikiem zdania, określającym okoliczności towarzyszące wydarzeniom (furkot skrzydeł, zapach płótna, mrok, odgłos kroków itd.) – to świadomy zabieg na stworzenie swoistych “tytułów podrozdziałów” i ułatwienie sobie opisywania, czy tak po prostu wyszło w trakcie pisania?

Tak, to świadomy zabieg. Chodziło mi o wprowadzenie czytelnika w klimat/atmosferę danej sceny, za pomocą różnorakich zmysłów. By najpierw usłyszał/poczuł/dotknął skrawek otoczenia, a dopiero wówczas zrozumiał co się dam dzieje.

 

Z wyróżnieniem musiałam się wstrzymać ze względu na brak obiektywizmu (znając treść sequelu miałam szerszą perspektywę niż pozostali jurorzy i czytelnicy), ale ostatni klik biblioteczny był ode mnie :)

W pełni to rozumiem, sam uczyniłbym podobnie. Dzięki za klika i miłe słowa.

Ta sowa tu jest bardzo mocno pretekstowa ;)

 

Oczywistość wyboru ścieżki przez samiczkę została trochę złagodzona przez finałowego focha samczyka, choć muszę przyznać, że przyatakował on znikąd.

Zabrakło mi jednak czegoś, co wychodziłoby po za standardy gatunku – same sowiołaki to ciut za mało, a finałowy foch jest zbyt nieoczekiwany i trochę urywa tekst.

I would prefer not to.

Dziękuję za uzasadnienie :)

Dotarłam ze słowami zamiast pohukiwania.

 

No jest to ładny tekst, ładnie napisany, co nie dziwi. Ale jednak sowiość i skowronkowość raczej pretekstowa, gdyby w temacie były inne zwierzaki, dałoby się to napisać z innymi bohaterami. W sumie najbardziej pasowałyby nietoperzołaki…

Historyjka troszeczkę naiwna, co już wspominano, wybory takie mało dramatyczne, ale opisane to wszystko ze swadą i czytało mi się dobrze. Chętnie zapoznam się z innymi tekstami z tego uniwersum.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino,

Dziękuję za komentarz. Ano naiwna jest troszeczkę, zgodzę się, ale taka w założeniu miała być. Chciałem napisac coś lekkiego, nieskażonego głębszą filozofią, podtekstami, ani drugimi czy trzecimi dnami. Taki reset umysłu przed kolejnym cięższym tesktem.

Nowa Fantastyka